Baśnie

Baśnie

Autorzy: Hans Chrystian Andersen

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Kategorie: Dla dzieci

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 192

cena od: 5.99 zł

Jeśli i Ty chcesz dowiedzieć się, ile magii ukrył w swoich historiach Andersen - sięgnij po tę książkę!

Hans Christian Andersen

BAŚNIE

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Projekt serii:

Mariusz Pająk

Ilustracja na okładce:

Zbigniew Seweryn

Rysunki:

Dorota i Marek Szal

Opracowanie graficzne:

Jolanta Szczurek

Anna Olek

Redakcja:

Marta Stęplewska

Na podstawie przekładu Cecylii Niewiadomskiej opracowała Anna Radko

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2009

ISBN 978-83-7895-155-1

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

KRÓLOWA ŚNIEGU

I. Czarodziejskie zwierciadło

Żył sobie niegdyś bardzo złośliwy czarodziej. Całą jego przyjemnością było dokuczać ludziom, czynić źle, ze wszystkiego się wyśmiewać i każdą rzecz przedstawiać z najgorszej strony.

Wymyślił wreszcie i zrobił takie sztuczne zwierciadło, iż wszystkie rzeczy piękne i dobre wyglądały w nim szkaradnie, a nawet śmiesznie, ponieważ były wykrzywione, zamazane, niewyraźne - za to złe rzeczy widać w nim było doskonale.

Tym sposobem cały świat w tym zwierciadle był brzydki i zły, a nic na nim nie było pięknego. Czarodziej klaskał w dłonie i śmiał się ze swego figla, a źli jego uczniowie porwali zwierciadło i biegali z nim wszędzie, podstawiając je ludziom znienacka przed oczy, i cieszyli się i śmiali, kiedy przerażony człowiek zasłaniał twarz ręką; potem nieraz sam nie wiedział, który świat jest prawdziwy: czy ten, który ogląda co dzień, czy tamten, który ujrzał w zaklętym zwierciadle.

I tacy ludzie byli bardzo nieszczęśliwi, a było ich coraz więcej.

Cieszył się zły czarodziej, ale to mu nie wystarczało. Uczniowie jego postanowili zanieść zwierciadło aż do nieba. Niechże aniołowie i sam Pan Bóg spojrzą w nie choć raz jeden. To byłaby uciecha!

I zaczęli lecieć do góry. Bardzo im było trudno, a jeszcze z tak ciężkim zwierciadłem - zaledwie mogli utrzymać je w rękach... O, daleko do nieba! Aż im pot okrył czoła, a ręce drżeć zaczęły. - Wtem trrrach! i ciężkie lustro z takiej wysokości... brzdęk aż na ziemię! Naturalnie, w mgnieniu oka rozprysnęło się na miliony, miliony drobnych kawałków, na nieskończoną ilość czarodziejskiego pyłku, który rozleciał się na wszystkie strony.

Ale to właśnie było najgorsze nieszczęście!

Zamiast jednego lustra były ich teraz miliony; rozproszyły się wszędzie, a w każdym najmniejszym kawałeczku, choćby drobnym jak ziarnko piasku, widać było świat cały: szkaradny, śmieszny, wykrzywiony. Jeżeli taki proszek wpadł komuś do oka, to człowiek ten wszystko już widział zmienione i nie mógł dostrzec koło siebie nic dobrego, nic pięknego! Za to najgorsze rzeczy widział jasno i wyraźnie, więc wszystko dla niego było złem.

Gorzej jeszcze jeżeli okruszyna lustra wpadła komuś do serca. Nieszczęśliwy tracił uczucie: serce jego stawało się kawałkiem lodu, nikogo kochać nie mógł, wszyscy byli dla niego obcy, obojętni.

Z większych kawałków porobiono szyby, z innych szkła do okularów, a mnóstwo maleńkich jeszcze krążyło w powietrzu - wiatr je roznosił wciąż dalej i dalej - i naturalnie coraz więcej ludzi stawało się nieszczęśliwymi kalekami.

A niegodziwych pyłków ciągle było jeszcze pełno i zobaczymy, co z tego wynikło.

II. Sąsiedzi

W pewnym bardzo starym mieście, w bardzo wysokim domu na poddaszu mieszkało dwoje dzieci, każde ze swoimi rodzicami - byli to Kaj i Gerda.

W tym mieście żyło tylu ludzi, nie każdy mógł dla siebie mieć osobny domek, a cóż dopiero myśleć o własnym ogródku. Dobrzy ludzie bardzo jednak lubią kwiaty, więc wszyscy hodowali je w doniczkach. I tym sposobem w każdym prawie oknie był ogródek - ale najładniej było u Kaja i Gerdy.

Bo posłuchajcie tylko: w tym wysokim domu na poddaszu każda rodzina miała własną izdebkę z dużym oknem, przez które w lecie można było wyjść na dach albo - wcale nie schodząc ze schodów - przejść z jednego mieszkania do drugiego. Można tu było bawić się na płaskim dachu. Gdy Gerda wyjrzała oknem, widziała Kaja w izbie naprzeciwko. Kiedy słonko przygrzało, dzieci wybiegały na dach i bawiły się doskonale albo siadały na małych stołeczkach i rozmawiały o wszystkim, co je zajmowało.

Były to bardzo dobre dzieci i kochały się jak brat i siostra.

Na wiosnę rodzice Kaja i Gerdy ustawiali na brzegu dachu długie skrzynie, napełnione ziemią; w nich zasiewali potrzebne warzywa i wiele pięknych kwiatów. Tak więc kawałek dachu przed oknami zamieniał się w śliczny, maleńki ogródek.

Im mocniej grzało złote słonko, tym piękniej było w ogródku na dachu. Zielone rośliny pokrywały drewniane skrzynie i spadały aż na mur domu; różnobarwne powoje otwierały śliczne kielichy pełne rosy; różowy groszek ciekawie wyglądał na wszystkie strony; aksamitne bratki szeroko otwierały wielkie oczy, a drobne stokrotki uśmiechały się wesoło. Oprócz tego w każdej skrzyni rósł wysoki niby drzewko różany krzaczek. Na wiosnę stroił się w zielone listki, a już w maju okrywał ślicznymi kwiatami, których woń rozpływała się w powietrzu. Gałązki róż ciekawie zaglądały w okna, szeptały cicho drobnymi listkami i kołysały się lekko pod tchnieniem wietrzyka.

Ślicznie tu było w lecie.

Ale w zimie wszystko znikało. Biały śnieg pokrywał dachy, a zamknięte okna często zamarzały - wtedy mróz kładł na nie delikatne białe kwiaty, tak że przez szyby nic nie można było zobaczyć. A dzieci chciały się widzieć. Więc rozgrzewały pieniądz przy piecu i kładły go na szybę. Wtedy wśród białych liści i gałązek tworzył się mały i przezroczysty otwór, w którym zaraz mrugnęło śmiejące się oko Kaja albo Gerdy.

- Chodź tu do nas! - mówiło oko.

- Dobrze, dobrze!

W lecie tak łatwo było przejść z jednego mieszkania do drugiego, ale w zimie musiały dzieci zbiegać na dół i znów wchodzić na schody tak wysoko! A tam na dole śnieg i wicher!

- Patrz, patrz! Białe pszczoły wyleciały z ula - mówiła stara babka, pokazując wnuczce chwiejące się w powietrzu płatki śniegu.

- Pszczoły, pszczoły! - powtarzała wesoło Gerda. - A czy mają swoją królową?

- Rozumie się, że mają - odpowiadała babka. - Największy z wszystkich płatków, a zawsze tam leci, gdzie śnieg najgęściej pada. Jeśli spadnie na ziemię, wzbija się natychmiast znowu ku ciemnym chmurom i nigdy nie spocznie. Czasem przebiega nocą po ulicach miasta i zagląda do okien, a wtedy wyrastają na nich śnieżne kwiaty i brylantowe liście.

- Tak! Tak! Widzieliśmy! - zawołały dzieci, zachwycone słowami babki.

- A czy Królowa Śniegu mogłaby przyjść tutaj? - zapytała Gerda.

- Ach, niech no tylko przyjdzie! - krzyknął Kaj wesoło. Posadziłbym ją zaraz przy piecu i roztopiłaby się! Ha, ha, ha!

Babka pogłaskała go lekko po głowie i zaczęła opowiadać co innego.

Pewnego razu wieczorem Kaj już na wpół rozebrany wszedł na krzesło i wyjrzał przez okrągły otwór na zamarzniętej szybie. W powietrzu kołysało się mnóstwo płatków śniegu, a jeden bardzo duży uczepił się na brzegu skrzynki kwiatowej, zaczął rosnąć prędko, coraz większy, wyższy, aż stał się cudną panią w długiej białej szacie z cieniutkiego, przezroczystego muślinu, obsypanej milionami śnieżnych gwiazdek. Ciało jej było z przejrzystego lodu, białe i połyskujące, a jednak ona żyła. Patrzyła na Kaja i uśmiechała się do niego, a oczy jej jaśniały jak brylanty. Na koniec skinęła ręką, jakby wzywała go z sobą. Kaj przeląkł się bardzo, prędko zeskoczył z krzesła i uciekł w głąb izdebki; ale zdawało mu się, że wielki ptak jakiś przeleciał koło okna.

Nazajutrz dzień był jasny, pogodny i mroźny - ale wkrótce nastąpiła odwilż, wiatr przyniósł wieść wesołą, że wiosna już blisko, słońce dogrzało mocniej, śniegi zniknęły bez śladu, trawa pozieleniała, pączki zaczęły pękać, przyleciały jaskółki do gniazd przeszłorocznych. I znowu dzieci siedziały na dachu, w ślicznym, maleńkim, wiszącym ogrodzie.

Groszek pachnący spadał w kaskadach na skrzynie, powoje otwierały śliczne kielichy do słońca, a róże tego roku kwitły bardzo pięknie i drzewka były nimi obsypane.

Gerda z Kajem siedzieli pod krzaczkiem i śpiewali razem swoją ulubioną piosenkę.

Co ja kocham na tym świecie?

Złote słonko, cudne kwiecie!

Boże ptaszki śpiewające,

Jasne rosy w kwiatach drżące,

Błękit nieba i obłoki,

Cały piękny świat szeroki,

I chatynkę pobielaną,

I mateczkę ukochaną!

Wszystko kocham serca biciem,

A przestanę chyba z życiem.

Pewnego razu dzieci siedziały w ogródku i oglądały bardzo ładną książkę z obrazkami, w której były malowane ptaki i zwierzęta. Wieżowy zegar zaczął wybijać piątą godzinę.

- Aj! - zawołał Kaj nagle. - Coś mnie ukłuło w serce! Coś mi do oka wpadło!

- Może ukłuł cię kolec róży? - rzekła troskliwie Gerda. - Czekaj, zobaczę, co ci wpadło w oko! Nic. Nic nie ma.

- Pewno już wyleciało - rzekł Kaj niecierpliwie i odsunął się od dziewczynki.

Niestety, nie wyleciało. Był to właśnie drobniutki pyłek stłuczonego zwierciadła czarodzieja; utkwił mu w oku i zmienił świat cały, nie pozwalając widzieć w nim nic pięknego ani dobrego. A co gorsza, pyłek taki wpadł mu w serce, które nagle stało się zimne i twarde, przestało czuć i kochać.

- Czemu beczysz? - zapytał opryskliwie. - Żebyś wiedziała, jaka jesteś brzydka! A jaka śmieszna, ha, ha, ha! Cóż to za zgniła róża? Pfe! I ta szkaradna! Cała ta skrzynia to stare, brzydkie pudło, tylko ją zrzucić z dachu.

Kopnął skrzynię, zerwał różę i rozdeptał.

- Kaj! - zawołała z przestrachem dziewczynka.

Widząc jej przerażenie, roześmiał się szkaradnie, zerwał jeszcze jedną różę, rzucił ją i wskoczył do swojego okna.

Od tej chwili Kaj zmienił się zupełnie. Kiedy Gerda chciała oglądać z nim obrazki, wzruszał ramionami, mówił, że są brzydkie i wyśmiewał się z każdego. W końcu powiedział, że nie chce się z nią bawić, bo jest głupia, jak małe dziecko. Nawet bajki babuni nie podobały mu się, mówił, że są niedorzeczne, zawsze miał jakieś ale. Nieraz stawał za staruszką, kładł na nos jej okulary i naśladował jej miny i słowa. Tak samo zaczął naśladować innych i nauczył się wkrótce najbrzydszych grymasów i wykrzykiwań.

W gruncie rzeczy Kaj nic temu nie był winien, tylko szkaradny pyłek szkła czarodziejskiego, które tkwiło mu w sercu. Z tego to powodu nikogo nie kochał i dokuczał Gerdzie, która była dla niego taka dobra. Ludzie zaczęli mówić, że Kaj jest złym chłopcem i mieli słuszność, tylko nie wiedzieli, dlaczego jest taki.

Pewnego razu w zimie, gdy śnieg padał, Kaj przyniósł na podwórze szkło powiększające i przez nie patrzył na gwiazdki śniegowe, które pokrywały mu ubranie.

- Spójrz Gerdo - rzekł - jakie ogromne! Niby kwiaty, niby gwiazdy, a jakie sztuczne! To ciekawsze przecież od kwiatów prawdziwych! Tak równo, doskonale ułożone. Szkoda tylko, że topnieją.

Nagle pobiegł na górę, zniósł swoje saneczki i ciepłe rękawice, oznajmił Gerdzie, że idzie pojeździć saneczkami po rynku, i natychmiast zniknął za bramą.

Na rynku była wesoła zabawa. Chłopcy ślizgali się po śniegu na swoich sankach, najśmielsi przywiązywali je do sań wieśniaków i jechali tym sposobem spory kawałek drogi. A co przy tym było śmiechu i wrzawy!

Wtem wjechały na rynek duże białe sanie, zaprzężone w białe konie. Osoba siedząca w saniach otulona była w ogromne białe futro, a na głowie miała białą futrzaną czapkę. Sanie dwa razy objechały rynek, a tymczasem udało się Kajowi przywiązać do nich z tyłu swoje małe saneczki. Teraz pomknął jak strzała po utartej drodze i wyjechał za miasto. Osoba w saniach odwróciła głowę i przyjaźnie uśmiechnęła się do niego.

Kaj był zadowolony, bo nigdy jeszcze nie jechał tak prędko; nie chciał jednak zanadto oddalić się od miasta i po pewnym czasie pragnął odwiązać swoje sanki. Wtedy osoba w saniach odwróciła się znowu i spojrzała tak przyjaźnie, że Kaj zapomniał o wszystkim.

I tak się powtórzyło parę razy.

Śnieg zaczął padać gęsto, pociemniało, Kaj nie widział już nic dookoła prócz kręcących się białych płatków. Puścił sznurek, aby odczepić swoje sanki, ale one jak gdyby przymarzły do tych wielkich, mknęły jak wiatr za nimi dalej, dalej, dalej! Kaj krzyknął przerażony, ale nikt mu nie odpowiedział, jakby go nikt nie słyszał. Sanki pędziły ciągle, a śnieg sypał, nic już nie było widać. Chwilami uderzały o coś gwałtownie, to znów spadały na dół, przeskakiwały jakieś nieznane przeszkody i sunęły po białej drodze w świat nieznany.

Kaj chciał się przeżegnać, zmówić pacierz, lecz w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć słów „Ojcze nasz" i przychodziła mu na myśl tylko tabliczka mnożenia.

Płatki śniegu padały coraz większe, wyglądały na koniec jak białe ptaki. Zdawało mu się, że dookoła niego biegną gołębie, kury, gęsi - całym tłumem.

Nagle konie stanęły, sanie się zatrzymały, a siedząca w nich osoba podniosła się i Kaj spostrzegł, że jej futro i czapka były ze śniegu. Była to dama wysoka, wysmukła, olśniewającej białości: Królowa Śniegu!

- Dobrze jedziemy! - rzekła. - Ale po co masz tam marznąć? Chodź pod moje niedźwiedzie.

Posadziła go w saniach obok siebie, nakryła białym futrem, a jemu zdawało się, że zapada się w śnieżną górę.

- Jeszcze ci zimno - rzekła i pocałowała go w czoło.

Huu! Jakiż to był zimny pocałunek! Uczuł lód aż w głębi serca, które - jak wiemy - już miał na wpół zlodowaciałe. Przez mgnienie oka zdawało mu się, że umiera, ale to minęło prędko i poczuł się lepiej. Nie czuł już wcale zimna.

- Moje saneczki! Moje saneczki! - zawołał z wielką trwogą, nie chcąc stracić ulubionej zabawki. Więc rzucono sznurek od sanek białej kurze, która biegła obok, ciągnąc je za sobą.

Królowa Śniegu pochyliła się nad Kajem i pocałowała go powtórnie, a w tej chwili chłopiec zapomniał o wszystkim: o rodzicach, domu, babce i Gerdzie.

Teraz nie bał się wcale pięknej pani, nie wydawała mu się straszna. Opowiadał jej, co umie, o jakich uczył się krajach i miastach, jak wybornie liczy na pamięć - a ona uśmiechała się do niego.

Wreszcie wzięła go na ręce i wzleciała z nim razem wysoko, ku ciemnym chmurom, które szarpał wiatr świszczący.

Przelatywali ponad ciemnymi lasami, nad górami, morzami i lądami. Zimny wicher huczał pod nimi w przepaściach, biały śnieg połyskiwał, wyły głodne wilki, krakały stada czarnych kruków - a ponad nimi świecił jasny księżyc.

I tak płynęła długa noc zimowa, a gdy nastąpił ranek, Kaj spał u nóg Królowej Śniegu.

III. W ogródku wróżki

Jakże smutno i strasznie było biednej Gerdzie, kiedy wieczorem Kaj nie wrócił do domu!

Nikt nie wiedział, gdzie się podział i co się z nim stało. Chłopcy opowiadali, że jeździł po rynku, a potem uczepił swoje saneczki do wielkich sań, które pomknęły za miasto. Więcej go nie widziano.

Opłakiwali go rodzice, babka i Gerda, bo myśleli, że z mostu musiał się zsunąć w rzekę i utonął. Gerda płakała gorzko całą zimę.

Wreszcie nadeszła wiosna, zajaśniało piękne słoneczko.

- Kaj nie żyje! - rzekła do niego Gerda.

- Nieprawda! - odpowiedziało słońce.

Powróciły jaskółki do gniazd zeszłorocznych.

- Kaj nie żyje! - oznajmiła im Gerda.

- Nieprawda! - odpowiedziały jaskółki.

A wtedy i Gerda przestała w to wierzyć.

- Włożę czerwone buciki, których Kaj jeszcze nie widział, i pójdę do rzeki zapytać o niego - pomyślała pewnego ranka.

Było bardzo wcześnie, ale wstała zaraz, ubrała się cichutko, żeby nie obudzić babki, włożyła swoje czerwone buciki, leciuchno pocałowała babunię i pobiegła do rzeki.

- Czy to prawda, że zabrałaś mi mojego Kaja? - zapytała niespokojnie. - Oddaj mi go, a dam ci śliczne czerwone buciki.

Zdawało jej się, że fale zaszemrały jakoś dziwnie, jakby się zgadzały na ten układ. Więc co prędzej zdjęła buciki, śliczne, ukochane, czerwone buciki, i rzuciła je w wodę.

Buciki upadły niedaleko, a fala wyniosła je na brzeg z powrotem. Rzeka nie chciała przyjąć tej ofiary, gdyż nie mogła zwrócić jej Kaja. Lecz Gerda inaczej to sobie tłumaczyła. Zdawało jej się, że za blisko brzegu wrzuciła trzewiczki, i aby je rzucić dalej, weszła do małego czółenka, które kołysało się na wodzie. Poszła na przeciwny koniec łódki i rzuciła buciki z całej siły, jak tylko mogła najdalej. Tak idąc i poruszając się, mimowolnie kołysała czółenkiem, które nie było przywiązane i zaczęło oddalać się od brzegu. Gerda spostrzegła to i chciała wyskoczyć, lecz była już za daleko, a łódka, porwana prądem, szybko płynęła z biegiem wody.

Wtedy Gerda bardzo się przelękła i zaczęła głośno płakać. Ale nikt jej nie słyszał, prócz gromadki wróbli, które nie mogły jej w niczym dopomóc. Leciały jednak wzdłuż brzegu, jakby chciały ją pocieszyć, i ćwierkały bezustannie:

- Ćwir! ćwir! ćwir! Jesteśmy tutaj! Nie bój się! Jesteśmy tutaj!

I Gerda uspokoiła się powoli. Czółenko płynęło z prądem, a ona siedziała cichutko w samych pończoszkach i patrzyła w wodę. Czerwone trzewiczki płynęły za łódką, lecz nie mogły jej dogonić, ponieważ prąd bardzo szybko ją unosił.

Prześlicznie wyglądały brzegi rzeki: na zielonych, kwiecistych łąkach pasły się stada owiec, krowy poważnie skubały świeżą, soczystą trawę, stare drzewa rozwijały młode listki, wszystko uśmiechało się w blasku słonecznym.

- Może rzeka zaniesie mnie do Kaja - pomyślała Gerda i przestała się smucić. Usiadła na ławeczce i patrzyła długo na zielone brzegi, które przesuwały się przed nią. Właśnie ujrzała wielki wiśniowy sad, pełen kwitnących drzew, a między nimi malutki domek pod słomianą strzechą [Strzecha - dach ze słomy.], z czerwonymi i niebieskimi okienkami. Dwóch drewnianych żołnierzy stało przed ganeczkiem z bronią w ręku.

Gerda pomyślała, że to żywi ludzie, i wołała: „Ratunku!", ale naturalnie nikt jej nie odpowiedział. Prąd niósł ją prosto do brzegu, więc zaczęła wołać jeszcze głośniej.

Wtem drzwi domku się otworzyły i wyszła z niego zgarbiona staruszka, podpierając się kijkiem i drepcząc ku furtce. Na głowie miała duży słomiany kapelusz, pomalowany w bardzo piękne kwiaty.

- Ach, biedne dziecko! - zawołała stara. - Skądże się wzięłaś na tej bystrej rzece, która cię tak daleko w świat uniosła?

Drepcząc prędko, staruszka zbliżyła się do brzegu, zaczepiła o czółno swoim zakrzywionym kijkiem i przyciągnęła je do lądu. Podała dziewczynce rękę i pomogła jej wyskoczyć na ziemię.

Ach, jak przyjemnie zrobiło się Gerdzie, gdy znów uczuła pod nogami twardą ziemię! Bała się jednak trochę nieznajomej staruszki.

- Kim jesteś, moje dziecko, i skąd się tu wzięłaś? - spytała znów kobieta, uważnie patrząc na dziewczynkę. Wtedy Gerda opowiedziała jej wszystko i spytała, czy nie wie czegoś o Kaju.

Staruszka nie wiedziała, ale była tego zdania, że Kaj może się znaleźć, a tymczasem zaprosiła dziewczynkę do ogródka, pozwoliła jej zrywać kwiaty i jeść wiśnie, żeby tylko nie była smutna.

Potem weszły do domku. Przez wysokie okienka, czerwone, żółte i niebieskie, dziwne światło wpadało do izdebki. Na stole w dużych koszach stały prześliczne wiśnie i staruszka pozwoliła Gerdzie jeść, ile tylko zechce.

Wiśnie były wyborne, a Gerda głodna, więc jadła, uśmiechając się z zadowolenia, gdy staruszka złotym grzebieniem czesała jej złote włosy. Czesała je długo, w dziwnym blasku czerwonych i niebieskich szybek, a Gerda zapominała o Kaju, babce i rodzicach, bo grzebień był zaczarowany, staruszka zaś była wróżką.

- Dawno już pragnęłam mieć taką miłą, dobrą dziewczynkę - mówiła łagodnym głosem. - Zobaczysz, jak ci będzie u mnie dobrze.

Potem Gerda została w izdebce, a staruszka wyszła sama do ogródka, dotknęła swoim kijem każdego krzaczka różanego i wszystkie natychmiast zapadły się w ziemię. Zrobiła to dlatego, żeby Gerda na widok róż nie przypomniała sobie Kaja.

Teraz dziewczynka także wybiegła do ogródka. Ach, jak tu ślicznie i przyjemnie! Tyle kwiatów, a każdy inny! Tyle barw, blasku, woni. Był to prawdziwie czarodziejski ogród: rosły w nim wszystkie kwiaty, jakie tylko są na świecie, i wszystkie kwitły jednocześnie. Gerda biegała pomiędzy grządkami, śmiała się i śpiewała, dopóki słońce nie skryło się poza wielką starą wiśnię. Wtedy położyła się spać w czystym łóżeczku, na czerwonej jedwabnej poduszeczce, na której wyhaftowane były piękne, błękitne fiołki. Zasnęła też spokojnie, jak królewna, a w nocy śniły jej się sny słodkie i miłe.

Nazajutrz z rana obudziła się wesoła i bawiła się znowu cały dzień w ogródku, wśród najpiękniejszych kwiatów, w ciepłym blasku słońca - i tak upływały dni jeden po drugim.

Gerda znała teraz wszystkie kwiatki, ale chociaż miała ich tutaj tak wiele, ciągle jej się zdawało, że jeszcze jakiegoś brakuje. Tylko nie mogła sobie przypomnieć którego.

Wtem raz na słomianym kapeluszu wróżki spostrzegła malowaną różę. Zdziwiona i szczęśliwa zaczęła natychmiast szukać w ogródku kochanego kwiatka: rozglądała się wokoło, pochylała nad grządkami, lecz ani jednej różyczki nie było.

Wówczas zaczęła gorzko płakać. Jej łzy gorące padały na ziemię i przesiąknęły przez nią, aż zwilżyły ukryty w tym miejscu krzak róży. I nagle cudny, świeży, okryty wonnym kwieciem wystrzelił znów nad ziemię, a Gerda objęła go rączkami, pieściła i całowała śliczne róże i przypomniała sobie tamten krzaczek, na poddaszu, i przypomniała sobie znowu Kaja.

- Och, jakże dawno ja tu jestem! - zawołała. - A miałam szukać Kaja. Moje śliczne różyczki, czyż nie wiecie, gdzie on się podział? Czy myślicie, że umarł?

- O, nie! - odparły róże. - Byłyśmy przecież pod ziemią, tam go nie ma.

- Dziękuję wam - zawołała uszczęśliwiona Gerda i pobiegła do innych kwiatków, aby się czegoś o Kaju dowiedzieć.

Lecz daremnie pytała. Kwiatki uśmiechały się wszystkie do słońca i śpiewały mu swoje powieści, które podobały się bardzo dziewczynce, lecz o Kaju nie dowiedziała się niczego.

- Na próżno je pytam - pomyślała wreszcie. - One kochają tylko swoje powieści i pieśni, nie mam tu na co czekać.

Podniosła spódniczkę, aby mogła lepiej biec, i pospieszyła do furtki.

Ale furtka zamknięta była na klucz. Wtedy zaczęła mocno szarpać klamkę, aż zardzewiały zamek ustąpił pod naciskiem i drzwi się otworzyły. Gerda wyszła prędko i bosymi nóżkami biegła co tchu po twardej kamienistej drodze, obawiając się pogoni. Trzy razy obejrzała się za siebie, a nie widząc nikogo, kiedy jej sił zabrakło, usiadła na chwilę na wielkim kamieniu.

Teraz dopiero obejrzała się dokoła: lato minęło dawno, późna jesień była na świecie, powiędły kwiaty i pożółkły łąki, ale w ogrodzie wróżki, gdzie kwiaty kwitną wiecznie, nic o tym nie wiedziała.

- Boże! Boże! Ileż ja czasu straciłam - narzekała Gerda. - Oto już późna jesień, trzeba spieszyć się bardzo, zanim zima powróci.

I wstała, by iść dalej.

Szła bosymi nóżkami po kamienistej drodze, a dokoła było smutno i ponuro. Czuła wielkie zmęczenie, ale nie zatrzymywała się. Z wierzb przydrożnych spadały długie, żółte liście i ciężkie krople chłodnej rosy. Na tarninowych krzakach były jeszcze jagody, ale tak cierpkie, że wykrzywiały usta.

Szaro i smutno było na szerokim świecie, otulonym w szare, ciężkie, ołowiane chmury.

Spis treści

BAŚNIE KRÓLOWA ŚNIEGU I. Czarodziejskie zwierciadło

II. Sąsiedzi

III. W ogródku wróżki

IV. U księżniczki

V. Mała zbójniczka

VI. Laponka i Finka

VII. W pałacu Królowej Śniegu

U KRÓLA OLCH

DZIEWCZYNKA Z ZAPAŁKAMI

CALINECZKA

BRZYDKIE KACZĄTKO

SYRENA

SŁOWIK

KRASNOLUDEK

KRZESIWO

KSIĘŻNICZKA NA ZIARNKU GROCHU

KONIEC

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Fairy tales Improwizator Baśnie Calineczka i inne baśnie Księżniczka na ziarnku grochu + Dziewczynka z zapałkami Brzydkie kaczątko 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia