Zabójczyni i Czerwona pustynia

Zabójczyni i Czerwona pustynia

Autorzy: Sarah Maas

Wydawnictwo: Uroboros

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 136

Cena książki papierowej: 19.90 zł

cena od: 8.75 zł

Celaena Sardothien, zabójczyni znana na całym kontynencie, wyrusza w podróż, która ma odmienić jej życie. Okaleczona i upokorzona przez swojego Mistrza, zostaje wysłana na szkolenie daleko na południe, do sessiz suikast – okrytych złą sławą Milczących Zabójców. By wypełnić zadanie, Celaena musi zdobyć list polecający od samego Niemego Mistrza, a nie będzie to łatwe zmuszona będzie stawić czoła nie tylko morderczym przygotowaniom, ale również zabójczemu dla przybysza z dalekiej północy pustynnemu klimatowi.

Sa­rah J. Maas

ZABÓJCZY­NI I CZER­WO­NA PU­STY­NIA

przełożył Mar­cin Mort­ka

Tytuł ory­gi­nału: The As­sas­sin and the De­sert

Co­py­ri­ght © Sa­rah Maas 2011

This trans­la­tion of The As­sas­sin and the De­sert is pu­bli­shed by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o. by ar­ran­ge­ment with Blo­oms­bu­ry Pu­bli­shing Plc.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Roz­dział pierw­szy

Cały świat gdzieś znikł, po­zo­stał je­dy­nie pia­sek i wiatr.

Taka myśl na­wie­dziła Ce­la­enę Sar­do­thien, gdy stała na szczy­cie kar­ma­zy­no­wej wy­dmy i pa­trzyła w dal. Upał był przytłaczający, na­wet po­mi­mo wia­tru. Ubra­nie przy­le­gało do jej spo­co­ne­go ciała, ale pot – we­dle słów prze­wod­ni­ka no­ma­dy – był niezbędny. Czer­wo­na Pu­sty­nia sta­wała się nie­bez­piecz­nym miej­scem, do­pie­ro gdy człowiek przesta­wał się pocić. Pot przy­po­mi­nał o tym, że należy pić. Jeśli upał nie­ocze­ki­wa­nie go osu­szał, wędro­wiec mógł ulec od­wod­nie­niu.

Och, przeklęty upał. Wdzie­rał się we wszyst­kie pory skóry, po­wo­do­wał ból mięśni oraz wściekłe pul­so­wa­nie w głowie. W porówna­niu z nim lep­kie gorąco w Za­to­ce Cza­szek wy­da­wało się wręcz błogosławieństwem. Ce­la­ena oddałaby wszyst­ko za najlżej­szy po­wiew chłod­ne­go wia­tru!

Stojący obok niej no­ma­da wska­zał dłonią w ręka­wicz­ce południo­wy zachód.

– Tam są ses­siz su­ikast – po­wie­dział.

Ses­siz su­ikast. Milczący Zabójcy. Le­gen­dar­ny za­kon, z którym miała ćwi­czyć.

„Masz się na­uczyć posłuszeństwa i dys­cy­pli­ny” – rzekł Aro­bynn Ha­mel. Za­po­mniał dodać: W sa­mym środ­ku lata na Czer­wo­nej Pu­sty­ni.

Wy­pra­wa tu­taj była karą. Dwa mie­siące wcześniej Aro­bynn wysłał Ce­la­enę oraz Sama Cor­tlan­da do Za­to­ki Cza­szek z ta­jem­niczą misją. Tam od­kry­li, że ich za­da­niem było właści­wie pośred­nic­two w han­dlu nie­wol­ni­ka­mi. Choć obo­je byli zabójca­mi, nie spodo­bało im się to zle­ce­nie i nie zważając na kon­se­kwen­cje, uwol­ni­li nie­wol­ników. Aro­bynn do­praw­dy nie mógł wymyślić dla niej gor­szej kary, a sądziła, że dał już po­kaz swo­ich możliwości. Sińce i ska­le­cze­nia, które po­zo­sta­wił na jej twa­rzy mie­siąc temu, wciąż się nie za­goiły.

Ce­la­ena skrzy­wiła się. Pod­ciągnęła szal zasłaniający usta oraz nos, a po­tem zeszła z wy­dmy. Jej nogi grzęzły w pia­chu, ale i tak było to miłe, długo wy­cze­ki­wa­ne uroz­ma­ice­nie po wy­czer­pującej wędrówce przez Śpie­wające Pia­ski, gdzie pojękiwało i po­mru­ki­wało każde ziarn­ko. Przez cały dzień zwra­ca­li uwagę tyl­ko na własne kro­ki. Należało stąpać tak, by me­lo­dia pia­sku roz­brzmie­wała ryt­micz­nie. W prze­ciw­nym ra­zie – we­dle słów no­ma­dy – podłoże mogło się prze­isto­czyć w trzęsa­wi­sko.

Zabójczy­ni zeszła z wy­dmy, ale za­trzy­mała się, gdy uświa­do­miła so­bie, że nie słyszy kroków prze­wod­ni­ka.

– Nie idziesz da­lej?

Mężczy­zna wciąż stał na szczy­cie, wska­zując ho­ry­zont.

– Trzy ki­lo­me­try tam.

Słabo władał wspólnym, ale w miarę do­brze go ro­zu­miała.

Ściągnęła szal zasłaniający usta i skrzy­wiła się, gdy nie­sio­ne wia­trem zia­ren­ka pia­sku zaczęły kąsać jej spo­coną twarz.

– Zapłaciłam ci, abyś mnie tam za­pro­wa­dził.

– Trzy ki­lo­me­try – powtórzył no­ma­da i po­pra­wił wiel­ki ple­cak. Opa­loną twarz mężczy­zny przesłaniała chu­s­ta, ale dziew­czy­na i tak wi­działa strach w jego oczach.

Tak, tak, ses­siz su­ikast wzbu­dza­li nabożny lęk w miesz­kańcach pu­sty­ni. Zna­le­zie­nie prze­wod­ni­ka, który zgo­dziłby się za­pro­wa­dzić Ce­la­enę w po­bliże ich for­te­cy, gra­ni­czyło z cu­dem, a mimo to się udało. Oczy­wiście pro­po­no­wała im złoto, ale na­wet suta zapłata nie po­pra­wiała sy­tu­acji. No­ma­dzi po­strze­ga­li ses­siz su­ikast jako cie­nie śmier­ci i wszyst­ko wska­zy­wało na to, że jej prze­wod­nik nie zro­bi już ani kro­ku da­lej.

Zabójczy­ni przyj­rzała się za­chod­nie­mu ho­ry­zon­to­wi. Nie wi­działa nic oprócz wydm i pia­sku układającego się na po­do­bieństwo fal na tar­ga­nym wia­trem mo­rzu.

– Trzy ki­lo­me­try – powtórzył no­ma­da. – Oni cię znajdą.

Ce­la­ena odwróciła się, aby zadać ko­lej­ne py­ta­nie, ale prze­wod­nik już znikł po dru­giej stro­nie diu­ny. Przeklęła go i spróbowała przełknąć ślinę, ale się nie udało. W ustach czuła zbyt wielką su­chość. Należało bezzwłocznie wy­ru­szyć w drogę. Upał przy­bie­rał na sile i w prze­ciw­nym ra­zie mu­siałaby roz­bić na­miot, aby prze­cze­kać mor­der­czo gorące popołudnie.

Trzy ki­lo­me­try. Ile cza­su mogło za­brać po­ko­na­nie trzech ki­lo­metrów?

Pociągnęła łyk z nie­po­kojąco lek­kie­go bukłaka, po czym na nowo zasłoniła twarz oraz usta i ru­szyła w drogę.

Je­dy­nym odgłosem był świst wia­tru prze­my­kającego nad wy­dma­mi.

Kil­ka go­dzin później Ce­la­ena wytężała całą siłę woli, aby po­wstrzy­mać się od sko­ku do sa­dzaw­ki czy uklęknięcia przy jed­nym z po­toków płynących po po­sadz­ce. Nikt jak dotąd nie za­pro­po­no­wał jej wody. Człowiek pro­wadzący ją po krętych ko­ry­ta­rzach for­te­cy z czer­wo­ne­go ka­mie­nia naj­wy­raźniej również nie miał ta­kie­go za­mia­ru.

Trzy ki­lo­me­try? Miała wrażenie, że po­ko­nała ich po­nad trzy­dzieści. Już miała się za­trzy­mać, żeby roz­sta­wić na­miot, gdy wspięła się na szczyt ko­lej­nej wy­dmy, a przed jej ocza­mi roz­kwitły buj­ne, zie­lo­ne drze­wa. Dwie ogrom­ne diu­ny skry­wały bo­wiem oazę, w której wznie­sio­no for­tecę.

Po­twor­nie chciało jej się pić, ale nie na dar­mo na­zy­wała się Ce­la­ena Sar­do­thien i była najsłyn­niejszą Zabójczy­nią Adar­la­nu. Mu­siała dbać o re­pu­tację.

Za­cho­wy­wała czuj­ność, gdy wcho­dzi­li do for­te­cy. Przyglądała się wyjściom oraz oknom i re­je­stro­wała obec­ność war­tow­ników. Po dro­dze minęli kil­ka placów ćwi­czeb­nych, na których lu­dzie w każdym wie­ku i o wszyst­kich ko­lo­rach skóry ćwi­czy­li, wal­czy­li lub sie­dzie­li w ci­szy, pogrążeni w me­dy­ta­cji. Po­tem wspięli się po wąskich scho­dach, które za­pro­wa­dziły ich do wnętrza wiel­kie­go bu­dyn­ku. W cie­niu klat­ki scho­do­wej pa­no­wał roz­kosz­ny chłód, ale już po chwi­li zna­leźli się w długim ko­ry­ta­rzu, gdzie upał znów opadł na Ce­la­enę ni­czym ciężki koc.

Jak na for­tecę rze­ko­mo bez­sze­lest­nych zabójców miej­sce to było sto­sun­ko­wo głośne. Z sal ćwi­czeb­nych do­bie­gał szczęk oręża i wszędzie słychać było brzęcze­nie owadów uwi­jających się wokół drzew i krzewów, śpiew ptaków oraz plusk kry­sta­licz­nie czy­stej wody, try­skającej w każdej kom­na­cie i każdym ko­ry­ta­rzu.

Prze­mie­rzy­li ko­lejną ga­le­rię i do­tar­li do rzędu drzwi. Jej to­wa­rzysz – mężczy­zna w śred­nim wie­ku z bli­zna­mi od­ci­nają-cymi się od ciem­nej skóry ni­czym kre­ski wy­ry­so­wa­ne kredą – nie od­zy­wał się ani słowem. Prze­szli przez drzwi i zna­leźli się w ogrom­nej kom­na­cie. Wzdłuż ścian ciągnęły się po­ma­lo­wa­ne na nie­bie­sko drew­nia­ne słupy, pod­trzy­mujące bal­ko­ni­ki. Zabójczy­ni wy­star­czył je­den rzut oka, aby na­brać pew­ności, że w cie­niach bal­konów czy­hały ja­kieś po­sta­cie. W półmro­ku między ko­lum­na­mi kryły się ko­lejne. Nie miała pojęcia, kim są ci lu­dzie, ale z pew­nością do­ce­nia­li jej war­tość. Do­brze.

Podłoga była wyłożona zie­lo­ny­mi oraz błękit­ny­mi płyt­ka­mi ze szkła, które układały się w mo­zaikę. Wzór pro­wa­dził w kie­run­ku pod­wyższe­nia, na którym – wśród palm w do­nicz­kach – za­sia­dał na po­dusz­kach człowiek odzia­ny w białą szatę.

Nie­my Mistrz.

Dziew­czy­na spo­dzie­wała się, że będzie to wie­ko­wy sta­rzec, ale Mistrz miał około pięćdzie­siątki. Za­darła głowę, gdy zbliżyli się do pod­wyższe­nia. Nie miała pojęcia, czy mężczy­zna w białej sza­cie od za­wsze miał ciemną skórę, czy był to efekt długo­tr­wałego prze­by­wa­nia na słońcu. Uśmiechnęła się lek­ko – w młodości przy­pusz­czal­nie był dość przy­stoj­ny. Po ple­cach dziew­czy­ny spływały kro­ple potu. Mistrz nie miał żad­nej wi­docz­nej bro­ni, ale dwaj służący, wa­chlujący go gałęzia­mi pal­mo­wy­mi, byli uzbro­je­ni po zęby. To­wa­rzysz Ce­la­eny za­trzy­mał się w bez­piecz­nej od­ległości i ukłonił.

Zabójczy­ni poszła w jego ślady, a pro­stując się, zdjęła kap­tur. Była pew­na, że po dwóch ty­go­dniach spędzo­nych na pu­sty­ni jej włosy są w opłaka­nym sta­nie, a do tego obrzy­dli­wie przetłuszczo­ne, ale prze­cież nie przy­była do twier­dzy, aby urze­kać ko­go­kol­wiek urodą.

Nie­my Mistrz przyj­rzał się jej uważnie, a po­tem skinął głową. Prze­wod­nik trącił ją łokciem. Ce­la­ena od­kaszlnęła i zro­biła krok do przo­du.

Wie­działa, że mężczy­zna nie ode­zwie się ani słowem. Po­wszech­nie wia­do­mo było, że złożył śluby mil­cze­nia. Przed­sta­wie­nie się było więc jej obo­wiązkiem. Pamiętała do­brze, co Aro­bynn na­ka­zał jej po­wie­dzieć. Na­ka­zał? „Roz­ka­zał” za­brzmiałoby le­piej. Tym ra­zem nie było mowy o prze­bie­ran­kach, ma­sce czy ko­rzy­sta­niu z fałszy­wych imion. Sko­ro udo­wod­niła, że nie zależy jej na chro­nie­niu in­te­resów Aro­bynna, on sam również nie miał za­mia­ru jej ochra­niać. Dziew­czy­na za­sta­na­wiała się przez długie ty­go­dnie nad spo­so­bem za­ma­sko­wa­nia swo­jej tożsamości – nie chciała, żeby ci lu­dzie do­wie­dzie­li się, kim jest, ale roz­ka­zy Aro­bynna były ja­sne i kla­row­ne. Dał jej mie­siąc na to, aby zdo­była sza­cu­nek Nie­me­go Mi­strza, a następnie miała wrócić do Ri­fthold z na­pi­sa­nym przez nie­go li­stem po­chwal­nym. Żeby nie było wątpli­wości, re­ko­men­da­cje miały do­ty­czyć właśnie Ce­la­eny Sar­do­thien. W ra­zie nie­po­wo­dze­nia po­win­na po­szu­kać dla sie­bie no­we­go mia­sta, a najle­piej no­we­go kon­ty­nen­tu.

– Dziękuję za udzie­le­nie mi au­dien­cji, Mi­strzu Milczących Zabójców – po­wie­działa, prze­kli­nając w du­chu sztywną for­mułkę. Położyła dłoń na ser­cu i opadła na ko­la­na. – Je­stem Ce­la­ena Sar­do­thien, pro­te­go­wa­na Aro­byn­na Ha­me­la, Króla Zabójców Północy.

Nie bez po­wo­du na­zwała Ha­me­la Królem Zabójców Północy. Nie­my Mistrz z pew­nością nie byłby za­do­wo­lo­ny, gdy­by Aro­bynn obwołał się królem wszyst­kich zabójców. Dziew­czy­na nie miała pojęcia, czy ten tytuł wy­warł na mężczyźnie ja­kie­kol­wiek wrażenie, gdyż jego twarz nie zdra­dzała żad­nych emo­cji. Wy­czuła jed­nak, że kil­ku lu­dzi kryjących się w cie­niach przestąpiło z nogi na nogę.

– Mój przełożony przysłał mnie z błagalną prośbą o przyjęcie mnie na szko­le­nie – ciągnęła. Słowa z tru­dem prze­cho­dziły jej przez gardło. Tak jak­by po­trze­bo­wała szko­le­nia! Po­chy­liła głowę ni­sko, żeby Mistrz nie uj­rzał wściekłości ma­lującej się na jej twa­rzy. – Je­stem do two­jej dys­po­zy­cji – dodała i uniosła dłonie w pod­dańczym geście.

Żad­nej re­ak­cji.

Jej po­licz­ki spa­rzyło gorąco gor­sze od upału pu­sty­ni. Nadal klęczała z po­chy­loną twarzą i unie­sio­ny­mi dłońmi. Gdzieś za­sze­leściły sza­ty, a następnie roz­legło się le­d­wie słyszal­ne echo kroków. W końcu uj­rzała tuż przed sobą dwie bose, ciem­ne sto­py.

Su­chy pa­lec uniósł jej podbródek, a Ce­la­ena uświa­do­miła so­bie po chwi­li, że spogląda w morską zie­leń oczu Mi­strza. Nie ośmie­liła się na­wet drgnąć. Mężczy­zna mógł złamać jej kark jed­nym ru­chem.

„To test za­ufa­nia” – pomyślała.

Zmu­siła się do tego, aby za­cho­wać całko­wi­ty bez­ruch. Sku­piła się na ry­sach twa­rzy Mi­strza, żeby nie myśleć o tym, jak bar­dzo była bez­bron­na. Na czo­le, tuż pod ciem­ny­mi, krótko ostrzyżony­mi włosa­mi mężczy­zny, kro­plił się pot. Zabójczy­ni nie miała pojęcia, skąd po­cho­dził Mistrz, choć skóra w ko­lo­rze orze­cha la­sko­we­go su­ge­ro­wała Eyl­l­we. Oczy w kształcie mig­dałów wska­zy­wały jed­nak na po­cho­dze­nie z jed­ne­go z krajów leżących na od­ległym, południo­wym kon­ty­nen­cie. Jak on tu do­tarł?

Dziew­czy­na napięła mięśnie, gdy długie pal­ce mężczy­zny od­sunęły luźne ko­smy­ki włosów, które wy­swo­bo­dziły się z jej war­ko­czy. Mistrz zaczął przyglądać się żółknącym sińcom wokół jej oczu i na po­licz­kach oraz wąskie­mu, wygiętemu w łuk stru­po­wi na kości po­licz­ko­wej. Czy Aro­bynn po­wia­do­mił go o jej przy­by­ciu? Czy na­pi­sał o oko­licz­nościach to­wa­rzyszących jej wy­pra­wie? Mistrz nie wy­da­wał się za­sko­czo­ny jej po­ja­wie­niem się.

Gdy mężczy­zna spoj­rzał na po­zo­stałości sińców po dru­giej stro­nie twa­rzy, nie­spo­dzie­wa­nie zwęził oczy i za­cisnął moc­no usta. Ce­la­ena miała szczęście, że Aro­bynn wie­dział, jak ude­rzać, żeby nie oszpe­cić jej twa­rzy na za­wsze.

„Czy Sam również do­szedł już do sie­bie?” – pomyślała z po­czu­ciem winy. Nie wi­działa go w Twier­dzy przez trzy dni po wiel­kim la­niu, ja­kie spra­wił jej Aro­bynn. Stra­ciła przy­tom­ność, za­nim za­brał się do chłopa­ka, a od chwi­li, gdy się zbu­dziła, aż do te­raz świat znie­kształcały wściekłość, smu­tek i nie­praw­do­po­dob­ne znużenie. Wy­da­wało jej się, że śni na ja­wie.

Uspo­koiła bijące szyb­ko ser­ce, a Mistrz puścił jej podbródek i cofnął się. Ge­stem na­ka­zał jej po­wstać. Ze­rwała się z radością, gdyż za­czy­nały ją już boleć ko­la­na.

Mężczy­zna uśmiechnął się krzy­wo. Już chciała od­po­wie­dzieć tym sa­mym, gdy na­gle strze­lił pal­ca­mi i czte­rech ukry­tych wo­jow­ników rzu­ciło się na nią.

Roz­dział dru­gi

Nie byli uzbro­je­ni, ale ich za­mia­ry były ja­sne. Pierw­szy z nich, odzia­ny w ty­po­we dla tych stron ob­szer­ne sza­ty, złapał ją i wy­mie­rzył jej cios w twarz. Ce­la­ena wy­ko­nała unik, a po­tem złapała na­past­ni­ka za nad­gar­stek oraz bi­ceps i wykręciła mu ramię, aż mężczy­zna jęknął z bólu. Zabójczy­ni cofnęła się i pchnęła prze­ciw­ni­ka na dru­gie­go z ata­kujących z taką siłą, że obaj zwa­li­li się na zie­mię.

Od­sko­czyła i wylądowała tam, gdzie jesz­cze przed chwilą stał jej to­wa­rzysz. Spraw­nie uniknęła zde­rze­nia z Mi­strzem. Był to ko­lej­ny test, który miał na celu wy­ka­zać, od ja­kie­go po­zio­mu po­win­na roz­począć szko­le­nie i czy była god­na tego za­szczy­tu.

Oczy­wiście, że na nie­go zasługi­wała. Prze­cież na­zy­wała się Ce­la­ena Sar­do­thien, niech szlag tra­fi bogów!

Trze­ci mężczy­zna wyciągnął z fałd beżowej tu­ni­ki dwa szty­le­ty o ostrzach w kształcie półksiężyców i ru­szył do ata­ku. Ubra­na w ob­szer­ne sza­ty Ce­la­ena nie miała pełnej swo­bo­dy ru­chu i nie była w sta­nie usko­czyć należycie szyb­ko, więc tyl­ko wygięła się do tyłu, schodząc z dro­gi ostrzom zmie­rzającym ku jej twa­rzy. Aż za­bo­lał ją kręgosłup, ale szty­le­ty nie­groźnie prze­cięły po­wie­trze, od­ci­nając je­dy­nie ko­smyk jej włosów. Dziew­czy­na padła na ple­cy i wy­ko­nała kop­nięcie, posyłając mężczyznę na zie­mię.

Czwar­ty na­past­nik po­ja­wił się tuż za jej ple­ca­mi. Za­krzy­wio­ne ostrze błysnęło w jego dłoni, gdy wy­mie­rzył pchnięcie, aby prze­bić jej głowę. Zabójczy­ni prze­to­czyła się po zie­mi, a wro­gie ostrze ude­rzyło w ka­mień, krzesząc iskry.

Za­nim zdołała ze­rwać się na nogi, prze­ciw­nik znów uniósł broń. Ce­la­ena spo­strzegła, że mar­ku­je cięcie przez jej lewy bok, ale w rze­czy­wi­stości chce ude­rzyć w pra­wy. Usunęła się płyn­nie, jak­by tańcząc. Miecz na­past­ni­ka nadal opa­dał, gdy zabójczy­ni błyska­wicz­nie roz­gniotła mu nos na­sadą dłoni i ude­rzyła pięścią w żołądek. Mężczy­zna padł na podłogę, brocząc krwią z nosa. Dziew­czy­na ciężko od­dy­chała, a szyb­kie hau­sty po­wie­trza raniły jej roz­pa­lo­ne gardło. De­spe­rac­ko mu­siała się napić.

Żaden z czte­rech na­past­ników na podłodze się nie ru­szał. Na twa­rzy Mi­strza po­ja­wił się uśmiech, a wte­dy po­zo­sta­li zabójcy zbliżyli się do światła. Byli wśród nich zarówno mężczyźni, jak i ko­bie­ty. Każdy z obec­nych miał ciemną kar­nację, ale od­mien­ne ko­lo­ry włosów pod­po­wia­dały, że po­cho­dzi­li ze wszyst­kich królestw kon­ty­nen­tu. Ce­la­ena po­chy­liła głowę, lecz nikt nie od­wza­jem­nił ge­stu. Spoj­rzała na na­past­ników, którzy pod­no­si­li się, cho­wa­li broń do po­chew i znów kry­li się w cie­niu. Miała na­dzieję, że nie wezmą so­bie do ser­ca porażki.

Raz jesz­cze ro­zej­rzała się dokoła, usiłując prze­niknąć cie­nie wzro­kiem i przy­go­to­wać się na ko­lej­ny atak. Młoda ko­bie­ta, która stała w po­bliżu, przyglądała się Ce­la­enie uważnie, aż w końcu uśmiechnęła się do niej uśmie­chem współspi­skow­ca. Zabójczy­ni nie chciała oka­zy­wać jej nad­mier­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia, choć mu­siała przy­znać, że rzad­ko zda­rzało jej się wi­dy­wać równie in­try­gujące oso­by. Nie cho­dziło wca­le o to, że nie­zna­jo­ma miała włosy bar­wy wina i czer­wo­nobrązowe oczy, ja­kich Ce­la­ena nig­dy dotąd nie wi­działa. Nie, jej uwagę przy­ciągnęła w pierw­szej chwi­li zbro­ja dziew­czy­ny. Jej twórca wy­ko­nał tyle zdo­bień, że pan­cerz za­pew­ne nie pełnił już swo­jej funk­cji, ale nadal było to wspa­niałe dzieło sztu­ki.

Pra­wy na­ra­mien­nik ukształto­wa­no na po­do­bieństwo łba warczącego wil­ka. Również na no­sa­lu hełmu, który nie­zna­jo­ma trzy­mała pod pachą, tkwiła fi­gur­ka sku­lo­ne­go zwierzęcia. Ko­lej­ny wil­czy łeb wieńczył rękojeść jej mie­cza. Zbro­ja wyglądałaby ko­micz­nie na każdym wo­jow­ni­ku, ale ta dziew­czy­na była wyjątkiem. Ce­la­ena wy­czuła w niej oso­bliwą, chłopięcą nie­win­ność, przez co wy­da­wała się jesz­cze bar­dziej in­try­gująca.

Po­nad­to zabójczy­ni nie mogła zro­zu­mieć, ja­kim cu­dem właści­ciel­ka owej zbroi jesz­cze się w niej nie ugo­to­wała.

Mistrz klepnął Ce­la­enę w ramię, a po­tem skinął na opan­ce­rzoną dziew­czynę. Nie zachęcał do wal­ki – było to przy­ja­zne za­pro­sze­nie. Zbro­ja nie­zna­jo­mej pobrzękiwała, ale prze­ciw­nicz­ka sta­wiała kro­ki nie­malże bez­sze­lest­nie.

Mistrz prze­ka­zał jej kil­ka in­for­ma­cji za po­mocą gestów. Nie­zna­jo­ma ukłoniła się przed Ce­la­eną, a po­tem znów ob­da­rzyła ją krzy­wym uśmie­chem.

– Je­stem An­sel – po­wie­działa ja­snym, roz­ba­wio­nym głosem. Mówiła z lek­kim, le­d­wo wy­czu­wal­nym ak­cen­tem, którego Ce­la­ena nie była w sta­nie roz­po­znać. – Wygląda na to, że pod­czas twe­go po­by­tu w twier­dzy będzie­my dzie­lić pokój.

Mistrz znów zaczął ge­sty­ku­lo­wać. Jego zro­go­wa­ciałe, po­kry­te bli­zna­mi dłonie wy­ko­nały serię znaków, które An­sel w jakiś sposób była w sta­nie od­szy­fro­wać.

– Jak długo masz za­miar tu po­zo­stać?

Ce­la­ena zwal­czyła ochotę, aby zmarsz­czyć brwi.

– Mie­siąc – od­po­wie­działa, a po­tem ukłoniła się Mi­strzo­wi. – O ile będzie mi wol­no.

Dro­ga w jedną stronę trwała mie­siąc. Ozna­czało to, że do chwi­li jej po­wro­tu w Ri­fthold upłyną trzy mie­siące.

Mężczy­zna ogra­ni­czył się do ski­nięcia głową i ru­szył w stronę pod­wyższe­nia.

– To zaś ozna­cza, że możesz zo­stać – szepnęła An­sel i do­tknęła ra­mie­nia Ce­la­eny opan­ce­rzoną dłonią. Wyglądało na to, że nie wszy­scy zabójcy ślu­bo­wa­li mil­cze­nie czy czu­li po­trzebę za­cho­wa­nia dy­stan­su wo­bec in­nych. – Twój tre­ning roz­pocz­nie się ju­tro o świ­cie – dodała.

Mistrz opadł na po­dusz­ki, a Ce­la­ena z tru­dem po­wstrzy­mała wes­tchnie­nie ulgi. Aro­bynn wmówił jej, że prze­ko­na­nie mężczy­zny, aby przyjął ją na tre­ning, gra­ni­czy z cu­dem. Głupiec! Wysłał ją na pu­sty­nię, żeby cier­piała, ot co!

– Dziękuję – po­wie­działa do Mi­strza. Przez cały czas czuła na so­bie spoj­rze­nia ota­czających ją lu­dzi.

Mężczy­zna skwi­to­wał jej po­dzięko­wa­nie mach­nięciem dłoni.

– Chodź – rzekła An­sel. Jej włosy połyski­wały w bla­sku słońca. – Za­pew­ne chcesz się wykąpać, za­nim za­bie­rzesz się do cze­go­kol­wiek in­ne­go. Ja na two­im miej­scu nie myślałabym o ni­czym in­nym. – Uśmiechnęła się przy tych słowach. Wokół nosa i na po­licz­kach dziew­czy­ny zabłysły pie­gi.

Ce­la­ena raz jesz­cze przyj­rzała się zdob­nej zbroi nie­zna­jo­mej, a po­tem wyszła w ślad za nią z sali.

– To naj­cie­kaw­sza pro­po­zy­cja, jaką słyszałam od paru ty­go­dni – po­wie­działa z uśmie­chem.

Idąc za An­sel przez ko­ry­ta­rze for­te­cy, zabójczy­ni do­tkli­wie od­czu­wała brak długich szty­letów, które za­zwy­czaj nosiła przy pa­sku. Ode­bra­no je jej przy bra­mie wraz z mie­czem i ple­ca­kiem. Dłonie dziew­czy­ny zwi­sały luźno, ale była go­to­wa za­re­ago­wać na każdy, naj­drob­niej­szy na­wet ruch prze­wod­nicz­ki. Nie wie­działa, czy An­sel zda­je so­bie sprawę z jej go­to­wości do wal­ki, ale szła swo­bod­nie, ma­chając ra­mio­na­mi, a jej zbro­ja pobrzękiwała mia­ro­wo.

Miała dzie­lić z nią pokój. Cóż za nie­przy­jem­na nie­spo­dzian­ka. Miesz­ka­nie z Sa­mem przez kil­ka dni było do znie­sie­nia, ale z kimś całko­wi­cie ob­cym? Zabójczy­ni Adar­la­nu przyglądała się An­sel kątem oka. Była nie­co wyższa, ale ze względu na zbroję nie można było za­uważyć in­nych szczegółów. Ce­la­ena nig­dy nie spędzała cza­su z dziew­czy­na­mi, nie licząc kur­ty­zan, które Aro­bynn za­pra­szał do Twier­dzy bądź za­bie­rał do te­atru, choć jej na ogół nie zależało na nawiąza­niu z nimi kon­tak­tu. W gil­dii Aro­bynna nie było in­nych zabójczyń, ale tu sy­tu­acja wyglądała in­a­czej. Dziew­czy­na miała wrażenie, że ko­bie­ty dorównują li­czeb­nością mężczy­znom. W Twier­dzy wszy­scy ją zna­li, a tu była za­le­d­wie jedną z wie­lu twa­rzy w tłumie.

Co więcej, An­sel mogła być od niej lep­sza. Nie po­do­bała jej się ta myśl.

– A więc – rzekła na­gle prze­wod­nicz­ka, unosząc brwi – Ce­la­eno Sar­do­thien…

– Tak?

An­sel wzru­szyła ra­mio­na­mi, choć zbro­ja moc­no to utrud­niała.

– Sądziłam, że okażesz się osobą bar­dziej… bar­dziej dra­ma­tyczną.

– Przy­kro mi, że cię roz­cza­ro­wałam – rzekła Ce­la­ena, choć w jej głosie nie było żalu.

Dziew­czy­na po­pro­wa­dziła ją w górę po krótkich scho­dach, a po­tem weszła w długi ko­ry­tarz, wzdłuż którego ciągnęły się drzwi do ko­lej­nych po­kojów. Uwi­jały się tam dzie­ci uzbro­jo­ne w wia­dra, miotły i mopy. Najmłod­sze mogło mieć około ośmiu lat, a naj­star­sze około dwu­na­stu.

– To ako­li­ci – po­wie­działa An­sel, widząc py­tający wzrok Ce­la­eny. – Sprząta­nie po­kojów star­szych zabójców jest ele­men­tem ich tre­nin­gu. Uczą się w ten sposób odpo­wie­dzialności i po­ko­ry. Czy cze­goś w tym sty­lu.

Mrugnęła do gapiącego się na nią dziec­ka. Ce­la­ena za­uważyła, że wie­lu uczniów wpa­tru­je się w An­sel, a w ich oczach ma­lu­je się po­dziw i sza­cu­nek. Uznała, że jej to­wa­rzysz­ka musi zaj­mo­wać wy­soką po­zycję. Jej nie za­szczy­co­no ani jed­nym spoj­rze­niem. Za­darła wyżej podbródek.

– Ile miałaś lat, gdy tu do­tarłaś? – spy­tała. Im więcej się do­wie, tym le­piej.

– Do­pie­ro co skończyłam trzy­naście – od­parła An­sel. – W ten sposób ominęły mnie naj­gor­sze pra­ce.

– A ile lat masz te­raz?

– Próbu­jesz się jak naj­więcej o mnie do­wie­dzieć, co?

Twarz Ce­la­eny nie wyrażała żad­nych emo­cji.

– Skończyłam osiem­naście. Ty również wyglądasz na ten wiek.

Ce­la­ena po­ki­wała głową. Z pew­nością nie mu­siała prze­ka­zy­wać żad­nych in­for­ma­cji na swój te­mat. Aro­bynn za­bro­nił jej ukry­wać tożsamość, ale nie ozna­czało to, że mu­siała zdra­dzać ja­kie­kol­wiek szczegóły. Co więcej, ona sama roz­poczęła szko­le­nie, gdy skończyła osiem lat, a więc miała kil­ka lat prze­wa­gi nad nową zna­jomą. Z pew­nością nie było to bez zna­cze­nia.

– Czy ćwi­cze­nie pod okiem Mi­strza spełniło two­je ocze­ki­wa­nia?

An­sel uśmiechnęła się ze smut­kiem.

– Nie wiem. Je­stem tu od pięciu lat, a on jak dotąd nie zgo­dził się mnie uczyć oso­biście. Zresztą prze­stało mi zależeć. Myślę, że je­stem już całkiem do­bra i bez jego po­mo­cy.

„Bar­dzo dziw­ne – pomyślała Ce­la­ena. – Jak to możliwe, że osiągnęła taki sta­tus, nie ćwicząc z Mi­strzem? Choć z dru­giej stro­ny wie­lu zabójców Aro­byn­na nig­dy nie było szko­lo­nych przez nie­go oso­biście”.

– Skąd po­cho­dzisz? – spy­tała.

– Z Płaskich Kra­in.

Z Płaskich Kra­in? Gdzie, u li­cha, znaj­do­wały się Płaskie Kra­iny?

– Ciągną się wzdłuż brzegów Za­chod­nich Pust­ko­wi – od­po­wie­działa An­sel na nie­wy­po­wie­dzia­ne na głos py­ta­nie. – Kie­dyś zwa­no te zie­mie Wiedźmim Króle­stwem.

Ce­la­ena słyszała o Pust­ko­wiach, ale na­zwa Płaskie Kra­iny nig­dy dotąd nie obiła jej się o uszy.

– Mój oj­ciec – ciągnęła An­sel – jest władcą Briarc­liff. Wysłał mnie tu na szko­le­nie, abym, jak to określił, „wresz­cie na­uczyła się cze­goś pożytecz­ne­go”. Cze­goś pożytecz­ne­go! I pięćset lat by mi nie wy­star­czyło!

Ce­la­ena za­chi­cho­tała wbrew so­bie i raz jesz­cze zerknęła ukrad­kiem na zbroję dziew­czy­ny.

– Nie jest ci gorąco w tym pan­ce­rzu?

– Pew­nie, że jest – przy­znała An­sel i od­rzu­ciła sięgające ra­mion włosy. – Ale mu­sisz przy­znać, że przy­ku­wa uwagę. I przy­da­je się, gdy trze­ba cho­dzić po twier­dzy pełnej zabójców. Nie znam in­ne­go spo­so­bu na zwróce­nie na sie­bie uwa­gi.

– Skąd ją masz? – spy­tała Ce­la­ena, choć nie­spe­cjal­nie ją to in­te­re­so­wało. Zbro­ja tego typu byłaby dla niej całko­wi­cie bezużytecz­na.

– Och, zro­bio­no ją dla mnie na zamówie­nie.

A więc An­sel miała pie­niądze. I to spo­ro, sko­ro było ją stać na taką zbroję.

– Z wyjątkiem mie­cza. – Dziew­czy­na po­kle­pała rękojeść ufor­mo­waną na po­do­bieństwo wil­ka. – To własność mo­je­go ojca. Po­da­ro­wał mi go w dniu na­sze­go roz­sta­nia. Pomyślałam, że zamówię zbroję, która będzie do nie­go pa­so­wać. Wilk to sym­bol na­szej ro­dzi­ny.

Zna­lazły się w otwar­tym przejściu i palące popołudnio­we słońce ude­rzyło w nie z pełną siłą. Mimo to na twa­rzy An­sel nadal wid­niał ser­decz­ny uśmiech. Jeśli w zbroi było jej nie­wy­god­nie, nie dawała tego po so­bie po­znać. Przyj­rzała się bacz­nie przy­bysz­ce.

– Ilu lu­dzi zabiłaś?

Ce­la­ena nie­malże się zachłysnęła, ale nadal za­dzie­rała wy­so­ko podbródek.

– To chy­ba nie two­je zmar­twie­nie.

– Myślę, że bez pro­ble­mu się tego do­wiem. – An­sel za­chi­cho­tała. – Po­nu­ra sława, która cię ota­cza, nie wzięła się znikąd.

To Aro­bynn za­zwy­czaj dbał o to, aby wieści tra­fiały do od­po­wied­nich kanałów. Ce­la­ena, wy­ko­naw­szy zle­ce­nie, nie po­zo­sta­wiała po so­bie żad­nych śladów. Zo­sta­wia­nie tropów wy­da­wało jej się dość… dość tan­det­ne.

– Ja bym chciała, żeby wszy­scy lu­dzie na świe­cie wie­dzie­li, że to ja do­ko­nałam zabójstwa – dodała An­sel.

Cóż, Ce­la­enie w isto­cie zależało na tym, aby wszy­scy na świe­cie wie­dzie­li, że jest naj­lep­sza w swo­im fa­chu, ale słuchając słów dziew­czy­ny, od­niosła wrażenie, że cho­dzi jej o coś zupełnie in­ne­go.

– Kto z was pre­zen­tu­je się go­rzej? – spy­tała nie­spo­dzie­wa­nie An­sel. – Ty czy ten, kto ci to zro­bił?

Ce­la­ena uświa­do­miła so­bie, że dziew­czy­na ma na myśli gojące się sińce i rany na jej twa­rzy. Po­czuła ucisk w żołądku. Za­czy­nała przy­zwy­cza­jać się do tego uczu­cia.

– Ja – po­wie­działa ci­cho.

Nie miała pojęcia, dla­cze­go się przy­znała. Może po­win­na była zgry­wać bo­ha­terkę, ale czuła się zmęczo­na, a wspo­mnie­nie na­gle zaczęło jej ciążyć.

– Czy to twój mistrz za tym stoi? – spy­tała An­sel.

Tym ra­zem Ce­la­ena nie od­po­wie­działa ani słowem, a dziew­czy­na nie na­ci­skała.

Do­tarły na ko­niec przejścia i zeszły po spi­ral­nych ka­mien­nych scho­dach na pu­sty dzie­dzi­niec, gdzie w cie­niu wy­so­kich drzew dak­ty­lo­wych stały ławki i nie­wiel­kie drew­nia­ne sto­li­ki. Ktoś zo­sta­wił na jed­nym z nich otwartą książkę. Ce­la­ena rzu­ciła na nią okiem, ale tytuł na­pi­sa­no w dziw­nym, nie­zro­zu­miałym al­fa­be­cie, którego nig­dy wcześniej nie wi­działa.

Gdy­by była tu sama, za­trzy­małaby się i prze­kart­ko­wała książkę, choćby po to, żeby zo­ba­czyć słowa za­pi­sa­ne li­te­ra­mi tak różnymi od jej zna­nych, ale An­sel szła, nie za­trzy­mując się, w kie­run­ku pary rzeźbio­nych drew­nia­nych drzwi.

– Oto łaźnie. To jed­no z nie­licz­nych miejsc, gdzie za­cho­wa­nie ci­szy jest obo­wiązkiem, a więc sta­raj się nie być za głośno. Nie plu­skaj też za­nad­to. Niektórzy ze star­szych zabójców wście­kają się na­wet o to. – Otwo­rzyła drzwi. – Nie spiesz się. Do­pil­nuję, aby two­je rze­czy zo­stały prze­nie­sio­ne do na­sze­go po­ko­ju. Gdy się wykąpiesz, po­proś któregoś z ako­litów, żeby cię za­pro­wa­dził. Ko­la­cja będzie do­pie­ro za kil­ka go­dzin, do tego cza­su wrócę do po­ko­ju.

Ce­la­ena ob­rzu­ciła ją prze­ciągłym spoj­rze­niem. Nie prze­rażała jej myśl o tym, że An­sel czy kto­kol­wiek inny będzie zaj­mo­wał się jej bro­nią oraz sprzętem zo­sta­wio­nym przy bra­mie. Nie miała nic do ukry­cia, choć aż ją skręciło na myśl o strażni­kach ob­ma­cujących jej bie­liznę. Plot­ka o tym, że lu­bu­je się w dro­giej i bar­dzo de­li­kat­nej bie­liźnie, mogła za­szko­dzić jej re­pu­ta­cji, ale była ska­za­na na łaskę swo­ich go­spo­da­rzy, a po­zy­tyw­na re­ko­men­da­cja zależała tyl­ko i wyłącznie od jej do­bre­go za­cho­wa­nia.

Oraz po­zy­tyw­ne­go na­sta­wie­nia.

Po­wie­działa więc tyl­ko:

– Dziękuję.

Następnie minęła An­sel i wkro­czyła w kłęby pachnącej ziołami pary.

Do łaźni mie­li dostęp wszy­scy miesz­kańcy for­te­cy, ale na szczęście część prze­zna­czo­na dla ko­biet od­dzie­lo­na była od prze­strze­ni dla mężczyzn, a o tej po­rze dnia była pu­sta.

Łaźnie kryjące się za wy­niosłymi pal­ma­mi i drze­wa­mi dak­ty­lo­wy­mi, które ugi­nały się pod ciężarem owoców, wyłożono płyt­ka­mi w ko­lo­rze mor­skiej zie­le­ni, ta­ki­mi sa­my­mi, ja­kie two­rzyły mo­zaikę w kom­na­cie Mi­strza. Chłód za­pew­niały białe płach­ty, roz­wie­szo­ne na drągach wy­stających ze ścian bu­dyn­ku. Woda w niektórych oczkach wod­nych pa­ro­wała, w in­nych bul­go­tała, a w jesz­cze in­nych pa­ro­wała oraz bul­go­tała jed­no­cześnie. Ce­la­ena wśli­zgnęła się do ba­se­nu, w którym woda była przej­rzy­sta i chłodna, a jej po­wierzch­nia nie­po­ru­szo­na.

Pamiętała ostrzeżenie przed łama­niem ci­szy i po­wstrzy­mała jęk ulgi. Za­nu­rzyła się pod wodę i po­zo­stała tam do chwi­li, gdy jej płuca de­spe­rac­ko zaczęły do­po­mi­nać się po­wie­trza. Nig­dy nie na­uczyła się, czym jest skrom­ność, ale na wszel­ki wy­pa­dek wolała nie wy­nu­rzać się całko­wi­cie. Nie miało to oczy­wiście żad­ne­go związku z tym, że jej żebra i ra­mio­na były po­kry­te ustępującymi już sińcami. Na ich wi­dok tra­ciła pa­no­wa­nie nad sobą – cza­sa­mi ogar­niała ją wściekłość, kie­dy in­dziej żal, a bywało, że i jed­no, i dru­gie. Chciała być znów w Ri­fthold, do­wie­dzieć się, co się stało z Sa­mem, wrócić do życia, które roz­sy­pało się w ciągu kil­ku bo­le­snych chwil, ale oba­wiała się po­wro­tu.

Tu, na skra­ju świa­ta, owa pamiętna noc, wraz z Ri­fthold i wszyst­ki­mi jego miesz­kańcami, wy­da­wała się bar­dzo od­legła.

Sie­działa w wo­dzie do chwi­li, gdy skóra na jej dłoniach zaczęła się marsz­czyć.

Gdy tra­fiła do ich nie­wiel­kie­go pro­stokątne­go po­ko­ju, nie za­stała w nim swo­jej współlo­ka­tor­ki, ale za­uważyła, że ktoś roz­pa­ko­wał jej do­by­tek. Nie licząc mie­cza, szty­letów, bie­li­zny i kil­ku tu­nik, nie wzięła ze sobą wie­le. Na­wet nie pomyślała o tym, aby za­brać bar­dziej ele­ganc­kie rze­czy. Cie­szyła się te­raz z tego, widząc, z jaką łatwością pia­sek prze­cie­ra ob­szer­ne sza­ty, które kazał jej założyć prze­wod­nik.

W po­miesz­cze­niu znaj­do­wały się dwa wąskie łóżka. Ce­la­ena do­pie­ro po chwi­li od­gadła, które należało do An­sel. Na ścia­nie z czer­wo­ne­go ka­mie­nia nad posłaniem współlo­ka­tor­ki nie było ozdób. Gdy­by nie drob­na żela­zna fi­gur­ka przed­sta­wiająca wil­ka, stojąca na sto­li­ku przy łóżku, oraz ma­ne­kin wiel­kości człowie­ka, na którym dziew­czy­na za­pew­ne wie­szała swą zbroję, Ce­la­ena nie miałaby pojęcia, że dzie­li z kimś pokój.

Przetrząśnięcie za­war­tości ko­mo­dy współlo­ka­tor­ki również w ni­czym jej nie po­mogło. Zna­lazła w niej je­dy­nie sta­ran­nie złożone czer­wo­ne tu­ni­ki oraz czar­ne spodnie. Wyróżniało się wśród nich kil­ka białych tu­nik, które uszy­to z no­szo­ne­go po­wszech­nie ma­te­riału. Na­wet bie­li­zna An­sel była nie­wy­szu­ka­na i sta­ran­nie złożona. Na bogów, kto składa swą bie­liznę? Ce­la­ena przy­po­mniała so­bie własną ogromną gar­de­robę, eks­plo­dującą ko­lo­ra­mi i różno­rod­nością wzorów oraz tka­nin. Jej rze­czy two­rzyły sto­sy, a dro­ga bie­li­zna kłębiła się w szu­fla­dzie.

Sam pew­nie składał wszyst­kie rze­czy, choć nie­wy­klu­czo­ne, że mu­siał z tego na ra­zie zre­zy­gno­wać. Wszyst­ko zależało od tego, w ja­kim sta­nie po­zo­sta­wił go Aro­bynn. Król Zabójców nig­dy by jej świa­do­mie nie oka­le­czył, ale chłopak nie cie­szył się tymi sa­my­mi przy­wi­le­ja­mi. Sama Cor­tlan­da można było bez tru­du zastąpić kimś in­nym.

Ce­la­ena ode­pchnęła od sie­bie tę myśl i umościła się wy­god­niej na łóżku. Ci­sza pa­nująca w for­te­cy szyb­ko ukołysała ją do snu.

Nig­dy dotąd nie wi­działa Aro­byn­na tak wściekłego. Nig­dy też nie była tak prze­rażona. Aro­bynn nie krzy­czał ani nie prze­kli­nał, lecz tyl­ko znie­ru­cho­miał i za­milkł. O jego wściekłości świad­czyły je­dy­nie połyskujące srebr­ne oczy, ema­nujące śmier­tel­nie zim­nym spo­ko­jem.

Chciała ze­rwać się z krzesła, gdy na­gle Król Zabójców pod­niósł się zza ogrom­ne­go drew­nia­ne­go biur­ka. Siedzący obok niej Sam wciągnął gwałtow­nie po­wie­trze. Nie mogła się ode­zwać. Gdy­by zaczęła mówić, zdra­dziłby ją drżący głos. Nie mogła so­bie po­zwo­lić na ta­kie upo­ko­rze­nie.

– Czy ty wiesz, ile pie­niędzy przez cie­bie stra­ciłem? – spy­tał ją zim­no Aro­bynn.

Dłonie Ce­la­eny zaczęły się pocić.

„War­to było” – pomyślała.

War­to było uwol­nić dwu­stu nie­wol­ników. Bez względu na to, co się miało wy­da­rzyć, wie­działa, że nig­dy tego nie pożałuje.

– To nie jej wina! – wtrącił się Sam. Ce­la­ena smagnęła go wściekłym spoj­rze­niem, w którym kryło się ostrzeżenie. – Obo­je uzna­liśmy, że to…

– Nie kłam, Sa­mie Cor­tland – warknął Aro­bynn. – Je­steś w to za­mie­sza­ny tyl­ko i wyłącznie dla­te­go, że ona tego chciała! Mogłeś po­zwo­lić, żeby się na­ra­ziła na nie­bez­pie­czeństwo, lub jej pomóc!

Sam otwo­rzył usta, aby za­pro­te­sto­wać, ale za­milkł, gdy Aro­bynn ostro gwizdnął przez zęby. Drzwi do jego ga­bi­ne­tu otwo­rzyły się. We­sley, ochro­niarz Króla, zaj­rzał do środ­ka.

– Ściągnij Ry­bitwę, Mul­li­na i Har­din­ga – po­wie­dział Aro­bynn, nie spusz­czając oczu z Ce­la­eny.

To nie był do­bry znak. Dziew­czy­na usiłowała nie oka­zy­wać żad­nych emo­cji, ale mężczy­zna nie prze­sta­wał się w nią wpa­try­wać. Żadne z dwójki wi­no­wajców nie ode­zwało się ani słowem. Mijała mi­nu­ta za mi­nutą. Ce­la­ena próbowała po­wstrzy­mać dresz­cze.

W końcu do środ­ka weszło trzech zabójców – uzbro­jo­nych po zęby mężczyzn, których ciała składały się tyl­ko i wyłącznie z mięśni.

– Za­mknij drzwi – rzekł Aro­bynn do Har­din­ga, który wszedł jako ostat­ni, a po­tem spoj­rzał na po­zo­stałych i rzekł: – Brać go.

Ry­bi­twa i Mul­lin w jed­nej chwi­li pod­nieśli Sama z krzesła i wykręcili mu ra­mio­na do tyłu. Har­ding stanął przed nimi i za­cisnął pięść.

– Nie – szepnęła Ce­la­ena, patrząc w sze­ro­ko otwar­te oczy chłopa­ka. Prze­cież Aro­bynn nie będzie aż tak okrut­ny! Prze­cież na pew­no nie zmu­si jej, aby pa­trzyła, jak za­da­je ból Sa­mo­wi. Czuła co­raz większy ucisk w gar­dle.

Mimo to nadal wy­so­ko za­dzie­rała głowę. Na­wet gdy Aro­bynn rzekł do niej ci­cho:

– Nie spodo­ba ci się to. I nig­dy tego nie za­po­mnisz. Zresztą o to mi właśnie cho­dzi.

Dziew­czy­na odwróciła się do Har­din­ga i otwo­rzyła usta, aby pro­sić go o litość dla Sama.

Wy­czuła cios Aro­byn­na na ude­rze­nie ser­ca przed eks­plozją bólu.

Spadła z krzesła. Nim zdążyła się pod­nieść, Król Zabójców złapał ją za kołnierz i znów ude­rzył. Tym ra­zem po raz pierw­szy tra­fił w po­li­czek. Świat zatańczył przed jej ocza­mi. Trze­ci cios był tak potężny, że naj­pierw po­czuła gorącą krew, a do­pie­ro po niej ból.

Sam coś krzy­czał, ale Aro­bynn nie prze­sta­wał bić. Ce­la­ena miała usta pełne krwi, lecz nie wal­czyła. Nie ośmie­liłaby się sta­wić czoła men­to­ro­wi. Sam szar­pał się z Ry­bitwą i Mul­li­nem, ale ci trzy­ma­li go moc­no, a Har­ding wyciągał ramię, aby w ra­zie cze­go za­blo­ko­wać mu drogę.

Cio­sy Aro­byn­na tra­fiały w jej klatkę pier­siową, szczękę i brzuch. Raziły jej twarz. Ude­rzał raz za ra­zem, ale robił to sta­ran­nie, na zim­no, chcąc spo­wo­do­wać jak naj­więcej bólu, ale nie wyrządzić jej trwałej krzyw­dy. Sam zaś wrzesz­czał ja­kieś słowa, których nie słyszała, ogłuszo­na bólem.

Ostat­nią rzeczą, którą za­pa­miętała, było po­czu­cie winy, gdy zo­ba­czyła własną krew ście­kającą na dro­gi czer­wo­ny dy­wan Aro­byn­na. Po­tem uj­rzała ciem­ność, błogosławioną ciem­ność. Wraz z nią przyszła ulga na myśl o tym, że nie zo­ba­czy, jak Król krzyw­dzi Sama.

Przekład: Mar­cin Mort­ka

Re­dak­tor ini­cjujący: Piotr Ku­char­ski

Re­dak­cja: Anna Włodar­kie­wicz

Ko­rek­ta: Małgo­rza­ta Kuśnierz, Małgo­rza­ta De­nys

Co­ver il­lu­stra­tion © Alex Ta­ini

Map co­py­ri­ght © Kel­ly de Gro­ot 2012

Skład i łama­nie: Plus 2 Wi­told Kuśmier­czyk

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel./fax (22) 646 05 10, 828 98 08

biu­ro@gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-7881-328-6

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

i Ane­ta Raw­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Dwór skrzydeł i zguby Imperium burz. Szklany tron. T. 5. Dwór mgieł i furii Królowa cieni Dwór cierni i róż 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona