Biesy

Biesy

Autorzy: Fiodor Dostojewski

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Kategorie: Klasyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 519

cena od: 17.56 zł

Biesy są powieścią alegoryczną, dotyczącą dramatycznych wydarzeń w Rosji i Europie. Oś fabularną stanowi przedstawienie metod działania antypaństwowego terroryzmu oraz struktury organizacyjnej rosyjskich wywrotowców. Chcąc osadzić swą powieść jak najbardziej we współczesnych realiach, Dostojewski przeniósł na jej karty wiele elementów ówczesnego życia społeczno-politycznego.

Fiodor Dostojewski

Biesy

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Tytuł oryginału:

Biesy

Projekt graficzny serii:

Piotr Iwaszko

Opracowanie graficzne okładki:

Jolanta Szczurek

Skład i łamanie:

Anna Olek

Redakcja:

Agnieszka Misiaszek

Tekst opracowano na podstawie anonimowego XIX-wiecznego przekładu

Text © copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2008

ISBN 978-83-265-0268-2

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

Choćbyś zabił – nie ma śladu,

Zbłądziliśmy, co się stanie?

Biesy w polu ścieżki kładą,

Krążą na nich, nogi ranią,

Czemu wyją tak żałośnie,

Ile jest ich, dokąd pędzą?

Czy grób bożka w ziemi rośnie,

Czy też za mąż dają jędzę?

A. Puszkin Biesy (tłum. Bolesław Bolira)

A była tam duża trzoda świń, pasących się na górze. Prosiły Go więc złe duchy, żeby im pozwolił wejść w nie. I pozwolił im. Wtedy złe duchy wyszły z człowieka i weszły w świnie, a trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i utonęła.

Na widok tego, co zaszło, pasterze uciekli i rozpowiedzieli to w mieście i po zagrodach. Ludzie wyszli zobaczyć, co się stało. Przyszli do Jezusa i zastali człowieka, z którego wyszły złe duchy, ubranego i przy zdrowych zmysłach, siedzącego u nóg Jezusa. Strach ich ogarnął. A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, w jaki sposób opętany został uzdrowiony.

Łk 8, 32-36

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ZAMIAST WSTĘPU KILKA SZCZEGÓŁÓW Z ŻYCIA CZCIGODNEGO STIEPANA TROFIMOWICZA WIERCHOWIEŃSKIEGO

I

Przystępując do opisania dziwnych wydarzeń, które miały miejsce niedawno w naszym dotychczas niczym niewyróżniającym się miasteczku, zmuszony jestem, wskutek mej nieudolności, rozpocząć od pewnych szczegółów z życia utalentowanego i czcigodnego Stiepana Trofimowicza Wierchowieńskiego. Niech te szczegóły będą wstępem do opowieści, którą mam zamiar napisać.

Powiem wprost: Stiepan Trofimowicz odgrywał między nami pewną szczególną rolę, jeśli tak można powiedzieć, lubił tę rolę ogromnie i wydaje mi się, że bez niej nie mógłby żyć. Nie należy przypuszczać, że porównuję go do aktora w teatrze, broń Boże, tym bardziej że bardzo go szanuję. Tylko że to wszystko mogło być kwestią przyzwyczajenia lub, lepiej powiedzieć, szlachetnością, sięgającą lat dziecinnych, przyjemnym marzeniem o pięknym stanowisku społecznym.

Lubił on bardzo, na przykład, uważać się za „prześladowanego” i „zesłańca”. W obu tych określeniach jest specjalny urok, który go skusił raz na zawsze; później w ciągu długich lat, mając coraz lepsze zdanie o sobie, wzniósł się we własnych oczach na pewnego rodzaju piedestał.

W pewnym angielskim satyrycznym utworze z zeszłego stulecia, niejaki Guliwer, wróciwszy z krainy Liliputów, gdzie ludzie mieli dwie stopy wysokości, do tego stopnia przyzwyczaił się uważać siebie za olbrzyma, że spacerując po ulicach Londynu, mimo woli krzyczał na przechodniów i na pojazdy, by usuwali mu się z drogi, wyobrażając sobie, że on jest olbrzymem, a oni Liliputami. Ludzie śmiali się z niego i wymyślali mu, a niejeden woźnica zdzielił go olbrzymim batem. Lecz czy to było sprawiedliwe? Przyzwyczajenie właśnie doprowadziło prawie do tego samego i Stiepana Trofimowicza, ale jego, że tak powiem, mania wielkości, miała charakter zupełnie niewinny, gdyż był to najlepszy w świecie człowiek.

Myślę, że w końcu wszyscy o nim zapomnieli, ale już zupełnie tego powiedzieć nie można, żeby go nigdy nie znali. Nie ulega żadnej wątpliwości, że przez pewien czas należał on do plejady znakomitych działaczy ubiegłego pokolenia i w ciągu tego czasu, zresztą bardzo krótkiego, wielu wiecznie spieszących się ludzi wymieniało jego nazwisko równocześnie z nazwiskami Czaadajewa, Bielińskiego, Granowskiego i Hercena, który dopiero rozpoczynał swoją działalność za granicą. Lecz działalność Stiepana Trofimowicza skończyła się prawie w tym samym momencie, kiedy się rozpoczęła, jeśli można tak powiedzieć, „w zawierusze wydarzeń”. I cóż? Okazało się później, że nie było ani „zawieruchy”, ani „wydarzeń”, w każdym razie, jeżeli chodzi o niego. Dopiero teraz, całkiem niedawno, dowiedziałem się z zupełnie wiarygodnego źródła, ku memu wielkiemu zdumieniu, że Stiepan Trofimowicz mieszkał w naszej guberni nie tylko nie będąc na zesłaniu, jak wszyscy przypuszczali, ale nikt go nawet nie śledził. Jakąż moc wobec tego posiada własna wyobraźnia! Stiepan Trofimowicz szczerze przecież wierzył przez całe swe życie, że w pewnych sferach ciągle się go obawiają, że każdy jego krok jest uważnie śledzony i że każdy z trzech następujących po sobie w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat gubernatorów, niepokoi się, myśląc o nim. Gdyby ktokolwiek spróbował przekonać najpoczciwszego Stiepana Trofimowicza, dostarczając mu jak najsilniejszych dowodów, że nie ma zupełnie powodu do obaw, obraziłby się na pewno. A był to przecież człowiek mądry i zdolny, można nawet powiedzieć, że był człowiekiem nauki, chociaż zresztą dla nauki... słowem, w dziedzinie nauki nie zrobił on tak wiele, a nawet, zdaje się, zupełnie nic. Ale przecież u nas w Rosji dzieje się to samo prawie ze wszystkimi uczonymi.

Po powrocie z zagranicy zasłynął on jako lektor przy katedrze uniwersyteckiej już w końcu czwartego dziesiątka lat naszego wieku. Zdążył jednak wygłosić tylko kilka wykładów i to, zdaje się, o Arabach. Zdołał także obronić doskonałą dysertację o wzrastającym jakoby znaczeniu obywatelskim i hanzeatyckim niemieckiego miasteczka Hanau i jednocześnie wyłuszczył te szczególne i niejasne powody, dla których znaczenie tego miasteczka wzrosnąć nie mogło. Dysertacja ta zręcznie i boleśnie dotknęła ówczesnych słowianofilów i pozyskała mu wielu zażartych wrogów. Później, zresztą już po utracie katedry, wydrukował (zdaje się po to, żeby im pokazać kogo stracili) w postępowym miesięczniku początek dzieła, bodajże o przyczynach wysokiej moralności jakichś tam rycerzy, w jakiejś tam epoce, czy coś w tym rodzaju. W każdym razie opracował jakąś niezwykle szlachetną myśl.

Mówiono później, że nie udzielono pozwolenia na drukowanie dalszego ciągu i że postępowe pismo nawet ucierpiało za umieszczenie pierwszej połowy. Było to zupełnie możliwe, jak zresztą wszystko w owych czasach. W tym jednak wypadku jest prawdopodobniejsze, że autorowi nie chciało się kończyć rozpoczętego dzieła. Wykłady zaś o Arabach musiał przerwać, gdyż ktoś, oczywiście któryś z jego wrogów, przejął list pisany do kogoś, z wyłuszczeniem pewnych „okoliczności”, wskutek czego zażądano od niego jakichś tam wyjaśnień. Nie wiem, czy tak było w rzeczywistości, ale twierdzono jeszcze, że w tym samym czasie wykryto w Petersburgu ogromne antypaństwowe stowarzyszenie, liczące trzynastu członków, jak mówiono, miało zamiar tłumaczyć samego Fouriera. Jakby umyślnie, w tym samym czasie w Moskwie przyłapano poemat Stiepana Trofimowicza, napisany jeszcze przed sześciu laty w Berlinie, w okresie jego wczesnej młodości, wędrujący w rękopisie wśród dwóch miłośników poezji i jednego studenta. Poemat ten znajduje się teraz u mnie. Otrzymałem go od samego Stiepana Trofimowicza, z jego dedykacją, w pięknej czerwonej safianowej oprawie. Zresztą utwór ten nie jest pozbawiony poezji i napisany jest nie bez talentu. Jest dość dziwny, lecz w owych czasach (dokładniej w trzecim dziesięcioleciu naszego wieku) często pisano rzeczy tego rodzaju.

Treści tego poematu nie potrafiłbym opowiedzieć, gdyż, prawdę powiedziawszy, nic nie rozumiem. Jest to jakaś alegoria, w liryczno-dramatycznej formie, przypominająca drugą część Fausta. Scena rozpoczyna się od chóru kobiet, później jest chór mężczyzn, później jakichś sił, a kończy się wszystko chórem dusz, które jeszcze nie żyły, ale które bardzo by chciały pożyć sobie na świecie. Wszystkie te chóry śpiewały o czymś nieokreślonym, przeważnie o rzucanym przez kogoś przekleństwie, wszystko jednak nie było pozbawione pewnego subtelnego humoru. Nagle scena się zmienia i następuje Święto życia, na którym śpiewają nawet owady, zjawia się żółw, wypowiadający jakieś sakramentalne łacińskie wyrazy i nawet, o ile sobie przypominam, śpiewa o czymś pewien minerał, a więc przedmiot już zupełnie martwy. W ogóle wszyscy śpiewają bez przerwy, a jeżeli rozmawiają, to wymyślają sobie, ale też w pewien szczególny sposób. Wreszcie scena znów się zmienia. Wśród dzikich skał brodzi pewien cywilizowany młody człowiek, który zrywa i ssie jakieś trawy i na pytanie wróżki, po co ssie te trawy, odpowiada, że odczuwa w sobie nadmiar życia, szuka zapomnienia i znajduje go w soku tych traw, ale głównym pragnieniem jego jest postradać rozum (pragnienie, być może, zbyteczne). Następnie wjeżdża na scenę młodzieniec przedziwnej urody, na czarnym koniu, a za nim podąża ogromna ilość narodów. Młodzieniec przedstawia sobą śmierć, a wszystkie narody jej pożądają. W końcu, już w ostatniej scenie, zjawia się wieża Babel i jacyś atleci, którzy wreszcie dobudowują ją do samego końca, a natomiast władca, powiedzmy, Olimpu, ucieka w haniebny sposób, a ludzkość, zająwszy jego miejsce, natychmiast rozpoczyna nowe życie z nowym zrozumieniem rzeczy. I oto ten poemat uważali wtedy za niebezpieczny.

W zeszłym roku proponowałem Stiepanowi Trofimowiczowi, by go wydrukował, gdyż treść tego poematu w naszych czasach była zupełnie niewinna, lecz propozycję moją odrzucił z widocznym niezadowoleniem. Widoczne było, że nie przypadło mu do gustu moje zdanie o nieszkodliwości treści jego utworu i temu nawet przypisuję pewną oziębłość, z jaką mnie traktował przez całe dwa miesiące. I cóż? Nagle, i prawie w tym samym czasie, kiedy proponowałem mu wydrukowanie u nas – drukują ten poemat za granicą, w jednym z rewolucyjnych pism, i nie uprzedzają o tym zupełnie Stiepana Trofimowicza. Z początku przeląkł się on bardzo, udał się do gubernatora i napisał list usprawiedliwiający do Petersburga, utrzymany w pełnym godności tonie. List ten przeczytał mi dwa razy, lecz nie wysłał go, nie wiedząc, do kogo adresować. Słowem, denerwował się przez cały miesiąc, lecz jestem przekonany, że w najtajniejszych zakamarkach swego serca odczuwał ogromną radość. Prawie spał z egzemplarzem przysłanego mu pisma, a w dzień zaś chował je pod poduszkę i nie pozwalał służącej słać łóżka. Chociaż codziennie na próżno oczekiwał depeszy, patrzył na wszystkich z góry. Depesza jednak nie nadeszła. Wtedy to pogodził się ze mną, co świadczy o wielkiej dobroci jego serca.

II

Nie mogę powiedzieć, żeby Stiepan Trofimowicz zupełnie nie ucierpiał za swoje poglądy. Przekonałem się wówczas jedynie o tym, że mógłby on dalej wykładać o swoich Arabach, ile by tylko zechciał, gdyby udzielił koniecznych wyjaśnień. Ale on uniósł się wtedy ambicją i ze szczególnym pośpiechem przekonał siebie raz na zawsze, że „zawierucha wydarzeń” zniszczyła jego karierę. A jeżeli już mamy powiedzieć całą prawdę, to właściwą przyczyną zmiany jego życiowej kariery była propozycja, uczyniona mu powtórnie przez Barbarę Pietrownę Stawrogin, żonę generała i bardzo bogatą kobietę. Otóż zaproponowała ona, by zajął się wychowaniem jej jedynego syna, w charakterze pedagoga i przyjaciela, oczywiście za bardzo wysokie wynagrodzenie.

Po raz pierwszy zaproponowała mu to jeszcze w Berlinie, w tym właśnie czasie, kiedy pierwszy raz owdowiał. Pierwszą jego żoną była pewna lekkomyślna dziewczyna z naszej guberni, z którą ożenił się, gdy był jeszcze bardzo młody i nierozsądny. Pożycie z tą zresztą miłą osobą przyniosło mu wiele zmartwień, przede wszystkim dlatego, że nie miał dostatecznych środków na jej utrzymanie. Prócz tego były jeszcze inne przyczyny, delikatniejszej natury. Umarła ona w Paryżu, będąc z nim w ciągu ostatnich trzech lat w separacji, a jemu pozostawiła syna, „owoc pierwszej, radosnej i jasnej miłości”, jak wyrwało się kiedyś Stiepanowi Trofimowiczowi. Syna swego wysłała w głąb Rosji, gdzie wychowywał się u jakichś ciotek. Stiepan Trofimowicz nie zgodził się wtedy na propozycję Barbary Pietrowny i wkrótce ożenił się znowu z pewną małomówną berlińską Niemeczką i, co najważniejsze, zrobił to bez żadnej widocznej potrzeby. Prócz tego jednak były i inne przyczyny, dla których nie przyjął posady wychowawcy: wabiła go głośna wówczas sława pewnego niezapomnianego profesora i on z kolei podążył na katedrę, by na niej wypróbować swe orle skrzydła. I oto teraz, już z opadłymi skrzydłami, przypomniał sobie o propozycji, która i przedtem mogła zachwiać jego decyzją. Nagła śmierć jego drugiej żony, z którą nie przeżył nawet roku, zdecydowała o wszystkim ostatecznie. Powiem wprost: stało się tak głównie dzięki wielkiemu współczuciu, drogocennej i po prostu klasycznej przyjaźni Barbary Pietrowny, jeżeli się można tak o przyjaźni wyrazić. Rzucił się on w objęcia tej przyjaźni, która trwała przeszło dwadzieścia lat. Użyłem przed chwilą wyrażenia „rzucił się w objęcia”, lecz niech Bóg broni, by ktoś miał pomyśleć o czymś zbytecznym i niewłaściwym, objęcia te należy rozumieć tylko w przenośnym i w najbardziej moralnym znaczeniu. Najdelikatniejsza i najsubtelniejsza przyjaźń połączyła na wieki te dwie szlachetne istoty.

Posadę wychowawcy przyjął jeszcze i dlatego, że mająteczek pozostawiony po śmierci jego pierwszej żony, sąsiadował z piękną podmiejską posiadłością Stawroginów. Nazywała się ona Skworeszniki. Prócz tego w ciszy gabinetu mógł bez przeszkód poświęcić się pracy naukowej i wzbogacić ojczystą literaturę ważnymi dziełami. Odkryć żadnych nie uczynił, ale za to znalazł możliwość, aby stać przez resztę życia, więcej niż przez dwadzieścia lat, przed ojczyzną, według słów ludowego poety:

Stanąłeś przed ojczyzną liberał i idealista, jako uosobienie wyrzutu.

Osoba, o której mówi poeta, może miała prawo, jeżeli jej się to podobało, pozować w ten sposób przez całe życie, chociaż to jest nudne. A Stiepan Trofimowicz naprawdę naśladował tylko tego rodzaju osoby, a że męczyło go stanie, więc często kładł się. Ale i w pozycji leżącej był uosobieniem wyrzutu i trzeba przyznać, że dla naszej guberni było tego zupełnie dosyć. Spojrzałby kto na niego, gdy zasiadał w klubie do kart.

– Karty! Czy to wypada? Kto odpowiada za to? Kto zniszczył moją działalność? Ech, giń, Rosjo! – mówił i wyrzucał poważnie kartę.

A w rzeczywistości ogromnie lubił grać w karty i z tego powodu, szczególnie w ostatnich czasach, miewał utarczki z Barbarą Pietrowną, tym bardziej że ciągle przegrywał. Ale o tym później. Chcę tylko zwrócić uwagę, że miał on wrażliwe sumienie i dlatego często smucił się i był przygnębiony.

W ciągu swej dwudziestoletniej przyjaźni z Barbarą Pietrowną trzy do czterech razy rocznie wpadał w tak zwany przez nas „obywatelski smutek”. Wyrażenie to podobało się ogromnie Barbarze Pietrownie. Później prócz obywatelskiego smutku odczuwał i humor szampański, ale uważna Barbara Pietrowna całe życie chroniła go od trywialnych skłonności. A niańka była mu potrzebna koniecznie, gdyż czasami stawał się bardzo dziwny. Podczas największego smutku wybuchał nagle śmiechem. Były chwile, że sam o sobie mówił w humorystyczny sposób i tego najbardziej obawiała się Barbara Pietrowna. To była kobieta klasyk, kobieta mecenas, którą kierowały pobudki jedynie wyższej natury. Kapitalny był dwudziestoletni wpływ tej wielkiej damy na jej biednego przyjaciela. O niej trzeba by pomówić oddzielnie, co też zrobię.

III

Bywa czasem dziwna przyjaźń: przyjaciele całe życie drą ze sobą koty, ale rozstać się nie mogą. I nawet nie chcą. Gdyby jeden z nich zerwał łączący ich związek, to pierwszy zachoruje i może nawet umrze, jeżeli to się stanie. Wiem dokładnie, że Stiepan Trofimowicz kilka razy, po najbardziej intymnych wynurzeniach w cztery oczy z Barbarą Pietrowną, zrywał się po jej wyjściu i walił pięściami w ścianę. Działo się to w dosłownym znaczeniu: raz odbił nawet gzyms od ściany. Może ktoś zapyta, skąd wiem o takich szczegółach. A cóż, jeżeli sam bywałem świadkiem takich scen? Cóż, jeżeli sam Stiepan Trofimowicz wiele razy łkał na mym ramieniu i zwierzał mi się z najdrobniejszych szczegółów. (I czego on wtedy nie mówił!) Ale oto co się działo zwykle po takich scenach: nazajutrz gotów był sam siebie ukrzyżować za niewdzięczność. Wzywał mnie do siebie lub przybiegał do mnie po to tylko, by mi powiedzieć, że Barbara Pietrowna jest „aniołem czci i delikatności, a on jest zupełnym jej przeciwieństwem”. Nie tylko do mnie z tym przybiegał, ale często pisał jej o tym w listach i przyznawał się jej, że dopiero wczoraj opowiadał obcym ludziom, że trzyma go ona przy sobie ze snobizmu, zazdrości mu jego intelektu i nie wyraża jawnie swej nienawiści tylko z obawy, by nie odszedł od niej i nie zaszkodził jej literackiej reputacji, i dlatego on, czując względem siebie pogardę, postanowił popełnić samobójstwo, od niej zaś żąda ostatniego słowa, które zdecyduje i tak dalej, wszystko w tym rodzaju. Można sobie wyobrazić, do jakiej histerii dochodziły nerwowe ataki tego najniewinniejszego spośród pięćdzisięcioletnich młodzieńców. Czytałem kiedyś taki list, napisany po jakiejś sprzeczce między nimi. Przeląkłem się i prosiłem, by nie wysyłał tego listu.

– Nie mogę... obowiązek... umrę, jeżeli nie przyznam jej się do wszystkiego, do wszystkiego! – odpowiedział prawie w gorączce i list wysłał.

Na tym polegała i różnica między nimi, że Barbara Pietrowna nigdy by takiego listu nie wysłała. Jemu zaś pisanie listów sprawiało nadzwyczajną przyjemność, pisał do niej, mieszkając z nią w tym samym domu, a podczas silnego zdenerwowania pisał nawet dwa listy dziennie. Wiem na pewno, że listy te odczytywała Barbara Pietrowna bardzo uważnie, nawet gdy otrzymywała dwa tego samego dnia, a po przeczytaniu składała je starannie do skrzynki, a oprócz tego układała je sobie w sercu. Później, nie dając swemu przyjacielowi odpowiedzi przez cały dzień, spotkała się z nim wieczorem, jakby zupełnie nic nie zaszło. Z czasem i jego tak wyćwiczyła, że nie miał odwagi wspominać o zajściach poprzedniego dnia i tylko co pewien czas zaglądał jej w oczy. Ale ona niczego nie zapominała, podczas gdy on zapominał zbyt prędko i ośmielony jej zachowaniem często tego samego dnia śmiał się i dokazywał przy winie, gdy przychodzili przyjaciele. Jakże trujące musiały być wtedy jej spojrzenia, ale on tego nie dostrzegał. Dopiero po tygodniu, po miesiącu, lub często nawet po upływie znacznie dłuższego czasu, przypominał sobie nagle jakiś zwrot z takiego listu, a później i cały list, palił się ze wstydu i dręczył się do tego stopnia, że dostawał ataków choleryny. Te ataki były naturalnym wynikiem jego nerwowych napięć i były ciekawym objawem skłonności jego organizmu.

Jest zupełnie prawdopodobne, że Barbara Pietrowna bardzo często go nienawidziła. On nie dostrzegał do samego końca, że stał się jej synem, jej dziełem i można nawet powiedzieć – jej wynalazkiem; że stał się ciałem z jej ciała i że zatrzymywała go u siebie nie tylko „zazdroszcząc mu jego talentów”. Jak musiały obrażać ją tego rodzaju przypuszczenia!

Taiła się w niej przecież ku niemu, mimo ciągłej nienawiści, zazdrości i pogardy – uporczywa miłość. Broniła go przed każdą troską i nie spałaby po nocach, gdyby cokolwiek groziło jego opinii poety, uczonego lub działacza obywatelskiego. Ona go wymyśliła i pierwsza w swój wymysł uwierzyła. On był czymś w rodzaju jej marzenia... Ale za to żądała od niego rzeczywiście całkowitego, czasami niewolniczego oddania. A mściwa była do niemożliwości. Przy okazji opowiem dwie charakterystyczne historyjki.

IV

Kiedyś, w okresie gdy dopiero zaczynano mówić o zniesieniu pańszczyzny i cała Rosja gotowała się do odrodzenia, odwiedził Barbarę Pietrownę pewien petersburski, bardzo ustosunkowany baron. Tego rodzaju wizyty sprawiały Barbarze Pietrownie zawsze wielką przyjemność, gdyż po śmierci męża stopniowo traciła kontakt z tą sferą ludzi, a w końcu utraciła go zupełnie. Baron był prawie godzinę i pił herbatę. Nikogo więcej nie było, ale Stiepana Trofimowicza Barbara Pietrowna zaprosiła i przedstawiła.

Baron słyszał, czy też udawał, że już kiedyś o nim słyszał, ale przy stole mało się do niego zwracał. Rozumie się, że Stiepan Trofimowicz nie mógł swej opiekunki zawstydzić, zachowanie jego było zupełnie poprawne. Chociaż nie pochodził ze znakomitego rodu, ale tak się złożyło, że wychowywał się w bardzo bogatym domu w Moskwie i po francusku mówił jak paryżanin. Baron powinien więc był od razu zrozumieć, jakimi ludźmi Barbara Pietrowna się otacza, nawet w obecnym osamotnieniu. Stało się jednak inaczej. Kiedy baron potwierdził zupełną wiarygodność tylko co rozpoczynających się szerzyć wieści o wielkiej reformie, Stiepan Trofimowicz nie wytrzymał, krzyknął: hura! i zrobił nawet jakiś ruch ręką, mający wyrażać zachwyt. Krzyknął dosyć cicho, a zachwyt był być może umyślny, a ruch ręką pół godziny temu wystudiowany przed lustrem; ale coś mu się nie udało, bowiem baron uśmiechnął się z lekka, chociaż natychmiast taktownie zauważył, że cała Rosja czeka z zachwytem na to wielkie zdarzenie. Wkrótce potem odjechał i nie zapomniał podać Stiepanowi Trofimowiczowi dwóch palców. Odprowadziwszy gościa, Barbara Pietrowna wróciła do pokoju. Przez kilka chwil milczała, jakby szukając czegoś na stole, nagle jednak zwróciła się do Stiepana Trofimowicza i blada, z błyszczącymi oczami, wycedziła szeptem:

– Ja panu nigdy tego nie zapomnę!

Następnego dnia spotkała się ze Stiepanem, jak gdyby nigdy nic i więcej o zdarzeniu tym nie wspomniała. Ale po trzynastu latach przypomniała mu to i tak samo zbladła, jak wtedy. Dwa razy tylko w ciągu ich całego wspólnego pożycia powiedziała mu: „Ja panu tego nigdy nie zapomnę!”.

Wypadek z baronem był już drugim z kolei, ale i pierwszy był tak charakterystyczny i miał tak wielkie znaczenie w życiu Stiepana Trofimowicza, że go opowiem.

Działo się to w roku pięćdziesiątym piątym, w maju, właśnie wtedy, gdy w Skworesznikach otrzymano wiadomość o śmierci generała Stawrogina, lekkomyślnego starca, który zmarł wskutek choroby żołądkowej, w drodze na Krym, gdzie miał się połączyć z czynną armią. Barbara Pietrowna owdowiała więc i pogrążyła się w głębokiej żałobie. Nie miała ona co prawda powodu do rozpaczy, gdyż ostatnie cztery lata żyli w rozłące i Barbara Pietrowna wyznaczała mężowi pensję. (Generał miał zaledwie stu pięćdziesięciu chłopów i pensję, prócz tego stanowisko i stosunki. Cały zaś majątek i Skworeszniki należały do Barbary Pietrowny, jedynej córki bardzo bogatego dzierżawcy). W każdym razie wiadomość o śmierci męża silnie ją poruszyła, żyła teraz w zupełnym odosobnieniu i tylko Stiepan Trofimowicz był przy niej stale.

Maj był w rozkwicie, wieczory były piękne. Kwitła czeremcha. Dwoje przyjaciół spotykało się co wieczór w ogrodzie, siedzieli do późnej nocy w altanie i prowadzili nieskończone rozmowy. Zdarzały się poetyczne chwile. Barbara Pietrowna pod wpływem nagłej zmiany, która zaszła w jej życiu, mówiła więcej niż zwykle. I tak trwało przez kilka wieczorów. Aż nagle zaczęła Stiepana Trofimowicza prześladować pewna myśl: „Czy niepocieszona wdowa nie liczy aby na niego i nie spodziewa się, że po roku żałoby on się jej oświadczy?”. Była to myśl dosyć cyniczna, ale nie należy się dziwić, gdyż właśnie wyjątkowe duchowe organizacje, wskutek wszechstronnego rozwoju, skłonne są do cynicznego myślenia. Stiepan Trofimowicz zaczął obserwować i musiał przyznać, że na to wyglądało.

Zastanowił się: „Majątek duży, to prawda, ale...”. Rzeczywiście, Barbara Pietrowna nie była piękna, była to wysoka, żółta, koścista kobieta, ze zbyt długą twarzą, mającą w sobie coś końskiego. Stiepan Trofimowicz coraz bardziej się wahał, męczył wątpliwościami, nawet raz czy dwa popłakał trochę (w ogóle płakał dosyć często). Wieczorami zaś w altanie twarz jego stawała się kapryśna, to znów drwiąca lub dumna. Dzieje się to zwykle mimo woli i im człowiek jest szlachetniejszy, tym bardziej się to ujawnia.

Bóg wie, jak było w rzeczywistości, lecz najprawdopodobniej w sercu Barbary Pietrowny nie działo się nic takiego, co mogłoby usprawiedliwiać postępowanie Stiepana Trofimowicza. Zresztą nie zmieniłaby ona nazwiska Stawrogin na jego nazwisko, chociaż dość znane. Być może była to z jej strony tylko kobieca gra, nieświadomy przejaw kobiecych potrzeb, tak naturalny w pewnych wypadkach. Zresztą, nie będę ręczył; serce kobiety jest i dzisiaj zagadką. No, ale dalej. Należy przypuszczać, że wkrótce domyśliła się, jaki był powód niepokoju jej przyjaciela; zbyt dobrze umiała mu się przyglądać, a on był zbyt naiwny. Nic się jednak nie zmieniło i wieczorami rozmowy ich były w dalszym ciągu ciekawe i pełne poezji. I oto pewnego razu, po jednej z najbardziej ciekawych rozmów, rozstali się, uścisnąwszy sobie po przyjacielsku dłonie.

Stiepan Trofimowicz głęboko zamyślony wszedł do swego pokoju, wziął cygaro i nie zapalając, stanął zmęczony przed oknem i przyglądał się białym chmurkom, wędrującym wokół księżyca. Nagle usłyszał lekki szelest i kiedy z przerażeniem odwrócił się, ujrzał Barbarę Pietrownę, z którą dopiero co się rozstał. Żółta jej twarz była prawie sina, wargi, mocno zwarte, drgały. Przez pełne dziesięć sekund w milczeniu patrzyła mu w oczy twardym bezlitosnym wzrokiem i nagle szybko szepnęła:

– Nigdy panu tego nie zapomnę!

Gdy po dziesięciu latach Stiepan Trofimowicz opowiadał mi szeptem tę historię, zamknąwszy uprzednio drzwi, przysięgał, że tak wtedy zastygł w miejscu, że nie widział i nie słyszał, kiedy i jak Barbara Pietrowna wyszła. Nigdy później nie wspominała o tym. Życie potoczyło się zwykłym trybem i Stiepan Trofimowicz był gotów przypuszczać, że miał halucynacje przed chorobą. Tej nocy bowiem zachorował i wskutek jego choroby spotkania w altanie zostały przerwane.

Mimo to jednak, co dzień przez całe życie, jakby oczekiwał dalszego ciągu tego zdarzenia. Nie wierzył, żeby się to mogło w ten sposób zakończyć. A jeżeli tak, to dziwnie musiał on czasami spoglądać na swoją przyjaciółkę.

V

Barbara Pietrowna sama wymyśliła dla niego ubranie, które nosił przez całe życie. Ubranie to było eleganckie i charakterystyczne: długi, czarny surdut, prawie do góry zapięty, lecz zgrabnie opinający jego figurę; miękki kapelusz (latem słomkowy) z szerokim rondem, biały i batystowy krawat, z wielkim węzłem i wiszącymi końcami; laska ze srebrną rączką i do tego włosy opadające aż na plecy.

Był on ciemnym blondynem i zaczął siwieć dopiero w ostatnich czasach. Wąsy i brodę golił. Mówiono, że za czasów swej młodości był wyjątkowo przystojny. Ale, moim zdaniem, w starszym wieku wyglądał równie dobrze. I zresztą, cóż to za starość – pięćdziesiąt trzy lata? Z pewnego rodzaju kokieterią nie tylko, że nie starał się uchodzić za młodszego, niż był w istocie, ale jakby dumny był z solidności swego wyglądu. W swym ubraniu, wysoki, szczupły, z włosami opadającymi na plecy przypominał patriarchę, lub jeszcze bardziej poetę Kukolnika na litografii z trzeciego dziesięciolecia, szczególnie, kiedy siedział latem w ogrodzie na ławce, pod krzakiem rozkwitłego bzu, oparłszy się obiema rękoma na lasce, z otwartą książką opodal, spoglądając w zadumie na zachód słońca. Co się tyczy książek, to muszę zauważyć, że w ostatnich czasach czytywał je jakby niechętnie. Dotychczas gazety i pisma, sprowadzane dla niego przez Barbarę Pietrownę, czytywał stale. Literaturą rosyjską interesował się również gorąco. Kiedyś znowu zapalił się do studiów nad współczesną polityką naszych zewnętrznych i wewnętrznych spraw, lecz wkrótce zniechęcił się. Zdarzały się też ostatnio wypadki, że zabierał ze sobą do ogrodu Tocqueville’a, a w kieszeni miał schowanego Paula de Kocka. Lecz to są wszystko drobiazgi.

Chciałbym jeszcze kilka słów powiedzieć o portrecie poety Kukolnika. Barbara Pietrowna dostała go, gdy była jeszcze małą dziewczynką na pensji w Moskwie. Zakochała się od razu, zwyczajem wszystkich dziewczynek na pensji, które kochają się w każdym mężczyźnie, a nawet w swoich nauczycielach, szczególnie kaligrafii i rysunków. Ale ciekawe jest to, że miała pięćdziesiąt lat, a przechowywała ten obraz wśród najdrogocenniejszych pamiątek i może właśnie dlatego wymyśliła dla Stiepana Trofimowicza ubranie podobne do ubrania poety. Ale to też tylko drobiazg.

W pierwszych latach, dokładniej w pierwszej połowie swego pobytu u Barbary Pietrowny, Stiepan Trofimowicz myślał o napisaniu jakiegoś dzieła i co dzień poważnie zabierał się do pracy. Później wszelki zapał mu przeszedł, ponieważ zapomniał, o czym chciał pisać.

Coraz częściej nam powtarzał: „Zdaje się, że już wszystko mam gotowe, potrzebny materiał zebrany, a zabrać się do pracy jakoś nie mogę”. Bez wątpienia, to powinno mu było dodawać jeszcze więcej powagi w naszych oczach, jako męczennikowi nauki, ale pragnął czego innego. „Zapomnieli o mnie, nikomu nie jestem potrzebny” – mawiał nieraz. Zgryzota z tego powodu owładnęła nim szczególnie pod koniec szóstej dekady naszego stulecia.

Barbara Pietrowna zrozumiała wreszcie, że sprawa jest poważna. Nie mogła też pogodzić się z myślą, że przyjaciel jej jest zapomniany i niepotrzebny. Żeby go więc trochę rozerwać i odnowić minioną sławę, zawiozła go do Moskwy, gdzie miała kilka eleganckich i naukowych znajomości; ale okazało się, że Moskwa nie czyniła zadość pokładanym w nim nadziejom.

Był wtedy wyjątkowy okres; nastąpiło coś nowego, zupełnie niepodobnego do poprzedniego spokoju, coś bardzo dziwnego, coś takiego, co odczuwano nawet w Skworesznikach. Mówiono rozmaicie. Fakty były na ogół mniej więcej znane, ale oczywiste było, że faktom towarzyszyły liczne komentarze. W żaden jednak sposób nie można było się w nich połapać. Barbara Pietrowna, kierowana kobiecą ciekawością, postanowiła dociec prawdy. Zaczęła czytać gazety i pisma, zabronione zagraniczne wydania i nawet zaczynające się wtedy pojawiać proklamacje (wszystko to jej dostarczano), ale zakręciło się jej tylko od tego w głowie. Zaczęła pisać listy, odpisywali jej mało, i im dalej, tym mniej zrozumiale.

Zwróciła się więc uroczyście do Stiepana Trofimowicza, by jej wszystko wytłumaczył, ale jego wyjaśnienia nie zadowoliły jej zupełnie. Na wszystkie te sprawy zapatrywał się Stiepan Trofimowicz tylko z jednego punktu widzenia: wszystko sprowadzało się do tego, że o nim zapomniano i że on nie jest już nikomu potrzebny.

Przypomnieli sobie jednak i o nim, najpierw w zagranicznych pismach, jako o zesłanym męczenniku, a zaraz później w Petersburgu, jako o byłej gwieździe w pewnej konstelacji; i nie wiadomo dlaczego porównywano go nawet z Radiszczewem. Później ktoś napisał o tym, że umarł, i obiecał napisać wspomnienie pośmiertne.

Wtedy Stiepan Trofimowicz nagle zmartwychwstał. Całe jego lekceważenie dla współczesnych zniknęło i zrodziło się w nim marzenie: przystąpić do ruchu i pokazać im, co on potrafi. Barbara Pietrowna natychmiast we wszystko uwierzyła. Zdecydowano jechać bez najmniejszej zwłoki do Petersburga, dowiedzieć się o wszystkim dokładnie i, o ile to było możliwe, przystąpić całkowicie do nowego ruchu.

Między innymi Barbara Pietrowna oświadczyła, że gotowa jest założyć własne pismo i poświęcić mu całe życie. Stiepan Trofimowicz stawał się coraz bardziej zarozumiały i w drodze do Petersburga zaczął nawet traktować ją nieco lekceważąco, co też ona mu natychmiast zapamiętała. Jadąc do Petersburga, Barbara Pietrowna miała jeszcze i inny cel, a mianowicie chciała odnowić swe dawne stosunki w wyższych sferach. Należało w miarę możliwości przypomnieć o sobie, a w każdym razie spróbować. Obcym ludziom zaś mówiła, że jedzie zobaczyć się z synem, kończącym właśnie wtedy petersburskie liceum.

VI

Barbara Pietrowna i Stiepan Trofimowicz spędzili w Petersburgu całą zimę. Wszystko jednak u progu Wielkiego Postu pękło jak bańka mydlana. Marzenia uciekły, a nie tylko nic się nie wyjaśniło, ale przeciwnie, jeszcze bardziej się powikłało. Po pierwsze, Barbarze Pietrownie nie udało się odnowić dawnych znajomości lub w każdym razie w bardzo niewielkim stopniu, przy czym doświadczała niejednokrotnie przykrego poniżenia.

Obrażona postanowiła poświęcić się całkowicie „nowym prądom”. Zaczęła przyjmować. Zaprosiła literatów, sprowadzono ich do niej mnóstwo. Później przychodzili już bez zaproszenia: jeden sprowadzał drugiego. Nigdy jeszcze Barbara Pietrowna nie widywała takich literatów. Wszyscy oni byli chełpliwi do niemożliwości, lecz zupełnie otwarcie, jakby spełniali obowiązek. Inni (chociaż nie wszyscy) przychodzili pijani, znajdując w tym jakby szczególne, dopiero co zrozumiane piękno. Wszyscy oni byli z czegoś ogromnie dumni. Na wszystkich twarzach malowała się pewność, że wyjaśnili dopiero co jakąś wielką tajemnicę. Wymyślali sobie nawzajem i uważali, że przynosi im to zaszczyt. Niełatwą rzeczą było wiedzieć, co oni właśnie napisali; ale byli tu krytycy, powieściopisarze i pisarze dramatyczni.

Stiepanowi Trofimowiczowi udało się przeniknąć do najściślejszego ich grona, które kierowało ruchem. Do rządzących było bardzo trudno się dostać, ale Stiepana Trofimowicza przyjęli chętnie, chociaż żaden z nich nic o nim nie słyszał prócz tego, że on „reprezentuje ideę”. Stiepan Trofimowicz tak manewrował koło nich, że udało mu się zaciągnąć ich ze dwa razy do salonów Barbary Pietrowny, nie zwracając uwagi na ich olimpijskość. Byli oni bardzo poważni i bardzo grzeczni, zachowywali się bardzo dobrze, pozostali mieli przed nimi widoczny respekt, ale jasne było, że im się spieszy.

Na przyjęciu u Barbary Pietrowny zjawiły się dwie czy trzy z dawniejszych znakomitości literackich, z którymi Barbarę Pietrownę łączyła już bardzo dawna znajomość. Ale najbardziej zdziwiło ją to, że te już niewątpliwe znakomitości zachowywały się bardzo cicho, a niektóre z tych osób w poniżający sposób garnęły się do młodych. Z początku Stiepanowi Trofimowiczowi wiodło się, zaczęto go wysuwać na publicznych literackich zebraniach. Kiedy po raz pierwszy wszedł na estradę, rozległy się żywe oklaski, niemilknące przez długi czas.

Po upływie dziewięciu lat wspomniał o tym ze łzami w oczach, roztkliwiony, jako artysta, lecz nie czując wdzięczności. „Przysięgam i każdy zakład trzymam – mówił mi sam później (lecz tylko mnie i w sekrecie) – że żaden z tych ludzi zupełnie nic o mnie nie wiedział!”

Była to bardzo znamienna uwaga, dowodziła bystrości jego umysłu, jeżeli wtedy na estradzie, w upojeniu, mógł to zauważyć. Nie miał jednak bystrego umysłu, jeżeli po dziewięciu latach nie mógł wspominać tego bez uczucia urazy.

Kazali mu podpisać dwa czy trzy zbiorowe protesty (przeciwko czemu – sam nie wiedział) i podpisał. Barbarze Pietrownie też kazali podpisać się pod jakimś „czynem potwornym”, i też się podpisała. Zresztą większość nowych ludzi uważała, nie wiadomo dlaczego, za swój obowiązek patrzeć na Barbarę Pietrownę z pogardą i śmiać się z niej. Stiepan Trofimowicz wspominał mi później, w ciężkich chwilach, że właśnie wtedy zaczęła mu zazdrościć.

Ona, rozumie się, wiedziała, że nie powinna zadawać się z tymi ludźmi, a jednak przyjmowała ich z typowo kobiecą histeryczną niecierpliwością i, co najważniejsze, wciąż czegoś oczekiwała. Na wieczorach literackich mówiła mało, chociaż miałaby coś do powiedzenia, lecz wolała się przysłuchiwać.

Mówiono o zniesieniu cenzury, o zamianie liter rosyjskich na łacińskie, o czyimś zesłaniu, o różnych skandalach, o tym, że należałoby podzielić Rosję według zamieszkałych ją narodowości i utworzyć federacyjny związek, o zniesieniu armii i floty, o wskrzeszeniu Polski aż po Dniepr, o reformie rolnej i proklamacjach, o zniesieniu dziedzictwa, rodziny, dzieci i duchownych, o prawach kobiety, o kamienicy Krajewskiego, jaką sobie zbudował i której żaden z nich nie mógł mu wybaczyć.

Wyraźne było, że w tym zbiorowisku nowych ludzi jest wielu łotrów, lecz bez wątpienia było i wielu uczciwych, nawet bardzo miłych osób. Uczciwi byli o wiele mniej zrozumiali od nieuczciwych i brutalnych, ale nie wiadomo, kto od kogo był zależny. Kiedy Barbara Pietrowna oświadczyła, że chce wydawać pismo, to zaczęło przychodzić do niej jeszcze więcej ludzi, ale jednocześnie oskarżano ją jawnie, że jest kapitalistką i eksploatuje pracę. Bezceremonialny sposób, w jaki ją oskarżano, graniczył ze skrajnym zuchwalstwem.

Staruszek generał Iwan Iwanowicz Drozdow, przyjaciel zmarłego generała Stawrogina, najzacniejszy człowiek (rozumie się, w swoim rodzaju), wszystkim nam dobrze znany, do granic nerwowy i drażliwy, jedzący bardzo wiele i lękający się ogromnie ateizmu, posprzeczał się na jednym z takich wieczorów u Barbary Pietrowny z pewnym znakomitym młodzieńcem. Ten mu od razu: „Pan zapewne jest generałem, jeżeli pan tak może mówić”, z tym przeświadczeniem, że nie ma gorszej obelgi, niż wyraz „generał”. Iwan Iwanowicz zdenerwował się ogromnie: „Tak, panie, jestem nie tylko generałem, ale generałem-porucznikiem i służyłem wiernie memu monarsze, a pan jest smarkaczem i bezbożnikiem”. Wynikł ogromny skandal. Nazajutrz wypadek ten był komentowany w prasie i podpisano zbiorowy protest przeciwko „potwornemu czynowi” Barbary Pietrowny, która nie przepędziła natychmiast generała. W ilustrowanym piśmie umieszczono karykatury Barbary Pietrowny, Stiepana Trofimowicza i generała, jako trojga przyjaciół; pod ilustracją były wiersze, specjalnie w tym celu napisane przez ludowego poetę.

Chciałbym jeszcze dodać, że rzeczywiście wiele osób w randze generalskiej ma zwyczaj śmiesznie mówić: „Ja służyłem memu monarsze”, zupełnie tak, jakby oni mieli innego monarchę, nie tego samego, co my, zwykli poddani.

Pozostawać dalej w Petersburgu nie miało sensu, tym bardziej że i Stiepana Trofimowicza spotkało zupełne fiasko. Nie wytrzymał on bowiem długo, zaczął mówić o prawach sztuki, a wtedy wyśmiano go głośno. Na ostatnim swoim odczycie przypuszczał, że uda mu się krasomówstwem dotrzeć do serc słuchaczy, liczył też, że uszanują go jako „zesłańca’’. Zgodził się więc w zupełności, że wyraz „ojczyzna” jest niepożyteczny i komiczny, zgodził się, że religia jest szkodliwa, lecz oświadczył stanowczo i głośno, że Puszkin jest wielkim poetą. Wygwizdali go bezlitośnie, a on, stojąc jeszcze na estradzie, publicznie się rozpłakał. Ledwie żywego przywiozła go Barbara Pietrowna do domu. „On m’a traité comme un vieux bonnet de coton [On m’a traité comme un vieux bonnet de coton (fr.) – Potraktowali mnie jak starą szlafmycę.]” – bełkotał bezmyślnie. Barbara Pietrowna pielęgnowała go przez całą noc, poiła kroplami laurowymi i do świtu ciągle mu powtarzała: „Jeszcze pan jest potrzebny, jeszcze się pan pokaże; cenią pana... gdzie indziej”.

Nazajutrz rano przyszło do Barbary Pietrowny pięciu literatów, z których trzech było jej zupełnie nieznanych, nigdy przedtem ich nie widywała. Oświadczyli jej surowo, że rozpatrzyli sprawę jej pisma i powzięli ostateczną decyzję. Barbara Pietrowna nigdy nie polecała nikomu rozpatrywać sprawy pisma, ani o czymkolwiek decydować. Postanowili oni, aby po załatwieniu pisma Barbara Pietrowna natychmiast im je oddała wraz z kapitałami, sama zaś powinna wyjechać do Skworesznik, nie zapominając zabrać ze sobą i Stiepana Trofimowicza, „który się zestarzał”. Przez delikatność godzili się przyznać jej prawo własności i wysyłać jej co rok szóstą część czystego zysku. Najbardziej wzruszające było to, że spośród tych pięciu ludzi na pewno czterech nie miało na względzie osobistych korzyści, a pracowali oni wyłącznie dla „dobra sprawy”.

„Wyjechaliśmy ogłuszeni – opowiadał mi potem Stiepan Trofimowicz – nic nie rozumiałem i pamiętam, jak monotonnie powtarzałem:

Wiek i Wiek i Lew Kambek

Lew Kambek i wiek i wiek...

i diabli wiedzą co jeszcze, aż do samej Moskwy. W Moskwie dopiero oprzytomniałem. Przyjaciele moi! – wykrzykiwał niekiedy w natchnieniu. – Wyobrazić sobie nie możecie, jaka złość i smutek chwytają duszę, kiedy wielką ideę, czczoną od dawna, chwycą niegodni i wytaszczą do takich samych jak i oni głupców, na ulicę i nagle spotykacie ją zmienioną nie do poznania, w błocie, rozpatrywaną bezmyślnie, pod niewłaściwym kątem widzenia, bez harmonii, widzicie, że stała się zabawką w rękach głupich dzieci. Nie, tego nie było w naszych czasach i nie takie były nasze dążenia. Nie, nie, zupełnie nie takie. Niczego poznać teraz nie mogę. Ale nastaną znowu nasze czasy i wszystko to, co jest obecnie chwiejne, znajdzie znowu mocny punkt oparcia. Cóż bowiem stałoby się w przeciwnym razie...?”

VII

Natychmiast po powrocie z Petersburga Barbara Pietrowna wysłała swego przyjaciela za granicę na odpoczynek. Czuła, że muszą się na pewien czas rozstać. Stiepan Trofimowicz zgodził się z zachwytem na wyjazd: „Tam ożyję – wykrzykiwał – tam wreszcie zabiorę się do pracy naukowej”. Ale już pierwsze listy z Berlina pisane były na zwykłą nutę:

Mam zrujnowane serce, niczego nie mogę zapomnieć. Tu w Berlinie przypomniała mi się cała moja przeszłość, pierwsze zachwyty i pierwsze udręki. Gdzie jest ona? Gdzie są one obie? Gdzie jesteście, dwa anioły, których nigdy nie byłem wart. Gdzie jest mój syn, mój ukochany syn? Gdzie wreszcie jestem ja sam, dawniejszy, niezachwiany jak skała, jeżeli teraz byle jaki Andriejew, prawosławny brodaty błazen, peut briser mon existence en deux [Peut briser mon existence en deux (fr.) – może zrujnować moje życie.] – i tak dalej...

Co się tyczy syna Stiepana Trofimowicza, to widział on go w życiu wszystkiego dwa razy, raz, kiedy się chłopak urodził, a drugi raz niedawno w Petersburgu, gdzie młody człowiek wstępował na uniwersytet. Przez całe swoje życie chłopiec wychowywał się u ciotek w zapadłej guberni, przy czym Barbara Pietrowna płaciła za jego utrzymanie. Co się zaś tyczy Andrejeffa, to jest po prostu Andriejewa, to był to tutejszy kupiec, sklepikarz, wielki dziwak, archeolog-samouk i namiętny zbieracz starożytności rosyjskich. Ten szanowany kupiec, z siwą brodą i w wielkich srebrnych okularach, nie dopłacił Stiepanowi Trofimowiczowi czterystu rubli za kupione w jego mająteczku (leżącym w sąsiedztwie ze Skworesznikami) kilka dziesięcin lasu na wyrąb.

Chociaż Barbara Pietrowna, wysyłając swego przyjaciela do Berlina, dała mu dosyć pieniędzy, to na te czterysta rubli przed wyjazdem Stiepan Trofimowicz szczególnie liczył, gdyż były mu zapewne potrzebne na osobiste wydatki i prawie się rozpłakał, gdy Andriejew poprosił o miesięczną zwłokę, mając zresztą do tego zupełne prawo, gdyż poprzednie raty wpłacił prawie pół roku naprzód.

Barbara Pietrowna z chciwością przeczytała ten pierwszy list, podkreśliła ołówkiem okrzyk: „Gdzie jesteście obie?”, oznaczyła numerem i schowała do szkatułki. Zrozumiała, że Stiepan Trofimowicz miał na myśli swoje obie nieboszczki żony. W drugim liście, wysłanym również z Berlina, pisał:

Pracuję po dwanaście godzin na dobę (żeby chociaż po jedenaście, zamruczała Barbara Pietrowna), grzebię w bibliotekach, robię wyciągi i biegam. Byłem u profesorów, odnowiłem dawną znajomość z rodziną Dundasowów. Jaka ładna jest Nadieżda Nikołajewna jeszcze i teraz. Pani zasyła ukłony. W Berlinie jest też jej młody mąż i trzech siostrzeńców. Rozmawiamy z młodzieżą często aż do świtu; są to prawie ateńskie wieczory, rozumie się, ze względu na ich subtelność i wytworność. Wszystko jest tam szlachetne: dużo muzyki, melodie hiszpańskie, marzenia o ogólnoludzkim odrodzeniu, ideał wiecznego piękna, Madonna Sykstyńska, światło przerywane ciemnościami, ale przecież i na słońcu są plamy. O, przyjaciółko moja, szlachetna wierna przyjaciółko! Sercem jestem przy pani, z panią jedyną „en tout pays” i nawet „dans le pays de Makar et ses veaux [En tout pays… dans le pays de Makar et ses veaux (fr.) – wszędzie... w kraju Makara i jego cieląt.]”, o którym tak często mówiliśmy ze sobą przed wyjazdem do Petersburga. Uśmiecham się do wspomnień. Przekroczywszy granicę, uczułem się bezpieczny, uczucie dziwne, nowe, po raz pierwszy po tylu latach...

– Wszystko to są bzdury – zadecydowała Barbara Pietrowna, składając ten list. – Jeżeli do świtu przeciągają się ateńskie wieczory, to kiedy po dwanaście godzin ślęczy nad książkami. Czyżby pisał po pijanemu? I ta Dundasowa ośmieliła się przesłać mi ukłony? Zresztą, niech się bawi...

Zdanie dans le pays de Makar et ses veaux miało oznaczać po prostu francuski odpowiednik powiedzenia: „dokąd Makar swych cieląt nie wyganiał...”. Stiepan Trofimowicz umyślnie w najgłupszy sposób tłumaczył rosyjskie przysłowia na język francuski, uważając taki sposób tłumaczenia za dowcipny.

Lecz bawił tam już niedługo, przed upływem czterech miesięcy wrócił do Skworesznik. Ostatnie jego listy były pełne głębokiej miłości dla nieocenionej przyjaciółki i dosłownie były zalane łzami rozłąki. Są natury silnie przywiązujące się do miejsca zamieszkania, jak pieski pokojowe. Spotkanie przyjaciół było uroczyste. Ale po upływie dwóch dni wszystko wróciło do dawnego trybu i nawet było nudniej niż przedtem.

„Mój przyjacielu – mówił mi Stiepan Trofimowicz w wielkim sekrecie – mój przyjacielu, zrozumiałem obecnie straszną dla siebie rzecz. Je suiszwykły pieczeniarz et rien de plus! Mais r-r-rien de plus! [Je suis... et rien de plus! Mais r-r-rien de plus! (fr.) – jestem... i nikim więcej! Naprawdę nikim więcej!]”

VIII

Po tym wybuchu nastąpił spokój, który trwał całe dziewięć lat. Regularnie co pewien czas Stiepan Trofimowicz łkał histerycznie na moim ramieniu, ale to nie zakłócało ogólnego spokoju. Dziwię się, jak przy takim trybie życia Stiepan Trofimowicz nie utył. Ale tylko nos mu poczerwieniał i przybyło mu powagi.

Powoli wokół niego utworzyło się koło przyjaciół, zawsze zresztą nieliczne. Barbara Pietrowna mało interesowała się tym kołem, ale była uważana za jego opiekunkę. Po petersburskiej historii nie wyjeżdżała zupełnie, zimą mieszkała w mieście, a latem w swoim podmiejskim majątku. Nigdy zresztą nie wywierała ona większego wpływu na towarzyskie życie naszej guberni, niż w ciągu ostatnich siedmiu lat, to jest aż do chwili, kiedy wyznaczono nam nowego gubernatora.

Poprzedni gubernator, jej bliski krewny, był kiedyś przez nią hojnie obdarowany. Żona jego drżała na samą myśl, że może uczynić coś wbrew woli Barbary Pietrowny, a cześć, jaką jej oddawało najlepsze towarzystwo w guberni, miała w sobie po prostu coś grzesznego. Dzięki takiemu stanowi rzeczy Stiepanowi Trofimowiczowi też się dobrze powodziło. Był on członkiem klubu, przegrywał w karty, cieszył się szacunkiem, chociaż wielu traktowało go tylko jako „uczonego”. Później, kiedy Barbara Pietrowna pozwoliła mu mieszkać w oddzielnym domu, miał jeszcze większą swobodę. Zbierali się u niego raz lub dwa razy na tydzień i prawie zawsze było bardzo wesoło, szczególnie gdy nie żałował nam szampana. Wino brało się w sklepie u tegoż Andriejewa. Barbara Pietrowna płaciła rachunki co pół roku, a dni te musiał Stiepan Trofimowicz okupywać atakami choleryny.

Najdawniejszym członkiem naszego grona był Liputin, urzędnik gubernialny, człowiek już niemłody, wielki liberał i znany w mieście jako ateista. Był on już po raz drugi żonaty, tym razem z młodą, ładną i posażną kobietą, miał też trzy dorastające córki. Cała rodzina żyła w zupełnym odosobnieniu. Liputin był skąpy do granic i z pensji urzędniczej zdołał sobie kupić dom i uzbierać spory kapitalik. Był to jednak człowiek niespokojny, w dodatku na niewielkim stanowisku mało był szanowany i rzadko kto go przyjmował. Prócz tego wiedziano o nim, że jest wielkim plotkarzem, niejednokrotnie dotkliwie ukaranym, raz przez pewnego oficera, a drugi – przez powszechnie szanownego obywatela, ojca rodziny. Ale nam się podobał jego bystry umysł, ciekawość i złośliwy humor. Barbara Pietrowna nie lubiła go, ale on zawsze umiał się jej jakoś przypochlebić.

Nie lubiła ona też Szatowa, który stał się członkiem naszego koła dopiero w ciągu ostatniego roku. Szatow przedtem był studentem, ale za jakąś awanturę został wydalony z uniwersytetu. W dzieciństwie był uczniem Stiepana Trofimowicza, a urodził się w majątku Barbary Pietrowny i był synem jej zmarłego lokaja Pawła Fiodorowa, chłopa pańszczyźnianego. Barbara Pietrowna nie znosiła Szatowa za jego dumę, za to, że nie okazywał jej wdzięczności za darowaną mu wolność, i nie mogła mu przebaczyć, że po wydaleniu z uniwersytetu nie przyjechał do niej natychmiast, a nawet nie odpowiedział na list, który do niego wysłała, a wolał uczyć dzieci jakiegoś tam kupca.

Z rodziną tego kupca wyjechał za granicę raczej w charakterze piastuna dzieci, niż guwernera, ale na nic nie zważał, pragnąc gorąco wyjechać z kraju. Wkrótce przed wyjazdem przyjęto do dzieci guwernantkę, dzielną panienkę, głównie ze względu na małą opłatę, jaką pobierała.

Po upływie dwóch miesięcy kupiec wygnał ją za jej „wolnomyślicielstwo”. Szatow wtedy także opuścił dom kupca i ożenił się z nią w Genewie. Żyli ze sobą wszystkiego może trzy tygodnie, a później rozstali się, jak wolni, niczym niezwiązani ze sobą ludzie, prawdopodobnie głównie wskutek biedy, która im dokuczała. Przez długi wówczas później Szatow wałęsał się po Europie i żył nie wiadomo z czego. Opowiadano, że czyścił na ulicach buty, a w jakimś mieście portowym był tragarzem. Wreszcie, rok temu wrócił do nas, do swego rodzinnego gniazda i zamieszkał razem ze starą ciotką, którą zresztą po miesiącu pochował. Z siostrą swoją Darią, także wychowanką Barbary Pietrowny i jej obecną faworytką, komunikował się bardzo rzadko.

Wśród nas był zwykle posępny i milczący, z rzadka jednak, gdy wspominano o jego przekonaniach, rozdrażniał się chorobliwie i nie umiał wtedy powściągnąć języka. „Szatowa trzeba wprzód związać, a później prowadzić z nim dyskusję” – żartował Stiepan Trofimowicz, lecz lubił go bardzo. Podczas pobytu za granicą stał się wyznawcą innych, krańcowo odmiennych idei.

Był on jedną z tych rosyjskich natur, którą nagle zawładnie jakaś silna idea i opanuje czasami na zawsze. Poradzić sobie z nią nie umieją, a wierzą w nią namiętnie. Całe pozostałe ich życie upływa jakby w śmiertelnych drgawkach pod przytłaczającym ich kamieniem wielkiej idei.

Powierzchowność Szatowa zupełnie odpowiadała jego przekonaniom: był to niezgrabny, niskiego wzrostu, barczysty blondyn o grubych wargach, bardzo gęstych jasnych brwiach, nasępionym czole i niecierpliwych, opuszczonych, jakby wstydzących się czegoś oczach. We włosach sterczał mu zawsze czub, który nie dawał się zaczesać. Mógł mieć lat dwadzieścia siedem lub dwadzieścia osiem.

„Nie dziwię się wcale, że go żona porzuciła – powiedziała kiedyś Barbara Pietrowna, przyglądając się mu bacznie. Ubierał się starannie i czysto, chociaż był bardzo biedny. Do Barbary Pietrowny teraz też się nie zwrócił o pomoc, zajmował się byle czym, kiedyś sprzedawał w sklepie, to znów miał okrętem odwieźć towar, ale przed samym wyjazdem zachorował. Trudno sobie nawet wyobrazić biedę, jaką miał znosić, nie myśląc o tym zupełnie. Kiedy wyzdrowiał, Barbara Pietrowna posłała mu anonimowo sto rubli. On jednak dowiedział się o tym, pomyślał, pieniądze przyjął i poszedł Barbarze Pietrownie podziękować. Ta serdecznie go przyjęła, ale i teraz zawiodła się na nim okrutnie: siedział jakieś pięć minut, milcząc i tępo spoglądając na podłogę, cały ten czas głupio się uśmiechał i nagle, w najciekawszym miejscu rozmowy wstał, niezgrabnie się ukłonił, strasznie zawstydził, potknął się, przewrócił stolik do robót ręcznych i wyszedł ledwie żywy. Liputin robił mu później wyrzuty, że nie odrzucił wtedy z pogardą tych stu rubli i że nie tylko je przyjął, ale poszedł jeszcze dziękować. Szatow mieszkał sam na krańcu miasta i nie lubił, gdy ktoś przychodził go odwiedzać. Ale do Stiepana Trofimowicza przychodził regularnie i pożyczał u niego książki i gazety.

Wieczorem do Stiepana Trofimowicza przychodził jeszcze jeden młody człowiek, pewien Wirgiński, tutejszy urzędnik, ujawniający pewne podobieństwo do Szatowa, chociaż pozornie różnił się od niego pod każdym względem. Był to godny pożałowania, ogromnie cichy młody człowiek, lat koło trzydziestu, bardzo wykształcony, lecz samouk. Był biedny, żonaty, pracował i utrzymywał ciotkę i siostrę swojej żony. Małżonka jego i pozostałe panie nie były bynajmniej zacofane, ale postępowe idee przybierały u nich pewien grubiański charakter, tak że tu właśnie można by było zastosować zdanie Stiepana Trofimowicza, wypowiedziane zresztą w innych okolicznościach o „ideach, które dostały się na ulicę”.

Wszystkie swoje poglądy czerpały one z książek i gotowe były wyrzucić przez okno wszystko, czego by od nich zażądały postępowe koła naszej stolicy. Pani Wirgińska pracowała w naszym mieście jako akuszerka, zaś za czasów panieńskich mieszkała przez długi czas w Petersburgu. Sam Wirgiński był człowiekiem nadzwyczaj prawego serca i rzadko miałem sposobność spotkać równie uczciwego człowieka. „Nigdy nie zaprę się moich jasnych nadziei” – mówił mi z błyszczącymi oczami. O „jasnych nadziejach” mówił zawsze cicho, półszeptem i tajemniczo. Był on dosyć wysokiego wzrostu, ale bardzo chudy, wąski w ramionach i miał nadzwyczajnie rzadkie, rudawe włoski. Ogromnie łagodnie znosił on kpiny Stiepana Trofimowicza z niektórych swoich twierdzeń, ale czasami odpowiadał mu tak poważnie, że w wielu wypadkach Stiepan Trofimowicz nie umiał znaleźć odpowiedzi. Stiepan Trofimowcz traktował go przychylnie, zresztą, odnosił się do nas wszystkich prawdziwie po ojcowsku.

– Wszyscy jesteście „niedowarzeni” – żartobliwie mówił Wirgińskiemu – chociaż w panu, Wirgiński, nie zauważyłem tego ograniczenia myślowego, które spotykałem w Petersburgu chez ces séminaristes [Chez ces séminaristes (fr.) – u seminarzystów.]. Szatow chciałby się spośród was wyróżnić, ale i on jest niedowarzony.

– A ja? – pytał Liputin.

– Pan reprezentuje po prostu złoty środek, który wszędzie sobie da radę... po swojemu.

Liputin obrażał się.

O Wirgińskim opowiadano, i niestety była to prawda, że żona jego po niecałym roku pożycia małżeńskiego, nagle dała mu odprawę i oświadczyła, że woli Lebiadkina. Ten Lebiadkin, bawiący tu przejazdem, okazał się później jakąś podejrzaną osobistością i wcale nie był byłym kapitanem sztabowym, jak sam siebie tytułował. Umiał on tylko kręcić wąsa, upijać się i wygadywać największe głupstwa, jakie sobie tylko można wyobrazić. Człowiek ten w bezceremonialny sposób wprowadził się do Wirgińskich, zadowolony, że będzie mógł bez przeszkód i za darmo jeść i spać u nich. W końcu i gospodarza zaczął traktować z góry. Zapewniali, że Wirgiński, gdy mu żona dawała odprawę, miał jej powiedzieć: „Moja droga, dotąd kochałem cię tylko, ale teraz dopiero szanuję”. Wątpliwe mi się jednak wydaje, aby miał wygłosić takie starorzymskie zdanie, bardziej wierzę innej pogłosce, że głośno się wtedy rozpłakał. W dwa tygodnie po tej scenie cała „rodzina” wyjechała za miasto na wycieczkę ze znajomymi. Wirgiński był cały czas jakoś nerwowo podniecony i brał udział w tańcach. Nagle bez żadnego bezpośredniego powodu chwycił tańczącego solo kankana olbrzymiego Lebiadkina obiema rękoma za włosy, nachylił go i wlókł po ziemi, krzycząc i płacząc. Olbrzym zląkł się do tego stopnia, że nie bronił się wcale i milczał, ale później obraził z całym zapałem szlachetnego człowieka. Całą noc później błagał Wirgiński żonę na kolanach, by mu przebaczyła, ale przebaczenia nie uzyskał, gdyż nie zgodził się przeprosić Lebiadkina; prócz tego wytknięto mu ubóstwo pojęć i głupotę, ostatnią dlatego, że stał przed żoną na kolanach.

Zaś kapitan sztabowy wkrótce wyjechał i zjawił się dopiero znacznie później ze swoją siostrą i z zupełnie innymi zamiarami; ale o tym później. Nic dziwnego, że Wirgiński, nieszczęśliwy w życiu rodzinnym, szukał ulgi w naszym towarzystwie. Zresztą o domowych swoich sprawach nigdy z nami nie rozmawiał. Raz tylko, wracając ze mną od Stiepana Trofimowicza, napomknął o swoim położeniu, ale zaraz schwycił mnie za ramię i gwałtownie wykrzyknął:

– To nic, bo tylko pojedynczy wypadek, to ani trochę nie może zaszkodzić „ogólnej sprawie”.

Przychodzili na nasze zebrania i przypadkowi goście; przychodził Żydek Lamszyn, przychodził kapitan Kartuzow. Przychodził też przez krótki czas miłujący wiedzę staruszek, ale umarł. Liputin przyprowadził kiedyś zesłańca, księdza Słonczewskiego, którego przez pewien czas przyjmowano ze względów zasadniczych, ale później przestano przyjmować.

IX

Przez pewien czas opowiadano w mieście, że koło nasze jest rozsadnikiem wolnomyślicielstwa, rozpusty i ateizmu, zresztą zawsze mówiono tak o nas, a tymczasem myśmy czas spędzali na miłej, prawdziwie rosyjskiej, wesołej, liberalnej gadaninie. „Wzniosły liberalizm’’ i „wzniosły liberał”, to jest bez żadnego określonego celu, możliwe są tylko w Rosji.

Stiepanowi Trofimowiczowi, jak zresztą każdemu dowcipnemu człowiekowi, potrzebny był słuchacz, zresztą potrzebna mu była również świadomość, że spełnia wzniosły obowiązek, szerząc szlachetne idee. A wreszcie, trzeba było przecież z kimś pić szampana i przy winie podzielić się wesolutkimi myślami o Rosji, o Bogu w ogóle i o „rosyjskim Bogu” w szczególności, powtórzyć po raz setny znane wszystkim dokładnie sensacyjne anegdotki. Chętnie przysłuchiwaliśmy się również miejskim ploteczkom i nasza opinia w tych sprawach była surowa i wysoce moralna. Poruszaliśmy też ogólnoludzkie tematy, zastanawialiśmy się nad przyszłym losem Europy i człowieka; uczenie przepowiadaliśmy, że po upadku cesarstwa Francja stanie się od razu drugorzędnym państwem i byliśmy przekonani, że się to może stać bardzo prędko i łatwo. Papieżowi wyznaczyliśmy rolę zwykłego duchownego w zjednoczonych Włoszech i byliśmy najzupełniej przekonani, że cała ta tysiącletnia kwestia jest bagatelką w naszym stuleciu humanizmu, przemysłu i kolei żelaznych. Ale przecież „wzniosły rosyjski liberalizm” nie może mieć do żadnej sprawy innego stosunku.

Stiepan Trofimowicz mówił czasami o sztuce bardzo ciekawie, tylko z lekka oderwanie. Wspominał czasami swoich przyjaciół z młodych lat, byli to wszystko ludzie, którzy odegrali poważną rolę w historii naszego rozwoju – wspominał ich ze wyruszeniem i czcią, ale i z pewną zazdrością. Kiedy się nam przykrzyło, Żydek Lamszyn (trzeciorzędny urzędniczyna pocztowy) grał na fortepianie, a w przerwach naśladował świnię, burzę, poród z pierwszymi krzykiem dziecka i tak dalej; po to zresztą był zapraszany. A gdyśmy byli bardzo podpici, co nam się też zdarzało, chociaż niezbyt często, to wpadaliśmy w zachwyt i nawet raz chórem, przy akompaniamencie Lamszyna, odśpiewaliśmy Marsyliankę, tylko nie wiem, czy dobrze wypadło. W wielki dzień dziewiętnastego lutego spotkaliśmy się i uroczyście, już nawet dużo wcześniej wznosiliśmy z tej okazji toasty. Już bardzo dawno, kiedy nie było jeszcze z nami ani Szatowa, ani Wirgińskiego i Stiepan Trofimiowicz mieszkał w jednym domu z Barbarą Pietrowną, krótko przed tym wielkim dniem, Stiepan Trofimowicz mruczał sobie znane, lecz trochę nienaturalne wiersze, ułożone prawdopodobnie przez jakiegoś liberała:

Idą chłopi i niosą topory,

Szykuje się coś strasznego.

Zdaje się, że coś w tym rodzaju, dosłownie nie pamiętam. Barbara Pietrowna usłyszała to kiedyś, krzyknęła „Bzdury, bzdury!” i wyszła ze złością. Obecny przy tym Liputin zjadliwie zauważył:

– A byłoby przykro, gdyby rzeczywiście dawni chłopi pańszczyźniani wyrządzili jakąś nieprzyjemność swoim panom.

I przesunął wskazującym palcem po szyi.

– Cher ami [Cher ami (fr.) – drogi przyjacielu.] – jowialnie zauważył Stiepan Trofimowicz – proszę mi wierzyć, że to (powtórzył gest wokół szyi), że to nie przyniesie pożytku ani naszym obywatelom, ani nam wszystkim w ogóle. My i bez głów nic nie potrafimy zrobić, chociaż właśnie nasze głowy najbardziej przeszkadzają nam cokolwiek rozumieć.

Zwrócę uwagę, że wielu z nas przypuszczało, że w dzień ogłoszenia manifestu stanie się u nas coś niezwykłego, coś w tym rodzaju, jak przepowiadał Liputin i wszyscy tak zwani znawcy narodu i państwa. Zdaje się, że i Stiepan Trofimowicz był tego samego zdania, gdyż nagle w przeddzień wielkiego dnia zaczął prosić Barbarę Pietrownę, by mu pozwoliła wyjechać za granicę, słowem, zaniepokoił się. Ale minął wielki dzień, minęło jeszcze trochę czasu i na wargach Stiepana Trofimowicza ukazał się znowu wyniosły uśmiech. Wygłosił przed nami kilka cennych uwag o charakterze rosyjskiego człowieka w ogóle i rosyjskiego chłopa w szczególności.

– Zbytnio pośpieszyliśmy się z naszymi chłopami – kończył jedno ze swoich godnych uwagi przemówień – myśmy uczynili ich modnymi, literatura kilka lat z rzędu obchodziła się z chłopami jak z jajkiem. Nakładaliśmy laurowe wieńce na zawszone głowy. Wieś rosyjska w ciągu całego tysiąclecia dała nam jeden taniec kamaryński. Pewien zdolny rosyjski poeta, niepozbawiony przy tym humoru, zobaczywszy po raz pierwszy na scenie wielką Rachel, krzyknął w zachwycie: „Nie zmienię Rachel na chłopa!”. Ja gotów jestem pójść dalej: wszystkich rosyjskich chłopów oddam za jedną Rachel. Czas zacząć trzeźwo patrzeć i nie mieszać swojskiego dziegcia do bouquet de l’impératrice [Bouquet de l’impératrice (fr.) – bukiet cesarzowej (nazwa perfum).].

Liputin zgodził się z nim natychmiast, ale zauważył, że w tym okresie konieczne było nawet wbrew przekonaniom pochwalić trochę chłopka, że nawet wielkie damy zalewały się łzami, czytając Nieboraka Antoniego, a niektóre z nich pisały nawet z Paryża do Rosji do swoich zarządzających, by jak można najłagodniej traktowali chłopów. Zdarzyło się jednak, że i w naszej guberni w odległości piętnastu wiorst od Skworesznik zaszło jakieś nieporozumienie, tak że nawet w pośpiechu wysłano oddział wojaka. Tym razem Stiepan Trofimowicz tak się przeraził, że i nas nastraszył. Krzyczał w klubie, że wojska trzeba więcej, że należy telegraficznie zawezwać je z sąsiedniego powiatu: pobiegł do gubernatora i zapewniał, że on nic nie wie, prosił, żeby ze względu na stare czasy nie mieszano go w tę sprawę i proponował, by gubernator natychmiast napisał do Petersburga o tym jego oświadczeniu. Dobrze, że cała sprawa została szybko zlikwidowana, ale zdziwiło mnie ogromnie ówczesne postępowanie Stiepana Trofimowicza.

Jak wiadomo, trzy lata później zaczęto mówić o sprawach narodowościowych i zrodziła się nawet w tej sprawie „opinia społeczna” – Stiepan Trofimowicz śmiał się wtedy wiele.

– Przyjaciele moi – pouczał nas – jeżeli rzeczywiście u nas sprawa narodowościowa zaczęła „kiełkować”, jak zapewniają nas pisma, to siedzi ona jeszcze w szkole, w ludowej niemieckiej szkole, uczy się z niemieckiego podręcznika, a nauczyciel-Niemiec karci ją, jeśli na to zasługuje. Uważam to za bardzo dobre, że nauczycielem jest Niemiec, ale za najbardziej prawdopodobne uważam, że się w ogóle nic nie stało, nic nie zaczęło kiełkować i wszystko dzieje się, jak się działo dawniej pod boską opieką. I według mego zdania, dla Rosji jest to zupełnie wystarczające, pour notre sainte Russie [Pour notre sainte Russie (fr.) – dla naszej świętej Rosji.]. Prócz tego te wszystkie panslawizmy i sprawy narodowościowe są zbyt stare, by mogły się wydawać aktualne. Poczucie narodowości nigdy się zresztą u nas inaczej nie przejawiało, jak w formie knowań panów i w dodatku moskiewskich. Rozumie się, że nie mówię o czasach księcia Igora. A wszystko to jest skutkiem próżniactwa. U nas wszystko jest skutkiem próżniactwa. Wszystko jest skutkiem miłego, pańskiego, kulturalnego próżniactwa. I to wszystko, o czym teraz tak wiele mówią, o pojawieniu się opinii społecznej – spadło tak ni stąd ni zowąd z nieba? Czyżby nie rozumieli, że na to, by mieć w jakiejś sprawie wyrobione zdanie, potrzebna jest praca, własna praca i własna praktyka. Za darmo nigdy się nic nie otrzyma. Gdy będziemy pracowali, wtedy i własne przekonania mieć będziemy. A wobec tego, że my nigdy nie będziemy pracowali, to i decydować za nas będą ci, którzy dotychczas pracowali, to jest ciągle ta sama Europa, ci sami Niemcy – nasi nauczyciele od dwustu lat. Prócz tego Rosja jest zbyt wielkim nieporozumieniem, żebyśmy sami bez Niemców i bez pracy mogli je wyjaśnić. Upływa już dwadzieścia lat od czasu, jak biję w dzwony na trwogę i wzywam do pracy. Całe życie temu poświęciłem i, szaleniec, wierzyłem w potrzebę tego. Teraz już nie wierzę, lecz biję w dzwony i bić będę aż do śmierci, aż uderzą w dzwony kościelne nad moją trumną!

Niestety, myśmy tylko mu potakiwali. Biliśmy mu brawo i to z wielkim zapałem. A cóż, czy i dzisiaj na każdym kroku nie można usłyszeć takich „miłych”, „mądrych” i „liberalnych” starych rosyjskich bredni?

Mistrz nasz wierzył w Boga.

„Nie rozumiem, dlaczego ze mnie robią bezbożnika? – mówił czasami. – W Boga wierzę, mais distinguons [Mais distinguons (fr.) – trzeba oddzielić.] wiarę od wiary, wierzę w Niego jako Istotę uświadamiającą Siebie wyłącznie we mnie. Nie mogę przecież, jak moja Nastazja (służąca) lub jakiś pan, wierzący «na wszelki wypadek», lub jak nasz miły Szatow – zresztą nie, Szatow się nie liczy, on wierzy pod przymusem, jako słowianofil moskiewski. Co się zaś tyczy chrześcijaństwa, to chociaż je szczerze szanuję, to nie uważam siebie za chrześcijanina. Prędzej jestem poganinem, jak wielki Goethe lub starożytny Grek. I chociażby tylko dlatego, że chrześcijaństwo nie zrozumiało kobiety, o czym tak świetnie mówi George Sand w jednej ze swoich genialnych powieści – zniechęca mnie. A że nie spełniam praktyk religijnych, to kogo to może obchodzić? Bez względu na to, co będą mówili, nie stanę się jezuitą. W czterdziestym siódmym roku Bieliński, będąc za granicą, posłał Gogolowi list, w którym ostro mu wyrzucał, że wierzy „w jakiegoś tam Boga”. Entre nous soit dit [Entre nous soit dit (fr.) – Przypuśćmy tak.], nie mogę sobie wyobrazić nic bardziej komicznego od tej chwili, kiedy Gogol (oczywiście ówczesny Gogol) przeczytał to zdanie i... cały list!

Ale pominąwszy śmieszną stronę tego wszystkiego, wobec tego, że z istotą sprawy tej się godzę, to wam powiem: to byli ludzie! Umieli oni kochać swój naród, umieli wszystko dla niego poświęcić, ale w pewnych sprawach umieli się mu przeciwstawić. Nie mógł przecież Bieliński szukać zbawienia w oleju i rzodkwi z grochem”.

Następnie zabierał głos Szatow.

– Nigdy ci ludzie nie kochali swego narodu i nic dla niego nie poświęcili, jak to sobie wyobrażali, samym sobie ma pociechę – ponuro mruczał, wiercąc się na krześle.

– Oni narodu swego nie kochali! – lamentował Stiepan Trofimowicz. – Ach, jak oni kochali Rosję!

– Ani Rosji, ani swego narodu! – krzyczał Szatow z iskrzącymi się oczami. – Nie można kochać tego, czego się wcale nie zna, a oni o narodzie rosyjskim nic nie wiedzieli. Wszyscy oni, i pan wraz z nimi, a Bieliński najbardziej, na naród rosyjski spoglądali przez palce, nie dostrzegając go, co wyraźnie widać z listu do Gogola. Bieliński zupełnie tak samo jak bohater bajki Kryłowa, nie zauważył słonia, a całą swoją uwagę skierował na drobne francuskie sprawy społeczne i na tym skończył. Mało tego, żeście narodu nie spostrzegli, wyście się do niego odnosili z obrzydliwą pogardą, gdyż uważaliście, że jedynym narodem są Francuzi i to tylko paryżanie, i wstydziliście się, że naród rosyjski jest inny. I to jest zupełna prawda. A dla kogo nie istnieje naród, dla tego też nie istnieje Bóg! Możecie być pewni, że wszyscy ci, którzy przestają rozumieć swój własny naród, tracą wiarę swych ojców i stają się albo ateistami, albo obojętnymi. Dobrze mówię! To są fakty, które znajdują potwierdzenie. Oto dlaczego wy wszyscy i my wszyscy teraz jesteśmy albo obrzydliwymi ateistami, albo rozpustną, obojętną hołotą i nic więcej. I pana, Stiepanie Trofimowiczu, zupełnie nie wykluczam, przeciwnie, głównie do pana wszystko to kierowałem, wiedz pan o tym!

Zwykle po wygłoszeniu takiego monologu (a zdarzało mu się to dość często) Szatow chwytał swoją czapkę i pędził do drzwi, będąc przekonanym, że teraz już się wszystko skończyło, że już na zawsze zerwał przyjacielskie stosunki ze Stiepanem Trofimowiczem, ale ten ostatni zdążył go zawsze w porę zatrzymać.

– Czyż nie lepiej pogodzić się, Szatow, po tym miłym przemówieniu? – mówił Stiepan Trofimowicz, wyciągając do niego rękę.

Niezgrabny i nieśmiały Szatow nie lubił czułości. Był to człowiek z pozoru tylko ostry i gwałtowny, a w istocie było to najdelikatniejsze stworzenie na świecie. Chociaż tracił czasami w swoich przemówieniach miarę, to sam jednak bardziej od innych nad tym cierpiał. Pomrukując więc coś w odpowiedzi i podreptawszy w miejscu jak niedźwiedź, nagle zupełnie nieoczekiwanie uśmiechał się, odkładał czapkę i siadał na poprzednim miejscu, uporczywie patrząc na podłogę.

Rozumie się, że przynoszono zaraz wino i Stiepan Trofimowicz wygłaszał jakiś odpowiedni toast, poświęcony, na przykład, pamięci jednego z byłych działaczy.

ROZDZIAŁ DRUGI

KSIĄŻĘ HARRY. SWATY

I

Istniała na świecie jeszcze jedna osoba, do której Barbara Pietrowna była przywiązana równie silnie, jak do Stiepana Trofimowicza – był to jej jedyny syn, Mikołaj Wsiewołodowicz Stawrogin. Jego wychowawcą był w swoim czasie Stiepan Trofimowicz. Chłopiec miał osiem lat, a lekkomyślny generał Stawrogin, jego ojciec, nie mieszkał już wtedy razem z żoną, wobec czego cała troska o syna spadła na Barbarę Pietrownę. Trzeba przyznać Stiepanowi Trofimowiczowi, że umiał przywiązać do siebie swego pupila. Tajemnica tego polegała na tym, że i Stiepan Trofimowicz był właściwie także dzieckiem. Mnie wtedy jeszcze nie było, a szczery przyjaciel był mu zawsze niezbędny. Toteż nie zawahał się uczynić sobie przyjaciela z chłopca, gdy ten trochę tylko podrósł. Samo przez się tak się jakoś ułożyło, że nie było między nimi żadnej widocznej różnicy. Niejednokrotnie budził Stiepan Trofimowicz swego dziesięcio- czy jedenastoletniego przyjaciela tylko po to, by ze łzami w oczach skarżyć mu się na swój los lub wyjaśnić mu jakąś tajemnicę domową, nie dostrzegając, jakie to było niewłaściwe. Obaj padali sobie w ramiona i płakali. Chłopak wiedział, że matka bardzo go kocha, ale wątpliwe jest, czy odpłacał jej tym samym uczuciem. Barbara Pietrowna mało z nim rozmawiała, rzadko w czymkolwiek krępowała, ale jej baczne spojrzenie, śledzące każdy jego krok, odczuwał dotkliwie. Zresztą sprawę jego wychowania powierzyła Stiepanowi Trofimowiczowi. Wtedy jeszcze wierzyła temu ostatniemu całkowicie.

Należy przypuszczać, że wychowawca rozstroił nieco nerwy swemu pupilowi. Kiedy go jako szesnastolatka odwoził do liceum, chłopak był wątły, blady, dziwnie cichy i zadumany (później odznaczał się ogromną siłą). Należy przypuszczać również, że przyjaciele, płacząc i padając sobie w ramiona, mówili nie tylko o mało ważnych sprawach domowych. Stiepan Trofimowicz umiał dotrzeć do najtajniejszych strun serca swego przyjaciela i wywołać w nim pierwsze, jeszcze nieokreślone uczucie wiecznej świętej tęsknoty, którą raz poznawszy, natura wybrana nie zmieni później nigdy na tamte przyjemnostki. Są i tacy miłośnicy, którzy uczucie to bardziej cenią, niż najpełniejsze zadowolenie (gdyby nawet takie było możliwe). W każdym razie dobrze się jednak stało, że ucznia i wychowawcę rozłączono ze sobą.

Przez pierwsze dwa lata młody człowiek przyjeżdżał na wakacje do domu. Podczas pobytu Barbary Pietrowny i Stiepana Trofimowicza w Petersburgu, przychodził czasami na literackie wieczory do swojej matki, słuchał i obserwował. Mówił mało i był jak dawniej cichy i wstydliwy. Stosunek jego do Stiepana Trofimowicza był tak jak dawniej serdeczny, ale bardziej wstrzemięźliwy; wyraźnie nie lubił wspominać dawniejszych czasów. Po ukończeniu liceum, zgodnie z życzeniem matki, obrał karierę wojskową i wstąpił do jednego z najbardziej znanych pułków kawalerii gwardyjskiej. Nie przyjechał jednak pokazać się matce w mundurze i rzadko pisywał. Barbara Pietrowna wysyłała mu dużo pieniędzy, chociaż po reformie rolnej dochody z jej majątku zmalały do tego stopnia, że z początku nie miała nawet połowy poprzednich zysków. Ale dzięki długoletnim oszczędnościom zdołała sobie uzbierać dosyć duży kapitalik.

Towarzyskie powodzenie syna interesowało ją ogromnie. Co się jej nie powiodło, powiodło się doskonale młodemu oficerowi, bogatemu i z przyszłością. Odnowił on takie znajomości, o których ona nawet marzyć nie mogła, i wszędzie był chętnie przyjmowany. Ale wkrótce zaczęły dochodzić do Barbary Pietrowny niepokojące ją wieści: młody człowiek zaczął nagle prowadzić szalony tryb życia. Nie grał w karty, ani nie upijał się, opowiadano tylko o jakimś dzikim rozpasaniu, o tym, że tratował końmi ludzi na ulicach, o tym, że w zwierzęcy sposób postąpił z pewną panią z towarzystwa, z którą miał stosunek intymny, a później publicznie ją obraził. Wszystko to już było zbyt obrzydliwe. Do tego dodawano, że jest to jakiś awanturnik, przyczepia się i obraża dla samej przyjemności obrażania. Barbara Pietrowna denerwowała się i martwiła. Stiepan Trofimowicz zapewniał ją, że są to pierwsze bujne porywy jego bogatej natury i powoływał się na szekspirowskiego bohatera księcia Harrego, hulającego z Falstaffem i panią Quickly. Barbara Pietrowna tym razem nie rozgniewała się na niego, jak jej się to ostatnio często zdarzało, przeciwnie, uważnie wysłuchała, prosiła, żeby jej wszystko szczegółowo wyjaśnił, sama pilnie zabrała się do studiowania nieśmiertelnych utworów Szekspira, ale to jej nie uspokoiło, gdyż nie znalazła żadnej podobnej sytuacji. Zaczęła więc nerwowo oczekiwać odpowiedzi na kilka wysłanych listów. Nadeszły one wkrótce, nadeszła też fatalna wiadomość, że książę Harry miał dwa pojedynki prawie jednocześnie, przy czym w obu wypadkach sam był wszystkiemu winien. Jednego ze swych przeciwników zabił, a drugiego pokaleczył. Za tego rodzaju postępowanie został oddany pod sąd i wyrok wyjątkowo dla niego łagodny skazywał go na degradację z pozbawieniem praw i zesłaniem na służbę do jednego z pułków piechoty.

W sześćdziesiątym trzecim roku udało mu się jakoś wyróżnić; dostał krzyżyk, mianowano go podoficerem, a wkrótce później został oficerem. W ciągu całego tego czasu Barbara Pietrowna wysłała może ze sto listów, poniżając się w tej niezwykłej sprawie, aż do próśb i błagań.

Po ostatnim awansie młody człowiek wystąpił z wojska, do Skworesznik jednak nie przyjechał i do matki przestał zupełnie pisywać. Drogą okrężną dowiedziała się, że mieszka on znowu w Petersburgu, u dawnych swoich przyjaciół nie bywa wcale i nie wiadomo, gdzie się ukrywa. Odnaleziono go jednak później w dziwnym towarzystwie; zszedł się z mętami ludności petersburskiej, jakimiś urzędnikami bez butów, żebrzącymi byłymi wojskowymi, pijakami. Odwiedza ich rodziny, dnie i noce spędza w Bóg wie jakich spelunkach, chodzi obdarty i opuszczony, i to mu się podoba. Pieniędzy od matki nie brał, miał swój własny, po ojcu odziedziczony mająteczek, który mu dawał pewne dochody i który, jak mówiono, oddał w dzierżawę Niemcowi z Saksonii. Wreszcie udało się matce ubłagać go i „książę Harry” przybył do naszego miasta. Wtedy go też po raz pierwszy w życiu zobaczyłem.

Był to bardzo przystojny młody człowiek, w wieku dwudziestu pięciu lat i, muszę przyznać, zdumiałem się na jego widok. Myślałem, że zobaczę brudnego oberwańca, którego będzie czuć wódką, zniszczonego przez rozpustę. Tymczasem był to najbardziej elegancki dżentelmen ze wszystkich, których kiedykolwiek widziałem, bardzo dobrze ubrany i zachowujący się jak człowiek, który obraca się w najwytworniejszym towarzystwie.

I nie tylko ja się zdziwiłem: dziwiło się całe miasto, które, rozumie się, wiedziało wszystko o panu Stawroginie i znało nawet takie szczegóły, że zupełnie niemożliwe było, aby zrozumieć, w jaki sposób one tu dotarły, a co najdziwniejsze, co najmniej połowa z nich była prawdziwa. Wszystkie nasze panny straciły głowę... Podzieliły się natychmiast na dwa obozy – w jednym był ubóstwiany, w drugim nienawidzono go. Jedne pociągała jego tajemniczość, inne były zachwycone, że jest zabójcą. Okazało się później, że posiada on też dostateczne wykształcenie. Nie potrzeba było co prawda wiele wiadomości, żeby nam zaimponować, ale umiał on zabierać głos w sprawach aktualnych, dla nas bardzo ciekawych i co ważniejsze, mówił bardzo rozsądnie. Warto zauważyć, że zaraz, prawie pierwszego dnia, zaczęto uważać go za bardzo rozsądnego człowieka. Był on małomówny, w miarę elegancki, zadziwiająco skromny, a jednocześnie śmiały i pewny siebie, jak nikt inny u nas. Nasi eleganci patrzyli na niego z zazdrością i zostali odsunięci przez niego zupełnie w cień. Dziwną też wydawała mi się jego twarz, włosy miał jakby zbyt czarne, oczy zbyt jasne i spokojne, cerę zbyt delikatną i białą, rumieniec zbyt czerwony i czysty, zęby jak perły, usta koralowe – zdawałoby się, że jest nieskończenie piękny, a jednak jakby jednocześnie wstrętny. Mówiono, że twarz jego przypomina maskę, zresztą wielu jeszcze mówiło między innymi o jego nadzwyczajnej sile fizycznej. Wzrostu był prawie wysokiego. Barbara Pietrowna spoglądała na niego z dumą, ale i z ciągłym niepokojem. Mieszkał w naszym mieście z pół roku – żył ospale, spokojnie i dosyć ponuro, bywał w towarzystwie i zachowywał się nienagannie. Był krewnym gubernatora ze strony ojca i przyjmowano go tam jak bliskiego krewnego. Ale minęło kilka miesięcy i zwierz wysunął pazury.

Warto zauważyć, że nasz miły Iwan Osipowicz, były gubernator, z charakteru przypominał babę, ale ustosunkowaną i z dobrej rodziny, co tłumaczy, dlaczego był u nas przez tyle lat, chociaż stale wymawiał się od wszelkiej pracy. Właściwie powinien był on raczej przewodniczyć szlachcie w starych dobrych czasach, a nie być gubernatorem w naszych niespokojnych. W mieście stale mówiono, że rządzi nie on, a Barbara Pietrowna. Było to powiedzenie złośliwe i najzupełniej niezgodne z prawdą. Zresztą na ten temat krążyło dużo dowcipów.

Zaś Barbara Pietrowna, wprost na odwrót, w ostatnich czasach świadomie przestała się do ważniejszych spraw mieszać i mimo wielkiego szacunku, jaki dla niej wszyscy mieli, zamiast sprawami guberni zajęła się gospodarstwem i w ciągu dwóch, trzech lat doprowadziła swe posiadłości do dawniejszego stanu. W przeciwieństwie do dawniejszych romantycznych porywów (wyjazd do Petersburga, zamiar wydawania pisma i inne) zaczęła ciułać pieniądze. Nawet Stiepana Trofimowicza oddaliła od siebie i pozwoliła wynająć mu mieszkanie w innym domu (o co on sam prosił od dawna pod różnymi pretekstami). Z wolna Stiepan Trofimowicz zaczął ją nazywać prozaiczną kobietą lub bardziej żartobliwie: „swoim prozaicznym przyjacielem”. Rozumie się, że na żarty takie pozwalał sobie tylko w formie pełnej szacunku i w odpowiednich momentach.

My, wszyscy bliscy – a Stiepan Trofimowicz bardziej od nas – rozumieliśmy, że syn stał jej się teraz czymś w rodzaju nowego marzenia. Silna miłość do syna zbudziła się w niej w okresie jego powodzeń w towarzystwie petersburskim, a zwiększyła się jeszcze, gdy przyszła wiadomość o jego degradacji. A jednak widoczne było, że go się bała i była jego niewolnicą. Bała się ona czegoś nieokreślonego, tajemniczego, czego by sama nie umiała wypowiedzieć i wiele razy nieznacznie a uważnie przyglądała się swemu Nicolas i... oto nagle zwierz wysunął pazury.

II

Nasz książę nagle ni z tego, ni z owego zachował się impertynencko w stosunku do dwóch, trzech osób, w sposób zupełnie niesłychany, niepodobny do niczego, co kiedykolwiek miało u nas miejsce i diabli wiedzą po co, zupełnie bez żadnego powodu. Jeden z najbardziej szanowanych członków naszego miejskiego klubu, Paweł Pawłowicz Gaganow, człowiek starszy i nawet zasłużony, miał niewinne przyzwyczajenie często mówić zapalczywie: „Nie, mnie za nos nikt wodzić nie będzie!”. I niechby sobie. Aż pewnego razu w klubie, gdy wypowiedział ten aforyzm zebranym wokoło siebie zwykłym bywalcom klubu (a wszystko byli to znani obywatele), Mikołaj Wsiewołodowicz, stojący dotąd na uboczu sam, podszedł nieoczekiwanie do Pawła Pawłowicza, silnie chwycił go za nos i pociągnął za sobą jakieś dwadzieścia kroków. Żalu do pana Gaganowa nie mógł mieć żadnego. Można by pomyśleć, że był to wybryk, rozumie się karygodny, ale opowiadano później, że w momencie czynu Mikołaj Wsiewołodowicz był prawie zadumany i jakby „niespełna rozumu”, ale o tym sobie przypomniano znacznie później. Z początku wszyscy pamiętali tylko drugi moment, kiedy on sobie już zdawał ze wszystkiego sprawę i nie tylko nie był zmieszany, ale przeciwnie, złośliwie się uśmiechał „bez wyrzutów sumienia”. Zrobiła się straszna awantura i winowajcę otoczyli. On zaś oglądał się wokoło, ciekawie przyglądając się wszystkim. Wreszcie, jakby nagle zamyślił się znowu, tak przynajmniej opowiadano, nachmurzył się, podszedł do obrażonego Pawła Pawłowicza i z widoczną niechęcią powiedział:

– Pan, rozumie się, mi wybaczy... Doprawdy nie wiem, co mi się nagle stało... głupstwo...

Niedbałe tłumaczenie równało się nowej obrazie. Oburzenie było coraz większe. Mikołaj Wsiewołodowicz wzruszył ramionami i wyszedł. Wszystko to było głupie i szkaradne, z pierwszego wrażenia wydawało się, że zrobił to umyślnie i z wyrachowaniem, i tym samym w szkaradny sposób ubliżył całemu naszemu towarzystwu. Tak też wszyscy to zrozumieli. Zaczęli więc od tego, że jednogłośnie wykluczyli pana Stawrogina z listy członków klubu. Następnie postanowiono zwrócić się do gubernatora i prosić go, by natychmiast (nie czekając, aż sprawa trafi do sądu) ukrócił wybryki zawadiaki i awanturnika w stolicy, powierzonego mu przez władzę administracyjną, i w ten sposób zapewnił spokój wszystkim przyzwoitym obywatelom naszego miasta. Złośliwie dodano do tego, że „może się przecież i na pana Stawrogina prawo znajdzie”. To właśnie zdanie przygotowali dla gubernatora, by mu dokuczyć za Barbarę Pietrownę. Całą sprawę rozdmuchiwano z przyjemnością.

Akurat jednak gubernatora nie było w mieście; pojechał niedaleko na chrzciny do pewnej młodej wdówki, ale wiedziano, że wkrótce wróci. Tymczasem urządzano szanownemu i obrażonemu Pawłowi Pawłowiczowi ciągłe owacje: obejmowano go i całowano, całe miasto składało mu wizyty. Chciano nawet na jego cześć urządzić składkowy obiad, ale zaniechano tego na wyraźną prośbę Pawła Pawłowicza, zrozumiawszy może w końcu, że ciągnięto jednak człowieka za nos i nie ma powodu do radości.

Cóż się jednak stało? Jak się to mogło stać? Ciekawe jednak, że nikt w całym mieście nie przypuszczał, by tego dzikiego czynu dopuścił się obłąkany. To znaczy, że i od normalnego Mikołaja Wsiewołodowicza można się było takiego postępowania spodziewać. Ja zaś dotychczas nie umiem sobie tego wszystkiego wyjaśnić, chociaż wkrótce nastąpił wypadek, zdawałoby się, wszystko tłumaczący. Dodam jeszcze, że po upływie czterech lat, kiedy go ostrożnie zapytałem o to zdarzenie, odpowiedział normalnie: „Tak, byłem wtedy niezupełnie zdrów”. Ale nie należy uprzedzać faktów.

Ciekawy był dla mnie również ten nagły wybuch nienawiści przeciwko zawadiace i awanturnikowi. Koniecznie chciano widzieć w jego postępowaniu zuchwały zamiar obrażenia całego towarzystwa. Dosłownie nikt człowieka tego nie lubił, wprost przeciwnie, wszystkich źle usposobił przeciwko sobie – ale czym? Do tej pory przecież z nikim się nie kłócił, nikogo nie obraził, a uprzejmy był tak, jak tylko mógłby być kawaler z modnego obrazka, gdyby mógł przemówić. Myślę, że nienawidzono go za jego dumę. Nawet nasze panie, które się nim z początku zachwycały, były przeciwko niemu teraz bardziej jeszcze niż mężczyźni.

Barbara Pietrowna była okropnie tą historią przygnębiona. Przyznała się ona później Stiepanowi Trofimowiczowi, że już dawno wiedziała, że coś nastąpi i właśnie „w tym rodzaju” – ciekawa uwaga ze strony rodzonej matki.

„Zaczęło się” – pomyślała, wzdrygając się. Nazajutrz po fatalnym wieczorze w klubie, zdecydowała rozmówić się ostatecznie z synem, a mimo to trzęsła się biedna ze strachu. Całą noc nie spała, rano poszła się poradzić Stiepana Trofimowicza i nawet płakała u niego, co jej się nigdy przedtem nie zdarzało. Pragnęła, by Nicolas choć cokolwiek jej powiedział, wytłumaczył.

Nicolas, zawsze uprzejmy i pełen szacunku w stosunku do matki, słuchał jej jakiś czas nasępiony, lecz bardzo poważnie. Nagle wstał, nie odpowiedział ani słowem, pocałował w rękę i wyszedł. A tego samego dnia wieczorem, jakby umyślnie, wydarzył się drugi skandal, znacznie słabszy i pospolitszy od pierwszego, ale dzięki ogólnemu nastrojowi, wzmógł jeszcze bardziej narzekania.

Właśnie podsunął się nasz Liputin. Przybył on do Mikołaja Wsiewołodowicza bezpośrednio po rozmowie tegoż z matką i gorąco go zapraszał do siebie na wieczorek, urządzany z okazji urodzin jego żony. Barbara Pietrowna dawno już zauważyła, że jej syn obraca się w niewłaściwym towarzystwie, ale nie śmiała robić mu uwag. Już i przedtem poczynił kilka trzeciorzędnych znajomości, ale już taką miał skłonność. U Liputina w domu nigdy jeszcze nie był, chociaż się z nim już spotykał. Zrozumiał, że Liputin zaprasza go wskutek wczorajszego skandalu w klubie i że, jako miejscowy liberał, szczerze myśli, że właśnie tak należy postępować z wybitniejszymi członkami klubu, i że to jest bardzo słuszne. Mikołaj Wsiewołodowicz roześmiał się i obiecał przyjechać.

Gości nazbierało się mnóstwo. Byli to ludzie nie okazali, lecz obrotni. Egoista i zazdrośnik Liputin tylko dwa razy do roku zapraszał gości, ale wtedy nie żałował już pieniędzy. Najbardziej oczekiwany gość, Stiepan Trofimowicz, wskutek choroby nie przyjechał. Podano herbatę, stała wódka i zakąski. Grano w karty na trzech stołach, a młodzież, czekając na kolację, urządziła tańce. Mikołaj Wsiewołodowicz poprosił do tańca panią Liputin, bardzo ładną kobietę, która się go okropnie bała. Obrócił się z nią dwa razy, usiadł obok niej i różnymi opowiadaniami rozśmieszał. Kiedy wreszcie zauważył, jaka jest ładniutka, gdy się śmieje, nagle wobec wszystkich gości objął ją i trzy razy z rzędu mocno pocałował w usta. Biedna kobieta z przestrachu zemdlała. Mikołaj Wsiewołodowicz wziął kapelusz, podszedł do struchlałego wśród ogólnego zamieszania męża, zawstydził się i bąknął: „Niech się pan nie gniewa”, po czym wyszedł. Liputin pobiegł za nim do przedpokoju, sam podał mu futro i odprowadził aż na schody.

Lecz nazajutrz nastąpiło uzupełnienie tej w istocie niewinnej historii, które zapewniło od tego czasu Liputinowi pewien rodzaj szacunku, co potrafił on zresztą wykorzystać. Koło dziesiątej rano do mieszkania pani Stawrogin przyszła robotnica Liputina, Agata, śmiała i rumiana kobieta lat około trzydziestu, z poleceniem do Mikołaja Wsiewołodowicza, i domagała się osobistego z nim widzenia. Mimo silnego bólu głowy, wyszedł do niej. Barbarze Pietrownie udało się być obecną przy tej rozmowie.

– Sergiusz Wasylicz (to jest Liputin) – śmiało zaczęła Agata – przede wszystkim kazał panu oddać ukłony i zapytać o pańskie zdrowie, dowiedzieć się, jak pan spał po wczorajszym i jak pan się po wczorajszym czuje?

Mikołaj Wsiewołodowicz uśmiechnął się:

– Oddaj pozdrowienia i podziękuj, i jeszcze powiedz, Agato, swemu panu ode mnie, że jest najmądrzejszym człowiekiem w mieście.

– A pan mój na to kazał mi odpowiedzieć – jeszcze śmielej podchwyciła Agata – że o tym wie bez pana i tego samego panu życzy.

– A skąd mógł wiedzieć twój pan, co ci powiem?

– Tego już nie wiem, ale kiedym wyszła i jużem spory kawałek drogi uszła, dogonił mnie mój pan bez czapki: „Słuchaj, Agato, jeżeli ci rozkażą, byś mi powiedziała, że jestem najmądrzejszy w mieście, to nie zapomnij natychmiast odpowiedzieć, że sam wiem o tym bardzo dobrze, wiem i życzę im tego samego”.

III

Wreszcie przyjechał gubernator. Nasz miły, delikatny Iwan Osipowicz tylko co zdążył wrócić i tylko co zdążył wysłuchać gorącej skargi klubu. Bez wątpienia trzeba było coś przedsięwziąć, lecz Iwan Osipowicz zmieszał się. Wyglądało na to, że nasz gościnny staruszek także bał się swego młodego krewnego. Wreszcie zdecydował się go namówić, by usprawiedliwił się przed klubem i przed obrażonym w odpowiedniej formie i, jeżeli zajdzie potrzeba, to na piśmie; a następnie delikatnie go skłonić, by wyjechał, na przykład do Włoch lub gdziekolwiek za granicę.

W salonie, do którego wszedł teraz, by przyjąć Mikołaja Wsiewołodowicza (kiedy indziej spacerował on bez przeszkód, jako krewny, po całym domu), wychowanek Alosza Tiełatnikow, urzędnik i jednocześnie zadomowiony u gubernatora człowiek, rozpieczętowywał przy stole pocztę, a w sąsiednim pokoju koło okna rozsiadł się przyjezdny, tęgi i zdrowy pułkownik, przyjaciel i były kolega Iwana Osipowicza, czytał „Głos” i rozumie się, nie zwracał zupełnie uwagi na to, co się działo w salonie, nawet był odwrócony plecami. Iwan Osipowicz zaczął mówić prawie szeptem, ale się plątał. Nicolas rzucał na niego złe spojrzenia, zupełnie nie jak na krewnego, był blady, wzrok miał spuszczony i brwi ściągnięte, jakby przezwyciężał silny ból.

– Serce ma pan dobre i szlachetne, Nicolas – powiedział między innymi staruszek – człowiek z pana wykształcony, obracał się pan w odpowiednim towarzystwie, a i tutaj dotychczas zachowywał się pan wzorowo i uspokoił serce drogiej nam wszystkim pańskiej matki. I oto teraz postępowanie pana przyjęło taki zagadkowy i niebezpieczny dla wszystkich obrót. Mówię jak przyjaciel waszego domu, jak szczerze przychylny panu starszy człowiek i krewny, na którego nie można się obrażać. Niech mi pan powie, co pobudza pana do popełniania takich niepohamowanych czynów, niezgodnych z ogólnie przyjętymi zasadami. Co mają znaczyć te historie, popełniane jakby w gorączce.

Nicolas słuchał go niechętnie i niecierpliwie. Nagle coś przebiegłego błysnęło w jego spojrzeniu.

– Zresztą powiem panu, co mnie do tego pobudza – powiedział i obejrzawszy się, nachylił się do ucha Iwana Osipowicza.

Alosza Tiełatnikow odsunął się jeszcze bardziej, a pułkownik chrząknął. Biedny Iwan Osipowicz pospiesznie i z ufnością zbliżył swoje ucho: był on ciekawy do ostateczności. I nagle zaszło coś zupełnie nieoczekiwanego, a jednak pod pewnym względem było to zupełnie zrozumiałe. Staruszek nagle poczuł, że Nicolas, zamiast powiedzieć mu ciekawą tajemnicę, schwycił zębami dosyć silnie górną część ucha. Zadrżał i zaparło mu dech.

– Nicolas, co za żarty! – jęknął w przerażeniu.

Alosza i pułkownik nie zdążyli nic zrozumieć, nic nie widzieli i do ostatniej chwili byli pewni, że ci sobie rozmawiają, a jednocześnie przerażała ich rozpaczliwa mina staruszka. Spoglądali na siebie, nie wiedząc, czy pospieszyć z pomocą, jak to było umówione, czy jeszcze poczekać. Być może, że Nicolas to zauważył i zacisnął mocniej zęby.

– Nicolas, Nicolas! – zajęczała znów ofiara. – Dosyć tych żartów...

Jeszcze chwila i staruszek umarłby ze strachu. Lecz potwór zlitował się i wypuścił ucho. Cała ta historia trwała może minutę, ale staruszek dostał później jakiegoś ataku. Pół godziny potem Nicolas został aresztowany i zamknięty w areszcie w oddzielnej celi, ze specjalnym dozorcą przy drzwiach. Decyzja była surowa, ale nasz łagodny gubernator tak się rozgniewał, że wziął na siebie całkowitą odpowiedzialność przed Barbarą Pietrowną. Ku ogólnemu zdumieniu, gdy dama ta w najwyższym zdenerwowaniu przyjechała do gubernatora, by zażądać natychmiastowych wyjaśnień, nie została wcale przyjęta. Z tym wróciła do domu, nie wysiadając z karety i nie wierząc sama sobie.

I w końcu wszystko się wyjaśniło. O drugiej po północy aresztant, dotychczas zupełnie spokojny, zaczął walić kułakami do drzwi, z nadnaturalną siłą oderwał żelazną kratę od okienka w drzwiach, stłukł szkło i pokaleczył sobie ręce. Kiedy dyżurny oficer przybiegł wraz z żołnierzami, by otworzyć drzwi i związać szaleńca, to okazało się, że miał atak białej gorączki. Przewieziono go natychmiast do matki. Wszyscy trzej nasi lekarze oświadczyli, że już od kilku dni chory tylko pozornie był przytomny, co zresztą potwierdzały fakty. W ten sposób wyglądało, jakby rzeczywiście Liputin pierwszy się domyślił. Iwan Osipowicz, człowiek delikatny i uczuciowy, strasznie się zawstydził, ale ciekawe, że i on uważał Mikołaja Wsiewołodowicza za zdolnego do wszystkiego w stanie normalnym. W klubie też się zawstydzono i nie rozumiano, jak można się było nie zorientować, kiedy tylko to jedno mogło wszystkie te wypadki tłumaczyć.

Nicolas chorował przeszło dwa miesiące. Z Moskwy sprowadzono lekarza na konsylium, całe miasto odwiedziło Barbarę Pietrownę. Wybaczyła. Kiedy na wiosnę Nicolas zupełnie już był zdrów, zgodził się bez sprzeciwu wyjechać do Włoch. Na prośbę matki złożył wszystkim pożegnalne wizyty.

W klubie dowiedziano się, że był on i u Pawła Pawłowicza Gaganowa i dał mu całkowite zadośćuczynienie. Składając wizyty, Nicolas był bardzo poważny i nawet ponury. Przyjmowano go życzliwie, lecz wszyscy czegoś się krępowali i zadowoleni byli, że wyjeżdża. Iwan Osipowicz, przyjmując go, aż się roztkliwił, lecz żegnając się z nim, nie mógł się zdecydować, by go uściskać. Doprawdy, niektórzy byli pewni, że łotr zakpił sobie z nich wszystkich, a choroba – to nic innego tylko przykrywka jego łajdactw. Pojechał on też do Liputina.

– Niech mi pan powie – zapytał go – skąd pan mógł wiedzieć, co powiem o pańskim rozumie i oprócz tego poinstruować Agatę, jakiej ma udzielić odpowiedzi?

– Uważam pana – zaśmiał się Liputin – za mądrego człowieka i domyśliłem się, co pan może powiedzieć.

– W każdym razie dziwny zbieg okoliczności. Ale, niech pan pozwoli, więc wtedy, kiedy pan przysłał Agatę, uważał mnie za normalnego człowieka, a nie za szaleńca?

– Za najmędrszego i najrozsądniejszego, udawałem tylko, że wierzę w pańskie szaleństwo. Zresztą sam się pan domyślił, przysyłając mi przez Agatę patent na dowcip.

– No, to się pan trochę myli; ja rzeczywiście... byłem chory... – bąkał Mikołaj Wsiewołodowicz. – Czy pan naprawdę myśli, że będąc przy zdrowych zmysłach byłbym zdolny do rzucania się na ludzi? Cóżby mi z tego przyszło?

Liputin skrzywił się i nie znalazł odpowiedzi. Nicolas zbladł lekko, lub może się to Liputinowi tylko zdawało.

– W każdym razie to było dowcipne – mówił dalej Nicolas – a Agatę pan przysłał, by mi nawymyślać.

– Czyż miałem pana wyzywać na pojedynek?

– Ach, prawda! Słyszałem, że pan nie jest zwolennikiem pojedynków. No, w każdym razie coś takiego obiło mi się o uszy.

– Po cóż naśladować Francuzów i przenosić ich zwyczaje na grunt rosyjski? – znów skrzywił się Liputin.

– Pan jest nacjonalistą?

Liputin jeszcze bardziej się skrzywił.

– Ale, ale, co widzę! – krzyknął Nicolas, zauważywszy nagle na widocznym miejscu na stole jeden z tomów dzieła Consideranta. – Czy pan aby nie jest zwolennikiem Fouriera? A czy to nie jest tłumaczenie z francuskiego?

– Nie, to nie jest tłumaczenie z francuskiego – ze złością krzyknął Liputin. – To jest tłumaczenie z ogólnoludzkiego języka, a nie z jednego francuskiego. Z języka ogólnoludzkiego, doświadczeń współżycia wspólnoty społecznej i harmonii – ot co! A nie z jednego francuskiego!

– Ach, do diabła, przecież nie ma zupełnie takiego języka – śmiał się dalej Nicolas.

Czasami nawet drobiazg utkwi w głowie i długo zatrzymuje na sobie uwagę. O panu Stawroginie będzie się jeszcze dużo mówiło później, ale teraz zwrócę uwagę, jako na rzecz niezmiernie ciekawą, że ze wszystkich wrażeń, jakie odniósł podczas swego pobytu, najbardziej utkwiła mu w pamięci niepokaźna postać urzędniczyny, zazdrośnika, brutalnego despoty, skąpca i lichwiarza, zamykającego resztki z obiadu i niedopałki świec na klucz, a jednocześnie gorliwego sekciarza Bóg wie jakiej przyszłej „społecznej harmonii”. Upajał się jej fantastycznymi obrazami i wierzył jak we własne istnienie w możliwość jej urzeczywistnienia się w Rosji i naszej guberni. I to tam, gdzie sam za uciułany kapitał kupił dom, tam gdzie się po raz drugi ożenił i dostał w posagu pieniądze i gdzie, być może, w obrębie stu wiorst nie było, począwszy od niego samego, kogoś choćby z pozoru przypominającego przyszłego członka „ogólnoludzkiej społecznej republiki i harmonii”.

„Bóg wie jedynie, skąd się biorą tacy ludzie” – myślał Nicolas, pełen wątpliwości, wspominając czasami nieoczekiwanego zwolennika Fouriera.

IV

Nasz książę podróżował przeszło trzy lata, tak że w mieście prawie o nim zapomniano. Myśmy wiedzieli od Stiepana Trofimowicza, że przejechał całą Europę, był w Egipcie i zawędrował aż do Jerozolimy, potem przyłączył się do jakiejś naukowej ekspedycji jadącej do Islandii. Opowiadano jeszcze, że w ciągu jednej zimy słuchał wykładów na jednym z niemieckich uniwersytetów. Do matki pisywał mało – raz na pół roku lub jeszcze rzadziej. Ale Barbara Pietrowna nie gniewała się i nie obrażała na niego. Ustalone stosunki przyjęła bez skarg i z pokorą, ale tęskniła i marzyła stale o swoim Nicolasie. Nawet od Stiepana Trofimowicza oddaliła się widocznie. Sama sobie coś planowała, stała się bardziej skąpa niż dawniej, jeszcze bardziej ciułała pieniądze i bardzo się gniewała, gdy Stiepan Trofimowicz przegrywał w karty.

Wreszcie w kwietniu otrzymała list z Paryża, od generałowej Praskowii Iwanowny, z którą Barbara Pietrowna nie widziała się i nie korespondowała od ośmiu lat – ta zawiadamiała ją, że Mikołaj Wsiewołodowicz jest u niej w domu częstym bywalcem, że zaprzyjaźnił się z Lizą (jedyną jej córką) i ma zamiar spędzić z nimi lato w Szwajcarii, w Vernex-Montreux, nie bacząc na to, że w rodzinie hrabiego K. (bardzo wpływowej w Petersburgu osoby), bawiącego obecnie w Paryżu, jest traktowany jak rodzony syn i że prawie tam mieszka. List był krótki, ale wyraźny, choć prócz wyszczególnionych faktów nie zawierał żadnych wniosków. Barbara Pietrowna zdecydowała się natychmiast, spakowała się momentalnie, zabrała ze sobą swoją wychowankę Darię (siostrę Szatowa) i w połowie kwietnia wyjechała do Paryża, a później do Szwajcarii. Wróciła w lipcu sama, pozostawiwszy Darię u Drozdowów, którzy mieli wrócić w końcu sierpnia.

Drozdowowie byli także obywatelami ziemskimi w naszej guberni, lecz służba generała Iwana Iwanowicza (byłego przyjaciela Barbary Pietrowny i pułkowego towarzysza jej męża) stale przeszkadzała im odwiedzić ich piękną posiadłość. Po śmierci generała, która nastąpiła zeszłego roku, niepocieszona wdowa wyjechała z córką za granicę, mając zamiar, między innymi, przeprowadzić winogronową kurację w Vernex-Montreux w drugiej połowie lata. Po powrocie do ojczyzny miały one zamiar na stałe zamieszkać w naszej guberni.

W mieście miały wielką kamienicę, niezamieszkałą od wielu lat. Byli to ludzie bogaci. Praskowia Iwanowna, z pierwszego małżeństwa pani Tuszyn, była, jak i jej koleżanka szkolna Barbara Pietrowna, posażną córką bogatego dzierżawcy. Jej mąż, dymisjonowany rotmistrz sztabowy, był również człowiekiem dosyć zamożnym i nie pozbawionym pewnych zdolności. Umierając, pozostawił swej jedynej siedmioletniej córce Lizie spory majątek. Teraz, kiedy Lizawieta Nikołajewna miała około dwadzieścia dwa lata, można było śmiało powiedzieć, że ma swoich własnych pieniędzy koło dwustu tysięcy rubli, nie mówiąc już o majątku matki, który miała z czasem odziedziczyć, gdyż Praskowia Iwanowna w drugim małżeństwie nie miała dzieci.

Barbara Pietrowna była widocznie bardzo zadowolona ze swej podróży. Jej zdaniem zdołała dostatecznie wszystko omówić z Praskowią Iwanowną i zaraz po powrocie opowiedziała wszystko Stiepanowi Trofimowiczowi, i była z nim nawet serdeczna, co się jej już dawno nie zdarzało.

– Hurra! – krzyknął Stiepan Trofimowicz i prztyknął palcami.

Był on zachwycony, tym bardziej że czas rozłąki ze swoją przyjaciółką spędził w ogromnym smutku. Wyjeżdżając za granicę, nie pożegnała się z nim nawet i nic nie powiedziała „tej babie” o swoich planach w obawie, by się nie wygadał. Była też na niego zła wtedy za nagle ujawnioną większą przegraną w karty. Ale w Szwajcarii poczuła, że trzeba porzuconego przyjaciela nagrodzić, tym bardziej że od dłuższego czasu była dla niego bardzo surowa. Szybka i tajemnicza rozłąka przeraziła lękliwe serce Stiepana Trofimowicza, tym bardziej że, jakby umyślnie, przyplątały się i inne wątpliwości. Męczyło go pewne poważne, dawne zobowiązanie pieniężne, któremu bez pomocy Barbary Pietrowny nie mógłby podołać.

Prócz tego w maju bieżącego roku skończyło się urzędowanie naszego łagodnego gubernatora Iwana Osipowicza. Następnie, również podczas nieobecności Barbary Pietrowny, odbył się wjazd nowego gubernatora, Andrzeja Antonowicza von Lembke. Natychmiast też ujawniła się zmiana stosunku społeczności gubernialnej względem Barbary Pietrowny, a więc i względem Stiepana Trofimowicza. W każdym razie zdążył on już zaobserwować kilka nieprzyjemnych wypadków i, zdaje się, strasznie stchórzył bez Barbary Pietrowny. W zdenerwowaniu przypuszczał, że już zapewne doniesiono gubernatorowi o nim, jako o niebezpiecznym człowieku. Dowiedział się też, że niektóre damy postanowiły przestać bywać u Barbary Pietrowny. O przyszłej żonie gubernatora, której oczekiwano u nas dopiero na jesieni, mówiono, że chociaż dumna, to jest prawdziwą arystokratką, a nie „jakąś tam nieszczęsną waszą Barbarą Pietrowną”. Wszyscy skądś dowiedzieli się dokładnie, że nowa gubernatorowa i Barbara Pietrowna spotykały się już kiedyś w towarzystwie i rozstały się wrogo względem siebie usposobione, tak że wspomnienie pani von Lembke działa na Barbarę Pietrownę w sposób przygnębiający. Krzepki i zwycięski wygląd Barbary Pietrowny, pogardliwa obojętność, z jaką potraktowała opinię naszych pań, od razu dodały otuchy Stiepanowi Trofimowiczowi, który starając się jej przypodobać, z humorem opowiadał o przyjeździe nowego gubernatora:

– Pani, excellente amie [Excellente amie (fr.) – wspaniała przyjaciółko.], bez wątpienia wiadomo – mówił on z kokieterią, wytwornie cedząc wyrazy – kim jest rosyjski zarządca w ogóle i co znaczy rosyjski zarządca nowo upieczony, nowo mianowany. Ale wątpię, czy pani wie, co to jest rozkoszowanie się władzą, czy pani zna wielkość pokusy upajania się nią na stanowisku pierwszego urzędnika w guberni, cóż to za ekscytująca rzecz!

– Upajanie się władzą? Nigdy o tym nie słyszałam, co to takiego?

– To jest... Vous savez, chez nous... En un mot [Vous savez, chez nous... En un mot (fr.) – Pani wie... Jednym słowem.], niech pani powierzy sprzedaż biletów kolejowych komuś najmarniejszemu, a będzie spoglądał na każdego kupującego bilet, jak Jowisz, pour vous montrer son pouvoir [Pour vous montrer son pouvoir (fr.) – by pokazać swą władzę.]. „Czekaj, ja ci pokażę, jaką mam nad tobą władzę”. I to właśnie jest rozkoszowanie się władzą... I dochodzi do tego, że taki osobnik wręcz się swoją władzą zachłystuje, en un mot. Oto niedawno czytałem, że pewien kościelny w jednej z naszych zagranicznych cerkwi wypędził, dosłownie wypędził pewną znaną rodzinę angielską przed rozpoczęciem nabożeństwa wielkopostnego – vous savez ces chants et le livre de Job... [Vous savez ces chants et le livre de Job... (fr.) – pani zna te psalmy z Księgi Hioba…] jedynie z tego powodu, że „nie można pozwolić na ciągłe wałęsanie się cudzoziemców po rosyjskich cerkwiach i że powinni przychodzić o oznaczonej porze”, i doprowadził do zemdlenia. Ten kościelny też miał atak zachwytu nad swoją władzą et il a montré son pouvoir... [Et il a montré son pouvoir... (fr.) – i pokazał swą władzę…]

– Niech się pan streszcza, jeżeli to możliwe, Stiepanie Trofimowiczu.

– Pan von Lembke pojechał teraz na inspekcję. En un mot, ten Andrzej Antonowicz, chociaż i rosyjski Niemiec prawosławnego wyznania i nawet, niech już będzie, wyjątkowo przystojny mężczyzna, z czterdziestoletnich...

– Skąd panu znowu przyszło na myśl, że on jest przystojnym mężczyzną? Ma przecież baranie oczy...

– W najwyższym stopniu. Ale ja się w tym wypadku liczę z opinią naszych pań...

– Zostawmy to, Stiepanie Trofimowiczu, ja pana proszę. Ale cóż to, nosi pan czerwone krawaty, czy już od dawna?

– Ja... ja... tylko dzisiaj...

– A czy pan stosuje się do wskazówek lekarza? Czy robi pan codziennie sześć wiorst, jak ma to pan nakazane?

– Nie... nie zawsze.

– Wiedziałam o tym. Przeczuwałam to jeszcze w Szwajcarii! – krzyczała w rozdrażnieniu. – Teraz będzie pan chodził nie po sześć, a po dziesięć wiorst dziennie. Pan się okropnie opuścił, okropnie, okropnie! Pan nie zestarzał się, a zniedołężniał... uderzyło mnie to jeszcze wcześniej, bez względu na ten czerwony krawat... quelle idée rouge [Quelle idée rouge (fr.) – ależ pomysł z tą czerwienią.]. Niech pan opowiada dalej o tym von Lembke, jeżeli ma pan coś do opowiedzenia i niech pan skończy wreszcie, jestem zmęczona.

– En un mot, chciałem tylko nadmienić, że to jest jeden z tych, co rozpoczynają swoją karierę, mając lat czterdzieści, a do tego czasu są niczym. Nagle stają się ludźmi dzięki tylko co pozyskanej żonie lub z innego równie rozpaczliwego powodu. Teraz wyjechał, ale chcę powiedzieć, że mu już zdążyli o mnie wiele nagadać, że psuję młodzież i szerzę ateizm w guberni... Zaczął natychmiast dowiadywać się.

– Czy aby naprawdę?

– Ja już nawet poczyniłem odpowiednie kroki. Kiedy mu o pani donieśli, oznajmił, że „więcej tego nie będzie”.

– Tak powiedział?

– Że „więcej tego nie będzie” i avec cette morgue [Avec cette morgue (fr.) – tak wyniośle]... Jego małżonkę, Julię Michałownę, ujrzymy tutaj w końcu sierpnia, przyjedzie prosto z Petersburga.

– Raczej z zagranicy. Spotkałyśmy się tam.

– Vraiment? [Vraiment? (fr.) – Naprawdę?]

– W Paryżu i w Szwajcarii. Jest spokrewniona z Drozdowem.

– Spokrewniona? Co za nadzwyczajny zbieg okoliczności! Mówią, że ambitna i... bardzo ustosunkowana.

– Brednie, stosuneczki! Jakie ona może mieć znajomości? Do czterdziestu pięciu lat była panną bez grosza, a teraz wyskoczyła za tego swojego Lembke i, ma się rozumieć, jedynym marzeniem jest zapewnić mu odpowiednie stanowisko. Oboje intryganci.

– O niej mówią, że jest o dwa lata starsza od niego?

– O pięć. Matka jej łaziła za mną wszędzie w Moskwie, na bale do mnie za życia Wsiewołoda Nikołajewicza z łaski była zapraszana. A ta całą noc, zdarzało się, siedziała w kącie nie tańcząc, ze swoją turkusową muchą na czole, tak że z litości o trzeciej w nocy posyłałam jej pierwszego tancerza. Miała wtedy dwadzieścia lat, a ubierano ją w króciutkie suknie, jak podlotka. Aż nieprzyjemnie było je zapraszać.

– Tę muchę to jakbym widział.

– Mówię panu, tylko co przyjechałam, a już się na intrygę natknęłam. Czytał pan list Drozdowej, cóż mogło być bardziej wyraźnego? I cóż zastaję? Ta głupia Drozdowa, ta to zawsze była głupia, patrzy na mnie pytająco; jakby nie rozumiała, po co przyjechałam. Może sobie pan wyobrazić, jaka byłam zdziwiona. Patrzę, a tu wierci się ta Lembke, a z nią siostrzeniec starego Drozdowa – i wszystko stało się dla mnie jasne. Rozumie się, że to wszystko zmieniłam i Praskowia znów jest po mojej stronie, ale intryga, intryga!

– Którą jednak pani pokonała. O, pani jest Bismarckiem!

– Nie będąc Bismarckiem, umiem jednak przejrzeć fałsz i głupotę, gdy je spotkam. Lembke, to fałsz, a Praskowia – głupota. Rzadko zdarzało mi się spotkać równie niezaradną kobietę, w dodatku nogi ma spuchnięte, a jednocześnie pełna jest dobroci. Cóż może być głupszego od dobrego głupca?

– Zły głupiec, ma bonne amie [Ma bonne amie (fr.) – moja dobra przyjaciółko.], zły głupiec jest jeszcze głupszy – szlachetnie oponował Stiepan Trofimowicz.

– Może ma pan rację. Przecież pan Lizę pamięta?

– Charmant enfant! [Charmant enfant! (fr.) – czarujące dziecko!]

– Teraz już nie enfant, a kobieta, i to kobieta z charakterem. Szlachetna i żywa, i podoba mi się w niej to, że matce, głupiej, wszystkim ufającej kobiecie, nie pobłaża. Przez tego kuzyna, o mało cała historia nie wyszła.

– Ba, przecież nie jest on wcale krewnym Lizawiety Nikołajewny. Czyżby żywił wobec niej jakieś zamiary, czy co?

– Widzi pan, jest to młody oficer, bardzo małomówny i nawet skromny. Pragnę być sprawiedliwa. Mam wrażenie, że on sam jest przeciwko tej całej intrydze i niczego nie pragnie, a wszystkiemu winna jest Lembke. On bardzo szanuje Nicolas. Rozumie pan, wszystko zależy od Lizy, a gdy wyjeżdżałam, była ona w doskonałej komitywie z Nicolas, a on obiecał przyjechać do nas w październiku. Jasne więc jest, że intryguje tylko Lembke, a Praskowia tego nie widzi. Kiedy mi powiedziała, że wszystkie moje podejrzenia to fantazja, w oczy jej odpowiedziałam, że jest głupia i gotowa jestem to powtórzyć na Sądzie Ostatecznym. I gdyby nie prośby Nicolas, nie wyjechałabym stamtąd, póki bym nie zdemaskowała tej fałszywej kobiety. Ona przez Nicolas przypochlebiała się hrabiemu K., chciała syna z matką poróżnić. Ale Liza jest po naszej stronie, a z Praskowią już też doszłam do porozumienia. Wie pan, Karmazynow jest jej krewnym.

– Co? Krewnym pani von Lembke?

– No tak, jej. Daleki krewny.

– Karmazynow, ten nowelista?

– No tak, literat, czemu się pan dziwi? Rozumie się, on sam uważa się za znakomitość. Nadęte stworzenie! Ona tu razem z nim przyjedzie, a teraz bywa z nim wszędzie razem. Ma zamiar jakieś tam zebrania literackie tu urządzić. On przyjedzie tu na miesiąc, by swoją ostatnią posiadłość sprzedać. O mało nie spotkałam się z nim w Szwajcarii, lecz bardzo sobie tego nie życzyłam. Zresztą, mam nadzieję, że raczy mnie poznać. Dawniej bywał u nas i listy do mnie pisywał. Bardzo bym więc pragnęła, żeby się pan, Stiepanie Trofimowiczu, lepiej ubierał, z dnia na dzień staje się pan bardziej zaniedbany... Och, jak mnie pan męczy! Co pan teraz czyta?

– Ja... ja...

– Rozumiem. Po dawnemu przyjaciele, po dawnemu pijatyki, klub, karty i opinia ateisty. Mnie się ta opinia nie podoba, Stiepanie Trofimowiczu. Ja bym sobie nie życzyła, żeby pana nazywali ateistą, szczególniej teraz nie życzyłabym sobie tego. Dawniej też sobie tego nie życzyłam, gdyż jest to jedynie czcza gadanina. Trzebaż wreszcie to powiedzieć.

– Mais, ma chère... [Mais, ma chère... (fr.) – ale, moja droga...]

– Niech pan posłucha, Stiepanie Trofimowiczu, pan, rozumie się, więcej ode mnie umie, ale jadąc tutaj, wiele o panu myślałam i doszłam do jednego wniosku.

– Do jakiegoż?

– Do tego, że my z panem jesteśmy na świecie nie najmądrzejsi, a że są mądrzejsi od nas.

– I dowcipnie, i trafnie. Jeżeli są mądrzejsi, to są i tacy, którzy mają więcej słuszności, więc my możemy się mylić, czyż nie tak? Mais, ma bonne amie, powiedzmy, że się mylę, ale przecież mam swoje ogólnoludzkie, wieczne prawo wolnego sumienia. Mam przecież prawo nie być świętoszkiem i fanatykiem, jeżeli tego chcę i, naturalnie, różne osoby będą mnie za to nienawidziły do końca mego życia. Et puis, comme on trouve toujours plus de moines que de raison [Et puis, comme on trouve toujours plus de moines que de raison (fr.) – Zawsze jest więcej mnichów niż rozumu.] i zupełnie się z tym zgadzam.

– Jak, jak pan powiedział?

– Powiedziałem: on trouve toujours plus de moines que de raison, i ponieważ się z tym...

– Tego pan na pewno sam nie wymyślił, skąd to jest wzięte?

– To Pascal powiedział.

– Tak też zrozumiałam... że nie pan! Dlaczego pan sam nigdy nic nie powie tak krótko i trafnie, a zawsze ciągnie pan wszystko tak długo. To było znacznie lepiej powiedziane, niż przedtem o rozkoszowaniu się władzą.

– Ma foi, chère... dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nie jestem Pascalem, et puis... [Et puis... (fr.) – a zresztą.] po wtóre my, Rosjanie nic nie umiemy w swoim języku powiedzieć. W każdym razie dotychczas jeszcześmy tego nie potrafili.

– Hm, może to i nieprawda. W każdym razie, dobrze by było, gdyby sobie pan tego rodzaju wyrażenia wypisywał i cytował w rozmowie, jeżeli zajdzie potrzeba. Ach, Stiepanie Trofimowiczu, ja przyjechałam, żeby z panem poważnie, bardzo poważnie pomówić.

– Chère, chère amie!

– Teraz kiedy te wszystkie Lembkowe, ci wszyscy Karmazynowie zjadą tutaj, to lepiej nie myśleć, co się stanie... O Boże, jak się pan zaniedbał! Och, jak mnie pan męczy! Pragnęłabym, żeby ci wszyscy ludzie pana szanowali. Przecież nie są oni warci pańskiego małego palca, a co pan z siebie zrobił? Co oni zobaczą? Co im pokażę? Zamiast służyć przykładem, okrąża się pan hałastrą, nabrał pan jakichś niemożliwych przyzwyczajeń, zniedołężniał pan, me może się pan obejść bez wina i kart, czyta pan tylko Paula de Kocka i nic pan nie pisze, podczas gdy oni wszyscy coś robią; cały czas schodzi panu na gadaninie. Czy można, czy dopuszczalne jest przyjaźnić się z taką hałastrą, jak pana nierozłączny Liputin?

– Dlaczego „mój” i dlaczego „nierozłączny”? – zaprotestował lękliwie Stiepan Trofimowicz.

– Gdzie on jest teraz? – ostro zapytała Barbara Pietrowna.

– On... on panią ogromnie szanuje i wyjechał, by odebrać pozostały po matce spadek.

– On, zdaje się tylko tyle robi, że pieniądze wciąż odbiera. A cóż Szatow? Ciągle to samo?

– Irascible, mais bon. [Irascible, mais bon (fr.) – porywczy, ale dobry.]

– Nie znoszę tego Szatowa, zły jest i uważa się za nadzwyczajnego!

– Jak zdrowie Darii Pawłowny?

– Pan o Daszę pyta? Skąd panu to na myśl przyszło? – Barbara Pietrowna spojrzała na niego z ciekawością. – Zdrowa jest, zostawiłam ją u Drozdowów... W Szwajcarii o pańskim synu słyszałam, ale nic dobrego.

– Oh, c’est une histoire bien bête! Je vous attendais, ma bonne amie, pour vous raconter... [Oh, c’est une histoire bien bête! Je vous attendais, ma bonne amie, pour vous raconter... (fr.) – Och, to jest naprawdę głupia historia! Oczekiwałem na panią, ma droga przyjaciółko, by pani to wszystko opowiedzieć.]

– Dosyć tego, Stiepanie Trofimowiczu, niech mi pan da spokój, zmęczyłam się już pańskimi opowieściami. Jeszcze zdążymy pomówić, szczególnie o rzeczach nieprzyjemnych. Ależ pan pryska śliną, śmieje się, ach, cóż za niedołęstwo! I jak dziwnie się pan teraz śmieje... Boże, ile złych przyzwyczajeń się nazbierało! Karmazynow do pana nie przyjedzie. A tu i tak wszystkiemu są radzi. Teraz dopiero wyszło na jaw, jaki pan jest naprawdę. Ale dosyć, dosyć, można się przecież wreszcie zlitować nad człowiekiem!

Stiepan Trofimowicz „zlitował się nad człowiekiem”, ale odszedł zmieszany.

V

Przyjaciel nasz rzeczywiście nabrał wiele złych nawyków, szczególnie w ostatnich czasach. Widocznie i szybko zaniedbał się, przestał dbać o swój wygląd i zrezygnował ze swego wykwintnego sposobu bycia. Pił więcej, stał się bardziej uczuciowy i z trudem panował nad nerwami. A równocześnie uwrażliwił się zbytnio na piękno. Twarz jego nabrała dziwnej zdolności szybkiego zmieniania wyrazu, z najbardziej uroczystego na śmieszny, a nawet głupi. Nie znosił samotności i bez przerwy pragnął, by go zabawiano. Trzeba mu było koniecznie powtarzać plotki, opowiadać anegdotki o tym, co się wydarzyło w naszym mieście, i to co dzień nowe. Jeżeli nikt nie przychodził, tęsknił, chodził z nudów po pokojach. A zbliżywszy się przypadkiem do okna, patrzył w zadumie w dal, wzdychając głęboko i prawie płacząc. Ciągle miał jakieś bliżej nieokreślone przeczucia, oczekiwał czegoś niespodzianego, stał się bojaźliwy i zwracał teraz wielką uwagę na sny.

Cały ten dzień i cały wieczór spędził bardzo smutno, przysłał po mnie, bardzo się denerwował, długo mówił, długo opowiadał, ale jakoś bez związku. Barbara Pietrowna wiedziała już od dawna, że nic przede mną nie ukrywa. Wydało mi się wreszcie, że go niepokoi coś, z czego sam nie zdaje sobie sprawy. Dawniej, gdyśmy zostawali sami, a on zaczynał skarżyć się, to prawie zawsze przynoszono nam wkrótce buteleczkę wina i stawało się zaraz raźniej. Tym razem wina nie było i łatwo mogłem zauważyć, że kilkakrotnie musiał się przezwyciężać, by nie posłać po nie.

– I czego ona się na mnie gniewa? – skarżył się jak dziecko.Tous les hommes de génie et de progrès en Russie étaient, sont et seront toujours des karciarze et des pijacy, qui boivent en zapoi [Tous les hommes de génie et de progrès en Russie étaient, sont et seront toujours des... et des..., qui boivent en zapoi (fr.)– Wszyscy genialni i postępowi ludzie w Rosji to są... i..., którzy piją na umór.], do utraty przytomności... a ja zupełnie nie jestem karciarzem ani pijakiem... Robi mi wyrzuty, że nic nie piszę. Dziwny pomysł! Dlaczego się wyleguję? „Pan – mówi ona – powinien służyć przykładem”. Mais, entre nous soit dit [Mais, entre nous soit dit (fr.) – jednakże mówiąc między nami.], cóż więcej ma robić człowiek, któremu przypadło w udziale „służyć przykładem”, jak nie leżeć – czy ona to rozumie?

Zrozumiałem wreszcie, jaki był główny powód jego udręki. Wiele razy w ciągu tego wieczoru podchodził on do lustra i długo przypatrywał się sobie. Wreszcie odwrócił się od lustra i powiedział z jakąś dziwną rozpaczą:

– Mon cher, je suis un [Mon cher, je suis un... (fr.) – mój drogi, ja jestem...] zaniedbany człowiek, który stał się już zupełnie zgorzkniały.

I rzeczywiście, do tej pory, do tego dnia, jednego był tylko zupełnie pewny, bez względu na wszystko, na „nowe zapatrywania” i „zmianę poglądów” Barbary Pietrowny, że wciąż jest jeszcze niebezpieczny dla jej kobiecego serca i to nie tylko jako zesłaniec i znakomity uczony, ale przede wszystkim jako przystojny mężczyzna. Dwadzieścia lat żył on w tym przekonaniu, jakie schlebiało jego męskiej ambicji i podnosiło go na duchu, i może z tym właśnie przekonaniem najtrudniej mu się było rozstać. Czyżby przeczuwał wtedy, jak bardzo doświadczy go los w najbliższej przyszłości?

VI

Przystąpię teraz do opisania wypadku, po części już zapomnianego, a od którego powinna się zacząć właściwe moja kronika.

W końcu sierpnia przyjechali wreszcie z zagranicy Drozdowie. Niewiele wcześniej przybyła dawno oczekiwana przez całe miasto ich krewna, nasza nowa gubernatorowa. Ale o tych wszystkich ciekawych zdarzeniach opowiem później, na razie ograniczę się tylko do tego, że Praskowia Iwanowna przywiozła niecierpliwie oczekującej jej Barbarze Pietrownie zagadkową wiadomość: Nicolas rozstał się z nimi jeszcze w lipcu i spotkawszy na Renie hrabiego K., udał się z nim i z jego rodziną do Petersburga (notabene wszystkie trzy córki hrabiego były zaręczone).

– Liza jest dumna i krnąbrna, nie mogłam się więc niczego dowiedzieć – kończyła Praskowia Iwanowna. – Ale sama spostrzegłam, że coś zaszło między nią a Mikołajem Wsiewołodowiczem. Nic dokładnego jednak nie wiem, niech się pani zapyta zresztą o to Darię Pawłownę. Wydaje mi się jednak, że Liza jest obrażona. Jestem niezmiernie zadowolona, że przywiozłam pani nareszcie jej faworytkę i oddaję ją pani do rąk własnych: dobrze, że się jej pozbywam.

Zjadliwe te słowa były wypowiedziane z wyraźnym zdenerwowaniem. Było widać, że „rozmiękła baba” wcześniej sobie przygotowała to przemówienie i z góry cieszyła się na efekt, jaki uczyni. Ale Barbara Pietrowna nie dała się zbyć sentymentalnymi efektami i zagadkowymi powiedzeniami. Surowo zażądała dokładnych wyjaśnień. Praskowia Iwanowna natychmiast spuściła z tonu, w końcu się nawet rozpłakała i zaczęła czynić Barbarze Pietrownie przyjacielskie zwierzenia. Tej nerwowej, ale sentymentalnej damie, równie jak i Stiepanowi Trofimowiczowi, była ciągle niezbędna szczera przyjaźń i główna jej uraza do Lizawiety Pietrowny polegała na tym, że „córka nie jest jej przyjaciółką”.

Ale ze wszystkich wyjaśnień i wynurzeń wypływało jasno tylko to jedno, że między Lizą i Nicolas zaszło jakieś nieporozumienie, ale Praskowia Iwanowna nie potrafiła się zorientować, na czym ono polegało. Co się zaś tyczy Darii Pawłowny, to nie tylko, że Praskowia Iwanowna cofnęła całe swoje oskarżenie, ale nawet prosiła, by nie przypisywać żadnego znaczenia temu, co poprzednio mówiła, gdyż powiedziała to wszystko „w zdenerwowaniu”. Słowem, wszystko było w dalszym ciągu niewyraźne i nawet podejrzane. Według jej opowiadania, przyczyną nieporozumienia było „krnąbrne i drwiące” usposobienie Lizy, a „dumny Mikołaj Wsiewołodowicz, chociaż bardzo zakochany, nie chciał tych drwin znosić i sam zaczął pokpiwać”.

– Wkrótce potem poznaliśmy pewnego młodego człowieka, zdaje się bratanka tego pani „profesora”, gdyż nazwisko też ma to samo...

– Syn, a nie bratanek – poprawiła Barbara Pietrowna. Praskowia Iwanowna i dawniej nie mogła zapamiętać nazwiska Stiepana Trofimowicza i zawsze nazywała go „profesorem”.

– Wszystko jedno zresztą, jeżeli syn, to jeszcze lepiej. Zwykły młody człowiek, bardzo żywy, ale nic szczególnego. I tu właśnie Liza postąpiła niedobrze; zbliżyła do siebie młodego człowieka, chcąc wzbudzić w Mikołaju Wsiewołodowiczu zazdrość. Nie oskarżam jej znów tak bardzo: jest to zwykła taktyka dziewczęca i nawet miła. Tylko że Mikołaj Wsiewołodowicz, zamiast wpaść w zazdrość, zaprzyjaźnił się bardzo z młodym człowiekiem, jakby nic nie spostrzegł i jakby mu było wszystko jedno. Lizę to silnie zdenerwowało. Młody człowiek wkrótce wyjechał (spieszył się dokądś), a Liza zaczęła się o byle co do Mikołaja Wsiewołodowicza przyczepiać. A kiedy zauważyła, że on niekiedy z Darią rozmawia, zaczęła się wściekać, przy czym i mnie się porządnie dostało. Doktorzy zabronili mi się denerwować, a to ich zachwalane jezioro sprzykrzyło mi się, zęby mnie tylko rozbolały, takiego się reumatyzmu nabawiłam. Piszą nawet, że od Jeziora Genewskiego zęby bolą; taką już ma właściwość. A tu nagle Mikołaj Wsiewołodowicz otrzymał list od hrabiny i nazajutrz wyjechał. Pożegnali się po przyjacielsku, Liza, odprowadzając go, była bardzo wesoła i bardzo się nim opiekowała. Rozumie się jednak, że udawała. Po jego wyjeździe była wciąż zamyślona, nie wspominała go zupełnie i mnie nie pozwalała. I pani, miła Barbaro Pietrowno, radziłabym nie mówić z nią teraz o tym, bo to tylko może zaszkodzić. Przypuszczam, że sama zacznie mówić, jeżeli się jej nie dopytywać, i wtedy się pani wszystkiego dowie. Według mnie, zejdą się oni znowu, jeżeli tylko Mikołaj Wsiewołodowicz przyjedzie, jak obiecał.

– Natychmiast mu napiszę. Jeżeli rzeczywiście tylko tyle było, to jest to tylko mało znaczące nieporozumienie. Wszystko to głupstwo! Zaś Darię też za dobrze znam; głupstwo!

– Muszę się przyznać, że w stosunku do Darii zawiniłam. Rozmawiali tylko ze sobą i to zawsze głośno. Ale mnie to wszystko wtedy już strasznie rozstroiło. Zresztą widziałam, że i Liza znów się do niej dobrze odnosi...

Barbara Pietrowna tegoż dnia napisała list do Nicolas, błagając go, by chociaż o miesiąc przyśpieszył swój przyjazd. W każdym razie w całej tej sprawie pozostawało wciąż jeszcze coś niejasnego i niewytłumaczonego. Myślała o tym przez cały wieczór i całą noc. Wyjaśnienie Praskowii wydało jej się zbyt naiwne i sentymentalne. „Praskowia zawsze była zbyt uczuciowa, jeszcze na pensji – myślała. – Nicolas nie jest taki, by zląkł się drwin niemądrej dziewczyny. Jeżeli się rzeczywiście poróżnili, to powód musi być całkiem inny. Oficera tego jednak przywiozły ze sobą i traktują jak krewnego. Za prędko też przestała oskarżać Darię, widocznie nie wszystko chciała powiedzieć”.

Rano Barbara Pietrowna miała już gotowy projekt, jak wyjaśnić przynajmniej jedną wątpliwość – projekt zgoła nieoczekiwany. Co się działo w jej sercu, gdy się nań decydowała? – trudno powiedzieć. Zresztą ograniczę się tylko do wyliczenia faktów, tak jak one miały miejsce, i nie ponoszę odpowiedzialności, jeżeli wydadzą się niewiarygodne. Muszę jednak jeszcze zaświadczyć, że rano nie podejrzewała o nic Darię, zresztą i przedtem nie miała żadnych podejrzeń; za bardzo była jej pewna. Prócz tego nie mogło jej się w głowie pomieścić, by jej Nicolas mógł zainteresować się jej... „Darią”. Rano, kiedy Daria Pawłowna rozlewała przy stole herbatę, Barbara Pietrowna długo i uważnie jej się przyglądała i być może już po raz dwudziesty od wczoraj powiedziała sobie z przekonaniem:

–Wszystko brednie, bez większego znaczenia!

Zauważyła tylko, że Daria ma zmęczony wyraz twarzy, jest jeszcze cichsza niż dawniej i jeszcze bardziej apatyczna. Po herbacie zabrały się, jak zwykle, do szycia. Barbara Pietrowna dopytywała się, jakie wrażenie wywarł na niej pobyt za granicą, głównie interesowała się przyrodą, ludnością, miastami, obyczajami, przemysłem – pytała o wszystko, co Daria zdążyła zaobserwować. Ani jednego pytania, dotyczącego Drozdowów i pobytu u nich. Daria, siedząc przy stoliku i pomagając jej haftować, opowiadała już z pół godziny równym, jednolitym, ale trochę słabym głosem.

– Dario – przerwała jej nagle Barbara Pietrowna – czy nie zaszło nic takiego, co byś mi chciała opowiedzieć?

– Nie, nic takiego się nie zdarzyło – Daria chwilę pomyślała i spojrzała swymi jasnymi oczami na Barbarę Pietrownę.

– Na duszy, na sercu, na sumieniu?

– Nic – cicho, lecz z jakąś ponurą stanowczością powtórzyła Daria.

– Byłam tego pewna! Wiesz, Dario, że nigdy nie zwątpię w ciebie. Teraz siedź i słuchaj. Przejdź na to krzesło, siądź naprzeciw mnie, chcę cię całą widzieć. O, tak. Słuchaj – chcesz wyjść za mąż?

Dasza odpowiedziała jej długim pytającym spojrzeniem, nie zdziwiwszy się zresztą za bardzo.

– Czekaj, nic nie mów. Po pierwsze, jest różnica wieku, nawet bardzo znaczna; ale ty wiesz chyba najlepiej, jakie to jest głupstwo. Ty jesteś rozsądna i w życiu twoim nie powinno być błędów. Zresztą on jest jeszcze przystojnym mężczyzną. Jednym słowem, Stiepan Trofimowicz, któregoś zawsze szanowała. No?

Dasza spojrzała jeszcze bardziej pytająco i tym razem nie tylko zdziwiła się, ale i zaczerwieniła się wyraźnie.

– Czekaj jeszcze, nie spiesz się! Chociaż zapisałam ci w testamencie pieniądze, ale co z tobą będzie po mojej śmierci, nawet jeśli będziesz miała pieniądze? Oszukają cię, zabiorą pieniądze i zginiesz. A tak będziesz żoną sławnego człowieka. Teraz popatrz z drugiej strony: gdybym teraz umarła – chociaż i jego zabezpieczę, co z nim będzie? A do ciebie mam zaufanie. Czekaj, jeszcze nie powiedziałam wszystkiego: on jest lekkomyślny, okrutny, egoista, ma złe nawyki, ale ty go ceń, bo są jeszcze znacznie gorsi. Czy aby nie myślisz, że chcę cię wydać za mąż za jakiegoś łotra? A głównie będziesz go szanowała, bo ja cię o to proszę – urwała nagle nerwowo. – Słyszysz?

Dasza cały czas słuchała w milczeniu.

– Czekaj jeszcze. On baba – ale przecież dla ciebie jeszcze lepiej. Opłakana, co prawda baba, nie należałoby kobiecie takiego kochać. Ale trzeba go za jego bezradność kochać i ty go kochaj za tę jego bezradność. Ty mnie przecież rozumiesz? Rozumiesz?

Dasza kiwnęła twierdząco głową.

– Wiedziałam, że tak będzie! On będzie ciebie kochał, bo powinien, on powinien cię uwielbiać! – krzyknęła zdziwiona Barbara Pietrowna. – On zresztą i bez obowiązku zakocha się w tobie, przecież ja go znam. Prócz tego ja tu będę. Nie obawiaj się, ja tu zawsze będę. On będzie się na ciebie skarżył, będzie cię oczerniał, pierwszym lepszym będzie mówił o tobie i będzie jęczał, ciągle jęczał. Będzie do ciebie listy pisywał, z jednego pokoju do drugiego, po dwa listy dziennie, lecz żyć bez ciebie nie będzie mógł i to jest najważniejsze. Zmuś go, by cię słuchał; będziesz głupia, jeśli nie potrafisz go do tego zmusić. Będzie się chciał wieszać, grozić ci będzie – nie wierz, to jest tylko gadanie. Nie wierz, a jednak uważaj, bo może przyjść taka chwila, że się naprawdę powiesi, nie będzie to dowodem jego siły, lecz słabości i dlatego nigdy nie przeciągaj struny – to jest pierwsza zasada w małżeństwie. Pamiętaj także, że on jest poetą. Posłuchaj, Dario, nie ma większego szczęścia nad złożenie siebie w ofierze. I do tego zrobisz mi wielką przyjemność, co jest najważniejsze. Nie myśl tylko, że głupstwa plotę, ja wiem, co mówię. Ja jestem egoistką, bądź i ty egoistką. Nie zmuszam cię przecież, jak zechcesz, tak będzie. No, czego siedzisz, powiedzże cokolwiek!

– Mnie jest wszystko jedno, Barbaro Pietrowno, jeżeli już wyjście za mąż jest konieczne – stanowczo powiedziała Daria.

– Konieczne? Co chcesz przez to powiedzieć? – Barbara Pietrowna surowo i uważnie spojrzała na nią.

Daria milczała, obracając igłę na krosienkach.

– Chociaż jesteś mądra, ale głupstwo powiedziałaś. To prawda, że teraz pomyślałam o tym, żeby wydać cię za mąż, ale nie dlatego, żeby to było konieczne, a dlatego, że sobie tak ułożyłam i to jedynie za Stiepana Trofimowicza. Gdyby nie on, nie pomyślałabym o tym, by cię teraz za mąż wydawać, choć masz już dwadzieścia lat... No?

– Jak sobie pani życzy, Barbaro Pietrowno.

– Więc zgadzasz się! Czekaj, dokąd się spieszysz, to jeszcze nie wszystko! Zapisałam ci w testamencie piętnaście tysięcy rubli. Wydam ci je zaraz po ślubie. Z tych piętnastu dasz mu osiem tysięcy, to jest nie jemu, a mnie. Winien jest osiem tysięcy, ja zapłacę, ale trzeba, żeby wiedział, że twoimi pieniędzmi. Zostanie ci siedem tysięcy, ale pamiętaj, byś mu pod żadnym pozorem nie dawała nic z tych pieniędzy. Nigdy też nie płać jego długów. Raz zapłacisz, później nie dasz sobie rady. Zresztą, ja tu zawsze będę. Będziecie otrzymywać ode mnie rocznie tysiąc dwieście rubli, wraz z pieniędzmi na nieprzewidziane wydatki tysiąc pięćset, prócz mieszkania i jedzenia, z których będziecie korzystać jak dotychczas. Tylko służbę musicie mieć swoją własną. Pieniądze za cały rok z góry będę dawała tobie, ale bądź dla niego dobra, daj mu też od czasu do czasu trochę pieniędzy i pozwól, by przyjaciele przychodzili do niego raz na tydzień, lecz nie częściej. Już ja zresztą tego dopilnuję. Gdybym umarła, mieszkanie i utrzymanie dostawać będziecie, aż do jego śmierci, słyszysz? – do jego śmierci, bo to daję jemu, a nie tobie. A tobie prócz tych siedmiu tysięcy, które otrzymasz zaraz, zapiszę jeszcze osiem tysięcy. No i cóż, zgadzasz się? Powiedz coś wreszcie!

– Już powiedziałam, Barbaro Pietrowno.

– Pamiętaj, że to zależy od ciebie, będzie jak zechcesz.

– Więc niech mi pani powie, Barbaro Pietrowno, czyżby Stiepan Trofimowicz mówił już pani coś o tym?

– Nie, on nic nie mówił i o niczym nie wie. Ale zaraz będzie mówił i poprosi mnie o twoją rękę.

Prędko wstała i narzuciła na siebie czarny szal, a następnie ruszyła w kierunku drzwi.

Dasza znowu z lekka się zaczerwieniła i wodziła za nią pytającym wzrokiem. Barbara Pietrowna odwróciła się nagle z czerwoną od gniewu twarzą:

– Głupia jesteś – napadła na nią jak jastrząb – głupia niewdzięcznica! Co ty sobie wyobrażasz? Czyż przypuszczasz, że ja cię czymkolwiek skompromituję chociażby na jotę? On sam będzie na kolanach cię błagał, on powinien umrzeć ze szczęścia, tak to wszystko będzie urządzone. Wiesz przecież, że nie pozwolę cię skrzywdzić. Albo może myślisz, że on ciebie za te osiem tysięcy weźmie, a ja biegnę, żeby cię sprzedać. Ach, głupia, głupia, wszystkie jesteście głupie niewdzięcznice! Daj parasolkę!

I pobiegła piechotą po mokrych od deszczu trotuarach, wysypanych tłuczoną cegłą, do Stiepana Trofimowicza.

VII

To była prawda, że nie dałaby ona Daszy skrzywdzić. Przeciwnie, uważała się teraz za jej dobrodziejkę. Zapałała najbardziej szlachetnym oburzeniem, kiedy zakładając szal, zauważyła skierowane na nią nieufne spojrzenie wychowanicy. Barbara Pietrowna kochała ją szczerze od dzieciństwa. Praskowia Iwanowna słusznie nazwała Darię Pawłownę jej faworytką. Dawno już zadecydowała Barbara Pietrowna, że Daria ma zupełnie inny charakter, niż jej brat Iwan Szatow, że jest cicha i łagodna, zdolna do wielkich poświęceń, odznacza się wielkim przywiązaniem, wielką skromnością, dużym rozsądkiem i, co najważniejsze, jest wdzięczna. Dotychczas Daria nie zawiodła swej opiekunki.

„W tym życiu nie będzie pomyłek” – powiedziała Barbara Pietrowna, kiedy dziewczynka miała dwanaście lat, a że miała zwyczaj uparcie i namiętnie przywiązywać się do każdego nęcącego ją marzenia, do każdej swojej myśli, która wydawała się jej świetna, więc natychmiast postanowiła wychować Darię jak rodzoną córkę. Nie zwlekając, odłożyła dla niej kapitał, przyjęła dla niej guwernantkę, miss Kreegs, którą nie wiadomo dlaczego, gdy Daria ukończyła szesnaście lat, oddalono. Przychodzili też gimnazjalni profesorowie, a wśród nich jeden prawidziwy Francuz, który uczył Daszę francuskiego. Temu też nagle wymówiono, jakby wypędzono. Pewna biedna wdowa wysokiego pochodzenia uczyła ją grać na fortepianie. Lecz głównym jednak nauczycielem był Stiepan Trofimowicz. Prawdę powiedziawszy on pierwszy się na niej poznał: zaczął uczyć ciche dziecko jeszcze wtedy, gdy Barbara Pietrowna nie myślała o niej. Znowu warto powtórzyć: zdumiewające, jak się do niego przywiązywały dzieci; Lizawieta Nikołajewna uczyła się u niego od ósmego do jedenastego roku życia (rozumie się, Stiepan Trofimowicz uczył ją bez pieniędzy, za nic w świecie nie brałby od Drozdowów wynagrodzenia). Ale pokochał piękne dziecko i opowiadał jej całe poematy o powstaniu świata, Ziemi, o historii ludzkości. Wykłady o pierwotnych narodach i pierwotnym człowieku były ciekawsze od arabskich bajek. Liza, która ubóstwiała jego opowiadania, nadzwyczajnie dowcipnie naśladowała Stiepana Trofimowicza u siebie w domu. Dowiedział się o tym i kiedyś przyłapał ją znienacka. Zawstydzona Liza rzuciła mu się w objęcia i rozpłakała się, a Stiepan Trofimowicz, w zachwycie, również się rozpłakał. Lecz Liza wkrótce wyjechała i pozostała mu tylko Dasza.

Kiedy do Daszy zaczęli przychodzić nauczyciele, Stiepan Trofimowicz przestał się nią zajmować i z wolna zupełnie przestał na nią zwracać uwagę. Tak trwało przez długi czas. Pewnego razu, kiedy miała już siedemnaście lat, Stiepan Trofimowicz zauważył nagle jej urodę. Stało się to przy stole u Barbary Pietrowny. Rozmówił się z młodą dziewczyną, podobały mu się jej odpowiedzi i w końcu zaproponował, że gotów jest przejść z nią obszernie i poważnie kurs historii literatury rosyjskiej. Barbara Pietrowna pochwaliła go i podziękowała za doskonały pomysł, a Dasza była zachwycona. Stiepan Trofimowicz zaczął się starannie przygotowywać do wykładów i wreszcie rozpoczęli. Zaczęli od najdawniejszego okresu.

Pierwszy wykład był zachwycający, Barbara Pietrowna była na nim obecna. Kiedy Stiepan Trofimowicz skończył i oznajmił swej uczennicy, że na następnym wykładzie przystąpi do rozbioru poematu Słowo o pułku Igora, nagle Barbara Pietrowna wstała i oznajmiła, że wykładów więcej nie będzie. Stiepanowi Trofimowiczowi zrobiło się przykro, ale nic nie powiedział, Dasza silnie się zaczerwieniła i cała sprawa została w ten sposób zakończona. Od owej chwili, aż do obecnej nieoczekiwanej fantazji Barbary Pietrowny minęły akurat cztery lata.

Biedny Stiepan Trofimowicz siedział sam i nic nie przeczuwał. Smutno zadumany dawno już wyglądał przez okno i pragnął, by go ktoś odwiedził. Ale nikt nie przychodził. Na ulicy mżyło, robiło się zimno. Trzeba było napalić w piecu. Stiepan Trofimowicz westchnął. Nagle ujrzał przed sobą straszne widziadło: Barbara Pietrowna w taką pogodę i o tak dziwnej porze szła do niego. I piechotą! Był do tego stopnia zdumiony, że zapomniał włożyć garnitur i przyjął ją tak jak był: w zwykłym różowym, pikowanym kaftanie.

– Ma bonne amie!... – krzyknął z lekka, idąc jej na spotkanie.

– Jestem zadowolona, że zastałam pana samego, nie znoszę pańskich przyjaciół. Że też pan tyle pali. Boże, co to za powietrze! Dwunasta już godzina, a pan jeszcze herbaty, widzę, nie dopił. Największe dla pana szczęście – nieporządek. Największa rozkosz – śmieci! Co to za porwane papierki na podłodze? Nastazjo! Nastazjo! Co robi pańska Nastazja? Otwórz, matko, okna, lufciki, drzwi, wszystko na oścież. I pozamiataj chociaż raz w życiu!

– Kiedy pan śmieci – żałośnie zapiszczała Nastazja.

– A ty zamiataj, piętnaście razy zamiataj. Obrzydliwy jest ten salon (kiedy już weszli do salonu). Niech pan porządnie zamknie drzwi, bo ona będzie podsłuchiwała. Koniecznie trzeba tapety zmienić. Przecież przysyłałam panu tapeciarza z wzorami, dlaczego pan nic nie wybrał? Niech pan siada i słucha. Proszę pana, niechże pan siada. Dokądże pan? Dokąd?

– Ja z... zaraz – zawołał z drugiego pokoju Stiepan Trofimowicz. – Oto jestem znowu!

– A, pan się przebrał! – drwiąco na niego spojrzała (narzucił marynarkę na kaftan). – Tak, rzeczywiście, będzie pan odpowiednio ubrany do naszej rozmowy. Niechże pan wreszcie siada.

Powiedziała mu od razu, o co chodzi, ostro i przekonująco. Wspomniała mu o ośmiu tysiącach, które mu były tak potrzebne. Szczegółowo opowiedziała o posagu. Stiepan Trofimowicz wytrzeszczał oczy i drżał. Słyszał wszystko, lecz nie mógł zrozumieć. Chciał coś powiedzieć, lecz nic mógł wydobyć głosu. Wiedział tylko, że będzie wszystko tak, jak ona zechce i że oponować i nie zgadzać się nie ma sensu, i że jest on już żonaty bezpowrotnie.

– Mais, ma bonne amie... po raz trzeci w moim wieku i z takim dzieckiem. – wydobył wreszcie z siebie kilka słów. – Mais c’est une enfant! [Mais c’est une enfant! (fr.) – Przecież to jest dziecko!]

– Dziecko, które ma, dzięki Bogu, dwadzieścia lat, niech pan nie przewraca oczami, proszę bardzo, tu nie jest teatr. Pan jest bardzo mądry i wykształcony, ale życia pan zupełnie nie rozumie i potrzebna panu jest ścisła opieka. Co z panem się stanie, kiedy ja umrę? A ona będzie zupełnie odpowiednią dla pana niańką: jest to dziewczyna skromna, energiczna, rozsądna; prócz tego ja też tu będę, nie zaraz przecież umrę. Ona jest domatorką i łagodna, łagodna jak anioł! – krzyknęła zapalczywie. – U pana jest brud, u niej będzie czystość i porządek. E, czyż pan przypuszcza, że mając taki skarb, ja prosić się pana jeszcze powinnam, wyliczać wszystkie korzyści, swatać! Pan powinien na kolanach... O, próżny, próżny, słaby człowieku!

– Ale... ja jestem już starcem.

– Co za znaczenie mają pana pięćdziesiąt trzy lata? Pięćdziesiąt lat to nie koniec, a połowa życia. Pan jest przystojnym mężczyzną, sam pan o tym wie. Wie pan także i to, że ona pana szanuje. Niech ja umrę i co się z nią stanie? A z panem ona będzie spokojna i ja też. Pan ma znaczenie, znane nazwisko i kochające serce; otrzymuje pan mieszkanie i jedzenie, które dawać panu uważam za swój obowiązek. Kto wie, czy pan jej nie uratuje! W każdym razie zaszczyt jej pan robi. Pan ją przygotuje do życia, rozwinie jej serce, nada kierunek jej myślom. Do tego czasu będzie gotowe pana dzieło i pan się od razu wszystkim przypomni.

– Ja właśnie – powiedział połechtamy zręcznym pochlebstwem Barbary Pietrowny – ja właśnie mam zamiar zabrać się do moich Opowiadań z hiszpańskiej historii...

– No, widzi pan, akurat dobrze się składa.

– Ale... ona? Czy pani jej powiedziała?

– O nią niech się pan nie martwi i niech pan nie będzie ciekawy. Rozumie się, musi ją pan sam prosić, błagać, by zechciała panu zrobić ten zaszczyt. Ale niech się pan nie niepokoi, już ja to załatwię. Prócz tego, przecież ona się panu bardzo podoba.

Stiepanowi Trofimowiczowi zakręciło się w głowie, ściany zawirowały. Męczyła go pewna myśl, z którą się nie mógł uporać.

– Excellente amie! – powiedział wreszcie drżącym głosem. – Ja... ja nigdy nie przypuszczałem, że pani zdecyduje się ożenić mnie... z inną... kobietą!

– Pan nie jest dziewicą, Stiepanie Trofimowiczu, tylko dziewice się wydaje, a pan żeni się sam – zjadliwie zasyczała Barbara Pietrowna.

– Oui, j’ai pris un mot pour un autre... Mais... c’est égal [Oui, j’ai pris un mot pour un autre... Mais... c’est égal (fr.) – Tak, zamotałem się. Lecz to jest przecież obojętne.] – spojrzał na nią błędnym wzrokiem.

– Widzę, że c’est égal – pogardliwie wycedziła Barbara Pietrowna. – Boże, przecież on zemdlał! Nastazjo, Nastazjo! Wody!

Ale woda już była niepotrzebna. Wrócił sam do przytomności. Barbara Pietrowna wzięła swoją parasolkę.

– Zdaje się, że z panem teraz nie można rozmawiać...

– Oui, oui, je suis incapable. [Oui, oui, je suis incapable (fr.) – Tak, tak, jestem niezdolny.]

– Ale do jutra pan odpocznie i wszystko obmyśli. Niech pan zostanie w domu, jeżeli się coś stanie, niech pan da znać, nawet w nocy. Tylko listów niech pan nie pisze, bo ich czytać wcale nie będę. Jutro o tej samej porze przyjdę tu do pana po ostateczną odpowiedź i mam nadzieję, że będzie zadawalająca. Niech się pan postara, żebyśmy byli sami i żeby nie było śmieci. A to do czego jest podobne? Nastazjo, Nastazjo!

Rozumie się, że nazajutrz się zgodził, nie mógł się nie zgodzić. Bo dochodziła jeszcze jedna, szczególna okoliczność.

VIII

Tak zwana posiadłość Stiepana Trofimowicza, licząca pięćdziesięciu chłopów pańszczyźnianych według starego rachunku i sąsiadująca ze Skworesznikami, nie była wcale jego własnością, a jego pierwszej żony, należała więc teraz do ich syna Piotra Stiepanowicza Wierchowieńskiego. Stiepan Trofimowicz był tylko opiekunem, a gdy syn dorósł, zarządzał majątkiem na mocy formalnego upoważnienia. Taka umowa była dla młodzieńca bardzo wygodna; dostawał od ojca tysiąc rubli rocznego dochodu, podczas gdy w obecnych czasach majątek nie dawał nawet pięciuset (a może jeszcze mniej). Bóg wie, dlaczego stosunki ułożyły się w ten sposób. Zresztą ten tysiąc rubli wysyłała Barbara Pietrowna, a Stiepan Trofimowicz nie dawał ani jednego rubla. Przeciwnie, cały dochód chował do kieszeni, a w dodatku ziemię zrujnował, oddawszy ją w dzierżawę jakiemuś przemysłowcowi i sprzedawszy na drzewo zagajnik, to jest główną jej wartość. Ten zagajnik sprzedawał on już dawno kawałkami. W całości był on wart z osiem tysięcy, a został sprzedany za pięć, jednak czasami zbyt wiele przegrywał w karty, a bał się prosić Barbarę Pietrownę o pieniądze. Zgrzytała ona zębami, gdy się o wszystkim dowiedziała. I nagle syn oznajmił, że przyjedzie sam sprzedawać swój majątek i prosił ojca, by mu w tym pomógł. Zrozumiałe, że szlachetny i bezinteresowny Stiepan Trofimowicz poczuł wyrzuty sumienia przed ce cher enfant [Ce cher enfant (fr.) – swym kochanym dzieckiem.] (którego widział jako studenta dziesięć lat temu).

Początkowo majątek był wart koło trzynastu, czternastu tysięcy rubli, teraz wątpliwe było, czy ktoś by kupił go za pięć. Bez wątpienia Stiepan Trofimowicz, na mocy formalnego upoważnienia, miał prawo sprzedać las, a wysyłając regularnie co rok tysiąc rubli dochodu, którego majątek nie dawał, mógł przy ostatecznym rozrachunku bronić się. Ale Stiepan Trofimowicz był szlachetny i miał wyższe aspiracje. Marzył o tym, by jak przyjedzie Piotruś, mógł położyć przed nim na stół całą sumę, to jest piętnaście tysięcy rubli, nie wspomnieć ani słowa o wysyłanych dotąd pieniądzach, przycisnąć do piersi ce cher fils [Ce cher fils (fr.) – swego kochanego syna.] i tak zakończyć rachunki.

Ostrożnie rozwijał myśl przed Barbarą Pietrowną. Dał jej też do zrozumienia, że taki postępek dałby specjalne, szlachetne zabarwienie ich przyjaźni i... ich ideałom. To pokazałoby, jak bezinteresowni i wspaniałomyślni umieją być dawniejsi ojcowie i dawniejsi ludzie w ogóle, w przeciwieństwie do obecnej lekkomyślnej młodzieży. Mówił jeszcze wiele na ten temat, ale Barbara Pietrowna milczała. Wreszcie sucho oświadczyła, że gotowa jest kupić ten majątek za maksymalną nawet jego cenę, to jest za sześć, siedem tysięcy rubli (można go było kupić i za cztery tysiące). O pozostałych zaś ośmiu tysiącach nie powiedziała ani słowa. Stiepan Trofimowicz był przerażony i zaczął się zastanawiać. Przedtem mogła być jeszcze nadzieja, że synalek nie przyjedzie, a przynajmniej tak mógł sądzić ktoś stojący na uboczu. Stiepan Trofimowicz, jako ojciec, z oburzeniem odrzuciłby samą myśl o takiej nadziei.

Do tej pory o Piotrusiu dochodziły nas dziwne wieści. Z początku ukończywszy uniwersytet sześć lat temu, wałęsał się w Petersburgu bez celu. Nagle otrzymaliśmy wiadomość, że brał udział w napisaniu jakiejś podrzuconej proklamacji i został pociągnięty do odpowiedzialności. Nagle znalazł się on za granicą, w Szwajcarii, w Genewie – uciekł chyba.

– Dziwne mi się to wydaje – mówił zawstydzony Stiepan Trofimowicz. – Piotruś c’est une pauvre tete! [C’est une pauvre tete (fr.) – jest taki niepoważny.] Jest on dobry, szlachetny, bardzo uczuciowy i wtedy w Petersburgu ogromnie się cieszyłem, porównując go ze współczesną młodzieżą, ale c’est un pauvre sire tout de même... […sire tout de même (fr.) – ...i dlatego to człowiek godny litości.] I wszystko to jest skutkiem niedojrzałości i zbytniego sentymentalizmu. Ich czaruje nie rzeczywistość, a uczuciowa, idealna strona socjalizmu, jeżeli można tak powiedzieć, jego religijne zabarwienie, jego poezja... Ale jak to podziała na mój los! Tutaj mam tyle wrogów, tam jeszcze więcej, pomyślą, że to wpływ ojca... Boże, mój Piotruś buntownikiem! W jakich my czasach żyjemy!

Piotruś jednak wkrótce przysłał jeden list, w którym podał dokładny adres w Szwajcarii, by mu wysłano, jak zwykle, pieniądze, niezupełnie więc wyemigrował. I oto teraz, po upływie czterech lat, zjawia się znowu w swojej ojczyźnie i zawiadamia o swoim przyjeździe, okazuje się więc, że nie był wcale oskarżony. Mało tego, wyglądało tak, jakby ktoś się nim interesował i opiekował.

W ostatnim liście, jaki wysłał on teraz z południa Rosji, gdzie załatwiał czyjeś prywatne, lecz bardzo ważne sprawy, pisał do ojca, że wypełnia tam bardzo ważną misję z polecenia pewnej sławnej osoby i jest bardzo zajęty. Wszystko bardzo pięknie, lecz jak zdobyć pozostałe siedem, osiem tysięcy rubli, by otrzymać maksymalną cenę majątku? A jeżeli i zrobi się awantura i zamiast pięknego marzenia dojdzie do procesu? Coś mówiło Stiepanowi Trofimowiczowi, że uczuciowy Piotruś nie zaniedba swej sprawy.

„Dlaczego to, jak zauważyłem – szepnął mi kiedyś w owym czasie Trofimowicz – dlaczego ci wszyscy socjaliści i komuniści są jednocześnie takimi skąpcami i nawet dzieje się tak, że im skrajniejszy socjalista, tym bardziej drży nad swoją własnością. Czyżby też skutkiem uczuciowości?”

Nie wiem, ile prawdy mieści się w tej uwadze Stiepana Trofimowicza, ale wiem, że Piotruś wiedział o sprzedaży zagajnika i o innych sprawach, a Stiepan >Trofimowicz wiedział, że syn jego wie o wszystkim. Czytałem kilka listów Piotrusia do ojca: pisał on niezmiernie rzadko, raz na rok lub jeszcze rzadziej. Teraz jednak, zawiadamiając o swoim przyjeździe, przysłał dwa listy, prawie jeden za drugim. Wszystkie listy były króciutkie, suche, zawierały tylko rozporządzenia, a że ojciec z synem, jak to było w modzie, mówili sobie „ty”, to i listy Piotrusia zupełnie przypominały listy, pisane dawniej ze stolicy przez obywateli ziemskich do swoich administratorów. I oto teraz dzięki propozycji Barbary Pietrowny mógł Stiepan Trofimowicz uzyskać potrzebne osiem tysięcy, przy czym Barbara Pietrowna dała mu wyraźnie do zrozumienia, że w żaden inny sposób nie mógłby ich otrzymać. Rozumie się, że Stiepan Trofimowicz zgodził się.

Zaraz po jej odejściu przysłał po mnie, a przed innymi zamknął się na cały dzień. Trochę popłakał, mówił wiele i ciekawie, często gubił się w rozumowaniu, przypadkowo powiedział kalambur i był z niego zadowolony, później nastąpił lekki atak choleryny – słowem wszystko było w porządku. Następnie wyciągnął portret swej zmarłej przed dwudziestu laty Niemeczki i pytał żałośnie: „Czy mi przebaczysz?”. W ogóle był jakiś nieprzytomny. Ze zmartwienia wypiliśmy trochę. Zresztą wkrótce słodko zasnął. Rano związał po mistrzowsku krawat, ubrał się starannie i często podchodził do lustra.

Chusteczkę skropił perfumami, zresztą tylko troszeczkę, ale gdy spostrzegł przez okno Barbarę Pietrownę, prędziutko wziął inną chusteczkę, a naperfumowaną schował pod poduszkę.

– Doskonale! – pochwaliła Barbara Pietrowna jego decyzję. – Po pierwsze, szlachetne postanowienie, a po wtóre, posłuchał pan głosu rozsądku, co się rzadko zdarza w naszych prywatnych sprawach. Zresztą nie ma się jeszcze czego spieszyć – dodała, oglądając jego biały krawat. – Niech pan milczy na razie, ja też będę milczała. Wkrótce są pana urodziny, przyjdę tu razem z nią. Urządzi pan przyjęcie bez wina i bez zakąsek, zresztą już sama o tym pomyślę. Niech pan zaprosi swoich przyjaciół, przedtem jeszcze razem zastanowimy się, kogo poprosić. W przeddzień, jeżeli zajdzie potrzeba, to pan z nią pomówi, a na przyjęciu u pana nie będziemy ogłaszali zaręczyn, ale damy do zrozumienia, co zaszło. A za jakieś dwa tygodnie ślub, możliwie najciszej. Nawet lepiej by było, gdybyście na pewien czas zaraz po ślubie wyjechali, na przykład do Moskwy. Być może, że i ja z wami pojadę. Ale na razie niech pan nic nikomu nie mówi.

Stiepan Trofimowicz był zdziwiony. Odważył się zauważyć, że przecież tak nie można, że należałoby pomówić z narzeczoną, ale Barbara Pietrowna napadła na niego.

– A to po co? Po pierwsze, może jeszcze z tego nic nie będzie...

– Jak to nie będzie?! – bąkał zaskoczony tym narzeczony.

– Tak. Jeszcze zobaczę... A zresztą, wszystko będzie tak, jak panu mówiłam, niech się pan nie niepokoi, już ja sama ją przygotuję. Wszystko co potrzeba, będzie powiedziane i zrobione, a pan tam jest zupełnie niepotrzebny. Po co? W jakim charakterze? Niech pan ani nie przychodzi, ani listów nie przysyła. A przede wszystkim niech pan nic nikomu nie mówi, ja też będę milczała.

Nic więcej nie chciała mu powiedzieć i wyszła, najwidoczniej zdenerwowana. Zdaje się, że dotknęła ją szybka decyzja Stiepana Trofimowicza. Niestety, jeśli chodzi o niego, to zupełnie nie rozumiał swego położenia i całe zagadnienie rozpatrywał jeszcze i z innych punktów widzenia. Nie mając pełnego rozeznania, zaczął się zachowywać nagle nonszalancko, przybierał zwycięskie pozy i był lekkomyślny.

– To mi się podoba! – wykrzykiwał, stając przede mną i wymachując rękoma.

– Czy pan słyszał? Ona chce doprowadzić do tego, żebym ja wreszcie nie zechciał. Przecież ja też mogę stracić cierpliwość i nie zechcieć! „Niech pan tu siedzi, nie ma pan po co do nas przychodzić”, ale po co ja właściwie muszę się koniecznie żenić? Dlatego, że jej przyszła taka śmieszna fantazja do głowy? Ależ jestem poważnym człowiekiem i nie chcę poddawać się fantazjom nierozsądnej kobiety. Mam obowiązki względem syna i... względem siebie samego. Ja poświęcam się, czy ona to rozumie? Być może zgodziłem się, bo mi się życie sprzykrzyło i wszystko mi jedno. Ale ona może mnie rozdrażnić i wtedy nie będzie mi wszystko jedno; obrażę się i odmówię. Et enfin le ridicule... [Et enfin le ridicule... (fr.) – Stanę się śmieszny] Co powiedzą w klubie? Co powie... Liputin? „Może jeszcze z tego nic nie będzie!” Jak wam się to podoba!? To już... co to jest właściwie takiego? Je sui un forçat, un Badinguet [Je sui un forçat, un Badinguet (fr.) – Jestem straceńcem, niczym Badinguet.], przyparty do muru człowiek!

Wśród tych wszystkich żałosnych okrzyków wyczuwało się jednak coś lekkomyślnego, jakieś kapryśne samozadowolenie.

Wieczorem piliśmy znowu.

Spis treści

Biesy CZĘŚĆ PIERWSZA ROZDZIAŁ PIERWSZY

ZAMIAST WSTĘPU KILKA SZCZEGÓŁÓW Z ŻYCIA CZCIGODNEGO STIEPANA TROFIMOWICZA WIERCHOWIEŃSKIEGO I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

ROZDZIAŁ DRUGI

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wspomnienia z martwego domu Młokos Idiota Biesy Zbrodnia i kara Bracia Karamazow