Doktor Murek zredukowany

Doktor Murek zredukowany

Autorzy: Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Wydawnictwo: Liber Electronicus

Kategorie: Klasyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 368

cena od: 4.60 zł

Doktor Murek zredukowany to jedna z bardziej znanych powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza.

Tytułowy bohater - doktor praw Franciszek Murek - zostaje zwolniony z pracy na skutek bezpodstawnego oskarżenia. Nie mogąc odnaleźć się w pełnym cynizmu świecie, popada w skrajną nędzę i staje się bezdomny...

nbsp;

Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Doktor Murek zredukowany

Wersja demonstracyjna

Projekt okładki

Witold Dąbrowski

ISBN: 978-83-63720-69-8

Wydawnictwo: Liber Electronicus

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział I

Doktor Murek stanowczym gestem złożył papiery i wstał. Dalszą rozmowę uważał za stratę czasu, a zresztą z trudem panował nad nerwami.

— Pan wybaczy – rozłożył ręce – ale ustawa o samorządzie nie przewiduje tu najmniejszych wyjątków. Przetarg będzie ogłoszony w połowie października i cieszyłbym się, gdyby pańska oferta zyskała pierwsze miejsce.

Mówił nieprawdę i nawet nie próbował tych konwencjonalnych słów osłodzić uprzejmością tonu. Cieszyłby się właśnie z porażki Junoszyca. W tej chwili nienawidził go całą duszą. Z jakąż rozkoszą cisnąłby mu w ten uśmiechnięty pysk jego papierami, listami polecającymi i tą elegancką teczką, pokrytą monogramami, koronami, herbami.

I to wcale nie za obrzydliwy ton Junoszyca wobec panny Horzeńskiej. Po prostu dlatego, że w Junoszycu czuł aferzystę, że jego spokojny cynizm i nonszalanckie maniery pomimo wszystko były poprawne. Że lekceważenie, z jakim się odnosił do niego, do doktora Murka, zawierało jednak wszelkie pozory szacunku.

I teraz z całą swobodą Junoszyc poprawił się na fotelu.

— Chwileczkę, panie doktorze – zaczął swoim niskim, dźwięcznym głosem, z salonowym uśmiechem, jakby nie zauważył urzędowego tonu Murka – chwileczkę. Przykro mi, że pana zatrzymuję, jednakże sądzę, że znajdziemy jakieś wygodne wyjście z sytuacji. Towarzystwo Asfaltowe...

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział II

Do Izby Skarbowej przyjęto trzech nowych urzędników. Dyrekcja poczt rozpisała konkurs na jedno z kontraktowych stanowisk, przy czym od kandydatów żądano ukończenia studiów prawniczych. Dyrekcja robot publicznych zaangażowała cztery osoby. O wszystkich tych wolnych miejscach doktor Franciszek Murek dowiedział się w porę i wszędzie złożył podania. Wszędzie na próżno, chociaż o ile przez znajomych został poinformowany – jego kwalifikacje w wielu wypadkach były najlepsze. W ciągu pierwszych kilku tygodni nie przejmował się tym zbytnio. Sam przecie, zajmując jedno z kierowniczych stanowisk w magistracie, miał nieraz powód do narzekania na brak wykształconych, dzielnych i godnych zaufania pracowników. Wyrobił sobie nawet dość ujemne zdanie o bezrobociu wśród inteligencji.

— Ci ludzie albo nie umieją, albo nie chcą pracować – mawiał nieraz, gdy naciskał go kierownik pośrednictwa pracy w związku byłych działaczy niepodległościowych, inżynier Weicht.

Teraz, kiedy musiał sam się u niego zarejestrować, czuł się trochę nieswojo. Tym bardziej że wkrótce po magistrackiej dymisji w związku zaproponowano mu, by ustąpił z zarządu, a to dla dobra zrzeszonych. Wbrew zapewnieniom Murka, uważano tu, że jego udział w zarządzie będzie nie w smak prezydentowi Niewiarowiczowi. Nie upierał się. Wyszedł z posiedzenia obrażony. Postąpił jednak źle. Za przykładem bowiem związku poszły niemal wszystkie organizacje, do których należał. Nawet Bezpartyjne Zjednoczenie Pracy Państwowej, gdzie był bodaj najczynniejszym członkiem. Wyzyskano tu małą nieformalność: nie wpłacił w porę składki członkowskiej i został skreślony, chociaż niemal wszyscy z wpłatami zalegali po pół roku lub dłużej.

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział III

Pani Bożyńska spojrzała na siostrzenicę podejrzliwie i wypuszczając nosem kłęby dymu, powiedziała bez nacisku:

— Nie chciałabym cię martwić, droga Niro, ale o tym panu Junoszycu słyszałam bardzo rozmaite zdania.

Nira podniosła brwi.

— Rozmaite?... Zatem i dodatnie. Cóż, kochana ciociu, to już dobrze. Ludzie o nikim życzliwie nie mówią.

— Tak, kochanie. Jednak dobrze jest wiedzieć przynajmniej coś o człowieku, którego się przyjmuje. Sama rozumiesz, że żadnej z moich przyjaciółek nie wystarczy mgliste określenie: „pan który robi interesy”. Nazwisko ma przyzwoite, ale na Podolu, o którym wspominał, nikt Junoszyców nie zna.

Nira znowu zerknęła na zegarek i wstała zniecierpliwiona.

— Ach, ciociu, więc poproś go o przedstawienie dowodu osobistego. Powtarzam ci, że u nas przyjmowany był w najlepszych domach. Sama zresztą powiedziałaś, że jest „bardzo dobrze”.

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział IV

Murek oparł się o latarnię i czekał, aż w oknach na pierwszym piętrze zapaliły się światła. Nałożył kapelusz i z wolna ruszył w stronę Placu Teatralnego. Na zegarze ratuszowym było już wpół do jedenastej. Należało przyspieszyć kroku, by zdążyć przed zamknięciem bramy. Nie usłyszałby wprawdzie od starego Niecki żadnego złego słowa, ale nie lubił korzystać z cudzej grzeczności nad miarę. Do Leszna zaś był kawał drogi.

Pan Niecka z żoną i zięciem siedzieli na ławeczce przed swoją bramą. Przy nich, jak zwykle w święto, przystanęło kilka osób pogadać. Młodsza córka Niecki gziła się i chichotała ze swoim kawalerem, czeladnikiem ślusarskim z naprzeciwka. Jego szeroko wyłożony à la Słowacki kołnierz koszuli i połyskujący brylantyną przedziałek Murek rozpoznał już z daleka.

— Dobry wieczór – powiedział, uchylając kapelusza. – A upał jakby zelżał.

— A jakby – odpowiedział Niecka.

— Może pan lodów zafundujesz – odezwał się elegant – pannę Julcię trochę podstudzić?

— Nie bądź taki mądry – zażartował zięć dozorcy – sam ją przygrzewasz, to i sam podstudź.

— I owszem – nie dał się stropić kawaler – dlaczego nie. Ja się mogę dołożyć do tych lodów...

Zrobił efektowną pauzę i dodał:

— ...z gębą.

Wszyscy zaśmiali się, a Murek zapytał dozorcę:

— A do mieszkania można?

— A można.

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział V

Silna była zima tego roku. Po mroźnym grudniu i styczniu przyszedł luty niebywale śnieżny. Od południa nadciągnęły ciężkie grube chmury i rozwiesiły się na niebie nieruchome, a z nich dniami i nocami bez ustanku sypał śnieg.

Na dachach kamienic powyrastały kopiaste papachy, drzewa w skwerach i w ogródkach przysiadły w śniegu aż po gałęzie. Wzdłuż ulic wznosiły się z każdym dniem wyższe białe piramidy, przez jezdnie rankiem brnęło się niemal po kolana w suchym śniegu. Miasto wyglądało czysto, zacisznie i wesoło. Ale rósł w nim niepokój. Wielki brzuch miasta zaczął odczuwać próżnię. Brzuch, który pochłania dziennie setki tysięcy ton chleba i mięsa, mleka i masła, węgla i drzewa, całe pociągi najrozmaitszych towarów, całe tabory żywności, nie mógł już otrzymywać regularnie swoich porcji. Cały organizm stolicy począł odczuwać brak pokarmu. Z okien sklepów znikały produkty, a na tych, które jeszcze zostały, ceny rosły i rosły.

Terkotały niecierpliwie aparaty telegrafu, po drutach telefonicznych biegły rozkazy za rozkazami, stacja radiowa wysyłała depesze:

— Oczyścić arterie dowozowe.

Ale niewiele to pomagało. Drogi, trakty i szosy zawiało tak, że o przekopaniu się przez potężne zaspy, przez garbate kurhany nie mogły marzyć nawet najsilniejsze ciężarówki. Koleje zasypało tak, że gdyby nie szpalery słupów telegraficznych, nie wiedziałbyś nawet, że pod tą białą falistą przestrzenią jest grunt twardy, a na nim tory i szyny. Grzęzły w zaspach pociągi, potężne lokomotywy na próżno wytężały swe stalowe ścięgna i wpierały się gorącą piersią w nieustępliwy puch, złożony z drobnych kropelek zamarzniętej wody, puch tak nikły, że rozpływał się w palcach, a przecież nie do pokonania. Ze świstem i warkotem pracowały pługi śnieżne, mozolnie zdobywając metr po metrze wolny teren. Wgryzały się w wysokie sypkie pagórki, żłobiąc w nich korytarze, i po kilku minutach swobodnego biegu wbijały się w następny kurhan. Aż ustawały zziajane.

Z okolicznych wiosek, położonych o pięć, dziesięć i więcej kilometrów od toru, werbowano chłopów. Szli gromadnie i chętnie, radzi niespodziewanej okazji zarobku, dzięki któremu będzie na naftę, na sól do strawy, na zapałki, słowem na te zbytki, których od paru lat już nie znali. Stawali rzędami, człowiek przy człowieku, i aż furczały łopaty, a ludzie spoceni, zgrzani i weseli przerzucali się żartobliwymi okrzykami, pokpiwając sobie z zarozumiałych potężnych maszyn, które ugrzęzłyby tu na amen, gdyby nie chłopskie ręce i zwykłe łopaty.

A w żartach tych, w tych pośmieszkach nie było ani złośliwości, ani nienawiści, ani żółci. Ot, zwyczajna chłopska wesołość, jednako rodząca się w gromadzie, czy to przy pracy, czy przy zabawie, pogodna i świeża jak wszystko to, co z ziemi wyrasta i jej sokami żyje.

Na wszystkich liniach kolejowych, promieniście zbiegających się w stolicy, raźno szła robota i szybko, a przecież dla Warszawy za wolno. Niecierpliwiło się miasto, wyglądając z godziny na godzinę dopływu swojej paszy. A tymczasem na odległych o setki kilometrów stacjach wyczekiwały długie czerwone gąsienice pociągów, ciężkie ładunkiem i same grzęznące w śniegu.

Dostępne w wersji pełnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Znachor Kariera Nikodema Dyzmy Kariera Nikodema Dyzmy Znachor Drugie życie doktora Murka Doktor Murek zredukowany