Felix, Net i Nika oraz Sekret Czerwonej Hańczy

Felix, Net i Nika oraz Sekret Czerwonej Hańczy

Autorzy: Rafał Kosik

Wydawnictwo: Powergraph

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 504

Cena książki papierowej: 39.00 zł

cena od: 18.90 zł

Rafał Kosik

"Felix, Net i Nika oraz Sekret Czerwonej Hańczy"

Co dorośli ukrywają przed gimnazjalistami? Jak godnie przyjąć zagranicznych gości? I co skrywa tajemnica Czerwonej Hańczy?

Przeczytaj o szkolnej wycieczce, która zamieniła się w coś zupełnie innego, romansach i niespodziewanych flirtach oraz zagadce kryminalnej, z którą muszą się zmierzyć warszawscy gimnazjaliści.

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Sekret Czerwonej Hańczy

Warszawa 2013

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Sekret Czerwonej Hańczy

ISBN: 978-83-61187-97-4

Wydawca:

Powergraph Sp. z o.o.

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl

www.powergraph.pl

Copyright © 2013 by Rafał Kosik

Copyright © 2013 by Powergraph

Copyright © 2013 for the cover and illustrations by Rafał Kosik

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik

ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Rafał Kosik

REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik

KOREKTA: Maria Aleksandrow

Wyłączna dystrybucja:

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Prolog 1

Prolog 2

1. Goście

2. Różnice kulturowe

3. Wszystko naraz

4. Helenka

5. Próba generalna

6. Rozstanie

7. Nowe znajomości

8. Okoliczności przyrody

9. Nierandka

10. Zabawa w chowanego

11. Przecież diabły nie istnieją

12. Co las kryje nocą

13. Kozołaki

14. Misja Bulbota

15. Pozory mylą

Epilog 1

Epilog 2

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Pamię­taj, nie opo­wia­daj o tym, co dzieje się w domu, o tym, o czym roz­ma­wiamy, o tym, o czym ci mówię. Naj­le­piej mało mów. Za to słu­chaj uważ­nie wszyst­kiego, co on będzie mówił. Potem mi powtó­rzysz.

Dziew­czyna o mysich wło­sach przy­tak­nęła, nie pod­no­sząc wzroku.

— Dobrze, mamo.

Kobieta po raz trzeci popra­wiała koł­nie­rzyk sukienki córki, choć koł­nie­rzyk leżał ide­al­nie.

— Pamię­taj, że będzie chciał cię prze­ka­ba­cić. Będzie kła­mał, nęcił i łudził. Będzie pró­bo­wał oczer­niać mnie i tatę. Nie wierz mu. Nie wierz w ani jedno słowo. Ale zapa­mię­tuj, co mówi.

Dziew­czyna znów przy­tak­nęła smutno. Matka roz­pięła trzy górne guziki jej sukienki i zapięła ponow­nie.

— Musisz być dzielna. Masz już pra­wie szes­na­ście lat. Dasz radę.

— Dam radę, mamo — przy­tak­nęła cicho. Wciąż patrzyła w zie­mię.

— Wierz mi, że wola­ła­bym tego unik­nąć. — Poca­ło­wała córkę w głowę i odsu­nęła się na bok.

Zosia Fran­kow­ska wolno ruszyła w stronę męż­czy­zny sto­ją­cego na końcu sło­necz­nej par­ko­wej alejki.

Kobieta w ele­ganc­kim sza­rym kostiu­mie wsia­dła do windy i wci­snęła naj­wyż­szy przy­cisk. Mignął na czer­wono i zgasł, a winda skar­ciła użyt­kow­nika przy­krym pik­nię­ciem. Kobieta przy­ło­żyła do czuj­nika zbli­że­nio­wego iden­ty­fi­ka­tor i ponow­nie wci­snęła naj­wyż­szy przy­cisk. Liczba „50” zapa­liła się na nie­bie­sko, a winda miękko ruszyła. Roz­po­częła się eks­pre­sowa podróż na naj­wyż­sze pię­tro z gwa­ran­cją, że nikt tej windy po dro­dze nie zatrzyma, żeby wstą­pić do bufetu na trzy­dzie­stym pią­tym albo skse­ro­wać doku­menty na czter­dzie­stym dru­gim.

Świa­tło w win­dzie przy­ga­sło o połowę, a drzwi otwo­rzyły się bez zna­nego z innych pię­ter dźwięku. Kobieta wkro­czyła do ciem­nej i cichej prze­strzeni. Wzrok dopiero po chwili przy­zwy­czaił się do ciem­no­ści. Otwo­rzyły się kolejne drzwi, a ona prze­szła przez nie po mięk­kim dywa­nie. Była tu już kilka razy, ale i tak czuła nie­po­kój, jaki można czuć na wybiegu dzi­kich zwie­rząt.

Świa­tło nie padało na niego bez­po­śred­nio, lecz jedy­nie oświe­tlało jego kon­tur odbi­ciami. Wobec kogoś innego można by użyć okre­śle­nia otyły, ale o nim można było powie­dzieć tylko, że jest wielki. Można było mieć w ogóle wąt­pli­wo­ści, czy ma się do czy­nie­nia z czło­wie­kiem. Spra­wie­nie takiego wła­śnie wra­że­nia nie­wąt­pli­wie było zada­niem archi­tekta, który pro­jek­to­wał to wnę­trze. Pomiesz­cze­nie zda­wało się nie mieć wymia­rów. Gdzieś tam z boku były okna, za któ­rymi roz­cią­gała się pano­rama noc­nej War­szawy. Całe pomiesz­cze­nie wyglą­dało tak, jakby okna nie miały ram, a cały pokój pozba­wiony był pod­łóg i sufi­tów. Wszystko tonęło w czerni, a gdzieś tam przez szparę w natu­rze tego miej­sca widać było mia­sto. Mia­sto jako doda­tek do tego miej­sca.

Zacią­gnął się cyga­rem. Poma­rań­czowe świa­tełko na tle czar­nej syl­wetki, a zaraz potem kłąb dymu, jaśnie­ją­cego nie­spo­dzie­wa­nie w tej nie­okre­ślo­nej prze­strzeni, pochła­nia­ją­cego obraz mia­sta.

— Spa­dek z pię­ciu milio­nów do trzech i pół.

On zawsze mówił w ten spo­sób. Nie pytał, nie żądał, lecz infor­mo­wał. A infor­ma­cja była dobrana w taki spo­sób, że choć­byś nie chciał, i tak po chwili zaczy­na­łeś myśleć to, co on chciał, żebyś myślał.

— Pra­cuję nad tym — odpo­wie­działa kobieta, zda­jąc sobie sprawę z tego, że pró­buje się schy­lić, jakby chciała się umniej­szyć w jego oczach. — Ale prze­cież naj­pierw był milion. Nie­cały milion. W rok zwięk­szy­łam to pię­cio­krot­nie.

Nic nie powie­dział. Palił, wypusz­cza­jąc w powie­trze gry­zący dym, który jakimś cudem nie akty­wo­wał czuj­ni­ków prze­ciw­po­ża­ro­wych. Może dla­tego, że ich nie było.

— Gdy­bym nie wzbiła się ponad trzy miliony — kon­ty­nu­owała drżą­cym gło­sem kobieta — nie byłoby tematu. A że wzbi­łam się na pięć, to spa­dek o pół­tora miliona źle wygląda? O to cho­dzi? To i tak wię­cej, niż pier­wot­nie miało być. Jest prze­cież lepiej, niż miało być. W śmia­łych pla­nach miały być trzy miliony.

Roz­mowa była skoń­czona. W tym momen­cie stało się to oczy­wi­ste. Kobieta pochy­liła głowę, odwró­ciła się i wyszła. Winda cze­kała na nią z otwar­tymi drzwiami i przy­ga­szo­nym świa­tłem. Drżą­cym pal­cem ledwo tra­fiła w przy­cisk. Wci­snęła dowolny, byle nisko.

Jedno jego zda­nie potrafi okre­ślić całe twoje życie, aż sobie przy­po­mi­nasz smak kom­potu z przed­szkola.

1. Goście

Felix, Net i Nika z ulgą odsta­wili cięż­kie torby z zaku­pami i wygła­skali roz­ra­do­wa­nego Cabana. Tego etapu nie można było pomi­nąć, odwie­dza­jąc dom pań­stwa Polo­nów.

— Mamo! Tato! — zawo­łał Felix. — Jestem w domu.

Odpo­wie­działa mu cisza.

— Są w teatrze z moimi sta­rymi — przy­po­mniał Net.

— Wnie­ście zakupy do kuchni — popro­siła Nika. — Mamy mało czasu.

— Cze­kaj, loguję się do psa — odparł Net, mizia­jąc Cabana pod brodą.

— Rodzice zapo­wie­dzieli, że wrócą po dzie­wią­tej — oznaj­mił Golem Golem, poja­wia­jąc się w drzwiach salonu.

Golem Golem miał dwa metry wzro­stu, ważył pra­wie dwie­ście kilo­gra­mów i był zło­żo­nym ze sta­lo­wych ele­men­tów andro­idem wypo­sa­żo­nym w sztuczną inte­li­gen­cję. Nor­mal­nie obec­ność takiego mon­strum w domu mogłaby się wydać dziwna, ale ani ten dom, ani trójka przy­ja­ciół nie paso­wała do ogól­nie przy­ję­tej defi­ni­cji nor­mal­no­ści.

— Możesz nam pomóc — powie­dział Net. — Zanieś to do kuchni. Mamy już ręce jak oran­gu­tany. Nie­na­wi­dzę robie­nia zaku­pów.

Robot ski­nął głową i nad wyraz miękko jak na swoją masę pod­szedł do toreb i pod­niósł je.

— Bab­cia Lusia, gdyby żyła, obra­zi­łaby się na nas za kupo­wa­nie warzyw w super­mar­ke­cie — stwier­dził Felix.

— Nie mie­li­śmy czasu na szu­ka­nie spe­cja­li­stycz­nego sklepu z mar­chew­kami — odparł Net. — Ech… znowu wszystko na ostat­nią chwilę.

— Przy­po­mnieć ci, kto to odkła­dał na póź­niej? — zapy­tała Nika.

Net skrzy­wił się.

— Za słabo nale­ga­łaś. Laura wpad­nie?

Felix pokrę­cił głową.

— Ona też ma testy. Sie­dzi i się uczy. Bierzmy się do roboty.

— Muszę jesz­cze wysta­wić na sprze­daż stary bul­bu­la­tor. — Net wyjął lap­top i zaczął kli­kać w przy­spie­szo­nym tem­pie w kla­wia­turę. — Kupi­łem nowy model, a więk­szość ludzi jesz­cze nie wie, że nowy już jest. To zaj­mie chwilkę.

Felix oce­nił leżące na bla­cie kuchen­nym pro­dukty, które zgar­nęli ze skle­po­wych pó­łek w pośpie­chu i raczej cha­otycz­nie.

— Tak to jest, jak się nie działa według planu — oce­nił. — Scha­bowy z kapu­stą zasma­żaną i purée ziem­nia­cza­nym to jedyna pewna rzecz, którą na pewno da się zro­bić. Myśl­cie co jesz­cze.

— Coś pol­skiego — pod­su­nął Net, nie odry­wa­jąc wzroku od ekranu. — Coś, czego nie będą znać. Prze­cież nie podamy im ham­bur­gera z fryt­kami. Tro­chę szkoda w sumie…

— Na pewno nie znają zupy ogór­ko­wej — zapro­po­no­wała Nika.

— Brzmi jak pozy­cja ze szpi­tal­nej sto­łówki. — Net zamknął lap­top i ode­tchnął. — A co tam! Bie­rzemy. Umiesz to zro­bić, czy szu­kać prze­pisu w sieci?

— Umiem, i to dobrze. Dzięki temu pod koniec mie­siąca za dzie­sięć zło­tych mam obiad na trzy dni.

— Jak sprze­dam jutro ten bul­bu­la­tor, to zafun­duję ci dzie­sięć mro­żo­nych pizz… czy tam piz­zów. Jak to się mówi.

— OK — zade­cy­do­wał Felix. — Zupa ogór­kowa i scha­bowe.

— Ja robię kotlety. — Net szybko się­gnął po paczkę ze scha­bem, deskę i tłu­czek do mięsa.

— Umyj to naj­pierw — pora­dziła Nika. — I jesz­cze przy­kryj –

— Spoko, dam sobie radę.

Net pobież­nie opłu­kał mięso, poło­żył na desce i zamach­nął się tłucz­kiem, jakby miał wbić solidny gwóźdź. Gdy ude­rzył, roz­le­gło się łup! i natych­miast po nim chlap!

— Ups… — Net popa­trzył zasko­czony na zachla­paną bluzę. Na obry­zgany mię­snymi kawa­łecz­kami rękaw Niki, toster i kilka ele­men­tów naj­bliż­szego oto­cze­nia. — Coś tu nie ban­gla. Jak skoń­czę, kuch­nia będzie wyglą­dała jak rzeź­nia.

— Przy­kryj folią. — Nika ręcz­ni­kiem papie­ro­wym wytarła rękaw i podała mu torebkę foliową.

— A może jed­nak ty to potłu­czesz? A, spraw­dzę prze­pis. — Wytarł dło­nie i otwo­rzył lap­top. — Man­fred1? A… zapo­mnia­łem. Odin­sta­lo­wany.

— Wła­śnie, czemu mamy z nim nie roz­ma­wiać?

— Wpro­wa­dzają mu na wypo­sa­że­nie drony2. Stan­dar­dowe kamery to było za mało. On musi opa­no­wać sztukę syn­chro­ni­zo­wa­nia się z kil­ku­na­stoma maszy­nami, więc przez naj­bliż­sze dwa tygo­dnie mamy się z nim nie kon­tak­to­wać. To może potłu­czesz kotlety. Golem Golem by pokroił w tym cza­sie ogórki.

— Ostat­nio pokroił mar­chewkę razem z deską.

— Popra­wi­łem mu regu­la­cję potę­gera wstrze­mięź­li­wo­ści — odparł Felix. — Ale z nim nie zmie­ścimy się tu wszy­scy. Golem Golem, przy­nieś drewno do kominka.

Robot ski­nął głową i odszedł w stronę drzwi ogro­do­wych. Felix spoj­rzał na zega­rek.

— Pół godziny do wyj­ścia. Ja robię kapu­stę zasma­żaną, ty roz­kle­pu­jesz kotlety i obie­rasz ziem­niaki, Nika robi zupę ogór­kową i ser­nik.

— Zaraz, dla­czego ja mam obie­rać ziem­niaki? — obu­rzył się Net.

— Maszyna obie­ra­jąca się zepsuła. Nie dam rady napra­wić, bo muszę robić kapu­stę zasma­żaną. Nie marudź.

* * *

Nowy ter­mi­nal portu lot­ni­czego im. Fry­de­ryka Cho­pina wyglą­dał jak pospiesz­nie prze­ro­biona hala po hur­towni pasz. Wsta­wiono tylko ekrany infor­ma­cyjne, schody ruchome, sta­no­wi­ska odprawy baga­żo­wej i skle­piki. Zadbano przy tym, by wszyst­kie te ele­menty paso­wały sty­li­stycz­nie do pier­wot­nego prze­zna­cze­nia obiektu, czyli były szare, pro­ste i tanie. Takie przy­naj­mniej wra­że­nie mógł odnieść podróżny, który widział ten ter­mi­nal po raz pierw­szy, bo tak naprawdę z hur­townią pasz nie miał on prze­cież nic wspól­nego.

Felix, Net i Nika stali przed infor­ma­cją o przy­lo­tach. Wokół prze­le­wał się tłum mówiący róż­nymi języ­kami. Samo­lot z Edyn­burga miał wylą­do­wać za dzie­sięć minut, co ozna­czało co naj­mniej pół godziny cze­ka­nia.

— Mówi­łem, że będziemy za wcze­śnie — ode­zwał się Net.

— Lepiej tak, niż gdyby to oni musieli cze­kać — zauwa­żył Felix.

— Zresztą w ogóle nie podoba mi się ten pomysł. Powin­ni­śmy się uczyć do egza­mi­nów.

— To już mówi­łeś z dzie­sięć razy. Nic nie pora­dzimy, a przy oka­zji pokon­wer­su­jemy sobie i pod­szko­limy język. Zresztą i tak byś się nie uczył.

— Ale teraz mam na co zwa­lić.

Podróżni prze­miesz­czali się w różne strony. Przy­ja­ciele sta­nęli pod fila­rem, skąd mogli obser­wo­wać wyj­ście z odprawy cel­nej. Co chwila drzwi się roz­su­wały, wypusz­cza­jąc jedną lub kilka osób. Tłu­mek, ocze­ku­jący za barier­kami ze zwi­ja­nych taśm, wypa­try­wał zna­jo­mych lub rodziny. Nie­któ­rzy trzy­mali kartki z nazwi­skami.

— Przy­naj­mniej spró­bujmy wypaść przy­zwo­icie — powie­działa Nika. — To tylko tydzień. Posta­raj się być… — spoj­rzała na Neta — uprzejmy.

— Spoko. Pełna kon­trola. — Net skrzy­wił się w gry­ma­sie pobłaż­li­wo­ści. — Zadbam o ich kom­fort. Wzią­łem to, żeby się nie nudzili po dro­dze.

Wyjął z kie­szeni zło­żoną gazetę, a wła­ści­wie tylko arkusz z pierw­szą i ostat­nią stroną. Podał Nice. Dziew­czyna roz­pro­sto­wała papier i unio­sła brwi, widząc wielki tytuł arty­kułu „Kolejne ofiary niedź­wie­dzi polar­nych. War­sza­wiacy, rygluj­cie dobrze drzwi!”.

— Co to ma być? — zdzi­wiła się.

Felix wziął od niej gazetę i otwo­rzył na dru­giej stro­nie. Prze­czy­tał nagłówki: „Pora­chunki cza­row­nic na Moko­to­wie. Dwie ofiary śmier­telne, jedna trans­mu­to­wana w kozę”, „Inkwi­zy­cja wkra­cza na Wydział Bio­lo­gii Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego”, „Pre­zy­dent mia­sta cele­bruje rytuał ofiary cało­pal­nej z oka­zji prze­si­le­nia wio­sen­nego”.

— Jestem pewna, że oni odróż­niają Pol­skę od Sybe­rii — powie­działa wolno Nika. — I nie myślą o nas jak o dzi­kim kraju tkwią­cym w śre­dnio­wie­czu. „Modły pre­wen­cyjne w par­la­men­cie prze­ciwko suszy”?

— Jak to prze­czy­tają, to może zaczną tak myśleć — mruk­nął Felix. — „Wzrost stawki VAT na rzu­ca­nie uro­ków”. Brawo.

— No wła­śnie! — przy­tak­nął Net. — Prze­czy­tają to i się prze­stra­szą, a potem na każ­dym kroku będzie ich cze­kało pozy­tywne zasko­cze­nie.

— Skąd ty to wytrza­sną­łeś? — Felix przyj­rzał się bli­żej arku­szowi. — To nie jest papier gaze­towy.

— Jasne, że nie. Wydru­ko­wa­łem to prze­cież sam. Pół dnia wymy­śla­łem te arty­kuły. — Zabrał „gazetę”. — Spodoba im się.

— To ma być wymiana mię­dzysz­kolna — przy­po­mniała Nika. — Mamy ich ugo­ścić i poka­zać się od jak naj­lep­szej strony. Szcze­rze mówiąc, nie wiem, jak to będzie wyglą­dało.

— Boisz się o swoje pół­to­ra­po­ko­jowe miesz­ka­nie? — zapy­tał Net. — Może to okaże się dla tej Irlandki atrak­cją.

Nika wes­tchnęła i wzru­szyła ramio­nami.

— Cześć!

Odwró­cili się na dźwięk głosu. Obok, z rękoma w kie­sze­niach, stał Gil­bert.

— Odbie­ram Niemca — wyja­śnił. — Chcia­łem Fran­cuzkę, ale się skoń­czyły.

— Zosia ci zabro­niła — zga­dła Nika.

— Miała jakieś nie­uza­sad­nione obawy, więc odpu­ści­łem. Gość nazywa się Michael i mieszka w Ham­burgu.

— Spo­dzie­wam się incy­dentu mię­dzy­na­ro­do­wego po twoim pierw­szym sur­re­ali­stycz­nym dow­ci­pie — stwier­dził Net. — Ale to nawet dobrze, bo to odwróci uwagę od naszych potknięć dyplo­ma­tycz­nych.

— Two­ich — spre­cy­zo­wała Nika. — Do pierw­szego potknię­cia już przy­go­to­wa­łeś tę gazetę.

— Skąd wiesz o mojej gaze­cie? — zapy­tał podejrz­li­wie Gil­bert.

— O two­jej? — par­sk­nął Net. — Ja przy­go­to­wa­łem fik­cyjną gazetę i mam do niej prawa autor­skie.

— Ja mam praw­dziwą gazetę. — Gil­bert wyjął z kie­szeni zło­żone arku­sze papieru. — No, może nie cał­kiem praw­dziwą, to prze­druk gazety histo­rycz­nej.

Nika wzięła arku­sik i poki­wała głową.

— Chcesz Niem­cowi dać na powi­ta­nie „Kur­jer War­szaw­ski” z 1 wrze­śnia 1939 roku?

— Naj­pierw myśla­łem o 1 sierp­nia ’44, ale nie zna­la­złem, chyba już się nie uka­zy­wał3. A co nie tak z tą gazetą? Cho­dzi o to, żeby­śmy się nie nudzili wie­czo­rem. Tak przy­naj­mniej będą jakieś wspólne tematy.

— To dla waszego dobra. — Nika wrzu­ciła papier do naj­bliż­szego kosza na śmie­cie i wycią­gnęła rękę do Neta. Ten nie­chęt­nie podał jej swoją gazetę, która rów­nież wylą­do­wała w śmie­ciach.

— Dobra, może to byłoby nudne — przy­znał Gil­bert. — Mam karty, zagramy sobie w wojnę. W kam­pa­nię wrze­śniową kon­kret­nie.

Drzwi w szkla­nej prze­gro­dzie hali roz­su­nęły się, wypusz­cza­jąc podróż­nych z kolej­nego samo­lotu. Gil­bert roz­pro­sto­wał kartkę z napi­sem „Michael” i ze znu­dzoną miną zaczął się przy­glą­dać wycho­dzą­cym, szu­ka­jąc szes­na­sto­let­niego blon­dyna.

— O, jest i Kle­mens — zauwa­żył Net.

Po dru­giej stro­nie wyj­ścia, mię­dzy kil­ku­na­stoma ocze­ku­ją­cymi, Kle­mens ner­wowo miął w dło­niach kartkę z napi­sem „Marie Audrey”. Pod ramię trzy­mała go niż­sza o pół­to­rej głowy Celina. Obok krę­ciła się zaafe­ro­wana Klau­dia.

— Oni mają do wyboru dwie Fran­cuzki — przy­po­mniał sobie Felix. — Jedną bie­rze Klau­dia, drugą Kle­mens. Celina zazna­czyła, że on ma wziąć tę brzyd­szą, żeby go nie kusiło.

— Cie­kawe, co mia­łoby sku­sić tę Fran­cuzkę…

Rze­czy­wi­ście, powie­dzieć, że Kle­mens ma nad­wagę, byłoby spo­rym eufe­mi­zmem. Z miej­sca, gdzie stali przy­ja­ciele, widać było, że sapie z emo­cji, a czoło błysz­czy mu od potu.

— Gusta są różne — pod­su­mo­wała Nika.

— A czemu wła­ści­wie ta druga nie zamieszka u Aure­lii? — zapy­tał Net. — Aure­lia i Klau­dia razem uczą się fran­cu­skiego.

— Aure­lia ma jakieś nie­prze­wi­dziane pro­blemy rodzinne — wyja­śnił Gil­bert. — Rodzice Kle­mensa zgo­dzili się awa­ryj­nie.

Przez drzwi prze­szły dwie iden­tyczne szczu­plut­kie blon­dynki w wieku przy­ja­ciół z dwiema iden­tycz­nymi czer­wo­nymi wali­zecz­kami na kół­kach. Bliź­niaczki.

— To nie są wasi Bry­tyj­czycy — stwier­dził Gil­bert.

— Jesz­cze nie wylą­do­wali — mruk­nęła Nika.

Blon­dynki rozej­rzały się i… ruszyły wprost do Kle­mensa, Celiny i Klau­dii.

— Ja cię! — Net pokrę­cił głową. — Cie­kawe, jak ona teraz wybie­rze tę brzyd­szą.

Przez drzwi prze­szła sma­gła dziew­czyna z dłu­gimi kru­czo­czar­nymi wło­sami. Miała w sobie coś z Hin­du­ski albo Indianki.

— A to nie jest twój Nie­miec — stwier­dził zło­śli­wie Net.

Dziew­czyna rozej­rzała się i jej wzrok padł na… Gil­berta. Pode­szła do niego i uśmiech­nęła się uro­czo.

— Michael. — Wycią­gnęła rękę. — A ty to pew­nie Gil­bert?4

— Gil­bert Kur­tacz — odparł zasko­czony chło­pak. Na jego twarz wpełzł szar­mancki uśmiech. — Pozwól, że wezmę twój bagaż. — Szyb­kim ruchem prze­szedł pod taśmą i prze­jął walizkę. — Lubisz grać w karty?

Przy­ja­ciele odpro­wa­dzili ich wzro­kiem.

— Michael to imię żeń­skie — stwier­dził oczy­wi­stość Net. — Nawet widzia­łem kie­dyś taki film, na któ­rym boha­ter popeł­nił iden­tyczną pomyłkę.

— Jak się pisze po angiel­sku, to nie wia­domo, jakiej płci jest roz­mówca — zauwa­żył Felix.

— Biedna Zosia — szep­nęła Nika.

— Ma prze­ki­chane — zgo­dził się Net, po czym się zre­flek­to­wał. — Ale o czym ty wła­ści­wie mówisz? Prze­cież to tylko wymiana mię­dzysz­kolna. Zacie­śnia­nie więzi… takie lek­kie zacie­śnia­nie. Nie zaraz od razu w jakiś tam węzeł.

Nika tylko poki­wała głową.

Drzwi roz­su­nęły się i wyszło dwóch chło­pa­ków: jeden czar­no­włosy w oku­la­rach, drugi rudy i pie­go­waty.

— Wyglą­dają tro­chę jak Harry Pot­ter i Ron Wesley — przy­znał Net. — Zaraz! To pew­nie nasi.

— A gdzie Her­miona? — zapy­tała Nika.

Felix i Net popa­trzyli na sie­bie.

— Wycią­gamy kartkę? — zapy­tał Net.

— Wycią­gamy — zgo­dził się Felix i wyjął z kie­szeni kartkę z napi­sem „Wil­liam, Angus Emma”. Emmę niby przy­pad­kiem zasło­nił pal­cami.

Tamci z uśmie­chem ruszyli w stronę przy­ja­ciół. Rudy miał twe­edową mary­narkę, sztruk­sowe spodnie bli­żej nie­okre­ślo­nego koloru i starą walizkę bez kółek, tylko z rączką. Wyda­wał się sta­ro­modny nie z braku pie­nię­dzy by­naj­mniej, lecz taki miał wła­śnie styl. Drugi był jego prze­ci­wień­stwem. Ubrany nowo­cze­śnie, lecz nie sztyw­niacko, w pro­stą ciemną bluzę i czarne spodnie, cią­gnął za sobą lekko poobi­janą alu­mi­niową walizkę.

— Old­skul — zdą­żył szep­nąć Net, nim tamci się zbli­żyli.

— Cześć! — Pierw­szy przy­wi­tał się czar­no­włosy. — Nazy­wam się Wil­liam, a to Angus. Będziemy wam prze­szka­dzać przez naj­bliż­szy tydzień.

Felix, Net i Nika rów­nież się przed­sta­wili.

— Nie będzie­cie nam prze­szka­dzać. — Nika z uśmie­chem wycią­gnęła rękę. — A gdzie Her… zna­czy Emma?

— Roz­cho­ro­wała się. — Wil­liam roz­ło­żył ręce, wpa­tru­jąc się w Nikę. — Do ostat­niej chwili wyda­wało się, że się wyku­ruje, ale nic z tego nie wyszło. Grypa. Może prze­żyje.

Przy­ja­ciele patrzyli na niego chwilę z nie­po­ko­jem, aż się uśmiech­nął.

— A, taki żart… — mruk­nął kwa­śno Net.

— To przy­kre — odparła Nika, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać ulgi. Uśmiech­nęła się jed­nak. — Miło, że cho­ciaż wy dotar­li­ście.

— Wiemy, że zwa­lamy się wam na głowę — powie­dział Wil­liam. — W ramach zadość­uczy­nie­nia przy­go­to­wa­li­śmy po dwa dow­cipy na każdy dzień.

— Lubimy angiel­ski humor — odparł ostroż­nie Felix.

— Bo inny nie ist­nieje — dodał mniej ostroż­nie Net. — A co ze szkoc­kim humo­rem?

— Szkocki humor to dow­cipy o Angli­kach — wyja­śnił Angus, po czym obaj z Wil­lia­mem przy­bili piątkę. — Luz, jeste­śmy Bry­tyj­czy­kami.

— Ale prze­cież wiemy, że wam zakłó­camy przy­go­to­wa­nia do egza­mi­nów — dodał Wil­liam. — Szkoda, że wymiana nie odbyła się tydzień temu.

— To dla­tego, że nasz dyrek­tor jest tro­chę… — Net zawie­sił głos. — Zresztą sami zoba­czy­cie. Na szczę­ście będzie­cie mogli pod­po­wia­dać na egza­mi­nach, bo więk­szość nauczy­cieli chyba nie zna angiel­skiego. Dobra. — Zatarł ręce. — To lecimy na obia­dek.

— Potrzebne taxi? — roz­legł się kon­spi­ra­cyjny szept z boku.

Męż­czy­zna w skó­rza­nej kurtce ze ścią­ga­czem patrzył na nich wycze­ku­jąco. Na smy­czy miał przy­pięty wyświech­tany iden­ty­fi­ka­tor, z któ­rego nie dało się zupeł­nie nic wyczy­tać.

— Sziur! — ucie­szył się Wil­liam.

— Zaraz, momen­cik — powstrzy­mała go Nika.

— Chyba podzię­ku­jemy — poparł ją Felix.

Net szturch­nął ją, mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo do Felixa i szep­nął:

— To ten sam koleś. Ten, z któ­rym jecha­li­śmy, kiedy przy­le­ciała bab­cia Ade­lajda.

— No wła­śnie — odszep­nął Felix. — To oszust. Chodźmy do pociągu. Za dwa­dzie­ścia minut będziemy w Cen­trum.

Bry­tyj­czycy przy­glą­dali im się z zain­te­re­so­wa­niem.

— Nie wypada szep­tać przy gościach. — Nika nachy­liła się do przy­ja­ciół. — Co wy kom­bi­nu­je­cie?

— Zoba­czysz. — Net wypro­sto­wał się i powie­dział z teatralną emfazą do kie­rowcy — z ochotą sko­rzy­stamy z pana usług. Przy­niosę tylko resztę naszych bagaży.

Net pobiegł za załom ściany. Nika spoj­rzała pyta­jąco na Felixa, który tylko wzru­szył ramio­nami. Net wró­cił, nio­sąc dwa pełne i zawią­zane na supeł worki na śmie­cie. Wrę­czył je zdzi­wio­nemu kie­rowcy.

— To wygląda jak… — męż­czy­zna zawie­sił głos.

— Roz­wa­liła nam się walizka i prze­pa­ko­wa­li­śmy się do wor­ków — odparł z kamienną twa­rzą Net.

— Można było walizkę owi­nąć taśmą… czy coś.

Net zde­cy­do­wa­nie pokrę­cił głową i wyja­śnił:

— Walizka musi zostać prze­ba­dana na miej­scu. To stan­dar­dowa pro­ce­dura. Cho­dzi o bez­pie­czeń­stwo. Ter­ro­ry­ści, suwaki, hemo­glo­bina, rozu­mie pan.

— Oczy­wi­ście, tak, oczy­wi­ście. Daleko pań­stwo jadą, jeśli można zapy­tać?

— O, daleko! — Net mach­nął ręką. — Jedziemy do wujka na Ursy­nów. To zdaje się na dru­gim końcu mia­sta.

Kie­rowca zamru­gał i uśmiech­nął się chy­trze.

— O tak, rze­czy­wi­ście kawał drogi — przy­tak­nął gor­li­wie. — Tra­fimy, pań­stwo się nie mar­twią. Pro­szę za mną.

Odwró­cił się, ale Net usa­dził go w miej­scu.

— Cze­kamy jesz­cze na dwie pozo­stałe walizki. One też się roz­pa­dły. Może pan na razie zanie­sie tę część do samo­chodu i wróci tu do nas po resztę bagaży.

— OK. Wra­cam w try miga! — Kie­rowca szyb­kim kro­kiem, nie­mal bie­giem ruszył z wor­kami peł­nymi śmieci do wyj­ścia.

— Co tu się wła­ści­wie wyda­rzyło? — zapy­tał Wil­liam. — Czemu dałeś temu czło­wie­kowi worki ze śmie­ciami?

— W naszym kraju wszy­scy oby­wa­tele dbają o czy­sto… — Net nie skoń­czył, Nika szturch­nęła go bowiem łok­ciem.

— To oszust — wyja­śnił Felix. — Tak­sów­karz, który wozi pasa­że­rów trzy razy dro­żej niż inni. A dodat­kowo jedzie okrężną trasą, żeby jesz­cze wię­cej zaro­bić.

— Ursy­nów nie leży na dru­gim końcu mia­sta, tylko kilka kilo­me­trów stąd — dodała Nika.

— To w Pol­sce tak wolno? — Angus zer­kał ukrad­kiem na dziew­czynę.

— Czy wolno? — Felix podra­pał się w głowę. — Hm… Po dro­dze opo­wiemy wam, jak to jest z tym, co w Pol­sce wolno, a czego nie. Teraz powin­ni­śmy się stąd ulot­nić, nim on wróci. Net?

Net wyko­nał bli­żej nie­okre­ślony gest i pobiegł w prze­ciwną stronę niż poprzed­nio. Po chwili wyło­nił się zza win­kla z dwoma kolej­nymi wor­kami.

— Prze­gi­nasz — oce­niła Nika. — On się zorien­tuje.

— Eee tam. Zachłan­ność go zaśle­pia.

— Net posta­no­wił go wycho­wać — wyja­śniła Nika.

— Uka­rać — spre­cy­zo­wał Felix.

Do hali wbiegł tak­sów­karz, zwol­nił kroku i z uśmie­chem, ciut tylko mniej chy­trym, zbli­żył się do przy­ja­ciół. Net wrę­czył mu kolejne dwa worki.

— Zawar­tość dru­giej walizki. Cze­kamy jesz­cze na trze­cią. Powie­dzieli, że to zaj­mie naj­wy­żej trzy minutki.

— Aha… — Tak­sów­karz zer­k­nął na worki już bez uśmie­chu. — To ja… zaniosę je i wrócę.

— Będziemy tu cze­kać — zapew­nił go Net. Kiedy tak­sów­karz z wor­kami wyszedł z hali, Net rzu­cił — się zmy­wajmy do pociągu.

Szyb­kim kro­kiem prze­szli przez zatło­czony ter­mi­nal i wyszli wyj­ściem naj­bliż­szym sta­cji kolejki. Słońce już cho­wało się za budynki lot­ni­ska. Nieba nie szpe­ciła ani jedna chmurka, a czerw­cowe powie­trze po raz pierw­szy tego roku pach­niało latem. Przy takiej pogo­dzie poja­wia się zwy­kle opty­mi­styczne prze­ko­na­nie, że wszystko się uda i każdy plan zosta­nie zre­ali­zo­wany bez naj­mniej­szych potknięć. I zapewne tak by było i tym razem, gdyby nie…

— O, jeste­ście pań­stwo! — ucie­szył się idący z naprze­ciwka tak­sów­karz. — Wła­śnie wra­ca­łem po zawar­tość trze­ciej walizki.

Cała piątka zatrzy­mała się, zasko­czona.

— Upchnę­li­śmy po kie­sze­niach — wypa­lił Net. — Więc tu pan stoi…

— Wła­śnie tu, z dala od zgiełku lot­ni­ska.

Stary Opel Omega5 rze­czy­wi­ście par­ko­wał kawa­łek dalej w cie­niu mię­dzy fila­rami wia­duktu i nie rzu­cał się w oczy.

— Eem… — Net spoj­rzał bła­gal­nie na przy­ja­ciół.

— Mistrzu cere­mo­nii… — zachę­ciła go Nika.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Man­fred – zaprzy­jaź­niony pro­gram sztucz­nej inte­li­gen­cji, który na co dzień zaj­muje się ste­ro­wa­niem ruchem w War­sza­wie. [wróć]

Dron – bez­za­ło­gowy apa­rat lata­jący. [wróć]

„Kur­jer War­szaw­ski” – gazeta codzienna wyda­wana w War­sza­wie od 1821 r. do 9 paź­dzier­nika 1939 r. [wróć]

Oczy­wi­ście wszyst­kie te roz­mowy z przy­by­łymi na wymianę cudzo­ziem­cami odby­wają się po angiel­sku. Wyjąt­kiem są te roz­mowy, które nie odby­wają się po angiel­sku. [wróć]

Ze względu na miłość autora do moto­ry­za­cji w tej książce nazwy samo­cho­dów są pisane wielką literą. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Amelia i Kuba. Mi się podoba Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy Amelia i Kuba. Wenecki spisek Różaniec Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony Amelia i Kuba. Stuoki Potwór 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Chłopiec z Burzy Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never