Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek. Część 1

Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek. Część 1

Autorzy: Rafał Kosik

Wydawnictwo: Powergraph

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 424

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 24.27 zł

Podczas imprezy sylwestrowej Felix, Net i Nika niechcący odpalają eksperymentalną rakietę kosmiczną. Tajne służby poszukują sprawców, a sytuacja pogarsza się jeszcze bardziej, kiedy okazuje się, że rakieta spadnie gdzieś na terytorium Polski. Bohaterowie muszą zlikwidować zagrożenie. Rozpoczyna się walka z czasem.

Jednocześnie rzeczywistość szkolna nie ułatwia im zadania. Szkoła stara się o uzyskanie certyfikatu, co prowadzi do wielu absurdalnych i bardzo zabawnych sytuacji.

To, co spotka Felixa, Neta i Nikę utwierdzi ich w przekonaniu, jak ważna jest przyjaźń i pomaganie innym.

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek

Warszawa 2013

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek

ISBN: 978-83-61187-36-3

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl

www.powergraph.pl

Copyright © 2008-2013 by Rafał Kosik

Copyright © 2008-2013 by Powergraph

Copyright © 2008-2013 for the cover and illustrations by Rafał Kosik

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik

REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik

KOREKTA: Maria Aleksandrow

Wyłączna dystrybucja:

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

¤

1. Zgubne skutki regulowania cudzego pieca

2. Niepokojące odkrycia

3. Starzy znajomi

4. Nocna ucieczka

5. Sensacyjny romans informatyczny

6. Nieprzespana lekcja geografii

7. Wizja lokalna

8. Nowe kłopoty

9. Pytania bez odpowiedzi

10. Zbłąkane piksele

11. Holograficzna mistyfikacja

12. Wielki Antycypator

13. „112"

14. Ostatni dzień

¤

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Dla Jasia

1. Zgubne skutki regu­lo­wa­nia cudzego pieca

Auto­bus zatrzy­mał się w miej­scu, które powinno się nazy­wać: „Znów się zgu­bi­łeś”. Poza dziu­ra­wym asfal­tem i słup­kiem przy­stanku były tam tylko splą­tane, gęste drzewa, krzaki i brudny śnieg. Brak latarni spra­wiał, że ciem­ność byłaby naprawdę ciemna, gdyby nie łuna nad mia­stem odbi­ja­jąca się od nisko wiszą­cych, wiesz­czą­cych śnieg chmur. Miej­sce to, gdzieś mię­dzy Wila­no­wem a Nato­li­nem, a może nawet dalej, w isto­cie sta­no­wiło enklawę dzi­kiej przy­rody, wymy­ka­ją­cej się z klesz­czy zachłan­nie roz­ra­sta­ją­cej się War­szawy.

— Jeste­śmy za wcze­śnie — Felix spoj­rzał na zega­rek.

Posta­wili w śniegu woj­skowy worek wypeł­niony napo­jami na imprezę.

— Sam chcia­łeś mieć mar­gi­nes bez­pie­czeń­stwa — przy­po­mniał Net. — Żeby się nie spóź­nić. Kul­tura i te rze­czy… — Zer­k­nął na zega­rek przy­ja­ciela, ale wśród kil­ku­na­stu wska­zó­wek, roz­miesz­czo­nych na kilku cyfer­bla­tach, nie mógł odczy­tać godziny. — Zatan­ko­wa­łeś dziś ten zega­rek? Która jest?

— Osiem­na­sta trzy­dzie­ści sześć. Impreza zaczyna się za dwa­dzie­ścia cztery minuty.

— Zimno tro­chę… Nie wypada wpaść wcze­śniej i… pomóc w przy­go­to­wa­niach?

— Raczej nie — odparła Nika.

Przy­sta­nek nie miał wiaty. Nie było nawet ławeczki, lecz jedy­nie zabe­to­no­wany w ziemi czer­wony słup ze zna­kiem i roz­kła­dem jazdy. Na samym szczy­cie przy­krę­cono mniej­szą tabliczkę z nazwą przy­stanku, ale naklejka ze sta­ro­ści czę­ściowo zla­zła i został tylko numer „01”.

— Glo­balne ocie­ple­nie zapo­mniało o War­sza­wie. — Net pocie­rał dło­nie i uszy. — Ja cię kręcę, Spit­zber­su­wałki nor­mal­nie…

— Reszta przy­je­dzie pew­nie następ­nym auto­bu­sem. — Nika zer­k­nęła na tabelkę z roz­kła­dem. — To za dwa­dzie­ścia minut.

— Super. — Net poki­wał głową, przy­tu­pu­jąc. — Naprawdę nie wypada wpaść wcze­śniej? Pomóc przy sałatce warzyw­nej czy coś?…

— Nie — odparła kate­go­rycz­nie Nika.

— Kul­tura jest cool… Dosłow­nie. Może ogni­sko roz­pa­limy?

Felix rozej­rzał się.

— Drewno jest mokre — oświad­czył. — Roz­pa­la­nie zaj­mie z pół godziny.

— Czego nie wymy­ślę, to źle… Masz czarny mar­ker?

— Mam, a co?

— Zoba­czysz, daj. — Przy­tar­gał z krza­ków frag­ment pocię­tego na kawałki pnia drzewa, oparł go o słup przy­stanku. Wziął od Felixa mar­ker i wszedł na chwiejną pod­pórkę. Chwilę ryso­wał coś na tabliczce, po czym zesko­czył na zie­mię i odtur­lał pie­niek w krzaki.

Tabliczka nad zna­kiem gło­siła teraz „Ni­gdzie 01”.

— Może i nie jest to wybit­nie zabawne, ale przy­naj­mniej się roz­grza­łem — oświad­czył Net.

Stali kilka minut, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę. Nika przy­tu­liła się do Neta, a nawet obwią­zała się z nim swoim dłu­gim sza­li­kiem. Felix marzł samot­nie pół metra dalej.

— Macie takie same suwaki w kurt­kach — zauwa­żył nagle. — Może­cie się nimi spiąć. Będzie wam cie­plej.

Net porów­nał suwaki, odło­żył ple­cak i zaczął roz­pi­nać kurtkę.

— Też masz taki suwak. — Nika spoj­rzała na kurtkę Felixa. — Możemy się spiąć we trójkę.

— Nie, nie, nie… — Net szybko zapiął się pod szyję. — Wszy­scy by się śmiali.

— Daj spo­kój. Będzie nam cie­plej.

Net nie­chęt­nie spiął połówkę swo­jego suwaka z suwa­kiem Felixa. Wycią­gnęli z ręka­wów ramiona i stwo­rzyli w ten spo­sób oso­bliwy śpi­wór do sta­nia.

— Poży­tek z glo­ba­li­za­cji — oce­nił Felix, przy­glą­da­jąc się wpa­so­wa­nym w sie­bie suwa­kom. — Obie­ca­łem tacie wysłać namiar! — Przy­po­mniał sobie nagle. Wycią­gnął tele­fon i zaczął kli­kać.

— Tele­fon z kla­wi­szami jak w win­dzie towa­ro­wej składu cementu — zauwa­żył Net.

— Dzięki. Ale można z nim spaść ze scho­dów i nur­ko­wać. Skąd ten sar­kazm?

— Z zimna. Po co ten namiar?

— To współ­rzędne GPS, żeby mógł nas rano ode­brać. Chyba że chce­cie wra­cać auto­bu­sem, który zapewne nie przy­je­dzie, bo kie­rowca zaśpi w Nowy Rok.

— Dobra. — Net wzru­szył ramio­nami, co spo­wo­do­wało unie­sie­nie się wszyst­kich trzech kur­tek. — Nic nie mówi­łem. Wolimy wra­cać z twoim tatą niż pie­chotą.

— A jak bra­to­sio­stra? — przy­po­mniał sobie Felix. — Mały cha­osik w domu, nie?

— No wiesz… Spo­dzie­wa­łem się małego cha­osiku, ale to, co się dzieje, można nazwać jedy­nie wiel­kim cha­osem! Wyobraź sobie dwa małe gło­śniki wyso­ko­to­nowe trans­mi­tu­jące o loso­wych porach kon­cert The Che­mi­cal Bro­thers przez ścianę z kar­ton­gipsu, przy któ­rej trzy­masz głowę, gdy śpisz. Poprawka: gdy pró­bu­jesz spać.

— Łączę się z tobą w bólu — odparł Felix. — Ale powaga, nie czu­jesz żad­nej rado­ści z posia­da­nia rodzeń­stwa?

— To ten rodzaj rado­ści, gdy odkry­wasz, że w łazience strze­lił kran nad umy­walką, ale cała woda leci po para­boli do wanny, zamiast na pod­łogę. Było na jakimś fil­mie… Dobra, lubię go… ich. Będę skłonny oddać za nich moje ostat­nie dru­gie śnia­da­nie i tak dalej.

— Wymy­śli­li­ście imiona? — zain­te­re­so­wała się Nika.

— Mia­łem pomysł, żeby brat nazy­wał się Ser­we­riusz, a sio­stra Dys­kietka, ale nikomu się nie spodo­bało. — Net zaśmiał się i zama­chał rękoma, wpusz­cza­jąc mię­dzy kurtki zimne powie­trze. — Sta­rzy wahają się mię­dzy Anią a Zuzią. Czy tam jakoś tak… Mam nadzieję, że nie będzie banal­nie. Coraz to nowe imiona padają, a ja zwy­czaj­nie nie mogę się pogo­dzić z tą… inwa­zją na mój dom!

— W ogóle się nie cie­szysz? — zapy­tała Nika.

— Cie­szę się, ale… no wiesz… Jest taki mały zonk z ciszą nocną… i w ogóle z ciszą. No i drugi zonk z wyzie­wami pie­lu­cho­wymi.

Usły­szeli sil­nik zbli­ża­ją­cego się auto­busu.

— Gło­wo­nóg lądowy! — wykrzyk­nął Oskar, który wysiadł jako pierw­szy. — Trój­gło­wo­nóg lądowy!

— Zamknij się! — wark­nął Net i zaczął się szar­pać z suwa­kiem.

— Po pro­stu było nam zimno — wyja­śnił Felix, rów­nież pró­bu­jąc się roz­piąć. — Cze­kamy tu od dawna.

Wresz­cie udało im się wyswo­bo­dzić. Przy­wi­tali się z Oska­rem, Wik­to­rem i Lucja­nem.

— Szkoda, że nie kupi­li­śmy fajer­wer­ków — rzu­cił Lucjan.

— Tata Gil­berta powi­nien jakieś mieć — zauwa­żył Felix. — Jest che­mi­kiem.

— Nie cał­kiem… sta­bil­nym psy­chicz­nie — uzu­peł­nił Net. — Oba­wiam się, że chwilę po odpa­le­niu fajer­wer­ków taty Gil­berta na biurku pre­zy­denta USA zaczyna dzwo­nić czer­wony tele­fon.

— Myśli­cie, że oni będą cały czas? — zapy­tała z nie­po­ko­jem Nika. — Mam na myśli rodzi­ców Gil­berta.

— Gil­bert jest mocno wygięty, ale to by była prze­sada!

W szóstkę prze­szli na drugą stronę ulicy i ruszyli wąską drogą grun­tową, śli­zga­jąc się w oblo­dzo­nych kole­inach. Po kil­ku­dzie­się­ciu metrach krzaki odsło­niły coś w rodzaju zatoczki przed bramą domu. Budy­nek stał samot­nie wśród chasz­czy i sta­rych drzew na samej skar­pie wiśla­nej. Miał trzy kon­dy­gna­cje i spa­dzi­sty dach. W kilku oknach paliło się świa­tło. Obok, przed drzwiami garażu, zauwa­żyli bar­dzo sta­rego, i bar­dzo brud­nego Forda Scor­pio1. Dalej od domu było tak ciemno, że rów­nie dobrze wokoło mogła się roz­cią­gać dżun­gla.

— Aha — skwi­to­wał Oskar.

Felix, Net i Nika już tu kie­dyś byli, ale pozo­stali widzieli dom po raz pierw­szy. Teraz zasta­na­wiali się, czy syl­we­ster spę­dzony we wła­snym domu przed tele­wi­zo­rem to rze­czy­wi­ście aż taki obciach. Lucjan wpa­try­wał się w dzwo­nek.

— Myśli­cie, że już nas zauwa­żyli? — zapy­tał, ale postać w oknie na pię­trze roz­wiała jego wąt­pli­wo­ści.

— Kto w ogóle wymy­ślił, żeby robić syl­we­stra w domu Gil­berta? — jęk­nął Oskar.

— Gil­bert — wyja­śnił Net. — Nie prze­sa­dzaj­cie. Może być cie­ka­wie.

Odwró­cili się na dźwięk sil­nika i ośle­pieni reflek­to­rami zeszli na bok. Wielki ele­gancki samo­chód prze­dzie­rał się przez oblo­dzoną drogę. Pod­wo­zie szu­rało o zmar­z­nięty śnieg. Gdy przed bramą zatrzy­mał się czarny Lexus, wszy­scy wstrzy­mali oddech. Tylne drzwi otwo­rzyły się i wysia­dła z nich… Aure­lia, ubrana w futro do ziemi.

— Cześć! — powie­działa, widząc kole­gów z klasy. — Nie dzia­łają latar­nie?

Zaraz za Aure­lią w drzwiach poja­wiły się białe kozaczki, dłu­gie nogi i reszta Klau­dii. Blond włosy upięła w misterną kon­struk­cję, spra­wia­jącą, że głowa wyda­wała się dwa razy więk­sza.

— Nie ma latarni — stwier­dziła ponuro, zatrza­sku­jąc drzwi.

Szyba w przed­nich drzwiach opu­ściła się i wyj­rzał przez nią tata Aure­lii.

— Jesteś… pewna? — zapy­tał, patrząc na ogro­dze­nie i dom.

— Zde­spe­ro­wana — wyja­śniła Aure­lia. — Trzy inne imprezy się roz­myły, więc zostało mi… to.

— Strach myśleć o takim miej­scu. — Tata Aure­lii popa­trzył na dom.

— Boisz się o samo­chód.

— To też. Ale… cho­dziło mi o cie­bie.

— Się pan nie boi — uspo­ka­ja­jąco rzu­cił w jego stronę Lucjan. — Nie będzie sama.

Ojciec Aure­lii spoj­rzał na niego, jakby chciał powie­dzieć: „I tego się wła­śnie oba­wiam”. Nie powie­dział jed­nak nic. Zamknął szybę, zawró­cił, buk­su­jąc w śniegu, i odje­chał.

Drzwi domu otwo­rzyły się i sta­nął w nich Gil­bert.

— Czemu nie dzwo­ni­cie? — krzyk­nął.

— Jakby ci to powie­dzieć… — zaczął Net, ale Nika szturch­nęła go w bok.

Gil­bert zosta­wił otwarte drzwi i pod­szedł do nich nie­sta­ran­nie odśnie­żoną alejką. Chwilę szar­pał się z klamką sta­rej zardze­wia­łej furtki. Gdy wresz­cie odpu­ściła, chło­pak o mało się nie wywró­cił na lodzie. Przy­wi­tał się ze wszyst­kimi i popro­wa­dził do domu.

— Zacze­kaj­cie! — z tyłu roz­legł się dziew­częcy gło­sik.

Ktoś biegł w ich stronę, co kilka kro­ków wywra­ca­jąc się w śnieg. Drobna postać z bladą twa­rzą była ledwo widoczna w ciem­no­ści.

— Ma ktoś osi­kowy kołek? — zapy­tał Net, ale nikt się nie uśmiech­nął.

Postać dobie­gła do furtki i pochy­liła się, by zła­pać oddech. To była Zosia.

— Skąd się tu wzię­łaś? — zapy­tał Wik­tor.

— Prze­je­cha­łam jeden przy­sta­nek… — odparła zdy­szana.

— Jecha­łaś tym samym auto­bu­sem co my, i nie pode­szłaś?

— Nie chcia­łam się narzu­cać. — Zosia wzru­szyła ramio­nami.

— Umiesz się kamu­flo­wać — dodał Oskar. — W auto­bu­sie było może pięć osób. Dla­czego nie wysia­dłaś?

— Bo… to był przy­sta­nek na żąda­nie.

— Aaa… i nie chcia­łaś robić pro­blemu kie­rowcy. Jasne.

W otwar­tych na oścież drzwiach domu poja­wił się ojciec Gil­berta.

— Chyba cię ter­mo­dy­na­mika opu­ściła, synu! — wykrzyk­nął, chwy­ta­jąc za klamkę. — Za karę pięć minut na mro­zie!

Zatrza­snął drzwi. Wszy­scy zamarli z roz­dzia­wio­nymi ustami, ale nim kto­kol­wiek zdą­żył o cokol­wiek zapy­tać, drzwi otwo­rzyły się ponow­nie.

— Wchodź­cie, wchodź­cie, żar­to­wa­łem. Tylko spraw­nie, bo nasz dom nie ma szans w walce o wyrów­na­nie tem­pe­ra­tury z całą pół­kulą pół­nocną.

Weszli szybko, żeby uprze­dzić ewen­tu­alny kolejny „żart”. Pan Kur­tacz był krę­pym, lekko przy­gar­bio­nym męż­czy­zną z siwymi wło­sami, które ster­czały we wszyst­kich moż­li­wych kie­run­kach. Ubrany był w ele­gancką mary­narkę od smo­kingu, ale zało­żył do niej popie­laty swe­ter, spodnie w kratę i buty trek­kin­gowe. Wyglą­dało to oso­bli­wie, za to na pewno było o niebo wygod­niej­sze od tego, co zwy­kle zakłada się do smo­kingu.

Powie­sili kurtki w hallu i prze­szli do salonu. W prze­ci­wień­stwie do taty, mama Gil­berta sta­no­wiła wzór ele­gan­cji. Ele­gan­cji w wer­sji retro, dla ści­sło­ści. Była szczu­pła, wręcz kości­sta, co dodat­kowo pod­kre­ślała mocno zwę­żaną w talii gar­sonką skro­joną w stylu lat trzy­dzie­stych (być może nawet gar­sonka pocho­dziła z tego okresu). Stała fil­mowo oparta o for­te­pian, który nie mógł być uży­wany, stało na nim bowiem mnó­stwo bibe­lo­tów. Pani Kur­tacz wyglą­dała, jakby pozo­wała do por­tretu, który potem zawi­śnie w zło­tej ramie na hono­ro­wym miej­scu w salo­nie. Trwa­jąc w bez­ru­chu, uśmie­chała się do wcho­dzą­cych kolejno gości. Poru­szyła się, dopiero gdy wszy­scy weszli.

— Ach, więc jeste­ście! — Roz­ło­żyła ręce, a następ­nie poło­żyła dłoń na dłoni i zapa­trzyła się na nich, naj­wy­raź­niej ocze­ku­jąc odpo­wie­dzi. Feli­xowi sko­ja­rzyło się to z zacho­wa­niem japoń­skich pro­to­ty­po­wych robo­tów do towa­rzy­stwa, a ści­ślej mówiąc z momen­tem, kiedy wie­szał im się sys­tem. Net za to miał ochotę odpo­wie­dzieć: „Ach, więc jeste­śmy, zaiste”. Na szczę­ście uprze­dziła go Nika:

— Jesz­cze nie wszy­scy, ale więk­szość. Czy mogę jakoś pomóc?

— Och, nie! Wszystko przy­go­to­wane. — Pani Kur­tacz powio­dła dło­nią wokół, gestem dobrej wróżki, która przedaw­ko­wała księ­ży­cowy pył. — Prze­ką­ski są usta­wione alfa­be­tycz­nie, zgod­nie z ruchem wska­zó­wek zegara. Dla uła­twie­nia. Sałatki w lodówce. Gil­bert został pouczony co do dal­szych kro­ków.

Na to trudno było coś odpo­wie­dzieć. Nawet Nice.

— Czyli szam­pan już napo­częty… — mruk­nął pod nosem Net. Na szczę­ście zro­bił to bar­dzo cicho.

Salon zasta­wiony był odno­wio­nymi na wysoki połysk anty­kami, przy­wo­dzą­cymi na myśl domy sta­rych cioć. Pach­niało lekką stę­chli­zną i jedze­niem. Nikt nie miał ochoty spraw­dzać, czy miseczki z orzesz­kami, chip­sami, pokro­joną w słupki mar­chewką i wszel­kimi prze­ką­skami usta­wione są alfa­be­tycz­nie. Stali nie­ru­chomo i bez słowa wpa­try­wali się w panią domu. A pani domu patrzyła na nich. Gil­bert pocie­rał dło­nią czoło i uda­wał, że nad czymś się inten­syw­nie zasta­na­wia.

— Więc tym miłym akcen­tem… — mama Gil­berta powio­dła po nich wzro­kiem — zosta­wiamy was, z nadzieją, że wynie­sie­cie z naszego domu jedy­nie dobre wspo­mnie­nia.

Do salonu wszedł pan Kur­tacz z futrem swej mał­żonki. Wyglą­dało, jakby było zro­bione co naj­mniej z nowo­ze­landz­kich kre­tów lata­ją­cych, i nawet Aure­lia wytrzesz­czyła oczy.

— Jedziemy teraz z mamuśką na potań­cówkę. Będziemy sza­leć do bla­dego świtu. Jedze­nia wam star­czy. Piwo w lodówce poli­czone. Jak wró­cimy, może go być wię­cej, ale nie mniej.

— O ho ho ho ho… — zaśmiała się pani domu, zasła­nia­jąc usta dło­nią. — To nie było na poważ­nie.

— Muzykę macie tam. — Tata wska­zał sto­sik płyt obok cokol­wiek archa­icz­nej wieży. — To ponad­cza­sowe dźwięki. Na pewno się wam spodoba.

Zało­żył dłu­go­włosy kożuch, się­ga­jący za kolana. Teraz oboje wyglą­dali jak posta­cie z filmu fan­tasy. Wyszli z domu i wsie­dli do Forda. Goście syl­we­strowi zgro­ma­dzili się przy oknie. Zamiast chro­botu roz­rusz­nika dobiegł ich świst przy­po­mi­na­jący odgłos roz­pę­dza­ją­cego się sil­nika tur­bo­od­rzu­to­wego. Gdy dźwięk prze­szedł w wysoki pisk, samo­chód zaczął się toczyć. Z rur wyde­cho­wych wydo­by­wał się świe­cący gaz.

— Jakaś tur­bina — zauwa­żył Felix. — Bio­gaz?

Gil­bert przy­tak­nął.

— Czy to legalne? — zapy­tał Felix.

— Hm…

Ford doje­chał do bramy, popchnął ją zde­rza­kiem, oba skrzy­dła otwo­rzyły się, a potem, z jękiem sprę­żyn, zamknęły za samo­cho­dem.

— Sprytne… — z uzna­niem poki­wał głową Felix.

— Czy z tym wyno­sze­niem miłych wspo­mnień cho­dziło o nie­wy­no­sze­nie srebr­nych sztuć­ców? — zapy­tał Net.

— Możemy już o tym nie mówić? — popro­sił Gil­bert. — Pomóż­cie mi zsu­nąć meble pod ściany.

Meble usta­wiono dość nie­szczę­śli­wie. Każdy ruch niósł ze sobą nie­bez­pie­czeń­stwo zwa­le­nia figurki lub wazo­nika. Droga przez salon przy­po­mi­nała tor prze­szkód, teraz uzu­peł­niony o prze­szkody kuli­narne. Zaczęło się prze­sta­wia­nie. Nika z Zosią prze­no­siły dro­bia­zgi, chłopcy prze­su­wali meble. Aure­lia z Klau­dią stały bli­sko wyj­ścia i wyglą­dały, jakby chciały czmych­nąć. Zde­cy­do­wa­nie nie paso­wały do sce­no­gra­fii. Aure­lia miała na sobie błysz­czącą zło­tem mini­spód­niczkę i obci­sły, biały swe­te­rek, a Klau­dia różo­wawą mini­su­kienkę. Dopiero po kilku minu­tach, gdy salon zyskał wiele na funk­cjo­nal­no­ści, a stra­cił na este­tyce, usia­dły na sofie i ze znu­dzo­nymi minami roz­glą­dały się nabur­mu­szone. Prze­ką­ski prze­nie­siono na stół jadalni gra­ni­czą­cej z salo­nem. Lucjan, Oskar i Wik­tor od razu zabrali się do pochła­nia­nia orzesz­ków i chip­sów.

— Masz tu kupę sta­rych gra­tów — zauwa­żył Net.

— To, o co się opie­rasz, to jest sto­lik pod samo­war z 1848 roku. Kie­dyś uży­wał go Juliusz Sło­wacki. Jest wart tyle, co mały samo­chód.

Net odsko­czył jak opa­rzony.

— Dżiss!… Star­łem z niego tylko kil­ku­ato­mową war­stwę… Sorry.

Dzwo­nek zaanon­so­wał kolejną grupę gości. Tym razem dotarli Horacy i Kuba.

— Zamy­kaj­cie drzwi! — krzyk­nęła do nich Aure­lia. — Zimno!

Net zaczął prze­glą­dać płyty. Z każdą kolejną krzy­wił się coraz bar­dziej.

— Ponad­cza­sowe jak kalen­darz sprzed pięć­dzie­się­ciu lat — oce­nił. Z kie­szeni bluzy wyjął mały player MP3, a z leżą­cego pod ścianą ple­caka kabel i pod­łą­czył play­era do wieży. Chwilę bawił się usta­wie­niami: pod­krę­cił basy i wyso­kie tony, wybrał kolej­ność utwo­rów. Wresz­cie zabrzmiała muzyka. Atmos­fera nieco się popra­wiła.

— A nie masz cze­goś faj­nego? — zapy­tała Klau­dia.

— Nie mam jęczą­cych syn­chro­nicz­nie Murzy­nek, jeśli o to ci cho­dzi — pokrę­cił głową. — Tylko hip-hop i techenko.

— Pomo­gły­by­ście — rzu­ciła w stronę sofy Nika.

— My nie jeste­śmy od pracy fizycz­nej. — Aure­lia zaczęła oglą­dać swoje paznok­cie.

— Przy­szły­śmy na imprezę, a nie do pracy — dodała Klau­dia. Wycią­gnęła tele­fon i zajęła się pisa­niem SMS-a.

Nika wes­tchnęła i wró­ciła do kuchni, gdzie razem z Zosią sta­rały się pose­gre­go­wać przy­nie­sione przez wszyst­kich dobroci. Kuch­nia była oddzie­lona od salonu dużą jadal­nią, a przez dru­gie drzwi można było wyjść i obejść znaj­du­jącą się pośrodku domu klatkę scho­dową, po czym krót­kim kory­ta­rzy­kiem wró­cić do hallu. Tędy wła­śnie wszedł do kuchni Kuba, który został prze­wod­ni­czą­cym klasy, bo w dniu nomi­na­cji cho­ro­wał w domu. Był chyba ostat­nią osobą nada­jącą się na tę funk­cję.

— Przy­nio­słem chipsy — pochwa­lił się, wrę­cza­jąc Nice paczkę. — Kupi­łem też kilka paczek orzesz­ków, ale zapo­mnia­łem ich zabrać ze sklepu…

Dziew­czyna otwo­rzyła paczkę i wsy­pała do miski.

— Pro­szek chip­sowy? — zdzi­wiła się, widząc coś, co nie wyglą­dało jak zwy­kle.

— Nie­chcący usia­dłem na nich w auto­bu­sie — Kuba wzru­szył ramio­nami.

Nika zasta­no­wiła się chwilę i wło­żyła do miski łyżkę.

W drzwiach poja­wił się Oskar.

— Jak wszy­scy coś przy­niosą, to się obe­żremy tak, że nie będziemy mogli tań­czyć — rzu­cił.

— Aure­lia i Klau­dia nic nie przy­nio­sły — zauwa­żyła Nika.

— Sie­bie przy­nio­sły — wyja­śnił Oskar. — Sie­dzą i ład­nie pachną. O! Zro­bię im zdję­cie.

— Zgar­nij lepiej chło­pa­ków, niech pomogą — popro­siła. — Same się tu nie wyra­biamy.

Oskar coś mruk­nął nie­wy­raź­nie, wycią­gnął z kie­szeni mały apa­rat i poszedł do salonu. Do kuchni zaj­rzał za to Lucjan.

— Masz to samo, co moja mama — zauwa­żył. — Potra­fisz wynaj­dy­wać pracę tam, gdzie jej nie ma. Zanieś to wszystko do jadalni. Każdy sobie weź­mie, co będzie chciał.

— Cho­dzi o to, żeby wszystko ład­nie wyglą­dało.

Lucjan pod­szedł do blatu kuchen­nego, wziął garść proszku chip­so­wego z miski i schru­pał z miną znawcy. Następ­nie wytrzą­snął do ust resztki z torebki.

— Sma­kują tak samo — oznaj­mił.

— Współ­czuję two­jej przy­szłej żonie — odparła z roz­ba­wie­niem Nika.

— Nie zamie­rzam się żenić.

Do kuchni wszedł Felix.

— Chyba mogę tu zaj­rzeć, co? — zapy­tał, otwie­ra­jąc już szu­fladę. Przej­rzał wszyst­kie, nim zna­lazł folię alu­mi­niową. Ode­rwał spory kawa­łek, zło­żył i wró­cił do salonu, po dro­dze for­mu­jąc z folii małą miseczkę. Przy­siadł na pod­ło­dze i scy­zo­ry­kiem zaczął prze­bi­jać w alu­mi­nium małe otworki. Zosia sta­nęła w drzwiach jadalni i przy­glą­dała mu się uważ­nie. Felix nie zwra­cał na nią uwagi. Po chwili alu­mi­niowa miseczka przy­po­mi­nała dursz­lak. Wtedy wyjął z ple­caka zwój cien­kiego drutu, odciął pięt­na­ście cen­ty­me­trów i zro­bił z niego małą pod­stawkę w kształ­cie pętelki z wysta­ją­cym do góry pro­stym kawał­kiem. Pod­szedł do sto­ją­cej obok sofy lampy, zdjął z niej aba­żur, a na żarówce poło­żył pętelkę. Na czubku sto­ją­cego drutu ostroż­nie osa­dził miseczkę z folii alu­mi­nio­wej. Zga­sił wszyst­kie świa­tła. Pokój wypeł­nił się pły­ną­cymi wolno po ścia­nach jasnymi punk­tami.

— Nastro­jow­nik — skwi­to­wał Net. — Nie­złe.

— Jak żarówka się nagrzeje, cie­płe powie­trze zacznie szyb­ciej obra­cać… nastro­jow­ni­kiem — wyja­śnił Felix. — Otwory są wycięte pod kątem.

— Wła­śnie! — Net się wzdry­gnął. — Cie­płe powie­trze… Nie­źle się prze­wie­trzyło.

— I wcale nie robi się cie­plej — dodała Aure­lia. Z zaciętą miną sie­działa na sofie z futrem narzu­co­nym na ramiona. — I jest nudno.

— Możemy urzą­dzić zawody w smar­ka­niu pod wiatr na mro­zie — zapro­po­no­wał Net.

— Nie bądź obrzy­dliwy — popro­siła Nika. — Wymyśl coś na pozio­mie.

— Umiem żon­glo­wać jed­nym jabł­kiem.

Lucjan usiadł obok Aure­lii i wsu­nął się pod futro. Klau­dia wes­tchnęła i prze­nio­sła się na pod­łogę. Oparła się ple­cami o kalo­ry­fer.

— Jest zimny — zauwa­żyła.

— Tata oszczę­dza bio­gaz — wyja­śnił Gil­bert, a widząc zdzi­wione spoj­rze­nia, dodał — dom jest samo­wy­star­czalny. Prąd i cie­pło pocho­dzą z bio­gazu. W ogro­dzie jest spora bio­gazownia i kilka zbior­ni­ków, w piw­nicy gene­ra­tor prądu. Nie­stety, zimą gaz wol­niej się wytwa­rza.

— Z czego twój stary robi ten bio­gaz? — zain­te­re­so­wał się Felix.

— Z odpa­dów orga­nicz­nych. Liści i takich tam…

— Nie­ważne z czego, ważne, żeby było cie­pło — jęk­nęła Aure­lia.

— Piec jest w piw­nicy, a stary zabra­nia tam wcho­dzić…

Roz­mowę prze­rwał im stłu­miony wybuch. Wszy­scy schy­lili się odru­chowo, myśląc o zbior­ni­kach z bio­ga­zem. Tylko Gil­bert zacho­wał spo­kój. Wycią­gnął z kie­szeni tele­fon i rzu­cił do niego nie­dbałe „Halo?”.

— Ni­gdy wię­cej obcia­cho­wych dzwon­ków… — mruk­nął Net. — Nie doty­czy syna sza­lo­nego che­mika.

— Jak wysią­dzie­cie z auto­busu, musi­cie przejść przez ulicę i dalej pro­sto — powie­dział Gil­bert. — To na razie! — Scho­wał tele­fon i wyja­śnił. — Zapo­mnieli, jak mają iść. Kle­mens, Celina, Lam­bert, Gerald i chyba Zosia.

— Jestem tu — powie­działa cicho zza jego ple­ców. — Jestem od samego początku.

— A, fak­tycz­nie! — chło­pak odwró­cił się. — Jakoś cię nie zauwa­ży­łem. Coś dawno do mnie nie wpa­da­łaś…

— Zerwa­li­śmy — przy­po­mniała Zosia.

— Powaga?

Przy­tak­nęła ener­gicz­nie.

— Mie­siąc temu… — dodała.

— Nie pamię­tam… — Gil­bert zmarsz­czył brwi. — Dla­czego zerwa­li­śmy?

— Nie zwra­ca­łeś na mnie uwagi. — Zosia już pra­wie szep­tała. — Mówi­łam ci…

— Sorki. Pew­nie myśla­łem o czym innym, jak to mówi­łaś. Ktoś chce sałatki na roz­grzewkę?

— Z bio­gazu? — uśmiech­nął się Net.

— Z bio­gazu jest tylko sos — odparł bez mru­gnię­cia Gil­bert. — Wszystko, co jest w lodówce, poza piwem, możemy wchło­nąć. Reszta jest bez­pieczna w piw­nicy, w dru­giej lodówce. A, mia­łem tego nie mówić!

— Nie masz cze­goś cie­płego? — zapy­tała Aure­lia.

— Jest cie­pła cola.

Muzyka zmie­niła się na wol­niej­szą. Lucjan wziął Aure­lię za ręce i wycią­gnął na śro­dek.

— Roz­grze­jesz się — powie­dział, okrę­ca­jąc ją dookoła.

Nika spoj­rzała zna­cząco na Neta, na co ten zre­flek­to­wał się i chwy­cił ją do tańca. Zosia spoj­rzała na Felixa, ale on jak zwy­kle tego nie zauwa­żył. Dziew­czyna wyglą­dała zresztą, jakby wiele wysiłku wło­żyła w to, żeby nie rzu­cać się w oczy. Miała na sobie pro­stą, szarą sukienkę. Felix wła­ści­wie nie zwra­cał już uwagi na oto­cze­nie – pochło­nęło go roz­wią­za­nie pro­blemu. Zain­te­re­so­wał się zawo­rem przy kalo­ry­fe­rze. Odkrę­cił go do war­to­ści mak­sy­mal­nej, spraw­dził odpo­wietrz­nik. Potem dotknął rury – ona rów­nież była zimna.

— Twój tata tan­ko­wał samo­chód przed wyjaz­dem? — Spoj­rzał na Gil­berta. — Z tej samej insta­la­cji? Może zapo­mniał prze­krę­cić któ­ryś zawór?

— Jest tro­chę zim­niej niż wczo­raj — przy­znał gospo­darz. — Ale tylko tro­chę.

Po raz drugi wszy­scy schy­lili się, sły­sząc wybuch.

— Halo? — rzu­cił do słu­chawki Gil­bert. — W jakim lesie?… Po co wcho­dzi­li­ście do lasu?… Nie pani­kuj­cie. Nie ma dzi­ków, ani wil­ków, ani tygry­sów. Jestem pewien. Naj­wy­żej pies. Nie ruszaj­cie się stam­tąd. Idę po was. — Scho­wał tele­fon i oznaj­mił. — Są gdzieś w pro­mie­niu pół kilo­me­tra i tropi ich olbrzymi jam­nik. Zaraz wra­cam.

— Cze­kaj, pójdę z tobą. — Lucjan puścił Aure­lię i poszedł za Gil­ber­tem.

— Ale… — Dziew­czyna roz­ło­żyła ręce.

— Luz. Zaraz będziemy z powro­tem.

Wik­tor i Oskar rów­nież ruszyli do drzwi, zado­wo­leni, że wresz­cie coś się dzieje.

Nika zna­la­zła w kuchni kilka świec, poroz­sta­wiała je w salo­nie i pod­pa­liła.

— Zrób­cie coś, żeby było cie­plej — Aure­lia spoj­rzała na Felixa, potem na Neta — to może impreza nie zdech­nie do końca.

Felix zasta­no­wił się.

— Zwy­kle w takich domach są piece ste­ro­wane elek­tro­nicz­nie. Można by zapro­gra­mo­wać wyż­szą tem­pe­ra­turę.

— Prze­cież tata Gil­berta to zauważy — wtrą­ciła Nika.

— Potem znów ją zmniej­szymy.

— Nie może­cie prze­pro­gra­mo­wy­wać komuś pieca.

— To pro­ste — zba­ga­te­li­zo­wał Felix. — Tam są przy­ci­ski „Plus” i „Minus”.

— A jak coś zepsu­je­cie?

— Cie­bie chyba w ogóle nie obcho­dzi, że będę miała zepsu­tego syl­we­stra — wark­nęła Aure­lia. — Ty nawet nie potra­fi­łaś się odpo­wied­nio ubrać.

Nika pokrę­ciła głową z rezy­gna­cją i odwró­ciła się do okna. Fak­tycz­nie, miała na sobie swój tra­dy­cyjny strój, czyli masywne mar­tensy, grube raj­stopy, bluzę z kap­tu­rem i kurtkę jean­sową. Z oka­zji syl­we­stra zamiast czar­nej, zało­żyła srebrną spód­niczkę. Nie była to kre­acja balowa, ale z pew­no­ścią trzy­mała styl.

— Boicie się — prych­nęła Aure­lia.

— Ja się boję?! — obru­szył się Net.

— Chyba nie dasz się spro­wo­ko­wać? — zapy­tała go Nika.

— Jasne, że nie… Ale naprawdę jest zimno.

— Już po ósmej — stwier­dziła Aure­lia. — Nie ma sensu się prze­no­sić na awa­ryjną imprezę… Śliczne dzięki za sko­pa­nie mi syl­we­stra!

— To ma być nasza wina? — zdzi­wiła się Nika.

— No, moja na pewno nie. Atmos­fera jest bez­na­dziejna. Zupeł­nie nie syl­we­strowa. Zatań­czysz cho­ciaż? — Spoj­rzała na Neta.

Nim Net zdą­żył cokol­wiek odpo­wie­dzieć, Nika chwy­ciła go za ramię, pocią­gnęła na śro­dek salonu i popro­wa­dziła do wol­nego tańca.

— Ja nie umiem tań­czyć — zastrzegł szybko Felix, widząc, że Aure­lia prze­nio­sła na niego wzrok.

Dziew­czyna poki­wała głową z poli­to­wa­niem, potem spoj­rzała na roz­ma­wia­ją­cych pod ścianą Kubę i Hora­cego i poki­wała głową jesz­cze raz.

Felix poszedł do jadalni po kanapkę. Zosia sie­działa przy stole i chru­pała orzeszki. Wodziła wzro­kiem za chło­pa­kiem wybie­ra­ją­cym z pół­mi­sków sma­ko­łyki i wal­czyła ze sobą, by coś powie­dzieć. Wresz­cie prze­łknęła ślinę i zapy­tała:

— Czy ty masz jakąś?…

W tym momen­cie zadźwię­czał dzwo­nek tele­fonu Felixa.

— Zapal świa­tło przed drzwiami. — To był Gil­bert. — Pstry­kas jest obok wie­szaka.

— OK. Zna­leź­li­ście ich?

— Tak, ale teraz wszy­scy razem się zgu­bi­li­śmy. Będziemy szli za świa­tłem… Nie pani­kuj! Pew­nie jakaś sarna je zosta­wiła… To nie było do cie­bie, sorki.

— Jakie ślady?

— Na śniegu. Celina ma napad bab­skiej paniki… — Gil­bert przez chwilę się śmiał. — Wła­śnie wcho­dzi na plecy Kle­mensa, a Oskar biega dookoła i robi zdję­cia. Szkoda, że tego nie widzisz…

— OK — uśmiech­nął się Felix. — Już zapa­lam świa­tło.

Scho­wał tele­fon i spoj­rzał na Zosię.

— Co mówi­łaś?

— Nie… — Spu­ściła wzrok. — Ja tylko…

— Muszę iść — wyja­śnił i wró­cił do salonu. — Zna­leźli się — oznaj­mił. — Ale już znów się zgu­bili.

Utwór się skoń­czył. Net puścił Nikę.

— Głu­pio się tań­czy tylko we dwoje — wyja­śnił. — Przyj­dzie reszta, to się impreza roz­ru­sza.

Nika wzdry­gnęła się.

— A widzisz! — ucie­szył się Net. — Tobie też jest zimno.

— Jest zimno — zgo­dziła się Nika — ale… miło by było zakoń­czyć ten rok bez łado­wa­nia się w kolejne pro­blemy.

— Oce­nimy tylko sytu­ację — obie­cał Felix, idąc w stronę hallu. Net rado­śnie podą­żył za nim. Nice opa­dły ramiona i ruszyła do kuchni zro­bić her­batę.

Felix zapa­lił świa­tło na zewnątrz i odna­lazł drzwi do piw­nicy. Jako jedyne ze wszyst­kich w hallu i krót­kim kory­ta­rzyku nie były zamknięte na klucz. Piw­nica pach­niała wil­go­cią. Żarówka na górze scho­dów była prze­pa­lona. Chłopcy ostroż­nie zeszli po ciem­nych scho­dach. Dotarli na sam dół i Felix zaczął macać dło­nią w poszu­ki­wa­niu włącz­nika. Na prze­ciw­le­głej ścia­nie żarzyło się kilka czer­wo­nych lam­pek.

— Zapalę świa­tło — mruk­nął Net. Po omacku dotarł do lam­pek i pstryk­nął znaj­du­jące się nad nimi prze­łącz­niki. Lampki zmie­niły kolor na zie­lony, ale nic poza tym się nie wyda­rzyło. Felix dopiero po chwili wyma­cał włącz­nik i pod sufi­tem zapa­liła się goła żarówka. Obaj wes­tchnęli zawie­dzeni. Przed nimi, na tle nie­otyn­ko­wa­nych ścian, kłę­bił się szu­miący i popi­sku­jący gąszcz rur, zawo­rów, zega­rów, pomp i zbior­ni­ków.

— To gdzie ten przy­cisk „Plus”? — zapy­tał Net.

— Hm. — Felix potarł brodę. — To tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wane. Ale tamto coś to na pewno jest piec.

Piec, w kształ­cie kan­cia­stej bryły z wysta­ją­cym z góry obłym zbior­ni­kiem, stał pod ścianą. Wcho­dziło do niego kil­ka­na­ście róż­nej gru­bo­ści rur, na któ­rych było kil­ka­na­ście róż­nego rodzaju zawo­rów.

— Głu­pio będzie, jak wró­cimy z niczym — mruk­nął Net.

— Hm — powtó­rzył Felix.

— Prze­cież znasz się na takich… — Net wycią­gnął ręce w stronę gąsz­czu — takich… rze­czach.

Felix pod­szedł do pieca, który z pew­no­ścią nie był ste­ro­wany elek­tro­nicz­nie. Uchy­lił dzrz­wiczki pale­ni­ska.

— Ledwo się tli.

— To teraz wymyśl, któ­rym się to pod­kręca.

Felix chwilę ana­li­zo­wał prze­strzenny labi­rynt rur.

— To chyba ten… — Wska­zał pokrę­tło na żół­tej rurze. — Wygląda, jakby to był ten.

— Ale wiesz, czy tylko przy­pusz­czasz?

— Przy­pusz­czam, że wiem. — Felix poło­żył dłoń na zawo­rze i prze­krę­cił. Nic się nie zmie­niło. Odkrę­cił następny – bez efektu. Prze­krę­ce­nie kolej­nych pię­ciu zawo­rów rów­nież niczego nie dało.

— Pamię­tasz, które odkrę­ci­łeś? — Net dys­kret­nie cof­nął się i przy­go­to­wał do ucieczki, gdyby efekt poczy­nań przy­ja­ciela oka­zał się za bar­dzo efek­towny.

— Pomóż lepiej, zamiast ucie­kać. — Felix siło­wał się już z innym pokrę­tłem. — Zastał się.

— Ja się tylko cofa­łem, żeby mieć lep­szą per­spek­tywę. — Net pod­szedł i razem naparli na kolejny zawór. Bez rezul­tatu.

— Już jest odkrę­cony — stwier­dził nagle Felix. — To idzie tu, stąd tu… — wska­zy­wał pal­cem kolejne roz­ga­łę­zie­nia — a w końcu wcho­dzi w ścianę zewnętrzną. Skoro jest odkrę­cone, a nie leci, to zna­czy, że po dru­giej stro­nie musi był jesz­cze jeden zawór. Idziemy.

Wybie­gli z piw­nicy. Net zaj­rzał do salonu i oznaj­mił dum­nie:

— Jeste­śmy na tro­pie.

Narzu­cili kurtki, wyszli na dwór i obe­szli dom od strony połu­dniowo-wschod­niej, gdzie zaczy­nał się taras prze­ro­biony na labo­ra­to­rium taty Gil­berta. Kawa­łek dalej już opa­dała skarpa wiślana, a za roz­cią­ga­ją­cym się w dole lasem drgały malut­kie świa­tełka odle­głych blo­ków.

— Musi gdzieś tu wycho­dzić. — Net szedł przo­dem.

— Cze­kaj. Mam latarkę.

— Spoko. Dobrze widzę w ciemno… Auć!

Felix zało­żył na czoło latarkę na gumce, zapa­lił ją i oświe­tlił pod­no­szą­cego się ze śniegu Neta.

— Zna­la­złem ją metodą orga­no­lep­tyczną. — Net roz­ma­so­wy­wał nogę. — Pisz­cze­lo­lep­tyczną wła­ści­wie. To na pewno to. — Wska­zał rurę bie­gnącą dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów nad zie­mią. Łączyła piw­nicę z wyso­kim cylin­drycz­nym zbior­ni­kiem gazu, sto­ją­cym kil­ka­na­ście metrów dalej.

— Jest zawór! — Felix przy­klęk­nął w śniegu.

— Pro­sta sprawa. Kręć. Potem zwy­czaj­nie zakrę­cimy.

— Licz obroty. — Felix krę­cił z wysił­kiem. Zawór poskrzy­py­wał, ale ustę­po­wał. Był za mały, by krę­cić we dwóch. Net wró­cił więc do maso­wa­nia pisz­czela. Nagle kątem oka zoba­czył jakiś ruch w ciem­no­ści. Zmar­twiał i spoj­rzał w tamtą stronę. Trza­snęła zła­mana gałązka.

— Może… — prze­łknął ślinę. — Może już wró­cimy?

— Zaraz. — Felix stę­kał, a zawór wolno się obra­cał. — Zardze­wiał…

— Coś szumi. — Net roz­glą­dał się ner­wowo. — Zna­czy działa. Wra­cajmy do cie­pełka.

— Ile było obro­tów?

— Eee… pięć.

— Liczy­łeś?

— Cztery.

— To w końcu ile?

— Mię­dzy trzy a sie­dem. Chyba. Wra­cajmy wresz­cie! Widzia­łem jakieś coś…

Felix mach­nął ręką i wstał. Ruszyli z powro­tem, ale tuż przed drzwiami Net zatrzy­mał się rap­tow­nie i chwy­cił Felixa za rękaw.

— Jak wycho­dzi­li­śmy, tego tu nie było! — Dra­ma­tycz­nym gestem wska­zał zie­mię. W świe­tle latarki wyraź­nie było widać ślady jakby racic. Ści­ślej mówiąc, wyglą­dały, jakby co dzie­sięć cen­ty­me­trów ktoś zro­bił obok sie­bie dwa dołki nogą od stołka. Patrzyli na to chwilę.

— To wygląda, jakby coś ska­kało — zasta­no­wił się Felix.

— Mały kan­gu­rek z zało­żo­nymi na łapki kor­kami od szam­pana… Zasta­no­wimy się w środku.

Felix nie słu­chał go. Pod­szedł bli­żej do śla­dów i nachy­lił się.

— A tu już nie są obok sie­bie — zauwa­żył. — Tu prawe i lewe ślady są na prze­mian, jak u czło­wieka. — Poświe­cił dalej. Ślady pro­wa­dziły do walą­cej się ze sta­ro­ści szopy w rogu działki, ale rów­nie dobrze mogły pro­wa­dzić stam­tąd.

— Pro­szę… — nale­gał Net.

— To było coś małego, wiel­ko­ści śred­niego psa, ale dwu­nożne… Zobacz, w kilku miej­scach jakby się zata­czało.

— Więc to był napruty kra­snal Kosza­łek-Ochla­łek. Chodźmy do środka… pliz…

— Zasta­na­wia­jące…

— Żałuję, że ci to poka­za­łem. Chodźmy i bawmy się, zamiast tu mar­z­nąć!

Gdyby w tym momen­cie odwró­cili się i spoj­rzeli za sie­bie, z pew­no­ścią stra­ci­liby ochotę na zabawę.

Weszli do domu i zdjęli kurtki.

— No, od razu czuć, że cie­plej — oce­nił Net, sta­ran­nie zamy­ka­jąc drzwi na zasuwkę.

— Wsze­dłeś z mrozu i ci się wydaje — spro­sto­wał Felix. — To tro­chę potrwa.

— Co to mogło być? — Net wska­zał głową na drzwi.

— Nie wiem, ale same się nie zro­biły — Felix wyjął tele­fon i wybrał numer Gil­berta. — Ostrzegę ich, na wszelki wypa­dek.

Do hallu weszła Nika.

— I jak postępy w łado­wa­niu nas w kło­poty? — zapy­tała iro­nicz­nie.

— Widzie­li­śmy ślady… ste­pu­ją­cego dzika albo cze­goś…

— To pew­nie pies. — Dziew­czyna pokrę­ciła głową. — W oko­licy jest kilka domów.

— Gil­bert nie odbiera — oznaj­mił Felix. — Masz numer Celiny?

Net wyjął tele­fon i wybrał numer. Chwilę trzy­mał apa­rat przy uchu, ale opu­ścił go i pokrę­cił głową.

— Zimno nam — zawo­łała z salonu Aure­lia.

— Pra­cu­jemy nad tym — odkrzyk­nął Net.

Nika zało­żyła ramiona i spoj­rzała na niego ze zło­ścią.

— No co? — Wzru­szył ramio­nami. — Prawdę mówię.

— Zobaczmy, czy piec wystar­to­wał — zapro­po­no­wał Felix.

— Mam złe prze­czu­cia — wolno powie­działa Nika.

Felix i Net zeszli na dół. Piec nie­stety pra­co­wał tak samo jak przed­tem. Felix zaczął więc znów ana­li­zo­wać układ zawo­rów, Net za to przyj­rzał się dokład­niej tablicy z prze­łącz­ni­kami i kon­tro­l­kami. Uniósł małą klapkę.

— Tu jest zamek szy­frowy — zauwa­żył.

Felix pod­szedł i przyj­rzał mu się z bli­ska.

— Naj­prost­szy model! — ucie­szył się. W kilka chwil odkrę­cił cztery śrubki i wysu­nął kla­wia­turę. Docho­dziły do niej jedy­nie dwa prze­wody. — Nie trzeba znać kodu. Wystar­czy zewrzeć te dwa kabelki.

Ze środka wysy­pało się tro­chę kurzu i kilka zia­re­nek czar­nego pia­sku.

— Prze­gi­na­cie! — roz­le­gło się za nimi, aż pod­sko­czyli. Na scho­dach stała Nika. — Nie można tak buszo­wać komuś po domu.

— Ale jest zimno — Net wzru­szył ramio­nami.

— Aure­lii jest zimno — spre­cy­zo­wała z prze­ką­sem.

— Dla dobra ogółu to robimy.

— Pod­łą­czę to i się zmy­wamy — dodał Felix.

Nika pode­szła do nich. Spoj­rzała na panel kon­tro­lny na ścia­nie i wykrę­coną kla­wia­turę.

— Jesteś pewien? — zapy­tała. — Jeśli ojciec Gil­berta zamon­to­wał zamek kodowy do pieca, to może miał jakiś powód.

— Skąp­stwo — pod­su­nął Net, po czym dodał innym tonem — albo wybu­chowy cha­rak­ter pieca… Może to fak­tycz­nie… tro­chę ryzy­kowne.

— Z dru­giej strony… — Felix potarł brodę. — Jeśli tego nie zro­bimy, to wszystko, co zro­bi­li­śmy do tej pory, nie będzie miało sensu.

— Jest w tym tro­chę racji — zgo­dził się Net.

Spoj­rzeli na Nikę, a ona oce­niła wzro­kiem piec i cały bała­gan hydrau­liczny wokoło.

— Wolę sie­dzieć w kurtce — zade­cy­do­wała.

— Naj­wy­żej zaraz wyłą­czę. — Felix wysu­nął jeden z kabli i dotknął do styku dru­giego. Nad kla­wia­turą włą­czył się wyświe­tlacz dio­dowy. Czer­wone cyferki wska­zy­wały „02:35”. — To dla­tego jest zimno! Zegar jest źle usta­wiony i piec wyłą­czył się na noc.

Nika schy­liła się i pod­nio­sła z ziemi okrą­głą szybkę.

— Co to może być?

— Odpa­dła od któ­re­goś wskaź­nika — wyja­śnił Felix.

— Nie… — Dziew­czyna pode­szła do okna. — Spójrz­cie!

W szy­bie, tuż nad kla­meczką, wid­niał okrą­gły otwór. Przy­mie­rzyła kawa­łek szkła – paso­wał ide­al­nie.

— Jest otwarte — zauwa­żył Felix. Okno fak­tycz­nie było przy­mknięte i lekko się kiwało od ruchu powie­trza. Się­gnął do kla­meczki i zamknął je. — Będzie tro­chę cie­plej.

— Po co wyci­nać w szy­bie okrą­gły otwór? — zapy­tała Nika.

— Na przy­kład, żeby prze­pro­wa­dzić tędy sto pięć­dzie­siątą ósmą rurę — pod­su­nął Net. — Jeste­śmy w domu sza­lo­nego che­mika, który pod­czas pełni zamie­nia się w sza­lo­nego hydrau­lika.

— Spró­buję prze­sta­wić zegar na dobrą godzinę. — Felix wró­cił do kla­wia­turki. — Może wtedy piec ruszy. Jest… dzie­wiąta dwa­dzie­ścia pięć.

W tym momen­cie ostat­nia cyfra na wyświe­tla­czu zmie­niła się z piątki na czwórkę. Felix znie­ru­cho­miał z dło­nią o kilka cen­ty­me­trów od kla­wi­szy.

— To nie była godzina — stwier­dził Net. — On coś odli­cza… To timer, a nie zegar.

Felix ponow­nie zer­k­nął na zega­rek. Była dzie­wiąta dwa­dzie­ścia sześć.

— Tyle zostało do pół­nocy — powie­dział. — Może z jakie­goś powodu piec może wystar­to­wać tylko o pół­nocy?

— To nie brzmi wia­ry­god­nie.

— Odłącz­cie to wszystko — popro­siła Nika. — Zakręć­cie, co odkrę­ci­li­ście, i chodźmy poszu­kać pie­cyka elek­trycz­nego.

— Żebym to ja pamię­tał, które zawory odkrę­ca­li­śmy — odparł Felix.

Nagle gdzieś wśród rur włą­czyła się pompa i szum przy­brał na sile. Pło­mień pod pie­cem jed­nak nie zwięk­szył się.

— Lepiej to odłączmy… — Net prze­łknął ślinę. — Zacznie grzać o pół­nocy, to i tak cie­pło zrobi się nad ranem. Wyłącz ten licz­nik i spa­dajmy stąd.

Felix odłą­czył prze­wód i wetknął go w pier­wotne miej­sce. Wyświe­tlacz jed­nak nie zgasł.

— Pięk­nie… — wes­tchnął Net.

— Tak jest urzą­dzony świat — wyja­śnił Felix. — Jak chcesz zro­bić coś dobrego, zawsze zosta­niesz uka­rany…

Przy­krę­cił kla­wia­turę na miej­sce i pstryk­nął prze­łącz­niki nad lamp­kami. Nie zmie­niły jed­nak koloru. Pstryk­nął kilka razy. Bez rezul­tatu.

— Hm…

— Może zama­lu­jemy je na zie­lono? — zapro­po­no­wał Net.

— Musimy o wszyst­kim powie­dzieć Gil­ber­towi — zade­cy­do­wała Nika. — Będzie wie­dział, jak to wyłą­czyć.

— Wku­rzy się. To już cał­kiem zepsuje imprezę.

— Nie widzia­łam ni­gdy wku­rzo­nego Gil­berta.

— I tak go nie ma. — Felix wzru­szył ramio­nami. — Może to się samo wyłą­czy z opóź­nie­niem…

— Prze­cież ty się znasz na takich rze­czach — jęk­nął Net. — Wymyśl coś!

— Musiał­bym to wszystko roz­krę­cić.

— Tss… — uci­szyła ich Nika i wska­zała pal­cem na górę. Trza­snęły drzwi wej­ściowe i roz­le­gły się kroki w hallu. — Wró­cili.

Chwilę nasłu­chi­wali.

— Już nie chcesz mu mówić? — zapy­tał Net.

— Może jed­nak zacze­kamy z tym jesz­cze chwilę… — przy­znała po namy­śle.

— Spró­buję coś wymy­ślić — obie­cał Felix.

Zga­sili świa­tło i przy­świe­ca­jąc sobie latarką Felixa, weszli po scho­dach. Net uchy­lił drzwi i dał znak, że droga wolna. Wśli­zgnęli się do hallu i kory­ta­rzy­kiem dotarli do kuchni tyl­nym wej­ściem. W jadalni pod­ja­dali prze­ką­ski Kle­mens, Celina, Lam­bert i Gerald. Przy­ja­ciele przy­wi­tali się z nowo przy­by­łymi, z Lam­bertem nieco mniej wylew­nie, a Net wyjąt­kowo chłodno powi­tał Geralda – wciąż nie mógł mu wyba­czyć prób pode­rwa­nia Niki na początku roku szkol­nego.

— Droga od przy­stanku jest pro­sta jak drut — zauwa­żył Felix. — Tu się nie można zgu­bić.

— Nie było łatwo, ale doko­na­li­śmy tego — wyja­śniła Celina, podry­gu­jąc do muzyki. Na obci­słe leg­ginsy zało­żyła krótką sukienkę z mie­nią­cego się złoto mate­riału. Przy jej niskim wzro­ście i wię­cej niż lek­kiej nad­wa­dze dawało to efekt odwrotny do zamie­rzo­nego, ale dziew­czyna kom­plet­nie się tym nie przej­mo­wała. — Gonił nas potwór — dodała, chru­piąc chipsa.

— W two­jej gło­wie — uzu­peł­nił Gil­bert.

— Nie masz pie­cyka elek­trycz­nego? — zapy­tała Klau­dia.

— W tym domu to bez sensu. Nie po to agre­gat spala gaz i pro­du­kuje prąd, żeby potem uży­wać prądu do ogrze­wa­nia.

Klau­dia zmarsz­czyła brwi, bo naj­wy­raź­niej z całej wypo­wie­dzi zro­zu­miała tylko, że pie­cyka nie ma.

— Tań­czymy? — zapy­tała Celina. — Muszę się roz­grzać. I zapo­mnieć o ostat­niej pół­go­dzi­nie.

Muzyka wła­śnie zmie­niła się na szyb­szą. Celina pod­bie­gła do wieży, pogło­śniła i zaczęła pod­ska­ki­wać na środku salonu, nie zwra­ca­jąc uwagi na oto­cze­nie. Jej nastrój stop­niowo udzie­lił się resz­cie i po chwili kolejni impre­zo­wi­cze plą­sali na par­kie­cie. Aure­lia zapo­mniała na chwilę, że jest zła. Po raz pierw­szy wszy­scy mogli zoba­czyć tań­czą­cego, a wła­ści­wie usi­łu­ją­cego tań­czyć Kle­mensa. Ofi­cjalny już chło­pak Celiny ważył tak ze dwa razy za dużo, więc poru­szał się z gra­cją wła­ściwą niedź­wie­dziom bru­nat­nym. Nikt za to nie patrzył na Zosię, podry­gu­jącą samot­nie w rogu salonu. Po ścia­nach, meblach i ubra­niach tań­czą­cych prze­su­wały się punk­ciki świa­tła z alu­mi­nio­wego nastroj­nika, który krę­cił się teraz cał­kiem szybko. Klau­dia zapo­mniała, że na balu hal­lo­we­eno­wym obra­ziła się na Geralda, teraz śmiała się i tań­czyła z nim. Celina obra­cała się wewnątrz kółka, które two­rzyli Kle­mens, Wik­tor i Oskar. Dalej tań­czyli przy­tu­leni Aure­lia z Lucja­nem i Nika z Netem. Felix za to, przy­świe­ca­jąc sobie małą latarką, oglą­dał grzbiety ksią­żek na regale.

Chwi­lowo wszy­scy zapo­mnieli o zbyt niskiej tem­pe­ra­tu­rze.

Po kilku szyb­kich utwo­rach towa­rzy­stwo zmę­czyło się i roze­szło, żeby odpo­cząć lub się cze­goś napić. Zostali tylko obra­ca­jący się wolno Gerald i Klau­dia. Net i Nika pode­szli do wciąż sto­ją­cego przed biblio­teczką Felixa.

— Czemu nie tań­czysz? — zapy­tała Nika. — To bar­dzo przy­jemne. Mógł­byś spró­bo­wać.

— Nie lubię. — Felix wzru­szył ramio­nami. — Ty nie zbie­rasz motyli. Mogła­byś spró­bo­wać.

— Jesteś na coś zły?

— Po ostat­niej afe­rze obie­ca­łem sobie, że nie będziemy się doty­kać do niczego, co pach­nie kło­po­tami. — Felix wska­zał głową hall i drzwi do piw­nicy. — A wła­śnie uru­cho­mi­li­śmy jakiś mega­skom­pli­ko­wany sys­tem ste­ro­wa­nia pie­cem. Jestem zły, ale na sie­bie.

— Luz, stary. — Net pokle­pał go po ramie­niu. — Prze­cież nic się nie dzieje.

— Jak nic? Ten timer coś odli­cza.

Net spo­chmur­niał.

— Już pra­wie zapo­mnia­łem… Muszę coś zjeść, to może znów zapo­mnę.

— Powin­ni­śmy wymy­ślić roz­wią­za­nie, a nie zapo­mi­nać — zauwa­żyła Nika.

— Więc coś zjedzmy, a potem wymy­ślajmy.

Prze­szli do jadalni.

Sto­jąca na ubo­czu Zosia odpro­wa­dziła ich wzro­kiem, a potem pode­szła do Aure­lii, która sie­działa samot­nie na sofie.

— Jak to robisz? — zapy­tała zupeł­nie nie w swoim stylu.

Aure­lia spoj­rzała na Zosię, jakby ta poja­wiła się tu nagle, wyska­ku­jąc z innego wymiaru.

— Co jak robię?

— No… że taka fajna jesteś. Że możesz podejść do chło­paka i powie­dzieć, żeby z tobą zatań­czył. Albo… oni sami pro­szą.

— O co ci wła­ści­wie cho­dzi? — Aure­lia byłaby nie­wiele bar­dziej zdzi­wiona, gdyby zaczął do niej mówić por­tret ze ściany. Nie mogła sobie przy­po­mnieć, by Zosia ode­zwała się do niej choćby sło­wem od początku pierw­szej klasy.

Zosia nabrała powie­trza i wyrzu­ciła z sie­bie:

— Chcia­ła­bym być taka jak ty.

Aure­lia patrzyła na nią wytrzesz­czo­nymi oczami, a potem wybuch­nęła śmie­chem. Trwało to dłuż­szą chwilę, a Zosia, o dziwo, nie zamie­rzała uciec. W końcu Aure­lia wyśmiała się, spoj­rzała na kole­żankę i wtedy zro­zu­miała, że tamta mówi jak naj­bar­dziej serio.

— Nie masz pre­dys­po­zy­cji, dziew­czyno. — Pokrę­ciła głową. — Dla chło­pa­ków jesteś nie­wi­dzialna. Jak jesteś chora, to nawet nikt nie zauważa, że cię nie ma w szkole.

— Co robię nie tak? — nale­gała Zosia.

— Wszystko! — Aure­lia wska­zała na jej ubra­nie i skrzy­wiła się z nie­sma­kiem. — To strój do pie­le­nia grzą­dek. Buty po babci. A włosy masz, jak­byś umyła głowę w kiblu. Nie umiesz roz­ma­wiać. Bez­na­dziejna jesteś i tyle. Jak możesz myśleć, że mogła­byś być taka jak ja?

Sły­sząc to, Zosia powinna czmych­nąć, gdzie pieprz rośnie. A jed­nak stała jak kupka nie­szczę­ścia. Gło­śniki zaczęły trzesz­czeć, muzyka grała coraz sła­biej, aż wresz­cie uci­chła cał­kiem.

— Jesteś naj­faj­niej­sza z całej klasy — wyszep­tała. — Odwdzię­czę ci się…

— Jak?

Zosia wzru­szyła ramio­nami.

— No tak! — par­sk­nęła Aure­lia. — Co ty możesz mi dać w zamian… Ale niech będzie. Zaczy­nają się prze­ceny, w czwar­tek idziemy z Klau­dią na zakupy. Weź kaskę, to tro­chę cię… reani­mu­jemy. Przy­naj­mniej coś się będzie działo. — Wzdry­gnęła się, bo już ochło­nęła po tańcu. — Zimno. Zrób­cie coś!

To ostat­nie było skie­ro­wane do Felixa i Neta, któ­rzy wła­śnie weszli do salonu z kanap­kami w dło­niach. Idąca za nimi Nika zaci­snęła usta.

— Poproś Lucka — powie­działa — albo sama coś wymyśl.

— Ja nie jestem od wymy­śla­nia — par­sk­nęła Aure­lia.

— Przy­szły­śmy się bawić, nie myśleć — poparła ją Klau­dia.

— Poza tym zde­chła muzyka.

Klau­dia tylko mruk­nęła. Chciała coś jesz­cze powie­dzieć, ale zre­zy­gno­wała i wło­żyła do ust sałatkę warzywną i kawa­łek bułki.

Felix pogme­rał chwilę w ple­caku i wyjął z jed­nego ze swo­ich urzą­dzeń dwa aku­mu­la­tory AA. Spraw­nie wymie­nił te zużyte w odtwa­rza­czu i w salo­nie znów zabrzmiała muzyka.

— Zimno — przy­po­mniała Klau­dia.

Nika spoj­rzała na nią, jakby chciała ją ude­rzyć. Felix rozej­rzał się po pokoju.

— Tu gdzieś powi­nien być… — Jego uwagę zwró­ciła zasta­wiona bibe­lo­tami półka za sofą. Zaj­rzał za opar­cie i uśmiech­nął się. — Komi­nek!

— Zanim zacznie­cie prze­me­blo­wa­nie, może zapy­taj­cie Gil­berta — popro­siła Nika.

— Obsługa kominka jest ele­men­tar­nie pro­sta. — Felix już przy­mie­rzał się do prze­su­wa­nia mebli.

W drzwiach poja­wił się Gil­bert i reszta chłop­ców.

— Dla­czego nic nie mówi­łeś, że tu jest komi­nek? — zapy­tała ze zło­ścią Aure­lia.

— Bo nie pyta­ły­ście — zba­ga­te­li­zo­wał Gil­bert. — No i nie jest szcze­gól­nie zimno.

— Nam jest!

— Nie­do­sta­tecz­nie arty­ku­ło­wa­ły­ście.

— Co nie­do­sta­tecz­nie…? — zapy­tała Klau­dia, ale Gil­bert nie odpo­wie­dział. Razem z Feli­xem, Netem i Lucja­nem chwy­cili kanapę, obró­cili ją o sto osiem­dzie­siąt stopni i prze­su­nęli, by stała trzy metry od kominka. Potem dosu­nęli fotele. Par­kiet taneczny prak­tycz­nie prze­stał ist­nieć, ale powstał cał­kiem przy­jemny kącik wokół kominka.

— Ładny — zauwa­żyła Nika. — Dla­czego był zasta­wiony?

— Mama boi się ognia.

— To dla­czego wyszła za che­mika?

— Coś jej tam naściem­niał przed ślu­bem, że niby doświad­cze­nia prze­pro­wa­dza w tem­pe­ra­tu­rze poko­jo­wej.

Nika nie miała wię­cej pytań.

Oskar pstry­kał zdję­cia.

— Po co ci tyle zdjęć? — zapy­tał Gerald.

— Wrzucę na bloga.

— Dasz mi kilka? Też zakła­dam bloga.

— Widzia­łem wolny adres — pora­dził mu Net — www.maly­tro­glo­dyta.pl.

Gerald spoj­rzał na niego ponuro i odszedł. Net z zasko­cze­niem stwier­dził, że cał­ko­wi­cie prze­stał się już bać Geralda.

Aure­lia i Klau­dia zajęły już dwa naj­więk­sze fotele, sto­jące naj­bli­żej pale­ni­ska, reszta rzu­ciła się na kanapę. W mniej­szy fotel wtło­czył się Kle­mens, wypy­cha­jąc z niego Kubę. Celina wgra­mo­liła się Kle­mensowi na kolana. Na sofie zmie­ścili się Lucjan, Oskar, Wik­tor, Lam­bert i Gerald.

— Może­cie się ciut ście­śnić? — Felix spoj­rzał na Klau­dię i Aure­lię, roz­parte wygod­nie.

— Przy­nieś sobie wła­sny fotel — pora­dziła mu Klau­dia.

— Przy­nio­słem ten, na któ­rym sie­dzisz…

— I skom­bi­nuj­cie jakieś drewno, czy coś.

Felix wes­tchnął.

— Nie ma drewna… — przy­znał. — Nie mów tylko, że komi­nek jest na bio­gaz.

— Drewno jest za domem — odparł Gil­bert — pod dasz­kiem przy szo­pie.

— Nie wycho­dzę na zewnątrz! — oświad­czył Net.

— My już dziś się namar­z­li­śmy — zastrzegł Oskar.

Felix wes­tchnął ponow­nie, wycią­gnął z kie­szeni i zało­żył na czoło latarkę na gumce, po czym ruszył w kie­runku hallu. Net skrzy­wił się, ale poszedł za nim. Zało­żyli kurtki i otwo­rzyli drzwi. Felix omiótł oko­licę sno­pem świa­tła z czo­łówki. Udzie­liły mu się nieco obawy przy­ja­ciela.

— Nic nie widać — stwier­dził cicho.

— A ślady?

— Zmar­twił­bym się, gdyby znik­nęły.

Wyszli i zamknęli za sobą drzwi. Wolno ruszyli w kie­runku szopy. Skra­dali się, jakby w oko­licy czaił się snaj­per. Net co chwila odwra­cał się, ale nie miał pomy­słu, co zro­biłby, gdyby coś tam zoba­czył. Żarówka nad drzwiami była tak słaba, że w jej świe­tle ledwo maja­czyły krzywa brama i roz­pa­da­jąca się szopa. Pod zapad­nię­tym dasz­kiem fak­tycz­nie leżały uło­żone brzo­zowe polana. Ślady Koszałka-Ochlałka czy może kan­gu­rzątka z kor­kami od szam­pana zamiast butów zakrę­cały do roz­dar­cia w siatce i nikły w lesie, co przy­ja­ciele przy­jęli z ulgą.

— Można by wziąć do spa­le­nia całą szopę — zauwa­żył Net.

W tym momen­cie usły­szeli za sobą skrzy­pie­nie śniegu. Odwró­cili się gwał­tow­nie, wypusz­cza­jąc z rąk drewno. W ich kie­runku szła Nika.

— Co się tak wytrzesz­cza­cie? — zapy­tała, zasła­nia­jąc oczy przed świa­tłem Feli­xo­wej latarki. — Przy­szłam pomóc.

— Lubisz chyba siwych face­tów — Net zaczął zbie­rać upusz­czone drewno.

— Zabierzmy jak naj­wię­cej, żeby­śmy tu nie musieli wra­cać — mruk­nął Felix.

Zebrali drewno i z tru­dem łapiąc rów­no­wagę, ruszyli z powro­tem.

— Patrz­cie! — Net zatrzy­mał się gwał­tow­nie w poło­wie drogi. Ich ślady prze­ci­nał świeży trop pija­nego kra­sno­ludka. Z pew­no­ścią powstał przed chwilą, kiedy nakła­dali drewno.

— Chodźmy lepiej do domu… — wyszep­tała Nika.

Zanim zdą­żyli się poru­szyć, coś furk­nęło za nimi. Odwró­cili się, ale zoba­czyli tylko opa­da­jący pył śnieżny i zna­jome już ślady. Net wrza­snął piskli­wie, gdy coś otarło się o siatkę ogro­dze­nia.

— Bez gwał­tow­nych ruchów — wyce­dził Felix. — Przejdźmy te dzie­sięć metrów i będziemy bez­pieczni.

Ruszyli krok za kro­kiem, sta­ra­jąc się nie biec. Krótki marsz zda­wał się nie mieć końca. Wresz­cie Net naci­snął łok­ciem klamkę i ogrom­nym wysił­kiem woli zdo­był się na prze­pusz­cze­nie Niki.

Zatrza­snęli za sobą drzwi i rzu­cili drewno wprost na pod­łogę.

— Widzie­li­ście, co to było? — zapy­tała szep­tem Nika.

— Małe zwie­rzę — odparł bez prze­ko­na­nia Felix. — Lis…

— Tur­bo­lis! — popra­wił go Net. — Odrzu­to­lis! Widzia­łeś, jak pruł?

— Nie widzia­łem…

— Wła­śnie! Był za szybki jak na lisa. — Net zamknął wszyst­kie zamki w drzwiach. — To był nad­lis! Tor­pe­do­lis! Rakie­to­lis!

— Nie wiem, co to było, ale jest na zewnątrz. — Felix otrze­pał i odwie­sił kurtkę. — Nie zamie­rzam wycho­dzić aż do pół­nocy, a wtedy wszę­dzie będzie pełno bły­sków i huku, a stra­cho­lis zaszyje się w swo­jej norze.

— To nie było zwy­kłe zwie­rzę — powie­działa cicho Nika.

— Liso­łak… — mruk­nął Net. — Jak przy­je­dzie tata Felixa, popro­simy, żeby pod­je­chał tyłem pod same drzwi. Prze­sko­czymy.

Wnie­śli drewno do salonu i uło­żyli obok kominka.

— Co macie takie miny? — zain­te­re­so­wał się Gil­bert.

— Widzie­li­śmy potwora — oznaj­mił Net. — Jak to drewno się wypali, po następne idzie ktoś inny.

— Boicie się ciem­no­ści? — uśmiech­nęła się z poli­to­wa­niem Aure­lia.

— Udo­wod­nij, że ty się nie boisz — odpa­ro­wała Nika. — Obejdź teraz dom dookoła.

Aure­lia prze­stała się uśmie­chać.

— Za zimno.

— Dam ci moją kurtkę i koc.

Aure­lia burk­nęła coś pod nosem i zamil­kła. Po chwili, jakby od nie­chce­nia, wstała z fotela i usia­dła na kola­nach Lucjana zaję­tego roz­mową z Wik­to­rem. Klau­dia poszła w jej ślady i zajęła miej­sce na kola­nach Geralda. Skrzęt­nie wyko­rzy­stał to Net. Usiadł na wol­nym miej­scu i pocią­gnął do sie­bie Nikę. Felix zajął się roz­pa­la­niem ognia.

Pięć minut póź­niej wszy­scy sie­dzieli na fote­lach lub na mięk­kim dywa­nie przed nimi.

— Scena jak z filmu Poju­trze — zauwa­żył Net. — Sie­dzimy oto­czeni rosną­cym mro­zem i cze­kamy na ratu­nek taty Felixa. To zna­czy… nie­któ­rzy z nas cze­kają.

Pło­mie­nie wolno nagrze­wały pomiesz­cze­nie. Z gło­śni­ków sączyła się spo­kojna muzyka.

— Kto miał zała­twić fajer­werki? — zapy­tał nagle Lucjan.

— Nie mam poję­cia — odparł Lam­bert.

— Chyba wła­śnie ty…

— Nie pamię­tam niczego takiego.

— Nie można by „poży­czyć” z labo­ra­to­rium two­jego taty kilku odczyn­ni­ków? — zapy­tał Net. — Potra­fisz chyba coś… zre­ak­cjo­no­wać, żeby zro­bić huk i błysk?

— Taki mia­łem plan, ale stary mnie przej­rzał — odparł smutno Gil­bert. — Zain­sta­lo­wał w drzwiach skom­pli­ko­wany zamek.

— Felix ma klu… auu! — Net nie dokoń­czył, bo Felix kop­nął go w kostkę.

— Pró­bo­wa­łem namó­wić ojca, żeby nam zosta­wił tro­chę tro­tylu — cią­gnął Gil­bert. — Nie­dużo, nie wię­cej niż dwa kilo, ale po tym, co zro­bi­łem w zeszłym roku, nie zgo­dził się.

— A co zro­bi­łeś? — zain­te­re­so­wała się Celina.

— Aaa… Wła­ści­wie to obie­ca­łem, że nie będę o tym mówił. No, było tro­chę huku gene­ral­nie.

Felix przy­su­nął się do fotela, na któ­rym sie­dzieli Net i Nika.

— Dwie godziny dwa­dzie­ścia osiem minut — wyszep­tał.

— Ni­gdy jesz­cze tak się nie oba­wia­łem, co przy­nie­sie Nowy Rok. — Net wzdry­gnął się, choć nie było już zimno.

— Może timer doj­dzie do zera i nic się nie sta­nie. Ta insta­la­cja jest bar­dzo pogma­twana, nawet jak na tak stary piec. To może być jakiś stary obwód.

— Nie wypa­dasz prze­ko­ny­wa­jąco. Czuję, że naroz­ra­bia­li­śmy. Moja mama nie może się dener­wo­wać.

— Nie jest w ciąży — przy­po­mniał Felix. — Już uro­dziła.

— Ale karmi…

— No to co? Naj­wy­żej nie może palić.

— A jak zapali z ner­wów?

— Prze­cież ona ni­gdy nie paliła.

— Zde­ner­wuje się i zapali nie­chcący…

— Prze­stań już… — popro­siła Nika.

Net prze­stał, ale tylko na chwilę.

— Za trzy utwory będzie coś szyb­szego — powie­dział. — Może wyko­rzy­stamy, że wszy­scy zaczną tań­czyć, i spraw­dzimy, czy się nie wyłą­czyło…

— Nie muszę spraw­dzać, żeby wie­dzieć, że się nie wyłą­czyło.

Gdy roz­po­czął się szyb­szy utwór, w salo­nie było już cał­kiem cie­pło. Część impre­zo­wi­czów posta­no­wiła potań­czyć. Sofę i fotele zsu­nięto bli­żej kominka, ktoś pogło­śnił muzykę.

Z kuchni przy­szedł Gil­bert i ści­szył muzykę. W ręku trzy­mał pustą butelkę po piwie.

— Z lodówki znik­nęło jedno piwo — zauwa­żył ponuro.

Wszy­scy spoj­rzeli na Lucjana.

— No co? — Posą­dzony szcze­rze się obu­rzył. — Jak ginie piwo, to od razu ma być moja sprawka?

— Bek­nij! — pole­ciła Aure­lia. — Zna­czy… chuch­nij.

Chło­pak posłusz­nie chuch­nął.

— Fak­tycz­nie… — przy­znała Aure­lia, krzy­wiąc się lekko. — To nie on.

Gil­bert wpa­try­wał się w pustą butelkę i marsz­czył brwi.

— Stary zleje cię za to? — zapy­tał Lucjan.

— Nie. Cho­ciaż to byłaby cie­kawa odmiana, bo ni­gdy mnie nie bił.

Lucjan zamru­gał oczami, usi­łu­jąc zro­zu­mieć sens tych słów. Zre­zy­gno­wał.

— Nic nie pora­dzisz. — Pogło­śnił muzykę i wró­cił do tańca.

Nika pode­szła do para­petu i zamarła.

— Musi­cie coś zoba­czyć — powie­działa dziw­nie nie­na­tu­ral­nym tonem.

Felix i Net pode­szli i wyj­rzeli za okno.

— Tam! — Nika wska­zała pal­cem. Za bramą, na gra­nicy cie­nia, coś się poru­szało. Pędziło zyg­za­kiem, wyrzu­ca­jąc w powie­trze tumany śniegu.

Felix pod­biegł do swo­jego ple­caka, wyszarp­nął ze środka lunetkę z nok­to­wi­zo­rem i wyce­lo­wał za okno. Ekran pozo­stał czarny.

— Nie działa! — Felix potrzą­snął urzą­dze­niem. — Miało być wszyst­ko­od­porne…

— Nie jest odporne na brak bate­rii — zauwa­żyła Nika.

— Fakt! — Felix klep­nął się w czoło i spoj­rzał na leżący obok wieży odtwa­rzacz MP3.

— Nie spiesz się. Już znik­nęło.

Wpa­try­wali się w mrok, ale nic wię­cej się tam nie poru­szyło. Net spu­ścił głowę i zapy­tał cicho:

— Dla­czego nie możemy po pro­stu przyjść na imprezę, wynu­dzić się i wró­cić do nud­nego domu?… O mamu­siu! — wykrzyk­nął nagle i wska­zał za okno, na miej­sce tuż przy budynku. Zro­bił to na tyle gło­śno, że Wik­tor, Oskar i Celina prze­stali tań­czyć i pode­szli do okna.

Patrzyli dłuż­szą chwilę. Śnieg na całym nie­mal podwórku poprze­ci­nany był zna­jo­mymi śla­dami.

— To wła­śnie takie ślady widzia­łam w lesie — wyszep­tała zło­wiesz­czo Celina.

— A widzia­łaś to coś, co je zosta­wiło? — Felix spoj­rzał na nią poważ­nie.

— Przez całą drogę wszy­scy wma­wiali mi, że mi się przy­wi­działo.

— A jak wyglą­dało to przy­wi­dze­nie?

— Było sku­lone i bie­gło bar­dzo szybko.

— Zająca widzia­łaś — rzu­cił Wik­tor.

— To nie są ślady zająca — pokrę­cił głową Felix. — Na pewno nie.

— Więc czego?

— Nie mam naj­mniej­szej ochoty wycho­dzić i spraw­dzać — zastrzegł Net.

— Cokol­wiek by to było, tu się nie dosta­nie — orzekł Wik­tor i mach­nął ręką.

Oskar i Celina stali chwilę, ale szybko stra­cili zain­te­re­so­wa­nie śla­dami i wró­cili do tańca.

Felix, Net i Nika usie­dli na pustej sofie i zapa­trzyli się w ogień. Ochota na zabawę cał­kiem im prze­szła. Obok przy­siadł się Gil­bert.

— Macie jakieś doświad­cze­nie lite­rac­kie? — zapy­tał. — Zaczą­łem pisać książkę i nie mogę się zde­cy­do­wać, czy to ma być kry­mi­nał, czy romans.

— Ty lepiej nie wypo­wia­daj się w spra­wach uczu­cio­wych — pora­dziła mu Nika. — Nawet nie zauwa­ży­łeś, że rzu­ciła cię dziew­czyna.

— To był taki nowo­cze­sny zwią­zek — Gil­bert roz­ło­żył ręce. — Dawa­li­śmy sobie dużo swo­body. Myśla­łem, że wzięła sobie mie­siąc wol­nego.

— Cie­kawe podej­ście. — Nika poki­wała głową.

— Powin­ni­śmy ci coś powie­dzieć… — Felix odwró­cił się do Gil­berta i nabrał powie­trza. — Odkrę­ci­li­śmy zawór od tego zbior­nika, co stoi w ogro­dzie.

— Stoi? — upew­nił się Gil­bert. — Wszyst­kie zbior­niki są pod zie­mią.

— To jeden duży się… wysu­nął — Net wzru­szył ramio­nami.

— To duże coś to rakieta.

— Jaka rakieta?

— Kosmiczna. Tata pró­buje wypro­du­ko­wać super­pa­liwo rakie­towe. Pamię­ta­cie? Mówi­łem wam poprzed­nio.

— Coś wspo­mi­na­łeś — przy­tak­nął Net. — Więc na razie wyko­rzy­stuje rakietę jako zbior­nik na gaz?

— Nie. Rakieta jest rakietą. Ma pole­cieć w kosmos i ode­grać Mazurka Dąbrow­skiego zmik­so­wa­nego z IX Sym­fo­nią Beetho­vena.

— Prze­naj­święt­sza matryco dys­kowa… — Net zbladł.

Gil­bert uniósł brwi i spoj­rzał na nich pyta­jąco.

— Myślę, że twój stary nie wku­rzy się o wypite piwo — powie­dział wolno Felix. — To piwo to będzie małe piwko w porów­na­niu z innym więk­szym pro­ble­mem.

— Palą­cym pro­ble­mem — uzu­peł­nił Net. — Kosmicz­nym pro­ble­mem.

— Mówi­cie o rakie­cie? Na szczę­ście jest zabez­pie­czona jesz­cze kil­koma zawo­rami w piw­nicy — uspo­koił ich Gil­bert.

Felix i Net spoj­rzeli na sie­bie.

— A gdyby… — zaczął Net. — Gdyby, tak czy­sto teo­re­tycz­nie, ktoś odkrę­cił rów­nież te zawory w piw­nicy?

— Zaczę­łyby się napeł­niać zbior­niki rakiety.

— Ale nie wystar­tuje… nie wystar­to­wa­łaby od tego?

— Jasne, że nie! Jest jesz­cze tablica kon­tro­lna, która odłą­cza wszyst­kie obwody. I zamek kodowy.

Felix zamknął oczy i przy­ło­żył dłoń do czoła.

— Chcie­li­śmy tylko pod­krę­cić piec… — powie­dział cicho Net.

— Trzeba było zapy­tać. Tam jest takie małe pokrę­tło. Wystar­czyło je prze­sta­wić z pozy­cji „bar­dzo zimno” na „zimno”. Wtedy by się zro­biło cie­pło.

— Prze­cież wszy­scy mówili, że jest zimno!

— Jakoś tak mało zde­cy­do­wa­nie.

— Pyta­jąc na­dal czy­sto teo­re­tycz­nie — ode­zwał się wolno Felix — jak wygląda pro­ce­dura prze­ry­wa­nia startu?

Gil­bert wzru­szył ramio­nami.

— Nie mam poję­cia. Kon­struk­cja rakiety jest tak nie­do­pra­co­wana, że jesz­cze się nad tym nie zasta­na­wia­li­śmy. Start teraz byłby zbyt ryzy­kowny.

— Trzeba było zacząć od zapro­jek­to­wa­nia pro­ce­dury prze­rwa­nia startu! — wykrzyk­nął Net. — To ele­men­tarne!

— Nie wia­domo by było, co wła­ści­wie prze­ry­wać — odparł Gil­bert. — Pro­ce­dura startu też jest nie­do­pra­co­wana.

— Zdaje się, że roz­ma­wiasz z ludźmi… — Felix zasta­no­wił się — …któ­rzy ją dopra­co­wali.

Gil­bert patrzył na nich dłuż­szą chwilę, a jego twarz powoli zmie­niała wyraz.

— Łał! — wykrzyk­nął wresz­cie. — Super! Odpa­limy rakietę!

Przy­ja­ciele spoj­rzeli po sobie.

— Więc nie jesteś zły? — zapy­tał ostroż­nie Net.

— Skąd! Nie mogłem się docze­kać, kiedy to się sta­nie. Te zabez­pie­cze­nia w piw­nicy to przede mną. Lecę po kamerę!

Pobiegł na pię­tro i wró­cił po kilku sekun­dach z małą kamerką w dłoni.

— A twój stary się nie wściek­nie? — zapy­tał Net.

— Jeśli rakieta wybuch­nie i zmie­cie dom, to może się wku­rzyć. Ale jak nie zmie­cie, to raczej nie.

— Nie wolałby być przy star­cie? — Felix był mocno zdzi­wiony.

— Zawsze mówił, że jak w końcu rakieta wystar­tuje, to on chciałby wtedy być daleko stąd.

— Nie chcę pytać, ale i tak to zro­bię. — Net otarł pot z czoła. — Dla­czego?

— Mówił, że jak rakieta pier­dyk­nie przy star­cie, to on musi prze­żyć, żeby zro­bić następną. Chciał ją odpa­lić zdal­nie z Żoli­bo­rza.

Felix zer­k­nął na zega­rek i powie­dział:

— Mamy trzy minuty. Żoli­borz nie wcho­dzi w grę. Możemy coś zro­bić?

— Przy­go­to­wać apa­raty.

— Cho­dziło mi raczej o to, czy lepiej scho­wać się w piw­nicy, czy ucie­kać w las.

— W las to raczej nie. Nie wia­domo, gdzie spad­nie.

— Prze­cież to rakieta kosmiczna…

— Ale ni­gdy nie testo­wana. Spad­nie na pewno.

Felix chciał powie­dzieć, że taką rakietę powinno się testo­wać na pustyni albo na środku oce­anu, ale prze­szko­dziła mu w tym reszta towa­rzy­stwa, która wyle­gła przed dom, by obser­wo­wać fajer­werki.

Zza domu dał się sły­szeć nara­sta­jący syk, ale nikt nie zwró­cił na niego uwagi, ze wszyst­kich stron docho­dziły już bowiem odgłosy odle­głych eks­plo­zji odpa­la­nych przed­wcze­śnie rakiet­nic. Nie trzeba było nikogo zachę­cać, by sta­nął po prze­ciw­nej stro­nie domu – wszy­scy tam poszli, żeby widzieć fajer­werki nad War­szawą.

Oskar spoj­rzał na zega­rek i zaczął odli­czać.

— Trzy­dzie­ści, dwa­dzie­ścia dzie­więć…

— Czy pod­czas startu… — Net nachy­lił się do Gil­berta — będziemy tu bez­pieczni?

— To będzie pierw­szy start, więc wszyst­kie doświad­cze­nia przed nami — oświad­czył poważ­nie Gil­bert.

— Dzie­więt­na­ście… osiem­na­ście… — odli­czał Oskar.

— Czy rakiety czę­sto wybu­chają pod­czas startu? — nale­gał Net.

— Od czasu do czasu. Dla­tego per­so­nel naziemny zawsze sie­dzi w odle­głym schro­nie.

— Pięt­na­ście… czter­na­ście…

— W schro­nie… A czę­ściej wybu­chają na ziemi, czy już po star­cie?…

— Oj, cier­pli­wo­ści. Zostało pięt­na­ście sekund. Prze­ko­namy się.

— Dzie­sięć… dzie­więć…

— Jeśli rakieta wybuch­nie na ziemi… — zaczął Net — to czy dom wytrzyma?

— Nie. Raczej nie — oce­nił Gil­bert. — W zbior­ni­kach rakiety są jakieś cztery tony sprę­żo­nego gazu. Zero szans.

Net zamknął na moment oczy i chwy­cił dłoń Niki.

— Pięć, cztery…

— Za późno, żeby ucie­kać. — Spoj­rzał dziew­czy­nie w oczy. — Zanim zgi­niemy… chciał­bym, żebyś wie­działa…

Nie dokoń­czył. Syk zza domu zamie­nił się w ryk.

— Zero!!!

Nad War­szawę wystrze­liły dzie­siątki tysięcy fajer­wer­ków. Jasny błysk oświe­tlił las po obu stro­nach domu, a ryk przy­brał na sile. Potem cień domu zma­lał, spełzł z koron drzew na zie­mię i zaczął się szybko skra­cać – rakieta wzno­siła się pro­sto w niebo. Huk prze­to­czył się nad oko­licą i zaczął cich­nąć, ustę­pu­jąc miej­sca kano­na­dzie znad War­szawy. Poje­dyn­cze wystrzały zle­wały się w jeden huk, który niósł się nad lasem i odbi­jał echem od odle­głych blo­ków.

— Ale fajer­czy­dło odpa­lił twój sąsiad! — wykrzyk­nął Lucjan. Chciał iść zoba­czyć, ale obej­mu­jąca go Aure­lia nie puściła go, żeby nie zmar­z­nąć.

Felix, Net, Nika i Gil­bert wyszli zza domu i spoj­rzeli w górę. Rakieta była już kil­ka­set metrów nad zie­mią i dalej wzno­siła się nieco chwiej­nie, ale zde­cy­do­wa­nie nie miała zamiaru spa­dać ani wybu­chać. Po chwili pło­mie­nie odrzutu znik­nęły w chmu­rach. Jesz­cze przez moment widać było bladą poświatę, nim i ona zga­sła. Poczuli swąd spa­le­ni­zny, oto­czył ich dym.

Nie bacząc na to, impre­zo­wi­cze rzu­cili się do skła­da­nia sobie życzeń. Zdaje się, że nikt poza Feli­xem, Netem, Niką i Gil­ber­tem nie był świa­dom tego, co się wła­śnie wyda­rzyło.

Przy­ja­ciele ode­tchnęli. Kle­pali się po ramio­nach i ści­skali ze śmie­chem, wszy­scy skła­dali życze­nia wszyst­kim. Aure­lia porzu­ciła Lucjana, żeby pod nie­uwagę Niki wyści­skać Neta, potem – kró­cej – Felixa i pobie­gła do domu. Zosia nie­spo­dzie­wane rzu­ciła się na szyję Felixa, i zaczęła go obca­ło­wy­wać. Opa­mię­tała się dosyć szybko i rów­nież czmych­nęła do domu, pozo­sta­wia­jąc Felixa nieco oszo­ło­mio­nego. Gerald wyko­rzy­stał zamie­sza­nie, by pod nie­uwagę Neta zło­żyć wylewne, dokładne i cału­śne życze­nia Nice.

Wresz­cie przy­ja­ciele zostali sami z Gil­ber­tem. Prze­szli na drugą stronę domu do plat­formy star­to­wej. Felix poświe­cił latarką – beton był osma­lony.

I wtedy nagle zaczął padać śnieg. Pierw­sze płatki roz­pusz­czały się na dymią­cym beto­nie, ale następne osia­dały bez prze­szkód, by zama­sko­wać ślady startu.

— Nie wybu­chła. — Net stwier­dził oczy­wi­stość.

— I chyba nie zamie­rza na razie spa­dać — dodał Felix.

— Wkrę­ca­łem was. — Gil­bert uśmiech­nął się pod nosem. — Rakieta była gotowa. Stary pra­co­wał tylko nad pali­wem.

Spoj­rzeli na niego z zasko­cze­niem.

— To chyba nazywa się dow­cip aka­de­micki — powie­dział ponuro Felix. — Naj­pierw wymaga wielu przy­go­to­wań, a potem dłu­giego tłu­ma­cze­nia, o co cho­dziło.

— Cho­dziło o to, żeby było cie­ka­wiej. Sami zaczę­li­ście grze­bać przy insta­la­cji star­to­wej. Szam­pan! — odwró­cił się i pobiegł do domu.

Przy­ja­ciele z nie­wy­raź­nymi minami weszli za nim. Ponie­waż ostat­nia osoba opusz­cza­jąca dom w zeszłym roku zapo­mniała zamknąć drzwi, wnę­trze wychło­dziło się jesz­cze bar­dziej, a do salonu dostało się tro­chę dymu. Wszy­scy zostali w kurt­kach.

— Teraz to cie­plej już nie będzie — wes­tchnął Gil­bert, mija­jąc przy­ja­ciół z butelką szam­pana. — Jest pierw­szy stycz­nia, tem­pe­ra­tura minus dwa­na­ście stopni, a nasz zapas bio­gazu wcho­dzi na orbitę.

— Jak to jest, że twój stary wku­rzy się o piwo — zapy­tał Wik­tor — a o szam­pana nie?

— Jest bez­al­ko­ho­lowy.

— Zda­wało mi się, że na zewnątrz, jak skła­da­li­śmy sobie życze­nia, czu­łam od kogoś piwo — zauwa­żyła cicho Nika. — Nie pamię­tam tylko od kogo.

Teraz dopiero impreza roz­krę­ciła się na całego. Nie­wiele bra­ko­wało, by Felix, Net i Nika uznali, że pro­blem rakiety roz­wią­zał się sam i mogą wresz­cie zacząć się bawić jak ludzie. Humor zepsuł im ciężki heli­kop­ter, który prze­le­ciał nisko nad domem wpół do pierw­szej. To zna­czyło, że kło­poty dopiero się zaczy­nają.

Gdy docho­dziła pierw­sza w nocy, na pod­jeź­dzie przed domem zaha­mo­wał z pośli­zgiem samo­chód, wyglą­dem przy­po­mi­na­jący woj­skowy, i wysiadł z niego ktoś wyglą­da­jący na żoł­nie­rza.

— Zamknę­li­śmy drzwi? — zapy­tał Net, ale zanim kto­kol­wiek zdą­żył odpo­wie­dzieć, drzwi otwo­rzyły się gwał­tow­nie i do środka wpadł ów ktoś w zie­lo­nej zde­cy­do­wa­nie woj­sko­wej kurtce. Razem z nim do środka wpa­dła zamieć śnieżna.

— Szczę­śli­wego Nowego Roku! — rzu­cił pan Polon, tata Felixa.

— Mia­łeś być mię­dzy drugą a trze­cią — zauwa­żył Felix.

— No, ale jestem wcze­śniej. — Tata był bar­dzo zde­ner­wo­wany. — Ładuj­cie się do samo­chodu. Już, już!

Poże­gnali się eks­pre­sowo i wybie­gli na mróz, pospiesz­nie zapi­na­jąc kurtki.

— Tato, czy?… — zaczął Felix.

— Wsia­daj­cie — prze­rwał mu ojciec. — Po dro­dze wszystko wyja­śnię.

Przy­ja­ciele wsko­czyli na tylne fotele i zapięli pasy. Tata ruszył z pośli­zgiem.

— Oni jesz­cze nie wie­dzą, ale my już poli­czy­li­śmy — powie­dział. — Odpa­le­nie nastą­piło godzinę temu gdzieś z tej oko­licy.

Przy­ja­ciele spoj­rzeli po sobie i nagle poczuli, jak robi im się zimno.

— Odpa­le­nie czego? — zapy­tał dziw­nie wyso­kim gło­sem Felix, choć dobrze wie­dział, o czym mowa.

— Rakiety. Woj­sko wie, że odpa­lono ją gdzieś z połu­dnio­wej czę­ści War­szawy. W Insty­tu­cie mamy dokład­niej­sze przy­rządy, więc okre­śli­li­śmy obszar o śred­nicy kilo­me­tra. W samym środku tego obszaru jest dom pań­stwa Kur­ta­czów. Docent Mać­ko­wiak przy­po­mniał sobie, że wspo­mi­na­łem, gdzie spę­dza­cie syl­we­stra. Zadzwo­nił do mnie. Dla­tego jestem. Woj­sko wkrótce okre­śli pre­cy­zyj­niej obszar i zablo­kuje tę część mia­sta, żeby odszu­kać dokładne miej­sce startu i wszyst­kich prze­słu­chać.

— Co ich obcho­dzi jakaś rakieta? — zapy­tał rów­nież nie­na­tu­ral­nym gło­sem Net.

— Tak duża rakieta może wyno­sić na orbitę broń, na przy­kład gło­wicę nukle­arną.

Wje­chali na asfalt. Tu też było śli­sko, więc tata nie roz­pę­dzał się.

Z pada­ją­cego śniegu wyło­nił się jadący z prze­ciwka samo­chód. Gdy zbli­żył się na sto metrów, włą­czył dłu­gie świa­tła i zaczął zjeż­dżać na śro­dek jezdni. Tata wci­snął hamu­lec, ale było zbyt śli­sko. Żeby unik­nąć zde­rze­nia, odbił w bok. Przy­ja­ciele zła­pali się, czego tylko mogli, spo­dzie­wa­jąc się kata­strofy. Land Rover zje­chał na pobo­cze. Prawe koła zadud­niły na zmar­z­nię­tych nie­rów­no­ściach. Tata, zupeł­nie nie w swoim stylu, rzu­cił prze­kleń­stwo pod adre­sem tam­tego kie­rowcy. Gdy oba pojazdy dzie­liło może pięt­na­ście metrów, tam­ten zakrę­cił, usta­wia­jąc samo­chód pra­wie w poprzek drogi.

— Co on wypra­wia?! — krzyk­nął tata i w ostat­niej chwili skrę­cił w grun­tową zatoczkę, omi­ja­jąc o cen­ty­me­try kra­wędź rowu. Tyłem mocno zarzu­ciło, więc pan Polon skon­tro­wał kie­row­nicą. Zamiast wra­cać na drogę, wybrał bez­piecz­niej­sze roz­wią­za­nie – ośnie­żony zjazd na pole. Samo­cho­dem rzu­cało, ale bez­piecz­nie zje­chał na dół.

— Widzie­li­ście jego numery? — zapy­tał tata. — Zadzwo­nimy na poli­cję. Pew­nie jest pijany.

Felix odwró­cił się.

— TO była poli­cja! — zauwa­żył nagle.

Samo­chód zawró­cił i dopiero teraz włą­czył nie­bie­skiego koguta.

— Muszę się zatrzy­mać — powie­dział tata.

— Jedź! — krzyk­nął Felix. — Potem ci wytłu­ma­czę.

Ton jego głosu spra­wił, że tata wci­snął gaz i wje­chał w dróżkę pro­wa­dzącą do lasu. Radio­wóz skrę­cił za nimi, ale droga nie była odśnie­żona, więc prze­je­chał led­wie kilka metrów i ugrzązł w śniegu.

— Zapnij­cie pasy! — krzyk­nął tata.

— Zapięte od początku! — odkrzyk­nął Felix.

— Nie wolno im tak zatrzy­my­wać samo­cho­dów — wykrztu­siła Nika.

— To chyba z powodu tej rakiety — powie­dział tata. — Ktoś na górze zaczął pani­ko­wać.

Z lewej strony zoba­czyli wyła­nia­jący się z pada­ją­cego śniegu kształt. Zbli­ża­jący się szybko ciemny kan­cia­sty obiekt wyraź­nie w nich celo­wał.

— Gaz! — krzyk­nął Felix.

Tata wci­snął pedał do oporu. Śnieg wypry­snął spod czte­rech kół i Land Rover w ostat­niej chwili usu­nął się z drogi nad­jeż­dża­ją­cemu z boku pojaz­dowi.

— On pró­bo­wał nas sta­ra­no­wać! — krzyk­nęła z prze­ra­że­niem Nika.

Przy­ja­ciele poczuli się jesz­cze gorzej. Obej­rzeli się za sie­bie. Woj­skowy Hum­mer zapa­lił świa­tła i, wzbi­ja­jąc fon­tanny śniegu, zawró­cił, by podą­żyć śla­dem Land Rovera.

— Myślą, że gonią tych, któ­rzy odpa­lili rakietę — wyja­śnił tata. — Teraz to już na pewno się nie zatrzy­mam.

Samo­chód pod­ska­ki­wał na nie­rów­no­ściach i rzu­cał się na boki, ale parł naprzód. Wje­chali w las, gdzie droga stała się węż­sza. Hum­mer wciąż sie­dział im na ogo­nie, cze­ka­jąc na oka­zję do wyprze­dze­nia lub zepchnię­cia ich z drogi. Było jasne, że nie mogą tak ucie­kać w nie­skoń­czo­ność. Zapewne inne pojazdy woj­skowe otrzy­mały już przez radio ich pozy­cję.

Tata opu­ścił osłonę prze­ciw­sło­neczną, a następ­nie małą, prze­zro­czy­stą szybkę, która zna­la­zła się aku­rat przed nim. Wyłą­czył świa­tła i pstryk­nął jesz­cze jeden z wielu prze­łącz­ni­ków na desce roz­dziel­czej. Szybka oka­zała się ekra­nem, na któ­rym poja­wiły się zie­lon­kawe zarysy drogi przed samo­cho­dem.

— Wie­dzia­łem, że kie­dyś się przyda… — mruk­nął tata.

— Masz w samo­cho­dzie nok­to­wi­zor? — zdzi­wił się Felix.

— Mam tu wiele przy­dat­nych rze­czy. Trzy­maj­cie się! Musimy go zgu­bić.

Hum­mer był dwa­dzie­ścia metrów za nimi. Gdy mijali polankę, pró­bo­wał ude­rzyć w tył Land Rovera i zepchnąć go z drogi.

— Ma moc­niej­szy sil­nik — zauwa­żył ner­wowo Net.

— Ale za to jest cięż­szy — dodał Felix, po czym zawo­łał — wjedź mię­dzy drzewa!

Pan Polon zawa­hał się i skrę­cił w las. Zgniótł kilka krzacz­ków i małych drze­wek. Coś rąb­nęło o pod­wo­zie, ale samo­chód jechał dalej, ocie­ra­jąc się nie­mal o grub­sze pnie. Przy­ja­ciele obej­rzeli się. Hum­mer utknął mię­dzy drze­wami – był za sze­roki.

— Jeśli się nie zako­piemy, to może się udać. — Pan Polon omi­jał drzewa i podej­rzane górki śniegu, które mogły kryć pniaki albo kamie­nie. Po kilku minu­tach manew­ro­wa­nia po lesie dobiegł ich ter­kot heli­kop­tera. Tata zatrzy­mał się i wyłą­czył sil­nik. Ciężka maszyna prze­le­ciała nisko nad nimi, dłu­biąc sno­pem szpe­ra­cza mię­dzy drze­wami. Podmuch powie­trza wywo­łany pracą wir­nika strą­cił na samo­chód śnieg zale­ga­jący w koro­nach drzew. Chwilę póź­niej blask reflek­tora roz­świe­tlił pokrytą śnie­giem przed­nią szybę, zmu­sza­jąc wszyst­kich do zmru­że­nia oczu. Nim zdali sobie sprawę z nie­bez­pie­czeń­stwa, świa­tło prze­su­nęło się w bok, a heli­kop­ter zaczął się odda­lać. Przy­sy­pany śnie­giem samo­chód pozo­stał nie­zau­wa­żony.

Felix włą­czył GPS-a, zasło­nił ręką ekran, by nie zdra­dził ich pozy­cji, i spraw­dził, gdzie teraz są. Uchy­lił szybę i wyj­rzał. Heli­kop­ter nik­nął w śnie­życy i tylko prze­śli­zgu­jący się po lesie ostry sto­żek świa­tła zdra­dzał jego pozy­cję. Nagle szpe­racz znie­ru­cho­miał, a heli­kop­ter zawisł w miej­scu.

— Zoba­czył ślady! — wykrzyk­nął Felix. — Jedź!

Tata ruszył, wyrzu­ca­jąc spod kół świeży śnieg. Samo­cho­dem zatrzę­sło. Snop świa­tła zaczął się przy­bli­żać.

— Klucz! — krzyk­nął Felix.

— Jaki klucz? — zapy­tał tata. — Gdzie?

— Klucz mię­dzy drze­wami! W sen­sie… skrę­caj, żeby zgu­bili kie­ru­nek.

Tata zaczął skrę­cać w przy­pad­kowe strony, a nawet zro­bił jedną pętelkę. Potem przy­spie­szył. Opony tra­to­wały uschnięte krzaki i małe drzewka. Heli­kop­ter był może trzy­sta metrów za nimi i zbli­żał się. W pew­nym momen­cie zgu­bił trop i pole­ciał w bok. Tata jed­nak nie zwal­niał, chcąc jak naj­szyb­ciej odda­lić się od rejonu poszu­ki­wań. Nagle z pra­wej strony coś zafur­ko­tało, wzbi­ja­jąc tuman śniegu. Karo­se­rią tar­gnął wstrząs. Prze­sko­czyli jakąś górkę, aż jęk­nęło zawie­sze­nie – Land Rover prze­le­ciał kawa­łek w powie­trzu i opadł twardo na zie­mię. Pasa­że­ro­wie przez chwilę mieli wra­że­nie nie­waż­ko­ści, po czym szarp­nęły nimi pasy. Samo­chód zatrzy­mał się, młó­cąc kołami pokru­szony lód i wodę.

— To się nazywa wto­pić samo­chód — wes­tchnął pan Polon.

— Myśla­łem, że strzeli air­bag — jęk­nął Net, luzu­jąc pas.

— W tym samo­cho­dzie nie ma air­ba­gów.

— Co to w ogóle było? Strze­lali do nas?

— W coś wje­cha­li­śmy.

Wysiadł i zapadł się po kostki w chru­pią­cym pod nogami pod­łożu. Była to pod­mo­kła łączka, a nie polana, jak im się wcze­śniej zda­wało. Zmro­żone i uwię­zione w lodzie wyso­kie trawy two­rzyły kru­chy, ale ela­styczny dywan, w któ­rym Land Rover tkwił po osie. Tata obszedł samo­chód, otwo­rzył tylną klapę i ze skrzyni ze sprzę­tem wycią­gnął pas z dwiema kla­mer­kami. Prze­biegł znów do przodu, chwy­cił hak linki wycią­garki i zaczął ją odwi­jać z bębna. Następ­nie opa­sał pień i zacze­pił do kla­me­rek hak. Nad lasem roz­legł się ter­kot heli­kop­tera. W oddali, przez pada­jący śnieg prze­bił się snop świa­tła szpe­ra­cza.

— Zoba­czą nas tu! — wykrzyk­nął Net.

Fak­tycz­nie dookoła nie było drzew i samo­chód był dosko­nale widoczny na tle śniegu.

— W sumie nie zro­bi­li­śmy prze­cież nic strasz­nego — zasta­no­wił się Felix. — Pró­bo­wa­li­śmy tylko prze­sta­wić piec.

Tata wró­cił do samo­chodu, uru­cho­mił elek­tryczną wycią­garkę i umie­jęt­nie ope­ru­jąc małym joy­stic­kiem ste­ro­wa­nia i peda­łem gazu, wolno wycią­gnął samo­chód z bajora. Zga­sił sil­nik, wysiadł znów, by zde­mon­to­wać cały zestaw.

Heli­kop­ter prze­le­ciał kil­ka­dzie­siąt metrów nad ukry­tym już pod drze­wami samo­cho­dem i znik­nął w oddali.

— Czy teraz powie­cie mi, dla­czego mia­łem się nie zatrzy­my­wać przy poli­cji? — zapy­tał tata, wsia­da­jąc do samo­chodu.

— Kiedy mówi­łeś, że oni myślą, że ści­gają tych, co odpa­lili rakietę… — wyja­śnił z ocią­ga­niem Felix — to w pew­nym sen­sie… tak z grub­sza, to rze­czy­wi­ście tak było.

Chwilę sie­dzieli w mil­cze­niu. Potem tata wolno odwró­cił się do nich i spoj­rzał na syna.

— Pró­bo­wa­li­śmy tylko pod­krę­cić ogrze­wa­nie — wyja­śniał dalej Felix.

— Tam było kilka zawo­rów… — Net roz­ło­żył ramiona.

— I kilka prze­łącz­ni­ków.

— I je prze­łą­czy­li­śmy…

— … bo myśle­li­śmy, że to włącz­niki świa­tła w piw­nicy.

— No i ten zamek kodowy…

— Zde­ko­do­wa­li­śmy go, a wtedy… Resztę w sumie znasz…

Tata patrzył na prze­mian na obu chłop­ców i nic nie mówił.

— W domu Gil­berta było bar­dzo zimno — wyja­śniła nieco kla­row­niej i spo­koj­niej Nika. — Komuś zro­biło się szcze­gól­nie zimno — posłała cięż­kie spoj­rze­nie Netowi — więc posta­no­wili…śmy zejść do piw­nicy i pod­krę­cić piec. Gil­bert poszedł szu­kać gości, któ­rzy się zgu­bili w lesie, więc zeszli…śmy do piw­nicy i spró­bo­wa­li­śmy zwięk­szyć tem­pe­ra­turę. Dopiero tuż przed pół­nocą oka­zało się, że to nie było ste­ro­wa­nie od pieca, tylko od rakiety.

Tata Felixa wodził wzro­kiem po ich twa­rzach.

— Aha — powie­dział tylko. Odwró­cił się, uru­cho­mił sil­nik i ruszył przez las. Nie spo­sób było stwier­dzić, czy uwie­rzył w choć jedno słowo. W mil­cze­niu wyje­chali na szer­szą drogę grun­tową, wresz­cie na szosę, gdzie tata zapa­lił świa­tła. W mil­cze­niu jechali w śnie­życy parę minut, nie mija­jąc żad­nego samo­chodu.

— Podej­rze­wam, że szuka nas połowa war­szaw­skiej poli­cji — ode­zwał się wresz­cie zupeł­nie innym tonem tata. — Mam tylko nadzieję, że nie widzieli naszego numeru reje­stra­cyj­nego. Ale i tak nie możemy wje­chać do mia­sta, bo ile może być o tej porze zie­lo­nych Land Rove­rów na uli­cach War­szawy? Pew­nie spraw­dzają wszyst­kie.

— Prze­cież masz elek­tro­gi­ty­ma­cję Insty­tutu! — przy­po­mniał Felix.

— Dla poli­cji to tyle, co karta węd­kar­ska. Zresztą woj­sko też za nami nie prze­pada. Chcą naszych wyna­laz­ków, ale za darmo. Powo­łują się na patrio­tyzm i wyż­sze cele…

— To czemu im nie dacie?

— Bo wtedy nie będziemy mieć pie­nię­dzy na dal­sze bada­nia. Insty­tut Badań Nad­zwy­czaj­nych musi na sie­bie zara­biać albo zosta­nie zamknięty. Do naj­bliż­szego wjazdu do Insty­tutu jest stąd jakieś osiem kilo­me­trów. — Zasta­no­wił się chwilę. — Ale jeśli nas wyśle­dzą, to… Nie chcę robić pro­ble­mów fir­mie.

Włą­czył radio.

— … która godzinę temu została wystrze­lona z połu­dnio­wych dziel­nic War­szawy. Mini­ster­stwo Obrony Naro­do­wej zaprze­cza, jakoby miała to być rakieta woj­skowa. Jak dotych­czas jedyną jej aktyw­no­ścią było odtwo­rze­nie krót­kiego nagra­nia muzycz­nego. Udało nam się zdo­być jego frag­ment. — Coś zatrzesz­czało i przez szumy prze­bił się głos fał­szu­ją­cego nie­mi­ło­sier­nie woka­li­sty — „…z ziemi pol­skiej do Wol­ski…”.

— Udało się! — wykrzyk­nął Felix. Przy­ja­ciele spoj­rzeli na niego z zasko­cze­niem.

— Na­dal nie wia­domo, kto skon­stru­ował i wystrze­lił rakietę, ale wygląda na to, że nie jest nie­bez­pieczna. W atmos­fe­rze mię­dzy­na­ro­do­wego skan­dalu Pol­ska dołą­czyła tym samym do grona państw eks­plo­ru­ją­cych kosmos.

— … beczką po smole — dodał Net.

— To nie była beczka po smole — przy­po­mniał Felix — tylko kawał zardze­wia­łej rury cie­płow­ni­czej.

— Więc Pol­ska roz­po­częła eks­plo­ra­cję kosmosu kawa­łem zardze­wia­łej rury cie­płow­ni­czej. Z czego ty się w ogóle cie­szysz?

— Cie­szę się, że rakieta weszła na orbitę. Skoro i tak ją wystrze­li­li­śmy, to przy­naj­mniej faj­nie, że działa. Lepiej, gdyby to wszystko się nie wyda­rzyło, ale skoro się wyda­rzyło… — Felix zasta­no­wił się i pod­su­mo­wał — lubię, jak dobrze zro­biona maszyna dobrze funk­cjo­nuje.

— Pokrętne to jakieś…

— Tato, gdzie ty jedziesz? — Felix rozej­rzał się. Wciąż byli na przed­mie­ściach.

— Objeż­dżam War­szawę od zachodu — wyja­śnił tata. — Tu jest naj­mniej­sze praw­do­po­do­bień­stwo napo­tka­nia poli­cji.

— Ale pewne jed­nak jest… — Felix zaj­rzał do bagaż­nika. — Co to jest? To białe.

— To w bagaż­niku? Rulon folii malar­skiej. Będę odna­wiał pokój babci Lusi…

Felix odpiął pas, prze­gra­mo­lił się przez opar­cie fotela do bagaż­nika i zaczął grze­bać w rupie­ciach. Net i Nika patrzyli na to z zasko­cze­niem, ale czuli, że przy­ja­ciel ma jakiś plan.

— Jeżeli naprawdę nas szu­kają, to szu­kają ciem­no­zie­lo­nego Land Rovera — wyja­śnił. — A my zaraz będziemy jechać bia­łym.

— Chcesz okleić samo­chód folią? — zapy­tał Net. — To potrwa godzinę!

— Naj­wy­żej pięć minut. To gruba folia i pój­dzie łatwo. Zna­la­złem klej w sprayu. Cza­sem się przy­daje małe prze­no­śne zło­mo­wi­sko w bagaż­niku… Zatrzy­maj się, tato!

Pan Polon zje­chał na pobo­cze i zatrzy­mał samo­chód za dużą kępą krza­ków. Wszy­scy wyszli na mróz. Net stwier­dził, że tro­chę trzęsą mu się nogi. Miał nadzieję, że w zamie­sza­niu nikt tego nie zauważy.

— Ja spray­uję, ty dokle­jasz. — Wrę­czył Netowi rulon folii, a Nice nożyk. — Ty doci­nasz i dognia­tasz na rogach. Nie uszkodź lakieru.

— Nie przej­muj­cie się lakie­rem. — Tata wyglą­dał na szosę i rzu­cał prze­lotne spoj­rze­nia na postępy prac. — I tak go mia­łem malo­wać. Jest pory­so­wany, a teraz dodat­kowo bez­piecz­niej będzie zmie­nić kolor.

Felix spray­ował, naj­wię­cej kleju natry­sku­jąc na kra­wę­dzie. Net z pomocą Niki roz­wi­jał folię i doci­skał.

— Nie musi być super­równo — oce­nił Felix. — Byle się nie odkle­jało.

Uwi­nęli się w mniej niż pięć minut. Gdy koń­czyli, Felix doci­skał folię do pra­wego błot­nika. Spoj­rzał na zde­rzak. Nie był, jak w więk­szo­ści samo­cho­dów, zro­biony z pla­stiku, tylko z gru­bej bla­chy. Jed­nak po ostat­nich wyda­rze­niach zgiął się, a farba miej­scami odsło­niła błysz­czący metal. Kra­wędź zde­rzaka cof­nęła się pra­wie dzie­sięć cen­ty­me­trów. Nie było jed­nak czasu na poprawki bla­char­skie. Przy­ja­ciele oce­nili dzieło – efekt był wię­cej niż zado­wa­la­jący. Teraz, w nocy nawet z kilku metrów nie było widać kamu­flażu. Wrzu­cili resztę folii do bagaż­nika i wsko­czyli na swoje miej­sca, a tata wypro­wa­dził samo­chód na szosę.

— Dosta­niemy się naj­krót­szą drogą — powie­dział. — Powinno się udać…

Wje­chali w gęst­szą zabu­dowę i wtedy – stało się. Nagle zza zapar­ko­wa­nej przy­czepy wysko­czył poli­cjant i świe­cą­cym liza­kiem naka­zał im się zatrzy­mać.

— Mają nas… — jęk­nął Net i zaczął się zsu­wać z fotela.

— Lepiej siedź pro­sto — syk­nęła Nika.

— Prze­cież on zoba­czy, że to folia… Od ilu lat wsa­dzają do wię­zie­nia?

— Wylu­zuj — popro­sił Felix, choć jemu samemu było daleko do wylu­zo­wa­nia. — Dobrze przy­kle­ili­śmy.

— Ale w doku­men­tach samo­chodu jest wpi­sany kolor…

Tata nie ode­zwał się sło­wem, tylko stał się jakby nieco niż­szy. Zje­chał wolno do zatoczki i otwo­rzył szybę. Poli­cjant wol­nym kro­kiem ruszył w ich stronę. Był naj­wy­raź­niej nie­szczę­śliwy, że służba przy­pa­dła mu w Nowy Rok. Jego kolega za kie­row­nicą przy­sy­piał.

Przy­ja­ciele sie­dzieli pro­sto, jakby połknęli kije. Net trząsł się lekko i nawet nie pró­bo­wał już tego ukry­wać. Poli­cjant zatrzy­mał się przy otwar­tym oknie, zasa­lu­to­wał, przed­sta­wił się i coś powie­dział, ale ani Felix, ani Net, ani Nika nie sły­szeli co. Widzieli tylko jego rękę wysu­wa­jącą się po doku­menty i rękę taty Felixa, który… W tym momen­cie z rykiem sil­nika prze­mknął obok duży, ciemny SUV2. Poli­cjant cof­nął rękę.

— Widzia­łeś, co to było? — rzu­cił do kolegi, który już się roz­bu­dził i wysiadł z radio­wozu.

— Oku­lary mam w napra­wie. Odbie­ram poju­trze.

— Nadaj mel­du­nek! — Poli­cjant zre­zy­gno­wał z kon­troli i rzu­cił się bie­giem do radio­wozu.

— Ciemny, nie­ostry kształt z nad­mierną pręd­ko­ścią kie­ruje się na pół­noc ulicą Dźwi­gową. Numer reje­stra­cyjny… nie­czy­telny. Podej­mu­jemy pościg. Próbę pościgu.

Kilka sekund póź­niej radio­wóz prze­mknął obok na sygnale.

— Co to było?! — wykrzyk­nął Net.

— Mer­ce­des GL — powie­dział Felix. — Z sil­ni­kiem V8, sądząc z dźwięku. Myślę, że nawet nie zauważą, że ktoś ich ściga.

Net zamknął oczy i oparł się o zagłó­wek.

— Chcia­łem tylko, żeby było cie­pło…

Tata wyje­chał z zatoczki i z prze­pi­sową pręd­ko­ścią ruszył w kie­runku Cen­trum. Żeby dostać się na Pragę, gdzie miesz­kała Nika, trzeba by prze­je­chać przez pół mia­sta. Dziew­czyna wie­działa o tym i biła się z myślami, nie wie­dząc, co powinna zro­bić.

— Zano­cuję u Neta — zade­cy­do­wała, po czym szybko dodała — jeśli się zgo­dzisz…

— Ba! Mała… — Chło­pak oży­wił się, zapo­mi­na­jąc o stre­sie. — Czy ja kie­dy­kol­wiek spra­wi­łem wra­że­nie nie­go­ścin­nego?

— Szcze­rze mówiąc, to uła­twi sprawę — przy­znał z wdzięcz­no­ścią tata. — Będziemy tam za dzie­sięć minut.

* * *

Prze­szli przez pusty hall z miga­jącą lamp­kami sztuczną cho­inką. Za ladą sie­dział por­tier i oglą­dał tele­wi­zję.

— Już po zaba­wie? — Rzu­cił im prze­lotne spoj­rze­nie i wró­cił do tele­wi­zora. — Sły­sze­li­ście, że wystrze­li­li­śmy rakietę?

— Coś tam sły­sze­li­śmy — odparł nie­chęt­nie Net.

— Nikt się nie chce przy­znać — cią­gnął męż­czy­zna. — Po mojemu to ktoś odpa­lił wiel­kiego fajer­werka, i tyle. Uwa­żaj­cie na szes­na­stym. Taka tam impreza, że sły­chać już na dzie­sią­tym.

— Wszyst­kiego naj­lep­szego w Nowym Roku, panie Janu­szu — rzu­cił jesz­cze Net i weszli do cze­ka­ją­cej na par­te­rze dużej, lśnią­cej nowo­cze­sną ele­gan­cją windy. — Coraz gorzej mi to wygląda — dodał, gdy tylko zamknęły się drzwi.

— Będziemy o tym słu­chać przez naj­bliż­szy mie­siąc — przy­znała Nika.

— A potem przez jesz­cze następny na sali sądo­wej.

Gdy mijali szes­na­ste pię­tro, przez podwójne drzwi windy dobie­gły ich odgłosy trwa­ją­cej w naj­lep­sze zabawy.

Wysie­dli na naj­wyż­szym pię­trze i zna­leźli się w pro­sto­kąt­nym hallu. Z boku były drzwi na schody, węż­sze do zsypu, a na wprost sze­ro­kie drzwi do jed­nego tylko miesz­ka­nia. Net zatrzy­mał się z pal­cem przed dzwon­kiem, zre­zy­gno­wał i się­gnął po klu­cze.

Rodzice jed­nak nie spali. Tata wra­cał wła­śnie z pokoju bra­to­sio­stry z pustymi butel­kami ze smocz­kiem.

— Wcze­śnie wró­ci­li­ście — ziew­nął. — Jak było?

Net zawa­hał się. Miał na końcu języka wymy­śloną wer­sję histo­rii tej nocy, ale zamiast tego powie­dział:

— Taka była impreza, że wystrze­li­li­śmy praw­dziwą rakietę kosmiczną i musie­li­śmy ucie­kać przed poli­cją.

Tata uśmiech­nął się, rzu­cił krót­kie „Dobra­noc” i wspiął się po scho­dach do sypialni.

— Znów odkła­dasz na póź­niej! — syk­nęła Nika. — Jak się dowie od kogoś innego, wku­rzy się na maxa.

— Prze­cież mu powie­dzia­łem. — Net wzru­szył ramio­nami.

— Jaaasne… Dla­czego oni tak wcze­śnie idą spać w Nowy Rok?

— Bra­to­sio­stra urzą­dzają nocne kon­certy. Ja mogę wło­żyć watę do uszu, ale oni trwają na poste­runku. Prze­sa­dzają…

— Dla dobra bra­to­sio­stry. O cie­bie pew­nie też się tak trosz­czyli.

— Chciał­bym w to wie­rzyć. Napi­jesz się cze­goś? — zapy­tał Net, ale szybko dodał. — Nie ma coli. Akcja zdrowe odży­wia­nie wciąż trwa. Sok mar­chew­kowy rulez.

Po chwili sie­dzieli na kana­pie w pokoju Neta i popi­jali sok. Chło­pak został zmu­szony przez rodzi­ców do zro­bie­nia porządku przed przyj­ściem na świat rodzeń­stwa, ale teraz wszystko wra­cało do normy. W kątach poja­wiły się zaczątki nowych stert cza­so­pism. Na podłuż­nym bla­cie pod oknem stały cztery moni­tory (naj­więk­szy wyświe­tlał fan­ta­zyjny wyga­szasz ekranu), dwie dru­karki i sporo mniej­szego sprzętu. Zza biurka zwi­sały i plą­tały się po ziemi dzie­siątki kabli. Migały lampki, szu­miały wen­ty­la­tory, coś tykało wewnątrz któ­re­goś z pude­łek. Sło­wem, mała ser­we­row­nia.

— To nasz nowy rekord — wes­tchnęła Nika. — Wła­do­wa­li­śmy się w kło­poty w pierw­szej sekun­dzie nowego roku. To jest abso­lut­nie nie do pobi­cia.

— Nie­któ­rzy przy­cią­gają meta­lowe przed­mioty — powie­dział Net. — My przy­cią­gamy kło­poty. Nawet gdy­by­śmy cały wie­czór sie­dzieli i nic nie robili, to w efek­cie by się oka­zało, że usie­dli­śmy na włącz­niku sys­temu auto­de­struk­cji domu. Na szczę­ście mamy też zdol­ność wycho­dze­nia z tych kło­po­tów.

— Głu­pio tylko, że my naroz­ra­bia­li­śmy, a będą prze­słu­chi­wać resztę klasy.

— Więc i tak się dowie­dzą o nas…

— Będziemy mieli oka­zję udo­wod­nić, jak potra­fimy wycho­dzić z kło­po­tów.

Za ścianą roz­le­gło się kwęk­nię­cie nie­mow­laka. Net wes­tchnął.

— Zaraz coś zoba­czysz… — Wska­zał otwarte drzwi.

Fak­tycz­nie po chwili mama w koszuli noc­nej wolno zeszła po scho­dach z sypialni. Minęła pokój Neta i chwilę krzą­tała się za ścianą. Po minu­cie sta­nęła przed ich drzwiami, ze zmru­żo­nymi sen­nie oczami się­gnęła do wyłącz­nika, zaga­siła świa­tło, mruk­nęła nie­wy­raź­nie: „Nie zaśpij do szkoły”, i przy­mknęła drzwi.

— Wła­śnie… — powtó­rzył Net. — Snują się potem jak duchy i nie kon­tak­tują.

— Czy ty… nic nie czu­jesz do bra­to­sio­stry?

— Coś tam czuję, ale uczu­cia, które masz na myśli, jesz­cze mi się nie wykształ­ciły. Pew­nie coś zasko­czy, jak nie będą już parą wrzesz­czą­cych smrod­ków, wokół któ­rych wszystko się kręci. One rzu­cają się wszyst­kim na mózgi. Tata pisze kwi­lący pro­gram AI, żeby sty­mu­lo­wać umie­jęt­no­ści komu­ni­ka­cyjne bra­to­sio­stry. Mama prze­lewa te swoje uczu­cia na płótno – ostat­nio jej malar­stwo poszło w cie­płe brązy. Jeśli ktoś kie­dyś napi­sze jej bio­gra­fię, ten okres jej twór­czo­ści będzie się nazy­wał wcze­sno­pie­lu­cho­prze­cie­ko­wym.

Nika spoj­rzała na przy­ja­ciela. W świa­tłach śpią­cego sto metrów niżej mia­sta ledwo widziała jego twarz.

— Co chcia­łeś mi powie­dzieć — zapy­tała — zanim wystar­to­wała rakieta?

— Co?

— Zaczą­łeś coś: „Zanim zgi­niemy, chciał­bym, żebyś wie­działa”…

— Luz! Nie zgi­nę­li­śmy! Zapo­mnij…

— Ale… — Dziew­czyna była wyraź­nie roz­cza­ro­wana. — Co to miało być?

Net ziew­nął prze­cią­gle i nieco teatral­nie. Wychy­lił się i trą­cił stół. Poru­szona myszka pra­cu­ją­cego kom­pu­tera wybu­dziła moni­tor ze stanu uśpie­nia i pokój zalało nie­bie­skawe świa­tło.

— Chodźmy spać. To zna­czy ty śpisz na kana­pie, bo… — Zasta­no­wił się. — Przy­niosę koc.

Ze względu na miłość autora do moto­ry­za­cji, w tej książce nazwy samo­cho­dów są pisane wielką literą. [wróć]

SUV (ang. Sport Uti­lity Vehicle) – Samo­chód Użytku Spor­to­wego. Pojazd, który łączy cechy luk­su­so­wego auta oso­bo­wego i tere­no­wego. [wróć]

2. Nie­po­ko­jące odkry­cia

Wto­rek pierw­szego stycz­nia przy­ja­ciele prze­sie­dzieli w domach, Felix u sie­bie, a Nika razem z Netem. W napię­ciu obser­wo­wali kolejne donie­sie­nia w spra­wie ich rakiety. Na szczę­ście obraz sytu­acji, jaki wyła­niał się z wypo­wie­dzi poli­ty­ków, naukow­ców, poli­cjan­tów i żoł­nie­rzy był taki, że nikt nie ma poję­cia, co się stało, poza tym, że gdzieś na połu­dniu War­szawy ktoś odpa­lił rakietę nie­zna­nego typu i prze­zna­cze­nia.

Wie­czo­rem Felix nie wytrzy­mał i przy­je­chał do Neta.

— Roz­ma­wia­łem z Gil­ber­tem na Gadu — oznaj­mił Net, gdy roz­sie­dli się w jego pokoju. — Nikogo nie prze­słu­chi­wali. Dziwne samo­chody jeź­dziły tylko w tę i z powro­tem, latały dwa heli­kop­tery, ale wszy­scy nasi bez­piecz­nie odje­chali do domów.

— Nie dowie­dzą się tak szybko… — Felix poki­wał głową. — Tylko Gil­bert wie, o co cho­dzi, a on na pewno nic nie powie. Śnieg zakrył ślady startu, a sate­lity nie widzą nic przez te chmury. — Wyjął z ple­caka spa­loną w poło­wie i roz­mo­czoną rakiet­nicę. Był to stan­dar­dowy model z zakoń­czoną ostrym czub­kiem tulejką, pokrytą dosyć brzyd­kim nadru­kiem, do któ­rej przy­mo­co­wany był pół­me­trowy patyk. — Zasta­na­wia­łem się, dla­czego do tej pory nikt nie poznał dokład­nego miej­sca startu naszej rakiety.

— Ja bym nie prze­sa­dzał z ana­li­zo­wa­niem tego wszyst­kiego — odparł Net. — Zape­szymy jesz­cze…

— Spraw­dzi­łem w inter­ne­cie. — Felix nie zwró­cił uwagi na obawy przy­ja­ciela. — Jakieś pół roku temu koło mia­sta Liuy­ang w Chi­nach spa­liła się mała fabryka two­rzyw sztucz­nych. — Net i Nika spoj­rzeli na zużytą rakiet­nicę, potem na Felixa. Ten uśmiech­nął się tajem­ni­czo i kon­ty­nu­ował — w tym mie­ście jest też jedna z naj­więk­szych wytwórni fajer­wer­ków. Ist­nieje od trzy­dzie­stu lat i pro­du­kuje fajer­werki dla całego świata. Typowa rakiet­nica to tek­tu­rowa tulejka z pro­chem i dodat­kami, zatkana od góry pla­sti­ko­wym czub­kiem. Czu­bek musi być – cho­dzi o aero­dy­na­mikę.

— Stary, ale co to ma wspól­nego z naszą rakietą? — nie wytrzy­mał Net. — To był kawa­łek pol­skiej rury z pol­ską rdzą. Jaki to ma zwią­zek?

— Zwią­zek ma taki, że ten czu­bek nie jest pla­sti­kowy. — Felix popu­kał we wspo­mniany ele­ment. — To cienki metal.

— Sorry, na­dal nic…

— Spa­liła się fabryka pla­stiku, gdzie praw­do­po­dob­nie robiono te czubki. Pro­duk­cja fajer­wer­ków nie mogła cze­kać, więc pla­stik zastą­piono meta­lem. Widocz­nie tak było taniej i łatwiej, niż kupo­wać pla­stik gdzie indziej albo zwi­jać z tek­tury. A skoro wszyst­kie pol­skie fajer­werki pocho­dzą z Chin, to zapewne wszyst­kie wyglą­dają tak samo. Przy­naj­mniej wszyst­kie, któ­rych resztki dziś leżały na ziemi, tak wyglą­dały. Tak więc kiedy star­to­wała nasza rakieta, nad War­szawą uno­siło się kil­ka­set tysięcy rakiet­nic z meta­lo­wymi czub­kami. Dla rada­rów sate­li­tar­nych i naziem­nych War­szawa o pół­nocy wyglą­dała jak jeden wielki świe­cący tort uro­dzi­nowy stu­latka. Tak samo w pod­czer­wieni. Totalny szum. Start rakiety wykryto więc, dopiero gdy wznio­sła się ponad chmury. To też spraw­dzi­łem – nad mia­stem i połową Pol­ski wisiał wtedy nim­bo­stra­tus, któ­rego dolny pułap wyno­sił około trzy­stu metrów, a górny pra­wie pięć kilo­me­trów. Dopiero tam rakietę namie­rzyły sate­lity w paśmie widzial­nym. Ponie­waż tor lotu był nie­sta­bilny –

— Mógł­byś nieco mniej tech­nicz­nie? — popro­siła Nika. — Jestem huma­nistką.

— A ja chyba para­hu­ma­ni­stą — dodał Net. — Też nie wszystko zła­pa­łem. Mim­blo… co?

— Nim­bo­stra­tus to taka chmura — wyja­śnił Felix. — Rakieta została wykryta, gdy wyło­niła się z tej chmury na pię­ciu kilo­me­trach. Gdyby to była nor­malna rakieta, to z toru jej lotu uda­łoby się wyli­czyć miej­sce startu. Ale to był kawał ste­ro­wa­nej sta­rym kal­ku­la­to­rem, zardze­wia­łej rury, która leciała jak pijana cza­pla. Wszy­scy wie­dzą więc tylko, że wystar­to­wała gdzieś z oko­lic Wila­nowa. Na ziemi nie ma śla­dów, bo wszystko jest zasy­pane śnie­giem, a ma jesz­cze padać. Nie wiem, ile dokład­nie śniegu spa­dło w oko­licy domu Gil­berta.

— Napi­sa­łem bramkę do Gadu-Gadu i poroz­ma­wia­łem sobie z nim — powie­dział Net.

— Co napi­sa­łeś?

— Też jesteś para­hu­ma­ni­stą? Bramkę do Gadu-Gadu napi­sa­łem. Mamy nasz wła­sny komu­ni­ka­tor Net.com, a ta bramka służy do tego, żeby można było z niego roz­ma­wiać z kimś, kto ma GG. — Net mach­nął ręką. — Nie­ważne. Roz­ma­wia­łem z Gil­ber­tem. Tak jak mówisz – wszę­dzie leży śnieg, i to wię­cej niż tu. A na plat­formę star­tową Gil­bert dorzu­cił jesz­cze sporą war­stwę z odśnie­żo­nej drogi. Nie widać, że to mikro­ko­smo­drom.

— Na pewno są jakieś czuj­niki che­miczne, któ­rymi można spraw­dzić, czy w powie­trzu nie uno­szą się cząstki spa­lo­nego paliwa rakie­to­wego — zasta­no­wił się Felix. — Nie sądzę, żeby ktoś wie­dział, że rakieta była napę­dzana meta­nem… Więc przez jakieś dwa tygo­dnie nikt się niczego nie dowie.

— Nie mogłeś od tego zacząć? — wykrzyk­nął Net, ale wyglą­dał, jakby mu ulżyło. — Przy­naj­mniej mnie opty­mi­zo­wa­łeś! Dwa tygo­dnie to już kawa­łek życia.

— Co powie­dział tata Gil­berta? — zapy­tała Nika.

Net pokrę­cił głową.

— Ta rodzina jest bar­dziej wykrę­cona, niż sądzi­łem — odparł. — On naprawdę się ucie­szył, że to zro­bi­li­śmy. Za to była awan­tura o wypite piwo.

— Cie­kawe, kto je wypił… — Nika zasta­no­wiła się. — Czu­łam je od kogoś, jak sobie skła­da­li­śmy życze­nia…

— Nie inte­re­suje mnie to — zastrzegł Net. — Chcę się upa­jać dwoma tygo­dniami wol­no­ści.

— Jeśli roz­pocz­nie się śledz­two, i tak spraw­dzą wszyst­kie Land Rovery w War­sza­wie — powie­dział Felix — i wszyst­kich, któ­rzy miesz­kają w oko­licy Gil­berta. Sko­ja­rzą sobie to oczy­wi­ście z nami.

— Mar­twi mnie coś innego — nie­spo­dzie­wa­nie roz­le­gło się z naj­więk­szego kom­pu­tera. — Ta rakieta nie weszła na sta­bilną orbitę. Okrąża Zie­mię, ale powoli spada.

— Man­fred?1 — zdzi­wił się Net. — Prze­cież nie zdą­ży­łem cię zain­sta­lo­wać na tym kom­pu­te­rze. Rano w syl­we­stra sta­wia­łem sys­tem…

— Sam się zain­sta­lo­wa­łem z sieci. Był taki moment, kiedy insta­lo­wa­łeś fire­walla, a jesz­cze nie ścią­gną­łeś naj­now­szych aktu­ali­za­cji zabez­pie­czeń.

— Spry­ciula. Coś mi się zda­wało, że komp się muli ponad prze­cięt­ność… Więc sły­sza­łeś, o czym roz­ma­wia­li­śmy?

— Jasne. Dla­tego spraw­dzi­łem orbitę rakiety.

— Sły­sza­łeś też, o czym roz­ma­wia­li­śmy wczo­raj w nocy? — zapy­tała ostroż­nie Nika.

— Jaką odpo­wiedź wolisz usły­szeć?

— Już chyba ją znam…

— Powiedz lepiej, co z tą rakietą — popro­sił Felix.

— Na pewno spad­nie, ale jesz­cze nie wia­domo kiedy. Jest za nisko, żeby się spa­liła w atmos­fe­rze.

— Czyli zrobi gdzieś sporo bała­ganu… — Felix skrzy­wił się. — Nie­do­brze…

— Może się nie znam — zaczęła Nika — ale czy nasza rakieta nie zużyła całego paliwa przy star­cie? Teraz to pusta sko­rupa.

— Ale pusta i tak waży ze dwie­ście kilo. Wzno­sząc się, zdo­była cał­kiem nie­złą ener­gię poten­cjalną. Jak zacznie spa­dać, zamieni ją na ener­gię kine­tyczną –

— A po pol­sku?

— Wal­nie gorzej niż bomba prze­ciw­lot­ni­cza. Tylko w schro­nie ato­mo­wym da się prze­żyć bez­po­śred­nie tra­fie­nie.

Nika wes­tchnęła z wra­że­nia.

— Jakim świ­rem trzeba być, żeby zosta­wiać takie coś bez opieki?! — obu­rzył się Net.

— Zapewne dla­tego jej nie odpa­lał — zauwa­żyła z pre­ten­sją w gło­sie Nika. — I dla­tego też zało­żył tyle zabez­pie­czeń.

— Ale zapo­mniał dodać napis „Nie doty­kać”…

— Zie­mia jest dosyć duża — zasta­no­wił się Felix. — Więk­sza część to oce­any, a nawet na lądach obszary zalud­nione są nie­wiel­kie. Możesz poli­czyć praw­do­po­do­bień­stwo, że rakieta spad­nie komuś na głowę?

— Mam utrud­niony dostęp do kom­pu­te­rów — przy­znał Net. — Mama pro­siła, żebym je wyłą­czał, jak ich nie uży­wam. A jej defi­ni­cja uży­wa­nia kom­pu­tera obej­muje jedy­nie sie­dze­nie przed nim i kli­ka­nie. Podobno pro­mie­niują i szko­dzą bra­to­sio­strze. Jest artystką i nie tra­fia do niej tłu­ma­cze­nie, że zosta­wiam kom­pu­ter na cały dzień, żeby coś liczył. Pro­mie­nio­wa­nie w sta­rych moni­to­rach pocho­dziło z kine­skopu, a wszyst­kie moje moni­tory mają ekrany cie­kło­kry­sta­liczne, więc nie pro­mie­niują bar­dziej niż doniczka z pelar­go­nią. Zresztą moni­tor sam się wyłą­cza po kwa­dran­sie od ostat­niego wci­śnię­cia kla­wi­sza. Jeśli chcesz, to mogę zarzu­cić dokładne wyli­cze­nie, jaka powierzch­nia pla­nety jest zalud­niona, ale bez gwa­ran­cji, że mama w poło­wie obli­czeń nie wyłą­czy mi kom­pu­tera.

* * *

Pierw­szy dzień szkoły był senny, jak zwy­kle po świą­tecz­nym zamie­sza­niu. Przy­ja­ciele mieli wra­ża­nie, że wszy­scy się na nich gapią, ale prze­cież poza Gil­ber­tem nikt nie miał poję­cia, że rakieta wystar­to­wała tuż obok domu, w któ­rym impre­zo­wali. To było oczy­wi­ste, ale i tak źle się czuli. Pierw­sze w tym roku zaję­cia z bota­niki pro­gre­syw­nej były wyba­wie­niem, przy­ja­ciele bowiem cho­dzili na nie tylko w trójkę. Wszy­scy uczest­nicy, oprócz Felixa, Neta i Niki, zre­zy­gno­wali po kilku lek­cjach. Decy­du­jący wpływ na to miał zdaje się pokaz kon­sump­cji owo­ców krzewu parów­ko­wego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Man­fred – zaprzy­jaź­niony z boha­te­rami pro­gram sztucz­nej inte­li­gen­cji, stwo­rzony przez Neta i jego tatę. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Amelia i Kuba. Mi się podoba Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy Amelia i Kuba. Wenecki spisek Różaniec Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony Amelia i Kuba. Stuoki Potwór 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Chłopiec z Burzy Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never