Cichy Zabójca

Cichy Zabójca

Autorzy: Izabela Szolc

Wydawnictwo: Nowy świat

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: PDF

Ilość stron: 208

cena od: 1.50 zł

Gdy na teren powieści gatunkowo zarezerwowany dla mężczyzn wkracza kobieta, można spodziewać się złamania zasad literackiej gry. Jednakże, gdy kobieta jest doskonałym śledczym z bagażem doświadczeń w policyjnym rzemiośle, przestępczy świat nie zazna spokoju w zderzeniu z przenikliwością i skutecznością zahartowanej w bojach policjantki, a ład świata zostanie przywrócony. Bohaterką trzymającego w napięciu kryminału Izabeli Szolc jest młoda policjantka, charakterologicznie przypominająca słynną agentkę FBI, Clarice Starling z "Milczenia owiec". Książka nawiązuje tym samym do najlepszych tradycji amerykańskiego kryminału, ale, co atrakcyjne dla czytelnika zanurzonego w polskich realiach, akcja "Cichego zabójcy" rozgrywa się we współczesnej Warszawie. Autorka sugestywnie oddaje klimat policyjnej codzienności Anny Hwierut i jej kolegów z komendy. Mocne osadzenie kryminału w realiach uprawdopodobnia popełnione zbrodnie, z którymi zmierzyć musi się główna bohaterka. Wraz z nią poznajemy "egzotyczny" półświatek przestępców, zapuszczając się w ciemne rejony miasta. Śledzimy również prozę życia policji w gorzkim, odartym ze złudzeń świecie. Okazuje się, że najbardziej wyrafinowana zbrodnia może mieć zwyczajne oblicze. Wyjątkową stroną książki jest nietypowa dla nurtu sensacyjno-kryminalnego płeć bohaterki oraz wplecione w wątek sensacyjny jej życie prywatne. Dzięki temu młoda, twarda kobieta nie jest papierową superwomen. Jest policjantką, ale również kobietą i matką, co dodaje opowiadanej historii dodatkowego smaku, wiarygodności i życiowej prawdy.
IZABELA SZOLC

CICHY ZABÓJCA

WYDAWNICTWO NOWY ŚWIAT

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Wstęp

Znam sto sposobów umierania, Często myślę: może bym spróbowała, Rzucę się pod ciężarówkę, Gdyby akurat przejeżdżała.

Albo skoczę z mostu Tyle, że pracy dołożę Wszystkim tym, Co czyszczą morze.

Znam truciznę do wypicia, Często korci mnie skosztować, Ale mama kupiła ją do zlewu I nie chcę jej marnować.

Edna St. Vincent Millay (przeł. Tomasz Bieroń)

1.

Zapach pasty do podłóg, kredy i dziecięcego potu – wszystkie szkoły pachną tak samo. Wszystkie i zawsze.

Anna odruchowo sięgnęła do widmowej blond kitki. Zdumiał ją ten gest, ta pamięć, jaką ma ciało; przecież włosy ścięła dwanaście lat temu, zaraz po urodzeniu Kuby. Chłopca, który jest na tyle duży, aby zrobić coś, za co dyrekcja wzywa matkę do szkoły. Anna od zawsze miała problem z właściwym opanowaniem układu władza – podwładny. I nie znosiła przesiadywać w jakichkolwiek antyszambrach, a w szczególności takich z twardymi ławami. Westchnęła i wyciągnęła długie nogi, których kształt – wart uwagi – maskowały obszerne bojówki. Cmoknęła, bo pomadka na ustach była jedynym odstępstwem od codziennej normy – czy raczej ustępstwem na rzecz pani dyrektor. Wciągnęła zapach szkoły. Czuła ulgę, że przynajmniej ten etap życia ma za sobą. Co prawda, wciąż nie mogła uwierzyć, że jest matką nastolatka. Sama niczym uczennica trzymała alaskę zwiniętą w kłąb na kolanach – tylko taka kurtka kryła obszerną marynarkę, a tylko obszerne marynarki maskowały zawodową wypukłość pod lewą pachą.

Anna sięgnęła po gazetę porzuconą przez kogoś na końcu ławy; jej blada twarz o regularnych rysach od razu nabrała rumieńców. Tytuł artykułu głosił: „Testy zbyt trudne dla policjantów”. Anna przygryzła wargi, nie zdając sobie sprawy, że rozmazuje purpurową pomadkę na zębach. „Test składa się z dwóch części – kilkudziesięciu pytań oraz rozmowy z psychologiem policyjnym. Oprócz tego przyszły policjant musi rozwiązać tzw. test wiedzy ogólnej”.

– Pani Hwierut? – Drzwi gabinetu otworzyła niemłoda kobieta, pasująca idealnie do wyobrażeń Anny. Loki, ciemny puder, bluzka ze sztucznego jedwabiu opięta na imponujących kulach biustu. Tylko łososiowy lakier na paznokciach, które trzymały klamkę stanowił zaskoczenie. Najwyraźniej w dwa tysiące ósmym roku róż był passe. Dyrektorka wskazała dłonią krzesło.

– Zdenerwowana?

– A nie powinnam być? – spytała Anna, siadając w miejscu petenta. Wzrok zarejestrował żółknącą palmę w głębi ciemnego gabinetu i popiersie Jana Pawła II na biurku wielkości galeonu – dwadzieścia lat temu z pewnością nie stał tutaj brąz księcia Poniatowskiego. „Gdybym zarabiała więcej, posłałabym Kubę do prywatnej szkoły”.

– Jakub nie zaszczycił nas dziś swoją obecnością.

– Podobno pani dyrektor zawiesiła go w prawach ucznia, aż do ferii.

– Powiedział, dlaczego?

– Nie. Miał za to opatrunek na ręku.

– A pod opatrunkiem ślady zębów. Uderzył kolegę w usta. Na lekcji. Na mojej lekcji matematyki.

– Mój Kuba?!

– Matki nigdy nie wierzą. Wie pani chociaż, o co poszło?

– Kuba mi nie powiedział.

Dyrektorka milczała, przerzucając leniwie jakieś papiery. Na ścianie tykał anachroniczny zegar z kukułką.

– Pani pracuje?

– Tak – odpowiedziała Anna, dodając w myślach „Wysoki Sądzie”.

– Może powinnam porozmawiać z ojcem Kuby?

– Nie utrzymujemy ze sobą kontaktów.

I znowu chwila milczenia. Zaterkotał wybawczy dzwonek na przerwę.

– Porozmawiam z nim… Niestety, bardzo się śpieszę… – Anna wstała, poprawiając marynarkę.

– Rozumiem. – Nie podały sobie dłoni. Paznokcie Anny były poobgryzane, ale ręce mocne, bardzo mocne. – Jeszcze jedno. Musi pani pokryć koszty dentysty. Tamten chłopiec stracił dwa zęby.

Na korytarz wylewał się rozwrzeszczany potok uczniów. Omijał wysoką sylwetkę Anny niczym skałę i płynął dalej.

Najwyraźniej dyżurujące dwójki nauczycielskie nie robiły na dzieciakach wrażenia. Ani rejestrujące kamery, podobnie jak przyciasne mundurki… Anna była pewna, że takiej szkoły nie byłaby w stanie ukończyć. Szkoły z gliniarzami – bo oto minął ją urzędujący patrol młodziutkich policjantów, czatujących na szkolnych handlarzy narkotyków. Policjanci rozpoznali ją, jeden się uśmiechnął, drugi uniósł brew na widok jej umalowanych ust.

Bez kłopotu znalazła odrapane drzwi uczniowskiej toalety i zanurzyła się w siwe smużki nielegalnego, tytoniowego dymu. Z niezwykłą czujnością szczęknęły zasuwy dwóch kabin. Anna Hwierut pochyliła się nad zmatowiałym lustrem i chusteczką higieniczną zaczęła ścierać szminkę.

– Wcześniej było lepiej – odezwała się jedyna odważna: dziewczynka, co najwyżej czternastoletnia, która z wysokości szerokiego marmurowego parapetu obserwowała dyskretnie Annę, paląc cienkiego papierosa. Parapet pamiętał czasy przedwojenne, podobnie jak cała szkoła, która ocalała jedynie cudem, stojąc na lewym brzegu Wisły.

– Doprawdy?

– Ja nigdy nie kłamię.

Mimo wszystko poranek był piękny. Anna celowo nie ruszyła swojego fiata uno z blokowego parkingu (mały, zielony, łatwy do odkurzenia – jako kobieta Anna nie cierpiała na żaden freudowski kompleks i nie musiała wzorem swoich kolegów rozjeżdżać się vanami). Po prostu chciała rozruszać kości. Ostatnio za dużo czasu spędzała za biurkiem albo na kanapie a nie była przecież gwiazdą popu jak J. Lo i nie powinna hodować dużych pośladków. Wcisnęła ręce do kieszeni i ruszyła do pracy. Mocne buty kruszyły cienki lód na kałużach. Minęła widmo Stadionu Dziesięciolecia, jeszcze bardziej wyludnione niż zwykle. Zniknęli nawet Afrykanie, którzy z turystycznych łóżek sprzedawali sportowe buty – oczywiście „ze skóry antylopy, bo dziewczyny na takie lecą”.

Spostrzegła, że policyjny radiowóz zawija pod przęsło mostu Poniatowskiego, a dwa inne parkują w okolicach rzecznych chaszczy. Latem koczowali tam rosyjscy handlarze, którzy oszczędzali na czynszach. Ale zimą? Nie miała żadnych złych przeczuć. W ogóle jakby zrobiło się spokojniej. Jarmark Europa zatrzasnął swoje podwoje i mniej było kradzieży kieszonkowych. Odpłynęły pieniądze, a z nimi pomniejsza mafia. Ostatni „spławik” wypłynął z Wisły trzy miesiące temu. Badania DNA zidentyfikowały w topielcu chłopaka, który zaginął zeszłego Sylwestra. Od tygodnia nie pokłóciła się przez telefon z ojcem, jej mały nie skończył jeszcze w poprawczaku, ustąpiły eksplozje na Słońcu, a ona sama przestała zabijać samotność kochając się nocami sama ze sobą… Po co więc te węszące radiowozy? Przyśpieszyła kroku, choć wiedziała, że i tak nie ma szans zdążyć na poranną odprawę.

Komenda – niczym potiomkinowska wieś – z zewnątrz prezentowała się całkiem nieźle. Przed frontem białego budynku powiewały flagi: państwowa i unijna. Pogrzebowe cyprysy ktoś zaradny próbował przerobić na choinki obwieszając je kolorowymi lampkami. Dawno było po Trzech Królach, ale Anna wiedziała, że światełka skończą kadencję może na Wielkanoc albo nawet po czerwcowym święcie policji. Poza czerwiec nie zaglądała do kalendarza, bo pod koniec miesiąca siódmego wypadały jej urodziny. Trzydzieste i trzecie. Chciałaby mieć czternaście lat i popalać w szkolnym kiblu. Nie, nie czternaście. Dwanaście – dwa lata później paliła w szpitalnej toalecie, razem z przeżartą przez raka matką. „Niedługo wrócę do domu, słoneczko”. Świerzbiło ją, żeby kopnąć w metalową popielnicę, ale drzwi komendy były całe przeszklone a policja musiała dbać o swój image.

Komisarz Anna Hwierut przekroczyła próg budynku. Parę głów podniosło się na jej widok: petenci, którzy przyszli zgłosić kradzież samochodu albo samochodowego radia. Ci, którzy nie wiedzieli jeszcze jakie plamy na tapicerce zostawia proszek do zbierania odcisków palców.

Dokładnie pomiędzy automatami z kawą i czekoladą straszyły szare, zbrojone drzwi, prowadzące do serca komendy. Anna przesunęła przepustkę przez czytnik i znalazła się pośród bogactw sezamu. Pieniędzy z dotacji miasta wystarczyło, by zrobić szybki lifting na zewnątrz budynku, położyć kafelki w poczekalni, uzbroić recepcję w dwa komputery i uwić „dziecięcy pokój przesłuchań”. Im dalej w głąb, tym bardziej wszystko było po staremu. Strzępiące się linoleum, pistacjowa lamperia na ścianach, widoczna w miejscach nie zastawionych rozchybotanymi szafkami na akta. Anna słyszała miarowe stukanie przemysłowych maszyn do pisania marki łucznik i poczuła, że jest w domu.

Lisia głowa sekretarki Marioli pojawiła się w drzwiach, nim Anna zdążyła zrzucić kurtkę.

– Nie było cię na odprawie.

– Byłam w szkole. Kuba narozrabiał.

– Nareszcie. Bałam się, że wychowasz maminsynka.

Anna skrzywiła się nieznacznie.

– W każdym razie Pietrzak czeka na ciebie. Ten Wieniawski…

– Wieńkowski.

– Możliwe, że w końcu będzie zeznawał. Ale postawił warunek – zawiesiła głos – że go odwiedzisz na kamczatce. Sama. Leci na ciebie. Stary chce, żebyś to wykorzystała.

– Inspektor Pietrzak ogląda zbyt dużo filmów.

– Za chwilę jadą do Białołęki po aresztanta, powiem, żeby poczekali, możesz się z nimi zabrać. No bo przecież zrobiłaś sobie spacer, prawda?

– Skąd wiesz?

– Sekretarce szefa nic nie umknie. – Znacząca pauza. – I w co ty się ubierasz? Nie masz chłopaka czy co?

Starsi szeregowi Straszewski z Bryziewiczem mogli zaproponować Annie jedynie „kanapę” radiowozu. Żaden nie okazał się na tyle rycerski, aby zamienić się z nią miejscami. Przepisy. Straszewski klasnął drzwiami, a Anna znalazła się w czymś w rodzaju klatki, oddzielonej od kierowcy i mundurowego pasażera szybą z pleksi. „Kanapa” była niczym innym, jak szarym plastikowym katafalkiem plus uchwyt na szlauch – za pomocą wody i hydrantu często budzono (a przy okazji myto) niejednego „trupa”.

Wpadła w oko socjopacie. Kleili się do niej też pijacy, kloszardzi i desperaci. Jej dziwaczne kontakty z półświatkiem rujnowały policyjną statystykę. Znikomym pocieszeniem było, że bez obaw lgnęły też do niej małe dzieci i duże zwierzęta. Bardzo znikomym.

Wieńkowski zyskał ksywę Wieniawski, bo jeszcze do niedawna towarzyska śmietanka stolicy miała go za utalentowanego młodego skrzypka. Później utalentowany skrzypek z niewzruszoną miną (patrz, jak on się trzyma!) na cmentarzu w Wólce Węglowej przyjmował liczne kondolencje, jako młody wdowiec. Teraz siedział w areszcie śledczym i prawdopodobnie rozgrzewał duszę przed dożywociem w chłodnej celi, wybielonej z braku farby pastą do zębów. Tobiasz Wieńkowski. Skurwiel. Tobiaszowi z Biblii, który ocalił dziewicę od śmierci z ręki demona, towarzyszył anioł pod postacią psa. Wieńkowskiemu chyba tylko psia wesz.

Wokół więziennego muru stali strażnicy z krótkofalówkami. Nie zwracali uwagi na grypsujących, którzy stojąc pod oknami wyższych od muru kondygnacji krzyczeli coś po swojemu do cieni na wysokościach. Ignorowali również kobiety, które w granej na opak „scenie balkonowej” z Romea i Julii pielgrzymowały do swoich zatrzaśniętych kochanków.

Strażnik sprawdził wjazdówkę, powiedział coś do niewidzialnego zwierzchnika, radio zaterkotało i więzienna brama z mitologicznym namaszczeniem godnym toczonego pod górę kamienia Syzyfa zaczęła sunąć na bok. Anna zawsze czuła się tu nieswojo. Nie wierzyła w resocjalizację, starała się nie wierzyć w pragmatyczne odosobnienie (równie obecnie niemodne jak różowy lakier do paznokci i były minister sprawiedliwości, nazywany tu potocznie ZZ-Topem). Już przez pierwsze dni tymczasowego, co bardziej pojętni aresztanci uczyli się otwierać (przynajmniej teoretycznie) zamki samochodów, choć w celi wylądowali za zwyczajny włam: kamień w szybę, radio i w nogi. Nie było też tajemnicą, że strażnicy więzienni i policjanci nie przepadali za sobą. Testy dla przyszłych policjantów były przecież „za trudne”; ten kto je oblewał a jednak szedł w zaparte jak najlepsza recydywa, z reguły lądował na etacie klawisza. Oglądu polskiego więziennictwa nie polepszyła Annie opinia wydana przez ukochanego wuja. Wuj poznał je od podszewki, a w końcu umarł na więziennym bloku operacyjnym. Pokój jego duszy. Pokój duszy żyjącemu ojcu Anny, który w ramach pokuty za grzechy starszego brata został policjantem. A ja?, przemknęło Annie przez głowę, za co ja się umartwiam?

Wewnątrz sięgnęła do lewej pachy i odpięła kaburę z pistoletem, ale wykrywacz metalu i tak zaczął ponuro buczeć.

– Ona ma gwoździe w nodze – strażnik usprawiedliwił Annę przed nieobytym kolegą. Tamten zagwizdał, a ona poczuła się bardzo zmęczona.

Przemierzała pokój przesłuchań wielkimi krokami. Ściana i ściana. Lustro. Głową w mur.

Wprowadzono aresztanta.

– Zdjąć mu kajdanki, pani komisarz?

– Nie – odpowiedziała swobodnie.

– Pani komisarz mnie nie lubi – stwierdził Tobiasz Wieńkowski, jeszcze zanim strażnik zamknął drzwi. – Albo się mnie pani boi?

Jego czarne, wciąż długie włosy ostro kontrastowały z jasną cerą. Był zbyt ładny jak na mężczyznę. Może musiał urodę doprawić okrucieństwem?

– Chciał pan ze mną porozmawiać.

– Chciałem popatrzeć. Mówić to mogłem i z pani brzydkim partnerem.

Kochany Szelig – jakże on się jeżył, kiedy wchodził do tego pokoju.

– Nadal pan myśli, że się z tego wywinie?

– Lubię grać.

– Jak wielu.

– Ja jestem wirtuozem, pani komisarz.

– I zagra mi pan pięknie na wizji lokalnej?

– To właśnie chciałem pani oznajmić.

– Już się szykuję na bis. A gdyby pan wtedy „zabisował”, nadal grzałby pan krzesło w filharmonii narodowej.

Milczał chwilę.

– Pani komisarz, czego nie robi się dla sztuki. Nie przewidziałem, że ukochana Klaudia wydostanie się z płonącego samochodu. Oczywiście mógłbym wrócić. Ale wtedy spaliłbym sobie ręce skrzypka.

– Pan nie może się doczekać, żeby to wszystko opowiedzieć.

– A wy nie dość długo czekaliście?

– Więc kiedy?

– Wizja może być choćby jutro.

Skinęła głową i ruszyła ku drzwiom, żeby wezwać strażnika, choć i tak musiał widzieć jej ruch w weneckim lustrze. Dobrze, że starła pomadkę.

– Pani komisarz – usłyszała za sobą – jeszcze momencik. Wie pani co chcą zrobić moi teściowie? Odebrać mi własność grobu, w którym pochowałem Klaudię. Grobu głębinowego, dodam. Dwójki. Dwójki dla nas obojga.

– Zamordowałeś im córkę i się dziwisz?

– Co Bóg złączył, niech człowiek nie próbuje rozdzielić.

Strażnik nie przychodził, więc musiała jednak zastukać.

2.

„Zło wynika z okoliczności”, przeczytała Anna w jakimś kryminale.

W domu kaloryfery były odkręcone na maksimum, a Kuba snuł się po mieszkaniu na bosaka, w luźnych spodniach od dresu i w t-shircie z kotem Garfieldem. Widząc matkę, natychmiast wzuł kapcie. Anna w pierwszej chwili chciała podejść do okna i szeroko je otworzyć. Nienawidziła zaduchu. Zimno, chłodny wiatr – to utrzymywało ją w formie. W stanie koncentracji. Wyśmiałaby każdego, kto by powiedział, że się umartwia. Była dużą, silną kobietą, typem skandynawskim. Inaczej niż Kuba… Kiedy była nie w sosie (rzadko, za to zawsze po drinku) zastanawiała się, czy jakiś troll nie zaklął jej syna, tak jak trolle zaklinają szczenięta. Kuba wrodził się w dziadka i w ojca. W dwóch mężczyzn, którzy przeorali Annie życie wszerz i wzdłuż. Miał gęste czarne włosy dziadka Andrzeja i jego ciemne oczy. Usta, kształt podbródka były natomiast maską zdartą z biologicznego ojca. Podobnie nadgarstki, ramiona, nawet stopy. Anna musiała nauczyć się patrzeć na nie bez złości.

– Jak minął dzień? – zapytał Kuba tonem, jakim dziecko naśladuje dorosłego.

– Bywało lepiej. – Poszła do łazienki umyć twarz. Stał w progu i patrzył, jak ignoruje tonik sięgając po kostkę mydła. Obserwował matkę przenosząc ciężar ciała z palców na pięty. Z pięt na palce.

– Żadnej telewizji, komputera ani pizzy – powiedziała sięgając po ręcznik.

Pokiwał głową, choć nie mogła tego zobaczyć.

– Nadal mi nie powiesz, o co poszło?

– Mamo.

– Musiałeś uderzyć tego chłopca akurat na matematyce? – Jakie niedorzeczne pytanie.

– Z matematyki jestem dobry. – Ukryła uśmiech. Dzieci i ich obraz świata. „Zło wynika z okoliczności”. – Pomóc ci przy kolacji?

– Tylko nie baw się nożem.

Sięgnął po chleb tostowy, a matka otworzyła lodówkę. Na osobnych półkach leżały wędliny i sery. Kuba był wegetarianinem. Na drzwiach zamrażalki przyczepił magnes z rysunkiem cielątka i napisem „Kochasz. Nie jedz”. Anna konsekwentnie ignorowała ten komunikat. Jej świat należał do drapieżników.

Telewizor milczał.

– Joss Stone czy Ayo? – Kuba pomachał płytami kompaktowymi. Wciąż czuł się niepewnie, inaczej próbowałby przeforsować Evenscean. Anna zastanawiała się, czy jest bardzo rozczarowany, że jego matka nie wygląda jak wokalistka tego zespołu. Drobna, blada driada, z czarnymi włosami do pośladków. A później przyszedł jej na myśl kompleks Edypa.

– Ayo.

– Mamo, nie chcę jechać na ferie do babci do Krakowa. Chcę jechać do dziadka do Łodzi.

– Ty naprawdę lubisz ranić ludzi.

– Nie, mamo. Możemy powiedzieć babci, że jestem chory albo coś. Wymyślić jakieś alibi.

– Kuba!

– Ja naprawdę nie mogę tam teraz pojechać! – Trzasnął talerzem.

– Ale dlaczego?

– Bo to mama ojca!

– O to pokłóciłeś się z kolegą? O ojca?

Znowu dopadłyją wyrzuty sumienia. Znane wszystkim samotnym matkom. „Gdybym ja. Gdyby on. Gdybyśmy.”

– Dobrze, zadzwonię do dziadka.

– Super!

– Pod warunkiem, że pogadamy poważnie po powrocie.

– Stoi.

– A teraz idź do swojego pokoju. Idź do pokoju, bo chcę włączyć telewizor. I trzymaj się z daleka od komputera.

Spis treści

Wstęp

Tekst

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dziewczyny chcą się zabawić (t.1) Siostry Strzeż się psa Cichy Zabójca Ciotka małych dziewczynek Żona rzeźnika 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer