Zajeździmy kobyłę historii

Zajeździmy kobyłę historii

Autorzy: Karol Modzelewski

Wydawnictwo: Iskry

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 400

Cena książki papierowej: 49.00 zł

cena od: 24.50 zł

Wspomnienia wybitnego historyka mediewisty, działacza politycznego, jednego z grona najbardziej znanych opozycjonistów z czasów Polski socjalistycznej. Książka ukazuje dzieje rodziny i losy jego samego na tle historii politycznej Polski od lat czterdziestych XX wieku po chwilę obecną. Opowiedziana z troską o szczegóły historyczne ukazuje postawy opozycjonistów z lat sześćdziesiątych, z czasu „Solidarności” i okresu przemian ustrojowych w naszym kraju, zwraca uwagę na wielość koncepcji i różnorodność dróg dojścia do pełnej demokratyzacji życia politycznego w Polsce od prób naprawiania systemu socjalistycznego aż po zupełne odejście od jego założeń. Napisana czystym, precyzyjnym językiem historia jest dokumentem o kolosalnym znaczeniu dla zrozumienia dziejów Polski w drugiej połowie dwudziestego wieku.

Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki

Opracowanie: Małgorzata Goetz

Korekta: Dobrosława Pańkowska

Zdjęcie na obwolucie: PAP/Leszek Szymański

Copyright © by Karol Modzelewski

Copyright © by Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2013

ISBN 978-832-440-348-6

Wydawnictwo ISKRY

ul. Smolna 11, 00-375 Warszawa

tel./faks 22 827-94-15

e-mail: iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS RZECZY

Dedykacja

Wstęp

I. Dzieci Ojczyzny

Edukacja sentymentalna i wspólnota narodowa

II. My, ZMP

Pamięć i strach

Równość

Braterstwo

III. Rewolucja do poprawki

Wolność w godzinie prawdy

Bunt i utopia

IV. Obrona konieczna

V. Więzienna strona świata

Pałac Cudów

Krzywa waga Temidy. Polityczne śledztwa i sądy

Społeczność pod kluczem

VI. Socjalizm z twarzą Gierka

Ulga

Kryzys i nowa opozycja

VII. Związek nasz bratni

„Pokój brzeski”

Żywił i beton

Groźba nad Polską

Równia pochyła

Wojna

VIII. Stan powojenny

Impas

Powiew wolności ze wschodu

Mit wstaje z grobu

IX. Wolność bez braterstwa

Rozmowy po przejściach

Szok

Rachunek za transformację

Skazy na urodzie Niepodległej

Epilog

Fotografie

Indeks osób

Moim najbliższym

Jak grosz miedziany cała Ziemia,

a gdzieś tam, na niebiosach

krążą bogowie ponade mną,

czytając w moich losach

i Ksiąg Żywota tom ogromny

wertują pomalutku.

Po tych stronicach chodzę skromnie –

ślepy i wesolutki.

Bułat Okudżawa, Moi bogowie, przekład Seweryn Pollak

W tej książce próbuję zdać sprawę z doświadczeń własnego życia. Początkowo chciałem ją nawet nazwać „rachunkiem doświadczenia”, ale nieuniknione skojarzenie z rachunkiem sumienia byłoby mimo wszystko mylące. Mam siedemdziesiąt sześć lat i sporo na sumieniu. Czuję się winny wobec moich najbliższych, a także wobec moich bardzo licznych bliskich nieznajomych. Publiczna spowiedź nie jest jednak gatunkiem pisarskim, który potrafię uprawiać. Jestem oczywiście świadom kluczowej roli wyborów etycznych, zarówno w życiu publicznym, jak i w moim własnym życiu, siłą rzeczy więc także o nich piszę w tej książce. Unikam natomiast aktów skruchy i prawienia morałów. Myślę, że moim czytelnikom, a wśród nich zwłaszcza tym spadkobiercom mojego środowiska i mojego pokolenia, którzy podejmą trud kontestacji tego, cośmy zdziałali, oraz próbę wywrócenia lub naprawy tego, co nam nie wyszło, bardziej od ekspiacji przyda się porządne sprawozdanie z moich doświadczeń w życiu publicznym połączone z odrobiną autorefleksji. Nie zamierzam ich pouczać (i tak zresztą nie posłuchają), ale chciałbym dostarczyć im nieco materiału do przemyśleń.

Z zawodu jestem historykiem wyspecjalizowanym w badaniach nad średniowieczem, czyli mediewistą. Obok odległych czasów, które badam, i dawnych kultur, których odmienność muszę zrozumieć, rozszyfrować i przełożyć na kategorie dostępne naszej współczesności, jestem jednak uczestnikiem tej historii, która dzieje się na naszych oczach. Wszyscy tworzymy ją, najczęściej bezwiednie, swoją codzienną krzątaniną. Zdarzają się też rewolucyjne próby oddziałania na bieg dziejów w sposób zamierzony. W roku 1956, w latach sześćdziesiątych, a zwłaszcza w latach osiemdziesiątych uczestniczyłem w takich próbach. W końcu udało się nam przestawić zwrotnicę historii, ale rezultat okazał się dość odmienny od naszych, a w każdym razie moich zamierzeń i oczekiwań. Jak wielu przed nami, a podobnie będzie chyba z wieloma po nas, znaleźliśmy się w sytuacji uczniów czarnoksiężnika. Myślę, że trzeba zdać z tego sprawę.

Doświadczenie, którym próbuję podzielić się z czytelnikami tej książki, było udziałem wielu ludzi. Zamierzam jednak pokazać je z osobistego punktu widzenia. To moje doświadczenie, istotna część mojego życia. Nie da się zrozumieć tego, co robiłem, bez rozpoznania wartości, które mi przyświecały, a więc i bez przedstawienia okoliczności, które, poczynając od dzieciństwa i lat młodzieńczych, kształtowały mój emocjonalny stosunek do świata. Rachunek doświadczeń przedstawiony z osobistego punktu widzenia nosi w znacznej mierze autobiograficzny charakter. Od klasycznej autobiografii różni się on tym, że jest selektywny: uwzględnia tylko to, co w istotny sposób warunkowało moją działalność publiczną. Zacząć jednak trzeba jak w życiorysie – od urodzenia.

I. Dzieci Ojczyzny

[fragment]

Edukacja sentymentalna i wspólnota narodowa

Narody, narody, po diabła narody

stojące na drodze do szczęścia i zgody.

Pragniecie pokoju? Usuńcie przeszkody!

Narody, narody, narody...

Jacek Kaczmarski

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zostałem zaproszony na Uniwersytet Europy Środkowej w Budapeszcie, by wygłosić dla tamtejszych doktorantów historii wykład o barbarzyńskich korzeniach Europy. Na sali było co najmniej stu młodych ludzi. Językiem wykładowym jest tam angielski. Potrafię po angielsku czytać, ale nie wykładać, a w dodatku nigdy nie piszę i nie odczytuję tego, co mam słuchaczom powiedzieć. Zapytałem więc, kto zna francuski, ale przyznało się do tego nie więcej niż dwadzieścia osób. Włoski? Najwyżej dziesiątka. Coś mnie tknęło, zapytałem o rosyjski. Podniósł się las rąk. Lwia część doktorantów pochodziła z Rosji lub z krajów poradzieckich. Dla jednych rosyjski był mową ojczystą, dla drugich – wspólnym językiem mieszkańców Imperium.

Po wykładzie poszliśmy z kilkoma profesorami na kolację. Była wśród nich urocza osoba, świetna moskiewska mediewistka Anna Michajłowna Kuzniecowa, która zapytała z zaciekawieniem, skąd tak dobrze znam rosyjski. Odpowiedziałem z satysfakcją, że urodziłem się w Moskwie w listopadzie 1937 r. Rozmówczyni moja aż jęknęła: „Wot uż naszli wy siebie gorod i god dla togo, cztoby rożdatsia!” (Ależ pan sobie znalazł miasto i rok, żeby się urodzić).

Rzeczywiście było to złe miejsce i zły czas. Na lata 1937–1938 przypadło apogeum stalinowskiego terroru. Na mocy doraźnych wyroków tzw. trojek NKWD rozstrzelano wówczas w ZSRR około miliona osób, najczęściej wielkomiejskich inteligentów. Były to na ogół wyroki zaoczne. Skazańcy nawet nie widzieli na oczy oficerów NKWD, którzy ich posyłali na śmierć. W końcu 1938 r. rozstrzelano na rozkaz Stalina samego Nikołaja Jeżowa – ludowego komisarza bezpieczeństwa, który kierował tą masakrą. Po jego upadku praktykę doraźnych zaocznych wyroków i masowych rozstrzeliwań zawieszono, ale wiosną 1940 r. sięgnięto do niej ponownie, żeby w ekspresowym tempie zamordować polskich oficerów z obozów jenieckich w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Zostali oni rozstrzelani w ten sam sposób, jak milion ich radzieckich poprzedników, i pochowani w tych samych masowych grobach, w których grzebano ofiary wielkiej czystki lat 1937–1938: w Katyniu, Charkowie, Miednoje, Bykowni.

Prócz miliona rozstrzelanych, w ciągu dwóch najkrwawszych lat wielkiego terroru aresztowano i posłano do łagrów co najmniej dziesięć milionów osób. Znaczna, być może przeważająca ich część zmarła za drutami. W mojej rodzinie aresztowano najpierw dziadka, ojca mojej matki. Był on inżynierem górnikiem, świetnie wykształconym w paryskiej École des Mines, a zarazem mieńszewikiem zaprzyjaźnionym z wybitnymi działaczami tej znienawidzonej przez bolszewików partii, więc w latach „wielkiej czystki” miał wyrok gwarantowany. 9 grudnia 1937 r., gdy miałem siedemnaście dni, aresztowano też mojego biologicznego ojca – pierwszego męża mojej matki, Aleksandra Budniewicza. Nie był on ani oponentem bolszewików, ani człowiekiem na stanowisku, tylko zwykłym podchorążym wyższej oficerskiej szkoły wojsk pancernych w Moskwie. Ale masowe represje, które spadły na kadrę oficerską Armii Czerwonej po procesie i rozstrzelaniu marszałka Tuchaczewskiego, sięgnęły do spodu, aż do podchorążych. Aleksander Budniewicz dostał osiem lat łagru. Był to podówczas wyrok standardowy, nic nadzwyczajnego.

Zresztą przeżył obóz. Spotkałem go dwa razy w życiu. Pierwszy raz w 1947; matka zawiozła mnie wtedy z Warszawy do Moskwy i w mieszkaniu jakichś nieznanych mi ludzi (dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że pani domu była moją kuzynką) pokazano mi obcego pana w spłowiałym demobilu i oznajmiono: „To jest twój tata. Teraz musisz sam zdecydować, czy chcesz spędzić życie w Rosji z tatą, czy wolisz wrócić z mamą do Polski”. Pamiętam tylko tyle, że ze strachu wtuliłem się w matczyną spódnicę.

Po raz drugi spotkaliśmy się w styczniu 1956 r. Matka moja była już drugi rok wdową. Pojechała do ZSRR na zaproszenie radzieckiego odpowiednika Instytutu Badań Literackich jako polska badaczka literatury rosyjskiej i wzięła mnie ze sobą. Mój naturalny ojciec przyjechał z Baszkirii do Moskwy nielegalnie (wciąż miał zakaz przebywania w stolicy), żeby spotkać się z nami. Tym razem jednak była już odwilż, w następnym miesiącu na XX Zjeździe Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego potępiono Stalina, więc ryzyko kary za złamanie zakazu przyjazdu byłego łagiernika do Moskwy było niewielkie. Chodziliśmy razem po mieście, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie u fotografa, rozmawialiśmy o łagrach, terrorze i Stalinie. Miałem osiemnaście lat i nie były to już dla mnie tematy tabu.

Wcześniej jednak – aż do czerwca 1954 r. – nic nie wiedziałem o łagiernych losach dziadka ani ojca. Jeszcze w Rosji, gdy byłem już na tyle duży, by zauważyć, że inne dzieci mają ojców, i dopytywałem się o mojego, powiedziano mi, że jest wojna, więc ojciec walczy na froncie za radziecką Ojczyznę. Matka pisała do niego listy, a nawet jeździła transsyberyjską koleją na widzenia, ale nic mu nie mówiła o tym, że jest już związana z Polakiem, Zygmuntem Modzelewskim. W listopadzie 1945 r., trzy tygodnie przed wyjściem pierwszego męża z obozu, zabrała mnie z Moskwy do Warszawy.

O ile los mojego dziadka był w stalinowskim ZSRR z góry przesądzony, a los mojego biologicznego ojca mieścił się w masowych standardach, o tyle niezwykłe były losy mojego przybranego ojca, Zygmunta Modzelewskiego. Był on w gruncie rzeczy moim prawdziwym ojcem, bo to on mnie wychowywał, i myślę, że wywarł na mnie głęboki wpływ. Pochodził z Częstochowy, urodził się w 1900 r. jako ósme dziecko w rodzinie robotnika kolejowego – wszystko jak w socrealistycznej czytance. Obie jego starsze siostry, które zdążyłem jeszcze poznać – Apolonia i Stacha – zakończyły edukację na czteroletniej szkole powszechnej. Ciotka Pola z ledwością potrafiła czytać i pisać, ale we włókienniczej fabryce Częstochowianka aktywnie działała w klasowych związkach zawodowych. W latach trzydziestych podczas strajku narzuciła dyrektorowi jutowy worek na głowę, dzięki czemu nie widział tych, co go wywieźli na taczce za bramę. Ciotkę jednak zauważył i powiedział do niej potem na boku: „Borowikowa, ja wiem, że to pani mi ten worek narzuciła. Gdybym był taką świnią, za jaką wy mnie uważacie, wywaliłbym panią z pracy. Ale mam sumienie, wiem, że pani ma jedenaścioro dzieci”.

Ojciec tych dzieci, pan Borowik, miał dobrze płatne zajęcie dekarza, był jednak nałogowym pijakiem, miewał napady obsesyjnej zazdrości i ciotkę bijał. Wreszcie użył brzytwy: podciął ciotce żyły na szyi i usiłował poderżnąć sobie gardło. Na szczęście najstarsza córka Honorka wyrwała mu brzytwę gołymi rękami. Za próbę zabójstwa dostał pięć lat, a ciotka opowiadała mi z dumą: „I wiesz, Karolku, taka byłam wtedy stanowcza, że się z nim rozwiodłam”.

W czasie okupacji ciotka Pola nie działała w żadnej konspiracji. Musiała utrzymać dzieci, więc nosiła z córką Honoratą żywność na szmugiel do Rzeszy (granica była wtedy blisko Częstochowy). Honorkę złapano na próbie przemytu i trafiła do Oświęcimia, skąd wróciła ze skamieniałym sercem.

Zygmunt Modzelewski zachował bardzo dobre kontakty z rodziną, po wojnie opiekował się serdecznie Polą, ale zdobywając wykształcenie, wyszedł ze środowiska rodzinnego. Był wybitnie zdolny, więc dostał w szkole stypendium, a jako syn kolejarza, czyli pracownika państwowego, był chyba zwolniony od czesnego. W każdym razie ukończył gimnazjum handlowe (dziś powiedzielibyśmy „liceum ekonomiczne”) w Częstochowie i rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Według oficjalnego życiorysu ojciec mój w 1917 r., czyli mniej więcej na rok przed maturą, miał przystąpić do Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy. Za prawdziwością tej informacji może przemawiać jego świadectwo szkolne. Pochodził z katolickiej rodziny, był nawet ministrantem, ale na świadectwie z 1917 r. obok piątki z religii figuruje obniżony stopień ze sprawowania z objaśniającą adnotacją: „nieposłuszny wobec księdza, przestał chodzić do kościoła”. Duże brawa dla katechety, który postawił mu ocenę za wiedzę, a nie za gorliwość w praktykach religijnych. Nie jest jednak pewne, czy odejście od wiary nastąpiło pod wpływem kontaktu z tajną partią radykalnej lewicy, czy raczej w wyniku częstego u siedemnastolatków kryzysu światopoglądowego. Wkrótce bowiem po zjednoczeniu SDKPiL z PPS-Lewicą w Komunistyczną Partię Robotniczą Polski (grudzień 1918 r.), do której ojciec mój miał od początku należeć, przerwał studia i zgłosił się na ochotnika do Wojska Polskiego, by walczyć z bolszewikami. Jak na komunistę, był to postępek niesłychany. Ojciec zdołał go ukryć właściwie przed wszystkimi. Nie dowiedziały się o tym – na jego szczęście – organy NKWD; nie wiedziały władze jego partii, ani nawet moja mama. Do niedawna nie wiedziałem i ja.

Kilka lat temu zadzwoniła do mnie w Warszawie pani Maria Wieczorek, z którą przedtem się nie znaliśmy. Wyjaśniła, że jest siostrzenicą częstochowskiej komunistki Jadwigi Blum, pierwszej partnerki życiowej mojego ojca, która razem z nim wyemigrowała w 1925 r. do Francji. Jadwiga Blum spędziła tam wojnę i zachowała dokumenty osobiste mojego ojca, których nie zabrał na szczęście ze sobą, gdy w 1937 r. na polecenie partii wyjeżdżał z Paryża do Moskwy. Kiedy ciotka zmarła, pani Wieczorek znalazła się w posiadaniu jej osobistych rzeczy, w tym dokumentów mojego ojca, które chyba zechcę przejrzeć, a może nawet zabrać.

Wśród tych dokumentów, oprócz metryki, fotografii, świadectw szkolnych i kart egzaminacyjnych z Uniwersytetu Jagiellońskiego, znalazłem dwa dokumenty wojskowe z 1921 r.: zaświadczenie o demobilizacji oraz pismo do władz uniwersyteckich podpisane przez kpt. Czumę. Wynika z nich, że „plutonowy Modzelewski Zygmunt służył jako ochotnik w 24. pułku piechoty WP, brał czynny udział w odparciu inwazji bolszewickiej spod Warszawy i dalej na froncie litewsko-białoruskim, aż do podpisania preliminariów pokojowych. W grudniu 20 roku, wskutek nieszczególnego stanu zdrowia, przeniesiony został do kadry Baonu Zapasowego 24. p.p. i tu został referentem oświatowym, później podoficerem gospodarczym. Z obowiązków: żołnierza frontowego, refer. oświat. i podof. gospodarczego wywiązywał się wzorowo”. Teraz zostaje zwolniony z wojska „jako akademik” (tzn. student). Kpt. Czuma wyraził nadzieję, „iż społeczeństwo należycie oceni spełnienie obowiązku względem Ojczyzny i nie odmówi wyżej wym. wszelkiej pomocy przy kontynuowaniu studiów uniwersyteckich”.

Zamiast ukończyć studia, obrońca Ojczyzny zajął się jednak obroną uciskanych robotników. Czy był komunistą, zanim poszedł na wojnę, nie jestem pewny; może tak, ale w obliczu najazdu górę wziął zrozumiały u młodego Polaka patriotyczny odruch obrony ledwie odzyskanej niepodległości. W każdym razie po demobilizacji nie ulega już wątpliwości jego zaangażowanie w partii komunistycznej, którą tymczasem zdelegalizowano, bo w 1920 r. opowiadała się za najeźdźcą. W komunistycznej konspiracji młodziutki Zygmunt Modzelewski szybko awansował. Został okręgowcem, czyli szefem podziemnych struktur partyjnych w okręgu śląsko-dąbrowskim. Prowadził działalność wśród górników, organizował tam strajki. Nie rozwodził się nad tym, ale po wielu latach wyczuwałem w jego oszczędnych słowach i emocjonalnych reakcjach poczucie więzi ze środowiskami robotniczymi. Sam się zresztą z takiego środowiska wywodził.

Okręgowiec Zygmunt Modzelewski został po niedługim czasie namierzony przez policję. Dwa razy go aresztowano, ale oba razy uciekł; raz w czasie transportu, gdy go na zatłoczonym dworcu jako więźnia politycznego nie skuto kajdankami, a biegał szybciej od konwojentów; drugi raz, jak mi opowiadał w przystępie dobrego humoru, podkopem. Jako PRL-owski multirecydywista czuję się zażenowany nieskutecznością służby więziennej w II RP. Zbiegłego aresztanta poszukiwała jednak policja, wobec czego partia postanowiła skierować go do Francji, by prowadził tam działalność wśród polskich robotników, zwłaszcza górników, których wielu pracowało w kopalniach na terenie departamentów Nord i Pas de Calais. Ojciec przekroczył granicę ucharakteryzowany, posługując się paszportem nienotowanego przez policję sympatyka KPP, rękawicznika z Bielska, Józefa Fiszera. Do Francji zabrał jednak również swoje własne papiery, w tym świadectwo maturalne. Pozwoliło mu to rozpocząć w Paryżu studia i ukończyć renomowaną uczelnię École des Sciences Politiques.

W połowie lat trzydziestych ojciec zajmował już dość wysoką pozycję we władzach Francuskiej Partii Komunistycznej: był członkiem jej Komitetu Centralnego i kierował Sekcją Polską. W 1937 r., gdy Stalin przygotowywał się do likwidacji kadry kierowniczej KPP i rozwiązania tej partii, Zygmunt Modzelewski stał się dogodnym obiektem wielkiej czystki. Być może chodziło również o trzymanie w szachu kierownictwa Francuskiej Partii Komunistycznej, chociaż jej przywódca Maurice Thorez był Stalinowi bezwzględnie wierny. Międzynarodówka Komunistyczna wezwała więc Modzelewskiego do Moskwy. Ojciec wiedział, że nie wróży to nic dobrego, ale łudził się, że go tylko sprawdzą, a ponieważ jest czysty, to wkrótce wypuszczą. Aresztowano go niebawem po przyjeździe do ZSRR, w październiku 1937 r.

Na Łubiance zapewniono mu szczególne traktowanie. Nie wystarczyło dać mu parę razy w mordę i potrzymać dwadzieścia godzin na stojąco, jak podchorążego Budniewicza, a potem dać zaocznie wyrok osiem lat łagru. Modzelewskiego upatrzono sobie na bohatera pokazowego procesu, w którym miał przyznać się do najgorszych win i obciążyć współoskarżonych. Oskarżonego, któremu przeznaczono taką rolę do odegrania, należało poddać odpowiedniej obróbce. Ale on był uparty. Bito go, nie dawano spać, trzymano w lodowym karcerze – wszystko na nic. Zaparł się, że nie był, jak mu zarzucano, agentem francuskiego i do tego jeszcze japońskiego wywiadu. Bywał bezczelny. Śledczemu, który nazwał go starym prowokatorem, potrafił odpowiedzieć: „Nie, to ty jesteś stary prowokator”, chociaż wiedział, że oberwie za to dodatkowo.

Przez ten zawzięty upór stracił zdrowie na torturach, ale ocalił życie i wolność: przetrwał Jeżowa i pół roku po jego upadku, w lipcu 1939 r., wyszedł z więzienia w ramach tzw. beriowskoj pieredyszki (beriowskiego wytchnienia). Tak nazwali dowcipni Rosjanie złagodzenie terroru w pierwszym okresie urzędowania Ławrentija Berii w NKWD. Wypuszczono wtedy wielu oskarżonych, którzy nie przyznali się do winy, a ich niesłuszne uwięzienie można było przedstawić jako przykład przewrotnego szkodnictwa ukrytego wroga ludu, jakim okazał się Jeżow. Ojca mojego oczyszczono z zarzutów i zwrócono mu legitymację Francuskiej Partii Komunistycznej (KPP tymczasem rozwiązano). Do partii radzieckiej ojciec nie wstąpił i nie poprosił o radzieckie obywatelstwo, ale nie spotkały go już z tego powodu żadne szykany. Potrzebował jednak opieki, bo w pierwszych tygodniach po zwolnieniu nie mógł utrzymać łyżki w ręku.

Polscy komuniści przebywający w Moskwie (oczywiście ci, co byli na wolności, a nie w więzieniu) znaleźli mu więc miejsce i opiekę u mojej mamy. Była ona kuzynką żony uwięzionego działacza KPP Juliusza Majskiego, przez którą znała grono moskiewskich Polaków. Była też „słomianą wdową” po uwięzionym podchorążym Armii Czerwonej i miała, jak na tamte czasy, niezłe warunki mieszkaniowe. Zajmowaliśmy największy z pięciu pokoi mieszczańskiego apartamentu przekształconego w tzw. komunalną kwartirę dla pięciu rodzin. W naszym przestronnym pokoju mieszkała tylko mama, ja i babcia (mój ojciec oraz dziadek już siedzieli w obozach), poza tym zaś we wnęce za kotarą mieszkała ciotka Lola i jej mąż, wujek Mikołaj (jak się później okazało, konfident NKWD), a przy drzwiach wejściowych, za przepierzeniem z dykty – Jekatierina Fiedusiejewa, chłopka spod Tambowa. Po jakimś rodzinnym nieszczęściu, a może po kolektywizacji, weszła ona do naszej rodziny jako osoba prowadząca dom pana inżyniera Wiltera, czyli mojego dziadka. Była też moją nianią. Kochałem Katię Fiedusiejewą wielką, całkowicie odwzajemnioną miłością i myślę, że w sprawach uczuć zawdzięczam jej bardzo dużo.

Do takiego domu wszedł skrajnie wyczerpany więzieniem Zygmunt Modzelewski. Mama go jakoś odchuchała, wykarmiła łyżeczką, a potem już tak zostało. Początkowo nazywałem go „diadia Zyg” (wujek Zygmunt), bo nikt jeszcze nie oswajał mnie z myślą, że to właśnie będzie mój ojciec. Kiedy jednak wybuchła wojna (dla ludzi radzieckich stało się to 22 czerwca 1941 r.) i w Moskwie powstał Związek Patriotów Polskich, Zygmunt Modzelewski, który odgrywał w tym związku ważną rolę, oznajmił oficjalnie, że jestem jego synem. W listopadzie, gdy Niemcy zbliżali się do Moskwy, a rodziców objęto planową ewakuacją i umieszczono w mieście Engels, ja zostałem potraktowany jako syn Modzelewskiego i wysłany do domu dziecka zwanego Leśnym Kurortem. Dom ten, przydzielony do dyspozycji Kominternu, położony był w gorkowskim obwodzie, jakieś 1000 km na wschód od Moskwy. Umieszczono tam dzieci tych komunistycznych imigrantów, którzy pozostawali na wolności i byli traktowani jak zagraniczni towarzysze, a nie jak wrogowie ludu. Z tego powodu wyżywienie mieliśmy jak na wojenne czasy bardzo przyzwoite, coś w rodzaju wiktu stołówkowego w czasach pokoju. W każdym razie nie zaznałem tam głodu, który doskwierał moim rodzicom w mieście Engels. Trzeba dodać, że Katia Fiedusiejewa nie wyjechała z rodzicami, tylko pojechała ze mną do domu dziecka i zatrudniła się tam jako pomoc kuchenna, żebym wśród obcych ludzi miał się do kogo przytulić.

* * *

Pod koniec 1941 r., gdy wyjeżdżałem do domu dziecka, miałem cztery lata. Z tych pierwszych lat życia prawie nic nie pamiętam, tylko jakieś niepowiązane ze sobą migawki. W Leśnym Kurorcie natomiast stałem się od razu, wspólnie z innymi dziećmi w moim wieku, obiektem wychowania nowych pokoleń według wzorów stosowanych przez państwo radzieckie.

Brzmi to okropnie, ale moje wspomnienia z domu dziecka wcale nie są straszne. Przede wszystkim wpajano nam poczucie rosyjskiej przynależności narodowej. Taki był standard. Zwłaszcza w czasie wojny oficjalne wychowanie dzieci radzieckich naznaczone było – mimo wielonarodowego charakteru imperium – wielkoruskim nacjonalizmem. Związek Radziecki i Matka Rosja, śmiertelnie zagrożona i heroicznie broniąca się Ojczyzna, stapiały się w jedną całość. My sami – przyszli żołnierze, przyszłe sanitariuszki, przyszli budowniczowie – byliśmy przyszłością, dumą i nadzieją Wielkiej Rosji. Osobliwe, że wychowaniu temu patronowała Międzynarodówka Komunistyczna.

Nie przypuszczam, żeby nasze wychowawczynie (najmłodszymi, do których się zaliczałem, zajmowały się wyłącznie kobiety) kierowały się zamiarem wynarodowienia tych dzieci cudzoziemców przybyłych do ZSRR z różnych stron Europy i świata. Zresztą wcale nie trzeba było przerabiać nas na małych Rosjan. Przeważnie pochodziliśmy z rodzin mieszanych: ojciec – cudzoziemski komunista, matka – Rosjanka. Tak było z moją pierwszą narzeczoną Lucettą Negarville, no i podobnie ze mną. Mieliśmy po pięć lat, gdy nasze mamy przyjechały równocześnie odwiedzić nas w Leśnym Kurorcie. W tamtym czasie wymagało to przynajmniej tygodniowej podróży w prymitywnym wagonie, więc zdrożonym rodzicom i ich pociechom przydzielano na parę dni miejsca w dwupokojowym domku campingowym wyposażonym w małą kuchenkę (Leśny Kurort był widocznie przedtem, jak sama nazwa wskazuje, ośrodkiem wypoczynkowym). Dostaliśmy taki domek i w czasie zabaw we wspólnej kuchni rozkwitła nasza miłość. Mamy rozmawiały po rosyjsku, my rzecz jasna też. Chyba jeszcze nie wiedziałem, że poza rosyjskim istnieją na świecie jakieś inne języki. Lucetta była dla mnie Łuszą, a ja dla niej – Kiriuszą (zdrobnienie od Kirył, czyli Cyryl – tak brzmiało moje imię od urodzenia do 1947 r.). Olśnienia doznałem w 1994 r. Po wykładzie, jaki wygłosiłem wówczas w Rzymie, podeszła do mnie jakaś przystojna Włoszka. Powiedziała, że nazywa się Lucetta Negarville i że od dawna się znamy. Widząc, że nie kojarzę, przeszła raptem na nienaganną ruszczyznę: „Kiriusza, ty mienia nie uznajosz? Ja – Łusza!”. Nogi się pode mną ugięły. Moja pierwsza narzeczona była córką jednego z historycznych przywódców Komunistycznej Partii Włoch.

Przed wyjazdem do domu dziecka nie wiedziałem nie tylko o istnieniu innych języków niż rosyjski, ale i o istnieniu jakichś innych narodów. Tym samym nie zdawałem sobie sprawy z tego, że istnieje naród rosyjski. Pojęcie narodu powstaje przez odróżnienie swoich od innych, obcych; inaczej nie jest uchwytne. Dla całkiem małego dziecka jest to zresztą trudne do wyobrażenia, jeśli nie ma naocznych doświadczeń. Musiałem zauważyć, że „wujek Zygmunt”, czyli mój ojciec, ma jakąś dziwną wymowę, posługiwał się jednak tymi samymi słowami co wszyscy. Na pewno mówiło się w domu, że jest Polakiem, ale nie zapamiętałem tego, bo dla mnie nic to jeszcze wtedy nie znaczyło.

Moje poczucie rosyjskiej tożsamości budowano w Leśnym Kurorcie na czytelnym przeciwstawieniu nas, czyli Rosjan, wrogom, czyli Niemcom. Najważniejsze wartości, które nam wpajano, i wzory, które miały nam przyświecać, oparte były na tym przeciwstawieniu. Największą cnotą był wojenny heroizm w walce z wrogiem, aż do ofiary z życia. Bohaterem naszym był żołnierz o nazwisku Matrosow, który własną piersią przykrył otwór strzelniczy niemieckiego bunkra, skąd strzelał karabin maszynowy. Kule przebijały martwe ciało bohatera, ale traciły impet i nie dolatywały do nacierających czerwonoarmistów, co umożliwiło im opanowanie niemieckich umocnień. Chcieliśmy być jak Matrosow albo jak Zoja Kosmodemianskaja – poległa bohaterka z tego samego zbioru ikon dla maluchów. Nakaz heroizmu, kult ofiary i pogarda śmierci nabyte w kolektywistycznym wychowaniu czasu wojny mogą zmienić barwy, bo zmienić się może (tak stało się w moim wypadku) poczucie narodowej przynależności, pozostają jednak ukształtowane w dzieciństwie schematy emocji. Stary wzór wypełnia się nową treścią.

Niemiec jako symbol zagrożenia, które trzeba zniszczyć, a zarazem jako kontrastowy wyznacznik naszej narodowej wspólnoty był dla nas – wychowanków radzieckiego domu dziecka – abstrakcją bez twarzy. Front był daleko. Pewnego wiosennego lub jesiennego dnia podczas spaceru – pamiętam, że byliśmy w płaszczykach stosownych do pory roku – spotkaliśmy jednak wrogów twarzą w twarz. Polną drogą szła do jakichś syberyjskich miejsc przeznaczenia kolumna niemieckich jeńców. Prowadził ich radziecki żołnierz uzbrojony w ręcznie repetowany karabin z długim bagnetem. Niemcy szli bardzo wolno, ledwie powłóczyli nogami. Żaden nie miał butów. Na nogach mieli jakieś szmaty powiązane sznurkami, na grzbietach dziwaczne łachmany, a wielu także wełniane chustki z frędzlami, widocznie podarowane im z litości przez wiejskie kobiety. Chłopcy z mojej grupy wiedzieli, że nie mogą litować się nad wrogiem jak baby. Na jeńców posypały się obelgi, a w ślad za obelgami kamienie. Kamyki rzucane dziecinnymi rączkami nie mogły zrobić im wiele złego; nasza wychowawczyni nie reagowała, konwojent leniwie pokrzykiwał, żebyśmy dali spokój, a ja stałem jak sparaliżowany. Dobrze zapamiętałem tę scenę i okropne uczucie niezdecydowania: czy też mam rzucić kamieniem, jak przystało prawdziwemu Rosjaninowi i prawdziwemu mężczyźnie?

Może przypomniałem sobie, że mama zawsze mówiła, żeby nie bić słabszych. Wrogowie, których mieliśmy przed oczyma, nie byli potężni ani groźni. Wyglądali jak samo dno ludzkiej nędzy. Byli bezsilni wobec konwojenta ze staroświecką strzelbą i wobec grupy małych dzieci. Moja bierność nie wynikała jednak z etycznego wyboru, z dumnej odmowy udziału w czymś złym. Była wyrazem niezdecydowania, którego wstydziłem się okropnie. Właśnie palący wstyd pozwolił mi tak dokładnie zapamiętać to zdarzenie i przechować zawarty w nim morał.

Nie wynika z tego, bym nie uległ wielkoruskiej indoktrynacji, jakiej poddawano nas w domu dziecka. Przeciwnie: przyswoiłem ją i nosiłem głęboko w sercu. W 1943 r. mój ojciec został mianowany kapitanem (błyskawiczny awans, jak na plutonowego) i organizował w Sielcach nad Oką I Dywizję Ludowego Wojska Polskiego. Zabrał tam ze sobą mamę. Nie zapewnił jej wprawdzie stopnia oficerskiego, aleją umundurował i zaprowiantował jako korespondenta wojennego. Gdy więc mama znów przyjechała do Leśnego Kurortu, była w polskim mundurze i z prawdziwą kaburą u pasa. Pękałem z dumy, że moja matka jest umundurowana i uzbrojona, ale jednocześnie czułem się upokorzony, że jej mundur jest obcy. Płaszcz nie był bury, jak w Armii Radzieckiej, tylko zielony; guziki nie były złote, tylko też zielone, a w dodatku na tych guzikach i na czapce zamiast gwiazdy był jakiś ptak. Pięcioramienna gwiazda – czerwona na czapce, złota na guzikach – była dla mnie upragnionym znakiem mojej własnej tożsamości. Nie przyznałem się do tego wprost, ale gdy matka zapytała, czy chcę jakiś prezent, odpowiedziałem skwapliwie: „ja szyniel choczu” (chcę płaszcz wojskowy). „Taki jak mój?” – upewniła się mama. „Nie, chcę prawdziwy!” Chyba wszystko zrozumiała, bo uszyła i podarowała mi na odjezdnym szynel małego krasnoarmiejca.

Następnego dnia podczas spaceru dzieci z mojej grupy opadły mnie jak muchy. Każde pragnęło takiego symbolu tożsamości, każde chciało mieć złoty guzik z pięcioramienną gwiazdą. Broniłem się, ale uległem przewadze liczebnej i straciłem swoje insygnia. Wieczorem, żebym mógł zapiąć mój nowy płaszcz, wychowawczyni naszyła mi ohydne czarne guziki, jakby to było zwykłe cywilne palto. Całą noc płakałem z upokorzenia. Do dziś nie dostrzegam śmieszności w słowach marszałka Śmigłego-Rydza, że nie oddamy ani guzika od munduru. Dla mnie brzmi w tym prawdziwy patos.

Radzieckie wychowanie w ogóle, a szczególnie wychowanie w domach dziecka, miało kolektywistyczny charakter. Wpajano nam uznanie nadrzędności wspólnoty nad jednostką. Dotyczyło to nie tylko wspólnoty narodowej, ale także innych grup, od pionierskiego zastępu i drużyny poprzez kolektyw pracowniczy lub oddział wojskowy aż po Partię (jedyną, pisaną przez duże „P”). W Leśnym Kurorcie chłopcy, poczynając od dwunastego roku życia, odbywali ćwiczenie wojskowe (strasznie im tego zazdrościliśmy) i obowiązkowe zajęcia w warsztatach produkcyjnych, gdzie wpajano im nawyki zespołowej pracy. Praca fizyczna była zresztą przedmiotem kultu, prawie jak wojna. Wierzyliśmy, że człowiek istnieje w kolektywie, a poza nawiasem kolektywu jednostka traci człowieczeństwo. Nie używaliśmy wprawdzie, a nawet nie znaliśmy takich słów, ale tak czuliśmy. Skuteczność tego wychowania wynikała nie tylko, a nawet nie tyle z nacisku, jaki na nas wywierano, ile z właściwej każdemu człowiekowi potrzeby przynależności do grupy. W latach wojny najwyższą rangę w hierarchii kolektywistycznych wartości osiągnęła wspólnota narodowa.

Co mi z tego pozostało? Sporo, mimo że moja rosyjska tożsamość ustąpiła z czasem polskiemu poczuciu tożsamości narodowej.

* * *

Na początku 1944 r. wróciłem z Leśnego Kurortu do Moskwy. „Wujek Zygmunt” chodził teraz w mundurze kapitana Wojska Polskiego. Miałem mówić do niego „tato”, ale przyzwyczajałem się do tego bardzo wolno, chociaż nie znałem swojego naturalnego ojca. Zresztą „diadia Zyg”, który stał się moim ojcem, rzadko pojawiał się w domu. Był w sztabie I Armii, jeździł na front, a potem do Lublina, skąd powrócił do Moskwy w cywilnym garniturze jako pierwszy ambasador Polski Ludowej.

Przeprowadziliśmy się wówczas z pokoju w „komunalnoj kwartirie” do pałacyku na ul. Tołstoja, gdzie umieszczono polską ambasadę. Widywałem tam sporo panów w mundurach podobnych do tych, jakie nosili do niedawna moi rodzice. Już wiedziałem, że są to mundury sojusznicze, więc nie całkiem obce – zawsze jednak nie to, co „prawdziwe”, czyli radzieckie. Kiedy attaché handlowy ambasady, pan Adam Zausznica, przy okazji świetny majsterkowicz, zapytał, czy chciałbym jakiś order, nie zażyczyłem sobie polskiego Krzyża Walecznych, tylko radzieckiego Medalu za Odwagę. Pan Zausznica przewiercił dziurkę w miedzianej monecie o nominale 20 kopiejek, dorobił odpowiednią zawieszkę i przypiął mi do piersi. Nosiłem to cacko z dumą i Adama Zausznicę zapamiętałem z wdzięcznością.

Przeprowadzka do ambasady oznaczała dla mnie zmianę środowiska. Personel dyplomatyczny składał się oczywiście z Polaków i mówił po polsku. Od pewnego czasu mama starała się uczyć mnie tego języka – obcego przecież nie tylko dla mnie, ale i dla niej. Dzieci urzędników ambasady, z którymi bawiłem się na podwórku, mówiły między sobą i ze mną po rosyjsku, ale polski znały i uważały się za Polaków. Ja natomiast z uporem powtarzałem, że nie jestem Polakiem, tylko Rosjaninem, i broniłem zawzięcie swojej dziecięcej tożsamości.

Najboleśniejszą ranę, jaką odniosłem w tej obronie, zadał mi starszy kolega z podwórka. Był to syn jakiegoś urzędnika lub urzędniczki ambasady. Mówiliśmy oczywiście po rosyjsku, byliśmy w dobrej komitywie, ale na moje buńczuczne zapewnienie, że jestem Rosjaninem, odpowiedział spokojnie, tonem przyjacielskiego objaśnienia: „Niet, Kiriusza, ty nie russkij, ty jewrej” (nie jesteś Rosjaninem, tylko Żydem). Prawdopodobnie chodziło mu o moją matkę, która był z domu Wilter (o czym wiedziałem) i rzeczywiście pochodziła ze zruszczonej rodziny wileńskich Żydów (o czym nie wiedziałem); a może opierał się na pogłosce, jakoby Zygmunt Modzelewski nazywał się w rzeczywistości Józef Fiszer i nie był Polakiem, tylko Żydem. Może mój rozmówca nie miał na myśli nic złego; może sam był synem polskiego komunisty o żydowskich korzeniach i dawał mi do zrozumienia, że jestem jak on. Nie znałem jednak słowa „Żyd”, a w każdym razie nie rozumiałem jego znaczenia. Zrozumiałem tyle, że jest to jakieś piętno, które mnie wyklucza z mojej, czyli rosyjskiej, wspólnoty. Naznaczony tym obcym, niezrozumiałym piętnem, byłbym wyzuty z mojej, czyli rosyjskiej, tożsamości. Z czymś takim nie mogłem się pogodzić.

Poszedłem do mamy i zapytałem, co to słowo oznacza. Mama zaczęła od tego, że ona sama jest Żydówką, podobnie jak moja babcia i nieżyjący dziadek. Żydzi to nic złego, po prostu narodowość, jak choćby Rosjanie, a ja nie muszę się martwić, bo można być i jednym, i drugim, to się wcale nie wyklucza. Usiłowałem przyjąć to do wiadomości, ale jakoś mi nie szło. Wcale nie uważałem, ze jedna narodowość jest równie dobra jak druga. Nie przychodziło mi do głowy, że można być jednym i drugim naraz, na przykład Rosjaninem i Polakiem, a tym bardziej Rosjaninem i jakimś tajemniczym Żydem, o którym dotychczas w ogóle nie słyszałem. Zresztą mój kolega z podwórka ambasady wyraził się w tej sprawie jasno, bez niedomówień – nie mogę być Rosjaninem, skoro on mnie zaklasyfikował jako Żyda. To był znak wykluczenia. Nalepienie takiej etykietki miało mnie odciąć od korzeni, które uważałem za swoje. Trzeba to było odrzucić. I tak mi zostało.

Polska uchodzi za kraj antysemicki, ale tylko parę razy w moim długim życiu zdarzyło się, że ktoś mi wypomniał żydowskich przodków. Robili to głównie, jeśli nie wyłącznie, ludzie na usługach władzy: wyrobnicy rynsztokowej propagandy w marcu 1968 r., major Bogal z Biura Śledczego MSW, który mnie wówczas przesłuchiwał w więzieniu, prokurator Leszek Pietrasiński na sali sądowej w styczniu 1969 r., jakiś podstawiony przez bezpiekę dyskutant na przedwyborczym spotkaniu w maju 1989 r. Niestety także Jarosław Iwaszkiewicz, którego wolałbym w tym wyliczeniu pominąć.

Ludzie ci na ogół woleli posługiwać się aluzjami, niż mówić wprost. Major Bogal był tak delikatny, że czynił aluzje nie na mój temat, tylko mówił o moich znajomych: „Panie Modzelewski – taki na przykład Aleksander Perski, jakie dziwne nazwisko. Gdzie właściwie jest Persja, czy nie na Bliskim Wschodzie?”. Jedynie prokurator Pietrasiński, bardziej znany z tego, że na toruńskim procesie zabójców księdza Popiełuszki zamiast morderców oskarżał płomiennie ich ofiarę, wyraził się jasno: „Wszyscy oskarżeni oprócz Jacka Kuronia są pochodzenia żydowskiego i zostało to w czasie śledztwa bezspornie udowodnione”.

W takich wypadkach bywałem wściekły, ale nie czułem się zobowiązany do przyjęcia wykluczającego piętna z dumą, godnością i dobrodziejstwem rasistowskiego inwentarza. Przeciwnie – czułem, że mi przyprawiają gębę. Prokuratorowi Pietrasińskiemu odpowiedziałem z ławy oskarżonych w ostatnim słowie, które zostało wkrótce opublikowane w paryskiej „Kulturze” i było nieraz cytowane w wolnej Polsce. Nigdy w życiu nie skierowałbym podobnych słów do moich żydowskich przyjaciół i nie bardzo wiem, jak im bez urazy odpowiedzieć na ten sam temat.

Rzecz w tym, że częściej od antysemickich aluzji zdarzało mi się słyszeć podobne słowa w tonie ciepłym i serdecznie zapraszającym. Czasem przyjaciele, czasem bliscy znajomi albo i ledwie znajomi ludzie brali mnie delikatnie za łokieć, zaglądali nieśmiało w oczy i dawali do zrozumienia: jesteś nasz, zapraszamy do wspólnoty. Elementem łączącym wspólnotę miało być jednak to samo, co panowie Bogal i Pietrasiński traktowali jako czynnik wykluczający z polskości.

Drodzy przyjaciele, bliscy znajomi i ledwie znajomi, nie gniewajcie się, ale nie mogę przyjąć zaproszenia. Bardzo was lubię (no, może nie wszystkich jednakowo), dobrze mi z wami, ale nie przystąpię do kręgu etnicznego wtajemniczenia. Poczucie narodowej przynależności nie jest zapisane w genach, tylko w głowie. Owszem, społecznie ważne jest nie tylko to, za kogo się człowiek uważa, ale i to, za kogo uważają go inni. Z tego jednak nie wynika, że mamy posłusznie przejmować przesądy i stereotypy, według których ktoś nas klasyfikuje i ocenia.

* * *

Kwestia żydowska w Polsce jest sprawą zbyt poważną, by uwagi na ten temat sprowadzić do osobistych wspomnień. Pozwolę więc sobie na ogólniejszy komentarz, chociaż w pracy zawodowej nie zajmowałem się historią Żydów i stosunków polsko-żydowskich. Na tym polu jestem dyletantem. Pozostaję jednak, nawet pisząc bardzo osobistą książkę, historykiem świadomym reguł swojego fachu. Wiem, że solidna wiedza akademicka raczej mnoży pytania i wątpliwości, niż je bezapelacyjnie rozstrzyga. Sytuacja dyletanta wkraczającego na chybotliwy grunt nakłada na mnie obowiązek szczególnej ostrożności.

Zacznę jednak od spostrzeżeń stosunkowo pewnych, dotyczących kategorii pojęciowych i nawyków językowych. Bardzo wielu Polaków nosi cudzoziemskie nazwiska. Są one pamiątką po mniej lub bardziej odległych cudzoziemskich przodkach, zwykle jednak nie wyciągamy z tego wniosków dotyczących narodowej tożsamości człowieka. Aleksander Brückner miał bez wątpienia jakichś niemieckich, a właściwie austriackich przodków, ale nikt nie powie, że był Niemcem lub Austriakiem. Wiemy, że był Polakiem, wielkim luminarzem polskiej humanistyki. Nikt też nie powie, że Niemcem był Ryszard Reiff, w czasie okupacji żołnierz AK, potem jeniec NKWD, który zdołał uciec na piechotę z Syberii do kraju, następnie działacz PAX, przewodniczący tego stowarzyszenia, jedyny członek Rady Państwa PRL, który nie głosował za wprowadzeniem stanu wojennego, a w 1989 r. senator z listy OKP. Był to szczery Polak i – bez względu na powikłane losy – prawdziwy patriota. Podobnie Jadwigi Staniszkis nikt nie uważa za Litwinkę, a Romualda Szeremietiewa – za Rosjanina.

Ale o Sewerynie Blumsztajnie mówimy bez zastanowienia: to Żyd. Mówimy tak, bo miał żydowskich przodków, podobnie jak Reiff – niemieckich, Jadwiga Staniszkis – litewskich, a Szeremietiew – rosyjskich. Tyle, że tamci się spolszczyli, więc są Polakami. A Blumsztajn to Żyd. Przecież ma żydowskie nazwisko. Ostatecznie możemy złożyć daninę poprawności politycznej i powiedzieć o nim, że to Polak pochodzenia żydowskiego. Wbrew pozorom jednak niewiele to zmienia. Nie mówimy przecież o Szeremietiewie, że jest Polakiem pochodzenia rosyjskiego. Widocznie jest tu jakaś nieusuwalna różnica.

Trzeba się przyjrzeć tej różnicy. Byłoby zbyt prosto i niesprawiedliwie powiedzieć, że pojęcie Żyda w polskim języku i kulturze oparte jest na wyróżniku rasowym, jak w ustawach norymberskich lub w bystrych oczkach polskich szmalcowników, którzy w latach okupacji wprawnie rozpoznawali, szantażowali i wydawali w ręce gestapo żydowskich współobywateli. Iwaszkiewicz i Kossak-Szczucka odróżniali wprawdzie Żydów od Polaków wedle podobnych kryteriów, jak czynili to szmalcownicy, myśleli jednak całkiem inaczej niż oni, skoro nie wahali się ryzykować życia własnego i rodziny, żeby tropionych Żydów ratować przed zagładą. Nieusuwalne rozróżnienie Polaka i Żyda mogło umocnić się pod wpływem rasizmu, ale się z niego nie wywodzi, gdyż jest znacznie starsze od rasizmu.

Żydzi, podobnie jak Niemcy, osiedlali się w Polsce od średniowiecza. I jedni, i drudzy znajdowali się pod specjalną opieką władców i uzyskiwali specjalny status prawny, który wyróżniał i odgradzał zorganizowane na własnych zasadach gminy cudzoziemców od polskiej ludności. Nie była to dyskryminacja ani wykluczenie, lecz przywilej należny obcym przybyszom zgodnie z regułą określaną w pozytywistycznej historiografii jako „zasada osobowości praw”. Wywodziła się ta reguła z archaicznej, sakralnej normy, która zobowiązywała wspólnotę do zapewnienia przybywającemu z odległych krain „gościowi” osobistego bezpieczeństwa (miru), dachu nad głową i poczęstunku.

Od początku jednak Żydzi, w przeciwieństwie do Niemców, różnili się od miejscowej ludności pod względem religijnym. Z biegiem czasu różnica ta nabierała znaczenia pod wpływem Kościoła. Chrześcijaństwo u swych źródeł odłączyło się od judaizmu, musiało więc silnie akcentować różnice. W dodatku księża przedstawiali Żydów jako morderców Chrystusa. Stereotyp ten umacniał się wraz z oddziaływaniem Kościoła na wiernych, w miarę rozbudowy sieci parafialnej.

W czasach nowożytnych, gdy Polska stała się krajem katolików, prawosławnych i protestantów, wszyscy oni jako chrześcijanie odgrodzeni byli nieprzekraczalną barierą od żydów. Między chrześcijanami różnych wyznań możliwe były małżeństwa, między żydami a chrześcijanami – nie. W miastach gildie i cechy pełniły funkcje religijne obok gospodarczych, więc Żydzi pozostawali poza ich obrębem. Naruszało to korporacyjny monopol w rzemiośle i handlu. Konflikty na tym tle wybuchały przez długi czas. Przymus cechowy obowiązywał w Polsce jeszcze u schyłku XVIII w.

Mury odgradzające społeczność żydowską od wszystkich innych budowane były od obu stron i rosły długo. Wreszcie przybrały postać religijnej segregacji, która obowiązywała we wszystkich dziedzinach życia. Nie umiem powiedzieć, jaką metrykę ma rygorystyczny ekskluzywizm gmin żydowskich, uchwytny już w czasach kontrreformacji, sporadycznie kontestowany w epoce Oświecenia i coraz częściej naruszany przez ruchliwość społeczną XIX stulecia. Nie przemawia do mnie pogląd, że zaryglowanie się w religijnej tradycji oraz społeczna i kulturowa samoizolacja w gettach były odwieczną, heroiczną samoobroną Żydów przed wynarodowieniem po utracie starodawnej ojczyzny. Pogląd ten ma wyraźne znamiona ahistorycznego stereotypu. Wiara w żydowską wyjątkowość wśród wszystkich ludów świata nie przystoi, jak myślę, historykowi. Koncept ludu wybranego przez Boga nie ma w sobie nic wyjątkowego. Odnajdujemy go w mitologii różnych indoeuropejskich plemion. Longobardowie zostali gremialnie adoptowani przez Wotana, więc nosili, jak on, charakterystyczne długie brody. Słowiańscy Rugianie strzygli się tak, by przypominać z wyglądu figurę Świętowita, którego uważali widocznie za swego boskiego protoplastę. Bliźniacze bóstwa obfitości postrzygły i nadały wróżebne imię Siemowita założycielowi panującego rodu Piastów, adoptując w ten sposób jego samego i dynastię, a za jej pośrednictwem – całe plemię Polan. Wcale nie jesteśmy gorsi od Żydów, tylko swojscy.

W XIX w., gdy nowoczesne szkolnictwo i narodziny inteligencji otwierały nowe możliwości awansu społecznego, coraz liczniejsi Żydzi próbowali skorzystać z tej szansy. Narażali się przy tym nie tylko na ostracyzm ze strony macierzystej wspólnoty, którą opuszczali, ale i na rosnące trudności ze strony środowisk polskich, do których próbowali się upodobnić. Narody europejskie przybierały wtedy nowoczesną postać i rodził się nacjonalizm. W Polsce, szczególnie w skrwawionym powstaniami 1830 i 1863 r. i poddanym brutalnej rusyfikacji zaborze rosyjskim, narodowy opór przeciw prawosławnemu caratowi przybierał katolickie barwy. Tworzył się stereotyp Polaka – katolika, podjęty wkrótce przez ideologów Narodowej Demokracji. Wszystko to wzmacniało bariery między Polakami a Żydami i utrudniało asymilację. Bezrefleksyjne, a przez to znamienne różnice w postrzeganiu tożsamości narodowej Szeremietiewa i Blumsztajna zostały, jak widać, ukształtowane przez długą i złożoną historię.

Aż po wiek XX nie były to różnice uwarunkowane przez rasowy przesąd, tylko przez odmienność społeczno-kulturową. Nie możemy jednak przyznawać sobie ulgowej taryfy. Religijno-kulturowa segregacja miała taką strukturę, że łatwo było nałożyć na nią siatkę pojęciową rasizmu. Może nie musiało do tego dojść, ale mogło i faktycznie doszło. Istniały po temu przesłanki nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach europejskich: na Litwie, Białorusi, Ukrainie, w Rosji, w Niemczech, w Austrii. W końcu hitleryzm zrodził się w Niemczech, a nazistowskie porządki zostały nam narzucone przez okupanta. Opinia, jakoby największe obozy zagłady umieszczono w naszym kraju dlatego, że hitlerowcy liczyli na wsparcie w polskim antysemityzmie, nie wyraża niczego poza antypolskim stereotypem. Naziści nie liczyli się ze stanem ducha okupowanych Polaków. Liczyli koszty transportu i mieli na widoku logistyczną dogodność. Rachunek ekonomiczny podpowiadał, że trzeba dowozić ludzi do gazu tam, gdzie jest największe w Europie skupisko żydowskiej ludności.

A jednak to, że na naszej ziemi masowo mordowano ludzi jak insekty cyklonem B, zobowiązuje do szczególnej pamięci i ostrożności. Na cmentarzysku Zagłady nie uchodzi lekkomyślnie trwać przy pojęciowym dziedzictwie religijno-kulturowej segregacji Polaków i Żydów. Musimy wiedzieć, że to nie jest niewinna igraszka.

Musimy też zdawać sobie sprawę z tego, że jest to dziedzictwo długiej historii. Nie ustąpi ono prędko pod wpływem racjonalnej perswazji, zwłaszcza że komunizm i PRL dolały własnej oliwy do tego ognia (będzie jeszcze o tym mowa w tej książce). Trzeba będzie dużo zrozumienia i cierpliwej pracy, jakiej wymaga się od sapera na polu minowym. Trzeba krok za krokiem rozbrajać toksyczne stereotypy, aby nie rozrywały społecznych, w tym również narodowych więzi między Polakami.

Na koniec tych uwag wypada powiedzieć jeszcze parę słów o moim przyjacielu Sewerynie Blumsztajnie, którego nazwiskiem posłużyłem się tytułem przykładu, nie pytając go o zgodę. W marcu 1968 r. został on aresztowany, a w grudniu tegoż roku skazany na dwa lata więzienia za udział w wydarzeniach marcowych. Wyszedł na wolność na mocy amnestii w lipcu 1969 r. i właśnie po opuszczeniu więzienia musiał stawić czoło wyjątkowo ciężkiej próbie. W atmosferze antysemickiej nagonki cała jego rodzina opuściła Polskę. Sewek został zupełnie sam: bez rodziców, bez krewnych, bez mieszkania, bez źródeł utrzymania, bez prawa powrotu na Uniwersytet Warszawski, bez perspektyw życiowych. Władze PRL dawały mu do zrozumienia, że ma przed sobą tylko jedną drogę; otworzy ją tzw. dokument podróży, czyli paszport emigracyjny do Izraela, po czym jechać sobie może do każdego zachodniego kraju, nie może tylko wrócić do Polski, której obywatelstwa musi zrzec się przy wyjeździe. Blumsztajn wolał jednak zostać w Polsce.

Podobną w pewnym sensie próbę przeszedł Seweryn Blumsztajn w latach osiemdziesiątych. Stan wojenny zastał go w Paryżu; miał to być krótki pobyt, ale przyszedł 13 grudnia i Sewek został jednym z głównych animatorów paryskiego biura zdelegalizowanej „Solidarności”. W styczniu 1985 r. postanowił wracać do kraju. Miał polski paszport uprawniający do powrotu. Spodziewał się aresztowania. Na warszawskim lotnisku rzeczywiście czekała na niego bezpieka, nie po to jednak, by go aresztować, lecz po to, by go deportować. Funkcjonariusze wsadzili go do samolotu i ekspediowali z powrotem do Paryża. W stosunku do polskiego obywatela było to rażące bezprawie, ale nie takie rzeczy się wtedy robiło. Ostatecznie Blumsztajn wrócił do kraju w sierpniu 1989 r.

W1967 lub 1968 r. jeden z sekretarzy KC ZMS, niejaki Hasiak, na spotkaniu z aktywem studenckim Uniwersytetu Warszawskiego oznajmił: „Nie będą nas uczyć patriotyzmu Blumsztajny i inne Sztajny”. Szkoda. Polski patriotyzm Sewka Blumsztajna przeszedł pomyślnie najtrudniejsze sprawdziany. Przydałoby się trochę nauki opartej na takich wzorach zarówno towarzyszowi Hasiakowi i jemu podobnym marcowym naganiaczom z PZPR, jak też podobnie myślącym aktywistom dzisiejszej narodowej prawicy.

* * *

Od września 1944 do listopada 1945 r. chodziłem w Moskwie do szkoły w rejonie naszej „komunalnoj kwartiry”. Skończyłem tam pierwszą klasę i rozpocząłem naukę w drugiej klasie. Moi szkolni koledzy byli Rosjanami. Stanowiło to skuteczną zaporę przeciwko pierwszym impulsom polonizacji. Powolna i czasami bolesna przemiana poczucia tożsamości narodowej rozpoczęła się na dobre dopiero po przyjeździe do Polski.

Każdy człowiek potrzebuje uczestnictwa we wspólnocie. Dziecku potrzebna jest przede wszystkim przynależność do grupy rówieśniczej i akceptacja z jej strony. Pierwsza grupa, do jakiej trafiłem w Warszawie, miała charakter przejściowy; zbierała się na kompletach zorganizowanych w prywatnym mieszkaniu w celu przygotowania dzieci, które przyjechały z Rosji, do podjęcia nauki w polskiej szkole. Pamiętam, że maszerowaliśmy dookoła stołu i śpiewaliśmy „Morze, nasze morze”, „Krakowiaczek jeden miał koników siedem” oraz „Myśmy przyszłością narodu”. Dobry pomysł; w Leśnym Kurorcie też nas kształtowano śpiewem. Radzieckie pieśni z czasów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej pozostają do dziś jedynymi utworami muzycznymi, których nie fałszuję.

Po wakacjach poszedłem do szkoły powszechnej nr 191 przy ul. Narbutta. Zamiast do trzeciej, zapisano mnie od razu do czwartej klasy, byłem bowiem dobry z polskiego. Rzeczywiście radziłem sobie z ortografią; wiedziałem, że tam, gdzie po rosyjsku jest „r”, po polsku musi być „rz” a nie „z” z kropką, a tam, gdzie Rosjanie piszą „o”, po polsku ma być „ó”, a nie „u”. Lekcje rachunków były jednak moją zmorą i tak już, niestety, zostało.

Szkoła na Narbutta ogromnie różniła się od radzieckiej. Każdego dnia rano ustawialiśmy się w długą kolumnę na korytarzu do zbiorowej modlitwy. W Moskwie tylko raz byłem w cerkwi. Zaprowadziła mnie tam Katia w tajemnicy przed rodzicami. Pamiętam półmrok, pełgające światło świec, dym kadzideł i piękny chóralny śpiew. Było to bardzo tajemnicze i uroczyste. Wspólna modlitwa w szkole na Narbutta nie miała w sobie nic tajemniczego ani uroczystego. Dzieci, skądinąd katolickie, psociły ile wlezie: kopały w tyłek lub ciągnęły za uszy stojących z przodu kolegów, strzelały do siebie z gumek i chichotały. Uczyłem się nieśmiało, że oficjalne uroczystości religijne można traktować z przymrużeniem oka. W szkole były też lekcje religii, na które mogłem nie chodzić jako syn komunistycznego wiceministra spraw zagranicznych. Ale chodziłem. Chciałem być z innymi dziećmi, a poza tym podobała mi się katechetka.

Szkoła pierwszych lat powojennych nie była jeszcze skomunizowana; w każdym razie nie ta, do której wtedy chodziłem. W gabinecie pani dyrektor wisiał w najlepsze portret Piłsudskiego. Na lekcjach śpiewu uczyliśmy się hymnu My chcemy Boga. Rodzice moich kolegów psioczyli jeszcze wtedy w domu na rządzących, a dzieci to w szkole powtarzały. W ZSRR tylko raz usłyszałem, jak moja babcia powiedziała o Stalinie „etot izwierg” (ten potwór). Bardzo się wtedy przeraziłem. W Polsce lat 1945–1947 słyszałem często zgryźliwe uwagi o komunistach, może nie tak dosadne, ale niebudzące wątpliwości. Początkowo było to dla mnie egzotyczne, a czasem bolesne; potem ucichło, zanim zdążyło spowszednieć.

Rodzice sprzyjali mojej adaptacji do nowego środowiska. Moim dorosłym (i bardzo taktownym) przewodnikiem w polskości był oczywiście ojciec, ale obojgu zależało, żebym nie czuł się obco i nie był traktowany jako obcy. Mama dała się nawet przekonać przyjaciółce, że trzeba zmienić mi imię, bo Cyryl kojarzy się z prawosławiem; tak z Kiryła stałem się Karolem, a Cyryla pozostawiono mi gwoli przyzwoitości jako drugie imię. Był to w istocie zabieg magiczny bez większych praktycznych następstw. Istotną rolę odegrał natomiast wybór szkoły powszechnej, a także kolonie letnie we Władysławowie; nie dorośli bowiem, lecz dzieci były środowiskiem, z którym musiałem się zżyć.

W moich zabawach z rówieśnikami królowała oczywiście wojna, jak w Leśnym Kurorcie. Była to jednak jakaś inna wojna. Wrogiem byli wciąż Niemcy, tak samo albo i bardziej znienawidzeni, ale „nasi”, w których się wcielałem z nowymi towarzyszami zabaw, nie byli już czerwonoarmistami, tylko powstańcami warszawskimi lub żołnierzami spod Monte Cassino. Musiałem się dobrze wczuwać w te nowe role, bo na moich rysunkach po dawnemu widniały stosy niemieckich trupów, ale sprawcami tej masakry nie byli już czerwonoarmiści, tylko Polacy. W przeciwieństwie do krasnoarmiejców nasi spod Monte Cassino też czasem ginęli, gdyż tego wymagała martyrologiczna konwencja polskiego patriotyzmu i słowa piosenki. Matka przechowała mój rysunek z tamtych czasów. Przedstawiłem na nim żołnierzy szturmujących klasztor na szczycie góry. Niektórzy z nich przewracają się, co objaśnia umieszczony pod spodem napis z charakterystycznym dla przybysza z Rosji błędem językowym: „niejeden z nich dostał i pał”.

Poza tym mogłem wyczuć w rozmowach i zabawach z rówieśnikami, że mimo posiadania tego samego wroga w postaci Niemców, żołnierze z czerwonymi gwiazdami na czapkach niekoniecznie byli naszymi sojusznikami. Zaczytana przedwojenna książeczka dla dzieci, która wpadła mi w ręce podczas wakacji na Dolnym Śląsku, wskazywała, że Armia Czerwona była nawet kiedyś dla Polaków najeźdźcą. Bohaterem książeczki był pluszowy miś ze Lwowa, który w żołnierskim tornistrze powędrował na front, by bronić Ojczyzny przed bolszewikami. Nie miałem wtedy pojęcia i chyba nie pomieściłoby mi się w głowie, że podobnie jak posiadacz owego misia postąpił w 1920 r. mój ojciec. Niezadługo jednak natrafiłem na przypadek niemal tak samo bulwersujący.

Było to, o ile pamiętam, w kwietniu 1950 r. Pojechałem z matką do Zakopanego. Zamieszkaliśmy na Bystrem w pensjonacie Lwowianka, gdzie chętnie gościły rodziny ówczesnych polityków i znani pisarze. Zaraz pierwszego dnia, gdy zeszliśmy do jadalni na spóźniony posiłek, podszedł do mamy niewysoki starszy pan w garniturku, ucałował ją dwornie w rękę, a następnie obdarzył uwagą mnie.

– Jestem Władysław Broniewski – oznajmił. – Znasz mnie, prawda?

Byłem przyuczony, że należy mówić prawdę, więc odpowiedziałem grzecznie:

– Nie, pszę pana.

– Jak to, nie znasz moich wierszy?

– Nie, pszę pana.

Starszy pan nie dał za wygraną:

– No, jakby ci to wytłumaczyć... Ja jestem taki polski Majakowski.

Spojrzałem na niego z najwyższym podziwem. Uwielbiałem Majakowskiego, znałem jego poezje w oryginale i potrafiłem je recytować godzinami. Broniewski nie mógł trafić w bardziej czuły punkt. Po chwili zapytał mamy, czy pozwoli mi pójść z nim na spacer. Mama zgodziła się z jakimś wymuszonym uśmiechem. Zanim się ubrałem do wyjścia, powiedziała mi, że pan Broniewski jest człowiekiem schorowanym i pod żadnym pozorem nie powinienem się zgodzić, by trasa naszego spaceru prowadziła w góry, bo może mu się coś stać.

Najpierw jednak poszliśmy nie w góry, tylko w dół, do Ronda. Był tam wtedy dorożkarski bar Pokrzep Się. Broniewski zostawił mnie na chodniku, a sam wstąpił się pokrzepić. Po niedługim czasie wyszedł weselszy, wsiedliśmy na postoju przy barze w dorożkę i pojechaliśmy do Kuźnic. Tam poeta kazał mi poczekać w dorożce, a sam zniknął na trochę dłużej w restauracji III kategorii. Gdy stamtąd wyszedł, polecił dorożkarzowi, żeby nadal na nas czekał, machnął ręką w stronę Nosala i oznajmił, że teraz pójdziemy na tę górę. Natychmiast zaoponowałem:

– Mamusia mówiła, że nie powinniśmy chodzić w góry, bo to niebezpieczne.

Ale Broniewski mnie wyśmiał:

– Na tę górę nawet osiemdziesięcioletnia staruszka wejdzie bez trudu.

Podrażniona ambicja kazała mi podjąć wyzwanie. Zaczęliśmy podchodzić po śniegu jakimś leśnym duktem. O ile mogę skojarzyć na podstawie mojej późniejszej znajomości tras narciarskich, był to końcowy odcinek nartostrady z Hali Gąsienicowej. Na szczęście nikt akurat tamtędy nie zjeżdżał i na nas nie wpadł.

Posapując, doszliśmy do przełęczy Obłaz. Tam zatrzymaliśmy się dla odpoczynku, obejrzeliśmy widok i Broniewski wyznał mi, że góry mają w sobie niezwykłą magię i człowiek czuje się w nich jak orzeł szybujący w przestworzach. Następnie zawróciliśmy i zaczęliśmy schodzić z powrotem. Górskie powietrze chyba zaszkodziło poecie, bo zaczął się zataczać. W pewnym momencie wskazał na przysypane śniegiem sążki drewna z wycinki i oznajmił, że są to groby tych, co tu zginęli. Natychmiast ustawiłem się między nim a bandą z faszyny osłaniającą brzeg nartostrady, żeby go w razie czego ochronić przed upadkiem między domniemane groby. Zeszliśmy jednak szczęśliwie do Kuźnic, gdzie Broniewski posadził mnie w dorożce, a sam znów wstąpił do restauracji.

Wreszcie powrócił, z widocznym trudem wgramolił się do dorożki i ruszyliśmy kłusem w stronę Lwowianki. Broniewski popadł w zadumę, a po dłuższej chwili wyznał mi, że miał bardzo ciężkie życie.

– Wiesz synku, gdy byłem na wojnie z bolszewikami, zginęli wszyscy żołnierze z mojego plutonu, moi towarzysze broni, kochani moi przyjaciele. Wszystkich wystrzelali bolszewicy. Ja jeden ocalałem.

Zdrętwiałem. Wiadomość, że polski Majakowski walczył na wojnie przeciwko bolszewikom była gorsza niż uderzenie pioruna. Broniewski pomilczał, potem przyjrzał mi się uważnie, z odcieniem niepokoju, i oznajmił:

– Muszę ci w tajemnicy powiedzieć coś, o czym nikt nie wie. Ja, Władysław Broniewski – robił długie przerwy między wyrazami – wielki rewolucyjny poeta, prawdziwy komunista – to powiedział z naciskiem – jestem troszkę pijany. Ale tylko troszeczkę.

Po tych słowach zasnął, przechylił się i o mało nie wypadł z dorożki.

Chwyciłem go za klapy marynarki i wciągnąłem do środka. Broniewski obudził się i spojrzał na mnie przeciągle. Miałem niespełna trzynaście lat i buzię bez zarostu, a na głowie kaptur wiatrówki.

– Zdaje się, że ja pani jeszcze nie znam – stwierdził mój bohater.

Po czym wsunął mi rękę pod wiatrówkę w poszukiwaniu biustu.

– Ale ja nie jestem żadna pani! – krzyknąłem trochę wystraszony.

– A, prawda, ty jesteś gówniarz – przypomniał sobie Broniewski i natychmiast znowu zasnął.

Wreszcie dojechaliśmy. Broniewski wręczył dorożkarzowi bez liczenia garść banknotów. Trzeba było jeszcze dobrnąć po schodach do jego pokoju, a jak na złość nie spotkaliśmy nikogo dorosłego, żeby mi pomógł. Jakoś go doholowałem na drugie piętro, otworzyłem drzwi, które mi wskazał, i doprowadziłem do żelaznego łóżka. Poeta stał przy nim i chwiał się, więc mu podstawiłem nogę i popchnąłem, aż upadł na materac. Wyrzuty sumienia rozrywały mi serce. Pobiegłem do matki, żeby się zwierzyć. Ku mojemu zdumieniu mama, zamiast podzielić moją rozpacz, zaczęła się strasznie śmiać. Zaskoczony zapytałem, z czego się śmieje.

– Przecież to strasznie śmieszne – odparła po prostu.

Zawołałem bezradnie:

– Mamo, ale przecież to polski Majakowski!

* * *

W latach 1948–1949 Moskwa postanowiła ujednolicić porządki w satelickich państwach Europy Wschodniej na własny obraz i podobieństwo. W Polsce nastał czas klasycznego stalinizmu. Dziś obraz tego czasu malowany jest w szkolnych czytankach i publicystyce politycznej, a często również w poważnej historiografii jednolitą, zgęszczoną czernią, a zarazem w patetycznej tonacji. Nie sprzyja to rozumieniu społecznych realiów epoki. Nie ulega jednak wątpliwości, że nad publicznym i prywatnym życiem Polaków naprawdę zaciążył wtedy wszechobecny strach. Terror srożył się co prawda już wcześniej, zwłaszcza w okresie lubelskim i w pierwszych powojennych latach, gdy komunistyczna władza prowadziła krwawą walkę ze zbrojnym podziemiem. Liczba orzeczonych i wykonanych wyroków śmierci w sprawach politycznych była wtedy wyższa niż w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych. Wyniki referendum w 1946 r. oraz wyborów parlamentarnych w 1947 r. zostały sfałszowane. Były to jednak wybory pluralistyczne, w których obywatele głosowali nie na rozkaz, tylko według własnego uznania; istniała legalna opozycja i niekomunistyczne gazety, a w prywatnych rozmowach ludzie nie bali się jeszcze wyrażać własnego zdania. W niedługim czasie wszystko to się zmieniło. Wielogłos ustąpił miejsca chóralnemu monologowi. Strach dyktował nie tylko słowa i gesty, ale także myśli i uczucia. Życie duchowe społeczeństwa wyglądało jak rzeka skuta lodem. Coś tam się działo i zmieniało pod tą skorupą, ale kto by się w tym rozeznał, skoro na powierzchni brakowało uchwytnych oznak życia. Dopiero gdy lód zaczął pękać z nadejściem odwilży, a potem nastał rewolucyjny 1956 rok, okazało się, jak istotne zmiany zaszły w tym pozornie martwym czasie.

Zaszły one także w moim życiu i w mojej głowie. Świadomość dziecka jest plastyczna i łatwiej dokonują się w niej przemiany poczucia tożsamości narodowej niż u dorosłego; zawsze jednak jest to proces, którego wyniki ocenić można, spoglądając wstecz, gdy przemiana jest już faktem dokonanym. Zadomowienie w mowie polskiej nastąpiło prędko, jak to u dzieci; decydowała o tym codzienna komunikacja z rówieśnikami. Przyswajanie kultury narodowej poprzez wielką literaturę jest procesem dłuższym, wymagającym nauki i dobrego nauczyciela. W tej dziedzinie zawdzięczam najwięcej mojej licealnej polonistce – pani Eugenii Sasin. Przypuszczam, że pracę nauczycielską zaczynała przed wojną, ale równie ważne jest to, że miała prawdziwą iskrę bożą. Traktowała nas jak intelektualnych partnerów, prowadziła z nami dyskusje, podczas których uważnie wsłuchiwała się w nasze opinie i potrafiła je uznawać, wprowadzała nas w kulturę dyskusji między sobą, uczyła precyzyjnego formułowania myśli i sztuki pisania. Była jak najlepsi nauczyciele akademiccy; bez niej nie byłbym, kim jestem. I to wszystko podczas najczarniejszej nocy stalinizmu! Jednego tylko nie mogła wtedy otwarcie wyartykułować: politycznego wymiaru tożsamości narodowej. To musiało dojrzewać podskórnie. W tej materii moment podsumowania nadszedł dla mnie z upadkiem stalinizmu. Miałem wtedy niespełna dziewiętnaście lat i w jaskrawym świetle wydarzeń październikowych 1956 r., w których brałem czynny udział, zobaczyłem bez cienia wątpliwości, że nie jestem Rosjaninem, tylko Polakiem.

W maju 1956 r. odbyła się na Uniwersytecie Warszawskim uczelniana konferencja Związku Młodzieży Polskiej, na której wybrano delegatów na krajową naradę aktywu studenckiego (miała się odbyć po wakacjach). Zostałem wybrany. Uniwersyteccy delegaci okazali się grupą zwartą, złożoną z ludzi zbuntowanych i zdeterminowanych, którzy bez trudu przejęli lokal, pieczątkę i firmę rozpadającego się Zarządu Uczelnianego ZMP. Zyskaliśmy w ten sposób oficjalną platformę dla prowadzenia działalności w naszym własnym mniemaniu rewolucyjnej. Tuż po wakacjach koledzy powierzyli mi nawiązanie współpracy z organizacją ZMP w Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu. I sekretarzem Komitetu Zakładowego PZPR był tam od niedawna ślusarz narzędziowy Lechosław Goździk, charyzmatyczny przywódca polskiego Października. Dostałem stałą przepustkę pracowniczą do fabryki i codziennie jeździłem tam na czternastą, by po zakończeniu pierwszej zmiany animować na wydziałach produkcyjnych dyskusje z młodzieżą robotniczą.

Kryzys polityczny w PRL i w rządzącej krajem partii zmierzał właśnie do spektakularnego rozstrzygnięcia. Zwołane na 19 października plenum KC PZPR miało dokonać zmiany kierownictwa, powierzyć funkcję I sekretarza KC zwolnionemu niedawno z więzienia Władysławowi Gomułce i usunąć z Biura Politycznego kilku protegowanych Moskwy, w tym radzieckiego marszałka Konstantego Rokossowskiego, który był w Polsce ministrem obrony narodowej. Zmian tych nawet nie próbowano uzgodnić z Kremlem. Strona radziecka uznała to za jaskrawe pogwałcenie internacjonalizmu, czyli reguł wasalnej zależności. Do Warszawy przybyła niespodziewanie delegacja radziecka najwyższego szczebla, żądając zaniechania samowolnych zmian personalnych, poskromienia rozdyskutowanej prasy i konsolidacji rozchwianej dyktatury. Jednocześnie dwie dywizje pancerne Armii Czerwonej, wspomagane na rozkaz Rokossowskiego przez pomniejsze jednostki polskie, wyruszyły z baz w Legnicy i na Pomorzu w kierunku Warszawy, a radziecki przywódca Nikita Chruszczow zawiadomił kierownictwa partii komunistycznych Chin, Jugosławii, Włoch i Francji, że w Polsce doszło do kontrrewolucji, którą w najbliższych dniach stłumią radzieckie wojska. Nad krajem zawisła groźba braterskiej inwazji.

19 października przyjechałem jak zwykle do FSO. Działo się tam jednak coś niezwykłego: przy bramie zgromadził się kilkutysięczny tłum robotników. Zorganizowano wiec w najdogodniejszym momencie, gdy pierwsza zmiana wychodziła, a druga wchodziła do fabryki. Z ustawionej przy portierni ciężarówki przemówił do zebranych Goździk. Wiedział on od II sekretarza KW PZPR Stanisława Kuzińskiego o zamierzonej zmianie kierownictwa partii i o radzieckiej próbie powstrzymania zmian, zaczął więc od tego, że odczytał proponowany skład nowego Biura Politycznego. Nazwiska te – poza Gomułką – niewiele mówiły robotnikom, więc Goździk zwrócił uwagę, że nie ma wśród nich Rokossowskiego.

Zrobiło się bardzo cicho. Pierwszy raz w życiu usłyszałem wtedy tę wielką ciszę tłumu, po której zwykle następuje krzyk i rodzi się determinacja. Wszyscy wiedzieli, że Rokossowski to człowiek Kremla w polskim rządzie, i zrozumieli, że jest jakaś próba sił między nami a Moskwą. W dodatku ulicą Stalingradzką przejechała akurat kolumna pojazdów wojskowych. Goździk wykorzystał efekt i dodał:

– Jeśli pod naszą bramą jeżdżą w tej chwili samochody pancerne, to na pewno nie dzieje się to bez wiedzy marszałka Rokossowskiego. Przecież to on jest ciągle jeszcze ministrem obrony.

Tłum zagotował się, buchnęły gniewne okrzyki. Wtedy Leszek wspomniał, że rozpoczęte rano obrady plenum przerwano z powodu przyjazdu delegacji radzieckiej, a w kraju są jakieś ruchy wojsk; wobec tego „jest propozycja”, żeby ci pracownicy pierwszej zmiany, którzy się zdecydują, pojechali do domu na obiad, a po obiedzie wrócili do fabryki. Może trzeba będzie razem strzec zakładu. Ludzie zrozumieli, że chodzi o coś więcej niż zakład, i zaczęli wołać, że nie jadą do domu, zostają, niech stołówka nagotuje dla wszystkich zupy.

Pojęcia klasy robotniczej i demokracji socjalistycznej były wówczas podstawą mojego politycznego elementarza. Podczas tego wiecu przy fabrycznej bramie kilkutysięczny tłum robotników na moich oczach zmienił się w zwartą, bojową wspólnotę. Płaszczyzna tej integracji nie była jednak klasowa, lecz narodowa. Zwarliśmy szeregi w obliczu moskiewskiego zagrożenia. Stałem w tłumie, byłem jego częścią, rozumiałem i podzielałem jego emocje. Postanowiłem nocować w fabryce wraz z okupującymi zakład robotnikami i zadzwoniłem do domu, żeby uprzedzić o tym matkę. W odpowiedzi usłyszałem „tak, oczywiście”, jakby dla mojej mamy też było to oczywiste. Nie wiem, jak sobie radziła z własnym poczuciem tożsamości narodowej, ale bez wahania przyjęła rolę matki-Polki, którą ja bez namysłu złożyłem na jej barki.

W otoczeniu Leszka Goździka wszyscy byli starsi ode mnie; byłem dla nich studencikiem i chyba traktowali mnie trochę jak maskotkę, a trochę jak syna pułku. W każdym razie wieczorem wpuścili mnie bez problemu na spotkanie w gronie aktywu, gdzie ustalano strategię na najgorszą ewentualność. Wiedzieliśmy już, że robotnicy dojeżdżający do fabryki z podwarszawskiego Henrykowa zauważyli kolumnę około trzydziestu czołgów, która zmierzała początkowo w kierunku Warszawy, ale potem dostała jakiś inny rozkaz, zatrzymała się i skoncentrowała w lesie pod Jabłonną. Dziś wiadomo, że była to jednostka polska. Rosjanie zbliżali się od strony Woli i też zatrzymali się na przedpolach stolicy. Wtedy jednak tego nie wiedzieliśmy i Leszek Goździk przedstawił plan działań obronnych.

– Jest propozycja – powiedział – żebyśmy załadowali ciężarówki piaskiem i zatarasowali przejazd pod wiaduktem kolejowym na Stalingradzkiej. Weźmiemy dwa sztandary – czerwony i biało-czerwony, zapas butelek z benzyną i parę skrzyń odkuwek [są to metalowe półfabrykaty produkowane w fabrycznej kuźni, którymi można rzucać skuteczniej niż kamieniami]. Ustawimy się za ciężarówkami. Gdy przyjadą czołgi, dowódca zatrzyma się przed przeszkodą, otworzy właz i wyjrzy [Goździk miał, jak widać, wszystko obmyślane w najdrobniejszych szczegółach]. Wtedy my zaśpiewamy Międzynarodówkę i nasz hymn narodowy. I jeżeli to będą Polacy, to na pewno nie będą do nas strzelać [nie wiem, skąd czerpał tę pewność parę miesięcy po tym, jak w Poznaniu polskie wojsko strzelało do polskich robotników]. A jeżeli to będą Ruscy...

Tu I sekretarz Komitetu Zakładowego rozłożył ręce bez słów. Rozumiało się, że Ruscy będą do nas strzelać, ale my ich przepędzimy spod Warszawy tymi odkuwkami i butelkami z benzyną. Ja w każdym razie nie miałem co do tego wątpliwości. Byłem gotów stanąć do nierównej walki przeciwko bohaterom mojego dzieciństwa – żołnierzom z pięcioramiennymi gwiazdami na hełmach i na guzikach mundurów.

Dodam tylko, że ulica Stalingradzka nazywa się dziś Jagiellońska, a Fabryka Samochodów Osobowych na Żeraniu już nie istnieje.

* * *

Zmarły niedawno w Świnoujściu Lechosław Goździk był idolem mojej młodości, a następnie moim przyjacielem. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych przy jakiejś towarzyskiej okazji zapytałem go, co właściwie zamierzał zrobić odkuwkami radzieckim czołgom. Leszek miał znakomite poczucie humoru, ale tym razem odpowiedział ze śmiertelną powagą: „Na pewno by nas rozgnietli, ale przynajmniej następne pokolenia wiedziałyby, że stawiliśmy opór”. Tak wygląda w koncentracie romantyczny kanon polskiej tradycji narodowej. W październiku 1956 czułem podobnie, do czego poza wielką poezją romantyczną przyczynił się już chyba film Andrzeja Wajdy Kanał. Gdy Goździk planował blokadę wiaduktu na Stalingradzkiej, czułem dreszczyk emocji godnych dziewiętnastolatka – może my też będziemy mieli nasze powstanie?

Jak się wydaje, naszą skórę uratował wówczas Mao Tse-tung, który na list Chruszczowa zapowiadający zbrojną interwencję w Polsce odpowiedział bardzo ostro, ostrzegając przed kryzysem w stosunkach chińsko-radzieckich. Mieliśmy szczęście, którego kilka dni później zabrakło naszym rówieśnikom z fabryk i uczelni Budapesztu.

24 października (traf chciał, że było to nazajutrz po dramatycznych wydarzeniach pod budynkiem węgierskiego radia w Budapeszcie) odbył się na warszawskim placu Defilad gigantyczny wiec. Władysław Gomułka wezwał na nim wiwatujące tłumy, by wróciły do pracy, przestały manifestować i nie przeszkadzały partii spokojnie kierować krajem. Na Uniwersytecie źle odebraliśmy ten apel. Zrozumieliśmy, że Gomułka chce zakończyć naszą rewolucję, zanim się ona na dobre zaczęła, więc postanowiliśmy przejść do opozycji.

Tymczasem jednak uformowały się na mieście dwie duże grupy manifestantów z polskimi i węgierskimi sztandarami. Zmierzały one w stronę ambasady radzieckiej. To nas ostudziło. Wiedzieliśmy, że czołgi radzieckie wciąż stoją na przedpolach Woli i nie należy ich stamtąd wywoływać bezmyślnym marszem na ambasadę. Wmieszaliśmy się w czołówkę jednego z pochodów i zdołaliśmy wciągnąć tych ludzi na wiec do auli Politechniki. Aby uśmierzyć ich emocje, prowadzący wiec Krzysztof Pomian dramatycznie zawołał:

– Kto chce kolejnego rozbioru Polski?!

Zgiełk przycichł, a Krzysztof spuentował:

– Kto chce kolejnego rozbioru Polski, niech idzie wywoływać burdy pod ambasadę radziecką!

Wszyscy – od Jacka Kuronia aż po mnie – wypowiedzieliśmy się w podobnym duchu. W końcu uczestnicy wiecu, zamiast podjąć przerwany marsz na radziecką placówkę dyplomatyczną, uchwalili rezolucję wzywającą do rozwagi.

To też był kanon narodowej tradycji, ale odmienny od romantycznego. W Polsce określa się go jako pozytywistyczny. Przyjęło się uważać, że kanony romantyczny i pozytywistyczny są sobie przeciwstawne. Oba ukształtowały się w XIX w. i trwały przez całe XX stulecie. Występowały one naprzemiennie lub równocześnie, ścierały się i uzupełniały, ale w gruncie rzeczy jeden nie mógłby istnieć bez drugiego. Kanon romantyczny daje determinację niezbędną dla bohaterskiej walki o wolność, w ostateczności aż do ofiary z życia (dobrze, jeśli własnego). Postawa taka, na pierwszy rzut oka irracjonalna, chroni przed wyrzeczeniem się niepodległościowych aspiracji. Na kanonie pozytywistycznym opiera się trzeźwa kalkulacja narodowych zysków i strat, a także nakaz, by nie szafować krwią Polaków, lecz chronić biologiczną, ekonomiczną i kulturową substancję narodu.

Dialektyka romantyzmu i pozytywizmu jest charakterystyczna dla kraju pozbawionego niepodległości (jak Polska pod zaborami) lub poddanego obcej dominacji (jak PRL). W moim życiu dramatyczne napięcia między romantycznym a pozytywistycznym paradygmatem wystąpiły po raz pierwszy w 1956 r. i ponownie w czasie solidarnościowej rewolucji lat 1980–1981. W październiku 1956 odkrywałem dopiero atmosferę i mechanizmy wielkich poruszeń społecznych. Wystąpienie w auli Politechniki Warszawskiej było moim debiutem w roli mówcy wiecowego. Działałem z wielkim przejęciem, jakby losy kraju zależały ode mnie. W zmieniającej się z godziny na godzinę sytuacji na ulicach Warszawy to, co robiliśmy wtedy, nie było może całkiem bez znaczenia, rozstrzygnięcia polityczne zapadały jednak wysoko ponad naszymi głowami.

W marcu 1981 r., w momencie najpoważniejszej przed stanem wojennym próby sił między „Solidarnością” a władzami PRL, mogłem niemało. Miałem czterdzieści trzy lata, byłem rzecznikiem prasowym „Solidarności”, w znacznym stopniu samodzielnie kształtowałem jej politykę informacyjną i wywierałem istotny wpływ na komunikację między krajowym przywództwem związku a wielką rzeszą aktywnych uczestników tego ruchu. Słuchano mnie uważnie na posiedzeniach Krajowej Komisji Porozumiewawczej i nieraz udawało mi się przeprowadzić swoje racje podczas obrad tego gremium; nieraz zresztą sam redagowałem jego uchwały. W najgroźniejszych momentach czułem ciężar odpowiedzialności za to, co się może stać.

19 marca 1981 r. oddział ZOMO wkroczył na salę obrad Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy i pobił przywódców regionalnej „Solidarności”, którzy usiłowali wyjednać od władz wojewódzkich ustępstwa na rzecz założycieli związku chłopskiego. W kraju zawrzało. 23 marca zebrała się w Bydgoszczy KKP. Związek musiał zareagować w obronie własnego bezpieczeństwa i podjąć decyzje pozwalające utrzymać kontrolę nad ruchem w warunkach narastającego wzburzenia społecznego. Znaczna większość działaczy z regionów parła do bezterminowego strajku generalnego. Część – w tym ja – chciała go poprzedzić ogólnopolskim strajkiem ostrzegawczym. Strajk ostrzegawczy miał wykazać siłę związku i skłonić rząd do ustępstw, które – gdyby KKP uznała, że są wystarczające – pozwoliłyby uniknąć strajku generalnego. Trzecie stanowisko reprezentowała część doradców, którzy chcieli ograniczyć się do ostrych słów bez grożenia rządowi strajkiem generalnym, a w każdym razie starali się zmiękczyć reakcję związku. Władysław Siła-Nowicki powiedział, że strajk generalny byłby próbą obalenia rządu. Jan Olszewski – późniejszy premier i patriotyczny radykał, wówczas jednak orędownik umiaru – stwierdził, że strajk generalny jest w naszych warunkach odpowiednikiem powstania narodowego. Cichym, dramatycznym głosem opowiedział, że był w powstaniu warszawskim dowódcą drużyny. Zginęli wtedy prawie wszyscy jego podkomendni, siedemnasto-, osiemnastoletni chłopcy. On sam był ich rówieśnikiem, ale do dziś czuje się odpowiedzialny za ich śmierć. Co powiedzieć o dowódcach Armii Krajowej, którzy odpowiadali za śmierć blisko dwudziestu tysięcy takich chłopców i stu osiemdziesięciu tysięcy cywilnych mieszkańców miasta? Czy Krajowa Komisja Porozumiewawcza jest gotowa wziąć na swoje sumienie odpowiedzialność za podobne skutki własnej, nie dość rozważnej decyzji?

Słowa te wywarły duże wrażenie, ale podjąłem polemikę. Zwróciłem uwagę, że Armia Krajowa była wojskiem – wprawdzie konspiracyjnym, lecz działającym na rozkaz dowództwa, a nie pod presją mas. „Solidarność” natomiast jest masowym ruchem o wielkiej spontaniczności, który uznaje autorytet przywódców, jeżeli rozumie i aprobuje ich decyzje; w przeciwnym razie działa na własną rękę. W obecnej sytuacji brak czytelnych decyzji może grozić konfrontacją chaotyczną i niezborną, z czym wiąże się największe niebezpieczeństwo rozlewu krwi. Poza tym uważałem, ze nie dość zdecydowane stanowisko związku może być po drugiej stronie barykady uznane za wyraz słabości i wzmocnić pokusę rozstrzygnięcia konfliktu siłą. Dlatego za uchwałę zapowiadającą strajk generalny i za niepodjęcie takiej uchwały „ponosi się odpowiedzialność w tych samych kategoriach (...) tragedii narodowej, albowiem każda z tych decyzji może doprowadzić do rozlewu krwi, do zagrożenia bytu narodowego i państwowego. Więc nie jest tak prosto, żeby [samym] przypomnieniem zagrożenia elementarnych wartości narodowych można było tę decyzję przesądzić”.

Nie był to, jak widać, konflikt między romantycznym a pozytywistycznym systemem wartości. W grę wchodziła odmienna ocena sytuacji, może też odmienne rozumienie realizmu i jego wymogów. W końcu KKP podjęła uchwałę dość bliską temu, co proponowałem: czterogodzinny strajk ostrzegawczy 27 marca i negocjacje, a w razie ich niepowodzenia strajk generalny od 31 marca.

Nazajutrz po posiedzeniu KKP wracałem z Bydgoszczy furgonetką wrocławskiej „Solidarności” do swojego związkowego matecznika (byłem członkiem Prezydium MKZ Regionu Dolny Śląsk i uważałem – do dziś zresztą uważam – Wrocław za swoje miasto). Po drodze mijaliśmy długie kolumny transporterów i czołgów z czerwoną gwiazdą oraz grupy radzieckich żołnierzy. Były to manewry Sojuz-81, teoretycznie wspólne, ale nie dostrzegliśmy ani jednego polskiego żołnierza. Było widoczne, że na drogach jest obce wojsko i że nie przybywa ono w ćwiczebnych celach, lecz jako forpoczta ewentualnej inwazji. Patrzyłem na bure szynele i złote guziki, do których tak wzdychałem w dzieciństwie, i nie miałem wątpliwości, że mam przed sobą najeźdźców.

W czasie solidarnościowej rewolucji lat 1980–1981 chodziło o przebudowę ładu społecznego w komunistycznym państwie. Nie zmierzaliśmy do usunięcia rządzącej formacji politycznej ani do zerwania sojuszniczej zależności od ZSRR. Chcieliśmy ograniczenia wszechwładzy partii przez wprowadzenie wolnego ruchu związkowego i niezbędne poszerzenie wolności słowa i innych swobód obywatelskich oraz zastąpienia nomenklatury w zarządzaniu przedsiębiorstwami przez samorządność pracowniczą. Samoograniczenie postulatów miało upewnić Związek Radziecki, że ster rządów pozostanie w rękach partii, którą Kreml uważał za gwaranta swoich imperialnych interesów w Polsce. Kreml uważał jednak nie bez racji, że gwarancją dla niego jest nie tylko to, iż bratnia partia, a nie ktokolwiek inny formuje w Warszawie rząd, ale i to, że partia sprawuje w Polsce niepodzielną wszechwładzę, opartą na obowiązującym w całym imperium wzorze komunistycznej dyktatury. Szybko postępująca erozja tej dyktatury była w oczach ekipy Breżniewa śmiertelnym zagrożeniem także ze względu na tzw. efekt demonstracji: skoro coś takiego jest możliwe w Polsce, to jest do pomyślenia wszędzie indziej, nawet w samym ZSRR. Moskwa domagała się więc ukrócenia swobód i poskromienia „kontrrewolucji”, a wobec ociągania się polskich władz mnożyła naciski i groziła interwencją wojskową. Nadawało to konfliktom społecznym w PRL, zdawałoby się wewnętrznym, wymiar narodowy. Jest on widoczny w słownictwie przytoczonych wypowiedzi na posiedzeniu KKP. W związku ze strajkiem proklamowanym w obronie fizycznej nietykalności działaczy związkowych mówiło się o „powstaniu narodowym”. Padały słowa o „zagrożeniu bytu narodowego i państwowego” i o „elementarnych wartościach narodowych”. To ja tak mówiłem, a nie jakiś nacjonalistyczny oszołom. Słownictwo naszych wewnętrznych sporów było nieomylną oznaką, że wspólnota narodowa zajmowała w naszej aksjologii pozycję nadrzędną nad innymi wartościami, których dotyczyła nasza związkowa i obywatelska działalność. Lech Wałęsa wyrażał to po swojemu: „Przede wszystkim jesteśmy Polakami, a dopiero potem związkowcami”. Frazes ten wówczas mnie trochę śmieszył, a trochę irytował. Muszę jednak przyznać, że mimo uproszczonej formy opisywał on trafnie naszą, w tym także moją, hierarchię wartości.

* * *

Między październikiem 1956 a solidarnościową rewolucją słupem milowym w mojej biografii był rok 1968. Polsce nie groziła wtedy zbrojna interwencja. Narodowy wymiar społecznego konfliktu nie wyrażał się bezpośrednio w napięciu między romantyczną a pozytywistyczną receptą działania. Wymiar narodowy był jednak obecny w naszym ówczesnym działaniu i zasługuje na przypomnienie.

3 sierpnia 1967 r. zostałem warunkowo zwolniony z więzienia, w którym odbywałem karę trzech i pół roku pozbawienia wolności za napisany wspólnie z Jackiem Kuroniem List otwarty do partii. Jacek, którego sąd unieszczęśliwił wtedy niższym o sześć miesięcy wyrokiem, wyszedł w maju. Na nasz powrót czekało więcej osób, niż nas żegnało. Obaj staliśmy się w naturalny sposób duchowymi przywódcami studenckich kontestatorów nowego pokolenia. Ich matecznikiem był Uniwersytet Warszawski, a ich skądinąd nieliczne środowisko (właściwie kilka zazębiających się paczek koleżeńskich z wydziałów historii, filozofii i socjologii, ekonomii, matematyki i fizyki, w sumie mniej niż sto osób) zostało przez sekretarza Komitetu Uczelnianego PZPR określone zbiorczą nazwą „komandosi”. Nazwa wzięła się stąd, że ci młodzi, oczytani i wyszczekani ludzie spadali niczym desant spadochroniarzy na organizowane przez partię i ZMS zebrania dyskusyjne i niesłusznymi pytaniami lub wypowiedziami spychali dyskusję na niewłaściwe tory. Wśród „komandosów” nie brakowało indywidualności, chyba jednak najbardziej wyróżniał się student historii Adam Michnik.

W listopadzie 1967 r. partia zorganizowała w uniwersyteckim Audytorium Maximum spotkanie z bliskim współpracownikiem Gomułki Walerym Namiotkiewiczem, który wygłosił referat o radzieckiej polityce zagranicznej. Prelegent stwierdził, że polityka ZSRR nigdy nie była sprzeczna z narodowym interesem Polaków. Student Michnik zgłosił się wówczas do dyskusji i zacytował słynną mowę Mołotowa z października 1939 r. („Nareszcie zniknęła z mapy Europy Polska – ten bękart traktatu wersalskiego”), a następnie zapytał: „W jakim stosunku pozostawały te słowa oficjalnego sternika radzieckiej polityki zagranicznej do polskiego interesu narodowego?”.

Pytanie było bezczelne, gdyż prelegent z KC nie mógł udzielić na nie sensownej odpowiedzi. Zarazem był to dla partii i bezpieki niepokojący sygnał. „Komandosi” byli znani jako tzw. raczkujący rewizjoniści, czyli młodociani heretycy marksizmu. Byli wśród nich synowie i córki przedwojennych komunistów dogmatycznie przywiązanych do internacjonalistycznej retoryki. Partia, a zwłaszcza rosnąca w siłę i prąca do przejęcia steru władzy koteria Mieczysława Moczara, była przekonana, że smarkateria, która rozrabia na Uniwersytecie Warszawskim, to narodowi nihiliści. Patent na patriotyzm (a właściwie na patriotyczną frazeologię) partyjni bonzowie, szczególnie zaś moczarowcy, przypisywali tylko sobie. Spotkał ich przykry zawód.

Narodowa retoryka moczarowskiej koterii przedstawiana jest w rocznicowych obchodach Marca ’68 i w historycznej publicystyce głównie jako eksplozja antysemickiej propagandy. Jest to obraz uproszczony. Zwolennicy Moczara, którzy sami siebie określali nazwą „partyzantów”, poszukiwali dla siebie narodowej legitymizacji na gruncie walki o pamięć historyczną. Służyło temu wspólne oddawanie czci okupacyjnym kombatantom z AL i AK oraz przywracanie blasku romantycznej tradycji powstań narodowych XIX w. Publicystyka Zbigniewa Załuskiego była nobliwą wizytówką tej orientacji, a przywabiać miał do niej głęboko ukryty podtekst antysowiecki. Ujawnienie tego podtekstu nie wchodziło w rachubę, bo w wasalnym państwie pociągnęłoby to za sobą niełaskę Kremla, a w konsekwencji klęskę w walce o ster władzy. Moczarowcy też byli wasalami Moskwy, a retoryka narodowa służyła im w gruncie rzeczy do nabierania ludzi. Rozkraczeni między wymogami wasalnej zależności a narodową demagogią, „partyzanci” znaleźli się w niewygodnej pozycji, gdy na scenie pojawił się podmiot wprawdzie bardzo słaby, ale niezależny od partii, jej wewnętrznych koterii i rozgrywek i nieskrępowany autocenzurą w wypowiedziach dotyczących relacji Warszawy z Moskwą.

„Komandosi” byli środowiskiem liczebnie szczupłym, nie mieli organizacyjnej struktury ani procedur decyzyjnych, działali spontanicznie, a nawet impulsywnie, więc szybko reagowali na wydarzenia. 28 lub 29 stycznia 1968 r. kilkoro z nich przybiegło do mnie z wiadomością, że najwyższe władze PRL zakazały wystawiania w Teatrze Narodowym Dziadów Adama Mickiewicza i już wiadomo, że spektakl 30 stycznia, na który bilety są wyprzedane, będzie ostatnim przedstawieniem tej sztuki. Widziałem już niejedno, ale to był bezprzykładny akt narodowego świętokradztwa i wymagał natychmiastowej odpowiedzi. Moje mieszkanie było na podsłuchu, więc wyrwałem kartkę z zeszytu i napisałem: „Zawiadomcie kogo się da, że spotykamy się przed spektaklem w hallu teatru, próbujemy wcisnąć się na widownię i po przedstawieniu skandujemy hasło: NIEPODLEGŁOŚĆ BEZ CENZURY!”. Moim młodym przyjaciołom nie trzeba było tego powtarzać.

Dwuznaczność sloganu „Niepodległość bez cenzury!” była zamierzona. Jak pisaliśmy kilka dni później w ulotce kolportowanej na Uniwersytecie, slogan ten był protestem przeciwko cenzurowaniu „niepodległościowej i demokratycznej tradycji narodu”. Zarazem jednak miał się on kojarzyć z polskimi aspiracjami do nieokrojonej niepodległości, czyli godził w tzw. doktrynę Breżniewa. Na to żadna z partyjnych koterii nie mogła sobie pozwolić.

30 stycznia udało nam się wywołać planowaną demonstrację na widowni, a niezależnie od tego studenci ze Szkoły Teatralnej pod wodzą Andrzeja Seweryna przybyli pod teatr z transparentem „Żądamy dalszych przedstawień”. Doszło do ulicznej demonstracji szybko rozproszonej przez milicję, zatrzymań i kar finansowych nakładanych przez Kolegium Orzekające. „Komandosi” wylansowali z wielkim powodzeniem petycję do sejmu przeciw zakazowi Dziadów, a po przekazaniu do sejmu listu z 3145 podpisami toczyła się na warszawskich uczelniach „wojna ulotkowa”. W końcu lutego zabrał głos w obronie Mickiewicza, a zarazem w obronie studentów, Związek Literatów Polskich. Preludium do wydarzeń marcowych stało pod znakiem obrony romantycznego kanonu tradycji narodowej, czyli pod znakiem niepodległościowych aspiracji.

Partia dysponowała absolutnym monopolem prasy, radia i telewizji. Po 8 marca, gdy protesty objęły wszystkie miasta uniwersyteckie Polski i przekształciły się w masowe wiece, manifestacje i strajki młodzieży akademickiej, machina propagandowa PRL wylała morze pomyj na kilkudziesięciu studentów zwanych „komandosami”. Dziś trudno sobie wyobrazić dysproporcję środków, jakimi dysponowali „oni” z jednej, a „my” z drugiej strony. W styczniu 1969 r. na ławie oskarżonych Jacek Kuroń znalazł na to odpowiednie słowa: „Największą od czasów stalinowskich kampanię propagandową rozpętano przeciwko małej grupie młodzieży zbrojnej w maszyny do pisania”. Rzeczywiście nie mieliśmy innych środków technicznych. Ulotki nasze były pisane na maszynie, nalepiane na murach i smarowane klejem od zewnątrz, żeby funkcjonariuszom SB i partyjnym aktywistom trudniej było je zdzierać. Wykorzystanie wyżymaczki od pralki Frania jako najprostszego powielacza spirytusowego, na którym można odbić 25 czytelnych kopii, było wielkim osiągnięciem opozycyjnej myśli technicznej, ale koledzy wpadli na to dopiero w czerwcu 1968 r.

Ton komunistycznej propagandzie nadawała w marcu koteria Moczara; jej główny rywal, czyli kierownicza ekipa Gomułki, przemawiał początkowo podobnym językiem i dopiero latem zaczął go tonować. Obok sztancy antysemickiej skrytej pod maskującą siatką „walki z syjonizmem” (slogan zapożyczony z sowieckiego repertuaru czasów Stalina) kluczowym elementem tej kampanii stało się wskazywanie ukrytych inspiratorów zamieszek. Mieli to być bonzowie partyjni z wpływowej niegdyś „grupy puławskiej”, wprawdzie od kilku lat zmarginalizowani lub całkiem odsunięci od władzy, ale szukający okazji, by odzyskać stołki. W tym celu „puławianie” mieliby użyć własnych dzieci, które jakoby wodziły rej wśród „komandosów”.

Bardzo trudno było zilustrować ten niedorzeczny pomysł jakimiś przykładami. Ojciec Ireny Grudzińskiej był w Ministerstwie Rolnictwa podsekretarzem odpowiedzialnym za leśnictwo, a ojciec Wiktora Góreckiego – dyrektorem generalnym w Ministerstwie Finansów. Poza tym można było wspomnieć, że ojciec Henryka Szlajfera pracował w cenzurze, a ojciec Adama Michnika redagował w Książce i Wiedzy wydanie dzieł Marksa. Nawet dla ludzi zaprawionych w kłamstwie było tego za mało. Dla uwiarygodnienia tezy o spisku „puławian” aresztowano więc Antoniego Zambrowskiego. Ojciec jego, Roman, był do 1963 r. sekretarzem KC, członkiem Biura Politycznego i faktycznym liderem „grupy puławskiej”. Antoni Zambrowski nie pracował już jednak w 1968 r. na Uniwersytecie, nie brał udziału w wydarzeniach marcowych i nie udało się wyczarować żadnych dowodów, że było inaczej. Oskarżono go, że pożyczał znajomym niedozwolone książki (co było prawdą) i że w rozmowach z kolegami biurowymi lżył naród polski (co było kłamstwem). To wystarczyło, by go objąć wspólnym aktem oskarżenia ze mną, Kuroniem i czołowymi „komandosami”, a nawet skazać. W prasowym komunikacie o wyrokach za wydarzenia marcowe potrzebne było jego nazwisko.

Piana wytwarzana wówczas przez propagandową machinę PRL przyczyniła się do dezorientacji sporej części społeczeństwa, nie ma jednak powodu, żeby dziś mydliła nam oczy. Wydarzenia marcowe były zjawiskiem szczególnie złożonym, gdyż splotły się wtedy i nałożyły na siebie dwa różne konflikty. Wewnątrz partii rozgrywała się walka o władzę między koterią Moczara a rządzącą ekipą Gomułki („puławianie” już się w tej rozgrywce nie liczyli, a czas Gierka miał dopiero nadejść). Następstwem i przedłużeniem wewnątrzpartyjnej rywalizacji było kadrowe trzęsienie ziemi w strukturach państwa. Równocześnie i niejako równolegle do tego wybuchł społeczny konflikt między sprawującą władzę partią a inteligencją i młodzieżą studencką. Właściwym przedmiotem tego społecznego konfliktu były ograniczone, ale istotne swobody, z jakich po 1956 r. korzystała polska inteligencja w twórczości artystycznej, pracy naukowej i nauczaniu uniwersyteckim. Samorządność związków twórczych i ustawowa autonomia wyższych uczelni stwarzały prawne gwarancje swobód, które nie miały kluczowego znaczenia w życiu politycznym kraju, miały jednak żywotne znaczenie w pracy zawodowej intelektualistów i w kształceniu nowych pokoleń polskiej inteligencji.

Przez blisko dwanaście lat po Październiku ’56 partia traktowała te skromne oazy wolnego słowa jako wentyl bezpieczeństwa. W miarę narastania zjawisk kryzysowych i napięć społecznych u kresu „małej stabilizacji” wentyl okazał się jednak szczeliną, przez którą wylewało się na powierzchnię życia publicznego nagromadzone niezadowolenie. Ekipa Gomułki ponaglana przez moczarowców skłaniała się do tego, by wentyle pozatykać: zaostrzyć cenzurę, brać za twarz stowarzyszenia twórcze, a przede wszystkim zlikwidować autonomię uczelni w nowej ustawie o szkolnictwie wyższym (uchwalono ją w listopadzie 1968 r., ale przygotowano przed marcem). W ciągu dwunastu lat inteligencja zdążyła się jednak do tych swobód przyzwyczaić i uważała, że się jej należą. Tym bardziej uważali tak z natury zapalni studenci.

Zamach na te skromne swobody, które w marcu nazywaliśmy z pewną przesadą „prawami obywatelskimi”, musiał natrafić na opór. Nasi profesorowie woleliby uniknąć starcia i zachować autonomię, ale okazało się, że to niemożliwe. Zresztą do walki przystąpili najpierw studenci. Ja sam sprzeciwiałem się początkowo zwołaniu wiecu. Też chciałem „chronić substancję”, a nie miałem wątpliwości, że tłumny wiec oznacza przekroczenie Rubikonu. Skończy się wtedy krucha tolerancja władz, a młodzi ludzie, którzy mi ufali, trafią do więzienia lub zostaną usunięci ze studiów, co złamie im życie. Ale władze zdecydowały się na relegacje ze studiów zanim doszło do tłumnych protestów, uczyniły to w trybie sprzecznym z obowiązującą ustawą i wcale nie kryły, że traktują to jako precedens, czyli wzór nowych zasad. Zostaliśmy przyparci do muru i musieliśmy podjąć wyzwanie.

Słowa o naszym „prawie do obrony demokratycznych i niepodległościowych tradycji narodu polskiego”, które sam umieściłem w rezolucji wiecu 8 marca, nie pojawiają się w późniejszych dokumentach ruchu studenckiego. W masowych wystąpieniach, które zapoczątkowaliśmy naszym protestem, chodziło o obronę znacznie skromniejszych swobód. Dominowała retoryka praw obywatelskich, zwłaszcza wolności słowa, z odwołaniem się do Konstytucji PRL, a czasem także do zasad socjalizmu. Wcześniejszy zakaz wystawiania Dziadów, który uruchomił lawinę wydarzeń, uderzył jednak w podstawowy kanon wartości narodowych. Tego też nie mogliśmy pozostawić bez odpowiedzi. Czuliśmy, że nie mamy wyboru.

Nie przemawia do mnie hipoteza, jakoby zakaz wystawiania Dziadów był przemyślną prowokacją moczarowców. Z partyjnych archiwów zdaje się wynikać, że decyzję w tej sprawie podjął sekretarz KC Zenon Kliszko na wniosek kierownika Wydziału Kultury KC Wincentego Kraśki. Kliszko był prawą ręką Gomułki, Kraśko reprezentował podobną orientację. W aktach śledztwa przeciwko Jackowi Kuroniowi i mnie (t. I, k. 74) zachowała się notatka służbowa oficera SB dotycząca reakcji publiczności podczas przedstawienia Dziadów. Był to wykaz kwestii, po których na widowni wybuchały oklaski. Wynikało z tego wykazu niezbicie, ze publiczność odbiera słowa Mickiewicza jako rodzaj antypartyjnego i antyradzieckiego manifestu. Był to oczywiście wyraz nastrojów i napięć, wynik sytuacji, w której „wentyl bezpieczeństwa” zamiast rozładowywać nastroje, dawał niebezpieczny wyraz nastrojom niezadowolenia. Zanim umieszczono ją w aktach śledztwa, notatka bezpieki trafiła niewątpliwie na biurka Kraśki i Kliszki. Taki był rutynowy obieg dokumentów przed podjęciem decyzji. Owszem, Moczar był ministrem spraw wewnętrznych, a bezpieka potrafiła manipulować informacjami dostarczonymi partyjnym decydentom. O przedstawieniu Dziadów i reakcjach publiczności mówiła jednak cała Warszawa. Nie widać tu miejsca na tajemną intrygę. Przeciwnie, wygląda na to, że moczarowskie MSW i gomułkowskie kierownictwo KC zgodnie pracowały nad obłożeniem Mickiewicza cenzorskim zakazem. Uderza jedynie całkowity brak poszanowania, a raczej wyczucia narodowych imponderabiliów ze strony obu frakcji ścierających się na szczytach PZPR. Dlatego, mimo miażdżącej dysproporcji środków przekazu, nie przegraliśmy walki z nimi podjętej na tej płaszczyźnie.

Zgiełk propagandy nie mógł całkowicie zagłuszyć wymowy zdarzeń, bo wyrobnicy propagandy musieli o tych zdarzeniach mówić i pisać. Nie dało się zaprzeczyć, ze studenci, a następnie pisarze wystąpili przeciwko zakazowi wystawiania dramatu, który każdy Polak znał ze szkolnej nauki i traktował jako symbol polskich aspiracji niepodległościowych. Slogan „Niepodległość bez cenzury” przedarł się przez zgiełk mediów nie tylko dzięki audycjom Radia Wolna Europa, ale i dlatego, że piętnowały go partyjne gazety, choćby w sprawozdaniach z sali sądowej. Zakazując wystawiania Dziadów w Teatrze Narodowym, władze PRL przeniosły ten dramat na scenę narodową i same obsadziły się w roli Nowosilcowa. Ich patriotyczna, a nawet nacjonalistyczna frazeologia została obnażona jako fałsz. Na tej płaszczyźnie nie mieliśmy powodu czuć się pokonani.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Modzelewski – Werblan Zajeździmy kobyłę historii Barbarzyńska Europa Studia wybrane z dziejów społeczeństwa, prawa i ustroju Europy wczesnośredniowiecznej 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość