Tutto bene

Tutto bene

Autorzy: Manula Kalicka Zbigniew Zawadzki

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 32.00 zł

cena od: 23.50 zł

Gęsta kryminalna intryga, półświatek ukraińskiej imigracji i smak włoskiej kuchni.

W "Tutto bene" - modnej warszawskiej restauracji - klient je dobrą kolację, płaci, zostawia napiwek, a na odchodnym strzela do kelnerki. Kilka dni później ginie kucharz.

Pojawia się, a w zasadzie znika, dziecko postrzelonej kelnerki. Wszystko się komplikuje... A przecież, jak mówi jeden z bohaterów: "powinno być tak proste, jak to tylko możliwe, ale nie prostsze".

Sprawę próbuję rozwiązać komisarz Górzyański, a Grzegorz i Zosia, pracownicy restauracji, dzielnie mu w tym pomagają.

Tandem kucharzy Kalicka-Zawadzki przyrządził smakowity kryminał, pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji, napięcia, z zakończeniem, które zaskakuje, podobnie jak przepiórka w suflecie.

Manula Kalicka - autorka bestsellerowych powieści m.in. "Tata, one i ja", "Wojny, Rembrandta i dziewczyny z kabaretu", dziennikarka współpracująca z tygodnikiem "Polityka".

Zbigniew Zawadzki - biochemik, wydawca, agent literacki, tłumacz.

12 maja, wtorek

14:00

1. Zosia Staszewska siekała zapamiętale pietruszkę. Siekała ją niejako zastępczo, ponieważ bardziej usiec chciała niejakiego Grzegorza Dolana. Na razie jednak skupiła się na pietruszce, której nasiekać musiała niemało, bo aglio, olio e peperoncino w ich autorskim wydaniu potrzebowało jej dużo.

Za jej plecami Henio Rozalski usiłował wykazać się dowcipem, dolewając octu do zupy fasolowej, której recepturę próbował uatrakcyjnić Rychu. Rychu Gajewski był pracowity, Henio sfrustrowany, a Zosia nieszczęśliwie zakochana.

Grzegorz D. – już widziała te nagłówki w „Fakcie" po tym, gdy go zabije z nadmiaru uczuć – unikał jej, jak mógł. Na nic zdały się jej starania, uśmiechy, a nawet i stringi, wystające uwodzicielsko z dżinsów. Lucy twierdziła, że jeśli nic nie zadziała, zadziałają stringi, więc Zosia zaryzykowała i nosiła. Uwierały, a skutku żadnego.

Podniosła wzrok znad pietruszki, bo właśnie trzasnęły drzwi od strony zaplecza. Grzesiek pojawił się w robocie. Szyja zapłonęła, serce najpierw stanęło, a potem załomotało, nóż się omsknął i krew omal nie zalała już usiekanej zieleniny. To było żałosne, wiedziała o tym aż nadto dobrze. Coś musi zrobić z tą swoją pasją do Grześka, który ani na nią spojrzał.

Wiedziała, że nie spojrzał. Czuła to. Zawsze wchodził, mówił: „Cześć wszystkim", i zajmował się swoimi sprawami.

A to kartę dań na dzień jutrzejszy konsultował z Norbertem, tutejszym menedżerem, a to przyrządzał jakieś superdanie dla gości specjalnych, tych znanych z telewizora, co to lubili zajrzeć do lokalu prowadzonego przez jednego z najlepszych kucharzy w kraju i poprosić o coś ekstra.

Rzeczywiście, był wspaniały. Musiała przyznać i czyniła to z entuzjazmem. Ach, te jego filetti di sogliola al forno in pergamena – myślała, wrzucając pietruszkę do makaronu i lekko mieszając gotową już potrawę. Są naprawdę, naprawdę super. Popatrzyła na przygotowane danie i wytarła ręce w ściereczkę. Teraz spaghetti powinno wchłonąć soki z oliwy z czosnkiem i chili, a ona mogła przez chwilę spokojnie się zastanowić. Wyczerpała już wszystkie pomysły na zwrócenie uwagi Grześka. Pracowała w knajpie dobre pół roku, a zakochała się w nim pierwszego dnia. Weszła do kuchni nieśmiała i speszona; on stał przy blacie, w takiej błękitnej koszuli, białych spodniach i lekko spocony, z rozwianymi włosami, przyrządzał saltimbocca. Cudowny aromat unosił się w powietrzu. I śpiewał.

O sole mio! śpiewał.

Smuga słońca odbijająca się od garnka, on i pieśń neapolitańska. Czy jakaś.

Poza nim był w kuchni tylko Rychu. No, wtedy jeszcze nie wiedziała, że ten grubasek w żółtej koszuli to Rychu. Stanęła i tak się zagapiła, że nawet „dzień dobry" zapomniała powiedzieć. Grzesiek spokojnie skończył arię i saltimbocca, popatrzył na Zosię i zapytał:

– To ty jesteś ta nowa?

– Tak. Jestem Zosia – wyszeptała zachrypniętym głosem i pewnie by dygnęła, gdyby umiała dygać. – Dzień dobry – dodała, bo uznała, że wypada, acz język stanął jej kołkiem na widok takiego szefa kuchni.

– Aaa… – Skinął głową i wskazał jej miejsce naprzeciwko Ryśka. – Miło cię widzieć. Akurat mamy awarię, drugi kucharz nam zaniemógł. Dasz radę przygotować dwadzieścia porcji tiramisu? Tu będzie twoje stanowisko pracy. – Wskazał na niewielką zatoczkę w rogu kuchni.

– Jasne – wyszeptała, ciągle patrząc w jego oczy, jeszcze bardziej błękitne niż koszula. – Jasne… – powtórzyła i oblizała wargi.

Jak jakaś nimfomanka. Przełknęła ślinę. Miała nadzieję, że on tego nie usłyszał. Śliczne miał imię: Grzegorz. A zdrabniali go Grzech. Tylko grzeszyć nie chciał. Z nią. Bo z innymi to i owszem. Coś bym sieknęła, pomyślała i rozejrzała się po kuchni, ale spojrzenie, jak zwykle, pobiegło do Grzegorza. I natychmiast zapomniała, że dopiero co miała chęć zatopić w nim nóż. Zatopić się, tak, owszem, w nim, ale żadnych noży! Zerknęła ponownie. Też mieszał. I smakował. Ach!

Wtedy, tego pierwszego dnia, wskazał widelcem na lodówkę.

– Tam masz produkty, tu miejsce. Bierz się do roboty, bo za godzinę ruszamy. A! I bluza robocza. Tobie przysługuje zielona. Leży na półce, w składziku. – Machnął dłonią w kierunku niewielkich drzwi na tyłach obszernej i, jak zdążyła zauważyć już wcześniej, podczas rozmowy kwalifikacyjnej, świetnie wyposażonej kuchni.

Tak to było. Pół roku temu. Od tamtej pory Zosia siekała, biła, obierała, blanszowała, dusiła, piekła i dekorowała. Polecenia wydawał jej grzecznie, uprzejmie, ba, czasem nawet chwalił, ale ich relacje nic a nic się nie zmieniły. Był nią na pewno mniej zainteresowany niż udźcem baranim, w który w tej chwili wbijał nóż. Ach, jak wbijał!

– Zocha!

Zamyślona, nie usłyszała Lucyny, kelnerki, która stała tuż obok i domagała się makaronu dla dziewiątki. No tak. Miłość ogłusza. Karnie nałożyła kopiastą porcję tagliatelle na talerz i uśmiechnęła się speszona. Czy inni zauważyli, że zwariowała? No, Lucyna wiedziała. Lucyna, taka trochę gamoniowata, wiedziała wszystko. O wszystkich. A Rychu?

Zerknęła. Peklował wieprzowinę. Okrągłymi oczami wpatrywał się w miskę i z zapałem nacierał mięso rozmarynem wymieszanym z oliwą i balsamico. Krople potu na czole… Był jak w transie.

Nie. Rychu nic nie widział poza garami. To była jego pasja. Gorzej z Heniem. Ten widział. Lucynę i Sanię. O! Właśnie przesunął ręką, niby mimochodem, po plecach Sani podnoszącej tacę z trzema porcjami penne all'arrabbiata.

Molestant.

Zosia wzięła się do kolejnego dania: prosciutto crudo, figi i awokado. Prościutkie to prosciutto.

Henio, który miał już dobrą pięćdziesiątkę na karku, no, po prostu starzec, pił jak smok. Ale nie wodę z Wisły, tylko tequilę. Lubił. Jak był trzeźwy, zaczynał ambitnie, lecz jak już się nieco napił, przechodził po prostu na czyściochę. I szklaneczkami, szklaneczkami…

A co mu tam!

Lubił. Poza tym był trochę głuchy, więc trzeba było mu mówić wszystko w twarz, bo za plecami nie słyszał. Kłopot w robocie.

No i łapy mu się lepiły, włosy mu się lepiły i pocił się jak mysz przydepnięta przez słonia. I cały się lepił – do każdej z nich. Lija Agacka, właścicielka Tutto Bene, powinna go dawno wylać, ale, prawdę mówiąc, knajpa niewiele ją interesowała, byle przynosiła dochody. Norbert, menedżer, dzielił się z nią po uważaniu. To znaczy uważał, by nie miała za dużo z tego interesu, ale i nie za mało, żeby się nie zniechęciła. Jak zaczynała marudzić, to biznes jakoś lepiej się kręcił, ale gdy wypadała gdzieś do ciepłych krajów – stawał i ledwo dychał.

Tak tu było. Po kilku miesiącach pracy Zosia znała już miejscowe układy. Tak, Norbert Zawijka umiał kombinować i ciągle tylko szeptał po kątach ze swoim najlepszym kumplem Heniem Rozalskim.

Zosi ich konszachty nie interesowały wcale, ale coś tam się w tle działo. Henio miał jedną niezaprzeczalną zaletę: znał jak nikt kuchnię portugalską, dodatkową atrakcję Tutto Bene, a jego zupa z jarmużu czy tuńczyk w migdałach były niezrównane. A sałatka z kiełbasą linguiça i bobem!

Jak on to potrafił podać! Mimo że wciąż na lekkim rauszu, był kreatywny jak mało kto, wymyślał coraz to nowe dania i zestawienia. Sporo można się było od niego nauczyć, ale widać było, że jego czas się kończy, że już zegar bije. Łapy mu drżały, zawalał robotę, tłukł wciąż jakieś naczynia i gdyby nie opieka Norberta, wyleciałby już dawno. Zosia Heńka nie cierpiała. Powinni go zamknąć za te łapy jak u ośmiornicy! Lubił ją łapać zwłaszcza za gumkę od stringów; inna sprawa, że powinna sobie z nimi dać spokój. Ze stringami. Grzech nie zauważył, a erotomanek Henio miał zabawę. Wywalę je dziś do śmieci, postanowiła.

Tego dnia wszystko toczyło się jak zawsze. Zasuwali jak automaty. Dziewczyny wpadały, brały tace i znikały, a oni szykowali, co tam goście zamówili. Dzień mijał na mozolnej pracy, aż wreszcie około dwudziestej trzeciej lokal pustoszał.

23:40

2. W sali restauracyjnej została już tylko parka zakochanych, flirtująca ze sobą zawzięcie, i samotny facet przy narożnym stoliku. Zosia skończyła już z kucharzeniem, zdjęła bluzę, ochlapała się w łazience wodą i jak co wieczór przeszła do baru, by przez chwilę odparować. Usiadła na stołku i zerkała na gości. Zamówiła drinka u barmana Miśka, który już sprzątał i szykował się do wyjścia. Mogła się wyciszyć i złapać oddech. Bo chyba nikt już nic nie zamówi? Zamykają około północy.

Misiek chował rzeczy na półki, odgarniał z czoła sklejone włosy. Widać było, że się śpieszy. Mieszkał daleko, w Komorowie, i zawsze starał się wychodzić jak najwcześniej. Zosia miała ochotę do niego zagadać, ale niespecjalnie było jak. Widać dziś śpieszył się bardziej niż zwykle, nawet słowa nie powiedział. Odwróciła się więc w kierunku sali i przyjrzała klientowi pod oknem. Uporczywie gapił się w ciemność. Co widzi? Może swoje życie, pomyślała. Nie jest miło tak jeść samotnie, nawet najlepszą kolację. Obok przysiadła Sania, druga kelnerka. Była świeża, jakby cały dzień odpoczywała, a nie pomykała na dziesięciocentymetrowych obcasach – bo tylko takie lubiła – z tacami wypakowanymi wszelakim dobrem.

– Jak mała? – zapytała Zosia, odwracając się w kierunku Oksany, zadowolona, że ma z kim pogwarzyć.

Oksana odgarnęła z czoła włosy i zapatrzyła się w ciemność za oknem.

– Fajnie. Już robi mostki. Do raczkowania się zabiera. No i tak grr… grr… mówi.

Patrzyła przez szybę i mówiła tak, jakby czytała z tego tam… No, jak w telewizji.

Zosia w myślach szukała kiedyś zasłyszanego słowa. Aha, Oksana mówi, jakby czytała z promptera. Zamyślona, gapiąca się wciąż przez okno, gdzieś tam, w ciemność.

– Jak przychodzisz, to śpi? – zapytała Zosia, upijając łyk drinka.

– Jak czasem. Ale zawsze jej jeszcze piersi daję.

– Jasne. Skoro masz pokarm. A ojciec? Pokazał się?

– Ani razu.

Smutne, pomyślała.

I powiedziała na głos:

– Smutne.

– Ano.

Napiły się w milczeniu. Sania wody, Zosia zaś Krwawej Mary, którą ostatnio polubiła namiętnie. Za tydzień pewnie coś innego jej posmakuje, ale na razie z upodobaniem sączyła sok pomidorowy z wódką.

Para spod okna podnosiła się powoli. On ją objął, ona obciągnęła kusą spódniczkę i podrapała się po udzie. Taka była jakaś ciepła, domowa jakby. Z lekką nadwagą, w mini i wyciągniętym sweterku. Zosia patrzyła na nich z zazdrością. Na pewno dziś będą mieli fajną noc. Nie to, co ona. Zaraz dowlecze się do nocnego, potem pojedzie na Ursynów i z duszą na ramieniu przemknie osiedlowymi alejkami do mieszkanka zajmowanego z dwójką trutni dobranych na Gumtree. Powinna zmienić lokum, ale jakoś nie miała energii. Wracała do domu zmachana, przestępowała przez górę śmieci zalegającą korytarz, usiłowała nie wejść w gówienko kota Malwiny, która mieszkała vis-á-vis jej pokoju i nocą, gdy był u niej narzeczony Olo, zawsze bezlitośnie wywalała zwierzaka na korytarz, gdzie on… No cóż. Mścił się, jak się zdaje. W mieszkaniu była jeszcze jedna lokatorka, Ania, zajmująca najmniejszy pokój, ale ciągle wyjeżdżała w jakieś podróże i prawie nigdy nie spała w domu, co było bezsprzecznie dużą zaletą. Drugiej takiej Malwiny jednak bym nie wytrzymała, pomyślała.

Nocą, przeważnie z sukcesem (acz nie zawsze), omijała podłożoną przez wściekłego kota minę i chwilę po wejściu do pokoju waliła się do łóżka. A gdy miała wolny dzień, tyle było rzeczy do zrobienia, do sprzątnięcia, uprania czy kupienia, że nie miała sił ani czasu, żeby szperać w necie za jakimś mieszkaniem. Powinna jednak czegoś poszukać. Tu, gdzieś w pobliżu najlepiej, żeby po nocy się nie tłuc. Za każdym razem, gdy wracała około pierwszej do domu, bała się, że ją ktoś napadnie, da jej w łeb, a ona ani się obejrzy, jak padnie na glebę zdana na łaskę i niełaskę złoczyńcy. Każdej nocy słyszała na opustoszałych ulicach tylko łomot własnego serca, bębniące w ciszy kroki i ich echo. Daleko niosło. Gdy ucho złowiło inny szmer, Zosia przystawała i wsłuchiwała się przestraszona. No, powinna znaleźć to nowe mieszkanie. Ta Malwa, ten kot i Olo, a na dodatek odległość od knajpy… Może jutro. Jutro ma wolne.

Parka wyszła, barman Misiek zniknął na zapleczu, rzucając w przestrzeń ciche: „Cześć". Sania, która skończyła pić wodę, zbierała jeszcze talerze z pustego stolika. Za zakochaną parą właśnie zamykały się drzwi.

Siedzący pod oknem facet podniósł się powoli, rzucił na stół banknot i też założył kurtkę. Zosia odwróciła się do baru, szukając wzrokiem soku pomidorowego. Miała ochotę wypić jeszcze odrobinę, niekoniecznie z alkoholem. Gdzie też Misiek wsadził ten kartonik? Uniosła się energicznie na stołku i przechyliła przez kontuar, bacznie lustrując stojące za nim na podręcznym stoliku flaszki i kartony. Właśnie dostrzegła jeden, jak się zdawało z pomidorem wychylającym się zza listków, nachyliła się jeszcze bardziej, by dosięgnąć, gdy usłyszała, że coś rąbnęło za jej plecami. Stukot. Jeden, drugi – jakby wywróciło się krzesło. A może stolik? Aż podskoczyła. Odwróciła się, omal nie spadając, i zobaczyła osuwającą się na blat Oksanę, przewrócone krzesło, tacę z porozbijanymi na kawałki talerzami z resztkami jedzenia na podłodze i coś jakby ułamek sylwetki faceta w kurtce z kapturem naciągniętym na głowę, znikającego za drzwiami.

13 maja, środa

9:45

3. Droga z Mokotowa na Saską Kępę okazała się uciążliwa, jak zawsze. Mozolnie przedzierał się beżowym nissanem przez korki, remonty, objazdy i sznury unieruchomionych tramwajów. Chociaż było już po porannym szczycie, jazda ciągnęła się jak flaki z olejem.

– No i dalej pan będzie na Bufetową głosował…? – Pan Julian, siedzący obok na przednim siedzeniu, jak zwykle miał ochotę podyskutować o polityce.

– Panie Julku, niech pan przestanie, nie mam ochoty tego słuchać! – przerwał Grzegorz pasażerowi. – Już pana ostrzegałem. Nie będę pana wozić, jak pan mnie będzie ciągle prowokował.

– Dobra, dobra… Pan by pewnie wolał o Borucu, tyle że ja się już piłką mało interesuję.

– Nie chcę o Borucu. Niech mi pan lepiej powie, czy na tych akcjach WBR da się zarobić.

Prawie codziennie, jadąc do knajpy, podwoził sąsiada na drugi brzeg Wisły. Po pierwsze, go lubił. W apartamentowcu, w którym uwił przed dwoma laty gniazdko, pan Julian był chyba jedynym lokatorem, który okazywał mu życzliwość i świadczył drobne, sąsiedzkie przysługi. No i – po drugie – starszy pan cały wolny czas (a miał go sporo) spędzał na śledzeniu wiadomości z giełdy i czytaniu fachowych analiz. Dzięki temu Grzegorz miał podczas porannych peregrynacji przez miasto nie tylko towarzystwo do pogawędki, ale i darmowe doradztwo inwestycyjne.

– Przebicie pewnie będzie niezłe, jak to przy prywatyzacjach. Tylko ile panu tych akcji pozwolą kupić? Góra za tysiąc złotych. No to ile pan na tym będzie wygrany? Dwie stówy? – utyskiwał pan Julian.

– Dobre i dwie stówy. U nas w knajpie jest taki jeden, Henio… – zaczął opowieść Grzegorz. – Co przy tego typu okazjach zatrudnia byłą żonę, byłych teściów, krewnych z prowincji, kolegów syna, nawet nasze kelnerki. Wszystkim każe akcje kupować, a potem się z nimi wykłóca, żeby mu zarobek oddawali. Zostawia im, a i to z rzadka, jakieś grosze. Czasem w kuchni słyszymy, jak się awanturuje przez telefon, bo odebrać kasy nie może.

Roześmieli się obaj.

– Rzadko pan o kolegach z pracy opowiada – zauważył pan Julek.

– Ach, wie pan… To raptem parę osób. Jak z nimi całe dnie spędzam, to potem już mam ich dość.

Stanęli na kolejnym czerwonym świetle. Dzień był gorący i słoneczny, a szyby w samochodzie opuszczone. Grzegorz nie znosił klimatyzacji i nie rozumiał, po co ludzie za nią płacą, skoro już dawno wymyślono okna. Długowłosa blondynka za kierownicą auta obok najwyraźniej miała podobne zdanie. Z jej czarnego, terenowego opla dobiegały dźwięki melodii. Poznał kawałek z nowej płyty Stańki, której też ostatnio intensywnie słuchał. Blondynka leciutko kiwała głową w takt; jej twarz częściowo zasłaniały duże okulary przeciwsłoneczne, ale to, co było widać, wyglądało bardzo atrakcyjnie.

– No, to rozumiem, to jest propozycja… – westchnął pan Julian, ale Grzegorz już go nie słuchał. Wychylił się przez okno i zagadał do blond obrazka:

– A poprzednią płytę Stańki pani ma?

Dziewczyna nie zareagowała. Może leciutko się uśmiechnęła, a może tylko mu się wydawało. Światło się zmieniło, wcisnęła gaz i pomknęła w stronę mostu.

– Niektórzy to mają życie… – Właściwie nie wiadomo, który z mężczyzn w nissanie wypowiedział te słowa, bo nagle rozmarzyli się obaj.

– No, a w damskich sprawach to pan w tej pracy coś ciekawego kombinuje? – Pan Julian powrócił do poprzedniego wątku.

– Nie, panie Julku. Pan wie, że ja na razie nie mogę się wysupłać z tego układu z Gośką.

– No, może by panu łatwiej poszło, jakby się panu jakaś nowa buźka spodobała. – Sąsiad nie dawał za wygraną. – Facet z pana przystojny, zawód ma pan rozwojowy, kasy nie brakuje…

– Panie Julku, u nas w restauracji może pan czasem spotkać homara z norweskiego fiordu, wołowinę z Argentyny albo kurczaki z Włoch. Ale dobry dostawca dziewuch jeszcze nam się nie trafił. Kiedyś, na początku, wydawało mi się, że szefowa… Ale jakoś nie wyszło.

– A kelnerki? – Pan Julian fedrował cierpliwie.

– Co pan. Wśród damskiego personelu mamy Ukrainkę z małym dzieckiem, zresztą akurat nie mój typ, ze dwie mężatki, starszą panią sprzątaczkę i jedną, taką młodą po gastronomiku, od niedawna w Warszawie. Nawet sympatyczna, ale musiała się chyba od razu zakręcić koło tych spraw. Jak do nas przyszła, to ledwie potrafiła wydukać, jak ma na imię, ale ktoś ją musiał ośmielić. Dekoltem błyska, makijaż… Nawet stringi zaczęła nosić i tyłek wystawia. Magia stolicy! No, panie Julku, jesteśmy.

– Dzięki, panie Grzesiu. Kochany, a pamięta pan o mojej prośbie? To już za trzy dni.

Beżowy nissan wjechał w zatoczkę przy przystanku.

– Dobra, niech pan wpadnie jutro z pół godziny wcześniej, to się zastanowimy.

– My? Ja przecież nic nie wymyślę. To pan musi. Wie pan, żeby bardziej elegancko…

– Kiedy córka ma te urodziny? – zapytał Grzegorz.

– Jutro, w czwartek. Ale gości zaprosiła na sobotę.

– Dobra, jutro coś zdecydujemy. – Grzegorz machnął na pożegnanie.

– Ja wszystko kupię, co trzeba – upewniał go jeszcze przez okno niedawny pasażer. – Pan mi tylko listę podyktuje. O, niech pan spojrzy! To chyba ta laleczka ze skrzyżowania. – Pan Julian wskazał na zaparkowanego po drugiej stronie ulicy czarnego opla.

Blondynka w ciemnych okularach najwyraźniej na kogoś czekała. Sąsiad pomachał Grzegorzowi ręką z szerokim uśmiechem.

Beżowy nissan ruszył z zatoczki i po chwili przejechał bardzo powoli obok dziewczyny-blondynki i opla-bruneta. W środku wciąż dokazywał Stańko z zespołem, a wydostająca się przez otwarte okno muzyka komponowała się z rozświetloną słońcem, młodą zielenią Saskiej Kępy.

– No więc, czy pani zna jego poprzednią płytę? – rzucił Grzegorz w kierunku dziewczyny.

Spojrzała zdezorientowana, ale po chwili odzyskała pewność siebie i odwróciła głowę.

I jakby się przy tym leciutko uśmiechnęła… A może znów tylko mu się zdawało?

Ruszający z przystanku autobus brutalnie otrąbił blokującego ruch nissana. Pora jechać do Tutto Bene.

10:10

4. Oczywiście, jak zwykle miał zagwozdkę na parkingu, ale po chwili kręcenia się w kółko Grzegorz znalazł wolne miejsce. Daleko, bo daleko, ale dobrze, że w ogóle. Zabrał z auta torbę z rzeczami, przerzucił ją przez ramię, piknął pilotem i pomaszerował do knajpy.

Kilkanaście metrów przed restauracją zauważył, że coś nie gra. Przed wejściem tkwił policjant, na chodniku stało kilka niedbale zaparkowanych samochodów, w tym jeden radiowóz. Widać też było grupę ludzi gadających o czymś z ożywieniem.

Przyśpieszył kroku, minął dwie blokujące chodnik pańcie, kilku pokrzykujących do siebie chłopaków i zatrzymał się przed samymi drzwiami, przed którymi stał funkcjonariusz, młody i sztywny, unikający wzroku gapiów, zapatrzony w dal.

Co też tu się stało, alarm bombowy? – myślał gorączkowo Grzegorz, porządnie zaniepokojony. A może ten gnój Norbert coś nakręcił, kogoś zrąbał na kasę i go postraszyli? Nie było czasu, żeby kombinować.

– Dzień dobry, panie władzo! Co tu się dzieje? – zapytał grzecznie, podchodząc.

Młody funkcjonariusz nawet na niego nie spojrzał. Nie przestawał gapić się w przestrzeń.

– Nie pana sprawa – odparł służbiście. – Informacji nie udzielamy. Proszę się tu nie gromadzić! – rzucił nie tylko do Grześka, ale i do innych gapiów, którzy usłyszawszy pytanie, postąpili bliżej i zastrzygli uszami.

– Panie, ale ja tu pracuję – zaoponował Grzegorz, usiłując zajrzeć do Tutto Bene przez przeszklone drzwi. We wnętrzu zamajaczył tłum ludzi, nie – jak zwykle – siedzących, ale na nogach.

Policjant spojrzał nań wreszcie. Oczy miał jasne i przejrzyste jak dziecko. Skinął głową w stronę restauracji.

– Tu? W tej knajpie pan pracuje? – upewnił się.

– Tak. Jestem szefem kuchni.

– To pan wchodzi. – Ponownie kiwnął głową i zrobił krok w bok.

Grzegorz wszedł do środka.

Miłe zazwyczaj wnętrze przedstawiało obraz nędzy i rozpaczy. Stoliki stały w kompletnym nieładzie, podłoga była zadeptana, w powietrzu unosiły się kłęby papierosowego dymu. Jednak przede wszystkim, na samym jej środku widniała wielka, ciemna plama… Grzegorz przyjrzał się jej uważnie – miała konsystencję zaschniętej mazi. Coś wokół niej było pozaznaczane, takimi żółtymi znaczkami. Nie bardzo wiedział co, ale po plecach przebiegł mu zimny dreszcz. Cholera, pomyślał przerażony, chyba kogoś tu sprzątnęli. Wczoraj czy dzisiaj? Rany boskie!

Rozejrzał się po tak dobrze znanej sali, ale nie zauważył żadnego kolegi. Norberta też nie było, za to kręciło się kilku facetów w wymiętych koszulach, którzy coś tam mierzyli. Pod samym oknem siedział umundurowany policjant, dość tępo gapiąc się na stojące na półkach butelki. Nie było jasne, kto rządzi, więc Grzegorz przystanął w progu, czekając na jakiś ruch. Rzeczywiście, po chwili od gadającej przy barze grupki oderwał się najwyższy, szczupły facet w tweedowej marynarce i podszedł do niego.

– Pan…? – Zawiesił pytająco głos.

– Grzegorz Dolan. Jestem szefem kuchni – odpowiedział powoli, nie przestając rejestrować wszystkiego, co widzi. – Co tu się stało?

– Komisarz Górzyański, komenda rejonowa policji. Pan pozwoli, że najpierw ja będę pytał. O której pan stąd wczoraj wyszedł?

– Zaraz, chwila, muszę pomyśleć…

– Usiądźmy może. – Górzyański wskazał wolny stolik opodal baru.

Grzegorz ciężko opadł na krzesło. Usiłował oswoić się z sytuacją. Nie palił już od trzech miesięcy, ale teraz cholernie potrzebował papierosa. Zaczął szukać po kieszeniach, ale po chwili uświadomił sobie, że to daremne. Wziął więc do ręki serwetkę i zmiął, zastanawiając się intensywnie, jak to było wczoraj. Gliniarz już zaczynał mu się przyglądać podejrzliwie, namysł był chyba zbyt długi.

– Wyszedłem o dwudziestej trzeciej piętnaście… – powiedział wreszcie Grzegorz. – W lokalu zostało już tylko troje gości i nie zanosiło się, żeby ktoś jeszcze miał przyjść. Był zresztą Rychu Gajewski, on zawsze wychodzi ostatni. Henio Rozalski, nasz drugi kucharz, zmył się przede mną. No i Zośka Staszewska też jeszcze była, więc wyszedłem.

– Wyszedł pan frontowymi drzwiami czy od tyłu?

– Od tyłu. Z reguły tamtędy chodzę.

– Czy zaglądał pan na salę przed wyjściem?

– Tak. Zerknąłem, jaka jest sytuacja.

– I co pan zobaczył?

– Dwa stoliki były zajęte. Tu przy trójce siedziała jakaś para, a pod oknem facet.

– Ten facet pod oknem. Przyjrzał mu się pan?

– Przez moment. Chudy, średniego wzrostu. Twarzy nie widziałem. Był odwrócony tyłem i gapił się przez szybę.

– W jakim wieku?

– Czterdzieści? Pięćdziesiąt? Tak mi się zdaje. Naprawdę mu się nie przyglądałem. Omiotłem go wzrokiem. Tak bym to określił.

– A ta para?

– Młodzi. Mocno na siebie napaleni. Całowali się, więc też nie widziałem ich dokładnie. Ona miała zgrabne nogi. Taka lekko pulchna. Tyle zauważyłem.

– Coś może zwróciło pana uwagę, gdy pan wychodził? Jak rozumiem, musiał pan przejść przed witryną?

– Tak, wyszedłem z bramy i poszedłem w lewo. Ale – pokręcił głową – nic nie widziałem. Było pusto. Padał lekki deszczyk. Ani żywej duszy. Samochód miałem za rogiem, więc szybko przemknąłem i pojechałem do siebie, na Mokotów.

– Aha. Czyli nic pan już więcej nie widział?

– Nie. Nic. Co tu się stało, proszę mi wreszcie powiedzieć, na miłość boską. Zabili kogoś? – powiedział, a może nawet i wykrzyczał, dość desperacko, bo cały czas podczas wypytywania niepokój kąsał go jak mamba.

– Ktoś wczoraj strzelał do kelnerki – wyjaśnił gliniarz spokojnie. Popatrzył tak, że Grzegorzowi przeszły po plecach ciarki.

– Której? – Dolan poczuł, że coś mu przeszkadza mówić.

– Oksany Łuczynko.

– Boże! – jęknął. – Przecież ona ma malutkie dziecko. Co za… Kto to zrobił?

– Prowadzimy czynności śledcze.

Grzegorz poczuł się tak, jakby dostał w splot słoneczny.

– O Boże! Ale kaszana. I złapaliście tego… sprawcę?

– Na razie prowadzimy postępowanie.

– Aha. Czyli go nie macie…

Grzegorz zacukał się na moment.

– Gdzie reszta ekipy? – zapytał.

– Wszyscy są na zapleczu. Na razie panu podziękuję. Wkrótce zaproszę pana do komendy, tam sobie te zeznania spiszemy. Gdyby sobie pan przypomniał coś jeszcze, proszę dzwonić.

Górzyański wyciągnął z kieszeni nieco wyświechtaną wizytówkę. Wyglądała jak z recyklingu.

– Tak, oczywiście, jasne. – Grzegorz był w szoku. – Cholera. Oksana. Taka miła dziewczyna. Co za skurwiel to zrobił?

10:30

5. O ile na sali panował bałagan, zamęt i ruch, o tyle na zapleczu nastrój był zdecydowanie grobowy.

Lucyna, w rozchełstanej bluzce i rozmazanym makijażu, łkała, oparta o Rycha, który od czasu do czasu nieporadnie poklepywał ją po plecach, gapiąc się pustymi oczami w przestrzeń. Dziewczyna miała na sobie strój roboczy, ciut przyciasny mundurek, którego, jak Grzesiek wiedział, szczerze nie znosiła. Ponoć skracał ją optycznie. Ach te baby… Rysiek natomiast był ubrany normalnie, w stare dżinsy i bluzę adidasa, inną niż wczoraj. Czyli przyjechał, tak jak i on, z domu.

Mała Zośka siedziała na krześle przy wyspie i patrzyła na swoje stopy. Nos miała czerwony, oczy zapuchnięte, ręce w kieszeniach bluzy zwinięte w pięści. Widać było, że swoje już odpłakała. Heniek Rozalski zaś opierał się o metalowy blat. W ręku trzymał szklankę, którą kołysał bezmyślnie, a woda, czy co tam w niej było, wychlapywała się na podłogę. Też nie wyglądał najlepiej.

Norbert jeszcze się nie zjawił. Zwykle o tej porze załatwiał różne urzędowe głupoty, umawiał się z dostawcami, co i kiedy mają przywieźć, robił ostatnie zakupy. Zresztą diabli tylko wiedzieli, czym się zajmował naprawdę. W knajpie pojawiał się zwykle około dwunastej, rzucając im to, co zamówili.

Helenka Kamecka, która – jak to sprzątaczka – zazwyczaj przychodziła pierwsza, siedziała na stołku w kącie i chlipała. Napuchłe grube nogi miała zaplecione w obwarzanek. W podwiniętej spódnicy nie wyglądała zbyt apetycznie: z czerwonymi oczami i nosem zapuchniętym od kataru tudzież widocznym kawałkiem niezbyt apetycznego uda. W ręku międliła kawałek papierowego ręcznika, w który głośno wycierała nos. Cała rolka stała tuż obok, na pustym blacie. Korzystały z niej chyba wszystkie obecne na zapleczu kobiety (facetów raczej o to nie podejrzewał), bo kosz na śmieci pełen był pomiętych skrawków w biało-różową kratkę.

Miśka, barmana, też jeszcze nie było, i nie dziwota. On przychodził dopiero na otwarcie.

Grzegorz stanął w progu i przez chwilę patrzył na całą tę gromadkę. Oni, jak na komendę, zagapili się w niego.

– Cześć – powiedział. – No to wesoło.

– No. – Heniek zsunął się z blatu i zbliżył do Dolana, niebezpiecznie balansując szklaneczką. – Od wczoraj masakra. Mnie złe podkusiło i wróciłem po paczkę, com jej zapomniał. Ta biedna Sanieczka… Co to za historia! No, po prostu we łbie się nie mieści. Żyła i bach, leży martwa.

– Coś wiadomo, kto to zrobił? Jak to się stało? Widział ktoś coś? – zapytał Grzegorz, przyglądając się zmaltretowanym twarzom.

Stojąca tuż przy nim Zosia zaczęła nieskładnie opowiadać, a on słuchał jej w milczeniu. Starał się zrozumieć.

– To właściwie nie widziałaś, kto strzelał, ale wygląda, że ten spod okna?

– Tak. Gapiłam się na kartoniki za barem, a już był przy drzwiach. No i jak wychodził, musiał strzelić do Sani.

– A ona… Umarła tutaj, na miejscu? Czy w szpitalu?

– Nie… Nie wiem, znaczy. Zaraz wezwaliśmy pogotowie i policję, i jak przyjechali, znaczy lekarz, to jeszcze żyła. Tak powiedział. Założyli jej maskę i ją wzięli do karetki. Ale była nieprzytomna, wszędzie pełno krwi. Najpierw nie widziałam krwi, jak do niej dobiegłam, myślałam, że się po prostu potknęła albo coś… Zasłabła… A potem… Wszędzie krew, wszędzie krew… – zakrztusiła się. Znowu zaczęła płakać.

– To ona umarła później? Nie tu?

– Znaczy… – zająknęła się Zosia. – Ja nie wiem, czy umarła. Oni ją zabrali i nic mi nie mówili. Tylko pytali o całą sytuację.

– A jak ten koleś spod okna wyglądał? – zapytał Grzegorz.

– Taki nijaki – wtrąciła się Lucyna. – Też go widziałam. Nie wbił mi się w pamięć. Jakaś czterdziecha, szare oczy, sweter zielonoszary chyba. Cały czas w okno patrzył albo łeb spuszczał. Kurtkę trzymał na krześle obok. Proponowałam, żeby odwiesił, ale nie chciał.

– Ja go w ogóle prawie nie widziałam – dorzuciła Zosia. – Tyłem siedział. Chudy jakiś.

– No nic. Pójdę i zapytam, co i jak z Oksaną. Może mi powiedzą. – Grzegorz odwrócił się na pięcie.

W sali jadalnej nadal nie działo się nic ciekawego. Policjanci siedzieli na krzesłach porozstawianych bez ładu i składu. Wszystko było już dawno obfotografowane, dochodzeniowcy pozdejmowali odciski palców, pozbierali próbki, a Górzyański z jakimś drugim stali przy barze, ale nie opierali się o kontuar. Grzegorz podszedł.

– Przepraszam…

– Tak? – Komisarz odwrócił się, przechylając głowę i wpatrując się w Dolana badawczo.

– Co z Oksaną? Bo ludzie mówią, że żyła, jak ją zabierali.

– Jest w śpiączce. Lekarze nie dają jej, niestety, szans.

– Czy my… Możemy ją odwiedzić?

– Nie. Leży na OIOM-ie. Moi ludzie jej pilnują.

Grzegorz skinął głową. Już miał wracać do kuchni, gdy jeszcze coś przyszło mu do głowy.

– Długo mamy jeszcze tu siedzieć? Kobiety są wykończone.

Komisarz spojrzał na tego drugiego, młodszego nieco, masywnego faceta w bawełnianej, pomiętej kurtce.

– Panie prokuratorze?

Zaskoczył Grzegorza, który nie tak wyobrażał sobie prokuratora. Cóż, bywają widać prokuratorzy niezbyt eleganccy…

– Możemy ich już zwolnić.

– Słyszał pan. Mogą iść do domu.

– A ja?

– Pan też, oczywiście. Wszystkich wezwiemy do komendy na ponowne przesłuchania.

– Tak, oczywiście. Dziękuję.

Grzegorz się ukłonił. Tamci dwaj, nie poświęcając mu dłużej uwagi, powrócili do przerwanej rozmowy.

Na zapleczu ekipa stała tak, jak ją zostawił, zagapiona w drzwi. Gdy wszedł, skierowały się na niego wszystkie oczy.

– No i co z Sanią? – Nie wytrzymała Zośka.

– Żyje. Jest nieprzytomna. Tak mówi ten policjant.

Lucyna znów zapłakała, głośno jak wiejska baba, z piskiem, chlipem. Aż Grzegorzowi coś zgrzytnęło w głowie.

Odsunął się od niej o krok.

– Ale mam jedną dobrą wieść: możecie spadać do domów – powiedział. – Ty, Heniu, odwieziesz może Lucy i Helenkę? Wy chyba gdzieś blisko siebie mieszkacie?

– Nie ma sprawy. – Henio wyglądał niemal radośnie. Szklaneczkę, widać z wodą, odstawił na blat.

Wiadomość, że mogą już iść, wyraźnie go ożywiła.

– A ty, Rychu, Zośkę?

Rychu pokręcił przecząco głową. Duży i zwalisty, wyglądał na trochę upośledzonego. Może i coś w tym było, bo strasznie autystyczny był przy robocie. Dlatego gdy przed miesiącem oznajmił, że się żeni, wszystkich zatkało. Nigdy się nie zająknął, że kogoś ma, a tu od razu ślub. No i potem ta Iwona. Jak ją zobaczyli w kościele – normalnie oniemka. Superlaska, młoda, niepasująca ani trochę do męża. Toteż Grześka jakoś niespecjalnie zdziwiły jego słowa.

– Nie mam dziś auta. Zostawiłem rano Iwonce i przyjechałem autobusem.

Ostatnio Rychu zapierniczał środkami komunikacji miejskiej, zaś jego golfem pomykała małżonka.

– W takim razie to ja was oboje odwiozę – zadeklarował Grzegorz i wszyscy po chwili wahania opuścili lokal frontowymi drzwiami. Komisarz Górzyański z oddali kiwnął im głową, niemal nie zwracając na nich uwagi. A przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

11:15

6. Świat był jasny, powietrze niemal przejrzyste, pełne majowych dźwięków i zapachów. Promienie słońca sączyły się przez gałęzie kwitnących kasztanowców, kładąc się jasnymi smugami na ulicy. Słychać było jazgot wróbli, gołębie chodziły dostojnie i jakby ociężale, niedbale wydziobując to i owo z chodnika. Zosia stała przy samochodzie Grzegorza. Patrzyła na wszystko, co wokół: psy siusiające na krzaki, dzieci hałasujące na pobliskiej ławeczce, kobietę pchającą pracowicie wózek obwieszony zakupami i zerkającą na śpiącego, okutanego kocykiem niemowlaka. Jakby nic się nie zdarzyło. Jakby wszystko szło tak, jak powinno. Staruszek jadł słodką bułkę, siedząc na ławce, obok biegała mała dziewczynka, ganiająca śmiesznego psiaka z białą łapką, a starsza pani na sąsiedniej ławce rozkładała dużą płachtę gazety. Dokoła toczyło się powszednie życie, ale dla Zosi nic już nie było tak, jak być powinno. Nie wiedzieć czemu miała poczucie, że już nigdy nie będzie tak, jak powinno być. Sanię ktoś próbował zabić. To było… potworne, ale chodziło nie tylko o to. Coś zostało złamane, zniszczone. W jednej chwili. Ona, Zosia, coś straciła. Niewinność? Ufność? Poczucie bezpieczeństwa? Wiarę, że drobne wydarzenia dnia codziennego są czymś ważnym, nie tylko dekoracją, za którą ukrywają się rzeczy złe i podłe? Że są tuż obok. Sama nie wiedziała, skąd u niej takie myśli. Ale przyszły. I już.

Potrząsnęła głową, jakby chciała je odgonić. Żeby świat znów był przyjazny i radosny.

Grzegorz piknął pilotem, więc odruchowo sięgnęła do klamki i wsiadła do nissana. Usiadła na fotelu dla pasażera, a Rychu umościł się z tyłu. Było jej zimno. Na dworze upał, w samochodzie upał, a ona czuje się jak na Syberii!

Kiedyś bardzo przeżywałaby jazdę z Grzechem, nadzieję, że może się zaprzyjaźnią… Jednak dziś nic dla niej nie znaczyła. Chciała tylko do domu, chciała wślizgnąć się do swojego zabałaganionego pokoju i zniknąć pod kołdrą. Ale czy będzie mogła tak po prostu zasnąć? Kiedy jej się to uda? Jakoś nie potrafiła sobie tego wyobrazić.

Była rozedrgana, zdenerwowana, pobudzona.

Grzegorz ruszył powoli, usiłując się włączyć do ruchu. Zosia patrzyła przez okno na kobietę z wózkiem. Biedna Sania. I biedna Marynka. Co z nią będzie? A właściwie… Co z nią?

– A co z Marynką? – Odwróciła się od szyby.

Grzegorz zmienił bieg.

– Z jaką Marynką? – zdziwił się. Słyszał to imię po raz pierwszy.

– No, z córeczką Sani.

– A skąd ja mam wiedzieć, Zochna? Chyba policja się tym zajęła.

– Ale… Może powinniśmy się zapytać, zainteresować… – powiedziała, niepewnie patrząc na niego spod potarganej grzywki. – Ona zostawała z jakąś Sani znajomą. Swietką. I co? Jak Sania nie wróciła?

– No racja. Mówiłaś o dziecku komisarzowi?

– Nie. Zapomniałam. Znaczy mówiłam. Że ma córkę. Ale żadnych detali, że ona sama. Bez nikogo.

Grzegorz zmieniał pas i wyprzedzał ślimaczącą się skodę. Myślał o Sani. No, nieźle sobie radziła. Pracowała prawie do porodu. Pod koniec bał się nawet, że dziewczyna zacznie rodzić w pracy, bo brzuch miała ogromny i widać było, że jest jej już ciężko, ciągle jednak zasuwała na tych swoich szpilach. A potem nie przyszła w weekend i się domyślili, że rodzi. Dziewczyny chciały się do niej wybrać, ale komórki nie odbierała, więc nie wiedziały, gdzie jest. Nie było jej równo przez tydzień. Potem się pojawiła, jakby nigdy nic, i stanęła, jak zwykle, do pracy. Nigdy się nie skarżyła. Grzegorz tylko poprosił Norberta, żeby ten przesunął jej trochę godziny, tak aby mogła wychodzić wcześniej, i dał wolne w poniedziałki. Norbert na początku trochę sarkał, ale Grzegorz go uciszył. W poniedziałki prawie nie było klientów. Lucyna mu to podsunęła. Sama Sania o nic nie poprosiła. Zależało jej na robocie. Dziewczyny miały ochotę wpaść do niej, obejrzeć dziecko, słyszał, jak się przymawiały, ale Oksana się wykręcała, przesuwając wizytę na później. Coś jej ciągle nie pasowało.

– Ta Swietka to kto dla niej? – zapytał, trąbiąc na wlokące się przed nim auto.

Zośka podskoczyła. Była, jak zauważył, ciągle spięta.

– Nikt. Koleżanka – odparła. – Sania płaciła, żeby się Swieta zajęła małą, kiedy ona pracowała. Normalnie Oksana mieszkała z taką jedną Wierą, która się opiekowała Marynką w zamian za mieszkanie i jakieś tam pieniądze, ale Sańka mówiła, że ona teraz na Ukrainie, już drugi miesiąc czeka na wizę. Więc wzięła tę Swietę do opieki, ale średnio z niej była zadowolona. Tak – powiedziała Zośka i jakby dla potwierdzenia własnych słów pokiwała głową. Jej zawsze niesforna grzywka znów wpadła do oczu. Odgarnęła ją dłonią i spojrzała gdzieś tam przed siebie, czy w siebie. A może w nicość? Grzegorz nie wiedział. Widział tylko, że odpłynęła.

11:50

7. Samochód przemykał ulicami Ursynowa, mijał kolejne bloki, aż wreszcie zatrzymał się przed szerokim, niezbyt wysokim, przysadzistym budynkiem, pomalowanym na fikuśny turkus. Tu mieszkał Rychu, który całą drogę siedział cicho z tyłu. Nic dziwnego, zawsze był milczkiem. Grzegorz odwrócił się i zobaczył, że Rysiek śpi. Miał zamknięte oczy i posapywał lekko, z głową opartą na piersi.

Ten to ma wrażliwość, pomyślał z przekąsem. Słonia.

– Hej, hej! – zakrzyknął. – Budź się! Rysiek!

Rychu otworzył oczy, rozejrzał się, zobaczył turkusik swojego domu, zamrugał rzęsami, wziął plastikową torbę z dobytkiem i z wymamrotanym pod nosem cichym „cześć" wyszedł z auta.

Kiedy zostali we dwoje, Grzegorz wyciągnął z kieszeni pomiętą wizytówkę Górzyańskiego i wystukał numer na klawiaturze.

– Dzwonię do tego gliny… – poinformował Zosię.

Po kilku sygnałach usłyszał głos komisarza.

– Górzyański.

– Tu Dolan, szef kuchni z Tutto Bene. Chciałbym się dowiedzieć, czy ktoś od was zajął się dzieckiem Oksany? Co z tą małą? Z Marynką?

– Dzieckiem? Chwila. Proszę zaczekać…

Zosia spojrzała na przyciskającego słuchawkę do policzka Grzegorza i pomyślała, że życie jest dość podłe. Coś, co by ich mogło połączyć, jest tak przerażające, że pewnie ich oddali.

Tuż obok bloku znajdował się plac zabaw, teraz, w środku dnia, pełen bawiących się dzieci i matek. I wózków. Wszyscy, których sylwetki widziała z daleka, sprawiali wrażenie radosnych i odprężonych, a ona czuła się, jakby coś jej amputowano. Boże, to uczucie pustki, próżni, ciążyło nie do wytrzymania. Gdyby mogła coś zrobić, czymś się zająć, może by od niego uciekła.

Może właśnie w ogródku? Wmieszałaby się w ten tłumek, stała jedną z nich, i wszystko by zniknęło? Znów potrząsnęła głową, odganiając głupie myśli. Czuła potrzebę ruchu i potrzebę spokoju jednocześnie. Całkiem to wszystko porąbane, pomyślała.

Tymczasem Grzechu zaczął coś mówić do telefonu. Słyszała tylko: „Tak, tak, rozumiem, zaraz".

– Pyta, czy jej adres to na pewno Jagiellońska 45 m. 8?

– Czekaj. – Zosia wyciągnęła kalendarzyk z torby. – Tak – potwierdziła po chwili.

Grzegorz powtórzył i zakończył rozmowę.

Wyłączył aparat, popatrzył na Zosię.

– Pod tym adresem nikogo nie było – powiedział. – Ani dorosłego, ani dziecka. Tylko zamknięte na głucho drzwi.

17:50

8. Pedro chyba wiedział, co się święci, bo najwyraźniej postanowił przedsięwziąć środki zaradcze. Rzadko kiedy zawodziła go intuicja. Jak zwykle w chwilach zagrożenia pierwszym pomysłem było wejście pod kredens. Zadziałało na krótko, bo jego pan rozgryzł już ten numer i nauczył się wygarniać go stamtąd jednym szybkim ruchem. Potem pozostawała już tylko ucieczka z piskiem i postękiwaniem albo udawanie trupa. Kiedy w domu były dzieci, próbował chować się w ich pokojach. Wiedział, że może liczyć na wstawiennictwo Ali albo Maćka.

– Tato, zostaw go, jemu się nie chce. On nie ma tyle energii, co ty. Jest mały – próbowała przemówić ojcu do rozumu Ala.

– Pies męczy psa… – rzucał ponuro Maciek.

Ale teraz oba pokoje młodzieżowe były puste i zamknięte. A Pedro stał nos w nos z panem komisarzem i wiedział, że może liczyć wyłącznie na siebie. A to prawie zawsze oznaczało porażkę, czyli konieczność wyjścia z domu.

– Przestań się wygłupiać, chłopie. – Górzyański zbliżał się ze smyczą. – No chodź, nie leń się. Odwalisz spacer i już nie będziesz musiał wychodzić wieczorem.

Pedro w odruchu desperacji rzucił się na wznak, zamknął oczy i zastygł bez ruchu.

– No tak, tak… Zdechł pies. – Górzyański podrapał buldożka po brzuchu. – Ale mi się trafił ognisty Pedro. No chodź, nie będę biegać, pójdziemy spacerkiem.

Było jeszcze za wcześnie na codzienny spacer. Ale też nie o przechadzkę tu chodziło. Górzyański przez cały dzień nie mógł się dowiedzieć, co dzieje się z córeczką tej Ukrainki z Tutto Bene. A czuł, że los dziecka może być kluczem do życia Oksany Łuczynko. Być może jedynym, jaki mu zostanie, jeśli kobieta umrze. W mieszkaniu na Jagiellońskiej przez cały dzień panowała cisza. Dzieckiem powinna się zajmować koleżanka Oksany, Swietłana. Czyżby zostawiła dziecko samo? Jeśli nie – dokąd je zabrała? Czy Oksana miała tu jakichś krewnych albo przyjaciółki? Te pytania na razie musiały pozostać bez odpowiedzi, bo Górzyańskiemu nie udało się ustalić nawet nazwiska tej drugiej Ukrainki. Trzeba na to trochę więcej czasu, a tymczasem dzieciak może potrzebować opieki. Może dziewczyna się wystraszyła, kiedy Oksana nie wróciła na noc? Albo dowiedziała się o morderstwie i zwiała, żeby nie mieć kontaktów z polską policją, bo jest tu nielegalnie… Ale skąd miała się dowiedzieć? Chyba że…

Ze Stalowej, gdzie mieszkał, na Jagiellońską nie było daleko. Pedro, oczywiście, o tym nie wiedział i bał się kolejnego szaleństwa swojego pana. Nigdy nie było wiadomo, na jak długo naprawdę wychodzą, ile będzie przy tym biegania, ile jazdy ryczącymi samochodami albo czekania gdzieś w bramie czy na deszczu. A jeszcze nie raz i nie dwa kończyło się na oddaniu psa na trochę jakiemuś kumplowi (albo i kumpelce!) i biedny Pedro musiał nocować w całkiem obcym domu. Dopiero nazajutrz trafiał – zupełnie, rzecz jasna, wykończony nerwowo – do własnego koszyka, odwieziony do domu albo odebrany przez kogoś ze swoich.

Teraz przynajmniej nie chodziło o bieganie. Pan nie miał na nogach białych adidasów, tylko czarne buty. Właśnie mieli wychodzić. Pedro definitywnie tkwił już na końcu smyczy, którą Górzyański bezlitośnie trzymał w ręku, kiedy nagle pojawiła się nadzieja. Usłyszał na schodach – oczywiście znacznie wcześniej niż jego pan – kroki powracającej do domu pani. Po chwili drzwi się otworzyły i stanęła w nich Kamila Górzyańska.

– Wchodzicie czy wychodzicie? – zapytała, widząc scenkę w przedpokoju. Pedro oparł się łapami o jej kolana i zaczął postękiwać radośnie. Kamila pochyliła się i podrapała go za uszami.

– Wychodzimy – odpowiedział Górzyański, jedną ręką pomagając żonie zdjąć cienką kurtkę (odłożenie smyczy i uwolnienie drugiej ręki oznaczałoby, oczywiście, ucieczkę Pedra i opóźnienie całej akcji o kolejne parę minut).

– A gdzie cię niesie? – zapytała. – Młodych jeszcze nie ma?

– Muszę coś sprawdzić w jednym mieszkaniu. Niedaleko.

Górzyański zawahał się, bo coś nagle przyszło mu do głowy. Gdyby okazało się, że dziecko jest samo, głodne, zapłakane i zafajdane, może dobrze byłoby mieć przy sobie kogoś, kto lepiej umiałby poradzić sobie z sytuacją? Odrzucił jednak tę myśl, bo zdawał sobie sprawę, że Kamila po całym dniu w aptece ma lepsze pomysły na popołudnie. Poza tym naprawdę nie wiedział, co dzieje się na Jagiellońskiej. Jego ludzie kilkakrotnie odwiedzali ten adres w ciągu dnia, ale nikogo nie zastali. Komisarz już wystąpił do prokuratury o nakaz przeszukania, ale na razie wciąż nie miał papierka. Jutro na pewno go dostanie, w końcu zniknęło dziecko, a tam mogą być jakieś ślady. Na razie postanowił osobiście pójść pod drzwi poszkodowanej. A nuż coś zobaczy? To w końcu sprawa niecierpiąca zwłoki, więc może jakoś się wytłumaczy z samowolnego wejścia do środka. A przy okazji to taki sam dobry kierunek spaceru jak każdy inny.

– Nie wiem, może będę potrzebować twojej rady. W razie czego zadzwonię. Maciek polazł do tego swojego klubu, a Ala pewnie zaraz wróci z angielskiego.

Kamila weszła do łazienki, żeby umyć ręce.

– Długo cię nie będzie? I co za rady potrzebujesz? Coś pan komisarz dzisiaj tajemniczy.

– Powinienem być za godzinę, półtorej. Przy okazji przespaceruję psa. A rada… Nic takiego. Mówiłem, najwyżej zadzwonię.

– No dobra. Nie chcesz, nie mów. Odpocznę i zrobię kolację. Oczywiście, nie ma nikogo, żeby mi pomóc. Zrobię makaron według przepisu tego Włocha z TV Delicje.

– Co?! Włocha? Jak to…? – Zbieg okoliczności zaskoczył Górzyańskiego.

– Noo… Rozmawialiśmy o tym. Co ci odbiło? Coś się tak zdziwił?

– Nie, nic. Tylko tak się złożyło, że dzisiaj spędziłem pół dnia we włoskiej restauracji.

– Co?! – Tym razem Kamila nie posiadała się ze zdumienia. – Mówisz, że idziesz do pracy, a przesiadujesz w knajpach? To po co ja mam się męczyć z kolacją?

– Nie w tym sensie. Nie poszedłem jeść. We włoskiej knajpie na Saskiej Kępie ktoś strzelał do kelnerki.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej.

14 maja, czwartek

Dostępne w wersji pełnej.

15 maja, piątek

Dostępne w wersji pełnej.

16 maja, sobota

Dostępne w wersji pełnej.

17 maja, niedziela

Dostępne w wersji pełnej.

18 maja, poniedziałek

Dostępne w wersji pełnej.

19 maja, wtorek

Dostępne w wersji pełnej.

20 maja, środa

Dostępne w wersji pełnej.

21 maja, czwartek

Dostępne w wersji pełnej.

22 maja, piątek

Dostępne w wersji pełnej.

25 maja, poniedziałek,

trzy dni później

Dostępne w wersji pełnej.

26 maja, wtorek

Dostępne w wersji pełnej.

18 lipca, czwartek,

dwa miesiące później

Dostępne w wersji pełnej.

Dziękujemy Włodzimierzowi Grudzińskiemu za ciekawe rozmowy o kartach kredytowych. Mamy nadzieję, że niczego nie pokręciliśmy.

Copyright © Manula Kalicka,

Zbigniew Zawadzki, 2012

Projekt okładki i zdjęcie na okładce

Mariusz Banachowicz

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Jolanta Tyczyńska

ISBN 978-83-7839-929-2

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.proszynski.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Koniec i początek Dziewczyna z kabaretu Kulminacje Tutto bene Szczęście za progiem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer