Felix, Net i Nika oraz Świat Zero. Część 2

Felix, Net i Nika oraz Świat Zero. Część 2

Autorzy: Rafał Kosik

Wydawnictwo: Powergraph

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 608

Cena książki papierowej: 39.00 zł

cena od: 16.24 zł

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Świat Zero2. Alternauci

Felix, Net i Nika, warszawscy gimnazjaliści, trafiają do światów alternatywnych, a każda wizyta pokazuje im (i nam), jak wyglądałby nasz świat, gdyby historia potoczyła się trochę inaczej. Lektura dla myślących czytelników od lat 7 do 107!

Ostrzeżenie nr 1 - w tej książce znajdziesz gigantyczną dawkę humoru.

Ostrzeżenie nr 2 - od tej książki trudno się oderwać!

Ostrzeżenie nr 3 - ta seria uzależnia.

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Świat Zero 2. Alternauci

Warszawa 2013

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Świat Zero 2. Alternauci

ISBN: 978-83-61187-70-7

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl

www.powergraph.pl

Copyright © 2012-2013 by Rafał Kosik

Copyright © 2012-2013 by Powergraph

Copyright © 2012-2013 for the cover and illustrations by Rafał Kosik

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik

REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik

KOREKTA: Maria Aleksandrow

Wyłączna dystrybucja:

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

1. Ona będzie chciała tu zostać

2. Tam jest Pierścień, prawda?

3. Na Berlin!!!

4. Warszawa Zachodnia

5. Orchidea

6. Jesteście gotowi, żeby powiedzieć prawdę?

7. Złomogóry

8. I nic mi nie powiedzieliście?!

9. Właśnie złamałaś prawo

10. Tym razem naprawdę nas uwolnisz?

11. To się stało za minutę

11. Złoty Jeż

12. To dość skomplikowane

1955832-BH239-129Y

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

1. Ona będzie chciała tu zostać

Za oknem ze zgrzy­tem prze­to­czył się tram­waj. Zatrzę­sły się szyby, zabrzę­czały szklanki w szafce kuchen­nej, a w bla­sza­nych kub­kach z her­batą poja­wiły się kręgi. Felix i Net sztywno sie­dzieli przy stole w salo­nie pół­to­ra­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia pań­stwa Mic­kie­wi­czów i czuli się jak we śnie. Nika w sąsied­nim pół­po­koju roz­ma­wiała ze swoim nie­ży­ją­cym tatą, a jej nie­ży­jąca mama mie­szała rosół w wiel­kim garze na kuchni.

Felix mecha­nicz­nymi ruchami pod­no­sił do ust kubek i upi­jał łyk sty­gną­cej her­baty. Net patrzył to na rodzi­ców przy­ja­ciółki, to na Felixa, nie wie­rząc, że to się dzieje naprawdę. Bur­czało mu w brzu­chu, ale wyjąt­kowo nie zwra­cał na to uwagi.

Dokład­nie tydzień wcze­śniej trójka przy­ja­ciół odwie­dziła Insty­tut Badań Nad­zwy­czaj­nych, by uczest­ni­czyć w prób­nym uru­cho­mie­niu pier­ście­nia Jump­Gate – nowo­cze­snej kopii nie­miec­kiej insta­la­cji Wun­rung z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej. Ory­gi­nalne pier­ście­nie Wun­rung były tele­por­te­rami, a wbrew zamie­rze­niom kon­struk­to­rów oka­zały się rów­nież wehi­ku­łami czasu. Jump­Gate, który doro­bił się już potocz­nej nazwy Sko­czyw­rota, na razie ist­niał tylko w jed­nym egzem­pla­rzu, więc nie można było spraw­dzić, czy za jego pomocą uda się cokol­wiek tele­por­to­wać. Przy­ja­ciele nie­zbyt roz­sąd­nie prze­szli przez wyłą­czony Pier­ścień, by wspo­mnieć przy­gody z ostat­nich waka­cji1. Z początku nic nie wska­zy­wało na to, że wła­śnie wła­do­wali się w poważne kło­poty. Jed­nak już następ­nego dnia kilka istot­nych szcze­gó­łów nie zga­dzało się z tym, co pamię­tali. Pota­jem­nie dotarli do Insty­tutu i ponow­nie prze­szli przez Pier­ścień, co tylko pogor­szyło sytu­ację. Domy­ślili się, że Jump­Gate nie działa jak tele­por­ter, lecz jest bramą do świa­tów alter­na­tyw­nych. Pró­bu­jąc wró­cić do swo­jego świata, prze­szli przez Pier­ścień jesz­cze kilka razy, lecz zamiast zna­leźć się w Świe­cie Zero, lądo­wali w kolej­nych, coraz bar­dziej odle­głych rze­czy­wi­sto­ściach. Ta, w któ­rej zna­leźli się teraz, była ze wszyst­kich naj­dziw­niej­sza – w świe­cie B75, czyli odda­lo­nym o co naj­mniej sie­dem­dzie­siąt pięć lat od Świata Zero, Trze­cia Rze­sza nie ponio­sła klę­ski w roku 1945, tylko wciąż ist­niała. A co wię­cej, oku­po­wała tę część Pol­ski, która nie została zajęta przez Zwią­zek Radziecki.

Z pół­po­koju docho­dziły strzępki przy­ci­szo­nej roz­mowy:

— … jesteś pewna? — pytał tata. — … nie wyga­dają? … dobrze ich znasz? …

Nika przy­ta­ki­wała i odpo­wia­dała, ale zbyt cicho, by chłopcy mogli cokol­wiek usły­szeć. Zresztą zaraz ode­zwała się mama Niki:

— Życie na Pra­dze to nie to samo. — Uśmiech­nęła się do przy­ja­ciół, wycie­ra­jąc dło­nie w ście­reczkę. Bar­dzo przy­po­mi­nała Nikę. Star­sza nie­mal o trzy­dzie­ści lat, zanie­dbana, zmę­czona, ale pogodna. — Rzadko tu bywa­cie, to pew­nie czu­je­cie się jak w innym świe­cie.

— Dokład­nie tak bym to okre­ślił. — Net prze­łknął ślinę.

— Niem­ców pra­wie nie ma, jakby oku­pa­cji nie było. Za to nasza poli­cja ma mniej­szy posłuch, toteż są ulice, gdzie strach po nocy cho­dzić. Jak się udała wycieczka?

— Wycieczka? — Net uniósł brwi.

— Byli­ście we Wro­cła­wiu.

— Wro­cław… Wro­cław! Aha! Super się udała. Pełny suk­ces. Wró­ci­li­śmy.

— Czy klasa żeń­ska nie miała zwie­dzać Gdań­ska? — zapy­tał tata, wcho­dząc do salonu.

— Klasa żeń­ska? — Nika pode­szła do stołu.

— Słu­chaj, Pączu­siu — tata pod­niósł lekko głos. — Nie po to płacę za szkołę po tam­tej stro­nie, żebyś waga­ro­wała.

— Nie waga­ruję! — Dziew­czyna ner­wowo pokrę­ciła głową.

— Byłaś w Gdań­sku, czyż nie?

— Prze­cież… — Nika po raz pierw­szy, odkąd tu weszli, spoj­rzała na przy­ja­ciół. — Prze­cież wycieczka to atrak­cja…

Paweł Mic­kie­wicz zga­sił papie­ros w popiel­niczce, z któ­rej nie­mal wysy­py­wały się kró­ciut­kie nie­do­pałki. W nie­bie­ska­wym powie­trzu uno­sił się nie­przy­jemny zapach taniego tyto­niu, na który nakła­dał się o wiele przy­jem­niej­szy zapach rosołu. Tata spoj­rzał na córkę, przy­tu­lił ją i poca­ło­wał w czoło.

— Musimy mieć do sie­bie zaufa­nie. — Się­gnął po kolejny papie­ros. — W cięż­kich cza­sach tylko to się liczy. I prze­bierz się, zanim przyjdą.

— Tamto ubra­nie… jest w pra­niu. Kole­żanka zalała mnie colą.

— Czym?

— To był… kom­pot — wtrą­cił pospiesz­nie Felix.

— Załóż drugi kom­plet.

Tata pod­szedł do okna, zapałką przy­pa­lił papie­ros i zapa­trzył się na ulicę w dole.

— Nie pal tyle, już nale­wam — powie­działa mama.

Owi­nęła ścierką uszy dużego garnka, zesta­wiła go z elek­trycz­nej kuchni i przy­mie­rzyła się do odla­nia maka­ronu. Wes­tchnęła, odsta­wiła cięż­kie naczy­nie i potarła nad­gar­stek. Felix zerwał się i prze­jął gar­nek. Mama pod­ło­żyła dursz­lak, a chło­pak uchy­lił pokrywkę i spraw­nie prze­lał zawar­tość, po czym odkrę­cił zimną wodę.

— No pro­szę — ucie­szyła się mama. — Chło­pak, a umie odlać maka­ron, nie mar­nu­jąc przy tym połowy.

Tata nie zgniótł papie­rosa w popiel­niczce, lecz pośli­nił palce i zaga­sił żar, a wypa­lony do połowy pet wsu­nął do paczki z napi­sem „Popu­larne”. Nika dopiero teraz zorien­to­wała się, że mama patrzy na nią wycze­ku­jąco. Wyjęła więc z szafki pięć tale­rzy, każdy inny, i kolejno pod­su­nęła mamie.

Po chwili sie­dzieli już nad paru­ją­cym roso­łem. Wszy­scy, z wyjąt­kiem Niki, zaczęli jeść. Dziew­czyna obra­cała łyżkę, nie odry­wa­jąc wzroku od rodzi­ców. Dopiero gdy mama spoj­rzała na nią pyta­jąco, zre­flek­to­wała się i umo­czyła łyżkę w zupie. Rosół był nieco wod­ni­sty, ale nikt nie zamie­rzał narze­kać.

Chłopcy zje­dli szybko, jed­nak na wszelki wypa­dek nie wsta­wali od stołu, dopóki reszta nie skoń­czyła. Nika odsta­wiła tale­rze do zlewu, a Felix trą­cił Neta nogą i wymow­nie wska­zał drzwi. Net uniósł brwi.

— Tak cał­kiem? — zapy­tał szep­tem.

— Na tro­chę. — Felix wstał i pocią­gnął za sobą Neta. Dodał gło­śniej — przej­dziemy się i zwie­dzimy oko­licę. Rzadko bywamy po pra­wej stro­nie. Obej­rzymy, jak tu się żyje, a potem wpad­niemy… się poże­gnać.

Zarzu­cili ple­caki i wyszli.

— Wiesz, co się stało? — rzu­cił Felix, gdy zna­leźli się na gwar­nej ulicy. — Wyszli­śmy dziś z Pier­ście­nia z napi­sem „Bre­slau”. To po nie­miecku zna­czy Wro­cław. Nasza klasa w B75 prze­szła przez tele­por­ter do Wro­cławia, a nasi dwaj alte­rzy, zamiast zwie­dzać, zostali prze­rzu­ceni do głę­bo­kiego socja­li­zmu B40. My w tym samym momen­cie wyszli­śmy z dru­giej strony Pier­ście­nia, ale w War­sza­wie, nie we Wro­cławiu. Z punktu widze­nia naszej tutej­szej klasy to wygląda, jak­by­śmy się zerwali ze szkoły.

— Naprawdę nie mogę się zmu­sić do współ­czu­cia naszym alte­rom — przy­znał Net. — Za dużo mamy wła­snego pecha, żebym się mar­twił pechem ogól­nym.

— Cho­dzi mi raczej o to, że to pierw­szy raz, kiedy prze­mie­ści­li­śmy się w prze­strzeni.

— Tutaj pew­nie nie ma Sko­czyw­rót, więc prze­jęło nas naj­bar­dziej podobne urzą­dze­nie. Cie­kawe, skąd wzięły się te mię­dzy­mia­stowe tele­por­tery. Prze­cież wojna zakoń­czyła się po trzy­dzie­stu dniach, więc nie było potrzeby wymy­śla­nia cudow­nej broni, żeby zapo­biec klę­sce. No i obli­cze­nia pro­fe­sora Kusz­miń­skiego nie­ko­niecz­nie musiały wpaść w ręce Niem­ców, żeby mogli zapro­jek­to­wać Wun­rung.

— Nie wiem. Może po paź­dzier­niku trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roz­po­częła się zimna wojna mię­dzy Niem­cami a Rosją. Wtedy zbro­je­nia trwa­łyby na­dal. Zamiast maru­dzić, lepiej bądź wdzięczny pra­wom fizyki, że nie pozwo­liły nas posłać w nicość.

Minęli kilka ulic i wyszli na Ząb­kow­ską, przy­po­mi­na­jącą jeden wielki długi bazar. Na zaczepki han­dla­rzy już nawet nie zwra­cali uwagi. Pobież­nie oglą­dali stra­gany i witryny.

— Że jej mama zgi­nęła w kata­stro­fie lot­ni­czej, to rozu­miem — ode­zwał się Net. — Zna­czy w Świe­cie Zero zgi­nęła. Tu, w świe­cie B75, nie wsia­dła do samo­lotu, więc nie mogła zgi­nąć. To jest, powiedzmy, logiczne. Ale dla­czego w takim razie nie było jej też w tym prze­no­szo­nym socja­li­zmie w B40? Prze­cież ona zgi­nęła rap­tem kil­ka­na­ście lat temu, a B40 oddzie­lił się od Świata Zero co naj­mniej… no czter­dzie­ści lat temu.

— Im coś bar­dziej doty­czy nas, tym wię­cej rze­czy pasuje — wyja­śnił Felix. — W B40 cho­dzi­li­śmy razem do tej samej szkoły, choć przy­szli­śmy do niej pół­tora roku temu. To osta­tecz­nie można uznać za stałą, która pro­wa­dzi nas przez światy alter­na­tywne. Skoki nie są cał­kiem cha­otyczne, tylko nastę­pują według jakie­goś klu­cza. Może ist­nieje coś takiego, jak wątki, które łączą ze sobą podobne światy i uła­twiają przej­ście do takiego „bar­dziej zna­jo­mego”. Zasta­na­wia­jące jest tylko, dla­czego żyje tata Niki. On, zdaje się, umarł na raka płuc, bo od dawna dużo palił.

— Może tutaj papie­rosy są droż­sze, więc pali mniej? — Net wzru­szył ramio­nami. — Albo robią je ze zdrow­szego siana. Róż­nie może być. Wiesz, o czym myślę?

— Będzie chciała tu zostać. — Felix ski­nął głową.

Zatrzy­mali się, zain­try­go­wani nagłą zmianą w zacho­wa­niu ludzi. Ulica zaczęła się wylud­niać, prze­chod­nie gdzieś zni­kali, zwi­jano stra­gany i zamy­kano sklepy. Nie­liczne zapar­ko­wane samo­chody odjeż­dżały. Jesz­cze chwila i zosta­liby sami na pustej ulicy.

— Tam! — Net pocią­gnął Felixa w stronę sklepu kilka budyn­ków dalej. W jego drzwiach zni­kała wła­śnie ruda dziew­czyna.

— Ubra­nie tro­chę się nie zga­dza — zauwa­żył Felix.

— Miała się prze­brać, nie pamię­tasz?

Od strony Tar­go­wej docho­dził nara­sta­jący pomruk sil­ni­ków. Kto­kol­wiek nad­jeż­dżał, na Pra­dze nie był mile widziany. Przy­ja­ciele dopa­dli drzwi sklepu. Zostały już zamknięte, a wła­ści­ciel, sześć­dzie­się­cio­la­tek z siwą czu­pryną i taki­miż wąsami, pokrę­cił tylko głową i odwró­cił tabliczkę „Otwarte” na stronę z napi­sem „Zamknięte”. Odszedł. Przy­ci­snęli twa­rze do szyby, osła­nia­jąc się dłońmi od słońca. Wewnątrz, mię­dzy rega­łami stała Nika i gesty­ku­lu­jąc, mówiła coś do sprze­dawcy. Miała na sobie szary mun­du­rek przy­po­mi­na­jący skau­tow­ski.

Net zało­mo­tał otwartą dło­nią w szybę. Nika i męż­czy­zna spoj­rzeli w tę stronę. Dziew­czyna zmru­żyła oczy, jakby nie pozna­wała chłop­ców.

— Sto­imy pod słońce — zauwa­żył Felix i cof­nął się o krok. Net zro­bił to samo.

Nika popa­trzyła na nich, po czym zwró­ciła się do skle­pi­ka­rza, wska­zu­jąc drzwi. Nie sły­szeli, co mówi, ale domy­ślili się, że żąda otwar­cia zamka. Pomruk sil­ni­ków był coraz gło­śniej­szy. Zbli­żało się wiele cięż­kich pojaz­dów. Męż­czy­zna pokrę­cił głową i odpo­wia­dał coś. Wresz­cie, zre­zy­gno­wany, wycią­gnął z kie­szeni klu­cze i pod­szedł do drzwi. Prze­krę­cił zamek i wpu­ścił chłop­ców.

— Będą z tego tylko kło­poty — mruk­nął, ponow­nie zamy­ka­jąc drzwi. — Mam nadzieję, że macie ważny Ausweis.

— Jasne — zapew­nił go Net. — A kto… nad­jeż­dża?

Skle­pi­karz spoj­rzał na niego znad oku­la­rów w dru­cia­nych opraw­kach.

— Nie żar­tuj, młody czło­wieku. Nerwy i tak już mam jak postronki. Scho­waj­cie się lepiej.

Odszedł na zaple­cze. Przy­ja­ciele rozej­rzeli się. Na pół­kach leżały opa­ko­wa­nia maka­ronu, her­baty, mąki, kawy. Czyli sklep spo­żyw­czy.

— Mało praw­do­po­dobne, żeby ten ktoś chciał wpaść na zakupy — zauwa­żył Net. — Ale kto to jest, że wszy­scy tak czmych­nęli?

— Ty pytasz poważ­nie? — Nika spoj­rzała na niego zim­nym, jakby obcym spoj­rze­niem.

— Rzadko bywam na Pra­dze. — Net roz­ło­żył ręce. — A jesz­cze rza­dziej w B75. Skąd mam wie­dzieć?

— To gestapo. — Nika ski­nęła dło­nią, by scho­wali się za rega­łami. — Coś się musiało stać, skoro tu przy­je­chali.

— A pol­ska poli­cja?

— Zwiali pierwsi. Są mocni w gębie, ale na Różyca nawet nie pró­bują wcho­dzić. Jak poja­wiają się Niemcy, to zna­czy, że sprawa jest poważna. Mają wła­snych szpicli. Nie przy­cho­dzą w ciemno.

— A skąd ty to wiesz?

Nika tylko wzru­szyła ramio­nami.

— Szybko się wkrę­ci­łaś. — Net oce­nił ją wzro­kiem. — Wyglą­dasz jak kon­duk­torka z Deut­sche Bahn2.

— A wy jak cyr­kowcy. Chce­cie się rzu­cać w oczy?

— Prze­cież nie mie­li­śmy się gdzie prze­brać. Są!

Przy­ja­ciele przy­kuc­nęli za półką z kawą. Ulicą prze­to­czyły się na wiel­kich kołach trzy lek­kie ciem­no­gra­na­towe trans­por­tery. Za nimi postę­po­wali mun­du­rowi z goto­wymi do strzału kara­bi­nami auto­ma­tycz­nymi. Mun­dury i cha­rak­te­ry­styczne nie­miec­kie hełmy Wehr­machtu rów­nież były ciem­no­gra­na­towe.

— Jak na fil­mie — szep­nął Net.

Ostat­nich kilku żoł­nie­rzy zatrzy­mało się na komendę ofi­cera. Skrę­cili w stronę sklepu.

— Oj, robi się 3D… — jęk­nął Net.

Ofi­cer dło­nią w czar­nej ręka­wiczce zastu­kał w szybę. Jeden z trans­por­te­rów cof­nął się i zatrzy­mał przed drzwiami, wjeż­dża­jąc dwoma kołami na chod­nik. Przy­ja­ciele zer­k­nęli na ukry­tego za drzwiami zaple­cza skle­pi­ka­rza – trząsł się ze stra­chu.

— To nie jest film — szep­nął Felix. — Ani nie ist­nieje żaden plan B. Plan A zresztą też nie.

— O mamu­siu­bo­ska… — Net zamknął oczy. — Po co ja prze­sze­dłem przez ten Pier­ścień…?

Ofi­cer zastu­kał ponow­nie. Skle­pi­karz wal­czył ze sobą, zaci­ska­jąc pię­ści. Wresz­cie roz­są­dek zwy­cię­żył, bo prze­cież tamci, gdyby chcieli, i tak mogliby bez trudu stłuc szybę i wejść. Zro­bił trzy głę­bo­kie odde­chy i wyszedł z zaple­cza.

— Wymknij­cie się przez skła­dzik — powie­dział, nie­mal nie poru­sza­jąc ustami. — Zasło­nię was.

Wolno pod­szedł do drzwi i zaczął prze­trzą­sać kie­sze­nie, przy­pad­kiem tak, że poły far­tu­cha roz­su­nęły się, cał­ko­wi­cie zasła­nia­jąc szybę w drzwiach.

— Ale gdzie jest ten skła­dzik? — zapy­tał Felix.

Nika popchnęła go w stronę zaple­cza, i pocią­gnęła za dłoń Neta. Przy­gar­bieni, prze­mknęli za kon­tuar i dalej, na cał­kiem spore zaple­cze, na szczę­ście pozba­wione okien. Dziew­czyna prze­szła mię­dzy rega­łami z kar­to­nami peł­nymi pro­duk­tów i pocią­gnęła sto­jącą pod ścianą szafę.

— Rusz­cie się — syk­nęła.

Felix pierw­szy pod­biegł i pomógł prze­su­nąć ciężki mebel. W ścia­nie wid­niała otwie­rana do góry drew­niana klapa z okien­kiem z mato­wego szkła.

— Co to jest? — zapy­tał Net.

— Winda. — Nika otwo­rzyła klapę, odsła­nia­jąc ciemny szyb.

— Tro­chę mała. Pro­jek­tant chyba pomy­lił cale z cen­ty­me­trami.

— To jest szyb windy do kuchni. Kie­dyś była tu restau­ra­cja. — Chwy­ciła mały para­pet i przy­trzy­mu­jąc drugą dło­nią spód­niczkę, wsu­nęła się do wnę­trza. — Wchodź­cie, tu jest dra­binka.

Z tru­dem wgra­mo­lili się za nią. Felix zaparł się o nie­wi­doczne w ciem­no­ści szcze­ble, dosu­nął szafę i opu­ścił klapę w chwili, kiedy otwo­rzyły się drzwi fron­towe do sklepu.

— Dzień dobry. — Nie­miec przy­wi­tał się poprawną pol­sz­czy­zną, choć z wyraź­nym obcym akcen­tem. — Pan Kon­stanty Gold­mann? Mamy do pana kilka pytań. Pro­szę zamknąć sklep i wsiąść do samo­chodu.

— Uprzejmi jacyś — zauwa­żył szep­tem Net.

Nika zasło­niła mu usta dło­nią. Cze­kali, aż trza­snęły drzwi i zgrzyt­nął zamek. Chwilę póź­niej war­kot sil­nika zaczął się odda­lać.

— Nie­zu­peł­nie. — Nika puściła Neta. — Przez naj­bliż­sze kilka godzin przej­dzie przez coś, przez co ni­gdy nie chciał­byś prze­cho­dzić. — Ode­tchnęła. — A wtedy powie im o moim tacie.

— Co im powie?

Nika nie odpo­wie­działa. Zsu­nęła się po dra­bince i otwo­rzyła iden­tyczną klapę w piw­nicy. Wygra­mo­lili się do pomiesz­cze­nia dwa na dwa metry, oświe­tlo­nego małym zakra­to­wa­nym okien­kiem pod sufi­tem. Z kuchni zostały tylko rury i jeden prze­krzy­wiony zlew. Dwie ściany klitki wyglą­dały ina­czej – domu­ro­wano je póź­niej. Dziew­czyna pode­szła do sza­rych drzwi, chwilę nasłu­chi­wała i prze­krę­ciła gałkę zamka. Wyszli na kory­tarz, z któ­rego widać było schody na par­ter.

— W Świe­cie Zero też tak to wygląda? — zapy­tał Net, ale nie otrzy­mał odpo­wie­dzi.

— Nie zamkniemy tego zamka od zewnątrz — zauwa­żył Felix. — Ktoś może się tędy wła­mać do sklepu.

— Przez kilka naj­bliż­szych dni zło­dzieje nie wychylą nosa z domu. Chodź­cie, muszę ostrzec tatę.

— Zacze­kaj — popro­sił Net. — Co się z tobą dzieje? Rozu­miem, że to z rodzi­cami to spore wyda­rze­nie, ale…

Spró­bo­wał ją objąć. Wywi­nęła się i zamknęła za nimi drzwi. Spoj­rzała na swój mun­dur, tak bar­dzo brudny po przej­ściu przez szyb.

— Od kwa­dransa nale­żysz do jakiejś para­mi­li­tar­nej orga­ni­za­cji i już na mózg ci się rzuca — stwier­dził ponuro Net. — Co to za mun­dur? Hitler­ju­gend3?

— Sza­rych Sze­re­gów4 — odpo­wie­działa chłodno. — Na pewno już zamknęli mosty i metro. Nie wró­ci­cie dziś na lewy brzeg. Może­cie u nas prze­no­co­wać, jeśli chce­cie. Na mate­racu.

— Dzięki, ale…

Net wycią­gnął dłoń, by dotknąć jej ramie­nia. Ode­pchnęła go.

— Czego wy w ogóle ode mnie chce­cie?

Nie wyglą­dała na obra­żoną, raczej na obo­jętną. Wbie­gła po scho­dach na par­ter. Wyj­rzała na zewnątrz i wyszła. Chłopcy wymie­nili spoj­rze­nia.

— Ona zacho­wuje się, jakby chciała się nas pozbyć — szep­nął z nie­do­wie­rza­niem Net.

— Wła­śnie powie­działa, że możemy prze­no­co­wać — zauwa­żył Felix.

— Ale jakim tonem!

Wyszli przed dom. Po pojaz­dach gestapo nie było śladu. Stali przy kra­węż­niku, nie wie­dząc, gdzie iść ani co robić. Nika odda­lała się, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Na ulicę ostroż­nie wra­cało życie, choć wyraź­nie czuło się, że coś się zmie­niło.

— Jeżeli nie otwo­rzą mostów, prze­no­cu­jemy u niej — stwier­dził Felix. — Potem pomy­ślimy.

— Nie wiem, czy nie wolę się prze­spać w jakimś parku — burk­nął Net. — A jeżeli otwo­rzą?

— Poszu­kamy moich rodzi­ców. Dom jest przed­wo­jenny. Może jed­nak, jakimś cudem w tym świe­cie też tam zamiesz­kali. Skoro twoi w B40 miesz­kali w tym samym miej­scu, a nawet na naj­wyż­szym pię­trze… Może to jest ele­ment wzoru, który pro­wa­dzi nas przez światy.

— W B75 nie ma tam żad­nego wyso­kiego budynku. — Net wzru­szył ramio­nami. — Nie­ważne, nie zamie­rzam tutaj zosta­wać.

— To tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wane niż poprzed­nio. Coś mi się zdaje, że jak przej­dziemy przez ten Pier­ścień, któ­rym tu weszli­śmy, to znaj­dziemy się we Wro­cła­wiu. W końcu to tele­por­ter dzia­ła­jący w pracy cią­głej.

— Znajdźmy więc tutej­szy odpo­wied­nik Insty­tutu Badań Nad­zwy­czaj­nych.

— Naj­pierw musimy prze­ko­nać Nikę, żeby chciała tam z nami iść. Nie powin­ni­śmy się roz­dzie­lać. To doda­łoby kolejną zmienną do rów­nań –

— Jakich rów­nań?! — Net zama­chał rękoma. — Nie mamy poję­cia, jak to działa! Rów­na­nia, zapo­mnij o nich. O niczym nie mamy poję­cia, a wła­śnie roz­le­ciała się nasza super­paczka, jak­byś nie zauwa­żył! — Felix spró­bo­wał uci­szyć przy­ja­ciela, ale on nie zwra­cał na to uwagi. — Koniec super­paczki, rozu­miesz?! Ona teraz ma rodzinę, należy do jakiejś bojówki. Po co jej jesz­cze para fre­aków do kolek­cji?

Prze­chod­nie zer­kali na nich z zain­te­re­so­wa­niem, choć ubru­dzeni prze­dzie­ra­niem się przez nie­uży­wany szyb nie wyglą­dali już tak jaskrawo.

— Ona powie­działa „Szare Sze­regi”? — Felix zmarsz­czył brwi.

— Jakoś tak. Może sobie nale­żeć do Różo­wych Rzę­dów albo i Pią­tych Kolumn. Nie obcho­dzi mnie to. Dopóki nie miała rodzi­ców, byli­śmy dla niej… sub­sty­tu­tem! Nie chcę u niej noco­wać.

— Przej­dzie jej. — Felix potarł brodę. — Szare Sze­regi to pol­ska orga­ni­za­cja har­cer­ska z cza­sów wojny. Jak to moż­liwe, że Nika para­duje w środku dnia w mun­du­rze orga­ni­za­cji, która jaw­nie wal­czyła z oku­pan­tem? Szkoda, że nie możemy jej zapy­tać o to, co dokład­nie robiły Szare Sze­regi w Świe­cie Zero. Zawsze była dobra z histo­rii.

— Oba­wiam się, że dla niej to my jeste­śmy histo­rią. W tej piw­nicy mia­łem wra­że­nie, że roz­ma­wiam z zamra­żarką.

Felix nie podzie­lał obu­rze­nia Neta. Prze­bie­gał wzro­kiem po szyl­dach po prze­ciw­nej stro­nie ulicy. Pocią­gnął przy­ja­ciela w stronę Tar­go­wej, aż tuż przed skrzy­żo­wa­niem zatrzy­mał się i wska­zał narożny szyld.

— „Bar Ząb­kow­ski” — prze­czy­tał Net. — Dopiero jedli­śmy.

— Niżej prze­czy­taj. — Felix już prze­cho­dził przez ulicę.

— „Śnia­da­nia, obiady, kola­cje, elek­tro­ga­zety”. — Net prze­pu­ścił dorożkę i dogo­nił przy­ja­ciela. — Myślisz, że…?

— A cóż by innego?

Naroż­nym wej­ściem dostali się do lekko zapy­zia­łego wnę­trza. W pierw­szej sali przy chy­bo­tli­wych sto­li­kach posi­lało się kil­ka­na­ście osób. Bar musiał być kie­dyś ele­gancką restau­ra­cją, ale liczne uspraw­nie­nia taniej jadło­dajni zamie­niły wspo­mnie­nia daw­nej świet­no­ści w cień. Prze­kuty w murze otwór z napi­sem „Zwrot naczyń” dobił nawet i ten cień.

Przez prze­szklone drzwi pro­wa­dzące do dru­giej sali sączyło się zimne świa­tło moni­to­rów. Napis nad drzwiami gło­sił „Elek­tro­ga­zety – die Daten­sta­tion”.

— Elek­tro­ga­zety? — mruk­nął Net. — A tele­wi­zję pew­nie nazwali „pędzące pocz­tówki”.

Pchnęli drzwi i weszli do pomiesz­cze­nia przy­po­mi­na­ją­cego nieco to ze sta­cji metra „Stawki”, jed­nak ciem­niej­szego, pozba­wio­nego bowiem okien. Kom­pu­te­rów było kil­ka­na­ście, z czego więk­szość zaję­tych przez ludzi w wieku przy­ja­ciół. Jedy­nie przy drzwiach sie­dział trzy­dzie­sto­letni facet i… grał w grę, przy­po­mi­na­jącą ping-pong z pierw­szych kom­pu­te­rów ośmio­bi­to­wych. Chłopcy usie­dli przy kom­pu­te­rze w prze­ciw­nym rogu. Star­szy model, wyglą­dem przy­po­mi­nał przed­po­to­powy tele­wi­zor z małym wyłu­pia­stym ekra­nem w obu­do­wie pokry­tej błysz­czą­cym for­ni­rem. Nad ekra­nem przy­bito mosiężną tabliczkę z napi­sem „Rech­ner 09”. Litery na kla­wia­tu­rze zostały nie­mal cał­ko­wi­cie starte, a zamiast dziw­nego spodka-joy­sticka tkwiły cztery dodat­kowe kla­wi­sze ze strzał­kami z boku kla­wia­tury.

Felix przy­su­nął do sie­bie kla­wia­turę połą­czoną par­cia­nym prze­wo­dem z „tele­wi­zo­rem”.

— Sądzisz, że gdzieś w cen­trali tego dziw­nego inter­netu zapali się czer­wona lampka, jeśli wpi­szę „Szare Sze­regi”? — zapy­tał cicho.

— Praw­do­po­do­bień­stwo jest mniej­sze niż… — Net szu­kał porów­na­nia. — Nie, lepiej nie będę pro­wo­ko­wał rze­czy­wi­sto­ści porów­na­niami. Praw­do­po­do­bień­stwo jest bar­dzo małe. Przy tej archi­tek­tu­rze sieci log file dotrze do cen­trali za kilka godzin. To jakby wysłać paczkę kurie­rem.

Felix przy­tak­nął, wpi­sał „Szare Sze­regi”, a potem uży­wa­jąc dodat­ko­wych kla­wi­szy i „entera”, wybrał „odszu­kaj”. Te kom­pu­tery od razu usta­wiono na język pol­ski. Ekran zgasł na kilka dłu­gich sekund i tym razem przy­ja­ciele naprawdę pomy­śleli, że coś zepsuli. Jed­nak kine­skop roz­ja­rzył się ponow­nie i wyświe­tlił „Brak zna­le­zisk”. Felix wpi­sał jesz­cze kilka oczy­wi­stych haseł, któ­rych defi­ni­cję kom­pu­ter wyświe­tlił znów z kil­ku­se­kun­do­wym opóź­nie­niem, lecz popraw­nie. Oczy­wi­ście na tyle, na ile poprawna mogła być defi­ni­cja ze świata alter­na­tyw­nego odle­głego o sie­dem­dzie­siąt pięć lat.

— Aktu­al­nych danych to tu raczej nie będzie — zasta­no­wił się Felix. — Nie spraw­dzimy sytu­acji z mostami.

— Spraw­dzimy ją z kil­ku­go­dzin­nym opóź­nie­niem. — Net prze­su­nął do sie­bie kla­wia­turę. — Jeżeli służby infor­ma­cyjne coś wrzucą. — Cał­kiem spraw­nie zaczął prze­miesz­czać się po menu, choć każde wci­śnię­cie „entera” skut­ko­wało dłuż­szym przy­ga­śnię­ciem ekranu. Wresz­cie wyświe­tlił listę „Aktu­al­no­ści”. — Łał! Elek­tro­niczne wyda­nia gazet.

Po pol­sku była tylko jedna – „Nowy Kuryer War­szaw­ski”, któ­rego papie­rową wer­sję już mieli. Net wybrał tę pozy­cję z listy. Po nie­unik­nio­nej pau­zie na wyszu­ki­wa­nie danych, wyświe­tlił się w niskiej roz­dziel­czo­ści nagłó­wek „Kury­era” oraz lista arty­ku­łów – – z pew­no­ścią nie­pełna.

— Wszystko z wczo­raj — oce­nił Felix. — To nic nie da.

— Oso­bi­ście nie radzę tego tu czy­tać — usły­szeli za sobą.

Odwró­cili się gwał­tow­nie. Za nimi stał ten sam męż­czy­zna, który wcze­śniej grał w ping-ponga. Miał na sobie sta­ro­modną baweł­nianą mary­narkę i rów­nie old­sku­lowe spodnie. Jak zresztą więk­szość ludzi po tej stro­nie Wisły.

— Nie znam was. — Męż­czy­zna zmru­żył oczy. — Nie jeste­ście stąd.

— Z Żoli­bo­rza — wyja­śnił Felix. — A w poło­wie to nawet z Bie­lan. Nie możemy wró­cić, bo mosty…

— I wpa­dli­ście poczy­tać gadzi­nówkę5. Pła­cić i wyno­cha!

— Pła­cić? — zdzi­wił się Net. — Jak to pła­cić? A to nie za darmo?

— Rech­ne­ro­wać chcą, ale pła­cić to już nie? — Męż­czy­zna zaci­snął pię­ści i lekko się uśmiech­nął. — Mamy spo­soby na takich małych folks­doj­czy.

— Nie jeste­śmy żad­nymi folks­doj­czami — zapro­te­sto­wał Felix. — Tak tylko wpa­dli­śmy.

— Wpa­dli­ście, nie da się ukryć. I to głu­pio wpa­dli­ście.

Przy­ja­ciele wstali i cof­nęli się pod ścianę, gdy tam­ten postą­pił krok w ich stronę. Reszta klien­tów kawia­renki ode­rwała się od ter­mi­nali i patrzyła na przed­sta­wie­nie. Kilku star­szych nawet wstało, praw­do­po­dob­nie z zamia­rem współ­uczest­nic­twa w tym, co miało się wyda­rzyć.

— Może zbiera pan numi­zmaty…? — Net zaczął prze­trzą­sać kie­sze­nie.

— Macie pecha. Jestem fila­te­li­stą.

Felix i Net wci­snęli się w kąt, pod­czas gdy fila­te­li­sta, wraz z trzema chło­pa­kami star­szymi od przy­ja­ciół, pod­cho­dził coraz bli­żej. Felix oparł już dłoń na naj­bliż­szym krze­śle, by móc użyć go w cha­rak­te­rze broni. I wtedy, gdy przy­ja­cio­łom wyda­wało się, że star­cie jest nie­unik­nione, a straty wła­sne będą spore, zaskrzy­piały drzwi i do kawia­renki weszła Nika. Była ubrana ponow­nie w swoje zwy­kłe ubra­nie: Mar­tensy, spód­niczkę w szkocką kratę i bluzę jean­sową. Spoj­rzała na zamie­sza­nie w kącie i otwo­rzyła sze­rzej oczy.

— Mic­kie­wi­czówna — uśmiech­nął się do niej fila­te­li­sta — wróć za chwilę, złotko. Mamy tu sprawę do zała­twie­nia ze szpic­lami.

— To nie są szpicle! — wykrzyk­nęła. — Znam ich.

Męż­czy­zna skrzy­wił się i popra­wił koł­nierz, wyraź­nie nie­za­do­wo­lony z takiego obrotu sprawy.

— Są z tam­tej strony. Jak dobrze ich znasz?

— To nie ich wina, ich rodzice tam miesz­kają. Są w porządku. Cho­dzę z nimi do szkoły. Znam ich od dawna. Prze­pro­wa­dzili mały sabo­taż pod­czas szkol­nego apelu…

— Ta twoja szkoła…

— Tata kazał.

Na wzmiankę o ojcu Niki fila­te­li­sta wes­tchnął i odszedł od chłop­ców.

— Czy­tali gadzi­nówkę — powie­dział jesz­cze i wró­cił do swo­jego kom­pu­tera.

— Po tam­tej stro­nie trudno dostać „Gońca War­szaw­skiego”.

— A w sieci… — bąk­nął Net. — Zna­czy w… rech­ne­rze było tylko to.

— A skąd w elek­tro­ga­ze­cie miał się wziąć „Goniec”? Zabierz ich stąd, zanim zmie­nię zda­nie.

Usiadł przy biurku, pochy­lił się nad kom­pu­te­rem i uru­cho­mił tę samą grę. Klien­tela powoli wró­ciła do swo­ich zajęć, wyraź­nie zawie­dziona, że atrak­cja została odwo­łana. Nie cze­ka­jąc ani chwili, przy­ja­ciele wyszli do więk­szej sali baro­wej.

— Dzięki — powie­dział chłodno Net. — Bez tutej­szego wdzianka zacho­wu­jesz się jakoś… nor­mal­niej.

— Ofi­cjal­nie jest w pra­niu. — Nika objęła przy­ja­ciół i przy­tu­liła. — Prze­pra­szam, że was tak… zigno­ro­wa­łam. Nie wie­cie, jak to jest… Pogo­dzi­łam się już z myślą, że ni­gdy ich nie odzy­skam, a tutaj nagle… są. Wie­dzia­łam, że was tu znajdę. — Wska­zała głową kafejkę. — Wylą­do­wa­li­śmy w B75 w złym momen­cie. Aku­rat coś się stało. Gestapo zwi­nęło kilka osób. Od wielu mie­sięcy nie robili takich akcji. Mamy kło­pot, bo ci ludzie… — Ści­szyła głos, choć w zamie­sza­niu nikt z kil­ku­dzie­się­ciu osób nie miał szansy ich pod­słu­chać. — Ci ludzie, któ­rych dziś aresz­to­wano, byli powią­zani z moim ojcem.

— Pań­stwo pod­ziemne? — pod­su­nął Felix.

— Lep­szym okre­śle­niem jest… opo­zy­cja. Nie wiem zbyt wiele. Prze­py­ta­łam mamę na tyle, na ile to było moż­liwe, żeby się wszystko nie wydało. Wygląda na to, że Niemcy nie zaata­ko­wali Związku Radziec­kiego. Więc po czter­dzie­stym pią­tym Pol­ska nie zna­la­zła się w cało­ści pod oku­pa­cją radziecką, tylko została podzie­lona na pół. Ale podob­nie jak w Świe­cie Zero powoli nastę­po­wało roz­luź­nie­nie. Mama użyła okre­śle­nia ero­zja reżimu. Tyle że nastę­puje ona wol­niej niż u nas. Pol­ska nie ma wła­snego rządu, tylko nie­miec­kiego guber­na­tora. Mówi się o pew­nej auto­no­mii, ale to odle­gła przy­szłość. Wszy­scy myślą raczej o bez­piecz­nym dotrwa­niu do lep­szych cza­sów niż o zbroj­nym powsta­niu. Nie­wiele wię­cej wiem, ale na pewno gestapo wku­rzyło się o coś. Nie możemy noco­wać w domu, bo za kilka godzin mogą przyjść. Szcze­rze mówiąc… — Nika spu­ściła głowę — nie wiem, co robić.

— To dla­tego znów jesteś taka… — zaczął Net, ale ugryzł się w język.

Nika unio­sła na niego wzrok i już miała coś powie­dzieć, ale uprze­dził ją Felix:

— Tego aku­rat naj­mniej się spo­dzie­wa­łem.

Net i Nika powie­dli za jego spoj­rze­niem. Przy sto­liku pod oknem nad tale­rzami z barsz­czem ukra­iń­skim sie­działo dwóch męż­czyzn – Piotr Polon i Marek Bie­lecki.

Te przy­gody zostały opi­sane w książce Felix, Net i Nika oraz Teo­re­tycz­nie Moż­liwa Kata­strofa. [wróć]

Deut­sche Bahn – nie­miec­kie koleje. [wróć]

Hitler­ju­gend – „Mło­dzież Hitlera”, orga­ni­za­cja mło­dzie­żowa NSDAP, którą w uprosz­cze­niu można by porów­nać do orga­ni­za­cji skau­tow­skiej. [wróć]

Szare Sze­regi – kryp­to­nim kon­spi­ra­cyjny Związku Har­cer­stwa Pol­skiego pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej. [wróć]

Gadzi­nówka – rodzaj pisma powszech­nego w cza­sach oku­pa­cji nie­miec­kiej i sowiec­kiej. Pol­sko­ję­zyczna prasa, wyda­wana przez admi­ni­stra­cję oku­pa­cyjną w Gene­ral­nym Guber­na­tor­stwie oraz zachod­nich obwo­dach Związku Radziec­kiego. Słu­żyła pro­pa­gan­dzie. [wróć]

2. Tam jest Pier­ścień, prawda?

— Co oni tutaj robią? — Net chciał podejść do tatów.

— Cze­kaj, zasta­nówmy się. — Felix powstrzy­mał go. — Jesz­cze mamy chwilę.

— Tak z dzie­sięć ruchów łyżką. Może w B75 miesz­kamy na Pra­dze… no, ale czy chcia­łoby się nam dra­ło­wać codzien­nie na Powi­śle? Prze­cież cho­dzimy do szkoły z Niką.

— Nie wiem, czy z wami cho­dzę — zauwa­żyła. — Tak tylko powie­dzia­łam.

Obaj tato­wie inten­syw­nie dys­ku­to­wali przy­ci­szo­nymi gło­sami, nie prze­ry­wa­jąc jedze­nia. Wyglą­dali tak samo jak w Świe­cie Zero, jeśli nie liczyć old­sku­lo­wych ubrań. Jed­nak tata Felixa rów­nież tutaj miał na sobie robo­czą kami­zelkę z kil­koma dużymi kie­sze­niami.

— Może i racja — ode­zwał się Net. — Nie wiem, czy chcę przez to jesz­cze raz prze­cho­dzić. Rodzeń­stwo, nie rodzeń­stwo…

— To, że oni się znają — powie­dział Felix — i naj­wy­raź­niej pra­cują razem, to zna­czy, że mamy kolejną stałą dla kolej­nych świa­tów.

— W B40 się nie znali.

— Zamier­za­cie tak stać? — zapy­tała z nie­do­wie­rza­niem Nika. — Wła­śnie odna­leź­li­ście rodzi­ców i po pro­stu sto­icie?

— My ich zawsze… mie­li­śmy — odparł prze­pra­sza­ją­cym tonem Net.

Tato­wie skoń­czyli jeść, odnie­śli tale­rze do okienka zwrotu naczyń i wyszli na ulicę.

— Chodźmy za nimi — zade­cy­do­wał Felix. — Osta­tecz­nie do nich podej­dziemy. Cho­ciaż nie jestem pewien, czy… wolno nam tutaj być. Na Pra­dze.

Tato­wie, roz­ma­wia­jąc, szli Tar­gową w stronę Dworca Wileń­skiego. Śle­dze­nie ich nie spra­wiało trud­no­ści, byli bowiem tak zaafe­ro­wani roz­mową, że nie zwra­cali naj­mniej­szej uwagi na oto­cze­nie. Gwar uliczny tym bar­dziej czy­nił idą­cych za nimi przy­ja­ciół nie­mal nie­wi­dzial­nymi.

— Jest jesz­cze jedna sprawa — ode­zwał się Felix. — Mamy tele­fony, ale nie mamy łado­wa­rek. Jak je wyłą­czymy, potem nie dadzą się włą­czyć, bo nie znamy PIN-ów. — Zer­k­nął na wyświe­tlacz, uchy­la­jąc kie­szeń tak, by nikt z postron­nych nie zauwa­żył dziw­nego przed­miotu. — U mnie jest dwa­dzie­ścia pro­cent nała­do­wa­nia bate­rii.

— Jak już myślę, że nie ma pro­blemu, to ty zaraz jakiś wynaj­dziesz — stwier­dził Net i dys­kret­nie zer­k­nął na swój tele­fon. — U mnie pięt­na­ście.

— Gdy­by­śmy zna­leźli trans­for­ma­tor dający na wyj­ściu pięć vol­tów i dwa cien­kie kabelki, to można by je pod­ła­do­wać. Pamię­tasz, na któ­rym złą­czu USB jest zasi­la­nie, a na któ­rym masa?

— Nie. A tu nie znaj­dziemy sche­matu USB. Man­fred też go nie będzie miał w bazie danych. — Net wska­zał kciu­kiem ple­cak, po czym skrzy­wił się. — Nie mam też zasi­la­cza do lap­topa. Potra­fisz zro­bić trans­for­ma­tor?

— Potra­fię, ale pro­ściej będzie zna­leźć gotowy. Tole­ran­cja napię­cia w lap­to­pie musi być co naj­mniej plus minus dzie­sięć pro­cent. Dokąd oni idą? Minęli sta­cję metra.

— Mama wspo­mniała — powie­działa Nika — że po tej stro­nie Wisły gestapo ma sie­dzibę na Cyryla i Meto­dego. To trzy­sta metrów przed nami. Tam pew­nie trzy­mają więź­niów, któ­rych dziś zgar­nęli.

— Chyba nie myślisz, że… — Net zawie­sił głos.

Tato­wie na szczę­ście skrę­cili w prawo, do dworca kole­jo­wego.

— Gdy­by­śmy musieli się roz­dzie­lić — powie­dział Felix — uży­wajmy SMS-ów. Macie usta­wione wibra­cje?

— Tele­fon został w domu, w tor­bie — odparła Nika. — Wyszłam tylko na chwilę, żeby wam powie­dzieć, że nie możemy noco­wać u mnie i… żeby was prze­pro­sić.

— Prze­pro­siny przy­jęte — oświad­czył z uśmie­chem Net.

— A teraz idź po ten tele­fon — dodał Felix. — Albo lepiej weź torbę i wszystko. My spraw­dzimy, gdzie oni idą, i wyślemy ci SMS-a.

Nika ski­nęła głową i szyb­kim kro­kiem ruszyła z powro­tem. Chłopcy pod­bie­gli na ukos przez spory plac, by nie zgu­bić tatów po wej­ściu na dwo­rzec. W świe­cie B75 Dwo­rzec Wileń­ski rów­nież obsłu­gi­wał tylko połą­cze­nia pod­miej­skie, ponie­waż i tutaj Wilno leżało za gra­nicą, w Związku Radziec­kim – jaw­nie wro­gim wobec Trze­ciej Rze­szy. Dwo­rzec spadł więc do dru­giej ligi, ale to nie zna­czy, że był brzydki. Budy­nek w niczym nie przy­po­mi­nał tego ze Świata Zero, gdzie nad pero­nami znaj­do­wała się gale­ria han­dlowa. Tutej­szy był niż­szy, ale z monu­men­talną – na tyle, na ile było to moż­liwe przy tej wyso­ko­ści – kolum­nadą od strony Tar­go­wej. Zde­cy­do­wa­nie odsta­wał od oko­licz­nych kamie­nic i przed­wo­jen­nych gma­chów.

Syno­wie weszli za tatami po sze­ro­kich repre­zen­ta­cyj­nych scho­dach pro­wa­dzą­cych do kolum­nady zwień­czo­nej fron­to­nem z tar­czą zegara. Zna­leźli się w nie­spo­dzie­wa­nie małej hali z kasami bile­to­wymi. Hala nie była może szcze­gól­nie cia­sna, jed­nak fron­ton obie­cy­wał coś bar­dziej oka­za­łego. Za halą urzą­dzono pocze­kal­nię i wyj­ście na perony – tylko czę­ściowo zada­szone. Tato­wie skrę­cili w boczny kory­tarz, a gdy Felix i Net tam dotarli, zastali jedy­nie troje drzwi ozna­czo­nych nume­rami.

— Przy­naj­mniej nie wsie­dli do pociągu — stwier­dził Felix.

Nie zdą­żył nic wię­cej powie­dzieć, bo poczuł ciężką dłoń zaci­ska­jącą się na karku.

— Pusz­czaj, cha­mie! — krzyk­nął Net, rów­nież uchwy­cony w żela­zny uścisk.

— Cicho, szpicle. — Głos nale­żał do potęż­nego męż­czy­zny.

— Znowu szpicle?

Napast­nik pchnął ich w stronę środ­ko­wych drzwi i naci­snął klamkę. Ści­ślej mówiąc, użył łok­cia Neta do naci­śnię­cia klamki, po czym wepchnął przy­ja­ciół na ciemne schody wio­dące w górę do pomiesz­czeń ewi­dent­nie tech­nicz­nych. Kop­nia­kiem zamknął drzwi i popro­wa­dził ich na drugą kon­dy­gna­cję, czyli mniej wię­cej na wyso­kość trze­ciego pię­tra. Pró­bo­wali się szar­pać, ale to skut­ko­wało tylko wzmoc­nie­niem uści­sku. Dotarli na górę, minęli krótki kory­tarz tech­niczny i skrę­cili w kolejne drzwi.

— Au! — poskar­żył się Net, gdy znów został użyty do naci­śnię­cia klamki.

W wyso­kim, zagra­co­nym pomiesz­cze­niu o wymia­rach dzie­sięć na dzie­sięć metrów, przy stole zasła­nym papie­rami i czę­ściami maszyn, stali obaj tato­wie. Patrzyli na przy­by­łych z zasko­cze­niem.

Trzy­ma­jący przy­ja­ciół męż­czy­zna zwol­nił uścisk i pchnął swoje ofiary. Chłopcy mimo­wol­nie wyko­nali kilka kro­ków, by nie upaść.

— Śle­dzili panów. Przy­dy­ba­łem ich w kory­ta­rzu. Chyba pró­bo­wali się dowie­dzieć, które drzwi pro­wa­dzą tutaj. Na szczę­ście byłem czujny.

— Śle­dzili nas? — Tata Neta spoj­rzał na niego z roz­draż­nie­niem. — Pró­bo­wali dowie­dzieć się, gdzie weszli­śmy? No to wła­śnie roz­wia­łeś ich wąt­pli­wo­ści.

— Mam ich…? — Męż­czy­zna uniósł dło­nie, jakby zasta­na­wiał się, jak ich użyć do zamor­do­wa­nia intru­zów. — No nie wiem w sumie, co…

— Nie rób niczego, Miko­łaju, bo na szczę­ście spro­wa­dzi­łeś tu naszych synów. Wra­caj na poste­ru­nek, a następ­nym razem ostrzeż nas dys­kret­niej. — Wska­zał głową wci­śniętą w kąt umy­walkę.

— Tak jest! — Miko­łaj pra­wie zasa­lu­to­wał. Powstrzy­mał ruch w poło­wie i wyszedł.

Przy­ja­ciele spoj­rzeli na umy­walkę, potem na zamknięte drzwi, a wresz­cie na ojców. Tata Neta zało­żył ramiona i spoj­rzał na przy­ja­ciół groź­nym wzro­kiem. Tata Felixa patrzył na nich bar­dziej z zacie­ka­wie­niem.

— Co wy tu robi­cie? — zapy­tał ten pierw­szy.

— To dość skom­pli­ko­wane… — Net nie mógł się zde­cy­do­wać, czy pocie­rać obity łokieć, czy maso­wać nad­we­rę­żony kark.

— Jak nas wyśle­dzi­li­ście? — zapy­tał pan Polon.

— Nie prze­strze­ga­cie żad­nych zasad kon­spi­ra­cji — odparł Felix. — Zauwa­ży­li­śmy was w barze i po pro­stu tu za wami przy­szli­śmy.

— Ale co robi­cie na Pra­dze? — zapy­tał pan Bie­lecki.

— Odwie­dza­li­śmy Nikę — wyja­śnił Felix, a widząc pyta­jące spoj­rze­nia, dodał — kole­żankę z kla… ze szkoły. Przy­pad­kiem zauwa­ży­li­śmy was w barze. No i… jeste­śmy.

Zapa­dło mil­cze­nie. Tato­wie spoj­rzeli po sobie. Pan Bie­lecki lekko wzru­szył ramio­nami, na co tata Felixa uśmiech­nął się i powie­dział:

— Skoro nas zna­leź­li­ście, to nie ma powodu robić przed wami tajem­nic. Pro­wa­dzimy tu pewne… bada­nia. Ale pamię­taj­cie, że to jest –

— Top top top secret — dokoń­czył za niego Felix.

— To wła­śnie chcia­łem powie­dzieć… Ofi­cjal­nie to dział remon­towy dworca. Dyrek­cja nas lubi, bo zamiast wymie­niać zepsute trans­for­ma­tory, prze­kaź­niki i temu podobne, napra­wiamy je. Oszczę­dzają sporo, a te napra­wione urzą­dze­nia są bar­dziej nie­za­wodne od nowych. Mamy więc wolną rękę, by pro­wa­dzić tu nasze bada­nia. Takie małe hobby. Nazwa­li­śmy te pomiesz­cze­nia Insty­tu­tem. — Tata ogar­nął pokój ruchem dłoni. — Tam są jesz­cze dwa inne pokoje, ale to bar­dziej… maga­zyny.

— Zacze­kaj­cie tutaj chwilę. — Tata Neta spoj­rzał zna­cząco na tatę Felixa i popu­kał w zega­rek. — Musimy spraw­dzić odczyty para­me­trów zasi­la­nia.

— Tak, zacze­kaj­cie dwie minuty.

Obaj w pośpie­chu znik­nęli za dru­gimi drzwiami, zosta­wia­jąc przy­ja­ciół samych. Pomiesz­cze­nie wyglą­dało na warsz­tat połą­czony z maga­zy­nem. Przez dosyć brudne okrą­głe okienka w dwóch prze­ciw­le­głych ścia­nach wpa­dało wątłe świa­tło. Dach był jed­no­spa­dowy, zapewne więc znaj­do­wali się w pokoju na pię­trze, czy może raczej wyso­kim pod­da­szu ukry­tym za fron­to­nem dworca. Zatem tato­wie weszli przed chwilą do sali zega­ro­wej.

— Odczyty para­me­trów zasi­la­nia? — powtó­rzył cicho Felix. — Czyli zer­kną na wska­zówkę ampe­ro­mie­rza.

Pod­szedł do dużego stołu z dwoma ima­dłami i uchwy­tem do wier­tarki. Wprost nad nim z sufitu zwie­szała się na krót­kim kablu lampa, teraz wyłą­czona. Stół nie był więc zbyt jasno oświe­tlony, a graty w naroż­ni­kach pomiesz­cze­nia ginęły w pół­cie­niach. Felix obej­rzał leżące na stole wydruki sche­ma­tów maszyn i opisy tech­niczne po pol­sku i nie­miecku. Przyj­rzał się też pobież­nie róż­nym leżą­cym tu przed­mio­tom.

— To kamu­flaż — orzekł.

— Sami nam to powie­dzieli — zauwa­żył Net.

— To jest podwójny kamu­flaż. — Felix wska­zał pra­wie metro­wej dłu­go­ści model paro­wozu wyko­nany ze sta­rych łożysk, rur i meta­lo­wych skrzy­nek. — Znam mojego tatę. Nie zro­biłby tak nie­sta­ran­nego modelu. On w ogóle nie zro­biłby modelu.

Net wysłał do Niki SMS z infor­ma­cją, gdzie są, nachy­lił się nad paro­wo­zem i przyj­rzał mu z bli­ska.

— A to niby czemu? Wygląda faj­nie.

— Niczemu nie służy. Mój tata nie jest mode­la­rzem, tylko wyna­lazcą. A jeżeli nawet osta­tecz­nie robiłby model, to nie powstrzy­małby się, żeby ten model cze­muś nie słu­żył. A on nawet nie ma rucho­mych kół. Zobacz, łoży­ska są przy­krę­cone tak, że nie mogą się obra­cać. Powstał, żeby przy­pad­ko­wym gościom, takim jak my, wyda­wało się, że odkryli jakąś tajem­nicę, że kamu­fla­żem jest dział remon­towy, a po pracy dwaj pano­wie klecą tu modele i wyna­lazki z zamia­rem zaro­bie­nia na paten­tach. To na przy­kład — wska­zał rotor alter­na­tora połą­czony z pompą oleju, zawo­rem gazo­wym i kil­koma innymi czę­ściami — jest rotor alter­na­tora połą­czony z pompą oleju, zawo­rem gazo­wym i kil­koma innymi czę­ściami. Wygląda na pro­to­typ maszyny, ale niczemu nie może słu­żyć.

Net wziął pro­to­typ, a ten roz­le­ciał mu się w dło­niach. Kilka czę­ści z łomo­tem ude­rzyło o pod­łogę.

— Ups… — Chło­pak schy­lił się, by pozbie­rać czę­ści. — Ale skoro to do niczego nie służy, to i tak się nie mogło zepsuć.

Odło­żył wszystko na stół i odsu­nął się pod ścianę, z rękoma zało­żo­nymi z tyłu. Nikt jed­nak nie przy­szedł, by spraw­dzić, co jest źró­dłem hałasu.

Felix pod­szedł do naroż­nego regału, zaj­mu­ją­cego dwie ściany, i obej­rzał jego zawar­tość. Więk­szość sta­no­wiły pudełka z żarów­kami, prze­łącz­ni­kami i innymi czę­ściami zamien­nymi, które mogły się przy­dać na sta­cji. Tu wszystko wyglą­dało naj­zu­peł­niej nor­mal­nie, nawet czę­ściowo roz­mon­to­wana waga baga­żowa.

Na ścia­nie obok drzwi wej­ścio­wych wisiał przy­kle­jony taśmą izo­la­cyjną roz­kład jazdy. Felix spraw­dził godzinę na zegarku i porów­nał ją z tabelką.

— Wła­śnie powi­nien odjeż­dżać pociąg do Mał­kini.

Jakby w odpo­wie­dzi lekko przy­ga­sła żarówka, a chwilę póź­niej przez pod­łogę prze­szła deli­katna wibra­cja.

— Czy sieć trak­cyjna jest zasi­lana z tego samego źró­dła, co oświe­tle­nie? — zapy­tał Net.

— Chyba nie…

Zza drzwi maga­zynu dobie­gało ciche bucze­nie. Felix się­gnął do włącz­nika i zga­sił świa­tło. Dopiero wtedy w szcze­li­nie pod drzwiami dostrze­gli zimny nie­bie­skawy poblask, jaki widać pod­czas spa­wa­nia elek­trycz­nego. Świa­tło szybko znik­nęło, a bucze­nie uci­chło. Drże­nia pod­łogi już nie było czuć.

— Jakby zwar­cie — stwier­dził Felix, włą­cza­jąc świa­tło. — Jaką moc ma loko­mo­tywa elek­tryczna?

— A skąd mam wie­dzieć? — Net roz­ło­żył ramiona.

— Tylko na głos myślę. Można by to wyli­czyć: masa, przy­spie­sze­nie…

— Weź po pro­stu moc sil­nika auto­karu i pomnóż przez dzie­sięć. Po co ci to?

— Dwa tysiące koni mecha­nicz­nych, niech będzie. — Felix potarł brodę. — Czyli pół­tora tysiąca kilo­wa­tów, czyli pół­tora mega­wata. Czyli może nie­źle bły­skać, jeśli obwód się gdzieś nie styka.

— Stary, bez licze­nia mogłem ci to powie­dzieć.

— Liczy­łem co innego. Tam jest Pier­ścień.

Net zamilkł i uniósł brwi.

— Tam jest Pier­ścień — powtó­rzył Felix. — Skoro tyle rze­czy się zga­dza tu i w Świe­cie Zero, to czemu nasi sta­rzy tu też nie mie­liby się zaj­mo­wać Pier­ście­niem?

Pod­szedł do drzwi i spró­bo­wał zaj­rzeć przez dziurkę od klu­cza. Jed­nak klamka mu to unie­moż­li­wiała. Wyjął więc z kie­szeni smart­fon, przy­ło­żył obiek­tyw do dziurki i wci­snął ikonę kamery na wyświe­tla­czu. Oczom przy­ja­ciół uka­zał się… bły­ska­jący reszt­ko­wymi iskrami frag­ment Pier­ście­nia.

— Gdy pociąg rusza, pobiera z sieci sporo prądu — Felix scho­wał tele­fon do kie­szeni. — Ale Pier­ścień pobiera go jesz­cze wię­cej i dla­tego przy­gasa świa­tło. Nikt się temu nie dziwi, bo…

— … dzieje się to dokład­nie w chwili, gdy rusza pociąg — dokoń­czył Net. — Możemy wró­cić.

— A przy­naj­mniej wynieść się z Trze­ciej Rze­szy — przy­znał Felix.

— Jeżeli prze­ko­namy Nikę.

Gdzieś z boku dobie­gło ciur­ka­nie. Z kranu leciała woda.

— Ja niczego nie rusza­łem — zastrzegł szybko Net i pod­szedł do umy­walki.

— Lepiej nie doty­kaj — popro­sił Felix.

— Zakręcę, bo będzie na nas.

Zakrę­cił wodę aku­rat w momen­cie, gdy drzwi do „maga­zynu” otwo­rzyły się i tato­wie wró­cili. Tata Felixa trzy­mał zadru­ko­waną kartkę papieru i obaj prze­bie­gali po niej wzro­kiem.

— Nie jest dobrze — mruk­nął pan Polon.

Drzwi wej­ściowe otwo­rzyły się rap­tow­nie i do środka wpa­dła Nika w mun­du­rze har­cer­skim oraz trzy­ma­jący ją za kark Miko­łaj. Pchnął dziew­czynę na śro­dek. Net dosko­czył i zła­pał ją, by się nie prze­wró­ciła. Ona jed­nak wymi­nęła go i sama zła­pała rów­no­wagę.

— Dzię­kuję bar­dzo! — zer­k­nęła przez ramię na Miko­łaja. — Pięk­nie wita­cie tu gości.

— Czy żadne zasady kon­spi­ra­cji już nie obo­wią­zują? — zapy­tał groź­nie tata Neta.

— Tym razem uży­łem sys­temu wcze­snego ostrze­ga­nia — odparł z pre­ten­sją w gło­sie Miko­łaj.

Pan Bie­lecki wska­zał umy­walkę, a Miko­łaj podra­pał się w głowę.

— Może coś pomy­li­łem.

— Zakrę­ci­li­śmy wodę — przy­znał się Felix.

— Może­cie wyja­śnić dla­czego?

— Bo leciała. — Net wzru­szył ramio­nami. — Nagle zaczęła lecieć bez powodu.

Jego ojciec potarł czoło i prze­niósł uwagę na Nikę.

— A ty kim jesteś?

— Nika Mic­kie­wicz. Przy­nio­słam wia­do­mość –

— Mamy usta­lone kanały prze­ka­zy­wa­nia infor­ma­cji.

— To Nika, dobrze ją znamy — dodał szybko Net. — Cho­dzi do naszej klasy.

— Do klasy? — Tata uniósł brwi.

— Do szkoły, chciał powie­dzieć — spro­sto­wał Felix.

— To córka Mic­kie­wi­cza — przy­po­mniał sobie pan Polon. — Myślę, że można jej zaufać. O co cho­dzi?

Nika ode­tchnęła, na wszelki wypa­dek odsu­nęła się od Miko­łaja i powie­działa:

— Nie możemy uży­wać tele­fo­nów. Dla­tego przy­szłam oso­bi­ście. Aresz­to­wali kilku ludzi, i to tylko kwe­stia czasu, kiedy oni wszyst­kich wsy­pią. Konieczne jest prze­gru­po­wa­nie. Narada roz­po­czyna się za dwa­dzie­ścia minut w bez­piecz­nej knaj­pie. Muszę jesz­cze ode­brać z umó­wio­nego miej­sca porucz­nika.

Net obej­rzał ją od stóp do głów.

— Masz pralkę z suszarką?

— Mam dwa kom­plety mun­duru.

— To świet­nie, ale tak bar­dziej rzu­casz się w oczy — zauwa­żył pan Bie­lecki. — Prze­bierz się w coś neu­tral­nego.

Nika nie była zachwy­cona tym pomy­słem, za to Net uśmiech­nął się sze­roko i dodał:

— O tak. Wolę cię bez mun­duru… zna­czy… w cywil­nym stroju. Psy­chika ci się prze­sta­wia od tych wszyst­kich naszy­wek i spraw­no­ści.

Dziew­czyna posłała mu znu­dzone spoj­rze­nie i wyszła.

— O co cho­dzi z tym kra­nem? — zapy­tał Felix.

— Kiedy ktoś zamie­rza tu zejść, Miko­łaj odkręca na dole zawór, a z kranu leci woda — odparł tata. — To sygnał ostrze­gaw­czy. Spe­cjal­nie prze­ro­bi­li­śmy insta­la­cję.

— Nie mogli­śmy o tym wie­dzieć.

Pan Bie­lecki spoj­rzał na drzwi maga­zy­nowe.

— Też się zbie­rajmy. Lepiej tego i tak nie ukry­jemy. Jak się Niemcy zwie­dzą, nic nie pomoże.

— Jak na razie dwu­dzie­sto­jed­no­pro­cen­towy zanik. — Tata Felixa zło­żył na pół wydruk, wsu­nął go do wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki i ski­nął na przy­ja­ciół, by wyszli. — Może kwa­tera została odkryta, a może to zwy­kły błąd trans­mi­sji.

Felix miał na końcu języka prośbę o wyja­śnie­nie. Uznał jed­nak, że to nie jest naj­lep­szy moment.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Amelia i Kuba. Mi się podoba Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy Amelia i Kuba. Wenecki spisek Różaniec Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony Amelia i Kuba. Stuoki Potwór 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Chłopiec z Burzy Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never