Cesarz wszech chorób. Biografia raka

Cesarz wszech chorób. Biografia raka

Autorzy: Siddhartha Mukherjee

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Popularnonaukowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 616

Cena książki papierowej: 59.90 zł

cena od: 19.74 zł

Całe stulecia odkryć, porażek, zwycięstw i pomyłek... Książka "Cesarz wszech chorób" przedstawia historię onkologii, od pierwszych odnotowanych przypadków raka sprzed tysięcy lat na czasach współczesnych kończąc. Siddhartha Mukherjee, lekarz i naukowiec, bada ten temat z precyzją biologa molekularnego, perspektywą historyka i pasją biografa. W rezultacie powstała przejrzysta i niezwykle błyskotliwa kronika schorzenia, które towarzyszy ludzkości od ponad pięciu tysiącleci. "Cesarz wszech chorób", łącząc przystępnie przekazaną wiedzę naukową z opisem konkretnych - dawnych i współczesnych - przypadków, demistyfikuje tę najbardziej demonizowaną chorobę wszech czasów.

Książka amerykańskiego onkologa spotkała się ze znakomitym przyjęciem zarówno środowisk naukowych, jak i literackich. Potwierdzeniem jej klasy są znaczące wyróżnienia: Nagroda Pulitzera w kategorii literatura faktu, Literacka Nagroda PEN / E.O. Wilson dla Książek Naukowych, nagroda za najlepszy debiut przyznawana przez dziennik "The Guardian", nagroda "Książki dla Lepszego Życia". "Cesarz wszech chorób" został także uznany za jedną z dziesięciu najlepszych książek 2010 roku przez "The New York Times Book Review", magazyn "TIME" zaliczył go do stu najważniejszych książek stulecia, zaś "The New York Times" do stu najlepszych książek non-fiction wszech czasów.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Czytam wiele, w większości profesjonalnych artykułów, tych przynoszących czysto techniczne wyniki nowych badań klinicznych i podstawowych, wyprane z wszelkich emocji, skalkulowane i mam zawsze wrażenie, że to fragment ksiąg podatkowych. Można spytać, czy istnieje potrzeba rozmawiania i przedstawiania tej nieprawdopodobnie szybko rozwijającej się dyscypliny, jaką jest onkologia, w języku przystępnym, z refleksją nad historią? Po przeczytaniu "Cesarza wszech chorób" odpowiedź jest oczywista, myśmy wręcz marzyli o takiej książce. Opowiedzieć onkologię z pasją, pięknym literackim językiem to istotne zwłaszcza w Polsce - kraju, w którym dziedzina ta cierpi na brak specjalistów, w którym studiowanie i specjalizowanie się w tej dyscyplinie uważane jest za jeden z najtrudniejszych możliwych wyborów.

prof. Cezary Szczylik

Siddhartha Mukherjee dołącza do bractwa praktykujących lekarzy, którzy nie tylko umieją mówić o swym zawodzie, ale również wspaniale o nim pisać.

Tony Judt

Trudno jest wskazać książki skierowane do szerokiego grona odbiorców, które mówiłyby o współczesnej nauce tak błyskotliwe, przystępnie i tak poruszająco zarazem. "Cesarz wszech chorób" to niezwykłe osiągnięcie.

Steven Shapin, "The New Yorker"

Sid­dhar­tha Mu­kher­jee

Ce­sarz wszech cho­rób

Bio­gra­fia raka

Prze­ło­ży­li Jan Dzierz­gow­ski i Agniesz­ka Po­koj­ska

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Ty­tuł ory­gi­na­łu an­giel­skie­go

THE EM­PE­ROR OF ALL MA­LA­DIES: A BIO­GRA­PHY OF CAN­CER

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Co­py­ri­ght © 2010, SID­DHAR­THA MU­KHER­JEE. All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE, 2013

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by JAN DZIERZ­GOW­SKI (czę­ści II, IV, V, VI)

i AGNIESZ­KA PO­KOJ­SKA (pro­log, czę­ści I, III i woj­na atos­sy), 2013

Opie­ka re­dak­cyj­na i in­deks MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK / D2D.PL

Re­dak­cja WOJ­CIECH GÓR­NAŚ / RE­DAK­TOR­NIA.COM

Kon­sul­ta­cja me­dycz­na DR N. MED. MA­RIA GÓR­NAŚ

Ko­rek­ta MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK i ALI­CJA LI­STWAN / D2D.PL

Re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

Do­fi­nan­so­wa­no ze środ­ków Mi­ni­stra Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­we­go

ISBN 978-83-7536-669-3

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE SP. Z O.O. www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38-300 Gor­li­ce, tel./fax +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75, e-mail: ma­te­usz@czar­ne.com.pl, to­masz@czar­ne.com.pl do­mi­nik@czar­ne.com.pl, ho­no­ra­ta@czar­ne.com.pl, ewa@czar­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38-307 Sę­ko­wa, tel. +48 18 351 00 70, e-mail: re­dak­cja@czar­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji: mal­go­rza­ta@czar­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00-159 War­sza­wa, tel./fax +48 22 621 10 48 e-mail: agniesz­ka@czar­ne.com.pl, anna@czar­ne.com.pl, do­ro­ta@czar­ne.com.pl, zo­fia@czar­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu: ka­ta­rzy­na@czar­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży: irek.grad­kow­ski@czar­ne.com.pl, tel. 504 564 092, 605 955 550 agniesz­ka.wil­czak@czar­ne.com.pl

Wo­ło­wiec 2013 Wy­da­nie I

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MI­CHAŁ LA­TU­SEK / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

Spis treści

Od autora

Od polskiego wydawcy

Prolog

Część pierwsza „Z czarnej żółci, bez wyrzutu”„Ropienie krwi”

„Monstrum bardziej nienasycone niż gilotyna”

Wyzwanie Farbera

Plaga skrywana w sekrecie

Onkos

Znikający humor

„Odległe współczucie”

Radykalna koncepcja

Lampa elektronowa i nikłe światło

Farbowanie, zabijanie

Zatruwanie atmosfery

Dobroć show-businessu

Dom, który zbudował Jimmy

Część druga Niecierpliwa wojna„Spodziewajcie się ujrzeć stowarzyszenie”

„Ci nowi przyjaciele chemioterapii”

„Sklep rzeźnicki”

Wczesne zwycięstwo

Myszy i ludzie

VAMP

Guz anatoma

Maszerująca armia

Wóz i koń

„Lądowanie na Księżycu”

Część trzecia „Wyrzucicie mnie, jeśli nie będzie poprawy?”„Ufamy Bogu. Wszyscy pozostali muszą przedstawić dane”

„Uśmiechnięci onkolodzy”

Poznaj wroga

Popioły Halsteda

Liczenie raka

Część czwarta Lekarstwem jest profilaktykaCzarne trumny

Nylonowe pończochy cesarza

„Złodziej w nocy”

„Ostrzeżenie”

„Coraz to ciekawiejsze i ciekawiejsze”

„Pajęczyna”

STAMP

Mapa i spadochron

Część piąta „Wykrzywione odbicie nas samych”„Wspólna przyczyna”

Pod latarnią wirusa

„Łowy na Sarka”

Wiatr pośród drzew

Ryzykowna przepowiednia

Rak: znaki szczególne

Część szósta Owoce długich zmagań„Nikt się nie trudził na darmo”

Nowe lekarstwa na stare choroby

Miasto nici

Leki, ciała i dowód

Mila w cztery minuty

Bieg Czerwonej Królowej

Trzynaście gór

Wojna Atossy

Słowniczek terminów

Wybrana bibliografia

Podziękowania

Ilustracje

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla

RO­BER­TA SAN­DLE­RA (1945-1948),

jego po­przed­ni­ków i na­stęp­ców

Cho­ro­ba jest noc­ną pół­ku­lą ży­cia, na­szym bar­dziej uciąż­li­wym oby­wa­tel­stwem. Od dnia na­ro­dzin każ­dy z nas po­sia­da bo­wiem jak­by dwa pasz­por­ty – przy­na­le­ży za­rów­no do świa­ta zdro­wych, jak i do świa­ta cho­rych. I choć wszy­scy wo­li­my się przy­zna­wać tyl­ko do lep­sze­go z tych świa­tów, prę­dzej czy póź­niej, cho­ciaż­by na krót­ko, mu­si­my uznać rów­nież nasz zwią­zek i z tym dru­gim1.

Su­san Son­tag

W roku 2010 w Sta­nach Zjed­no­czo­nych umrze z po­wo­du no­wo­two­rów oko­ło sze­ściu­set ty­się­cy lu­dzi, na ca­łym świe­cie – po­nad sie­dem mi­lio­nów. W cią­gu swo­je­go ży­cia za­cho­ru­ją na raka co trze­cia ko­bie­ta i co dru­gi męż­czy­zna w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Rak bę­dzie przy­czy­ną jed­nej czwar­tej zgo­nów Ame­ry­ka­nów i oko­ło pięt­na­stu pro­cent zgo­nów na świe­cie. W nie­któ­rych kra­jach sta­nie się naj­częst­szą przy­czy­ną śmier­ci, wy­prze­dza­jąc cho­ro­by ser­ca.

Od autora

Ni­niej­sza książ­ka to hi­sto­ria raka. Sta­ro­daw­nej cho­ro­by, nie­gdyś se­kret­nej, o któ­rej mó­wi­ło się wy­łącz­nie szep­tem, póki nie sta­ła się śmier­cio­no­śnym zmien­no­kształt­nym two­rem o tak wiel­kim po­ten­cja­le me­ta­fo­rycz­nym, me­dycz­nym, na­uko­wym i po­li­tycz­nym, że czę­sto na­zy­wa się ją dżu­mą na­sze­go po­ko­le­nia. Ta książ­ka jest naj­praw­dziw­szą bio­gra­fią – pró­bą wnik­nię­cia w umysł tej nie­śmier­tel­nej cho­ro­by, zro­zu­mie­nia jej oso­bo­wo­ści, de­mi­sty­fi­ka­cji jej za­cho­wa­nia. Moim naj­waż­niej­szym ce­lem jest jed­nak zna­le­zie­nie od­po­wie­dzi na py­ta­nie, któ­re wy­kra­cza poza ramy bio­gra­fii: czy mo­że­my so­bie wy­obra­zić ko­niec raka w przy­szło­ści? Czy uda nam się na za­wsze usu­nąć tę cho­ro­bę z na­szych ciał i spo­łe­czeństw?

Rak to nie jest jed­na cho­ro­ba, lecz wie­le róż­nych. Na ich okre­śle­nie uży­wa­my tej sa­mej na­zwy, po­nie­waż łą­czy je pod­sta­wo­wa ce­cha wspól­na – pa­to­lo­gicz­ne na­mna­ża­nie się ko­mó­rek. Uję­cie róż­nych wcie­leń raka w jed­nej opo­wie­ści ma, poza po­do­bień­stwem na po­zio­mie bio­lo­gicz­nym, jesz­cze jed­no uza­sad­nie­nie: roz­ma­itych po­sta­ci tej cho­ro­by nie roz­róż­nia się w sfe­rze kul­tu­ro­wej i po­li­tycz­nej. Opo­wie­dze­nie hi­sto­rii każ­de­go ro­dza­ju no­wo­two­ru osob­no jest nie­moż­li­we; ja po­sta­wi­łem so­bie cel, któ­rym jest po­ka­za­nie naj­waż­niej­szych wąt­ków prze­wi­ja­ją­cych się w li­czą­cej czte­ry ty­sią­ce lat hi­sto­rii tej cho­ro­by.

Mój za­mysł, jak wi­dać ogrom­ny, wy­rósł z cze­goś dużo skrom­niej­sze­go. La­tem 2003 roku, po ukoń­cze­niu re­zy­den­tu­ry w szpi­ta­lu i uzy­ska­niu dy­plo­mu z im­mu­no­lo­gii on­ko­lo­gicz­nej, roz­po­czą­łem spe­cja­li­za­cję w dzie­dzi­nie on­ko­lo­gii w Dana-Far­ber Can­cer In­sti­tu­te oraz Mas­sa­chu­setts Ge­ne­ral Ho­spi­tal w Bo­sto­nie. Po­cząt­ko­wo za­mie­rza­łem przez ten rok pro­wa­dzić dzien­nik – bie­żą­ce do­nie­sie­nia o le­cze­niu no­wo­two­rów, taki „ra­port z li­nii fron­tu”. Ale po­mysł pręd­ko wy­ewo­lu­ował w więk­sze i bar­dziej po­głę­bio­ne przed­się­wzię­cie, tak że osta­tecz­nie przy­szło mi za­głę­bić się nie tyl­ko w na­ukę i me­dy­cy­nę, ale też w kul­tu­rę, hi­sto­rię, li­te­ra­tu­rę i po­li­ty­kę, a rów­nież w prze­szłość raka i w jego przy­szłość.

W epi­cen­trum tej hi­sto­rii znaj­du­ją się dwie po­sta­ci, męż­czy­zna i ko­bie­ta – nie­mal w tym sa­mym wie­ku, obo­je są ide­ali­sta­mi, nie­odrod­ny­mi dzieć­mi bo­omu, któ­ry na­stą­pił po II woj­nie świa­to­wej w ame­ry­kań­skiej na­uce i tech­no­lo­gii, a tak­że oso­ba­mi nie­ugię­cie, ob­se­syj­nie dą­żą­cy­mi do wy­po­wie­dze­nia ogól­no­kra­jo­wej „woj­ny z ra­kiem”. Pierw­sza z nich to Sid­ney Far­ber, oj­ciec współ­cze­snej che­mio­te­ra­pii, któ­ry w ana­lo­gu wi­ta­mi­ny przy­pad­kiem od­kry­wa sub­stan­cję prze­ciw­no­wo­two­ro­wą o po­tęż­nej sile i za­czy­na ma­rzyć o uni­wer­sal­nym le­kar­stwie na no­wo­two­ry. Dru­gą jest Mary La­sker, przez kil­ka­dzie­siąt lat to­wa­rzy­szą­ca Far­be­ro­wi w jego dzia­ła­niach man­hat­tań­ska lwi­ca sa­lo­no­wa o le­gen­dar­nej wprost ener­gii do ak­tyw­no­ści na are­nie spo­łecz­nej i po­li­tycz­nej. Ale La­sker i Far­ber je­dy­nie eg­zem­pli­fi­ku­ją za­cię­cie, wy­obraź­nię, wy­na­laz­czość i en­tu­zjazm po­ko­leń, któ­re od czte­rech ty­się­cy lat to­czą wal­kę z ra­kiem. W pew­nym sen­sie jest to bo­wiem hi­sto­ria woj­ny – w któ­rej prze­ciw­nik cha­rak­te­ry­zu­je się bez­po­sta­cio­wo­ścią, po­nad­cza­so­wo­ścią i wszech­obec­no­ścią. Mamy tu zwy­cię­stwa i po­raż­ki, set­ki kam­pa­nii, bo­ha­te­rów i py­szał­ków, pierw­szo­rzęd­ne kwe­stie: jak wy­trwać i prze­żyć, a tak­że, co nie­unik­nio­ne, ran­nych, po­tę­pio­nych, za­po­mnia­nych i zmar­łych. Rak wy­ła­nia się z tej opo­wie­ści, jak na­pi­sał pe­wien dzie­więt­na­sto­wiecz­ny chi­rurg na fron­ty­spi­sie swo­jej książ­ki, jako „ce­sarz wszech cho­rób, król tego, co naj­strasz­niej­sze”.

Uwa­ga: w na­uce i w me­dy­cy­nie, dzie­dzi­nach, w któ­rych pierw­szeń­stwo od­kry­cia ma ol­brzy­mie zna­cze­nie, mia­no wy­na­laz­cy czy od­kryw­cy otrzy­mu­je się od spo­łecz­no­ści na­ukow­ców i ba­da­czy. Ni­niej­sza książ­ka opi­su­je hi­sto­rie wie­lu od­kryć i wy­na­laz­ków, jed­nak nie słu­żą one temu, żeby ko­mu­kol­wiek przy­pi­sy­wać lub od­bie­rać pra­wo do pierw­szeń­stwa, i nie po­win­ny być w ten spo­sób trak­to­wa­ne.

Jako au­tor tej książ­ki sto­ję na bar­kach wie­lu in­nych osób. Moja pra­ca opie­ra się na in­nych książ­kach, opu­bli­ko­wa­nych ba­da­niach, ar­ty­ku­łach w pi­smach na­uko­wych, wspo­mnie­niach i wy­wia­dach. Ko­rzy­sta­łem tak­że z ma­te­ria­łów po­cho­dzą­cych od osób pry­wat­nych, z bi­blio­tek, ko­lek­cji, zbio­rów i ar­chi­wów, któ­re wy­mie­niam w po­dzię­ko­wa­niach za­miesz­czo­nych na koń­cu ni­niej­sze­go tomu.

Jed­ne­go po­dzię­ko­wa­nia nie mogę jed­nak zo­sta­wić na ko­niec. Ta książ­ka jest nie tyl­ko wy­pra­wą w prze­szłość raka, lecz rów­nież oso­bi­stą po­dró­żą, moim doj­rze­wa­niem jako on­ko­lo­ga. Nie by­ło­by tej po­dró­ży, gdy­by nie moi pa­cjen­ci – w stop­niu znacz­nie więk­szym niż po­zo­sta­łe oso­by, któ­re przy­czy­ni­ły się do po­wsta­nia tej książ­ki, uczy­li mnie oni i in­spi­ro­wa­li. Je­stem im wi­nien bez­gra­nicz­ną wdzięcz­ność.

Ale z każ­dym dłu­giem wią­żą się od­set­ki. Przy­ta­cza­nie w książ­ce hi­sto­rii pa­cjen­tów ro­dzi­ło pro­ble­my zwią­za­ne z ochro­ną ich pry­wat­no­ści i god­no­ści. W tych przy­pad­kach, w któ­rych wie­dza o cho­ro­bie była już wcze­śniej upu­blicz­nio­na (na przy­kład w for­mie wy­wia­du czy ar­ty­ku­łu), uży­wam praw­dzi­wych na­zwisk. W przy­pad­kach zaś, któ­re nie zo­sta­ły po­da­ne do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej, albo je­że­li pa­cjen­ci ży­czy­li so­bie za­cho­wa­nia ano­ni­mo­wo­ści, po­słu­ży­łem się fik­cyj­ny­mi na­zwi­ska­mi i umyśl­nie po­zmie­nia­łem daty oraz szcze­gó­ły ży­cio­ry­sów, żeby nie moż­na było tych osób roz­po­znać. Nie­mniej jed­nak są to praw­dzi­wi pa­cjen­ci i praw­dzi­we roz­mo­wy. Bar­dzo pro­szę czy­tel­ni­ków o usza­no­wa­nie ich pry­wat­no­ści.

Od polskiego wydawcy

Każ­dy pol­ski le­karz, wi­dząc pod­ty­tuł tej książ­ki, po­wie, że rak nie jest do­kład­nym tłu­ma­cze­niem an­giel­skie­go can­cer (mimo że ła­ciń­skie sło­wo can­cer i sta­ro­grec­kie kar­ki­nos ozna­cza­ją wła­śnie raka – sko­ru­pia­ka lub znak zo­dia­ku). Gdy­by­śmy chcie­li się po­słu­żyć ter­mi­nem me­dycz­nym, na­le­ża­ło­by pi­sać o no­wo­two­rze albo wręcz no­wo­two­rach. By­ło­by to jed­nak nie­zgod­ne z in­ten­cją au­to­ra – jego dzie­ło opo­wia­da hi­sto­rię zło­wro­gie­go bytu, ta­jem­ni­czej isto­ty, któ­ra za­bi­ja­ła i fa­scy­no­wa­ła lu­dzi, na dłu­go za­nim ba­da­cze usta­li­li, że no­wo­two­ry to nie jed­na cho­ro­ba, lecz wie­le róż­nych.

Dla­te­go wła­śnie w pol­skim tłu­ma­cze­niu ce­sarz wszech cho­rób nosi imię Rak. Sło­wem tym przez wie­ki na­zy­wa­no wszyst­kie no­wo­two­ry, a tak­że nie­któ­re trud­no go­ją­ce się wrzo­dy. Do­pie­ro nie tak daw­no na­uka prze­ję­ła ten ter­min i nada­ła mu ści­słe, węż­sze zna­cze­nie.

W sa­mym tek­ście książ­ki usza­no­wa­li­śmy jed­nak me­dycz­ną tra­dy­cję. Gdy mowa o kon­kret­nych cho­ro­bach, a nie o raku w sen­sie hi­sto­rycz­nym, sto­su­je­my po­praw­ną ter­mi­no­lo­gię. Sło­wa rak uży­wa­my zgod­nie z na­uko­wą de­fi­ni­cją raka, w po­zo­sta­łych zaś przy­pad­kach prze­waż­nie pada sło­wo no­wo­twór lub na­zwy po­szcze­gól­nych scho­rzeń.

CE­SARZ

WSZECH CHO­RÓB

Prolog

[…] Je­śli

Cho­ro­ba wkra­cza w osta­tecz­ne sta­dium,

Le­karz sto­su­je osta­tecz­ne środ­ki Lub […] żad­nych.

Wil­liam Sha­ke­spe­are, Ham­let2

Rak za­czy­na się od czło­wie­ka i na czło­wie­ku się koń­czy. W na­tło­ku na­uko­wych abs­trak­cji moż­na cza­sa­mi za­po­mnieć o tym pod­sta­wo­wym fak­cie. […] Le­ka­rze le­czą cho­ro­by, ale le­czą rów­nież lu­dzi i ten wa­ru­nek ich za­wo­do­we­go ist­nie­nia cza­sa­mi cią­gnie ich w dwóch prze­ciw­nych kie­run­kach.

June Go­od­field3

Ran­kiem 19 maja 2004 roku Car­la Reed, trzy­dzie­sto­let­nia przed­szko­lan­ka z Ip­swich w sta­nie Mas­sa­chu­setts, mat­ka troj­ga ma­łych dzie­ci, obu­dzi­ła się z bó­lem gło­wy. „Ale nie był to zwy­czaj­ny ból – wspo­mi­na­ła póź­niej – tyl­ko pew­ne­go ro­dza­ju odrę­twie­nie gło­wy. Ta­kie odrę­twie­nie, któ­re na­tych­miast sy­gna­li­zu­je, że dzie­je się coś bar­dzo złe­go”.

Coś bar­dzo złe­go dzia­ło się od bli­sko mie­sią­ca. Pod ko­niec kwiet­nia Car­la od­kry­ła na ple­cach kil­ka siń­ców. Po­ja­wi­ły się pew­ne­go ran­ka, ni stąd, ni zo­wąd, jak ja­kieś styg­ma­ty, póź­niej się roz­ro­sły, a w cią­gu ko­lej­nych ty­go­dni zbla­dły, zo­sta­wia­jąc po so­bie śla­dy przy­po­mi­na­ją­ce mapę. Stop­nio­wo, nie­mal nie­zau­wa­żal­nie, Car­li za­czę­ły bled­nąć dzią­sła. Na po­cząt­ku maja ta ener­gicz­na, peł­na ży­cia ko­bie­ta, przy­zwy­cza­jo­na do spę­dza­nia wie­lu go­dzin z pię­cio- i sze­ścio­lat­ka­mi, za któ­ry­mi trze­ba bie­gać po ca­łej sali, le­d­wie mia­ła siłę wejść po scho­dach na pię­tro. W nie­któ­re po­ran­ki czu­ła się tak wy­czer­pa­na, że nie mo­gła ustać na no­gach i z po­ko­ju do po­ko­ju prze­miesz­cza­ła się na czwo­ra­kach. Sy­pia­ła nie­spo­koj­nie po dwa­na­ście, czter­na­ście go­dzin na dobę, po czym bu­dzi­ła się tak skraj­nie zmę­czo­na, że mu­sia­ła się znów po­ło­żyć spać.

Pod­czas tych czte­rech ty­go­dni Car­la wraz z mę­żem zgło­si­ła się do le­ka­rza ogól­ne­go i dwa razy do pie­lę­gniar­ki, ale z każ­dej z tych wi­zyt wy­szła bez ba­dań i bez dia­gno­zy. Za­czę­ła od­czu­wać w ko­ściach upior­ne bóle, któ­re przy­cho­dzi­ły i od­cho­dzi­ły. Le­kar­ka sta­ra­ła się zna­leźć ja­kieś wy­tłu­ma­cze­nie dla złe­go sa­mo­po­czu­cia Car­li. Stwier­dzi­ła, że to może być mi­gre­na, i ka­za­ła pa­cjent­ce za­ży­wać aspi­ry­nę. Aspi­ry­na tyl­ko na­si­li­ła krwa­wie­nie z bla­dych dzią­seł.

Car­la, oso­ba z na­tu­ry otwar­ta, to­wa­rzy­ska i try­ska­ją­ca ener­gią, bar­dziej się dzi­wi­ła, niż przej­mo­wa­ła swo­ją po­ja­wia­ją­cą się i zni­ka­ją­cą cho­ro­bą. Nig­dy wcze­śniej po­waż­nie nie cho­ro­wa­ła. Szpi­tal był dla niej miej­scem cał­ko­wi­cie abs­trak­cyj­nym – nig­dy nie mia­ła stycz­no­ści z le­ka­rzem spe­cja­li­stą, a co do­pie­ro z on­ko­lo­giem. Tłu­ma­czy­ła so­bie, że jej ob­ja­wy mogą mieć róż­ne przy­czy­ny – prze­pra­co­wa­nie, de­pre­sja, nie­straw­ność, ner­wi­ca, bez­sen­ność. Ale osta­tecz­nie coś w niej – ja­kiś siód­my zmysł – dało znać, że w jej cie­le dzie­je się coś po­waż­ne­go i groź­ne­go.

19 maja po po­łu­dniu Car­la zo­sta­wi­ła dzie­ci pod opie­ką są­siad­ki, po­je­cha­ła do kli­ni­ki i za­żą­da­ła wy­ko­na­nia ba­dań krwi. Le­kar­ka zle­ci­ła stan­dar­do­we ba­da­nie. Gdy pie­lę­gniarz po­brał z żyły krew, wle­pił wzrok w jej ko­lor, naj­wy­raź­niej za­in­try­go­wa­ny. Płyn, któ­ry wy­pły­wał z żyły Car­li – ja­sny, rzad­ki i wod­ni­sty – wła­ści­wie ni­czym krwi nie przy­po­mi­nał.

Do koń­ca dnia Car­la nie otrzy­ma­ła żad­nej wia­do­mo­ści. Na­za­jutrz przed po­łu­dniem, kie­dy ro­bi­ła za­ku­py na tar­gu ryb­nym, za­dzwo­nił te­le­fon.

– Mu­si­my jesz­cze raz po­brać pani krew – po­wie­dzia­ła pie­lę­gniar­ka z kli­ni­ki.

– Kie­dy mam przy­je­chać? – za­py­ta­ła Car­la, przy­po­mi­na­jąc so­bie jed­no­cze­śnie plan gę­sto wy­peł­nio­ne­go obo­wiąz­ka­mi dnia. Pa­mię­ta, że spoj­rza­ła na ze­gar. Ćwierć­ki­lo­gra­mo­wy stek z ło­so­sia roz­mra­żał się w tor­bie i mógł się ze­psuć, je­że­li nie tra­fi szyb­ko do lo­dów­ki.

Na wspo­mnie­nia Car­li z prze­bie­gu cho­ro­by skła­da­ją się wła­śnie ta­kie ba­nal­ne szcze­gó­ły: ze­gar, dzie­ci, gra­fik do­wo­że­nia ich do szko­ły, fiol­ka ja­snej krwi, ta­ją­ca w słoń­cu ryba na obiad, na­głe na­pię­cie w gło­sie w słu­chaw­ce. Car­la nie pa­mię­ta do­kład­nie słów pie­lę­gniar­ki, tyl­ko ogól­ne wra­że­nie, że spra­wa jest po­waż­na.

– Na­tych­miast – tak chy­ba po­wie­dzia­ła pie­lę­gniar­ka. – Pro­szę przy­je­chać na­tych­miast.

*

O przy­pad­ku Car­li do­wie­dzia­łem się o siód­mej rano 21 maja, w wa­go­nie me­tra mię­dzy sta­cja­mi Ken­dall Squ­are a Char­les Stre­et w Bo­sto­nie. Zda­nie, któ­re wy­świe­tli­ło mi się na pa­ge­rze, mia­ło cha­rak­te­ry­stycz­ny rytm stac­ca­to i siłę prze­ka­zu po­waż­ne­go przy­pad­ku me­dycz­ne­go: Car­la Reed / nowa pa­cjent­ka, bia­łacz­ka / 14 pię­tro / pro­szę od­wie­dzić za­raz po przyj­ściu. Gdy po­ciąg wy­strze­lił z dłu­gie­go ciem­ne­go tu­ne­lu, na­gle uka­za­ły mi się prze­szklo­ne wie­że szpi­ta­la ogól­ne­go, Mas­sa­chu­setts Ge­ne­ral Ho­spi­tal, i okna sal na czter­na­stym pię­trze.

Do­my­śla­łem się, że Car­la leży w jed­nej z nich, sama, prze­raź­li­wie sa­mot­na. Na ko­ry­ta­rzach już pew­nie roz­brzmie­wał szum go­rącz­ko­wej ak­tyw­no­ści. Mię­dzy od­dzia­łem a la­bo­ra­to­rium na pierw­szym pię­trze krą­ży­ły pro­bów­ki z krwią. Pie­lę­gniar­ki no­si­ły prób­ki do ba­da­nia, re­zy­den­ci zbie­ra­li dane do po­ran­nych spra­woz­dań, brzę­cza­ły dzwon­ki, wy­sy­ła­no wia­do­mo­ści na pa­ge­ry le­ka­rzy. Gdzieś w głę­bi szpi­ta­la ktoś włą­czał mi­kro­skop i w jego oku­la­rze ob­raz ko­mó­rek krwi Car­li na­bie­rał wy­ra­zi­sto­ści.

Opo­wia­dam o tym wszyst­kim ze sto­sun­ko­wą pew­no­ścią, po­nie­waż po­ja­wie­nie się pa­cjen­ta cho­re­go na ostrą bia­łacz­kę wciąż spra­wia, że całą kli­ni­kę prze­szy­wa dreszcz – od od­dzia­łów on­ko­lo­gicz­nych na gór­nych pię­trach po la­bo­ra­to­ria kli­nicz­ne miesz­czą­ce się głę­bo­ko w piw­ni­cach. Bia­łacz­ka to no­wo­twór bia­łych krwi­nek – jed­na z naj­bar­dziej gwał­tow­nych, burz­li­wie prze­bie­ga­ją­cych od­mian raka. Jak lu­bi­ła przy­po­mi­nać pa­cjen­tom pew­na pie­lę­gniar­ka z od­dzia­łu on­ko­lo­gicz­ne­go, w przy­pad­ku tej cho­ro­by „na­wet prze­cię­cie skó­ry pa­pie­rem to po­waż­ny wy­pa­dek”.

Dla on­ko­lo­ga szko­lą­ce­go się w za­wo­dzie ostra bia­łacz­ka rów­nież sta­no­wi wy­jąt­ko­wą od­mia­nę raka. Jej na­głość, gwał­tow­ność, bły­ska­wicz­ny, nie­po­wstrzy­ma­ny roz­wój wy­mu­sza­ją szyb­kie, czę­sto dra­stycz­ne de­cy­zje; jest to cho­ro­ba prze­ra­ża­ją­ca dla tego, kto na nią cier­pi, dla tego, kto pa­trzy na nią z boku, i dla tego, kto ją le­czy. Cia­ło za­ata­ko­wa­ne przez bia­łacz­kę zo­sta­je do­pro­wa­dzo­ne do kru­chych gra­nic fi­zjo­lo­gicz­ne­go funk­cjo­no­wa­nia – każ­dy układ, ser­ce, płu­ca i krew pra­cu­ją na gra­ni­cy swo­ich moż­li­wo­ści. Pie­lę­gniar­ki uzu­peł­ni­ły luki w mo­jej wie­dzy na te­mat przy­pad­ku Car­li. Zle­co­ne przez jej le­kar­kę ba­da­nia krwi wy­ka­za­ły, że po­ziom czer­wo­nych krwi­nek był kry­tycz­nie ni­ski, po­ni­żej jed­nej trze­ciej nor­my. Za­miast nor­mal­nych bia­łych krwi­nek w jej krwi znaj­do­wa­ły się mi­lio­ny du­żych, zło­śli­wych bia­łych ko­mó­rek – w ter­mi­no­lo­gii on­ko­lo­gicz­nej zwa­nych bla­sta­mi. Le­kar­ka, któ­ra wresz­cie po­sta­wi­ła po­praw­ną dia­gno­zę, skie­ro­wa­ła Car­lę do Mas­sa­chu­setts Ge­ne­ral Ho­spi­tal.

*

Idąc do sali Car­li dłu­gim, pu­stym ko­ry­ta­rzem, po an­ty­sep­tycz­nie błysz­czą­cej pod­ło­dze świe­żo prze­tar­tej wodą ze środ­kiem de­zyn­fe­ku­ją­cym, prze­bie­ga­łem w my­ślach li­stę ba­dań, któ­rym bę­dzie trze­ba pod­dać krew cho­rej, i ostat­ni raz po­wtó­rzy­łem swo­je kwe­stie w cze­ka­ją­cej nas roz­mo­wie. Po­my­śla­łem z ża­lem, że w moim współ­czu­ciu jest coś wy­kal­ku­lo­wa­ne­go, wręcz me­cha­nicz­ne­go. Był to dzie­sią­ty mie­siąc mo­je­go sta­żu na on­ko­lo­gii – dwu­let­nie­go in­ten­syw­ne­go pro­gra­mu szko­le­nia spe­cja­li­stów od no­wo­two­rów – i mia­łem po­czu­cie, że osią­gną­łem punkt, po­ni­żej któ­re­go już się nie da zejść. Przez tych dzie­sięć nie­opi­sa­nie trud­nych, przej­mu­ją­cych mie­się­cy zmar­ły dzie­siąt­ki pa­cjen­tów, któ­ry­mi się opie­ko­wa­łem. Czu­łem, że po­wo­li uod­par­niam się na śmierć i przy­gnę­bie­nie – jak­bym do­stał szcze­pion­kę na cią­głą emo­cjo­nal­ną szar­pa­ni­nę.

Ta­kich sta­ży­stów jak ja było w szpi­ta­lu sied­miu. Na pa­pie­rze wy­da­wa­li­śmy się po­tęż­ną siłą: by­li­śmy ab­sol­wen­ta­mi pię­ciu uczel­ni me­dycz­nych i czte­rech kli­nik uni­wer­sy­tec­kich, mie­li­śmy za sobą łącz­nie sześć­dzie­siąt sześć lat po­bie­ra­nia nauk me­dycz­nych i mo­gli­śmy się po­szczy­cić dwu­na­sto­ma dy­plo­ma­mi ukoń­cze­nia stu­diów wyż­szych i po­dy­plo­mo­wych. Ale ani lata na­uki, ani dy­plo­my nie przy­go­to­wa­ły nas do tego sta­żu. Uczel­nia me­dycz­na, spe­cja­li­za­cja i re­zy­den­tu­ra były wy­czer­pu­ją­ce fi­zycz­nie i emo­cjo­nal­nie, ale pierw­sze mie­sią­ce sta­żu zdmuch­nę­ły ich wspo­mnie­nie, jak­by to była tyl­ko za­ba­wa, ze­rów­ka przed praw­dzi­wym szko­le­niem na le­ka­rza.

Rak był w na­szym ży­ciu wszech­obec­ny. Za­wład­nął na­szą wy­obraź­nią, opa­no­wał wspo­mnie­nia, prze­do­sta­wał się do każ­dej roz­mo­wy, prze­ni­kał każ­dą myśl. Sko­ro my, le­ka­rze, mie­li­śmy po­czu­cie, że rak cał­ko­wi­cie za­pa­no­wał nad na­szym ży­ciem, to nasi pa­cjen­ci czu­li za­pew­ne, że prak­tycz­nie ode­brał im ży­cie. Pa­weł Ni­ko­ła­je­wicz Ru­sa­now, bo­ha­ter po­wie­ści Alek­san­dra Soł­że­ni­cy­na Od­dział cho­rych na raka4, mło­dy du­chem Ro­sja­nin po czter­dzie­st­ce, od­kry­wa guz na szyi i zo­sta­je na­tych­miast skie­ro­wa­ny na od­dział on­ko­lo­gicz­ny pew­ne­go bez­i­mien­ne­go szpi­ta­la na mroź­nej pół­no­cy. Dia­gno­za – nie sama cho­ro­ba, lecz jej styg­mat – sta­je się dla Ru­sa­no­wa wy­ro­kiem śmier­ci. Cho­ro­ba od­bie­ra mu toż­sa­mość. Przy­odzie­wa go w szpi­tal­ną pi­ża­mę (strój tra­gi­ko­micz­nie okrut­ny, nie mniej niż wię­zien­ny dre­lich) i zu­peł­nie przej­mu­je kon­tro­lę nad jego dzia­ła­niem. Usły­szeć dia­gno­zę: „rak” to – od­kry­wa Ru­sa­now – zna­leźć się w nie­ma­ją­cym gra­nic me­dycz­nym gu­ła­gu, pań­stwie jesz­cze bar­dziej opre­syj­nym i pa­ra­li­żu­ją­cym niż to, w któ­rym bo­ha­ter żył wcze­śniej. (Soł­że­ni­cyn chciał może, by jego ab­sur­dal­nie to­ta­li­tar­ny od­dział on­ko­lo­gicz­ny sta­no­wił pa­ra­le­lę ab­sur­dal­nie to­ta­li­tar­ne­go świa­ta poza mu­ra­mi szpi­ta­la, kie­dy jed­nak za­py­ta­łem pew­ną ko­bie­tę cho­rą na raka szyj­ki ma­ci­cy, co są­dzi o tej pa­ra­le­li, po­wie­dzia­ła z prze­ką­sem: „Nie­ste­ty, mnie przy tej książ­ce nie były po­trzeb­ne żad­ne me­ta­fo­ry. Dla mnie od­dział on­ko­lo­gicz­ny rze­czy­wi­ście był pań­stwem kon­tro­lu­ją­cym każ­dy ruch, wię­zie­niem”).

Jako le­karz uczą­cy się po­stę­po­wa­nia z pa­cjen­ta­mi on­ko­lo­gicz­ny­mi owo po­czu­cie by­cia kon­tro­lo­wa­nym i ogra­ni­cza­nym zna­łem tyl­ko z po­zy­cji ob­ser­wa­to­ra. Ale na­wet z ta­kiej ze­wnętrz­nej per­spek­ty­wy wy­raź­nie czu­łem moc tego wię­zie­nia – tępą, upo­rczy­wą siłę przy­cią­ga­nia, któ­ra po­ry­wa w or­bi­tę raka wszyst­kich i wszyst­ko. W pierw­szym ty­go­dniu mo­je­go sta­żu pe­wien ko­le­ga, któ­ry wła­śnie swój staż ukoń­czył, wziął mnie na stro­nę i udzie­lił mi kil­ku rad. „To jest niby pro­gram in­ten­syw­ny – po­wie­dział, ści­sza­jąc głos. – Ale tak na­praw­dę to pro­gram za­bój­czo in­ten­syw­ny. Nie do­puść, żeby ta rze­czy­wi­stość prze­nik­nę­ła wszyst­ko, co ro­bisz. Miej ja­kieś ży­cie poza szpi­ta­lem. Przy­da ci się. In­a­czej to tu­taj cię we­ssie”.

Ale nie moż­na było nie dać się we­ssać. Co wie­czór po ob­cho­dzie sie­dzia­łem przez ja­kiś czas w au­cie na szpi­tal­nym par­kin­gu, w nie­przy­ja­znym be­to­no­wym la­bi­ryn­cie oświe­tlo­nym ja­rze­niów­ka­mi, otę­pia­ły i nie­zbor­ny. Ra­dio bez­myśl­nie trzesz­cza­ło w tle, a ja kom­pul­syw­nie usi­ło­wa­łem od­two­rzyć wy­da­rze­nia mi­nio­ne­go dnia. Gło­wę mia­łem peł­ną hi­sto­rii pa­cjen­tów, a pod­ję­te de­cy­zje cho­dzi­ły za mną i nie da­wa­ły mi spo­ko­ju. Czy war­to było zle­cić ko­lej­ny cykl che­mio­te­ra­pii sześć­dzie­się­cio­sze­ścio­let­niej ap­te­kar­ce cho­rej na raka płu­ca, u któ­rej nie za­dzia­ła­ły żad­ne inne leki? Czy w przy­pad­ku dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­niej ko­bie­ty cho­rej na ziar­ni­cę zło­śli­wą le­piej było wy­pró­bo­wać spraw­dzo­ne sil­ne po­łą­cze­nie le­ków i ry­zy­ko­wać, że sta­nie się bez­płod­na, czy ra­czej wy­brać po­łą­cze­nie bar­dziej eks­pe­ry­men­tal­ne, dzię­ki któ­re­mu za­cho­wa­ła­by szan­se na uro­dze­nie dziec­ka? Czy hisz­pań­sko­ję­zycz­ną mat­kę troj­ga dzie­ci z ra­kiem je­li­ta gru­be­go po­win­no się włą­czyć do no­we­go pro­gra­mu kli­nicz­ne­go, sko­ro le­d­wo umie prze­czy­tać for­mu­larz zgo­dy na le­cze­nie, na­pi­sa­ny trud­nym urzę­do­wym ję­zy­kiem?

Po­zo­sta­jąc w co­dzien­nym kon­tak­cie z ra­kiem, nie wi­dzia­łem nic poza ży­ciem i lo­sem swo­ich pa­cjen­tów, uka­zu­ją­cym mi się w prze­sy­co­nych bar­wach ni­czym ob­raz w te­le­wi­zo­rze, w któ­rym usta­wio­no zbyt moc­ny kon­trast. Nie umia­łem się od­su­nąć od ekra­nu. In­stynk­tow­nie wie­dzia­łem, że moje do­świad­cze­nia sta­no­wią ele­ment to­czą­cej się na znacz­nie więk­szą ska­lę wal­ki z ra­kiem, ale ogar­nię­cie jej umy­słem było zde­cy­do­wa­nie poza za­się­giem mo­ich moż­li­wo­ści. Jak każ­dy no­wi­cjusz by­łem spra­gnio­ny hi­sto­rii, ale też jak każ­dy no­wi­cjusz nie po­tra­fi­łem jej so­bie wy­obra­zić.

*

Gdy wy­sze­dłem ze sta­nu dziw­ne­go przy­gnę­bie­nia, w któ­rym po­grą­ży­łem się pod­czas dwu­let­nie­go sta­żu, wró­ci­ły i za­czę­ły do­ma­gać się od­po­wie­dzi py­ta­nia o szer­szy kon­tekst raka: Ile lat ma rak? Ja­kie są ko­rze­nie na­szej wal­ki z tą cho­ro­bą? Czy też – jak czę­sto­kroć for­mu­ło­wa­li to py­ta­nie pa­cjen­ci – na ja­kim je­ste­śmy eta­pie „woj­ny” z ra­kiem? W jaki spo­sób do­szli­śmy do tego punk­tu? Czy jest ja­kiś ko­niec? Czy tę woj­nę kie­dy­kol­wiek uda się wy­grać?

Ni­niej­sza książ­ka wy­ro­sła z prób od­po­wie­dzi na te wła­śnie py­ta­nia. Za­głę­bi­łem się w hi­sto­rię raka, żeby nadać kształt tej zmien­no­kształt­nej cho­ro­bie, z któ­rą po­sta­no­wi­łem się zmie­rzyć. Się­ga­łem do prze­szło­ści, żeby rzu­cić świa­tło na te­raź­niej­szość. Osa­mot­nie­nie i wście­kłość, któ­re ogar­nia­ją trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­nią ko­bie­tę cho­rą na raka pier­si w III stop­niu za­awan­so­wa­nia, po­wta­rza­ją jak echo uczu­cia zna­ne już w sta­ro­żyt­no­ści: Atos­sa, kró­lo­wa per­ska5, owi­ja­ła cho­rą pierś, by ukryć ją przed ludz­kim wzro­kiem, aż wresz­cie, w na­pa­dzie de­struk­cyj­nej i pro­ro­czej fu­rii, ka­za­ła nie­wol­ni­ko­wi od­ciąć tę pierś no­żem. Pra­gnie­nie pew­nej pa­cjent­ki, by am­pu­to­wać so­bie brzuch pe­łen prze­rzu­tów – „żeby ab­so­lut­nie nic nie zo­sta­ło”, jak to uję­ła – przy­wo­dzi na myśl opę­ta­ne­go per­fek­cjo­ni­zmem dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­go chi­rur­ga Wil­lia­ma Hal­ste­da, któ­ry ocio­sy­wał cia­ła pa­cjen­tów z raka, prze­pro­wa­dza­jąc co­raz roz­le­glej­sze i co­raz bar­dziej de­for­mu­ją­ce ope­ra­cje w na­dziei, że im wię­cej się usu­nie, tym le­piej się wy­le­czy.

Pod me­dycz­ny­mi, kul­tu­ro­wy­mi i me­ta­fo­rycz­ny­mi in­ter­pre­ta­cja­mi raka przez całe wie­ki kry­ło się bio­lo­gicz­ne ro­zu­mie­nie cho­ro­by – ro­zu­mie­nie, któ­re zmie­nia­ło kształt, czę­sto ra­dy­kal­nie, z de­ka­dy na de­ka­dę. Jak wie­my dzi­siaj, rak to cho­ro­ba wy­wo­ła­na nie­kon­tro­lo­wa­nym roz­wo­jem po­je­dyn­czej ko­mór­ki. Przy­czy­ną tego roz­wo­ju są pew­ne spe­cy­ficz­ne mu­ta­cje (zmia­ny w DNA), któ­re po­wo­du­ją nie­po­wstrzy­ma­ne na­mna­ża­nie się ko­mór­ki. Po­dzia­łem i śmier­cią zdro­wej ko­mór­ki za­wia­du­ją po­tęż­ne me­cha­ni­zmy ge­ne­tycz­ne. W przy­pad­ku ko­mór­ki ra­ko­wej te me­cha­ni­zmy są po­psu­te – w re­zul­ta­cie ko­mór­ka nie może prze­stać się dzie­lić.

Fakt, że owa po­zor­nie pro­sta pro­ce­du­ra – nie­uzna­ją­cy żad­nych prze­szkód roz­rost tkan­ki – może sta­no­wić sed­no tej sur­re­ali­stycz­nej, wie­lo­wy­mia­ro­wej cho­ro­by, świad­czy o tym, jak nie­po­ję­ta moc tkwi w me­cha­ni­zmie roz­wo­ju ko­mó­rek. Dzię­ki ich po­dzia­ło­wi czło­wiek jako or­ga­nizm ro­śnie i się roz­wi­ja, przy­sto­so­wu­je się do śro­do­wi­ska, wra­ca do sie­bie po cho­ro­bie – sło­wem, żyje. Kie­dy pro­ces po­dzia­łu ko­mó­rek ule­ga wy­pa­cze­niu i prze­sta­ją go po­wścią­gać ja­kie­kol­wiek ba­rie­ry, tkan­ki no­wo­two­ro­we ro­sną, roz­wi­ja­ją się, przy­sto­so­wu­ją do śro­do­wi­ska, po­tra­fią się bro­nić i na­pra­wiać, gdy zo­sta­ną za­ata­ko­wa­ne. Żyją kosz­tem na­sze­go ży­cia. Ko­mór­ki raka po­tra­fią się mno­żyć szyb­ciej niż nor­mal­ne i prę­dzej ad­ap­to­wać do no­wych wa­run­ków. Są do­sko­nal­szą wer­sją nas sa­mych.

Se­kret wal­ki z ra­kiem po­le­ga za­tem na zna­le­zie­niu spo­so­bu, by za­po­bie­gać wy­stę­po­wa­niu mu­ta­cji w po­dat­nych na nie ko­mór­kach, lub też na zna­le­zie­niu me­to­dy eli­mi­na­cji zmu­to­wa­nych ko­mó­rek bez szko­dy dla roz­wo­ju zdro­wych. Zwię­złość po­wyż­szych słów ra­żą­co kon­tra­stu­je z ogro­mem opi­sa­ne­go nimi za­da­nia. Roz­rost zło­śli­wy i nor­mal­ny roz­wój są pod wzglę­dem ge­ne­tycz­nym tak nie­ro­ze­rwal­nie złą­czo­ne, że roz­plą­ta­nie ich to być może jed­no z naj­więk­szych na­uko­wych wy­zwań dla ludz­ko­ści. Rak jest wbu­do­wa­ny w nasz ge­nom: geny, któ­re za­kłó­ca­ją nor­mal­ny po­dział ko­mó­rek, nie są w na­szych cia­łach czymś ob­cym, lecz zmu­to­wa­ny­mi, znie­kształ­co­ny­mi wer­sja­mi tych sa­mych ge­nów, któ­re peł­nią naj­istot­niej­sze funk­cje ko­mór­ko­we. Rak jest rów­nież trwa­le wpi­sa­ny w na­sze spo­łe­czeń­stwo: jako ga­tu­nek sta­le zwięk­sza­my dłu­gość ży­cia, co nie­uchron­nie wy­wo­łu­je zło­śli­wy roz­wój ko­mó­rek (mu­ta­cje on­ko­ge­nów aku­mu­lu­ją się z wie­kiem; rak za­tem nie­uchron­nie łą­czy się z pro­ce­sem sta­rze­nia). Dą­ży­my do nie­śmier­tel­no­ści i do tego sa­me­go celu – choć brzmi to dość prze­wrot­nie – dążą ko­mór­ki ra­ko­we.

Ta­jem­ni­cą po­zo­sta­je, jak do­kład­nie przy­szłe po­ko­le­nia mia­ły­by roz­dzie­lić sple­cio­ne ze sobą pro­ce­sy roz­wo­ju nor­mal­ne­go i zło­śli­we­go. („Wszech­świat – jak lu­bił ma­wiać dwu­dzie­sto­wiecz­ny bio­log J. B. S. Hal­da­ne – jest nie tyl­ko dziw­niej­szy, niż my­śli­my, ale dziw­niej­szy, niż w ogó­le umie­my po­my­śleć”6 – i to samo od­no­si się do toku roz­wo­ju na­uki). Jed­no jest pew­ne: nie­za­leż­nie od tego, jak po­to­czy się hi­sto­ria, bę­dzie w niej tkwi­ło nie­usu­wal­ne ją­dro prze­szło­ści. Bę­dzie to hi­sto­ria po­my­sło­wo­ści, od­por­no­ści i nie­ugię­to­ści wo­bec tego, co ktoś na­zwał naj­bar­dziej „bez­li­to­snym i zdra­dli­wym wro­giem” spo­śród ludz­kich cho­rób. Ale bę­dzie to rów­nież hi­sto­ria py­chy, aro­gan­cji, pro­tek­cjo­nal­no­ści, po­my­łek, płon­nych na­dziei i szu­mu me­dial­ne­go – a wszyst­ko to prze­ciw­ko cho­ro­bie, któ­rą za­le­d­wie trzy­dzie­ści lat temu okrzyk­nię­to „ule­czal­ną” w per­spek­ty­wie naj­bliż­szych kil­ku lat.

*

W pra­wie pu­stej sali szpi­tal­nej wen­ty­lo­wa­nej ja­ło­wym po­wie­trzem Car­la to­czy­ła wła­sną wal­kę z ra­kiem. Kie­dy wsze­dłem, sie­dzia­ła na łóż­ku, dziw­nie spo­koj­na, i pi­sa­ła coś w no­te­sie. („Ale co ja ta­kie­go mo­głam pi­sać? – pró­bo­wa­ła so­bie póź­niej przy­po­mnieć. – Po pro­stu za­pi­sy­wa­łam w kół­ko te same my­śli”). Po chwi­li do sali wpa­dła z im­pe­tem jej mat­ka, pro­sto z lot­ni­ska po noc­nym lo­cie, z ocza­mi za­czer­wie­nio­ny­mi od pła­czu i zmę­cze­nia. Usia­dła w mil­cze­niu na krze­śle pod oknem i za­czę­ła się ko­ły­sać w przód i w tył. Per­so­nel wo­kół Car­li krzą­tał się tak szyb­ko, że po­sta­ci nie­mal roz­ma­zy­wa­ły się w oczach: pie­lę­gniar­ki przy­no­si­ły i wy­no­si­ły róż­ne pły­ny, re­zy­den­ci wkła­da­li far­tu­chy i ma­ski, na sto­ja­kach wie­sza­no kro­plów­ki z an­ty­bio­ty­ka­mi.

Wy­tłu­ma­czy­łem całą sy­tu­ację naj­le­piej, jak umia­łem. Car­lę cze­kał dzień wy­peł­nio­ny po­bie­ra­niem pró­bek, któ­re tra­fią do kil­ku la­bo­ra­to­riów. Po­bio­rę jej szpik. Pa­to­lo­dzy prze­pro­wa­dzą ko­lej­ne ba­da­nia. Ale ze wstęp­ne­go roz­po­zna­nia wy­ni­ka, że Car­la cier­pi na ALL – ostrą bia­łacz­kę lim­fo­bla­stycz­ną. To no­wo­twór wy­stę­pu­ją­cy głów­nie u dzie­ci, a u do­ro­słych bar­dzo rzad­ko. I, co waż­ne – tu spoj­rza­łem Car­li w oczy i zro­bi­łem krót­ką pau­zę dla więk­sze­go efek­tu – czę­sto jest wy­le­czal­ny.

Wy­le­czal­ny. Sły­sząc to, Car­la ski­nę­ła gło­wą, a w jej oczach po­ja­wił się wy­raz więk­sze­go sku­pie­nia. W po­wie­trzu wi­sia­ły nie­unik­nio­ne py­ta­nia: W ja­kim stop­niu wy­le­czal­ny? Ja­kie są szan­se prze­ży­cia? Jak dłu­gie to bę­dzie le­cze­nie? Po­da­łem sza­cun­ko­we dane. Po po­twier­dze­niu dia­gno­zy na­tych­miast roz­pocz­nie­my che­mio­te­ra­pię, któ­ra po­trwa po­nad rok. Szan­se Car­li na wy­zdro­wie­nie wy­no­szą mniej wię­cej trzy­dzie­ści pro­cent, czy­li pra­wie jak je­den do trzech.

Roz­ma­wia­li­śmy go­dzi­nę, może tro­chę dłu­żej. Była te­raz dzie­wią­ta trzy­dzie­ści rano. W dole, pod nami, mia­sto cał­kiem się roz­bu­dzi­ło. Gdy wy­cho­dzi­łem z sali, za­nim za­mknę­ły się za mną drzwi, po­dmuch po­wie­trza wy­pchnął mnie na ze­wnątrz, a Car­lę od­ciął od świa­ta.

CZĘŚĆ PIERWSZA

„Z CZARNEJ ŻÓŁCI, BEZ WYRZUTU”

– W roz­wią­zy­wa­niu tego typu pro­ble­mów naj­waż­niej­szą umie­jęt­no­ścią jest „ro­zu­mo­wa­nie wstecz”. To wy­jąt­ko­wo przy­dat­na zdol­ność, a przy tym nie­zwy­kle pro­sta, lecz obec­nie lu­dzie bar­dzo mało po­świę­ca­ją temu uwa­gi7.

Sher­lock Hol­mes w Stu­dium w szkar­ła­cie Ar­thu­ra Co­nan Doy­le’a

„Ropienie krwi”

We­zwa­no Sła­wy Me­dy­cy­ny,

Któ­re, po­braw­szy Znacz­ne Sumy,

Orze­kły: „Gor­sze to od Dżu­my!

Na­sza Dia­gno­za nie­omyl­na Brzmi: Me­dy­cy­na jest Bez­sil­na8.

Hi­la­ire Bel­loc

Ła­go­dze­nie jej ob­ja­wów i cier­pie­nia to na­sze co­dzien­ne za­da­nie, jej wy­le­cze­nie – na­sza żar­li­wa na­dzie­ja9.

Wil­liam Ca­stle o bia­łacz­ce, rok 1950

Pew­ne­go gru­dnio­we­go ran­ka 1947 roku w Bo­sto­nie, w pach­ną­cym wil­go­cią la­bo­ra­to­rium, mie­rzą­cym czte­ry me­try na sześć, Sid­ney Far­ber nie­cier­pli­wie wy­cze­ki­wał pacz­ki z No­we­go Jor­ku10. Jego „la­bo­ra­to­rium” było nie­wie­le więk­szym od za­ple­cza ap­te­ki, sła­bo wie­trzo­nym po­miesz­cze­niem ukry­tym w su­te­re­nie Chil­dren’s Ho­spi­tal (Szpi­ta­la Dzie­cię­ce­go). Kil­ka­na­ście me­trów wy­żej od­dzia­ły za­czy­na­ły tęt­nić ak­tyw­no­ścią. Dzie­ci w bia­łych ko­szu­lach rzu­ca­ły się nie­spo­koj­nie na wą­skich że­la­znych łóż­kach. Le­ka­rze i pie­lę­gniar­ki od­wie­dza­li ko­lej­ne sale, spraw­dza­li kar­ty, wy­da­wa­li po­le­ce­nia i wy­dzie­la­li le­kar­stwa. La­bo­ra­to­rium Far­be­ra, skład che­mi­ka­liów w szkla­nych sło­jach po­łą­czo­ny z głów­ną czę­ścią szpi­ta­la la­bi­ryn­tem lo­do­wa­to zim­nych ko­ry­ta­rzy, zia­ło pust­ką i apa­tią. W po­wie­trzu uno­sił się ostry za­pach for­ma­li­ny. Tu­taj nie było pa­cjen­tów, tyl­ko ich cia­ła i prób­ki tka­nek do­star­cza­ne do au­top­sji i ba­dań. Far­ber był pa­to­lo­giem. Jego pra­ca po­le­ga­ła na pre­pa­ro­wa­niu otrzy­ma­nych pró­bek, prze­pro­wa­dza­niu au­top­sji, iden­ty­fi­ka­cji ko­mó­rek i dia­gno­zo­wa­niu cho­rób – ale nie na le­cze­niu pa­cjen­tów.

Spe­cja­li­zo­wał się w pa­to­lo­gii pe­dia­trycz­nej11. Bli­sko dwa­dzie­ścia lat spę­dził w tych pod­ziem­nych po­miesz­cze­niach, ślę­cząc ob­se­syj­nie przy oku­la­rze mi­kro­sko­pu. Za­ra­zem piął się po szcze­blach ka­rie­ry: zo­stał kie­row­ni­kiem od­dzia­łu pa­to­lo­gii Chil­dren’s Ho­spi­tal. W koń­cu jed­nak pa­to­lo­gia, dys­cy­pli­na zaj­mu­ją­ca się ra­czej zmar­ły­mi niż ży­wy­mi, za­czę­ła mu się wy­da­wać su­chą ga­łę­zią me­dy­cy­ny. Miał już do­syć przy­glą­da­nia się cho­ro­bom z boku i bra­ku kon­tak­tu z ży­wy­mi pa­cjen­ta­mi. Tkan­ki i ko­mór­ki go nu­dzi­ły. Czuł się jak w po­trza­sku, tak jak­by ktoś za­mknął go w jego wła­snej ko­lek­cji sło­jów z for­ma­li­ną.

Zde­cy­do­wał się więc do­ko­nać ra­dy­kal­nej za­wo­do­wej zmia­ny. Za­miast pa­trzeć na nie­ru­cho­me prób­ki za­mknię­te pod szkieł­kiem, po­sta­no­wił spró­bo­wać włą­czyć się w ży­cie kli­ni­ki na wyż­szych pię­trach – ze świa­ta ogra­ni­czo­ne­go do mi­kro­sko­pij­nych wy­mia­rów, któ­ry znał na wy­lot, za­mie­rzał przejść do wie­lo­krot­nie po­więk­szo­ne­go świa­ta pa­cjen­tów i cho­rób. Wie­dzę zdo­by­tą w toku dłu­go­let­nich ba­dań pa­to­lo­gicz­nych chciał wy­ko­rzy­stać do opra­co­wa­nia no­wych spo­so­bów le­cze­nia pa­cjen­tów. Pacz­ka z No­we­go Jor­ku za­wie­ra­ła kil­ka fio­lek żół­tej kry­sta­licz­nej sub­stan­cji zwa­nej ami­nop­te­ry­ną. Na ad­res la­bo­ra­to­rium w Bo­sto­nie zo­sta­ła wy­sła­na dla­te­go, że po­ja­wi­ła się ni­kła na­dzie­ja, że może ona za­ha­mo­wać roz­wój bia­łacz­ki dzie­cię­cej.

*

Gdy­by Far­ber za­py­tał któ­re­go­kol­wiek spo­śród pe­dia­trów krą­żą­cych po od­dzia­łach kil­ka pię­ter wy­żej, czy praw­do­po­dob­ne jest stwo­rze­nie leku na bia­łacz­kę, w od­po­wie­dzi usły­szał­by, że naj­roz­sąd­niej by­ło­by w ogó­le nie za­wra­cać so­bie nim gło­wy. Bia­łacz­ka dzie­cię­ca fa­scy­no­wa­ła, kon­fun­do­wa­ła i fru­stro­wa­ła le­ka­rzy od po­nad stu lat. Dro­bia­zgo­wo ją ana­li­zo­wa­no, kla­sy­fi­ko­wa­no i opi­sy­wa­no. W książ­kach za­peł­nia­ją­cych pół­ki w Chil­dren’s Ho­spi­tal, opraw­nych w skó­rę i pach­ną­cych stę­chli­zną – Pa­tho­lo­gy An­der­so­na czy Pa­tho­lo­gy of In­ter­nal Di­se­ases [Pa­to­lo­gii cho­rób we­wnętrz­nych] Boy­da – bia­łacz­ce po­świę­co­no mnó­stwo miej­sca. Ca­ło­stro­ni­co­wym ilu­stra­cjom ko­mó­rek to­wa­rzy­szy­ły roz­bu­do­wa­ne tak­so­no­mie, by stwo­rzyć jak naj­do­kład­niej­szy opis owych ko­mó­rek. Ale cały ten ogrom wie­dzy je­dy­nie po­tę­go­wał po­czu­cie bez­sil­no­ści me­dy­cy­ny. Bia­łacz­ka sta­ła się przed­mio­tem ja­ło­wej fa­scy­na­cji – eks­po­na­tem z mu­zeum fi­gur wo­sko­wych: czymś szcze­gó­ło­wo ob­fo­to­gra­fo­wa­nym i opi­sa­nym, ale ta bo­ga­ta do­ku­men­ta­cja nie przy­no­si­ła żad­ne­go po­żyt­ku w le­cze­niu. Dzię­ki temu, jak wspo­mi­nał pe­wien on­ko­log, „le­ka­rze nie na­rze­ka­li na brak te­ma­tów dys­ku­sji na ze­bra­niach i kon­fe­ren­cjach. Tyl­ko że pa­cjen­ci nic z tego nie mie­li”12. Gdy do szpi­ta­la tra­fiał pa­cjent cho­ry na ostrą bia­łacz­kę, wzbu­dzał duże emo­cje. Jego przy­pa­dek oma­wia­no z pro­fe­sor­ską po­wa­gą na od­pra­wach, po czym, jak su­cho od­no­to­wa­ło jed­no z pism me­dycz­nych, pa­cjen­ta „dia­gno­zo­wa­no, prze­ta­cza­no mu krew – i od­sy­ła­no go do domu, żeby tam umarł”13.

Ba­da­nia nad bia­łacz­ką grzę­zły w nie­zro­zu­mie­niu i roz­pa­czy, od­kąd cho­ro­ba ta zo­sta­ła od­kry­ta. 19 mar­ca 1845 roku szkoc­ki le­karz John Ben­nett opi­sał nie­zwy­kły przy­pa­dek dwu­dzie­sto­ośmio­let­nie­go de­ka­rza, któ­ry zgło­sił się do nie­go z ta­jem­ni­czo po­więk­szo­ną śle­dzio­ną. „Ma ciem­ną kar­na­cję – opi­sał pa­cjen­ta Ben­nett – za­zwy­czaj zdrów i rów­ne­go uspo­so­bie­nia; [mówi, że] dwa­dzie­ścia mie­się­cy temu za­czę­ły mu do­ku­czać sta­ny wiel­kie­go zmę­cze­nia po wy­sił­ku i że utrzy­mu­ją się one do dzi­siaj. W czerw­cu ubie­głe­go roku za­uwa­żył po le­wej stro­nie brzu­cha guz, któ­ry stop­nio­wo rósł. Od czte­rech mie­się­cy jego roz­miar się nie zmie­nia”14.

Guz de­ka­rza osią­gnął może osta­tecz­ną fazę wzro­stu, ale pro­ble­my zdro­wot­ne męż­czy­zny za­czę­ły się na­war­stwiać. W cią­gu kil­ku ko­lej­nych ty­go­dni Ben­nett ob­ser­wo­wał u pa­cjen­ta ob­jaw za ob­ja­wem – go­rącz­kę, krwa­wie­nie, na­głe ata­ki bólu brzu­cha – po­cząt­ko­wo spo­ra­dycz­ne, ale póź­niej co­raz częst­sze, tak jak­by je­den atak go­nił dru­gi. Wkrót­ce de­karz był bli­ski śmier­ci, a w jego pa­chach, pa­chwi­nach i na szyi po­ja­wia­ły się ko­lej­ne guzy. Le­czo­no go za po­mo­cą zwy­cza­jo­we­go w ta­kich wy­pad­kach przy­sta­wia­nia pi­ja­wek i po­da­wa­nia środ­ków na prze­czysz­cze­nie. Bez­sku­tecz­nie. Po prze­pro­wa­dzo­nej kil­ka ty­go­dni póź­niej au­top­sji Ben­nett był prze­ko­na­ny, że zna­lazł przy­czy­nę cho­ro­by zmar­łe­go pa­cjen­ta. W jego krwi było peł­no bia­łych krwi­nek. (Bia­łe krwin­ki, głów­ny skład­nik ropy, sy­gna­li­zu­ją za­zwy­czaj re­ak­cję or­ga­ni­zmu na in­fek­cję, Ben­nett wy­wnio­sko­wał za­tem, że de­karz był czymś za­ka­żo­ny). „Przed­sta­wio­ny przy­pa­dek wy­da­je mi się wy­jąt­ko­wo war­to­ścio­wy – pi­sał z dużą dozą pew­no­ści sie­bie – po­nie­waż po­słu­ży za do­wód ist­nie­nia praw­dzi­wej ropy, po­wsta­ją­cej uni­wer­sal­nie w ukła­dzie na­czy­nio­wym”15 I.

By­ło­by to wy­ja­śnie­nie w peł­ni za­do­wa­la­ją­ce, tyle że Ben­nett nie po­tra­fił zna­leźć źró­dła, z któ­re­go wy­pły­wa­ła­by ropa. Pod­czas ne­krop­sji sta­ran­nie zba­dał zwło­ki, uważ­nie przy­glą­da­jąc się tkan­kom i na­rzą­dom w po­szu­ki­wa­niu śla­dów rop­nia lub rany. Ale poza ropą nie zna­lazł żad­nych oznak za­ka­że­nia. Wy­glą­da­ło na to, że krew ze­psu­ła się – zro­pia­ła – sa­mo­ist­nie; spon­ta­nicz­nie prze­kształ­ci­ła się w ropę. Ben­nett na­zwał ten przy­pa­dek „ro­pie­niem krwi”. I na tym za­mknął te­mat.

Oczy­wi­ście my­lił się w kwe­stii spon­ta­nicz­ne­go „ro­pie­nia” krwi. Nie­ca­łe czte­ry mie­sią­ce po tym, jak opi­sał cho­ro­bę de­ka­rza, inny me­dyk, Ru­dolf Vir­chow, dwu­dzie­stocz­te­ro­let­ni ba­dacz z Nie­miec, nie­za­leż­nie opu­bli­ko­wał spra­woz­da­nie z przy­pad­ku ude­rza­ją­co po­dob­ne­go do przy­pad­ku Ben­net­ta16. Pa­cjent­ką Vir­cho­wa była pięć­dzie­się­cio­kil­ku­let­nia ku­char­ka. W jej krwi agre­syw­nie na­mno­ży­ły się bia­łe krwin­ki, two­rząc gę­ste zło­gi w śle­dzio­nie. Praw­do­po­dob­nie pod­czas au­top­sji pa­to­lo­dzy nie po­trze­bo­wa­li na­wet mi­kro­sko­pu, by zi­den­ty­fi­ko­wać gru­bą, mlecz­no­bia­łą war­stwę bia­łych krwi­nek przy­kry­wa­ją­cą czer­wo­ną ciecz.

Vir­chow sły­szał o przy­pad­ku Ben­net­ta, ale nie miał prze­ko­na­nia do jego teo­rii. Uwa­żał, iż nie ma żad­ne­go po­wo­du, żeby krew spon­ta­nicz­nie prze­kształ­ca­ła się w co­kol­wiek in­ne­go. Nur­to­wa­ły go też nie­zwy­kłe ob­ja­wy: czym wy­ja­śnić bar­dzo po­więk­szo­ną śle­dzio­nę i brak rany lub in­ne­go źró­dła ropy w cie­le? Za­czął roz­wa­żać moż­li­wość, że może to sama krew była cho­ra. Nie mógł zna­leźć spój­ne­go wy­ja­śnie­nia dla tej cho­ro­by, a że mu­siał ją ja­koś na­zwać, zde­cy­do­wał się na na­zwę we­ißes Blut – „bia­ła krew”17 – czy­li po pro­stu do­słow­ny opis mi­lio­nów bia­łych ko­mó­rek, któ­re zo­ba­czył pod mi­kro­sko­pem. W 1847 roku zmie­nił tę na­zwę na brzmią­cą bar­dziej ucze­nie Leu­kämie – od grec­kie­go sło­wa leu­kos, „bia­ły”.

*

Zmia­na na­zwy cho­ro­by – z ob­ra­zo­wej „ro­pie­nie krwi” na pro­za­icz­ną we­ißes Blut – nie spra­wia może wra­że­nia aktu na­uko­we­go ge­niu­szu, ale wy­war­ła ol­brzy­mi wpływ na ro­zu­mie­nie bia­łacz­ki. Cho­ro­ba w mo­men­cie od­kry­cia jest pla­stycz­ną ideą, cie­plar­nia­nym kwia­tem – czymś ogrom­nie, nie­pro­por­cjo­nal­nie za­leż­nym od nazw i kla­sy­fi­ka­cji. (Po­nad sto lat póź­niej, na po­cząt­ku lat osiem­dzie­sią­tych XX wie­ku, inna zmia­na na­zwy – z GRID [gay-re­la­ted im­mu­ne di­se­ase – ze­spół nie­do­bo­ru od­por­no­ści ge­jów] na AIDS [acqu­ired im­mu­no­de­fi­cien­cy syn­dro­me – ze­spół na­by­te­go nie­do­bo­ru od­por­no­ści] – świad­czy­ła o fun­da­men­tal­nej zmia­nie w poj­mo­wa­niu tej cho­ro­by18 II… Po­dob­nie jak Ben­nett, Vir­chow nie ro­zu­miał bia­łacz­ki, ale w od­róż­nie­niu od nie­go wca­le nie uda­wał, że ją ro­zu­mie. Jego wkład w roz­wój ba­dań nad tą cho­ro­bą po­le­gał na za­ne­go­wa­niu do­tych­cza­so­wej wie­dzy. Za­kwe­stio­no­wał wszyst­kie do­tych­cza­so­we za­ło­że­nia, dzię­ki cze­mu oczy­ścił pole na­stęp­com, dał im moż­li­wość pod­ję­cia do­cie­kań cał­ko­wi­cie od nowa.

Skrom­ność no­wej na­zwy (i zwią­za­na z nią skrom­ność w za­kre­sie ro­zu­mie­nia przy­czyn cho­ro­by) do­sko­na­le ilu­stru­je po­dej­ście Vir­cho­wa do me­dy­cy­ny19. Jako mło­dy pro­fe­sor na uni­wer­sy­te­cie w Würz­bur­gu wsła­wił się z cza­sem osią­gnię­cia­mi znacz­nie więk­szy­mi niż na­zwa­nie bia­łacz­ki. Z wy­kształ­ce­nia był pa­to­lo­giem, lecz za­an­ga­żo­wał się w przed­się­wzię­cie, któ­re­mu miał po­świę­cić całe ży­cie: stwo­rze­nie opi­su ludz­kich cho­rób bio­rą­ce­go za punkt wyj­ścia jed­nost­kę, jaką jest ko­mór­ka.

To przed­się­wzię­cie zro­dzi­ło się z fru­stra­cji. Vir­chow wszedł do świa­ta me­dy­cy­ny na po­cząt­ku lat czter­dzie­stych XIX wie­ku, kie­dy nie­mal wszyst­kie cho­ro­by przy­pi­sy­wa­no dzia­ła­niu ja­kiejś nie­wi­dzial­nej siły: mia­zma­tom, neu­ro­zom, nad­mia­ro­wi szko­dli­wych hu­mo­rów i hi­ste­rii. Po­nie­waż nie ro­zu­miał tego, cze­go nie wi­dać, z re­wo­lu­cyj­nym za­pa­łem rzu­cił się na to, co moż­na było zo­ba­czyć – ko­mór­ki pod mi­kro­sko­pem. W 1839 roku bo­ta­nik Mat­thias Schle­iden i fi­zjo­log The­odor Schwann, obaj pra­cu­ją­cy w Niem­czech, ogło­si­li tezę, że wszyst­kie or­ga­ni­zmy żywe są zbu­do­wa­ne z pod­sta­wo­wych ele­men­tów zwa­nych ko­mór­ka­mi. Vir­chow za­po­ży­czył i roz­bu­do­wał tę myśl: za cel po­sta­wił so­bie stwo­rze­nie „ko­mór­ko­wej teo­rii” bio­lo­gii czło­wie­ka na ba­zie dwóch pod­sta­wo­wych za­ło­żeń. Po pierw­sze, że or­ga­nizm czło­wie­ka (po­dob­nie jak or­ga­ni­zmy wszyst­kich zwie­rząt i ro­ślin) zbu­do­wa­ny jest z ko­mó­rek. Po dru­gie, że ko­mór­ki po­wsta­ją wy­łącz­nie z in­nych ko­mó­rek: jak to ujął, omnis cel­lu­la e cel­lu­la, czy­li każ­da ko­mór­ka [po­wsta­je] z ko­mór­ki.

Te dwa za­ło­że­nia wy­da­ją się może ba­nal­ne, ale dzię­ki nim Vir­chow wy­su­nął nie­zwy­kle istot­ną hi­po­te­zę do­ty­czą­cą na­tu­ry roz­wo­ju czło­wie­ka. Sko­ro ko­mór­ki po­wsta­ją wy­łącz­nie z in­nych ko­mó­rek, to roz­wój może za­cho­dzić tyl­ko na dwa spo­so­by: albo przez zwięk­sze­nie licz­by ko­mó­rek, albo przez zwięk­sze­nie ich ob­ję­to­ści. Vir­chow na­zwał te dwa część pierw­sza: „z czar­nej żół­ci, bez wy­rzu­tu” spo­so­by hi­per­pla­zją i hi­per­tro­fią. W przy­pad­ku hi­per­tro­fii licz­ba ko­mó­rek się nie zmie­nia: każ­da ko­mór­ka je­dy­nie zwięk­sza roz­miar, tak jak na­dmu­chi­wa­ny ba­lon. W przy­pad­ku hi­per­pla­zji zaś roz­wój po­le­ga na tym, że zwięk­sza się l i c z b a ko­mó­rek. Każ­dą ludz­ką tkan­kę moż­na opi­sać w ka­te­go­riach hi­per­tro­fii i hi­per­pla­zji. U do­ro­słych osob­ni­ków zwie­rząt roz­wój tkan­ki tłusz­czo­wej i mię­śnio­wej do­ko­nu­je się zwy­kle na za­sa­dzie hi­per­tro­fii. Z ko­lei wą­tro­ba, krew, je­li­ta i skó­ra roz­wi­ja­ją się na za­sa­dzie hi­per­pla­zji: z każ­dej ko­mór­ki po­wsta­ją ko­lej­ne, a z nich ko­lej­ne i ko­lej­ne – omnis cel­lu­la e cel­lu­la e cel­lu­la.

To prze­ko­nu­ją­ce wy­ja­śnie­nie umoż­li­wi­ło zro­zu­mie­nie nie tyl­ko roz­wo­ju nor­mal­ne­go, ale tak­że pa­to­lo­gicz­ne­go. Roz­wój pa­to­lo­gicz­ny, tak samo jak nor­mal­ny, może się do­ko­ny­wać albo w pro­ce­sie hi­per­tro­fii, albo hi­per­pla­zji. Mię­sień ser­co­wy zmu­szo­ny do na­ci­ska­nia na za­blo­ko­wa­ne uj­ście aor­ty czę­sto ad­ap­tu­je się do sy­tu­acji w ten spo­sób, że każ­da jego ko­mór­ka się po­więk­sza, by dys­po­no­wać więk­szą siłą, cze­go osta­tecz­nym re­zul­ta­tem bywa ser­ce tak prze­ro­śnię­te, że nie­zdol­ne do nor­mal­ne­go funk­cjo­no­wa­nia – to wła­śnie jest przy­kład pa­to­lo­gicz­nej hi­per­tro­fii.

Co istot­ne dla na­szej hi­sto­rii, Vir­chow szyb­ko od­krył też naj­waż­niej­szą spo­śród cho­rób spo­wo­do­wa­nych pa­to­lo­gicz­ną hi­per­pla­zją – raka. Oglą­da­jąc pod mi­kro­sko­pem zmia­ny no­wo­two­ro­we, za­ob­ser­wo­wał nie­kon­tro­lo­wa­ne na­mna­ża­nie się ko­mó­rek, roz­wój, któ­ry cza­sa­mi spra­wiał wra­że­nie, jak­by kie­ro­wał się wła­sną wolą ży­cia, tak jak­by ko­mór­ki zo­sta­ły opę­ta­ne no­wym, ta­jem­ni­czym po­pę­dem roz­mna­ża­nia i wzro­stu. To nie był bo­wiem roz­wój nor­mal­ny, tyl­ko w nie­zna­nej do­tąd po­sta­ci. Mimo nie­świa­do­mo­ści kie­ru­ją­ce­go tym me­cha­ni­zmu Vir­chow pro­ro­czo na­zwał go n e o p l a z j ą – roz­wo­jem no­wym, nie­wy­tłu­ma­czal­nym, wy­pa­czo­nym. Sło­wo to bę­dzie się póź­niej sta­le prze­wi­jać w hi­sto­rii rakaIII.

Do roku 1902, kie­dy zmarł Vir­chow, te wszyst­kie ob­ser­wa­cje po­wo­li zło­ży­ły się w nową teo­rię raka. Jest to cho­ro­ba po­le­ga­ją­ca na pa­to­lo­gicz­nej hi­per­pla­zji, wy­ni­ka­ją­cej stąd, że ko­mór­ki zy­sku­ją au­to­no­micz­ną wolę po­dzia­łu. Wsku­tek aber­ra­cyj­ne­go, nie­kon­tro­lo­wa­ne­go po­dzia­łu ko­mó­rek two­rzą się na­war­stwie­nia tkan­ki (guzy) ata­ku­ją­ce na­rzą­dy i nisz­czą­ce zdro­wą tkan­kę. Guzy mogą się po­ja­wiać w wię­cej niż jed­nym miej­scu, do­ko­nu­jąc tak zwa­nych prze­rzu­tów do od­le­głych czę­ści cia­ła, na przy­kład do ko­ści, mó­zgu czy płuc. Moż­na wy­róż­nić wie­le po­sta­ci raka – raka pier­si, żo­łąd­ka, skó­ry, szyj­ki ma­ci­cy, róż­ne od­mia­ny bia­łacz­ki, chło­nia­ków i tak da­lej. Ale wszyst­kie one mają ze sobą wie­le wspól­ne­go na po­zio­mie ko­mór­ko­wym. W przy­pad­ku każ­dej z nich ko­mór­ki zy­ska­ły tę samą ce­chę: pęd do nie­kon­tro­lo­wa­ne­go, pa­to­lo­gicz­ne­go po­dzia­łu.

Wy­po­sa­że­ni w tę wie­dzę pa­to­lo­dzy, któ­rzy ba­da­li bia­łacz­kę pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku, wró­ci­li do prac Vir­cho­wa. Bia­łacz­ka nie była ro­pie­niem krwi, lecz jej n e o p l a z j ą. Z po­prze­dza­ją­cej opis Vir­cho­wa fan­ta­zji Ben­net­ta zro­dzi­ło się całe mnó­stwo fan­ta­zji na­uko­wych, a ba­da­cze po­dej­mo­wa­li po­szu­ki­wa­nia (uwień­czo­ne suk­ce­sa­mi, a jak­że) wszel­kie­go ro­dza­ju nie­wi­dzial­nych pa­so­ży­tów i bak­te­rii za­lud­nia­ją­cych ko­mór­ki bia­łacz­ki20. Kie­dy pa­to­lo­dzy prze­sta­li wresz­cie szu­kać przy­czyn in­fek­cji, a skon­cen­tro­wa­li się na sa­mej cho­ro­bie, od­kry­li oczy­wi­ste ana­lo­gie mię­dzy ko­mór­ka­mi bia­łacz­ki a ko­mór­ka­mi in­nych no­wo­two­rów. Bia­łacz­ka była zło­śli­wym na­mna­ża­niem się bia­łych krwi­nek we krwi – ra­kiem w po­sta­ci nie­sta­łej, płyn­nej.

Od mo­men­tu do­ko­na­nia tej istot­nej ob­ser­wa­cji ba­da­nia nad bia­łacz­ką na­gle przy­spie­szy­ły i zy­ska­ły na kla­row­no­ści. Już na po­cząt­ku XX wie­ku było ja­sne, że cho­ro­ba wy­stę­pu­je w kil­ku po­sta­ciach. Mo­gła przyj­mo­wać po­stać prze­wle­kłą i nie­mra­wą, po­wo­li zaj­mo­wać szpik kost­ny i śle­dzio­nę, jak w przy­pad­ku opi­sa­nym przez Vir­cho­wa (ten typ bia­łacz­ki na­zwa­no póź­niej prze­wle­kłą). Mo­gła mieć rów­nież po­stać ostrą i gwał­tow­ną, nie­mal spra­wiać wra­że­nie cał­kiem in­nej cho­ro­by, ob­ja­wia­ją­cej się okre­sa­mi go­rącz­ki, na­gły­mi krwa­wie­nia­mi i bły­ska­wicz­nym na­mna­ża­niem się ko­mó­rek – tak jak u pa­cjen­ta Ben­net­ta.

Ten dru­gi typ bia­łacz­ki, zwa­ny ostrą, dzie­li się na dwa dal­sze pod­ty­py, a kry­te­rium jest ro­dzaj ko­mór­ki no­wo­two­ro­wej. Zdro­we bia­łe krwin­ki moż­na z grub­sza po­dzie­lić na dwa ro­dza­je – ko­mór­ki szpi­ko­we mie­lo­idal­ne i lim­fo­cy­ty. Ostra bia­łacz­ka szpi­ko­wa (acu­te my­elo­id leu­ke­mia, AML) to cho­ro­ba ko­mó­rek s z p i k o w y c h. Ostra bia­łacz­ka lim­fo­bla­stycz­na (acu­te lym­pho­bla­stic leu­ke­mia, ALL) to no­wo­twór nie­doj­rza­łych lim­fo­cy­tów. (No­wo­twór lim­fo­cy­tów doj­rza­łych nosi na­zwę chło­nia­ka).

U dzie­ci wy­stę­po­wa­ła naj­czę­ściej ALL – bia­łacz­ka lim­fo­bla­stycz-na – i pra­wie za­wsze skut­ko­wa­ła na­tych­mia­sto­wą śmier­cią. W roku 1860 Mi­cha­el An­ton Bier­mer, stu­dent Vir­cho­wa, jako pierw­szy stwo­rzył me­dycz­ny opis przy­pad­ku tego ro­dza­ju bia­łacz­ki dzie­cię­cej21. Ma­ria Spey­er, ener­gicz­na, ru­chli­wa i sko­ra do za­ba­wy pię­cio­let­nia cór­ka sto­la­rza z Würz­bur­ga, tra­fi­ła do kli­ni­ki, po­nie­waż w szko­le za­ob­ser­wo­wa­no u niej na­gle ospa­łość, a na jej skó­rze po­ja­wi­ły się wy­bro­czy­ny. Rano w dzień po kon­sul­ta­cji do­sta­ła go­rącz­ki i ze­sztyw­nia­ła jej szy­ja, ro­dzi­ce we­zwa­li więc Bier­me­ra na wi­zy­tę do­mo­wą. Bier­mer przy­był wie­czo­rem, po­brał z żyły Ma­rii odro­bi­nę krwi, przy świe­tle świe­cy obej­rzał pre­pa­rat pod przy­nie­sio­nym ze sobą mi­kro­sko­pem i od­krył we krwi mi­lio­ny ko­mó­rek bia­łacz­ki. Ma­ria spę­dzi­ła nie­spo­koj­ną noc. Na­za­jutrz po po­łu­dniu, kie­dy pod­eks­cy­to­wa­ny Bier­mer po­ka­zy­wał ko­le­gom le­ka­rzom prób­ki „exqu­isit Fall von Leu­kämie” (wspa­nia­łe­go przy­pad­ku bia­łacz­ki), dziew­czyn­ka zwy­mio­to­wa­ła ja­sno­czer­wo­ną krwią i za­pa­dła w śpiącz­kę. Kie­dy tego sa­me­go wie­czo­ru Bier­mer do­tarł do jej domu, już od kil­ku go­dzin nie żyła. Od pierw­sze­go ob­ja­wu tej ga­lo­pu­ją­cej, bez­li­to­snej cho­ro­by do śmier­ci upły­nę­ły za­le­d­wie trzy dni22.

*

Cho­ro­ba Car­li, choć na­wet w przy­bli­że­niu nie tak agre­syw­na jak bia­łacz­ka Ma­rii Spey­er, była zdu­mie­wa­ją­ca. Na mi­kro­litr (mi­li­metr sze­ścien­ny) krwi do­ro­słe­go czło­wie­ka przy­pa­da śred­nio oko­ło pię­ciu ty­się­cy bia­łych krwi­nek. We krwi Car­li na je­den mi­kro­litr przy­pa­da­ło dzie­więć­dzie­siąt ty­się­cy ko­mó­rek – czy­li bli­sko dwa­dzie­ścia razy wię­cej niż nor­mal­nie. Dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent z nich sta­no­wi­ły bla­sty – zło­śli­we ko­mór­ki lim­fa­tycz­ne wy­twa­rza­ne w sza­leń­czym tem­pie, ale nie­sta­ją­ce się doj­rza­ły­mi lim­fo­cy­ta­mi. W ostrej bia­łacz­ce lim­fo­bla­stycz­nej, po­dob­nie jak w przy­pad­ku kil­ku in­nych no­wo­two­rów, nad­pro­duk­cja ko­mó­rek no­wo­two­ro­wych wią­że się z ta­jem­ni­czym za­ha­mo­wa­niem pro­ce­su doj­rze­wa­nia ko­mór­ki. Ko­mór­ki lim­fa­tycz­ne są więc pro­du­ko­wa­ne w ogrom­nym nad­mia­rze, ale po­nie­waż nie doj­rze­wa­ją, nie mogą peł­nić swo­jej nor­mal­nej funk­cji, czy­li zwal­czać drob­no­ustro­jów. Po­mi­mo ob­fi­to­ści ko­mó­rek Car­la mia­ła bar­dzo ni­ską od­por­ność.

Bia­łe krwin­ki po­wsta­ją w szpi­ku kost­nym. Szpik Car­li, któ­re­go po­bra­ną w trak­cie biop­sji prób­kę wi­dzia­łem pod mi­kro­sko­pem tego ran­ka, kie­dy po­zna­łem tę pa­cjent­kę, był da­le­ki od nor­mal­no­ści. Szpik kost­ny, na po­zór amor­ficz­ny, to tkan­ka wy­so­ce zor­ga­ni­zo­wa­na – wła­ści­wie na­rząd, któ­ry u do­ro­słych wy­twa­rza krew. Prób­ki szpi­ku za­wie­ra­ją za­zwy­czaj drob­ne, ostre odłam­ki ko­ści, a w nich wy­sep­ki roz­wi­ja­ją­cych się ko­mó­rek – ta­kie przed­szko­la dla po­wsta­ją­cej no­wej krwi. W szpi­ku Car­li po tej or­ga­ni­za­cji nie zo­sta­ło ani śla­du. War­stwy zło­śli­wych bla­stów zaj­mo­wa­ły prze­strzeń szpi­ko­wą, cał­ko­wi­cie ni­we­lu­jąc jej ana­to­mię i ar­chi­tek­tu­rę, nie po­zo­sta­wia­jąc ani odro­bi­ny miej­sca na wy­twa­rza­nie krwi.

Car­la sta­ła na skra­ju fi­zjo­lo­gicz­nej prze­pa­ści. Po­ziom czer­wo­nych krwi­nek ob­ni­żył się tak bar­dzo, że jej krew nie mo­gła trans­por­to­wać peł­nej daw­ki tle­nu (te­raz było już wia­do­mo, że jej bóle gło­wy sta­no­wi­ły pierw­szą ozna­kę jego nie­do­bo­ru). Po­ziom pły­tek krwi, ko­mó­rek od­po­wie­dzial­nych za krzep­nię­cie, spadł nie­mal do zera, cze­go skut­kiem były siń­ce.

Le­cze­nie Car­li wy­ma­ga­ło nie­zwy­kłe­go wy­czu­cia. Po­trzeb­na była che­mio­te­ra­pia, żeby zwal­czyć bia­łacz­kę, ale wie­dzie­li­śmy, że che­mio­te­ra­pia znisz­czy rów­nież reszt­ki nor­mal­nych ko­mó­rek krwi. Usi­łu­jąc ura­to­wać Car­lę, mie­li­śmy ze­pchnąć ją ka­wa­łek głę­biej w prze­paść. In­ne­go spo­so­bu po pro­stu nie było.

*

Sid­ney Far­ber uro­dził się w Buf­fa­lo w sta­nie Nowy Jork w 1903 roku, rok po tym, jak w Ber­li­nie zmarł Vir­chow. Oj­ciec Sid­neya, pol­ski fli­sak Szy­mon Far­ber, wy­emi­gro­wał do Ame­ry­ki pod ko­niec XIX wie­ku i zo­stał agen­tem ubez­pie­cze­nio­wym. Jego ro­dzi­na żyła skrom­nie na wschod­nim krań­cu mia­sta, w sil­nie ze sobą zży­tej, nie­za­sy­mi­lo­wa­nej ży­dow­skiej spo­łecz­no­ści skle­pi­ka­rzy, ro­bot­ni­ków fa­brycz­nych, księ­go­wych i drob­nych han­dla­rzy. Dzie­ci Far­be­rów, nie­ustan­nie mo­ty­wo­wa­ne do od­no­sze­nia suk­ce­sów, mia­ły wy­so­ko usta­wio­ną po­przecz­kę. Na pię­trze ich domu, w czę­ści sy­pial­nia­nej, mó­wi­ło się w ji­dysz, ale na dole wol­no było się po­słu­gi­wać tyl­ko nie­miec­kim i an­giel­skim. Oj­ciec czę­sto przy­no­sił do domu pod­ręcz­ni­ki i roz­kła­dał je na sto­le. Dzie­ci mu­sia­ły wy­brać so­bie je­den i się go na­uczyć, a na­stęp­nie zdać ojcu szcze­gó­ło­we spra­woz­da­nie z jego za­war­to­ści.

Sid­ney, trze­cie z czter­na­ścior­ga dzie­ci, do­sko­na­le funk­cjo­no­wał w tym śro­do­wi­sku wy­so­kich aspi­ra­cji. W 1923 roku ukoń­czył bio­lo­gię i fi­lo­zo­fię na Uni­wer­sy­te­cie w Buf­fa­lo, za­ra­bia­jąc na stu­dia grą na skrzyp­cach. Dzię­ki temu, że płyn­nie mó­wił po nie­miec­ku, prak­ty­kę me­dycz­ną od­był w He­idel­ber­gu i we Fry­bur­gu. Wy­ka­zał się tam wy­bit­ny­mi osią­gnię­cia­mi, zo­stał więc przy­ję­ty od razu na dru­gi rok stu­diów me­dycz­nych na Uni­wer­sy­te­cie Ha­rvar­da w Bo­sto­nie23. (W tam­tych cza­sach do­sta­nie się z Buf­fa­lo do Bo­sto­nu okręż­ną dro­gą przez He­idel­berg nie było ni­czym nie­zwy­kłym. W po­ło­wie lat dwu­dzie­stych XX wie­ku stu­den­tom po­cho­dze­nia ży­dow­skie­go czę­sto nie uda­wa­ło się do­stać na uczel­nie me­dycz­ne w Ame­ry­ce, dla­te­go po­dej­mo­wa­li stu­dia na uczel­niach eu­ro­pej­skich, w tym nie­miec­kich, a do­pie­ro po­tem kon­ty­nu­owa­li na­ukę w kra­ju oj­czy­stym). Far­ber zja­wił się więc na Ha­rvar­dzie jako out­si­der. Ko­le­gom wy­da­wał się aro­ganc­ki. A po­nie­waż mu­siał się uczyć tego, co już umiał, źle zno­sił stu­dia. Był ofi­cjal­ny, pre­cy­zyj­ny i skru­pu­lat­ny, ubie­rał się for­mal­nie, za­cho­wy­wał sztyw­no i apo­dyk­tycz­nie. Szyb­ko zy­skał so­bie przy­do­mek Four-But­ton Sid (Sid Czte­ry Gu­zi­ki), bo na za­ję­cia przy­cho­dził w gar­ni­tu­rze.

Pod ko­niec lat dwu­dzie­stych Far­ber ukoń­czył spe­cja­li­za­cję w za­kre­sie pa­to­lo­gii i zo­stał pierw­szym peł­no­eta­to­wym pa­to­lo­giem w Chil­drens Ho­spi­tal w Bo­sto­nie. Na­pi­sał do­sko­na­łe stu­dium kla­sy­fi­ka­cji gu­zów dzie­cię­cych oraz pod­ręcz­nik do au­top­sji, The Post­mor­tem Exa­mi­na­tion [Ba­da­nie post­mor­tem], po­wszech­nie uwa­ża­ny za kla­sycz­ne dzie­ło z tej dzie­dzi­ny. W po­ło­wie lat trzy­dzie­stych miał już usta­lo­ną po­zy­cję wy­bit­ne­go pa­to­lo­ga – „le­ka­rza zmar­łych”.

Ale on wciąż od­czu­wał głód le­cze­nia ży­wych. La­tem 1947 roku, w swo­im la­bo­ra­to­rium w su­te­re­nie, do któ­rej mało kto się za­pusz­czał, pod­jął nie­zwy­kle for­tun­ną de­cy­zję: spo­śród wszyst­kich po­sta­ci raka po­sta­no­wił skon­cen­tro­wać się na jed­nej z naj­dziw­niej­szych i naj­bar­dziej bez­na­dziej­nych – bia­łacz­ce dzie­cię­cej. Aby zro­zu­mieć raka jako ta­kie­go – ro­zu­mo­wał – trze­ba za­cząć od sa­mych pod­staw jego zło­żo­nej na­tu­ry, tak jak­by od jego su­te­re­ny. A bia­łacz­ka, poza tym, że na­strę­cza­ła wie­lu pro­ble­mów, mia­ła też jed­ną ce­chę po­zy­tyw­ną: da­wa­ła się zmie­rzyć.

Li­cze­nie to w na­uce pod­sta­wa. Aby ro­zu­mieć dane zja­wi­sko, uczo­ny musi je naj­pierw opi­sać; aby zaś obiek­tyw­nie je opi­sać, musi je naj­pierw pod­dać po­mia­rom. Sko­ro on­ko­lo­gia mia­ła się prze­kształ­cić w dzie­dzi­nę pod­le­ga­ją­cą wszel­kim ry­go­rom na­uko­wym, to trze­ba było raka ja­koś po­li­czyć – do­ko­nać wia­ry­god­ne­go i po­wta­rzal­ne­go po­mia­ru, któ­ry na­stęp­nie bę­dzie moż­na re­pli­ko­wać.

Pod tym wzglę­dem bia­łacz­ka róż­ni­ła się od pra­wie wszyst­kich po­zo­sta­łych no­wo­two­rów. W świe­cie, w któ­rym nie wy­na­le­zio­no jesz­cze to­mo­gra­fii kom­pu­te­ro­wej i re­zo­nan­su ma­gne­tycz­ne­go, po­miar zmia­ny ilo­ścio­wej li­te­go guza we­wnątrz cia­ła – w płu­cu czy w pier­si – był bez ope­ra­cji wła­ści­wie nie­moż­li­wy: cze­go nie było wi­dać, tego nie moż­na było zmie­rzyć. Ale bia­łacz­kę, wy­stę­pu­ją­cą we krwi, dało się zmie­rzyć rów­nie ła­two jak inne wła­ści­wo­ści ko­mó­rek – oglą­da­jąc pod mi­kro­sko­pem po­bra­ną prób­kę krwi lub szpi­ku kost­ne­go.

Sko­ro bia­łacz­kę moż­na pod­da­wać po­mia­rom, ro­zu­mo­wał Far­ber, to każ­dą in­ter­wen­cję – na przy­kład wpro­wa­dze­nie do krwio­bie­gu ja­kiejś sub­stan­cji che­micz­nej – da się wy­mier­nie oce­niać pod wzglę­dem sku­tecz­no­ści jej dzia­ła­nia w or­ga­ni­zmach ży­wych pa­cjen­tów. Ob­ser­wu­jąc, jak ko­mór­ki krwi roz­wi­ja­ją się lub umie­ra­ją, bę­dzie­my mo­gli okre­ślać sku­tecz­ność bądź nie­sku­tecz­ność da­ne­go leku. Moż­na więc było na raku prze­pro­wa­dzić „do­świad­cze­nie”.

Ta myśl nie da­wa­ła Far­be­ro­wi spo­ko­ju. W la­tach czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku mło­dych bio­lo­gów ze­lek­try­zo­wa­ła idea sto­so­wa­nia pro­stych mo­de­li do wy­ja­śnia­nia zło­żo­nych zja­wisk. Zło­żo­ność naj­ła­twiej było zro­zu­mieć, za­czy­na­jąc od pod­staw. Or­ga­ni­zmy jed­no­ko­mór­ko­we, na przy­kład bak­te­rie, mia­ły od­sło­nić me­cha­ni­zmy funk­cjo­no­wa­nia wiel­kich zwie­rząt wie­lo­ko­mór­ko­wych, ta­kich jak lu­dzie. „To, co jest praw­dą w przy­pad­ku [mi­kro­sko­pij­nej bak­te­rii] E. coli – miał pom­pa­tycz­nie stwier­dzić fran­cu­ski bio­che­mik Ja­cqu­es Mo­nod w 1954 roku – musi być praw­dą rów­nież w przy­pad­ku sło­nia”24.

Z punk­tu wi­dze­nia Far­be­ra bia­łacz­ka była ide­al­nym przy­kła­dem tego bio­lo­gicz­ne­go pa­ra­dyg­ma­tu. Wy­cho­dząc od ba­da­nia pro­ste­go, nie­ty­po­we­go stwo­ra, bę­dzie mógł wnio­sko­wać o nie­skoń­cze­nie bar­dziej zło­żo­nym świe­cie no­wo­two­rów in­ne­go ro­dza­ju; dzię­ki bak­te­rii na­uczy się, jak my­śleć o sło­niu. Far­ber był z na­tu­ry szyb­ki i im­pul­syw­ny. I w tym przy­pad­ku do­ko­nał szyb­kie­go, in­stynk­tow­ne­go prze­sko­ku my­ślo­we­go. Tam­te­go gru­dnio­we­go po­ran­ka prze­sył­ka z No­we­go Jor­ku już cze­ka­ła na nie­go w la­bo­ra­to­rium. Kie­dy ją otwie­rał i wyj­mo­wał szkla­ne fiol­ki z che­mi­ka­lia­mi, nie miał po­ję­cia, że otwie­ra oto zu­peł­nie nowy spo­sób my­śle­nia o raku.

„Monstrum bardziej nienasycone niż gilotyna”

Uwa­ga, jaką w me­dy­cy­nie po­świę­ca­no bia­łacz­ce, za­wsze była nie­pro­por­cjo­nal­na do rze­czy­wi­stej czę­sto­ści jej wy­stę­po­wa­nia.

[…] Pro­ble­my na­po­ty­ka­ne w sys­te­mo­wym le­cze­niu bia­łacz­ki wy­ty­cza­ły ogól­ne kie­run­ki, w któ­rych zmie­rza­ły póź­niej ba­da­nia nad ra­kiem25.

Jo­na­than Tuc­ker, El­lie. A Childs Fi­ght Aga­inst Leu­ke­mia

W le­cze­niu no­wo­two­ru roz­prze­strze­nio­ne­go na cały or­ga­nizm nie­wie­le było suk­ce­sów. […] Zwy­kle wszyst­ko spro­wa­dza­ło się do ob­ser­wo­wa­nia, jak no­wo­twór ro­śnie, a pa­cjent stop­nio­wo co­raz bar­dziej nik­nie26.

John Lasz­lo, The Cure of Chil­dho­od Leu­ke­mia. Into the Age of Mi­rac­les

Prze­sył­ka z che­mi­ka­lia­mi do­tar­ła do Sid­neya Far­be­ra w wy­jąt­ko­wo waż­nym mo­men­cie w hi­sto­rii me­dy­cy­ny. Pod ko­niec lat czter­dzie­stych w la­bo­ra­to­riach i kli­ni­kach w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych otwo­rzył się róg ob­fi­to­ści z od­kry­cia­mi far­ma­ceu­tycz­ny­mi27. Naj­le­piej wi­dać to na przy­kła­dzie an­ty­bio­ty­ków. Pe­ni­cy­li­na, cen­na sub­stan­cja, któ­rą jesz­cze pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej trze­ba było od­zy­ski­wać do ostat­niej kro­pel­ki (w 1939 roku od­zy­ski­wa­no ją z mo­czu le­czo­nych nią pa­cjen­tów, by nie zmar­no­wa­ła się ani jed­na mo­le­ku­ła)28, na po­cząt­ku lat pięć­dzie­sią­tych była pro­du­ko­wa­na w ka­dziach o po­jem­no­ści czte­rech ty­się­cy li­trów. W 1942 roku fir­ma Merck wy­sła­ła za Atlan­tyk pierw­szą tran­szę pe­ni­cy­li­ny, za­le­d­wie pięć i pół gra­ma, co sta­no­wi­ło po­ło­wę za­pa­sów an­ty­bio­ty­ku w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych29. Dzie­sięć lat póź­niej pro­duk­cja pe­ni­cy­li­ny na ska­lę ma­so­wą była tak wy­daj­na, że cena jed­nej daw­ki spa­dła do czte­rech cen­tów (litr mle­ka kosz­to­wał osiem razy wię­cej)30.

Po pe­ni­cy­li­nie po­ja­wi­ły się ko­lej­ne an­ty­bio­ty­ki: w 1947 roku chlo­ram­fe­ni­kol31, w 1948 te­tra­cy­kli­na32. Zimą 1949 roku, kie­dy z grud­ki zie­mi z ku­rzej fer­my uzy­ska­no ko­lej­ny an­ty­bio­tyk, strep­to­my­cy­nę, ty­go­dnik „Time” ob­wiesz­czał wiel­ki­mi li­te­ra­mi na okład­ce: „Leki są na na­szych po­dwór­kach”33. Na po­dwór­ku Far­be­ra, w sto­ją­cym da­le­ko od wej­ścia do kom­plek­su Chil­dren’s Ho­spi­tal bu­dyn­ku z czer­wo­nej ce­gły, mi­kro­bio­log John En­ders ho­do­wał w cy­lin­drycz­nych pla­sti­ko­wych kol­bach kul­tu­ry wi­ru­sa po­lio – był to pierw­szy krok w pro­ce­sie, któ­ry zwień­czy­ło wy­na­le­zie­nie przez Al­ber­ta Bru­ce’a Sa­bi­na i Jo­na­sa Sal­ka szcze­pion­ki na po­lio34. Nowe leki po­ja­wia­ły się w zdu­mie­wa­ją­cym tem­pie: po­nad po­ło­wa le­karstw po­wszech­nie sto­so­wa­nych w me­dy­cy­nie w 1950 roku za­le­d­wie dzie­sięć lat wcze­śniej jesz­cze nie ist­nia­ła35.

Rów­nież zmia­ny w zdro­wiu pu­blicz­nym i hi­gie­nie, bo­daj jesz­cze istot­niej­sze niż cu­dow­ne leki, przy­czy­ni­ły się do dia­me­tral­ne­go prze­obra­że­nia się wi­ze­run­ku cho­rób w Ame­ry­ce. Dur brzusz­ny, cho­ro­ba za­kaź­na, któ­ra nie­gdyś po­tra­fi­ła w kil­ka ty­go­dni zdzie­siąt­ko­wać w śmier­cio­no­śnym po­cho­dzie całe dziel­ni­ce wiel­kich me­tro­po­lii, znik­nął, kie­dy kosz­tem ogrom­nych sta­rań władz miast oczysz­czo­no źró­dła za­opa­trze­nia w wodę36. Za­ni­ka­ła na­wet gruź­li­ca, nie­sław­na „bia­ła dżu­ma” XIX wie­ku – w la­tach 1910–1940 czę­stość jej wy­stę­po­wa­nia zma­la­ła o po­nad po­ło­wę, w du­żej mie­rze dzię­ki po­pra­wie wa­run­ków sa­ni­tar­nych i hi­gie­ny pu­blicz­nej37. Przez pięć de­kad ocze­ki­wa­na dłu­gość ży­cia Ame­ry­ka­nów wzro­sła z czter­dzie­stu sied­miu do sześć­dzie­się­ciu ośmiu lat: w cią­gu jed­ne­go pół­wie­cza ży­cie wy­dłu­ży­ło się bar­dziej niż w cią­gu kil­ku po­przed­nich stu­le­ci38.

Zna­czą­ce suk­ce­sy po­wo­jen­nej me­dy­cy­ny sta­no­wi­ły do­wód po­tę­gi na­uki i tech­no­lo­gii i zmie­nia­ły ży­cie w Ame­ry­ce. Mno­ży­ły się szpi­ta­le – w la­tach 1945–1960 w ca­łym kra­ju otwar­to bli­sko ty­siąc no­wych pla­có­wek; mię­dzy ro­kiem 1935 a 1952 licz­ba przy­ję­tych pa­cjen­tów wzro­sła po­nad dwu­krot­nie: z sied­miu do sie­dem­na­stu mi­lio­nów rocz­nie39. A wraz z roz­wo­jem opie­ki me­dycz­nej po­ja­wi­ło się po­wszech­ne ocze­ki­wa­nie, że roz­wój ten po­wi­nien do­ko­ny­wać się da­lej bez żad­nych ogra­ni­czeń. Jak za­uwa­żył pe­wien stu­dent: „Kie­dy le­karz jest zmu­szo­ny po­wie­dzieć pa­cjen­to­wi, że na jego cho­ro­bę nie ma sku­tecz­ne­go le­kar­stwa, [pa­cjent] za­zwy­czaj re­agu­je ura­zą albo po­dej­rze­niem, że ów le­karz nie dys­po­nu­je ak­tu­al­ną wie­dzą”40.

Mło­de po­ko­le­nie, za­miesz­ku­ją­ce nowe, czy­ste przed­mie­ścia, ma­rzy­ło za­tem o sku­tecz­nym leku na wszyst­ko, o eg­zy­sten­cji bez cho­rób i bez śmier­ci. Kar­miąc się opty­mi­stycz­ną wi­zją trwa­ło­ści ży­cia, lu­dzie rzu­ci­li się tłum­nie do kon­sump­cji dóbr trwa­łych: ku­po­wa­li stu­de­ba­ke­ry o ga­ba­ry­tach so­lid­ne­go jach­tu, dre­sy z ray­onu, te­le­wi­zo­ry, ra­dio­od­bior­ni­ki, gril­le i pral­ki, jeź­dzi­li do dom­ków let­ni­sko­wych, za­pi­sy­wa­li się do klu­bów gol­fo­wych41. W Le­vit­town, miej­sco­wo­ści wy­bu­do­wa­nej na daw­nym polu ziem­nia­ków na Long Is­land – sym­bo­licz­nej uto­pii – „cho­ro­ba” zna­la­zła się na trze­cim miej­scu li­sty „zmar­twień”, po „pie­nią­dzach” i „wy­cho­wa­niu dzie­ci”42. W isto­cie wy­cho­wy­wa­nie dzie­ci sta­ło się w ca­łym kra­ju za­ję­ciem na bez­pre­ce­den­so­wą ska­lę. Dziet­ność sta­le ro­sła – w roku 1957 w Sta­nach Zjed­no­czo­nych śred­nio co sie­dem se­kund ro­dzi­ło się dziec­ko43. „Spo­łe­czeń­stwo za­moż­ne”, jak okre­ślił je eko­no­mi­sta John Gal­bra­ith44, wy­obra­ża­ło so­bie, że jest rów­nież wiecz­nie mło­de, a mło­do­ści to­wa­rzy­szy gwa­ran­cja wiecz­ne­go zdro­wia. Wy­obra­ża­ło so­bie, że jest nie­po­ko­na­ne.

*

Ale rak nie za­mie­rzał do­łą­czyć do tego mar­szu po­stę­pu. Je­że­li no­wo­twór był stric­te miej­sco­wy (czy­li ogra­ni­czo­ny do jed­ne­go na­rzą­du czy oko­li­cy, tak że moż­na go było usu­nąć ope­ra­cyj­nie), ist­nia­ła szan­sa na wy­le­cze­nie. Wy­ci­na­nie było spad­kiem po im­po­nu­ją­cym roz­wo­ju chi­rur­gii dzie­więt­na­sto­wiecz­nej. Na przy­kład po­je­dyn­czy zło­śli­wy guz w pier­si moż­na było usu­nąć za po­mo­cą ma­stek­to­mii ra­dy­kal­nej, któ­rej pio­nie­rem był w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych XIX wie­ku wy­bit­ny chi­rurg Wil­liam Hal­sted z Uni­wer­sy­te­tu John­sa Hop­kin­sa. Inną me­to­dą le­cze­nia gu­zów miej­sco­wych było na­pro­mie­nia­nie od­kry­ty­mi na po­cząt­ku XX wie­ku pro­mie­nia­mi Rönt­ge­na.

W sen­sie na­uko­wym jed­nak rak wciąż po­zo­sta­wał ta­jem­ni­czym by­tem, któ­ry ła­twiej było wy­ciąć w ca­ło­ści, niż le­czyć we­dług ja­kichś głęb­szych me­dycz­nych za­sad. Le­ka­rze chcą­cy wy­le­czyć raka (je­że­li w ogó­le moż­na mó­wić o wy­le­cze­niu raka) mie­li do dys­po­zy­cji tyl­ko dwie stra­te­gie: usu­nię­cie guza me­to­dą ope­ra­cyj­ną albo znisz­cze­nie go za po­mo­cą na­pro­mie­nia­nia. Wy­bór przed­sta­wiał się więc na­stę­pu­ją­co: albo go­rą­cy pro­mień, albo zim­ny skal­pel.

W maju 1937 roku, nie­mal de­ka­dę przed tym, jak Far­ber pod­jął eks­pe­ry­men­ty z sub­stan­cja­mi che­micz­ny­mi, w pi­śmie „For­tu­ne” uka­zał się, we­dle okre­śle­nia re­dak­cji, „prze­gląd pa­no­ra­micz­ny” on­ko­lo­gii jako dzie­dzi­ny45. Ra­port by­najm­niej nie na­pa­wał opty­mi­zmem: „Choć trud­no w to uwie­rzyć, nie wpro­wa­dzo­no żad­nej no­wej za­sa­dy po­stę­po­wa­nia w przy­pad­ku cho­rych na raka, czy to w za­kre­sie le­cze­nia, czy pro­fi­lak­ty­ki […]. Me­to­dy po­stę­po­wa­nia sta­ły się sku­tecz­niej­sze i bar­dziej hu­ma­ni­tar­ne. Pry­mi­tyw­ną ope­ra­cję bez znie­czu­le­nia i asep­ty­ki za­stą­pił no­wo­cze­sny, bez­bo­le­sny za­bieg ze wszel­ki­mi moż­li­wy­mi udo­sko­na­le­nia­mi. Sub­stan­cje, któ­re wże­ra­ły się w cia­ła po­przed­nich po­ko­leń pa­cjen­tów, ode­szły do la­mu­sa, gdy za­czę­to wy­ko­rzy­sty­wać pro­mie­nie Rönt­ge­na i rad. […] Fak­tem po­zo­sta­je jed­nak, że „le­cze­nie” raka wciąż opie­ra się je­dy­nie na dwóch za­sa­dach – na usu­nię­ciu i znisz­cze­niu cho­rej tkan­ki [to pierw­sze za po­mo­cą ope­ra­cji, dru­gie za po­mo­cą na­pro­mie­nia­nia]. Nie za­pro­po­no­wa­no ni­cze­go no­we­go”.

Ty­tuł tego ar­ty­kuł brzmiał Can­cer. The Gre­at Dark­ness [Rak. Wiel­ka ciem­ność], a ty­tu­ło­wa ciem­ność, jak su­ge­ro­wa­li au­to­rzy, od­no­si­ła się nie tyl­ko do me­dy­cy­ny, lecz w rów­nej mie­rze do po­li­ty­ki. On­ko­lo­gia utknę­ła w miej­scu nie tyl­ko ze wzglę­du na głę­bię ota­cza­ją­cych raka ta­jem­nic me­dycz­nych, ale tak­że z po­wo­du sys­te­ma­tycz­ne­go za­nie­dby­wa­nia ba­dań na­uko­wych nad no­wo­two­ra­mi: „W ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych ist­nie­je za­le­d­wie oko­ło dwu­dzie­stu fun­du­szy zaj­mu­ją­cych się do­fi­nan­so­wa­niem pod­sta­wo­wych ba­dań nad ra­kiem. Dys­po­nu­ją one bu­dże­ta­mi w wy­so­ko­ści od pię­ciu­set do dwóch mi­lio­nów do­la­rów, lecz ich łącz­ny ka­pi­tał z pew­no­ścią nie­wie­le prze­kra­cza kwo­tę pię­ciu mi­lio­nów do­la­rów. […] Rów­no­war­tość jed­nej trze­ciej tej sumy ame­ry­kań­skie spo­łe­czeń­stwo wy­da­je z wła­snej woli w cią­gu jed­ne­go po­po­łu­dnia, żeby obej­rzeć mecz któ­rejś z naj­lep­szych dru­żyn fut­bo­lo­wych”.

Nie­mra­wy wzrost fun­du­szy na ba­da­nia sil­nie kon­tra­sto­wał z tym, jak szyb­ko sama cho­ro­ba prze­dzie­ra­ła się do świa­do­mo­ści pu­blicz­nej. W Ame­ry­ce XIX wie­ku rak był nie­wąt­pli­wie obec­ny i za­uwa­żal­ny, ale prze­waż­nie krył się w cie­niu cho­rób znacz­nie po­wszech­niej­szych. W roku 1899, kie­dy Ro­swell Park, zna­ny chi­rurg z Buf­fa­lo, wy­su­nął tezę, że rak kie­dyś wy­sfo­ru­je się przed ospę, dur brzusz­ny i gruź­li­cę i sta­nie się naj­częst­szą przy­czy­ną śmier­ci w USA, ode­bra­no to jako „dość za­ska­ku­ją­cą prze­po­wied­nię”, wy­ol­brzy­mio­ne spe­ku­la­cje czło­wie­ka, któ­ry dniem i nocą ope­ru­je cho­rych na no­wo­two­ry46. Ale już pod ko­niec pierw­szej de­ka­dy XX wie­ku, po upły­wie za­le­d­wie dzie­się­ciu lat, sło­wa Par­ka brzmia­ły co­raz mniej za­ska­ku­ją­co, co­raz bar­dziej zaś zda­wa­ły się pro­ro­cze. Dur brzusz­ny, nie li­cząc kil­ku od­osob­nio­nych epi­de­mii, wy­stę­po­wał co­raz rza­dziej. Za­cho­ro­wal­ność na ospę ma­la­ła; rok 1949 uzna­je się za datę, kie­dy ta cho­ro­ba cał­ko­wi­cie znik­nę­ła ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych47. Tym­cza­sem rak już wy­prze­dzał inne scho­rze­nia, część pierw­sza: „z czar­nej żół­ci, bez wy­rzu­tu” pnąc się w hie­rar­chii cho­rób śmier­tel­nych. W la­tach 1900–1916 licz­ba zgo­nów z po­wo­du no­wo­two­rów wzro­sła o 29,8 pro­cent i tym sa­mym rak prze­ści­gnął gruź­li­cę48. W roku 1926 stał się dru­gą pod wzglę­dem po­wszech­no­ści przy­czy­ną śmier­ci, pla­su­jąc się tuż za cho­ro­ba­mi ser­ca49.

Ar­ty­kuł Can­cer. The Gre­at Dark­ness nie był je­dy­nym gło­sem na­wo­łu­ją­cym do sko­or­dy­no­wa­ne­go ogól­no­kra­jo­we­go dzia­ła­nia w spra­wie wal­ki z no­wo­two­ra­mi. W tym sa­mym cza­sie pi­smo „Life” za­mie­ści­ło wła­sny ra­port o sta­nie ba­dań nad tą gru­pą cho­rób. Wnio­sek był taki sam: ową kwe­stią na­le­ży się pil­nie za­jąć50. W kwiet­niu i w czerw­cu na ła­mach „New York Ti­me­sa” uka­za­ły się dwa ra­por­ty o ro­sną­cych wskaź­ni­kach za­cho­ro­wal­no­ści na no­wo­two­ry. Kie­dy w lip­cu tego sa­me­go roku o no­wo­two­rach na­pi­sał „Time”, za­in­te­re­so­wa­nie „pro­ble­mem raka” w me­diach rów­nież za­czę­ło przy­po­mi­nać ostrą cho­ro­bę za­kaź­ną51.

*

Su­ge­stie, że na­le­ży wdro­żyć sys­te­ma­tycz­ny ogól­no­kra­jo­wy pro­gram ba­daw­czy, po­ja­wia­ły się i zni­ka­ły cy­klicz­nie, ni­czym pły­wy, od po­cząt­ku XX wie­ku. W roku 1907 w ho­te­lu New Wil­lard w Wa­szyng­to­nie od­był się zjazd chi­rur­gów on­ko­lo­gicz­nych, któ­rzy po­sta­no­wi­li za­ło­żyć or­ga­ni­za­cję lob­bu­ją­cą w Kon­gre­sie za zwięk­sze­niem do­ta­cji na ba­da­nia nad no­wo­two­ra­mi. W cią­gu trzech lat ta or­ga­ni­za­cja, Ame­ri­can As­so­cia­tion for Can­cer Re­se­arch52, zdo­ła­ła prze­ko­nać pre­zy­den­ta Ta­fta do zło­że­nia w Kon­gre­sie wnio­sku o stwo­rze­nie ogól­no­kra­jo­wej jed­nost­ki po­świę­co­nej ba­da­niom nad cho­ro­ba­mi no­wo­two­ro­wy­mi. Ale mimo za­in­te­re­so­wa­nia, któ­re po­cząt­ko­wo wzbu­dzał ten plan, wy­sił­ki po­dej­mo­wa­ne w Wa­szyng­to­nie po kil­ku pró­bach utknę­ły w miej­scu, w du­żej mie­rze ze wzglę­du na brak po­par­cia po­li­tycz­ne­go.

Pod ko­niec lat dwu­dzie­stych XX wie­ku, pra­wie dzie­sięć lat po tym, jak pod­da­no pod dys­ku­sję wnio­sek pre­zy­den­ta Ta­fta, ba­da­nia nad no­wo­two­ra­mi do­cze­ka­ły się no­we­go, nie­spo­dzie­wa­ne­go ad­wo­ka­ta. Był nim se­na­tor Mat­thew Ne­ely, za­wzię­ty, ener­gicz­ny praw­nik z Fa­ir­mont w Wir­gi­nii Za­chod­niej. Miał sto­sun­ko­wo małe do­świad­cze­nie w po­li­ty­ce na­uko­wej, ale za­uwa­żył znacz­ny wzrost umie­ral­no­ści na no­wo­two­ry w cią­gu kil­ku­na­stu ostat­nich lat: z sie­dem­dzie­się­ciu ty­się­cy osób w roku 1911 do stu pięt­na­stu ty­się­cy w roku 192753 Zwró­cił się do Kon­gre­su o wy­zna­cze­nie na­gro­dy wy­so­ko­ści pię­ciu mi­lio­nów do­la­rów za „wszel­kie in­for­ma­cje pro­wa­dzą­ce do po­wstrzy­ma­nia cho­ro­by no­wo­two­ro­wej”54.

Była to stra­te­gia bar­dzo nie­wy­szu­ka­na – od­po­wied­nik wy­wie­sze­nia zdję­cia po­szu­ki­wa­ne­go prze­stęp­cy w biu­rze sze­ry­fa – to­też spo­tka­ła się z od­ze­wem na od­po­wied­nio ni­skim po­zio­mie. Nie mi­nę­ło kil­ka ty­go­dni, a wa­szyng­toń­skie biu­ro se­na­to­ra Ne­ely­ego za­la­ły ty­sią­ce li­stów od szar­la­ta­nów i sa­mo­zwań­czych uzdro­wi­cie­li, z pro­po­zy­cja­mi wszel­kich moż­li­wych le­karstw na raka: ma­ści, bal­sa­mów, olej­ków, po­świę­co­nych chu­s­te­czek i wody świę­co­nej55. Ro­ze­źlo­ny tym od­ze­wem Kon­gres zgo­dził się wy­asy­gno­wać ża­ło­sny je­den pro­cent kwo­ty, o któ­rą pro­sił Ne­ely: pięć­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów. Pie­nią­dze te mia­ły sta­no­wić bu­dżet zgło­szo­nej przez se­na­to­ra Usta­wy o kon­tro­li no­wo­two­rów.

W roku 1937 nie­zmor­do­wa­ny Ne­ely, po­now­nie wy­bra­ny do Se­na­tu, pod­jął ko­lej­ną pró­bę przy­pusz­cze­nia ogól­no­kra­jo­we­go ata­ku na no­wo­two­ry, tym ra­zem we współ­pra­cy z se­na­to­rem Ho­me­rem Bo­ne­em i człon­kiem Izby Re­pre­zen­tan­tów War­re­nem Ma­gnu­so­nem. Do tego cza­su znacz­nie wzro­sła pu­blicz­na świa­do­mość cho­rób no­wo­two­ro­wych. Ar­ty­ku­ły opu­bli­ko­wa­ne w „Time” i „For­tu­ne” wzbu­dzi­ły lęk i nie­za­do­wo­le­nie, po­li­ty­kom za­le­ża­ło więc na za­de­mon­stro­wa­niu, że nie sie­dzą z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi. W czerw­cu od­by­ło się wspól­ne po­sie­dze­nie obu izb Kon­gre­su, po­świę­co­ne stwo­rze­niu od­po­wied­nich roz­wią­zań le­gi­sla­cyj­nych56. Po wstęp­nych czy­ta­niach usta­wa bły­ska­wicz­nie prze­szła przez Kon­gres i zo­sta­ła jed­no­gło­śnie przy­ję­ta na ko­lej­nym wspól­nym po­sie­dze­niu 23 lip­ca 1937 roku. Dwa ty­go­dnie póź­niej, 5 sierp­nia, pre­zy­dent Ro­ose­velt pod­pi­sał Usta­wę o Na­ro­do­wym In­sty­tu­cie Ba­dań nad No­wo­two­ra­mi (Na­tio­nal Can­cer In­sti­tu­te Act).

Na mocy tej usta­wy po­wsta­ła nowa jed­nost­ka na­uko­wa, Na­ro­do­wy In­sty­tut Ba­dań nad No­wo­two­ra­mi (Na­tio­nal Can­cer In­sti­tu­te, NCI), któ­rej dzia­łal­ność mia­ła się kon­cen­tro­wać na ba­da­niach nad no­wo­two­ra­mi oraz edu­ka­cji na ich te­matIV. W ce­lach do­radz­twa po­wo­ła­no radę na­uko­wą, do któ­rej we­szli ucze­ni z ame­ry­kań­skich uczel­ni i wy­bra­nych szpi­ta­li57. O kil­ka mil od sto­li­cy, w mie­ście Be­thes­da, wśród cie­ni­stych alej i ogro­dów wy­rósł bu­dy­nek wy­po­sa­żo­ny w naj­no­wo­cze­śniej­sze la­bo­ra­to­ria. Ko­ry­ta­rze i sale kon­fe­ren­cyj­ne lśni­ły no­wo­ścią. „Nasz kraj gro­ma­dzi siły, by po­ko­nać raka, naj­więk­szą spo­śród plag drę­czą­cych ludz­kość” – oznaj­mił pew­nym sie­bie to­nem se­na­tor Bone, uro­czy­ście wbi­ja­jąc ło­pa­tę pod bu­do­wę in­sty­tu­tu 3 paź­dzier­ni­ka 1938 roku58. Wy­da­wa­ło się, że po bli­sko dwu­dzie­stu la­tach sta­rań, na ogół bez­owoc­nych, na­resz­cie do­pro­wa­dzo­no do sko­or­dy­no­wa­nej ogól­no­kra­jo­wej re­ak­cji na co­raz częst­sze wy­stę­po­wa­nie cho­rób no­wo­two­ro­wych.

Wszyst­ko sprzy­ja­ło temu śmia­łe­mu kro­ko­wi we wła­ści­wym kie­run­ku – wszyst­ko, z wy­jąt­kiem sy­tu­acji po­li­tycz­nej. Z po­cząt­kiem zimy 1938 roku, za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy po roz­po­czę­ciu bu­do­wy sie­dzi­by NCI w Be­thes­dzie, wal­kę z ra­kiem od­su­nę­ły w cień pierw­sze zwia­stu­ny wal­ki zu­peł­nie in­ne­go ro­dza­ju. W li­sto­pa­dzie woj­sko nie­miec­kie prze­pro­wa­dzi­ło ogól­no­kra­jo­wy po­grom i ty­sią­ce Ży­dów tra­fi­ło do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Zimą w ca­łej Eu­ro­pie i Azji roz­go­rza­ły kon­flik­ty mi­li­tar­ne, przy­go­to­wu­jąc grunt pod dru­gą woj­nę świa­to­wą. W roku 1939 wy­bu­chła woj­na, a w grud­niu 1941 roku do to­czą­cych się na ca­łym świe­cie walk do­łą­czy­ły Sta­ny Zjed­no­czo­ne.

Wszyst­ko to wy­mu­si­ło ra­dy­kal­ną zmia­nę prio­ry­te­tów. U. S. Ma­ri­ne Ho­spi­tal w Bal­ti­mo­re, któ­ry NCI pla­no­wa­ło prze­kształ­cić w ośro­dek on­ko­lo­gii kli­nicz­nej, te­raz na­pręd­ce ad­ap­to­wa­no na szpi­tal wo­jen­ny59. W fi­nan­so­wa­niu ba­dań na­uko­wych na­stą­pił okres sta­gna­cji, a fun­du­sze zo­sta­ły prze­kie­ro­wa­ne na pro­jek­ty bez­po­śred­nio zwią­za­ne z woj­ną. Na­ukow­cy, lob­by­ści, kli­ni­cy­ści i chi­rur­dzy znik­nę­li z pola wi­dze­nia opi­nii pu­blicz­nej – jak pod­su­mo­wał to pe­wien ba­dacz, „prze­waż­nie było o nich ci­cho, a o ich do­ko­na­niach moż­na się było do­wie­dzieć za­zwy­czaj je­dy­nie z ne­kro­lo­gów”60.

Rów­nie do­brze mógł wła­ści­wie po­wstać ne­kro­log dla obie­ca­nych NCI środ­ków na „pro­gra­mo­wą re­ak­cję na raka”61, któ­re nie zdą­ży­ły się zma­te­ria­li­zo­wać. Głów­ny kom­pleks NCI stał opu­sto­sza­ły i nisz­czał. Wy­po­sa­żo­ny we wszyst­kie no­wo­cze­sne urzą­dze­nia, ja­kie tyl­ko moż­na było so­bie wy­obra­zić w la­tach czter­dzie­stych, wy­mu­ska­ny in­sty­tut prze­ro­dził się w na­uko­we mia­sto du­chów. Je­den z na­ukow­ców żar­tem okre­ślił go jako „miłe, spo­koj­ne miej­sce za mia­stem, gdzie przy­jem­nie się drze­ma­ło w słoń­cu wpa­da­ją­cym przez duże okna”62 V.

Gło­sy opi­nii pu­blicz­nej w kwe­stii no­wo­two­rów tak­że po­wo­li uci­chły. Po krót­ko­trwa­łej go­rącz­ce za­in­te­re­so­wa­nia pra­sy rak zno­wu stał się wiel­kim prze­mil­cza­nym, cho­ro­bą, o któ­rej się szep­cze, ale nie mówi się pu­blicz­nie. Na po­cząt­ku lat pięć­dzie­sią­tych Fan­ny Ro­se­now, ko­bie­ta, któ­ra po­ko­na­ła raka pier­si i za­an­ga­żo­wa­ła się w krze­wie­nie wie­dzy o no­wo­two­rach, za­dzwo­ni­ła do „New York Ti­me­sa”, chcąc za­mie­ścić ogło­sze­nie o gru­pie wspar­cia dla ko­biet zma­ga­ją­cych się z cho­ro­bą, przez któ­rą sama prze­szła63. Prze­łą­czo­no ją, o dzi­wo, do re­dak­to­ra z dzia­łu spo­łecz­ne­go. Kie­dy za­py­ta­ła, czy może dać ogło­sze­nie, na­stą­pi­ła dłu­ga chwi­la mil­cze­nia. W koń­cu re­dak­tor po­wie­dział: „Przy­kro mi, pro­szę pani, ale »Ti­mes« nie może pu­bli­ko­wać na swo­ich ła­mach słów »pierś« ani »rak«. Może sfor­mu­łu­je to pani ja­koś in­a­czej, na przy­kład że od­bę­dzie się spo­tka­nie w spra­wie cho­rób klat­ki pier­sio­wej”.

Fan­ny Ro­se­now zde­gu­sto­wa­na odło­ży­ła słu­chaw­kę.

*

Kie­dy w 1947 roku pa­to­log Sid­ney Far­ber po­sta­no­wił wkro­czyć do świa­ta on­ko­lo­gii, żywe w po­przed­niej de­ka­dzie za­in­te­re­so­wa­nie ra­kiem zdą­ży­ło znik­nąć bez śla­du. Znów była to cho­ro­ba, o któ­rej po­li­ty­ka mil­czy. W prze­stron­nych sa­lach Chil­drens Ho­spi­tal le­ka­rze i pa­cjen­ci to­czy­li pry­wat­ne bi­twy z no­wo­two­ra­mi. A w pod­ziem­nych la­bi­ryn­tach szpi­ta­la Far­ber to­czył jesz­cze bar­dziej pry­wat­ną bi­twę ze swo­imi che­mi­ka­lia­mi i do­świad­cze­nia­mi.

Izo­la­cja mia­ła dla jego po­cząt­ko­we­go suk­ce­su de­cy­du­ją­ce zna­cze­nie. Z dala od ośle­pia­ją­ce­go bla­sku re­flek­to­rów opi­nii pu­blicz­nej Far­ber pra­co­wał nad ma­łym, nie­oczy­wi­stym ka­wał­kiem ukła­dan­ki. Bia­łacz­kę trak­to­wa­no po ma­co­sze­mu: kli­ni­cy­ści nie chcie­li się nią zaj­mo­wać, gdyż nie mie­li na nią le­kar­stwa, a chi­rur­dzy dla­te­go, że krwi nie da się zo­pe­ro­wać. Jak ujął to pe­wien le­karz: „Przed dru­gą woj­ną świa­to­wą bia­łacz­ka w pew­nym sen­sie nie była [na­wet] no­wo­two­rem”64. Ist­nia­ła na po­gra­ni­czu cho­rób, ni­czym pa­rias błą­ka­ła się mię­dzy wie­lo­ma dys­cy­pli­na­mi i od­dzia­ła­mi – po­dob­nie jak Far­ber.

Gdy­by jed­nak bia­łacz­kę trze­ba było gdzieś „przy­pi­sać”, to chy­ba do he­ma­to­lo­gii, dzie­dzi­ny zaj­mu­ją­cej się ba­da­niem zdro­wej krwi65. Je­śli w ogó­le uda się zna­leźć le­kar­stwo na tę cho­ro­bę, ro­zu­mo­wał Far­ber, to tyl­ko dzię­ki ba­da­niom nad krwią. Gdy­by od­krył, jak po­wsta­ją zdro­we ko­mór­ki krwi, to może uda­ło­by mu się zna­leźć spo­sób na za­trzy­ma­nie pro­ce­su po­wsta­wa­nia cho­rych ko­mó­rek. Jako punkt wyj­ścia do zro­zu­mie­nia cho­ro­by przy­jął jej brak, czy­li nor­mę. In­ny­mi sło­wy, Far­ber pla­no­wał zmie­rzyć się z ra­kiem na sa­mym po­cząt­ku jego dro­gi.

Wie­dza Far­be­ra na te­mat krwi po­cho­dzi­ła głów­nie od Geo­r­ge’a Mi­no­ta. Ten szczu­pły, ły­sie­ją­cy ary­sto­kra­ta o prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu ja­snych oczu był kie­row­ni­kiem la­bo­ra­to­rium w oto­czo­nym ko­lum­na­dą bu­dyn­ku z ce­gły i ka­mie­nia przy Har­ri­son Ave­nue w Bo­sto­nie, za­le­d­wie kil­ka mil od po­tęż­ne­go kom­plek­su szpi­tal­ne­go przy Lon­gwo­od Ave­nue, w któ­re­go skład wcho­dził Chil­dren’s Ho­spi­tal. Far­ber od­był krót­ki staż u Mi­no­ta – po­dob­nie jak wie­lu he­ma­to­lo­gów z Ha­rvar­du – w la­tach dwu­dzie­stych, przed pod­ję­ciem pra­cy w Chil­dren’s Ho­spi­tal.

Każ­de dzie­się­cio­le­cie ma swo­ją za­gad­kę he­ma­to­lo­gicz­ną – w epo­ce Mi­no­ta była to nie­do­krwi­stość zło­śli­wa. Nie­do­krwi­stość jest cho­ro­bą po­le­ga­ją­cą na zbyt ma­łej licz­bie czer­wo­nych krwi­nek. W jej naj­pow­szech­niej­szej po­sta­ci przy­czy­ną jest nie­do­bór że­la­za, istot­ne­go skład­ni­ka słu­żą­ce­go do ich wy­twa­rza­nia. Przy­czy­ną nie­do­krwi­sto­ści zło­śli­wej, rzad­kiej od­mia­ny tej cho­ro­by, któ­rą ba­dał Mi­not, nie jest jed­nak brak że­la­za. (In­a­czej niż w przy­pad­ku „zwy­kłej” nie­do­krwi­sto­ści, cho­ro­by tej nie da się le­czyć w stan­dar­do­wy spo­sób, czy­li przez do­star­cze­nie cho­re­mu że­la­za – stąd okre­śle­nie „zło­śli­wa”). Po­da­jąc pa­cjen­tom co­raz bar­dziej ma­ka­brycz­ne me­dy­ka­men­ty – ćwierć ki­lo­gra­ma ku­rzej wą­trób­ki, nie­do­sma­żo­ne ham­bur­ge­ry, su­ro­we żo­łąd­ki wie­przo­we66, a raz na­wet zwy­mio­to­wa­ne soki żo­łąd­ko­we jed­ne­go ze stu­den­tów67 (do­pra­wio­ne ma­słem, cy­try­ną i na­tką pie­trusz­ki68) – w 1926 roku Mi­not i jego ze­spół ba­daw­czy69 wy­ka­za­li, że nie­do­krwi­stość zło­śli­wą po­wo­du­je nie­do­bór nie­zwy­kle waż­ne­go mi­kro­ele­men­tu, związ­ku che­micz­ne­go na­zwa­ne­go póź­niej wi­ta­mi­ną B1270. W 1934 roku Mi­not wraz z dwo­ma współ­pra­cow­ni­ka­mi otrzy­mał za to pio­nier­skie od­kry­cie Na­gro­dę No­bla71. Wy­ka­zał, że w tej skom­pli­ko­wa­nej cho­ro­bie he­ma­to­lo­gicz­nej uzu­peł­nie­nie nie­do­bo­ru jed­nej sub­stan­cji che­micz­nej może przy­wró­cić krwi zdro­wie. Tym sa­mym krew oka­za­ła się or­ga­nem, któ­re­go ak­tyw­ność moż­na re­gu­lo­wać przez in­ge­ren­cję w jego skład che­micz­ny.

Ist­nia­ła jesz­cze jed­na po­stać nie­do­krwi­sto­ści po­kar­mo­wej, któ­rą ze­spół Mi­no­ta się nie zaj­mo­wał – rów­nie „zło­śli­wej”, choć tym ra­zem w mo­ral­nym zna­cze­niu tego sło­wa. W od­da­lo­nym o trzy­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów Bom­ba­ju, w przę­dzal­niach na­le­żą­cych do an­giel­skich kup­ców, a za­rzą­dza­nych przez ich bez­względ­nych miej­sco­wych agen­tów, pen­sje zo­sta­ły zbi­te do tak ni­skie­go po­zio­mu, że ro­bot­ni­cy żyli w nę­dzy, nie­do­ży­wie­ni i po­zba­wie­ni opie­ki me­dycz­nej72. W la­tach dwu­dzie­stych XX wie­ku, ba­da­jąc tych ro­bot­ni­ków fa­brycz­nych w celu osza­co­wa­nia skut­ków prze­wle­kłe­go nie­do­ży­wie­nia, an­giel­scy le­ka­rze od­kry­li, że wie­lu z nich, a szcze­gól­nie ko­bie­ty, któ­re nie­daw­no ro­dzi­ły, cier­pia­ło na sil­ną nie­do­krwi­stość. (Była to jed­na z wie­lu fa­scy­nu­ją­cych roz­ry­wek ko­lo­ni­za­to­rów: stwo­rzyć w da­nej po­pu­la­cji opła­ka­ne wa­run­ki ży­cia, a na­stęp­nie prze­pro­wa­dzać na niej eks­pe­ry­men­ty spo­łecz­ne czy me­dycz­ne).

W roku 1928 Lucy Wills, mło­da an­giel­ska le­kar­ka, świe­żo upie­czo­na ab­sol­went­ka Lon­don Scho­ol of Me­di­ci­ne for Wo­men, wy­je­cha­ła na sty­pen­dium do Bom­ba­ju, żeby za­jąć się ba­da­niem tej wła­śnie po­sta­ci nie­do­krwi­sto­ści73. Wills była jak na he­ma­to­lo­ga isto­tą eg­zo­tycz­ną – od­waż­ną, spra­gnio­ną przy­gód ko­bie­tą, któ­rą nie­prze­par­ta cie­ka­wość krwi pchnę­ła do da­le­kich kra­jów, gdzie, jak so­bie wy­ma­rzy­ła, roz­wią­że za­gad­kę ta­jem­ni­czej cho­ro­by. Zna­ła pra­ce Mi­no­ta. Prze­ko­na­ła się jed­nak, że w od­róż­nie­niu od cho­ro­by, któ­rą opi­sał ame­ry­kań­ski ba­dacz, nie­do­krwi­sto­ści wy­stę­pu­ją­cej w Bom­ba­ju nie da się wy­le­czyć ani sto­so­wa­ny­mi przez nie­go na­tu­ral­ny­mi me­dy­ka­men­ta­mi, ani wi­ta­mi­ną B12. Ku swo­je­mu zdu­mie­niu od­kry­ła, że pa­cjen­ci zdro­wie­ją wsku­tek po­da­wa­nia im mar­mi­te, ciem­nej pa­sty droż­dżo­wej, po­pu­lar­nej wów­czas wśród fa­na­ty­ków zdro­we­go ży­wie­nia w An­glii i Au­stra­lii. Wills nie po­tra­fi­ła wy­od­ręb­nić głów­ne­go che­micz­ne­go skład­ni­ka od­żyw­cze­go pa­sty. Na­zwa­ła go więc po pro­stu „czyn­ni­kiem Wills”74. Był to, jak się póź­niej oka­za­ło, kwas fo­lio­wy – wi­ta­mi­na wy­stę­pu­ją­ca w owo­cach i wa­rzy­wach (i ob­fi­cie w pa­ście mar­mi­te).

Pod­czas po­dzia­łu każ­da ko­mór­ka musi stwo­rzyć za­pa­so­wą ko­pię DNA – sub­stan­cji, któ­ra jest no­śni­kiem ca­ło­kształ­tu in­for­ma­cji ge­ne­tycz­nych w ko­mór­ce. Kwas fo­lio­wy jest nie­zbęd­nym bu­dul­cem DNA, a za­tem od­gry­wa ży­wot­ną rolę w po­dzia­le ko­mó­rek. A po­nie­waż krwin­ki są bo­daj naj­szyb­ciej mno­żą­cy­mi się ko­mór­ka­mi w or­ga­ni­zmie czło­wie­ka – dzien­nie po­wsta­je po­nad trzy­sta mi­liar­dów no­wych krwi­nek – od­po­wied­ni po­ziom kwa­su fo­lio­we­go jest szcze­gól­nie istot­ny dla pa­ra­me­trów krwi. W sy­tu­acji jego nie­do­bo­ru (na przy­kład u osób, któ­re nie je­dzą wa­rzyw, jak owi ro­bot­ni­cy w Bom­ba­ju) do­cho­dzi do za­bu­rze­nia pro­duk­cji no­wych ko­mó­rek krwi w szpi­ku kost­nym. Two­rzą się mi­lio­ny ko­mó­rek na pół doj­rza­łych, za­le­ga­ją­cych we krwi jak nie­go­to­we to­wa­ry, któ­re utknę­ły na li­nii pro­duk­cyj­nej. Szpik sta­je się nie­do­ży­wio­ną bio­lo­gicz­ną fa­bry­ką, któ­ra nie speł­nia swo­jej funk­cji.

*

Te wła­śnie związ­ki – mię­dzy wi­ta­mi­na­mi, szpi­kiem kost­nym i zdro­wą krwią – za­przą­ta­ły my­śli Far­be­ra na po­cząt­ku lata 1946 roku. Co cie­ka­we, jego pierw­szy eks­pe­ry­ment che­micz­ny, za­in­spi­ro­wa­ny owy­mi związ­ka­mi, oka­zał się strasz­ną po­mył­ką. Lucy Wills za­ob­ser­wo­wa­ła, że je­że­li poda się kwas fo­lio­wy pa­cjen­tom wy­ka­zu­ją­cym nie­do­bór sub­stan­cji od­żyw­czych, wzno­wi się u nich nor­mal­ną pro­duk­cję krwi. Far­ber za­sta­na­wiał się, czy je­śli poda kwas fo­lio­wy dzie­ciom cho­rym na bia­łacz­kę, to rów­nież w ich przy­pad­ku przy­wró­ci on nor­mal­ną pro­duk­cję krwi. By się o tym prze­ko­nać, zdo­był od­po­wied­nią ilość syn­te­tycz­ne­go kwa­su fo­lio­we­go, ze­brał gru­pę cho­rych dzie­ci i za­czął im po­da­wać za­strzy­ki z tą sub­stan­cją.

W cią­gu na­stęp­nych mie­się­cy od­krył, że kwas fo­lio­wy nie tyl­ko nie za­trzy­mał po­stę­pu bia­łacz­ki, ale wręcz go przy­spie­szył. U jed­ne­go pa­cjen­ta po­ziom bia­łych krwi­nek zwięk­szył się nie­mal dwu­krot­nie. Far­ber czym prę­dzej za­koń­czył eks­pe­ry­ment. Za­ob­ser­wo­wa­ne zja­wi­sko na­zwał ak­ce­le­ra­cją75, wy­wo­łu­jąc tym sa­mym sko­ja­rze­nie z nie­bez­piecz­nym przed­mio­tem, któ­ry spa­da z co­raz więk­szą pręd­ko­ścią, nie­chyb­nie dą­żąc ku znisz­cze­niu.

Pe­dia­trzy z Chil­dren’s Ho­spi­tal byli wście­kli na Far­be­ra. Ana­lo­gi kwa­su fo­lio­we­go nie tyl­ko sprzy­ja­ły po­stę­po­wi nie­do­krwi­sto­ści, ale praw­do­po­dob­nie przy­spie­szy­ły tak­że śmierć dzie­ci. Far­be­ra jed­nak uzy­ska­ny wy­nik przede wszyst­kim za­in­try­go­wał. Sko­ro fo­lian spo­wo­do­wał ak­ce­le­ra­cję ko­mó­rek bia­łacz­ki u dzie­ci, to co by było, gdy­by uda­ło się od­ciąć jego do­sta­wę za po­mo­cą ja­kie­goś in­ne­go leku – a n t y f o l i a n u? Czy sub­stan­cja che­micz­na ha­mu­ją­ca roz­wój bia­łych krwi­nek mo­gła­by za­trzy­mać po­stęp bia­łacz­ki?

Ob­ser­wa­cje Mi­no­ta i Wills za­czę­ły się ukła­dać w spój­ny, choć nie­wy­raź­ny ob­raz. Gdy­by po­rów­nać szpik kost­ny do fa­bry­ki ko­mó­rek pra­cu­ją­cej na peł­nych ob­ro­tach, to szpik oso­by cho­rej na bia­łacz­kę jest jak ta sama fa­bry­ka wy­ko­nu­ją­ca kil­ka­set pro­cent nor­my – sza­lo­na wy­twór­nia ko­mó­rek no­wo­two­ro­wych. Mi­not i Wills u r u c h o m i l i li­nie pro­duk­cyj­ne szpi­ku kost­ne­go, wpro­wa­dza­jąc do or­ga­ni­zmu sub­stan­cje od­żyw­cze. A czy moż­na by unie­ru­cho­mić ze­zło­śli­wia­ły szpik, od­ci­na­jąc do­pływ sub­stan­cji od­żyw­czych? Czy nie­do­krwi­stość ro­bot­ni­ków z fa­bryk w Bom­ba­ju moż­na by od­two­rzyć w ce­lach lecz­ni­czych w pla­ców­kach me­dycz­nych w Bo­sto­nie?

Co dzień, wra­ca­jąc pie­szo z la­bo­ra­to­rium w su­te­re­nie Chil­drens Ho­spi­tal do domu przy Amo­ry Stre­et w mia­stecz­ku Bro­okli­ne pod Bo­sto­nem, Far­ber przez całą dłu­gą dro­gę roz­my­ślał o ta­kim leku76. Ko­la­cja, po­da­na w ja­dal­ni wy­ło­żo­nej ciem­nym drze­wem, była u nie­go w domu zwy­kle po­sił­kiem skrom­nym i nie­spe­cjal­nie ce­le­bro­wa­nym. Jego żona Nor­ma, mu­zyk i pi­sar­ka, mó­wi­ła o ope­rze i po­ezji; Sid­ney opo­wia­dał o au­top­sjach, ba­da­niach kli­nicz­nych i pa­cjen­tach. Wie­czo­rem, wra­ca­jąc do szpi­ta­la, zo­sta­wiał za sobą cich­ną­cy dźwięk gam, któ­re Nor­ma ćwi­czy­ła na for­te­pia­nie, i resz­tę dro­gi po­ko­ny­wał z nie­od­stę­pu­ją­cą go wi­zją an­ty­no­wo­two­ro­wej sub­stan­cji che­micz­nej. Wy­obra­żał ją so­bie do­kład­nie, nie­mal na­ma­cal­nie, z en­tu­zja­zmem praw­dzi­we­go fa­na­ty­ka. Nie wie­dział tyl­ko, czym jest ta sub­stan­cja ani jak ją na­zwać. Sło­wa „che­mio­te­ra­pia”, tak jak ro­zu­mie­my je dzi­siaj, nie uży­wa­no do okre­śla­nia le­ków prze­ciw no­wo­two­romVI. Bo­ga­ty ar­se­nał „an­ty­wi­ta­min”, któ­ry Far­ber tak wy­raź­nie wi­dział w swo­ich fan­ta­zjach, nie ist­niał w rze­czy­wi­sto­ści.

*

Kwas fo­lio­wy do nie­uda­ne­go pierw­sze­go ba­da­nia kli­nicz­ne­go Far­ber otrzy­mał z la­bo­ra­to­rium swo­je­go sta­re­go zna­jo­me­go, che­mi­ka na­zwi­skiem Yel­la­pra­ga­da Sub­ba­rao, na któ­re­go więk­szość ko­le­gów mó­wi­ła Yel­la. Był on pio­nie­rem pod kil­ko­ma wzglę­da­mi – le­ka­rzem, któ­ry zo­stał spe­cja­li­stą od fi­zjo­lo­gii ko­mór­ki, oraz che­mi­kiem, któ­ry przy­pad­kiem za­pu­ścił się w dzie­dzi­nę bio­lo­gii. Za­nim jed­nak do­szło do owych za­wi­ro­wań w sfe­rze na­uki, Sub­ba­rao od­był dra­ma­tycz­ne pe­re­gry­na­cje w świe­cie fi­zycz­nym. Przy­je­chał do Bo­sto­nu w 1923 roku, bez pie­nię­dzy i po­ję­cia o tym, co go cze­ka77. Miał dy­plom ukoń­cze­nia me­dy­cy­ny w In­diach i za­świad­cze­nie o przy­zna­nym sty­pen­dium na­uko­wym w Scho­ol of Tro­pi­cal He­alth na Ha­rvar­dzie. Kli­mat w Bo­sto­nie, jak się pręd­ko prze­ko­nał, ani tro­chę nie przy­po­mi­nał tro­pi­kal­ne­go. Po­nie­waż tej pierw­szej mroź­nej zimy nie mógł zna­leźć pra­cy jako le­karz (nie miał li­cen­cji na wy­ko­ny­wa­nie za­wo­du w Sta­nach Zjed­no­czo­nych), za­trud­nił się jako noc­ny por­tier w Bri­gham and Wo­men’s Ho­spi­tal, gdzie jego obo­wiąz­ki spro­wa­dza­ły się do otwie­ra­nia drzwi, zmie­nia­nia po­ście­li i szo­ro­wa­nia klo­ze­tów.

Bli­ski kon­takt ze świa­tem me­dy­cy­ny się opła­cił. Sub­ba­rao zdo­był w szpi­ta­lu przy­ja­ciół i na­wią­zał kon­tak­ty. Za­czął pra­co­wać na dzien­nej zmia­nie jako la­bo­rant na od­dzia­le bio­che­mii. Jego pierw­sze za­da­nie po­le­ga­ło na izo­lo­wa­niu z ży­wych ko­mó­rek po­szcze­gól­nych sub­stan­cji i ba­da­niu ich skła­du che­micz­ne­go – uj­mu­jąc rzecz ob­ra­zo­wo, na prze­pro­wa­dza­niu bio­che­micz­nych „au­top­sji” na ko­mór­kach. Wy­ma­ga­ło to ra­czej wy­trwa­ło­ści niż wy­obraź­ni, ale przy­nio­sło nie­zwy­kłe dy­wi­den­dy. Sub­ba­rao zi­den­ty­fi­ko­wał sub­stan­cję na­zwa­ną póź­niej ATP – źró­dło ener­gii u wszyst­kich istot ży­wych (ATP jest no­śni­kiem „ener­gii” che­micz­nej w ko­mór­ce) – a tak­że zwią­zek na­zwa­ny kre­aty­ną, no­śnik ener­gii w ko­mór­kach mię­śnio­wych. Każ­de z tych od­kryć z osob­na po­win­no było za­gwa­ran­to­wać mu pro­fe­su­rę na Ha­rvar­dzie. Ale Sub­ba­rao był ob­co­kra­jow­cem mó­wią­cym z sil­nym ak­cen­tem, a w do­dat­ku noc­nym mar­kiem, sa­mot­ni­kiem i we­ge­ta­ria­ni­nem; miesz­kał w gar­so­nie­rze w cen­trum mia­sta i przy­jaź­nił się tyl­ko z in­ny­mi noc­ny­mi sa­mot­ni­ka­mi, ta­ki­mi jak Far­ber. W roku 1940, nie zdo­byw­szy ani uzna­nia, ani po­sa­dy na uni­wer­sy­te­cie, ura­żo­ny Yel­la prze­niósł się do Le­der­le Labs (la­bo­ra­to­rium far­ma­ceu­tycz­ne­go na­le­żą­ce­go do kon­cer­nu Ame­ri­can Cy­ana­mid) na pół­no­cy sta­nu Nowy Jork, gdzie za­pro­po­no­wa­no mu kie­ro­wa­nie ze­spo­łem zaj­mu­ją­cym się syn­te­zą che­micz­ną.

Skon­cen­tro­wał się na pro­duk­cji syn­te­tycz­nych od­po­wied­ni­ków na­tu­ral­nych sub­stan­cji che­micz­nych, któ­re znaj­du­ją się w ko­mór­kach; li­czył, że jego syn­te­ty­ki znaj­dą za­sto­so­wa­nie jako su­ple­men­ty od­żyw­cze. W la­tach dwu­dzie­stych kon­ku­ren­cyj­na fir­ma far­ma­ceu­tycz­na, Eli Lil­ly, zbi­ła for­tu­nę na sprze­da­ży kon­cen­tra­tu wi­ta­mi­ny B12, sub­stan­cji od­żyw­czej, któ­rej nie­do­bór wy­wo­łu­je nie­do­krwi­stość zło­śli­wą78. Sub­ba­rao po­sta­no­wił sku­pić się na in­nej cho­ro­bie z tej gru­py – za­nie­dba­nej do­tych­czas nie­do­krwi­sto­ści spo­wo­do­wa­nej nie­do­bo­rem kwa­su fo­lio­we­go. Ale w roku 1946, po wie­lu nie­uda­nych pró­bach uzy­ska­nia tej sub­stan­cji z wą­tro­by wie­przo­wej, zmie­nił tak­ty­kę i za­jął się syn­te­ty­zo­wa­niem kwa­su fo­lio­we­go od zera, z po­mo­cą ze­spo­łu na­ukow­ców, wśród któ­rych zna­la­zła się mię­dzy in­ny­mi mło­da che­micz­ka Har­riet Kil­tie79.

Re­ak­cje che­micz­ne ma­ją­ce na celu uzy­ska­nie kwa­su fo­lio­we­go przy­nio­sły do­dat­ko­we ko­rzy­ści. Po­nie­waż re­ak­cje te skła­da­ły się z kil­ku eta­pów, Sub­ba­rao i Kil­tieVII.mo­gli two­rzyć róż­ne wa­rian­ty kwa­su fo­lio­we­go za po­mo­cą drob­nych ko­rekt w skła­dzie. A owe wa­rian­ty kwa­su fo­lio­we­go – któ­rych czą­stecz­ki mia­ły bar­dzo po­dob­ną struk­tu­rę – wy­ka­zy­wa­ły wła­ści­wo­ści prze­ciw­ne, niż się po nich spo­dzie­wa­no. Dzia­ła­nie en­zy­mów i re­cep­to­rów w ko­mór­kach zwy­kle po­le­ga na tym, że roz­po­zna­ją one po­szcze­gól­ne mo­le­ku­ły na pod­sta­wie ich bu­do­wy che­micz­nej. Ale mo­le­ku­ła o struk­tu­rze „zmył­ko­wej” – taka, któ­ra pra­wie ide­al­nie na­śla­du­je mo­le­ku­łę na­tu­ral­ną – wią­że się cza­sa­mi z re­cep­to­rem czy en­zy­mem i blo­ku­je jego dzia­ła­nie, tak jak nie­wła­ści­wy klucz cza­sa­mi kli­nu­je się w zam­ku. Nie­któ­re uzy­ska­ne przez Yel­lę wa­rian­ty kwa­su fo­lio­we­go mo­gły za­tem dzia­łać jak a n t a g o n i ś c i kwa­su fo­lio­we­go.

I to wła­śnie były an­ty­wi­ta­mi­ny, o któ­rych ma­rzył Far­ber. Na­pi­sał on do Kil­tie i Sub­ba­rao z py­ta­niem, czy może wy­ko­rzy­stać stwo­rzo­nych przez nich an­ta­go­ni­stów kwa­su fo­lio­we­go w pró­bach le­cze­nia pa­cjen­tów cho­rych na bia­łacz­kę. Sub­ba­rao wy­ra­ził zgo­dę. Tak oto pod ko­niec lata 1947 roku pierw­sza pacz­ka z an­ty­fo­lia­na­mi, nada­na w Le­der­le Labs w sta­nie Nowy Jork, do­tar­ła do la­bo­ra­to­rium Far­be­ra.

Wyzwanie Farbera

Przez całe wie­ki ofia­ry tej cho­ro­by były pod­da­wa­ne nie­mal wszel­kim for­mom eks­pe­ry­men­tów, ja­kie tyl­ko moż­na so­bie wy­obra­zić. W po­szu­ki­wa­niu sku­tecz­ne­go środ­ka, któ­ry przy­niósł­by ulgę w tym trud­nym do le­cze­nia scho­rze­niu, łu­pio­no pola i lasy, ap­te­ki i świą­ty­nie. W hi­sto­rii bez­owoc­nych po­szu­ki­wań leku na tę cho­ro­bę pra­wie żad­ne zwie­rzę nie unik­nę­ło da­ni­ny na jej rzecz, w po­sta­ci sier­ści czy skó­ry, kłów czy pa­zu­rów, gra­si­cy czy tar­czy­cy, wą­tro­by czy śle­dzio­ny80.

Wil­liam Ba­in­brid­ge

Po­szu­ki­wa­nie spo­so­bu na wy­eli­mi­no­wa­nie tej pla­gi […] to po­dej­mo­wa­ne na chy­bił tra­fił pró­by le­cze­nia i nie­sko­or­dy­no­wa­ne ba­da­nia81.

„The Wa­shing­ton Post”, 1946

Do­rche­ster, po­ło­żo­ne je­de­na­ście ki­lo­me­trów na po­łu­dnie od bo­stoń­skie­go kom­plek­su szpi­tal­ne­go Lon­gwo­od, to miej­sco­wość ty­po­wa dla No­wej An­glii, trój­kąt za­kli­no­wa­ny mię­dzy za­nie­czysz­czo­ny­mi te­re­na­mi prze­my­sło­wy­mi na za­cho­dzie a sza­ro­zie­lo­ny­mi wo­da­mi Atlan­ty­ku na wscho­dzie. Pod ko­niec lat czter­dzie­stych Do­rche­ster prze­ży­ło kil­ka fal imi­gra­cji ży­dow­skiej i ir­landz­kiej. Przy­by­sze – stocz­niow­cy, od­lew­ni­cy, in­ży­nie­ro­wie ko­lej­nic­twa, ry­ba­cy i ro­bot­ni­cy fa­brycz­ni – za­sie­dla­li dom­ki sze­re­go­we z de­sek i ce­gły wznie­sio­ne po obu stro­nach pną­cej się po zbo­czu głów­nej alei mia­stecz­ka. Póź­niej Do­rche­ster prze­kształ­ci­ło się w ty­po­we mia­sto ro­dzin­ne – nad rze­ką po­wsta­ły par­ki i pla­ce za­baw, zbu­do­wa­no pole gol­fo­we, ko­ściół i sy­na­go­gę. W nie­dziel­ne po­po­łu­dnia ro­dzi­ny cią­gnę­ły do Fran­klin Park, żeby po­spa­ce­ro­wać ale­ja­mi w cie­niu drzew albo po­ob­ser­wo­wać stru­sie, niedź­wie­dzie po­lar­ne i ty­gry­sy w tam­tej­szym zoo.

16 sierp­nia 1947 roku w jed­nym z do­mów nie­opo­dal zoo dziec­ko ro­bot­ni­ka z bo­stoń­skiej stocz­ni za­pa­dło na ta­jem­ni­czą cho­ro­bę – przez dwa ty­go­dnie bez żad­nej za­uwa­żal­nej pra­wi­dło­wo­ści po­ja­wia­ła się i zni­ka­ła nie­wy­so­ka go­rącz­ka, któ­rej to­wa­rzy­szy­ły osła­bie­nie i bla­dość. Ro­bert San­dler miał dwa lata82. El­liott, jego brat bliź­niak, był żwa­wym che­ru­bin­kiem w peł­ni zdro­wia.

Dzie­sięć dni po pierw­szej go­rącz­ce stan Ro­ber­ta znacz­nie się po­gor­szył. Tem­pe­ra­tu­ra pod­sko­czy­ła. Cera zmie­ni­ła ko­lor z ró­żo­we­go na mlecz­no­bia­ły, jak u du­cha. Chłop­ca przy­wie­zio­no do bo­stoń­skie­go Chil­dren’s Ho­spi­tal. Jego śle­dzio­na, na­rząd wiel­ko­ści pię­ści, któ­ry ma­ga­zy­nu­je i wy­twa­rza bia­łe krwin­ki, zwy­kle le­d­wo wy­czu­wal­ny pod że­bra­mi, była wy­raź­nie po­więk­szo­na, zwi­sa­ła jak wy­peł­nio­ny cie­czą wór. Kro­pla krwi pa­cjen­ta ujaw­ni­ła pod mi­kro­sko­pem Far­be­ra toż­sa­mość cho­ro­by – ty­sią­ce bia­łacz­ko­wych lim­fo­bla­stów dzie­li­ły się w sza­lo­nym tem­pie, ich chro­mo­so­my zbi­ja­ły się cia­sno i za­raz roz­cho­dzi­ły, ni­czym za­ci­ska­ją­ce się i roz­luź­nia­ją­ce piąst­ki.

Ro­bert San­dler tra­fił do szpi­ta­la za­le­d­wie kil­ka ty­go­dni po tym, jak Far­ber otrzy­mał pierw­szą prze­sył­kę z Le­der­le Labs. 6 wrze­śnia 1947 roku Far­ber za­czął po­da­wać chłop­cu za­strzy­ki ami­no­an­fo­lu (kwa­su pte­ro­ilo­aspa­ra­gi­no­we­go), pierw­sze­go z an­ty­fo­lia­nów Sub­ba­rao83. (Zgo­da na uczest­nic­two w te­stach kli­nicz­nych no­we­go leku – na­wet tok­sycz­ne­go – za­zwy­czaj nie była wy­ma­ga­na. Ro­dzi­ców cza­sa­mi zdaw­ko­wo in­for­mo­wa­no o pró­bie; dzie­ci nie in­for­mo­wa­no pra­wie nig­dy, nie py­ta­no ich też o zda­nie. Ko­deks no­rym­ber­ski re­gu­lu­ją­cy prze­pro­wa­dza­nie eks­pe­ry­men­tów na lu­dziach, wy­ma­ga­ją­cy od pa­cjen­tów wy­raź­nej do­bro­wol­nej zgo­dy, po­wstał 9 sierp­nia 1947 roku, nie­ca­ły mie­siąc przed eks­pe­ry­men­tem z ami­no­an­fo­lem. Wąt­pli­we, żeby Far­be­ra do­szły słu­chy o za­pi­sach wy­ma­ga­ją­cych zgo­dy pa­cjen­ta).

Le­cze­nie ami­no­an­fo­lem wła­ści­wie nie przy­nio­sło skut­ku. Przez na­stęp­ny mie­siąc Ro­bert San­dler co­raz bar­dziej opa­dał z sił. Za­czął też uty­kać na sku­tek po­wsta­nia na­cie­ków bia­łacz­ko­wych uci­ska­ją­cych rdzeń krę­go­wy. Po­ja­wi­ły się bóle sta­wów i sil­ne bóle wę­dru­ją­ce. Póź­niej na­ciek bia­łacz­ko­wy po­ja­wił się w ko­ści udo­wej, po­wo­du­jąc jej pęk­nię­cie i ból nie do opi­sa­nia. W grud­niu przy­pa­dek Ro­ber­ta wy­da­wał się bez­na­dziej­ny. Kra­wędź śle­dzio­ny chłop­ca, jesz­cze bar­dziej wy­peł­nio­nej ko­mór­ka­mi bia­łacz­ki, się­gnę­ła mied­ni­cy. Pa­cjent był wy­co­fa­ny, apa­tycz­ny, opuch­nię­ty i bla­dy. Stał na pro­gu śmier­ci.

Ale 28 grud­nia Far­ber do­stał od Sub­ba­rao i Kil­tie nowy ro­dzaj anty-fo­lia­nu, ami­nop­te­ry­nę, sub­stan­cję o struk­tu­rze dość po­dob­nej do ami­no­an­fo­lu. Na­tych­miast za­czął po­da­wać chłop­cu za­strzy­ki no­we­go leku, spo­dzie­wa­jąc się, że w naj­lep­szym ra­zie uda się przy­nieść pa­cjen­to­wi ulgę w cier­pie­niu.

Re­ak­cja na lek była wy­raź­na. Licz­ba bia­łych krwi­nek, któ­ra do­tąd zwięk­sza­ła się w astro­no­micz­nym tem­pie – we wrze­śniu było ich dzie­sięć ty­się­cy, w li­sto­pa­dzie – dwa­dzie­ścia ty­się­cy, a w grud­niu – bli­sko sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy – na­gle prze­sta­ła ro­snąć i utrzy­my­wa­ła się mniej wię­cej na sta­łym po­zio­mie. A po­tem, co było jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kłe, za­czę­ła ma­leć. Bia­łacz­ko­wych bla­stów we krwi stop­nio­wo uby­wa­ło, aż wresz­cie nie­mal cał­ko­wi­cie znik­nę­ły. W ostat­ni dzień grud­nia po­ziom bia­łych krwi­nek spadł do pra­wie jed­nej szó­stej naj­wyż­szej za­no­to­wa­nej w prze­bie­gu cho­ro­by war­to­ści, do po­zio­mu zbli­żo­ne­go do nor­mal­ne­go. No­wo­twór nie znik­nął – pod mi­kro­sko­pem nadal wi­dać było zło­śli­we bia­łe krwin­ki – ale tym­cza­so­wo osłabł; tej mroź­nej bo­stoń­skiej zimy za­stygł w he­ma­to­lo­gicz­nym im­pa­sie.

13 stycz­nia 1948 roku Ro­bert San­dler wró­cił do kli­ni­ki, po raz pierw­szy od dwóch mie­się­cy idąc o wła­snych si­łach. Jego śle­dzio­na i wą­tro­ba zmniej­szy­ły się tak za­uwa­żal­nie, że – jak za­no­to­wał Far­ber – ubra­nia pa­cjen­ta sta­ły się „luź­ne w oko­li­cy brzu­cha”. Krwa­wie­nie usta­ło. Chło­piec miał wil­czy ape­tyt, tak jak­by chciał nad­ro­bić wszyst­kie po­sił­ki, któ­re opu­ścił przez pół roku. Z no­ta­tek Far­be­ra wy­ni­ka, że w lu­tym uwa­ga chłop­ca, jego po­ziom od­ży­wie­nia i ak­tyw­no­ści były ta­kie same jak u bra­ta bliź­nia­ka. Bo­daj przez mie­siąc Ro­bert i El­liott znów wy­da­wa­li się iden­tycz­ni.

*

Re­mi­sja, któ­ra na­stą­pi­ła u Ro­ber­ta San­dle­ra – zja­wi­sko wów­czas bez pre­ce­den­su w hi­sto­rii bia­łacz­ki – zdo­pin­go­wa­ła Far­be­ra do go­rącz­ko­wej ak­tyw­no­ści. Na po­cząt­ku zimy 1948 roku w jego kli­ni­ce po­ja­wi­li się nowi pa­cjen­ci, na przy­kład trzy­let­ni chło­piec przy­wie­zio­ny z po­wo­du bólu gar­dła czy dwu­ipół­let­nia dziew­czyn­ka z gu­za­mi na gło­wie i szyi; u wszyst­kich zdia­gno­zo­wa­no osta­tecz­nie ostrą dzie­cię­cą bia­łacz­kę lim­fa­tycz­ną. Far­ber, ma­jąc pod do­stat­kiem an­ty­fo­lia­nów od Yel­li, i pa­cjen­tów, któ­rzy roz­pacz­li­wie ich po­trze­bo­wa­li, zwer­bo­wał do po­mo­cy he­ma­to­lo­ga Lo­uisa Dia­mon­da oraz ze­spół asy­sten­tów: Ja­me­sa Wolf­fa, Ro­ber­ta Mer­ce­ra i Ro­ber­ta Sy­lve­ste­ra.

Już pierw­sze ba­da­nie kli­nicz­ne Far­be­ra roz­wście­czy­ło kie­row­nic­two Chil­dren’s Ho­spi­tal. Tym ra­zem uzna­no, że prze­brał mia­rę. Per­so­nel szpi­ta­la prze­gło­so­wał wnio­sek, żeby usu­nąć wszyst­kich sta­ży­stów pe­dia­trycz­nych z od­dzia­łu che­mio­te­ra­pii bia­łacz­ki (at­mos­fe­ra na od­dzia­łach, na któ­rych le­czo­no dzie­ci cho­re na bia­łacz­kę, była, jak zgod­nie uzna­no, zde­cy­do­wa­nie zbyt przy­gnę­bia­ją­ca i zbyt eks­pe­ry­men­tal­na, a tym sa­mym nie sprzy­ja­ła edu­ka­cji me­dycz­nej). W ten spo­sób po­zo­sta­wio­no wła­ści­wie całą opie­kę nad pa­cjen­ta­mi Far­be­ro­wi i jego asy­sten­tom84. Dzie­ci cho­re na no­wo­two­ry, jak na­pi­sał pe­wien chi­rurg, za­zwy­czaj „upy­cha­no w naj­ciem­niej­szych za­ka­mar­kach szpi­ta­li”85. Zda­niem pe­dia­trów tak czy owak znaj­do­wa­ły się one już na łożu śmier­ci – czy nie by­ło­by bar­dziej hu­ma­ni­tar­nie, jak upo­rczy­wie twier­dzi­li nie­któ­rzy, po pro­stu „po­zwo­lić im umrzeć w spo­ko­ju”86? Gdy je­den z kli­ni­cy­stów Far­be­ra za­pro­po­no­wał, żeby jego no­wa­tor­skie „che­mi­ka­lia” po­da­wać cho­rym na bia­łacz­kę dzie­ciom tyl­ko w osta­tecz­no­ści, Far­ber, do­sko­na­le pa­mię­ta­jąc swo­je po­przed­nie wcie­le­nie pa­to­lo­ga, od­pa­ro­wał: „Wte­dy che­mi­ka­lia będą już zbęd­ne, poza jed­nym – pły­nem do bal­sa­mo­wa­nia zwłok”87.

Urzą­dził so­bie pro­wi­zo­rycz­ną pra­cow­nię w ostat­niej sali od­dzia­łu, tuż przy ła­zien­kach. Jego mały ze­spół roz­lo­ko­wał się w naj­róż­niej­szych nie­uży­wa­nych po­miesz­cze­niach za­kła­du pa­to­lo­gii – na za­ple­czach, na klat­kach scho­do­wych i w pu­stych ga­bi­ne­tach88. Ze stro­ny szpi­ta­la otrzy­my­wał mi­ni­mal­ne wspar­cie. Asy­sten­ci Far­be­ra sa­mo­dziel­nie ostrzy­li so­bie igły do biop­sji szpi­ku, co już wte­dy było prak­ty­ką rów­nie prze­sta­rza­łą jak ostrze­nie skal­pe­li przez chi­rur­gów89. Ze­spół Far­be­ra dro­bia­zgo­wo śle­dził po­stę­py cho­ro­by u każ­de­go pa­cjen­ta – na­le­ża­ło wszyst­ko za­pi­sy­wać: każ­dy wy­nik ba­da­nia krwi, każ­dą trans­fu­zję, każ­dą go­rącz­kę. Sko­ro bia­łacz­ka mia­ła zo­stać po­ko­na­na, Far­ber chciał za­cho­wać dla po­tom­no­ści spra­woz­da­nie z każ­dej mi­nu­ty tej wal­ki – na­wet je­śli ni­ko­go poza sa­mym Far­be­rem ono nie in­te­re­so­wa­ło.

*

Zima 1948 roku była w Bo­sto­nie ostra i mroź­na. Bu­rze śnież­ne spa­ra­li­żo­wa­ły pra­cę kli­ni­ki Far­be­ra. Wą­ska as­fal­to­wa dro­ga pro­wa­dzą­ca do Lon­gwo­od Ave­nue była za­wa­lo­na hał­da­mi brud­ne­go śnie­gu i bło­tem po­śnie­go­wym, a w ko­ry­ta­rzach w su­te­re­nie szpi­ta­la, gdzie na­wet je­sie­nią było chłod­no, te­raz pa­no­wał ziąb nie do znie­sie­nia. Co­dzien­ne po­da­wa­nie za­strzy­ków z an­ty­fo­lia­nów było nie­moż­li­we, ze­spół Far­be­ra po­prze­sta­wał więc na trzech daw­kach ty­go­dnio­wo. W lu­tym, kie­dy bu­rze śnież­ne usta­ły, znów pod­ję­to po­da­wa­nie leku co dzień.

Tym­cza­sem wie­ści o pró­bach le­cze­nia bia­łacz­ki dzie­cię­cej za­czę­ły się sze­rzyć i do kli­ni­ki Far­be­ra cią­gnął sznur pa­cjen­tów. W każ­dym ko­lej­nym przy­pad­ku po­wta­rzał się do­kład­nie ten sam nie­wia­ry­god­ny wzo­rzec: an­ty­fo­lia­ny ob­ni­ża­ły licz­bę ko­mó­rek bia­łacz­ko­wych, a cza­sa­mi do­pro­wa­dza­ły wręcz do cał­ko­wi­te­go ich znik­nię­cia – przy­najm­niej na ja­kiś czas. Zda­rza­ły się re­mi­sje rów­nie spek­ta­ku­lar­ne jak w przy­pad­ku Ro­ber­ta San­dle­ra. Dwóch chłop­ców le­czo­nych ami­nop­te­ry­ną wró­ci­ło do szko­ły90. Inne dziec­ko, dwu­ipół­let­nia dziew­czyn­ka, po sied­miu mie­sią­cach le­że­nia w łóż­ku za­czę­ła się ba­wić i bie­gać91. Nor­mal­ność ob­ra­zu krwi nie­mal przy­wra­ca­ła, na chwi­lę krót­ką jak mgnie­nie oka, nor­mal­ność dzie­ciń­stwu.

Ale za każ­dym ra­zem w pew­nym mo­men­cie po­ja­wiał się ten sam pro­blem. Po kil­ku mie­sią­cach re­mi­sji no­wo­twór na­wra­cał i osta­tecz­nie nie mo­gły go zwal­czyć na­wet naj­sil­niej­sze z nad­sy­ła­nych przez Yel­lę le­ków. Ko­mór­ki bia­łacz­ki znów po­ja­wia­ły się w szpi­ku, po czym prze­do­sta­wa­ły do krwio­bie­gu i na­wet naj­bar­dziej ak­tyw­ne an­ty­fo­lia­ny nie mo­gły za­trzy­mać ich roz­wo­ju. Ro­bert San­dler zmarł w 1948 roku, choć wcze­śniej przez kil­ka mie­się­cy wy­da­wa­ło się, że jest zdro­wy.

Re­mi­sje były wpraw­dzie tym­cza­so­we, nie­mniej jed­nak au­ten­tycz­ne – i mia­ły hi­sto­rycz­ne zna­cze­nie. Do kwiet­nia 1948 roku ze­bra­no dość da­nych, żeby na­pi­sać ar­ty­kuł do „New En­gland Jo­ur­nal of Me­di­ci­ne”92. Ze­spół Far­be­ra le­czył szes­na­ścio­ro dzie­ci. Dzie­się­cio­ro za­re­ago­wa­ło na le­cze­nie. Pię­cio­ro zaś – czy­li bli­sko jed­na trze­cia ba­da­nej gru­py – żyło jesz­cze od czte­rech do na­wet sze­ściu mie­się­cy od chwi­li po­sta­wie­nia dia­gno­zy. W przy­pad­ku bia­łacz­ki była to cała wiecz­ność.

*

Ar­ty­kuł Far­be­ra, opu­bli­ko­wa­ny 3 czerw­ca 1948 roku, li­czy sie­dem stron i jest na­je­żo­ny ta­be­la­mi, licz­ba­mi, fo­to­gra­fia­mi spod mi­kro­sko­pu, war­to­ścia­mi uzy­ska­ny­mi w ba­da­niach la­bo­ra­to­ryj­nych i wy­ni­ka­mi ba­dań krwi. Na­pi­sa­ny jest sztyw­nym, for­mal­nym i oschłym na­uko­wym żar­go­nem. Ale mimo to, jak wszyst­kie prze­ło­mo­we ar­ty­ku­ły z dzie­dzi­ny me­dy­cy­ny, czy­ta się go ni­czym thril­ler. Wcią­ga w swo­ją rze­czy­wi­stość jak praw­dzi­wa po­wieść: na­wet dzi­siaj czy­tel­nik prze­no­si się za ku­li­sy burz­li­wej co­dzien­no­ści bo­stoń­skiej kli­ni­ki, gdzie pa­cjen­ci kur­czo­wo trzy­ma­ją się ży­cia, pod­czas gdy Far­ber i jego asy­sten­ci usi­łu­ją zna­leźć nowe leki na strasz­li­wą cho­ro­bę, któ­ra na ja­kiś czas zni­ka, po czym po­wra­ca. Ar­ty­kuł ma kla­sycz­ną fa­bu­łę, z po­cząt­kiem, roz­wi­nię­ciem i, nie­ste­ty, rów­nież za­koń­cze­niem.

Tekst przy­ję­to, jak wspo­mi­na pe­wien na­uko­wiec, „ze scep­ty­cy­zmem, nie­do­wie­rza­niem i obu­rze­niem”93. Z punk­tu wi­dze­nia Far­be­ra jego ba­da­nie kli­nicz­ne nio­sło opty­mi­stycz­ny prze­kaz: w le­cze­niu no­wo­two­ru, i to w jed­nej z naj­bar­dziej agre­syw­nych jego po­sta­ci, z po­wo­dze­niem za­sto­so­wa­no sub­stan­cję che­micz­ną. W cią­gu sze­ściu mie­się­cy, na prze­ło­mie lat 1947 i 1948, Far­ber wi­dział więc, jak otwie­ra­ją się przed nim drzwi, na mgnie­nie oka uka­zu­ją, co się za nimi kry­je – po czym znów z hu­kiem się za­trza­sku­ją. Przez tę krót­ką chwi­lę doj­rzał osza­ła­mia­ją­ce moż­li­wo­ści. To, że uda­ło się za po­mo­cą sztucz­nie uzy­ska­ne­go leku wy­eli­mi­no­wać ogól­no­ustro­jo­wy no­wo­twór zło­śli­wy, było w hi­sto­rii no­wo­two­rów wy­da­rze­niem wła­ści­wie bez­pre­ce­den­so­wym. La­tem 1948 roku, kie­dy je­den z asy­sten­tów Far­be­ra wy­ko­nał biop­sję szpi­ku kost­ne­go dziec­ka cho­re­go na bia­łacz­kę, któ­re le­czo­no ami­nop­te­ry­ną, nie mógł uwie­rzyć w otrzy­ma­ne wy­ni­ki. Na­pi­sał: „Szpik wy­glą­dał tak nor­mal­nie, że moż­na było ma­rzyć o osta­tecz­nym wy­le­cze­niu cho­ro­by”94.

I Far­ber o tym ma­rzył. O spe­cy­ficz­nych le­kach prze­ciw­no­wo­two­ro­wych, któ­re będą za­bi­ja­ły ko­mór­ki zło­śli­we, i o nor­mal­nych ko­mór­kach, któ­re będą się od­na­wiać i od­zy­ski­wać swo­ją fi­zjo­lo­gicz­ną prze­strzeń; ma­rzył o ga­mie sztucz­nie uzy­ska­nych sub­stan­cji-an­ta­go­ni­stów, któ­re dzie­siąt­ko­wa­ły­by zło­śli­we ko­mór­ki; ma­rzył o tym, że uda się cał­ko­wi­cie wy­le­czyć bia­łacz­kę za po­mo­cą le­ków che­micz­nych, a po­tem wy­ko­rzy­stać zdo­by­te do­świad­cze­nie w le­cze­niu po­wszech­niej­szych no­wo­two­rów. Rzu­cał on­ko­lo­gii po­waż­ne wy­zwa­nie. Pod­ję­cie tego wy­zwa­nia na­le­ża­ło do ca­łe­go po­ko­le­nia le­ka­rzy i na­ukow­ców.

Plaga skrywana w sekrecie

W me­ta­fo­rach, któ­re wy­bie­ra­my do opi­sa­nia wszech­świa­ta w mi­nia­tu­rze, wy­cho­dzi na jaw praw­da o nas95.

Ste­phen Jay Gould

Me­dy­cy­na zna za­tem tę cho­ro­bę od po­nad trzech ty­się­cy lat.

I od po­nad trzech ty­się­cy lat ludz­kość stu­ka do drzwi me­dy­cy­ny, bła­ga­jąc o „lek”96.

„For­tu­ne”, ma­rzec 1937

W dzi­siej­szych cza­sach [to] rak wziął na sie­bie rolę cho­ro­by-in­tru­za, któ­ry po­ja­wia się bez za­po­wie­dzi […]97.

Su­san Son­tag

Zwy­kle my­śli­my o raku jako o cho­ro­bie „współ­cze­snej”, po­nie­waż mó­wiąc o nim, uży­wa­my na wskroś no­wo­cze­snych me­ta­for. To cho­ro­ba nad­pro­duk­cji, bły­ska­wicz­ne­go roz­wo­ju – roz­wo­ju nie­po­wstrzy­ma­ne­go, roz­wo­ju, któ­ry wy­mknął się spod kon­tro­li. Współ­cze­sna bio­lo­gia pro­po­nu­je, by­śmy wy­obra­ża­li so­bie ko­mór­kę jako mo­le­ku­lar­ną ma­szy­nę. Rak to nic in­ne­go jak owa ma­szy­na, któ­ra nie umie wy­łą­czyć wy­da­ne­go jej po­le­ce­nia (dzie­le­nia się), a tym sa­mym sta­je się nie­znisz­czal­nym per­pe­tu­um mo­bi­le.

My­śle­nie o raku jako scho­rze­niu na­le­żą­cym nie­ja­ko z de­fi­ni­cji do XX wie­ku przy­wo­dzi na myśl, o czym prze­ko­nu­ją­co pi­sze Su­san Son­tag w książ­ce Cho­ro­ba jako me­ta­fo­ra, sko­ja­rze­nie z inną cho­ro­bą, uwa­ża­ną nie­gdyś za ty­po­wą dla swo­ich cza­sów – z dzie­więt­na­sto­wiecz­ną gruź­li­cą. I rak, i gruź­li­ca, jak słusz­nie za­uwa­ża Son­tag, są ohyd­ne – wstręt­ne, od­strę­cza­ją­ce dla zmy­słów. Obie te cho­ro­by wy­czer­pu­ją siły wi­tal­ne; obie roz­cią­ga­ją w cza­sie spo­tka­nie ze śmier­cią; w obu przy­pad­kach ce­chą cha­rak­te­ry­stycz­ną cho­ro­by jest na­wet nie śmierć, ale umie­ra­nie.

Po­mi­mo tych wszyst­kich po­do­bieństw gruź­li­ca to jed­nak cho­ro­ba przy­na­le­żą­ca do XIX wie­ku. Su­cho­ty (jak ją wte­dy zwa­no) to wik­to­riań­ski ro­man­tyzm, go­rącz­ko­wy i ob­se­syj­ny, do­pro­wa­dzo­ny do pa­to­lo­gicz­nej skraj­no­ści. Był cho­ro­bą po­etów: weź­my na przy­kład Joh­na Ke­at­sa, któ­ry mar­niał i w mil­cze­niu zbli­żał się do śmier­ci w cia­snym po­ko­iku z wi­do­kiem na Scho­dy Hisz­pań­skie w Rzy­mie98, czy By­ro­na, sza­lo­ne­go ro­man­ty­ka, któ­ry fan­ta­zjo­wał o śmier­ci na gruź­li­cę, by za­im­po­no­wać ko­chan­ce. „Śmierć i cho­ro­ba są nie­kie­dy pięk­ne, ni­czym […] go­rącz­ko­wa po­świa­ta tu­ber­ku­lo­zy”, pi­sał w 1852 roku Tho­re­au99. W Cza­ro­dziej­skiej gó­rze Tho­ma­sa Man­na owa „go­rącz­ko­wa po­świa­ta” wy­zwa­la u swo­ich ofiar go­rącz­ko­wą ak­tyw­ność twór­czą – kre­atyw­ną, dzia­ła­ją­cą ni­czym ka­thar­sis siłę, któ­ra wy­da­je się prze­peł­nio­na esen­cją tam­tej epo­ki.

Rak z ko­lei przy­wo­łu­je ob­ra­zy bar­dziej współ­cze­sne. Ko­mór­ka no­wo­two­ro­wa to zde­spe­ro­wa­na in­dy­wi­du­alist­ka, „non­kon­for­mist­ka, w każ­dym sen­sie tego sło­wa”, jak na­pi­sał chi­rurg Sher­win Nu­land”100. Ła­ciń­skie sło­wo uży­wa­ne na okre­śle­nie prze­rzu­tów, me­ta­sta­sis, to dziw­na kon­struk­cja zło­żo­na z meta i sta­sis, co moż­na by tłu­ma­czyć jako „poza bez­ru­chem” – płyn­ny, czę­ścio­wo nie­sta­bil­ny stan, do­brze od­da­ją­cy cha­rak­te­ry­stycz­ną nie­sta­bil­ność współ­cze­sno­ści. Gruź­li­ca za­bi­ja­ła swo­je ofia­ry po­przez pa­to­lo­gicz­ne usu­wa­nie ko­mó­rek (prąt­ki gruź­li­cy wy­drą­ża­ją płu­co), rak zaś dusi czło­wie­ka, na­peł­nia­jąc cia­ło zbyt wie­lo­ma ko­mór­ka­mi – jest pa­to­lo­gią nad­mia­ru. Jest to cho­ro­ba eks­pan­syw­na – do­ko­nu­je in­wa­zji w tkan­kach, za­kła­da ko­lo­nie we wro­gich so­bie oko­li­cach, „osie­dla się” w jed­nym na­rzą­dzie, po czym emi­gru­je do ko­lej­nych. Żyje stra­ceń­czo, po­my­sło­wo, za­wzię­cie, te­ry­to­rial­nie, spryt­nie i de­fen­syw­nie – nie­kie­dy mo­gło­by się wy­da­wać, że chce nas na­uczyć, na czym po­le­ga prze­trwa­nie. Kon­fron­ta­cja z ra­kiem jest ni­czym spo­tka­nie z rów­no­rzęd­nym ga­tun­kiem, bo­daj na­wet le­piej niż my przy­sto­so­wa­nym do wal­ki o prze­trwa­nie.

Ten ob­raz raka – jako na­sze­go za­wzię­te­go, zło­śli­we­go współ­cze­sne­go so­bo­wtó­ra – od­dzia­łu­je z tak dużą siłą, gdyż przy­najm­niej czę­ścio­wo jest praw­dzi­wy. Ko­mór­ka no­wo­two­ro­wa sta­no­wi zdu­mie­wa­ją­cą, prze­wrot­ną ko­pię nor­mal­nej ko­mór­ki. Rak jest fe­no­me­nal­nie sku­tecz­nym na­jeźdź­cą i ko­lo­ni­za­to­rem mię­dzy in­ny­mi dla­te­go, że wy­ko­rzy­stu­je te ce­chy, dzię­ki któ­rym my, lu­dzie, je­ste­śmy sku­tecz­ni – czy to jako ga­tu­nek, czy jako po­szcze­gól­ne or­ga­ni­zmy.

Tak samo jak w przy­pad­ku zdro­wej ko­mór­ki, roz­wój ko­mór­ki no­wo­two­ro­wej spro­wa­dza się do pod­sta­wo­we­go me­cha­ni­zmu: po­dzia­łu jed­nej ko­mór­ki na dwie. W zdro­wej ko­mór­ce ten pro­ces pod­le­ga ide­al­nej re­gu­la­cji: pew­ne sy­gna­ły sta­no­wią sty­mu­la­cję do roz­wo­ju, inne do jego za­trzy­ma­nia. W przy­pad­ku raka roz­wój jest nie­po­ha­mo­wa­ny, wsku­tek cze­go po­wsta­ją nie­zli­czo­ne po­ko­le­nia ko­mó­rek. W bio­lo­gii na okre­śle­nie ko­mó­rek, któ­re po­cho­dzą od tego sa­me­go ge­ne­tycz­ne­go przod­ka, uży­wa się ter­mi­nu klo­ny. Dziś wie­my już, że rak to wła­śnie cho­ro­ba klo­nal­na. Pra­wie każ­dy zna­ny me­dy­cy­nie no­wo­twór po­cho­dzi od jed­nej ko­mór­ki przod­ki­ni, któ­ra, zy­skaw­szy zdol­ność do nie­ogra­ni­czo­ne­go po­dzia­łu i prze­trwa­nia, pro­du­ku­je nie­zli­czo­nych po­tom­ków – jest to for­mu­ła Vir­cho­wa omnis cel­lu­la e cel­lu­la e cel­lu­la po­wta­rza­na w nie­skoń­czo­ność.

Ale rak nie jest cho­ro­bą czy­sto klo­nal­ną – to tak­że cho­ro­ba ewo­lu­ują­ca. Gdy­by roz­wój do­ko­ny­wał się bez ewo­lu­cji, ko­mór­ki no­wo­two­ro­we nie by­ły­by ob­da­rzo­ne tak wiel­ką zdol­no­ścią do in­wa­zji, prze­trwa­nia i da­wa­nia prze­rzu­tów. W każ­dym po­ko­le­niu ko­mó­rek no­wo­two­ro­wych po­wsta­je nie­licz­na grup­ka ko­mó­rek ge­ne­tycz­nie róż­nych od ro­dzi­ca. Kie­dy raka ata­ku­je lek prze­ciw­no­wo­two­ro­wy albo zwal­cza go układ od­por­no­ścio­wy, po­wsta­ją zmu­to­wa­ne klo­ny, któ­re po­tra­fią atak ode­przeć. Za­wsze prze­trwa­ją naj­sil­niej­sze ko­mór­ki no­wo­two­ro­we. Ten po­nu­ry, nie­ustan­ny cykl mu­ta­cji, se­lek­cji i na­mna­ża­nia się ge­ne­ru­je ko­mór­ki co­raz le­piej przy­sto­so­wa­ne do prze­trwa­nia i roz­wo­ju. W nie­któ­rych przy­pad­kach za­cho­dzą­ce mu­ta­cje przy­spie­sza­ją ko­lej­ne. Ge­ne­tycz­na nie­sta­bil­ność, ni­czym naj­czyst­sze sza­leń­stwo, przy­spie­sza za­tem pro­ces po­wsta­wa­nia zmu­to­wa­nych ko­mó­rek. Rak, jak żad­na inna cho­ro­ba, wy­ko­rzy­stu­je pod­sta­wo­wą lo­gi­kę ewo­lu­cji. Je­że­li my, lu­dzie, jako ga­tu­nek sta­no­wi­my naj­wyż­sze osią­gnię­cie za­sa­dy do­bo­ru na­tu­ral­ne­go, to samo da się po­wie­dzieć o tej nie­sły­cha­nej cho­ro­bie, któ­rą w so­bie no­si­my.

Moż­na dać się po­nieść za da­le­ko tym uwo­dzi­ciel­skim me­ta­fo­rom, ale w przy­pad­ku raka są one nie­unik­nio­ne. Kie­dy za­czy­na­łem pi­sać tę książ­kę, wy­obra­ża­łem ją so­bie jako „hi­sto­rię” raka. Ale z cza­sem co­raz sil­niej czu­łem, że pi­szę nie o c z y m ś, a l e o k i m ś. Mój bo­ha­ter z każ­dym dniem co­raz wy­raź­niej przy­bie­rał kształt przy­po­mi­na­ją­cy czło­wie­ka – niby ta­jem­ni­cze i nie­bez­piecz­ne lu­strza­ne od­bi­cie. Oka­za­ło się, że pi­szę nie tyle me­dycz­ną hi­sto­rię pew­nej cho­ro­by, ile coś bar­dziej oso­bi­ste­go, bar­dziej emo­cjo­nal­ne­go: jej bio­gra­fię.

*

Za­cznę więc jesz­cze raz, po­nie­waż każ­dy au­tor bio­gra­fii musi opi­sać na­ro­dzi­ny swo­je­go bo­ha­te­ra: gdzie „uro­dził się” rak? Jak daw­no temu? Kto jako pierw­szy od­no­to­wał tę cho­ro­bę?

W 1862 roku Edwin Smith – nie­tu­zin­ko­wa po­stać: na poły uczo­ny, na poły oszust, fał­szerz an­ty­ków i egip­to­log sa­mo­uk – za­ku­pił (lub, jak twier­dzą nie­któ­rzy, ukradł) od an­ty­kwa­riu­sza w Luk­so­rze pa­pi­rus dłu­go­ści pię­ciu me­trów101. Na­by­tek był w fa­tal­nym sta­nie – po­żół­kłe stro­ni­ce po­kry­te egip­skim pi­smem roz­pa­da­ły się w rę­kach. Dziś uwa­ża się, że pa­pi­rus po­cho­dzi z XVII wie­ku przed na­szą erą i jest trans­kryp­cją rę­ko­pi­su da­tu­ją­ce­go się mniej wię­cej z roku 2500 przed na­szą erą. Ko­pi­sta – pla­gia­tor pra­cu­ją­cy w wiel­kim po­śpie­chu – my­lił się przy prze­pi­sy­wa­niu i czę­sto na­no­sił na mar­gi­ne­sie po­praw­ki czer­wo­nym tu­szem.

Pa­pi­rus ten, prze­tłu­ma­czo­ny w 1930 roku, za­wie­ra, jak się dzi­siaj są­dzi, zbiór nauk Im­ho­te­pa, wiel­kie­go egip­skie­go le­ka­rza, któ­ry żył oko­ło 2625 roku przed na­szą erą. Im­ho­tep to je­den z nie­wie­lu zna­nych nam sta­ro­żyt­nych Egip­cjan nie­wy­wo­dzą­cych się z dy­na­stii kró­lew­skich. Był czło­wie­kiem re­ne­san­su – tego, któ­ry prze­ży­wa­ło wów­czas Kró­le­stwo Egip­tu. Jako we­zyr na dwo­rze fa­ra­ona Dże­se­ra Im­ho­tep pró­bo­wał swo­ich sił w ope­ra­cjach na otwar­tym mó­zgu, zaj­mo­wał się ar­chi­tek­tu­rą, a tak­że pio­nier­sko zgłę­biał astro­lo­gię i astro­no­mię. Na­wet Gre­cy, kie­dy kil­ka­set lat póź­niej w prze­mar­szu przez Egipt na­tknę­li się na po­zo­sta­ło­ści po jego bły­sko­tli­wym in­te­lek­cie, uzna­li go za pra­daw­ne­go cza­row­ni­ka i po­łą­czy­li z wła­snym bo­giem me­dy­cy­ny, Askle­pio­sem.

Naj­cie­kaw­szą ce­chą pa­pi­ru­su Smi­tha jest fakt, że zu­peł­nie nie ma tam mowy o ma­gii ani re­li­gii. W świe­cie, w któ­rym cza­ry, za­klę­cia i uro­ki były nie­od­łącz­nym ele­men­tem co­dzien­no­ści, Im­ho­tep pi­sał o zła­ma­nych ko­ściach i prze­miesz­czo­nych krę­gach zdy­stan­so­wa­nym, ste­ryl­nym ję­zy­kiem na­uki, tak jak­by dzi­siaj two­rzył pod­ręcz­nik chi­rur­gii. Opi­sa­ne na pa­pi­ru­sie czter­dzie­ści osiem przy­pad­ków – pęk­nię­cia ko­ści dło­ni, ro­pie­ją­ce wrzo­dy na skó­rze, strza­ska­ne ko­ści czasz­ki – trak­to­wa­ne są nie jak ta­jem­ni­cze zja­wi­ska, tyl­ko jak scho­rze­nia. Każ­de opa­trzo­no ob­ja­śnie­niem ter­mi­nów ana­to­micz­nych, dia­gno­zą, krót­kim opi­sem i ro­ko­wa­niem.

Wła­śnie spod ręki tego sta­ro­żyt­ne­go chi­rur­ga wy­szedł pierw­szy zna­ny opis raka jako osob­nej cho­ro­by. Opi­su­jąc przy­pa­dek czter­dzie­sty pią­ty, Im­ho­tep ra­dzi: „Je­że­li ba­dasz cho­re­go, któ­ry ma na pier­si na­pęcz­nia­łe guzy, i oka­zu­je się, że jest ich kil­ka; je­że­li po­ło­żysz mu na pier­siach dłoń i wy­czu­jesz, że owe guzy są zim­ne, nie to­wa­rzy­szy im go­rącz­ka, nie wy­ka­zu­ją ziar­ni­sto­ści, nie za­wie­ra­ją pły­nu, nie wy­cie­ka z nich ciecz, a jed­nak w do­ty­ku są wy­pu­kłe, po­wi­nie­neś rzec: »Oto przy­pa­dek na­pęcz­nia­łych gu­zów. […] Na­pęcz­nia­łe guzy w pier­siach ozna­cza­ją ist­nie­nie obrzmień w pier­siach, du­żych, roz­le­głych i twar­dych; w do­ty­ku są ni­czym cia­sno zwi­nię­te płó­cien­ne opa­trun­ki, moż­na je też po­rów­nać do nie­doj­rza­łe­go owo­cu he­matVIII. któ­ry, kie­dy się go weź­mie do ręki, jest twar­dy i chłod­ny«”102.

„Na­pęcz­nia­ły guz w pier­si”, chłod­ny, twar­dy, na­bi­ty jak nie­doj­rza­ły owoc i ukrad­ko­wo roz­prze­strze­nia­ją­cy się pod skó­rą – trud­no wy­obra­zić so­bie bar­dziej ewi­dent­ny opis raka pier­si. Każ­de­mu opi­sa­ne­mu na pa­pi­ru­sie przy­pad­ko­wi to­wa­rzy­szy zwię­zły opis le­cze­nia, choć­by tyl­ko pa­lia­tyw­ne­go: pa­cjen­tom neu­ro­chi­rur­gicz­nym wle­wa się do uszu mle­ko, rany opa­tru­je się ka­ta­pla­zma­mi, opa­rze­nia – bal­sa­ma­mi. Ale opis przy­pad­ku czter­dzie­ste­go pią­te­go wy­jąt­ko­wo spro­wa­dza się do jed­ne­go sło­wa. W ko­lum­nie za­ty­tu­ło­wa­nej „le­cze­nie” Im­ho­tep za­pi­sał: „Brak”.

Wraz z tym ak­tem przy­zna­nia się czło­wie­ka do nie­mo­cy rak wła­ści­wie znik­nął ze sta­ro­żyt­nej hi­sto­rii me­dy­cy­ny. Inne cho­ro­by prze­ta­cza­ją­ce się gwał­tow­nie przez świat zo­sta­wia­ły po so­bie za­ka­mu­flo­wa­ne śla­dy w le­gen­dach i do­ku­men­tach. Wie­my, że strasz­li­wa pla­ga – za­pew­ne ty­fus – zdzie­siąt­ko­wa­ła po­pu­la­cję mia­sta por­to­we­go Awa­ris w roku 1715 przed na­szą erą103. Co ja­kiś czas wy­bu­cha­ły epi­de­mie ospy, a jed­na z nich w XII wie­ku przed na­szą erą na­zna­czy­ła cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi dzio­ba­mi twarz Ram­ze­sa V104. Gruź­li­ca za­le­wa­ła do­li­nę In­du­su ni­czym po­wo­dzie, któ­re po­wta­rza­ły się tam z re­gu­lar­no­ścią pór roku105. A rak, je­że­li ist­niał w okre­sach mię­dzy tymi gi­gan­tycz­ny­mi epi­de­mia­mi, to ist­niał w mil­cze­niu, nie zo­sta­wia­jąc żad­ne­go moż­li­we­go do od­szy­fro­wa­nia śla­du w li­te­ra­tu­rze me­dycz­nej – ani żad­nej in­nej.

*

Rak po­now­nie daje znać o swym ist­nie­niu do­pie­ro po upły­wie po­nad dwóch ty­się­cy lat od opi­su Im­ho­te­pa. I znów uka­zu­je się jako cho­ro­ba okry­ta ta­jem­ni­cą, coś in­tym­ne­go i wsty­dli­we­go, o czym się nie mówi. W opa­słych Dzie­jach, na­pi­sa­nych oko­ło 440 roku przed na­szą erą, grec­ki hi­sto­ryk He­ro­dot od­no­to­wał hi­sto­rię Atos­sy, kró­lo­wej per­skiej, któ­ra za­pa­dła na nie­zwy­kłą cho­ro­bę. Atos­sa była cór­ką Cy­ru­sa II Wiel­kie­go i żoną Da­riu­sza, dwóch ko­lej­nych ce­sa­rzy z dy­na­stii Ache­me­ni­dów, sły­ną­cych z bru­tal­no­ści wład­ców ogrom­ne­go ob­sza­ru roz­cią­ga­ją­ce­go się od Li­dii nad Mo­rzem Śród­ziem­nym po Ba­bi­lo­nię nad Za­to­ką Per­ską. Kró­lo­wa Atos­sa wy­kry­ła w swo­jej pier­si krwa­wią­cy guz, za­pew­ne ob­jaw wy­jąt­ko­wo zło­śli­wej po­sta­ci raka pier­si, zwa­nej za­pal­ną (w jej prze­bie­gu ko­mór­ki raka two­rzą za­to­ry w na­czy­niach chłon­nych skó­ry, po­wsta­je obrzęk i za­czer­wie­nie­nie, któ­re obej­mu­je całą pierś lub bar­dzo dużą jej część).

Gdy­by Atos­sa wy­ra­zi­ła ta­kie ży­cze­nie, na jej dwór zje­cha­li­by się le­ka­rze od Ba­bi­lo­nii po Gre­cję. Ona jed­nak za­mknę­ła się w strasz­nej sa­mot­no­ści. Owi­ja­ła się płó­cien­ny­mi opa­trun­ka­mi w ra­mach na­ło­żo­nej na samą sie­bie kwa­ran­tan­ny. Być może le­ka­rze Da­riu­sza pró­bo­wa­li ją le­czyć, ale bez­sku­tecz­nie. Wresz­cie jed­nak grec­ki nie­wol­nik, le­karz imie­niem De­mo­ke­des, na­mó­wił ją, by po­zwo­li­ła wy­ciąć guz106.

Wkrót­ce po ope­ra­cji Atos­sa ta­jem­ni­czo zni­ka z tek­stu He­ro­do­ta. Jej hi­sto­ria sta­no­wi­ła dla nie­go je­dy­nie wą­tek po­bocz­ny. Nie wie­my, czy no­wo­twór na­wró­cił ani jak i kie­dy kró­lo­wa zmar­ła, wia­do­mo tyl­ko tyle, że za­bieg przy­najm­niej tym­cza­so­wo się udał. Dzię­ki De­mo­ke­de­so­wi Atos­sa nadal żyła. Wol­ną od bólu i cho­ro­by kró­lo­wą ogar­nął szał wdzięcz­no­ści i am­bi­cja pod­bo­jów te­ry­to­rial­nych. Da­riusz pla­no­wał woj­nę ze Scy­tią, kra­iną przy­le­ga­ją­cą do wschod­niej gra­ni­cy jego ce­sar­stwa. Jed­nak Atos­sa, pod­bu­rza­na przed De­mo­ke­de­sa, któ­ry pra­gnął wró­cić do oj­czy­stej Gre­cji, na­mó­wi­ła męża, by ru­szył z woj­skiem na za­chód i na­je­chał Gre­cję. Ów zwrot im­pe­rium per­skie­go ze wscho­du na za­chód i wy­ni­ka­ją­ca z nie­go se­ria wo­jen grec­ko-per­skich mia­ły sta­no­wić jed­no z prze­ło­mo­wych wy­da­rzeń we wcze­snej hi­sto­rii cy­wi­li­za­cji Za­cho­du. A za­tem nie pięk­na twarz He­le­ny wy­wo­ła­ła woj­nę, lecz skry­wa­ny w ta­jem­ni­cy guz Atos­sy. Choć rak był cho­ro­bą, o któ­rej się nie mó­wi­ło, od­ci­snął na świe­cie sta­ro­żyt­nym swo­je pięt­no.

*

He­ro­dot i Im­ho­tep to jed­nak opo­wia­da­cze hi­sto­rii, a w ich hi­sto­riach, jak zresz­tą we wszyst­kich, peł­no luk i nie­spój­no­ści. Opi­sa­ne przez nich przy­pad­ki „raka” to mo­gły być praw­dzi­we no­wo­two­ry, ale rów­nie do­brze – nie­ja­sno opi­sa­ne wrzo­dy, bro­daw­ki czy zna­mio­na. Je­dy­ne nie­wąt­pli­we przy­pad­ki no­wo­two­rów w hi­sto­rii to ta­kie, po któ­rych za­cho­wa­ły się prób­ki tka­nek. A żeby zo­ba­czyć taki no­wo­twór – spoj­rzeć w oczy tej od­wiecz­nej cho­ro­bie – trze­ba się wy­brać do li­czą­ce­go so­bie ty­siąc lat miej­sca po­chów­ku na od­lud­nej piasz­czy­stej rów­ni­nie na po­łu­dniu Peru.

Rów­ni­na ta leży na pół­noc­nym krań­cu pu­sty­ni Ata­ca­ma, su­che­go, opu­sto­sza­łe­go pasa zie­mi dłu­gie­go na po­nad ty­siąc ki­lo­me­trów, skry­te­go w cie­niu ol­brzy­mie­go pa­sma An­dów, któ­re cią­gnie się od po­łu­dnia Peru do Chi­le. Ten ka­wa­łek zie­mi, sta­le owie­wa­ny cie­płym, wy­su­sza­ją­cym wia­trem, ani razu w udo­ku­men­to­wa­nej hi­sto­rii nie za­znał opa­dów desz­czu. Trud­no so­bie wręcz wy­obra­zić, że nie­gdyś za­miesz­ki­wa­li go lu­dzie. Rów­ni­na jest bo­wiem usia­na set­ka­mi gro­bów – płyt­kich do­łów wy­ko­pa­nych w gli­nie, a na­stęp­nie sta­ran­nie wy­ło­żo­nych ka­mie­nia­mi. Z upły­wem stu­le­ci wie­le gro­bów od­ko­pa­li zło­dzie­je, psy i bu­rze. Do­ko­na­na zo­sta­ła eks­hu­ma­cja hi­sto­rii.

W mo­gi­łach spo­czy­wa­ją zmu­mi­fi­ko­wa­ne szcząt­ki człon­ków ple­mie­nia Chi­ri­baya. Nie kon­ser­wo­wa­ło ono w ża­den spo­sób ciał zmar­łych, ale tam­tej­szy kli­mat nie­mal ide­al­nie słu­ży mu­mi­fi­ka­cji zwłok. Od spodu gli­na wchła­nia wodę i pły­ny, z góry zaś tkan­ki osu­sza wiatr. Cia­ła zmar­łych, czę­sto cho­wa­nych w po­zy­cji sie­dzą­cej, szyb­ko więc za­sty­ga­ją w cza­sie i prze­strze­ni.

W roku 1990 na jed­no z ta­kich miejsc po­chów­ku, gdzie spo­czy­wa­ło oko­ło stu czter­dzie­stu ciał, zwró­cił uwa­gę Ar­thur Au­fder­he­ide, pro­fe­sor Uni­ver­si­ty of Min­ne­so­ta w Du­luth. Au­fder­he­ide jest z wy­kształ­ce­nia pa­to­lo­giem, a spe­cja­li­zu­je się w pa­le­opa­to­lo­gii, czy­li ba­da­niu an­tycz­nych pró­bek tka­nek. Nie prze­pro­wa­dza – jak Far­ber – au­top­sji na pa­cjen­tach, któ­rzy zmar­li nie­daw­no, tyl­ko na zmu­mi­fi­ko­wa­nych szcząt­kach zna­le­zio­nych pod­czas wy­ko­pa­lisk ar­che­olo­gicz­nych. Prze­cho­wu­je prób­ki w ste­ryl­nych po­jem­ni­kach na mle­ko w przy­po­mi­na­ją­cym ko­ściel­ną kryp­tę po­miesz­cze­niu w Min­ne­so­cie. Zgro­ma­dził bli­sko pięć ty­się­cy oka­zów ludz­kich tka­nek oraz nie­zli­czo­ne ilo­ści pró­bek po­bra­nych pod­czas biop­sji i set­ki po­ła­ma­nych szkie­le­tów.

W po­bli­żu miej­sca po­chów­ku człon­ków ple­mie­nia Chi­ri­baya Au­fder­he­ide po­sta­wił pro­wi­zo­rycz­ny stół do au­top­sji i w cią­gu kil­ku ty­go­dni prze­pro­wa­dził ich sto czter­dzie­ści107. W jed­nym z ciał – w mu­mii mło­dej, trzy­dzie­sto­kil­ku­let­niej ko­bie­ty, zna­le­zio­nej w płyt­kim gli­nia­nym gro­bie w po­zy­cji sie­dzą­cej, z pod­wi­nię­ty­mi no­ga­mi – od­krył coś nie­zwy­kłe­go. W trak­cie ba­da­nia Au­fder­he­ide wy­czuł pod pal­ca­mi twar­dy „ce­bu­lo­wa­ty guz” na jej le­wym ra­mie­niu. Wy­su­szo­na skó­ra, za­cho­wa­na w do­sko­na­łym sta­nie, pę­kła pod na­po­rem guza, któ­ry był na­szpi­ko­wa­ny drob­ny­mi odłam­ka­mi ko­ści. Bez wąt­pie­nia był to no­wo­twór zło­śli­wy ko­ści, mię­sak ko­ścio­po­chod­ny – za­kon­ser­wo­wa­ny w mu­mii ty­siąc­let­ni no­wo­twór.

Au­fder­he­ide po­dej­rze­wa, że guz prze­bił się przez skó­rę jesz­cze za ży­cia ko­bie­ty. Na­wet nie­wiel­ki mię­sak po­tra­fi spra­wiać nie­wy­obra­żal­ny ból. Zda­niem pro­fe­so­ra cier­pie­nie tej ko­bie­ty było nie­opi­sa­ne.

No­wo­two­ry ko­ści, two­rzą­ce twar­dą, zwap­nia­łą tkan­kę, mają zde­cy­do­wa­nie więk­szą od in­nych no­wo­two­rów szan­sę prze­trwać set­ki lat, za­cho­wu­ją się też w lep­szym sta­nie; Au­fder­he­ide nie jest zresz­tą je­dy­nym pa­le­opa­to­lo­giem, któ­ry na­tra­fił na no­wo­twór w zmu­mi­fi­ko­wa­nych ludz­kich szcząt­kach. Jak sam po­wie­dział: „W mu­miach zda­rza się rów­nież znaj­do­wać inne no­wo­two­ry, je­że­li za­cho­wa­ła się zmie­nio­na tkan­ka. Naj­star­szym ta­kim przy­pad­kiem jest rak żo­łąd­ka z miej­sco­wo­ści Ad-Da­chi­la w Egip­cie, po­cho­dzą­cy mniej wię­cej z 400 roku na­szej ery”. Cza­sa­mi pa­le­opa­to­lo­dzy nie znaj­du­ją sa­mych gu­zów, lecz po­zo­sta­wio­ne przez nie śla­dy. Czasz­ki i ra­mio­na nie­któ­rych szkie­le­tów są usia­ne dziur­ka­mi spo­wo­do­wa­ny­mi przez no­wo­two­ry ko­ści, któ­re z ko­lei są skut­kiem prze­rzu­tów raka skó­ry lub pier­si. W roku 1914 ze­spół ar­che­olo­gów od­krył w ka­ta­kum­bach w egip­skiej Alek­san­drii li­czą­cą dwa ty­sią­ce lat mu­mię oso­by, u któ­rej rak za­ata­ko­wał kość mied­ni­cy108. Lo­uis Le­akey, ar­che­olog, któ­ry wy­ko­pał je­den z naj­star­szych zna­nych ludz­kich szkie­le­tów, Lucy, od­krył tak­że na jed­nym z po­bli­skich wy­ko­pa­lisk żu­chwę z roku 4000 przed na­szą erą no­szą­cą zna­mio­na pew­ne­go szcze­gól­ne­go ro­dza­ju chło­nia­ka, wy­stę­pu­ją­ce­go en­de­micz­nie w po­łu­dnio­wo-wschod­niej Afry­ce (choć ba­da­nia pa­to­lo­gicz­ne nie po­twier­dzi­ły pier­wot­ne­go ob­sza­ru wy­stę­po­wa­nia tego no­wo­two­ru)109. Je­że­li to od­kry­cie rze­czy­wi­ście ilu­stru­je skut­ki dzia­ła­nia no­wo­two­ru zło­śli­we­go, to rak, cho­ro­ba uwa­ża­na za „współ­cze­sną”, jest w isto­cie jed­ną z naj­star­szych, ja­kie za­ob­ser­wo­wa­no w cie­le czło­wie­ka – moż­li­we na­wet, że naj­star­szą.

*

Jed­nak naj­bar­dziej ude­rza­ją­cym od­kry­ciem nie jest to, że rak ist­niał w od­le­głej prze­szło­ści, tyl­ko fakt, że na jego śla­dy na­ty­ka­my się tak nie­zwy­kle rzad­ko. Kie­dy za­py­ta­łem o to pro­fe­so­ra Au­fder­he­ide­go, ro­ze­śmiał się i od­parł: „Wcze­sną hi­sto­rię raka moż­na opo­wie­dzieć jed­nym zda­niem: wcze­snej hi­sto­rii raka pra­wie nie ma”110. Miesz­kań­cy Me­zo­po­ta­mii wie­dzie­li, co to są mi­gre­ny. Egip­cja­nie mie­li w swo­im ję­zy­ku sło­wo na okre­śle­nie ata­ku pa­dacz­ki. Na­zwa cho­ro­by przy­po­mi­na­ją­cej trąd, tsa­ra­at, pada w bi­blij­nej Księ­dze Ka­płań­skiej111. W in­dyj­skich We­dach znaj­du­ją się wzmian­ki o pu­chli­nie wod­nej i o bo­gi­ni-pa­tron­ce ospy. Gruź­li­ca była w sta­ro­żyt­no­ści czymś tak wszech­obec­nym i zna­jo­mym, że – po­dob­nie jak w przy­pad­ku śnie­gu u Eski­mo­sów – na każ­de jej wcie­le­nie uży­wa­no osob­ne­go sło­wa. Za to ude­rza­ją­co nie­obec­ne w źró­dłach hi­sto­rycz­nych są na­wet naj­pow­szech­niej­sze po­sta­ci raka – rak pier­si, płu­ca czy pro­sta­ty. Poza kil­ko­ma god­ny­mi uwa­gi wy­jąt­ka­mi w ca­łych dzie­jach me­dy­cy­ny nie ma książ­ki, w któ­rej moż­na by zna­leźć wzmian­kę o raku czy o przy­pi­sa­nym do tej cho­ro­by bó­stwie.

Ist­nie­je ku temu kil­ka po­wo­dów. Pierw­szy i naj­waż­niej­szy to ten, że rak jest cho­ro­bą zwią­za­ną z wie­kiem – cza­sa­mi szan­sa za­cho­ro­wa­nia ro­śnie wręcz w po­stę­pie wy­kład­ni­czym, w mia­rę jak czło­wiek się sta­rze­je. Na przy­kład ry­zy­ko za­cho­ro­wa­nia na raka pier­si wy­no­si oko­ło i do 400 w przy­pad­ku ko­bie­ty trzy­dzie­sto­let­niej, sie­dem­dzie­się­cio­let­niej zaś – aż i do 9112. W więk­szo­ści spo­łe­czeństw sta­ro­żyt­nych lu­dzie nie żyli wy­star­cza­ją­co dłu­go, by zdą­żyć za­cho­ro­wać na raka. Znacz­nie wcze­śniej żni­wo śmier­ci zbie­ra­ły gruź­li­ca, pu­chli­na wod­na, cho­le­ra, ospa, trąd, dżu­ma i za­pa­le­nie płuc. Je­że­li na­wet rak ist­niał, przy­kry­wa­ło go całe mo­rze in­nych cho­rób. Wy­ło­nił się na po­wierzch­nię, po­nie­waż wszyst­kie po­zo­sta­łe śmier­tel­ne cho­ro­by zo­sta­ły uśmier­co­ne. W XIX wie­ku le­ka­rze czę­sto ko­ja­rzy­li raka z cy­wi­li­za­cją – wy­obra­ża­li so­bie, że po­wo­du­ją go po­śpiech i za­wi­ro­wa­nia współ­cze­sne­go ży­cia, któ­re w ja­kiś spo­sób za­po­cząt­ko­wu­ją roz­wój pa­to­lo­gicz­nych zmian w cie­le. Sko­ja­rze­nie ze sobą tych dwóch zja­wisk było po­praw­ne, ale za­leż­ność przy­czy­no­wo-skut­ko­wa już nie: cy­wi­li­za­cja nie po­wo­do­wa­ła raka, lecz, przez to, że wy­dłu­ży­ła ludz­kie ży­cie, wy­do­by­ła go na jaw.

Dłu­go­wiecz­ność, nie­wąt­pli­wie naj­waż­niej­szy czyn­nik wpły­wa­ją­cy na czę­stość wy­stę­po­wa­nia raka na po­cząt­ku XX wie­ku, praw­do­po­dob­nie nie jest je­dy­nym czyn­ni­kiem. W ubie­głym wie­ku na­stą­pi­ła za­uwa­żal­na po­pra­wa moż­li­wo­ści co­raz wcze­śniej­sze­go wy­kry­wa­nia cho­rób no­wo­two­ro­wych, a tak­że traf­ne­go iden­ty­fi­ko­wa­nia ich jako przy­czy­ny śmier­ci. Śmierć dziec­ka cho­re­go na bia­łacz­kę w roku 1850 zo­sta­ła­by przy­pi­sa­na rop­nio­wi lub in­fek­cji (czy, jak ujął­by to Ben­nett, „ro­pie­niu krwi”). Dzię­ki po­stę­pom chi­rur­gii, a tak­że tech­nik biop­sji i au­top­sji udo­sko­na­li­li­śmy umie­jęt­ność dia­gno­zo­wa­nia no­wo­two­rów. Wpro­wa­dze­nie mam­mo­gra­fii, ba­da­nia wy­kry­wa­ją­ce­go raka pier­si na wcze­snym eta­pie, spo­wo­do­wa­ło gwał­tow­ny wzrost czę­sto­ści jego wy­stę­po­wa­nia – efekt po­zor­nie pa­ra­dok­sal­ny, któ­ry jest jed­nak do­sko­na­le lo­gicz­ny, kie­dy uświa­do­mi­my so­bie, że zdję­cia rent­ge­now­skie umoż­li­wia­ją dia­gno­zę na­wet w przy­pad­ku wy­stę­po­wa­nia bar­dzo ma­łych ognisk no­wo­two­ru.

Wresz­cie zmia­ny w spo­so­bie ży­cia wpły­nę­ły na znacz­ne prze­su­nię­cia w spek­trum cho­ro­by no­wo­two­ro­wej – pew­ne no­wo­two­ry sta­ły się po­wszech­niej­sze, a inne – rzad­sze. Na przy­kład w nie­któ­rych po­pu­la­cjach do koń­ca XIX wie­ku czę­stym no­wo­two­rem był rak żo­łąd­ka, co praw­do­po­dob­nie było skut­kiem wy­stę­po­wa­nia kan­ce­ro­ge­nów w za­le­wach do kon­ser­wo­wa­nia prze­two­rów, do cze­go do­łą­cza­ła się obec­na en­de­micz­nie bak­te­ria wy­wo­łu­ją­ca ten no­wo­twór. Wszyst­ko wska­zu­je na to, że epi­de­mia raka żo­łąd­ka ustą­pi­ła wraz z wpro­wa­dze­niem no­wo­cze­sne­go sys­te­mu prze­cho­wy­wa­nia żyw­no­ści w chło­dziar­kach (może rów­nież ze zmia­na­mi w hi­gie­nie pu­blicz­nej, któ­re za­owo­co­wa­ły mniej­szą licz­bą za­ka­żeń ową bak­te­rią). Z ko­lei licz­ba za­cho­ro­wań na raka płu­ca wśród męż­czyzn dra­ma­tycz­nie wzro­sła w la­tach pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku z po­wo­du zwięk­sze­nia po­pu­lar­no­ści pa­le­nia pa­pie­ro­sów na po­cząt­ku stu­le­cia. W przy­pad­ku ko­biet, gru­py, któ­ra za­czę­ła ma­so­wo pa­lić w la­tach pięć­dzie­sią­tych, szczyt za­cho­ro­wal­no­ści jesz­cze nie na­stą­pił.

Kon­se­kwen­cje tych zmian de­mo­gra­ficz­nych i epi­de­mio­lo­gicz­nych były i są ogrom­ne. W roku 1900, jak za­ob­ser­wo­wał Ro­swell Park, zde­cy­do­wa­nie naj­częst­szą przy­czy­ną śmier­ci w Ame­ry­ce była gruź­li­ca. Za nią pla­so­wa­ły się: za­pa­le­nie płuc (Wil­liam Osler, słyn­ny le­karz z Uni­wer­sy­te­tu John­sa Hop­kin­sa, na­zwał je „ka­pi­ta­nem ar­mii śmier­ci”113), bie­gun­ka oraz nie­żyt żo­łąd­ka i je­lit. Rak zaj­mo­wał da­le­kie siód­me miej­sce114. Z po­cząt­kiem lat czter­dzie­stych wsko­czył na miej­sce dru­gie, za­raz za cho­ro­bą wień­co­wą ser­ca115. W tym sa­mym okre­sie ocze­ki­wa­na dłu­gość ży­cia Ame­ry­ka­nów wzro­sła mniej wię­cej o dwa­dzie­ścia sześć lat116. Od­se­tek osób po­wy­żej sześć­dzie­sią­te­go roku ży­cia – czy­li w wie­ku, w któ­rym za­czy­na ata­ko­wać więk­szość no­wo­two­rów – nie­mal się po­dwo­ił.

Nie­za­leż­nie od tego, jak rzad­kie są opi­sa­ne przy­pad­ki raka sprzed wie­ków, nie spo­sób za­po­mnieć o gu­zie ro­sną­cym w ko­ści trzy­dzie­sto­kil­ku­let­niej ko­bie­ty, któ­rej mu­mię zba­dał Au­fder­he­ide. Ta ko­bie­ta na pew­no za­da­wa­ła so­bie py­ta­nie, czym jest ten nę­ka­ją­cy ją bez prze­rwy ból w ko­ści i po­wo­li po­ja­wia­ją­ce się na niej wy­brzu­sze­nie. Spo­glą­da­jąc na ten guz, trud­no nie do­znać uczu­cia, że oto wi­dzi się po­tęż­ne mon­strum w fa­zie nie­mow­lęc­twa.

Onkos

Czar­na żółć bez wy­rzu­tu po­wo­du­je raka117.

Ga­len, II wiek na­szej ery

Nie od­kry­li­śmy za­tem nic no­we­go, je­śli cho­dzi o praw­dzi­wą przy­czy­nę raka i jego praw­dzi­wą na­tu­rę. Je­ste­śmy w tym sa­mym miej­scu co sta­ro­żyt­ni Gre­cy118.

Fran­cis Car­ter Wood w roku 1914

Zła żółć. Złe na­wy­ki. Źli sze­fo­wie. Złe geny119.

Mel Gre­aves, Can­cer. The Evo­lu­tio­na­ry Le­ga­cy, 2000

W pew­nym sen­sie cho­ro­ba nie ist­nie­je, do­pó­ki tego mię­dzy sobą nie uzgod­ni­my – po­przez to, że do­strze­że­my ją i na­zwie­my, i bę­dzie­my na nią re­ago­wać120.

Char­les E. Ro­sen­berg

Na­wet od­wiecz­ne mon­strum trze­ba ja­koś na­zwać. Nada­nie cho­ro­bie na­zwy jest rów­no­znacz­ne z opi­sem pew­ne­go sta­nu cier­pie­nia – sta­no­wi za­tem w pierw­szym rzę­dzie akt li­te­rac­ki, a do­pie­ro po­tem me­dycz­ny. Pa­cjent, na dłu­go przed tym, nim sta­je się obiek­tem ba­dań me­dycz­nych, jest naj­pierw zwy­czaj­nym opo­wia­da­czem, nar­ra­to­rem wła­sne­go cier­pie­nia, po­dróż­ni­kiem, któ­ry od­wie­dził kró­le­stwo cho­rych. Aby uwol­nić się od cho­ro­by, musi za­cząć od zrzu­ce­nia z sie­bie cię­ża­ru jej hi­sto­rii.

Na­zwy daw­nych cho­rób to wła­ści­wie całe hi­sto­rie upa­ko­wa­ne w jed­nym sło­wie. Na przy­kład na­zwa ty­fu­su, cho­ro­by burz­li­wej, z wy­stę­pu­ją­cy­mi nie­prze­wi­dzia­nie okre­sa­mi go­rącz­ki, jest ety­mo­lo­gicz­nie spo­krew­nio­na z grec­kim Ty­fo­nem, oj­cem wia­trów (zresz­tą od jego imie­nia wziął się tak­że zna­ny nam współ­cze­śnie taj­fun). Daw­na na­zwa gry­py, in­flu­en­ca, po­cho­dzi od ła­ciń­skie­go in­flu­en­tia (wpływ), po­nie­waż śre­dnio­wiecz­ni le­ka­rze wie­rzy­li, że na jej cy­klicz­ne epi­de­mie wpły­wał ruch gwiazd i pla­net krą­żą­cych raz bli­żej, raz da­lej od Zie­mi. Gruź­li­ca (łac. tu­ber­cu­lo­sis) wzię­ła swą na­zwę od gru­zeł­ków, któ­re two­rzą się z po­więk­szo­nych gru­czo­łów i sko­ja­rzy­ły się ko­muś z ma­ły­mi bul­wa­mi (łac. tu­ber). Gruź­li­cę wę­złów chłon­nych na­zwa­no skro­fu­ła­mi, od ła­ciń­skie­go scro­fu­la – zdrob­nie­nie od scro­fa, „ma­cio­ra”, co przy­wo­ły­wa­ło dość ma­ka­brycz­ny ob­raz sze­re­gu po­więk­szo­nych wę­złów chłon­nych uło­żo­nych bli­sko sie­bie jak sut­ki kar­mią­cej ma­cio­ry.

Na­zwa raka po­ja­wi­ła się w pi­smach me­dycz­nych za cza­sów Hi­po­kra­te­sa, na prze­ło­mie V i IV wie­ku przed na­szą erą: kar­ki­nos, po grec­ku „rak” lub „krab”. Guz no­wo­two­ro­wy oto­czo­ny na­brzmia­ły­mi na­czy­nia­mi krwio­no­śny­mi sko­ja­rzył się Hi­po­kra­te­so­wi z wcze­pio­nym w pia­sek kra­bem z od­nó­ża­mi roz­sta­wio­ny­mi w kształt koła. Był to ob­raz dość oso­bli­wy (mało któ­ry no­wo­twór rze­czy­wi­ście przy­po­mi­na kra­ba czy raka), ale bar­dzo wy­ra­zi­sty. I le­ka­rze, i pa­cjen­ci do­da­wa­li do nie­go póź­niej róż­ne szcze­gó­ły121. Nie­któ­rym stward­nia­ła, ma­to­wa po­wierzch­nia no­wo­two­ru ko­ja­rzy­ła się z twar­dym pan­ce­rzem chi­ty­no­wym kra­ba. Inni z ko­lei, kie­dy cho­ro­ba roz­cho­dzi­ła się cich­cem po ich cie­le, mie­li ta­kie uczu­cie, jak­by w ich wnętrz­no­ściach po­ru­szał się krab. Jesz­cze inni po­rów­ny­wa­li spo­wo­do­wa­ne cho­ro­bą ukłu­cia bólu do uszczyp­nięć szczy­piec raka.

W hi­sto­rii raka dużą rolę mia­ło ode­grać tak­że inne grec­kie sło­wo uży­wa­ne nie­kie­dy na okre­śle­nie no­wo­two­rów: on­kos, od któ­re­go po­cho­dzi współ­cze­sna na­zwa on­ko­lo­gii. On­kos zna­czy tyle, co „masa” czy „cię­żar”; raka wy­obra­ża­no so­bie jako do­dat­ko­wy ba­last, któ­ry mu­siał nieść czło­wiek. W te­atrze grec­kim sło­wa on­kos uży­wa­no na okre­śle­nie ma­ski tra­gicz­nej, któ­ra czę­sto by­wa­ła „ob­cią­żo­na” na czub­ku stoż­ko­wa­tym cię­żar­kiem, aby zo­bra­zo­wać psy­chicz­ne brze­mię dźwi­ga­ne przez bo­ha­te­ra.

Te wy­ra­zi­ste me­ta­fo­ry ko­re­spon­du­ją z dzi­siej­szym ro­zu­mie­niem raka. Nie­mniej to, co Hi­po­kra­tes na­zwał kar­ki­nos, i cho­ro­ba, któ­rą zna­my dziś jako raka, to dwa zu­peł­nie róż­ne two­ry. Hi­po­kra­tes miał na my­śli ra­czej duży guz, ła­two do­strze­gal­ny go­łym okiem: na przy­kład no­wo­twór pier­si, skó­ry, szczę­ki, szyi czy ję­zy­ka. Moż­li­we, że nie roz­róż­niał na­wet no­wo­two­rów zło­śli­wych i nie­zło­śli­wych: wy­raz kar­ki­nos obej­mo­wał wszyst­kie moż­li­we ro­dza­je obrzę­ków – guz­ki, czy­ra­ki, po­li­py, zgru­bie­nia, gru­zeł­ki, kro­sty i gru­czo­ły – Hi­po­kra­tes wszyst­kie za­li­czał do tej sa­mej ka­te­go­rii pa­to­lo­gii.

Gre­cy nie zna­li mi­kro­sko­pu; na­wet so­bie nie wy­obra­ża­li, że ist­nie­je coś ta­kie­go jak ko­mór­ka, dla­te­go nie mo­gli wpaść na myśl, że kar­ki-nos to nie­kon­tro­lo­wa­ne na­mna­ża­nie się ko­mó­rek. Żywo in­te­re­so­wa­li się za to me­cha­ni­ką cie­czy – ko­ła­mi młyń­ski­mi, tło­ka­mi, za­wo­ra­mi, ko­mo­ra­mi i ślu­za­mi. Dało to po­czą­tek ist­nej re­wo­lu­cji w hy­drau­li­ce, po­cząw­szy od iry­ga­cji i ko­pa­nia ka­na­łów, a skoń­czyw­szy na słyn­nym od­kry­ciu pra­wa Ar­chi­me­de­sa pod­czas ką­pie­li. Owo za­in­te­re­so­wa­nie hy­drau­li­ką prze­nik­nę­ło do grec­kiej me­dy­cy­ny i pa­to­lo­gii. W celu wy­ja­śnie­nia cho­ro­by – cho­ro­by w ogó­le – na pod­sta­wie pro­por­cji cie­czy Hi­po­kra­tes stwo­rzył zło­żo­ną dok­try­nę, za po­mo­cą któ­rej z rów­ną swo­bo­dą wy­ja­śniał ta­kie scho­rze­nia, jak za­pa­le­nie płuc, cho­ro­ba wrzo­do­wa, dy­zen­te­ria i he­mo­ro­idy. Cia­ło ludz­kie, we­dług Hi­po­kra­te­sa, skła­da się z czte­rech głów­nych cie­czy, zwa­nych hu­mo­ra­mi: krwi, czar­nej żół­ci, żół­ci i fleg­my. Każ­da z nich ma inny ko­lor (od­po­wied­nio: czer­wo­ny, czar­ny, żół­ty i bia­ły), lep­kość i cha­rak­ter. W zdro­wym cie­le wszyst­kie czte­ry cie­cze znaj­du­ją się w ide­al­nej, choć de­li­kat­nej, rów­no­wa­dze. W sta­nie cho­ro­by na sku­tek nad­mia­ru jed­ne­go z hu­mo­rów rów­no­wa­ga zo­sta­je za­chwia­na.

Teo­rię Hi­po­kra­te­sa udo­sko­na­lił Klau­diusz Ga­len, sza­no­wa­ny w me­dy­cy­nie przez wie­le stu­le­ci grec­ki le­karz, któ­ry prak­ty­ko­wał w Rzy­mie po 160 roku na­szej ery, a tak­że płod­ny pi­sarz. Wzo­rem Hi­po­kra­te­sa skla­sy­fi­ko­wał wszyst­kie cho­ro­by na po­sta­wie nad­mia­ru da­nej cie­czy. Za­pa­le­nie – z to­wa­rzy­szą­cym mu za­czer­wie­nie­niem, go­rącz­ką i bo­le­snym obrzę­kiem – przy­pi­sa­ne zo­sta­ło nad­mia­ro­wi krwi. Guz­ki, kro­sty i ka­tar – chłod­ne, gę­ste i bia­łe – były skut­kiem nad­mia­ru fleg­my. Żół­tacz­kę po­wo­do­wał nad­miar żół­ci. Dla raka Ga­len za­re­zer­wo­wał naj­bar­dziej zło­śli­wy i nie­po­ko­ją­cy z czte­rech hu­mo­rów: czar­ną żółć. Nad­mia­ro­wi tego ole­iste­go, lep­kie­go hu­mo­ru przy­pi­sy­wał poza ra­kiem tyl­ko jed­ną cho­ro­bę – de­pre­sję. Śre­dnio­wiecz­ne okre­śle­nie de­pre­sji, „me­lan­cho­lia”, po­wsta­ło ze zło­że­nia grec­kich słów me­las (czar­ny) i cho­le (żółć). De­pre­sja i rak, cho­ro­ba du­cha i cho­ro­ba cia­ła spo­wo­do­wa­ne przez czar­ną żółć, były za­tem nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ne. We­dług Ga­le­na rak był w isto­cie „uwię­zio­ną” czar­ną żół­cią – któ­ra nie mo­gła zna­leźć uj­ścia z da­ne­go miej­sca i dla­te­go za­sty­ga­ła w litą masę. W XVI wie­ku Tho­mas Gale, an­giel­ski chi­rurg, tak pi­sał o teo­rii Ga­le­na: „Rak po­cho­dzi z czar­nej żół­ci, bez wy­rzu­tu, a je­że­li hu­mor ów jest szcze­gól­nie gę­sty, po­wo­du­je owrzo­dze­nie, i dla­te­go guzy te czar­niej­sze są w bar­wie”122.

Ten krót­ki, ob­ra­zo­wy opis miał ogrom­ny wpływ na przy­szłość on­ko­lo­gii – znacz­nie więk­szy, niż Ga­len (czy póź­niej Gale) mógł przy­pusz­czać. Po­nie­waż, jak wy­ni­ka­ło z teo­rii Ga­le­na, rak był skut­kiem o g ó l n o u s t r o j o w e g o sta­nu cho­ro­by – nad­mia­ru czar­nej żół­ci w ca­łym cie­le – guzy były je­dy­nie lo­kal­ny­mi ob­ja­wa­mi głę­bo­ko za­ko­rze­nio­nej dys­funk­cji cia­ła, fi­zjo­lo­gicz­nej nie­rów­no­wa­gi, któ­ra ob­ję­ła cały or­ga­nizm. Hi­po­kra­tes twier­dził, że raka „le­piej jest po­zo­sta­wić bez le­cze­nia, po­nie­waż wów­czas pa­cjen­ci dłu­żej żyją”123. Pięć wie­ków póź­niej Ga­len wy­ja­śnił afo­ryzm swo­je­go mi­strza za po­mo­cą nie­zwy­kłej fi­zjo­lo­gicz­nej fan­ta­zji. Chi­rur­gicz­ne le­cze­nie raka, jak wy­ni­ka­ło z teo­rii Ga­le­na, nie mia­ło sen­su o tyle, że czar­na żółć była wszę­dzie, nie zna­ła gra­nic, jak każ­da ciecz. Guz moż­na było wy­ciąć, ale czar­na żółć na­pły­nę­ła­by z po­wro­tem w to miej­sce, tak jak ży­wi­ca w miej­scu na­cię­cia kory drze­wa.

Ga­len zmarł w Rzy­mie oko­ło 200 roku na­szej ery, ale jego wpływ na me­dy­cy­nę trwał jesz­cze przez wie­le stu­le­ci. Teo­ria tłu­ma­czą­ca raka nad­mia­rem czar­nej żół­ci była me­ta­fo­rycz­nie tak atrak­cyj­na, że umy­słom le­ka­rzy trud­no było się uwol­nić od jej wpły­wu. Chi­rur­gicz­ne usu­wa­nie gu­zów – miej­sco­we roz­wią­za­nie pro­ble­mu ogól­no­ustro­jo­we­go – uwa­ża­no za­tem za ope­ra­cję, któ­rej po­dej­mo­wał­by się tyl­ko głu­piec. Całe po­ko­le­nia chi­rur­gów wzbo­ga­ca­ły teo­rię Ga­le­na o wła­sne spo­strze­że­nia, jesz­cze sil­niej ją ugrun­to­wu­jąc. „Nie daj się zwieść i nie pro­po­nuj ope­ra­cji – pi­sał John z Ar­der­ne w po­ło­wie XIV wie­ku. – Przyj­dzie ci z niej bo­wiem je­dy­nie hań­ba”124. Le­onar­do Ber­ti­pa­glia, bo­daj naj­bar­dziej re­no­mo­wa­ny chi­rurg XV wie­ku, do­da­wał wła­sną prze­stro­gę: „Ci, co rosz­czą so­bie pre­ten­sje do le­cze­nia raka za po­mo­cą na­ci­na­nia skó­ry i usu­wa­nia go, prze­kształ­ca­ją je­dy­nie raka nie­wrzo­dzie­ją­ce­go we wrzo­dzie­ją­cy. […] W ca­łej swo­jej prak­ty­ce nig­dy nie wi­dzia­łem raka wy­le­czo­ne­go za po­mo­cą ope­ra­cji, nie znam też ni­ko­go, kto by ta­ko­we­go wi­dział”125.

Być może więc Ga­len bez­wied­nie od­dał przy­słu­gę póź­niej­szym ofia­rom raka – przy­najm­niej tym­cza­so­wą. Wo­bec bra­ku znie­czu­le­nia i an­ty­bio­ty­ków za­bie­gi chi­rur­gicz­ne prze­pro­wa­dza­ne w zim­nych i wil­got­nych po­miesz­cze­niach śre­dnio­wiecz­nych kli­nik – lub, co było po­wszech­niej­sze, na za­ple­czu za­kła­du bal­wier­skie­go, za po­mo­cą rdze­wie­ją­ce­go noża i skó­rza­nych pa­sów dla unie­ru­cho­mie­nia pa­cjen­ta – na ogół za­gra­ża­ły ży­ciu. Szes­na­sto­wiecz­ny chi­rurg Am­bro­ise Pare opi­sał pro­ces wy­pa­la­nia gu­zów roz­grza­nym na wę­glach przy­rzą­dem do lu­to­wa­nia i che­micz­ne­go wy­su­sza­nia ich ma­ścią z kwa­sem siar­ko­wym126. Na­wet drob­ne dra­śnię­cie skó­ry po­trak­to­wa­ne w taki spo­sób mo­gło pręd­ko prze­ro­dzić się w śmier­tel­ną in­fek­cję. Guzy czę­sto ob­fi­cie krwa­wi­ły przy naj­mniej­szej na­wet in­ter­wen­cji.

Osiem­na­sto­wiecz­ny le­karz nie­miec­ki Lo­renz He­ister opi­sał prze­pro­wa­dza­ne w jego kli­ni­ce ma­stek­to­mie, jak­by były to ry­tu­ały ofiar­ne: „Wie­le nie­wiast po­tra­fi wy­trzy­mać ope­ra­cję z wiel­ką od­wa­gą, pra­wie bez wy­da­wa­nia ję­ków. Inne zaś pod­no­szą ta­kie la­rum, że mogą znie­chę­cić na­wet naj­bar­dziej nie­ustra­szo­ne­go chi­rur­ga i utrud­nić ope­ra­cję. Aże­by prze­pro­wa­dzić za­bieg, chi­rurg po­wi­nien być nie­ugię­ty i nie po­zwo­lić so­bie na to, by krzyk pa­cjent­ki wy­pro­wa­dził go z rów­no­wa­gi”127.

Nic więc dziw­ne­go, że za­miast od­da­wać swo­je ży­cie w ręce ta­kich „nie­ustra­szo­nych” chi­rur­gów, więk­szość pa­cjen­tów wo­la­ła za­wie­rzyć Ga­le­no­wi i zdać się na leki ogól­no­ustro­jo­we, by oczy­ścić się z czar­nej żół­ci. Le­ko­dzie­je za­czę­li za­tem sprze­da­wać ol­brzy­mi asor­ty­ment le­ków na raka: tynk­tu­rę z oło­wiu, wy­ciąg z ar­sze­ni­ku, kieł odyń­ca, li­sie płu­co, tar­tą kość sło­nio­wą, łu­ska­ny ry­cy­nus, mie­lo­ny bia­ły grzyb z ro­dzi­ny goź­dzień­co­wa­tych, wy­miot­ni­cę, se­nes i naj­roz­ma­it­sze środ­ki prze­czysz­cza­ją­ce128. Na upo­rczy­wy ból le­ka­mi były al­ko­hol i tynk­tu­ra z opium. W XVII wie­ku po­pu­lar­ność zdo­by­ła maść z oczu kra­ba, po pięć szy­lin­gów za funt – czy­li me­to­da zwal­cza­nia ognia ogniem. W ko­lej­nych stu­le­ciach cu­dow­ne leki sta­ły się jesz­cze dziw­niej­sze: ko­zie łaj­no, żaby, kru­cze łap­ki, sa­dziec, żół­wia wą­tro­ba, na­kła­da­nie rąk, woda świę­co­na czy spłasz­cza­nie guza mię­dzy dwie­ma oło­wia­ny­mi płyt­ka­mi.

Po­mi­mo rad Ga­le­na co ja­kiś czas małe guzy usu­wa­no chi­rur­gicz­nie. (Na­wet sam Ga­len po­dob­no prze­pro­wa­dzał ta­kie za­bie­gi, być może w ce­lach ko­sme­tycz­nych lub pa­lia­tyw­nych). Ale do kon­cep­cji chi­rur­gicz­ne­go usu­nię­cia raka jako sku­tecz­nej me­to­dy le­cze­nia ucie­ka­no się tyl­ko w sy­tu­acjach na­praw­dę skraj­nych. Gdy zaś leki i ope­ra­cje nie przy­no­si­ły skut­ku, le­ka­rze sto­so­wa­li je­dy­ną w przy­pad­ku raka uzna­ną te­ra­pię, za­czerp­nię­tą z nauk Ga­le­na: se­rię ry­tu­ałów upusz­cza­nia krwi i oczysz­cza­nia cia­ła w celu wy­ci­śnię­cia z nie­go hu­mo­rów, jak gdy­by cho­re cia­ło było cięż­ką, prze­siąk­nię­tą gąb­ką.

Znikający humor

Rack’t car­cas­ses make ill Ana­to­mies.

[dosł. Tor­tu­ro­wa­ne zwło­ki dają złe Ana­to­mie]129

John Don­ne

Zimą 1533 roku An­dre­as We­sa­liusz, dzie­więt­na­sto­let­ni stu­dent z Bruk­se­li, przy­je­chał do Pa­ry­ża, by na­uczyć się ga­le­now­skiej ana­to­mii i pa­to­lo­gii, a na­stęp­nie pod­jąć pra­cę chi­rur­ga. Ku jego nie­do­wie­rza­niu i roz­cza­ro­wa­niu na za­ję­ciach z ana­to­mii na uni­wer­sy­te­cie pa­no­wał gro­te­sko­wy cha­os. Nie było jed­ne­go wy­zna­czo­ne­go miej­sca do sek­cji zwłok. Piw­ni­ce l’Hôpi­tal-Dieu, gdzie od­by­wa­ły się po­ka­zy z ana­to­mii, były prze­strze­nią wręcz te­atral­nie ma­ka­brycz­ną: pro­fe­so­ro­wie dłu­ba­li w roz­kła­da­ją­cych się zwło­kach, a na pod­ło­dze pod sto­ła­mi psy ogry­za­ły ko­ści i wnętrz­no­ści. „Poza ośmio­ma mię­śnia­mi brzusz­ny­mi, w złym sta­nie i nie­wła­ści­wej ko­lej­no­ści, nig­dy nie po­ka­za­no mi żad­ne­go mię­śnia ani ko­ści, nie mó­wiąc już o ukła­dzie ner­wów, żył i tęt­nic” – pi­sał We­sa­liusz w li­ście130. Nie dys­po­nu­jąc mapą ludz­kich or­ga­nów dla orien­ta­cji, chi­rur­dzy mu­sie­li prze­dzie­rać się przez cia­ła pa­cjen­tów na chy­bił tra­fił, jak ma­ry­na­rze, któ­rych wy­sła­no w rejs bez map i kom­pa­sów. Śle­pi wie­dli nie­do­ma­ga­ją­cych.

We­sa­liusz, sfru­stro­wa­ny ob­ser­wo­wa­niem sek­cji, któ­ry­mi rzą­dził przy­pa­dek, po­sta­no­wił stwo­rzyć wła­sną mapę ana­to­mii ludz­kie­go cia­ła. Po­trze­bo­wał ma­te­ria­łów, za­czął więc cho­dzić po pod­pa­ry­skich cmen­ta­rzach w po­szu­ki­wa­niu zwłok i szkie­le­tów”131. W Mont­fau­con od­krył dłu­gą szu­bie­ni­cę miej­ską Pa­ry­ża, gdzie czę­sto wi­sia­ły cia­ła spraw­ców drob­niej­szych prze­stępstw. Kil­ka mil da­lej, na Cmen­ta­rzu Nie­wi­nią­tek, w roz­ko­pa­nych gro­bach le­ża­ły wy­sta­wio­ne pra­wie w ca­ło­ści na wi­dok szkie­le­ty ofiar wiel­kiej za­ra­zy.

Szu­bie­ni­ca i cmen­tarz – dla śre­dnio­wiecz­ne­go ana­to­ma skle­py z ar­ty­ku­ła­mi pierw­szej po­trze­by – do­star­cza­ły We­sa­liu­szo­wi po­trzeb­nych oka­zów, a on za­chłan­nie czer­pał z ich za­pa­sów. Czę­sto na­wet dwa razy dzien­nie wy­bie­rał się, żeby od­ci­nać ka­wał­ki mar­twych ciał i szmu­glo­wać je do swo­jej pra­cow­ni, gdzie do­ko­ny­wał sek­cji. Tym spo­so­bem w ma­ka­brycz­nym świe­cie umar­łych po­znał ana­to­mię, któ­ra tak żywo go in­te­re­so­wa­ła. W 1538 roku, we współ­pra­cy z ar­ty­sta­mi z pra­cow­ni Ty­cja­na, za­czął pu­bli­ko­wać swo­je szcze­gó­ło­we ry­sun­ki w po­sta­ci ta­blic i ca­łych ksią­żek. Były to sub­tel­nie, pre­cy­zyj­nie wy­ko­na­ne ilu­stra­cje ukła­du tęt­nic i żył, ner­wów i wę­złów chłon­nych. Na nie­któ­rych ta­bli­cach We­sa­liusz od­su­wał skó­rę i ko­lej­ne war­stwy tka­nek, by po­ka­zać kry­ją­ce się pod nimi na­rzą­dy istot­ne dla chi­rur­ga. Na jed­nym z ry­sun­ków wpraw­nie uka­zał po­zio­my prze­krój mó­zgu w pla­strach – ni­czym ludz­ki to­mo­graf, set­ki lat przed wy­na­le­zie­niem kom­pu­te­ro­we­go – ilu­stru­jąc układ ko­mór i zbior­ni­ków mó­zgo­wych.

Stwo­rzo­ny przez We­sa­liu­sza opis ana­to­micz­ny był po­cząt­ko­wo ćwi­cze­niem czy­sto in­te­lek­tu­al­nym, ale szyb­ko za­czął słu­żyć ce­lom prak­tycz­nym. Z opar­tej na hu­mo­rach Ga­le­now­skiej teo­rii cho­ro­by – zgod­nie z któ­rą każ­da cho­ro­ba to sku­tek pa­to­lo­gicz­ne­go na­gro­ma­dze­nia jed­nej z czte­rech głów­nych cie­czy ludz­kie­go cia­ła – wy­ni­ka­ła prak­ty­ka upusz­cza­nia pa­cjen­tom krwi i oczysz­cza­nia ich ciał z cho­ro­bo­twór­czych hu­mo­rów. Aby jed­nak upusz­cza­nie krwi przy­nio­sło ocze­ki­wa­ny re­zul­tat, za­bie­gów na­le­ża­ło do­ko­ny­wać w kon­kret­nych miej­scach. Je­że­li pa­cjent miał mieć krew upusz­czo­ną p r o f i l a k t y c z n i e (to jest aby za­po­biec cho­ro­bie), na­le­ża­ło upu­ścić ją da­le­ko od moż­li­wej lo­ka­li­za­cji cho­ro­by, tak by od­cią­gnąć od niej hu­mo­ry. Je­że­li zaś upusz­cza­nie krwi mia­ło cel lecz­ni­czy – mia­ło w y l e c z y ć zdia­gno­zo­wa­ną cho­ro­bę – na­le­ża­ło upu­ścić krew z na­czyń krwio­no­śnych w po­bli­żu, pro­wa­dzą­cych w s t r o n ę cho­re­go miej­sca.

Aby wy­ja­śnić tę dość mgli­stą teo­rię, Ga­len za­po­ży­czył od Hi­po­kra­te­sa rów­nie mgli­ste wy­ra­że­nie κατ’ί’ξιυ – po grec­ku „pro­sto do” – do opi­sa­nia na­czyń krwio­no­śnych pro­wa­dzą­cych „pro­sto do” no­wo­two­ru. Ale ta ter­mi­no­lo­gia spo­wo­do­wa­ła wśród le­ka­rzy jesz­cze więk­sze po­mie­sza­nie. Cóż, na Boga, miał na my­śli Ga­len – za­cho­dzi­li w gło­wę – mó­wiąc „pro­sto do”? Któ­re na­czy­nia pro­wa­dzą „pro­sto do” no­wo­two­ru czy na­rzą­du, a któ­re z nich „wy­cho­dzą”? Z ta­ki­mi wska­zów­ka­mi moż­na było tyl­ko gu­bić się w do­my­słach i brnąć w nie­po­ro­zu­mie­nia. Wo­bec bra­ku sys­te­ma­tycz­nej mapy ana­to­micz­nej – in­ny­mi sło­wy, bez wzor­ca nor­mal­nych, zdro­wych struk­tur – nie da­wa­ło się roz­wi­kłać za­ga­dek ana­to­mii pa­to­lo­gicz­nej.

We­sa­liusz po­sta­no­wił roz­wią­zać ten pro­blem, sys­te­ma­tycz­nie na­no­sząc na pa­pier każ­de na­czy­nie krwio­no­śne i każ­dy nerw w ludz­kim cie­le, z cze­go miał po­wstać atlas ana­to­micz­ny dla chi­rur­gów. „Tłu­ma­cząc my­śli bo­skich Hi­po­kra­te­sa i Ga­le­na – jak na­pi­sał w li­ście – na­szki­co­wa­łem układ żył, są­dząc, że dzię­ki temu ła­two uda mi się po­ka­zać, co Hi­po­kra­tes ro­zu­miał po­przez wy­ra­że­nie κατ’ίξιυ. Wiesz prze­cież, jak wie­le spo­rów i kon­tro­wer­sji bu­dzi te­mat fle­bo­to­mii, na­wet po­śród uczo­nych”132.

Roz­po­cząw­szy to przed­się­wzię­cie, We­sa­liusz nie mógł go za­rzu­cić. „Moje ry­sun­ki żył tak bar­dzo od­po­wia­da­ły pro­fe­so­rom me­dy­cy­ny i stu­den­tom, że z całą po­wa­gą zwró­ci­li się do mnie z proś­bą o po­dob­ne ry­ci­ny tęt­nic, a tak­że ner­wów. […] Nie mo­głem nie speł­nić tej proś­by”. W ludz­kim cie­le ist­nie­je nie­skoń­cze­nie wie­le po­łą­czeń: żyły bie­gną rów­no­le­gle do ner­wów, ner­wy łą­czą się z krę­go­słu­pem, krę­go­słup z mó­zgiem i tak da­lej. Ana­to­mię moż­na ująć tyl­ko w jej ca­ło­kształ­cie, dla­te­go też pro­jekt We­sa­liu­sza oka­zał się przed­się­wzię­ciem tak mo­nu­men­tal­nym i skom­pli­ko­wa­nym, że aby do­pro­wa­dzić je do koń­ca, ko­niecz­ne było za­trud­nie­nie do po­mo­cy in­nych ilu­stra­to­rów.

We­sa­liusz ba­dał taj­ni­ki ludz­kie­go cia­ła nie­zwy­kle skru­pu­lat­nie, a mimo to nig­dzie nie mógł zna­leźć źró­dła ga­le­now­skiej czar­nej żół­ci. Sło­wo „au­top­sja” po­cho­dzi od grec­kie­go „zo­ba­czyć na wła­sne oczy”; kie­dy We­sa­liusz na wła­sne oczy zo­ba­czył ca­łe­go czło­wie­ka od środ­ka, oka­za­ło się, że mi­stycz­ne opi­sy Ga­le­na nie mają od­zwier­cie­dle­nia w rze­czy­wi­sto­ści. W ukła­dzie lim­fa­tycz­nym krą­żył ja­sny, wod­ni­sty płyn; na­czy­nia krwio­no­śne, jak moż­na było ocze­ki­wać, trans­por­to­wa­ły krew. Żółć znaj­do­wa­ła się w wą­tro­bie. Czar­nej żół­ci – we­dług Ga­le­na spraw­czy­ni raka i de­pre­sji – w ludz­kim cie­le nie było.

Tym sa­mym We­sa­liusz zna­lazł się w dziw­nym po­ło­że­niu. Wy­wo­dził się z tra­dy­cji hoł­du­ją­cej na­ukom Ga­le­na; uczył się z jego ksiąg, uczest­ni­czył w pro­ce­sie ich re­dak­cji i przy­go­to­wy­wa­nia no­wych wy­dań. Ale ba­da­jąc ludz­kie cia­ło, nig­dzie nie zna­lazł czar­nej żół­ci – owej gę­stej cie­czy sta­no­wią­cej ją­dro ga­le­now­skiej fi­zjo­lo­gii. Ży­wił w sto­sun­ku do tego od­kry­cia mie­sza­ne uczu­cia. Chcąc za­głu­szyć po­czu­cie winy, jesz­cze gor­li­wiej niż przed­tem sła­wił daw­no nie­ży­ją­ce­go ana­to­ma. Ale jako em­pi­ry­sta do szpi­ku ko­ści ni­cze­go w swo­ich ry­sun­kach nie zmie­nił, wy­cią­gnię­cie wnio­sków po­zo­sta­wia­jąc in­nym. Czar­na żółć nie ist­nia­ła. We­sa­liusz pod­jął ba­da­nia nad ana­to­mią, żeby oca­lić teo­rię Ga­le­na, lecz osta­tecz­nie cich­cem ją po­grze­bał.

*

W 1793 roku w Lon­dy­nie ana­tom Mat­thew Ba­il­lie opu­bli­ko­wał pod­ręcz­nik za­ty­tu­ło­wa­ny The Mor­bid Ana­to­my of Some of the Most Im­por­tant Parts of the Hu­man Body [Pa­to­lo­gicz­na ana­to­mia wy­bra­nych naj­waż­niej­szych czę­ści ludz­kie­go cia­ła]. Książ­ka ta, na­pi­sa­na dla chi­rur­gów i ana­to­mów, sta­no­wi­ła od­wrot­ność pro­jek­tu We­sa­liu­sza: tam­ten wy­ty­czył bo­wiem mapę „nor­mal­nej ana­to­mii”, Ba­il­lie zaś – ana­to­mii w sta­nie cho­ro­bo­wym, zmie­nio­nym. Tu­taj fan­ta­stycz­ne spe­ku­la­cje Ga­le­na na te­mat cho­rób po­nio­sły jesz­cze do­tkliw­szą klę­skę. Czar­nej żół­ci może i nie da­wa­ło się za­ob­ser­wo­wać w zdro­wych tkan­kach, za to no­wo­two­ry po­win­ny prze­cież być jej peł­ne. A jed­nak Ba­il­lie nig­dzie nie zdo­łał jej zna­leźć. Opi­sał guzy płu­ca („duże jak po­ma­rań­cza”133), żo­łąd­ka („wy­gląd grzy­bo­po­dob­ny”134) i ją­der („od­ra­ża­ją­cy głę­bo­ki wrzód”135), a tak­że przed­sta­wił ich su­ge­styw­ne ilu­stra­cje. Nig­dzie jed­nak nie uda­ło mu się zna­leźć źró­deł czar­nej żół­ci – ani w gu­zach wiel­ko­ści po­ma­rań­czy, ani w głę­bi „od­ra­ża­ją­ce­go głę­bo­kie­go wrzo­du”. Je­że­li opi­sa­na przez Ga­le­na sieć na­czyń, w któ­rych pły­nę­ły nie­wi­dzial­ne cie­cze, rze­czy­wi­ście ist­nia­ła, to z pew­no­ścią poza no­wo­two­ra­mi, poza świa­tem pa­to­lo­gii, a tak­że poza gra­ni­ca­mi nor­mal­nej ana­to­mii – sło­wem, poza gra­ni­ca­mi me­dy­cy­ny jako na­uki. Po­dob­nie jak u We­sa­liu­sza, ry­sun­ki Ba­il­lie­go przed­sta­wia­ły ana­to­mię i raka tak, jak ry­sow­nik je w rze­czy­wi­sto­ści wi­dział. W ten spo­sób wresz­cie znik­nę­ły do­pły­wy czar­nej żół­ci, hu­mo­ry w no­wo­two­rach, któ­re przez całe wie­ki zdo­mi­no­wa­ły wy­obraź­nię tak le­ka­rzy, jak i pa­cjen­tów.

„Odległe współczucie”

W le­cze­niu raka, jak na­le­ży stwier­dzić, nie moż­na po­kła­dać du­żej czy wręcz żad­nej uf­no­ści w leki we­wnętrz­ne […] i nie skut­ku­je nic poza cał­ko­wi­tym usu­nię­ciem cho­rej czę­ści cia­ła136.

A Dic­tio­na­ry of Prac­ti­cal Sur­ge­ry, 1836

Książ­ka Mat­thew Ba­il­lie­go The Mor­bid Ana­to­my… po­ło­ży­ła in­te­lek­tu­al­ne pod­wa­li­ny pod usu­wa­nie gu­zów me­to­dą chi­rur­gicz­ną. Sko­ro, jak od­krył Ba­il­lie, czar­na żółć nie ist­nie­je, to może chi­rur­gicz­ne usu­nię­cie raka rze­czy­wi­ście po­zwo­li oczy­ścić cia­ło z cho­ro­by. Ale chi­rur­gia jako dys­cy­pli­na nie była jesz­cze na tego ro­dza­ju ope­ra­cje go­to­wa. W la­tach sześć­dzie­sią­tych XVIII wie­ku szkoc­ki chi­rurg John Hun­ter, wuj Ba­il­lie­go, za­czął usu­wać guzy swo­im pa­cjen­tom w lon­dyń­skiej kli­ni­ce, ma­ni­fe­stu­jąc ci­chy sprze­ciw wo­bec nauk Ga­le­na. Ale wni­kli­we ba­da­nia Hun­te­ra – po­cząt­ko­wo prze­pro­wa­dza­ne na zwie­rzę­tach i zwło­kach w jego wła­snym domu – utknę­ły w kry­tycz­nym wą­skim gar­dle. Hun­ter po­tra­fił zręcz­nie do­stać się do gu­zów i – je­że­li były „usu­wal­ne” (jak na­zy­wał znaj­du­ją­ce się nie­zbyt głę­bo­ko no­wo­two­ry nie­in­wa­zyj­ne) – wy­jąć je, nie na­ru­sza­jąc de­li­kat­nej ar­chi­tek­tu­ry tkan­ki znaj­du­ją­cej się głę­biej. Jak pi­sał: „Je­że­li nie tyl­ko guz jest ru­cho­my, ale i dana część cia­ła, moż­na je bez­piecz­nie usu­nąć. Ale trze­ba wiel­kiej ostroż­no­ści, żeby po­znać, czy owe ko­lej­ne guzy znaj­du­ją się w na­szym za­się­gu, gdyż czę­sto mo­że­my wy­dać myl­ną oce­nę”137.

To ostat­nie zda­nie mia­ło de­cy­du­ją­cą wagę. Hun­ter, co praw­da z grub­sza, za­kla­sy­fi­ko­wał guzy do róż­nych „stop­ni za­awan­so­wa­nia”. Gu­za­mi u s u w a l n y m i na­zy­wał za­zwy­czaj wcze­sne, miej­sco­we no­wo­two­ry. Gu­za­mi n i e u s u w a l n y m i zaś – no­wo­two­ry za­awan­so­wa­ne, in­wa­zyj­ne, na­wet prze­rzu­to­we. Hun­ter do­szedł do wnio­sku, że je­dy­nie guzy usu­wal­ne war­to wy­ci­nać. W przy­pad­ku bar­dziej za­awan­so­wa­nych no­wo­two­rów za­le­cał uczci­wą, choć przy­pra­wia­ją­cą o dreszcz zgro­zy me­to­dę po­stę­po­wa­nia, któ­ra przy­wo­dzi na myśl kon­klu­zje Im­ho­te­pa: „od­le­głe współ­czu­cie”IX.

Hun­te­ro­wi jako ana­to­mo­wi nie moż­na było ni­cze­go za­rzu­cić, jed­nak jego umysł chi­rur­ga znacz­nie gó­ro­wał nad ręką. Jako czło­wiek nie­cier­pli­wy i sta­le nie­na­sy­co­ny, ob­da­rzo­ny nie­mal ma­nia­kal­ną ener­gią, sy­pia­ją­cy le­d­wie po czte­ry go­dzi­ny na dobę, Hun­ter bez koń­ca do­sko­na­lił swo­je chi­rur­gicz­ne umie­jęt­no­ści na zwło­kach stwo­rzeń ze wszyst­kich za­ka­mar­ków kró­le­stwa zwie­rząt – małp, re­ki­nów, mor­sów, ba­żan­tów, niedź­wie­dzi i ka­czek. Ale wo­bec ży­wych lu­dzi miał zwią­za­ne ręce. Na­wet je­śli pra­co­wał w bły­ska­wicz­nym tem­pie, otę­piw­szy pa­cjen­ta nie­mal do nie­przy­tom­no­ści al­ko­ho­lem i opium, prze­skok z nie­ru­cho­mych, po­zba­wio­nych krwi zwłok do ży­wych pa­cjen­tów wią­zał się z ty­sią­cem nie­bez­pie­czeństw. A prze­cież oprócz cier­pie­nia pod­czas ope­ra­cji pa­cjen­tom po­waż­nie za­gra­ża­ły in­fek­cje po­ope­ra­cyj­ne. Ci, któ­rzy prze­ży­li strasz­ną mękę sto­łu ope­ra­cyj­ne­go, czę­sto wkrót­ce po­tem umie­ra­li jesz­cze strasz­niej­szą śmier­cią we wła­snych łóż­kach.

*

W krót­kim okre­sie mię­dzy ro­kiem 1846 a 1867 dzię­ki dwóm od­kry­ciom znik­nę­ły dwa drę­czą­ce chi­rur­gię od za­wsze pro­ble­my, a chi­rur­dzy on­ko­lo­gicz­ni mo­gli wró­cić do śmia­łych za­bie­gów, ja­kie sta­rał się udo­sko­na­lić Hun­ter w Lon­dy­nie.

Pierw­sze z tych dwóch od­kryć, znie­czu­le­nie ogól­ne, pu­blicz­nie za­de­mon­stro­wa­no w 1846 roku w cia­sno wy­peł­nio­nej sali ope­ra­cyj­nej w Mas­sa­chu­setts Ge­ne­ral Ho­spi­tal, nie­ca­łe dzie­sięć mil od miej­sca, gdzie sto lat póź­niej mia­ło się mie­ścić la­bo­ra­to­rium Sid­neya Far­be­ra. 16 paź­dzier­ni­ka rano, oko­ło go­dzi­ny dzie­sią­tej, w ciem­nej, po­nu­rej sali w ser­cu szpi­ta­la spo­tka­ła się gru­pa le­ka­rzy. Bo­stoń­ski den­ty­sta Wil­liam Mor­ton po­ka­zał ze­bra­nym mały szkla­ny in­ha­la­tor, za­wie­ra­ją­cy mniej wię­cej litr ete­ru. Otwo­rzył za­wór i po­pro­sił swo­je­go pa­cjen­ta, dru­ka­rza o na­zwi­sku Edward Ab­bott, żeby wcią­gnął w płu­ca opa­ry. Gdy Ab­bott za­padł w głę­bo­ki sen, na śro­dek sali ope­ra­cyj­nej wy­szedł chi­rurg i kil­ko­ma szyb­ki­mi ru­cha­mi wpraw­nie do­ko­nał na­cię­cia na szyi Ab­bot­ta, po czym za­szył na­brzmia­łe, zde­for­mo­wa­ne na­czy­nie krwio­no­śne (okre­śla­ne na­zwą „tu­mor”, co ozna­cza­ło wów­czas za­rów­no zmia­ny ła­god­ne, jak i zło­śli­we). Kil­ka mi­nut po­tem Ab­bott się obu­dził i po­wie­dział: „W żad­nym mo­men­cie nie czu­łem bólu, cho­ciaż wie­dzia­łem, że je­stem ope­ro­wa­ny”138.

Znie­czu­le­nie – czy­li od­dzie­le­nie bólu od za­bie­gu chi­rur­gicz­ne­go – otwo­rzy­ło przed chi­rur­ga­mi moż­li­wo­ści prze­pro­wa­dza­nia dłuż­szych, czę­sto na­wet kil­ku­go­dzin­nych ope­ra­cji. Po­zo­sta­ła jesz­cze jed­nak do po­ko­na­nia prze­szko­da, któ­rą sta­no­wi­ły za­ka­że­nia po­ope­ra­cyj­ne. Do po­ło­wy XIX wie­ku były po­wszech­ne i śmier­tel­ne, lecz ich przy­czy­na wciąż po­zo­sta­wa­ła za­gad­ką. „Jest to za­pew­ne ja­kaś bar­dzo drob­na za­sa­da [w ra­nie], któ­rej nie moż­na zo­ba­czyć” – pod­su­mo­wał do­cie­ka­nia swo­ich ko­le­gów po fa­chu pe­wien chi­rurg w 1819 roku139.

W roku 1865 szkoc­ki chi­rurg Jo­seph Li­ster w toku nie­zwy­kłe­go ro­zu­mo­wa­nia od­krył, jak zneu­tra­li­zo­wać tę cza­ją­cą się w ra­nach „bar­dzo drob­ną za­sa­dę”. Wy­szedł od daw­no zna­ne­go z ob­ser­wa­cji fak­tu kli­nicz­ne­go: rany na­ra­żo­ne na kon­takt z po­wie­trzem pręd­ko ata­ku­je gan­gre­na, rany za­mknię­te zaś czę­sto po­zo­sta­ją czy­ste, nie­za­in­fe­ko­wa­ne. W sa­lach po­ope­ra­cyj­nych szpi­ta­la w Glas­gow Li­ster sta­le wi­dy­wał, jak wo­kół rany pa­cjen­ta po­wsta­je agre­syw­nie czer­wo­na otocz­ka, a nie­dłu­go po­tem skó­ra wy­glą­da tak, jak­by gni­ła od środ­ka, cze­mu to­wa­rzy­szą czę­sto go­rącz­ka i ro­pie­nie, a skut­kiem jest szyb­ka śmierć.

Li­ster sko­ja­rzył to z po­zor­nie nie­ma­ją­cym związ­ku z in­fek­cja­mi ran eks­pe­ry­men­tem prze­pro­wa­dzo­nym w da­le­kim Pa­ry­żu. Otóż wy­bit­ny fran­cu­ski che­mik Lo­uis Pa­steur wy­ka­zał, że wy­war z mię­sa po­zo­sta­wio­ny w kon­tak­cie z po­wie­trzem szyb­ko męt­nie­je i za­czy­na fer­men­to­wać, na­to­miast szczel­nie za­mknię­ty w uprzed­nio wy­pa­rzo­nym sło­ju za­cho­wu­je kla­row­ność. Na pod­sta­wie tych ob­ser­wa­cji Pa­steur wy­su­nął śmia­łą hi­po­te­zę: męt­nie­nie po­wo­do­wa­ne jest roz­wo­jem nie­wi­dzial­nych mi­kro­or­ga­ni­zmów – bak­te­rii – któ­re prze­do­sta­ją się z po­wie­trza do wy­wa­ru. Li­ster po­cią­gnął ro­zu­mo­wa­nie Pa­steu­ra da­lej. Otwar­ta rana – mie­sza­ni­na skrze­płej krwi i od­kry­te­go cia­ła – była osta­tecz­nie pew­ną od­mia­ną Pa­steu­row­skie­go wy­wa­ru z mię­sa, na­tu­ral­ną szal­ką Pe­trie­go dla roz­wo­ju bak­te­rii. Czy moż­li­we, że te same bak­te­rie, któ­re wpa­da­ły z po­wie­trza do sub­stan­cji przy­go­to­wa­nych przez Pa­steu­ra we Fran­cji, wpa­da­ły rów­nież do ran pa­cjen­tów Li­ste­ra w Szko­cji?

Wkrót­ce Li­ster do­ko­nał ko­lej­ne­go ge­nial­ne­go prze­sko­ku lo­gicz­ne­go. Sko­ro bak­te­rie po­wo­du­ją in­fek­cje po­ope­ra­cyj­ne, to może ja­kiś pro­ces an­ty­bak­te­ryj­ny lub sub­stan­cja che­micz­na mogą tym in­fek­cjom za­po­biec. Jak za­pi­sał w swo­ich no­tat­kach kli­nicz­nych: „Przy­szło mi na myśl, że roz­kła­du w zra­nio­nej czę­ści cia­ła moż­na by unik­nąć in­a­czej niż po­przez unie­moż­li­wie­nie kon­tak­tu z po­wie­trzem, a mia­no­wi­cie po­przez na­ło­że­nie w cha­rak­te­rze opa­trun­ku ja­kie­goś ma­te­ria­łu, któ­ry znisz­czył­by ży­cie tych nie­wi­dzial­nych czą­ste­czek”140.

W po­ło­żo­nym nie­opo­dal Glas­gow mia­stecz­ku Car­li­sle Li­ster za­uwa­żył, że czy­ści­cie­le szamb ko­rzy­sta­ją z ta­nie­go pły­nu o słod­kim za­pa­chu, za­wie­ra­ją­ce­go kwas kar­bo­lo­wy. Za­czął więc sma­ro­wać rany po­ope­ra­cyj­ne ma­ścią z kwa­sem kar­bo­lo­wym. (Nic nie wska­zu­je, by sma­ro­wa­nie pa­cjen­tów środ­kiem do czysz­cze­nia szamb wy­da­wa­ło mu się po­stę­po­wa­niem choć tro­chę eks­cen­trycz­nym).

W sierp­niu 1867 roku do lecz­ni­cy Li­ste­ra zo­stał przy­ję­ty trzy­na­sto­let­ni chło­piec, któ­ry do­znał po­waż­ne­go ura­zu ręki, gdy ob­słu­gi­wał ma­szy­nę na jar­mar­ku w Glas­gow141. Rana chłop­ca była otwar­ta i brud­na – stwa­rza­ła ide­al­ne wa­run­ki do roz­wo­ju gan­gre­ny. Le­karz po­sta­no­wił nie am­pu­to­wać ręki, tyl­ko wy­pró­bo­wać bal­sam z kwa­su kar­bo­lo­we­go, li­cząc, że uda się nie do­pu­ścić do in­fek­cji i oca­lić chłop­cu koń­czy­nę. Rana dłu­go wy­glą­da­ła tak, jak­by mia­ło się w nią wdać strasz­ne za­ka­że­nie, jak­by ist­nia­ła groź­ba utwo­rze­nia się rop­nia. Ale Li­ster nie da­wał za wy­gra­ną, apli­ko­wał co­raz więk­sze daw­ki ma­ści kar­bo­lo­wej. Przez kil­ka ty­go­dni sta­ra­nia zda­wa­ły się bez­sku­tecz­ne. Lecz na­gle, tak jak ga­śnie pło­ną­cy sznu­rek, kie­dy pło­mień do­bie­ga do jego koń­ca, rana za­czę­ła się za­skle­piać. Mie­siąc póź­niej zdję­to kom­pre­sy; skó­ra pod nimi była cał­ko­wi­cie za­go­jo­na.

Nie upły­nę­ło dużo cza­su, a wy­na­la­zek Li­ste­ra zna­lazł miej­sce w po­su­wa­ją­cym się zwy­cię­sko na­przód fron­cie chi­rur­gii on­ko­lo­gicz­nej. W 1869 Li­ster usu­nął guz pier­si swo­jej sio­strze Isa­bel­li Pim, uży­wa­jąc sto­łu w ja­dal­ni jako sto­łu ope­ra­cyj­ne­go, ete­ru w cha­rak­te­rze środ­ka znie­czu­la­ją­ce­go, a kwa­su kar­bo­lo­we­go jako środ­ka od­ka­ża­ją­ce­go142. Ope­ra­cja się uda­ła i nie do­szło do in­fek­cji (ale trzy lata póź­niej ko­bie­ta zmar­ła z po­wo­du prze­rzu­tów do wą­tro­by). Kil­ka mie­się­cy po­tem Li­ster prze­pro­wa­dził ope­ra­cję roz­le­głej am­pu­ta­cji na in­nym pa­cjen­cie cho­rym na raka, po­le­ga­ją­cą na usu­nię­ciu no­wo­two­ru (praw­do­po­dob­nie mię­sa­ka) z uda143. W po­ło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych XIX wie­ku ru­ty­no­wo już prze­pro­wa­dzał ma­stek­to­mie i roz­sze­rzył ob­szar za­bie­gu, tak że obej­mo­wał on te­raz tak­że za­ata­ko­wa­ne przez no­wo­twór wę­zły chłon­ne pod pa­chą.

*

An­ty­sep­ty­ka i znie­czu­le­nie sta­no­wi­ły więc bliź­nia­cze prze­ło­my tech­no­lo­gicz­ne, dzię­ki któ­rym chi­rur­gia wy­swo­bo­dzi­ła się z krę­pu­ją­cej ją zbroi śre­dnio­wiecz­nych me­tod. Nowe po­ko­le­nie chi­rur­gów, uzbro­jo­ne w eter i my­dło kar­bo­lo­we, z za­pa­łem za­bra­ło się do prze­pro­wa­dza­nia skom­pli­ko­wa­nych za­bie­gów ana­to­micz­nych, któ­re Hun­ter i jemu po­dob­ni prze­pro­wa­dza­li wcze­śniej na zwło­kach. Na­stą­pi­ło zło­te stu­le­cie chi­rur­gii on­ko­lo­gicz­nej: w la­tach 1850–1950 chi­rur­dzy śmia­ło mie­rzy­li się z ra­kiem, otwie­ra­li cia­ła pa­cjen­tów i usu­wa­li guzy.

Sym­bo­lem tej epo­ki był pra­co­wi­ty wie­deń­ski chi­rurg The­odor Bil­l­roth. Uro­dzo­ny w roku 1829, z nie­mal rów­ną pa­sją stu­dio­wał chi­rur­gię co mu­zy­kę. (Na­wia­sem mó­wiąc, te dwie pro­fe­sje wciąż czę­sto się ze sobą łą­czą – obie do­sko­na­lą się z wie­kiem i w mia­rę na­by­wa­nia prak­ty­ki; obie wy­ma­ga­ją szyb­ko­ści i pre­cy­zji ru­chów oraz zręcz­nych pal­ców). W roku 1867 w Ber­li­nie, już jako pro­fe­sor, Bil­l­roth pod­jął sys­te­ma­tycz­ne ba­da­nia nad me­to­da­mi otwie­ra­nia ludz­kiej jamy brzusz­nej, któ­re po­zwo­li­ły­by na usu­wa­nie gu­zów zło­śli­wych. Do tam­tej pory wskaź­ni­ki śmier­tel­no­ści w na­stęp­stwie ope­ra­cji w ob­rę­bie jamy brzusz­nej były prze­ra­ża­ją­ce. Bil­l­roth pod­szedł do za­gad­nie­nia w spo­sób for­mal­ny i su­mien­ny: przez bli­sko dzie­sięć lat prze­pro­wa­dzał ope­ra­cje otwie­ra­nia i za­my­ka­nia brzu­chów zwie­rząt i ludz­kich zwłok, by wy­ty­czyć czy­ste i bez­piecz­ne dro­gi do wnę­trza jamy brzusz­nej. Na po­cząt­ku lat osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku za­da­nie zo­sta­ło wy­ko­na­ne, dro­gi były wy­ty­czo­ne: „Już do­tych­cza­so­wy prze­bieg prac sta­no­wi do­sta­tecz­ny do­wód na to, że ope­ra­cja w ob­rę­bie jamy brzusz­nej jest moż­li­wa – pi­sał Bil­l­roth. – Na­stęp­nym ce­lem na­szych ba­dań musi być okre­śle­nie wska­zań oraz wy­pra­co­wa­nie tech­nik do­sto­so­wa­nych do roz­ma­itych przy­pad­ków. Mam na­dzie­ję, że o ko­lej­ny duży krok przy­bli­ży­li­śmy się do le­cze­nia nie­szczę­śli­wych lu­dzi uwa­ża­nych do­tąd za przy­pad­ki nie­ule­czal­ne”144.

W Al­l­ge­me­ines Kran­ken­haus, wie­deń­skiej kli­ni­ce uni­wer­sy­tec­kiej, w któ­rej zo­stał mia­no­wa­ny pro­fe­so­rem, Bil­l­roth wraz ze stu­den­ta­mi za­czął sto­so­wać i do­sko­na­lić róż­no­rod­ne tech­ni­ki usu­wa­nia gu­zów z żo­łąd­ka, je­li­ta gru­be­go, jaj­ni­ków i prze­ły­ku, li­cząc na to, że wy­le­czy pa­cjen­tów z raka. Przej­ście od po­szu­ki­wań spo­so­bu le­cze­nia do rze­czy­wi­ste­go le­cze­nia zro­dzi­ło jed­nak nie­prze­wi­dzia­ny pro­blem. Za­da­niem chi­rur­ga on­ko­lo­gicz­ne­go było usu­nię­cie zmie­nio­nej tkan­ki bez na­ru­sza­nia zdro­wej tkan­ki i na­rzą­dów. Ale, jak pręd­ko prze­ko­nał się Bil­l­roth, za­da­nie to wy­ma­ga­ło nie­mal bo­skiej kre­atyw­no­ści.

Od cza­sów We­sa­liu­sza chi­rur­dzy pil­nie stu­dio­wa­li ana­to­mię na­tu­ral­ną. Rak jed­nak na tyle czę­sto nie prze­strze­gał na­tu­ral­nych gra­nic ana­to­micz­nych, że aby go po­skro­mić, trze­ba było wy­my­ślić gra­ni­ce nie­na­tu­ral­ne. Na przy­kład żeby usu­nąć dy­stal­ną część prze­żar­te­go ra­kiem żo­łąd­ka, Bil­l­roth mu­siał po­zo­sta­ły po ope­ra­cji frag­ment żo­łąd­ka przy­szyć do prok­sy­mal­ne­go frag­men­tu je­li­ta cien­kie­go. Usu­nąw­szy całą dol­ną po­ło­wę żo­łąd­ka, po­zo­sta­łą jego część mu­siał przy­szyć do je­li­ta czcze­go. W po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych XIX wie­ku Bil­l­roth prze­pro­wa­dził ta­kie ope­ra­cje z wy­ko­rzy­sta­niem no­wa­tor­skich re­kon­fi­gu­ra­cji ana­to­micz­nych u czter­dzie­stu je­den pa­cjen­tów z no­wo­two­ra­mi żo­łąd­ka. Dzie­więt­na­stu z nich ope­ra­cję prze­ży­ło145.

Za­bie­gi Bil­l­ro­tha do­sko­na­le ilu­stru­ją naj­waż­niej­sze po­stę­py w le­cze­niu raka. Na po­cząt­ku XX wie­ku moż­na już było chi­rur­gicz­nie usu­wać wie­le no­wo­two­rów ogra­ni­czo­nych do jed­nej lo­ka­li­za­cji (czy­li no­wo­two­rów pier­wot­nych, bez prze­rzu­tów). Za­li­cza­ły się do nich no­wo­two­ry ma­ci­cy i jaj­ni­ków, pier­si i pro­sta­ty, je­li­ta gru­be­go i płu­ca. Je­że­li guzy zo­sta­ły usu­nię­te, nim rak za­ata­ko­wał inne na­rzą­dy, u istot­ne­go od­set­ka pa­cjen­tów ope­ra­cje te owo­co­wa­ły wy­le­cze­niem.

Ale po­mi­mo nie­zwy­kłych po­stę­pów nie­któ­re no­wo­two­ry – na­wet ta­kie, któ­re były na po­zór ogra­ni­czo­ne do jed­nej lo­ka­li­za­cji – na­wra­ca­ły po ope­ra­cji, co pro­wa­dzi­ło do dru­giej, a czę­sto tak­że trze­ciej pró­by usu­nię­cia. Chi­rur­dzy z po­wro­tem kła­dli pa­cjen­ta na sto­le ope­ra­cyj­nym, wy­ci­na­li, wy­ci­na­li i wy­ci­na­li, jak w za­ba­wie w kot­ka i mysz­kę – po­wo­li, ka­wa­łek po ka­wał­ku, wy­do­by­wa­jąc raka z ludz­kie­go cia­ła146.

A gdy­by tak wy­kar­czo­wać raka w ca­ło­ści w moż­li­wie naj­wcze­śniej­szym sta­dium, za po­mo­cą naj­sku­tecz­niej­szej ope­ra­cji, jaką moż­na so­bie wy­obra­zić? Może raka, któ­ry oka­zy­wał się nie­ule­czal­ny po za­sto­so­wa­niu kon­wen­cjo­nal­ne­go za­bie­gu miej­sco­we­go, da­ło­by się wy­eli­mi­no­wać, prze­pro­wa­dza­jąc ra­dy­kal­ną, agre­syw­ną ope­ra­cję, któ­ra usu­nę­ła­by go wraz z ko­rze­nia­mi, tak cał­ko­wi­cie, tak bez resz­ty, że nie zo­stał­by po nim na­wet ślad? W epo­ce po­dzi­wu dla mocy i kre­atyw­no­ści chi­rur­gów kon­cep­cja, że skal­pel chi­rur­ga wy­tnie raka wraz z ko­rze­nia­mi, brzmia­ła wspa­nia­le i obie­cu­ją­co. Jak się póź­niej oka­za­ło, mia­ła za­dzia­łać na kru­chy i ła­two­pal­ny świat on­ko­lo­gii ni­czym fa­jer­werk wrzu­co­ny do becz­ki pro­chu.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Gen. Ukryta historia Cesarz wszech chorób. Biografia raka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

#SEXEDPL. Rozmowy Anji Rubik o dojrzewaniu, miłości i seksie Jak czytać wodę Przewodnik wędrowca Duchowe życie zwierząt Medyczna Marihuana. Historia hipokryzji Małe wielkie odkrycia