Spalony Autobiografia

Spalony Autobiografia

Autorzy: Andrzej Iwan

Wydawnictwo: Buchmann

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 41.90 zł

cena od: 23.43 zł

Poruszająca historia człowieka, który tak wiele wygrał, ale jeszcze więcej przegrał. Andrzej Iwan z przejmującą szczerością opowiada o uzależnieniach od alkoholu, hazardu, a nawet o próbach samobójczych. Tłem dla jego historii pozostaje piłka nożna – widziana od środka, oczami wybitnego zawodnika, reprezentanta Polski w finałach mistrzostw świata w 1978 i 1982 roku. Iwan oddaje klimat czasów komuny, przedstawia życie całego pokolenia zawodników, których do tej pory – poza nielicznymi wyjątkami – widzieliśmy jako idealnych herosów.

Jest to książka, przy której czytelnik wielokrotnie powinien się roześmiać – i to na głos, ale też kilka razy zapłakać. Iwan dzięki fotograficznej pamięci oddaje szczegóły zdarzeń sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat, odkłamuje historię polskiego futbolu, rzuca nowe światło na największe piłkarskie nazwiska, ale przede wszystkim ukazuje zawodników jako zwykłych ludzi – z poplątanymi losami, lękami, fobiami, problemami czy chorobami, często niestety śmiertelnymi. Opisuje to wszystko, czego zwykli ludzie nie mieli szans zobaczyć – opisuje, co dzieje się, gdy gasną jupitery, a noc jest jeszcze młoda.

- To nie będzie książka o triumfach, chociaż i one się zdarzały. Więcej znajdziecie tu upadków, bo moje życie naznaczone jest upadkami, po których nieporadnie próbowałem się pozbierać. Ale będzie to też książka z moim prywatnym happy-endem: dziś, kiedy patrzę w przeszłość, wiem jedno - mogło być gorzej. Upadałem, ale stoję. Tutaj, przed wami. Stoję, odarty z tajemnic, obnażony, żebyście mnie wszyscy usłyszeli. Opowiem historię - swoją, swoich przyjaciół, swojej rodziny, swojego miasta, historię naszej piłki też. Może ku przestrodze, może dla samego siebie, dla pewnego oczyszczenia, dla wyrzucenia na zewnątrz tego całego syfu, który noszę w sobie. A może też dla rozrywki? Może ktoś z was po prostu się uśmiechnie? Dużo widziałem, bardzo dużo. Jeśli byliście kiedyś w wesołym miasteczku, a na pewno byliście, wyobraźcie sobie największy możliwy roller-coaster. Z nieba aż do piekła, i nie do końca z powrotem. Tak właśnie wyglądało moje pieprzone życie. Roller-coaster, bez pasów i po torach, które gwarantowały mnóstwo adrenaliny, ale w gruncie rzeczy prowadziły krętą drogą donikąd – napisał we wstępie.

Text ©2012 Andrzej Iwan, Krzysztof Stanowski

This edition © Buchmann Sp. z o.o., Warsaw 2012

Pomoc redakcyjna oraz wywiady

Tomasz Ćwiąkała

Redakcja

Rafał Sarna

Korekta

Katarzyna Sarna

Projekt okładki

Roman Tobjasz

Zdjęcie okładkowe

Grzegorz Lech (GPLartmedia.pl)

Skład

Typo 2 Jolanta Ugorowska

Koordynacja projektu

Marzena Baranowska

ISBN 978-83-7670-563-7

Wydawca:

Buchmann Sp. z o.o ul.

Wiktorska 65/14, 02-587 Warszawa

tel/fax 22 631 07 42

www.buchmann.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Dla Basi, która to wszystko widziała,

przeżyła i zrozumiała

Rocznie na całym świecie wydawane są setki piłkarskich książek. Cukierkowe autobiografie, często dyktowane przez zawodników, którzy dopiero co skończyli dwadzieścia lat i niczego jeszcze tak naprawdę nie widzieli i nie przeżyli. Ociekające fałszem wspomnienia, kontrolowane przez speców od PR-u, zatwierdzane przez menedżerów odpowiedzialnych za wizerunek, cenzurowane przez klubowych dyrektorów.

– A może napiszemy książkę? Wiesz, taką wesołą – zagaił kiedyś Andrzej Iwan.

I napisaliśmy.

Niewiele „Spalony” wzbudza we mnie wesołości. Kiedy słuchałem Andrzeja przez te wszystkie długie dnie i noce, częściej dopadał mnie smutek niż byłem rozbawiony. Nie wiem, dlaczego postawił na szczerość totalną, nie wiem, jaki miał cel w tym, by odsłonić swoje najgłębiej skrywane tajemnice, by całkowicie obnażyć się przed ludźmi. Wiem, że bardzo chciał opisać wszystko. Wszystko.

Andrzeju, to był zaszczyt. Dziękuję, że mogłem spisać Twoją historię. Podziwiam Cię za odwagę.

Krzysztof Stanowski

ROZDZIAŁ I

LUNATYK

W mundialach w 1978 i 1982 roku uczestniczyłem jako piłkarz reprezentacji Polski, z turnieju w 1986 wyeliminowała mnie kontuzja. Mistrzostw świata w 2002 roku nie oglądałem w ogóle. No dobrze, widziałem kilka minut jednego meczu – ubrany w biały fartuch lekarz dał mi coś podejrzeć. Lekarz pracujący w. zamkniętym ośrodku dla psychicznie chorych, w którym spędziłem długie dwa miesiące życia.

Jeszcze kilka tygodni wcześniej byłem kierownikiem Wisły, ale dzień przed meczem z Legią Warszawa – ubrany w klubowy dres, prosto ze zgrupowania – uciekłem do kasyna mieszczącego się w Bronowicach, w hotelu przy ulicy Armii Krajowej w Krakowie, gdzie upiłem się do nieprzytomności. Na Reymonta już nie wróciłem, ani dzień później, ani nawet miesiąc później. Do nikogo się nie odezwałem. Niemożliwa do okiełznania siła ciągnęła mnie w innym kierunku. Przypominałem lunatyka, który zmierza prosto ku przepaści i wiedziałem, że jeśli sam nie zdołam się ocknąć, to nikt inny mi nie pomoże. To był mój mecz – najtrudniejszy, przeciwko najbardziej wymagającemu rywalowi. Ja kontra ja. Andrzej Iwan, alkoholik i hazardzista.

Witajcie.

To nie będzie książka o triumfach, chociaż i one się zdarzały. Więcej znajdziecie tu upadków, bo moje życie naznaczone jest upadkami, po których nieporadnie próbowałem się pozbierać. Ale będzie to też książka z moim prywatnym happy endem. Dziś, kiedy patrzę w przeszłość, wiem jedno – mogło być gorzej. Upadałem, ale stoję. Tutaj, przed wami. Stoję odarty z tajemnic, obnażony, żebyście mnie wszyscy usłyszeli. Opowiem historię – swoją, swoich przyjaciół, swojej rodziny, swojego miasta, historię naszej piłki też. Może ku przestrodze, może dla samego siebie, dla pewnego oczyszczenia, dla wyrzucenia na zewnątrz tego całego syfu, który noszę w sobie. A może też dla rozrywki? Może ktoś z was po prostu się uśmiechnie? Dużo widziałem, bardzo dużo. Jeśli byliście kiedyś w wesołym miasteczku, a na pewno byliście, wyobraźcie sobie największy możliwy roller-coaster. Z nieba aż do piekła, i nie do końca z powrotem. Tak właśnie wyglądało moje pieprzone życie. Roller-coaster bez pasów, pędzący po torach, które gwarantowały mnóstwo adrenaliny, ale w gruncie rzeczy prowadziły krętą drogą donikąd.

W szpitalu leczyłem się z alkoholizmu. Dziesięcioosobowy pokój, czy raczej cela, w której było ciasno jak w. piłkarskiej szatni w przerwie meczu. Różnicę robiły trupioblade ściany i korytarze, po których powłóczystym krokiem, ślamazarnie przemykali chorzy, otumanieni lekami na schizofrenię. Oni przerażali mnie najbardziej, balansowali na granicy między jawą i snem, ich psychika była spętana jakimiś niewidzialnymi farmakologicznymi łańcuchami. Mogłem wprawdzie wstać i wyjść, wypisać się, ale to by oznaczało, że przez kolejne pięć lat nie będę miał możliwości podjęcia terapii w tym miejscu.

Mógłbym nie przeżyć tych pięciu lat.

Do Kobierzyna, gdzie mieści się szpital, trafiłem na własną prośbę dokładnie 4 maja 2002 roku. Wcześniej musiałem odleżeć dwa tygodnie w szpitalu im. Stefana Żeromskiego, czekając aż w Kobierzynie zwolni się miejsce. Te dwa tygodnie to i tak niewiele – oferta specjalna, dla mnie, po znajomości. Inni, żeby dać się zamknąć w tym odizolowanym budynku, musieli czekać znacznie dłużej – niektórzy rok, niektórzy dwa lata. Pijak z przeszłością piłkarską miał ciągle łatwiej. Nawet zamknąć w wariatkowie było go łatwiej.

Gdyby nie okoliczności, to mógłby być całkiem miły dzień – było ciepło, słonecznie, prasa żyła zbliżającym się meczem Polaków z Koreą Południową, a niektórym wydawało się nawet, że jedziemy po złoto, co – jak się później okazało – mogło sugerować, że na wycieczkę do domu wariatów powinno udać się wraz ze mną jeszcze kilka osób ze środowiska piłkarskiego. Tak sobie mogłem wtedy w żartach pomyśleć, tylko że… nie byłem w nastroju do żartów, a los piłkarskiej reprezentacji Polski miałem głęboko w dupie. Byłem sam. Całkowicie sam. I nie było mi do śmiechu. Kiedy po raz pierwszy przekraczasz progi oddziału zamkniętego dla chorych psychicznie, coś się w tobie zmienia raz na zawsze. Uświadamiasz sobie, jak daleko odpłynąłeś. Odpływałem od kilkudziesięciu lat. Odpływałem po morzu wódki. Nie widziałem już lądu.

Dlaczego zaczynam tę książkę w taki sposób? Ponieważ mam wrażenie, że całe moje wcześniejsze życie polegało na stawianiu kolejnych kroków, z których każdy przybliżał mnie do tego właśnie miejsca. Z kolei całe późniejsze życie miało polegać na stawianiu takich kroków, by nigdy więcej się tam nie znaleźć.

Przed i po.

ROZDZIAŁ II

STASZEK

Kobierzyn.

To jedno słowo mieszkańcom Krakowa mówi tyle, ile słowo Tworki warszawiakom. Na terenie ponad 50 hektarów, w parku, między starymi dębami, znajduje się kilka budynków szpitalnych, z których niektóre są całkiem ładne i urokliwe, ale jeden wyglądem i standardem od reszty znacznie odbiega – a przynajmniej odbiegał w 2002 roku. Oczywiście właśnie w tym jednym zostałem zakwaterowany. Sto metrów dalej, przez zakratowane okno, widać było gmach główny, pod który co tydzień podjeżdżały luksusowe bmw, mercedesy i audi. To półświatek załatwiał sobie lewe, żółte papiery.

Decyzja, że muszę skorzystać z fachowej pomocy szpitalnej, zapadła wcześniej w domu mojego przyjaciela, Staszka. Zdarzyło się tak, że miałem polecieć do Izraela i obserwować zawodników dla niemieckiego menedżera Wolfganga Voege. Niestety, w Warszawie przypadkowo spotkałem Janusza Atlasa – dziennikarskiego utracjusza – i… pamiętam tylko, że obudziłem się następnego dnia rano w hotelu „Marriott”, bez grosza. Skołowany, nie wiedząc, co tak naprawdę zaszło, zadzwoniłem na recepcję.

– Czy mój pokój jest już opłacony? – spytałem.

– Nie, proszę pana, jeszcze nie regulował pan rachunku – zaskrzeczało w słuchawce.

Nie to chciałem usłyszeć.

Zadzwoniłem do Staszka, przyjaciela, który miał klub piłkarski Spartak Wielkanoc-Gołcza – tam a to grywałem, a to garowałem, a najczęściej jedno i drugie. Staszek poprosił jakiegoś kumpla z Warszawy, by podrzucił mi pieniądze. Podrzucił. Problem w tym, że nie myślałem już o wyjeździe do Izraela, o obserwowaniu cudacznych piłkarzy, o których w głębi duszy bez oglądania wiedziałem, że do niczego się nie nadają. Myślałem tylko o alkoholu. Ruszyłem. Każdy kto w życiu chociaż raz „ruszył”, ten wie, co to znaczy.

Ścigaliście się kiedyś na światłach? Obok stoi samochód, rzut oka na kierowcę i już wiecie – trzeba się zmierzyć. On lekko wciska pedał gazu, żeby pobudzić silnik do wyższych obrotów, wy wgapiacie się w światło, które wkrótce ma zmienić się z czerwonego na zielone. Nikt nie myśli, że za sto metrów może stać policjant z radarem. Nikt nie analizuje konsekwencji. Ruszanie z piskiem opon ze świateł i „ruszanie” w alkoholowym ciągu jest podobne: chodzi o tę krótką chwilę uniesienia, emocji, o ten zastrzyk adrenaliny, o zafiksowanie, chociaż z góry oczywiste jest, że wkrótce będzie trzeba wyhamować. Żona uspokaja: „Nie ścigaj się z nim!”. Ale przecież mu nie odpuścisz. Kiedy ruszasz, nie rozglądasz się na boki, nie dostrzegasz otaczających cię ludzi i mijanych miejsc. Wszystko jest tylko tłem twojego prywatnego wyścigu.

Przeniosłem się do hotelu „Polonia” i piłem. Piłem tyle, że pieniądze zorganizowane przez Staszka szybko się skończyły i tym razem nie stać mnie było na uregulowanie rachunku w kolejnym hotelu. W depozycie zostawiłem dowód osobisty i wsiadłem w pociąg. Z „Polonii” na Dworzec Centralny jest bardzo blisko – trasa wzdłuż Alei Jerozolimskich mija szybko, nawet jeśli ledwie stawiasz każdy kolejny krok.

W miejscowości Wielkanoc – jest tylko jedna taka w Polsce – w domu Staszka zaczęliśmy rozmawiać. W powietrzu unosił się zapach niestrawionej wódy i wyniszczonych organów wewnętrznych proszących o litość.

– Musisz pojechać na detoks – przekonywał Staszek, z ledwością wytrzymując swąd.

Nie miałem siły się kłócić. Uznałem nawet, że pojadę tylko po to, by więcej o tym nie gadał. Był od kilku lat „suchym” alkoholikiem. Trzymał się dzielnie. Mówił, że nie może pić, bo upija się na smutno i jak się znowu upije na smutno, to się pewnie zabije. Wkrótce potem Staszek się napił.

Znaleźli go powieszonego.

Zanim do tego doszło, zanim powiesił się w zapomnianej szklarni i zanim znalazł go wracający z włamania złodziej, Staszek podjechał pod mój dom, kazał zaczekać w samochodzie, a sam poszedł wziąć od mojej żony jakieś rzeczy, w które mógłbym się przebrać. Tak zaczął się mój wieloletni romans z detoksem, trwający do dziś. Tak zaczął się rajd po szpitalach, z odcinkiem specjalnym w Kobierzynie, w 2002 roku. Stanisław chciał mi pomóc wyjść na prostą. Ja też chciałem pomóc jemu, ale czasami mam do siebie pretensje, że nie starałem się wystarczająco. Obwiniam się, że mógłbym zapobiec tej tragedii, jeśli tylko odpowiednio wcześnie zdołałbym ją przewidzieć, gdybym odczytał sygnały. Czy można przewidzieć samobójstwo przyjaciela? Pewnie tak. Pewnie, kurwa, tak.

Szpital w Kobierzynie czekał na mnie, zanim się jeszcze urodziłem. Decyzja o jego budowie zapadła w 1907 roku, a otwarty został dziesięć lat później. Nie wiem, czy już wtedy w mojej rodzinie występowała tendencja do wpadania w nałogi, ale nie mogę tego wykluczyć i nawet uważam to za bardzo prawdopodobne – wierzę, że geny mają w tej kwestii sporo do powiedzenia i są swego rodzaju przeznaczeniem, przed którym można uciec, o ile ma się dość uporu, zawziętości i szczęścia. Nie miałem ani uporu, ani zawziętości, ani pewnie szczęścia. Sala w Kobierzynie cierpliwie czekała na mnie od 1917 roku, a ja podążałem w jej kierunku, jak ćma do światła.

Mój ojciec był alkoholikiem, ja poszedłem jego śladem. Tak, Kobierzyn spokojnie sobie czekał. Mnie jeszcze nie było nawet w planach, ale rezerwację pokoju na bliżej nieokreśloną datę w XXI wieku już złożono.

Spakowanie rzeczy przed wyprawą do zachodniej części Krakowa nie zabierało zbyt wiele czasu, a to dlatego, że praktycznie niczego nie można było wnosić. Nawet posiadanie dezodorantu było zakazane, gdyż istniało poważne ryzyko, że któryś z pacjentów uzna taki dezodorant za miły zamiennik dla bardziej szlachetnych alkoholi.

I tu mała dygresja. Różne rzeczy ludzie piją – wykradają lekarzom jodynę i przepuszczają przez chleb, denaturat to już klasyk i w pewnych kręgach rarytas. W zasadzie osoby szczególnie dotknięte chorobą alkoholową przyjmują wszystko, co jest cieczą i może trzepnąć. Ja na szczęście nigdy tak daleko nie zaszedłem, nie pijałem nawet jabcoków. Stety czy niestety, normalna flaszka zawsze się znajdowała.

Najbardziej mnie zdziwił brat Kory Jackowskiej, tej z Maanamu. Niestety, już nie żyje. Otóż Andrzej wraz z kolegą pewnego razu wypili… płyn hamulcowy. Ale to jeszcze nic. Oni ten płyn hamulcowy wypili, a następnie wsiedli do auta i ruszyli. Nie wzięli pod uwagę, że tak naprawdę wypili hamulce i zupełnie nie mają jak się zatrzymać. Rąbnęli w przystanek autobusowy i stracili pracę. Potem jak Andrzej nie miał już pieniędzy i brakowało mu na ubrania, to zimą chodził w czerwonym płaszczu siostry, z wielkimi ozdobnymi guzikami. Wyglądałoby to śmiesznie, gdyby nie było takie straszne.

Tysiące twarzy, setki miraży

To człowiek tworzy metamorfozy

W Kobierzynie spotykało się różne osoby. Był na przykład profesor jednej z krakowskich wyższych uczelni.

– Jak wygląda twoje życie? – pytał go terapeuta.

– Piję od trzech lat minimum pół litra wódki dziennie. Zamykam się w gabinecie i piję. I normalnie pracuję.

Profesora dopadło delirium. Lekarze nie byli pewni, czy przeżyje, a nawet skłaniali się ku temu, że raczej mu się nie uda. Majaczył, widział różne atakujące go stwory, wyobraził sobie cały otaczający świat. Oczywiście na trzeźwo. Bo tu muszę zaznaczyć jedną ważną rzecz: alkoholik nie ma problemów, kiedy pije. Alkoholik ma problemy, kiedy przestaje pić. Dlatego właśnie tak trudno jest się wyleczyć.

Nakręcono kiedyś film, „Żółty szalik” z Januszem Gajosem w roli głównej. Znam go na pamięć, bo to obowiązkowa część każdej terapii. I jeśli ktoś chce mnie zrozumieć, niech go po prostu obejrzy. Wtedy zrozumie.

…to pragnienie.

…to udawanie, tę maskaradę – kiedy wydaje ci się, że nikt nie wie o twoim problemie i robisz wszystko, by faktycznie nikt się nie dowiedział. A przecież cuchniesz wódą. Nawet jeśli wylejesz na siebie butelkę perfum, cuchniesz wódą. Obracasz swoje picie w żart, puszczasz oko, sugerujesz, że tak naprawdę nie musisz się napić. Ale musisz. Wydaje ci się, że inni kupują to przedstawienie, że ich wykiwałeś, zbajerowałeś uśmiechem czy gestem, ale jesteś przecież taki niezdarny, taki niewiarygodny.

…ten przypływ euforii, gdy alkohol trafia do żył, i tę bezsilność, tę wściekłość, że znowu okazałeś się słaby.

…ten paniczny strach przed trzeźwieniem, to chowanie alkoholu, gdzie popadnie, to przestawienie życiowych priorytetów, tę ciągłą, uporczywie powracającą myśl, że trzeba się napić – tu i teraz.

…te obietnice, których tak bardzo nie chcesz złamać i które łamiesz za każdym razem.

…to drżenie rąk, które trudno ukryć, gdy sięgasz po kolejnego papierosa.

…to upodlenie.

…te spojrzenia rodziny.

…te osoby wokół ciebie, którym z czasem brakuje sił, by dalej walczyć, ale które po raz kolejny znajdują gdzieś w sobie szaloną motywację.

„Żółty szalik” to film o mnie i o każdym alkoholiku. Kilkanaście lat życia w pigułce, wszystkie stany emocjonalne oddane w ciągu godziny. „Żółty szalik” to lustro.

Gajos brawurowo gra biznesmena, dyrektora wielkiej firmy, alkoholika. Ludzie w ogóle mają złe wyobrażenie o alkoholikach – to słowo podsuwa im obraz biedaka spod sklepu monopolowego, a przecież tak naprawdę ta choroba atakuje przedstawicieli wszystkich szczebli drabiny społecznej. Są profesorowie, jak ten wspomniany, są piłkarze czy trenerzy, jak ja, są biznesmeni, pisarze, aktorzy. Pamiętam niektórych z Kobierzyna. Różni byli. Sylwek to blacharz, postawny, silny facet, na co dzień całkowicie normalny, ale dostawał małpiego rozumu za każdym razem, kiedy tylko się napił. Wtedy bywał niebezpieczny, zwłaszcza dla swoich bliskich – dochrapał się więc sądowego skierowania. Zdzisiek – terapeuta po przejściach. Jak znikał na dwa tygodnie, to wiadomo było, że pije. Był naprawdę świetnym, najlepszym terapeutą – bo najlepsi to ci, którzy sami dosłownie i w przenośni liznęli tematu – ale czasami wpadał w ciągi. Kolejny facet, niestety imienia już nie pamiętam, w szpitalu poznał pacjentkę z oddziału kobiecego i chociaż tam nie mogli się za bardzo spotykać, bo groziłoby im wydalenie, to wyszli już jako para. Nie tak dawno natknąłem się na nich na cmentarzu, sprzedawali tam znicze. Powiedzieli, że wzajemnie się pilnują i odkąd wyszli z Kobierzyna, już nigdy nie wzięli alkoholu do ust.

„Żółty szalik” kończy się niedosłowną, ale jednak obietnicą, że to jest możliwe. Nie wiem, czy jest. Ta para pokazała, że tak. Na razie tak. Na razie.

Na razie.

Było w Kobierzynie trochę jak w wojsku. Poza dniem, w którym dopadł mnie „suchy kac” bywało nawet znośnie. „Suchy kac” polega na tym, że chce ci się pić aż do szaleństwa. Nagle budzi się w tobie szatan i jesteś w stanie rozszarpać każdego, kto mógłby dać ci alkohol, ale z jakichś niezrozumiałych dla ciebie powodów ociąga się z tym. Zabiłbyś dla kropli wódki. Z bezradności, że tej wódki nie ma, ze zwierzęcej frustracji – zabiłbyś dwa razy. Każda komórka twojego ciała domaga się wódki. Pocisz się, trzęsiesz, marzysz tylko o jednym, ozdrowieńczym łyczku.

„Już spływa na mnie krystaliczny strumień homeostazy, czyli cudownej równowagi. Ach, pasterko moja płowa, napoiłaś spragnionego, pasterko moja.” – mówi Gajos w „Żółtym szaliku” do swojej partnerki, gdy ta widząc jego stan, pozwoliła mu zamoczyć usta w koniaku.

Człowieka mającego „suchego kaca” lepiej omijać szerokim łukiem. Pech chciał, że akurat tego dnia w odwiedziny do Kobierzyna przyjechała moja rodzina i zrobiło się trochę niesympatycznie. Tak, mnie też musieli omijać. Miałem kryzys. Potem strasznie się tego zachowania wstydziłem, bo w całym szpitalu byłem jednym z niewielu szczęściarzy, którzy zawsze mieli oparcie w rodzinie. O ile opowieści mężczyzn nie robiły na mnie żadnego wrażenia, bo sam znałem wszystko z autopsji, o tyle historie kobiet, które porzucały dzieci i zostawiały je z jakimiś agresywnymi bydlakami, byle się tylko w spokoju napić, przerażały do żywego. Pytania, jak to jest móc przytulić córkę, dawały do myślenia.

Dlatego tym bardziej było mi głupio. Miałem rodzinę, miałem jej wsparcie, a czasami nie byłem tego godny.

Skoro napisałem, że na oddziale zamkniętym było jak w wojsku, to wiadomo, o co chodzi: czyszczenie kibli, mycie garów, wszystkie te prace, które już kiedyś wykonywałem w areszcie wojskowym, do którego trafiłem w styczniu 1979 roku (o czym jeszcze opowiem – bo to dopiero był koszmar). Poza tym mieliśmy zajęcia w podgrupach, różnego rodzaju terapie – zarówno ze Zdzichem, który o piciu wiedział wszystko, jak i z miłą dziewczyną po studiach, która o piciu też wiedziała wszystko, ale niestety z książek. Czyli nie wiedziała niczego. Nie wiedziała, jak to jest przepić wszywkę, co miało skończyć się śmiercią, a u mnie skończyło się utratą przytomności i czasowym niedowładem prawej ręki. Czasowym, bo po trzech dniach puścił i mogłem już pić dalej, bez skrępowania. Ta dziewczyna była miła, miała dobre chęci, ale podręcznik jej mówił, że jak napiję się, mając wszywkę, to umrę. A mnie doświadczenie mówiło, że nie umrę, tylko spadnę z krzesła, a potem hamulec zostanie zdjęty, więc nie mogłem jej traktować do końca poważnie. Nikt nie mógł.

Pamiętam pytania z tej terapii, wypracowania, które trzeba było pisać. Kiedy po raz pierwszy zorientowałeś się, że alkohol jest silniejszy od ciebie? Jakie przeżyłeś największe upokorzenie związane z alkoholem? Co najważniejszego w życiu przepadło ci przez alkohol? Chyba nikt się nie spodziewał, że swoje wypracowanie napiszę w formie książki. Być może tytuł powinien brzmieć: „Toksyczna miłość, czyli dlaczego nienawidzę alkoholu i dlaczego nie mogę żyć bez niego”. Naprawdę: nienawidzę alkoholu. Nienawidzę nawet tego obrzydliwego smaku alkoholu. Jednak kojarzy mi się z przyjemnością, której nie jestem w stanie sobie odmówić. A potem ze strachem. Piję, bo boję się wytrzeźwieć. Piję, bo muszę. Wlewam w siebie to gówno, trzęsącymi się rękoma fascynata i degenerata.

Wychodziłem ze szpitala dla psychicznie chorych w dużo lepszym stanie. Nie wiem jednak, na ile ta terapia by mi pomogła, gdyby nie pomoc kolejnego przyjaciela – Adama Nawałki. Sądziłem, że po numerze, który wykręciłem w Wiśle, już nie znajdę pracy w piłce i zacznie się prawdziwe biedowanie, tymczasem Adam momentalnie zaproponował mi posadę drugiego trenera Zagłębia Lubin. Wróciłem do świata żywych. Do świata trzeźwych. I mogłem kupić sobie obiad. Tak niewiele i tak wiele.

Spis treści

Dedykacja

Słowo wstępne

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ XI

ROZDZIAŁ XII

ROZDZIAŁ XIII

ROZDZIAŁ XIV

ROZDZIAŁ XV

ROZDZIAŁ XVI

ROZDZIAŁ XVII

ROZDZIAŁ XVIII

ROZDZIAŁ XIX

ROZDZIAŁ XX

ROZDZIAŁ XXI

ROZDZIAŁ XXII

ROZDZIAŁ XXIII

ROZDZIAŁ XXIV

ROZDZIAŁ XXV

ROZDZIAŁ XXVI

ROZDZIAŁ XXVII

ROZDZIAŁ XXVIII

ROZDZIAŁ XXIX

ROZDZIAŁ XXX

ROZDZIAŁ XXXI

ROZDZIAŁ XXXII

ROZDZIAŁ XXXIII

Rozmowa z Lucjanem Franczakiem

Rozmowa z Jerzym Fedorowiczem

Rozmowa z Krzysztofem Budką

Rozmowa z Bartoszem Iwanem

Fotografie

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Spalony Autobiografia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia