Ocean na końcu drogi

Ocean na końcu drogi

Autorzy: Neil Gaiman

Wydawnictwo: Mag

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 216

Cena książki papierowej: 35.00 zł

cena od: 11.25 zł

"Ocean na końcu drogi" to książka o pamięci, magii i przetrwaniu, o potędze opowieści i mroku skrytym w każdym z nas, dzieło niezrównanej wyobraźni Neila Gaimana. "Ocean na końcu drogi" to baśń, nadająca nowe ramy współczesnej fantasy: poruszająca, przerażająca i poetycka - czysta jak sen, delikatna jak skrzydełko motyla, niebezpieczna jak klinga w ciemności - owoc geniuszu narracyjnego Gaimana.

Dla naszego narratora wszystko zaczęło się czterdzieści lat temu, kiedy lokator, wynajmujący pokój u jego rodziców, ukradł im samochód i popełnił w nim samobójstwo, budząc tym czynem pradawne moce, które lepiej byłoby zostawić w spokoju. Pojawiają się mroczne stwory spoza naszego świata i nasz narrator potrzebuje wszystkich sił i sprytu, by nie stracić życia w obliczu pierwotnej grozy, zarówno tej przyczajonej w rodzinnym domu, jak i sił, które gromadzą się, by ją zniszczyć.

Pomocy może szukać wyłącznie u trzech kobiet z farmy na końcu drogi. Najmłodsza z nich twierdzi, że jej staw to ocean. Najstarsza pamięta Wielki Wybuch.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Epilog

Podziękowania

Tytuł oryginału:

The Ocean at the End of the Lane

Copyright © 2013 by Neil Gaiman

Copyright for the Polish translation © 2013 by Wydawnictwo MAG

Redakcja:

Joanna Figlewska

Korekta:

Urszula Okrzeja

Ilustracja na okładce:

Irek Konior

Opracowanie graficzne okładki:

Piotr Chyliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie:

Tomek Laisar Fruń

Skład wersji elektronicznej:

pan@drewnianyrower.com

Wydanie II

ISBN 978-83-7480-352-6

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 228 134 743

e-mail: kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 227 213 000

www.olesiejuk.pl

Dla Amandy,

która chciała wiedzieć.

„Bardzo dokładnie pamiętam swoje dzieciństwo... Wiedziałem wówczas straszne rzeczy. Ale wiedziałem też, że nie mogę pozwolić, by dorośli się zorientowali, że wiem. To by ich przeraziło”.

Maurice Sendak,

w rozmowie z Artem Spiegelmanem,

„The New Yorker”, 27 września, 1993

To był tylko kaczy staw na samym końcu farmy. W dodatku niespecjalne duży.

Lettie Hempstock nazywała go oceanem, ale wiedziałem, że to niemądre. Powiedziała, że przybyły tu zza oceanu ze starego kraju.

Jej matka mówiła, że Lettie nie pamięta dokładnie, to było bardzo dawno temu, a poza tym, stary kraj zatonął.

Starsza Pani Hempstock, babcia Lettie, twierdziła, że obie się mylą i że miejsce, które zatonęło, nie było tak naprawdę starym krajem. Mówiła też, że pamięta naprawdę stary kraj.

I że naprawdę stary kraj wybuchł.

Prolog

Miałem na sobie niebieski garnitur i białą koszulę, czarny krawat i czarne buty, wyczyszczone i lśniące: strój, w którym zwykle czułem się niezbyt wygodnie, jakbym przywdział skradziony mundur albo udawał dorosłego. Tego dnia jednak ubranie dodawało mi otuchy. Był to odpowiedni strój na ciężki dzień.

Rano zrobiłem, co do mnie należało, wymówiłem słowa, które miałem wypowiedzieć, i przemawiałem szczerze, a potem, po skończonej uroczystości, wsiadłem do samochodu i odjechałem na oślep, bez planu. Miałem do zabicia mniej więcej godzinę przed spotkaniem z ludźmi, których nie widziałem od lat, ściskaniem kolejnych rąk i wypijaniem niezliczonych filiżanek herbaty z odświętnego porcelanowego serwisu. Jeździłem zatem krętymi wiejskimi drogami Sussex, które pamiętałem jak przez mgłę, aż w końcu odkryłem, że zmierzam w stronę centrum miasteczka, toteż skręciłem w pierwszą przypadkową ulicę, najpierw w lewo, potem w prawo. Dopiero wtedy pojąłem dokąd zmierzam, dokąd od początku się kierowałem, i skrzywiłem się na myśl o własnej głupocie.

Jechałem w stronę domu, który nie istniał od dziesięcioleci.

Wtedy przyszło mi do głowy, żeby zawrócić – mijałem właśnie szeroką ulicę, niegdyś będącą wąską żwirową drogą obok pola jęczmienia – zawrócić i pozostawić przeszłość w spokoju. Byłem jednak ciekaw.

Stary dom, ten, w którym przeżyłem siedem lat, odkąd skończyłem pięć aż do dwunastu, został zburzony i zniknął na zawsze. Nowy dom (zbudowany przez rodziców na końcu ogrodu, między krzewami azalii i zielonym kręgiem w trawie, który nazywaliśmy kręgiem wróżek) sprzedano trzydzieści lat temu.

Gdy go ujrzałem, zwolniłem. W myślach zawsze nazywałem go nowym domem. Skręciłem w podjazd, odkrywając, jak nowi właściciele powiększyli budynek z połowy lat siedemdziesiątych. Zapomniałem, że wzniesiono go z czekoladowobrązowej cegły. Nowi ludzie przerobili maleńki balkonik mojej matki w dwupiętrową oranżerię. Przez chwilę wpatrywałem się w dom, ale o dziwo, wbrew oczekiwaniom, wspomnienia z nastoletnich czasów nie powróciły: ani te dobre, ani złe. Jakiś czas mieszkałem tu jako nastolatek. Fakt ów jednak w żaden sposób nie wpłynął na to, kim się stałem.

Wycofałem wóz z ich podjazdu.

Wiedziałem, że już czas skierować się do gwarnego, pogodnego domu siostry, wysprzątanego i przystrojonego na ten dzień. Będę tam rozmawiał z ludźmi, o których istnieniu zapomniałem wiele lat wcześniej, a oni będą mnie pytać o moje małżeństwo (zakończone dziesięć lat temu, związek, który zużywał się powoli, aż w końcu, jak to zwykle bywa, rozpadł się) i czy spotykam się z kimś nowym (nie; nie byłem nawet pewien, czy jestem gotowy), a także o dzieci (już dorosłe, miały własne życia, żałują, że nie mogły przyjechać tu dzisiaj), pracę (całkiem nieźle, dziękuję, odpowiem, nigdy nie wiedząc, jak właściwie opowiadać o tym, czym się zajmuję. Gdybym mógł o tym mówić, nie robiłbym tego. Tworzę sztukę, czasami prawdziwą sztukę i czasami zapełnia ona pustkę w moim życiu. Część pustki. Nie całą). Będziemy rozmawiać o tych, którzy odeszli, i wspominać zmarłych.

Wąska wiejska droga z mojego dzieciństwa stała się czarną asfaltową szosą, rozdzielającą dwa rozległe osiedla. Pojechałem nieco dalej, oddalając się od miasteczka, w kierunku przeciwnym do tego, w którym powinienem podążać, i sprawiło mi to przyjemność.

Gładka czarna szosa stawała się węższa, bardziej kręta, zamieniła się w jednopasmową drogę zapamiętaną z dzieciństwa, asfalt ustąpił miejsca ubitej ziemi i grubym, przypominającym kości kamieniom.

Wkrótce jechałem już powoli, podskakując, wąską drogą, po obu stronach porośniętą krzewami jeżyn i dzikiej róży, a także kępami leszczyny i dzikim głogiem. Miałem wrażenie, że cofam się w czasie. Wszystko inne się zmieniło, lecz droga wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałem.

Minąłem farmę Carawayów. Kiedy miałem szesnaście lat, całowałem się z rumianą jasnowłosą Callie Anders (która tam mieszkała i której cała rodzina wkrótce przeniosła się na Szetlandy; więcej już jej nie widziałem). Dalej, po obu stronach przez niemal milę ciągnęły się pola: rozległe połacie łąk. Powoli droga zamieniała się w trakt. Zbliżał się jej koniec.

Nim jeszcze skręciłem i ujrzałem ten budynek, przypomniałem go sobie w całej jego wynędzniałej ceglanej okazałości: farmę Hempstocków.

Jej widok mnie zaskoczył, choć przecież tam właśnie zawsze prowadziła droga. Nie mógłbym dojechać dalej. Zaparkowałem samochód w kącie podwórza. Nie kierowałem się żadnym planem. Zastanawiałem się, czy po tych wszystkich latach wciąż jeszcze ktoś tu mieszka, a dokładniej, czy nadal mieszkają tu Hempstockowie. Nie wydawało się to zbyt prawdopodobne, ale też z tego, co pamiętałem z dzieciństwa, trudno ich nazwać prawdopodobnymi ludźmi.

Gdy tylko wysiadłem, uderzył mnie smród krowiego łajna. Ruszyłem ostrożnie przez śmierdzące podwórze w stronę drzwi frontowych. Na próżno szukałem przycisku dzwonka, w końcu zapukałem. Gdy uderzyłem w nie kostkami, drzwi, niedokładnie zamknięte, uchyliły się powoli.

Byłem tu kiedyś, bardzo dawno temu, prawda? Na pewno. Czasem wspomnienia z dzieciństwa kryją się przesłonięte tym, co nastąpiło później, niczym zabawki dziecięce, zapomniane na dnie wypchanej szafy dorosłego, ale nigdy nie giną bez śladu. Stanąłem w sieni.

– Halo?! – zawołałem. – Czy ktoś tu jest?!

Niczego nie usłyszałem. Poczułem za to zapach pieczonego chleba, wosku do mebli i starego drewna. Moje oczy powoli przywykały do mroku: zajrzałem do środka, gotów odwrócić się na pięcie i wyjść, gdy z ciemnego korytarza wyłoniła się starsza kobieta, trzymająca białą ścierkę do kurzu. Długie siwe włosy miała rozpuszczone.

– Pani Hempstock? – spytałem.

Przekrzywiła głowę i spojrzała na mnie.

– Tak. Faktycznie cię znam, młodzieńcze – rzekła.

– Nie jestem młodzieńcem. Już nie.

– Znam cię, ale kiedy dożywasz mojego wieku, trochę ci się miesza. Kim właściwie jesteś?

– Kiedy tu byłem ostatnio, miałem najwyżej siedem, może osiem lat.

I wtedy się uśmiechnęła.

– Byłeś przyjacielem Lettie? Z drugiego końca drogi?

– Częstowała mnie pani mlekiem. Ciepłym, prosto od krowy. – I wtedy pojąłem, jak wiele lat minęło. – Nie, to nie pani, to musiała być pani matka. Przepraszam.

– Gdy się starzejemy, zamieniamy się we własnych rodziców; wystarczy pożyć dość długo, by ujrzeć twarze powtarzające się w czasie.

Zapamiętałem panią Hempstock, matkę Lettie, jako tęgawą kobietę. Ta była chuda jak patyk, zdawała się krucha. Wyglądała jak jej matka, zwana Starszą Panią Hempstock.

Czasami, kiedy patrzę w lustro, widzę twarz ojca, nie własną, i przypominam sobie, jak uśmiechał się do siebie w zwierciadle przed wyjściem.

– Całkiem nieźle – mówił z aprobatą do swego odbicia. – Całkiem nieźle.

– Przyszedłeś zobaczyć się z Lettie? – spytała pani Hempstock.

– A jest tutaj? – Ta myśl mnie zaskoczyła. Bo przecież wyjechała, prawda? Tylko gdzie? Do Ameryki?

Stara kobieta pokręciła głową.

– Właśnie miałam nastawić czajnik. Wypijesz kropelkę herbaty?

Zawahałem się. Potem odparłem, że jeśli nie ma nic przeciw temu, chciałbym odwiedzić kaczy staw.

– Kaczy staw?

Wiedziałem, że Lettie jakoś śmiesznie go nazywała. Przynajmniej tyle pamiętałem.

– Nazywała go morzem. Czy jakoś podobnie.

Stara kobieta odłożyła ścierkę na toaletkę.

– Ale morska woda nie nadaje się do picia. Za słona. To jakbyś pił krew. Pamiętasz drogę? Wystarczy skręcić w bok od domu. Idź ścieżką.

Gdybyście spytali mnie godzinę wcześniej, odparłbym, że nie, nie pamiętam drogi. Wówczas nie pamiętałbym nawet imienia i nazwiska Lettie Hempstock. Lecz gdy tak stałem w sieni, wszystko powracało. Wspomnienia czekały na skraju świadomości, przyzywając mnie do siebie. Gdybyście wówczas powiedzieli mi, że znów mam siedem lat, może przez chwilę nawet bym wam wierzył.

– Dziękuję.

Wyszedłem na podwórze. Minąłem kurnik, starą stodołę i skraj pola. Pamiętałem gdzie jestem i napawałem się tą wiedzą. W skraj łąki wrastała leszczyna. Zerwałem garść zielonych orzechów i schowałem do kieszeni.

Zaraz będzie staw, pomyślałem. Muszę tylko okrążyć tę szopę i go zobaczę.

Zobaczyłem i poczułem dziwną dumę z siebie, jakby ten jeden wysiłek pamięci pozwolił mi zdmuchnąć część wcześniejszych pajęczyn.

Staw był mniejszy, niż go zapamiętałem. Na drugim brzegu stała mała drewniana szopa, a przy ścieżce staroświecka ciężka ławka z drewna i metalu. Obłażące deszczułki kilka lat wcześniej pomalowano zieloną farbą. Usiadłem na niej i spojrzałem na odbicie nieba w wodzie, zieloną pianę rzęsy przy brzegach i pół tuzina liści nenufarów. Od czasu do czasu ciskałem orzechem do stawu – stawu, który Lettie Hempstock nazywała...

Nie morzem, prawda?

Byłaby starsza niż ja teraz. W tamtych czasach była zaledwie parę lat starsza ode mnie, choć wysławiała się dość zabawnie. Miała jedenaście lat. A ja... Ile właściwie? Działo się to po nieudanym przyjęciu urodzinowym. Tyle wiedziałem. Zatem musiałem mieć siedem lat.

Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek wpadliśmy do wody. Czy wepchnąłem ją do stawu, ową dziwną dziewczynę mieszkającą na farmie na samym końcu drogi? Pamiętałem ją w wodzie. Może to ona mnie wepchnęła.

Dokąd wyjechała? Do Ameryki? Nie, do Australii. Właśnie. Gdzieś bardzo, bardzo daleko.

A staw to nie było morze. To był ocean.

Ocean Lettie Hempstock.

I kiedy to mi się przypomniało, przypomniałem sobie też wszystko inne.

I

Nikt nie przyszedł na moje siódme urodziny.

Na stole czekały desery i galaretki, obok każdego nakrycia leżał kolorowy kapelusz, a na środku stał tort urodzinowy z siedmioma świeczkami. Na torcie narysowano lukrem książkę. Moja matka, która zorganizowała przyjęcie, mówiła, że pani z piekarni stwierdziła, że nigdy wcześniej nie ozdabiali książką tortu urodzinowego i że chłopcy najczęściej wybierali piłkę nożną albo rakietę. Ja byłem ich pierwszą książką.

Gdy stało się oczywiste, że nikt się nie zjawi, matka zapaliła siedem świeczek na torcie, a ja je zdmuchnąłem. Zjadłem kawałek, podobnie moja młodsza siostra i jedna z jej koleżanek (obie uczestniczące w przyjęciu w roli obserwatorów, nie gości), a potem uciekły rozchichotane do ogrodu.

Matka przygotowała też gry i zabawy, lecz ponieważ nikt się nie pojawił, nawet moja siostra, w nic nie zagraliśmy i sam rozwinąłem gazetę, w którą zapakowała prezent-zagadkę, odsłaniając niebieską plastikową figurkę Batmana. Było mi smutno, że nikt nie przyszedł na przyjęcie, ale ucieszyłem się, że dostałem Batmana, a na górze czekał na mnie także mój urodzinowy prezent, ozdobna edycja całej Narnii. Położyłem się na łóżku i pogrążyłem w lekturze.

Lubiłem to. Książki były znacznie bezpieczniejszym towarzystwem od ludzi.

Rodzice podarowali mi także płytę z największymi przebojami Gilberta i Sullivana, dodatek do dwóch, które wcześniej posiadałem. Odkąd skończyłem trzy lata, uwielbiałem Gilberta i Sullivana – wówczas to młodsza siostra ojca, moja ciotka, zabrała mnie na Iolanthe, sztukę pełną rycerzy i wróżek. Prawdę mówiąc, znacznie łatwiej przyszło mi zrozumieć istnienie i naturę wróżek niż rycerzy. Ciotka wkrótce potem zmarła w szpitalu na zapalenie płuc.

Tego wieczoru ojciec wrócił z pracy do domu i przyniósł ze sobą kartonowe pudełko. W środku tkwił czarny kociak o miękkim futerku i nieokreślonej płci. Natychmiast nazwałem go Puszkiem i pokochałem namiętnie, całym sercem.

Puszek w nocy spał na moim łóżku. Rozmawiałem z nim czasem, gdy w pobliżu nie kręciła się młodsza siostra, i niemal oczekiwałem, że odpowie w ludzkim języku. Nigdy nie odpowiedział. Nie przeszkadzało mi to jednak. Kociak był czuły, zainteresowany moją osobą i stanowił świetnego kompana dla kogoś, czyje siódme przyjęcie urodzinowe składało się ze stołu z lukrowanymi ciasteczkami, budyniem, tortem i piętnastu pustych składanych krzeseł.

Nie pamiętam, czy kiedykolwiek spytałem inne dzieciaki z mojej klasy, czemu nie zjawiły się na przyjęciu. Tak naprawdę nie musiałem ich pytać. W końcu nie były moimi przyjaciółmi, tylko ludźmi, z którymi chodziłem do szkoły.

Kiedy się z kimś zaprzyjaźniałem, to powoli.

Miałem książki, a teraz jeszcze kociaka. Wiedziałem, że będziemy jak Dick Whittington i jego kot, a nawet – jeśli Puszek okaże się wyjątkowo inteligentny – jak syn młynarza i Kot w Butach. Kociak sypiał na mojej poduszce, czekał też na mnie, kiedy wracałem ze szkoły, siedząc na podjeździe przed domem, obok ogrodzenia, dopóki miesiąc później nie rozjechała go taksówka, która przywiozła do naszego domu górnika opali.

Nie było mnie tam, kiedy to się stało.

Tego dnia wróciłem do domu ze szkoły, i kociak na mnie nie czekał. W kuchni siedział wysoki rosły mężczyzna o opalonej skórze, ubrany w kraciastą koszulę. Pił kawę przy kuchennym stole, czułem jej zapach. W owych czasach kawa oznaczała zawsze tę rozpuszczalną, gorzki ciemnobrązowy proszek ze słoika.

– Obawiam się, że kiedy tu przyjechałem, doszło do drobnego wypadku – oznajmił wesoło. – Ale nie martw się. – Akcent miał ostry, obcy: był pierwszym Południowym Afrykaninem, z jakim się zetknąłem.

On także położył na stole przed sobą kartonowe pudełko.

– Ten czarny kociak należał do ciebie? – spytał.

– Na imię ma Puszek – odparłem.

– Tak. Jak mówiłem, drobny wypadek. Ale nie martw się. Pozbyłem się trupka. Nie musisz się kłopotać. Załatwiłem sprawę. Otwórz pudełko.

– Co?

Pokazał ręką.

– Otwórz je – polecił.

Górnik opali był wysokim mężczyzną. Za każdym razem, prócz ostatniego, nosił dżinsy i kraciastą koszulę. Wokół jego szyi połyskiwał gruby łańcuch z jasnego złota. Kiedy ostatni raz go widziałem, on także zniknął.

Nie chciałem otwierać pudełka. Chciałem odejść sam i opłakać kociaka, ale nie mogłem tego zrobić, kiedy ktoś się na mnie gapił. Chciałem odprawić żałobę. Chciałem pogrzebać przyjaciela na końcu ogrodu obok zielonego trawiastego kręgu wróżek, w norze wśród krzaków rododendronów za stertą siana, gdzie nikt prócz mnie nie chodził.

Pudełko się poruszyło.

– Kupiłem go dla ciebie – oznajmił mężczyzna. – Zawsze spłacam długi.

Wyciągnąłem rękę i uniosłem płaską przykrywkę pudełka, zastanawiając się, czy to żart i czy w środku nie siedzi mój kociak. Zamiast tego wyjrzała z niego ruda wojownicza mordka.

Górnik opali wyciągnął kota z pudełka.

To był wielki rudy pasiasty kocur, któremu brakowało połowy ucha. Spojrzał na mnie gniewnie. Kotu wyraźnie nie podobało się w pudełku. Nie przywykł do pudełek. Sięgnąłem, by go pogłaskać, czując się, jakbym zdradzał pamięć mojego kociaka, on jednak cofnął się, nie dając się dotknąć, syknął na mnie i odmaszerował w najdalszy kąt, gdzie usiadł, posyłając mi nienawistne spojrzenia.

– No proszę. Kot za kota. – Górnik opali zmierzwił mi włosy skórzastą dłonią, potem wyszedł na korytarz, zostawiając mnie w kuchni z kotem niebędącym moim kociakiem. Po chwili wsunął głowę przez drzwi. – Ma na imię Potwór – dodał.

Wszystko to przypominało kiepski dowcip.

Otworzyłem drzwi kuchenne, żeby kot mógł wyjść. Potem poszedłem do sypialni i padłem na łóżko, opłakując martwego Puszka. Kiedy wieczorem rodzice wrócili do domu, ani słowem nie wspomnieli o kociaku.

Potwór mieszkał z nami jakiś tydzień, może dłużej. Rano wystawiałem mu miseczkę z kocią karmą, tak samo wieczorem, jak dla mojego kociaka. Siedział przy tylnych drzwiach, czekając, aż go wypuszczę, albo zrobi to ktoś inny. Widywaliśmy go w ogrodzie, przemykającego od krzaka do krzaka, między drzewami lub w poszyciu. Mogliśmy śledzić jego ruchy dzięki martwym sikorkom i drozdom, znajdowanym w ogrodzie, ale on sam pojawiał się rzadko.

Tęskniłem za Puszkiem. Wiedziałem, że nie można ot tak zastąpić żywej istoty, ale nie odważyłem się poskarżyć rodzicom. Mój żal by ich zdumiał: ostatecznie, choć kociak zginął, dostałem nowego. Strata została wyrównana.

Wszystko to powróciło i w tym momencie pojąłem, że nie potrwa długo: przypomniałem to sobie, siedząc na zielonej ławce obok niewielkiego stawu, który, jak wmówiła mi kiedyś Lette Hempstock, miał być oceanem.

II

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

III

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

IV

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

V

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

VI

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

VII

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

VIII

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

IX

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

X

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

XI

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

XII

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

XIII

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

XIV

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

XV

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Epilog

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Ta książka to książka, którą właśnie przeczytaliście. I jest skończona. Teraz znaleźliśmy się w podziękowaniach. Nie stanowią one tak naprawdę części książki. Nie musicie ich czytać. To głównie nazwiska.

Jestem winien wdzięczność tak wielu ludziom, tym, którzy byli w moim życiu, gdy ich potrzebowałem, którzy przynosili mi herbatę, napisali książki, na których się wychowałem. Wyróżnienie kogokolwiek z nich byłoby niemądre, ale...

Kiedy skończyłem pisać tę książkę, wysłałem ją do wielu przyjaciół z prośbą, by użyczyli mi swych mądrych oczu, a oni odparli, co im się podobało, a co wciąż wymaga pracy. Jestem wdzięczny im wszystkim, ale niektórym należą się szczególne podziękowania. Oto oni: Maria Dahvana Headley, Olga Nunes, Alina Simone (królowa tytułów), Gary K. Wolfe, Kat Howard, Kelly McCullough, Eric Sussman, Hayley Campbell, Valya Dudycz Lupescu, Melissa Marr, Elyse Marshall, Anthony Martignetti, Peter Straub, Kat Dennings, Gene Wolfe, Gwenda Bond, Anne Bobby, Lee „Budgie” Coney, Grace Monk i Cornelia Funke.

Powieść ta, choć wtedy nie wiedziałem jeszcze, że to będzie powieść, zrodziła się, kiedy Jonathan Strahan poprosił mnie, bym napisał dla niego opowiadanie. Zacząłem pisać historię o górniku opali i rodzinie Hempstocków (która od bardzo dawna mieszkała na farmie w mojej głowie), a Jonathan wybaczył mi, gdy w końcu przyznałem, tak sobie, jak i jemu, że to nie będzie opowiadanie, i pozwoliłem, by opowieść się rozrosła.

Rodzina z tej książki to nie nie moja rodzina, która jednak pozwoliła mi łaskawie splądrować krajobraz mego dzieciństwa i patrzyła, jak swobodnie przekształcam owe miejsca, dopasowując je do opowieści. Jestem wdzięczny im wszystkim, a zwłaszcza najmłodszej siostrze Lizzy, która mnie zachęcała i przysyłała dawno zapomniane, pobudzające pamięć zdjęcia. (Jakże żałuję, że nie przypomniałem sobie starej szklarni dostatecznie wcześnie, by umieścić ją w książce).

W Sarasocie na Florydzie Stephen King przypomniał mi o radości zwykłego codziennego pisania. Czasami słowa ratują nam życie.

Tori zapewniła mi bezpieczny dom, w którym mogłem pracować, i nie potrafię wyrazić, jak bardzo jej za to dziękuję.

Art Spiegelman udzielił mi zgody na wykorzystanie cytatu z jego rozmowy z Maurice’em Sendakiem, opublikowanej w „New Yorkerze”.

Gdy zacząłem pracę nad drugą wersją książki, przepisując pierwotny rękopis, nocami w łóżku czytałem codzienny urobek mojej żonie, Amandzie, i odczytując na głos własne słowa, dowiedziałem się o nich więcej niż kiedykolwiek wcześniej. To ona była pierwszą czytelniczką tej powieści, i jej zdumienie, czasem frustracja, pytania i zachwyt poprowadziły mnie przez kolejne wersje. Napisałem tę książkę dla Amandy, gdy była daleko, a ja ogromnie za nią tęskniłem. Bez niej moje życie byłoby nudniejsze i bardziej szare.

Moje córki, Holly i Maddy, a także syn Michael, byli najmądrzejszymi i najłagodniejszymi krytykami.

Mam cudowne redaktorki po obu stronach Atlantyku: Jennifer Brehl i Jane Morpeth, oraz Rosemary Brosnan. Wszystkie czytały pierwszą wersję książki i wszystkie zasugerowały różne zmiany, poprawki i dodatki. Jane i Jennifer zniosły także zaskakująco dobrze wieść o pojawieniu się książki, której nikt z nas się nie spodziewał.

Bardzo chciałbym podziękować komitetowi Wykładów Zeny Sutherland, organizowanych w Chicagowskiej Bibliotece Publicznej: patrząc z perspektywy czasu, wykład, który wygłosiłem tam w 2012 roku, stanowił w istocie głównie rozmowę z samym sobą na temat tej książki, i próbę zrozumienia, co piszę i dla kogo.

Merrilee Heifetz jest od dwudziestu pięciu lat moją agentką literacką. Jej wsparcia dla tej książki, a także wszystkich innych przez ostatnie ćwierćwiecze, nie da się przecenić. Jon Levin, mój agent do spraw filmowych i tym podobnych, to świetny czytelnik i bombowo naśladuje Ringo Starra.

Poczciwi ludzie z Twittera okazali się niezmiernie pomocni, kiedy potrzebowałem sprawdzić, ile w latach sześćdziesiątych kosztowały batoniki i galaretki. Bez nich zapewne napisałbym tę książkę dwa razy szybciej.

I wreszcie chciałbym podziękować rodzinie Hempstocków, która, w takiej czy innej postaci, zawsze była ze mną, kiedy jej potrzebowałem.

Neil Gaiman

Wyspa Skye,

Lipiec 2012

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Chłopaki Anansiego. Wydanie II Księga cmentarna Mitologia nordycka Nigdziebądź (wydanie 8) Drażliwe tematy Ocean na końcu drogi 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów