Bóg gra z 10

Bóg gra z 10

Autorzy: Marcin Fabjański

Wydawnictwo: Burda Książki

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 120

Cena książki papierowej: 19.90 zł

cena od: 11.82 zł

Zbrodnia, miłość, żądza, zwierzęcy strach i dług, który trzeba spłacić po latach. Walka Dobra z siłami ciemności. Ale przede wszystkim futbol. W tym zbiorze opowiadań cały świat kręci się wokół piłki nożnej. Akcja toczy się na stadionach Legii, Lecha, Lazio Rzym, stadionie Azteca w Ciudad de México i – dlaczego nie? – w muzeum klubowym Esporte Clube Bahia w Brazylii. Na trybunach, na boisku i w rzeczywistości wirtualnej. W tej książce spotkasz piłkarzy i kibiców Wisły, Cracovii i reprezentacji Argentyny, dziennikarzy sportowych, piękne kobiety i typy spod ciemnej gwiazdy. Poznasz namiętności, jakie wyzwala futbol.

G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa

ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

© 2011 G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa

Tekst © 2011 Marcin Fabjański

Redakcja: Joanna Grześkowiak-Stepowicz

Korekta: erte

Projekt okładki: Piotr Grabowski / www.aorta.com.pl

Skład i łamanie: Katka, Warszawa

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Redaktor prowadząca: Małgorzata Zemsta

Redaktor techniczny: Mariusz Teler

ISBN 978-83-7778-120-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Spis treści

1. ROZGRZEWKA

2. AKCJA DWÓJKOWA

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

1. ROZGRZEWKA

– Adrian, jesteś w aucie?

– Tak, cholera. Dojeżdżam do Warszawy, straszny tłok. Fuck, kto dał ci prawo jazdy, palancie?! Kretyn w bmw, prawie na mnie najechał.

– Adrian, lepiej zatrzymaj się, bo chcę ci powiedzieć coś ważnego.

– To gadaj.

– To zatrzymaj się.

– Nie mam czasu, gadaj!

– Jak chcesz. Mam dwie wiadomości: dobrą i złą. Od której zacząć?

– Od złej.

– Odchodzę od ciebie i zabieram wszystkie twoje pieniądze.

– Naprawdę?

Kobieta, z którą nie sypiam od roku i z którą nic mnie nie łączy od dwóch lat, odchodzi. Kobieta, której mam serdecznie dość, bo ostatecznie zatruła mi życie. Jak dojadę… Sam się pierdol i zjedź na swój pas, młocie! Jak dojadę, walnę sobie kielicha z radości. Kobieta-upiór odchodzi ze wszystkimi moimi pieniędzmi. Ile tego jest? Sto złotych? Dołożę ci jeszcze stówę, na drogę. I to ma być zła wiadomość? To jaka jest ta dobra?

– Pamiętasz ten kupon zakładów piłkarskich, który kupiłeś w czwartek? I córkę sąsiadów, która wypełniła go przypadkowo? Coś mnie tknęło. Sprawdziłam w Internecie. Jest wart dwa miliony. Słyszysz? Dwa grube miliony. Tylko, jak mówiłam, odchodzę, razem z tym kuponem. Mam już bilet do pewnego ciepłego kraju. Ale zostawię ci tysiączek na zaległe rachunki… I co? Zatkało cię? Adrian. Adrian! Co to za huk? Adrian, żyjesz? Odezwij się. Słyszysz? Cholera jasna. Adrian, coś ty zrobił?

2. AKCJA DWÓJKOWA

Wszystko szło zgodnie z planem. Przy wejściu na stadion nikt nie sprawdzał, co Józek przemycał pod płaszczem. Sprawdzają zwykłych kibiców, nie kogoś takiego jak on, z biletem do loży. Ochroniarz spojrzał podejrzliwie na wytarty płaszcz Józka, na jego zniszczone buty i czerwoną, dziobatą twarz. Dwadzieścia lat temu szczyle tacy jak on ustawiali się na tym stadionie w kolejce do Józka po autografy. Teraz lustrują go złym wzrokiem. Ale ochroniarz spuścił wzrok, gdy tylko zobaczył wejściówkę za tysiąc dwieście złotych.

Józek zastawił za nią telewizor i obrączkę. Nie potrzebował ich. W telewizji nie dają już prawie meczów w paśmie odkodowanym, a żona odeszła dawno temu z małym Jaśkiem, który miał kiedyś zostać wielkim piłkarzem. Józek wrócił z odwyku, a jej nie było. Ani jej ubrań, ani pelargonii na parapecie, ani piłkarzyków Jaśka.

Tęsknił za małym. Wciąż tęskni. Ale Jasiek nie chce się z nim spotykać. W tamtym roku zaczął studia: gastronomię i hotelarstwo. Józek wiedział od początku, że matka sama nie wychowa go na wielkiego piłkarza, najwyżej na kucharkę.

Nie wiedział, dlaczego od razu nie sprzedał obrączki. Może liczył na to, że któregoś dnia wróci do domu z kolejnego odwyku i na parapecie znowu zobaczy czerwoną pelargonię? Może. Po tych wszystkich latach stało się jasne – nie potrzebował obrączki. Zresztą, teraz już niczego nie potrzebował.

„Przepustka do nieba” – pomyślał o wejściówce na lożę Józek, napawając się szacunkiem, jaki dostrzegł w oczach ochroniarza. „Choć w moim przypadku to raczej do piekła”. Jeszcze raz dotknął kanciastego przedmiotu pod płaszczem. Chłód stali wyraźnie go uspokoił. „W moim przypadku to raczej do piekła” – pomyślał raz jeszcze. Zupełnie jakby był bohaterem jakiegoś filmu i musiał powtarzać kwestie dwa razy, żeby na pewno dotarła do widzów.

Wanda czuła się, jakby grała w filmie, w podłej, niskobudżetowej szmirze. Nie była to jej życiowa rola. Co robi w tłumie kibiców pchających się na stadion? Nienawidziła ich. Nienawidziła tej gry: niezrozumiałej, nudnej, odpychającej, pełnej agresji. Tych ludzi śmierdzących potem albo tanimi dezodorantami. Właśnie jeden, o nieprzytomnych oczach, otarł się o nią – czerwona, dziobata twarz, puste spojrzenie alkoholika.

„Bezmózdzy łachmaniarze” – pomyślała Wanda. Była tutaj przez facetów, dokładnie przez dwóch.

Przez szefa instytutu, który znalazł sponsora i przez tego sponsora, producenta płatków kukurydzianych. Pewnej środy, żeby nie stracić posady na prywatnej uczelni, musiała zamienić teorię samobójstw na psychologię futbolu. Ale to był tylko wstęp do upokorzeń. Teraz szef kazał jej pójść na mecz.

– Ma pani zobowiązania wobec sponsora – powiedział. – Przy okazji dowie się pani czegoś na temat piłki nożnej.

Pewnie sam miał pójść na ten mecz, ale wszyscy w instytucie wiedzą, że o ósmej wieczorem to on nie pójdzie już nigdzie. W jego krwiobiegu płynie przynajmniej pół litra whisky. Wanda wiedziała, co to zobowiązania, ale jeśli miała już zrobić coś dla sponsora, to zamiast przychodzić tutaj, wolałaby zjeść tonę płatków. Najbardziej na świecie nie cierpiała dwóch rzeczy – dentysty i piłki nożnej.

Ze stadionu Legionu, w tej historycznej chwili, wita państwa ciepło i serdecznie, tak jak ciepły i serdeczny jest dzisiejszy wieczór, Dariusz Szczygłowski. Po raz pierwszy od lat polski zespół dotarł tak wysoko w europejskich rozgrywkach. Legion stanie za chwilę, za dziesięć minut, do dwunastu, przed historyczną szansą awansu do finału Ligi Europy, tym większą, że… Ale posłuchajmy piosenkarki, która wykonuje hymn klubu. Ach, jak ona śpiewa, jak śpiewa. Tym większą, że na wyjeździe Legion zremisował z Fiorentiną zero do zera. Brawo pani Edyto, i teraz wystarczy, że wygra jeden do zera albo dwa do zera, albo dwa do jednego, albo jakimkolwiek innym stosunkiem dającym przewagę przynajmniej jednej bramki, choćby trzy do dwóch. Ale zostawmy matematykę…

Loża na nowym stadionie Legionu przerosła oczekiwania Józka. Nie tak wyglądało to za jego czasów. Wtedy był goły beton, deszcz w twarz, chuchanie w dłonie i podskakiwanie szprotek, które nie chciały zamarznąć. A tutaj – miękkie fotele obite pluszem, czerwony dywan, butelka wina i dwa pękate kieliszki.

Ciekawe, kto to będzie ten drugi? Kimkolwiek będzie, zobaczy dużo więcej niż mecz. Za osiem ósma. Zegarka Józek nie zastawił, a dostałby sporo, bo to elektroniczne cacko z trzema stoperami i kalkulatorem. Zegarek był dla Józka ważniejszy niż telewizor czy obrączka, bo pokazywał cyfry, mnóstwo cyfr. To one stały się jego życiem, kiedy przestała nim być gra w piłkę. Cyfry, te z kasyna i zakładów piłkarskich, które skakały szaleńczo w oczach i umyśle, te z konta bankowego, które chudły, by zniknąć i pojawić się na nowo w rubryce z nagłówkiem „debet”.

Przegrał wszystko, co zarobił przez 15 lat na boisku. Pił – z żalu, że przegrał – już na kredyt. To cyfry wybrukowały jego drogę na ten mecz. O tym, co ma zrobić, też myślał cyframi. W której połowie to zrobi? W której minucie? Przy jakim wyniku? Czy w ogóle? Nie. „Czy w ogóle” to złe pytanie, w którym nie ma cyfr. Postanowił, że zrobi to na pewno.

Państwo wybaczą mój filozoficzny nastrój dzisiaj, ale mecz tej rangi, z udziałem polskiej drużyny, po prostu budzi we mnie egzystencjalne myśli i sprawia, że…, ale o tym później, bo Giampaolo Pazzini znowu przechwycił piłkę, zdecydował się na samotny rajd, minął Urnę, ach, proszę państwa, strzelił nie do obrony, ach, jak on strzelił. Druga akcja Fiorentiny i oto w trzeciej minucie meczu Legion przegrywa zero do jednego. To szok, proszę państwa, zawodnicy jeszcze nie poczuli gry, a już otrzymali siarczysty policzek od wroga. Nie chcę wcielać się w rolę chóru z greckiej tragedii, ale muszę to powiedzieć: albo nasi bohaterowie zmienią coś w swojej grze, albo nie. I wtedy potruchtają niefrasobliwie prosto do Hadesu.

W środku już ktoś siedział. Zwalista sylwetka tworzyła sporą plamę na matowej szybie. Pewnie jakiś bogaty snob. Wanda miała już przekręcić klamkę, gdy zatrzymał ją nagły spazm wyjącego tłumu. Gwizdy, wściekłe, agresywne gwizdy.

„Tak wyrażają swoje emocje zwierzęta” – pomyślała. – „Chyba świstaki” – dorzuciła w myślach. Ta ostatnia uwaga zdziwiła Wandę. To włączył się w jej głowie drugi głos, o którego istnieniu prawie zapomniała. Kiedyś odzywał się regularnie. Dowcipkował. Docinał jej. Pokazywał – jak na zajęciach z leczenia nerwic – jej własne lęki, myślenie życzeniowe, nierealistyczne oczekiwania. Ośmieszał ego pękające z dumy z powodu sukcesów naukowych. I dawał przestrzeń oraz dystans. To, że milczał przez lata, przeraziło teraz Wandę. „Ależ jestem stara i skostniała. Nadęta, tchórzliwa i zżarta przez neurozy” -pomyślała. – „Na dodatek za gruba”. Natychmiast przekręciła klamkę, żeby nie dopuścić kolejnych myśli. Mogły być niebezpieczne.

Człowiek w środku nie był bogatym snobem. Bogate snoby nie mają na sobie wytartych płaszczy, znoszonych butów i rzadko miewają obłęd w oczach. On miał to wszystko. Wyglądał na 50 lat, ale mógł być młodszy, postarzała go twarz zniszczona alkoholem.

– Dobry wieczór – powiedział mężczyzna i poderwał się ze swojego fotela. Ale zaraz opadł z powrotem, jakby zawstydzony uwagą, jaką jej okazał.

– Dobry wieczór – odpowiedziała Wanda.

W dole na zielonym pasku trawy biegały małe sylwetki w białych i niebieskich mundurkach, niesione okrzykami tłumu. Tutaj, za szybą loży, panowała cisza. Całkowita i bolesna.

Wanda próbowała zrozumieć logikę tej gry. Niebiescy chcą wkopać piłkę do bramki białych. I odwrotnie, to jasne. Ale dlaczego kiedy jeden niebieski wyprzedził wszystkich białych i biegł sam na bramkę, sędzia gwizdnął i niebieski musiał zatrzymać piłkę, a potem gwizdał już cały stadion? Rzuciła dyskretne spojrzenie na towarzysza męczarni. Znała takich jak on, po studiach przez rok pracowała w poradni alkoholowej. Czy to nie ten sam facet, który się o nią ocierał? Wyglądał źle z tą nabrzmiałą twarzą. Skąd taki pijaczyna miał pieniądze na bilet do loży? Gryzł paznokcie. Aż tak podniecała go ta gra? Nie. Gryzł paznokcie, ale patrzył na mecz obojętnie, intensywnie myślał, poruszał wargami. Jakby coś przeliczał. Dwie godziny z takim typem w jednym małym pomieszczeniu. Za jakie grzechy?

– Co pan tam tak przelicza? – spytała głosem pełnym irytacji. I zaraz pożałowała. Przecież najbardziej na świecie nie chciała teraz jednej rzeczy – rozmawiać z tym facetem. A on, jak na złość, odwrócił powoli głowę w jej stronę. Intensywnym, świdrującym wzrokiem dokładnie przejechał po całym ciele Wandy. Poczuła, że wszystkie egzystencjalne lęki opuszczają ją i wylatują w kosmos. Ich miejsce w trzewiach i piersiach zajęło o wiele bardziej wyraziste uczucie – zimny jak lód, lepki i całkiem konkretny strach.

Herosi z Warszawy nie mogą doskoczyć do gardeł półbogów z Florencji. Trwa zażarta walka w środku pola, o każde źdźbło trawy, jakby to był pojedynek o dusze. Legion musi strzelić dwie bramki, żeby za dwa tygodnie zmierzyć się na Camp Nou ze zwycięzcą drugiego półfinału i, kto wie, może sięgnąć po puchar. Ale oto Budrys przy piłce. Pociągnął, wystawił sobie, przymierzył i potężnie strzelił, milimetry obok lewego słupka. Nareszcie dobra akcja Legionu, nareszcie w tunelu zaświeciło się światełko, które – oby – wskazało naszym piłkarzom drogę z ciemności w jasność.

Józek mógł jeszcze pograć – 33 lata, które miał, gdy kończył karierę, to znowu nie aż tak dużo, nawet dla napastnika. Zwłaszcza takiego jak on: technika, mistrza zwodów, lisa pola karnego. Nigdy nie był najszybszy, ale zawsze dużo strzelał. Otarł się o koronę króla strzelców pierwszej ligi. Strzelił pięć bramek w Pucharze UEFA, trzy w Pucharze Europy (wtedy nie było jeszcze Ligi Mistrzów), w tym jedną bezpośrednio z rzutu rożnego. A potem przyszła 93 minuta meczu z Tytanem. Meczu o nic, przedłużonego przez sędziego nie wiadomo po jaką cholerę.

Był remis. Józek minął dwóch obrońców i położył bramkarza na trawie. Był już na luzie, już chłonął aplauz tłumu. Czas zwolnił. Wystarczyło lekko przyłożyć stopę. Wtedy poczuł eksplozję bólu z tylu nogi. Poszły achillesy. Bandyta, który zakończył karierę Józka, nazywał się Jeremiasz Rzeźnicki. W pierwszej lidze grał jeden sezon, na boisko wszedł ze trzy razy. Dlaczego akurat na mecz z Legionem?

Po co znowu o tym myśleć? Przecież nie robi tego przez Rzeźnickiego. Przez siebie. Przez to, że roztrwonił pieniądze, stracił rodzinę, szacunek do siebie samego. Przynajmniej jest uczciwy. Samobójstwo to tylko zwieńczenie tego, co sobie zrobił, samowykolejenia.

Zaraz minie 15 minuta. Może to dobry moment, żeby wyciągnąć spluwę i palnąć sobie w łeb. Szkoda, że po śmierci traci się zdolność widzenia. Jak się zabije, nie zobaczy miny tej paniusi, która siedzi obok i o której na pewno można powiedzieć jedno: nie ma pojęcia o piłce nożnej. Ilu prawdziwych kibiców oddałoby duszę za takie miejsce, na takim meczu.

Zabije się w stosownym momencie. Tylko co to jest stosowny moment? Jedna szósta meczu to za mało znacząca okazja. Zabije się przy następnej bramce, sekundę przed tym, jak piłka minie linię bramkową, a stadion wybuchnie radością albo zawyje z żalu. Ale to pewnie nie teraz. Statystyki nie kłamią, najwięcej bramek pada między 75 a 90 minutą, gdy zespoły rzucają wszystkie siły, żeby wygrać. A w pierwszej połowie – między 30 a 45 minutą, bo każdy chce strzelić bramkę do szatni. Mamy 9 minutę. Według statystyk pożyje jeszcze jakieś 25 minut. Chociaż ta bramka Fiorentiny padła wbrew cholernym statystykom, piłka znowu dokopała cyferkom, które przywiodły go na szafot.

– Co pan tak tam przelicza?

Pytanie było dla Józka jak kubeł lodowatej wody. Odwrócił się w stronę kobiety i przyjrzał się jej dokładnie. Dbał, żeby spojrzenie było odpowiednio zimne. Sam nie wie, dlaczego tak grzecznie odpowiedział:

– Minuty.

– Ale po co? – spytała przestraszonym głosem. I żeby zabić groźną ciszę, zaraz dorzuciła. – Zupełnie nie znam się na piłce.

– To po jaką cholerę pani tu przyszła?

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bóg gra z 10 Zaufaj życiu Stoicyzm uliczny. Jak oswajać trudne sytuacje 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej