Kolacja

Kolacja

Autorzy: Herman Koch

Wydawnictwo: Media Rodzina

Kategorie: Psychologia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 280

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 23.38 zł

Dwie małżeńskie pary spotykają się w ekskluzywnej restauracji na z pozoru kurtuazyjnej pogawędce przy kolacji. Do omówienia mają jednak bardzo poważny problem dotyczący ich nastoletnich synów. Gdy wystrojone kelnerki wnoszą na stół kolejne dania, a neutralne tematy niepokojąco szybko się wyczerpują, atmosfera wyraźnie się zagęszcza. Trudno przewidzieć, jaki będzie finał starcia charyzmatycznego polityka z byłym nauczycielem historii. Nie wróży to jednak wiele dobrego, gdy wieczór zaczyna się od słów "Musimy porozmawiać o naszych dzieciach".

Herman Koch

KOLACJA

Tłumaczyła

Jadwiga Jędryas

TYTUŁ ORYGINAŁU

HET DINER

Het diner © 2009 by Herman Koch

Originally published by Ambo | Anthos Uitgevers, Amsterdam

Copyright © 2013 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt logotypu Gorzka Czekolada

Dorota Wątkowska

Opracowanie okładki polskiej na podstawie oryginału

Andrzej Komendziński

Koncept oryginalny okładki

Roald Triebels

Zdjęcie na okładce

Vilma Pimenoff/Millennium Images, UK

Fragment dialogu z filmu Wściekłe psy przetłumaczyła

Anetta Radolińska-Czwaczka

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I elektroniczne

ISBN 978-83-7278-909-9

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

www.mediarodzina.pl

mediarodzina@mediarodzina.pl

Książka wydana przy wsparciu Dutch Foundation for Literature

Konwersja: Cromalin

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Motto

APERITIF Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

PRZYSTAWKA Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

DANIE GŁÓWNE Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

DESER Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

DIGESTIF Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

NAPIWEK Rozdział 46

NICE GUY EDDIE

C’mon, throw in a buck.

MR PINK

Uh-uh. I don’t tip.

NICE GUY EDDIE

Whaddaya mean, you don’t tip?

MR PINK

I don’t believe in it.

Quentin Tarantino, Reservoir Dogs

MIŁY EDDIE

Rzuć dolara.

PAN RÓŻOWY

Nie daję napiwków.

MIŁY EDDIE

Nie?

PAN RÓŻOWY

Nie uznaję tego.

Quentin Tarantino, Wściekłe psy

APERITIF

1

MIELIŚMY IŚĆ do restauracji. Nie powiem, do której, bo następnym razem pewnie przyjedzie do niej pełno ludzi tylko po to, żeby zobaczyć, czy i my się w niej znowu nie zjawiliśmy. Serge rezerwował.

Zawsze bierze na siebie rezerwację. To jedna z tych restauracji, do których trzeba dzwonić trzy miesiące naprzód – albo sześć, albo osiem; straciłem już rachubę. Osobiście wolę nie wiedzieć, gdzie będę jadł określonego wieczoru za trzy miesiące, ale wygląda na to, że są ludzie, którzy nie widzą w tym żadnego problemu. Jeśli historycy za kilkaset lat zechcą dowiedzieć się, jakim idiotą był człowiek na początku dwudziestego pierwszego wieku, wystarczy, by zajrzeli do komputerów w tak zwanych topowych restauracjach, bo – o czym mi przypadkiem wiadomo – zachowuje się w nich wszystkie dane. Jeśli pan L. mógł ostatnim razem poczekać trzy miesiące na stolik przy oknie, to tym razem poczeka i pięć miesięcy na stolik przy drzwiach do toalety – to się nazywa u nich „przechowywanie danych osobowych”.

Serge nigdy nie rezerwuje z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, Serge rezerwuje w tym samym dniu; to taki sport, mówi. Istnieją restauracje, które zawsze zachowują wolny stolik dla takich ludzi jak Serge Lohman i ta właśnie do nich należy. Jako jedna z wielu, powinienem dodać. Można by się właściwie zastanowić, czy w całym kraju znalazłaby się jedna restauracja, w której po drugiej stronie słuchawki rozmówcy nie przeszedłby dreszcz na dźwięk nazwiska Lohman. Oczywiście Serge nie dzwoni sam, każe to robić swojej sekretarce lub jednemu z najbliższych współpracowników.

– Nie martw się – uspokoił mnie parę dni temu, gdy rozmawiałem z nim przez telefon. – Znają mnie tam, na pewno załatwię stolik.

Zapytałem tylko, czy się zdzwonimy, gdyby się okazało, że jednak nie ma dla nas miejsca, i dokąd wtedy pójdziemy. W jego głosie po drugiej stronie linii zabrzmiała nutka politowania; niemal widziałem, jak kręci głową. Sport.

Jednej rzeczy tego wieczoru nie miałem ochoty oglądać. Nie chciałem być przy tym, gdy właściciel lub pełniący dyżur kierownik sali będzie witał Serge’a Lohmana jak starego znajomego; gdy kelnerki będą go prowadzić do najładniejszego stolika z widokiem na ogródek i gdy Serge będzie się przy tym zachowywał tak, jakby nie miało to dla niego żadnego znaczenia, bo w głębi serca pozostał zwykłym facetem i czuje się zupełnie swobodnie między innymi zwykłymi ludźmi.

Dlatego powiedziałem mu, że spotkamy się w restauracji, a nie, jak zaproponował, w pubie na rogu. Był to lokal, do którego przychodziło wielu zwykłych ludzi. Tego, jak Serge Lohman będzie tam wchodził jako zwykły facet, szczerząc się w uśmiechu znaczącym ni mniej, ni więcej niż to, że ci zwykli ludzie mają nade wszystko nie przerywać swoich rozmów i zachowywać się tak, jakby jego tam nie było – tego właśnie dzisiejszego wieczoru również nie miałem ochoty oglądać.

2

PONIEWAŻ RESTAURACJA leży zaledwie parę ulic od nas, poszliśmy więc pieszo. Po drodze mijaliśmy pub, w którym nie chciałem umówić się z Serge’em. Obejmowałem żonę w talii, jej dłoń znajdowała się gdzieś pod moją marynarką. Na ścianie pubu świecił ciepły, biało-czerwony neon reklamujący piwo, które podawano w środku.

– Jesteśmy za wcześnie – powiedziałem do mojej żony. – A właściwie, jeśli pójdziemy już teraz, będziemy dokładnie na czas.

Moja żona. Muszę przestać tak o niej mówić. Ma na imię Claire. Wprawdzie rodzice dali jej na imię Marie Claire, ale później Claire nie chciała być imienniczką kolorowego czasopisma. Czasem, przekomarzając się, wołam na nią Marie. Ale rzadko nazywam ją żoną – czasem przy oficjalnych okazjach, w sformułowaniach typu: „Żona nie może podejść teraz do telefonu” lub „Żona jest pewna, że rezerwowała pokój z widokiem na morze”.

W takie wieczory jak ten Claire i ja celebrujemy chwile, w których jesteśmy jeszcze tylko we dwoje. Czujemy się wtedy tak, jakby nic nie było przesądzone, jakby umówione wyjście na kolację zakrawało na nieporozumienie, jakbyśmy po prostu wyszli sobie we dwójkę z domu. Gdybym miał podać definicję szczęścia, powiedziałbym: szczęście zadowala się samo sobą, nie potrzebuje świadków. „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”1 – brzmi pierwsze zdanie Anny Kareniny Tołstoja. Chciałbym jeszcze tylko do tego dorzucić, że nieszczęśliwe rodziny – a wśród tych rodzin w pierwszym rzędzie nieszczęśliwe małżeństwa – nie potrafią same sobie radzić z kłopotami. Im więcej świadków, tym lepiej. Nieszczęście zawsze poszukuje towarzystwa. Nieszczęście nie znosi ciszy – przede wszystkim momentów niezręcznej ciszy, które zapadają, kiedy jest samo.

I tak oto, gdy dostaliśmy nasze piwa, uśmiechaliśmy się do siebie z Claire, wiedząc, że wkrótce spędzimy cały wieczór w towarzystwie państwa Lohmanów, że teraz jest najpiękniejsza chwila tego wieczoru i że od tej pory może być już tylko coraz gorzej.

Nie miałem w ogóle ochoty iść do restauracji. Nigdy nie mam ochoty. Umówienie się na spotkanie w najbliższej przyszłości to przedsionek do piekła, wieczór spotkania zaś jest samym piekłem. Zaczyna się już rano przed lustrem: od dylematu, co masz na siebie włożyć i czy masz się ogolić. Ponieważ wszystko w tym kontekście jest zamanifestowaniem czegoś – poplamione i podziurawione dżinsy w równym stopniu co wyprasowana koszula. Jeśli zostawisz jednodniowy zarost, to znaczy, że jesteś zbyt leniwy, by się ogolić; z dwudniowym zarostem nie unikniesz pytania, czy to element twojego nowego wizerunku; zarost zaś z trzech lub więcej dni dzieli tylko niewielki krok od całkowitego zapuszczenia: „Na pewno wszystko z tobą w porządku? Nie jesteś chyba chory, co?”

Tak czy siak, nie masz wolnej ręki. Golisz się, ale nie masz wolnej ręki. Ogolenie się też jest manifestacją. Inni pomyślą, że najwidoczniej uznałeś ten wieczór za tak ważny, że podjąłeś wysiłek, by się ogolić; goląc się, w rzeczywistości na wstępie już przegrywasz zero do jednego.

No i do tego jest jeszcze Claire, która zawsze w takich sytuacjach przypomina mi, że to nie jest zwykły wieczór. Claire jest mądrzejsza ode mnie. Nie mówię tego z powodu błazeńskich feministycznych względów lub by się podlizać kobietom. Nigdy też nie powiem, że kobiety „ogólnie rzecz biorąc” są mądrzejsze od mężczyzn. Albo wrażliwsze, albo że mają większą intuicję, że dają z siebie więcej rodzinie, ani żadnych innych bzdur, które, jeśli im się bliżej przyjrzeć, częściej głoszone są przez tak zwanych wrażliwych mężczyzn niż przez same kobiety.

Claire jest po prostu mądrzejsza ode mnie. Uczciwie przyznaję, że uznanie tego zajęło mi sporo czasu. W pierwszych latach naszego związku oczywiście uważałem ją za inteligentną, ale w normalnym stopniu; właściwie dokładnie na tyle inteligentną, na ile można było oczekiwać od mojej żony. Z głupią kobietą nie wytrzymałbym przecież dłużej niż miesiąc, prawda? W każdym razie Claire była na tyle inteligentna, że po miesiącu wciąż jeszcze z nią byłem. A teraz, po prawie dwudziestu latach, nadal jestem.

No dobrze, Claire jest ode mnie mądrzejsza, ale w takie wieczory jak ten zawsze jednak pyta mnie o zdanie na temat tego, w co ma się ubrać, jakie ma założyć kolczyki, czy ma upiąć włosy, czy nie. Kolczyki dla kobiet to trochę jak golenie się dla mężczyzn: im większe kolczyki, tym ważniejszy, bardziej odświętny wieczór. Claire ma kolczyki na każdą okoliczność. Można by powiedzieć, że to niemądre tak się wahać co do ubioru. Ale mam na ten temat inne zdanie. Niemądra kobieta to właśnie ta, która myśli, że sama sobie z tym poradzi. Bo czy faceci znają się na takich sprawach?, pomyśli głupia kobieta, a następnie dokona złego wyboru.

Próbuję sobie czasem wyobrazić, jak Babette pyta Serge’a Lohmana, czy ubrała się w dobrą sukienkę? Albo czy nie ma za długich włosów? Co Serge myśli o jej butach? Czy nie za płaskie ma obcasy? Albo może właśnie za wysokie?

I natychmiast w tej wizji coś zaczyna się psuć, coś, co najwyraźniej jest niewyobrażalne. „Nie, tak jest przecież dobrze” – słyszę Serge’a. Ale przejmuje się tym tylko w połowie, tak naprawdę to go nie interesuje. A poza tym nawet jeśli jego żona włoży nieodpowiednią sukienkę, i tak inni faceci będą się za nią oglądać. Przecież we wszystkim świetnie wygląda. Czemu więc w ogóle marudzi?

Nie był to jakiś bardzo uczęszczany pub, nie przychodziły tu modne typki; niezbyt cool, jak powiedziałby Michel. Zdecydowanie przeważali w nim zwykli ludzie. Ani specjalnie starzy, ani młodzi, właściwie wszystkich możliwych kategorii, ale w pierwszym rzędzie po prostu zwyczajni. Tak powinny wyglądać wszystkie puby.

Panował w nim duży ruch. Staliśmy blisko siebie, przy drzwiach do męskiej toalety. W jednej ręce Claire trzymała swoje piwo, palcami drugiej delikatnie skubała mój nadgarstek.

– Sama nie wiem – powiedziała – ale ostatnio wydaje mi się, że Michel dziwnie się zachowuje. A może nie dziwnie, ale inaczej niż zwykle. Z dystansem. Zauważyłeś?

Michel jest naszym synem. Za tydzień skończy szesnaście lat. Nie, innych dzieci nie mamy. Nie był to z góry założony plan, by wydać na świat jedynaka, ale w pewnym momencie na kolejne dziecko było już za późno.

– Naprawdę? – odpowiedziałem. – Możliwe.

Musiałem uważać, żeby na nią nie patrzeć – znamy się aż za dobrze, oczy by mnie zdradziły. Dlatego udawałem, że rozglądam się po kawiarni albo wyjątkowo pasjonuje mnie widok tych niezwykle rozgadanych zwykłych ludzi. Cieszyłem się, że się uparłem i umówiłem z Lohmanami w restauracji. W myślach widziałem Serge’a wchodzącego przez drzwi wahadłowe, jak z uśmiechem na ustach zaklina zwykłych ludzi, by nade wszystko nie przerywali tego, czym się zajmują, i by nie zwracali na niego uwagi.

– Coś ci powiedział? – zapytała Claire. – No wiesz, z tobą Michel rozmawia o innych sprawach niż ze mną. Może tu chodzi o jakąś dziewczynę? O coś, co łatwiej opowiedziałby tobie?

Musieliśmy cofnąć się o krok, bo otworzyły się drzwi męskiej toalety, i znaleźliśmy się jeszcze bliżej siebie. Poczułem, że szklanka Claire stuka o moją.

– Chodzi o dziewczyny? – zapytała raz jeszcze.

Gdyby tylko to była prawda, pomyślałem odruchowo. Gdyby chodziło o dziewczyny... Jakie to by było cudowne... cudownie normalne. Zwykłe problemy nastolatków. „Czy Chantal/Merles/Roos może dzisiaj u nas zostać na noc?”, „A jej rodzice o tym wiedzą? Jeśli rodzice Chantal/Merles/Roos nie widzą w tym nic złego, my również nie mamy z tym żadnego problemu. Bylebyś tylko nie zapomniał... bylebyś uważał przy... no, sam zresztą wiesz, myślę, że nie muszę ci tego mówić. Prawda, Michel?”

Wystarczająco często przychodziły do nas dziewczyny, jedna ładniejsza od drugiej – siedziały na kanapie albo przy stole kuchennym i grzecznie się ze mną witały, gdy wracałem do domu.

– Dzień dobry panu.

– Nie musisz się do mnie zwracać per pan.

Więc mówiły raz „ty”, raz „Paul”, ale po paru dniach zazwyczaj wracały do formy „pan”.

Zdarzało mi się odebrać telefon, gdy któraś z nich dzwoniła, i kiedy pytałem, czy mam przekazać Michelowi wiadomość, zamykałem powieki i usiłowałem dopasować dziewczęcy głos po drugiej stronie linii (rzadko się przedstawiały, przeważnie wypalały prosto z mostu: „Jest Michel?”) do określonej twarzy. „Nie, nie trzeba, proszę pana. Ma wyłączoną komórkę, i dlatego próbowałam tutaj”.

Jeden jedyny raz wydawało mi się, że na czymś ich nakryłem, wchodząc do pokoju – to znaczy Michela z Chantal/Merel/Roos. Jakby mniej niewinnie oglądali The Fabulous Life na MTV, niż na to wyglądało. Chyba właśnie się do siebie dobierali, a kiedy usłyszeli, że wchodzę, szybko obciągnęli na sobie ubrania i wygładzili włosy. Coś w wypiekach na twarzy Michela – coś gorączkowego – dało mi do myślenia.

Ale szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, jak było. Może w ogóle do niczego nie doszło, a wszystkie te piękne dziewczyny postrzegały mojego syna jako dobrego przyjaciela: miłego, w miarę przystojnego chłopca, z którym mogły pójść na imprezę – chłopca, do którego miały zaufanie, właśnie dlatego, że nie był z tych, co to od razu do każdej się dobierają.

– Nie, nie wydaje mi się, żeby chodziło o jakąś dziewczynę – powiedziałem, patrząc Claire prosto w oczy. To właśnie przygniatająca strona szczęścia – że wszystko jest czytelne, kawa na ławę: gdybym dłużej unikał spojrzenia na nią, na pewno by zrozumiała, że jednak coś było – z dziewczynami albo z czymś jeszcze gorszym.

– Moim zdaniem to raczej jakieś szkolne sprawy – dodałem. – Dopiero co miał w szkole tydzień testów – według mnie jest po prostu zmęczony. Chyba się nie spodziewał, jak trudno może być w liceum.

Czy zabrzmiałem wiarygodnie? A przede wszystkim – czy wyglądałem przy tym wiarygodnie? Claire przenosiła spojrzenie to na moje lewe, to na prawe oko; następnie podniosła rękę do kołnierza mojej koszuli, jakby było z nią coś nie w porządku, co jeszcze można było poprawić, by za jakiś czas – wkraczając do restauracji – nie wyjść na głupka.

Uśmiechnęła się i położyła szeroko rozłożoną dłoń na mojej piersi; poczułem dwa opuszki palców na skórze, w miejscu, gdzie miałem rozpięty guzik od koszuli.

– Może to o to chodzi – powiedziała. – Po prostu wydaje mi się, że oboje musimy uważać, bo w pewnym momencie przestanie nam mówić cokolwiek. Żebyśmy się do tego nie przyzwyczaili, to mam na myśli.

– Nie, no pewnie. Ale w tym wieku ma już prawo do swoich tajemnic. Zresztą nie powinniśmy go o wszystko wypytywać, bo inaczej może się całkiem zamknąć w sobie.

Spojrzałem Claire prosto w oczy. Moja żona, pomyślałem w tej chwili. Dlaczego nie miałbym jej w tym momencie nazywać swoją żoną? Moja żona. Objąłem ją w pasie i przycisnąłem do siebie. Choćby tylko w ciągu tego wieczoru. Żona i ja, powiedziałem w myślach. Żona i ja chcielibyśmy zobaczyć kartę win.

– Czemu się śmiejesz? – zapytała Claire. Zapytała moja żona. Spojrzałem na nasze szklanki od piwa. Moja była pusta, jej – w trzech czwartych pełna. Jak zwykle. Moja żona piła wolniej ode mnie, i również dlatego ją kochałem, dziś wieczorem pewnie nawet bardziej niż w inne wieczory.

– Bez powodu – odezwałem się. – Pomyślałem... myślałem o nas.

To stało się szybko: w jednej chwili Claire spojrzała na mnie, ja na nią – wzrokiem wyrażającym miłość, a jeśli nie, to z figlarnym błyskiem – a w następnej chwili poczułem, jak oczy mi zachodzą wilgotną mgłą.

Ponieważ pod żadnym pozorem nie mogła zauważyć, co się ze mną dzieje, ukryłem twarz w jej włosach. Wzmocniłem uścisk ramienia wokół jej talii i wciągnąłem powietrze nosem: szampon. I jeszcze coś innego, ciepłego; zapach szczęścia, pomyślałem.

Jak wyglądałby ten wieczór, gdybym godzinę temu po prostu zszedł na dół i poczekał tam do momentu wyjścia do restauracji, zamiast pójść na górę do pokoju Michela?

Jak wyglądałaby wtedy reszta naszego życia?

Czy zapach szczęścia, który właśnie wyczuwałem we włosach mojej żony, pachniałby wciąż jak szczęście, a nie, jak teraz – wspomnieniem z dalekiej przeszłości – jak zapach czegoś, co w jednej sekundzie można stracić?

1 Tłum. Kazimiera Iłłakowiczówna.

3

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

4

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

5

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

6

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

7

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYSTAWKA

8

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

9

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

10

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

11

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

12

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

13

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

14

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

15

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

DANIE

GŁÓWNE

16

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

17

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

18

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

19

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

20

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

21

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

22

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

23

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

24

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

25

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

26

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

27

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

28

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

29

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

30

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

31

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

32

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

33

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

34

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

35

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

DESER

36

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

37

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

38

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

39

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

DIGESTIF

40

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

41

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

42

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

43

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

44

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

45

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

NAPIWEK

46

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dom letni z basenem Kolacja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Wybieraj wystarczająco dobrze Seks się liczy. Od seksu do nadświadomości To tylko dzieci