Mój przyjaciel król

Mój przyjaciel król

Autorzy: Józef Hen

Wydawnictwo: Iskry

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 541

Cena książki papierowej: 49.00 zł

cena od: 49.00 zł

Opowieść o Stanisławie Auguście Poniatowskim. Biografia ostatniego polskiego króla napisana przez mistrza gatunku, który niewątpliwie darzy sympatią swego bohatera, ale jednocześnie dostrzega też jego wady i słabości. To także wspaniała literatura, niemająca nic wspólnego z "suchymi" biografiami autorstwa naukowców. Bardziej przypomina gawędę i tak właśnie się ją czyta. Ogromnej wrażliwości autora przypisać należy bardzo ludzki wymiar portretowanej postaci.

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne – An­drzej Ba­rec­ki

Opra­co­wa­nie in­dek­su na­zwisk – Ewa Paw­łow­ska

Na ob­wo­lu­cie por­tret Sta­ni­sła­wa Au­gu­sta Po­nia­tow­skie­go

z książ­ki M. Char­les’a For­ste­ra, Po­lo­gne, Pa­ryż 1840

Na okład­ce ob­raz Bel­lo­ta Ber­nar­da zw Ca­na­let­to Wi­dok ogól­ny War­sza­wy, 1770

Na roz­kła­dów­kach ob­ra­zy Bel­lo­ta Ber­nar­da zw. Ca­na­let­to

Wy­da­nie I

Co­py­ri­ght © by Jó­zef Hen, 2003

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two ISKRY, War­sza­wa 2003

ISBN 978-83-244-0249-6

Wy­daw­nic­two ISKRY

ul. Smol­na 11, 00-375 War­sza­wa

Dział han­dlo­wy: tel./faks (0-pre­fiks-22) 827-33-89

e-mail: iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Do Czytelnika

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

Posłowie od autora

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Do Czytelnika

Kim­kol­wiek je­steś, Czy­tel­ni­ku, któ­ry się­gasz do tego ma­nu­skryp­tu, za­pew­niam Cię, ze znaj­dziesz w nim wy­łącz­nie praw­dę. Bę­dzie to opo­wieść dra­ma­tycz­na – nie­raz pod­czas lek­tu­ry gar­dło Ci się ści­śnie wzru­sze­niem, a ser­ce na­peł­ni współ­czu­ciem (je­śli masz ser­ce współ­czu­ją­ce i wy­obraź­nię tkli­wą). Ja sam, któ­ry od­tąd tej pra­cy będę po­świę­cać wszyst­kie swo­je wie­czo­ry (kie­dy do­mow­ni­ków ogar­nie sen), po­sta­ram się po­wścią­gnąć wła­sne uczu­cia i wy­strze­gać zmy­śleń. Wy­star­czą nam wy­da­rze­nia, któ­re na­praw­dę mia­ły miej­sce.

Dłu­go się wa­ha­łem. Skąd te wa­ha­nia – nie wiem. Może cze­goś się oba­wia­łem, może ob­ja­wi­ła się ma­ło­dusz­ność? Ale kie­dy wsze­dłem w sie­dem­dzie­sią­ty szó­sty rok ży­cia, po­my­śla­łem so­bie: nie mo­żesz tego od­kła­dać, trze­ba się śpie­szyć. Tak, mu­szę z tym zdą­żyć, naj­wyż­szy czas od­dać Jego Kró­lew­skiej Mo­ści spra­wie­dli­wość. I któż to uczy­ni, je­śli nie ja, Ga­ston Fa­bre? Mia­łem za­szczyt być po­wier­ni­kiem jego my­śli i spraw. Że­ni­łem się z jego ko­bie­ta­mi. (Jed­na z nich przy­rzą­dza mi wła­śnie wie­cze­rzę). Dzie­ci z nich zro­dzo­ne no­szą moje na­zwi­sko. (Dwóch sy­nów słu­ży chwa­leb­nie na­sze­mu ce­sa­rzo­wi). Wy­ko­ny­wa­łem naj­bar­dziej in­tym­ne po­le­ce­nia. By­łem u po­cząt­ków – i by­łem u koń­ca.

Wiem, że na sa­mej pa­mię­ci po­le­gać mi nie wol­no. Otóż wy­znam, że od pierw­szych chwil na­szej zna­jo­mo­ści ro­bi­łem no­tat­ki, prze­wio­złem je przez wszyst­kie bu­rze na­sze­go cza­su (nie­któ­re za­pi­ski po­świad­czo­ne przez nie­go, inne na­wet jego ręką uczy­nio­ne). Mam od­pi­sy li­stów i pro­to­ko­łów. Za­pi­sa­ne wspo­mnie­nia oso­bi­sto­ści, któ­re z nim ob­co­wa­ły. Pan Frie­se – być może, aby oczy­ścić swo­je nad­wą­tlo­ne su­mie­nie – prze­słał mi z Pe­ters­bur­ga wy­jąt­ki z pa­mięt­ni­ków, któ­re spi­sy­wał pod dyk­tan­do kró­la. (Mam na­dzie­ję, że ko­pi­sta w po­śpie­chu nie po­czy­nił za dużo błę­dów). Ja­kieś kró­lew­skie bru­lio­ny prze­słał mi se­kret­nie z We­ne­cji, gdzie aku­rat prze­by­wał, mło­dy ksią­żę Adam Je­rzy Czar­to­ry­ski. (Ko­rzy­stam z oka­zji, żeby mu za to go­rą­co po­dzię­ko­wać). Oczy­wi­ście, nie ską­pił ani fa­ty­gi, ani ko­pii swo­jej ko­re­spon­den­cji pan Mau­ri­ce Glay­re. Po­dob­nie pan Sci­pio­ne Piat­to­li oraz ci wszy­scy, któ­rzy, bar­dzo po­moc­ni, pro­si­li jed­nak, abym nie wy­mie­niał ich z na­zwi­ska. Księż­na mar­szał­ko­wa Lu­bo­mir­ska, ku­zyn­ka kró­la, po­zwo­li­ła mi się od­wie­dzić w Wied­niu; by­łem świad­kiem jej star­czej roz­ter­ki wo­bec wła­snych wspo­mnień: dać upust póź­nej nie­na­wi­ści, czy ra­czej go­rą­cej mło­dzień­czej mi­ło­ści? Bar­dzo mi po­mo­gła. Nie zgo­dzi­ła się za to na spo­tka­nie księż­na Iza­be­la Czar­to­ry­ska: jej od­mow­ny list par­skał gnie­wem. Nie­wie­le stra­ci­łem, bo u tej pani praw­da nie była naj­bar­dziej czczo­nym do­mo­wym bó­stwem. Inne damy oka­za­ły się bar­dziej chęt­ne: ry­chło jed­nak spo­strze­głem, że na­le­ży ich wy­nu­rze­nia przyj­mo­wać ostroż­nie – bo to albo w ich pa­mię­ci coś się prze­su­nę­ło, albo wi­ze­ru­nek swój w tych opo­wie­ściach we­dle swo­je­go pra­gnie­nia kształ­to­wa­ły. Nie­któ­re do­py­ty­wa­ły się chci­wie: „A bę­dzie coś o mnie?”. Z księ­ciem Sta­ni­sła­wem Po­nia­tow­skim, bra­tan­kiem kró­la, jed­nym z naj­bo­gat­szych pa­nów w Eu­ro­pie, spo­tka­łem się we Flo­ren­cji. Nie­wie­le mi to dało. Był uprzej­my (jak to on), ale pod­czas roz­mo­wy wy­mi­gi­wał się ogól­ni­ka­mi. Od­nio­słem wra­że­nie, że przy­go­to­wu­je wła­sne pa­mięt­ni­ki.

Do­syć, po­my­śla­łem wresz­cie. Pa­mię­tam, co rzekł mój wuj i pro­tek­tor Char­les de Mon­te­squ­ieu (bę­dzie tu jesz­cze o nim mowa): że nie na­le­ży wy­czer­py­wać do koń­ca te­ma­tu. Le­piej cze­goś nie do­po­wie­dzieć i zo­sta­wić czy­tel­ni­ko­wi spo­sob­ność do wła­snych re­flek­sji.

Naj­waż­niej­sze, że praw­da się prze­bi­je. Je­stem pe­wien, że tak się sta­nie. Po­twar­cy za­milk­ną, kie­dy do­wie­dzą się, jak było na­praw­dę. Cho­ciaż nie, po­twar­cy znaj­dą się za­wsze, każ­dy fakt prze­tłu­ma­czą na swo­je – mnie idzie o lu­dzi do­brej woli. O tych, któ­rzy łak­ną praw­dy. Je­śli nie za mo­je­go ży­cia (któ­re­go dni są po­li­czo­ne), to za sto, może dwie­ście lat do­trze ona do świa­ta. Po­wie­rzę te za­pi­ski swo­je­mu wnu­ko­wi, a on swo­je­mu wnu­ko­wi. Któ­ryś z Fa­bre’ów je opu­bli­ku­je.

A więc, jak za­czy­nał swój tom sta­ry pan de Mon­ta­igne (któ­re­go wie­ża wzno­si się nie­da­le­ko mo­jej po­sia­dło­ści), z Bo­giem! Do dzie­ła!

SA­INT-ÉMI­LION, 26 LIP­CA 1807 ROKU

1

Po­zna­łem go w pierw­szych dniach wrze­śnia 1753 roku, w sa­lo­nie pani Geof­frin na uli­cy Sa­int-Ho­no­ré. Była to śro­da, na pew­no, bo pani Ma­ria Te­re­sa Geof­frin uczo­nych i lu­dzi pió­ra przyj­mo­wa­ła w śro­dy. (Po­nie­dział­ki mia­ła za­re­zer­wo­wa­ne dla ar­ty­stów – nig­dy w nich nie uczest­ni­czy­łem). Wpro­wa­dził mnie tam nie byle kto, bo sam Char­les de Mon­te­squ­ieu, mój wuj. Na­zy­wam go wu­jem ra­czej dla uprosz­cze­nia, bo był ja­koś spo­krew­nio­ny z moją mat­ką – za­pew­ne da­le­kie ku­zy­no­stwo – i kie­dy zna­la­złem się w Pa­ry­żu, obie­cał, że się mną zaj­mie. Za­uwa­ży­łem, że ten wiel­ki czło­wiek, któ­ry dla mnie był opie­kuń­czym, do­bro­tli­wym wu­jem, za­cho­wy­wał się mię­dzy ludź­mi tak, jak­by po­ję­cia nie miał, ja­kim sza­cun­kiem da­rzy się go za jego dzie­ła. Pani Geof­frin jed­nak do­brze wie­dzia­ła, że jest ozdo­bą jej sa­lo­nu, on i po­god­ny en­cy­klo­pe­dy­sta pan d’Alem­bert (oczy­wi­ście, tak­że pan Wol­ter, je­śli aku­rat by­wał w Pa­ry­żu), dla­te­go i ja cie­szy­łem się jej wzglę­da­mi. To ta wy­dra (prze­pra­szam za moc­ne wy­ra­że­nie) zwró­ci­ła mi uwa­gę na smu­kłe­go, czar­no­wło­se­go mło­dzień­ca, naj­wy­raź­niej mo­je­go ró­wie­śni­ka, któ­ry wła­śnie roz­pra­wiał z pa­nem Fon­te­nel­le’em, na­chy­lo­ny z sza­cun­kiem nad sie­dzą­cym w fo­te­lu star­cem. Pan Fon­te­nel­le li­czył so­bie pra­wie sto lat i pani Geof­frin, któ­ra bar­dzo tę zna­ko­mi­tość ce­ni­ła, sa­do­wi­ła go koło spe­cjal­nie spro­wa­dzo­ne­go że­la­zne­go pie­cy­ka. Te­raz ci dwaj, sta­ry au­tor mło­dzień­czych Roz­mów zmar­łych i chło­pię­cy przy­bysz z Pol­ski, dys­ku­to­wa­li z oży­wie­niem i naj­wi­docz­niej z upodo­ba­niem. „Za­przy­jaź­nij się z nim, Ga­sto­nie – ra­dzi­ła pani życz­li­wie – to ktoś nie­zwy­kły, ota­czam go opie­ką, bo to uko­cha­ny syn mo­je­go przy­ja­cie­la, ge­ne­ra­ła Sta­ni­sła­wa Po­nia­tow­skie­go (przy­ja­ciel! grzecz­nie po­wie­dzia­ne – w sa­lo­nach jed­nak po­szep­ty­wa­no o łą­czą­cym nie­gdyś tych dwo­je ro­man­sie), po­cho­dzi z kra­ju opa­no­wa­ne­go przez prze­są­dy, twój wuj na­pi­sał kie­dyś, że Pol­ska to naj­bar­dziej za­co­fa­ny kraj Eu­ro­py – ale wierz mi, Ga­sto­nie, z prze­są­da­mi cza­sem cał­kiem wy­god­nie się żyje – a zresz­tą moi Po­nia­tow­scy są inni, oj­ciec i syn, to lu­dzie świa­tli, czy­tel­ni­cy tych mę­dr­ców, któ­rzy tu­taj u mnie by­wa­ją”. Tak oto po­zna­li­śmy się z mło­dym hra­bią.

Uwa­żam, że mło­dy pan Po­nia­tow­ski był cał­kiem kształt­nej bu­do­wy, cho­ciaż przede mną na­rze­kał na swo­ją syl­wet­kę – moim zda­niem nie­po­trzeb­nie, ży­czył­bym so­bie tak wy­glą­dać i po­ru­szać się (był peł­nym wdzię­ku tan­ce­rzem), a co do ob­li­cza, cóż, gdy­bymż mógł mieć wła­śnie ta­kie – co za uro­da, nos może tro­chę na­zbyt wy­dat­ny, ale te oczy! Jak plą­sa­ją­ce czar­ne ogni­ki! Żad­na ko­bie­ta im się nie oprze (szcze­gól­nie star­sze pa­nie – za­wsze miał wo­kół sie­bie pa­nie, któ­re na­rzu­ca­ły się z opie­ką). Wy­da­wał mi się bar­dzo pod­nie­co­ny do­pie­ro co od­by­tą po­ga­węd­ką, czy­tał kie­dyś Roz­mo­wy zmar­łych, wstrzą­śnię­ty ich scep­ty­cy­zmem wy­kłó­cał się w du­chu z au­to­rem, a tu, pro­szę, spo­ty­ka go, choć moc­no głu­cha­we­go.

– Po­wtó­rzył mi – opo­wia­dał mój nowy przy­ja­ciel – co był na­pi­sał, że nie ma na świe­cie ni­cze­go, co mo­gli­by­śmy przy­chyl­nie przy­jąć, żad­nej war­to­ści, któ­rej nie moż­na by pod­wa­żyć. Po­wie­dzia­łem mu, że win­szu­ję, bo z tym prze­ko­na­niem do­żył cał­kiem ład­ne­go wie­ku. Ro­ze­śmiał się. „Bie­rzesz to zbyt do­słow­nie, synu. Masz ra­cję, że ży­ciem trze­ba się cie­szyć. Ale czy my­ślisz, że moż­na cie­szyć się szczę­ściem, któ­re po­sia­da się bez świad­ków?”. Od­po­wie­dzia­łem: nie wiem, jesz­cze nie by­łem szczę­śli­wy. Po­tem przy­po­mniał mi, co w swo­jej książ­ce wło­żył w usta Mo­lie­ra. Że może za­rę­czyć za trwa­łość swo­ich dzieł. Dla­cze­go? Bo „kto chce ma­lo­wać dla nie­śmier­tel­no­ści, wi­nien ma­lo­wać głup­ców”. Tak jak on, Mo­lier. Bo głup­stwo jest nie­śmier­tel­ne. Zwie­rzy­łem mu się, że za­pa­mię­ta­łem z jego dzie­ła, że „naj­mil­szą rze­czą – za­cy­to­wa­łem z pa­mię­ci – jest ukła­dać pro­jek­ty i nie do­pro­wa­dzać ni­cze­go do skut­ku… żad­na rzecz nie prze­cho­dzi ze sfe­ry wy­obraź­ni w sfe­rę rze­czy­wi­sto­ści bez stra­ty”. Ja, po­wie­dzia­łem, chcę zre­ali­zo­wać swo­je pro­jek­ty. Sta­rzec wy­raź­nie się ura­do­wał, że tak do­brze znam jego dzie­ło i zno­wu mnie po­cie­szał, że nie na­le­ży każ­de­go zda­nia brać li­te­ral­nie. „Ot, pi­sze czło­wiek, mę­dr­ku­je – do­dał z uśmie­chem – a po­tem czy­ta to taki miły mło­dzie­niec jak ty, hra­bio, i przej­mu­je się. Nie trze­ba, nie trze­ba…” – po­wta­rzał. Na to na­de­szła pani Geof­frin, żeby mi zwró­cić uwa­gę (po ci­chu), że mę­czę star­ca i przy­pro­wa­dzi­ła mnie do pana.

Za­py­ta­łem hra­bie­go, jak so­bie da­wał radę z głu­cha­wym mi­strzem, nie wy­glą­da­ło prze­cież, aby krzy­czał. Och, on na to, mam w tym wpra­wę, moja bab­ka Iza­be­la Czar­to­ry­ska, dziś wdo­wa po kasz­te­la­nie wi­leń­skim, cu­dow­na pani, przez mat­kę z domu Gor­don spo­krew­nio­na ze Stu­ar­ta­mi, cór­ka świet­ne­go po­ety, An­drze­ja Morsz­ty­na, może sły­sza­łeś, to ten Morsz­tyn, aria­nin, co uciekł przed spra­wie­dli­wo­ścią do Fran­cji, uciekł za kró­la Jana, któ­re­go był wro­giem, z cał­kiem spo­rym ma­jąt­kiem uciekł, ten ma­ją­tek przy­padł Ka­zi­mie­rzo­wi Czar­to­ry­skie­mu, z rodu sta­re­go, knia­ziow­skie­go, mło­dzie­niec pe­łen uro­ku, choć z ma­łym gar­bem, któ­ry umiał od­po­wied­nim stro­jem osła­niać, wzbu­rza­ła go in­ge­ren­cja ro­syj­ska w na­sze rzą­dy (inny był niż jego sy­no­wie, któ­rzy na­uczy­li się ja­koś te spra­wy roz­gry­wać), otóż ten mój dzia­dek miał dzie­więt­na­ście lat, kie­dy oże­nił się z in­te­li­gent­ną, o trzy lata star­szą pan­ną Morsz­ty­nów­ną, to wła­śnie ta bab­ka Iza­be­la dziś jest głu­cha­wa, a ja lu­bię z nią roz­ma­wiać, i ona ze mną, po­chwa­lę się, że je­stem jej ulu­bień­cem, i to ona, mój Ga­sto­nie (czy mogę ci mó­wić po imie­niu?; bę­dzie to dla mnie za­szczyt, od­po­wie­dzia­łem), więc to ona, Ga­sto­nie, otwo­rzy­ła pierw­szy w War­sza­wie sa­lon po­li­tycz­ny – fran­ko­fil­ski, na­tu­ral­nie, to pod jej wpły­wem bra­cia Czar­to­ry­scy, jej sy­no­wie, byli tak sfran­cu­zia­li, to ten sa­lon dał po­czą­tek temu, co się dziś w Pol­sce na­zy­wa Fa­mi­lią, czy­li po­ro­zu­mie­niu Czar­to­ry­skich z Po­nia­tow­ski­mi i róż­ny­mi od­ga­łę­zie­nia­mi rodu, je­śli ta­kie zda­rza­ją się. – Tu uśmiech. – Naj­czę­ściej przej­ścio­wo.

– Więc przy­da­rzy­ło ci się być pra­wnu­kiem po­ety?

– Wy­obraź so­bie. Pi­sy­wał bar­dzo wy­ra­fi­no­wa­ne ma­dry­ga­ły mi­ło­sne. – Za­cy­to­wał: – „Tward­szaś ty, pan­no, któ­rej łzy me nie zła­ma­ły / Nad że­la­zo, dy­ja­ment, twar­dy dąb i ska­ły”. (Lata mi­nę­ły, za­nim ja, Ga­skoń­czyk, mo­głem wy­re­cy­to­wać te dwie li­nij­ki wier­sza). – U nas w domu mało się o panu po­ecie mó­wi­ło. Chy­ba że bab­ka. Ja nie odzie­dzi­czy­łem po nim żad­nych zdol­no­ści.

– Na­praw­dę nie pi­sa­łeś wier­szy? – Zdzi­wi­łem się, bo do­ko­ła wszy­scy za­ba­wia­li się ry­ma­mi, na­wet cy­nicz­ny, oschły ksią­żę de Cho­iseul, mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych.

– Mam to za sobą – przy­znał się, za­wsty­dzo­ny, jak do sła­bo­ści. – Były so­bie ta­kie trzy pa­nien­ki, a ja go­tów w każ­dej się za­ko­chać. Pod­da­łem się i ukła­da­łem peł­ne uczuć rymy. – Za­śmiał się. – Nie bar­dzo wie­dzia­łem, do któ­rej. My­ślę, że do ja­kie­goś wy­obra­że­nia ko­bie­ty w ogó­le. Na­raz spo­strze­głem, że te wier­sze są bar­dzo kiep­skie. I od­tąd wolę czy­tać do­brą po­ezję niż two­rzyć złą.

Ja mó­wi­łem mało, on wię­cej, wła­ści­wie usta mu się nie za­my­ka­ły – jak­by da­wał upust sło­wom, któ­re dłu­go w so­bie du­sił. Ro­zu­mia­łem, że mi ufa, co mi po­chle­bia­ło. Wciąż czu­łem się skrę­po­wa­ny. Ktoś nie­zwy­kły – po­wie­dzia­ła o nim wład­czy­ni sa­lo­nu. Dla­cze­go nie­zwy­kły? Ja, jego ró­wie­śnik, czu­łem się cał­kiem zwy­czaj­ny, zna­łem gra­ni­ce swo­ich moż­li­wo­ści. Fa­bre to nie­złe na­zwi­sko, ale zgódź­my się – mimo po­kre­wień­stwa z ro­dem Mon­te­squ­ieu – to nie to, co Ro­ha­no­wie, Ri­che­lieu czy de Foix. On przy­wiózł ze sobą li­sty po­le­ca­ją­ce do ksią­żąt krwi, wo­dzów i mi­ni­strów. Otwie­ra­ły się przed nim naj­sza­cow­niej­sze wro­ta. Za­cie­ka­wi­ło mnie więc, jak wi­dzi swo­ją przy­szłość, za­py­ta­łem go o to wprost:

– Czy masz, hra­bio (wpadł mi w sło­wo: Mów mi „Staś”), więc czy masz dla sie­bie ja­kieś szcze­gól­ne pla­ny?

– Tak – od­po­wie­dział. – Mam.

– Ja­kie, wol­no wie­dzieć?

– Będę kró­lem.

– No i jak ci się spodo­bał mój pro­te­go­wa­ny? – za­py­ta­ła mnie póź­niej za­zdro­sna o wszyst­ko i wszyst­kich me­gie­ra (za­zdrość i próż­ność – to są cho­ro­by na­sze­go stu­le­cia), pod­czas gdy ja ką­tem oka ob­ser­wo­wa­łem, jak wuj Char­les za­szczy­ca pol­skie­go hra­bi­cza roz­mo­wą, uprzej­mie gło­wą kiwa, jak­by ten żół­to­dziób miał mu coś in­te­re­su­ją­ce­go do po­wie­dze­nia, a na­wet raz się ro­ze­śmiał. – Tak, spodo­bał mi się, jest miły i ma świet­ne ma­nie­ry, zda­je się, że bar­dzo wy­kształ­co­ny, tro­chę, jak na mój gust, za bar­dzo (pani Geof­frin uśmiech­nę­ła się wy­ro­zu­mia­le – trze­ba jej przy­znać, że oka­zy­wa­ła wie­le po­bła­ża­nia mło­dym lu­dziom), jest bez­po­śred­ni i uj­mu­ją­cy w roz­mo­wie, cho­ciaż nie­wol­ny od za­ha­mo­wań. A jed­nak tro­chę dziw­ny – za­koń­czy­łem. – Dla­cze­go dziw­ny? – ob­ru­szy­ła się Ma­da­me. – Py­ta­łem go, ja­kie ma za­mia­ry, od­po­wie­dział: będę kró­lem. – Bo bę­dzie! – na to pani Geof­frin z nie­za­chwia­ną pew­no­ścią. – Jest prze­wi­dzia­ny. Cho­ciaż… – Co cho­ciaż? – Ja bym mu od­ra­dza­ła. – Prze­wi­dzia­ny? Kto go prze­wi­du­je? Jaki dwór? Pe­ters­burg? Ber­lin? A może Pa­ryż? – Jego oj­ciec – od­po­wie­dzia­ła. – I wu­jo­wie Czar­to­ry­scy.

Zro­zu­mia­łem, że le­piej nie prze­dłu­żać tej roz­mo­wy. Tym bar­dziej że pan de Mon­te­squ­ieu kla­snął w dło­nie, za­po­wia­da­jąc, że od­śpie­wa nam pieśń wła­snej kom­po­zy­cji uło­żo­ną w hoł­dzie dla pani de La Val­li­ère (jest to żona bra­tan­ka słyn­nej me­tre­sy Lu­dwi­ka XIV). Wi­dzia­łem, że wpra­wi­ło to mo­je­go pol­skie­go przy­ja­cie­la w za­kło­po­ta­nie – Mon­te­squ­ieu śpie­wa­ją­cy pu­blicz­nie! nie, to nie­po­waż­ne! Nie wie­dział wte­dy jesz­cze, jako no­wi­cjusz, że sa­lon nie słu­ży do za­sad­ni­czych roz­mów, po­trzeb­ne tu są inne wa­lo­ry, fi­lo­zo­fię upra­wia się za biur­kiem, a nie nad­ska­ku­jąc da­mom.

– A jed­nak coś z nie­go wy­ci­sną­łem – szep­nął mi, kie­dy prze­brzmia­ły okla­ski po od­śpie­wa­nej głę­bo­kim ba­sem pie­śni. – Po­wie­dział mi: „Uprze­dzam pana: lud bar­dziej zna i ko­cha, i bro­ni swo­ich oby­cza­jów niż swo­ich praw. Z tym mo­że­cie w Pol­sce mieć kło­pot. Więc pan chce, żeby w Pol­sce było jak w Ho­lan­dii? Wciąż po­wta­rzam, że nie ist­nie­je ze­spół war­to­ści jed­na­ko­wo od­po­wied­ni dla wszyst­kich”. Ja na to: pa­nie pre­zy­den­cie, to może być do­bre uspra­wie­dli­wie­nie dla tych, któ­rzy nie chcą ni­cze­go zmie­niać. Kiw­nął gło­wą. Nie cho­dzi o to, do­da­łem, żeby Pol­ska sta­ła się Ho­lan­dią, cho­dzi o kie­ru­nek, w któ­rym ma iść. Zno­wu kiw­nął gło­wą. Ga­sto­nie, Ga­sto­nie – Staś naj­wy­raź­niej trium­fo­wał – zda­je się, że on mnie zro­zu­miał! Ach, oj­ciec był­by taki za­do­wo­lo­ny. Zresz­tą, oni się zna­ją z pa­nem de Mon­te­squ­ieu.

Jego oj­ciec! Wie­le się o nim do­wie­dzia­łem. Co za po­stać! Kon­do­tier, awan­tur­nik, zdo­byw­ca serc, wo­jow­nik, dy­plo­ma­ta, pu­bli­cy­sta, mę­drzec – co chce­cie! I do­bry, czu­ły, prze­wi­du­ją­cy oj­ciec. Plot­ki, że nie­ja­sne­go po­cho­dze­nia. Ze ten syn Fran­cisz­ka Po­nia­tow­skie­go, her­bu Cio­łek, na­praw­dę był sy­nem księ­cia Mi­cha­ła Sa­pie­hy z ja­kąś ży­dow­ską aren­da­rzów­ną. Moim zda­niem bzdu­ra. Ale bzdu­ra, któ­ra wciąż wzbo­ga­ca­ła ka­lum­nie, ile­kroć pan Sta­ni­sław (a póź­niej jego syn) osią­gał ja­kiś nowy szcze­bel ka­rie­ry. Jest praw­dą, że śnia­do­li­cy, nie­zwy­kle uzdol­nio­ny chło­piec – czy­li Sta­ni­sław Po­nia­tow­ski oj­ciec – cie­szył się pro­tek­cją Sa­pie­hów. Ale prze­cież tak bywa u moż­nych, że bio­rą pod swo­je skrzy­dła do­brze za­po­wia­da­ją­cą się mło­dość. Aku­rat ci nie stra­ci­li na tym – od­wdzię­czył im się póź­niej, za­bie­ga­jąc u Ka­ro­la XII o wzglę­dy dla po­ko­na­ne­go rodu. Po prze­róż­nych przy­go­dach wo­jen­nych u boku ge­ne­ra­ła Mi­cha­ła Sa­pie­hy oże­nił się Po­nia­tow­ski ze sta­rą, bo­ga­tą wdo­wą – po Ogiń­skim. Mał­żeń­stwo było nie­uda­ne, ale pan Po­nia­tow­ski mógł te­raz roz­wi­nąć skrzy­dła do lotu na mia­rę swo­ich am­bi­cji. Opo­wie­dział się za swoj­skim Sta­ni­sła­wem Lesz­czyń­skim prze­ciw Sa­so­wi Au­gu­sto­wi II, któ­re­go wspie­rał car Ro­sji, bił się u boku Ka­ro­la XII, za­przy­jaź­nił się ze szwedz­kim kró­lem, był z nim w 1709 pod Po­łta­wą, a po klę­sce, któ­rą im za­dał Piotr Pierw­szy, to on po­mógł Ka­ro­lo­wi XII ra­to­wać się z opre­sji, ra­zem prze­bi­li się do Ben­de­ru. Po­nia­tow­ski wy­ru­szył z mi­sją do Stam­bu­łu, w któ­rym ośmie­lił się prze­ciw­sta­wić sa­me­mu wiel­kie­mu we­zy­ro­wi. Dy­plo­ma­ta ro­syj­ski Toł­stoj ofia­ro­wał mu ogrom­ne pie­nią­dze za przej­ście na stro­nę car­ską, ran­gę ge­ne­ral­ską i ty­sią­ce „dusz” na Ukra­inie. Nic z tego: Po­nia­tow­ski oj­ciec był prze­bie­gły, po­tra­fił być bez­względ­ny, ale był ho­no­ro­wy; miał swój wła­sny de­ka­log po­stę­po­wa­nia.

Prze­do­stał się do Eu­ro­py – naj­pierw był Am­ster­dam, po­tem Pa­ryż. Błysz­czał tu mię­dzy ro­kiem 1716 a 1717. Stał się atrak­cją sa­lo­nów, ulu­bień­cem dam. Ocza­ro­wał mło­de­go Wol­te­ra, któ­ry póź­niej, w 1741 roku, po­świę­ci mu tro­chę miej­sca w swo­im dzie­le o Ka­ro­lu XII i na­po­mknie, że wszyst­ko, co ge­ne­rał Po­nia­tow­ski przed­się­wziął, czy­nił „ze szczę­ściem”. (Jego syn, Staś, uzna to wy­ra­że­nie za nie­sto­sow­ne i cy­tu­jąc w mo­wie po­grze­bo­wej Wol­te­ra za­mie­ni sło­wo bon­heur – szczę­ście na hon­neur – ho­nor. Sam bo­ha­ter, mimo że współ­pra­co­wał ze zna­ko­mi­tym au­to­rem, opu­bli­ku­je po fran­cu­sku Uwa­gi pol­skie­go pana, pro­stu­ją­ce za­war­te w dzie­le Wol­te­ra nie­ści­sło­ści). Jest rok 1719, Ka­rol XII nie żyje, lo­jal­ny do­tąd Po­nia­tow­ski nie ma żad­nych zo­bo­wią­zań, czas wra­cać do Pol­ski, ale nie od razu, trze­ba się ro­zej­rzeć po świe­cie, za­wa­dzić o Dre­zno, gdzie wrę­czy Au­gu­sto­wi II cen­ny do­ku­ment, sta­ry dy­plom elek­cyj­ny (nie­gdyś od­da­ny przez Sasa zwy­cię­skie­mu Ka­ro­lo­wi XII na znak re­zy­gna­cji) – wresz­cie, nie bez przy­gód (był uwię­zio­ny w Da­nii jako agent wro­ga) uwal­nia się ofi­cjal­nie od służ­by szwedz­kiej (za­wsze ho­no­ro­wy!), po czym wi­dzi­my go w Ber­li­nie w to­wa­rzy­stwie mło­de­go księ­cia Mi­cha­ła Czar­to­ry­skie­go. Od tego się za­czę­ło! Bo ksią­żę Mi­chał, za­pew­ne ocza­ro­wa­ny awan­tur­ni­czym ge­ne­ra­łem (któ­ry ma już 44 lata), mówi: daję ci moją sio­strę Kon­stan­cję. Ro­dzi­ce może tro­chę sar­ka­li – czy to nie me­za­lians? – ale Sta­ni­sław Po­nia­tow­ski to jed­nak bo­ha­ter. A przy tym zwią­za­ny z Flem­min­giem, któ­ry rzą­dzi u Sasa w Dreź­nie. Do tego pan­na Kon­stan­cja – o dwa­dzie­ścia lat młod­sza, cór­ka jed­ne­go z naj­ma­jęt­niej­szych wiel­mo­ży w Pol­sce – za­ko­cha­na. Pani Po­nia­tow­ska (I° voto Ogiń­ska) go­dzi się na roz­wód (w Pol­sce ma­gna­ci nie mają kło­po­tów z roz­wo­da­mi) – i oto we wrze­śniu 1720 ślub, któ­ry, choć ci­chy, jest te­raz ze wzglę­du na po­tom­ka, przy­szłe­go kró­la, wy­da­rze­niem hi­sto­rycz­nym. Była to mi­łość, obu­stron­na go­rą­ca mi­łość (któ­rą po­świad­cza­ją jego czu­łe, pi­sa­ne po pol­sku li­sty), a po­tem szczę­śli­we ży­cie ro­dzin­ne. Nie obe­szło się bez no­wych przy­gód mi­li­tar­nych, bo Sta­ni­sław Po­nia­tow­ski, sza­nu­jąc sta­re zo­bo­wią­za­nia, po śmier­ci Au­gu­sta II po raz wtó­ry – te­raz wraz ze swym te­ściem Ka­zi­mie­rzem Czar­to­ry­skim – wią­że się z Lesz­czyń­skim prze­ciw kan­dy­da­to­wi Sa­so­wi (tym ra­zem bę­dzie to Au­gust III). Koń­czy się to wkro­cze­niem trzy­dzie­sto­ty­sięcz­nej ar­mii ro­syj­skiej i opusz­cze­niem Lesz­czyń­skie­go przez szlach­tę; Po­nia­tow­scy z dzieć­mi i Ka­zi­mierz Czar­to­ry­ski chro­nią się do Gdań­ska, w któ­rym pani Kon­stan­cja prze­by­wa, czę­sto sa­mot­nie, lat sie­dem. Ro­dzi w tym cza­sie stę­sk­nio­ne­mu mę­żo­wi-obie­ży­świa­to­wi dwóch naj­młod­szych sy­nów, An­drze­ja i Mi­cha­ła. Fa­mi­lian­ci, zwo­len­ni­cy re­form, któ­rych wi­dzą ko­niecz­ność – naj­śmiel­szym wi­zjo­ne­rem prze­mian był oj­ciec mo­je­go przy­ja­cie­la – przy­ję­li w koń­cu do wia­do­mo­ści, że od 1717 roku, od sej­mu zwa­ne­go „Nie­mym”, czy­li od kie­dy gwa­ran­tem dy­na­stii sa­skiej są woj­ska ro­syj­skie, po­pie­ra­nie sta­re­go „Lasa” to mrzon­ka. Po­wo­li, nie bez za­ha­mo­wań i prze­róż­nych zwro­tów (szcze­gól­nie ze stro­ny bar­dziej pysz­ne­go księ­cia Mi­cha­ła), Czar­to­ry­scy od­bu­do­wu­ją swo­ją po­zy­cję przy dwo­rze, na czym i Dre­znu za­le­ża­ło. Ksią­żę Au­gust, młod­szy brat Mi­cha­ła, zo­sta­je wo­je­wo­dą ru­skim, Po­nia­tow­ski – ma­zo­wiec­kim, ksią­żę Mi­chał – na ra­zie – pod­kanc­le­rzym li­tew­skim. I cóż czy­ni nasz bo­ha­ter ge­ne­rał? Uwa­ża, że bę­dzie rze­czą wła­ści­wą za­wia­do­mić o tej prze­mia­nie pod­sta­rza­łe­go kró­la, wiecz­ne­go pre­ten­den­ta. Wy­bie­ra się do Lu­névil­le, gdzie opa­sły Sta­ni­sław Lesz­czyń­ski te­raz re­zy­du­je jako król Lo­ta­ryn­gii (z ła­ski na­sze­go Lu­dwi­ka XV, swo­je­go te­ścia). Wa­sza Kró­lew­ska Mość ra­czy wy­ba­czyć, wy­co­fu­je­my się z opo­zy­cji, do­bro oj­czy­zny wy­ma­ga i tak da­lej. Wy­glą­da na to, że król Lesz­czyń­ski nie bar­dzo się prze­jął, „naj­gor­sze w tym było to – opo­wia­dał póź­niej pan Po­nia­tow­ski w wą­skim krę­gu – że ka­zał mi słu­chać mszy, był aku­rat Wiel­ki Ty­dzień, sześć mszy dzien­nie, pa­no­wie, Pan Bóg mu­siał się bar­dzo dzi­wić, bo wie, że tyle to ja wy­słu­chu­ję w cią­gu roku”. Wol­te­ro­wi ta bi­go­te­ria nie prze­szka­dza­ła ko­rzy­stać z go­ści­ny u kró­la Lo­ta­ryn­gii, ale w o l l e r i a n i n o w i Po­nia­tow­skie­mu, któ­ry spo­dzie­wał się po pre­ten­den­cie dys­put po­li­tycz­nych, to prze­szka­dza­ło.

I zno­wu Pa­ryż i jesz­cze więk­sze po­wo­dze­nie bo­ha­te­ra u dam (a li­czy so­bie już lat po­nad sześć­dzie­siąt!), wręcz osza­ła­mia­ją­ce, tym ra­zem pod­bi­ta zo­sta­ła sama pani Ma­rie-The­rèse Geof­frin, któ­ra za dwa lata otwo­rzy sa­lon przy uli­cy Sa­int-Ho­no­ré (obok domu, z któ­re­go okien zer­ka­ją na prze­chod­niów wsze­tecz­ni­ce), i sta­nie się po­tę­gą, zwłasz­cza po śmier­ci pani de Ten­cin, kie­dy opu­sto­sze­je współ­za­wod­ni­czą­cy z nią sa­lon. Dzi­siaj pani Geof­frin zaj­mu­je się Po­nia­tow­skim-sy­nem, któ­ry na­zy­wa­ją „ma­muś­ką”. „Ma­mu­siek”, jak się zo­rien­to­wa­łem, mu­sia­ło być w ży­ciu hra­bi­cza wię­cej, pięk­no­oki mło­dzie­niec bu­dził tkli­we uczu­cia u szla­chet­nych i peł­nych za­pa­łu dy­dak­tycz­ne­go dam (nie za­wsze oka­zy­wa­ne­go wła­snym po­tom­kom), na przy­kład opie­kun­ka z Dre­zna, przy­ja­ciół­ka pani Kon­stan­cji z lat szkol­nych, hra­bian­ka Ma­ria-Anna Ko­lo­vrat, obec­nie hra­bi­na Brühl, żona wszech­wład­ne­go mi­ni­stra na dwo­rze Au­gu­sta III – ileż tkli­wo­ści dla Sta­sia mia­ła, jak się o nie­go trosz­czy­ła – wszyst­ko, by do­go­dzić swo­jej naj­droż­szej przy­ja­ciół­ce Kon­stan­cji – i lek­tu­ry mu do­bie­ra­ła, i zda­wać spra­wę z nich żą­da­ła (co było, jak mi wy­znał, nie­złym dla umy­słu ćwi­cze­niem), i nie jest wy­klu­czo­ne, że w za­pa­le pe­da­go­gicz­nym uczy­ła Sta­sia sztu­ki mi­ło­ści.

Kon­stan­cja z Czar­to­ry­skich Po­nia­tow­ska z sy­nem

MAL. S. MI­RYS

List po­le­ca­ją­cy do hra­bi­ny de Bran­cas (zwa­nej „Wiel­ką” z po­wo­du ogrom­ne­go wzro­stu, któ­ry nie po­wi­nien dzi­wić, prze­cież to cór­ka Au­gu­sta Moc­ne­go) wpro­wa­dził go do Wer­sa­lu. Czę­sto u pani de Bran­cas obia­do­wał; była skarb­ni­cą aneg­dot z dwo­ru Lu­dwi­ka XIV („Czy wiesz, chłop­cze, kto z r o b i ł diu­ka Akwi­ta­nii? – spy­ta­ła raz ob­ce­so­wo. – Otóż nie zgad­niesz: świę­ty Fran­ci­szek Ksa­we­ry!”). Brüh­lo­wa za­mę­cza­ła ją żą­da­nia­mi, by opi­sy­wa­ła za­cho­wa­nie „sy­necz­ka”. Z li­stu pani de Bran­cas (do któ­re­go uda­ło mi się do­trzeć): „(…) ten dzie­ciak, któ­re­go ra­czy­ła mi pani po­wie­rzyć… jest tak bły­sko­tli­wy, że moja po­moc jest mu wła­ści­wie nie­po­trzeb­na (…) żad­na wy­ra­żo­na o nim po­chwa­ła nie za­brzmi prze­sad­nie, nie wi­dzia­łam nig­dy cu­dzo­ziem­ca (…), któ­ry by tyle umiał wy­nieść po­żyt­ku z po­dró­ży”. Wszyst­ko ten mło­dy czło­wiek wie o Pol­sce i są­sia­dach, wszyst­kim się in­te­re­su­je, zdo­by­cza­mi na­uko­wy­mi, ad­mi­ni­stra­cją, a tak­że woj­sko­wo­ścią i woj­ną. „Zna na­szą hi­sto­rię – za­chwy­ca się da­lej pani «Wiel­ka» – zna aneg­do­ty o każ­dym pa­no­wa­niu, kon­wer­sa­cja z nim jest prze­mi­ła i da­le­ko wyż­sza od więk­szo­ści Fran­cu­zów”. I da­lej: „(…) jak sły­szę, na­sze mło­de i pięk­ne pa­nie oce­nia­ją, że umie się po­do­bać, i że na tym polu od­no­si duże suk­ce­sy”. Po tym li­ście hra­bi­na Brühl zro­bi­ła się odro­bi­nę za­zdro­sna. I nic dziw­ne­go, że i dru­ga „ma­muś­ka”, czy­li pani Geof­frin, była o nie­go tak­że za­zdro­sna. Nie za­pra­sza­ła go w po­nie­dział­ki, kie­dy by­wa­li u niej ar­ty­ści. Jego co praw­da in­te­re­so­wa­ło wszyst­ko (co tak pod­bi­ło pa­nią de Bran­cas), ale naj­bar­dziej po­chła­nia­ła go sztu­ka – i od niej wła­śnie Ma­da­me go od­ci­na­ła. (Inna rzecz, że uda­ło mu się od­wie­dzić kil­ku mi­strzów w pra­cow­niach). Po­dob­no, jak ktoś mi szep­nął w za­ufa­niu, wo­la­ła nie mieć go na spo­tka­niach z ar­ty­sta­mi, bo zda­rza­ły jej się kom­pro­mi­tu­ją­ce po­mył­ki, z któ­rych się pod­śmie­wa­no, le­piej więc, żeby Staś nie był tego świad­kiem. Da­wa­ła mu chęt­nie lek­cje ob­łu­dy to­wa­rzy­skiej, do któ­rej mój przy­szły przy­ja­ciel, niby dru­gi mo­lie­row­ski Al­cest, ten z Mi­zan­tro­pa, nie bar­dzo był zdol­ny. Ra­zi­ła go fry­wol­ność ję­zy­ka zna­ko­mi­tych dam, czę­sto o bo­ga­tej prze­szło­ści. Pani de Cha­ro­la­is, księż­nicz­ka krwi, któ­rą z tej ra­cji na­zy­wa­no po pro­stu „Ma­de­mo­isel­le”, zwró­ci­ła się do nie­go, kie­dy po­śnia­daw­szy wy­szli do ogro­du: „Mój pa­nie, przy­nieś mi, pro­szę, moją cip­kę”. Oszo­ło­mio­ny, naj­pierw udał, że nie sły­szy. Ona po­wtó­rzy­ła: „Przy­nieś mi moją cipę”. Żar­tu­je so­bie ze mnie, po­my­ślał, i od­po­wie­dział ele­ganc­ko: „Wy­da­wa­ło mi się, że nosi ją pani za­wsze ze sobą”. Usły­szał wy­buch śmie­chu: cho­dzi­ło o po­dusz­kę, któ­rą ta dama, wy­cho­dząc do ogro­du, przy­pi­na­ła so­bie do tyl­nej czę­ści cia­ła. Może ta aneg­do­ta spra­wi­ła, że pan Rul­hi­ère, za­wsze mu nie­życz­li­wy (zresz­tą nie­źle opła­ca­ny przez jego wro­gów), uznał, że uda mu się prze­ko­nać nas, iż Staś bu­dził w sa­lo­nach chi­cho­ty. Nic po­dob­ne­go. Mło­dy ba­ron de Bez­e­nval przed­sta­wił go swe­mu do­wód­cy, księ­ciu Ri­che­lieu, ten z ko­lei przed­sta­wił go kró­lo­wi, któ­ry swo­im zwy­cza­jem nic nie po­wie­dział, skło­nił tyl­ko gło­wę; po­tem od­by­ła się roz­mo­wa z kró­lo­wą Ma­rią. Stę­sk­nio­na za Pol­ską cór­ka Lesz­czyń­skie­go przy­ję­ła Sta­sia wy­lew­nie, pro­si­ła, żeby mó­wił do niej po pol­sku. (Staś sły­szał, że kie­dy do kró­la Lo­ta­ryn­gii do­tar­ła wia­do­mość, że mło­do­cia­ny Lu­dwik XV chce się oże­nić z Ma­rią, naj­pierw ze­mdlał z wra­że­nia w ka­re­cie, po­tem za­wo­łał: „Cór­ko, klęk­nij­my na mu­ra­wie i po­dzię­kuj­my Bogu!”. „Oj­cze – spy­ta­ła – czy wra­ca­my do Pol­ski? Bę­dziesz kró­lem?”. „Le­piej, cór­ko! Bę­dziesz kró­lo­wą Fran­cji!”). Sio­stra ba­ro­na de Be­se­nval, więc oso­ba mło­da (cho­ciaż już owdo­wia­ła), uro­dzi­wa mar­ki­za de Bro­glie, da­rzy­ła swe­go da­le­kie­go ku­zy­na Sta­sia szcze­gól­ny­mi wzglę­da­mi, a trze­ba wie­dzieć, że w jej domu przyj­mo­wa­no oso­by tyl­ko naj­bar­dziej sza­cow­ne. Staś wra­stał w Pa­ryż zna­ko­mi­cie, wy­uczał go się szyb­ko (cho­ciaż po­lu­bił do­pie­ro po la­tach, z od­da­le­nia) i to tak szyb­ko, że czuj­na pani Geof­frin do­ra­dzi­ła mu kie­dyś, żeby nie za bar­dzo oka­zy­wał swo­ją „pa­ry­skość”. „Trze­ba im po­zwo­lić dłu­żej od­czu­wać swo­ją wyż­szość – ra­dzi­ła do­świad­czo­na ko­bie­ta – im po­trzeb­ny jest «Pro­sta­czek», któ­re­go po­wo­li ucy­wi­li­zu­ją, wte­dy będą za­do­wo­le­ni z sie­bie i mogą cię za to po­lu­bić”. Chy­ba mia­ła ra­cję. Pew­na dama, kie­dy jej przed­sta­wio­no cu­dzo­ziem­ca, za­wo­ła­ła: „Ależ to nie­po­dob­na! To cho­dzi zu­peł­nie po ludz­ku ubra­ne!”.

Zna­jo­mość ży­cia i umie­jęt­ność wy­cią­ga­nia wnio­sków – uwa­ża mój nowy przy­ja­ciel – pani Geof­frin na pew­no ma, sko­ro, bę­dąc ni­skie­go sta­nu, wy­nio­sła się tak wy­so­ko. To nie chro­ni jej przed sta­łym kon­flik­tem z wła­sną cór­ką, mar­gra­bi­ną de La Fer­té-Im­bault (ro­dzin­ne sto­sun­ki pod­le­ga­ją wła­snym pra­wom), w jej obec­no­ści sta­je się, we­dług okre­śle­nia „sy­nu­sia”, wście­kłą za­wie­ru­chą. A on lubi tę cór­kę (pod wa­run­kiem, że jest bez mat­ki), do­brą, miłą, tro­chę przy­głu­chą i ga­da­tli­wą, któ­ra ze swo­je­go ga­dul­stwa sama żar­tu­je. Może tego wła­śnie mat­ka nie może znieść – za­uwa­ży­łem – może idzie o pra­wo do ga­dul­stwa.

Sta­ni­sław na­rze­ka cza­sem przede mną na pa­pla­ni­nę mo­ich ro­da­ków, są bar­dzo nie­uważ­ni w roz­mo­wie, za­py­tu­ją cię o coś, a od­po­wie­dzi już nie wy­słu­cha­ją. Ko­bie­ty wy­da­ją mu się cie­kaw­sze. Sta­re damy wręcz fa­scy­nu­ją­ce. Ksią­żę Or­le­ań­ski ma mo­je­go przy­ja­cie­la nie­mal za kom­pa­na. Słyn­ny d’Alem­bert pa­ro­diu­je dla nie­go ko­mi­ków wło­skich. La­to­ur za­pra­sza go do swo­jej pra­cow­ni. Bywa na obia­dach u pre­ze­sa aka­de­mii, pana He­nault. Kie­dy bąk­nął coś przed pa­nią Geof­frin kry­tycz­nie o jego dzie­le, ona pra­wie wrza­snę­ła: „Prze­stań, jak śmiesz, ty, smar­kacz!”. „Ma­muś­ku – na to mój Staś – ja to dzie­ło czy­ta­łem!”. „Wiesz, kto to jest pan He­nault? Zda­jesz so­bie spra­wę?”. „Wiem. Sta­ry nu­dziarz”. Ma­da­me jesz­cze dłu­go war­cza­ła.

Mnie się to jed­nak w nim po­do­ba­ło. Je­stem Ga­skoń­czy­kiem i im­po­no­wa­ło mi, że po­tra­fił mieć do tego „naj­lep­sze­go to­wa­rzy­stwa pa­ry­skie­go” sto­su­nek ko­goś z ze­wnątrz (tak jak ja), że był iro­nicz­ny, a cza­sem i zbun­to­wa­ny. Wi­dział sno­bizm, sztucz­ność, próż­ność i py­chę bez uspra­wie­dli­wie­nia. Spoj­rze­nie nie tyle z dołu, co z boku. Im­po­nu­ją­co trzeź­we.

Ser­decz­nie, z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi, w obec­no­ści cór­ki i pani de Bran­cas, przy­wi­tał go sę­dzi­wy mar­sza­łek de No­ail­les: Ach, jak­że lu­bi­my się z two­im oj­cem, mój synu, ale po­wiedz – mó­wił – bądź ze mną szcze­ry, po­wiedz, sko­ro prze­je­cha­łeś całą Eu­ro­pę, co w tych kra­jach, w któ­rych prze­by­wa­łeś, są­dzą o fran­cu­skich mi­ni­strach, tyl­ko szcze­rze, pro­szę. Mło­dy Po­lak nie prze­czu­wał ka­ta­stro­fy. Niem­cy, Fran­cu­zi, Ho­len­drzy – mó­wił – po­wia­da­ją, że gdy­by po­li­ty­ką za­gra­nicz­ną Fran­cji wciąż dy­ry­go­wał mar­sza­łek de No­ail­les, mie­li­by do niej za­ufa­nie, bo jest to, jak mó­wią An­gli­cy, a real gen­tle­man. Sły­sza­łem też – do­dał – że po­dob­nie wy­ra­ża­ją się o mar­ki­zie de Pu­isieux. Na to pan mar­sza­łek coś za­mru­czał, wstał i – ku osłu­pie­niu Sta­sia – opu­ścił sa­lon. „Pa­nie Po­nia­tow­ski – po­wie­dzia­ła cór­ka mar­szał­ka – prze­cież to wy­glą­da­ło tak, jak­by pan po­rów­nał pana do lo­ka­ja; pan de Pu­isieux wszyst­ko, co osią­gnął, za­wdzię­cza mar­szał­ko­wi, mo­je­mu ojcu”. Pani Geof­frin, kie­dy się do­wie­dzia­ła o in­cy­den­cie, o mało nie wy­dra­pa­ła „sy­nu­sio­wi” oczu. „Na­ucz się tego, ty głu­pi łbie – wrzesz­cza­ła – że kie­dy ktoś za­py­tu­je, co o nim mó­wią, to zna­czy, że chce, że­byś go chwa­lił i tyl­ko jego!”.

(Spo­ro lat póź­niej mój przy­ja­ciel, już wte­dy król, tak to sko­men­to­wał: „Na­uczył mnie ten in­cy­dent, jak i wie­le in­nych, cze­goś in­ne­go: że zbyt świet­ny po­czą­tek bywa za­zwy­czaj za­po­wie­dzią nie­unik­nio­nej klę­ski”. I do­dał: „Tyl­ko szcze­rze, mój synu, tyl­ko szcze­rze”, pa­ro­diu­jąc bar­dzo udat­nie pana de No­ail­les).

To wte­dy za­czą­łem coś no­to­wać. Za­cho­wy­wa­łem się jak hi­sto­rio­graf-ama­tor, cho­ciaż nie mo­głem prze­wi­dzieć, czy te no­tat­ki będą mia­ły kie­dy­kol­wiek war­tość. Wuj Char­les po­chwa­lił: – Tak, za­pi­suj, w koń­cu do­ty­czą te spo­tka­nia naj­pierw­szych lu­dzi Pa­ry­ża. Wło­ży­łem te pa­pie­ry do kar­to­no­wej tecz­ki, na któ­rej wy­pi­sa­łem ko­lo­ro­wą kre­dą duże ini­cja­ły: „S.P”. Kto wie, może ja­kiś mój wnuk czy pra­wnuk ze­chce się nią po­słu­żyć.

2

– Szcze­rze mó­wiąc, nie mia­łem praw­dzi­we­go dzie­ciń­stwa – zwie­rzył się któ­re­goś dnia.

Na­sta­wi­łem uszu. Ale on za­raz do­dał:

– Ga­sto­nie, pro­szę cię, za­po­mnij o tej skar­dze. Nie, nie za­po­mnę, obie­ca­łem so­bie. – Je­stem już tym wszyst­kim tro­chę zmę­czo­ny. Służ­ba pu­blicz­na – naj­chęt­niej bym z ta­kiej przy­szło­ści zre­zy­gno­wał. Ale oj­ciec na mnie li­czy. Tyle razy wy­łusz­czał mi, co trze­ba u nas zmie­nić, że prze­bu­dzo­ny w nocy mógł­bym cały ten pro­gram po­wtó­rzyć jak pa­cierz.

Wra­ca­li­śmy wy­na­ję­tą ko­la­ską z wi­zy­ty u księ­cia G., oso­bi­sto­ści, któ­ra przed laty przy­pra­wia­ła za­leż­nych o drże­nie. Przy­jął nas sie­dząc w fo­te­lu w ko­bie­cych sza­tach, z dam­skim czep­cem na gło­wie, uszmin­ko­wa­ny i uró­żo­wa­ny, na­wet czar­ne­go pie­przy­ka na po­licz­ku nie bra­kło, ha­fto­wał ja­kieś ko­lo­ro­we kwia­ty na tam­bu­rze, któ­ry opie­rał na ko­la­nach. Moż­na so­bie wy­obra­zić, jak Staś się czuł, wi­dząc w ta­kim prze­bra­niu męża, o któ­rym tyle sły­szał. Udał, oczy­wi­ście, że wszyst­ko jest zgod­ne z na­tu­rą. To wiel­ki czło­wiek po­ru­szył ten te­mat: „Szczę­śli­wy je­stem, dro­gi hra­bio, tyl­ko w tych sza­tach. Ża­łu­ję jeno, że tak póź­no do­wie­dzia­łem się, że w du­szy je­stem ko­bie­tą. Ro­bię, co mogę. Te­raz je­stem w cią­ży, dla­te­go za­cho­wu­ję ostroż­ność, wkrót­ce na­stą­pi roz­wią­za­nie. Ale cza­sem od­czu­wam osa­mot­nie­nie. Z kim roz­pra­wiać? – Wes­tchnął. – Nie ma już praw­dzi­wych ko­biet”. Kie­dy wy­cho­dzi­li­śmy z pa­ła­cu księ­cia G., Staś po­dzie­lił się re­flek­sją: „Naj­więk­sza ko­rzyść z po­dró­ży za gra­ni­cą jest ta, że sty­kasz się z róż­ny­mi nie­zwy­kło­ścia­mi i uczysz się ni­cze­mu nie dzi­wić”.

Wy­da­wa­ło mi się, że zmie­ni­li­śmy te­mat, ko­niec zwie­rzeń, ale nie, mój nowy przy­ja­ciel pod­jął go po­now­nie:

– Nie wiem też, co to szkol­na ława.

To mat­ka, za­chwy­co­na swo­im Sta­siem, prze­zna­cza­jąc syna ku wiel­kiej przy­szło­ści, od­gra­dza­ła go od ró­wie­śni­ków – nie daj Boże, ktoś by się jesz­cze z nim spo­ufa­lił, a to mo­gło­by być krę­pu­ją­ce póź­niej, kie­dy bę­dzie na wy­so­kim sta­no­wi­sku. Rósł więc za­mknię­ty w so­bie, me­lan­cho­lij­ny, przez co mógł się wy­da­wać wy­nio­sły. I rze­czy­wi­ście, przy­zna­wał z uśmie­chem, nikt, kto nie był na mia­rę Ary­sty­de­sa czy Ka­to­na co naj­mniej, nie li­czył się.

Miał lat dwa­na­ście, kie­dy za­czął prze­ży­wać wąt­pli­wo­ści teo­lo­gicz­ne. Do­ty­czy­ły głów­nie pro­ble­mu wol­nej woli i pre­de­sty­na­cji. – By­łem wte­dy ab­so­lut­nym scep­ty­kiem – po­wie­dział. Wy­do­by­li go z tego pre­cep­to­rzy te­aty­ni, wy­kształ­ce­ni, świa­tli, z po­czu­ciem hu­mo­ru. To oni za­szcze­pi­li mu za­mi­ło­wa­nie do te­atru, mu­zy­ki (choć słuch miał nie­na­dzwy­czaj­ny) i do sztuk pięk­nych. Por­ta­lup­pi – to na­zwi­sko po­wta­rza­ło się w jego wy­nu­rze­niach. Spo­wied­nik, oj­ciec Piotr Śli­wic­ki (któ­re­go mia­łem oka­zję póź­niej po­znać, bo zo­stał przy Sta­ni­sła­wie w tej roli do koń­ca), za­alar­mo­wa­ny przez pa­nią Kon­stan­cję, po­ra­dził: „Zo­staw­my to cza­so­wi”. Poza tym na­uki ra­czej so­lid­ne: geo­me­trii na przy­kład uczył go póź­niej­szy pro­fe­sor w Ty­bin­dze, za­po­mnia­łem na­zwi­ska. Na­uki lo­gi­ki pod­jął się Her­mann Karl Kay­ser­ling, sław­ny z uczo­no­ści Kur­land­czyk, dy­plo­ma­ta ro­syj­ski, któ­ry przed­tem wy­kła­dał w Kró­lew­cu. „To ge­niusz sy­lo­gi­zmu”, ma­wiał o swo­im uczniu. Zaś oj­ciec Al­la­ire, też nie byle kto, na­uczał trzy­na­sto­let­nie­go chłop­ca do­brej ła­ci­ny i li­te­ra­tu­ry fran­cu­skiej. Nie było to trud­ne, bo Fa­mi­lia, głów­nie dzię­ki bab­ci z Morsz­ty­nów, była, jak wia­do­mo, sfran­cu­zia­ła i czy­ta­ją­ca. Pani Kon­stan­cja prze­cho­wy­wa­ła z pie­ty­zmem bru­lion z ła­ciń­ski­mi wy­pra­co­wa­nia­mi, któ­re Sta­sio­wi za­da­wa­no. (Mia­łem go w ręku! Pra­ce z re­to­ry­ki cy­ce­roń­skiej. Ja­kieś kom­po­zy­cje ora­cji po­li­tycz­nych. Po­dzię­ko­wa­nia dla ro­dzi­ców. Wy­da­je mi się, że ła­ci­na czy­sta i ele­ganc­ka). Prze­tłu­ma­czył też z an­giel­skie­go na fran­cu­ski kil­ka sce­nek z Ju­liu­sza Ce­za­ra Szek­spi­ra. Czy to nie za­sta­na­wia­ją­ce? To sztu­ka, któ­ra po­ka­zu­je, jak ła­two tłum ule­ga de­ma­go­go­wi, jak uwie­dzio­ny wy­mo­wą prze­rzu­ca swo­je przy­wią­za­nie na dru­gą stro­nę. Dla przy­szłe­go kró­la – ob­raz de­pry­mu­ją­cy. Mia­łem w ręku tłu­ma­cze­nie Sta­sia, wy­da­ło mi się lep­sze, bar­dziej w du­chu szek­spi­row­skim niż to, co wy­czy­nia pan Wol­ter, któ­ry tłu­ma­cząc nie­sfor­ne­go An­gli­ka prze­ra­bia go na swo­ją mo­dłę, z cze­go robi się mdłe nu­dziar­stwo.

Ci Po­nia­tow­scy i Czar­to­ry­scy byli zbu­do­wa­ni z so­lid­ne­go ma­te­ria­łu, pani Kon­stan­cja na przy­kład ro­dzi­ła osiem razy i żad­ne z jej dzie­ci nie zmar­ło w nie­mow­lęc­twie. Sta­ni­sław uro­dził się w Woł­czy­nie, w stycz­niu 1732 roku, miał trzech bra­ci star­szych – Ka­zi­mie­rza, Fran­cisz­ka i Alek­san­dra – i dwie sio­stry, obie peł­ne tem­pe­ra­men­tu, wy­kształ­co­ne, szcze­gól­nie ta star­sza, Lu­dwi­ka, mi­ło­śnicz­ka ma­lar­stwa, i obie bar­dzo przy­wią­za­ne do ślicz­ne­go bra­cisz­ka. Czas był nie­spo­koj­ny, oj­ciec, wy­jąt­ko­wo wraz z Po­toc­ki­mi, chwi­lo­wy­mi sprzy­mie­rzeń­ca­mi prze­ciw Sa­som, po­pie­rał, jak już wspo­mi­na­łem, swoj­skie­go kan­dy­da­ta, Sta­ni­sła­wa Lesz­czyń­skie­go, a kie­dy woj­ska ro­syj­skie za­czę­ły dyk­to­wać rzą­dy, nie opu­ścił pol­skie­go elek­ta, wy­co­fał się z nim do Gdań­ska, za­braw­szy ze sobą ro­dzi­nę. Dni mi­ja­ły, ge­ne­rał Po­nia­tow­ski za­czął roz­mo­wy z no­wym kró­lem, Au­gu­stem III, i wte­dy Po­toc­cy wy­krzyk­nę­li: „Cio­łek zdra­dził!” – i, msz­cząc się, po­rwa­li dwu­let­nie­go Sta­sia do Ka­mień­ca Po­dol­skie­go. (Mój przy­ja­ciel pa­mię­ta tyl­ko tyle, że wy­bu­chła w twier­dzy za­ra­za i wy­wie­zio­no za­kład­ni­ków na wieś). Zy­cie ma jed­nak swo­je pra­wa, Lesz­czyń­ski wró­cił do swo­jej Lo­ta­ryn­gii, Jó­zef Po­toc­ki po­go­dził się z Sa­sem i ode­słał Sta­sia-za­kład­nicz­ka do mamy, do Gdań­ska. Wy­pa­da więc od­no­to­wać, że mat­ka-ka­to­licz­ka (choć po­cho­dze­nia ariań­skie­go) za­trud­ni­ła do na­ucza­nia chłop­ca pana Got­t­frie­da Lo­en­gli­cha, lu­te­ra­ni­na, oso­bi­stość w Gdań­sku sza­no­wa­ną. Jed­nak­że, jako nie­za­chwia­na pa­triot­ka, po­sta­no­wi­ła Sta­sia wy­cho­wać w pol­skim sty­lu: spra­wi­ła mu kon­tu­sik i pod­go­li­ła gło­wę.

Miał sie­dem lat, kie­dy oj­ciec uznał, że jest spo­koj­nie, wszy­scy wszyst­kim wy­ba­czy­li, ży­cie po­li­tycz­ne to­czy się po sta­re­mu, to zna­czy jest wy­raź­nie wy­ty­czo­ny po­dział na „par­tie” po­li­tycz­ne: par­tię Czar­to­ry­skich (z Po­nia­tow­ski­mi) i par­tię Po­toc­kich (z Ra­dzi­wił­ła­mi, Rze­wu­ski­mi, Mnisz­cha­mi i tak da­lej). A sko­ro jest spo­kój, to pani Kon­stan­cja z dzieć­mi (było ich już ośmio­ro) po­win­na być przy mężu, w War­sza­wie. Bab­ka Iza­be­la, kasz­te­la­no­wa wi­leń­ska – pa­ry­żan­ka, jak wia­do­mo – prze­ra­zi­ła się na wi­dok ma­łe­go Sta­sia: cóż to za ta­tar­ski stwór! Ma mi się ubie­rać jak wszyst­kie dzie­ci w Eu­ro­pie! Pani Kon­stan­cja się pod­da­ła, spro­wa­dzo­no dla Sta­sia ubran­ko z Dre­zna. – Od­tąd nig­dy, po­wta­rzam, nig­dy, nie za­ło­ży­łem kon­tu­sza i żu­pa­na, nig­dy też nie ogo­li­łem gło­wy – koń­czył opo­wieść. Ton bar­dzo sta­now­czy, przy­wią­zy­wał wi­dać do tego fak­tu istot­ne zna­cze­nie.

Zaj­mę się radą Fa­mi­lii. Kto ją sta­no­wił? Tych czwo­ro: Mi­chał i Au­gust ksią­żę­ta Czar­to­ry­scy, ich sio­stra Kon­stan­cja, jej mąż Sta­ni­sław Po­nia­tow­ski, wo­je­wo­da ma­zo­wiec­ki (a wkrót­ce kasz­te­lan kra­kow­ski, a więc ty­tu­lar­nie „pierw­szy pan Rze­czy­po­spo­li­tej”). Zga­dza­li się co do jed­ne­go: że bez re­form Rzecz­po­spo­li­ta nig­dy nie wy­do­bę­dzie się ze znie­wo­le­nia, w ja­kim się zna­la­zła, tyle że ksią­żę­ta Czar­to­ry­scy, wiel­cy prak­ty­cy, byli ostroż­niej­si – przede wszyst­kim trze­ba uzy­skać moc­ną po­zy­cję – przy dwo­rze, na­tu­ral­nie – sio­strę ra­zi­ło ich kunk­ta­tor­stwo, była bar­dziej ra­dy­kal­na (jak to ko­bie­ta), mniej ustę­pli­wa, mniej skłon­na do wy­ba­cza­nia. Mąż – do­świad­czo­ny, trzeź­wy, spo­koj­ny. Wciąż po­wta­rzał, że bez zre­for­mo­wa­nia woj­ska nic się tu nie zro­bi, od tego trze­ba za­cząć – żeby coś zna­czyć, trze­ba mieć siłę. (Za­uwa­ży­łem, że Staś po­dzie­la ten po­gląd). Opu­bli­ko­wał w 1744 roku List zie­mia­ni­na do pew­ne­go przy­ja­cie­la z in­sze­go wo­je­wódz­twa, trak­tat po­li­tycz­ny, w któ­rym po­wo­ły­wał się na An­glię, Ho­lan­dię, We­ne­cję i Szwaj­ca­rię. Nikt przed nim nie wy­stą­pił prze­ciw li­be­rum veto, nikt nie pod­wa­żał wol­no­ści szla­chec­kiej. Do­ma­gał się opie­ki nad mia­sta­mi, krzy­czał o to­le­ran­cję re­li­gij­ną (to­le­ran­cję – nie rów­no­upraw­nie­nie), po­stu­lo­wał re­for­mę skar­bu, po­dat­ków, za­wie­sze­nie pra­wa veta w sej­mie, taj­ne gło­so­wa­nie pod­czas elek­cji, a przede wszyst­kim za­cią­gi do woj­ska, przede wszyst­kim to. Pani Kon­stan­cja do­da­wa­ła du­cha mę­żo­wi w tej wła­śnie spra­wie, ale bra­cia Czar­to­ry­scy wy­ka­zy­wa­li re­zer­wę. „A zresz­tą, czy to od nas za­le­ży?”. To praw­da, Pol­ska zo­bo­wią­za­ła się nie mieć woj­ska wię­cej niż 18 000 – no i cóż, mamy po­kój, wo­kół nas woj­ny, a my roz­bro­je­ni, ale neu­tral­ni i ko­rzy­sta­my na tym, sprze­da­je­my wo­ju­ją­cym zbo­że, ko­nie, uprząż, by­dło. Bo­ga­ci­my się. Pod­czas na­rad – opo­wia­dał Staś – pierw­szy za­bie­rał głos ksią­żę Mi­chał, to on był tym mę­żem sta­nu, któ­ry na­kre­ślał ogól­ną sy­tu­ację i pro­po­no­wał środ­ki; ksią­żę Au­gust do­ko­ny­wał wy­bo­ru; moja mat­ka po­dej­mo­wa­ła de­cy­zje; a wy­ko­ny­wał oj­ciec. Dla­cze­go on? Bo był na­tu­rą bar­dziej czyn­ną. Bo miał sil­ny cha­rak­ter. Bo był bar­dziej lu­bia­ny i po­pu­lar­ny.

(Za­glą­dam do tecz­ki „S.P”, do no­ta­tek; wy­da­je mi się, że naj­wyż­szy czas, by po­wie­dzieć coś wię­cej o wu­jach).

Za­cznę od młod­sze­go, od księ­cia Au­gu­sta. A to dla­te­go, że kie­dy po­zna­łem Sta­ni­sła­wa, uwa­żał tego wuja za naj­wy­bit­niej­sze­go czło­wie­ka w Pol­sce. Jego sio­stra Kon­stan­cja, mat­ka Sta­sia, nie była bra­tem tak roz­en­tu­zja­zmo­wa­na, opo­wia­da­ła sy­no­wi, że Au­gust był nie­zno­śnym, cho­le­rycz­nym dzie­cia­kiem, ale w pew­nym wie­ku, miał wte­dy lat dwa­na­ście, in­te­li­gent­ny chło­piec zro­zu­miał, że musi nad sobą pa­no­wać. Kie­dy skoń­czył lat szes­na­ście, wy­pu­ścił się za gra­ni­cę pod ku­ra­te­lą star­sze­go o rok Mi­cha­ła. Świet­nie uda­wał po­dziw i ule­głość wo­bec bra­ta, zrzę­dzi­ła pani Kon­stan­cja, wszyst­kich zmy­lił, aż wresz­cie do­tar­li do Mal­ty, tam po­ka­zał rogi, uciekł do jo­an­ni­tów i kil­ka lat że­glo­wał w mal­tań­skiej flo­cie. Znu­dzi­ło mu się to, za­cią­gnął się do ar­mii au­striac­kiej na front tu­rec­ki, wo­jo­wał pod roz­ka­za­mi sław­ne­go księ­cia Eu­ge­niu­sza Sa­baudz­kie­go. (We­dług wuja, opo­wia­dał Staś, poza po­lem bi­twy był to czło­wiek zu­peł­nie nie­cie­ka­wy). W Wied­niu Au­gust stał się ulu­bień­cem oso­bi­sto­ści płci oboj­ga, za­przy­jaź­nił się z jed­nym ze Star­hem­ber­gów. Mia­no­wa­no go puł­kow­ni­kiem i za­no­si­ło się na dużą ka­rie­rę. Na­gle wszyst­ko się urwa­ło, wuj prze­stał awan­so­wać: na­ra­ził się księ­ciu Sa­baudz­kie­mu (skry­ty­ko­wał jego nad­ska­ki­wa­nie le­ci­wym da­mom) – a ksią­żę nie prze­ba­czał. Kon­stan­cja na­mó­wi­ła bra­ta do po­wro­tu do kra­ju, do któ­re­go dłu­go nie mógł się przy­zwy­cza­ić.

Sta­ło się, że pięk­na Ma­ria-Zo­fia Den­hof­fo­wa, dzie­dzicz­ka wiel­kiej for­tu­ny ro­do­wej (po Sie­niaw­skich), na­gle owdo­wia­ła. Tłum ma­gna­tów od­na­lazł w so­bie „naj­tkliw­sze żą­dze” – do niej i do jej ma­jąt­ku. Był mię­dzy za­lot­ni­ka­mi Jan Kle­mens Gryf-Bra­nic­ki (póź­niej­szy het­man i szwa­gier mo­je­go przy­ja­cie­la), był Fran­ci­szek Sa­le­zy Po­toc­ki (nic dziw­ne­go, że ten krwi­sty ma­gnat, póź­niej oj­ciec złej pa­mię­ci Szczę­sne­go, tak wście­kle nie­na­wi­dził Czar­to­ry­skich i Sta­sia), było bez liku Tar­łów. Ksią­żę Au­gust, wciąż w ka­wa­ler­skim sta­nie, a z prze­kro­czo­ną trzy­dziest­ką, też ru­szył w za­lo­ty. Den­hof­fo­wa nie chcia­ła za­mąż­pój­ścia. Ale pa­no­wie my­śle­li o tym in­a­czej, do­szło do po­je­dyn­ku: Fran­ci­szek Ka­rol Tar­ło rzu­cił wy­zwa­nie księ­ciu Au­gu­sto­wi. Spo­tka­li się o świ­cie w la­sku, w Je­zior­nie pod War­sza­wą, puł­kow­nik Czar­to­ry­ski i za­pal­czy­wy ma­gnat. Tar­ło wy­strze­lił dwa razy – puł­kow­nik wciąż stał nie­tra­fio­ny. Pod­niósł pi­sto­let – i nie wy­strze­lił. „Nie chcę pana bra­ta za­bi­jać”. Ry­cer­skie za­cho­wa­nie zro­bi­ło na Ma­rii-Zo­fii wra­że­nie. Jesz­cze przez trzy lata się wa­ha­ła, wresz­cie ule­gła – a był już czas, bo i ona prze­kro­czy­ła trzy­dziest­kę. W ten spo­sób wuj Au­gust zo­stał jed­nym z naj­ma­jęt­niej­szych lu­dzi w Pol­sce i w Eu­ro­pie. Ma­ria-Zo­fia ser­decz­nie nie zno­si­ła swo­jej szwa­gier­ki Kon­stan­cji Po­nia­tow­skiej i tej nie­chę­ci przy­pi­su­je Sta­ni­sław zmien­ność uczuć wuja wo­bec sie­bie.

I gdzież się po­dział ma­ry­narz i puł­kow­nik, łow­ca przy­gód? Z od­da­le­nia Sta­ni­sław oce­ni, że wuj po­lu­bił wy­god­ne ży­cie, dzia­ła­nia wo­lał prze­rzu­cać na in­nych, któ­rym po­tem za­zdro­ścił zdo­by­czy. Mo­tło­chem sar­mac­kim po­gar­dzał, miał się za ko­goś lep­sze­go, nie bez pod­staw. In­te­li­gent­ny, prze­ni­kli­wy, wy­ma­wiał się od od­po­wie­dzial­no­ści, uty­sku­jąc na swo­je le­ni­stwo. Pra­wie za­wsze umiał się tak urzą­dzić, że pro­szo­no go o to, cze­go naj­go­rę­cej pra­gnął – opo­wia­dał Sta­ni­sław (po la­tach, kie­dy już wy­do­był się spod cza­ru wuja Au­gu­sta). Wy­pra­co­wał so­bie opi­nię umiar­ko­wa­ne­go – w prze­ci­wień­stwie do star­sze­go Mi­cha­ła – pod­czas gdy na­praw­dę to on ze wszyst­kich krew­nych wy­ka­zy­wał naj­wię­cej ego­izmu. Gdy cho­dzi­ło o jego wła­sność (cy­tu­ję Sta­ni­sła­wa), „z tru­dem za­cho­wy­wał ma­skę umiar­ko­wa­nia”. Umiał jed­nak da­wać, opo­wia­dał mój przy­ja­ciel, prze­cho­dząc od nie­chę­ci do po­dzi­wu, „był pa­nem pie­nią­dza, nie jego nie­wol­ni­kiem, ale je­śli da­wał, to za­wsze miał w tym swój cel”. Jego sąd, je­śli po re­flek­sji, by­wał pra­wie nie­omyl­ny.

Zro­dzi­ło się z mał­żeń­stwa z prze­bo­ga­tą dzie­dzicz­ką dwo­je wspa­nia­łych, błysz­czą­cych in­te­li­gen­cją i uro­dą dzie­cia­ków: Adam Ka­zi­mierz i Elż­bie­ta (ze zwy­kłym w tym ro­dzie do­dat­kiem: Iza­be­la). Bra­cia Czar­to­ry­scy wa­ha­li się, kogo wła­ści­wie prze­wi­dy­wać po śmier­ci Au­gu­sta III do elek­cji – może lep­szy był­by Adam? – w koń­cu bar­dziej nasz, nikt nie za­rzu­ci mu par­we­niu­szo­stwa – ale chło­piec, o dwa lata młod­szy od Sta­sia, naj­wy­raź­niej się do tego nie pa­lił, wo­lał ob­co­wa­nie z li­te­ra­tu­rą, za­ba­wę w te­atr, stu­dio­wa­nie eg­zo­tycz­nych ję­zy­ków. Po­no­sić od­po­wie­dzial­ność za rzą­dy w pań­stwie, któ­re jest (jak mó­wi­li mię­dzy sobą) „pa­ro­dią pań­stwa”, o każ­dą no­mi­na­cję trze­ba za­bie­gać w Pe­ters­bur­gu, zma­gać się z sej­mem, któ­ry każ­dy bał­wan czy prze­ku­pio­ny łaj­dak może ze­rwać! – cóż za nędz­na per­spek­ty­wa!… Elż­bie­ta, za­ko­cha­na w bra­cie, chcia­ła oczy­wi­ście dla nie­go wiel­kiej przy­szło­ści, ale lu­bi­ła też ku­zyn­ka Sta­ni­sła­wa, spę­dza­ła z nim dużo cza­su, pi­sa­li do sie­bie czu­łe li­sty, dziew­czy­na peł­na uro­ku, żywy, ru­chli­wy umysł, jej ser­ce biło moc­no – wspo­mi­nał mój przy­ja­ciel. Gdy­by nie ona, może nie był­bym z tobą tu­taj – po­wie­dział, a ja nie śmia­łem za­py­tać, dla­cze­go.

Wszyst­ko w swo­im cza­sie. Na ra­zie zaj­mie­my się wu­jem Mi­cha­łem. Jest do­wo­dem na to – usły­sza­łem – jak na­cią­ga­ne by­wa­ją opi­nie. I jaką, raz po­wzię­te, mają trwa­łość. Uwa­ża­no go za wiel­kie­go męża sta­nu i on sam, nie­zwy­kle próż­ny, so­bie taką wiel­kość przy­pi­sy­wał. Staś mógł coś o tym po­wie­dzieć, bo prak­ty­ko­wał przez cały rok u wuja, któ­ry, jako pro­te­go­wa­ny po­tęż­ne­go w Dreź­nie Flem­min­ga, był pod­kanc­le­rzym li­tew­skim i to od dwu­dzie­ste­go pią­te­go roku ży­cia. Staś miał przy wuju na­brać wie­dzy i spraw­no­ści po­li­tycz­nej. „Nig­dy w ży­ciu tak nie próż­no­wa­łem”. Stra­co­ny rok. Nie do­sta­wał nic do ro­bo­ty. Wuj zaj­mo­wał się głow­nie ry­wa­li­za­cją o klien­te­lę szla­chec­ką z Ra­dzi­wił­ła­mi. Coś jed­nak wu­jo­wi za­wdzię­cza: po­zna­nie wszyst­kich tam­tej­szych za­leż­no­ści i ukła­dów. Wy­da­wa­ło mu się, że mnie edu­ku­je – opo­wia­dał mój nowy przy­ja­ciel – kie­dy pra­wi mi na­pu­szo­ne ka­za­nia. Sama re­to­ry­ka – stwier­dzał. „Bę­dziesz kró­lem – po­wta­rzał – nic się nie bój, ja ci po­mo­gę”.

Co cią­gnę­ło Sta­sia do wuja Mi­cha­ła, to jego dom, „miej­sce, w któ­rym się uro­dzi­łem”. Bo wuj Mi­chał w 1739 roku od­ku­pił od szwa­gra Po­nia­tow­skie­go Woł­czyn. Lu­bię tam prze­by­wać – usły­sza­łem. – Lu­bię też jego żonę, cio­cię Ele­ono­rę. To Niem­ka cze­ska, Wald­ste­inów­na z domu, spo­krew­nio­na z Sa­pie­ha­mi, po któ­rych przy­pa­dła jej część ma­jąt­ku. Po pol­sku mówi za­baw­nie – tyle lat mi­nę­ło, a ona wciąż ma kło­po­ty z ję­zy­kiem. Wuj Mi­chał zwró­cił na nią uwa­gę, kie­dy była ośmio­let­nią dziew­czyn­ką! Chciał od razu prze­pro­wa­dzić za­rę­czy­ny, ale dziec­ko do­sta­ło hi­ste­rii – nie i nie. Mi­chał jed­nak się uparł – i w koń­cu do­stał ją dla sie­bie: wy­da­no Ele­ono­rę za mąż, kie­dy mia­ła lat czter­na­ście. (No cóż, po­my­śla­łem, wśród tych kom­bi­na­cji mał­żeń­skich, gdzie cór­ki sprze­da­je się dla ko­rzy­ści po­li­tycz­nych czy in­nych, ten po­śpiech nie jest taki rzad­ki). – Nie będę tego ko­men­to­wał – po­wie­dzia­łem. Staś kiw­nął gło­wą: – Ja też nie. Ale to nie zna­czy, że jest to nie­wy­da­rzo­ne mał­żeń­stwo. Sy­no­wie umie­ra­li, co praw­da, mło­do, ale cór­ki uda­ne i, jak to u Czar­to­ry­skich, ko­rzyst­nie po­ślu­bio­ne: jed­na wy­szła za Je­rze­go Flem­min­ga, dru­ga za Mi­cha­ła Sa­pie­hę, wo­je­wo­dę pod­la­skie­go. On sam, ksią­żę Mi­chał, za­wsze ubra­ny po eu­ro­pej­sku, głów­nie dzię­ki mat­ce Morsz­ty­nów­nie, z dzieć­mi ko­re­spon­du­je po fran­cu­sku – ale są i tacy, któ­rzy uwa­ża­ją, że du­szę ma sar­mac­ką. Du­sza – mruk­nął Staś. – Któż to może wie­dzieć? A ha­ła­strze szla­chec­kiej trze­ba się przy­po­do­bać, nie­wąt­pli­wie.

Oj­ciec utrzy­my­wał, że każ­dy, kto ma pre­ten­sje do rzą­dze­nia, po­wi­nien od­być kam­pa­nię, bez tego jest „jak czło­wiek po­zba­wio­ny jed­ne­go ze zmy­słów”. Staś miał szes­na­ście lat, kie­dy wy­pra­wio­no go, pod opie­ką puł­kow­ni­ka Königs­fel­sa, na pół­noc do ar­mii mar­szał­ka Mau­ry­ce­go Sa­skie­go, pod któ­re­go do­wódz­twem bił się kie­dyś jego star­szy brat Alek­san­der (po­legł pod Ypres). Za­nim wy­ru­szył, usta­ły na za­cho­dzie wal­ki, w Akwi­zgra­nie za­war­to po­kój; nie szko­dzi, zde­cy­do­wa­li ro­dzi­ce, jedź, przy­pa­trzysz się ar­mii, po­znasz wo­dza na­czel­ne­go. Oczy­wi­ście, oj­ciec za­opa­tru­je syna w li­sty, któ­re będą naj­lep­szą prze­pust­ką. Ma tyl­ko obie­cać, że – pri­mo: nie bę­dzie pił, se­cun­do: nie bę­dzie grał w kar­ty, i ter­tio: nie oże­ni się przed trzy­dzie­stym ro­kiem ży­cia. (Trud­ność była, po­cząt­ko­wo, z uni­ka­niem kart i to nie­ko­niecz­nie z jego winy). Ma też pro­wa­dzić „dzien­nik po­dró­ży”, co aku­rat od­po­wia­da jego tem­pe­ra­men­to­wi. W czerw­cu 1748 roku jest wresz­cie na miej­scu, w Aix La Cha­pel­le, czy­li w Akwi­zgra­nie. Ucie­szy­ła się nim ro­dzi­na cio­ci Mi­cha­ło­wej, Wald­ste­ino­wie. Świet­ny chło­pak, moż­na z nim swo­bod­nie mó­wić po nie­miec­ku, moż­na i po fran­cu­sku. Staś po­zna­je lor­da San­dwi­cha i po­sła au­striac­kie­go Kau­nit­za, któ­ry za dwa lata zo­sta­nie – i to na całe dzie­się­cio­le­cia – mi­ni­strem spraw za­gra­nicz­nych i kanc­le­rzem ce­sar­stwa. W Bruk­se­li jest go­ściem mar­szał­ka Löwen­dah­la. „Ten mały Po­nia­tow­ski pew­no jest bar­dzo zdu­mio­ny – ode­zwał się mar­sza­łek do Königs­fel­sa, któ­re­go znał jesz­cze z Ro­sji – kie­dy wi­dzi fran­cu­skie­go wo­dza, jak spę­dza wie­czo­ry w te­atrze, a dnie z ak­tor­ka­mi”. Po­tem au­dien­cja u księ­cia Mau­ry­ce­go Sa­skie­go, naj­więk­sze­go czło­wie­ka Eu­ro­py (we­dług po­wszech­ne­go wów­czas prze­ko­na­nia). Wy­glą­dał tak, jak chło­piec wy­obra­żał so­bie na­iw­nie bo­ha­te­ra: wzrost Her­ku­le­sa (nic dziw­ne­go: płód Au­gu­sta Moc­ne­go, jesz­cze je­den), głos tu­bal­ny, po­tęż­ny, spoj­rze­nie do­bro­tli­we, rysy szla­chet­ne, krok mia­ro­wy, mowa po­wścią­gli­wa. Sta­le oto­czo­ny gro­ma­dą zna­ko­mi­tych ofi­ce­rów fran­cu­skich wpa­trzo­nych weń jak w tę­czę. Mó­wił ze Sta­siem o ro­dzi­nie Po­nia­tow­skich, wspo­mniał Alek­san­dra, któ­ry bił się pod jego roz­ka­za­mi, „szko­da, że go tu nie ma, rzad­ko się wi­du­je mło­dzień­ca za­po­wia­da­ją­ce­go taki ta­lent woj­sko­wy, był­by za­szedł da­le­ko”. Wiel­ki czło­wiek wzdy­cha: „Ko­cha­łem go, bo i on mnie ko­chał”. Na­gle: „A nie wy­brał­byś się ze mną do Pa­ry­ża?”. Szes­na­sto­let­ni Staś od­po­wie­dział, że musi za­py­tać ojca. Oj­ciec był prze­ciw.

Jest po­kój. Pro­win­cjusz z ma­łej War­sza­wy (nie­speł­na 30 ty­się­cy miesz­kań­ców) na­pa­wa się na­resz­cie te­atrem, sztu­ką (od­no­to­wu­je, że wi­dział ob­ra­zy Ru­ben­sa i van Dyc­ka) i mimo że musi oszczę­dzać, ku­pu­je ma­lo­wi­dło. Tak, ob­raz, pierw­szy w jego ży­ciu. Da on po­czą­tek jego póź­niej­szym zbio­rom. Od­wie­dza obo­zy woj­sko­we, robi szki­ce ry­sun­ko­we. Ge­ne­rał Düring opo­wia­da mu o wspól­nej służ­bie z jego oj­cem u Ka­ro­la XII. Pro­fe­sor Lül­low po­zwa­la mu po­pa­trzyć przez te­le­skop na słoń­ce: są pla­my! Ale w ogro­dzie bo­ta­nicz­nym po­ka­zu­je się pro­stacz­kom drze­wo, któ­re­go ogrom­ne li­ście mia­ły słu­żyć Ada­mo­wi i Ewie do przy­sło­nię­cia na­go­ści. W Rot­ter­da­mie przy­sta­je przed po­są­giem Era­zma. W Ha­dze szes­na­sto­la­tek roz­ma­wia z Wil­hel­mem Orań­skim. W Am­ster­da­mie – kup­cy i szy­pro­wie stat­ków. Z po­wro­tem w Akwi­zgra­nie, Po­zna­je pana Faul­ke­ne­ra – wie­cie kto zacz? – Wol­ter de­dy­ko­wał mu swo­ją Za­irę. Koń­czą się pie­nią­dze, z War­sza­wy nad­cho­dzą li­sty: wra­caj, Sta­siu, stę­sk­ni­li­śmy się, jego bra­ci­szek też pro­si go o po­wrót.

Zno­wu w domu. Wkrót­ce (mimo ża­ło­by po śmier­ci naj­star­sze­go bra­ta, ka­no­ni­ka Fran­cisz­ka) – we­se­le, pań­stwo Po­nia­tow­scy wy­da­ją za mąż dzie­więt­na­sto­let­nią Iza­be­lę. Ob­lu­bie­niec ma lat sześć­dzie­siąt, to Jan Kle­mens Gryf-Bra­nic­ki, het­man po­lny, wła­ści­ciel pięk­ne­go pa­ła­cu w Bia­łym­sto­ku, kie­dyś sta­rał się o Den­hof­fo­wą – nie uda­ło się, Au­gust go ubiegł – te­raz do­sta­nie jego sio­strze­ni­cę. Mój nowy przy­ja­ciel opo­wia­da o tym ze wzbu­rze­niem. (Pani Kon­stan­cja! – my­ślę, szcze­rze za­wie­dzio­ny. Jak mo­gła!). Trans­ak­cja, jak przy­ję­te, fi­nan­so­wa i po­li­tycz­na: Fa­mi­lia chce zwią­zać het­ma­na ze sobą. Nie uda się: het­man nie lubi bra­ci Czar­to­ry­skich, draż­ni go ich men­tor­stwo. Mę­żo­wie sta­nu, wszyst­ko wie­dzą le­piej! „Cno­ta i aniel­ska sło­dycz – tak Staś mówi o uko­cha­nej sio­strze – nie ustat­ko­wa­ły za­wzię­te­go roz­pust­ni­ka”. Sta­ry lu­bież­nik utrzy­mu­je ha­rem, jest pry­mi­tyw­ny, próż­ny – i po­li­tycz­nie nie­lo­jal­ny. Prze­bą­ku­je się, że kto wie, czy nie za­my­śla sta­rać się o ko­ro­nę. Ale praw­dę mó­wiąc, po­ję­cia nie ma (to sło­wa Sta­ni­sła­wa), cze­go po­trze­ba kra­jo­wi – wszyst­ko u nas to­czy się jak na­le­ży, bo on jest het­ma­nem. Urzą­dza wspa­nia­łe po­lo­wa­nia, go­ści pa­nów bra­ci, nie ża­łu­je wina – i ucho­dzi za wzór cnót sar­mac­kich. (Bied­na Iza­be­la, do­dam, czy­li „Brań­cia”, za­wsze bę­dzie się mio­tać mię­dzy lo­jal­no­ścią wo­bec męża a mi­ło­ścią do bra­ta. Za ha­rem „cno­tli­wa i aniel­ska” pani od­pła­ci lu­bież­ni­ko­wi – o czym Staś nie wspo­mniał – bio­rąc so­bie za ko­chan­ka jego naj­zau­fań­sze­go współ­pra­cow­ni­ka: ge­ne­ra­ła An­drze­ja Mo­kro­now­skie­go).

W domu pra­co­wi­ty mło­dzie­niec nie tra­ci cza­su: uczy się ro­syj­skie­go, po­bie­ra lek­cje ar­chi­tek­tu­ry woj­sko­wej, ry­sun­ku (ko­piu­je po­są­gi bo­giń i Ce­za­ra). Am­ba­sa­dor ro­syj­ski Her­mann Kay­ser­ling, ską­di­nąd przy­ja­ciel domu, były pro­fe­sor z nie­wy­ga­słym za­mi­ło­wa­niem pe­da­go­gicz­nym, wy­mógł na ro­dzi­cach, że zno­wu bę­dzie go uczył lo­gi­ki i fi­lo­zo­fii. Cał­kiem po­waż­nie prze­wi­du­je, że Staś bę­dzie kró­lem. Staś cho­ru­je, Kay­ser­ling ma na to radę: „Tyl­ko Lie­ber­kühn, tyl­ko on, le­karz-cu­do­twór­ca”. Niech Staś je­dzie do Ber­li­na, przyj­rzy się przy oka­zji pru­skie­mu dwo­ro­wi, ta­kie do­świad­cze­nie mu się przy­da. Fry­de­ryk II wpraw­dzie do­brze wie, że Fa­mi­lia jest prze­ciw Pru­som, że sta­wia na Ro­sję (sko­ro i tak nie moż­na się jej po­zbyć), mimo to jest na tyle cie­kaw Po­nia­tow­skich, na tyle też jest dy­plo­ma­tą, że na pew­no przyj­mie Sta­ni­sła­wa.

Czy wi­dział Wiel­kie­go Fry­ca? Tak, na­wet dwu­krot­nie. „Roz­ma­wiał ze mną” – zdu­mie­wał się. Robi wra­że­nie czło­wie­ka, któ­ry za­wsze musi mó­wić le­piej od in­nych i boi się, czy mu się to uda. Wzrok bar­dzo nie­spo­koj­ny, wej­rze­nie dzi­kie, błęd­ne (ta­kie mógł ro­bić wra­że­nie na wy­cho­wa­nym w po­wścią­gli­wo­ści moim przy­ja­cie­lu), wca­le nie wy­da­je się pew­ny sie­bie, sza­ty po­pla­mio­ne (ale co na to służ­ba?!), po­stać ab­so­lut­nie nie­kró­lew­ska. W Char­lot­ten­bur­gu po­zwa­la­ją zwie­dzać po­ko­je, w któ­rych król miesz­ka. Nie­po­rzą­dek, wszę­dzie kart­ki z uryw­ka­mi jego wier­szy. Nie po­zwa­la po­ko­jów­kom (któ­re na­zy­wa się tu „kasz­te­lan­ka­mi”) ni­cze­go sprzą­tać. „To mogę zro­zu­mieć – ode­zwa­łem się – wuj Char­les de Mon­te­squ­ieu też się iry­tu­je, kie­dy się ru­sza jego pa­pie­ry”. Pi­sze bar­dzo dużo, a po­tem prze­sy­ła to panu Wol­te­ro­wi, żeby mu wy­gła­dził. (Nie­ste­ty, mi­ną­łem się z wiel­kim Wol­te­rem). Bo wier­sze pru­skie­go kró­la są fran­cu­skie, jego zna­jo­mość nie­miec­kie­go jest po­wierz­chow­na, mo­głem się o tym prze­ko­nać – opo­wia­dał Staś. Na dwo­rze nie ma pra­wie Niem­ców, ota­cza się Fran­cu­za­mi, żad­nych ko­biet, pre­zes Aka­de­mii Kró­lew­skiej w Ber­li­nie to te­raz pan de Mau­per­tu­is (na złość Wol­te­ro­wi), Fryc swo­je­go pre­ze­sa uwiel­bia, ale lubi też draż­nić. W każ­dym po­ko­ju leżą przy­go­to­wa­ne dla nie­go kart­ki, któ­rych nig­dy nie ru­sza. W sy­pial­ni – dwa małe łóż­ka. Dla­cze­go dwa? – Ber­lin trzę­sie się od plo­tek – ale „kasz­te­lan­ki” przy­się­ga­ją, że król w nocy prze­cho­dzi z łóż­ka do łóż­ka, bo robi mu się go­rą­co. Rze­czy­wi­ście, po­ko­je są bar­dzo na­grza­ne, zda­rza się, że ja­kiś am­ba­sa­dor w trak­cie au­dien­cji ze­mdle­je z po­wo­du tego cie­pła. Co­dzien­nie rano, mó­wią „kasz­te­lan­ki”, król kom­po­nu­je na kla­we­sy­nie. To po­ma­ga mu sku­piać my­śli. Wy­da­je mi się – opo­wia­dał Sta­ni­sław – że in­try­gu­ją go roz­bój­ni­cy. „Roz­ma­wia­łeś kie­dyś z roz­bój­ni­kiem, mło­dy czło­wie­ku?” – spy­tał mnie. „Tyl­ko z nie­ka­ra­nym” – od­po­wie­dzia­łem. „Ja cza­sem roz­ma­wiam. Jak my­ślisz, hra­bio, skąd się bio­rą prze­stęp­cy?”. Od­po­wie­dzia­łem: „Sami ich pło­dzi­my, naj­ja­śniej­szy pa­nie”. Klep­nął mnie w ple­cy: „Bra­wo!”. Ktoś mi po­wie­dział – koń­czył opo­wieść mój przy­ja­ciel – że w jego ga­bi­ne­cie, ale ja sam tego nie wi­dzia­łem, na ta­bo­re­tach leży roz­rzu­co­na duża mapa Pol­ski: Fryc się w nią wpa­tru­je jak dra­pież­nik, któ­ry przy­glą­da się ofie­rze, za­nim ją po­żre. Mój oj­ciec w to wie­rzy, to z tam­tej stro­ny, wciąż po­wta­rza, gro­zi nam nie­bez­pie­czeń­stwo.

– Opo­wiem ci te­raz o pew­nej przy­jaź­ni, któ­rą mam pra­wo się szczy­cić – po­wie­dział. (Po­czu­łem ukłu­cie za­zdro­ści o tę jego przy­jaźń, nie za duże, to w koń­cu on mógł zo­stać kró­lem, nie ja – ja słu­cha­łem). Na­zy­wa się ów przy­ja­ciel Char­les Han­bu­ry Wil­liams, dy­plo­ma­ta an­giel­ski, za­ra­zem bar­dzo uta­len­to­wa­ny po­eta, wier­sze szy­der­cze, zmy­sło­we, z prze­ni­ka­ją­cą je ero­ty­ką, słyn­na jest Oda do ostry­gi. Wol­te­ro­wi bar­dzo się po­do­ba­ją. (Fry­co­wi mniej, ale Fryc w ogó­le pana Wil­liam­sa nie lubi. Nie lubi jego dy­plo­ma­cji – wie­trzy w niej za­gro­że­nie dla Prus – i nie lubi jego dow­ci­pu – król pru­ski za­zdro­sny jest o dow­cip, uzna­je tyl­ko dow­cip Wol­te­ra – i swój wła­sny). Staś po­znał go w Ber­li­nie u Bülo­wów. Wil­liams od razu za­chwy­cił się sy­nem ge­ne­ra­ła Po­nia­tow­skie­go, o któ­re­go wy­czy­nach (ge­ne­ra­ła – nie syna) dużo sły­szał. Dla Sta­sia stał się wy­rocz­nią. – To mę­drzec, nie­zwy­kły umysł, otwie­ra mi oczy na wie­le trud­nych spraw – usły­sza­łem. – Na­ma­wia mnie, że­bym nie re­zy­gno­wał z przy­szło­ści po­li­tycz­nej – Bóg świad­kiem, że nie­raz my­ślę o niej z nie­chę­cią – ale pan Wil­liams sta­wia na mnie, to głasz­cze moją mi­łość wła­sną, jak się do­my­ślasz. „Nie opusz­czę cię” – obie­cu­je. Za­pro­po­no­wał, by­śmy du­blo­wa­li ko­re­spon­den­cję li­sta­mi szy­fro­wa­ny­mi. Staś uśmiech­nął się. – Na­uczy­łem się tego, mogę się za­trud­nić jako szy­frant. W Ber­li­nie Wil­liams czuł się źle, po­sta­rał się o prze­nie­sie­nie z po­wro­tem do Dre­zna. Od­wie­dził War­sza­wę, przyj­rzał się Fa­mi­lii, spodo­bał się im, oni jemu też. War­sza­wa też mu się spodo­ba­ła – dla cu­dzo­ziem­ców po­tra­fi­my być bar­dzo mili. Spo­ty­kał się z ry­cer­stwem pa­nów, po­dzi­wiał wy­kwint i za­lot­ność ko­biet. Kil­ka mie­się­cy póź­niej, kie­dy zno­wu nas od­wie­dził, spę­dzi­li­śmy tro­chę cza­su w Grod­nie – to taka u nas za­stęp­cza sto­li­ca, jest za­mek i dwa pa­ła­ce, resz­ta do­mostw drew­nia­na, ale ko­bie­ty w tych drew­nia­kach, po­wia­dam ci, prze­ślicz­ne! Skąd się to bie­rze – nie mam po­ję­cia. Miesz­ka­li­śmy w pa­ła­cu u Flem­min­gów. Nie­źle się ba­wi­li­śmy. Co­dzien­nie tań­ce. Póź­niej Wil­liams, opu­kaw­szy pol­skie kró­le­stwo Au­gu­sta III, udał się do sie­dzi­by, przy któ­rej był akre­dy­to­wa­ny, do Dre­zna. (Z ra­por­tu am­ba­sa­do­ra Wil­liam­sa do mi­ni­stra Ke­itha: mniej­sza o Au­gu­sta III, moż­na go ku­pić; Brühl – cóż, cho­rą­giew­ka na da­chu; li­czy się tyl­ko Fa­mi­lia, w niej Po­nia­tow­scy, a wśród nich dzie­więt­na­sto­let­ni Sta­ni­sław; „(…) po­sia­da, w isto­cie, zdol­no­ści zdu­mie­wa­ją­ce i sta­nie się pew­ne­go dnia wiel­ką po­sta­cią w Pol­sce”. Wiem ską­di­nąd, że król Je­rzy II do­py­ty­wał się, cze­mu mło­dy Po­nia­tow­ski nie zło­żył jesz­cze wi­zy­ty w An­glii, bo chciał­by go po­znać).

Oj­ciec na­le­gał w kra­ju, żeby Staś ubie­gał się o ko­lej­ne man­da­ty po­sel­skie. Męka dla wy­de­li­ka­co­ne­go mło­dzień­ca. Czuł wstręt do mo­tło­chu szla­chec­kie­go (tak go na­zwał), któ­re­mu trze­ba było nad­ska­ki­wać, po­ło­wa z nich – mó­wił – za­le­d­wie umie czy­tać, de­cy­du­ją, jak so­bie wma­wia­ją, o spra­wach pań­stwo­wych, a na­praw­dę są na usłu­gach ma­gna­tów, któ­rzy o ich gło­sy się ubie­ga­ją. Po­prze­sta­wać „z tą ciż­bą, po­dzi­wiać ich bred­nie, za­chwy­cać się ich pła­ski­mi kon­cep­ta­mi”, a nade wszyst­ko wy­mie­niać z tymi bru­da­sa­mi uści­ski, czuć ich prze­pa­lo­ny go­rzał­ką od­dech!… On sam w pi­ciu uczest­ni­czyć nie mu­siał – miał to szczę­ście, że raz na za­wsze przy­ję­to, że nie pije. Ale ja­dać z nimi – wstrzą­snął się – za sto­ła­mi rów­nie brud­ny­mi, jak li­cho za­sta­wio­ny­mi. (A mnie się śmiać chcia­ło, kie­dym tego słu­chał, tyle w tym wstrę­cie ujaw­nia­ło się pa­ni­czy­ka, wy­piesz­czo­ne­go tro­skli­wo­ścią ko­bie­cą i czuj­ną, uważ­ną służ­bą). A po­tem owoc wszel­kich wy­sił­ków „znisz­czo­ny w jed­nej chwi­li przez bał­wa­na, po­zo­sta­ją­ce­go na żoł­dzie prze­ciw­ni­ka, albo na­wet przez zły hu­mor ja­kiejś oso­bi­sto­ści. Je­dy­na ko­rzyść z god­no­ści po­sel­skiej, to że cza­sem uda­ło się nie do­pu­ścić do ja­kiejś zgub­nej uchwa­ły”.

W uzy­ska­niu ko­lej­ne­go man­da­tu w Łom­żyń­skiem, miał mu po­móc je­go­mość pan Glin­ka, zna­jo­my ojca. Na­pu­szo­ny, ob­łud­ny styl za­chwa­la­ją­cych Sta­sia prze­mó­wień dzia­łał kan­dy­da­to­wi na ner­wy. Pan Glin­ka co i rusz po­wta­rzał, „czu­ję się naj­szczę­śliw­szym z lu­dzi, po­sia­da­jąc w oso­bie kasz­te­la­ni­ca (to jest Sta­sia) nie­oce­nio­ny klej­not, któ­ry po­wiat łom­żyń­ski po­wi­nien opra­wić w kosz­tow­ny pier­ścień swo­jej god­no­ści po­sel­skiej, aby oświe­cał w przy­szłym sej­mie cały ho­ry­zont sar­mac­ki”. – Nie kom­po­nu­jesz? – spy­ta­łem roz­ba­wio­ny. – Nie za bar­dzo. Naj­gor­sze, że i ja w tym sty­lu mu­sia­łem od­po­wia­dać.

Po wy­bo­rach, zo­staw­szy po­słem jed­no­gło­śnie (una­ni­mo voto), mu­siał udać się z pa­nem po­słem Glin­ką i jego cór­ką na przy­ję­cie do sta­ro­sty. Pan sta­ro­sta, scho­ro­wa­ny, obo­la­ły po­da­gryk, pił nie­usta­ją­ce zdro­wie mło­de­go pana po­sła, któ­re­go czci­god­ny, bo­ha­ter­ski oj­ciec i któ­re­go czci­god­na, wiel­moż­na pani mat­ka… i tak da­lej. Ani sło­wa o bie­dzie w tym po­wie­cie, o tym, że może by coś zro­bić, cze­muś za­ra­dzić. Mu­siał tań­czyć z tłu­stą, spo­co­ną cór­ką pana Glin­ki. Jej oj­ciec, wdo­wiec, miał się w tym cza­sie ku cał­kiem jesz­cze żwa­wej pani sta­ro­ści­nie, a ona naj­wi­docz­niej ku nie­mu. Pew­nie dla­te­go pan Glin­ka tak chęt­nie uży­czył Sta­ni­sła­wo­wi swo­je­go po­wo­zu: Jedź, jedź, sko­ro mu­sisz, ja zo­sta­ję. Pę­dzi­li noc i dzień przez kraj bied­ny, opu­sto­sza­ły. „Omal nie zgi­nę­li­śmy z koń­mi z gło­du”. Je­den koń padł. Kie­dy zna­lazł się wresz­cie w domu, u kre­su sił, oj­ciec nie roz­po­starł ra­mion, nie spy­tał, jak się czu­je – spy­tał o ko­nia. „Nie umiem mu tego za­po­mnieć” – zwie­rzył mi się. Nig­dy nie sta­nie się po­rząd­nym czło­wie­kiem – prze­po­wie­dział oj­ciec. Bo nie sza­nu­je koni, „któ­rych całą war­tość, szla­chet­ność i wszyst­kie za­słu­gi mi wy­li­czył. O mo­ich za­słu­gach nie wspo­mniał. A prze­cież wra­ca­łem jako po­seł”.

Jego głu­cha­wa, moc­no już scho­ro­wa­na bab­ka, księż­na Iza­be­la, kasz­te­la­no­wa wdo­wa, ko­niecz­nie chcia­ła, aby uko­cha­ny wnuk otrzy­mał pa­tent puł­kow­ni­kow­ski. Ksią­żę Au­gust był prze­ciw, na­pi­sał do Brüh­la (po fran­cu­sku, oczy­wi­ście), że mło­dy czło­wiek musi so­bie na to za­słu­żyć (nie bez ra­cji, za­uwa­ża Staś) i że nie zgo­dził­by się na to dla wła­sne­go syna (w czym prze­sa­dził, bo wła­śnie sta­rał się dla Ada­ma o coś wię­cej, o to, by mógł prze­ka­zać mu po so­bie ge­ne­ral­stwo – czy­li za­rząd – ziem po­dol­skich). Kon­flikt w Fa­mi­lii! Brühl po za­sta­no­wie­niu wo­lał ulec sta­rej księż­nej i tak mój przy­ja­ciel otrzy­mał ty­tuł „Co­lo­nell­lu­sa Re­ipu­bli­cae”. Kom­pa­nii ustą­pił mu wkrót­ce któ­ryś z Tar­łów – za 2 000 du­ka­tów.

Dzie­więt­na­sto­let­ni puł­kow­nik wy­bie­ra się do Dre­zna – pil­no­wać u dwo­ru spraw Fa­mi­lii. Jest tu Wil­liams, czas spę­dza się we­so­ło, to te­raz wła­śnie Staś pod­bi­ja ser­ce żony pierw­sze­go mi­ni­stra, hra­bi­ny Brüh­lo­wej i zy­sku­je w niej „ma­muś­kę” (a może ko­goś wię­cej). Cały dwór prze­no­si się na se­zon ło­wiec­ki do Hu­berts­bur­ga. Nig­dy w ży­ciu nie mia­łem tak bez­tro­skich chwil – sły­szę. Rano do lasu na kró­lew­skie po­lo­wa­nie, król Au­gust cały czas w po­wo­zie. Zwie­rzy­nę spro­wa­dza­ją w klat­kach i wy­pusz­cza­ją w po­bli­żu, żeby się opa­sły król nie mę­czył. O pią­tej są już z po­wro­tem w prze­pysz­nym pa­ła­cu. O szó­stej mają te­atr – zna­ko­mi­te ba­le­ty – do wie­cze­rzy scho­dzą się w bo­ga­tych stro­jach. Gosz­czą w apar­ta­men­tach na­stęp­cy tro­nu (jego żona, Ma­ria Wal­pur­gis, pod uro­kiem mło­dzień­ca z Pol­ski). Stam­tąd wy­brań­cy wy­my­ka­ją się do hra­bi­ny Brühl – roz­mo­wy do pół­no­cy o li­te­ra­tu­rze, sztu­ce, za­pew­ne i o oso­bi­sto­ściach, bo Sta­ni­sław za­zna­cza, że „wspa­nia­ła pani” (jego sło­wa), hra­bian­ka Ko­lo­vrat z domu, umie­jęt­nie pra­cu­je nad tym, by zmniej­szyć nie­chęć do męża-par­we­niu­sza. Na tym jesz­cze się noc nie koń­czy. Za­ufa­ne kół­ko mę­skie zbie­ra się u Wil­liam­sa, by pod­su­mo­wać cały dzień, po­dzie­lić się spo­strze­że­nia­mi. Wil­liam­so­wi uda­ło się prze­ko­nać Brüh­la, by za­bro­nio­no het­ma­no­wi (czy­li mę­żo­wi „Brań­ci”) ob­sa­dza­nia sta­no­wisk re­gi­men­tar­skich. To waż­ne, bo kil­ka mie­się­cy temu zmarł na­resz­cie het­man Jó­zef Po­toc­ki (to ten, któ­ry po­rwał dwu­let­nie­go Sta­sia, wróg Fa­mi­lii) i bu­ła­wę wiel­ką ko­ron­ną do­stał po nim wła­śnie mąż Iza­be­li-Elż­bie­ty. Kanc­le­rzem wiel­kim li­tew­skim zo­stał wuj Mi­chał – a kto ob­jął po nim pod­kanc­ler­stwo? No, zga­duj – któż, je­śli nie jego wła­sny zięć, Mi­chał Sa­pie­ha. Sta­ry ge­ne­rał, oj­ciec „Brań­ci”, po­cząt­ko­wo ucie­szył się z awan­su zię­cia, mimo swo­ich sie­dem­dzie­się­ciu sze­ściu lat wy­brał się do Bia­łe­go­sto­ku, chciał mieć wpływ na ob­sa­dę do­wód­ców, roz­po­cząć upra­gnio­ne re­for­my w woj­sku – ale gdzie tam, bur­kli­wy „Gryf” wszyst­ko ro­bił na złość. Sta­rzec opu­ścił Bia­ły­stok scho­ro­wa­ny. I te­raz, mar­twi się Sta­ni­sław, wy­raź­nie za­czy­na się uchy­lać od dzia­łal­no­ści po­li­tycz­nej. Mat­ka idzie jego śla­dem. – Wiek robi swo­je – za­uwa­ży­łem. – Tak, wiek, ale i roz­cza­ro­wa­nie – od­po­wia­da mój przy­ja­ciel. – Tyl­ko że mnie od tej dzia­łal­no­ści zwol­nić nie chce.

Wil­liams zo­sta­je na swo­im sta­no­wi­sku w Dreź­nie, a Sta­ni­sław, na­glo­ny przez ro­dzi­ców, któ­rzy z da­le­ka kie­ru­ją jego kro­ka­mi, przy­by­wa do Wied­nia. Był cie­pły gru­dzień, wspo­mi­na, rok 1751, czy­li mniej wię­cej dwa lata temu. Rzecz pro­sta, syn kasz­te­la­na Po­nia­tow­skie­go, do tego z li­sta­mi po­le­ca­ją­cy­mi od hra­bi­ny Brühl, bywa w naj­lep­szych do­mach. Za­przy­jaź­nia się z Au­gu­stem Suł­kow­skim (któ­ry w przy­szło­ści sta­nie się jego za­cię­tym wro­giem – ale nie uprze­dzaj­my wy­pad­ków).

Naj­star­szy syn wo­je­wo­dy po­znań­skie­go (czte­rech ich jest, tych bra­ci Suł­kow­skich) umiał w nud­nym i na­dę­tym Wied­niu zna­leźć miej­sca, gdzie moż­na było we­so­ło spę­dzić czas. Nie uni­kał gry w kar­ty (grał, mówi, z ko­niecz­no­ści, ale od in­nych sły­sza­łem, że i z pa­sją). Wil­liams li­stow­nie prze­strze­ga, żeby nie za czę­sto od­wie­dzać sła­wet­ny sa­lon pani de Har­rach, bo za­nim się obej­rzy, bę­dzie po nim. Pani Brühl przy­sy­ła mu li­stę ksią­żek do prze­czy­ta­nia i ra­dzi oka­zy­wać re­li­gij­ność, w Wied­niu to zro­bi do­bre wra­że­nie. Ce­sa­rzo­wa Ma­ria Te­re­sa jest fa­na­tycz­ną ka­to­licz­ką – nie uzna­je to­le­ran­cji wy­zna­nio­wej (na ra­zie – póź­niej wy­mu­si ją na niej jej syn Jó­zef II) – ko­bie­ty sta­ra­ją się na­śla­do­wać swo­ją mo­nar­chi­nię i wy­róż­nia­ją się skrom­no­ścią. Nie bez wpły­wu za­pew­ne jest i to, że ce­sa­rzo­wa ma pa­sję szpe­ra­nia w ży­ciu pry­wat­nym i zaj­mu­je się na­wet dro­bia­zga­mi. Nie zna­czy to, że Ma­ria Te­re­sa nie zna i in­nych sła­bo­stek ko­bie­cych; kie­dy spy­ta­ła hra­bie­go ge­ne­ra­ła Lu­che­si, jak ma wy­na­gro­dzić jego wo­jen­ne czy­ny, ten od­po­wie­dział: „Daj mi, pani, ko­kar­dę ze wstą­żek, któ­re no­sisz”. Do­stał do­wódz­two puł­ku. A tak­że, we­dług słów Sta­sia, „wy­łącz­ny przy­wi­lej skła­da­nia u jej stóp kom­ple­men­tów w gu­ście mau­re­tań­skim”. – Za­ła­twi­łem w jego puł­ku ki­ra­sje­rów sto­pień cho­rą­że­go dla mo­je­go bra­ta An­drze­ja.

W Wied­niu plot­ku­je się o ro­man­sie kasz­te­la­ni­ca z pro­stą dziew­czy­ną. – To by było in­te­re­su­ją­ce – śmie­je się mój nowy przy­ja­ciel. – Ale ta pro­sta dziew­czy­na, to była hra­bian­ka An­ge­li­ka Ko­tu­liń­ska z Mo­raw, tyle że bez for­tu­ny. Ga­sto­nie, ani wte­dy, ani te­raz nie przy­wią­zy­wa­łem do tego nad­mier­nej wagi. Przy­glą­dam się świa­tu i wi­dzę, że wie­le z tych do­sko­na­le ob­my­ślo­nych mał­żeństw jest nie­szczę­śli­wych. Sio­stry Ko­tu­liń­skie – w tej star­szej, mo­jej wy­bran­ce Anie­li, ko­chał się Fran­ci­szek I, a ona mu się opar­ła, tak mó­wio­no – otóż te dwie dziew­czy­ny były „pan­na­mi ho­no­ro­wy­mi” na dwo­rze księż­nej Wik­to­rii Sa­baudz­kiej, gdzie mnie wpro­wa­dził Suł­kow­ski. Tak, by­łem pod uro­kiem pan­ny Anie­li, szcze­gól­nie kie­dy oka­za­ło się, że od­trą­ci­ła pew­ne­go ofi­ce­ra szwedz­kie­go, któ­ry chciał się z nią że­nić – i gdy­by nie ro­dzi­ce… Ale nie tyl­ko oni. Wil­liams też od­ra­dzał: za­mknę so­bie przy­szłość. Nun­cjusz pa­pie­ski za­alar­mo­wał ro­dzi­ców, że by­li­śmy ze sobą sam na sam, a sko­ro tak, to zna­czy, że przy­rze­kłem Anie­li mał­żeń­stwo. (Ja­kie zno­wu sam na sam, sio­stru­nia cały czas znaj­do­wa­ła się obok – na­rze­kał). Kie­dyś wspo­mniał An­ge­li­ce, że może w przy­szło­ści bę­dzie kró­lem. Ro­ze­śmia­ła się: – Prze­cież nie je­steś kró­le­wi­czem! Wy­tłu­ma­czył jej, że w Pol­sce nie musi się być kró­le­wi­czem, żeby za­bie­gać o ko­ro­nę. – I ja będę kró­lo­wą? – Cze­mu nie? – Już to wi­dzę! Wte­dy mój Staś spoj­rzał na nią uwo­dzi­ciel­sko i za­chry­piał: – Je­stem go­tów zre­zy­gno­wać… Ona od­gry­wa­ła roz­ka­pry­szo­ną pan­nę: Nie chcę, że­byś re­zy­gno­wał! Chcę być kró­lo­wą!… (Nie­ste­ty, nie je­stem pew­ny, czy ta roz­mo­wa na­praw­dę się od­by­ła; czy ja jej nie zmy­śli­łem. Nie mam żad­nych no­ta­tek po­twier­dza­ją­cych jej praw­dzi­wość). Księż­na Sa­baudz­ka po tym „skan­da­lu” (jak się wy­ra­zi­ła) wy­po­wie­dzia­ła Sta­sio­wi dom. Nie mógł już się wi­dy­wać z tę­sk­nią­cą An­ge­li­ką. Brüh­lo­wa na­pi­sa­ła: Mój miły, nie martw się, to nie jest mi­łość, pan­na Ko­tu­liń­ska po­lu­je na męża, a prze­cież gdzie Ko­tu­liń-skim do Po­nia­tow­skich…

– Od ojca przy­szedł gniew­ny list, że­bym na­tych­miast wra­cał do domu.

3

Wra­ca w kwiet­niu 1752 roku przez Mo­ra­wy, któ­re wy­da­ły mu się kwit­ną­cym kra­jem, pra­wie jak Ho­lan­dia. Zno­wu to uczu­cie za­zdro­ści: cze­mu u nas nie może tak być? Kie­ru­jąc się na pół­noc, po­sta­no­wił wstą­pić do Łub­nic, ma­jąt­ku księ­cia Au­gu­sta. Ucie­szył się, że za­stał wuja. (Ci wiel­cy pa­no­wie mie­li ma­jąt­ki po­roz­rzu­ca­ne po ca­łej Rze­czy­po­spo­li­tej, na Ukra­inie, Li­twie, Ma­zow­szu, w Ma­ło­pol­sce i na Pod­kar­pa­ciu, Po­nia­tow­scy tak­że w Wiel­ko­pol­sce – wszyst­ko to po­wo­do­wa­ło za­dzi­wia­ją­co ru­chli­wy tryb ży­cia; jeź­dzi­li od ma­jąt­ku do ma­jąt­ku, żeby wszę­dzie tro­chę po­pa­sać, tro­chę pod­oglą­dać; były to wy­pra­wy, jak­by sami Wa­le­zju­sze się po­ru­sza­li, w set­ki wo­zów, z po­ście­lą, ga­ra­mi, na­mio­ta­mi, służ­bą, ko­za­ka­mi). Wuj go ra­do­śnie przy­wi­tał, od razu za­pro­po­no­wał mu pie­nią­dze: Je­steś moim sio­strzeń­cem, nie od­mó­wisz mi tego, dam ci dwie­ście du­ka­tów. No cóż, dzię­ku­ję – od­po­wie­dział Sta­ni­sław – we­zmę, ale pod wa­run­kiem, że będę mógł o tym opo­wie­dzieć ro­dzi­com. A aku­rat wte­dy za­czę­ło się na­pię­cie mię­dzy wu­jem a pa­nią Kon­stan­cją, po­szło o pułk gwar­dii pie­szej ko­ron­nej, któ­ry ksią­żę Au­gust obie­cał ustą­pić naj­star­sze­mu z jej sy­nów, Ka­zi­mie­rzo­wi, a te­raz, gdy na­stał czas, nie chciał się z tej obiet­ni­cy wy­wią­zać. Wuj za­czął wo­bec Sta­sia wy­ga­dy­wać na pod­ko­mo­rze­go wiel­kie­go (to zna­czy Ka­zi­mie­rza), dla­cze­go nie moż­na temu lek­ko­myśl­ne­mu mło­dzień­co­wi (jest o je­de­na­ście lat star­szy od Sta­ni­sła­wa) po­wie­rzać puł­ku. Na to nasz mę­drzec po­wie­dział mniej wię­cej tak: wuju, ro­zu­miem, że mat­ka wi­dzi spra­wę in­a­czej i ty in­a­czej, każ­de z was ma swo­ją ra­cję, a ja nie je­stem od tego, by was roz­są­dzać, zo­staw­my to. Wu­jo­wi sta­no­wi­sko sio­strzeń­ca się spodo­ba­ło, po­chwa­lił go, przez kil­ka dni za­dzi­wiał ser­decz­no­ścią. Ale cza­sa­mi i za­ska­ki­wał. – Kie­dy mia­łem lat dwa­na­ście i prze­ży­wa­łem roz­ter­kę re­li­gij­ną, wuj po­ka­zał mi pew­ne miej­sce w swo­im mo­dli­tew­ni­ku. „Sta­le do tego za­glą­dam – i to mnie pro­wa­dzi”. Te­raz po­wie­dział: „Co do mnie, to nie wie­rzę w nic”. W domu Sta­ni­sław wy­buch­nął przy mat­ce: – Wuj jest pe­łen uro­ku, nad­zwy­czaj­ny czło­wiek! Była nie­za­do­wo­lo­na. Po­da­ła mu kil­ka ry­sów mniej po­chleb­nych, bliż­szych praw­dzie.

Pani Kon­stan­cja była nie­wąt­pli­wie ko­bie­tą z cha­rak­te­rem. Staś wspo­mniał mi o pew­nym krwa­wym in­cy­den­cie, któ­re­go nie był świad­kiem, zda­rzył się, kie­dy miał lat dzie­więć, my­ślał, że to plot­ki, ale nie­daw­no pan Kay­ser­ling opo­wie­dział mu, jak to na­praw­dę prze­bie­gło. Był bal u mar­szał­ko­stwa Bie­liń­skich. Mło­dy Adam Tar­ło po­kło­nił się pani Mi­cha­ło­wej Czar­to­ry­skiej (tej Wald­ste­inów­nie z domu) – i spo­tkał się z od­mo­wą. Nie bę­dzie, po­wie­dzia­ła, tań­czyć z mło­dzień­cem, któ­ry jako pierw­szą śmiał po­pro­sić pew­ną Lu­bo­mir­ską, o któ­rej wia­do­mo, że jest nie­ślub­ną cór­ką! Na to Tar­ło: „Sko­ro nie chcesz pani tań­czyć ze mną, to i z in­ny­mi nie bę­dziesz!”. I ogło­sił, że każ­dy, kto po­pro­si księż­nę Ele­ono­rę do tań­ca, bę­dzie mu­siał się z nim po­je­dyn­ko­wać. Wte­dy Kon­stan­cja zwró­ci­ła się do swo­je­go syna Ka­zi­mie­rza: „Po­proś cio­cię do tań­ca”. „Ależ, pani mat­ko, z tego bę­dzie po­je­dy­nek”. „Za­tań­czysz z nią!” – roz­ka­za­ła pani Kon­stan­cja. Ka­zi­mierz po­słu­chał. No i sta­ło się: se­kun­dan­ci, spo­tka­nie w la­sku w Je­zior­nie, pi­sto­le­ty. Obaj prze­ciw­ni­cy wy­szli z tego cało.

Pani Kon­stan­cja uzna­ła, że to hań­ba. Za­żą­da­ła od syna dru­gie­go po­je­dyn­ku. „Wo­la­ła­bym cię wi­dzieć mar­twym niż okry­te­go nie­sła­wą”. (Oj­ciec, ge­ne­rał szwedz­ki, nie był aż tak za­sad­ni­czy). Prze­ciw­nik nie mógł się uchy­lić – cho­ciaż, cał­kiem być może, miał złe prze­czu­cia – spo­tka­li się tym ra­zem na Ma­ry­mon­cie – Ka­zi­mierz za­bił Tar­łę. „Nie bę­dzie miał z nią ła­two” – po­my­śla­łem, wy­słu­chaw­szy opo­wie­ści.

Za­czął o czymś in­nym, o czymś, co ty­czy­ło bez­po­śred­nio jego. – Pa­mię­tasz, wspo­mi­na­łem ci o mo­jej uro­czej ku­zyn­ce Iza­be­li-Elż­bie­cie, cór­ce księ­cia Au­gu­sta? Sta­ni­sław by­wał te­raz pra­wie co­dzien­nie w Pa­ła­cu Błę­kit­nym na Se­na­tor­skiej, by spo­ty­kać się z nią, co praw­da pod czuj­nym okiem bab­ki Iza­be­li, któ­ra, cho­ciaż głu­cha­wa, wzrok mia­ła do­bry. Roz­ma­wia­li nie tyl­ko o li­te­ra­tu­rze, sztu­ce, Wied­niu – tak­że o so­bie. Sta­ni­sła­wo­wi nie po­do­ba­ła się at­mos­fe­ra w tym domu, dziw­ne za­cho­wa­nie jej ro­dzi­ców. Ksią­żę Au­gust ko­chał swo­ją by­strą i ślicz­ną cór­kę bar­dzo czu­le, ale – to się dało za­uwa­żyć – co­raz bar­dziej jak ko­bie­tę. Od dwóch-trzech lat spę­dzał przy niej całe go­dzi­ny – mó­wił mój przy­ja­ciel – wy­da­wa­ło mi się, że wal­czy z na­ra­sta­ją­cym w nim opę­ta­niem. Ale była jesz­cze inna spra­wa. Jej mat­ka przed laty wy­mo­gła na mężu, aby roz­to­czył opie­kę nad jej dużo młod­szym ku­zy­nem, Sta­ni­sła­wem Lu­bo­mir­skim. Chło­pak, wcze­śnie osie­ro­co­ny, wy­cho­wy­wał się w domu Czar­to­ry­skich, ci za­pew­ni­li mu pierw­sze dy­gni­tar­stwo: zo­stał straż­ni­kiem wiel­kim ko­ron­nym. Pani Zo­fia-Ma­ria czu­ła do nie­go coś wię­cej niż tkli­wość star­szej ku­zyn­ki, ko­kie­to­wa­ła go (opo­wia­dał Staś) bar­dzo wi­docz­nie, ksią­żę wo­je­wo­da mio­tał się mię­dzy za­zdro­ścią o cór­kę (za­ko­cha­ną w Sta­siu) a za­zdro­ścią o żonę, o któ­rą kie­dyś się strze­lał. Pod nie­obec­ność żony zde­cy­do­wał, że Lu­bo­mir­ski, już pra­wie trzy­dzie­sto­let­ni, oże­ni się z Elż­bie­tą. Wy­rwie żo­nie ko­chan­ka, wy­rwie ze swe­go ser­ca mę­czą­cy po­ciąg do cór­ki. „Bę­dziesz pa­nią straż­ni­ko­wą”. A Elż­bie­ta: „Nie, nig­dy!”. Jej przy­szły bu­dził w niej wstręt. Był to sym­pa­tycz­ny męż­czy­zna, cho­ro­wi­ty co praw­da, ale wy­kształ­co­ny, jak zresz­tą wszy­scy w domu Czar­to­ry­skich. Cze­ka go świet­na przy­szłość – i Łań­cut. Więc cze­mu nie? To przez Sta­ni­sła­wa! – do­my­ślił się oj­ciec. Bab­ka Iza­be­la była tego sa­me­go zda­nia. Ksią­żę Au­gust od­był roz­mo­wę z cór­ką. „Staś nig­dy nie da ci szczę­ścia” – prze­ko­ny­wał ją. Elż­bie­ta wciąż się jesz­cze opie­ra­ła. Wte­dy bab­ka zwró­ci­ła się do pani Kon­stan­cji, swo­jej cór­ki. Do­brze tra­fi­ła, bo Po­nia­tow­scy też byli prze­ciw mał­żeń­stwu Sta­sia z ku­zyn­ką. Pani wo­je­wo­dzi­na Czar­to­ry­ska, po po­wro­cie z za­gra­ni­cy za­sko­czo­na po­wzię­ty­mi de­cy­zja­mi, dała się w koń­cu mę­żo­wi prze­ko­nać, tak czy owak ku­zyn Lu­bo­mir­ski bę­dzie na miej­scu. Elż­bie­ta pod­da­ła się woli ojca: no i po­patrz, ko­chał ją, a prze­cież zmu­sił do mał­żeń­stwa z męż­czy­zną, do któ­re­go czu­ła nie­chęć. De­spo­tyzm oj­cow­ski, prze­ciw któ­re­mu pi­sał ko­me­die nasz Mo­lier, wciąż jesz­cze trium­fo­wał. Co do mo­je­go przy­ja­cie­la, to rada fa­mi­lij­na zde­cy­do­wa­ła, że zdro­wiej bę­dzie, je­śli na wszel­ki wy­pa­dek wy­śle się go za gra­ni­cę. Staś musi znik­nąć! Do­kąd tym ra­zem? Do Fran­cji i An­glii. – I tak oto zna­la­złem się tu­taj z tobą – za­koń­czył opo­wieść.

Dro­ga wio­dła przez Wie­deń, jak­że zna­jo­my! Nie­spo­dzian­ka: jest sir Wil­liams, w „mi­sji spe­cjal­nej”, jak się zwie­rzył. Jest hra­bia Kau­nitz, te­raz już kanc­lerz. Au­stria­cy sta­ro­świec­kie­go po­kro­ju go nie lu­bią, bo na­zbyt „fran­cu­ski”. Po­tra­fi być oszczęd­ny i hoj­ny, oświe­co­ny i po­boż­ny. Jesz­cze nie żywi ob­se­syj­ne­go stra­chu przed śmier­cią – to przyj­dzie póź­niej, kie­dy nie wol­no bę­dzie przy nim tego sło­wa wy­ma­wiać, ani wspo­mi­nać, że ktoś umarł, na­wet z za­wia­do­mie­niem kanc­le­rza o zgo­nie ce­sa­rzo­wej dwo­ra­cy będą mie­li kło­po­ty. Na ra­zie utrzy­mu­je za­stęp ak­to­rek, Ma­ria Te­re­sa wy­ra­ża z tego po­wo­du nie­za­do­wo­le­nie, Kau­nitz wy­nio­śle od­pie­ra wy­rzu­ty: „Od­po­wia­dam przed ce­sa­rzo­wą za moje po­stęp­ki tyl­ko jako jej mi­ni­ster i pod­da­ny…”. Z oso­bi­stych spraw tłu­ma­czyć się nie musi, w każ­dej chwi­li może wró­cić do swo­je­go hrab­stwa w Bit­t­ber­gu.

On sam, mło­dy Po­nia­tow­ski, wciąż jesz­cze da­rzy sym­pa­tią ce­sa­rzo­wą. (Dłu­go bę­dzie się trzy­mał swo­ich złu­dzeń). – Gdy­bym, kie­dy przy­cho­dzi­łem na świat – po­wie­dział – mógł wy­brać, czy­im chcę być pod­da­nym z obec­nie pa­nu­ją­cych, wy­brał­bym na moją kró­lo­wą ją, Ma­rię Te­re­sę. (Po­my­śla­łem so­bie, że nie jest to punkt wi­dze­nia, któ­ry przy­stoi przy­szłe­mu wład­cy – to jest spoj­rze­nie ko­goś, kto uro­dził się pod­da­nym. Ale nie po­dzie­li­łem się z nim tą my­ślą).

Jest w Wied­niu i Kay­ser­ling, tym ra­zem jako am­ba­sa­dor. Sta­ry pro­fe­sor ucho­dzi za za­grze­ba­ne­go w książ­kach, wy­god­ny po­zór dla dy­plo­ma­ty, któ­ry po­sy­ła do Pe­ters­bur­ga in­for­ma­cje god­ne szpie­ga.

Do daw­ne­go ucznia ma sto­su­nek nie­zmien­nie czu­ły, a Staś do­glą­da go w cho­ro­bie. Wil­liams też cho­ru­je i przy nim Staś też jest do­brym sa­ma­ry­ta­ni­nem. Ale nie jest by­najm­niej taki mięk­ki i ła­god­ny, za ja­kie­go ucho­dzi – bę­dzie się po­je­dyn­ko­wał, bo tego, tak uwa­ża, wy­ma­ga jego ho­nor. Mło­dy ksią­żę Liech­ten­ste­in ob­ra­ził go, po­wie­dział: „Nu­dzisz mnie, hra­bio!”. Staś chce się strze­lać. Wil­liams jest z nie­go dum­ny. Na szczę­ście wda­li się w to wpły­wo­wi pa­no­wie, do po­je­dyn­ku nie do­szło, bo ksią­żę prze­pro­sił hra­bie­go pu­blicz­nie. (Czy więc może dzi­wić tak po­wszech­na, prze­sad­na aż do ob­łu­dy, grzecz­ność w sło­wach, schle­bia­nie próż­no­ści roz­mów­cy, sko­ro byle ja­kie uchy­bie­nie może do­pro­wa­dzić do po­je­dyn­ku?).

Czy spo­tkał się w Wied­niu z pan­ną Ko­tu­liń­ską? Nic mi o tym nie wia­do­mo. Za­pew­ne już jej nie było. Uwieź­li ją, a może wy­szła za mąż, chęt­nych nie bra­kło. Sta­ni­sław z Wil­liam­sem ru­sza­ją do Dre­zna, tam hra­bi­na Brühl za­opa­tru­je go w li­sty do przy­ja­ció­łek i ku­zy­nek w Pa­ry­żu, wy­jazd się od­cią­ga, bo Sta­sia do­pa­da fe­bra, co trze­ci dzień dresz­cze i poty. Cór­ka Brüh­lów, Ame­lia, te­raz już Mnisz­cho­wa, in­te­li­gent­na, ład­na, peł­na wdzię­ku, za­wsze go ko­kie­to­wa­ła i kto wie, czy ja­kie­goś prze­lot­ne­go ro­man­su nie było. Ame­lia o mało co nie zo­sta­ła jego szwa­gier­ką, bo papa Brühl wy­my­ślił so­bie, że bę­dzie dla nie­go z ko­rzy­ścią zwią­zać się z Fa­mi­lią, wy­dać cór­kę za naj­star­sze­go z bra­ci Po­nia­tow­skich, wciąż upie­ra­ją­ce­go się w ka­wa­ler­stwie pod­ko­mo­rze­go Ka­zi­mie­rza. Ka­zi­mierz wy­tłu­ma­czył mu, że po­mysł nie jest naj­lep­szy, „my wa­szej eks­ce­len­cji i tak sprzy­ja­my, le­piej wy­dać ją za Mnisz­cha, wte­dy przy­cią­gniesz tak­że Po­toc­kich”. Brühl uczy­nił tak, jak ra­dził mu Ka­zi­mierz, kom­bi­na­cja ra­czej za­wio­dła, bo sprzy­mie­rzo­nych z Po­toc­ki­mi Mnisz­chów na­sta­wi­ła prze­ciw Po­nia­tow­skim, nie bez udzia­łu Ame­lii. Wkrót­ce się wy­da­ło, że Ka­zi­mierz użył wy­mów­ki po­li­tycz­nej, bo był za­ko­cha­ny w mło­dziut­kiej Apo­lo­nii Ustrzyc­kiej, któ­rą po­ślu­bił mimo kwa­śnej miny ojca – no bo kto to są ci Ustrzyc­cy, gdzie im do Fa­mi­lii – ale Ka­zi­mierz od pew­ne­go cza­su ro­bił, co chciał.

Z Wil­liam­sem do Ha­no­we­ru, a po­tem do Hagi. Tu się roz­sta­ną, sir Char­les po­wie­rzy go opie­ce Jo­se­pha de Yor­ke’a, prze­mi­łe­go An­gli­ka, któ­re­go oj­ciec, lord Har­dwic­ke, jest dy­gni­ta­rzem (bę­dzie to moc­na, dłu­go­trwa­ła przy­jaźń – z Jo­se­phem i jego młod­szym bra­tem Char­le­sem). Wil­liams pi­sze li­sty po­le­ca­ją­ce do róż­nych oso­bi­sto­ści w An­glii, w tym do wła­snej, roz­wie­dzio­nej już z nim żony. Hra­bia Ben­tinck, sta­ry, mru­kli­wy przy­ja­ciel papy Po­nia­tow­skie­go, przyj­mu­je Sta­ni­sła­wa w Ha­dze jak syna i wpro­wa­dza do eli­ty wła­dzy i miesz­czań­stwa. Tak, miesz­czań­stwa, któ­re do­tych­czas pa­nów bra­ci z Pol­ski nie ra­czy­ło in­te­re­so­wać. Ze Sta­siem jest in­a­czej. Cią­gnie go do kup­ców, ar­ma­to­rów, ma­ry­na­rzy. Ach, gdy­by z Gdań­ska uczy­nić Am­ster­dam! To nie jest mrzon­ka: wy­star­czy, że spław Wi­słą sta­nie się ru­chliw­szy! Przy­jaź­ni się ze szli­fie­rza­mi dia­men­tów i ży­dow­ski­mi ban­kie­ra­mi. Od­naj­du­je bra­ci Pin­to, któ­rych po­znał jako szes­na­sto­la­tek. Przy­wią­zu­je się do nie­go sta­ry por­tu­gal­ski Żyd Svas­so. – Spo­strzegł moje wzbu­rze­nie, kie­dy opo­wia­da­łem mu o tym, jak bi­skup ki­jow­ski Soł­tyk ska­zał na stos je­de­na­stu Ży­dów za rze­ko­my mord ry­tu­al­ny – opo­wia­dał. – Do­strzegł wstręt, jaki mam do wszel­kie­go prze­śla­do­wa­nia. (Był to ten sam Ka­je­tan Soł­tyk, któ­ry po­tem ob­jął die­ce­zję kra­kow­ską – w wie­lo­re­li­gij­nym Ki­jo­wie ten fa­na­tyk mógł na­ro­bić strasz­li­wych szkód). Pan Svas­so po­ka­zał mi bul­lę Mar­ci­na V za­ka­zu­ją­cą oskar­żeń o mor­dy ry­tu­al­ne. (Co z tego? Prze­są­dy ludu i złe ję­zy­ki są bar­dziej słu­cha­ne niż sło­wa pa­pie­ży).

Mu­sisz, hra­bio, ko­niecz­nie od­wie­dzić ba­ro­na Crönin­ga – na­ma­wia­no go. – To „żywy dyk­cjo­narz po­li­tycz­ny”, ra­dzą się go mi­ni­stro­wie. Uprze­dza­no: tyl­ko pa­mię­taj, jest zdzi­wa­cza­ły, nie oka­zuj zgor­sze­nia. Ba­ron ze­rwał sto­sun­ki z żoną, bo bał się, że za­ra­zi się jej wście­kli­zną. (To moż­na zro­zu­mieć, po­my­śla­łem). Sta­sia obec­no­ści bał się, bo Pol­ska gra­ni­czy z Tur­cją. „Uj­rza­łem ma­lut­kie­go czło­wiecz­ka w li­chym szla­fro­ku i bam­bo­szach, bez spodni i z lich­szym jesz­cze ka­pe­lu­szem na gło­wie… Wiel­ki­mi kro­ka­mi cho­dząc po po­ko­ju, roz­pi­nał cią­gle swój szla­frok i ro­bił siu­siu do ma­łych ce­ber­ków, w po­ło­wie na­peł­nio­nych pia­skiem, roz­sta­wio­nych na po­sadz­ce”. Ni­cze­mu się nie dzi­wić! – upo­mniał się wte­dy. – Wiesz, Sta­sio (tak go na­zy­wał Wil­liams), on mógł cier­pieć na za­pa­le­nie pę­che­rza albo cew­ki mo­czo­wej… – Przy­zna­ję, nie przy­szło mi to do gło­wy – po­wie­dział.

– Czy dla­te­go, hra­bio, prze­by­wasz w Pa­ry­żu – za­py­ta­łem go któ­re­goś dnia – żeby przyj­rzeć się, jak pra­cu­je nasz rząd, jak funk­cjo­nu­je dwór?

Oba­wia­łem się, że wy­czu­je w moim py­ta­niu le­ciut­ką iro­nię – do­praw­dy, wo­la­łem mu nie spra­wiać przy­kro­ści – ale on od­po­wie­dział zu­peł­nie po­waż­nie:

– Nie, to był­by czas stra­co­ny. Fran­cja jest mo­nar­chią de­spo­tycz­ną – to nie dla nas. Kraj, w któ­rym Di­de­ro­ta za­my­ka się w wię­zie­niu w Vin­cen­nes – nie, nie, to nie to. Do­dał­bym: nie­ste­ty. Ho­lan­dia – tak, po­byt bar­dzo po­ucza­ją­cy. No i An­glia: to może być to! – Na­gle spy­tał: – Ga­sto­nie, a nie wy­brał­byś się ze mną do An­glii? Po­trze­bu­ję se­kre­ta­rza. I do­rad­cy – do­dał uwo­dzi­ciel­sko.

Za­sko­czył mnie tym cał­ko­wi­cie. Wy­bą­ka­łem:

– Nie znam an­giel­skie­go.

– No to do ro­bo­ty! Ucz się!

Wciąż nie mo­głem się zde­cy­do­wać.

– Mu­szę się za­py­tać wuja Char­le­sa. I uprze­dzić mat­kę.

– Tyl­ko nie każ mi cze­kać za dłu­go.

Za­py­ta­łem go, czy nie uwa­ża, że do­brze by zro­bił, gdy­by zło­żył wi­zy­tę kró­lo­wi Lesz­czyń­skie­mu w Lu­névil­le. (Wcho­dzi­łem w ten spo­sób w obo­wiąz­ki do­rad­cy). Jego do­świad­cze­nie może się przy­dać. Czy nie pro­jek­to­wał on ja­kichś re­form? Poza tym to jed­nak teść Lu­dwi­ka XV nie za­szko­dzi mieć go po swo­jej stro­nie.

Mój przy­ja­ciel po­krę­cił gło­wą. Nie może skła­dać wi­zy­ty ry­wa­lo­wi sa­skie­go kró­la. To, co łą­czy­ło Lesz­czyń­skie­go z Po­nia­tow­ski­mi, zo­sta­ło roz­wią­za­ne. Brühl o ta­kiej wi­zy­cie na pew­no się do­wie – na dwo­rze Lesz­czyń­skie­go musi mieć swo­ich do­no­si­cie­li. Jaki wy­cią­gnął­by wnio­sek? Ze Po­nia­tow­scy zno­wu spi­sku­ją.

– Więc do­brze – mó­wię – ja po­ja­dę i po­sta­ram się od nie­go coś wy­do­być.

Staś się zgo­dził. – Wiem, co się tam dzie­je – po­wie­dział. – Do­sta­je­my ra­por­ty od jed­ne­go z wy­kła­dow­ców w szko­le ka­de­tów, ale do­brze jest przyj­rzeć się temu z bli­ska. Wy­ekwi­po­wał mnie na dro­gę, żeby ni­cze­go mi nie bra­ko­wa­ło. Był hoj­ny, po­dej­rze­wa­łem, że za­dłu­żył się, żeby mi za­im­po­no­wać. Tak jak obie­ca­łem, na­pi­sa­łem do mamy do Sa­int-Émi­lion i od­by­łem roz­mo­wę z pa­nem de Mon­te­squ­ieu. Owszem, po­wie­dział, jedź do An­glii, to jest coś w sam raz dla cie­bie, a to­wa­rzy­stwo hra­bie­go Po­nia­tow­skie­go cał­kiem od­po­wied­nie.

Pod­czas gdy ja go­ści­łem u kró­la Lesz­czyń­skie­go, Sta­ni­sław spę­dzał czas z owdo­wia­łą mar­ki­zą de Bro­glie, Elż­bie­tą, cór­ką pani de Bez­en-val – jej urok co­raz bar­dziej go wią­zał, ale nig­dy jej tego nie po­wie­dział, ja­koś nie śmiał. Nowy Rok 1754 po­wi­ta­li ra­zem w sa­lo­nie pani Geof­frin (któ­rą mar­ki­za z lek­ka po­gar­dza­ła). Kie­dy wy­rwa­łem się wresz­cie z Lu­névil­le i wró­ci­łem do Pa­ry­ża, za­sta­łem go, jak się tego spo­dzie­wa­łem, u „ma­muś­ki” na rue Sa­int-Ho­no­ré.

– Słu­chaj! – krzy­cza­łem pod­nie­co­ny. – On chce zno­wu kan­dy­do­wać!

– Kto? – zdu­miał się. – Pan Lesz­czyń­ski?

– Tak, on. Jak tyl­ko król Sas prze­nie­sie się na tam­ten świat, zgło­si się po ko­ro­nę. Na­ród po­wi­ta go jak zbaw­cę. Oże­ni się i za­ło­ży dy­na­stię, jesz­cze ma siły mę­skie. Cór­ka szu­ka wśród księż­ni­czek od­po­wied­niej kan­dy­dat­ki. Sko­ro może za­do­wo­lić pa­nią de Bo­uf­flers, to cze­mu nie ma za­płod­nić ja­kiejś po­tul­nej Au­striacz­ki? Li­czy na po­par­cie two­je­go ojca. (- Oj­ciec jest star­cem – wtrą­cił Staś. – On też). Na ra­zie ob­że­ra się, szcze­gól­nie me­lo­na­mi, aż do bó­lów żo­łąd­ka, pali ty­toń w cy­bu­chu dłu­go­ści sze­ściu stóp na pod­pór­kach, pro­wa­dzi ży­cie pra­co­wi­te, wy­ty­cza fan­ta­zyj­ne ogro­dy, bu­dow­le w sty­lu mau­re­tań­skim, od­wie­dza Nan­cy, gdzie za­ło­żył Kró­lew­ską Aka­de­mię Nauk i Li­te­ra­tu­ry Pięk­nej, któ­ra go przy­ję­ła do swo­je­go gro­na, a z któ­rej Pa­ryż po­kpi­wa. Ale przede wszyst­kim gzi się z ko­bie­ta­mi. Gru­bas, twarz jak ba­nia, brwi siwe, zęby rzad­kie, po­czer­nia­łe od ty­to­niu – wy­rzu­ca­łem z sie­bie jed­nym tchem. – Po­wie­dział mi, że­byś był spo­koj­ny, nie za­po­mni o to­bie, gdy wró­ci na tron. Wci­snął mi fran­cu­skie stresz­cze­nie swo­je­go trak­ta­tu po­li­tycz­ne­go. Coś o wol­no­ści.

– Znam – na to po­nu­ro mój przy­ja­ciel i już chle­bo­daw­ca. – Głos wol­ny… i tak da­lej. On chce w Pol­sce za­bez­pie­czyć wol­ność. Wol­ność! Jak­by to była na­sza naj­waż­niej­sza tro­ska. Wol­no­ści w Pol­sce mamy aż za wie­le! Po­trze­bu­je­my przede wszyst­kim wła­dzy wy­ko­naw­czej. Dys­cy­pli­ny. Co on ro­zu­mie!… Na­wet swo­ją Lo­ta­ryn­gią nie rzą­dzi. Za pół­to­ra mi­lio­na liw­rów od­pu­ścił to panu de La Ga­la­izi­ère. Zmar­łą kró­lo­wą, pan­nę Opa­liń­ską, zże­ra­ła no­stal­gia, chcia­ła wró­cić do swo­jej Wiel­ko­pol­ski, wciąż cze­ka­ła na cud. Obo­je mie­li za­wsze ku­fry go­to­we do po­wro­tu. Ona była oszczęd­na, jak to wiel­ko­po­lan­ka, stół pro­wa­dzi­ła skrom­ny, i kie­dy zmar­ła, nasz re­for­ma­tor mógł się wresz­cie od­dać zmy­sło­wym ucie­chom. Do­brze, zaj­mij­my się Gło­sem wol­nym,… Skąd jego suk­ces? Bo mo­ra­li­zu­je! U nas, jak ktoś tyle gada o oj­czyź­nie, wol­no­ści, bra­ter­stwie – to ucho­dzi za wyż­szą umy­sło­wość. Do­bro­czyń­ca kra­ju. A jak swój na­ród po­nad inne wy­no­si, no to do­bry Po­lak. We­dług nie­go Po­la­cy nie mają żad­nych wad, same za­le­ty, zdol­ni do wszyst­kich nauk. Zdol­no­ścia­mi pie­kło jest wy­bru­ko­wa­ne, samo ga­da­nie o zdol­no­ściach nie­wie­le jest war­te. (Za­sia­dłem przy se­kre­ta­rzy­ku. – Co ro­bisz? – spy­tał. – No­tu­ję. Prze­cież je­stem two­im se­kre­ta­rzem. – Mach­nął z re­zy­gna­cją ręką). Ja­kie to re­for­ma­tor­stwo – mó­wił – sko­ro on pi­sze, że Pol­ska jest ostat­nim schro­nie­niem wol­no­ści w Eu­ro­pie. Schle­bia – nie re­for­mu­je! Li­be­rum veto? Na­le­ży je tyl­ko ogra­ni­czyć, poza tym jest cał­kiem do rze­czy. Wiem, że pi­sze do sie­bie li­sty, pe­ty­cje niby od ja­kichś pol­skich stron­ni­ków i że kró­la Lu­dwi­ka to wście­ka. A ją, cór­kę, chy­ba mar­twi.

Nie może mu mój nowy przy­ja­ciel wy­ba­czyć uni­żo­no­ści, z jaką pi­sał do Ka­ro­la XII. „Je­stem nie­god­nym na­rzę­dziem two­jej chwa­ły”, czy coś w tym ro­dza­ju. Po stro­nie Au­gu­sta in­ter­we­nio­wał Piotr, ale prze­cież on, „Las”, spro­wa­dził do Pol­ski woj­ska szwedz­kie – i to za­le­d­wie w pół wie­ku po tam­tej na­wał­ni­cy – gdzież tu róż­ni­ca? Mój oj­ciec dał się w to wcią­gnąć, bo są­dził, że Pol­ska, przy Ka­ro­lu XII, sta­nie się nie­pod­le­głym mo­car­stwem. Chwa­lił so­bie, że jest żoł­nie­rzem u boku wiel­kie­go wo­dza. Na pew­no nie wie­dział, że Lesz­czyń­ski obie­cy­wał Pru­som za wspar­cie ka­wał Po­mo­rza, żeby mo­gli po­łą­czyć się z Bran­den­bur­gią. Ale Pru­sa­cy się na to nie zła­ko­mi­li, jesz­cze nie, ale kto wie, czy wkrót­ce so­bie o tym nie przy­po­mną. A cze­go nie obie­cy­wał cha­no­wi ta­tar­skie­mu! Zresz­tą i do Pio­tra na­pi­sał z bła­ga­niem o przej­ście na jego stro­nę. Po­wi­nien był to prze­wi­dzieć, że Piotr na­tych­miast prze­śle pi­smo Au­gu­sto­wi do Dre­zna, a ten po­sta­ra się, by cała Pol­ska się o nim do­wie­dzia­ła. A on nadal po­sy­łał do Mo­skwy taj­ne po­sel­stwa – wy­obra­żasz so­bie, jak to ba­wi­ło Pio­tra? Co do szlach­ty to mo­gło­by się wy­da­wać, że w tej woj­nie mię­dzy Sa­sem a La­sem na­praw­dę cho­dzi­ło tyl­ko o inne roz­daw­nic­two – pie­czę­ci, bu­ław, la­sek, urzę­dów i ho­no­rów.

Odło­ży­łem pió­ro.

– Czy te­raz bę­dzie in­a­czej? – spy­ta­łem.

Za­smę­cił się.

– Może być tak samo. Mam na­dzie­ję, że tro­chę zmą­drze­li­śmy po szko­dzie. Ale po­patrz, co zna­czy szczę­ście pu­blicz­ne: nikt tych sła­bo­ści Lesz­czyń­skie­mu nie pa­mię­ta. Krzy­czy: „Oj­czy­zna! wol­ność!” – więc ucho­dzi za pa­trio­tę.

– Wiem, co by po­wie­dział na to pan Bay­le – ode­zwa­łem się. – Po­wie­dział­by, że gdy­by Ka­rol XII wy­grał, dzie­jo­pi­so­wie oce­ni­li­by to jako „je­dy­ną słusz­ną po­li­ty­kę”.

– Ale nie wy­grał – od­parł Staś. Wi­dzia­łem, że spo­chmur­niał. Może my­ślał o swo­im ojcu?

Ze­bra­łem no­tat­ki i wło­ży­łem je do tecz­ki z na­pi­sem „S.P”. Dla mo­ich pra­wnu­ków.

4

Był ko­niec lu­te­go 1754 roku. Pani Geof­frin po­pła­ci­ła dłu­gi „sy­nu­sia” (przez co, praw­dę mó­wiąc, uchro­ni­ła go od za­mknię­cia w wię­zie­niu) – i mo­gli­śmy wresz­cie, umó­wie­ni z pew­nym ka­pi­ta­nem że­glu­gi, wy­ru­szyć pocz­to­wym po­wo­zem z Pa­ry­ża. Z nami pan Cień­ski, któ­ry trzy­mał kie­sę. Nikt nas nie go­nił, wbrew po­mó­wie­niom zło­śliw­ców. Co in­ne­go się zda­rzy­ło: na pią­tym po­sto­ju zła­ma­ła się oś u po­wo­zu, trze­ba było noc spę­dzić w za­jeź­dzie, cze­ka­jąc aż ją na­pra­wią. Po wie­cze­rzy, pod­czas gdy ja, szczę­śli­wy, że mogę na­resz­cie roz­pro­sto­wać ko­ści, ru­ną­łem na pry­czę, Sta­ni­sław, nie­zmo­żo­ny – nie spo­dzie­wa­łem się, że jest taki, zno­wu ob­ja­wi­ło mi się coś no­we­go w jego cha­rak­te­rze – za­siadł przy sto­le i w bla­sku mi­go­czą­cej świe­cy pi­sał. Może by i tego li­stu nie było, gdy­by nie zła­ma­na oś? Ale w izbie ci­cho, smut­no i no­stal­gicz­nie. Pi­sał list do pani Elż­bie­ty, mar­ki­zy de Bro­glie, któ­ra opro­mie­ni­ła mu ostat­nie dni po­by­tu w Pa­ry­żu. Pi­sał o tym, cze­go nie śmiał uro­czej wdo­wie po­wie­dzieć: że wciąż ją ma przed oczy­ma, że nig­dy jej nie za­po­mni. O nic nie pro­sił. Nie po­dał jej na­wet ad­re­su zwrot­ne­go.

Sta­ni­sław Au­gust Po­nia­tow­ski w szla­fro­ku

MAL. GIO­VAN­NI BAT­TI­STA LAM­PI

– To moje po­że­gna­nie – po­wie­dział, kła­dąc się do po­ście­li. – I my­ślę, że na po­że­gna­nie te sło­wa jej się na­le­żą. (Pani de Bro­glie zdo­by­ła ja­koś jego ad­res lon­dyń­ski – i od­po­wie­dzia­ła. Ona też nig­dy go nie za­po­mni. Przez rok trwa­ła ko­re­spon­den­cja. Lu­bi­łem od­czy­ty­wać jej li­sty, były dow­cip­ne i mą­dre).

Ca­la­is. Pły­nie­my. Mo­rze wzbu­rzo­ne. I tak przez dzie­więć go­dzin. Czu­je­my się fa­tal­nie, Sta­ni­sław go­rzej niż ja. Na­resz­cie Do­ver – ląd – żo­łą­dek wra­ca na swo­je miej­sce. Pierw­sze roz­ko­sze: świet­na woda do pi­cia! Pierw­szy suk­ces Sta­sia: w obe­rży słu­żą­ca uzna­ła go za an­giel­skie­go dżen­tel­me­na, bo wi­de­lec trzy­mał w le­wej ręce jak oni. – Jak nie­wie­le trze­ba… – szep­nął. I jak li­czą się dro­bia­zgi… Przy­rze­kłem so­bie, że będę go pil­nie ob­ser­wo­wać, w ten spo­sób nig­dy się nie po­tknę.

Lon­dyn. Miesz­ka­my na Suf­folk Stre­et. Pod­czas gdy ja cho­dzę po mie­ście ga­piąc się na ka­te­dry i pa­ła­ce, Sta­ni­sław skła­da pierw­szą wi­zy­tę: panu Schau­bo­wi. To wy­chodź­ca ze Szwaj­ca­rii, w An­glii na­tu­ra­li­zo­wa­ny, sta­ry przy­ja­ciel ojca (bar­dzo sta­ry). Na­rzu­ca się ze swo­ją opie­ką, przy­jaź­nią, co jest uciąż­li­we, bo pan Schaub jest zgrzy­bia­ły, z tru­dem zbie­ra my­śli. Ale to w dzień, bo oto zbli­ża się pół­noc – i za­dzi­wia­ją­ca prze­mia­na: pan Schaub od­zy­sku­je pa­mięć, sta­je się bły­sko­tli­wy, in­te­re­su­ją­cy. Moż­li­we, że w dzień mę­czy go lon­dyń­ski ha­łas. To on wpro­wa­dził nas do sa­lo­nu pani Pe­ter­sham, w któ­rym gosz­czą wy­bit­ne oso­bi­sto­ści.

Hra­bia Sus­sex wpro­wa­dza nas na po­sie­dze­nie Izby Lor­dów. Tu wzru­sza­ją­ca nie­spo­dzian­ka: mar­sza­łek Izby (że uży­ję pol­skie­go ty­tu­łu), lord Har­dwic­ke (już go wspo­mi­na­łem: oj­ciec Jo­se­pha i Char­le­sa Yor­ke’ów, przy­ja­ciół Sta­sia) prze­ry­wa de­ba­tę, by po­in­for­mo­wać ze­bra­nych, że obec­ny jest w Izbie przy­by­ły z Pol­ski hra­bia… hra­bia… (za­glą­da do no­tat­ki) Sta­ni­slas Po­nia­to­ski. Wi­ta­my go ser­decz­nie! Okla­ski. Go­rzej, że Sta­ni­sław stwier­dził, że on, czy­tel­nik Szek­spi­ra i Mil­to­na, nie ro­zu­mie ani sło­wa z tej de­ba­ty. Za­czy­na­my po­bie­rać lek­cje an­giel­skie­go u pana Ha­sting­sa – Sta­ni­sław kon­wer­sa­cji, ja od pod­staw.

Po­dob­no Wiel­ki Fryc jest za­nie­po­ko­jo­ny na­szą wy­pra­wą do An­glii. Ten mały Po­nia­tow­ski, miał po­wie­dzieć, knu­je coś prze­ciw nam z Wil­liam­sem. Mo­gło go za­sta­no­wić, że Sta­ni­sła­wa przy­jął bar­dzo ła­ska­wie król Je­rzy II (by­łem obok i mia­łem oka­zję zło­żyć głę­bo­ki ukłon Jego Kró­lew­skiej Mo­ści). Nie roz­ma­wia­li jed­nak z kró­lem o po­li­ty­ce, lecz o li­te­ra­tu­rze. Swo­iście jed­nak przez kró­la poj­mo­wa­nej. – Na­tu­ra od­mó­wi­ła mu upodo­ba­nia do po­ezji – szep­nął mi Sta­ni­sław. Naj­bar­dziej czczo­ny po­eta an­giel­ski, Pope, jest ka­to­li­kiem i król uwa­ża go za wro­ga rzą­du. Sta­ni­sław, co zro­zu­mia­łe, in­te­re­su­je się roz­gryw­ka­mi po­li­tycz­ny­mi. Zbli­ża­ją się wła­śnie wy­bo­ry. Roz­ma­wia o nich cza­sa­mi z uli­cą; sprze­daw­ca ostryg wy­ści­skał go, krzy­cząc: „Ten pan bę­dzie gło­so­wał na mo­je­go kan­dy­da­ta!”. Trak­tu­ją to jak sport, za­uwa­żył Staś. Dzię­ki no­wym przy­ja­cio­łom, Lyt­tel­to­no­wi i Che­ster­fiel­do­wi, orien­tu­je się, kto i o co to­czy grę. Pa­da­ją na­zwi­ska: ks. New­ca­stle, Pitt, Fox, Gre­nvil­le. Ci zwy­cię­ża­ją: wszy­scy nam (Fran­cji) nie­chęt­ni. Być w stron­nic­twie kró­lew­skim, czy­li w „złym to­wa­rzy­stwie” – do­wia­du­ję się od Sta­ni­sła­wa – to wy­ma­ga te­raz od­wa­gi. Ro­bert Wal­po­le, szef rzą­du, jest przez swych prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych znie­na­wi­dzo­ny za dow­cip: „Mam ta­ry­fę wszyst­kich an­giel­skich uczci­wo­ści”. Każ­de­go da się ku­pić. Pew­nie z po­wo­dów po­li­tycz­nych uwa­ża­ją na­sze­go Wil­liam­sa za naj­wy­bit­niej­sze­go współ­cze­sne­go po­etę an­giel­skie­go. (Wkrót­ce w dyk­cjo­na­rzach za­brak­nie dlań miej­sca – sic trans­it…). Sam Wil­liams nie miał ta­kich pre­ten­sji, naj­wy­żej sta­wiał Pope’a. (I tak kół­ko się za­my­ka).

Lord Har­dwic­ke za­pro­sił nas do sie­bie. – Czu­ję się jak u swo­ich wu­jów – za­uwa­żył pół­gło­sem Sta­ni­sław. Lord miał czte­rech sy­nów, czte­ry wy­bit­ne in­dy­wi­du­al­no­ści, z Jo­se­phem Sta­ni­sław za­przy­jaź­nił się, jak czy­tel­ni­ko­wi wia­do­mo, w Ha­dze, tu­taj naj­bar­dziej lgnął do nas Char­les. Był urzęd­ni­kiem kró­lew­skim, co nie po­do­ba­ło się jego bra­tu Roy­sto­no­wi. (Kie­dyś ta roz­ter­ka skoń­czy się tra­gicz­nie: Char­les po­peł­ni sa­mo­bój­stwo). Na ra­zie ro­bił wra­że­nie epi­ku­rej­czy­ka, był po­god­ny, lu­bił wy­ra­fi­no­wa­ną kuch­nię, pi­sał dzie­ła praw­ni­cze, ko­re­spon­do­wał z pa­nem de Mon­te­squ­ieu. Za­cho­dzi­ła do tego domu eli­ta, by­wał na­wet wiel­ki ak­tor Gar­rick, któ­ry cza­sem i sztu­kę uda­ną po­peł­nił. Nic nie za­po­wia­da­ło przy­szłej tra­ge­dii.

Wil­liams nie miał dla nas cza­su, pro­wa­dził kam­pa­nię wy­bor­czą gdzieś w Wa­lii, po­wie­rzył nas tro­sce swo­jej by­łej żony, wciąż uro­czej lady Fran­ces, i jej cór­ki Char­lot­te. Sta­ni­sław ocza­ro­wał i mat­kę, i cór­kę – za­uwa­ży­łem, że An­giel­ki nie mia­ły na nie­go od­por­no­ści, na ten jego koci czy wschod­ni wdzięk przy błysz­czą­cej in­te­li­gen­cji – były nim ocza­ro­wa­ne, ni­cze­go mu nie od­ma­wia­ły, po­wta­rzam: ni­cze­go. Ja też na tym źle nie wy­sze­dłem.

Przede wszyst­kim jed­nak – po­zna­wać kraj i lu­dzi. We Fran­cji, po­wie­dział mi, wszy­scy przy­po­mi­na­ją wszyst­kich – pro­szę cię, nie ob­ra­żaj się, cie­bie to nie do­ty­czy – tu­taj prze­wa­ża­ją in­dy­wi­du­al­no­ści. Nie brak zde­cy­do­wa­nych ory­gi­na­łów. Prze­ko­na­li­śmy się o tym w sa­lo­nie lady Pe­ter­sham. Mi­lord Stran­ge był tak miły, że za­pro­wa­dził nas na wal­ki ko­gu­tów. Mała, za­tło­czo­na sal­ka. I strasz­li­wy wrzask wi­dzów, któ­rzy do­pin­gu­ją swo­ich ko­gu­cich ry­ce­rzy. I co za zrów­na­nie warstw. Obok po­czer­wie­nia­łe­go z emo­cji lor­da Cum­ber­lan­da – tra­ga­rze por­to­wi. Ob­sta­wia­ją tego sa­me­go ko­gu­ta, łą­czy ich pod­nie­ce­nie i wspól­ny in­te­res. „Coś nie­sły­cha­ne­go” – szep­cze Staś, cho­ciaż wi­dzę, że z tru­dem zno­si wi­dok ciek­ną­cej krwi. Na­raz je­den z ko­gu­tów pada. Dru­gi sztyw­nie­je w bez­ru­chu. Wrzask wi­dzów ury­wa się na­gle. – Za­pisz to… za­pisz ko­niecz­nie – mówi Staś. – Ten wrzask i po nim tę na­głą ci­szę, jak­by wszy­scy za­mar­li. Lord Cum­ber­land i jego są­siad tra­garz gra­tu­lu­ją so­bie w mil­cze­niu zwy­cię­stwa.

Z za­pa­mię­ta­niem (tak rzec moż­na) cho­dzi­li­śmy do te­atru na sztu­ki Szek­spi­ra. Sta­ni­sław, któ­ry Szek­spi­ra na uży­tek wła­sny od­krył daw­no, te­raz stał się jego en­tu­zja­stą. Im wię­cej go po­zna­wał, tym mniej wie­rzył w „mnie­ma­ną wyż­szość dra­ma­tur­gów fran­cu­skich”. (Przej­mo­wa­łem się tą opi­nią mniej niż przy­pusz­czał). Po­kpi­wał z za­sa­dy „trzech jed­no­ści”.

By­li­śmy świad­ka­mi roz­ru­chów ulicz­nych. Nie pa­mię­tam już, o co szło, pa­mię­tam, że wy­glą­da­ło to groź­nie. I wte­dy po­ja­wił się przed tłu­mem ktoś z me­ro­stwa ze zło­tym łań­cu­chem na szyi, i uro­czy­ście od­czy­tał pra­wo, któ­re ta­kich zgro­ma­dzeń za­bra­nia. Aha, sko­ro nie wol­no – no cóż, ro­ze­szli się bez ha­ła­su. Zro­bi­ło to na nas ta­kie wra­że­nie, jak­by oni na tę for­mal­ność tyl­ko cze­ka­li. Wi­dzia­łem, że Sta­ni­sław jest po­ru­szo­ny. Ta­kie po­sza­no­wa­nie pra­wa – dla Po­la­ka to coś eg­zo­tycz­ne­go. Czy kie­dy­kol­wiek u nas tak bę­dzie?

Prze­my­ka­my się do por­tu, przy­glą­da­my się ma­ry­na­rzom. Sta­ni­sław – tak samo jak w Ho­lan­dii – pa­sjo­nu­je się ich ży­ciem, pra­cą i, co cie­kaw­sze, chce prze­nik­nąć ich my­śli. (Czy są ja­kieś my­śli?). Ob­ser­wu­je, jak wspi­na­ją się po re­jach, masz­tach – zwin­ni, zręcz­ni jak mał­py i za­wsze we­se­li. Po czte­rech go­dzi­nach służ­by walą się na ha­ma­ki i nie pod­no­szą się, na­wet kie­dy zry­wa się bu­rza; od wal­ki z ży­wio­łem są inni. Je­dy­ne, cze­go się boją, to kary cie­le­snej. Nie za­przą­ta­ją so­bie gło­wy przy­szłym ży­ciem. Nie zna­ją roz­te­rek teo­lo­gicz­nych. Na lą­dzie nie­obli­czal­ni. Od­czu­wa­ją brak ko­biet. Dają temu upust, wpa­da­jąc do pew­nych do­mów, któ­re nad­zo­ru­je rząd. Tra­cą na prze­lot­ne ko­chan­ki pie­nią­dze z wy­pła­ty, a je­śli im coś jesz­cze zo­sta­nie, dają je pierw­sze­mu lep­sze­mu. – I po co ich tak stu­diu­jesz? – zdzi­wi­łem się. – Co w nich cie­ka­we­go? – Nie za­po­mi­naj, że je­stem gdańsz­cza­ni­nem – od­po­wie­dział.

Char­les Yor­ke wziął na sie­bie za­da­nie po­zna­nia go z kra­jem. By­li­śmy w Bath u pana Al­le­na. Od­wie­dzi­li­śmy sza­cow­ne mury Oxfor­du, wi­dzie­li­śmy le­gen­dar­ne ka­mie­nie w Sto­ne­hen­ge, praw­dzi­we dzi­wo­wi­sko. Oglą­da­li­śmy ogro­dy w Stow, mój przy­ja­ciel po­wie­dział coś kry­tycz­ne­go (był wte­dy jesz­cze zwo­len­ni­kiem li­nii pro­stych) i o mało nie stra­ci­li­śmy życz­li­wo­ści go­spo­da­rza. Pit­ta mój przy­ja­ciel wi­dział, ale nie uda­ło się z nim po­roz­ma­wiać. Jeź­dzi­li­śmy od ko­le­dżu do ko­le­dżu, Sta­ni­sła­wa in­te­re­so­wa­ło na­ucza­nie – treść i for­ma. Nie po­do­ba­ło mu się wy­cho­wy­wa­nie ró­zgą, wtła­cza­nie nią do gło­wy li­te­ra­tu­ry sta­ro­żyt­nej – są w niej świet­ni, to praw­da, ale Staś i tak jest prze­ciw. Ktoś opo­wie­dział, że kie­dy pro­po­no­wa­no w woj­sku za­stą­pić karę chło­sty grzyw­ną, zwo­len­ni­cy Loc­ke’a za­pro­te­sto­wa­li: to za­mach na świę­te pra­wo wła­sno­ści. Po­wie­dzia­no: „Nie krad­nij” – kara grzyw­ny jest upra­wo­moc­nio­ną kra­dzie­żą. No cóż, moż­na i tak: na­sza skó­ra nie jest na­szą bez­względ­ną wła­sno­ścią.

Świet­nie się tu czuł mój przy­ja­ciel i to mimo że – jak mó­wił – Fran­cuz­ki mają wię­cej wdzię­ku i le­piej utrzy­ma­ne zęby. Aż tu na­raz – list od ojca z roz­ka­zem po­wro­tu do domu. Lady Pe­ter­sham jest nie­po­cie­szo­na. Lady Fran­ces i jej cór­ka – po­dob­nie. Skła­da­my wi­zy­ty po­że­gnal­ne. „Od­wie­dzę cię w Pol­sce” – obie­cu­je Char­les Yor­ke. Po­wie­dział mi na stro­nie, co jego brat Jo­seph mó­wił o przy­szło­ści na­sze­go przy­ja­cie­la: „Sta­ni­sław szy­ku­je się do wiel­kich za­dań. Ale on nie pije. Jak on to so­bie wy­obra­ża – w Pol­sce? Nie ma żad­nych szans!”.

Sam Sta­ni­sław za­pew­ne my­ślał o tym in­a­czej. „An­gli­cy wzmoc­ni­li mi cha­rak­ter” – na­pi­sał w li­ście do „mamy” Geof­frin. Do mnie po­wie­dział po­nie­kąd po­uf­nie:

– Wy­jeż­dżam stąd z de­wi­zą na całe ży­cie. Każę ją wy­ha­fto­wać na po­dusz­ce. Przy­po­mni mi się przed każ­dym snem.

– Ja­każ to de­wi­za?

– Pa­tien­ce et Co­ura­ge. Mo­żesz za­pi­sać. Od­wa­gi i cier­pli­wo­ści, Ga­sto­nie. To dała mi An­glia.

5

Kie­dy do­tar­li­śmy do Hagi, Sta­ni­sław nie miał już cen­ta przy du­szy. Ja by­łem bez środ­ków, jak zwy­kle. Pan Cień­ski roz­kła­dał ręce. Sta­ni­sław w złym hu­mo­rze. Pi­szą do mnie z pre­ten­sja­mi – skar­żył się – że za dużo wy­da­ję, chy­ba dla­te­go każą mi wra­cać. A prze­cież, żeby od­nieść ja­kąś ko­rzyść, po­wi­nie­nem jesz­cze z rok włó­czyć się po An­glii i po­now­nie po­by­wać w Pa­ry­żu. Za dużo wy­da­łem? Do­sta­łem trzy i pół ty­sią­ca zło­tych od ojca, ty­siąc od bab­ki, całe szczę­ście, że wuj Au­gust przy­ło­żył się, dał pięć­set du­ka­tów (byle jak naj­szyb­ciej mnie się po­zbyć). A prze­cież by­łem w Au­strii, Sak­so­nii, Ha­no­we­rze, Ho­lan­dii, Fran­cji i An­glii – wy­li­czał roz­ża­lo­ny.

Pan Kau­der­bach, re­zy­dent sa­ski w Ha­dze, u któ­re­go Staś na wła­sną jego proś­bę po­przed­nio miesz­kał i tym ra­zem oka­zał się po­moc­ny. Dzię­ki jego po­rę­ce mój przy­ja­ciel uzy­skał po­życz­kę, trzy­sta czer­wo­nych zło­tych, u ży­dow­skie­go ban­kie­ra, sza­now­ne­go pana To­bia­sza Bo­asa. (Z pa­nem Bo­asem na tym się nie skoń­czy­ło. Dzie­sięć lat póź­niej, kie­dy mój przy­ja­ciel zo­stał kró­lem, pan Boas na­pi­sał do nie­go, że jest szczę­śli­wy, że mógł ko­muś ta­kie­mu po­ży­czyć pie­nią­dze; nie miał wąt­pli­wo­ści – na­pi­sał – że prze­mi­ły i uczci­wy dłuż­nik jest wiel­kim czło­wie­kiem).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Oko Dajana. Pingpongista Ja, deprawator Królewskie sny Błazen - wielki mąż Bruliony Profesora T. Powrót do bezsennych nocy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie Wielka Księga Armii Krajowej