W dżungli życia

W dżungli życia

Autorzy: Beata Pawlikowska

Wydawnictwo: National Geographic

Kategorie: Lifestyle

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 300

Cena książki papierowej: 31.90 zł

cena od: 22.00 zł

Już czas.

Możesz zmienić to wszystko, czego nie lubisz w swoim życiu. Możesz wreszcie wstać z kolan i poczuć, że żyjesz.

Możesz być szczęśliwa i wolna.

Daję słowo honoru.

Wiem, że to jest możliwe.

Bo ja tak zrobiłam.

To jest trzecie, zmienione i rozszerzone wydanie tej książki.

Napisałam ją w połowie na nowo.

Dla Ciebie.

Beata Pawlikowska

Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp

ROZDZIAŁ 1. Początek

Tekst, rysunki, zdjęcia: BEATA PAWLIKOWSKA

Zdjęcie na okładce: ADAM KOZAK/Agencja Gazeta

Projekt okładki: BEATA PAWLIKOWSKA I MACIEJ SZYMANOWICZ

Opracowanie graficzne: BEATA PAWLIKOWSKA I MACIEJ SZYMANOWICZ

DTP: MACIEJ SZYMANOWICZ

Copyright for the Polish edition

© 2013 G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa.

Copyright © 2013 for the text and drawings by Beata Pawlikowska

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Wydanie I elektroniczne

Warszawa 2013

ISBN 978-83-7778-636-9

Wydawnictwo G+J RBA Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa

ul. Marynarska 15,

02-674 Warszawa

Dział handlowy: tel. (48 22) 360 38 38, 360 38 42; fax (48 22) 360 38 49

Konwersja: eLitera s.c.

Wstęp

Szukałam w życiu szczęścia.

Wyruszałam w podróż po dobrze oznakowanych drogach. Myślałam, że prowadzą we właściwym kierunku. A potem nagle odkryłam, że te wydeptane trakty to bezduszne pustkowia, gdzie hula dziki wiatr.

Zaczęłam więc szukać dziewiczych ścieżek, przez które przedzierałam się wbrew woli i wbrew radom innych ludzi. Ostrzegano mnie, że źle skończę.

A ja po prostu nie byłam gotowa, żeby wyjść za mąż, urodzić dzieci, znaleźć bezpieczną pracę i zrobić kilka innych rzeczy, które „przecież należy zrobić”.

Zamiast tego pasjami pisałam opowiadania i książki, malowałam, rozmyślałam, obserwowałam siebie, organizowałam kolejne wyprawy do Ameryki Południowej, Afryki czy Azji. Szukałam czegoś. Nie wiedziałam czym jest to „coś”, ale miałam przeczucie, że jeśli zostanę wierna sobie, to prędzej lub później to znajdę.

Wiele razy byłam bliska utonięcia w trzęsawiskach dżungli amazońskiej i życiowych bagnach, takich jak narkotyki, alkohol, anoreksja, bulimia, samotność czy przemoc. Ale zawsze w ostatniej chwili ratował mnie wewnętrzny głos, który zaczynał krzyczeć, że przecież nie tego szukałam. Nie chciałam kończyć nieszczęśliwie jako bohaterka tragedii.

Chciałam żyć i być szczęśliwa.

Powracałam więc do przerwanej podróży przez rzeczywistość i wyruszałam na kolejny koniec świata, żeby znów próbować znaleźć drogę we właściwym kierunku.

Gdybym wiedziała dokładnie czego szukam albo jakie pytania powinnam zadać spotykanym po drodze ludziom, być może byłoby mi łatwiej. Ja tylko czułam, że powinno być inaczej, że życie nie może być beznadziejnym splotem okoliczności, w których człowiek jest bezradnym więźniem.

I rzeczywiście.

Odkryłam kilka ważnych rzeczy. Być może ktoś mi o nich mówił wcześniej, ale ja nie potrafiłam słuchać.

Musiałam więc sama sparzyć się wiele razy, żeby je zrozumieć. Dlatego postanowiłam o nich napisać.

Nauczyłam się pokonywać trudności i rozwiązywać problemy. Metodą prób i błędów odkryłam wreszcie jak sobie radzić i co w życiu jest najważniejsze. Ułożyłam swoje życie tak, że jestem szczęśliwa.

Ta książka opowiada o tym, jak szukałam właściwej drogi i jak ją odnalazłam. Mam nadzieję, że pomoże Wam odnaleźć siebie i swoje miejsce w świecie.

Caracas – Hawana – Warszawa 2005

ROZDZIAŁ 1

Początek

Miałam siedemnaście lat, kiedy wygrałam pierwszy konkurs literacki. Mieszkałam wtedy w Koszalinie i nie miałam przedniego zęba, który złamałam na bułce z szynką. Kilka miesięcy wcześniej stało się coś, co na zawsze zmieniło moje życie.

Bardzo dokładnie pamiętam ten moment.

To się zdarzyło w czasach P.I., czyli Przed Internetem. Wiem, trudno sobie wyobrazić świat bez Internetu, YouTube’a i poczty mailowej. Wyobraź sobie, że nie było też wtedy telefonów komórkowych. Ha! Nie było smsów ani elektronicznych plików z muzyką.

Ale był magnetofon i gramofon. Ten drugi służył do odtwarzania prawdziwych czarnych płyt winylowych. Innych wtedy nie było. Ach, zapomniałam dodać, że to był też czas Przed CD!!

Miałam gramofon kupiony w promocji z powodu zardzewiałych zawiasów, ale w fajnej drewnianej obudowie. Sprzedawca mówił, że taki gramofon ma lepszy dźwięk.

Dla mnie miał rzeczywiście najpiękniejszy. Szczególnie tamtego dnia, kiedy położyłam na nim płytę. To właściwie nie była nawet płyta, tylko pocztówka dźwiękowa, czyli prostokątny kawałek plastiku ze zdjęciem obrazu żółtych kwiatów w wazonie.

Przyłożyłam igłę gramofonu1 i zostałam zaklęta. Paul McCartney śpiewał „Michelle”, a ja w jego głosie usłyszałam wszystko, o czym skrycie marzyłam: wolność, podróże, daleki świat, pasję tworzenia, sztukę, miłość.

Coś się wtedy we mnie odmieniło. Nabrałam głęboko powietrza i poczułam, że nagle mogę oddychać. Boże! A więc świat dorosłych może też wyglądać tak jak Beatlesi! Oni mieli w sobie radość, wydawali się wolni, niczym nie skrępowani i śpiewali o tym, co grało im w duszy!

Wtedy zaczęłam się uczyć angielskiego, żeby zrozumieć o czym śpiewają w piosenkach.

Wtedy też odkryłam, że muzyka ma w sobie niesamowitą moc. Podsuwała mi myśli i obrazy i tak głęboko poruszała moją wyobraźnię, że przenosiłam się w zupełnie inne światy.

Uciekałam na wagary. Rano wychodziłam z domu z zamiarem dotarcia do szkoły. Miałam odrobione zadania domowe i teczkę wypakowaną szkolnymi książkami. Wsiadałam do autobusu.

I nagle autobus stawał przy wielkim parku pełnym starych drzew, tajemniczych alei i zapachu dżungli, a ja po prostu nie mogłam się powstrzymać. Przeciskałam się do wyjścia, wyskakiwałam na wolność i zanurzałam się w zieloności roślin. A potem szłam na drugą stronę parku do fonoteki w Bibliotece Wojewódzkiej. Siadałam w fotelu, nakładałam słuchawki na uszy i odpływałam w świat muzyki i najbardziej niezwykłych przygód w mojej wyobraźni.

Nie mogłam słuchać muzyki w milczeniu i z zamkniętymi oczami. Chwytałam za długopis i kartkę papieru, pisałam wiersze i opowiadania, rysowałam. Muzyka dyktowała mi myśli, słowa i obrazy.

Czasem zamiast na wagary, chodziłam też do szkoły. Ale muzyka bez przerwy we mnie grała, rysowałam więc podczas lekcji w szkolnych zeszytach, co strasznie wkurzało nauczycieli. Niektórzy za karę zabierali mi te zeszyty i nigdy nie dostałam ich z powrotem.

Pewnego dnia ktoś podsumował godziny mojej nieusprawiedliwionej nieobecności i postanowiono, że za karę powinnam zostać wyrzucona ze szkoły. I tak by się pewnie stało, gdyby nie szczęśliwy traf – jeden z wielu w moim życiu. Wychowawcą mojej klasy był artysta plastyk, Ryszard Dąbrowski, który na lekcjach wychowawczych uczył nas rysowania. Kto lepiej niż on mógł zrozumieć kogoś takiego jak ja? Chyba nawet nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Byłam pochłonięta poznawaniem muzyki Beatlesów, Jean Michelle’a Jarre’a, Elvisa Presleya i Dire Straits; malowaniem, pisaniem i tworzeniem mojego własnego świata, w którym rosła dżungla i spacerowały tygrysy o kołyszących się biodrach.

Było mi wszystko jedno czy zostanę wyrzucona ze szkoły, czy nie. Byłam najbardziej zbuntowaną nastolatką, jaką można sobie wyobrazić. Z nikim nie chciałam rozmawiać, nikomu nie mogłam się zwierzyć.

Nawet nie wiedziałam, że mój wychowawca wziął pióro i jednym ruchem usprawiedliwił w Dzienniku wszystkie moje godziny wagarów. Dzięki temu mogłam skończyć szkołę średnią. I jak dotąd ostatnią w moim życiu.

Nauka zajmowała mnie tylko w takim stopniu, w jakim była konieczna. Najbardziej wymagająca była pani od chemii, więc w poniedziałki po lekcjach przynosiłam z piwnicy słoik kompotu śliwkowego (dla pokrzepienia sił) i wykuwałam na pamięć formułki i wzory. Następna w kolejności była geografia, bo nauczycielka wymagała znajomości wszystkich stolic, a dodatkowo odpytywała z poprzednich lekcji, więc trzeba było znać zagłębia węgla brunatnego, rozkład gleb w Polsce i podobne kompletnie nieinteresujące i nie poruszające wyobraźni rzeczy.

Dlaczego na lekcjach geografii nie opowiada się uczniom o tym jak fascynujące może być życie w innych krajach?... Nazwy stolic były dla mnie tylko martwymi słowami, które należało dopasować do wypłowiałej szkolnej mapy, z całych sił usiłowałam je sobie jednak wbić do głowy. Pewnego dnia zostałam wywołana do tablicy.

– Spójrz na siebie! Jak ty wyglądasz! – rzuciła z niesmakiem pani od geografii.

Rzeczywiście, nie wyglądałam najlepiej. Długie, proste włosy w mysim kolorze, które płukałam octem, żeby się łatwiej rozczesywały, stary szary sweter do pół uda, przykrótkie ciemne spodnie w żółty rzucik i błyszcząca pacyfa na rzemyku, którą własnoręcznie zrobiłam ze złotych koralików.

Nie pamiętam ile stolic udało mi się wymienić i pokazać na mapie. Pamiętam tylko, że w końcu padło pytanie o stolicę Malezji, a ja już czułam się kompletnie skołowana i nie byłam w stanie sobie przypomnieć, że zaledwie poprzedniego dnia wbijałam w pamięć to dziwne słowo „Kuala Lumpur”.

Wiele lat później, kiedy przyleciałam do Malezji, żeby wziąć udział w rajdzie samochodami terenowymi Rainforest Challenge, zobaczyłam w centrum dwie potężne srebrne, błyszczące wieże – najwyższe bliźniacze wieże świata – i natychmiast przypomniała mi się tamta nieszczęsna lekcja. Dostałam dwóję – czyli najniższy stopień w ówczesnej skali, która sięgała od pały aż do piątki.

– Dwója?! – pomyślałam. – Ale jak to? Przecież ja się wczoraj uczyłam! Przecież całe bezcenne popołudnie poświęciłam na wykuwanie tych cholernych stolic!!!

To było niesprawiedliwe! Nie do zniesienia! Wróciłam na swoje miejsce, spakowałam książki, powiedziałam „do widzenia” i wyszłam z klasy, choć lekcja jeszcze nawet się nie zaczęła. Od tamtej pory na geografii miałam przechlapane.

W każdej wolnej chwili – w autobusach, podczas lekcji, w domu – pisałam opowiadania o dżungli, Nowym Jorku, Chinach, o rzeczach, miejscach i ludziach, które były dla mnie absolutnie niedostępne, ale istniały w mojej wyobraźni.

Wszystko było wtedy pierwsze: pierwsza publikacja w prasie – lokalnej gazecie „Głos Pomorza”, gdzie zamieszczono mój wiersz pt. „Nie wołam”, pierwszy narzeczony – Mirek, który grał w drugoligowym zespole piłki ręcznej i słuchał Deep Purple, pierwsze nagrody w konkurach poetyckich i literackich, pierwszy występ w radiu, kiedy Grażyna Preder z Rozgłośni Polskiego Radia w Koszalinie zaprosiła mnie do studia na wywiad.

Nie przykładałam do tego wielkiej wagi.

Najważniejsze było podróżowanie w wyobraźni, pisanie, muzyka, rysowanie i malowanie. Byłam szczęśliwa, kiedy mogłam im się poświęcać. Nic innego właściwie mnie nie interesowało.

Mijały lata. Skończyłam szkołę, zdałam maturę i rozpoczęłam swobodny dryf po codzienności.

Niespodziewanie musiałam stanąć twarzą w twarz z realnym światem i czułam się bezradna. Ogarniał mnie smutek i czułam wewnątrz jakąś dziwną pustkę, której niczym nie umiałam zapełnić.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Największe skarby naszej cywilizacji W dżungli codzienności Największe kłamstwa naszej cywilizacji Nowe zdrowe przepisy W dżungli zdrowia. Część 3. Moja dieta cud Piekę chleb i ciastka