Bajka to życie albo z jakiej jesteś bajki. Historie zmyślone opatrzone pomocnym komentarzem

Bajka to życie albo z jakiej jesteś bajki. Historie zmyślone opatrzone pomocnym komentarzem

Autorzy: Wojciech Eichelberger Agnieszka Suchowierska

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Poradniki

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 424

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 20.90 zł

Kilkanaście współczesnych, nowych, zaskakujących swą wymową bajek - napisanych przez nauczycielkę-polonistkę z Białegostoku - staje się przedmiotem głębokiej, odkrywczej i niezwykle pouczającej analizy w wykonaniu doświadczonego psychologa i psychoterapeuty. Analiza ta zawarta jest w formie żywego, lekkiego, nierzadko zabawnego dialogu terapeuty z autorką bajek. 

Wy­daw­nic­two Czar­na Owca

War­sza­wa 2013

Re­dak­cja

Bo­gu­sła­wa Ję­dra­sik

Ha­li­na Thyl­we

Pro­jekt okład­ki

Agniesz­ka Kie­rat

Skład i ła­ma­nie

Mar­cin La­bus

Text © by Woj­ciech Eichel­ber­ger, Agniesz­ka Su­cho­wier­ska

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Ja­cek San­tor­ski & Co Agen­cja Wy­daw­ni­cza, 2008

Cy­tat na okład­ce po­cho­dzi z: H.Ch. An­der­sen „O to­bie mówi baj­ka”, t. 3. s. 434, PIW, War­sza­wa 1956, wyd. 1, tłum. S. Bey­lin, S. Sa­wic­ki, J. Iwasz­kie­wicz

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ni­niej­szy plik jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku. Roz­po­wszech­nia­nie ca­ło­ści lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy wła­ści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-7554-783-2

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

e-mail: wydawnictwo@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51

Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:

www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Dedykacja

Od Autorów

RODZINA TITKÓW – czyli jak nie dać się krzywdzie

MILIA, AHE I EHA – czyli jak nie gonić za mocą i władzą

ELMA – czyli jak zacząć wszystko od nowa

RYBAK KMO – czyli jak być wolnym

IRRIA I EANA – czyli jak żyć własnym życiem

KRÓLEWNA AAA – czyli jak zamieszkać w ciele

LILIANA I BESTIAN – czyli jak nie dać się uzależnieniu, narcyzmowi i fanatyzmowi

KOPCIUSZKA – czyli jak nie szukać księcia z bajki

ZORZA – czyli jak być zwyczajnym i pięknym

BIELINKA I FEERY – czyli jak zobaczyć świat

BURAK – czyli jak znaleźć istotę rzeczy

ANASTAZY, KTÓREGO NIE BYŁO – czyli jak nie nabrać się na słowa

KRÓL UKH – czyli jak mieć, ale nie mieć

JAK NIE BYĆ, ŻEBY BYĆ

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Mo­jej na­uczy­ciel­ce ży­cia, pani Wie­sła­wie Go­łą­bek

Agniesz­ka Su­cho­wier­ska

Mo­je­mu na­uczy­cie­lo­wi ży­cia, Phi­li­po­wi Ka­ple­au

Woj­ciech Eichel­ber­ger

Od Autorów

Agniesz­ka Su­cho­wier­ska: Gdy­by ktoś mnie spy­tał, kim je­stem, od­po­wie­dzia­ła­bym, że sobą albo że isto­tą. Czło­wie­kiem i ko­bie­tą. Ca­ło­ścią i czę­ścią ca­ło­ści. Przez wie­le lat wy­czy­no­wo tre­no­wa­łam by­cie nie­szczę­śli­wą. Od kil­ku lat ama­tor­sko ćwi­czę by­cie szczę­śli­wą i prze­ko­nu­ję się na wła­snej skó­rze, że szczę­ście jest sta­nem du­cha, a nie wy­ni­kiem ko­rzyst­ne­go splo­tu ka­pry­śnych oko­licz­no­ści (choć jest on, oczy­wi­ście, bar­dzo mile wi­dzia­ny). W naj­bliż­szej i dal­szej przy­szło­ści chcia­ła­bym nadal kształ­cić się w upra­wia­niu szczę­ścia – nie tyl­ko wła­sne­go. Mam na­dzie­ję, że może to być stan do­ży­wot­ni, a na­wet po­śmiert­ny. Chcia­ła­bym, że­by­ście do­brze spę­dzi­li czas z na­szą książ­ką. Za­pra­szam do świa­ta ba­jek.

Woj­ciech Eichel­ber­ger: Na­pi­sa­łem już wie­le ksią­żek. Więk­szość w for­mie roz­mów z mo­imi współ­au­to­ra­mi. Ale ta­kiej jesz­cze nie na­pi­sa­łem.

Za­czę­ło się od tego, że do­sta­łem ma­ila od nie­zna­nej mi na­uczy­ciel­ki z Bia­łe­go­sto­ku, któ­ra na­pi­sa­ła, że nie może opę­dzić się od ba­jek, któ­re jej się śnią po no­cach, a po­tem same się pi­szą, i czy nie ze­chciał­bym ich przej­rzeć, a po­tem o nich po­roz­ma­wiać. W koń­cu zna­la­złem na to czas i zo­ba­czy­łem, że w ży­wio­ło­wo za­pi­sa­nych stro­nach w za­ska­ku­ją­cych me­ta­fo­rach i sym­bo­lach kry­je się wie­le waż­nych tre­ści, któ­rych au­tor­ką może być tyl­ko oso­ba z bo­ga­tym, bo­le­snym i prze­pra­co­wa­nym do­świad­cze­niem. Gdy ją po­zna­łem, za­dzi­wi­ły mnie jej mło­dy wy­gląd, ra­dość i ener­gia. Było o czym roz­ma­wiać. W cza­sie kil­ku­na­stu pa­ro­go­dzin­nych na­grań ana­li­zo­wa­li­śmy i uzu­peł­nia­li­śmy sa­mo­pi­szą­ce się baj­ki Agniesz­ki. Nie­któ­re po­wsta­wa­ły w trak­cie na­szych roz­mów. Za­in­spi­ro­wa­ny i za­chę­co­ny, sam na­pi­sa­łem ostat­nią.

RODZINA TITKÓW

– czyli jak nie dać się krzywdzie

W

ieś była na koń­cu świa­ta i może dla­te­go Krzyw­da tu jesz­cze nie do­tar­ła. Szcze­rze mó­wiąc, mało co tu do­tar­ło, a lu­dzie, ży­ją­cy pro­sto i spo­koj­nie, wi­docz­nie byli nie dość by­strzy, żeby wy­my­ślić coś na­praw­dę złe­go. Owszem, zda­rza­ły się spo­ry – czy­ja ja­błoń da do­rod­niej­sze i słod­sze owo­ce, kto ma w tym roku urzą­dzić do­rocz­ne świę­to wio­sny, ale było z tego co naj­wy­żej spo­ro ha­ła­su. Zresz­tą nie na dłu­go, bo miesz­kań­cy wio­ski na­wet się po­rząd­nie ob­ra­zić nie umie­li. Ot, parę min, tro­chę wy­wra­ca­nia ocza­mi, le­d­wo wy­trzy­my­wa­ny kwa­drans ci­szy i już – ko­niec bu­rzy w szklan­ce wody. Twa­rze, przed chwi­lą peł­ne za­cie­trze­wie­nia i zło­ści, roz­ja­śnia­ły się, wy­gła­dza­ły, na po­wrót sta­wa­ły się pięk­ne. Szyb­ko znaj­do­wał się chęt­ny do przy­go­to­wa­nia świą­tecz­ne­go po­czę­stun­ku, a go­spo­da­rze do­cho­dzi­li do wnio­sku, że wszyst­kie ja­bło­nie są pięk­ne i ob­ra­dza­ją tym, co mają naj­lep­sze. Po chwi­li nikt już nie pa­mię­tał, o co w ogó­le cho­dzi­ło. Ży­cie wra­ca­ło do nor­my.

Wio­ska była od­cię­ta od świa­ta wiel­ką rze­ką i ta ba­rie­ra, o dzi­wo, oka­zy­wa­ła się wy­star­cza­ją­cą za­po­rą prze­ciw­ko złu. Nikt tu nig­dy nie przy­by­wał z da­le­ka, nikt stąd nig­dy nie wy­jeż­dżał, chy­ba że do są­sied­niej wsi. Da­le­kie woj­ny mi­ja­ły nie­zau­wa­żo­ne, były nie­wi­dzial­ne, nie­sły­szal­ne, a na­wet nie­wy­obra­żal­ne. Krą­ży­ły o nich tyl­ko ba­śnie, strasz­ne i fan­ta­stycz­ne.

Żyli więc lu­dzie na tej wsi nie­ska­żo­nej, na pro­win­cji, na obrze­żach świa­ta, gdzie na­wet dia­beł nie mó­wił do­bra­noc. Na szczę­ście dla miesz­kań­ców.

A jed­nak ko­muś to prze­szka­dza­ło. Ktoś był nie­za­do­wo­lo­ny. A jed­nak ktoś po­sta­no­wił tu do­trzeć i wy­rów­nać ra­chun­ki, do­pil­no­wać spra­wie­dli­wo­ści.

Przez rze­kę z wiel­ką wpra­wą prze­pra­wia­ła się łód­ką Krzyw­da. Była za­do­wo­lo­na, do­rod­na i tłu­sta. Nie za­zna­ła w ży­ciu bie­dy, wio­dło jej się na świe­cie do­sko­na­le. Nie po­dró­żo­wa­ła, jak nie­któ­rzy, w po­szu­ki­wa­niu no­we­go domu, bo sta­ry spło­nął w po­ża­rze. Mia­ła się do­brze. Pły­nąc, na­pa­wa­ła się świe­żym, czy­stym po­wie­trzem i cie­szy­ła się, my­śląc o przy­go­dzie, któ­ra cze­ka­ła u kre­su po­dró­ży. Aż prze­bie­ra­ła gru­by­mi no­ży­ska­mi, pod­ska­ki­wa­ła na ło­dzi, aż po­pi­ski­wa­ła:

– Kie­dy to wresz­cie?! Kie­dy to wresz­cie?!

Wio­sła ocho­czo plu­ska­ły w wo­dzie, ptasz­ki we­so­ło śpie­wa­ły, wie­trzyk chi­cho­cząc, po­py­chał bia­łe ob­łocz­ki. Słoń­ce ra­do­śnie li­czy­ło ka­mycz­ki na dnie rze­ki.

„Ach, co za nudy” – po­my­śla­ła Krzyw­da.

Do­pły­nę­ła na dru­gi brzeg rze­ki. Wy­cią­gnę­ła łódź na zło­ty pia­sek i usia­dła na zie­lo­nej traw­ce pod cie­ni­stym drze­wem. Wko­ło był bło­gi spo­kój. Pod­par­ła gru­by­mi ła­pa­mi wiel­ką, błysz­czą­cą, py­za­tą gębę, za­rzu­ci­ła łydę na ko­la­no i, gry­ząc zę­bi­ska­mi trzcin­kę, du­ma­ła. Jak tu się za­go­spo­da­ro­wać? Od cze­go by za­cząć? W któ­rą stro­nę iść? W koń­cu po­sta­no­wi­ła. Pod­ka­sa­ła spód­ni­cę, otrze­pa­ła pię­ty z pia­chu i ru­szy­ła, dud­niąc sto­pa­mi po zie­mi. Była prze­cież wiel­ko­lud­ką.

W le­sie gdzieś w od­da­li bo­le­śnie krzyk­nął ptak.

Ucie­szy­ła się. „Do­bra na­sza. To na szczę­ście”.

Szła, aż do­szła do wio­ski. Zo­ba­czy­ła po­chy­lo­ne pło­ty i drze­wa ocie­nia­ją­ce bia­łe schlud­ne dom­ki. Uj­rza­ła lu­dzi ci­chych, w spo­ko­ju roz­ma­wia­ją­cych. Spo­strze­gła lu­dzi we­so­łych, w ra­do­ści się śmie­ją­cych.

„A więc to tak”. Zmarsz­czy­ła brwi i pod­nio­sła pa­luch. „Tak to so­bie beze mnie po­czy­na­cie!”.

Szła przez wieś, szu­ka­jąc dla sie­bie domu. Zna­la­zła je­den w sam raz. Wla­zła bez wy­tar­cia nóg. Ro­zej­rza­ła się: sień, a w niej czte­ry pary bu­tów, da­lej izba – a tam trzy drew­nia­ne łóż­ka z bia­ły­mi pie­rzy­na­mi, duży stół, na­oko­ło nie­go krze­sła i stoł­ki, pod jed­ną ścia­ną ma­lo­wa­na skrzy­nia, a pod dru­gą piec. Bied­nie, skrom­nie i czy­sto, w sam raz. Prze­cią­gnę­ła się Krzyw­da z lu­bo­ścią i kop­nę­ła sto­łek. Wrzu­ci­ła do gar­dła naj­lep­szy ką­sek z garn­ka. Roz­go­ści­ła się bez po­zwo­le­nia i za­snę­ła na pie­cu. A sny mia­ła pięk­ne, peł­ne krwi i łez. Spa­ła do­brze, spo­koj­nie, spa­ła wy­śmie­ni­cie.

Krzyw­da umie przy­bie­rać róż­ne po­sta­ci – dziec­ka, uko­cha­ne­go, mat­ki, może też stać się nie­wi­dzial­na. Dla­te­go trud­no ją roz­po­znać od razu, nie­ła­two przed nią uciec. Za­wsze zdą­ży coś uszczk­nąć, skub­nąć choć­by pa­znok­ciem. Jest spryt­na jak kot krad­ną­cy spyr­kę. Za­nim się obej­rzysz, nie ma ani zwie­rza­ka, ani mię­sa. Zo­sta­je tyl­ko za­pach.

Krzyw­da żywi się cier­pie­niem, naj­chęt­niej nie­win­nym, ale nie po­gar­dzi męką zbrod­nia­rza, któ­ra co praw­da sma­ku­je go­rzej, lecz za to syci na dłu­żej. Krzyw­da jest bar­dzo prze­bie­gła, wie wszyst­ko. Nikt nie do­rów­na jej do­świad­cze­niu, bo uro­dzi­ła się mi­lion lat temu. Jesz­cze się czło­wiek nie zdą­żył na do­bre uro­dzić, nie za­czął się czuć w świe­cie jak u sie­bie, jesz­cze się w nim nie po­ła­pał, nie za­do­mo­wił, a ona, go­to­wa, od daw­na na nie­go cze­ka, przy­cza­jo­na w uśmie­chu mamy, nie­obec­nych oczach taty, w garn­ku go­rą­ce­go mle­ka, któ­ry przy­cup­nął na brzeż­ku sto­łu.

Krzyw­da, któ­ra tym­cza­sem sta­ła się nie­wi­dzial­na, obu­dzi­ła się o świ­cie i po­czu­ła, że nie­trud­na przed nią ro­bo­ta. Nie wy­zwa­nie ją cze­ka­ło, lecz pro­ści­zna. Mała pra­ca, duży zysk!

W izbie spa­ły czte­ry oso­by: ko­bie­ta, męż­czy­zna i dwo­je dzie­ci. Uśmie­cha­li się przez sen, śni­li o swo­jej mi­ło­ści.

Krzyw­da nie mo­gła znieść ta­kiej ob­ra­zy i bez­czel­no­ści. Za­czę­ła go­rącz­ko­wo my­śleć. „Może przy­da­ło­by się tu małe nie­szczę­ście?”.

Pod­nio­sła rękę, wska­za­ła na drzwi i znie­ru­cho­mia­ła. Ja­kiś od­głos nad­szedł z ci­szy. Obu­dził do­mow­ni­ków.

– Dziw­ny głos, jak­by pisk, jak­by gwizd – zdu­miał się tato Ti­tek, a Tit­ko­wa, ziew­nę­ła i prze­tar­ła za­spa­ne oczy.

– Jak­by śpiew.

– Co to? – spy­ta­li ra­zem sy­no­wie.

Wszy­scy wsta­li z łó­żek, na bo­sa­ka po­de­szli do drzwi i za­czę­li cie­ka­wie na­słu­chi­wać. Nie prze­czu­wa­li nic złe­go.

– Pój­dę zo­ba­czyć – po­wie­dzia­ła Tit­ko­wa.

Za­skrzy­pia­ła klam­ka i do domu wpadł sza­ry, wil­got­ny chłód. Tit­ko­wa wło­ży­ła buty i otu­liw­szy się weł­nia­ną chu­s­tą, wy­szła w ko­szu­li na po­dwó­rze.

– To tyl­ko… – za­czę­ła krzy­czeć z ogro­du, ale nie do­koń­czy­ła.

Za­grzmia­ło i w tej sa­mej chwi­li czy­ste, bez­chmur­ne nie­bo roz­dar­ła po­tęż­na bły­ska­wi­ca. A po­tem tak samo na­gle jak huk­nę­ło – umil­kło. Zro­bi­ło się ci­cho i spo­koj­nie. Nie spa­dła ani jed­na kro­pla desz­czu.

„No i bar­dzo do­brze. Tyle po­win­no wy­star­czyć”. Nie­wi­dzial­na Krzyw­da za­tar­ła z ra­do­ści ręce. Nie­cier­pli­wie cze­ka­ła na dal­szy roz­wój wy­pad­ków.

– Pio­run ude­rzył bar­dzo bli­sko – po­wie­dział Ti­tek do sy­nów, żeby na­uczyć ich cze­goś no­we­go, i wte­dy po­czuł strach.

– Wi­dzia­łem przez okno! Za­brał ją ze sobą! – krzyk­nął młod­szy chło­piec.

– Co ty opo­wia­dasz? Kto niby miał za­brać mamę?

Oj­ciec wy­biegł z cha­ty. Nio­sło go złe prze­czu­cie. Za­czął się roz­glą­dać wko­ło.

Dzień jesz­cze nie wstał na do­bre. Rosa sen­nie le­ża­ła na tra­wie, bia­ła gę­sta mgła otu­la­ła całe obej­ście ni­czym pu­cho­wa pie­rzy­na. Tit­ko­wej nig­dzie nie było.

Ti­tek sta­nął jak onie­mia­ły. Nic z tego nie ro­zu­miał, nie mógł uwie­rzyć w to, co się sta­ło.

– Ma­mu­siu! Ma­mu­siu! – za­czę­li wo­łać jak małe ko­cia­ki sy­no­wie, wy­cho­dząc na po­dwó­rze.

Od­po­wie­dzia­ła im ci­sza.

Zaj­rze­li pod wóz, za płot, do kur­ni­ka, za sto­do­łę. Z ca­łej siły wy­tę­ża­li wzrok. Szu­ka­li i szu­ka­li. Nie było jej w obej­ściu, na polu, w sa­dzie i u są­sia­dów. Nie było jej też w le­sie. Ani tu, ani tam, ani nig­dzie. Zni­kła. Roz­pły­nę­ła się w świ­cie.

Aż wresz­cie do­tar­ło do Tit­ka – nie ma jej i nie bę­dzie. Zni­kła bez­pow­rot­nie, za­bra­ła ją bły­ska­wi­ca.

Na jego pra­wym po­licz­ku po­ja­wi­ło się szkar­łat­ne zna­mię. Krwa­we pięt­na za­kwi­tły też na po­licz­kach sy­nów. Zo­sta­li na­zna­cze­ni.

– Dla­cze­go? – spy­tał Ti­tek bez­rad­nie. – Co­śmy ta­kie­go uczy­ni­li?

Usiadł nie­ru­cho­mo przy sto­le, ze zmar­twia­łym czo­łem pęk­nię­tym w stu miej­scach, na­gle po­si­wia­ły. Zła­ma­ny, mil­czą­cy i zroz­pa­czo­ny. A ból sie­kał jak no­żem zmarszcz­ki na jego twa­rzy. Ti­tek sie­dział i my­ślał, ale nic nie wy­my­ślił, bo nic nie było do wy­my­śle­nia. Szu­kał sen­su, ale go nie zna­lazł, bo sen­su to nie mia­ło. Ot, Krzyw­da zro­bi­ła im na roz­grzew­kę ma­lut­ki żar­cik. Za­bra­ła mamę, a na po­licz­kach zo­sta­wi­ła pa­miąt­kę – strasz­ne, czer­wo­ne kwia­ty.

Od­tąd nic już nie było ta­kie samo. Cha­ta le­d­wo sta­ła, cza­sa­mi na­wet chwia­ła się w po­sa­dach, ścia­ny pę­ka­ły i wiał przez nie zim­ny wiatr. Świat wy­glą­dał zu­peł­nie in­a­czej, kie­dy się na nie­go pa­trzy­ło przez po­ła­ta­ne szy­by. Mia­ła ra­cję Krzyw­da, to wy­star­czy­ło.

Ti­tek trwał po­grą­żo­ny w roz­pa­czy, a dzie­ci ro­sły. Ro­sły, ro­sły, ro­sły. Po tro­szecz­ku, po­ma­lut­ku, co­dzien­nie sa­miut­kie.

– Ma­mu­siu! – wo­ła­ły. – Ta­tu­siu! – krzy­cza­ły.

Nikt im nie od­po­wia­dał.

Star­szy syn Tit­ków na­zy­wał się Tor, młod­szy zaś Rot. Trud­ne mie­li te­raz ży­cie. Czę­sto sły­sze­li ci­szę i jej do­ty­ka­li. Przy­tu­la­ła ich, wy­cho­wy­wa­ła, kar­mi­ła. Była im mamą i tatą.

Na­słu­cha­li się jej, na­pa­trzy­li, na­dzi­wi­li. Aż za­czę­ła ra­nić ich uszy, wy­dy­ma­ła im brzu­chy, wkrę­ca­ła się w krę­go­słu­py. Już nie mo­gli jej znieść i udźwi­gnąć. Więc po­de­szli do taty, szarp­nę­li nim moc­no i gło­śno do nie­go krzyk­nę­li, żeby wy­rwać go z le­tar­gu.

I nic.

Po­cią­gnę­li raz jesz­cze, na próż­no. Tato sie­dział i sie­dział, nie mógł po­jąć, prze­bo­leć. Nie mie­ści­ło mu się to w gło­wie. Wrósł w sto­łek, przy­rósł łok­cia­mi do sto­łu. Już nie umiał ko­lan wy­pro­sto­wać, wy­cią­gnąć ręki do słoń­ca, roz­cią­gnąć ust w uśmie­chu.

A sy­no­wie ro­śli. Po tro­szecz­ku, po­ma­lut­ku, co­dzien­nie sa­miut­cy. Twa­rze mie­li smut­ne i sa­mot­ne, oczy co­raz bar­dziej głod­ne, po­licz­ki za­pa­dłe, a na nich zna­mio­na jak maki.

Więc wstrzą­snę­li tatą moc­no, żeby wy­rwać go z uśpie­nia. Szturch­nę­li go zno­wu.

– Tato! Tato!

Zno­wu nic.

– Wła­sne dzie­ci cię szar­pią. Nie sza­nu­ją cię, nie słu­cha­ją. Uderz! – krzyk­nę­ła nie­wi­dzial­na Krzyw­da.

Tato le­d­wo po­ru­szył war­ga­mi.

– Nie mogę.

– Nie po­win­ny trak­to­wać tak ojca. Bij!

– Nie chcę.

Ti­tek za­pa­trzył się w ścia­nę.

W koń­cu się za­mie­rzył, nie­zgrab­nie i nie­wpraw­nie. Cios za­dźwię­czał w ci­szy.

A kie­dy ude­rzył, na jego le­wym po­licz­ku za­kwi­tło czar­ne jak pie­częć zna­mię. Ta­kie same pięt­na po­ja­wi­ły się na po­licz­kach sy­nów. Od­tąd byli na­zna­cze­ni po­dwój­nie.

– Pierw­szy raz jest naj­trud­niej­szy – po­uczy­ła Krzyw­da. – Zo­ba­czysz, doj­dziesz do wpra­wy.

I rze­czy­wi­ście do­szedł oj­ciec do wpra­wy. Bił sy­nów na śnia­da­nie, obiad i ko­la­cję. Na zim­no i na go­rą­co, za karę i na wszel­ki wy­pa­dek. Moc­no, lek­ko, na oślep albo pre­cy­zyj­nie. Co za róż­no­rod­ność! Żeby za­dać ból i by cier­pie­nie z sie­bie wy­pę­dzić. Za żonę, za nie­spra­wie­dli­wość, za lata sie­dze­nia w mar­two­cie. Za to, że sy­no­wie wciąż ro­śli i oczy mie­li jak mat­ka, a w nich smu­tek, śmierć, cier­pie­nie, wy­rzut. Po­tem star­szy syn bił młod­sze­go, a młod­szy, gdy do­rósł, od­da­wał bra­tu.

Z cha­ty do­cho­dzi­ły krzy­ki i zło­rze­cze­nia. Do­bie­gał płacz. Za­do­mo­wi­ła się tu Krzyw­da na do­bre. Po­ko­cha­ła to miej­sce. Czu­ła się u Tit­ków jak u sie­bie.

Już tę­sk­ni­li sy­no­wie za ci­szą i ma­rzy­li o niej. Ale ci­szy nie było, tyl­ko krzy­ki i łka­nie. Cio­sy, razy i cię­gi. Wszy­scy wciąż na sie­bie krzy­cze­li.

Tak uro­śli sy­no­wie i sczer­nia­ły ich ser­ca skur­czo­ne, za­schnię­te. Krzyw­da zaś mia­ła się do­brze, była szczę­śli­wa. Po­ja­śnia­ły jej po­licz­ki i po­tłu­ścia­ła jesz­cze bar­dziej. Już tu być nie mu­sia­ła, da­lej mo­gła wę­dro­wać, w in­nym domu za­go­ścić. Zło się samo sta­wa­ło bez po­mo­cy ni­ja­kiej.

– Wszyst­ko tu bę­dzie jak na­le­ży bez mo­je­go pil­no­wa­nia – rze­kła i ode­szła, trza­ska­jąc drzwia­mi, aż dom za­trząsł się w po­sa­dach.

Tak mi­ja­ły lata i sy­no­wie wy­ro­śli na męż­czyzn.

Razu pew­ne­go star­szy syn Tor wy­szedł z domu. Nie było go i nie było. Wresz­cie wró­cił, ale nie sam.

– Że­nię się, zna­la­złem tę je­dy­ną – po­wie­dział.

I wpro­wa­dził do izby ko­bie­tę. Mia­ła czer­wo­ne zna­mię na po­licz­ku.

– Wi­taj­cie – rze­kła i usia­dła przy sto­le.

– Czu­ję, że je­steś już na­sza – od­parł roz­czu­lo­ny Ti­tek i przy­jął ją z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi.

A kie­dy ją przy­tu­lił, jej dru­gi po­li­czek zro­bił się czar­ny.

Tak więc żyli we czwo­ro i cier­pie­li we czwo­ro. A ich ból był go­rą­cy i ciem­ny. Cią­gle krzy­ki i łzy, cio­sy, razy i cię­gi. Wszy­scy wciąż na sie­bie wrzesz­cze­li.

Razu pew­ne­go młod­szy brat Rot wy­szedł z domu. Nie było go i nie było. W koń­cu wró­cił, ale nie sam.

– Że­nię się – po­wie­dział i wpro­wa­dził do izby ko­bie­tę.

Mia­ła czer­wo­ne zna­mię na po­licz­ku. Ser­decz­nie przy­wi­ta­ła się z Tit­kiem i jej dru­gi po­li­czek po­czer­niał.

Ti­tek się wzru­szył.

– Po­ko­cham cię jak wła­sną cór­kę.

A więc żyli da­lej ra­zem, wszy­scy nie­szczę­śli­wi, z bó­lem za­sty­głym w twa­rzach, z roz­pa­czą pod po­wie­ka­mi, z za­ci­śnię­tą w pię­ściach zło­ścią. Nikt nie umiał prze­stać, zro­zu­mieć, dla­cze­go to wszyst­ko.

Pew­ne­go razu żona młod­sze­go bra­ta za­pła­ka­ła in­a­czej niż zwy­kle – głę­biej i ci­szej. Rot zaś usły­szał ją in­a­czej niż zwy­kle – wy­raź­niej i gło­śniej. Onie­mie­li ze zgro­zy.

– Dość – po­wie­dział on.

– Dość! – krzyk­nę­ła ona.

Lecz co da­lej? On pró­bo­wał już nie bić, pró­bo­wał nie krzyw­dzić, ona za to pa­trzy­ła mu pro­sto w oczy zu­chwa­le. Ale to nie po­ma­ga­ło. Ręka sama wy­bie­ga­ła do jej twa­rzy, wy­mie­rza­ła razy, ra­ni­ła. Noga sama ko­pa­ła. Usta krzy­cza­ły, wy­rzu­ca­ły strasz­ne sło­wa. Już nie mo­gli nic zro­bić. Krzyw­da była ich pa­nią. Kró­lo­wą.

– Czas opu­ścić ten dom – po­sta­no­wi­ła w koń­cu żona Rota i po­szła pa­ko­wać ku­fry.

– Do­kąd pój­dzie­my? – spy­tał mąż.

Nie mie­li prze­cież in­ne­go miej­sca oprócz tej cha­ty.

Po­szli, gdzie ich oczy po­nio­sły. Wę­dro­wa­li przez bez­dro­ża, szu­ka­jąc no­we­go domu, a po dro­dze ra­ni­li się da­lej, zno­wu i zno­wu. Ta­rza­li się po pia­sku na dro­dze, peł­ni nie­na­wi­ści i bez­sil­nej zło­ści. Ta­kie to było wę­dro­wa­nie.

Aż w koń­cu przy­sta­nę­li i zde­cy­do­wa­li.

– Za mało zo­sta­wi­li­śmy. Trze­ba od­dać coś jesz­cze.

– Mamy tyl­ko skrzy­nie.

Za­wró­ci­li do domu, zo­sta­wi­li na pro­gu ku­fry i ru­szy­li w dro­gę. Ale to też nie po­mo­gło. Da­lej za­ci­ska­li pię­ści. Bez prze­rwy zło­rze­czy­li. Wciąż sie­bie krzyw­dzi­li, wpraw­nie i z pa­sją, a ich na­zna­czo­ne twa­rze pło­nę­ły nie­na­wi­ścią, ciem­nia­ły od bólu. To się cią­gle dzia­ło, to się nie koń­czy­ło. Szep­ta­ło im pod­stęp­nie: Jesz­cze, jesz­cze, jesz­cze. Nie umie­li prze­stać.

Pew­ne­go dnia zno­wu się za­trzy­ma­li. Tak nie mo­gło dłu­żej być.

– Za mało zo­sta­wi­li­śmy. Trze­ba od­dać coś jesz­cze.

– Ale nic już nie mamy.

Znów wró­ci­li do domu, zo­sta­wi­li ubra­nia. Po­rzu­ci­li wspo­mnie­nia, po­grze­ba­li sny. Cał­kiem nadzy ru­szy­li w dro­gę. Czu­li lek­kość, ra­dość i na­dzie­ję. Ale i to nie po­mo­gło, to jesz­cze za mało. Da­lej krzyw­dzi­li się bez koń­ca. Choć tak bar­dzo chcie­li prze­stać, nie mo­gli. Nie umie­li.

Więc przy­pa­dli do sie­bie, bła­ga­jąc o prze­ba­cze­nie. Sta­li dłu­go w uści­sku.

– Wy­bacz – mó­wi­li do sie­bie, pła­cząc.

Wte­dy coś za­czę­ło się zmie­niać, czer­wo­ne zna­mio­na na ich po­licz­kach zbla­dły. Zo­sta­ły tyl­ko czar­ne. Ura­do­wa­ły się ich ser­ca, ale za­le­d­wie na chwi­lę, bo za­raz za­czę­li na nowo, krzyw­dzi­li się i pła­ka­li z bez­sil­no­ści. To się prze­pra­sza­li, to zno­wu bili, ka­ja­li się i krzy­cze­li na zmia­nę, a Krzyw­da, ich pani, cią­gle upo­mi­na­ła się o swo­je. Byli nią za­ra­że­ni i nią owład­nię­ci.

– Co ro­bić? – za­pła­ka­ła żona. – Sami nie damy so­bie rady.

– Co po­cząć? – spy­tał mąż. – Już nic nie mo­że­my.

Bez­sil­ni jak su­che li­ście pod drze­wem, uklę­kli przy dro­dze i pro­si­li o świa­tło. Bła­ga­li z roz­pa­czą, klę­cze­li z po­ko­rą, szep­ta­li bez­sil­nie, aż pod­szedł do nich wę­dro­wiec o do­brych oczach.

– Szu­kaj­cie za­cza­ro­wa­ne­go źró­deł­ka. Po­mo­gło wie­lu lu­dziom – po­ra­dził, po­chy­la­jąc się nad nimi.

– Gdzie ono jest? – za­py­ta­li, bo cią­gle jesz­cze mie­li pro­myk na­dziei. – Po­wiedz, to na­sza ostat­nia szan­sa.

– Idź­cie wy­trwa­le w stro­nę ho­ry­zon­tu. To już nie­da­le­ko. Znaj­dzie­cie na pew­no, je­śli na­praw­dę chce­cie. Tyl­ko nie za­po­mnij­cie, po co idzie­cie, i bądź­cie ufni.

Po­szli więc. Ty­dzień, dru­gi, trze­ci upar­cie szu­ka­li źró­deł­ka, a po dro­dze cią­gle przy­po­mi­na­li so­bie, po co idą. Wę­dro­wa­li, błą­dzi­li, aż wresz­cie zna­leź­li po­la­nę ze zdro­jem. Wko­ło wody było peł­no lu­dzi, po­chy­la­li się, czer­pa­li kub­ka­mi i pili. A kto się na­pił, od­cho­dził spo­koj­nie i z uśmie­chem, jak­by od­mie­nio­ny.

Rot ukląkł przy zdro­ju.

– Ob­myj­my twa­rze.

Za­nu­rzy­li dło­nie w wo­dzie. Była lo­do­wa­ta i czy­sta. Gdy do­tknę­li swych po­licz­ków, zmy­ła z nich czar­ne pla­my. Pięt­na zni­kły na za­wsze jak zły sen.

– Na­pij­my się.

Ura­do­wa­na żona za­czerp­nę­ła wody w dło­nie.

Zim­na, czy­sta, przej­rzy­sta woda ule­czy­ła ich czar­ne ser­ca. Na­resz­cie byli wol­ni.

Żyją od­tąd szczę­śli­wi, lecz nie po­wiem wam gdzie, bo Krzyw­da ich od­naj­dzie i znów się do nich przy­cze­pi.

Woj­ciech Eichel­ber­ger: Jest ja­kaś wieś, do któ­rej Krzyw­da nie do­tar­ła, bo to miej­sce od­dzie­li­ła od świa­ta wiel­ka rze­ka.

Agniesz­ka Su­cho­wier­ska: Wieś baj­ko­wa, bo w rze­czy­wi­sto­ści ta­kiej nie ma.

WE: Może ja­kaś ro­dzi­na mo­gła­by być taką wol­ną od Krzyw­dy wy­spą?

AS: My­ślę, że nie.

WE: Mnie się to ko­ja­rzy z książ­ką Hux­leya Wy­spa, mó­wią­cą o spo­łecz­no­ści od­gro­dzo­nej od świa­ta, bo ko­muś się wy­da­wa­ło, że to wy­star­czy, aby lu­dzie, któ­rzy będą się tam ro­dzi­li i żyli, byli do­brzy. Ale to też oka­za­ło się uto­pią.

AS: Zu­peł­nie jak ami­sze. W każ­dym ra­zie w baj­ce jest to moż­li­we.

WE: Mamy więc miej­sce, do któ­re­go nie do­tar­ła Krzyw­da, i dla­te­go lu­dzie, któ­rzy tam żyją, są do­brzy. To tro­chę tak jak w raju. Ale w tej baj­ce chy­ba cho­dzi o ta­kie miej­sce, gdzie nie wy­da­rzy­ło się jesz­cze nic strasz­ne­go, ab­sur­dal­nie okrut­ne­go, jak na przy­kład woj­na. Cie­ka­wa jest tu po­stać Krzyw­dy, któ­ra nie za­zna spo­ko­ju, do­pó­ki wszyst­kich nie po­za­ra­ża. Przy­po­mi­na tro­chę sza­ta­na, on też musi mieć wciąż nowe ofia­ry, żywi się nimi. Ale ta Krzyw­da jest też tro­chę jak dziec­ko – bez­in­te­re­sow­na, lubi, gdy wo­kół niej coś się dzie­je. Tak jak­by gra­ła w grę kom­pu­te­ro­wą, tak zwa­ną strze­lan­kę. Bo­ha­ter bie­gnie uli­cą, musi zdo­być jak naj­wię­cej punk­tów i może ro­bić róż­ne strasz­ne rze­czy: strze­lać, za­bi­jać, prze­jeż­dżać lu­dzi sa­mo­cho­da­mi, po­wo­do­wać ka­ta­stro­fy. Ma sie­dem żyć, a wszy­scy wko­ło tyl­ko jed­no. Krzyw­da z tej baj­ki dzia­ła na tro­chę po­dob­nej za­sa­dzie – z nu­dów, z bez­myśl­no­ści, dla za­ba­wy. Do­wie­dzia­ła się, że gdzieś jest nie­ska­żo­na, do­bra wieś, i chce za­zna­czyć tam swo­ją obec­ność.

AS: Przy­go­da, przy­go­da, każ­dej chwi­li szko­da!

WE: Ta Krzyw­da ko­ja­rzy się też z przy­po­wie­ścią o Hio­bie. Żył szczę­śli­wy, wie­rzył, mo­dlił się. Pan Bóg był z nie­go bar­dzo za­do­wo­lo­ny. Sza­tan, któ­ry sły­szał za­chwy­ty Pana Boga nad Hio­bem, spy­tał: „Co to za sztu­ka wie­rzyć, gdy wszyst­ko się tak do­brze ukła­da? Za­ło­żę się, Pa­nie Boże, że je­śli spraw­dzisz Hio­ba i spro­wa­dzisz na nie­go parę so­lid­nych nie­szczęść, to wte­dy za­po­mni o to­bie”. I Pan Bóg wy­pró­bo­wał bied­ne­go Hio­ba, zsy­ła­jąc nań nie­szczę­ścia. Coś ta­kie­go w tej baj­ce po­brzmie­wa – do­pó­ki nas nie spo­tka Krzyw­da, to tak na­praw­dę nie spraw­dza­my się w na­szym czło­wie­czeń­stwie i wie­rze. Wte­dy gdy Krzyw­da po­rząd­nie w nas ude­rzy, kie­dy damy się wcią­gnąć w jej prze­myśl­ną grę, na przy­kład msz­cząc się na tych, któ­rzy nas skrzyw­dzi­li, wstę­pu­je­my do jej ar­mii, je­ste­śmy krze­wi­cie­la­mi zła. Wów­czas sta­je­my przed waż­nym wy­bo­rem: Czy po­nie­sie­my da­lej falę Krzyw­dy, czy się jej prze­ciw­sta­wi­my. Ale na­wet gdy po­zwo­li­my Krzyw­dzie, by nas za­ra­zi­ła krzyw­dze­niem, to jesz­cze nie wszyst­ko stra­co­ne, je­śli się w porę opa­mię­ta­my. Wszyst­ko za­le­ży od tego, czy się w któ­rymś mo­men­cie za­trzy­ma­my. I to jest do­pie­ro praw­dzi­wa pró­ba. By­cie świę­tym bez ta­kiej pró­by jest nie­wie­le war­te. Szczę­ście nie­wy­wal­czo­ne jest za­wsze tro­chę po­dej­rza­ne.

AS: Nie jest zwią­za­ne z na­szą pra­cą nad sobą, jest tyl­ko spu­ści­zną, czymś, co mamy za dar­mo. Bez­wied­nie i bez­re­flek­syj­nie po­wta­rza­my to, cze­go nas na­uczo­no.

WE: Krzyw­da po­tra­fi się bar­dzo do­brze prze­brać. In­ny­mi sło­wy, w każ­dym z nas jest ukry­ty krzyw­dzi­ciel.

AS: Moż­na skrzyw­dzić przez po­mył­kę, zu­peł­nie nie­chcą­cy. Są w ży­ciu ta­kie mo­men­ty, że trze­ba się wręcz pil­no­wać, żeby nie wy­rzą­dzić krzyw­dy. Nie wy­star­czy sama do­bra in­ten­cja. Chy­ba wszy­scy lu­dzie mają coś za złe swo­im ro­dzi­com, nie­któ­rzy opo­wia­da­ją na ko­zet­kach psy­cho­ana­li­ty­ków hi­sto­rie wręcz mro­żą­ce krew w ży­łach. A rów­no­cze­śnie więk­szość ro­dzi­ców nie chce nic złe­go dla swo­ich dzie­ci.

WE: Ro­dzi­ców, któ­rzy źle ży­czą swo­im dzie­ciom, jest bar­dzo nie­wie­lu, może ja­kiś nie­wiel­ki pro­cent, skraj­na pa­to­lo­gia. Ro­dzi­ce ro­bią, co mogą dla szczę­ścia dzie­ci, ale po­nie­waż i oni zo­sta­li kie­dyś skrzyw­dze­ni, nie­chcą­cy da­lej sami krzyw­dzą.

AS: Czę­sto trze­ba na­praw­dę się po­sta­rać, żeby prze­stać krzyw­dzić. Naj­pierw do­wie­dzieć się, na czym to krzyw­dze­nie po­le­ga, ale to nie wszyst­ko. Świa­do­mość bez dzia­ła­nia nie ma siły spraw­czej. Trze­ba uważ­nie być w da­nej sy­tu­acji i po­stę­po­wać naj­le­piej, jak to moż­li­we. Nie krzyw­dzić ko­goś – to świa­do­my, ak­tyw­ny wy­bór. To się samo nie sta­je.

WE: Za każ­dym ra­zem dzie­je się to in­a­czej. W róż­nych sy­tu­acjach nie krzyw­dzić ko­goś zna­czy coś in­ne­go. Cze­ka­ją nas cią­gle nowe wy­zwa­nia, bo nie ma jed­ne­go prze­pi­su na to, jak po­stę­po­wać słusz­nie. Każ­da sy­tu­acja jest je­dy­na i nie­po­wta­rzal­na. Moż­na na przy­kład ko­goś skrzyw­dzić, bę­dąc dla nie­go zbyt do­brym, zga­dza­jąc się na wszyst­ko, po­ma­ga­jąc mu, albo zro­bić ko­muś ogrom­ną przy­słu­gę, zo­sta­wia­jąc go sa­me­go z jego pro­ble­ma­mi. Nig­dy nie dość czuj­no­ści w tej spra­wie. Krzyw­da z na­szej baj­ki przy­by­wa do szczę­śli­wej wio­ski w po­sta­ci pio­ru­na.

AS: W cią­gu jed­nej chwi­li zni­ka mama. Dla­cze­go spo­tka­ło to aku­rat ją? Bo była bar­dziej po­trzeb­na ma­łym dzie­ciom?

WE: To nie przy­pa­dek, że tak się sta­ło. Czę­sto to wła­śnie ko­bie­ty nio­są Krzyw­dę. Naj­wię­cej Krzyw­dy dzie­dzi­czy­my po mat­ce, to spu­ści­zna pa­triar­cha­tu. Tak więc Krzyw­da za­bie­ra Tit­ko­wi żonę. Ti­tek za­my­ka się i za­ci­na w so­bie. Po­pa­da w de­pre­sję na wie­le lat. Ale dla Krzyw­dy to za mało. Nie wy­star­cza­ją jej de­pre­sja ojca i sa­mot­ność sy­nów.

AS: Chłop­cy tra­cą na­raz i mamę, i tatę. Każ­de­go z nich in­a­czej. Od­tąd są zda­ni tyl­ko na sie­bie. Z ca­łym sza­cun­kiem dla cier­pie­nia Tit­ka, ale tak na­praw­dę on chy­ba my­śli głów­nie o so­bie, jest tak bar­dzo skon­cen­tro­wa­ny na wła­snym nie­szczę­ściu.

WE: Za­miast na dzie­ciach. Prze­cież część jego żony nadal jest w każ­dym z jego sy­nów, o to się na­le­ży trosz­czyć i to ko­chać. Ko­chać ją w nich. Czę­sto wo­li­my za­mknąć się w Krzyw­dzie, w by­ciu ofia­rą, niż zro­bić coś sen­sow­ne­go.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć SNY, KTÓRE BUDZĄ Życie w micie Jak wychować szczęśliwe dzieci Bajka to życie albo z jakiej jesteś bajki. Historie zmyślone opatrzone pomocnym komentarzem Być lekarzem, być pacjentem. Rozmowy o psychologii relacji 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu