Kameleon

Kameleon

Autorzy: Rafał Kosik

Wydawnictwo: Powergraph

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 544

Cena książki papierowej: 32.00 zł

cena od: 18.90 zł

Nad planetę Ruthar Larcke przybył z misją ratunkową USS "Ronald Reagan". Czterysta trzynaście lat wcześniej zaginął tu statek poszukujący planet, które nadawałyby się do terraformowania.

Załoga misji odkrywa kolejne zagadki: skąd na planecie odległej o sto dwadzieścia lat świetlnych od Ziemi kilkumilionowa ludzka społeczność? Czy jeden z członków załogi zaraził się obcą formą życia? I czy ich misja jest rzeczywiście misją ratunkową?

Wojna, rewolucja, zakulisowe intrygi. Czy zabijanie leży w naturze człowieka? Czy istnieje granica poznania? Co jest istotą wiary? Szybka akcja Kameleona nie przeszkadza w stawianiu ważnych pytań. Ta książka pozostanie w czytelniku na długo.

Rafał Kosik

Kameleon

Warszawa 2013

Rafał Kosik

Kameleon

ISBN: 978-83-61187-66-0

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl

www.powergraph.pl

Copyright © 2008-2013 by Rafał Kosik

Copyright © 2008-2013 by Powergraph

Copyright © 2008-2013 for the cover and illustrations by Rafał Kosik

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik

REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik

KOREKTA: Maria Aleksandrow

Wyłączna dystrybucja:

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

XXII

XXIII

XXIV

XXV

XXVI

XXVII

XXVIII

XXIX

XXX

XXXI

XXXII

XXXIII

XXXIV

XXXV

XXXVI

XXXVII

XXXVIII

XXXIX

XL

XLI

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

I

Noan stał, potrą­cany przez spie­szą­cych gdzieś ludzi, i patrzył w niebo. W gwiaz­do­zbio­rze Lisa przy­była nowa gwiazda! To nie­ocze­ki­wane odkry­cie wpra­wiło go w takie osłu­pie­nie, że zapo­mniał o wszyst­kim wokoło. Torba wypa­dła mu z ręki i pac­nęła o chod­nik. Zadźwię­czały kupione dziś gwoź­dzie. Gwiazda była jaśniej­sza od pozo­sta­łych. Nowa dziura w sfe­rze nie­bie­skiej, prze­pusz­cza­jąca blask z zaświa­tów. Noan obser­wo­wał niebo od kilku lat, ale ni­gdy nie spo­tkał się z poja­wia­jącą się nagle gwiazdą.

Rozej­rzał się. Świa­tło gazo­wych latarni wydo­by­wało odra­pane, krzywe domki przed­mie­ścia. Setki butów dep­czą­cych bruk, stu­kot kół zaprzę­gów, jed­no­stajny szum roz­mów. I ani jed­nego spoj­rze­nia w niebo. Jakby nic się nie wyda­rzyło.

Ock­nął się z zamy­śle­nia. Pod­niósł torbę i skar­cił się za tę chwilę nie­uwagi. Szczę­ście, że nie został okra­dziony! Ojciec byłby wście­kły. Szyb­kim kro­kiem dotarł do stajni, zapła­cił koniu­szemu i wypro­wa­dził na zewnątrz konia. Noan znów spoj­rzał w niebo. Gwiazda na­dal tam była.

Nowa gwiazda…

Wsiadł na konia i wolno ruszył. Cze­kały go nie­mal dwie godziny drogi do domu. Czas na prze­my­śle­nia. Nowa gwiazda… Wszy­scy mówili, że gwiazdy są dziu­rami w sfe­rze nie­bie­skiej. Więc nowa gwiazda to nowa dziura. Jeśli tak, to czemu na nie­bo­skło­nie nie ma roz­pruć, prze­tarć jak w płót­nie czy skó­rze? Czemu są tam tylko świe­tli­ste punkty? Noan nie dawał wiary temu gada­niu. Wyobra­żał sobie gwiazdy jako pło­myki odle­głych lamp. Skoro Słońce jest wielką ogni­stą kulą roz­świe­tla­jącą zie­mię i niebo, to czemu gwiazdy nie mogły być małymi pło­my­kami? Dzieci, które nie usły­szały jesz­cze o dziu­rach, wpa­dały czę­sto na roz­ma­ite pomy­sły. Noan, gdy był mały, sły­szał wiele takich opo­wie­ści. Naj­bar­dziej podo­bała mu się ta, mówiąca, że gwiazdy to robaczki świę­to­jań­skie, które przy­sia­dły na chwilę na noc­nym nie­bie. Wie­rzył w to do czasu, aż zauwa­żył, że układ gwiazd, z wyjąt­kiem kilku naj­ja­śniej­szych, jest nie­zmienny. Ale nie zdra­dzał się przed nikim ze swo­imi prze­my­śle­niami. I tak mieli go za dzi­waka.

Droga z mia­sta na farmę była pokryta ubitą gliną, po obu stro­nach rosły topole. Gdy przez wiele dni padały desz­cze, zamie­niała się w grzę­za­wi­sko. A że jesień zado­mo­wiła się na dobre, teraz Noan odwie­dzał mia­sto nawet dwa razy w tygo­dniu. Cza­sem, jeśli ładu­nek miał być ciężki, brał wóz. Musiał zdą­żyć ze spra­wun­kami, nim droga sta­nie się cał­kiem nie­prze­jezdna.

Pło­myki odle­głych lamp – to roz­bu­dzało wyobraź­nię. Ktoś musiał te lampy zapa­lać, cze­muś musiały słu­żyć. Cze­muś musiała słu­żyć rów­nież ta nowa lampa.

Pogrą­żony w roz­my­śla­niach dotarł do farmy. Odpro­wa­dził konia do stajni i roz­kul­ba­czył go. Wszedł do sieni na pal­cach – wszy­scy już spali. Noan sam pod­jął się zada­nia wypraw na targ. Nie­które spra­wunki zała­twiał jesz­cze póź­nym wie­czo­rem. I choć szcze­rze nie­na­wi­dził kup­cze­nia, to jed­nak dzięki temu nie musiał wsta­wać skoro świt i mógł spę­dzać noce na obser­wa­cji nieba. Miał prze­sta­wiony rytm dnia i był z tego zado­wo­lony.

Na pal­cach wspiął się na pod­da­sze, gdzie pozwo­lono mu miesz­kać (ojciec nawet się ucie­szył, że zwol­niła się jedna izba). Zapa­lił lampę naf­tową, naj­ci­szej jak potra­fił, otwo­rzył klapę w dachu i wsta­wił na pod­wyż­sze­nie trój­nóg z tele­sko­pem. Wyce­lo­wał w zna­jomy frag­ment nieba i usta­wił ostrość. Nowa gwiazda była zde­cy­do­wa­nie jaśniej­sza od pozo­sta­łych. Się­gnął pod łóżko po księgę, w któ­rej, odkąd skoń­czył trzy­na­ście lat, szki­co­wał mapy noc­nego nieba. Otwo­rzył opra­wioną w skórę okładkę i prze­kła­dał sztywne kartki, aż zna­lazł odpo­wied­nią stronę. Prze­je­chał pal­cami po szorst­kim papie­rze. Wyjął korek z kała­ma­rza, umo­czył pióro w nie­bie­skim atra­men­cie i posta­wił kropkę mię­dzy zaschłymi rok wcze­śniej krop­kami, z boku pozo­sta­wia­jąc miej­sce na współ­rzędne i opis.

Wpa­try­wał się w oko tele­skopu jesz­cze długo, pró­bu­jąc prze­bić wzro­kiem tajem­nicę skrytą za mało pre­cy­zyjną optyką. Prze­rwał dopiero, gdy ból ple­ców był już nie do wytrzy­ma­nia. Jęk­nął i wypro­sto­wał się. Prze­tarł oczy, zmę­czone od wpa­try­wa­nia się w jeden punkt. Zamknął je, ale wciąż pod powie­kami miał powi­dok nowej gwiazdy.

Nowa gwiazda! Chciał wybiec na dzie­dzi­niec i krzy­czeć o swoim odkry­ciu! Nie… nie było komu opo­wie­dzieć. Wyśmia­liby go i zbesz­tali. Gwiazdy, też coś! Zaczę­łaby się awan­tura. Noan wie­dział, że tej nocy długo nie zaśnie. Będzie się gapił w poczer­niałe kro­kwie i roz­my­ślał do brza­sku.

Nowa gwiazda…

* * *

Obu­dziło go słońce, wpa­da­jące przez małe okienko. Na dole trwała praca. Od dwóch albo trzech godzin.

Ubrał się i zszedł do izby kuchen­nej. Hanni krzą­tała się przy stole, nad któ­rym zwi­sały wiązki suszo­nych ziół, czosnku i papryki. Kro­iła owoce na zimowe prze­twory. Dłu­gie, złote włosy koły­sały się, gdy małą rączką wkła­dała do wiel­kiego słoja równe czą­steczki jabłka. Pokro­iła ostatni owoc i odwró­ciła się, się­ga­jąc po następny kosz, sto­jący obok sta­rego kre­densu.

— Zoba­czy­łeś wczo­raj coś cie­ka­wego? — zapy­tała.

Do kuchni wszedł Pach­zan, star­szy brat Noana. Obrzu­cił chło­paka nie­chęt­nym spoj­rze­niem i zaczął szpe­rać w szaf­kach.

— Na nie­bie poja­wiła się nowa gwiazda — odpo­wie­dział cicho Noan.

— A w pło­tach kilka nowych dziur — wark­nął Pach­zan. — Dziś wsta­łeś jesz­cze póź­niej, dar­mo­zja­dzie. Poga­dam z ojcem o tym twoim świe­ci­dełku.

Wyszedł, trza­ska­jąc drzwiami. Hanni uśmiech­nęła się prze­pra­sza­jąco, jakby to była jej wina, i się­gnęła po kolejne rumiane jabłko.

Na stole leżał przy­kryty lnianą ser­wetą kozi ser, a obok chleb, który od śnia­da­nia zdą­żył się nieco zeschnąć. Noan nalał sobie z dzbana kom­potu z gru­szek, usiadł za sto­łem i zaczął żuć chleb. Patrzył w okno, na koły­szące się wolno konary sta­rego orze­cha. Dziś nie musiał jechać do mia­sta, co ozna­czało koniecz­ność wyko­ny­wa­nia jakiejś pracy w gospo­dar­stwie. Poli­czył, ile godzin pozo­stało do zmierz­chu, i jego myśli znów powę­dro­wały do nowej gwiazdy.

Wepchnął do ust ostatni kęs, pod­szedł do okna. Oparł się o para­pet i zmru­żył oczy od bla­sku słońca. Ciemne włosy opa­dały mu na czoło. Widział konary orze­cha, wzgó­rza pokryte łąkami i stado kóz. Gdzieś dalej był płot, a nawet kilka pło­tów, które zagra­dzały zwie­rzę­tom drogę do wol­no­ści. Noan nie pamię­tał, by mimo cią­gle poja­wia­ją­cych się dziur, kie­dy­kol­wiek jakaś koza pró­bo­wała ucieczki. Po co mia­łyby ucie­kać? Tu było im dobrze, a nie wie­działy prze­cież, że i tak osta­tecz­nym sen­sem ich ist­nie­nia jest nakar­mie­nie ludzi wła­snym cia­łem.

Dziś nie miał zamiaru narze­kać, chciał pra­co­wać aż do zmierz­chu, by ojciec nie miał oka­zji do pre­ten­sji. Nawet wolał obejść te wszyst­kie płoty i nie być nara­żo­nym na niczyje towa­rzy­stwo. Wolał roz­my­ślać i zająć jakoś czas pozo­stały do kolej­nej obser­wa­cji.

Nowa gwiazda, nowa gwiazda…

Na podwó­rzu parob­ko­wie roz­ma­wiali swoim pro­stym języ­kiem o zbli­ża­ją­cej się linii frontu. Noan słu­chał bez zain­te­re­so­wa­nia – pomimo zacię­tego oporu Ena­goru armia Sine­varu posu­wała się na połu­dnie i już oble­gała twier­dzę Mida­ron. To było mie­siąc temu. Od tego czasu twier­dza mogła już paść. Król roz­wa­żał wpro­wa­dze­nie poboru powszech­nego. Zna­czyło to mniej wię­cej tyle, że każda rodzina będzie musiała oddać armii jed­nego syna. Noan nie miał wąt­pli­wo­ści, kto to będzie w przy­padku rodziny Rama­chów. Pach­zan we wszyst­kim poma­gał ojcu, przej­mo­wał powoli jego obo­wiązki. Noan za to był nie­udacz­ni­kiem i leniem. Przy­naj­mniej w prze­świad­cze­niu ojca.

Chło­pak wziął z szopy nowe żer­dzie, narzę­dzia i zała­do­wał to wszystko na dwu­ko­łowy wózek. Wymknął się chył­kiem, nim kto­kol­wiek zdo­łał przy­dzie­lić mu dodat­kowe bzdurne zada­nie.

Wózek skrzy­piał, a Noan szedł drogą i roz­my­ślał. Jeśli ojciec odda go na służbę w armii, to ile prze­trwa? Gotów był zało­żyć się, że nie doczeka pierw­szej bitwy, prę­dzej zabiją go towa­rzy­sze. Czy wro­giem będzie mu armia Sine­varu, czy tylko wła­sny dowódca i żoł­nie­rze w takich samych mun­du­rach?

Zwol­nił, gdy tylko dachy farmy skryły się za pagór­kiem. Otrzą­snął się z ponu­rych myśli. Nie pój­dzie do woj­ska. Rzą­dzący wie­dzą prze­cież, co się opłaca. Wyży­wie­nie dla armii i pro­duk­cja broni są rów­nie ważne. Nie będzie poboru.

Skrę­cił w boczną, zaro­śniętą dróżkę. Nie­uży­wana od lat, pro­wa­dziła wprost do miej­sca, gdzie koń­czył się kamienny mur i zaczy­nał drew­niany płot. Mur budo­wano w cza­sach, gdy rodzina Rama­chów była naj­bo­gat­sza w oko­licy. Kiedy za sprawą spadku cen mięsa zubo­żeli, gro­dze­nie pastwisk dokoń­czono drew­nianymi pło­tami. Było to ponad dwa­dzie­ścia lat temu i teraz, nie­mal jed­no­cze­śnie, wszyst­kie płoty zaczy­nały się roz­pa­dać.

Nowa gwiazda… to znacz­nie przy­jem­niej­sza myśl od poboru i dziu­ra­wego płotu. Uniósł głowę, ale oczy­wi­ście było jesz­cze za jasno, aby doj­rzeć gwiazdy.

Kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Dziew­czyna w pro­stej bia­łej sukience bie­gła po łące. Złote włosy falo­wały w powie­trzu jak łany zboża na wie­trze. Tanur, córka sta­rego Pami­sha, nie musiała pra­co­wać. Kie­dyś Pamish był biedny, ale to było kie­dyś. Teraz Pami­shom wio­dło się zde­cy­do­wa­nie lepiej niż Rama­chom. Mieli wielu parob­ków, wię­cej bydła, wię­cej ziemi. Wię­cej wszyst­kiego. Ojciec Noana ciężko to prze­ży­wał. Prze­stał się nawet odzy­wać do sąsiada.

Chło­pak oparł się o chy­bo­tliwy płot. Trawa po dru­giej stro­nie była lep­sza, zie­leń­sza, bar­dziej soczy­sta. Tanur bie­gła po zie­leń­szej tra­wie. Przy­sta­wała, zry­wała kwiat i bie­gła dalej. Chło­pak obser­wo­wał ją ukryty za pło­tem, aż jasna postać znik­nęła za wznie­sie­niem. Zaci­snął dło­nie na żer­dzi. Czuł jakąś dziwną sła­bość w kola­nach. Mieć tyle czasu i mar­no­wać go na zry­wa­nie kwia­tów!

Przez resztę dnia z zapa­mię­ta­niem przy­bi­jał żer­dzie, wko­py­wał głę­biej spróch­niałe słupki. Nie dbał o to, ile prze­trwa jego par­ta­nina. Musiał dać upust nagłej wście­kłej sile, któ­rej źró­dło nie było dla niego jasne.

Do domu dowlókł się o zmroku. Ramiona, nie­przy­wy­kłe do takiej pracy, bolały jak obite. Obszedł całą dłu­gość ogro­dze­nia i napra­wił je.

W głów­nej izbie, przy lam­pie oliw­nej sie­dział ojciec, oparty łok­ciami o stół. Noan nało­żył sobie sty­gną­cego rzad­kiego gula­szu i usiadł naprze­ciwko. Czer­stwa twarz ojca wydała mu się obca. Noan stwier­dził z zasko­cze­niem, że ojciec wygląda staro, pomarsz­czył się, bra­ko­wało mu kilku zębów. Nie pamię­tał, kiedy ostatni raz przy­glą­dał mu się z bli­ska. Zwy­kle uni­kał jego wzroku, prze­my­kał chył­kiem, by nie została mu przy­dzie­lona kolejna praca. Jadł posiłki, gapiąc się w talerz. Teraz jed­nak ojciec patrzył mu pro­sto w oczy. To nie był zwy­kły wie­czór, ani zwy­kłe sie­dze­nie ojca przy stole. Noan z tru­dem prze­ły­kał kolejne kęsy. Lampa oliwna oświe­tlała połowę twa­rzy. Domow­nicy gdzieś znik­nęli, jakby wie­dzieli, co ma nastą­pić.

— Masz osiem­na­ście lat, synu — obcy czło­wiek poru­szył zaci­śnię­tymi war­gami. — Jesteś doro­sły. Pora skoń­czyć z dzie­ci­nadą. Nawet parob­ko­wie już się z nas śmieją.

— Rąk nie czuję. Pra­co­wa­łem cały dzień.

— Nie cały dzień, tylko od połu­dnia do zmierz­chu. — Ojciec gestem uci­szył pro­te­sty, szorstką dło­nią potarł czoło. — Zbliża się zima. Mamy mało zapa­sów, a podatki rosną z powodu wojny. Nowe prawo mówi, że pań­stwu należy się trze­cia część wszyst­kiego. Rok temu była tylko piąta część, a i tak ledwo docze­ka­li­śmy wio­sny. Nie wykar­mimy całego stada kóz. Sprze­damy połowę. Jedną świ­nię ubi­jemy. Będziemy musieli ode­słać trzech parob­ków, bo nie mam im czym zapła­cić. Zaczy­nają się wykopki. Pracy będzie wię­cej, rąk mniej.

— Ale…

— Od przy­szłego tygo­dnia koniec z wyle­gi­wa­niem się. Będziesz wsta­wał o świ­cie i pra­co­wał jak inni.

Noan zamknął oczy. Jak wytłu­ma­czyć, że on, Noan, jest stwo­rzony do cze­goś innego? Jak powie­dzieć, że prze­wa­la­nie gnoju to dla niego strata czasu?

— Mar­nu­jesz czas i siły na bez­u­ży­teczne gapie­nie się w niebo — cią­gnął ojciec. — Naj­wyż­sza pora, żebyś poka­zał, że jesteś męż­czy­zną, i zadbał o rodzinny dom. Nie możesz być dar­mo­zja­dem.

To robota Pach­zana! – zro­zu­miał Noan.

— Nie mogę zre­zy­gno­wać… — ode­zwał się nie­zde­cy­do­wa­nie.

— Synu. — Ojciec nachy­lił się nad sto­łem. — To nie jest prośba. Jak się nie opa­nu­jesz i nie weź­miesz do uczci­wej pracy, będziesz szu­kał nowego domu.

Noan wal­nął pię­ściami w stół, zerwał się i wbiegł na swój strych. Rzu­cił się na łóżko. Praca! Macha­nie kosą, zbie­ra­nie siana, kar­mie­nie zwie­rząt… Przy­kry doda­tek do praw­dzi­wego życia! Zaję­cie dla pro­sta­ków… Ile­kroć musiał pra­co­wać, czuł się poni­żony, wyko­rzy­stany. Teraz miało się to dziać codzien­nie!

Jed­nak, kiedy nieco ochło­nął, oczyma wyobraźni zoba­czył bie­gnącą po łące Tanur. I znów poczuł tę dziwną nie­moc w kola­nach. Trwało dobrych parę minut, nim pozbył się i tego obrazu. Wstał, zro­bił kilka głę­bo­kich odde­chów, pochy­lił się nad oku­la­rem tele­skopu i sku­pił na obser­wa­cji nieba – jedy­nej czyn­no­ści, która dawała mu spo­kój ducha, wpra­wiała w dobry nastrój. W pierw­szym momen­cie poczuł roz­cza­ro­wa­nie, nowej gwiazdy nie było bowiem w miej­scu, gdzie powinna być, na górze gwiaz­do­zbioru Lisa. Jakby ode­brano mu wła­sność, uko­chaną zabawkę. Spoj­rzał na niebo gołym okiem. Gwiazda tam była! Spraw­dził szu­ka­czem i sko­ry­go­wał usta­wie­nie pokrę­teł. Była tam. Obok. Prze­su­nęła się nie­znacz­nie wzglę­dem innych gwiazd. Gwiazda ruchoma czy błąd poprzed­niego pomiaru? Otwo­rzył księgę i zapi­sał pozy­cję sko­ry­go­waną o dwa stop­nie. Pochy­lił się nad papie­rem, zmarsz­czył brwi. Dwa stop­nie… duży błąd. Długo wpa­try­wał się w nią, zupeł­nie pomi­ja­jąc inne obszary sfery noc­nej. Po raz pierw­szy od wielu mie­sięcy nie zano­to­wał pozy­cji innych gwiazd wędrow­nych. Wresz­cie wypro­sto­wał się, czu­jąc zna­jomy ból w ple­cach. Zesta­wił tele­skop z pode­stu i cicho zamknął klapę. Poło­żył się do łóżka wcze­śniej niż zwy­kle – praca przy ogro­dze­niu jed­nak dała mu się we znaki.

Zamknął oczy.

Tanur bie­gnąca po łące.

Nowa gwiazda bie­gnąca po nie­bie.

II

Sześć potęż­nych dysz rufo­wych pluło seriami jasnych eks­plo­zji w kie­runku rosną­cej z wolna błę­kit­nej pla­nety. Stu­me­trowy kom­po­zy­towy kadłub statku USS „Ronald Reagan” opa­li­zo­wał sza­ro­ścią w świe­tle słońca. Był czy­sty, bez cha­rak­te­ry­stycz­nych zacie­ków czy osma­leń – sta­tek ni­gdy nie miał kon­taktu z atmos­ferą, teraz rów­nież miał jedy­nie wejść na orbitę. Dla­tego też pełen był kan­cia­stych nie­re­gu­lar­no­ści, ster­czą­cych anten i czuj­ni­ków, aero­dy­na­mika nie miała zna­cze­nia. Funk­cjo­nal­ność układu wewnętrz­nego wymu­siła jed­nak kształt przy­po­mi­na­jący kostro­paty mig­dał i pro­wo­ku­jący domy­sły o pró­bach nada­nia kadłu­bowi przy­naj­mniej pozo­rów opły­wo­wo­ści.

Sta­tek budził się do życia. Kolejne kory­ta­rze roz­ja­śniały się zim­nym świa­tłem, star­to­wała kli­ma­ty­za­cja. Powie­trze roz­grze­wało się od tem­pe­ra­tury minus sto trzy­dzie­ści stopni, w jakiej było utrzy­my­wane, z zerową wil­got­no­ścią, przez kilka lat podróży. Przez naj­bliż­sze godziny po pokła­dach nieść będą się trza­ski i stuki roz­sze­rza­ją­cych się ele­men­tów kon­struk­cyj­nych. W hiber­na­to­rium, w podwój­nych pół­ko­lach stało kil­ka­na­ście szklano-pla­sti­ko­wych tub, połą­czo­nych ze ścia­nami wiąz­kami prze­wo­dów. Panele ste­ru­jące pię­ciu hiber­na­to­rów odli­czały godziny do wybu­dze­nia. W dole star­to­wały sprę­żarki ukła­dów pneu­ma­tycz­nych, pompy ste­ru­jące hydrau­liką zwięk­szały ciśnie­nie w ukła­dach. Cykały prze­kaź­niki elek­tryczne, testo­wane po dłu­giej bez­czyn­no­ści. W ste­rowni zapa­lały się kon­tro­lki i lampy nocne. Przed fote­lami zapa­liły się ekrany kon­soli, roz­po­częły sekwen­cję spraw­dza­nia obwo­dów ste­ru­ją­cych. Włą­czył się wielki ekran, opa­su­jący pół pomiesz­cze­nia. W cen­tral­nym miej­scu wyświe­tlił powięk­szony obraz błę­kit­nej pla­nety. Po bokach prze­su­wało się kil­ka­dzie­siąt słup­ków cyfr i liter rapor­tów star­tu­ją­cych sys­te­mów.

Gdy wyłą­czyły się sil­niki impul­sowe, tem­pe­ra­tura atmos­fery usta­bi­li­zo­wała się. Sztuczna gra­wi­ta­cja płyn­nie wzro­sła z kilku pro­cent mocy do sta­łego obcią­że­nia jeden G, na co wypo­sa­że­nie pokła­dów zare­ago­wało kolejną serią trza­sków, jęk­nięć i pisków.

Pierw­sze obu­dziły się otu­lone mięk­kim żelem robot­nice for­mi­cy­tów.

III

Noan stał przed witryną sklepu nauko­wego. Witryna, to za dużo powie­dziane – wąska szyba wpra­wiona w krzywą ramę, obok spę­ka­nych drzwi, poni­żej skrom­nego szyldu „Wytwory umy­słu”. Cia­sna uliczka zakoń­czona murem, dwóch rosłych męż­czyzn musia­łoby się mijać bokiem. Może raz w tygo­dniu ktoś tu zaglą­dał. Przez przy­pa­dek.

Nad­cią­gał wie­czór, w oświe­tlo­nym, absur­dal­nie wąskim prze­smyku końca uliczki poja­wiali się na pół sekundy spie­szący w obie strony ludzie, migały tele­piące się na nie­rów­nym bruku wozy. Chło­pak spoj­rzał w górę. Nie­re­gu­larne ściany domów two­rzyły tu wąwóz, na nie­bie widać już było gwiazdy. Szcze­gólny efekt. Noan wie­dział, że gdyby wyszedł teraz na główną ulicę, gwiazdy by zni­kły. Jego wzrok znów spo­czął na witry­nie. Kilka pawich piór ze zło­tymi sta­lów­kami, zwoje map, kom­pas i mikro­skop. Wszystko cia­sno uło­żone na pia­sko­wym aksa­mi­cie, zaku­rzone. Na nic wię­cej nie było miej­sca.

To tu wła­śnie zaku­pił swój tele­skop. Od kiedy go zauwa­żył w witry­nie, zaczął regu­lar­nie wyrzu­cać nie­czy­sto­ści u wylotu uliczki i odda­wać mocz na ścianę, by znie­chę­cić prze­chod­niów do zapusz­cza­nia się tutaj. Nie wahał się, pozba­wia­jąc Pach­zana i Hanni pie­nię­dzy po matce. Powie­rzyła mu je przed śmier­cią, z zale­ce­niem, aby podzie­lił się nimi z rodzeń­stwem. Ale oni – cóż zro­bi­liby z taką for­tuną? Kupi­liby kolejne stado kóz, świ­nię albo ziarno. A prze­cież to on był oczkiem w gło­wie matki, spad­ko­biercą nie­gdy­siej­szej świet­no­ści jej rodu, prze­zna­czo­nym do wyż­szych celów niż ten pro­stak Pach­zan czy głu­piutka Hanni.

Kiedy nabył już obiekt swo­ich marzeń, sprze­dawca wyda­wał się bar­dzo zado­wo­lony, nawet nie tyle z uda­nej trans­ak­cji, ile z tego, że mógł wresz­cie usiąść pro­sto – roz­sta­wiony sta­tyw zmu­szał go do opie­ra­nia się jed­nym bar­kiem o ścianę. Skle­pik był led­wie klitą wykra­dzioną z budynku, jakby zbyt wąską szcze­liną mię­dzy źle zapro­jek­to­wa­nymi ścia­nami. Nie opła­cało się nawet wyko­rzy­sty­wać jej jako scho­wek.

Noan pchnął drzwi. Zaskrzy­piały prze­raź­li­wie. Czło­wiek, wcho­dząc tutaj, miał wra­że­nie, że połyka go jakieś ogromne zwie­rzę. Krzywe, pokryte zacie­kami ściany zbie­gały się w końcu skle­piku, nie­malże two­rząc odwró­cony klin. Sufit też był krzywy, a do tego prze­dziw­nie wysoki. Wszystko to, w świe­tle migo­tli­wej lampki, zda­wało się poru­szać, drgać.

Sprze­dawca uniósł zdzi­wiony wzrok znad księgi, którą czy­tał nie­praw­do­po­dob­nie zgar­biony. Był łysym, chu­dym czło­wiecz­kiem, mru­żył oczy zza okrą­głych oku­la­rów. Musiał mieć z sie­dem­dzie­siąt lat, a żył chyba tylko dla­tego, że nawet śmierć tutaj nie zaglą­dała. Zmru­żył oczy jesz­cze bar­dziej, wpa­tru­jąc się w chłopca, sto­ją­cego na wycią­gnię­cie ręki. Wresz­cie się uśmiech­nął.

— Mój naj­lep­szy klient — zaskrze­czał. Odchrząk­nął i zapy­tał nieco wyraź­niej. — Nie­bie­ski inkaust się skoń­czył?

Na półce po pra­wej stro­nie wciąż widać było pokryte cień­szą war­stwą kurzu ślady pal­ców Noana, które zosta­wił tu na wio­snę, się­ga­jąc po butelkę z atra­men­tem. Nie musiał go tutaj kupo­wać, bli­żej targu był prze­cież duży sklep z arty­ku­łami piśmien­nymi, ale każdy pre­tekst był dobry, by tu zaj­rzeć. Wnę­trze spra­wiało wra­że­nie, jakby nic się tu nie zmie­niło od ostat­niej wizyty. Nie! Przy­była jedna rzecz, dosyć ory­gi­nalna. Kula, wiel­ko­ści ludz­kiej głowy, osa­dzona obro­towo na drew­nia­nym sto­jaku. Na jej powierzchni wyry­so­wano mapę dużego obszaru.

— Przy­sze­dłem zoba­czyć, co ma pan nowego — odparł chło­piec, doty­ka­jąc kuli. Była lekka, pusta w środku, dawała się obró­cić w moco­wa­niu. Z dru­giej strony była nie­za­ry­so­wana. Po co mapę umiesz­czać na kuli?

Przyj­rzał się jej z bli­ska, na ile pozwa­lało kiep­skie oświe­tle­nie. Cała powierzch­nia była dokład­nie zakle­jona wrze­cio­no­wa­tymi paskami papieru i pokryta lakie­rem. Sprze­dawca nie odpo­wie­dział. Chyba zapo­mniał o obec­no­ści klienta, bo pochy­lił się nad książką. Nie­mal wodził nosem po papie­rze. Mru­czał coś ledwo sły­szal­nie. Chło­pak stał na środku sklepu i zabawne, mógł bez rusza­nia się z miej­sca dotknąć każ­dej ze ścian. Albo kiwa­ją­cej się ryt­micz­nie łysiny sprze­dawcy. Obró­cił się ostroż­nie, lustru­jąc półki i półeczki. Cyr­kle, linijki, szkła powięk­sza­jące. Mosiężne mecha­ni­zmy try­bowe. Zauwa­żył cie­kawy przy­rząd, powstały z połą­cze­nia skom­pli­ko­wa­nymi popy­cha­czami dwóch piór – zapewne słu­żył do pisa­nia na dwu arku­szach naraz.

Rzu­cił poże­gnalne spoj­rze­nie i z żalem wyszedł, skrzy­piąc drzwiami. Sprze­dawca nawet nie uniósł głowy, zamknięty w swoim świe­cie.

Ulicą masze­ro­wał oddział woj­ska. Wła­ści­wie to sta­rał się masze­ro­wać. Setka męż­czyzn róż­nego wzro­stu, wieku i tuszy pró­bo­wała iść tym samym kro­kiem i nie dep­tać po pię­tach poprzed­niemu sze­re­gowi. Armia zaciężna? Ochot­nicy, za marny żołd zde­cy­do­wani nad­sta­wiać karku za Ena­gor. Nie trzeba się znać na sztuce wojen­nej, by widzieć, że ci tutaj nie prze­szli zbyt inten­syw­nego szko­le­nia. Noan odpro­wa­dził ich ponu­rym wzro­kiem. Widział sie­bie w podob­nej kolum­nie. Mięso armat­nie. Bez sensu. Abso­lut­nie bez sensu. Jak zwie­rzęta.

Skie­ro­wał się w stronę targu. Po to tu wła­ści­wie przy­je­chał. Miał kupić parę rze­czy, a głów­nie mate­riał na worki, ale też suszone zioła, które nie rosły na ziemi nale­żą­cej do ojca. Nad­cho­dził czas gro­ma­dze­nia zimo­wych zapa­sów. Ceny szybko rosły, nie warto było cze­kać.

Naj­lep­sze miej­sca, tuż przy głów­nym wej­ściu, zajęli ostat­nio han­dla­rze bro­nią, spy­cha­jąc innych dalej. Można było od nich kupić wszystko: szty­lety, mie­cze, kol­czugi, pisto­lety skał­kowe, wymyślne rodzaje broni ukry­tej w nie­win­nych z pozoru przed­mio­tach codzien­nego użytku. Za godziwą cenę kupi­łoby się nawet musz­kiet, któ­rego posia­da­nie przez miesz­czan było zabro­nione. Zbli­ża­jąca się wojna wci­skała się w umy­sły ludzi i mili­tarny inte­res pro­spe­ro­wał dosko­nale.

Noan kupił mate­riał u pierw­szego napo­tka­nego kupca i teraz wypa­try­wał bed­na­rza i kalet­nika. Powi­nien iść do ich pra­cowni, by kupić taniej, ale to wyma­gało czasu, który miał zamiar poświę­cić na bar­dziej poży­teczne sprawy. Obszedł pół targu. Poszu­ki­wani rze­mieśl­nicy też prze­nie­śli się w inne miej­sce.

Nagle jego wzrok wychwy­cił zna­jomą twarz. Tanur! Ale nie sama. Z dwoma braćmi. Kupują jedwab, naj­droż­sze owoce, naj­lep­sze przy­prawy. Dziew­czyna miała na sobie zie­loną, bogato zdo­bioną suk­nię, długą do samej ziemi. Nie musiała sama jeź­dzić na targ, mogła się tym zająć służba. Widocz­nie więc spra­wiało jej to przy­jem­ność. Wybie­rała naj­lep­sze jabłka, śliwki, woreczki z przy­pra­wami, świe­ci­dełka i wrzu­cała do prze­wie­szo­nego przez ramię koszyka. Pła­ciła, nie tar­gu­jąc się.

Noan gapił się na nią bez­myśl­nie, aż napo­tkał roz­ba­wiony wzrok jed­nego z jej braci. Drugi spoj­rzał na niego zde­cy­do­wa­nie mniej przy­jaź­nie. Noan zaci­snął zęby i odwró­cił się. Krew pul­so­wała mu w skro­niach. Wszedł mię­dzy stra­gany z drew­nem. Chwilę klu­czył po tar­go­wi­sku, obi­ja­jąc się o ludzi. Wresz­cie pod­jął decy­zję i skie­ro­wał swe kroki ku małej uliczce odcho­dzą­cej od sze­ro­kiej alei wsty­dli­wie, pod kątem. Reszta zaku­pów mogła pocze­kać – w domu skła­mie, że nie było dobrego towaru. Uwie­rzą mu, a jeśli nie, to spraw­dzić i tak nijak nie zdo­łają.

Szedł do miej­skiego lupa­naru. Jed­nego z wielu, ale o tym kon­kret­nym pod­słu­chał na targu, że nie okra­dają tam klien­tów. Przy­naj­mniej nie za czę­sto i nie za bar­dzo.

Nie­wielka dziel­nica czer­wo­nych latarni nie była uro­czym miej­scem. Straż miej­ska nie zaglą­dała tu chyba wcale. Odgłosy docho­dzące z bram skła­niały do przy­spie­sze­nia kroku. Ciemne zaułki przy­pra­wiały o dreszcz, pijani miesz­cza­nie obszczy­wali ściany kamie­nic, ktoś rzy­gał na środku ulicy. Cuch­nęło tu wszyst­kim, czym tylko mogło cuch­nąć wej­ście do dziel­nicy roz­pu­sty. Dalej było nieco lepiej. Mały ryne­czek i trzy ulice roz­świe­tlał słaby, rubi­nowy blask latarni. Okna małe, pię­tra niskie – w końcu nikt, oprócz dzie­wek, nie miał tu miesz­kać. Jest! „Czarna Róża”. Trzy­pię­trowy krzywy dom wabił świeżo odno­wio­nym szyl­dem i obie­cu­ją­cym cie­płym świa­tłem nie­licz­nych odsło­nię­tych okie­nek.

Noan zawa­hał się tylko na moment. Z zaci­śnię­tymi pię­ściami wkro­czył do zady­mio­nej, śmier­dzą­cej spa­lo­nym tłusz­czem i prze­tra­wio­nym piwem sali. Zamknął za sobą drzwi i… stra­cił impet. Nie tego się spo­dzie­wał. „Czarna Róża” wyglą­dała jak zwy­kła karczma. Widać tylko jej górne pię­tra cie­szyły się sławą, nie­ma­jącą nic wspól­nego z ucztami przy stole. Par­ter był zwy­kłą obskurną spe­luną, pełną opo­jów i wszel­kiej maści mętów, cze­ka­ją­cych tylko, kogo by tu ogra­bić. Być może zacięty wyraz twa­rzy Noana znie­chę­cił ich do prób naga­by­wa­nia go. Wró­cili do swo­ich kufli i ocze­ki­wa­nia na kolej­nego naiw­nego ama­tora uciech. Dym wisiał w powie­trzu jak stały loka­tor, zamie­nia­jąc prze­ciw­le­głą ścianę w teatr cieni. Ktoś nale­wał piwo z beczki, kto inny usta­wiał pię­trowo pół­mi­ski na tacy. Pier­sia­ste kel­nerki, któ­rych dekolty obie­cy­wały wszel­kie ziem­skie roz­ko­sze, kur­so­wały mię­dzy cia­sno usta­wio­nymi sto­łami, z rubasz­nym śmie­chem reagu­jąc na pod­szczy­py­wa­nie.

Noan odle­pił się wresz­cie od drzwi i usiadł na naj­bliż­szej wol­nej ławie, a ści­ślej mówiąc na jej kra­wę­dzi. Po prze­ciw­nej stro­nie stołu sie­dzieli dwaj żoł­nie­rze. Nie inte­re­so­wało ich nic poza pijacką dys­putą i piwem. I dobrze. Chło­pak zacze­pił kel­nerkę i zamó­wił kwartę piwa. Sta­rał się spra­wiać wra­że­nie sta­łego bywalca, ale, rzecz jasna, nie wycho­dziło mu to naj­le­piej.

Zapła­cił od razu, kiedy kufel zna­lazł się przed nim. Ni­gdy wcze­śniej nie pił piwa. Gdy opróż­nił naczy­nie do połowy, zakrę­ciło mu się w gło­wie. Zdał sobie sprawę, że od dłuż­szego czasu słu­cha roz­mowy żoł­nie­rzy.

— Mają też musz­kiety nowego typu — pero­ro­wał beł­ko­tli­wym gło­sem jeden z nich. — Dwa strzały na minutę. Dwa! Policz sam! — Roz­mówca nie wyglą­dał na zdol­nego do tak skom­pli­ko­wa­nych obli­czeń, więc mniej pijany towa­rzysz wyja­śnił. — Dużo szyb­ciej!

Tam­ten pokrę­cił tylko głową, robiąc zeza.

— Zgi­niesz, zanim zdą­żysz nała­do­wać po pierw­szym strzale.

— Zginę — zgo­dził się mniej bystry towa­rzysz i ude­rzył głową w stół. Już spał.

Pierw­szy żoł­nierz pokrę­cił głową, bek­nął i uniósł rękę po kolejne zamó­wie­nie. W poło­wie gestu zre­zy­gno­wał i poszedł w ślady kam­rata.

Noan roz­glą­dał się i pró­bo­wał wsłu­chać się w inną roz­mowę, jed­nak słowa z sąsied­nich sto­łów tonęły w ogól­nym gwa­rze. Chwy­cił prze­cho­dzącą kel­nerkę za skra­wek sukni. Zamio­tła powie­trze war­ko­czami i spoj­rzała na niego.

— Jak zamó­wić dziew­czynę? — zapy­tał, ośmie­lony alko­ho­lem.

— Nie byłeś tu ni­gdy? — zaśmiała się. — Musisz roz­ma­wiać z Cho­re­szet. — Ski­nie­niem głowy wska­zała sie­dzącą przy stole u pod­nóża scho­dów otyłą i pomarsz­czoną kobietę.

Sta­ru­cha wyglą­dała jak ubrana w czer­woną suk­nię gigan­tyczna ropu­cha. Lustro­wała salę czuj­nym wzro­kiem. Obok stało kil­ka­na­ście zga­szo­nych lamp oliw­nych.

— Zacze­kaj! — powstrzy­mał odwra­ca­jącą się dziew­czynę. — Sam chcę wybrać dziew­czynę.

— Roz­ma­wiaj z Cho­re­szet.

Rozej­rzał się po sali i zro­zu­miał. Wła­ści­wie było mu wszystko jedno, z którą pój­dzie na górę. Chciał jed­nak sam doko­nać wyboru.

— Ile kosz­tu­jesz?

— Co? — Wyda­wała się obru­szona tak bez­po­śred­nim posta­wie­niem sprawy. Odpo­wie­działa jed­nak. — Pięć gro­szy od godziny. Jak chcesz do ust, to jesz­cze dwa. Jak ci się spodoba, możesz coś dorzu­cić. Ale koń­czę dopiero za godzinę. — Strzep­nęła jego rękę z sukni i ode­szła, ale odwró­ciła się jesz­cze i powie­działa. — Nazy­wam się Perac.

Odpro­wa­dził ją wzro­kiem. Przez długą, pli­so­waną spód­nicę nie spo­sób było oce­nić jej nóg. Talię miała wąską, piersi duże, wypchnięte do góry gor­se­tem. Pięć gro­szy. Sporo, ale już zde­cy­do­wał.

Odcze­kał godzinę, jed­nym hau­stem dopił piwo i pod­szedł do stołu Cho­re­szet. Z bli­ska wra­że­nie ropu­cho­wa­to­ści tylko się nasi­liło.

— Chcę Perac — oznaj­mił zwięźle, kła­dąc przed sta­ru­chą monetę.

Zmie­rzyła go spoj­rze­niem nie­na­tu­ral­nie wyłu­pia­stych oczu, odna­la­zła wzro­kiem dziew­czynę i nie­znacz­nym ruchem głowy wska­zała jej schody. Perac posta­wiła dwa kufle przed gośćmi i pod­bie­gła. Chwy­ciła jedną z lamp sto­ją­cych obok Cho­re­szet, pod­pa­liła knot i powio­dła Noana na pię­tro.

Pokój był mały, bez okien. Wypo­sa­że­niem było tylko łóżko z brudną, sko­tło­waną pościelą, sto­łek z miską i dzban pełen wody. Zza drew­nia­nych ścian docho­dziły stłu­mione, ryt­miczne odgłosy. Noan sta­rał się nie zwra­cać na nie uwagi.

Perac posta­wiła lampę na półce, zrzu­ciła sznu­ro­wane trze­wiki i odwró­ciła się tyłem do chło­paka.

— Roz­wiąż.

Się­gnął do sznu­ro­wa­nia gor­setu, roz­su­płał i pocią­gnął tasiemki. Dziew­czyna zdjęła go przez głowę, po czym sama roz­wią­zała spód­nicę i zsu­nęła na pod­łogę. Odwró­ciła się. Piersi zje­chały jej niżej. Były znacz­nie mniej­sze, niż myślał. Na jej łonie kłę­biły się czarne włosy. Nie widział ni­gdy nagiej kobiety. Ta tutaj nie podo­bała mu się, ale natura zade­cy­do­wała za niego. Poczuł nie­moc w kola­nach, gwał­tow­nie nara­sta­jące pod­nie­ce­nie. Zrzu­cił szybko odzie­nie i sta­nął, nie wie­dząc, co czy­nić dalej. Dziew­czyna pocią­gnęła go w stronę łóżka i poło­żyła się na wznak. Odgar­nęła war­ko­cze i roz­ło­żyła nogi. Poło­żył się na niej i zaczął wyko­ny­wać nie­zdarne ruchy. Nie mógł tra­fić. W ostat­niej chwili pomo­gła mu dło­nią. Led­wie zna­lazł się w gorą­cym wnę­trzu, led­wie dwa razy pchnął, było po wszyst­kim. Przez ciało i umysł prze­to­czyła się krótka fala roz­ko­szy, pozo­sta­wia­jąc po sobie mdłą pustkę. Był już trzeźwy. Zsu­nął się z dziew­czyny i chwilę leżał, dygo­cząc. Perac spoj­rzała na niego zasko­czona. Uło­żyła się na boku. Piersi zje­chały jak dwa worki tłusz­czu. Widok jej ciała Noanowi wyda­wał się teraz nie­przy­jemny, nie­mal obrzy­dliwy. Zdzi­wiony tą nagłą zmianą wła­snych odczuć odwró­cił wzrok, usiadł i spu­ścił nogi na zie­mię.

— Szybko się uwi­ną­łeś. — Dziew­czyna zda­wała się być zado­wo­lona. — To pierw­szy raz? Nie mogłeś zna­leźć w oko­licy chęt­nej dziew­czyny? Niczego sobie jesteś.

— Nie chcę dziew­czyn. — Wstał i zaczął się ubie­rać. — Roz­pra­szają mi myśli.

Dziew­czyna opa­dła na poduszkę i zaczęła się gło­śno śmiać, jakby usły­szała nie­zły dow­cip.

— To źle? — rzu­ciła i spoj­rzała na niego z roz­ba­wie­niem. — Przyjdź jesz­cze. Jak znów uwi­niesz się tak szybko, wezmę od cie­bie tylko cztery gro­sze. Pamię­taj, nazy­wam się Perac.

Gdy scho­dził po scho­dach, wciąż sły­szał jej śmiech.

Kwa­drans póź­niej minął bramy mia­sta, nie pamię­ta­jąc już imie­nia dziew­czyny. Umysł miał jasny, oczysz­czony, napię­cie ode­szło. Osią­gnął swój cel.

Ściem­niało się coraz wcze­śniej. Spoj­rzał w niebo – gwiazda na­dal tam była, dziś jesz­cze jaśniej­sza. Prze­mie­ściła się, i to znacz­nie. Jakby przy­spie­szała… przy­naj­mniej oba­lało to ogólny pogląd o dziu­rach w sfe­rze nie­bie­skiej – dziury się nie prze­su­wają. Pięć kolo­ro­wych gwiazd, tych naj­ja­śniej­szych, też wędro­wało po nie­bo­skło­nie, tyle że bar­dzo wolno.

Całe szczę­ście, że koń pamię­tał drogę do domu. Zresztą, nie spo­sób się było zgu­bić. Noan odchy­lił się do tyłu, poło­żył na zwoju lnia­nego płótna i opu­ścił swo­bod­nie ręce. Z każ­dym kro­kiem zwie­rzę­cia głowa prze­krę­cała mu się nieco w lewo lub w prawo, ale i tak roz­po­zna­wał gwiazdy i pamię­tał nazwę każ­dej z nich. Więk­szość wymy­ślił sam.

Chciał dzia­łać, obser­wo­wać niebo, doko­ny­wać odkryć! Roz­ma­rzył się. Noc prze­zna­czona na obser­wa­cje, potem krótki sen i dzień wolny na obli­cze­nia, sche­maty, mapy… Kie­dyś… jeśli kie­dy­kol­wiek. Do rze­czy­wi­sto­ści przy­wró­cił go dopiero odgłos kopyt na wybru­ko­wa­nym kawałku drogi przed samą bramą. Zesko­czył z konia, zapro­wa­dził go do stajni i wszedł do domu. Płótno poło­żył na stole. Niczego innego nie kupił, ale nie było komu kła­mać o pustych stra­ga­nach. Wdra­pał się na swój strych, roz­sta­wił tele­skop i porów­nał obraz ze szki­cem. Spraw­dził trzy razy. Nowa gwiazda znów zmie­niła poło­że­nie! Więc to nie jest nie­do­kład­ność rysunku. Nie mógł się aż tak mylić. Gwiazda roz­po­częła podróż po sfe­rze noc­nej na podo­bień­stwo poprzed­nich pię­ciu gwiazd zmien­nych. Pomiar pozy­cji oczy­wi­ście był nie­do­kładny, ale i tak było oczy­wi­ste, że wyraź­nie zmie­rza w stronę hory­zontu. Za tydzień, dwa schowa się za nim i obser­wa­cja nocą nie będzie moż­liwa. Wcze­śniej nie będzie moż­liwa, przy­po­mniał sobie, bo po zapo­wie­dzia­nym przez ojca całym dniu pracy zaśnie już na scho­dach.

Gwiazda stała się chyba jaśniej­sza. Nagle wydało mu się, że doj­rzał coś, jakby kształt. Nowa gwiazda nie była punk­tem! Tak! Była deli­kat­nie spłasz­czona. Odno­to­wał spo­strze­że­nie w księ­dze. Może gdyby miał moc­niej­szy tele­skop… Nie, nie było moc­niej­szych tele­skopów. Ten był zapewne naj­do­sko­nal­szy w całym Ena­go­rze.

IV

Przez pierw­szą dobę po roz­hi­ber­no­wa­niu pano­wała atmos­fera roz­la­zło­ści. Snuli się po statku, zie­wa­jąc nie­przy­tom­nie. Wszystko leciało im z rąk, poty­kali się o wła­sne buty. Prze­trwać, prze­cze­kać.

— Sate­lity krążą po sta­bil­nych orbi­tach — powie­dział Nord­slet­ten, wolno spa­ce­ru­jąc po toną­cej w pół­mroku ste­rowni. Jego potężna syl­wetka, jak sunąca wolno pla­neta, zasła­niała wyświe­tlane na ścia­nie gwiazdy. — Więk­szość z nich jest zdatna do użytku.

— Są kosz­mar­nie prze­sta­rzałe — odparł Stu­art. Sie­dział w wiel­kim fotelu na wprost kilku moni­to­rów. Pozo­stałe cztery fotele były puste. Draż­niło go, że tam­ten cho­dzi wokoło.

— Ale dzia­łają. Oszczę­dzajmy sprzęt.

— Pełny dostęp uzy­skamy, dopiero jak wej­dziemy na orbitę. Ich anteny są skie­ro­wane w dół… Zresztą, te kilka dni nie ma zna­cze­nia.

Stu­art sku­bał kil­ku­dniowy, rzadki zarost, wpa­tru­jąc się w moni­tory. Nie­wiele było widać. Dwie sondy weszły na orbitę pół godziny temu, a to, co zdą­żyły prze­ka­zać, na razie przy­po­mi­nało łami­główkę.

— Nie ma śladu ani orbi­tera, ani lądow­nika — dodał Nord­slet­ten. — Wszyst­kie pasma radiowe czy­ste. Nato­miast w dole… coś, jakby mia­sta. Tak twier­dzi kom­pu­ter.

— Ile lat upły­nęło? — zapy­tał Stu­art. — Wiem, wiem, ale chcę to jesz­cze raz usły­szeć.

— Czte­ry­sta trzy­na­ście, ale to… — Nord­slet­ten wska­zał bez­rad­nie ekran.

— Mia­sta… — Stu­art wychy­lił się razem z opar­ciem do tyłu i zaga­pił w szary sufit upstrzony kon­tro­l­kami.

Kom­pu­ter ana­li­zo­wał raporty, prze­chwy­cone pra­wie trzy stu­le­cia wcze­śniej i w więk­szo­ści zagu­bione w trud­nych cza­sach ziem­skiego cha­osu. Porów­ny­wał je z nowymi danymi z sate­li­tów. Wyniki, jak na razie, niczego nie wyja­śniały, tylko gma­twały sprawę.

Hood poja­wił się w ste­rowni z meta­lo­wym kub­kiem kawy w ręku. Na chu­dych ple­cach wisiała powy­cie­rana kurtka skó­rzana, którą uparł się nosić jesz­cze pod­czas szko­le­nia. Thom­son wszedł po nim i zasiadł w fotelu dowódcy. Wyglą­dał jak skan­dy­naw­ski rybak z począt­ków dwu­dzie­stego pierw­szego wieku: czer­stwa twarz, siwe włosy, siwa broda, żyla­ste dło­nie. Bra­ko­wało tylko pro­stej fajki w zębach. Sto­jące przed jego sta­no­wi­skiem fotele pilo­tów, nawi­ga­tora i mecha­nika pokła­do­wego były puste – kom­pu­ter auto­ma­tycz­nie wpro­wa­dzał „Reagana” na orbitę i miało to potrwać jesz­cze kilka dni.

Pasek pozor­nego okna okrą­żał połowę owal­nego pomiesz­cze­nia ste­rowni. Nazy­wali to oknem, ale był to zwy­kły ekran, aktu­al­nie wyświe­tla­jący pano­ramę poskła­daną z obra­zów z kilku kamer umiesz­czo­nych na kadłu­bie. Nad oknem i poni­żej niego znaj­do­wały się dzie­siątki moni­to­rów i mniej­szych wyświe­tla­czy. Na więk­szość z nich pew­nie nikt nawet nie rzuci okiem do końca misji. Jeśli coś byłoby nie tak, kom­pu­ter wyświe­tliłby to na głów­nym ekra­nie i jesz­cze przy­po­mniał dźwię­kiem, a najpew­niej sam zająłby się usu­wa­niem pro­blemu. Kon­tro­lki wpeł­zły nawet na sufit. Zna­ko­mita więk­szość załóg podob­nych stat­ków nie mia­łaby nic prze­ciwko, gdyby nagle dzie­więć­dzie­siąt pro­cent tych kolo­ro­wych świe­ci­de­łek zwy­czaj­nie zni­kło.

Gdzieś spod pod­łogi nie­ustan­nie docho­dził cichy szum, na który prze­sta­wało się zwra­cać uwagę, ale który jed­nak zawsze pozo­sta­wał w tle.

— Mia­sta są tylko na jed­nym kon­ty­nen­cie — zauwa­żył dowódca. — Reszta pla­nety wydaje się bez­ludna. Jakby nie zdą­żyli się roz­prze­strze­nić…

— Albo ci na innych kon­ty­nen­tach nie osią­gnęli wystar­cza­ją­cego poziomu roz­woju, żeby budo­wać mia­sta — dodał Hood, dra­piąc wypie­lę­gno­waną czarną bródkę.

— Gdzie sadzamy lądow­nik? — zapy­tał Stu­art, omi­ja­jąc Hooda i zaj­mu­jąc fotel w dru­gim rzę­dzie.

— Nie za wcze­śnie na to? — zdzi­wił się Hood. — Nie wia­domo, jak zare­agują. Minęło tro­chę czasu. Mogą nawet nie pamię­tać…

Do ste­rowni weszła Jayde i ziew­nęła. Odgar­nęła czarne włosy za ucho i nachy­liła się nad moni­to­rami, opie­ra­jąc łokieć na fotelu dowódcy. Oczy miała pod­krą­żone, ale zdą­żyła się uma­lo­wać. Do ust wrzu­ciła lan­drynkę i zaczęła ją gło­śno roz­gry­zać.

— Będziesz mieć tyłek jak hipo­po­tam — rzu­cił Hood.

— Uznali, że pla­neta jest mar­twa — powie­działa, igno­ru­jąc uwagę.

— Uznali — przy­znał Thom­son. — Może dla­tego zgi­nęli.

— To już wiemy, że zgi­nęli? — zapy­tał Hood. — Nie wró­cili, i tyle.

Zapa­dło kło­po­tliwe mil­cze­nie.

— Pcha­jąc się tutaj, liczymy na to, że ktoś prze­żył — popra­wił się po chwili kapi­tan. Odchrząk­nął i przej­rzał jesz­cze raz dane z moni­to­rów ota­cza­ją­cych pół­ko­lem jego fotel. Puk­nął pal­cem w jeden z ekra­nów, wyświe­tla­jący skon­tra­sto­waną mapę. — Szlaki komu­ni­ka­cyjne są pro­ste. Chyba że omi­jają natu­ralne prze­szkody.

— Myśla­łem nad tym — ode­zwał się Stu­art. — Roz­wój był bar­dzo szybki, nie było eta­pów pośred­nich. Wszystko zapla­no­wano od początku do końca i dopiero wtedy przy­stą­piono do reali­za­cji. Na Ziemi auto­strady bie­gną zyg­za­kami. Wyty­czano je, szu­ka­jąc wol­nych miejsc mię­dzy ist­nie­ją­cymi budyn­kami, omi­jano droż­sze grunty. Tu ktoś poło­żył na mapie linijkę i maznął parę pro­stych kre­sek.

— Tota­li­ta­ryzm? — wysnuł hipo­tezę Hood.

— Raczej brak ogra­ni­czeń pro­jek­to­wych — odparł Thom­son.

— Może brak indy­wi­du­al­nej wła­sno­ści? Euro­pej­skie auto­strady są kręte, fakt, ale ame­ry­kań­skie czę­sto bie­gną pro­sto przez setki kilo­me­trów ziem nie­gdyś niczy­ich. Może począt­kowo to wcale nie były szlaki komu­ni­ka­cyjne? Może to jakieś… insta­la­cje z zamierz­chłych cza­sów? Może tylko wyglą­dają jak auto­strady?

— Nie musimy tego nazy­wać auto­stra­dami, ale co innego mia­łoby łączyć mia­sta, jeśli nie szlaki komu­ni­ka­cyjne?

— Może tam nie ma żad­nych miast, żad­nych ludzi? — zasta­no­wił się Hood. — Może to natu­ralne formy, jak na księ­ży­cach Jowi­sza? Jakieś wykwity mine­ralne…

— Ty, zdaje się, nie wie­rzysz w sens całego pro­gramu — wes­tchnął Thom­son.

— Nikt o to nie pytał pod­czas rekru­ta­cji — uśmiech­nął się Hood. — Brak jakich­kol­wiek sygna­łów radio­wych źle wróży. Ale głu­pio byłoby się teraz upie­rać, że tam nie ma ludzi, skoro za kilka dni dowiemy się, jak jest naprawdę.

— Ale nie zdzi­wił­byś się, gdy­by­śmy byli wyjąt­kowi, abso­lut­nie nie­po­wta­rzalni?

— Masz rację, kapi­ta­nie, nie zdzi­wił­bym się.

— Skoro na Ziemi roz­wi­nęło się życie, to zna­czy, że warunki na pla­ne­tach typu ziem­skiego sprzy­jają jego powsta­niu. Ist­nieje więc nie­skoń­cze­nie małe praw­do­po­do­bień­stwo, że nie roz­wi­nęło się ni­gdzie indziej, wśród miliar­dów gwiazd, w miliar­dach galak­tyk naszego wszech­świata. Dla­czego w skali wszech­świata mie­li­by­śmy być czymś wyjąt­ko­wym?

— Cho­ciażby po to, by móc zada­wać takie pyta­nia.

— Pyta­nie o nie­zwy­kłość faktu naszego ist­nie­nia? — upew­nił się kapi­tan.

— Zada­jemy to pyta­nie, bo ist­nie­jemy. Gdy­by­śmy nie ist­nieli, to nie mogli­by­śmy go zadać. Pyta­nie pada więc dla­tego, że być może jeste­śmy jedy­nymi isto­tami, które mogą je zada­wać.

— Czy wasze dys­ku­sje zawsze muszą pro­wa­dzić do takich absur­dal­nych wnio­sków? — zapy­tała Jayde.

Hood uśmiech­nął się. Pozo­stali człon­ko­wie załogi kur­tu­azyj­nie mil­czeli.

— Czte­ry­sta trzy­na­ście lat — mruk­nął kapi­tan. — Pró­bo­wa­li­ście to… poli­czyć?

— Za mało danych. — Do roz­mowy włą­czył się ponow­nie Stu­art. — W wyjąt­kowo sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach mogłoby powstać kilka osad. Popu­la­cja rzędu kil­ku­na­stu tysięcy. Ale jeśli… tra­fili na tubyl­ców, to naj­pew­niej się zasy­mi­lo­wali. Wtedy to wszystko zaczyna wyglą­dać logicz­nie.

— Poważ­nie wie­rzysz w absur­dalny pomysł, że tra­fili tu na istoty człe­ko­kształtne? — zapy­tał Hood. — Że skrzy­żo­wali się z nimi?

— Czemu nie?

— Spró­buj prze­le­cieć paprotkę, zoba­czysz, czemu nie. Jeśli było tu jakieś życie, czy­sto teo­re­tycz­nie się zasta­na­wiam, to i tak bar­dziej róż­niło się od nas niż grzyby. Róż­ni­łoby się już na pozio­mie sub­ko­mór­ko­wym, byłoby oparte na innych kom­bi­na­cjach białka albo wcale nie na białku. Mogłoby być tak odmienne, że nie zauwa­ży­li­by­śmy się nawza­jem.

— Więc jak wyja­śnisz to w dole? Ile musia­łaby trwać budowa cywi­li­za­cji od zera? Ile trwała na Ziemi?

— Oni mieli wie­dzę — przy­po­mniał Hood. — To bar­dzo dużo na począ­tek. Zacze­kajmy te kilka dni, żeby się prze­ko­nać, czy to rze­czy­wi­ście są mia­sta.

Odsta­wił kubek na mały blat obok fotela kapi­tana. Wepchnął ręce w kie­sze­nie spodni i sta­nął nieco z boku.

— Kom­pu­ter sta­wia pięć do jed­nego, że są — odparł Stu­art. — Ja się z nim nie zakła­dam, ni­gdy potem nie płaci.

— Nie znaj­dziemy ich — zawy­ro­ko­wała Jayde, znów zie­wa­jąc. — Albo będą zagu­bieni w tłu­mie obcych, albo…

Hood pokrę­cił głową.

— Albo nie będzie tam nikogo, albo będzie ich za dużo, żeby ich zabrać. To ma przy­naj­mniej jakieś zna­miona praw­do­po­do­bień­stwa.

Thom­son mru­gał oczami, wal­cząc z sen­no­ścią. Zaj­rzał do bla­sza­nego kubka, by stwier­dzić, że kolejną tego dnia kawę wypił już do końca. Zaj­rzał też do sto­ją­cego obok kubka Hooda – ten rów­nież był pusty.

— Idę się zdrzem­nąć — oznaj­mił wresz­cie, wsta­jąc. — Obudź­cie mnie od razu, jakby było coś nowego.

Gdy wyszedł, Jayde zajęła miej­sce dru­giego pilota. Była na tyle drobna, że wpa­dła cała w duży fotel. Sie­dzący obok potęż­nie zbu­do­wany Nord­slet­ten wysta­wał ze swo­jego w górę i na boki.

— Myśli­cie, że obu­dzi Czar­nych? — zapy­tała dziew­czyna, spraw­dza­jąc kon­tro­lki na swoim pul­pi­cie.

Sie­dzący za nią Stu­art skrzy­wił się nie­znacz­nie.

— Na razie nie ma powodu. Spró­bujmy tego unik­nąć, jak długo się da.

Wpa­try­wali się w główny ekran wyświe­tla­jący błę­kitną pla­netę. Widać ją było na samym środku pseu­do­okna, choć w rze­czy­wi­sto­ści lecieli teraz rufą do przodu.

— Mia­sta, nie mia­sta — Stu­art zało­żył ręce za głowę. — Jakieś wyja­śnie­nie musi być. Mam spory zapas fil­mów. Nie będę się nudził. Mogę pocze­kać.

— Ja też nie zno­szę tego uczu­cia, gdy sie­dzę przed pustym ekra­nem i mam posta­wić pierw­szą literę — powie­dział Hood. — Dowolną.

Stu­art wychy­lił się zza fotela, spoj­rzał na Hooda i pokrę­cił głową. Ten wzru­szył ramio­nami. Wszy­scy wie­dzieli, że usi­łuje pisać wier­sze, i że mar­nie mu to idzie.

* * *

Ter­ra­rium było grube na pięć cen­ty­me­trów, za to wyso­kie na pół­tora metra i sze­ro­kie na ponad dwa. W wypeł­nio­nym żelem wnę­trzu uga­niały się setki małych stwo­rzo­nek. Dzięki nie­bie­ska­wej, przej­rzy­stej struk­tu­rze ich świata dawało się obser­wo­wać poczy­na­nia owa­dów. Ela­styczny żel był dla nich budul­cem i poży­wie­niem. Sys­tem kory­ta­rzy nie nale­żał do zbyt roz­wi­nię­tych, scho­dziły na kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów pod powierzch­nię.

— Czemu nazy­wasz je for­mi­cy­tami? — Jayde przy­glą­dała się owa­dom, nosem nie­mal doty­ka­jąc szyby.

— Mrówki brzmią banal­nie — wyja­śnił Hood.

— Ale to zwy­kłe mrówki?

— For­mica rufa. — Męż­czy­zna ziew­nął i przyj­rzał się kop­czy­kowi na powierzchni, w środ­ko­wej czę­ści ter­ra­rium. Był zło­żony z mar­twych osob­ni­ków. — Dwie kró­lowe. Więc jest awan­tura.

— Wszyst­kie mają odcięte głowy — zauwa­żyła dziew­czyna. — Po co umie­ści­łeś w jed­nym ter­ra­rium dwie kró­lowe?

— Przed star­tem wło­ży­łem jedną kró­lową i kilka robot­nic. — Hood popu­kał pal­cem w zapad­niętą komorę z mar­twą mrówką i kil­koma nie­wy­klu­tymi jajami. — Uro­dziły się nowe kró­lowe, zro­biły prze­wrót pała­cowy i zało­żyły dwa gniazda po obu stro­nach ter­ra­rium. Wygląda na to, że pierw­sze, co zaczęły robić po prze­bu­dze­niu, to wza­jem­nie się zagry­zać. Może to śro­do­wi­sko albo któ­ryś ze skład­ni­ków żelu zmie­niły ich zwy­czaje.

— Kło­po­tliwa ozdoba. Nie mogli wsta­wić nam tu rzeźby? Albo kwiatka?

Ter­ra­rium stało w pokoju zwa­nym relak­sa­cyj­nym. Prócz niego były tu obro­towa, wyjąt­kowo miękka sofa i pano­ra­miczny ekran, wklę­sły w tak sprytny spo­sób, że mógł wypeł­niać całe pole widze­nia.

— Zabra­nie mró­wek w kosmos nic nie kosz­tuje — oce­nił Hood. — Chyba że uciekną. Żeby zdo­być dodat­kowe fun­du­sze, Agen­cja udaje, że pod­czas lotu pro­wa­dzi bada­nia naukowe. Dotych­czas żaden sta­tek nie tra­fił na zdatną to ter­ra­for­mo­wa­nia pla­netę, więc poja­wiły się pro­blemy z finan­so­wa­niem dal­szej eks­plo­ra­cji mar­twego kosmosu. Gdyby ktoś z senatu zoba­czył, jak snu­jemy się po pokła­dach…

— I jak ty niby je badasz? — Jayde spoj­rzała na niego z iro­nicz­nym uśmie­chem.

— Zapi­suję, co robią.

* * *

W ste­rowni pano­wała cisza, każdy sam pró­bo­wał przy­swoić naj­now­sze infor­ma­cje. Kom­pu­ter, po pobież­nej ana­li­zie zdjęć, potwier­dził, że w dole znaj­dują się mia­sta, wyglą­da­jące na ludz­kie. Wypluł też przy­bli­żoną wiel­kość popu­la­cji: sześć milio­nów.

Misja „Reagana” nie była misją ratun­kową, raczej śled­czą. Po czte­ry­stu trzy­na­stu latach od praw­do­po­dob­nej kata­strofy, ta nazwa wyda­wała się wła­ściw­sza. Czte­ry­sta trzy­na­ście ziem­skich lat temu dotarła tu eks­pe­dy­cja, w któ­rej skład wcho­dziły trzy kobiety i dzie­wię­ciu męż­czyzn. Regu­la­min Agen­cji nie zabra­niał sto­sun­ków sek­su­al­nych mię­dzy człon­kami załogi, ale naka­zy­wał ści­słe sto­so­wa­nie zasad anty­kon­cep­cji. Ta zasada prze­sta­wała obo­wią­zy­wać tylko w jed­nej sytu­acji – gdy powrót na Zie­mię był nie­moż­liwy.

Jed­nym z prze­wi­dzia­nych sce­na­riu­szy misji „Reagana” było zabra­nie potom­ków roz­bit­ków. Ten zapis w sta­tu­cie Agen­cji miał dawać nadzieję zało­gom, któ­rych statki ule­gały nie­na­pra­wial­nym uszko­dze­niom, unie­moż­li­wia­ją­cym powrót do domu.

Sygnał SOS z pla­nety Ruthar Larcke leciałby na Zie­mię sto dwa­dzie­ścia lat. Być może został nawet wysłany. Trzy­sta lat temu Agen­cja nie ist­niała i nikt nie prze­cze­sy­wał nieba elek­tro­nicz­nymi uszami.

Sto dwa­dzie­ścia lat to kilka poko­leń. Czte­ry­sta to histo­ria narodu.

Ni­gdy wcze­śniej nie prze­pro­wa­dzono akcji ratun­ko­wej tego typu.

— Stu­art — ode­zwał się dowódca. — Przy­go­tuj prób­nik.

— Wybuch­nie panika — nie­śmiało zaopo­no­wał Hood.

— Nie więk­sza, niż gdy­by­śmy tam wylą­do­wali.

Stu­art zaczął stu­kać w kla­wia­turę. Mógł wszystko zle­cić kom­pu­te­rowi, ale lubił oso­bi­ście prze­pro­wa­dzać ruty­nowe czyn­no­ści. Choć tak naprawdę to wybie­rał tylko spo­śród opcji zapro­po­no­wa­nych przez kom­pu­ter.

— Spo­dzie­wa­łem się wyma­chu­ją­cych maczu­gami zaro­śnię­tych pustel­ni­ków. — Stu­art wstał. Nikt nie odpo­wie­dział, bo wszy­scy myśleli dokład­nie tak samo. Osady w domach z bali albo, jesz­cze lepiej, w sza­ła­sach – to by ich nie zdzi­wiło. Stu­art prze­szedł do ładowni, by wybrać odpo­wiedni prób­nik. Tę czyn­ność trzeba było wyko­nać ręcz­nie.

— Wyobraź­cie to sobie — zaczęła Jayde, nachy­la­jąc się ze swo­jego fotela. — Tra­fia tutaj nie­re­je­stro­wany trans­por­to­wiec z ludźmi, któ­rzy kolo­ni­zują pla­netę na wła­sny uży­tek. Sekta, może znu­dzeni boga­cze, może kry­mi­na­li­ści. Nie prze­ry­waj­cie mi… Nie są zain­te­re­so­wani, by ktoś się o nich dowie­dział, to oczy­wi­ste. Potem tra­fia tutaj eks­pe­dy­cja Agen­cji i zaczyna bada­nia. Wie­cie, co mam na myśli?

— Tubylcy nie mogą się kamu­flo­wać bez końca — przy­znał Hood. — Natu­ral­nym dzia­ła­niem byłby atak przez zasko­cze­nie, tak by w kie­runku Ziemi nie poszedł żaden raport. To jed­nak nie wyja­śnia takiej popu­la­cji. Więc co? Orgie? Pro­wo­ko­wane ciąże mno­gie? Labo­ra­to­ria roz­pło­dowe? Skąd te sześć milio­nów?

— Nie wiem. — Dziew­czyna wzru­szyła ramio­nami. — Ale jestem pewna, że nie znaj­dziemy tam naszych. Misja ratun­kowa spóź­niona o cztery stu­le­cia… To żart!

— Zaraz… — Hood spoj­rzał na nią z uśmie­chem. — To ja tu mam etat pesy­mi­sty.

— No to pro­szę — uśmiech­nęła się do niego pro­wo­ku­jąco. — Dowal nam jakie­goś pesyma.

— Służę uprzej­mie. Minęło czte­ry­sta trzy­na­ście lat. Nikt nie prze­pro­wa­dzał symu­la­cji. Nie wia­domo, czy roz­bit­ko­wie będą w ogóle chcieli wra­cać. Urzą­dzili się tu, zamiesz­kali z pięk­nymi kobie­tami, zało­żyli rodziny. Po cóż mie­liby to rzu­cać? A to szes­na­ste poko­le­nie. Tam jest cały ich świat, innego nie znają. Może nawet rodzice nie powie­dzieli im o Ziemi. Jak nas zoba­czą, pocho­wają się w piw­ni­cach i prze­cze­kają naszą akcję ratun­kową. Wyobraź­cie sobie Ame­ry­ka­nów z początku XXII wieku. Co by zro­bili, gdyby ktoś im zapro­po­no­wał powrót do Europy, skąd pocho­dzili ich przod­ko­wie.

— Wyli­czy­łem to — ode­zwał się Nord­slet­ten. — Załóżmy, że każda kobieta uro­dzi ośmioro dzieci. Warunki są trudne, więc tylko połowa dożyje doro­sło­ści. Po jakichś dwu­dzie­stu pię­ciu latach z dwójki rodzi­ców mamy czwórkę dzieci. Uprasz­czam nieco, ale wobec braku dokład­nych danych nie ma to zna­cze­nia. Popu­la­cja podwaja się co dwa­dzie­ścia pięć lat. Począt­kowo roz­wój limi­tują trzy kobiety, niech więc będzie, że zaczy­namy od szóstki osad­ni­ków. Po dwu­dzie­stu pię­ciu latach mamy dwu­nastkę.

— Mizer­nie — wtrą­ciła Jayde.

— Po pięć­dzie­się­ciu latach mamy dwu­dzie­stu czte­rech doro­słych ludzi i tak dalej. Wzór jest naprawdę pro­sty. To liczba sześć pomno­żona przez dwa do potęgi rów­nej licz­bie poko­leń. Od punktu startu naro­dziło się tu szes­na­ście poko­leń. Daje to łącz­nie nie­całe czte­ry­sta tysięcy.

— To chyba mało dokładne wyli­cze­nia — zauwa­żył Hood.

— Masz rację. Gdyby każda kobieta mogła uro­dzić i odcho­wać piątkę dzieci, mie­li­by­śmy tam na dole pra­wie pięt­na­ście milio­nów. Przy szó­stce – ćwierć miliarda.

— To jak wró­że­nie z fusów.

— Ale przy­naj­mniej tłu­ma­czy, skąd ich się tam tyle wzięło — pod­su­mo­wała Jayde.

* * *

Ładow­nia była duża, wysoka na dwa pokłady, czyli na ponad sześć metrów. Jasno­szare ściany pełne były prze­tło­czeń wzmac­nia­ją­cych powierzch­nię. Grub­sze, podłużne wypu­kło­ści zdra­dzały ukrytą za nimi kon­struk­cję szkie­letu struk­tu­ral­nego. W tej czę­ści statku cią­że­nie było nieco słab­sze, malało wraz z odda­la­niem się od ste­rowni.

Białe świa­tło lamp bez­cie­nio­wych było jaśniej­sze niż na kory­ta­rzu. Pod ścia­nami stały, jeden na dru­gim, przy­śru­bo­wane do wspor­ni­ków, dzie­siątki róż­nej wiel­ko­ści kon­te­ne­rów. Stu­art odszu­kał odpo­wiedni i otwo­rzył zamki. Płyta czo­łowa unio­sła się na zawia­sach, uka­zu­jąc obły kształt tkwiący w uchwy­tach. Męż­czy­zna odsu­nął się i się­gnął do książ­nika. Potwier­dził wybór. Pod sufi­tem poru­szyła się mecha­niczna chwyt­nia, wielka, oka­blo­wana łapa przy­cze­piona do wózka, jeż­dżą­cego po sufi­to­wej szy­nie. Zami­gały poma­rań­czowe lampy i roz­legł się podwójny pisk. Łapa pod­je­chała pro­stym odcin­kiem toru i opu­ściła się. Trzy małe dura­lu­mi­niowe palce się­gnęły do wnę­trza kon­te­nera i usu­nęły blo­kady. Pod­stawa mecha­nicz­nej dłoni obró­ciła się i do przodu wyje­chał grub­szy chwy­tak. Na tele­sko­pie wsu­nął się do kon­te­nera, by po chwili szczęk­nąć meta­licz­nie i wyco­fać się razem z czarną kulą, pełną wypu­stek i otwo­rów. Miała metr śred­nicy, opa­li­zo­wała jak oszro­niona.

Łapa ruszyła wzdłuż toru, aż dotarła do zakrętu, na wprost drzwi. Zatrzy­mała się nad okrą­głymi wro­tami w pod­ło­dze. Stu­art wyszedł z ładowni i obser­wo­wał postępy pro­ce­dury na małym moni­to­rze we wnęce ściany kory­ta­rza. Zami­go­tały lampki ostrze­gaw­cze i wrota roz­su­nęły się na dwie strony. Poni­żej była śluza towa­rowa – prze­strzeń w kształ­cie walca rów­nego śred­nicą i wyso­ko­ścią wyso­ko­ści ładowni. Od dołu zamy­kały ją podobne wrota.

Łapa obró­ciła się, kie­ru­jąc gło­wicę z chwy­ta­kiem i ładun­kiem w dół. Tele­skop znów się wysu­nął, umiesz­cza­jąc prób­nik dokład­nie pośrodku śluzy, ale jesz­cze nie uwal­nia­jąc go. Wrota zaczęły się zasu­wać, a jedy­nie nie­wiel­kie, pół­okrą­głe ich frag­menty unio­sły się od kra­wę­dzi, robiąc miej­sce dla rury tele­skopu. Teraz zatrza­snęły się, ide­al­nie obej­mu­jąc tele­skop powsta­łym otwo­rem. Obraz prze­sko­czył na wnę­trze śluzy. Trzy pal­niki opa­lały powierzch­nię prób­nika, dekon­ta­mi­nu­jąc ją. Potem roz­legł się syk wysy­sa­nego pom­pami próż­nio­wymi powie­trza i otwo­rzyły się zewnętrzne wrota. Za nimi był czarny kosmos i led­wie widoczna kra­wędź pla­nety, błę­kit­nej jak Zie­mia.

Zaczepy chwy­taka zwol­niły ładu­nek, a tele­skop, deli­kat­nym pchnię­ciem, nadał mu mini­malną pręd­kość począt­kową. Obraz znów prze­sko­czył, tym razem na zewnętrzną kamerę. Prób­nik swo­bod­nym dry­fem odda­lił się na kil­ka­dzie­siąt metrów i uru­cho­mił sil­niki. W kilka sekund znikł w oddali.

Gdy Stu­art wró­cił do ładowni, sta­lowa chwyt­nia koń­czyła wędrówkę po sufi­cie, by zaraz znie­ru­cho­mieć na końcu pomiesz­cze­nia. Męż­czy­zna zamknął pusty kon­te­ner i zer­k­nął na ekran książ­nika, by się upew­nić, że wszystko poszło wła­ści­wie. Wcią­gnął w płuca orzeź­wia­jące, zimne powie­trze.

Pach­niało ina­czej niż zwy­kle.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Amelia i Kuba. Mi się podoba Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy Amelia i Kuba. Wenecki spisek Różaniec Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony Amelia i Kuba. Stuoki Potwór 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Chłopiec z Burzy Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never