Smolar. Piłkarz z charakterem

Smolar. Piłkarz z charakterem

Autorzy: Jacek Perzyński

Wydawnictwo: Erica

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 496

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 19.99 zł

 

Mówili że był nieprzyjemny, ale tylko dla obrońców.

Mówili że był chytrym lisem, ale tylko na boisku, w polu karnym.

Mówili że miał obsesję, ale tylko na punkcie futbolu.

Wiedzieli na pewno, że przejdzie do legendy!

Futbol miał we krwi, w genach. Zadziorność, nieustępliwość, chęć parcia do przodu i niezwykły talent zapewniły mu nieśmiertelność, a nam srebrny medal na MŚ w Hiszpanii w 1982 r.

Polacy pokochali go w 1981 r., kiedy zdobył 2 bramki w meczu z NRD. Do historii przeszedł w meczu z ZSRR ośmieszając zawodników Związku Radzieckiego słynnym tańcem w narożniku. Był bohaterem nie tylko dla Polaków. W dorobku miał również Puchar Niemiec wywalczony z Eintrachtem Frankfurt. Grał także w holenderskich zespołach Feyenoord Rotterdam i FC Utrecht.

Włodzimierz Smolarek to jeden z najwybitniejszych piłkarzy w historii polskiej piłki nożnej. Ceniony jest przez wszystkie pokolenia kibiców za światową klasę, niezwykłą waleczność, bojowość i ambicję. Pragnął po sobie pozostawić jakiś trwały ślad dla wszystkich, dla których dobro polskiego futbolu jest ważne. Stąd pomysł na tę książkę, na biografię Włodzimierza Smolarka, piłkarza, który widział wiele różnych rzeczy i wielu doświadczył sam.

"Włodek osiągnął w karierze wszystko, co było do osiągnięcia. (?)Skryty, spokojny, cichy w życiu, ale na boisku był bezczelny i pewny siebie, wojownik co się zowie. Brał trzech przeciwników na plecy i "jechał" z nimi!" Zbigniew Boniek

"Były piłkarz Eintrachtu Frankfurt okazał się 'katem' portugalskiej drużyny, walnie przyczyniając się do jej odpadnięcia z turnieju" Telewizja TVI24-Portugalia

"Włodek był gwiazdą, nie bał się nikogo, nawet Gentile" Józef Młynarczyk

"Legenda Widzewa i całej polskiej piłki" Tadeusz Gapiński

"Jeden z najlepszych naszych piłkarzy w naszej historii." Grzegorz Lato

"Ta nieustępliwość, to była jego główna cecha. Nigdy nie odpuszczał, zawsze dążył do celu i nigdy na boisku nikogo się nie bał" Stefan Majewski

"Nazywano nas meserszmit" Marek Pięta

"Gdy byłem juniorem Feyenoordu on zawsze tam był i się uśmiechał. Spoczywaj w pokoju, przyjacielu." Robin Van Persie

Jacek Perzyński urodził się w połowie gierkowskiej dekady. Z wykształcenia jest dziennikarzem oraz politologiem. Jego pasją są nauki humanistyczne, więc podmiotem zainteresowań jest człowiek, jego życie, zachowanie i twórczość.

Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp

Od Wydawcy

Od Autora

Rozdział I. „Prędzej kaktus wyrośnie mi na dłoni, niż ty kiedyś będziesz piłkarzem”

Redakcja: GRZEGORZ KORCZYŃSKI

Korekta: DOROTA RING, VIOLA MUSZYŃSKA

Projekt okładki: MARIUSZ BANACHOWICZ

Zdjęcie na pierwszej stronie okładki: PICS UNITED BE&W

Skład i łamianie: Agencja Poligraficzna Sławomir Zych

Autor dziękuje Panu Aleksandrowi Szychowskiemu za użyczenie zdjęć.

Instytut Wydawniczy Erica dołożył należytej staranności w rozumieniu art. 335 par.2 kodeksu cywilnego w celu odnalezienia aktualnych dysponentów autorskich praw majątkowych do zdjęć opublikowanych w książce.

© Copyright by Jacek Perzyński, 2012

Copyright © by Instytut Wydawniczy Erica, 2012

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-64185-46-5

Instytut Wydawniczy ERICA

e-mail: wydawnictwoerica@wp.pl

www.WydawnictwoErica.pl

Oficjalny sklep www.tetraErica.pl

Konwersja: eLitera s.c.

W trakcie zbierania różnych materiałów do tej książki zdarzało się, że dowiadywałem się z nich czasami rzeczy wręcz nieprawdopodobnych o sobie, moich kolegach, drużynach, w których grałem.

Na zdjęciu autor książki przekazuje mi takie właśnie informacje.

Moje widoczne zakłopotanie na twarzy mówi wszystko.

Włodzimierz Smolarek

Zapraszamy do lektury

Włodzimierz Smolarek

Jacek Perzyński

Włodzimierzowi Smolarkowi,

który swoją grą przez wszystkie lata dawał nam mnóstwo radości

Jacek Perzyński

Leszek Fidusiewicz / Reporter

Byłeś, Włodku, wybitnym sportowcem, największym ambasadorem Aleksandrowa Łódzkiego w historii oraz ikoną i esencją widzewskiego charakteru. Pozostaniesz, Włodku, na zawsze w naszych sercach jako dowód na to, że marzenia zwykłego chłopaka z Aleksandrowa Łódzkiego o wielkości spełniają się. Dziękujemy Ci za chwile pełne narodowych wzruszeń i dumy z bycia Polakami w tak trudnych dla naszego kraju czasach totalitarnego zniewolenia. Dziękujemy Ci za Lipsk, a zwłaszcza za niezapomniany taniec w narożniku boiska w meczu z ZSRR, który utorował nam drogę do medalu Mistrzostw Świata w Hiszpanii. Dziękujemy za wspaniałe, zwycięskie mecze w barwach Widzewa z Juventusem Turyn, Liverpoolem i innymi europejskimi klubowymi potęgami. Zawsze strzelałeś najważniejsze bramki, a to charakterystyczne tylko dla najwybitniejszych sportowców. Mimo że byłeś wielkim piłkarzem, pozostałeś skromnym, zwyczajnym chłopakiem, dla którego Aleksandrów Łódzki był zawsze istotną częścią życia. Byłeś człowiekiem pełnym ambicji i pasji. Kiedy wróciłeś do Aleksandrowa Łódzkiego, od razu włączyłeś się w działania na rzecz miasta. Kochałeś młodzież, która była, obok piłki, Twoją drugą pasją. Rozwijałeś w Aleksandrowie sekcję piłki nożnej i koszykówki, patronowałeś wielu przedsięwzięciom na rzecz rozwoju sportu młodzieżowego. Byłeś dumny z rozwoju w ostatnich latach swojego rodzinnego miasta, a Twoim oczkiem w głowie stała się modernizacja stadionu MOSiR. Tu przecież rodził się Twój nieprzeciętny talent piłkarski w barwach Włókniarza Aleksandrów. Wspólnie cieszyliśmy się z otwarcia w tym roku nowego, pięknego obiektu. To również Twoje wielkie dzieło. Dziś nie mam żadnych wątpliwości, iż będzie to stadion i obiekt imienia Włodzimierza Smolarka, Wielkiego Piłkarza, wybitnego Polaka, największego aleksandrowianina i Przyjaciela.

Jacek Lipiński

Burmistrz Aleksandrowa Łódzkiego

OD WYDAWCY

Biografia, którą z radością oddajemy w Państwa ręce, powstała podczas wieloletniej wspólnej pracy Włodzimierza Smolarka i Jacka Perzyńskiego. Z tego powodu napisana jest w pierwszej osobie, tak jak gdyby narrację prowadził zmarły niedawno piłkarz.

Smolar. Piłkarz z charakterem to nie tylko zapis zmagań sportowych, ale również barwny opis czasów, w których przyszło żyć Włodzimierzowi Smolarkowi.

OD AUTORA

Któż z nas nie pamięta jego lekko pochylonej sylwetki, spuszczonej głowy i ostrej pogoni za piłką? A jego rajdy, zdecydowane wejścia na boisku i gole zdobywane często w ekwilibrystyczny sposób, czy wręcz przetrzymywanie piłki w narożniku pola karnego. Pracowity, skromny, małomówny, niepchający się do pierwszego szeregu, ale taki, który, jak mówi się w piłkarskim żargonie, „na boisku gryzie trawę”. To Jan Ciszewski powiedział o nim kiedyś, że jest typowym „królem gąszczów w polu karnym”.

Cała jego kariera piłkarska to ciągłe rozwijanie swoich umiejętności i praca nad wyeliminowaniem swoich mankamentów. Był szybkobiegaczem czyhającym na błąd rywala i starał się być wszędzie tam, gdzie wymagała tego sytuacja. Można powiedzieć, że był mistrzem kontr i grając jako napastnik lub pomocnik, nieraz harował za dwóch na całym boisku. Najważniejsze dla niego było zawsze dobro drużyny, osobiste sukcesy schodziły na plan dalszy. Nieważne było, czy to on strzeli tę upragnioną bramkę czy kolega z drużyny. Zawsze chciał być najlepszy i zawsze walczył o zwycięstwo bez jakichkolwiek kalkulacji. Swoją postawą udowodnił, że piłka to nie tylko życiowa pasja, ale rywalizacja, zmaganie się z kontuzjami czy też przekonywanie innych do swoich umiejętności. Organizm od dzieciństwa przygotowany do wysiłku, walki, „dobrze ułożona głowa” (jakiej nie mieli ci, o których mówiło się, że są czy będą lepsi od niego), plus niezła technika – to wszystko uczyniło z Włodzimierza Smolarka piłkarza, który na trwałe zapisał się w historii futbolu.

Pod koniec zawodowej gry w piłkę, kiedy grało się w nią zupełnie inaczej, niż gdy on zaczynał, również potrafił znaleźć swoje miejsce na boisku.

Ale Smolarkowi nie tylko powinniśmy być wdzięczni za to, co zrobił dla nas, będąc piłkarzem. Kiedy przebywałem w Holandii i zbierałem materiały do tej książki, oglądaliśmy turniej piłkarskich talentów w Amsterdamie. Oglądał młodych rokujących na przyszłość piłkarzy i widać było, że czuł się jak ryba w wodzie. Już z daleka witany był przez wszystkich jak stary dobry znajomy. Dzieci, młodzież, ludzie w średnim wieku czy starsi, gdy go zobaczyli, nie mogli odmówić sobie przyjemności przywitania się z nim i zamienienia choćby kilku słów. Kobiety, mężczyźni, ludzie niezwiązani na co dzień z futbolem – wszyscy w pierwszej kolejności podchodzili do niego i było bardzo wesoło. To bardzo ważne, tym bardziej że często za granicą panuje powszechnie zły stereotyp Polaka. On zaś swoją postawą i osobowością nam wszystkim Polakom wystawił jak najlepszą opinię. Był na pewno bardzo dobrym ambasadorem Polski za granicą.

Pamiętają go również cały czas mieszkańcy byłego Związku Radzieckiego! Będąc jeszcze studentem Uniwersytetu Warszawskiego, przebywałem na uczelnianym wyjeździe naukowym w Wilnie. Tam też wieczorem w jednej z wileńskich kawiarni rozmawiałem z Litwinem, który co prawda powiedział mi, że u nich na Litwie piłką nożną mało kto się interesuje, ale on pamięta jednego polskiego piłkarza. Ja bardzo się zdziwiłem i zapytałem: którego? A on mi na to: „Smoliar, Smoliarek?”. Smolarek – podpowiedziałem mu. On radośnie przytaknął, a kiedy spytałem, dlaczego, powiedział: „Kiedy w Hiszpanii na mistrzostwach świata Związek Radziecki grał z Polską, razem z rodziną, znajomymi i sąsiadami słuchaliśmy tego meczu w radiu. Nie widzieliśmy więc, co się dzieje na boisku, ale gdy głos spikera zmieniał się nagle, wręcz w przerażony, my wiedzieliśmy, że to właśnie Smolarek ma piłkę, a oni nie mogą mu jej w żaden sposób odebrać i nie wiedzą, co robić dalej. Jego gra w tym meczu i to, co za chwilę może zrobić, było wielką tajemnicą dla wszystkich, a dla piłkarzy ZSRR szczególnie. My się cieszyliśmy, bo nie darzyliśmy zbytnią sympatią reprezentacji kraju, w którym mieszkaliśmy. Od Sowietów nasze rodziny wycierpiały wiele i dlatego akurat wtedy sprzyjaliśmy polskiej drużynie. A jego zapamiętaliśmy jako tego, który napędził im trochę strachu. Zapamiętałem go, choć go nigdy nie widziałem”.

O rodzinie Smolarków można powiedzieć, że przyszła na ten świat, żeby grać w piłkę. Ojciec Ryszard był bardzo dobrym piłkarzem, a o grze Włodzimierza pamiętamy, o Ebim też nie trzeba wiele pisać. Jest jeszcze Mariusz. Mówiono o nim, że miał jeszcze większy talent niż brat – niestety kontuzja uniemożliwiła mu czynne uprawianie sportu. Teraz za to z sukcesami realizuje się jako trener w tenisie. Któż z nas wie, co będzie dalej? Może doczekamy się kiedyś kolejnego Smolarka, który również będzie grał w piłkę jak jego przodkowie.

Drużyna seniorów Włókniarza Aleksandrów Łódzki, w górnym rzędzie trzeci od prawej strony Ryszard Smolarek – mój ojciec. Zdjęcie ze zbiorów Aleksandra Szychowskiego

Drużyna juniorów Włókniarza Aleksandrów Łódzki, w górnym rzędzie obok trenera stoję ja.Zdjęcie ze zbiorów Aleksandra Szychowskiego

Rozdział I

„PRĘDZEJ KAKTUS WYROŚNIE MI NA DŁONI, NIŻ TY KIEDYŚ BĘDZIESZ PIŁKARZEM”

Rok 1957 był rokiem wyjątkowym. Zmieniał się cały świat. Amerykańska młodzież płynie na fali rock ‘n’ rolla. Płyty Elvisa Presleya takie jak Tutti Frutti lub Jailhouse Rock nadawane są przez rozgłośnie radiowe w całej Ameryce. Muzyka stała się symbolem nowej generacji młodzieży, występującej przeciwko kulturze swoich rodziców. Idolami młodych zostali Presley, Haley i inni. Tymczasem Europa Zachodnia zaczęła proces integracji: RFN, Belgia, Włochy, Francja, Luksemburg i Holandia podpisały w Rzymie traktat o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. W Związku Radzieckim wystartował pomyślnie pierwszy sztuczny satelita Ziemi Sputnik 1. Wkrótce wystartował Sputnik 2, na którym poleciał pies Łajka – pierwsza żywa istota mająca przebywać w kosmosie w warunkach nieważkości przez tydzień. Piętnastego lipca Nikita Chruszczow ogłosił, że ZSRR niebawem osiągnie poziom życia Stanów Zjednoczonych i że „dobrze omaszczony marksizm i leninizm będą miały lepszy smak”.

W Polsce zaczęto tłumić „odwilż” z roku 1956 i z wolna pryskały nadzieje na wolność i demokrację. W lipcu 1957 roku rząd wprowadził podwyżkę cen na towary luksusowe, do których zaliczono między innymi: buty, koce i prześcieradła! Za to kibice piłkarscy od tego roku mieli nie lada frajdę. Otóż telewizja zaczęła transmitować mecze piłkarskie. Trzeba było jednak mieć jeszcze telewizor, który wówczas był marzeniem prawie każdego Polaka. Jesienią reprezentacja Polski, po dwóch golach Gerarda Cieślika, wygrała ze Związkiem Radzieckim 2:1, a strzelec goli został zniesiony przez kibiców z boiska na rękach. Gdyby wówczas przeprowadzono wśród społeczeństwa badania popularności, to z pewnością pan Gerard miałby stuprocentowe poparcie narodu. Wygrana ta dała nam szansę gry w barażach o wejście do finałów mistrzostw świata w Szwecji na „neutralnym” terenie w Lipsku należącym wówczas do NRD. Neutralny stadion w Lipsku to było pojęcie względne, ponieważ sam stadion i jego okolice wypełniony był żołnierzami radzieckimi i na wszystkich wywierano presję, aby wynik był korzystny dla Sowietów. Miejsce barażu też wybrano nieprzypadkowo, już sama otoczka spotkania nie wpłynęła korzystnie na naszych piłkarzy. Przegraliśmy 0:3 i upłynie jeszcze wiele lat zanim Lipsk zacznie kojarzyć się polskim kibicom jako szczęśliwe miejsce, gdzie uzyskaliśmy upragniony awans do finałów mistrzostw świata.

W ligowej piłce nożnej rozpoczęła się era Górnika Zabrze, który zdobył pierwsze mistrzostwo Polski. W Warszawie stołeczny klub oprócz dotychczasowego skrótu CWKS oficjalnie zaczął używać nazwy Legia. Od tej pory klub nazywał się CWKS Legia i przyjął barwy klubowe biało-czerwono-zielono-czarne.

W Łodzi, w klubie RTS Widzew, na pierwszy trening wyszły kobiety, które stworzyły własną drużynę piłki nożnej. Od razu wywołało to dyskusję na temat, czy kobiety powinny grać w piłkę nożną? Wkrótce ta drużyna odniosła wiele sukcesów w meczach rozegranych z najsilniejszymi drużynami kobiecymi w kraju. Jednak po pewnym czasie zarząd klubu rozwiązał tę sekcję, uzasadniając to opinią lekarzy sportowych, którzy jednogłośnie stwierdzili, że uprawianie tej dyscypliny sportu jest szkodliwe dla kobiet, a co za tym idzie, niewskazane. Natomiast męska drużyna seniorów ówczesnego Widzewa była długo anonimowa dla większości kibiców. W tym samym czasie na łamach łódzkiej prasy ukazał się list otwarty sędziów piłkarskich. Skarżyli się oni na swoje warunki pracy i podkreślali, że niejednokrotnie są „bici i maltretowani” w trakcie zawodów sportowych.

W Holandii w Rotterdamie klub Feyenoord zagrał swój mecz pierwszy raz przy sztucznym świetle, piłkarze wychodzili na boisko w ciemnościach, a dopóki nie rozbłysły jupitery, kibice na stadionie, których było ponad pięćdziesiąt tysięcy, trzymali w rękach zapalone zapałki lub zapalniczki. Miał być to wyjątkowy rok dla innego holenderskiego klubu – DOS Utrecht, który właśnie w tym sezonie zdobędzie swój jedyny tytuł mistrzowski. Kilkanaście lat później zmieni nazwę na FC Utrecht.

Do ciekawej sytuacji dojdzie w niemieckiej piłce nożnej. Otóż kilkakrotnie zdarzało się, że jakiś klub obronił mistrzowski tytuł w następnym sezonie. Ale jeszcze nigdy nie potrafiła tego dokonać drużyna w niezmienionym składzie. To Borussia Dortmund, która w swych szeregach miała swojsko brzmiące nazwiska: Kwiatkowski, Schlebrowski, Michallek, Kelbassa, Niepieklo, Kapitulski. „Niemiecki Śląsk”, czyli Zagłębie Ruhry, to miejsce, gdzie zawsze na stadiony przychodziło najwięcej kibiców i mieszkało mnóstwo Polaków. Kilkadziesiąt lat później ta publiczność oklaskiwać będzie Ebiego Smolarka – mojego syna, ale kto wówczas mógł się tego spodziewać. Jednak na razie 16 lipca 1957 roku w Aleksandrowie Łódzkim wydarzyło się coś wspaniałego w życiu Jadwigi i Ryszarda Smolarków: urodziło się ich jedyne dziecko, syn Włodzimierz.

W takiej oto sytuacji międzynarodowej przyszedłem na świat. Celowo wspominam to, co zdarzyło się w Lipsku, w Warszawie, Łodzi czy Rotterdamie, ponieważ wszystkie te miasta będą bardzo ważne i będą miały ogromny wpływ na moje życie. Wówczas jednak nawet rodzice nie spodziewali się, że zostanę zawodowym piłkarzem.

Ojciec, choć sam grał w piłkę, wysłał mnie na naukę zawodu do cukierni w rynku, gdzie byłem czeladnikiem u mistrzów Antczaka i Balcerka. „Cukiernik to dobry fach” – mówił. Taki mam więc wyuczony zawód, choć bardzo nie przepadałem za ciastkami i innymi słodyczami. Wtedy też, pracując w cukierni, odparzyłem sobie dłonie. Zresztą każdy, kto kiedyś pracował w cukierni, ma odparzone dłonie. Prawie zawsze zdarza się to przy wyciąganiu pączków przez sitko: opuszki palców są wtedy najbardziej narażone na poparzenie. Tak było i ze mną. Po pewnym czasie takich praktyk skóra na opuszkach palców robi się bardzo gruba. To doświadczenie przydało mi się wiele lat później w... saunie.

W cukierni spędziłem prawie trzy lata. Stanowiliśmy tam grupkę młodych uczniów, którzy uzyskali po pewnym czasie stopień czeladnika. „Ty będziesz piłkarzem!? Prędzej kaktus wyrośnie mi na dłoni” – tak często mówił mistrz Balcerek, kiedy prosiłem go o zwolnienie z pracy, bo akurat grałem w tym czasie jakiś mecz. „Jest mnóstwo roboty” – mówił, ale stopniowo po pewnym czasie do mojej gry w piłkę zaczął się przekonywać, gdy zaczynałem odnosić sukcesy. Później był dumny z tego, że fachu uczyłem się u niego. Był dla nas twardy i surowy. Co do szkoły, zrobiłem, jak mówił ojciec, który w całym moim życiu niejednokrotnie doradzał mi, kiedy miałem podjąć jakąś poważną decyzję. Zresztą jestem do niego bardzo podobny, ojciec też raczej był małomówny. W domu wszystkiego pilnowała mama, trzymała mnie bardzo krótko. Rodzice pracowali w najbardziej wówczas znanym zakładzie w Aleksandrowie Łódzkim o nazwie „Sandra”. Aleksandrów Łódzki, miasto, w którym się urodziłem, był kiedyś większy od Łodzi. Dziś jest to miasteczko połączone z Łodzią podmiejską komunikacją. Tutaj od zarania królował przemysł tekstylny i pończoszniczy. Tak jest do tej pory, mimo wielu zmian i przekształceń w całym regionie łódzkim. Przemysł lekki, teraz głównie prywatny, daje pracę wielu ludziom.

Te październikowe zmiany z roku 1956 przysłużyły się w pewnym stopniu mojemu rodzinnemu miastu. Wówczas władze państwowe zainteresowały się zaniedbywanym dotąd przemysłem lekkim. Zapomniane nieco zakłady pończosznicze uzyskały pewne wsparcie. Istniejące Aleksandrowskie Zakłady Przemysłu Pończoszniczego zmodernizowano, unowocześniając park maszynowy. Dzięki temu ich wyroby stały się atrakcyjnym towarem eksportowym. Co najważniejsze, zakłady te zainteresowały się istniejącym klubem sportowym Włókniarz. W 1958 roku Włókniarz przejął Spółdzielczy Klub Sportowy Start wraz z sekcją piłki nożnej. Od tej pory klub nazywał się Aleksandrowski Klub Sportowy Włókniarz. W połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku AZPP przemianowane zostały na Zakłady Przemysłu Pończoszniczego „Sandra”. Moje miasto było wówczas najbardziej rozpoznawalne w kraju właśnie dzięki temu zakładowi. „Sandra” produkowała głównie skarpety męskie. Właśnie tu w dziale przygotowania i wzornictwa pracował mój ojciec. Również mama była zatrudniona w tym zakładzie. Mnie jednak tam już nie wysłali.

Kiedy w podłódzkim Aleksandrowie stawiałem jako dziecko pierwsze kroki, to również od razu zaczynałem nieporadnie kopać piłkę. To mój nieodżałowanej pamięci ojciec wyrabiał we mnie te cechy charakteru, które później pomogły mi w uprawianiu sportu. Był moim pierwszym trenerem. Sam był piłkarzem, pozostał wierny Włókniarzowi i wybrał rodzinę, mimo że mógł grać gdzie indziej. Został w Aleksandrowie, chociaż do Łodzi przecież miał blisko. Dlatego gdy grałem w Widzewie, ojciec był prawie na każdym meczu. Obserwując mnie na boisku, widział chyba też samego siebie. Pół żartem, pół serio mówiono, że Smolarek tak dbał o to, aby jego syn grał dobrze również lewą nogą, że w efekcie okazało się, iż lewą gra lepiej niż prawą. Później, kiedy miałem już dwóch małych synów, mój ojciec rzucał im piłkę i kopał razem z nimi. Dla nich to była zabawa, ale on podchodził do tego bardzo poważnie. Z piłką nie rozstawał się do końca życia. Nawet odszedł z tego świata, oglądając w telewizji mecz, z tego co pamiętam, polskiej reprezentacji. Był poirytowany jej słabą grą i zrobiło mu się niedobrze. Taki był mój ojciec. Czy spodziewał się kiedyś, że jego syn zdobędzie medal mistrzostw świata, a wnuk, kontynuując piłkarskie tradycje, trzy razy z rzędu wybierany będzie najlepszym polskim piłkarzem?

Kiedy skończyłem 15 lat, zaczęto próbować mnie w pierwszej drużynie Włókniarza. Pierwsze futbolowe kroki stawiałem w drużynie trampkarzy pod okiem Mirosława Westfala, dzięki któremu trafiłem później do Widzewa. To właśnie trener Westfal ostatecznie przekonał mnie, że warto grać w piłkę nożną. Wiele zawdzięczam trenerowi Henrykowi Koczewskiemu, który uczył mnie technicznych niuansów oraz zaszczepił we mnie pasję do biegania. Teraz, po latach, gdy przyjeżdżam do Aleksandrowa, wszystko przypomina mi się w mgnieniu oka. Zaplecze cukierni przerobiono na biura. Nie ma już „Sandry”. Pamiętam, jak całe miasto witało mnie po mundialu w Hiszpanii, spotkania w szkołach, zakładach pracy. To też zawsze dodatkowo mobilizowało mnie, gdy wkładałem koszulkę z orzełkiem na piersi. Wiedziałem, że tych ludzi nie mogę zawieść. Chyba wszystko zaczęło się w Szkole Podstawowej Numer 2 przy ulicy Łęczyckiej, tam do poważnego uprawiania piłki nakłonił mnie razem z ojcem nauczyciel wychowania fizycznego. Niektórzy uważają, że to oczywiste, iż wcześniej czy później musiałem grać w piłkę, bo ojciec grał w naszym Włókniarzu z dziesiątką na plecach! Gra z takim numerem już wówczas do czegoś zobowiązywała! Miał grać w ŁKS, ale – jak już wspominałem – wybrał rodzinny dom, a poza tym wtedy sprowadzili do Łodzi rezerwy Legii z Jezierskim, Kuboczem, Soporkiem, Szymborskim i sprawa przejścia oddaliła się nieco.

Włókniarz Aleksandrów to był mój pierwszy klub. Zdarzyło się nawet kiedyś, że zagrałem razem ze swoim ojcem mecz w drużynie seniorów. Przed wojną istniał Sokół, po wojnie Włókniarz, a dziś znów jest Sokół, a nie ma Włókniarza! Rzadko zdarzają się takie powroty. Włókniarz z kolei powstał z klubu Zryw. Kiedyś w parku pośród drzew można było zobaczyć dwa budynki, które przypominały bardziej zabudowania gospodarskie niż pomieszczenia klubu sportowego – to była siedziba Włókniarza. Później, na początku lat osiemdziesiątych, klub próbował działać jak zawodowy, no może półzawodowy, uwzględniając oczywiście realia tamtej epoki i możliwości, w jakich można było coś próbować robić. Gdy w klubie otwierało się drzwi na parterze, wchodziło się do niewielkiego pomieszczenia, w którym terkotały maszyny dziewiarskie! Tak, maszyny dziewiarskie, które Włókniarz wydzierżawił od „Sandry”. Robiono na nich skarpety i getry. Prawie wszystkie kluby w Polsce tu się zaopatrywały, a nawet reprezentacja Polski. Jednostki ONZ stacjonujące w Afryce też ubrane były w getry z Włókniarza. I klub jakoś funkcjonował. W tych latach sensację wzbudzał też czarnoskóry piłkarz, który grał w jedenastce z Aleksandrowa. Teraz to normalne, ale wtedy w tej klasie rozgrywkowej to było niespotykane. W sezonie 1993/1994 Włókniarz ostatni raz zagrał w trzeciej lidze i to był praktycznie jego koniec. W sezonie 1969/1970 grał w jednej grupie rozgrywkowej z Widzewem! Co prawda w lidze okręgowej, ale grał. Wtedy jeszcze nie było aż tak dużej różnicy między tymi klubami. Ten sam Widzew dziesięć lat później będzie już znany nie tylko w Polsce, ale i w Europie.

Zawsze, kiedy grałem już w Łodzi, lubiłem oglądać Włókniarza. Jeżeli miałem wolną niedzielę, z zainteresowaniem śledziłem klasę okręgową i juniorów, bo to najczęściej w takich drużynach wypatrzeć można perełki i diamenty do oszlifowania, poza tym już wtedy lubiłem pracę z młodzieżą. Nieraz trenowałem na boisku w Aleksandrowie Łódzkim. Jak chciałem się trochę rozluźnić, pobiegać, brałem dwie piłki: jedną dla siebie, drugą dla moich dwóch synów Mariusza i Euzebiusza. Dziś to już wspomnienia. Nie ma „Sandry”. Budynki, które zajmowała, podzielone są na mieszkania komunalne, różne urzędy, instytucje.

Wszystko się zmieniło w Polsce, szkoda tylko, że tak wiele rzeczy zniszczono bezpowrotnie: trochę bezmyślnie, trochę nie mając pomysłu, co robić dalej. No cóż. Dzisiaj inaczej wygląda już Aleksandrów, który zmienia się cały czas. Nie ma już Szkoły Podstawowej Numer 2 przy ulicy Łęczyckiej. Inny jest też mój rodzinny dom. Kiedyś parter zajmowali rodzice, natomiast dwa pokoje na górze ja z żoną i synami. Pamiętam ich płacz, jak byli mali, gdy wyjeżdżałem na zgrupowania, później już się do tego przyzwyczaili, bo zrozumieli, że tak musi być. Pamiętam, jak wyjeżdżał po mnie ojciec, kiedy po tygodniach nieobecności w domu wracałem. Nie zapomnę nigdy wspólnych zabaw z piłką z całą rodziną w przydomowym ogrodzie. Nie zapomnę również tłumów pracowników wychodzących przez fabryczną bramę, kiedy kończyła się pierwsza zmiana w „Sandrze”. Pamiętam też smak swoich drożdżowych babek czy makowców, które wypiekałem. Jakie były więc moje pierwsze piłkarskie doświadczenia (kroki)? Przede wszystkim jedno, co pamiętam z dzieciństwa, to piłka, piłka i jeszcze raz piłka. W zasadzie, kiedy byłem jeszcze niemowlakiem, to już jeździłem z ojcem na mecze Włókniarza, w którym on grał. Dlatego też najwcześniejsze moje wspomnienia związane są z piłką nożną. Każdy z nas zapamiętuje na zawsze jakieś jedno charakterystyczne wydarzenie z dzieciństwa. W moim przypadku jest to boisko piłkarskie. Nie było wobec tego nic dziwnego w tym, że tak w zasadzie z marszu, automatycznie, kiedy dorastałem, zacząłem grać w piłkę. Tak jak już wspominałem, wszystko zaczęło się w szkole podstawowej, a gdy miałem chyba z dziesięć lat, to rozpocząłem regularne treningi we Włókniarzu. Jak one wyglądały? Trenowaliśmy trzy, cztery razy w tygodniu i mieliśmy podobne problemy jak większość klubów w Polsce. To znaczy mieliśmy tylko dwa boiska, o hali sportowej można było pomarzyć. Trenowaliśmy wobec tego najczęściej w aleksandrowskich szkołach. Najczęściej w Szkole Podstawowej Nr 3, gdzie ćwiczyli również lekkoatleci pod opieką pana Lipińskiego. Wszystko więc w warunkach spartańskich, ale wówczas nikt z nas młodych kandydatów na piłkarzy nad tym się nie zastanawiał, może nawet wydawało się nam, że tak musi być. Wówczas też zetknąłem się z tym, co będzie towarzyszyć mi przez cały przebieg kariery w Polsce – brakiem medycyny sportowej, nawet tej w najskromniejszym wydaniu. Kluby nie miały lekarzy. Po meczu nikt nie marzył nawet o tym, że umyje się w ciepłej wodzie, a najważniejsze było, żeby były dwie bramki i piłka do gry. Jeżeli jeszcze nawierzchnia boiska była w miarę równa – bez dołków i innych niespodzianek, to już był luksus. Wówczas jednak nikt się nad tym nie zastanawiał.

Moim pierwszym trenerem był pan Henryk Koczewski, który w przeszłości zapisał piękną sportową kartę. Przed wojną był piłkarzem ŁKS, w czasie okupacji uczestniczył w konspiracyjnych rozgrywkach piłkarskich, a po jej zakończeniu grał w reprezentacji Łodzi. Przed przyjściem do Aleksandrowa trenował jeszcze między innymi Widzew Łódź. Właśnie to z tym trenerem Włókniarz awansował i zagrał w IV lidze w sezonie 1969/70 razem z Widzewem. Wówczas to Widzew awansował do trzeciej ligi, a Włókniarz skończył rozgrywki na czternastym miejscu i spadł klasę niżej. Jaki był trener Koczewski? To on przede wszystkim zaszczepił we mnie smykałkę do biegania. Sądzę, że jakiś talent do biegania miałem wrodzony, do biegania na wytrzymałość ciągnęło mnie od dziecka. W podstawówce rywalizowaliśmy na szkolnym boisku – kto z nas wytrzyma najwięcej okrążeń. Jedno miało chyba tak ze trzysta metrów. Jeżeli moi koledzy zmęczyli się wcześniej ode mnie, kończyłem bieganie na dwudziestym okrążeniu. Jeżeli biegli dalej, to mogłem przebiec i z dwadzieścia pięć okrążeń. Poza tym nigdy nie paliłem papierosów, ci, którzy najwięcej biegają, w czasie meczu muszą o tym pamiętać. Razem z nim pracował we Włókniarzu Mirosław Westfal. To byli bardzo dobrzy trenerzy, którzy idealnie nadawali się do tego, co robili. Ściśle mówiąc, chodzi mi o to, że pan Koczewski najlepiej sprawdzał się w pracy z grupą ludzi na pewnym poziomie umiejętności piłkarskich. Żeby odnosić duże sukcesy i trenować drużynę, która mierzy wysoko, potrzebna jest systematyczna i ciągła praca w pewnym ustalonym systemie działania. Dziś, po latach, kiedy wspominam tamte czasy, to widzę, jak ważne jest umiejętne skoordynowanie wszystkich działań polegających na przygotowaniu piłkarzy do rozgrywek. Można podzielić je na trzy okresy w sezonie i chyba lepiej jest być przetrenowanym niż niedotrenowanym. Wówczas we Włókniarzu potrzebne było, żeby odnosić sukcesy, odpowiednie przygotowanie ze strony trenera i odpowiednio dobrzy piłkarze. Trener Westfal z kolei świetnie potrafił ułożyć sobie relacje z młodzieżą, z seniorami nie szło mu już tak dobrze, ale chyba właśnie zawsze była taka jego rola: pracować z młodzieżą. A jaki byłem wówczas ja? Chyba nieco zaskoczę wszystkich stwierdzeniem, że byłem „wyjątkowy” na treningach. Objawiało się to tym, że tak naprawdę to w pierwszych latach gry w piłkę obijałem się na treningu. Trochę tak kombinowałem i unikałem pewnych ćwiczeń z uśmiechem na ustach. Na treningu angażowałem się może tak na trzydzieści, czterdzieści procent swoich umiejętności i możliwości. Byłem wyjątkiem, ale nikt nie miał o to do mnie wielkich pretensji. Jeżeli ktoś obserwował moje zachowanie na treningu, mógł powiedzieć, że nie dość, że się migam od trudniejszych ćwiczeń, to jeszcze na dodatek do końca nie rozumiem tego, co chce ode mnie trener. Wszystkie takie złudzenia weryfikował i rozwiewał rozegrany przeze mnie mecz, w którym prawie zawsze byłem wyróżniającym się zawodnikiem. Dlaczego tak wówczas było? Czy w związku z tym, że w klubie grał mój ojciec, liczyłem na jakąś ulgową taryfę? Nie. Chyba wówczas jeszcze po prostu nie zdawałem sobie z tego wszystkiego sprawy: od czego i po co jest trening. Może jeszcze do tego nie dorosłem. Dojrzałem do pewnych spraw później niż moi rówieśnicy. Po jakimś czasie, jeszcze we Włókniarzu, to wszystko się zmieniło, ale pewne nawyki zostały mi już do końca kariery sportowej. Nigdy nie angażowałem się na „maksa” na treningu czy w meczu towarzyskim. Za to kiedy przyszło grać mecz o dużą stawkę, to już „gryzłem” trawę i starałem się być najlepszy na boisku. Miałem zaufanie do siebie, do swoich umiejętności i możliwości, a mankamenty starałem się eliminować, trenując już po oficjalnych zajęciach w klubie bądź reprezentacji. Trenerzy, wiedząc o tym, nabierali do mnie zaufania i dawali mi wolną rękę. Wiedzieli, że w meczu ich nie zawiodę. Tak więc nikt nie miał do mnie o to specjalnych pretensji. Dobrze było, że wówczas we Włókniarzu tylko ja byłem takim piłkarzem. Gdyby pojawiło się kilku trenujących tak jak ja, to później w trakcie meczu drużyna nie wiedziałaby za bardzo, co ma grać. Nie może być w jedenastce meczowej zbyt wielu indywidualistów, którzy grają swoje i nikt nie wie do końca, co zrobią w danym momencie. Nie może być ich za dużo nawet mimo tego, że to właśnie indywidualiści jakimś nieszablonowym zagraniem potrafią sami rozstrzygnąć losy meczu. Drużyna musi wiedzieć, co ma grać i jak ma grać, i umieć dostosowywać się do zmieniającego się przebiegu spotkania. Dlatego może warto pamiętać o tym, a szczególnie dotyczy to trenerów najmłodszych piłkarzy, że nigdy już na starcie nie można nikogo przekreślać, tylko trzeba poczekać i dać mu szansę. Zaczynałem swoją przygodę z piłką podobnie jak mój ojciec, jako rozgrywający. Z tamtego okresu obok Romka Cichego wspominam jeszcze jako dobrych piłkarzy bramkarza Zdzisława Pokrywkę – który później przejdzie do Widzewa, Włodka Świętosławskiego – jego syn wiele lat później zadebiutuje w pierwszej jedenastce Widzewa i będzie grał w Sokole Aleksandrów – czy obiecujących Adamiaka i Wawrzyńczaka. Sporo zawdzięczam również swojemu nieco starszemu koledze Andrzejowi Plebańczykowi. Prezesem klubu był wówczas pan Gajderowicz.

Gdzieś tak około roku 1971 nastąpiły w klubie spore zmiany. Podziękowano za pracę panu Koczewskiemu, odszedł też pan Westfal – nie pamiętam, czy na własną prośbę, czy też podziękowano mu za pracę w klubie. Przyszedł wtedy do klubu trzydziestokilkuletni trener pan Aleksander Szychowski. Przepracował w Aleksandrowie chyba z siedem lat, co nawet wówczas było rzadkością. Na początku trenował zarówno drużynę juniorów, w której grałem, jak i seniorów. Wówczas to najczęściej juniorzy trenowali razem z seniorami lub wyjeżdżali wspólnie na zgrupowania. Po pewnym czasie dołączyli do sztabu szkoleniowego panowie Czubak i Zamojski. Wyjeżdżaliśmy na zgrupowania do Jachranki, do Limanowej. Pamiętam również panów Lubeckiego, Sawickiego czy Fisiaka działających w klubie. Był to czas, kiedy i ja zacząłem inaczej patrzeć na to, co robię. Rozpocząłem naukę w szkole w Zgierzu, gdzie uczyłem się zawodu cukiernika i zaczynałem inaczej, to znaczy poważniej, traktować swoje obowiązki. Przede wszystkim dostrzegałem swoje mankamenty w grze. Na treningu nie było jednak czasu na to, żeby dłużej ćwiczyć to, co uważałem, że muszę poprawić. Co więc robić? Umawiałem się z kilkoma kolegami, najczęściej z takimi, którzy nie grali „pierwszych skrzypiec” w drużynie, i po treningu czy w dzień, w którym w ogóle nie trenowaliśmy, szliśmy kopać piłkę na boisku. Wyglądało to w ten sposób, że to ja trenowałem strzały, podania, kiwki, a oni statystowali czy podawali mi piłkę. Dawali się na takie rozwiązania namówić ci trochę słabsi piłkarsko koledzy, bo ci lepsi pewnie czuliby się trochę urażeni takimi propozycjami. Potrafiłem trenować tak bardzo długo, kilka godzin dziennie, czasami było już ciemno, kiedy schodziliśmy z boiska. Wówczas właśnie spodobało mi strzelanie bezpośrednio z rzutu rożnego. Lubiłem „kręcić rogale” na treningach. Zawsze starałem się mocno kopnąć piłkę wzdłuż bramki, a to stwarzało duże zagrożenie pod bramką przeciwnika. Później takie wyuczone uderzenie piłki niejednokrotnie przydało się w mojej karierze: po takim właśnie zagraniu ktoś z kolegów dopadał piłki i strzelał gola. Mnie dwukrotnie w ważnych spotkaniach w Polsce i w Holandii udało się strzelić gola bezpośrednio z rzutu rożnego. Wtedy jednak dopiero uczyłem się tego. Niedługo przed odejściem z Aleksandrowa do Łodzi zagrałem razem ze swoim ojcem w seniorach. To było wielkie przeżycie. Ojciec był na pewno moim autorytetem, ale był wówczas autorytetem dla wszystkich we Włókniarzu. Był nawet trochę starszy od naszego trenera, łysy, co dodawało mu jeszcze większej powagi. Jednak najbardziej wszyscy cenili go za dokładność, pracowitość, spokój i rozwagę. Był ułożonym mężczyzną, takim przykładem, jak dbał o wszystko, był jego... samochód marki Trabant, którym jeździł przez wiele lat. Był tak zadbany i tak dobrze utrzymany, że dzisiaj zrobiłby pewnie furorę na giełdach czy zjazdach kolekcjonerów tych aut, które odbywają się i w naszym kraju. Taka dokładność charakteryzowała mojego ojca we wszystkim, co robił. Ja też wówczas pomyślałem sobie tak zupełnie prosto, że skoro on tak postępuje, wszyscy go za to szanują, to dlaczego ja mam być inny, gorszy od niego. Ojciec grał bardzo długo w piłkę, zakończył karierę w tym czasie, kiedy ja odszedłem do Widzewa. Miał 37 lat. Wówczas nawet przez myśl mi nie przeszło, że kiedyś w Holandii ze mną będzie podobnie i skończę grać w piłkę, mając więcej lat, niż on miał wtedy. Skończył grać chyba tylko dlatego, że nieswojo czuł się w towarzystwie „młokosów”. Cały czas był jednym z najlepszych piłkarzy klubu. Pamiętam też, że kiedyś jeszcze miał propozycję przejścia do Boruty Zgierz, ale nie zrobił tego. Podobnie jak wcześniej z propozycją od ŁKS-u. Dlaczego? Może ojciec, znając odwieczną rywalizację na linii Zgierz – Aleksandrów, wolał pozostać wierny Włókniarzowi? Mogło tak być. Włókniarz Aleksandrów to była więc moja pierwsza poważna szkoła życia. Zapamiętałem sobie wówczas, jak ważna jest rola trenera w drużynie, jak na nią może wpływać obecność starszych doświadczonych piłkarzy czy wreszcie jak może „spalić” się w niej młody obiecujący junior, któremu po pierwszych sukcesach zaszumiało w głowie.

Trener musi trzymać w „ryzach” zespół, musi wzbudzać respekt, czasami nawet trochę na wyrost, pogonić swoich podopiecznych, żeby czuli, że nie ma taryfy ulgowej. Musi umieć przygotować drużynę, bo ta wyczuje, że jeżeli jej nie idzie gra, to właśnie trener mógł popełnić błąd w okresie przygotowawczym.

Również starsi „wygrani” już piłkarze nie stworzą silnej drużyny. Będą jeszcze dobrzy, ale to już nie będzie to samo, co było wcześniej. Jeżeli jednak każdy z nich znajdzie sobie odpowiednie miejsce w nowej drużynie, to przez wiele lat może być jeszcze na topie, nie schodzić poniżej pewnego poziomu i ciągle być na ustach wszystkich. Musi jednak wiedzieć, czego chce i dobrze trafić. Idealnie jest, kiedy taki doświadczony piłkarz gra w drużynie, w której za partnerów ma młodych zdolnych piłkarzy. Taki nastolatek to dopiero „materiał” na piłkarza i on ma się przede wszystkim uczyć i musi mieć od kogo się uczyć. Młodemu utalentowanemu piłkarzowi, kiedy pierwsze sukcesy przychodzą mu łatwo i bez wysiłku – bo robił to, co lubił i jeszcze miał z tego pieniądze – później wydaje się, że tak będzie cały czas, i to go gubi. Później zatrzymuje się i w końcu cofa w rozwoju sportowym. Z tamtych lat pamiętam, że trener musiał obowiązkowo i dokładnie wypełniać dziennik zajęć. Na każdy trening przygotowywany był konspekt. Dzisiaj jest z tym różnie. Pamiętam też, że trener Szychowski organizował nam raz w roku spotkanie z sędzią piłkarskim, który mówił o przepisach gry w piłkę nożną. To były bardzo dobre działania. Kiedy odchodziłem z Aleksandrowa do Widzewa w 1973 roku, Włókniarz awansował do wojewódzkiej klasy „A”. Kiedy natomiast wiele lat później wyjeżdżałem z Polski do RFN w roku 1986, Włókniarz awansował do III ligi.

Gdy patrzę na stare fotografie, zawsze jestem gdzieś w drugim, trzecim rzędzie za plecami kolegów. Wszyscy, szczególnie ówczesny kierownik Włókniarza Henryk Lubecki, mówili, że zawsze byłem skromny i nigdy nie pchałem się do pierwszego rzędu, ale byłem pracowity. Wszystko, do czego się brałem, traktowałem serio i zawsze walczyłem o swoje. Nieraz siedziałem cicho, ale gdy rozpoczynał się mecz, byłem już zupełnie inny. Tak było, kiedy pierwszy raz pojawiłem się we Włókniarzu, kiedy pierwszy raz włożyłem dres reprezentacji, kiedy zacząłem grać w Legii i Widzewie czy wreszcie, kiedy wychodząc na pierwszy trening w Eintrachcie Frankfurt, reszta drużyny patrzyła na mnie z lekkim uśmiechem. Ale wszystko zaczęło się we Włókniarzu w Aleksandrowie Łódzkim.

Jadwiga Smolarek matka Włodzimierza i babcia Ebiego.

Mój najwierniejszy kibic

Cezary Pecold / Reporter

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Smolar. Piłkarz z charakterem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila