Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka

Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka

Autorzy: Rafał Kosik

Wydawnictwo: Powergraph

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 464

Cena książki papierowej: 39.00 zł

cena od: 16.24 zł

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka

Felix, Net i Nika jadą na zimowisko do pensjonatu Trzy Kuzynki, położonego w lesie, w górach na odludziu, a prowadzonego przez bardzo dziwne starsze panie. Stare meble i przedziwne obrazy tworzą niezwykłą atmosferę, a naprawdę strasznie zaczyna się robić, kiedy nocą ktoś chodzi po domu, pozostawiając przerażonym gimnazjalistom dziwne niespodzianki. Przyjaciele powoli odkrywają tajemnicę tego niezwykłego miejsca. 

W książce, jak we wszystkich tomach serii "Felix, Net i Nika", nie zabraknie humoru, przygód z dreszczykiem i nastoletnich perturbacji damsko-męskich. Zapowiada się STRASZNIE smakowity pierwszy polski horror dla młodego czytelnika!

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka

Warszawa 2013

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka

ISBN: 978-83-61187-38-7

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl

www.powergraph.pl

Copyright © 2009-2013 by Rafał Kosik

Copyright © 2009-2013 by Powergraph

Copyright © 2009-2013 for the cover and illustrations by Rafał Kosik

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik

REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik

KOREKTA: Maria Aleksandrow

Wyłączna dystrybucja:

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

¤

1. Krzyk

2. Deszczowa wycieczka

3. Szafa

4. Sabotażysta jest wśród nas

5. Krzywa Wieś

6. Przekładnia linowa

7. Nowe odkrycia

8. Zamek

9. Kradzież

10. Przesłuchanie

11. Feralny skrót

12. Nie możemy dłużej czekać

13. Maszyna Życzeń

14. Trzecia kuzynka

Epilog

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Dla Jasia

1. Krzyk

W oddali cichł świst eks­pe­ry­men­tal­nego hybry­do­wego sil­nika Land Rovera1. Felix, Net i Nika odpro­wa­dzili wzro­kiem czarny kształt, aż zgu­bił się mię­dzy samo­cho­dami. Tata Felixa nie mógł dłu­żej cze­kać.

Net zatarł ręce. Z rado­ści, nie z zimna.

— Czujmy się spusz­czeni ze smy­czy. — Wyszcze­rzył się do przy­ja­ciół. — A kaga­niec oświaty sami zrzu­cimy.

Uśmiech­nęli się w odpo­wie­dzi. Cała trójka liczyła na spo­kojny odpo­czy­nek na zimo­wi­sku w Sude­tach. Nie, żeby miał być nudny, wystar­czy, żeby był bez­stre­sowy.

Na nie­do­kład­nie odśnie­żo­nym par­kingu prze­stę­po­wało z nogi na nogę kil­ka­dzie­siąt osób: nasto­lat­ków i ich rodzi­ców. Auto­kar, który tych pierw­szych miał zawieźć do pen­sjo­natu Trzy Kuzynki, powi­nien tu być od dzie­się­ciu minut. Grupka doro­słych kłę­biła się wokół roz­trzę­sio­nej blon­dynki z clip­bo­ar­dem. Kobieta pró­bo­wała zgro­ma­dzić wszyst­kie numery kon­tak­towe do rodzi­ców i nie­zbędne pod­pisy.

— Na pewno zaraz przy­je­dzie — uspo­ka­jała wszyst­kich, choć to ona była naj­bar­dziej zde­ner­wo­wana.

Co chwilę kolejni rodzice żegnali się ze swo­imi pocie­chami, prze­pra­szali, że nie mogą dłu­żej cze­kać, i odjeż­dżali. Pano­wał mały chaos, ale więk­szość pod­opiecz­nych wyglą­dała na zado­wo­lo­nych. Felix, Net i Nika roz­glą­dali się, cie­kawi, z kim spę­dzą dwa tygo­dnie. Naj­bli­żej nich stała z zało­żo­nymi rękoma dziew­czyna w nieco za dużych oku­la­rach w czar­nych opraw­kach. Brą­zowe włosy spięła w dwa kucyki. Obok chi­cho­tały pochy­lone do sie­bie blon­dynki, obie z dłu­gimi lokami, wysta­ją­cymi spod weł­nia­nych cza­pek. Nie zauwa­żały świata wokół sie­bie. Na tor­bie usta­wio­nej w pry­zmie śniegu sie­dział pulchny chło­pak i grał na PSP2. Dla niego też świat nie ist­niał. Nieco na ubo­czu trzy­mało się dwóch wyrost­ków ubra­nych w dresy i spor­towe kurtki. Rzu­cali wokoło spoj­rze­niami spode łba.

— Może uda się spo­koj­nie odpo­cząć — oce­nił Felix. — Wygląda na stan­dar­dowy prze­krój spo­łe­czeń­stwa. A przy­naj­mniej tej jego czę­ści, która jeź­dzi na zimo­wi­ska.

— Z wyjąt­kiem tych dwóch olim­pij­czy­ków i jed­nego wam­pira. — Net wska­zał głową dziew­czynę z pro­stymi czar­nymi wło­sami i w czar­nym płasz­czu. — Nie pomyl­cie się w szatni.

Nika zer­k­nęła we wska­za­nym kie­runku. Jej płaszcz rze­czy­wi­ście był podobny, podobne były rów­nież buty. Dziew­czyna w czerni wodziła wokół nie­chęt­nym wzro­kiem i spra­wiała wra­że­nie obra­żo­nej na cały świat.

— Wam­piry są chud­sze — odparła Nika, popra­wiła sto­jący koł­nierz i wypu­ściła rude loki na wierzch. Sło­neczne lutowe przed­po­łu­dnie było chłodne i wil­gotne, w powie­trzu czuło się nad­cho­dzącą odwilż. Odbi­ja­jące się od śniegu pro­mie­nie zmu­szały do mru­że­nia oczu. — Mogłaby być już wio­sna.

— Tak to nie ma, pstryk i kwiatki. — Net wypluł gumę wprost do kratki kana­li­za­cyj­nej. — Trzeba przejść przez etap błota.

— Jutro będzie już na plu­sie — powie­dział Felix.

— Nie mów, że spraw­dzi­łeś pro­gnozę.

— Spraw­dzi­łem. Dzięki temu wiem to, o czym nie­któ­rzy dowie­dzą się dopiero jutro. — Felix wska­zał kilka par nart i snow­bo­ardy oparte o ławkę.

— Będą szczę­śliwi o dzień dłu­żej niż ty. Cho­ciaż… — Net zer­k­nął na długi płaszcz Niki – jej kurtka zimowa znisz­czyła się kilka dni wcze­śniej pod­czas prze­dzie­ra­nia się przez krzaki. — Tro­chę szkoda, że nie zoba­czę tego płasz­cza w akcji na stoku.

Opie­kunka z roz­wia­nym wło­sem i roz­wia­nymi kart­kami w clip­bo­ar­dzie po raz kolejny obcho­dziła grupę i spraw­dzała, czy wypeł­niła wszyst­kie rubryki w dru­kach.

— Mam namiary do waszych rodzi­ców? — zapy­tała przy­ja­ciół.

— Tak — szybko zapew­niła ją Nika.

— Pytała pani już dwa razy — dodał Net.

— Wybacz­cie, to przez te nerwy. — Spoj­rzała na zega­rek. — Dwa­na­ście minut. A jak coś się stało?

— To chyba lepiej, jeżeli się roz­wa­lił, zanim do niego wsie­dli­śmy.

Opie­kunka spoj­rzała na niego z prze­ra­że­niem. Nim zdą­żyła coś odpo­wie­dzieć, jej uwagę odwró­ciły okrzyki rado­ści. Na par­king wta­czał się nie naj­now­szy i kosz­mar­nie brudny mały auto­kar. Kie­dyś chyba był biały.

— Od początku wyra­biasz sobie opi­nię — szep­nęła Nika.

— To dla cie­bie, mała — uśmiech­nął się Net. — Wolisz, żeby zaczęła ana­li­zo­wać pod­pis two­jej mamy?

Pod­pis za mamę Niki zło­żył wła­śnie Net, wyko­rzy­stu­jąc zamie­sza­nie, jakie robiła wokół sie­bie opie­kunka. Rodzice Niki nie mogli tu przy­je­chać z tej pro­stej przy­czyny, że oboje nie żyli od wielu lat. Dziew­czyna musiała przy­znać Netowi rację. Ode­tchnęła z ulgą, gdy opie­kunka zajęła się usta­wia­niem wszyst­kich w jed­nym miej­scu, żeby nie zostali prze­je­chani. To tylko zwięk­szyło zamie­sza­nie, oka­zało się bowiem, że auto­bus zamie­rzał zapar­ko­wać wła­śnie tam.

Za przed­nią szybą świe­ciła biało setka diod, uło­żo­nych w napis „Janusz”. Gdy auto­kar zatrzy­mał się z sykiem i jękiem, litera „J” prze­wró­ciła się, pozo­sta­wia­jąc samo „anusz”.

— A nuż doje­dziemy w jed­nym kawałku — mruk­nął Net.

Sil­nik zakle­ko­tał, zakasz­lał i zgasł. Drzwi otwo­rzyły się, sycząc sprę­żo­nym powie­trzem i pisz­cząc popy­cha­czami. Kie­rowca, otyły męż­czy­zna z czu­pryną krę­co­nych czar­nych wło­sów i rów­nie czar­nymi wąsami, popra­wił literę i zszedł na śnieg.

— Prze­pra­szam za spóź­nie­nie — oznaj­mił rado­śnie. — Hamulce strze­liły.

Zapa­dła cisza, w któ­rej pan Janusz, bo tak się zapewne nazy­wał kie­rowca, prze­cią­gnął się i zro­bił kilka przy­sia­dów, napi­na­jąc przy tym skó­rzaną kami­zelkę do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści. Zauwa­żył wle­pione w sie­bie kil­ka­dzie­siąt par wytrzesz­czo­nych oczu.

— Nie, wszystko w porządku. — Mach­nął ręką. — Wszystko już działa. Samo się jakoś napra­wiło.

Opie­kunka wymie­niła spoj­rze­nia ze znu­dzo­nym czter­dzie­sto­lat­kiem, zapewne dru­gim opie­ku­nem. Wzru­szył ramio­nami. Kobieta zaci­snęła zęby, wzięła go pod ramię i odcią­gnęła na bok, przy­pad­kiem w stronę, gdzie stali Felix, Net i Nika. Przy­ja­ciele sły­szeli więc roz­mowę.

— Nie powin­ni­śmy się na to zga­dzać — syk­nęła kobieta, jed­no­cze­śnie posy­ła­jąc uspo­ka­ja­jący uśmiech w kie­runku sku­pio­nej przy auto­ka­rze grupki rodzi­ców. — To trup.

— Nie znaj­dziemy teraz innego auto­karu. — Męż­czy­zna nie wyglą­dał na prze­ję­tego sytu­acją. — Dziś całe woje­wódz­two jedzie na ferie.

— Więc co? Coś musimy zro­bić!

— Możemy wolno jechać. Albo… zadzwoń po poli­cję, niech zro­bią testy.

— Świetna myśl. — Wyszarp­nęła z torebki tele­fon, wybrała numer i chwilę tłu­ma­czyła komuś po dru­giej stro­nie, o co cho­dzi. Przy­tak­nęła i zasło­niła mikro­fon dło­nią. — Mówią, że chęt­nie pomogą — ucie­szyła się. — Mówią, że od tego są. Tak, tak słu­cham… — Zatkała dru­gie ucho pal­cem i nachy­liła się, jakby to mogło pomóc. — Tak, na­dal tu jestem. — Spoj­rzała na kolegę i znów zasło­niła mikro­fon. — Mówią, że zaraz zer­kną w gra­fik i się umó­wią na… jede­na­stą trzy­dzie­ści… Tak, świet­nie! Jede­na­sta trzy­dzie­ści… — Spo­waż­niała, opu­ściła tele­fon, roz­łą­czyła się i wolno dokoń­czyła — dwu­dzie­stego trze­ciego marca…

— Jest luty — zauwa­żył męż­czy­zna. Na twa­rzy kole­żanki zaczy­nała się poja­wiać panika, więc szybko dokoń­czył — sami go sprawdźmy. To prze­cież nie może być nic skom­pli­ko­wa­nego. Przejdę się i obko­pię opony.

— Sprężmy się — powie­dział Felix, gdy tamci ode­szli. — Zajmą nam miej­sca.

— Fakt! — zre­flek­to­wał się Net. Zarzu­cił ple­cak na ramię, w drugą rękę wziął torbę Niki. — My upy­chamy bagaże, ty leć zająć ostatni rząd. Mów: „Prze­pra­szam, jestem kobietą”.

Nika prych­nęła, ale poszła do przed­nich drzwi, gdzie już kłę­bił się spory tłu­mek. Głów­nie byli to rodzice ocze­ku­jący wyja­śnień w spra­wie stanu tech­nicz­nego pojazdu.

— Powie­dzia­łem „hamulce”? — Kie­rowca uniósł brwi. — Cho­dziło mi o eee… świa­tła hamul­cowe. Żaró­weczka, trzy złote…

Nika prze­mknęła do środka, a chłopcy wło­żyli do bagaż­nika jej poprze­cie­raną torbę podróżną, nowo­cze­sny ple­cak Neta i woj­skowy worek Felixa. Gotka w czar­nym płasz­czu wrzu­ciła czarną skó­rzaną torbę nabi­janą ćwie­kami, blon­dynki nie­roz­łączki dwie różowe wali­zeczki na kół­kach, a Olim­pij­czycy wspólną orta­lio­nową torbę typu akwi­zy­tor ręcz­ni­ków.

— Prze­pra­szam, ja służ­bowo. — Net prze­pchnął się przez dys­ku­tu­jący tłu­mek. Felix podą­żył za nim.

Gdy tylko wsie­dli do auto­karu, z przy­kro­ścią stwier­dzili, że plan się nie powiódł. Ostatni rząd był zajęty przez dwóch chło­pa­ków i dziew­czynę w jean­sach.

— Byli tu już — wyja­śniła Nika. — Nego­cja­cje się nie powio­dły.

Chłopcy przyj­rzeli się intru­zom. Dziew­czyna miała krót­kie, krę­cone włosy w kolo­rze kasz­ta­no­wym i duże czarne oczy, któ­rymi patrzyła na przy­ja­ciół z miną „o co w ogóle cho­dzi?”. Chło­paki roz­ma­wiały ze sobą, nie zaszczy­ca­jąc oto­cze­nia uwagą.

— Bar­dzo wam zależy na tych miej­scach? — zapy­tał uprzej­mie Felix.

Chłopcy prze­rwali roz­mowę.

— Jest nas troje — wyja­śnił niż­szy. — Tylko tu są trzy miej­sca obok sie­bie.

— Nas też jest troje — powie­dział Net. — Szy­ko­wa­li­śmy się na te miej­sca od… od dawna.

— Super­paczka musi sie­dzieć razem — dodał wyż­szy.

— No wła­śnie. I dla­tego… — Net poczer­wie­niał na twa­rzy, zro­zu­miał bowiem, o co cho­dzi. — Co?! To praw­nie zastrze­żona nazwa!

Nika pocią­gnęła go za łokieć.

— Daj spo­kój — szep­nęła. — Lepiej sia­dajmy, żeby­śmy w ogóle byli obok sie­bie.

— OK. Nie będziemy się truć­kać o fotele.

Nie­ja­sno­ści w spra­wie hamul­ców zostały wyja­śnione, a może tylko zaciem­nione. Tak czy ina­czej, wszy­scy pako­wali się już do środka. Felix i Net rzu­cili jesz­cze nie­chętne spoj­rze­nia kon­ku­ren­cyj­nej trójce i zajęli miej­sca kilka rzę­dów bli­żej przodu.

Opie­kunka, wyraź­nie uspo­ko­jona, sta­nęła na środku auto­karu z mikro­fo­nem w dłoni.

— Witam wszyst­kich w imie­niu biura podróży Czarny Kot. Nazy­wam się Olga Sosnow­ska, a to jest wycho­wawca grupy chłop­ców – pan Krzysz­tof Pasi­ko­nik. Czy wszy­scy ferio­wi­cze są już na pokła­dzie? — powio­dła wzro­kiem po wpa­trzo­nych w nią twa­rzach, po czym klep­nęła się w czoło, prze­szła wzdłuż sie­dzeń i poli­czyła pod­opiecz­nych. — Jed­nej osoby bra­kuje — prze­ra­ziła się i spraw­dziła jesz­cze raz listę. — Albo ktoś się wpi­sał nie na swoim dziecku!

Pan Krzysz­tof dopiero teraz wstał i wyka­zał zain­te­re­so­wa­nie.

— Przy­znać się, kogo bra­kuje! — pole­cił.

Nie­stety, nikt się nie przy­znał, że go nie ma.

— Może jego? — ode­zwała się dziew­czyna z ufar­bo­wa­nymi na czer­wono wło­sami. Kciu­kiem wska­zała za okno.

Wszy­scy spoj­rzeli w tym kie­runku. Pomię­dzy stop­niałą do kilku osób grupą rodzi­ców macha­ją­cych na poże­gna­nie sie­dział na swo­jej tor­bie pulchny chło­pak. Z zaciętą miną grał na PSP.

— Panie Janu­szu… — Olga spoj­rzała zna­cząco na kie­rowcę. Drzwi otwo­rzyły się z sykiem i piskiem. — Tymon?

Chło­pak uniósł wzrok i powró­cił do gry. Po chwili ponow­nie spoj­rzał na auto­kar, zerwał się, wepchnął kon­solę do kie­szeni i bie­giem rzu­cił się w stronę otwar­tych drzwi. W poło­wie drogi przy­po­mniał sobie o tor­bie, wywró­cił się w śnieg, wstał i pobiegł z powro­tem. Znów się wywró­cił, zła­pał torbę i pognał do auto­karu. Pró­bo­wał wbiec z torbą po scho­dach, ale tra­fił na brzuch pana Janu­sza. Odbił się i wywró­cił po raz trzeci. Wszy­scy sie­dzący w auto­karze obser­wo­wali to w mil­cze­niu, z nosami przy­kle­jo­nymi do coraz bar­dziej zapa­ro­wa­nych szyb.

— Torba do bagaż­nika. — Kie­rowca wysiadł i otwo­rzył klapę. — Kie­dyś roz­wo­zi­łem ziem­niaki. Były bar­dziej roz­gar­nięte.

Tymon wrzu­cił torbę i ze spusz­czoną głową powlókł się na wolne miej­sce. Od razu powró­cił do gry, zapo­mi­na­jąc o całym świe­cie.

Wresz­cie ruszyli.

* * *

Z War­szawy wyje­chali po pra­wie godzin­nym prze­dzie­ra­niu się przez korek. Na uda­ją­cej auto­stradę dwu­pa­smówce auto­kar roz­pę­dził się, czego efek­tem były przy­kre wibra­cje całej karo­se­rii.

— Ma roz­wa­lone łoży­ska — stwier­dził Felix, nie kie­ru­jąc tego do nikogo kon­kret­nego.

Roz­legł się oddech Dar­tha Vadera. Net wyjął tele­fon i spoj­rzał na wyświe­tlacz.

— SMS od Oskara — wyja­śnił. — Też już wyru­szyli. Pisze, że auto­kar wypas, że film wypas, na ekra­nie wypas. I że ośro­dek na pewno też będzie wypas, z tele­wi­zo­rem wypas, w pokoju wypas. Że mu się chciało to wkle­py­wać… Chyba że ma Sym­biana i copy, paste.3

— Czy on nie miał jechać na zimo­wi­sko har­cer­skie? — zasta­no­wił się Felix. — Tam w poko­jach raczej nie ma tele­wi­zo­rów. Nie ma nawet pokoi, bo się mieszka w namio­tach. Cho­ciaż teraz jest zima…

— No to widocz­nie jest to ośro­dek dla gene­ra­li­cji har­cer­skiej. Zaraz… — Net pocią­gnął nosem. — Coś się faj­czy.

— Coś się faj­czy! — krzyk­nął ktoś z przodu.

Pani Olga wstała i pocią­gnęła nosem.

— No, faj­czy się. Jak wygląda plan ewa­ku­acji? — zapy­tała pana Janu­sza.

— Zatrzy­muję się, a wszy­scy wysia­dają.

— Więc niech się pan zatrzyma — powie­działa, po czym dodała gło­śniej — wyko­namy teraz próbną ewa­ku­ację, która polega na eee… wyj­ściu na zewnątrz drzwiami. Nie ma powodu do paniki.

Auto­kar z piskiem zuży­tych tarcz wyha­mo­wał na pobo­czu, coś jęk­nęło, stęk­nęło i drzwi otwo­rzyły się przy akom­pa­nia­men­cie zna­jo­mych dźwię­ków. Ewa­ku­acja poszła spraw­nie, bo nikt nie oka­zy­wał paniki. Zresztą nic się nie paliło. Poszłaby jesz­cze spraw­niej, gdyby tylne drzwi nie były zamknięte na głu­cho. Wszy­scy wyszli bez bagaży, z wyjąt­kiem Olim­pij­czy­ków, z któ­rych każdy niósł wypchaną pla­sti­kową torbę. Pan Janusz popra­wił literę „J”, która znów upa­dła, i obszedł auto­kar, by spraw­dzić sil­nik. Na chwilę dym stał się moc­niej wyczu­walny, ale zaraz wiatr go roz­wiał.

Nie­zgrana, a nawet nie­za­zna­jo­miona ze sobą grupka nasto­lat­ków stała bez entu­zja­zmu na śniegu. Uroz­ma­ice­nie w postaci pożaru środka loko­mo­cji nie było chyba niczyim marze­niem. Tym bar­dziej że wszy­scy powoli zaczy­nali się robić głodni.

Pani Olga kilka razy wsia­dała i wysia­dała, tylko po to, by się prze­ko­nać, że nic się nie pali. Wresz­cie przy­po­mniała sobie o czymś, co mogło wyma­gać jakie­go­kol­wiek dzia­ła­nia. Spoj­rzała na dwóch Olim­pij­czy­ków.

— Ewa­ku­ację należy prze­pro­wa­dzać bez bagażu — powie­działa z pre­ten­sją. Zer­k­nęła na pana Krzysz­tofa, ocze­ku­jąc jego popar­cia.

— Twój bagaż to czy­jeś życie — przy­tak­nął bez prze­ko­na­nia. — Jak się nazy­wa­cie?

— Marek — powie­dział niż­szy.

— Mar­cin — dodał wyż­szy. — A torby są puste.

Na dowód unie­śli rekla­mówki przed sie­bie. Rze­czy­wi­ście były puste. Pani Olga przyj­rzała się im badaw­czo.

— Zda­wało mi się, że…

— To może być pożar, który jest pod­sy­cany podmu­chem powie­trza przy wyż­szych pręd­ko­ściach — oce­nił ciem­no­włosy chło­pak z mądrą, a nawet prze­mą­drzałą miną. — Jak sto­imy, to gaśnie.

— Wszystko w porządku. — Kie­rowca zamknął klapę sil­nika. — Nic się nie dymi.

— No ale coś się dymiło…

Pan Janusz powiódł wzro­kiem po zaśnie­żo­nej rów­ni­nie.

— Pew­nie łąki wypa­lają — orzekł. — Jedziemy.

Nie cze­ka­jąc na nic, wró­cił na swoje miej­sce. Pan Krzysz­tof spoj­rzał wymow­nie na panią Olgę i rów­nież wsiadł. Reszta poszła w ich ślady. Dopiero teraz oka­zało się, że Tymon prze­ga­pił całą ewa­ku­ację. Opie­kunka już otwie­rała usta, żeby mu coś powie­dzieć, ale wła­śnie zachro­bo­tał roz­rusz­nik i sil­nik wystrze­lił dwu­krot­nie. Dała więc spo­kój i wró­ciła na miej­sce. Wszy­scy koń­czyli się już usa­da­wiać. Tylko gotka minęła swoje miej­sce i pode­szła do Felixa.

— Wolne? — zapy­tała, wska­zu­jąc fotel przy oknie.

— Jasne. — Felix wysu­nął nogi na bok, by mogła przejść.

Owio­nął go zapach cięż­kich per­fum. Miny, jaką zro­bił Net, nie powsty­dziłby się Gro­ucho Marx4. Felix spoj­rzał na niego groź­nie, więc Net udał, że jego uwagę przy­kuł nagle arcy­cie­kawy frag­ment kra­jo­brazu za oknem. Felix zer­k­nął kątem oka na nową sąsiadkę, na ile było to moż­liwe bez wzbu­dza­nia podej­rze­nia, że zerka na nią kątem oka. Czarna pli­so­wana spód­niczka, czarne raj­stopy, czarne buty New Rock z masą okuć i kla­me­rek, czarne paznok­cie, za to skóra biała jak u albi­nosa. No i mnó­stwo srebr­nej biżu­te­rii, w któ­rej każde zagłę­bie­nie rów­nież było czarne.

— Dla­czego…? — zapy­tał.

— Tu jest spo­koj­niej. — Spoj­rzała na niego tak, jakby chciała dodać „i się odwal”.

Felix zamilkł. Zauwa­żył tylko, że dziew­czyna czyta mie­sięcz­nik „Necro­po­li­tan”, a dokład­niej mówiąc arty­kuł o bal­sa­mo­wa­niu zwłok. Zer­k­nął w drugą stronę – Net zato­pił nos w lap­to­pie, Nika w jakiejś książce. Poszedł za jej przy­kła­dem, wycią­ga­jąc z torby Acce­le­rando Char­lesa Strossa. Nie prze­czy­tał nawet trzech zdań, gdy prze­rwał mu Net.

— Co mu odpi­sać? Oska­rowi, zna­czy. Prze­cież nie możemy się przy­znać, jakim rzę­chem jedziemy.

— Napisz, że jedziemy rzę­chem wypas — pora­dził Felix. — Ucie­szy się.

Net poki­wał głową i odpi­sał. Potem powró­cił do lap­topa i stra­cił zain­te­re­so­wa­nie oto­cze­niem. Dziew­czyna obok Felixa skoń­czyła czy­tać i z czar­nego ple­caczka wycią­gnęła pióro wieczne i czarny bru­lion z czer­wo­nym napi­sem „Regina Zowiak. Pajęcz­nik”. Dzięki temu Felix poznał jej imię, ale nie­stety i zain­te­re­so­wa­nia. Sądząc po wymię­to­szo­nych okład­kach, zeszyt był czę­sto uży­wany. Regina otwo­rzyła go mniej wię­cej w jed­nej trze­ciej, na stro­nie, gdzie znaj­do­wał się nie­do­koń­czony rysu­nek pająka i kilka lini­jek tek­stu. Zasta­no­wiła się chwilę, stu­ka­jąc skuwką pióra o zęby, i przy­stą­piła do pokry­wa­nia kartki zawi­ja­so­wa­tymi lite­rami. One też wydały się Feli­xowi tro­chę paję­cze.

Uznał, że zezo­wa­nie na powsta­jącą twór­czość jest nie­kul­tu­ralne, powró­cił więc do lek­tury.

— Nie mają strony inter­ne­to­wej — ode­zwał się Net. — Nie­do­brze. Oby cho­ciaż zasięg cze­go­kol­wiek był.

— Gdzie? — Felix ode­rwał się od książki. — Mówisz o naszym pen­sjo­na­cie?

— Trzy Kuzynki — przy­tak­nął Net. — Nie mają strony ani nawet wizy­tówki w żad­nym ser­wi­sie. Jest tylko krótki opis na stro­nie naszego biura podróży. Nie uwa­ża­cie, że to nieco podej­rzane?

— Sprze­da­dzą nas na narządy — rzu­ciła od nie­chce­nia Regina, nawet nie pod­no­sząc głowy znad zeszytu. — Kola­cja będzie miała dziwny smak, a potem obu­dzimy się zwią­zani w piw­nicy.

Net wytrzesz­czył na nią oczy.

— Wła­śnie coś takiego mia­łem już na końcu mózgu. W poło­wie języka.

Sie­dząca przy oknie Nika wychy­liła się zza Neta i powie­działa poważ­nie:

— Czy możemy sobie obie­cać, że nie wła­du­jemy się żadne kło­poty? Że zigno­ru­jemy lata­jące tale­rze i udamy, że maszyny kro­czące wiel­ko­ści domu to zwy­kły sprzęt budow­lany, a jeśli spo­tkamy w lesie gada­jące skrzaty, to napi­szemy tylko ano­ni­mowy list do „Natio­nal Geo­gra­phic”?

— Dziwny smak kola­cji też zigno­ru­jemy? — Net uniósł brwi.

Spoj­rze­nie Niki z odle­gło­ści pię­ciu cen­ty­me­trów wystar­czyło mu za odpo­wiedź.

— Nika ma rację — przy­znał Felix. — Wyro­bi­li­śmy normę dobrych uczyn­ków za plu­ton har­ce­rzy. Mam taką kon­cep­cję, że będę wypo­czy­wał.

Net roz­ło­żył ręce.

— Jak pamię­ta­cie, ja ni­gdy się nie pcha­łem w kło­poty.

— Więc stoi? — upew­niła się Nika. — Nie ładu­jemy się w kło­poty?

— Stoi — przy­tak­nęli Felix i Net.

Cała trójka była nie­wy­spana po przy­go­dach poprzed­niego wie­czoru5, więc mono­tonna droga wkrótce ich uśpiła. Feli­xowi wyda­wało się, że kie­rowca pusz­cza kie­row­nicę i prze­cho­dzi na prawą stronę auto­karu, by popra­wić nie­szczę­sną literę „J”. Ale rów­nie dobrze mógł to być sen.

* * *

Obu­dziło ich zamie­sza­nie spo­wo­do­wane ponow­nym poja­wie­niem się nie­po­ko­ją­cego zapa­chu spa­le­ni­zny. Pani Olga stu­dio­wała mapę. Miała jed­nak pro­blemy z usta­le­niem, gdzie jest góra, gdzie dół, a przede wszyst­kim gdzie się teraz znaj­dują.

— No i nie mam poję­cia, gdzie to jest. — Odwró­ciła mapę, przy oka­zji roz­ry­wa­jąc ją na pół. Znie­ru­cho­miała, unio­sła głowę i pocią­gnęła nosem. — Znowu coś się faj­czy.

Sie­dzący obok pan Krzysz­tof nie przej­mo­wał się jej pro­ble­mami. Ze znu­dze­niem czy­tał książkę.

— Zacze­kajmy z ewa­ku­acją — rzu­cił od nie­chce­nia. — To jesz­cze tylko trzy kilo­me­try.

— Skąd pan wie? — zdzi­wiła się pani Olga.

— Bar miał być trzy kilo­me­try za Pyszał­ko­wi­cami, a wła­śnie mijamy Pyszał­ko­wice.

Ponie­waż opie­ku­no­wie roz­ma­wiali dość gło­śno, przez auto­kar prze­szło wes­tchnie­nie zado­wo­le­nia.

— Zaraz będzie żarełko — ziew­nął Net. — Śniło mi się coś bar­dzo śmiesz­nego. Nie pamię­tam co, ale śmieszne było.

— Mnie się śniły zie­lone drzwi — stwier­dziła Nika. — Raczej mały kosz­mar.

— Co jest strasz­nego w śnie o zie­lo­nych drzwiach?

— Nie pamię­tam. Zaraz, jak się roz­bu­dzę, zapo­mnę i te zie­lone drzwi. Ale sen był straszny.

Auto­kar zwol­nił i zje­chał na par­king przed knajpę sty­li­zo­waną na przy­sa­dzi­sty sta­ro­pol­ski dwór. Ściany z gru­bych bali i kryty strze­chą dach obie­cy­wały przy­zwo­ite jedze­nie. Ilość samo­cho­dów na par­kingu świad­czyła o tym, że kar­mią tu naprawdę nie­źle. Drew­niany szyld nad wej­ściem gło­sił „Karczma Zagłoba”.

— Nie­po­trzeb­nie się oba­wia­łem, że spró­bują na nas oszczę­dzać. — Zado­wo­lony Net pokle­pał się po brzu­chu. — Napi­szę do Oskara, że knajpa wypas.

Auto­kar koły­sał się na żwi­ro­wym pod­jeź­dzie, a ferio­wi­cze z bur­czą­cymi brzu­chami zachłan­nie wpa­try­wali się w karczmę. Patrzyli na nią zachłan­nie rów­nież wtedy, gdy auto­kar ją minął i zatrzy­mał się przed sto­ją­cym sto metrów dalej budy­necz­kiem, obło­żo­nym bia­łym sidin­giem z pla­sti­ko­wymi oknami i pla­sti­ko­wymi drzwiami. Pla­sti­kowa tablica nad wej­ściem gło­siła „Bar Ziu­tek”.

Sil­nik wystrze­lił z tłu­mika, zawar­czał innym tonem i zgasł. Ferio­wi­cze bez entu­zja­zmu zwle­kli się z foteli i zaczęli wycho­dzić na par­king. Tym razem Tymon wyłą­czył PSP i wysiadł razem z innymi. W wir­tu­al­nym świe­cie gry jedze­nie też było wir­tu­alne, ale głód pozo­sta­wał rze­czy­wi­sty. Marek i Mar­cin wyszli, ści­ska­jąc w dło­niach wypchane po brzegi rekla­mówki, znik­nęli gdzieś za auto­ka­rem i po chwili wró­cili z pustymi tor­bami. Zauwa­żyła to chyba tylko Nika. Ferio­wi­cze posłali tęskne spoj­rze­nie w stronę karczmy Zagłoba i minęli drzwi baru. Ude­rzył ich swąd prze­pa­lo­nego oleju, a wra­że­nie obskur­no­ści jesz­cze wzro­sło. Pomiesz­cze­nie było mniej­sze od szkol­nej sali, oddzie­lone ladą od kuchni, po któ­rej krę­ciło się kilku zaspa­nych kucha­rzy. Białe, pla­sti­kowe krze­sła stały czwór­kami przy bia­łych pla­sti­ko­wych sto­łach na jasnym, nija­kim lino­leum, które cmo­kało przy każ­dym ode­rwa­niu pode­szwy.

Przy­ja­ciele sta­nęli przed wywie­szo­nym na tablicy menu. Nazwy potraw uło­żone były z pla­sti­ko­wych lite­rek przy­mo­co­wa­nych na wcisk. Co któ­rejś bra­ko­wało. Dania były naj­prost­sze z moż­li­wych, za to ceny wyjąt­kowo przy­stępne.

— Wyży­wie­nie jest w cenie wycieczki — przy­po­mniał sobie Felix.

Ponie­waż ferio­wi­cze nie znali się jesz­cze, każdy sta­rał się usiąść osobno. Po chwili pra­wie przy każ­dym sto­liku sie­działy jedna lub dwie osoby. Net pocią­gnął Felixa za łokieć i rzu­tem na taśmę zajął ostatni wolny sto­lik. Blat był nie­wiele mniej lepki niż pod­łoga. Nika zdjęła płaszcz, usia­dła jako ostat­nia i nachy­liła się do przy­ja­ciół.

— Widzie­li­ście torby tych dre­sów? — zapy­tała szep­tem.

— Te wypchane? — upew­nił się Net.

— Teraz są puste. Poprzed­nio, jak je wyno­sili pod­czas ewa­ku­acji, też były pełne, a gdy wsia­da­li­śmy, puste.

— Wyha­muj nieco. — Net spoj­rzał na nią poważ­nie. — Czy nie mówi­łaś sama, żeby nie łado­wać się w kło­poty?

Nika wydęła usta.

— Jestem po pro­stu cie­kawa.

— Nasze kło­poty zwy­kle zaczy­nały się wła­śnie od cie­ka­wo­ści.

Dziew­czyna z czer­wo­nymi wło­sami, ta, która zauwa­żyła Tymona gra­ją­cego w PSP na par­kingu, skoń­czyła stu­dio­wać menu. Rozej­rzała się po sali i z sze­ro­kim uśmie­chem dosia­dła się do przy­ja­ciół.

— Wolne? Nor­mal­nie bym się tu nie łado­wała, bo widzę, że jeste­ście razem — wyja­śniła bez­po­śred­nio. — No, ale gdzie indziej nie ma miejsc.

Miała na sobie bojówki i orta­lio­nową kurtkę lot­ni­czą. Z bli­ska jej włosy wyda­wały się jesz­cze czer­wień­sze, jakby zro­biono je z pla­stiku.

— Spoko — odparł Net.

Nika zer­k­nęła na sąsiedni sto­lik, przy któ­rym sie­dzieli Olim­pij­czycy. Dwa miej­sca były wolne.

— Nie, nie. — Dziew­czyna zauwa­żyła to spoj­rze­nie. — Nie te kli­maty. Laura.

Przy­ja­ciele rów­nież się przed­sta­wili. Felix dostrzegł idącą w ich stronę kel­nerkę.

— Wie­cie, co zama­wia­cie? — zapy­tał.

— Jakieś mię­sko mie­lone — odparł Net. — Z sosem i kopyt­kami. Nie chce mi się prze­żu­wać.

— Scha­bowy — powie­działa Nika. — Wolę wie­dzieć, co jem.

— Ja wezmę… — zaczął Felix, ale zamilkł. Kel­nerka nie przy­szła, by przy­jąć od nich zamó­wie­nie. Posta­wiła przed nimi po tale­rzu fry­tek z kapką musz­tardy i ode­szła bez słowa.

Cała czwórka wpa­try­wała się w tale­rze.

— Aha, czyli to tak. — Net poki­wał głową. — Dla­tego wyży­wie­nie było w cenie wycieczki.

— Frytki? — obu­rzyła się dziew­czyna w oku­la­rach i z kucy­kami, która musiała usiąść przy sto­liku Olim­pij­czy­ków i nie była z tego powodu szczę­śliwa. — To bez­war­to­ściowe zapy­cha­cze żołądka.

— Menu było dostępne na stro­nie — wyja­śniła nieco zdez­o­rien­to­wana pani Olga. Sama chyba rów­nież spo­dzie­wała się praw­dzi­wego posiłku.

Mar­cin chwilę szep­tał kel­nerce do ucha. Ta ski­nęła głową i znik­nęła w cze­lu­ściach kuchni przy akom­pa­nia­men­cie cięż­kiego odde­chu Vadera. Net wyjął z kie­szeni komórkę i spoj­rzał na wyświe­tlacz.

— To od Oskara…

— Niech zgadnę — powie­działa Nika. — Pisze, że zatrzy­mali się w knaj­pie wypas i jedze­nie jest wypas?

— Mniej wię­cej tak. Odpi­szę, że… A, niech się cie­szy – napi­szę, że knajpa fatalna.

Frytki nie były wybitne, ale przy­naj­mniej zja­dliwe. Gdy już zje­dli połowę por­cji, z kuchni wyło­niła się kel­nerka z dwoma tale­rzami paru­ją­cego mięsa w nie­zno­śnie sma­ko­wi­cie pach­ną­cym sosie. Prze­szła przez salę odpro­wa­dzana cięż­kimi spoj­rze­niami i posta­wiła tale­rze przed Olim­pij­czy­kami. Ci, jakby ni­gdy nic, zaczęli jeść. Dziew­czyna z kucy­kami osten­ta­cyj­nie wstała i pode­szła do stołu opie­ku­nów.

— Prze­pra­szam, ale czy nie wydaje się panu — zwró­ciła się do pana Krzysz­tofa — że to lekka prze­sada? Ja jem zeschłe frytki, a tym­cza­sem…

Zamil­kła, kel­nerka poja­wiła się bowiem ponow­nie z jesz­cze jed­nym tale­rzem i posta­wiła go przed panem Krzysz­to­fem.

— Jak ktoś płaci z wła­snej kie­szeni, to chyba jest OK. — Opie­kun wzru­szył ramio­nami i chwy­cił sztućce.

Dziew­czyna puf­nęła i tup­nęła nogą. Nie wyszło to jed­nak zbyt efek­tow­nie, bo tup­nię­ciu towa­rzy­szyło mla­śnię­cie brud­nej pod­łogi. Zaci­snęła więc pię­ści, wró­ciła na swoje miej­sce i ze zło­ścią powró­ciła do fry­tek. Reszta ferio­wi­czów zasta­na­wiała się nad moż­li­wo­ścią nad­szarp­nię­cia wła­snego budżetu na nor­malne jedze­nie.

— To chyba wła­śnie w Pyszał­ko­wi­cach była ta farma, o któ­rej mówili w tele­wi­zji — powie­działa dość gło­śno Laura. — Zabawny zbieg oko­licz­no­ści.

Kilka osób spoj­rzało na nią. Dziew­czyna tylko mach­nęła widel­cem, że nic waż­nego, i jadła dalej.

— O czym ty mówisz? — zain­te­re­so­wał się Net.

— O cho­ro­bie świń­skich krów — odparła od nie­chce­nia. — Ale luz. Frytki są bez­pieczne. Dla­tego nam je dali.

Marek i Mar­cin spoj­rzeli na tale­rze, potem na sie­bie.

— Ale w Pol­sce nie stwier­dzono przy­pad­ków tej cho­roby — zauwa­żyła Nika. — Co to w ogóle za –

— Ofi­cjal­nie nie — przy­tak­nęła Laura. — Bo zanim przy­je­chał wete­ry­narz, zba­dać te ześwi­nione pad­nięte krowy, całe mięso gdzieś znik­nęło. Sprze­dali je pew­nie do oko­licz­nych barów.

Olim­pij­czycy odsu­nęli napo­częte por­cje i szyb­kim kro­kiem zgod­nie ruszyli w stronę toa­lety. Pan Krzysz­tof uśmiech­nął się tylko i jadł dalej. Reszta grupy bez dal­szych narze­kań kon­su­mo­wała frytki.

— Ket­chup byłby lep­szy — mruk­nął tylko Net, zbie­ra­jąc z tale­rza resztkę musz­tardy.

— To musz­tarda saper­ska — wyja­śniła Laura. — Jak naj­bar­dziej na miej­scu w tych oko­li­cach.

— Chyba sarep­ska?

— To lite­rówka. W któ­rejś z oko­licz­nych wio­sek miesz­kało dwóch braci. Jeden był sape­rem, drugi dys­lek­ty­kiem. Pierw­szy wymy­ślił tę musz­tardę, ale nie­stety to ten drugi zapi­sał recep­turę. Zawsze zazdro­ścił bratu, też chciał być sape­rem, ale nie mógł, bo saper myli się tylko raz. Jak co chwilę walisz błędy, to się nie nada­jesz.

Przy­ja­ciele patrzyli na nią w mil­cze­niu.

— Jakoś nie bar­dzo ci wie­rzę — ode­zwał się Net.

Laura wzru­szyła ramio­nami i jadła dalej.

Tymon pochła­niał frytki, nie pusz­cza­jąc ani na chwilę kie­row­nicy wir­tu­al­nego samo­chodu. Dwie śmieszki jadłyby cokol­wiek, byle tylko nikt im nie prze­szka­dzał w traj­ko­ta­niu. Regina gry­zła frytki, jakby to były kości, dziew­czyna z kucy­kami jadła z obrzy­dze­niem, a kon­ku­ren­cyjna super­paczka robiła to samo, co przy­ja­ciele, czyli głów­nie badaw­czo przy­glą­dała się pozo­sta­łym.

— Mam pewien pomysł — wyszep­tał kon­spi­ra­cyj­nie Net. — Jak się zakrę­cimy, to zaj­miemy ostatni rząd przed nimi.

— To nie jest dobry pomysł. — Felix pokrę­cił głową. — Potem zaczniemy ze sobą rywa­li­zo­wać o wszystko. Lepiej skupmy się na zaję­ciu dobrego pokoju w pen­sjo­na­cie.

— Dobrze mówi! — zgo­dził się Net. — Dać mu frytkę.

— Oj! — Nika zła­pała się za szczękę.

Przy­ja­ciele prze­stali jeść i przy­glą­dali się jej badaw­czo. Chwilę gme­rała przy policzku języ­kiem, potem wło­żyła do ust dwa place i wydo­była małą białą grudkę.

— Co to jest? — prze­stra­szył się Net. — Kamień?

— Plomba.

— To masz małego demo­ty­wa­tora na począ­tek ferii. Na razie zalep gumą.

Skoń­czyli jeść. Nie podano im nic do picia, więc z przy­kro­ścią wró­cili do auto­karu. Mono­tonny dźwięk sil­nika spra­wił, że wkrótce chyba wszy­scy, z wyjąt­kiem oczy­wi­ście kie­rowcy, smacz­nie spali.

* * *

Nikę obu­dziło buja­nie i stu­kot kół na wybo­istej nawierzchni. Ziew­nęła i roz­pro­sto­wała zdrę­twiałe nogi. Net chra­pał w dziw­nej pozy­cji, zwie­szony przez pod­ło­kiet­nik, z głową na środku przej­ścia. Dziew­czyna wcią­gnęła przy­ja­ciela na sie­dze­nie.

— Eszże fila… — mruk­nął przez sen.

Jechali teraz znacz­nie wol­niej węż­szą szosą przez las. W świe­tle reflek­to­rów widać było, że droga pokryta jest wyśli­zga­nym śnie­giem. Na kolej­nym wyboju Net, nie­mal spa­da­jąc na zie­mię, zsu­nął się do poprzed­niej pozy­cji.

— Co?! Gdzie?! — Zerwał się, budząc Felixa i jesz­cze kilka osób.

— Pora wsta­wać. — Felix prze­tarł oczy. — Spóź­nisz się do szkoły.

Net rozej­rzał się i dotarło do niego, gdzie jest.

— Bar­dzo śmieszne… — Usiadł i ziew­nął. — Jak prze­śpię się w dzień, to mi się wszystko roz­re­gu­lo­wuje i potem budzę się w środku nocy.

Droga stała się kręta. Co chwilę wspi­nała się na wznie­sie­nia, by zaraz znowu spro­wa­dzić auto­kar w dół. Według wska­zań GPS-a do celu zostało pięć­dzie­siąt kilo­me­trów. Góry przed nimi nie były wyso­kie, małe wznie­sie­nia pora­stał gęsty las.

Cie­kawe, jak zniosą to hamulce, zasta­na­wiał się Felix. Było już za ciemno, by czy­tać. Zapa­lać latarki nie chciał – obok z głową opartą o zasłonkę drze­mała Regina. Zauwa­żył, że w roz­luź­nio­nej dłoni nad otwar­tym zeszy­tem trzyma odkrę­cone pióro wieczne. Ostroż­nie się­gnął po skuwkę, by ją zakrę­cić.

— Co robisz? — wark­nęła dziew­czyna. Patrzyła na niego zmru­żo­nymi oczyma.

— Chcia­łem tylko zakrę­cić pióro — odparł zasko­czony. — Żeby nie zaschło. Myśla­łem, że śpisz.

Chwilę przy­glą­dała mu się nie­przy­jaź­nie.

— My ni­gdy nie śpimy — wyce­dziła. Scho­wała pióro i pajęcz­nik do ple­caka, po czym oparła się o zasłonkę i przy­mknęła oczy.

Z przodu pani Olga dys­ku­to­wała zawzię­cie, choć na szczę­ście szep­tem, z panem Krzysz­to­fem. Pochy­lali się nad podartą mapą i pró­bo­wali usta­lić, gdzie są. Wyrę­czył ich kie­rowca, który zauwa­żył zardze­wiały dro­go­wskaz. Skrę­cili z wąskiej drogi w jesz­cze węż­szą i jesz­cze bar­dziej wybo­istą, ukrytą pod mięk­kim śnie­giem. Ślad bież­nika świad­czył, że ktoś tędy jed­nak jeź­dził. Droga wyglą­dała na odśnie­żoną jakiś czas temu, ale ostat­nie opady wygła­dziły pry­zmy po obu stro­nach. Pozo­sta­wało mieć nadzieję, że nic nie nad­je­dzie z prze­ciwka – było tak wąsko, że auto­kar się ledwo mie­ścił. Ośnie­żone gałę­zie szu­rały po dachu, a koła pod­ska­ki­wały na nie­wi­docz­nych korze­niach. Za kolej­nym zakrę­tem droga scho­dziła stromo do ukry­tej mię­dzy drze­wami dolinki. Auto­kar zatrzy­mał się.

— Nie pod­jadę tędy z powro­tem — ostrzegł pan Janusz.

— Ale według mapy to dobra droga. — Pani Olga wstała i zaczęła roz­kła­dać przed kie­rowcą kwa­dra­towe skrawki.

— Dla kogo dobra, dla tego dobra. Nie wrócę potem.

— Chce pan teraz jechać dwa kilo­me­try na wstecz­nym? — zapy­tał pan Krzysz­tof.

— Lepiej dwa niż pięć. — Kie­rowca wrzu­cił wsteczny i wci­snął gaz. Koła zabuk­so­wały, a pojazd ani drgnął. Pan Janusz chwilę bęb­nił pal­cami w kie­row­nicę, po czym wrzu­cił jedynkę i wolno ruszył w dół.

Droga wiła się mię­dzy czar­nymi drze­wami. Koła co chwilę gubiły przy­czep­ność, a tele­fony zasięg. Była już noc, a brak miej­skiej łuny, do jakiej wszy­scy przy­wy­kli w mie­ście, spra­wiał, że mimo śniegu ciem­ność za oknami wyda­wała się jesz­cze czar­niej­sza.

— Chyba widzia­łem kan­gura — mruk­nął Net. — Czy to już Bia­ło­ruś?

— Bia­ło­ruś to tro­chę nie w tę stronę — odparł Felix.

— Przy­naj­mniej będzie spo­koj­nie — zauwa­żyła Nika. — Odpocz­niemy.

— Inter­netu nie będzie — stwier­dził z rezy­gna­cją Net. — Bez inter­netu to nie jest wypo­czy­nek.

— Mają tam zbior­nik na inter­net — wyja­śniła Laura, opie­ra­jąc się o zagłówki foteli Neta i Niki.

— Że what? — Net spoj­rzał na nią podejrz­li­wie.

— Tak jak z wodą. Na stry­chu pew­nie jest duży zbior­nik. Jak trza­śnie pompa wody, to wodę czer­pie się ze zbior­nika. Inter­net tak samo. Raz na jakiś czas ścią­gają tro­chę inter­netu na wielki dysk i wystar­cza im na tydzień.

— Że what? — powtó­rzył zdez­o­rien­to­wany Net.

Dopiero chi­chot Felixa dał Netowi do myśle­nia. Chło­pak zmarsz­czył brwi i powie­dział:

— No prze­cież wiem, że mnie wkrę­casz. Takie coś nie może ist­nieć.

— Tam spo­tkasz wię­cej rze­czy, o jakich myśla­łeś, że nie mogą ist­nieć — powie­działa zło­wiesz­czym tonem Regina.

Felix i Net poczuli gęsią skórkę. Za to Nika wychy­liła się i odparła:

— Prze­stań nas stra­szyć, bo nastra­szymy cie­bie.

— Pró­buj­cie. — Regina uśmiech­nęła się lekko i odwró­ciła do swo­jej szyby.

Minęli kilka zakrę­tów, pagór­ków i wje­chali na polankę. Było tak ciemno, że jedyne, co dało się zauwa­żyć, to brak drzew. Pan Janusz zatrzy­mał auto­kar, otwo­rzył drzwi i wyłą­czył sil­nik. Zapa­dła cisza, prze­ry­wana tylko trzesz­cze­niem sty­gną­cego sil­nika. Wszy­scy, któ­rzy nie spali, wyj­rzeli przez okna. Nikt nie kwa­pił się do wysia­da­nia.

— Jak na mój gust, to tu — oświad­czył kie­rowca. Wstał, posta­wił literę „J”, która znów prze­wró­ciła się na wer­te­pach, i wyszedł na śnieg. Wyko­nał kilka przy­sia­dów i wyma­chów.

Felix zapa­lił latarkę i poświe­cił na śnieg obok auto­karu.

— Nie ma śla­dów butów — stwier­dził.

Ferio­wi­cze zaczęli wysia­dać. Dopiero stąd zoba­czyli sto­jący dwa­dzie­ścia metrów dalej, u pod­nóża spo­rego pagórka, trzy­kon­dy­gna­cyjny budy­nek ze spa­dzi­stym dachem. Nocą wielu szcze­gó­łów nie dało się dostrzec, poza jed­nym, bar­dzo istot­nym – w żad­nym z okien nie paliło się świa­tło. Nikt nie miał ochoty podejść bli­żej. Naj­bez­piecz­niej było w bez­po­śred­niej bli­sko­ści auto­karu. Pani Olga spraw­dzała papiery w swoim clip­bo­ar­dzie, ale chyba tylko po to, by zyskać na cza­sie. Zer­kała co chwilę to na doku­menty, to na porwaną mapę.

— Chyba zabłą­dzi­li­śmy — stwier­dziła w końcu.

Felix wyjął z kie­szeni GPS i spoj­rzał na ekran.

— GPS poka­zuje, że to gdzieś tu — mruk­nął. — Sygnał jest przez te góry słaby, ale to na pewno w pobliżu.

— Cicho, bo będzie na nas — uci­szył go Net.

— Wygląda, jakby od lat nikt tam nie miesz­kał — oce­niła Nika.

— Wygląda, jakby wszy­scy umarli — popra­wiła ją Regina.

Nika chciała coś odpo­wie­dzieć, ale co innego zwró­ciło jej uwagę.

— Znowu mają pełne torby. — Dys­kret­nie wska­zała chło­pa­ków wcho­dzą­cych za auto­kar.

— Jed­nak nie daje ci to spo­koju. — Felix chciał pójść za nimi i spraw­dzić, co zro­bią, ale Nika zatrzy­mała go.

— Lepiej nie. Trzy­majmy się umowy. Może dowiemy się przy oka­zji.

— Możemy wymy­ślić, co tam jest.

— Prze­cież nie kradną gąbki z foteli — zauwa­żył Net. — Więc co? Powie­trze?

— Dym. — Felix potarł brodę. — W auto­ka­rze nie wolno palić, więc wydmu­chują dym do torby. Ale całego nie da się wdmuch­nąć, więc tro­chę zostaje. Stąd ta ewa­ku­acja.

— Sądzisz? — Net spoj­rzał na Marka i Mar­cina wycho­dzą­cych zza auto­karu z pustymi tor­bami. Zaśmier­działo.

— Zagadka roz­wią­zana. — Felix uśmiech­nął się. — I nie wła­do­wa­li­śmy się w żadne kło­poty.

— Ja tu widzę cał­kiem spory kło­pot. — Net wska­zał głową budy­nek.

Pani Olga cho­dziła tam i z powro­tem mię­dzy uczest­ni­kami i cha­otycz­nie prze­glą­dała papiery. Pan Krzysz­tof wresz­cie wyszedł, zaczerp­nął świe­żego powie­trza.

— Zadzwoń do nich — pora­dził. — Powie­dzą, jak stąd tra­fić do pen­sjo­natu.

Pani Olga wyjęła tele­fon i zaczęła ner­wowo stu­kać w kla­wia­turę.

W tej chwili od strony domu dobiegł ich stłu­miony krzyk.

— Za wcze­śnie powie­dzia­łeś, że nie wła­do­wa­li­śmy się w żadne kło­poty. — Net już cofał się krok za kro­kiem w stronę drzwi. Nie on jeden. Gdy krzyk powtó­rzył się, był znacz­nie gło­śniej­szy. Ktoś pierw­szy wbiegł do auto­karu. Wtedy już wszy­scy zgod­nie rzu­cili się do środka.

— Niech pan odpala! — wrza­snęła pani Olga.

Pan Janusz ze zde­ner­wo­wa­nia nie mógł tra­fić klu­czy­kiem do sta­cyjki.

— Niech pan rusza!

Sil­nik, jak to zwy­kle w takich sytu­acjach bywa, nie chciał zapa­lić. Pan Janusz zamknął drzwi i wstał ze swo­jego miej­sca. Lewą ręką męczył roz­rusz­nik, prawą popra­wiał literę „J”.

— Będę ją trzy­mać! — Pani Olga rzu­ciła się na pomoc. Klęk­nęła na pod­ło­dze, chwy­ciła literę i posta­wiła ją pro­sto.

Nikt już nie spał. Nika wisiała na Necie, Regina dziw­nie bli­sko przy­su­nęła się do Felixa. Reszta ferio­wi­czów kuliła się na fote­lach bądź, prze­ciw­nie, stała przy­cza­jona w przej­ściu. Dwie Śmieszki pisz­czały i łado­wały się na kolana Olim­pij­czy­ków. Regina z fascy­na­cją wpa­try­wała się w czarne okna.

Sil­nik wresz­cie zapa­lił. Kie­rowca wci­snął gaz do końca i auto­kar, zarzu­ca­jąc i sypiąc śnie­giem spod kół, ruszył z miej­sca.

— To nie ta droga! — krzyk­nęła, ucze­piona litery „J”, pani Olga.

— Tamtą prze­cież nie pod­jadę. — Pan Janusz pró­bo­wał opa­no­wać pojazd i wce­lo­wać w drogę po prze­ciw­nej stro­nie podwórka.

— Więc na wprost! Byle dalej stąd!

Wje­chali mię­dzy drzewa. Pojaz­dem rzu­cało na wer­te­pach. Wszy­scy przy­trzy­my­wali się czego popa­dło.

— Wol­niej, bo wylą­du­jemy na drze­wie — powie­dział spo­koj­nie pan Krzysz­tof. — Nikt nas nie goni.

Pan Janusz zdjął nogę z gazu i ostroż­niej brał kolejne zakręty. Teraz już nikt nie miał poję­cia, gdzie jadą. Po poko­na­niu kolej­nego wznie­sie­nia zje­chali do małej dolinki. O pod­wo­zie zaszu­rał śnieg i auto­kar łagod­nie wyha­mo­wał, choć sil­nik pra­co­wał na wyso­kich obro­tach.

— Wto­pi­li­śmy — powie­dział kie­rowca. Zapa­dło pełne napię­cia mil­cze­nie.

— Ale jak to, wto­pi­li­śmy? — zapy­tała pani Olga, wciąż klę­cząc przy lite­rze „J”.

— Ani w przód, ani w tył. — Pan Janusz roz­ło­żył ręce.

— Co z pana za kie­rowca!

— Auto­karu wyciecz­ko­wego, a nie ratraka.

— Dobrze, że w ogóle tu doje­cha­li­śmy. — Opie­kunka wstała. — Ten rzęch pra­wie się roz­le­ciał po dro­dze.

— Spo­koj­nie — prze­rwał jej pan Krzysz­tof. — Przyj­rzyjmy się sytu­acji.

Wysiadł i obszedł auto­kar z latarką.

— Wszy­scy wysia­dają i pchają — pole­cił, gdy skoń­czył oglę­dziny.

— Kobiety też? — zapy­tała z obu­rze­niem dziew­czyna z kucy­kami.

— Dziew­czyny też.

— Miały być ferie, a nie rajd tere­nowy! Uświ­nię się…

Wszy­scy nie­chęt­nie wysie­dli, wpa­da­jąc w śnieg po kolana, po czym sta­nęli przed maską auto­karu. W lecie prze­bie­gała tędy droga, jed­nak teraz dolinkę przy­kry­wała gruba war­stwa śniegu. Nawet samo­chód tere­nowy miałby pro­blemy. Jedyne ślady, które pro­wa­dziły dalej, nale­żały do sku­tera śnież­nego.

— Moim zda­niem, bez szans — oce­nił Felix. Przy­ło­żył się jed­nak z innymi i naparł na karo­se­rię.

— Pul­sa­cyj­nie! — krzy­czał pan Krzysz­tof. — Równo z sil­ni­kiem. Roz­bu­jamy go.

Kie­rowca doda­wał gazu, wszy­scy pchali, a koła jałowo obra­cały się w śniegu. Pojazd ani drgnął, jakby tkwił w zasty­gnię­tym beto­nie.

— Trzeba powkła­dać gałę­zie pod koła — pora­dził chło­pak, któ­rego Felix od razu zapa­mię­tał jako prze­mą­drzalca. — I wyko­pać śnieg spod spodu. Tak wyko­pują samo­chody pro­fe­sjo­na­li­ści.

Pan Janusz wyłą­czył sil­nik i wysiadł. Przyj­rzał się opar­temu o śnieg pod­wo­ziu i powie­dział:

— Trzeba spro­wa­dzić trak­tor. I to duży.

— Czy ktoś wie, gdzie jeste­śmy? — zapy­tała pani Olga.

— W lesie — odparł pan Janusz. — Dosłow­nie i w prze­no­śni.

Felix odszedł na bok, włą­czył GPS i chwilę wpa­try­wał się w ekran.

— Nie wychy­lajmy się — syk­nął mu do ucha Net. — Wiem, co kom­bi­nu­jesz. Chcesz roz­wią­zać pro­blem.

— Tu na mapie jest biała plama — stwier­dził Felix. — A wła­ści­wie zie­lona, bo wszę­dzie jest las. Ale… ozna­czy­łem punkt, gdzie jest pen­sjo­nat. Czyli ten wymarły dom.

— Mówi­łem ci, jak coś pój­dzie nie tak, na przy­kład jak nas tam zamor­dują, to wszy­scy będą mieć do nas pre­ten­sję. Tak jest zawsze. Winny musi być.

— Nie możemy tu noco­wać — szep­nęła Nika. — Nawet opusz­czony dom jest lep­szy niż śro­dek lasu.

— Ale nie bądźmy tymi, któ­rzy wpadną na ten pomysł — popro­sił Net. — Pamię­tasz umowę? Sto­imy sobie z boku, uda­jemy nie­moty i cze­kamy, co inni wymy­ślą.

Kon­ku­ren­cyjna paczka rów­nież stała z dala od grupy i szep­tała. Tymon nie mar­no­wał czasu i grał w PSP. Pani Olga cho­dziła tam i z powro­tem z tele­fo­nem nad głową.

— Nie ma zasięgu — powta­rzała. — No nie ma zasięgu!

— Trzeba wejść na pagó­rek — nie powstrzy­mał się Felix.

— Racja! — Ruszyła w noc, ale od razu się odwró­ciła. — Wy idzie­cie ze mną. — Wska­zała Marka i Mar­cina.

Nie­chęt­nie ruszyli za opie­kunką, wciąż trzy­ma­jąc w dło­niach puste rekla­mówki.

— Moim zda­niem to nie­do­pusz­czalne — ode­zwała się dziew­czyna z kucy­kami. Pró­bo­wała tup­nąć nóżką, ale znów jej nie wyszło – but wbił się w śnieg.

— Taka karma — stwier­dziła Nika.

— Wszyst­kie pod­ręcz­niki survi­valu radzą, żeby się nie odda­lać od pojazdu — wyre­cy­to­wał prze­mą­drza­lec.

— To zostań — odparł Felix, któ­remu tam­ten zaczy­nał już dzia­łać na nerwy. — Nikt nas nie będzie szu­kał. To my musimy zna­leźć pen­sjo­nat. Jest pół kilo­me­tra stąd.

— Te same pod­ręcz­niki radzą, żeby się nie roz­dzie­lać.

— No to będziesz miał dyle­mat — wtrą­cił Net. — Ewen­tu­al­nie możesz wybrać kom­pro­mis i prze­cze­kać noc w poło­wie drogi mię­dzy auto­ka­rem a pen­sjo­na­tem, gdzie będą wszy­scy.

— Czyli gdzieś na tam­tym pagórku. — Felix wska­zał naj­bliż­sze wznie­sie­nie.

— Dodzwo­ni­łam się — oznaj­miła rado­śnie pani Olga, zbie­ga­jąc z górki. — Wystrzelą rakiet­nicę. Roz­glą­daj­cie się.

Nad lasem roz­bły­sło białe świa­tło. Rakiet­nica została wystrze­lona na tyle bli­sko, że sły­chać było huk, a po chwili jego echo.

— Bli­sko. — Net narzu­cił ple­cak, ale wła­śnie przy­po­mniał sobie o czymś. — Bagaże…

Powoli docie­rało to do wszyst­kich. Dziew­czyna z kucy­kami rzu­ciła torbę w śnieg i zaplo­tła ramiona, obra­żona na cały świat. Dwie Śmieszki już się nie śmiały, przy­po­mniały sobie bowiem, że spa­ko­wały się w ele­ganc­kie walizki na małych kół­kach, zupeł­nie nie­do­sto­so­wane do tych warun­ków. Pan Janusz odgar­nął śnieg i otwo­rzył luk baga­żowy. Wszy­scy nie­chęt­nie zaczęli wycią­gać torby, walizki i ple­caki. A im kto miał tro­skliw­szą mamę, tym gorzej teraz na tym wycho­dził. Narty i snow­bo­ardy zostały. Jedy­nie kon­ku­ren­cyjna paczka wyjęła pokro­wiec z nar­tami.

— Wszy­scy gotowi? — zapy­tał pan Krzysz­tof.

— Nie mogą tu po nas przyjść? — zapy­tała dziew­czyna z kucy­kami.

— Skoro wszy­scy gotowi, to idziemy. Nie zosta­wać w tyle.

Przy­ja­ciele tym razem posta­no­wili posłu­chać rady i ruszyli przo­dem. Felix spoj­rzał na kom­pas przy­pięty do paska ple­caka.

— Nie chcę was mar­twić, ale rakiet­nicę wystrze­lono wła­śnie z tego kie­runku, gdzie jest ten opusz­czony dom. Nawet jeżeli nie jest to nasz pen­sjo­nat, musi być tuż obok.

— Strach będzie wie­czo­rem wyjść na dwór — stwier­dziła Nika.

— To niczego nie dowo­dzi. — Net mach­nął ręką. — W tym samym kie­runku jest też Pałac Kul­tury.

Zauwa­żyli, że idą sami. Pan Krzysz­tof, obcią­żony jedy­nie nie­wiel­kim ple­ca­kiem, znik­nął z przodu. Reszta guz­drała się, pró­bu­jąc odwlec męczący i nie­wąt­pli­wie nie­przy­jemny marsz. Dziew­czyna z kucy­kami wlo­kła obu­rącz wielką walizę, którą trudno byłoby cią­gnąć nawet po zwy­kłym traw­niku. Rozej­rzała się i jej wzrok padł na Tymona.

— Gdy­byś był gen­tle­ma­nem — oświad­czyła wynio­śle — wziął­byś moją walizkę.

Chło­pak spoj­rzał na nią i zamru­gał nie­pew­nie. Naj­wy­raź­niej czuł się nieco zagu­biony w ciem­nym lesie, bez kon­soli w dło­niach.

— A powi­nie­nem…?

— Powi­nie­neś. — Wetknęła mu w dłoń uchwyt walizki.

— Nie znamy się nawet.

— Tekla. Zobacz, tak jest lepiej, bo będziesz trzy­mał rów­no­wagę.

Rze­czy­wi­ście, jego torba nie miała paska na ramię, więc niósł ją w dru­gim ręku.

— O, to i nasze weź — rzu­ciła jedna ze Śmie­szek.

— Chyba w zęby — wark­nęła Tekla. — Nie widzi­cie, ile już musi dźwi­gać? Zero zro­zu­mie­nia…

Śmieszki chwilę szep­tały mię­dzy sobą, po czym zatrzy­mały wzrok na Marku i Mar­ci­nie, któ­rzy wspól­nie nie­śli mię­dzy sobą wielką torbę. Pode­szły, zaga­dały i jakoś tak w natu­ralny spo­sób rączki ich wali­zek zna­la­zły się w wol­nych dło­niach chło­pa­ków, a one same szcze­bio­tały coś do nich, idąc obok. Olim­pij­czycy nie wyglą­dali na prze­ję­tych ani jed­nym, ani dru­gim i zwy­czaj­nie pocią­gnęli torby za sobą, jakby to były sanki.

Gdy już wszy­scy dobrnęli w głę­bo­kim śniegu na szczyt wznie­sie­nia, zro­zu­mieli, że nawet wycieczka kul­tu­ry­stów nie wepchnę­łaby auto­karu pod górę.

— Musimy tak gnać? — wysa­pał Tymon.

— To natu­ralne — wyja­śnił Felix. — Nikt nie chce iść ostatni.

— To ja popro­szę o krótką prze­rwę.

— No co ty? — zdzi­wiła się Tekla. — Prze­szli­śmy nie­całe sto metrów.

— Rany, już nie mogę…

— Zróbmy prze­rwę — posta­no­wiła pani Olga. — Nerwy mi odpoczną.

Zatrzy­mali się. Tymon usiadł na swo­jej tor­bie. Widzieli już prze­bi­ja­jące zza drzew świa­tło. Ich cel był cał­kiem bli­sko.

— Ciii… — Tekla przy­ło­żyła palec do ust. — Sły­szy­cie?

Ktoś albo coś ciężko oddy­chało. Ferio­wi­cze zbili się w cia­sną grupkę i rzu­cali wokoło nie­spo­kojne spoj­rze­nia. Teraz przy­po­mnieli sobie, że w pobliżu na­dal jest opusz­czony dom.

— To gdzieś z góry — oce­nił Tymon.

— Nie, stam­tąd… — Jedna ze Śmie­szek wska­zała mię­dzy drzewa.

— Niedź­wie­dzie tak nie oddy­chają — powie­działa Laura.

— Niedź­wie­dzie… — prych­nęła pogar­dli­wie Regina. — Chcia­ła­byś, żeby to był niedź­wiedź.

W ciem­nym lesie nie dało się niczego dostrzec. Chmury zasła­niały świa­tło księ­życa. Oddech ucichł jak urwany. Wszy­scy jakoś zapo­mnieli o zmę­cze­niu i ruszyli szyb­kim kro­kiem, pra­wie bie­giem, w stronę świa­tła.

— Idzie tutaj! — pisnął Net i wska­zał przed sie­bie dra­ma­tycz­nym gestem.

Potężna bru­natna postać kro­czyła drogą wprost na nich. Wszy­scy zatrzy­mali się rap­tow­nie. Nika ści­snęła dłoń Neta, a co bar­dziej roz­sądni ferio­wi­cze zaczęli w przy­spie­szo­nym tem­pie roz­wa­żać dostępne opcje. Uciec? Dokąd? Potwór prze­cież oddzie­lał ich od wyba­wie­nia. Wra­cać do auto­karu? Tam znajdą się w pułapce. W las? Jesz­cze gorzej, bo to zapewne natu­ralne śro­do­wi­sko tego mon­stera.

— Ojoj… — wyrwało się Netowi. Nie mógł się poru­szyć.

Tym­cza­sem stwór zbli­żał się do ska­mie­nia­łej gro­madki, wbi­ja­jąc potężne wło­chate stopy w śnieg, z siłą, od jakiej trzę­sła się zie­mia. Już widać było świe­cące w mroku śle­pia. Nikt nie odwa­żył się skie­ro­wać w tamtą stronę latarki lub, co bar­dziej praw­do­po­dobne, nikt nie wpadł na ten pomysł. Ci, któ­rzy stali naj­bli­żej, zaczęli się tylko krok za kro­kiem cofać. Nie­stety, napo­tkali sie­dzą­cego Tymona i bagaże, które sami przed chwilą posta­wili. Tekla i Śmieszki się wywró­ciły, Felix, Net i Nika odsu­nęli się wolno w stronę pobli­skich krza­ków, a sto­jąca na końcu druga super­paczka niby mogła się swo­bod­nie cofać, ale oba­wiała się roz­dzie­le­nia z grupą. Pani Olga stała jak zacza­ro­wana, z prze­ra­że­niem wpa­tru­jąc się w nad­cho­dzą­cego stwora.

— Co… co się tak guz­drze­cie? — wydy­szał zasa­pany potwór gło­sem pana Krzysz­tofa.

Dopiero teraz wszy­scy, któ­rzy mieli latarki, skie­ro­wali je na opie­kuna. Wyglą­dał zupeł­nie nor­mal­nie w swo­jej brą­zo­wej skó­rza­nej kurtce i zimo­wych butach.

— Nie świe­cić! — Zasło­nił się dło­nią. — Co z wami? Pik­nik tu urzą­dza­cie?

— Ja pier­dy­kam takie wczasy… — szep­nął Net. — To było mocne.

— Ile potrafi zdzia­łać wyobraź­nia — przy­znała Nika. — Chodźmy.

Wszy­scy, narze­ka­jąc, zebrali się do dal­szej drogi. Tymo­nowi nie chciało się już nieść walizki i torby, więc czer­wony z wysiłku po pro­stu cią­gnął je za sobą, posa­pu­jąc. Tekla szła przo­dem, więc tego nie widziała. Bez dal­szych przy­gód dotarli na polankę przed pen­sjo­na­tem.

— Ja pier­dy­kam… — powtó­rzył ze zgrozą Net.

Stali przed tym samym domem, przed któ­rym zatrzy­mali się pół godziny wcze­śniej. Jedyną róż­nicą była zapa­lona przed wej­ściem latar­nia i słabe świa­tła na par­te­rze. Felix z satys­fak­cją wyłą­czył GPS. Teraz wszy­scy mogli dostrzec wię­cej szcze­gó­łów budynku. Par­ter był muro­wany, a pierw­sze i dru­gie pię­tro wyko­nano z drew­nia­nych bali. Dom musiał być wie­lo­krot­nie prze­bu­do­wy­wany, bo róż­nej wiel­ko­ści okna umiesz­czono w prze­dziw­nych miej­scach, a mała wie­życzka wyra­sta­jąca z dachu wyglą­dała jak dokle­jona z tro­chę innej bajki. Dom wra­stał w zbo­cze, więc wysoki od frontu par­ter z tyłu ginął w pochy­ło­ści – tam pię­tro sta­wało się par­terem. Była jesz­cze piw­nica na wyso­kiej pod­mu­rówce, teraz czę­ściowo ukryta pod śnie­giem. Nad drzwiami wisiał drew­niany szyld z ledwo widocz­nym napi­sem „Pen­sjo­nat Trzy Kuzynki”. W tym oświe­tle­niu trudno było dostrzec coś wię­cej.

— Więc czemu przed­tem było ciemno? — zapy­tał Net. — Dni im się poso­liły?

Pan Krzysz­tof pierw­szy dotarł do drzwi. Były stare, wyko­nane z gru­bych desek, zawie­szone na solid­nych kutych zawia­sach. Naci­snął dzwo­nek. Po chwili szczęk­nął zamek i drzwi wolno się uchy­liły. Ferio­wi­cze z bez­piecz­nej odle­gło­ści obser­wo­wali posze­rza­jącą się szcze­linę. Chyba nikt by się nie zdzi­wił, gdyby wyło­niła się zza nich głowa wło­cha­tego potwora. Głowa uka­zała się, ow­szem, nawet zupeł­nie nor­malna, tyle że na wyso­ko­ści klamki. Nale­żała do star­szej kobiety.

— Wycieczka? — zapy­tała piskli­wym gło­sem.

— Tak — odpo­wie­działa rado­śnie pani Olga. — Biuro podróży Czarny Kot przy­bywa.

— Wejdą. — Otwo­rzyła drzwi na całą sze­ro­kość. — Zawoła panią Leoka­dię.

Odwró­ciła się i ode­szła w głąb domu. Miała nie wię­cej niż metr dwa­dzie­ścia wzro­stu, a do tego była dość pulchna.

— Przez chwilę myśla­łem, że tu będą schody w dół — szep­nął Net, prze­kra­cza­jąc próg.

— Ciii… — syk­nęła Nika. — Jesz­cze usły­szy.

— Usły­szała — rzu­ciła przez ramię kobieta, zupeł­nie tym nie­prze­jęta. Znik­nęła w kory­ta­rzyku.

— Pięk­nie zaczy­nasz — mruk­nęła Nika.

— No co, wymsknęło mi się.

Przez nie­wielki przed­sio­nek prze­szli do cie­plej­szego i jaśniej­szego wnę­trza. Sala zaj­mu­jąca więk­szą część par­teru miała grube, kamienne ściany i peł­niła chyba jed­no­cze­śnie funk­cję jadalni i pokoju dzien­nego. Na wprost wej­ścia znaj­do­wał się monu­men­talny komi­nek. Nie­stety, teraz wyga­szony, choć wciąż biło od niego cie­pło. Po dwóch jego stro­nach widać było krót­kie kory­ta­rzyki pro­wa­dzące do poza­my­ka­nych drzwi. Za komin­kiem zakrę­cały schody. Pod ścia­nami stały drew­niane ławy i stoły, a na środku pod­łogi, przed komin­kiem roz­ło­żono wielką skórę niedź­wie­dzia z wypcha­nym łbem skie­ro­wa­nym do pale­ni­ska. Obok stał wypchany rudy kot z oczami ze szkla­nych zie­lo­nych kulek. Na ścia­nach wisiało mnó­stwo nie­wielkich obra­zów i kilka ozdób, wśród któ­rych naj­więk­sze wra­że­nie robiły wypchane głowy zwie­rząt. Strop wyko­nano z gru­bych drew­nia­nych belek i desek. Żarówki w kin­kie­tach przy­ga­sały w nie­re­gu­lar­nych odstę­pach czasu, jakby ktoś bawił się ściem­nia­czem.

— Nie ma tele­wi­zora! — zauwa­żył ze zgrozą Net.

Ferio­wi­cze rzu­cali bagaże wprost na zie­mię i roz­pi­nali ubra­nia. Śmieszki ode­brały swoje walizki od Marka i Mar­cina i natych­miast zapo­mniały o ist­nie­niu chło­pa­ków. Teraz wresz­cie wszy­scy mogli spo­koj­nie ode­tchnąć i zapo­mnieć o szyb­kim mar­szu przez las. Ktoś dyszał gło­śniej od innych. Po chwili stało się jasne, że…

— Znów ten dźwięk — stęk­nął Net.

Śmieszki przy­po­mniały sobie o Olim­pij­czy­kach i szybko przy­su­nęły się do nich. Grupa zbiła się cia­sno na środku hallu.

— To coś przy­szło za nami — oznaj­miła gro­bo­wym gło­sem Regina.

— Jest pod pod­łogą! — krzyk­nęła Tekla. — Sły­szę go z dołu!

Ferio­wi­cze roz­pierz­chli się pod ściany. Tylko Net został na środku. Klep­nął się w czoło i wyjął z kie­szeni tele­fon.

— To SMS — ode­tchnął z ulgą.

Reszta grupy zaszem­rała z nie­za­do­wo­le­niem.

— Zmień na coś innego — popro­siła Nika. — Stra­szysz ludzi.

— Zmie­ni­łem wła­śnie na to. Sama ostat­nio chcia­łaś, żebym zmie­nił.

— Bo mia­łeś serię z kara­binu.

— Zasta­no­wię się. — Spoj­rzał na wyświe­tlacz. — To od Oskara. Hm… Ani razu nie użył słowa „wypas”.

— Wresz­cie zro­zu­miał, czym jest obóz har­cer­ski — zauwa­żył Felix.

— „To wygląda jak obóz dla uchodź­ców. Mam łóżko w pokoju tysiąc­o­so­bo­wym”. Jest też drugi. „Wła­śnie zga­sili nam świa­tło”.

Szmer roz­mów ucichł, do sali wkro­czyła bowiem wysoka i szczu­pła pięć­dzie­się­cio­latka. Miała na sobie ele­gancką, sta­ro­modną suk­nię się­ga­jącą nie­mal ziemi i futrzaną kami­zelkę. Czarne, mocno siwie­jące włosy upięła w kok. Zaplo­tła dło­nie i oznaj­miła:

— Nazy­wam się Leoka­dia, a ten pen­sjo­nat to Trzy Kuzynki.

Net miał na końcu języka pyta­nie o dwie pozo­stałe, ale wspo­mnie­nie wpadki sprzed chwili powstrzy­mało go przed jego zada­niem. Tuż obok przy­kuc­nął mały blon­dyn z nieco dłuż­szymi wło­sami i maj­stro­wał przy swoim ple­caku, nie­zbyt zain­te­re­so­wany sło­wami gospo­dyni.

— Moja kuzynka Leon­tyna pojawi się jutro na śnia­da­niu. Panią Hono­ratę spo­tka­li­ście przed chwilą. Zaj­muje się u nas porząd­kiem. Jutro zapewne pozna­cie pana Tobia­sza, który repe­ruje ciek­nące rury i dba o sprawy, które nie są inte­re­su­jące. — Powio­dła wzro­kiem po zdez­o­rien­to­wa­nej gru­pie. — Ale są konieczne. Ocze­ki­wa­li­śmy was dwie godziny temu.

— Duży ruch… i tro­chę zabłą­dzi­li­śmy — wyja­śniła pani Olga, po czym dodała z wyrzu­tem — gdyby przed drzwiami paliło się świa­tło, byłoby znacz­nie łatwiej tu tra­fić.

— Aku­rat mie­li­śmy awa­rię zasi­la­nia — odparła Leoka­dia. — Gałę­zie łamią się pod cię­ża­rem śniegu i prze­ry­wają kable. Uru­cho­mi­li­śmy już gene­ra­tor. Prąd będzie jesz­cze przez godzinę i kwa­drans.

— A potem? — zapy­tał szybko Net.

— A potem nie będzie prądu. Roz­lo­kuj­cie się w poko­jach. Za dwa­dzie­ścia minut podamy kola­cję. W tym domu obo­wią­zują pewne zasady, któ­rych kul­tu­ral­nym ludziom nie trzeba wyja­śniać. Naj­waż­niej­szą z nich jest obo­wią­zek pozo­sta­wie­nia swo­jego pokoju w takim sta­nie, w jakim się go zastało.

Odwró­ciła się i wyszła bez słowa wię­cej. Przy­ja­ciele popa­trzyli na sie­bie.

— Czy tak będzie codzien­nie? — zapy­tał Net. — Lulu o wpół do dzie­sią­tej?

— Może cho­dzi o gene­ra­tor — zasta­no­wił się Felix. — Oszczę­dzają paliwo. Na szczę­ście wzią­łem zapa­sowe aku­mu­la­tory do latarki. Dobra, ruszmy się, bo… — Felix zro­bił pierw­szy krok i runął jak długi. — Co jest…? — Spoj­rzał na swoje nogi. Sznu­rówki pra­wego i lewego buta były zwią­zane razem. Roz­su­płał je i wstał. Rozej­rzał się po ferio­wi­czach. Nie roz­po­znałby sprawcy, gdyby nie to, że Filip, jako jedyny, gapił się w sufit i pogwiz­dy­wał.

Felix nie zdą­żył zare­ago­wać, bo Nika szturch­nęła przy­ja­ciół i wska­zała w bok. Kon­ku­ren­cyjna paczka już wspi­nała się po scho­dach, a więk­sza część grupy wła­śnie szła w ich ślady.

— Zajmą nam naj­lep­szy pokój — mruk­nął Net i szyb­kim kro­kiem ruszył za nimi.

Felix i Nika zro­bili to samo, choć nie mieli poję­cia, gdzie jest ten naj­lep­szy pokój.

— Spró­bujmy na pod­da­szu — szep­nęła Nika.

— Będzie zimno — powie­dział przy­ci­szo­nym gło­sem Net. — I się nała­zimy.

— Ale będzie spo­kój — odparł Felix. — Opie­ku­no­wie wezmą pew­nie pierw­sze pię­tro, więc na strych nie będą czę­sto zaglą­dać.

— Więc na pod­da­sze — pod­su­mo­wała Nika.

Na pierw­szym pię­trze było pię­cioro drzwi, z czego jedne do łazienki. Kul­tura została na chwilę zawie­szona i krótki kory­ta­rzyk zamie­nił się w przed­sio­nek cha­osu. Przy­ja­ciele omi­nęli prze­py­cha­ją­cych się i w kilku susach wpa­dli na dru­gie pię­tro. Tu też były cztery pokoje. Pierw­szy zajął już Tymon, drugi Laura, a trzeci Regina. Czwarty, naj­więk­szy, był wolny, ale przy­ja­ciele już posta­no­wili.

— Czy­sto! — zawo­łał Net. — Idziemy na gotowe!

Ponie­waż schody były wąskie, a przed nimi nikogo, bez pośpie­chu wspięli się po trzesz­czą­cych stop­niach. Chaos pozo­stał niżej, na górze cze­kały na nich drzwi do spo­koj­nego wypo­czynku.

— To pod­da­sze wygląda na strych — zauwa­żył Felix.

— Na nie­uży­wany strych — spre­cy­zo­wał Net. Naci­snął klamkę. Drzwi były zamknięte.

Spoj­rzeli na sie­bie z prze­ra­że­niem i zbie­gli na dru­gie pię­tro. Do ostat­niego pokoju wcho­dziła wła­śnie kon­ku­ren­cyjna paczka.

— Roze­gra­li­śmy to jak ostat­nie lapety — jęk­nął Net.

Niżej nie mieli po co scho­dzić, tam było jesz­cze gorzej. Na szczy­cie scho­dów poja­wił się pan Krzysz­tof.

— Chłopcy oddziel­nie od dziew­czyn — powie­dział tylko i zszedł.

— Segre­ga­tor — dobie­gło przy­ci­szone z pokoju kon­ku­ren­cyj­nej paczki.

Net ode­tchnął i wyszep­tał kon­spi­ra­cyj­nie:

— Bie­rzemy ten z pra­wej.

— Zajął go już Tymon — zauwa­żył Felix.

— Nie bój nic. — Net uniósł palec. — Tym razem ja mam plan.

Wziął torbę Niki, pocią­gnął dziew­czynę za rękę i wszedł z nią do pokoju.

— Sły­sza­łeś, co powie­dział szef? — Poło­żył torbę na pod­ło­dze przy wol­nym łóżku. — Chło­paki oddziel­nie od dziew­czyn.

— Poważ­nie? — Tymon uniósł wzrok znad kon­soli.

— Śmier­tel­nie poważ­nie.

Z kon­soli dobie­gły dźwięk wybu­chu i smutna muzyczka.

— No i zgi­ną­łem. — Tymon skrzy­wił się. — Cały level do powtórki.

— Jak tu posie­dzisz jesz­cze chwilę, to szef za karę zabie­rze ci PSP.

Poskut­ko­wało. Tymon chwy­cił torbę, ple­cak i wypadł z pokoju z pręd­ko­ścią, o jaką trudno go było podej­rze­wać. Nika rozej­rzała się. Dwa stare drew­niane łóżka pod ścia­nami, wielka, rzeź­biona szafa, sto­lik pod ciem­nym oknem i jedno krze­sło.

— Dzięki, ale i tak mi kogoś dorzucą — powie­działa.

— Nie dzię­kuj, bo to… — Net roz­ło­żył ramiona i wydął policzki.

Nika unio­sła brwi.

— Aha. — Poki­wała głową. — Rozu­miem.

Wzięła torbę i wyszła z pokoju. Net napo­tkał spoj­rze­nie Felixa.

— Nie było czasu na wyja­śnie­nia… — powie­dział nie­pew­nie. — To była szybka akcja… Wiem! Prze­pro­szę ją.

Wyszedł na kory­tarz w chwili, gdy Nika docho­dziła do scho­dów.

— Weź, daj spo­kój, laska! — zawo­łał.

Spoj­rzała na niego, ale nie zdą­żyła odpo­wie­dzieć. Po scho­dach wbie­gła aku­rat pani Olga. Zakrę­ciła się, rzu­ca­jąc roz­bie­gane spoj­rze­nia na kolejne pokoje.

— Roz­lo­ko­wani? — zapy­tała. — Nie, nie. Nie może­cie być razem. — Mach­nęła na kon­ku­ren­cyjną paczkę. — Ty się prze­nie­siesz tam, albo nie. Albo tak. Albo nie, cze­kaj, bo jest jesz­cze… A ty tam sama? — Odwró­ciła się do Laury. — To tak, już wiem. Nie, zaraz… Nic nie wiem. Tak się nie da.

Po kilku kolej­nych prze­no­si­nach w pokoju trzy­oso­bo­wym wylą­do­wały Nika, Laura i Regina. Kinga, bo tak się nazy­wała dziew­czyna z kon­ku­ren­cyj­nej paczki, prze­nio­sła się do Tekli. Jej dwóch kole­gów, Patryk i Adrian, zna­la­zło się w pokoju drzwi w drzwi z Feli­xem i Netem.

Net z roz­ma­chem rzu­cił na łóżko ple­cak, który odbił się i wpadł mię­dzy wez­gło­wie a ścianę. Net się­gał już po niego, ale zre­zy­gno­wał i mach­nął ręką. Felix kul­tu­ral­nie posta­wił swój worek na dywa­niku i czub­kiem buta prze­su­nął pod łóżko zde­chłego pająka leżą­cego na środku pod­łogi.

— Tylko zapa­mię­taj, gdzie dokład­nie leżał — ostrzegł Net. — Bo wiesz, mamy zosta­wić ten pokój w takim sta­nie, w jakim go zasta­li­śmy.

Wszy­scy jakoś się ulo­ko­wali i zeszli na kola­cję. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami Felixa, dwa pokoje na pierw­szym pię­trze zajęli opie­ku­no­wie. Pana Janu­sza trzeba było doko­op­to­wać do pana Krzysz­tofa. Żaden z nich nie wyglą­dał na szczę­śli­wego z tego powodu.

Net tak wyma­new­ro­wał, żeby przy dłu­gim stole usiąść koło Niki. Zamy­ślony Felix zajął miej­sce obok.

— Chyba się nie obra­zi­łaś na poważ­nie?

— No wiesz — spoj­rzała na niego z wyrzu­tem. — Miłe to nie było.

— Sorry. I tak nie mogłaś być z nami. Co mam zro­bić, żebyś mi wyba­czyła?

— Coś wymy­ślę. — Nika uśmiech­nęła się lekko.

Zza drzwi kuchen­nych wyszła Hono­rata z kil­koma tale­rzami. Miała sil­niej­sze dło­nie, niż mogłoby się wyda­wać. Po chwili przed każ­dym wylą­do­wał talerz z grubą pajdą chleba z pasz­te­tem i kubas nie za gorą­cej her­baty.

— Pasz­tet z uczest­ni­ków poprzed­niego tur­nusu. — Net spró­bo­wał pierw­szy kęs i poki­wał głową ze znaw­stwem. — Wyborna ludzina. Żad­nych domie­szek ze środ­kami usy­pia­ją­cymi. Albo się wycwa­nili, albo piw­niczka już pełna.

Sie­dząca nie­da­leko Regina spoj­rzała na niego ciężko i wbiła zęby w chleb. Ferio­wi­cze dopiero teraz zaczy­nali naprawdę nawią­zy­wać zna­jo­mo­ści. W jadalni zro­biło się gło­śno. Śmieszki zmie­niły stra­te­gię i usia­dły po obu stro­nach Olim­pij­czy­ków, któ­rzy powoli zaczęli wyka­zy­wać zain­te­re­so­wa­nie gada­tli­wymi dziew­czy­nami.

Nika nachy­liła się do Neta i powie­działa:

— Wyglą­dają, jakby coś knuli. — Prze­nio­sła wzrok na kon­ku­ren­cyjną paczkę.

— My też tak pew­nie wyglą­damy — zauwa­żył Felix — jak się tak nachy­lamy do sie­bie i szep­czemy.

— No, ale my to my — odparł Net. — My to inna sprawa.

Kola­cja nie była wykwintna, ale też nikt nie został głodny. Hono­rata zebrała wszyst­kie tale­rze na raz, co przy jej postu­rze było nie­złym osią­gnię­ciem. Pan Krzysz­tof spoj­rzał na zega­rek i wstał.

— Jutro pobudka o wpół do ósmej, więc lepiej szy­kuj­cie się do snu. — Już szedł w stronę scho­dów.

Przez salę prze­szedł pomruk nie­za­do­wo­le­nia.

— Prze­cież są ferie… — zauwa­żył Net.

— Nie trać­cie czasu na narze­ka­nia. — Dziw­nym spo­so­bem w jego dłoni poja­wiła się kosme­tyczka. — Są tylko dwie łazienki, więc szy­kuje się nie­zła kolejka.

Na sali zapa­no­wało zamie­sza­nie, głów­nie wśród dziew­czyn.

— To nie zabrzmiało jak zachęta do wie­czor­nej tro­ski o higienę — stwier­dził Net.

* * *

Dziew­czyny tak długo oku­po­wały obie łazienki, że konieczne było prze­su­nię­cie wyłą­cze­nia świa­tła o pół godziny. Gdy zapa­dła ciem­ność, wszy­scy leżeli już w swo­ich łóż­kach. Dopiero teraz znik­nął szum gene­ra­tora i przez nie­szczelne okna, prócz chłodu, do pokoi docie­rał tylko szmer pobli­skiego stru­mie­nia.

— Jak tu cicho. I w dodatku ciemno. Nie zasnę tak na zawo­ła­nie — zrzę­dził Net.

Chwilę póź­niej już chra­pał. Felix pró­bo­wał czy­tać przy latarce czo­ło­wej, jed­nak po kilku linij­kach pod­dał się, zga­sił świa­tło i poszedł w ślady przy­ja­ciela.

Za to w pokoju za ścianą Nika naprawdę nie mogła zasnąć. Odczu­wała bli­żej nie­okre­ślony nie­po­kój zwią­zany z tym miej­scem. Pró­bo­wała odgad­nąć, co jest nie tak. Laura spała od kwa­dransa, a Regina sie­działa po turecku, nakryta koł­drą na głowę i w świe­tle małej latarki zapi­sy­wała coś w pajęcz­niku. Z wnę­trza jej groty docho­dziły ciche odgłosy skro­ba­nia pió­rem po papie­rze, a na prze­ciw­le­głej ścia­nie tań­czyły cie­nie. Regina iry­to­wała co prawda swoim sty­lem bycia, ale teraz Nika cie­szyła się, że nie leży w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści i ciszy. Wtedy wyobraź­nia zaczę­łaby dora­biać fan­ta­styczne wytłu­ma­cze­nia dla każ­dego skrzyp­nię­cia drew­nia­nego stropu. Nika nie była stra­chliwa, od kilku lat miesz­kała sama w małym, pół­to­ra­po­ko­jo­wym miesz­kanku wypeł­nio­nym sta­rymi meblami i wspo­mnie­niami lep­szych cza­sów. Jeśli już miała złe prze­czu­cia, to zwy­kle nie­stety oka­zy­wały się uza­sad­nione. A teraz wła­śnie je miała. Chciała wie­rzyć, że to tylko efekt stresu zwią­za­nego z podróżą, ze zgu­bie­niem drogi w lesie i awa­rią zasi­la­nia w pen­sjo­na­cie. A może i z tym, że jesz­cze wczo­raj nie była pewna, czy w ogóle poje­dzie na ferie. Im dłu­żej myślała, tym bar­dziej była nie­spo­kojna. Wła­ści­wie to w całym tym zamie­sza­niu nikt nie zauwa­żył, że nie wyja­śniło się, kto krzy­czał. No i jesz­cze ta pokrę­cona gotka…

Regina skoń­czyła pisać. Nakryła swój sto­lik nocny czar­nym obru­sem i zapa­liła na nim tea light6 w małej czer­wo­nej lata­rence.

— Nie boisz się pożaru? — zapy­tała Nika.

— Pożar nie jest naj­gor­szą rze­czą, jaka może się nam tu przy­da­rzyć — odparła gotka. — Ten pło­mień zabez­pie­czy nas przed czymś o wiele strasz­niej­szym.

To towa­rzy­stwo mi nie pomaga, pomy­ślała Nika.

Laura, która jed­nak nie spała, unio­sła się na łok­ciu i chwilę przy­glą­dała lata­rence.

— Będziesz odpra­wiać czarną mszę? — zapy­tała.

— Nie jestem sata­nistką.

— Masz naszyj­nik z pen­ta­gra­mem.

— Ale odwró­co­nym wierz­choł­kiem ku górze. To ochrona przed złymi mocami.

— Aha, czyli wszystko jasne. Ale tak na wszelki wypa­dek, nie skła­daj tu ofiar z gołębi, bo same musimy ten pokój potem posprzą­tać.

Odwró­ciła się ple­cami i nie ode­zwała wię­cej. Nika leżała, wpa­tru­jąc się w ledwo widoczny w poświa­cie lampki strop.

— Jakimi złymi mocami? — nie wytrzy­mała.

Regina nie spała.

— Też to czu­jesz?

Nika chwilę zasta­na­wiała się nad odpo­wie­dzią.

— Chyba tak… Ale nie wiem, co to jest.

— Cier­pli­wo­ści. Wkrótce się prze­ko­namy.

Ze względu na miłość autora do moto­ry­za­cji i jego wro­dzoną krnąbr­ność, w tej książce nazwy samo­cho­dów są i będą pisane wielką literą. [wróć]

PSP (ang. Play­Sta­tion Por­ta­ble) – prze­no­śna kon­sola do gier firmy Sony. [wróć]

Copy, paste (ang.) – kopiuj, wklej. [wróć]

Gro­ucho Marx (1890–1977) – naj­słyn­niej­szy z braci Marx, ame­ry­kań­ski aktor kome­diowy. [wróć]

Może­cie o tym prze­czy­tać w książce Felix, Net i Nika oraz Orbi­talny Spi­sek (cz. I i II). [wróć]

Tea light (ang.) – świeczka wyko­rzy­sty­wana jako źró­dło cie­pła w urzą­dze­niach mają­cych pod­grze­wać potrawy, m.in. do pod­grze­wa­nia her­baty. Czę­sto uży­wana rów­nież jako zwy­kła świeczka [wróć]

2. Desz­czowa wycieczka

Felix i Net dopiero po chwili zała­pali, że obu­dziło ich puka­nie do drzwi.

— Prosz!… — zawo­łał Net, otwie­ra­jąc jedno oko.

Zza zamknię­tych drzwi dobiegł ich głos pana Krzysz­tofa:

— Pobudka!

Net otwo­rzył dru­gie oko i spoj­rzał na zega­rek.

— Do szkoły wsta­jemy wcze­śniej, ale jakoś tak się czuję…

— Dużo tlenu i niż­sze ciśnie­nie. — Felix usiadł na łóżku. — Tro­chę zimno…

Net wysu­nął spod koł­dry jedną stopę. Scho­wał ją czym prę­dzej.

— Tro­chę?

Się­gnął do sto­ją­cego obok łóżka ple­caka po ubra­nie. Chwilę nagrze­wał je pod koł­drą, potem nało­żył, wciąż nie wycho­dząc z łóżka. Wresz­cie poli­czył do trzech i wysko­czył na pod­łogę.

— Dobra metoda — oce­nił i wyszedł z pokoju.

W dro­dze do łazienki spadł ze stop­nia oddzie­la­ją­cego ich część kory­ta­rza. Zła­pał rów­no­wagę i pomy­ślał, że cały ten dom powsta­wał bez pro­jektu. Wszę­dzie było pełno stopni, usko­ków, zało­mów ścian, czyli wszyst­kich tych rze­czy, które poja­wiają się zwy­kle, kiedy ktoś kich­nie pod­czas zapi­sy­wa­nia wymiaru i zamiast „metr trzy­dzie­ści” naba­zgrze „metr zybz­dzie­ści”. No i potem trzeba robić sto­pień.

Przed łazienką usta­wiła się już kolejka zło­żona z prze­stę­pu­ją­cych z nogi na nogę Laury, Reginy i Tekli. Net, szar­piąc brą­zowe włosy ster­czące teraz na wszyst­kie strony, ukła­dał fry­zurę, a raczej dopro­wa­dzał ją do stanu względ­nej syme­trii.

— Mogliby nas budzić eta­pami — zauwa­żył. — No i chyba nie znają przy­sło­wia, że kto rano wstaje, temu się nie udaje.

Do kolejki dołą­czyli Patryk, a po chwili i Adrian z kon­ku­ren­cyj­nej paczki. Wszy­scy wsłu­chi­wali się w odgłosy zza drzwi.

— Ktoś chyba myje głowę — obu­rzał się Net.

Na pię­tro weszła pani Olga.

— Naj­pierw dziew­czynki — zarzą­dziła.

— To nie­zgodne z kon­sty­tu­cją — zapro­te­sto­wał Net.

— Są dwie łazienki. — Nika wyszła z pokoju potar­gana i w powy­cią­ga­nych dre­sach. — Możemy się podzie­lić.

— To ja chcę górną — zazna­czyła Tekla.

— Ale przez więk­szą część wie­czoru będziemy sie­dzieć na dole — ziew­nęła Laura. Na gło­wie miała jado­wi­cie czer­wony stóg siana.

— Więc chcę dolną.

— Zde­cy­duj­cie się wresz­cie — pona­glał Net. — Mnie tam wszystko jedno, byle… byle­bym miał górną.

— Więc może… — Opie­kunka myślała inten­syw­nie. — Może… Rzu­cimy monetą.

Net szybko wyjął z kie­szeni dwu­zło­tówkę.

— Aku­rat przy­pad­kiem mam monetę. — Podał ją opie­kunce.

— No dobra… — Pod­rzu­ciła monetę tak mocno, że ta odbiła się od sufitu, pod­sko­czyła kilka razy na pod­ło­dze i zaczęła krę­cić bączka. Wszy­scy patrzyli na to z nie­cier­pli­wo­ścią, nawet nie zauwa­ża­jąc, że wła­śnie zwol­niła się łazienka – wyszedł z niej pan Krzysz­tof z mokrymi jesz­cze wło­sami. Wresz­cie moneta znie­ru­cho­miała. Pani Olga uklę­kła i zawy­ro­ko­wała – orzeł, czyli męski.

Kolejka się prze­gru­po­wała, bo jej część popę­dziła pię­tro niżej.

— Nie usta­li­li­śmy wcze­śniej, co ozna­cza orzeł — przy­po­mniała sobie Tekla, zatrzy­mu­jąc się w poło­wie scho­dów.

— Nie bądź rewi­zjo­nistką. — Net roz­wią­zał za nią pro­blem, wcho­dząc do łazienki.

* * *

Kamienny komi­nek po całej nocy był wciąż cie­pły w dotyku. Uło­żone na pale­ni­sku drewno cze­kało na pod­pa­le­nie, które to pod­pa­le­nie naj­wy­raź­niej jed­nak nie miało nastą­pić pod­czas śnia­da­nia. Teraz jadal­nia, jasno oświe­tlona wpa­da­ją­cymi przez małe okna pro­mie­niami słońca, wyda­wała się naj­zu­peł­niej nor­malną jadal­nią, naj­zu­peł­niej nor­mal­nego pen­sjo­natu, z naj­zu­peł­niej nor­malną, choć nieco niską wzro­stem obsługą. Wczo­raj­sze stra­chy wyda­wały się śmieszne.

Pod­czas gdy Hono­rata roz­no­siła tale­rze pełne kana­pek z szynką i kubki z kawą, pani Olga przed­sta­wiała plan dnia:

— Dziś mamy w pla­nach wycieczkę po oko­licy. Wszy­scy się roz­ru­szamy i pozbę­dziemy z płuc resz­tek miej­skiego smogu. Zna­czy, akli­ma­ty­za­cja. Jutro jedziemy na narty do… Aha! Nie jedziemy na narty, bo wto­pi­li­śmy auto­kar. Tak się to nazywa fachowo? — Spoj­rzała zna­cząco na pana Janu­sza.

— Tak się to nazywa nie­fa­chowo — przy­tak­nął uprzej­mie.

— Bo fachowo to się w ogóle nie wta­pia auto­karu — odparła z prze­ką­sem.

— Nie­fa­chowe jest pona­gla­nie kie­rowcy i wymu­sza­nie krzy­kiem, żeby jechał w las.

— Sam pan wje­chał w ten las.

— Ja kręcę kół­kiem, biuro podróży Czarny Kot mówi, gdzie mam jechać. Biuro chciało w las, to poje­cha­łem w las.

— A skąd ja mam niby wie­dzieć, że auto­kar może się zako­pać w śniegu?

— To powszech­nie dostępna wie­dza.

W drzwiach na zaple­cze poja­wiła się pani Leoka­dia. Tego dnia zamiast sukni miała na sobie długą pli­so­waną szarą spód­nicę i zie­loną koszulę. Nie­zmienna była tylko kami­zelka z kożu­cha.

— Tobiasz spró­buje odpa­lić Goliata — wyja­śniła, nie pre­cy­zu­jąc, czym jest ów Goliat i co to ozna­cza dla uwię­zio­nego w śniegu auto­karu. — Poznaj­cie moją kuzynkę Leon­tynę.

Zza niej wyszła… jej dokładna kopia. Nie­odróż­nialne było wszystko, łącz­nie z odpię­tym gór­nym guzi­kiem koszuli. Kobiety pode­szły rów­nym kro­kiem do stołu i usia­dły na końcu.

Net mruk­nął coś pod nosem.

— Co powie­dzia­łeś? — zapy­tała szep­tem Nika.

— Powie­dzia­łem „xero”, ale bar­dzo cichutko.

— Prze­pra­szam — ode­zwała się dość gło­śno Tekla — czy to dobry pomysł, aby w naszym wieku pić kawę?

— To kawa zbo­żowa — odparła pani Leoka­dia, albo może Leon­tyna. — Nie ma w niej kofe­iny. Praw­dziwą kawę przy­po­mina tylko w smaku.

Nika upiła łyk i skrzy­wiła się.

— Nie przy­po­mina — stwier­dziła cicho.

— Ta szynka też jakaś dziwna — zauwa­żył Net, prze­żu­wa­jąc pierw­szy kęs kanapki.

— Przy­zwy­cza­iłeś się do takiej z super­mar­ketu — wyja­śnił Felix. — Tam połowa masy to żela­tyna i dodatki sma­kowe. Widać pod świa­tło.

— Znasz się?

— Pozna­łem się, jak wujek z Bąko­wic przy­wiózł praw­dziwą. Chyba też pró­bo­wa­li­ście.

— Od paru tygo­dni jem pseu­do­kro­ko­dy­linę i pseu­do­kan­gu­rzynę. Smak mi się zaustra­li­zo­wał.

— Więc się nawróć — pora­dziła Nika. — Szynka jest wyborna.

— Naj­waż­niej­sze, że jest bre­ak­fa­ste­ron. Star­czy do obiadu.

Roz­mowę prze­rwała nie­ocze­ki­wana eks­plo­zja dźwię­ków muzyki kla­sycz­nej.

— Kon­cert wio­lon­cze­lowy C-dur Haydna — wyja­śnił z uda­wa­nym lek­ce­wa­że­niem Net. Wyjął tele­fon i prze­czy­tał — „W jadalni woda po kostki. Dosta­li­śmy szu­fle. Będziemy odwad­niać”. No, to my tu mamy luk­susy jak w Paris Hil­to­nie.

Nagle coś oso­bli­wego zaczęło się dziać z kawą Tekli. Pie­niła się, jak za szybko nalany napój gazo­wany. Po chwili piana już wypeł­zała z kubka i zsu­wała się na blat. Sie­dzący bli­żej ferio­wi­cze wpa­try­wali się w to zja­wi­sko z wytrzesz­czo­nymi oczami.

— Filip! — Tekla spoj­rzała groź­nie na sie­dzą­cego obok blon­dyna, niż­szego od niej o głowę. — Znowu ty?

Chło­pak wzru­szył ramio­nami i teatral­nie roz­ło­żył ręce. Nie­trudno było jed­nak dostrzec, że z tru­dem powstrzy­muje się przed wybu­chem śmie­chu. Zde­gu­sto­wana Tekla zamie­niła miej­scami ich kubki, co natych­miast zakoń­czyło dobry humor dow­cip­ni­sia.

— Za godzinę wyru­szamy — powie­dział pan Krzysz­tof. — Uma­wiamy się przed wej­ściem równo o dzie­wią­tej. Załóż­cie cie­płe skar­pety i zabierz­cie ze sobą coś prze­ciw­desz­czo­wego, bo wycieczka zaj­mie kilka godzin. Pani Hono­rata przy­go­tuje kanapki na drogę. Przed wyj­ściem każdy z wła­snym bido­nem zgłosi się po her­batę.

— A jak ktoś bar­dzo nie chce iść na wycieczkę? — zapy­tał Tymon.

— Wów­czas ten ktoś pój­dzie na wycieczkę bar­dzo nie­chęt­nie — wyja­śnił uprzej­mie opie­kun. — Nie­za­leż­nie od pogody i tak dwa razy dzien­nie czeka nas pół­to­ra­ki­lo­me­trowy marsz. Zgod­nie z opi­sem na stro­nie inter­ne­to­wej naszego biura, obiady jemy w pobli­skiej karcz­mie.

Spoj­rze­nia, jakimi obda­rzyli opie­kuna ferio­wi­cze, świad­czyły, że nie zaj­rzeli na wspo­mnianą stronę.

— Karczma w tej dzi­czy? — zdzi­wił się Net. — Pew­nie się nazywa Pod Roz­bry­ka­nym Orkiem?

— A wiesz, że jakoś podob­nie… — zasta­no­wiła się pani Olga. — No nie­ważne, prze­ko­namy się za parę godzin.

Hono­rata przy­szła pozbie­rać puste tale­rze. Znik­nęła z nimi w kuchni.

— Aaa… mam to! — Net poki­wał głową. — Tu nie ma kuchni. Jest tylko sma­ro­wal­nia kana­pek.

* * *

Przy­ja­ciele wyszli przed pen­sjo­nat jako jedni z pierw­szych. W powie­trzu czuło się wil­goć oraz deli­katną woń żywicy i butwie­ją­cych roślin. Tem­pe­ra­tura była bli­ska zera, a słońce, oświe­tla­jące spo­mię­dzy chmur połu­dniowe zbo­cza, roz­ta­piało śnieg. Można się było domy­ślać, w co zamieni się podwórko, jeśli taka pogoda utrzyma się dłu­żej.

— A miało być śniegu po pysk — wes­tchnął Net. Spoj­rzał na Reginę samot­nie sto­jącą poza gra­nicą zabu­do­wań. — Wiesz, jak się robi dia­bełka w śniegu? — zapy­tał cicho. — Tak samo, jak aniołka, tyle że śnieg się przy tym topi.

Felix poki­wał głową, ale nawet się nie uśmiech­nął. Sto­jący obok Olim­pij­czycy nie wyka­zy­wali ochoty do roz­mowy. Kon­ku­ren­cyjna paczka, która wyszła wła­śnie z pen­sjo­natu, rów­nież zajęła się sobą. Przy­ja­ciele obe­szli małe podwórko zakoń­czone szopą i budyn­kiem gospo­dar­czym z wiel­kimi wro­tami. Stał wci­śnięty w zbo­cze, tak samo jak dom. Dostrze­gli też wędzar­nię zro­bioną ze sta­rej szafy pan­cer­nej, co tłu­ma­czyło wyborną szynkę na śnia­da­nie.

— Ja cię… — Net trą­cił Felixa łok­ciem i wska­zał w bok.

Zza wrót garażu, bo chyba takie było prze­zna­cze­nie budynku, wyszedł chudy pięć­dzie­się­cio­letni może męż­czy­zna w czarno-sza­rym stroju robo­czym. Wyglą­dał cał­kiem nor­mal­nie, tyle że miał ponad dwa metry wzro­stu. Z tej odle­gło­ści dawało się to zauwa­żyć przez porów­na­nie z wro­tami, które wyglą­dały przy nim jak zwy­kłe drzwi. Zapewne był to Tobiasz, o któ­rym wspo­mi­nała poprzed­niego dnia Leoka­dia. Olbrzym znik­nął w drzwiach szopy. Żeby tego doko­nać, musiał się zgiąć nie­mal wpół.

— Ludzie są różni — skwi­to­wał Felix. Patrzył ponad dachem pen­sjo­natu na zale­sione zbo­cze. — Archi­tekt chyba nie bał się lawin, osu­nięć ziemi ani prze­wra­ca­ją­cych się drzew.

— Może dla­tego, że sam nie zamie­rzał tu miesz­kać — odparł Net.

Zbo­cze było w tym miej­scu łagodne. Wspięli się kawa­łek, ale dal­sze prze­dzie­ra­nie się przez gęste krzaki gro­ziło podar­ciem ubrań. Już stąd zoba­czyli, że dom jest więk­szy, niż począt­kowo sądzili. Dal­sza część, ukryta za dwu­me­tro­wym usko­kiem, pozo­sta­wała nie­wi­doczna z dołu. Była mini­mal­nie niż­sza i o połowę krót­sza od reszty. Na jed­nym pię­trze mie­ściły się może dwa pokoje.

— Zasta­na­wia­łem się, gdzie miesz­kają te dwie kuzynki i reszta — powie­dział Felix.

— Że nie dojeż­dżają, to jasne — zgo­dził się Net. — Mnie bar­dziej cie­kawi, gdzie jest trze­cia kuzynka.

— Nie żyje? — zasta­no­wiła się Nika. — To stara nazwa. Może nawet teraz pen­sjo­nat pro­wa­dzą spad­ko­biercy tam­tych kuzy­nek.

— Nie chcę kry­ty­ko­wać two­jego toku rozu­mo­wa­nia, ale te dwie Leo… coś tam są iden­tyczne. Kuzynki nie roz­mna­żają się przez pącz­ko­wa­nie… Cze­kaj­cie, cze­kaj­cie. — Net uniósł dło­nie. — Już się zacho­wu­jemy, jak­by­śmy roz­wią­zy­wali zagadkę kry­mi­nalną. To prze­cież nic nie zna­czy, że ktoś nazwie pen­sjo­nat Gie­wont, bo do Gie­wontu jest pięt­na­ście kilo­me­trów. Mar­ke­ting. Coś ponuro wyglą­dasz?

— Powin­nam się cie­szyć z tych ferii, ale jakoś nie mogę. — Nika wzru­szyła ramio­nami. — Ten dom mnie nie­po­koi. Nie wiem dla­czego. No i… Regina urzą­dziła sobie przy łóżku mały ołta­rzyk. Zapi­suje jakieś zaklę­cia w tym zeszy­cie z pają­kami. Mam złe prze­czu­cia.

— Prze­czu­cia? Pew­nie przez zmianę kli­matu. Tu nie ma żad­nej tajem­nicy.

— Nie wia­domo, kto wczo­raj krzy­czał — zauwa­żyła Nika.

Net uniósł jedną brew.

— Może ktoś sobie coś upu­ścił na nogę…

Z pen­sjo­natu wyszły Nata­lia i Zuzanna, które w zło­ści wrzesz­czały coś w stronę chi­cho­czą­cego w bez­piecz­nej odle­gło­ści Filipa.

— Zamie­nił im buty, bo mają iden­tyczne — powie­działa do przy­ja­ciół Laura. — Jedna pró­bo­wała zało­żyć dwa prawe, druga dwa lewe.

— Mały demo­ty­wa­tor na począ­tek dnia — oce­nił Net.

Dal­szą roz­mowę prze­rwał im pan Krzysz­tof, nawo­łu­jąc wszyst­kich do wymar­szu. Zeszli na dół. Kiedy pani Olga poli­czyła ferio­wi­czów, nie­spiesz­nym kro­kiem ruszyli po swo­ich wczo­raj­szych śla­dach. Za dnia las nie wyda­wał się taki straszny. Jałowce nie przy­po­mi­nały przy­gar­bio­nych postaci, a cie­nie nie poru­szały się na krań­cach pola widze­nia. Nawet droga do auto­karu nie była tak długa. Za to znacz­nie gorzej pre­zen­to­wało się poło­że­nie auto­karu. Tkwił, na końcu stu­me­tro­wego zjazdu, w się­ga­ją­cym ponad kra­wędź karo­se­rii śniegu. Pod­kła­da­nie gałęzi pod koła i pcha­nie nie wyda­wało się już dobrym pomy­słem.

— Czym­kol­wiek jest ten Goliat — mruk­nął pan Janusz — w nim jedyna nadzieja.

* * *

Pagórki były więk­sze lub mniej­sze, bar­dziej lub mniej zale­sione, widoki na inne pagórki lep­sze lub gor­sze, a ścieżka bar­dziej lub mniej śli­ska. Wycieczka byłaby nawet miła, gdyby nie obo­jęt­ność na piękno natury więk­szej czę­ści grupy, wzmoc­niona pogar­sza­jącą się aurą. Słońce już cał­kiem znik­nęło za szarą zasłoną i nawet nie było widać, z któ­rej strony świeci. Morale zdy­chało. Tekla narze­kała, że ścieżka jest nie­równa, że ma mokro w butach, że cią­gle jest pod górę. Tymon sapał i się pocił, dźwi­ga­jąc swój ple­cak i ple­cak Tekli, a prze­mą­drza­lec Kle­ofas pouczał wszyst­kich, jak należy sta­wiać stopy, by mniej się męczyć. Zamilkł po pierw­szej wywrotce w śnieżno-wodną breję. Nata­lia i Zuza stwier­dziły, że od tego łaże­nia po górach znisz­czą im się buty, które kosz­to­wały wię­cej niż całe te ferie. Pro­du­cent ele­ganc­kich koza­ków, by nadać im spor­towy cha­rak­ter, przy­cze­pił do suwa­ków błysz­czące bre­loczki z napi­sem „Sport”. Cała reszta nie była spor­towa. Dziew­czyny szybko jed­nak zna­la­zły pozy­tywną stronę tej sytu­acji i umó­wiły się na wiel­kie zakupy po powro­cie z gór.

Kiedy dotarli do wiaty w pobliżu doce­lo­wego szczytu, byli prze­mar­z­nięci i zmę­czeni. Usie­dli pod spa­dzi­stym dachem, na ławach usta­wio­nych po obu stro­nach dłu­giego stołu, wycią­gnęli kanapki i bidony z her­batą.

— Ta her­bata jest zimna — stwier­dziła ze szcze­rym zdzi­wie­niem Zuza.

— Pij na zapas — pora­dził Net. — W lecie będziesz narze­kać, że cie­pła.

Jedy­nie Felix miał ter­mos. Napeł­nił kubek i podał Nice. Pocią­gnęła łyk i skrzy­wiła się.

— Nie­do­bra? — zapy­tał Felix.

— Ząb…

— To nie fair — zauwa­żyła Tekla. — Podziel się ze wszyst­kimi.

— W nie­dzielę się nie dzielę — powie­dział Net.

— Tu jest pół litra — wyja­śnił Felix. — Każdy dostałby napar­stek.

— Jeśli cho­dzi o team buil­ding1, to gene­ralną zasadą jest dzie­le­nie się wszyst­kim z innymi — pouczył go z mądrą miną Kle­ofas.

— My nie chcemy budo­wać zespołu, tylko napić się her­baty. — Net się­gnął po kubek i osten­ta­cyj­nie wypił zawar­tość. — Skoro jesteś taki mądry, to czemu nie masz wła­snego ter­mosu?

— Nie chcia­łem się wywyż­szać z powodu swo­jej prze­zor­no­ści — odparł tam­ten dum­nie. — Nie wzią­łem ter­mosu celowo, nie zamie­rzam epa­to­wać, że jestem lep­szy i mądrzej­szy. Poza tym w ten spo­sób się har­tuję.

— Święte słowa — przy­znał pan Krzysz­tof, wyj­mu­jąc z ple­caka swój ter­mos. — Jeste­ście wyde­li­ka­ceni. — Nalał paru­jącą her­batę do kubka. Spró­bo­wał, skrzy­wił się i zaczął dmu­chać, żeby szyb­ciej osty­gła.

Reszta grupy patrzyła chci­wie na gorący napój.

Pani Olga otwo­rzyła prze­wod­nik po Sude­tach.

— Chce­cie posłu­chać o histo­rii tych ziem? — I nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, zaczęła czy­tać — „Sudety to łań­cuch gór­ski na obsza­rze połu­dniowo-zachod­niej Pol­ski i pół­noc­nych Czech. Nie­wielki frag­ment znaj­duje się w Niem­czech. Naj­wyż­szym szczy­tem Sude­tów jest Śnieżka, która ma 1602 m n.p.m. Sudety cią­gną się od Doliny Łaby po Bramę Moraw­ską. Od pół­noc­nego…”. E, nie, to nie jest cie­kawe. — Prze­rzu­ciła kilka stron. — „Typowe góry zrę­bowe. Skały mag­mowe, meta­mor­ficzne i osa­dowe dato­wane od pre­kam­bru do keno­zo­iku two­rzą mozai­kową budowę geo­lo­giczną…”. To też nie za cie­kawe. — Znów prze­rzu­ciła parę kar­tek. — „Można tu wyróż­nić blok kar­ko­no­sko-izer­ski, nieckę pół­noc­no­su­decką, meta­mor­fik kaczaw­ski…”. Dziwne… „Sudety zostały wypię­trzone pod­czas oro­ge­nezy kale­doń­skiej oraz her­cyń­skiej…”. Coś tu nie gra… — Zamknęła książkę i przyj­rzała się okładce. — Prze­wod­nik geo­lo­giczny po Sude­tach! Myśla­łam, że geo­gra­ficzny…

— Znam now­szą histo­rię zwią­zaną z tą oko­licą — ode­zwała się Laura. — Legendę wła­ści­wie. Opi­sał ją w książce podróż­ni­czej pro­fe­sor pale­on­to­lo­gii Hie­ro­nim Zyg­mun­to­wicz. Chce­cie posłu­chać? Dawno, dawno temu, tak ze dwa­dzie­ścia lat, pro­fe­sor opi­sał żyjące w tych lasach ćma­muty, czyli mamuty pro­wa­dzące nocny tryb życia. Jako jedyny pod­ga­tu­nek mamu­tów prze­trwały ostat­nią epokę lodow­cową.

— Będzie o miło­ści? — chciała wie­dzieć Nata­lia.

— Tro­chę będzie, potem. Pro­fe­sor Zyg­mun­to­wicz to postać tra­giczna. Po publi­ka­cji książki nikt nie uwie­rzył w ist­nie­nie takich zwie­rząt. Zor­ga­ni­zo­wano kilka wypraw nauko­wych, które wró­ciły z niczym. Na pod­sta­wie ich rela­cji powstała praca naukowa, w któ­rej wykpiwa się odkry­cia pro­fe­sora i nazywa go hochsz­ta­ple­rem i oszu­stem. Napi­sał ją pro­fe­sor Zaręb­ski, zazdro­sny o wcze­śniej­sze doko­na­nia Zyg­mun­to­wicza. Cały roz­dział poświę­cił pro­ble­mowi żero­wa­nia pew­nych indy­wi­duów na łatwo­wier­no­ści i otwar­to­ści kole­gów naukow­ców. Śro­do­wi­sko pale­on­to­lo­giczne wyklu­czyło Zyg­mun­to­wicza, mimo że w jego książce było jasno napi­sane, że ćma­muty są nie­wiel­kie, czarne i nie­zwy­kle pło­chliwe, więc nie da się ich zaob­ser­wo­wać powszech­nie sto­so­wa­nymi meto­dami. Argu­men­tem koron­nym stał się jed­nak fakt, że pale­on­to­lo­gia zaj­muje się ska­mie­li­nami, a więc nie­za­leż­nie od tego, czy ćma­muty bie­gają po Sude­tach, czy zostały tylko wymy­ślone, na pewno nie są ska­mie­nia­ło­ściami. Wyro­kiem sądu kole­żeń­skiego Zyg­mun­to­wicz został pozba­wiony pod­ty­tułu nauko­wego. Został pro­fe­sorem bez spe­cjal­no­ści, pro­fe­sorem z wie­lo­krop­kiem. Przy­ja­ciele się od niego odwró­cili, żona ucie­kła, zresztą – jak się potem oka­zało – do Zaręb­skiego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Team buil­ding (ang.) – budowa zespołu. Wszel­kie formy inte­gra­cji grupy, pozwa­la­jące na wza­jemne pozna­nie jej człon­ków. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Amelia i Kuba. Mi się podoba Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy Amelia i Kuba. Wenecki spisek Różaniec Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony Amelia i Kuba. Stuoki Potwór 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Chłopiec z Burzy Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never