Potop - The Deluge. An Historical Novel of Poland, Sweden, and Russia

Potop - The Deluge. An Historical Novel of Poland, Sweden, and Russia

Autorzy: Henryk Sienkiewicz

Wydawnictwo: Armoryka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 11.05 zł

Henryk Sienkiewicz: Potop - The Deluge. An Historical Novel of Poland, Sweden, and Russia. Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. A dual Polish-English language edition.

Potop - druga z powieści tworzących Trylogię Henryka Sienkiewicza wydana w 1886 roku (pozostałe części to Ogniem i mieczem i Pan Wołodyjowski), opowiadająca o potopie szwedzkim z lat 1655-1660. Głównym bohaterem powieści jest młody chorąży orszański Andrzej Kmicic, który przybywa na Laudę, aby zgodnie z testamentem Herakliusza Billewicza poślubić jego wnuczkę Aleksandrę Billewiczównę. W tym też momencie rozpoczyna się powieść. Akcja przedstawia okres z lat 1655-1657. Zaręczony z Oleńką Billewiczówną chorąży Andrzej Kmicic opowiada się początkowo po stronie Radziwiłłów - potężnego rodu magnackiego wspierającego Szwedów w ich najeździe na Rzeczpospolitą. Uznany przez szlachtę i narzeczoną za zdrajcę, postanawia się zrehabilitować. Pod przybranym nazwiskiem - Babinicz - bierze udział w obronie Jasnej Góry, własną piersią osłania króla Jana Kazimierza przed wrogami i bohatersko walczy z nieprzyjacielem do zakończenia wojny.

The Deluge (Polish: Potop) is a historical novel by the Polish author Henryk Sienkiewicz, published in 1886. It is the second volume of a three-volume series known to Poles as "the Trilogy," having been preceded by With Fire and Sword (Ogniem i mieczem, 1884) and followed by Fire in the Steppe (Pan Wołodyjowski, 1886). The novel tells a story of a fictional Polish-Lithuanian Commonwealth soldier and noble Andrzej Kmicic and shows a panorama of the Polish-Lithuanian Commonwealth during the historical Deluge which was a part of the Northern Wars.
Henryk Sienkiewicz

Potop

The Deluge. An Historical Novel of Poland, Sweden, and Russia

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej

A dual Polish-English language edition

From English into Polish translated by Jeremiah Curtin

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: January Suchodolski (1797-1875), Obrona Jasnej Góry 1655

(licencja public domain), źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Jasna_Góra_1655.jpg

(This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights).

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-183-0

Potop

Tom I

Wstęp

Był na Żmudzi ród możny Billewiczów, od Mendoga się wywodzący, wielce skoligacony i w całym Rosieńskiem nad wszystkie inne szanowany. Do urzędów wielkich nigdy Billewiczowie nie doszli, co najwięcej powiatowe piastując, ale na polu Marsa niepożyte krajowi oddali usługi, za które różnymi czasami hojnie bywali nagradzani. Gniazdo ich rodzinne istniejące do dziś zwało się także Billewicze, ale prócz nich posiadali wiele innych majętności i w okolicy Rosień, i dalej ku Krakinowu, wedle Laudy, Szoi, Niewiaży – aż hen, jeszcze za Poniewieżem. Potem rozpadli się na kilka domów, których członkowie potracili się z oczu. Zjeżdżali się wszyscy wówczas tylko, gdy w Rosieniach, na równinie zwanej Stany, odbywał się popis pospolitego ruszenia żmudzkiego. Częściowo spotykali się także pod chorągwiami litewskiego komputu i na sejmikach, a że byli zamożni, wpływowi, więc liczyć się z nimi musieli sami nawet wszechpotężni na Litwie i Żmudzi Radziwiłłowie.

Za panowania Jana Kazimierza patriarchą wszystkich Billewiczów był Herakliusz Billewicz, pułkownik lekkiego znaku, podkomorzy upicki. Ten nie mieszkał w gnieździe rodzinnym, które dzierżył pod owe czasy Tomasz, miecznik rosieński; zaś do Herakliusza należały Wodokty, Lubicz i Mitruny, leżące w pobliżu Laudy naokół jakoby morzem ziemiami drobnej szlachty oblane.

Prócz Billewiczów bowiem kilka było tylko większych domów w okolicy, jako Sołłohuby, Montwiłłowie, Schyllingowie, Koryznowie, Sicińscy (choć i drobnej braci tychże nazwisk nie brakło), zresztą całe porzecze Laudy usiane było gęsto tak zwanymi „okolicami” albo mówiąc zwyczajnie: zaściankami zamieszkałymi przez sławną i głośną w dziejach Żmudzi szlachtę laudańską.

W innych okolicach kraju rody brały nazwę od zaścianków albo zaścianki od rodów jako bywało na Podlasiu; tam zaś, wzdłuż laudańskiego porzecza, było inaczej. Tam mieszkali w Morezach Stakjanowie, których swego czasu Batory osadził za męstwo okazane pod Pskowem. W Wołmontowiczach na dobrej glebie roili się Butrymowie, najdłuższe chłopy z całej Laudy, słynni z małomówności i ciężkiej ręki, którzy czasu sejmików, zajazdów lub wojen murem w milczeniu iść zwykli. Ziemie w Drożejkanach i Mozgach uprawiali liczni Domaszewiczowie, słynni myśliwi; ci puszczą Zielonką aż do Wiłkomierza tropem niedźwiedzim chadzali. Gasztowtowie siedzieli w Pacunelach; panny ich słynęły pięknością, tak iż w końcu wszystkie gładkie dziewczęta w okolicy Krakinowa, Poniewieża i Upity pacunelkami nazywano. Sołłohubowie Mali byli bogaci w konie i bydło wyborne, na leśnych pastwiskach hodowane; zaś Gościewicze w Goszczunach smołę w lasach pędzili, od którego zajęcia zwano ich Gościewiczami Czarnymi albo Dymnymi.

Było i więcej zaścianków, było i więcej rodów. Wielu z nich nazwy istnieją jeszcze, ale po większej części i zaścianki nie leżą tak, jak leżały, i ludzie innymi w nich imionami się wołają. Przyszły wojny, nieszczęścia, pożary, odbudowywano się nie zawsze na dawnych pogorzeliskach, słowem: zmieniło się wiele. Ale czasu swego kwitnęła jeszcze stara Lauda w pierwotnym bycie i szlachta laudańska do największej doszła wziętości, gdyż przed niewielą laty, czyniąc pod Łojowem przeciw zbuntowanemu kozactwu, wielką się sławą pod wodzą Janusza Radziwiłła okryła.

Służyli zaś wszyscy laudańscy w chorągwi starego Herakliusza Billewicza; więc bogatsi jako towarzysze na dwa konie, ubożsi na jednego, najubożsi w pocztowych. W ogóle szlachta to była wojenna i w zawodzie rycerskim szczególnie rozmiłowana. Natomiast na tych sprawach, które zwykłą materię sejmików stanowiły, mniej się znali. Wiedzieli, że król jest w Warszawie, Radziwiłł i pan Hlebowicz, starosta, na Żmudzi, a pan Billewicz w Wodoktach na Laudzie. To im wystarczało i głosowali tak, jak ich pan Billewicz nauczył, w przekonaniu, że on tego chce, czego i pan Hlebowicz, ten znów z Radziwiłłem idzie w ordynku, Radziwiłł jest ręką królewską na Litwie i Żmudzi, król zaś małżonkiem Rzeczypospolitej i ojcem rzeszy szlacheckiej.

Pan Billewicz był zresztą więcej przyjacielem niż klientem potężnych oligarchów na Birżach – i to wielce cenionym, bo na każde zawołanie miał tysiąc głosów i tysiąc szabel laudańskich, a szabel w rękach Stakjanów, Butrymów, Domaszewiczów lub Gasztowtów nie lekceważył jeszcze w tym czasie nikt w świecie. Później dopiero zmieniło się wszystko, właśnie wówczas, gdy pana Herakliusza Billewicza nie stało.

Nie stało zaś tego ojca i dobrodzieja szlachty laudańskiej w roku 1654. Rozpaliła się wówczas wzdłuż całej wschodniej ściany Rzeczypospolitej straszna wojna. Pan Billewicz już na nią nie poszedł, bo nie pozwolił mu na to wiek i głuchota, ale laudańscy poszli. Owóż, gdy przyszła wieść, że Radziwiłł pobity został pod Szkłowem, a laudańska chorągiew w ataku na najemną piechotę francuską prawie w pień wycięta – stary pułkownik, rażony apopleksją, duszę oddał.

Wieść tę przywiózł niejaki pan Michał Wołodyjowski, młody, ale bardzo wsławiony żołnierz, któren w zastępstwie pana Herakliusza laudańskim z ramienia Radziwiłła przewodził. Resztki ich przybyły także do zagród ojczystych, znękane, pognębione, zgłodzone i śladem całego wojska na hetmana wielkiego narzekające, że ufny w grozę swego imienia, w urok zwycięzcy, z małą siłą na dziesięćkroć liczniejszą potęgę się rzucił, a przez to pogrążył wojsko, kraj cały.

Lecz wśród ogólnych narzekań ani jeden głos nie podniósł się przeciw młodemu pułkownikowi, panu Jerzemu Michałowi Wołodyjowskiemu. Owszem, ci, co uszli z pogromu, wysławiali go pod niebiosa, cuda opowiadając o jego doświadczeniu wojskowym i czynach. I jedyną to było pociechą dla laudańskich niedobitków wspominać o przewagach, których pod przewodem pana Wołodyjowskiego dokonali: jako w ataku przebili się niby przez dym przez pierwsze kupy pośledniejszego żołnierza; jak potem na francuskich najemników wpadłszy, cały regiment najprzedniejszy w puch na szablach roznieśli, przy czym pan Wołodyjowski własną ręką ściął tegoż regimentu oberszta; jako na koniec, otoczeni i w cztery ognie wzięci, salwowali się po desperacku z zamętu, gęstym trupem padając i nieprzyjaciela łamiąc.

Słuchali z żalem, ale i dumą owych opowiadań ci z laudańskich, którzy wojskowo w kompucie litewskim nie służąc, obowiązani byli tylko w pospolitym ruszeniu stawać. Spodziewano się też powszechnie, że pospolite ruszenie, ostateczna kraju obrona, wkrótce zostanie zwołane. Była już z góry umowa, że w takim razie pan Wołodyjowski zostanie obrany laudańskim rotmistrzem, bo choć się do miejscowego obywatelstwa nie liczył, nie było odeń między miejscowym obywatelstwem sławniejszego. Niedobitkowie mówili jeszcze o nim, że samego hetmana z toni wyrwał. Toteż cała Lauda na ręku go prawie nosiła, a okolica wydzierała okolicy. Kłócili się zwłaszcza Butrymi, Domaszewicze i Gasztowtowie, u których ma zostać najdłużej gościną. On zaś tak sobie ową bitną szlachtę upodobał, że gdy okruchy wojsk radziwiłłowskich ciągnęły do Birż, by tam jako tako po klęsce przyjść do sprawy – on z innymi nie odszedł, ale jeżdżąc z zaścianku do zaścianku, w Pacunelach u Gasztowtów wreszcie stałą rezydencję założył, u pana Pakosza Gasztowta, który nad wszystkimi w Pacunelach miał zwierzchność.

Co prawda nie mógłby był pan Wołodyjowski żadną miarą do Birż jechać, gdyż zachorował obłożnie: naprzód przyszły nań złe gorączki, potem od kontuzji, którą był pod Cybichowem jeszcze otrzymał, odjęło mu prawą rękę. Trzy panny Pakoszówny, słynne z urody pacunelki, wzięły go w czułą opiekę i poprzysięgły tak sławnego kawalera do pierwotnego zdrowia doprowadzić, szlachta zaś, kto żyw był, zajęła się pogrzebem dawnego swego wodza, pana Herakliusza Billewicza.

Po pogrzebie otwarto testament nieboszczyka, z którego pokazało się, iż stary pułkownik dziedziczką całej fortuny, z wyjątkiem wsi Lubicza, uczynił wnuczkę swą Aleksandrę Billewiczównę, łowczankę upicką, opiekę zaś nad nią, dopóki by za mąż nie poszła, powierzył całej szlachcie laudańskiej.

„…Którzy, jako mnie życzliwymi byli (głosił testament) i miłością za miłość płacili, niechże i sierocie tak będą, a w tych czasiech zepsucia i przewrotności, gdy przed swawolą i złością ludzką nikt bezpieczen ani próżen bojaźni być nie może – niechaj sieroty przez pamięć moją od przygody strzegą.

Baczyć także mają, aby fortuny w bezpieczności zażywała z wyjątkiem wsi Lubicza, którą panu Kmicicowi, młodemu chorążemu orszańskiemu, dawam, darowuję i zapisuję, aby w tym przeszkody jakiej nie miał. Kto by zaś się tej przychylności mojej dla W-nego Andrzeja Kmicica dziwował albo w tym krzywdę wnuczki mojej urodzonej Aleksandry upatrywał, wiedzieć ma i powinien, iżem od ojca urodzonego Jędrzeja Kmicica, jeszcze z młodych lat aż do dnia śmierci, przyjaźni i zgoła braterskiego afektu doznawał. Z którym wojny odprawowałem i życie mi po wielekroć ratował, a gdy złość i invidia panów Sicińskich wydrzeć mi fortunę chciały – i do niej mi dopomógł. Tedy ja, Herakliusz Billewicz, podkomorzy upicki, a razem grzesznik niegodny, przed srogim sądem bożym dziś stojący, przed czterema laty (żyw jeszcze i nogami po nizinie ziemskiej chodząc) do pana Kmicica ojca, miecznika orszańskiego, się udałem, aby wdzięczność i przyjaźń stateczną ślubować. Tamże za wspólną zgodą postanowiliśmy obyczajem dawnym szlacheckim i chrześcijańskim, że dzieci nasze, a mianowicie syn jego Andrzej z wnuczką moją Aleksandrą, łowczanką, stadło uczynić mają, aby z nich potomstwo na chwałę bożą i pożytek Rzeczypospolitej wyrosło. Czego sobie najmocniej życzę i wnuczkę moją Aleksandrę do posłuszeństwa tu wypisanej woli obowiązuję, chybaby pan chorąży orszański (czego Bóg nie daj) szpetnymi uczynkami sławę swą splamił i bezecnym był ogłoszony. A jeśliby substancję swą rodzinną utracił, co przy tamtej ścianie wedle Orszy łacnie zdarzyć się może, tedy go ma pod błogosławieństwem za męża mieć, choćby też i od Lubicza odpadł, nic na to nie zważać.

Wszelako jeśliby za szczególną łaską Boga wnuczka moja chciała na chwałę Jego panieństwo swe ofiarować i zakonny habit przywdziać, tedy wolno jej to uczynić, albowiem chwała boża przed ludzką iść powinna…”

W taki to sposób rozporządził fortuną i wnuczką pan Herakliusz Billewicz, czemu nikt się bardzo nie dziwił. Panna Aleksandra z dawna wiedziała, co ją czeka, i szlachta z dawna o przyjaźni między Billewiczem a Kmicicami słyszała – zresztą umysły w czasach klęski czym innym były zajęte, tak że wkrótce i mówić o testamencie przestano.

Mówiono tylko o Kmicicach nieustannie we dworze w Wodoktach, a raczej o panu Andrzeju, bo stary miecznik nie żył już także. Młodszy pod Szkłowem z własną chorągiewką i orszańskimi wolentarzami stawał. Później zniknął z oczu, ale nie przypuszczano, żeby zginął, gdyż śmierć tak znacznego kawalera pewnie by nie uszła niepostrzeżenie. Familianci to bowiem byli w Orszańskiem Kmicice i panowie znacznych fortun, ale tamte strony płomień wojny zniszczył. Powiaty i ziemie całe zmieniały się w głuche pola, kruszyły się fortuny, ginęli ludzie. Po złamaniu Radziwiłła nikt już silniejszego oporu nie dawał. Gosiewski, hetman polny, sił nie miał; koronni hetmanowie wraz z wojskami na Ukrainie ostatkiem wojsk walczyli i wspomóc go nie mogli, również jak i Rzeczpospolita przez wojny kozackie wyczerpana. Fala zalewała kraj coraz dalej, gdzieniegdzie tylko o warowne mury się odbijając, ale i mury padały jedne za drugimi, jak upadł Smoleńsk. Województwo smoleńskie, w którym leżały fortuny Kmiciców, uważano za stracone. W powszechnym zamieszaniu, w powszechnej trwodze rozproszyli się ludzie jak liście wichrem rozegnane i nikt nie wiedział, co się z młodym chorążym orszańskim stało.

Ale że do starostwa żmudzkiego wojna jeszcze nie doszła, ochłonęła z wolna szlachta laudańska po klęsce szkłowskiej. „Okolice” poczęły się zjeżdżać i naradzać tak o rzeczy publicznej, jak o sprawach prywatnych. Butrymowie, najskorsi do boju, przebąkiwali, że trzeba będzie na congressus pospolitego ruszenia do Rosień jechać, a potem do Gosiewskiego, by pomścić szkłowską przegraną; Domaszewicze Myśliwi poczęli się zapuszczać lasami, Puszczą Rogowską, aż pod zastępy nieprzyjacielskie, wieści z powrotem przywożąc; Gościewicze Dymni w dymach mięso na przyszłą wyprawę wędzili. W sprawach prywatnych postanowiono bywałych i doświadczonych ludzi na odszukanie pana Andrzeja Kmicica posłać.

Składali owe rady starsi laudańscy pod przewodem Pakosza Gasztowta i Kasjana Butryma, dwóch patriarchów okolicznych – wszystka zaś szlachta, której ufność, jaką w niej położył zmarły pan Billewicz, wielce pochlebiła, poprzysięgła sobie wiernie stać przy literze testamentu i pannę Aleksandrę prawie rodzicielską opieką otoczyć. Toteż gdy czasu wojny, nawet w stronach, do których wojna nie doszła, zrywały się niesnaski i zawichrzenia, na brzegach Laudy wszystko pozostało spokojnie. Żadnych dyferencji nie podniesiono, nie było żadnego worywania się w granice majętności młodej dziedziczki; nie poprzesypywano kopców, nie wycięto cechowanych sosen na rubieżach lasów, nie zajechano pastwisk. Owszem, wspomagano zasobną samą przez się dziedziczkę, czym która „okolica” mogła. Więc Stakjanowie nadrzeczni dosyłali ryby solonej, z Wołmontowicz od mrukliwych Butrymów przychodziły zboża, siano od Gasztowtów, zwierzyna od Domaszewiczów Myśliwych, smoła i dziegieć od Gościewiczów Dymnych. O pannie Aleksandrze nikt inaczej w zaściankach nie mówił, jak „nasza panna”, a piękne pacunelki wyglądały pana Kmicica bogdaj tak samo niecierpliwie jak i ona.

Tymczasem przyszły wici zwołujące szlachtę – więc poczęto ruszać się na Laudzie. Kto z pacholęcia wyrósł na męża, kogo nie pochylił wiek, ten na koń siadać musiał. Jan Kazimierz przybył do Grodna i tam miejsce jeneralnego zbioru naznaczył. Tam też ciągnięto. Ruszyli w milczeniu pierwsi Butrymowie, za nimi inni, a Gasztowtowie na ostatku, jak zawsze czynili, bo im od pacunelek żal było odjeżdżać. Szlachta z innych stron kraju w małej tylko stawiła się liczbie i kraj pozostał bez obrony, ale Lauda pobożna stanęła w całości.

Pan Wołodyjowski nie ruszył, bo nie mógł jeszcze ręką władać, więc właśnie jakoby wojski między pacunelkami pozostał. Opustoszały „okolice” i jeno starcy z białogłowami zasiadali wieczorem przy ogniskach. Cicho było w Poniewieżu i Upicie – czekano wszędy na nowiny.

Panna Aleksandra również zamknęła się w Wodoktach, nikogo prócz sług i swych opiekunów laudańskich nie widując.

Rozdział I

Przyszedł nowy rok 1655. Styczeń był mroźny, ale suchy; zima tęga przykryła Żmudź świętą grubym na łokieć białym kożuchem; lasy gięły się i łamały pod obfitą okiścią, śnieg olśniewał oczy w dzień przy słońcu, a nocą przy księżycu migotały jakoby iskry niknące po stężałej od mrozu powierzchni; zwierz zbliżał się do mieszkań ludzkich, a ubogie, szare ptactwo stukało dziobami do szyb szedzią i śnieżnymi kwiatami okrytych.

Pewnego wieczora siedziała panna Aleksandra w izbie czeladnej wraz z dziewczętami dworskimi. Dawny to był zwyczaj Billewiczów, że gdy gości nie było, to z czeladzią spędzali wieczory, śpiewając pieśni pobożne i przykładem swym prostactwo budując. Tak też czyniła i panna Aleksandra, a to tym łacniej, że między jej dziewkami dworskimi same były prawie szlachcianki, sieroty bardzo ubogie. Te robotę wszelką, choćby najgrubszą, spełniały i przy paniach służebnymi były, a w zamian za to ćwiczyły się w obyczajności, lepszego doznając od prostych dziewek traktowania. Były jednak między nimi i chłopki, mową głównie się różniące, bo wiele z nich po polsku nie umiało.

Panna Aleksandra wraz z krewną swą panną Kulwiecówną siedziały w pośrodku, a dziewczęta po bokach na ławach; wszystkie kądziel przędły. Na potężnym kominie ze zwieszonym okapem paliły się kłody sosnowe i karpy, to przygasając, to znów strzelając jasnym, wielkim płomieniem lub skrami, w miarę jak stojący wedle komina wyrostek przyrzucał drobniejszych brzeźniaków i łuczywa. Gdy płomień strzelił jaśniej, widać było ciemne drewniane ściany ogromnej izby z nadzwyczaj niskim, belkowanym sufitem. U belek wisiały na niciach różnokolorowe gwiazdki uczynione z opłatków, kręcące się w cieple, a zza belek wyglądały motki czesanego lnu, zwieszające się na obie strony jakby tureckie zdobyczne buńczuki. Cały niemal pułap był nimi założony. Po ścianach ciemnych błyszczały jakoby gwiazdy statki cynowe, większe i mniejsze, stojące lub poopierane na długich półkach dębowych.

W głębi, przy drzwiach, kudłaty Żmudzin huczał gwałtownie żarnami, mrucząc pod nosem pieśń monotonną, panna Aleksandra przesuwała w milczeniu paciorki różańca, prządki przędły, nic jedna do drugiej nie mówiąc.

Światło płomienia padało na ich młode, rumiane twarze, one zaś z rękoma wzniesionymi ku kądzielom, lewą podszczypując len miękki, prawą kręcąc wrzeciona, przędły gorliwie jakby na wyścigi, surowymi spojrzeniami panny Kulwiecówny podniecane. Czasem też spoglądały na się bystrymi oczkami, a czasem na pannę Aleksandrę jakby w oczekiwaniu, rychło-li Żmudzinowi mleć zakaże i pieśń pobożną rozpocznie; ale z robotą nie ustawały i przędły, przędły; wiły się nici, warczały wrzeciona, migotały druty w ręku panny Kulwiecówny, a kudłaty Żmudzin w żarna huczał.

Chwilami jednak przerywał robotę, widocznie coś się w żarnach psuło, bo jednocześnie rozlegał się jego gniewny głos:

– Padłas!

Panna Aleksandra podnosiła głowę jakby rozbudzona ciszą, która następowała po okrzykach Żmudzina; wówczas płomień oświecał jej białą twarz i poważne, błękitne oczy patrzące spod brwi czarnych.

Była to urodziwa panna o płowych włosach, bladawej cerze i delikatnych rysach. Miała piękność białego kwiatu. Żałobna suknia dodawała jej powagi. Siedząc przed tym kominem, była tak w myślach pogrążona jak w śnie; zapewne nad dolą własną rozmyślała, gdyż losy jej były w zawieszeniu.

Testament przeznaczał ją na żonę człowieka, którego nie widziała od lat dziesięciu, a że dobiegała dopiero dwudziestu, więc pozostało jej tylko niejasne wspomnienie dziecinne jakiegoś burzliwego wyrostka, który za czasu swego pobytu z ojcem w Wodoktach więcej z rusznicą po bagnach latał, niż na nią patrzył.

„Gdzie on jest i jaki on jest teraz?” – oto pytania, które cisnęły się na myśl poważnej pannie.

Znała go wprawdzie jeszcze z opowiadań nieboszczyka podkomorzego, który na cztery lata przed śmiercią przedsięwziął był daleką i trudną podróż do Orszy. Otóż, wedle tych opowiadań, miał to być „wielkiej fantazji kawaler, choć gorączka okrutny”. Po owym układzie o małżeństwo dzieci, zawartym między starym Billewiczem a Kmicicem ojcem, miał ów kawaler przyjechać zaraz do Wodoktów akomodować się pannie; tymczasem wybuchła wielka wojna i kawaler zamiast do panny pociągnął na pola beresteckie. Tam postrzelon, leczył się w domu; potem ojca schorzałego i bliskiego śmierci pilnował; potem znów była wojna – i tak zeszły owe cztery lata. Teraz od śmierci starego pułkownika upłynął już kawał czasu, a o Kmicicu słuch przepadł.

Miała tedy o czym rozmyślać panna Aleksandra, a może tęskniła do nieznanego. W sercu czystym, właśnie dlatego, że jeszcze miłości nie zaznało, nosiła wielką gotowość do kochania. Iskry tylko trzeba było, żeby na tym ognisku rozpalił się płomień spokojny, ale jasny, równy, silny i jak znicz litewski nie gasnący.

Więc niepokój ogarniał ją, czasem luby, a czasem przykry, i dusza jej ciągle zadawała sobie pytania, na które nie było odpowiedzi, a raczej dopiero miała nadejść z pól dalekich. Więc pierwsze pytanie było: zali on z dobrej woli ją zaślubi i gotowością na jej gotowość do kochania odpowie? W owych czasach układy rodzicielskie o małżeństwo dzieci bywały rzeczą zwykłą, a dzieci, choćby po śmierci rodziców, związane pod błogosławieństwem dotrzymywały najczęściej układu. W samym więc zaswataniu jej nie widziała panienka nic nadzwyczajnego, ale że dobra wola nie zawsze z obowiązkiem chodzi w parze, więc i ta troska obciążyła płową główkę panny: „Czy on mnie pokocha?” I potem już stado myśli opadło ją, jak stado ptastwa opada drzewa samotnie na rozległych polach stojące: „Ktoś ty jest? Jakiś jest? Żyw chodzisz po świecie? Czy może już gdzie tam poległeś?… Dalekoś ty? Czy blisko?…” Otwarte serce panny jak drzwi otwarte na przyjęcie miłego gościa, mimo woli wołało ku dalekim stronom, ku lasom i polom śnieżnym nocą przykrytym: „Bywaj, junaku! Bo nie masz nic gorszego w świecie nad oczekiwanie!”

Wtem, jakby w odpowiedź wołaniu, z zewnątrz, właśnie z owych śnieżnych dalekości nocą pokrytych, doszedł głos dzwonka.

Panna drgnęła, lecz oprzytomniawszy, wnet przypomniała sobie, że to z Pacunelów przysyłano każdego prawie wieczora do apteczki po leki dla młodego pułkownika; myśl tę potwierdziła panna Kulwiecówna mówiąc:

– To od Gasztowtów po driakiew.

Nieregularny głos dzwonka targanego przy dyszlu brzmiał coraz wyraźniej; na koniec ucichł nagle, widocznie sanki zatrzymały się przed domem.

– Obacz, kto przyjechał – rzekła panna Kulwiecówna do obracającego żarna Żmudzina.

Żmudzin wyszedł z czeladnej, lecz po małej chwili pojawił się z powrotem i biorąc znów za drąg od żaren, rzekł z flegmą:

– Panas Kmitas.

– A słowo stało się ciałem! – wykrzyknęła panna Kulwiecówna.

Prządki zerwały się na równe nogi; kądziele i wrzeciona pospadały na ziemię.

Panna Aleksandra wstała także; serce jej biło jak młotem, na twarz występowały rumieńce, a po nich bladość; ale odwróciła się umyślnie od komina, żeby wzruszenia nie okazać.

Wtem we drzwiach pojawiła się wyniosła jakaś postać w szubie i czapce futrzanej na głowie. Młody mężczyzna postąpił na środek izby i poznawszy, że się znajduje w czeladnej, spytał dźwięcznym głosem, nie zdejmując czapki:

– Hej! A gdzie to wasza panna?

– Jestem – odpowiedziała dość pewnym głosem Billewiczówna.

Usłyszawszy to, przybyły zdjął czapkę, rzucił ją na ziemię i skłoniwszy się rzekł:

– Jam jest Andrzej Kmicic.

Oczy panny Aleksandry spoczęły błyskawicą na twarzy Kmicica, a potem znów wbiły się w ziemię; przez ten czas jednak zdołała panienka dojrzeć płową jak żyto, mocno podgoloną czuprynę, smagłą cerę, siwe oczy bystro przed się patrzące, ciemny wąs i twarz młodą, orlikowatą, a wesołą i junacką.

On się zaś w bok ujął lewą ręką, prawą do wąsa podniósł i tak mówił:

– Jeszczem w Lubiczu nie był, jeno tu ptakiem śpieszyłem do nóg panny łowczanki się pokłonić. Prosto z obozu mnie tu wiatr przywiał, daj Boże, szczęśliwy.

– Waćpan wiedziałeś o śmierci dziadusia podkomorzego? – spytała panna.

– Nie wiedziałem, alem go łzami rzewnymi opłakał, dobrodzieja mojego, gdym się o jego zgonie od owych szaraczków dowiedział, którzy z tych stron do mnie przybyli. Szczery to był przyjaciel, nieledwie brat mego nieboszczyka rodzica. Pewnie waćpannie wiadomo dobrze, że przed czterema laty aż pod Orszę do nas przybył. Wtedy mi to waćpannę obiecał i konterfekt pokazał, do którego po nocach wzdychałem. Byłbym tu wcześniej przyjechał, ale wojna nie matka: ze śmiercią jeno ludzi swata.

Zmieszała nieco panienkę ta śmiała mowa, więc chcąc ją na co innego odwrócić, rzekła:

– To waćpan jeszcze swojego Lubicza nie widział?

– Czas na to będzie. Tu pierwsze służby i droższy legat, który naprzód chciałbym odziedziczyć. Jeno mi się waćpanna tak od komina odwracasz, żem dotąd i w oczy spojrzeć nie mógł. Ot tak! Odwróć się waćpanna, a ja od komina zajdę! – Ot – tak!

To rzekłszy, śmiały żołnierz chwycił nie spodziewającą się takiego postępku Oleńkę za ręce i ku ognisku odwrócił, tak nią jak frygą zakręciwszy.

Ona zaś zmieszała się jeszcze bardziej i nakrywszy oczy długimi rzęsami, stała tak światłem i własną pięknością zawstydzona. Kmicic puścił ją wreszcie i uderzył się po kontuszu.

– Jak mi Bóg miły, rarytet! Dam na sto mszy po moim dobrodzieju, że mi cię zapisał. Kiedy ślub?

– Jeszcze nieprędko, jeszczem nie waćpana – odrzekła Oleńka.

– Ale będziesz, choćbym ten dom miał podpalić! Na Boga! Myślałem, że konterfekt pochlebiony, ale to, widzę, malarz wysoko mierzył, a chybił. Sto bizunów takiemu – i piece mu malować, nie one specjały, którymi oczy pasę. Miłoż to taki legat dostać, niech mnie kule biją!

– Dobrze nieboszczyk dziaduś mi powiadał, żeś waćpan gorączka.

– Tacy u nas wszyscy w Smoleńskiem, nie jak wasi Żmudzini. Raz-dwa! – I musi być, jak chcemy, a nie, to śmierć!

Oleńka uśmiechnęła się i rzekła już pewniejszym głosem, podnosząc na kawalera oczy:

– Ej! To chyba Tatarzy u was mieszkają?

– Wszystko jedno! A waćpanna moją jesteś z woli rodziców i po sercu.

– Po sercu, to jeszcze nie wiem.

– Niechbyś nie była, to bym się nożem pchnął!

– Śmiejący się to waćpan mówisz… ależ my to jeszcze w czeladnej!… Proszę do komnat. Po długiej drodze pewnie się i wieczerza przygodzi – proszę!

Tu Oleńka zwróciła się do panny Kulwiecówny:

– Ciotuchna pójdzie z nami?

Młody chorąży spojrzał bystro:

– Ciotuchna? – spytał. – Jaka ciotuchna?

– Moja, panna Kulwiecówna.

– A to i moja – odparł zabierając się do rąk całowania. – Dla Boga! Toż ja mam w chorągwi towarzysza, który się zwie Kulwiec-Hippocentaurus. Czy nie krewniak, proszę?

– To z tych samych! – odrzekła dygając stara panna.

– Dobry chłop, ale wicher jak i ja! – dodał Kmicic.

Tymczasem wyrostek ukazał się ze światłem, więc przeszli do sieni, gdzie pan Andrzej szubę z siebie zrzucił, a potem na drugą stronę, do komnat gościnnych.

Zaraz po ich odejściu prządki zbiły się w ciasną gromadkę i nuż jedna przez drugą gadać a uwagi czynić. Strojny młodzian podobał się im bardzo, więc i nie szczędziły mu słów, wzajemnie się w pochwałach przesadzając.

– Łuna od niego bije – mówiła jedna. – Kiedy wszedł, myślałam, że królewicz.

– A oczy ma jak ryś, aż nimi kłuje – odrzekła druga. – Takiemu się nie przeciw!

– Najgorzej się przeciwiać! – odpowiedziała trzecia.

– Panną jak wrzecionem okręcił! Ale już to znać, że mu się udała bardzo, bo i komuż by się ona nie udała?

– Ale i on nie gorszy, nie bój się! Żeby ci się taki zdarzył, poszłabyś i do Orszy, choć to podobno na końcu świata.

– Szczęśliwa panna!

– Bogatym zawsze lepiej na świecie. Ej, ej! Złotoż to, nie rycerz!

– Mówiły pacunelki, że i ten rotmistrz, któren jest w Pacunelach u starego Pakosza, piękny kawaler.

– Nie widziałam ja go, ale gdzie jemu do pana Kmicica! Już takiego chyba na świecie nie ma!

– Padłas! – zawołał nagle Żmudzin, któremu znów się coś w żarnach popsuło.

– A nie pójdziesz, ty kudłaty, ze swoimi wymysłami! Dajże już spokój, bo się i dosłyszeć nie można!… Tak, tak! Trudno lepszego niż pan Kmicic na całym świecie znaleźć! Pewnie i w Kiejdanach takiego nie ma!

– Taki to się i przyśni!

– Niechby się choć przyśnił…

W taki to sposób rozprawiały ze sobą szlachcianki w czeladnej. Tymczasem nakrywano co duchu w izbie stołowej, a w gościnnej siedziała panna Aleksandra sam na sam z Kmicicem, bo ciotka Kulwiecówna poszła krzątać się wedle wieczerzy.

Pan Andrzej nie zdejmował wzroku z Oleńki i oczy iskrzyły mu się coraz bardziej, na koniec rzekł:

– Są ludzie, którym majętność nad wszystko milsza, inni za zdobyczą na wojnie gonią, inni się w koniach kochają, ale ja bym waćpanny za żadne skarby nie oddał! Dalibóg, im więcej patrzę, tym większa ochota do żeniaczki, żeby choć i jutro! Już tę brew to chyba waćpanna korkiem przypalonym malujesz?

– Słyszałam, że tak płoche czynią, ale jam nie taka.

– A oczy jakoby z nieba! Od konfuzji słów mnie brakuje.

– Nie bardzoś waćpan skonfundowany, gdy tak obcesem na mnie nastajesz, aż mnie i dziwno.

– To też obyczaj nasz smoleński: do niewiast czy w ogień śmiało iść. Musisz, królowo, do tego przywyknąć, bo tak zawsze będzie.

– Musisz waćpan odwyknąć, bo nie może tak być.

– Może się i poddam, niech mnie usieką! Wierz, waćpanna, nie wierz, a rad bym ci nieba przychylić! Dla ciebie, mój królu, gotówem się i obyczajów innych uczyć, bo wiem to do siebie, żem żołnierz prostak i w obozie więcej bywałem niźli na pokojach dworskich.

– Ejże, nic to nie szkodzi, bo i mój dziaduś żołnierzem był, ale dziękuję za dobrą chęć! – odrzekła Oleńka i oczy jej spojrzały tak słodko na pana Andrzeja, że mu od razu serce jak wosk stopniało i odrzekł:

– Waćpanna mnie na nitce będziesz wodzić!

– Oj, niepodobny waćpan do takich, których na nitce wodzą! Najtrudniej to z niestatecznymi.

Kmicic ukazał białe jakoby wilcze zęby w uśmiechu.

– Jak to? – rzekł. – Małoż to ojcowie nałamali na mnie rózeg w konwencie, abym do statku przyszedł i różne piękne maksymy spamiętał, przewodniczki żywota…

– A którążeś najlepiej spamiętał?

– „Kiedy kochasz, padaj do nóg” – ot tak!

To rzekłszy, pan Kmicic już był na kolanach, panienka zaś wołała, chowając nogi pod stołek:

– Dla Boga! Tego w konwencie nie uczyli! Daj waćpan spokój, bo się rozgniewam… i ciotka zaraz przyjdzie…

On zaś, klęcząc ciągle, podniósł głowę w górę i w oczy jej patrzył.

– A niech i cała chorągiew ciotek nadciągnie, nie zaprę się ochoty!

– Wstańże waćpan.

– Już wstaję.

– Siadaj waćpan.

– Już siedzę.

– Zdrajca z waćpana, Judasz!

– A nieprawda, bo jak całuję, to szczerze!… Chcesz się przekonać?

– Ani się waćpan waż!

Panna Aleksandra śmiała się jednak, a od niego aż łuna biła młodości i wesołości. Nozdrza mu latały jak młodemu źrebcowi szlachetnej krwi.

– Aj! Aj! – mówił. – Co to za oczki, jakie liczko! Ratujcież mnie, wszyscy święci, bo nie usiedzę!

– Nie trzeba wszystkich świętych wzywać. Siedziałeś waćpan cztery lata, aniś tu zajrzał, to siedź i teraz!

– Ba! Znałem jeno konterfekt. Każę tego malarza w smołę, a potem w pierze wsadzić i po rynku w Upicie biczem pędzać. Już powiem wszystko szczerze: chcesz waćpanna, to przebacz! – Nie, to szyję utnij! Myślałem sobie tedy na ów konterfekt poglądając: gładka gadzina, bo gładka, ale gładkich nie brak na świecie – mam czas! Ojciec nieboszczyk napędzał, żeby to jechać, a ja zawsze jedno: Mam czas! Żeniaczka nie przepadnie! Panny na wojnę nie chodzą i nie giną. Nie przeciwiłem się ze wszystkim woli ojcowskiej, Bóg mi świadek, ale chciałem wpierw wojny zażyć, jakoż na własnej skórze praktykowałem. Teraz dopiero poznaję, żem był głupi, bo mogłem i żeniaty na wojnę iść, a tu mnie delicje czekały. Chwała Bogu, że całkiem mnie nie usiekli. Pozwól waćpanna rączki ucałować.

– Lepiej nie pozwolę.

– Tedy nie będę pytał. U nas w Orszańskiem mówią: „Proś, a nie dają, to sam weź!”

Tu pan Andrzej przypił się do rączki panienki i całować ją począł, a panienka nie wzbraniała zanadto, żeby nieżyczliwości nie okazać.

Wtem weszła panna Kulwiecówna i widząc, co się dzieje, podniosła oczy do góry. Nie zdała jej się ta konfidencja, ale nie śmiała strofować, natomiast zaprosiła na wieczerzę.

Poszli tedy oboje, wziąwszy się pod ręce jakby rodzeństwo, do jadalnej izby, w której stał stół nakryty, a na nim wszelkich potraw obficie, zwłaszcza wędlin wybornych, i omszały gąsiorek wina moc dającego. Dobrze było ze sobą młodym, raźno i wesoło. Panna już była po wieczerzy, więc tylko pan Kmicic zasiadł i jeść począł z tą samą żywością, z jaką przedtem rozmawiał.

Oleńka spoglądała nań z boku, rada, że je i pije, potem zaś, gdy nasycił pierwszy głód, zaczęła znów wypytywać:

– To waćpan nie spod Orszy jedziesz?

– Bo ja wiem skąd?!… Dziś tu bywałem, jutro tam! Takem pod nieprzyjaciela podchodził jako wilk pod owce i co tam można było urwać, tom urywał.

– A żeś się to waćpan ważył takiej potędze oponować, przed którą sam hetman wielki musiał ustąpić?

– Żem się ważył? Jam na wszystko gotów, taka już we mnie natura!

– Mówił to i nieboszczyk dziaduś… Szczęście, żeś waćpan nie zginął.

– Ej! Nakrywali mnie tam czapką i ręką jako ptaka w gnieździe, ale co nakryli, tom uskoczył i gdzie indziej ukąsił. Naprzykrzyłem się tak, że jest cena na moją głowę… Wyborny ten półgęsek!

– W imię Ojca i Syna! – zawołała z nieudanym przerażeniem Oleńka, spoglądając jednocześnie z uwielbieniem na tego młodziana, który razem mówił o cenie na swą głowę i o półgęsku.

– Chybaś miał waćpan potęgę wielką do obrony?

– Miałem dwieście swoich dragoników, bardzo przednich, ale mi się w miesiąc wykruszyli. Potem z wolentarzami chodziłem, których zbierałem, gdziem mógł, nie przebredzając. Dobrzy pachołkowie do bitwy, ale łotry nad łotrami! Ci, co nie poginęli, prędzej później pójdą wronom na frykasy…

To rzekłszy, pan Andrzej znów się rozśmiał, wychylił kielich wina i dodał:

– Takich drapichrustów jeszcześ waćpanna w życiu nie widziała. Niech im kat świeci! Oficyjerowie – wszystko szlachta z naszych stron, familianci, godni ludzie, ale prawie na każdym jest kondemnatka. Siedzą teraz w Lubiczu, bo co miałem innego z nimi robić?

– To waćpan z całą chorągwią do nas przyciągnął?…

– Tak jest. Nieprzyjaciel zamknął się w miastach, bo zima okrutna! Moi ludzie też się zdarli jako miotły od ciągłego zamiatania, więc mi książę wojewoda hiberny w Poniewieżu naznaczył. Dalibóg, dobrze to zasłużony odpoczynek!

– Jedz waćpan, proszę.

– Ja bym dla waćpanny i truciznę zjadł!… Zostawiłem tedy część mojej hołoty w Poniewieżu, część w Upicie, a godniejszych kompanionów do Lubiczam w gościnę zaprosił… Ci przyjadą waćpannie czołem bić.

– A gdzież waćpana laudańscy ludzie znaleźli?

– Oni mnie znaleźli, gdym i tak już do Poniewieża na hiberny szedł. Byłbym i bez nich tu przyciągnął.

– Pij no waćpan…

– Ja bym dla waćpanny i truciznę wypił…

– Ale o śmierci dziadusia i o testamencie to laudańscy dopiero waćpanu powiedzieli?

– A, o śmierci to oni. Panie, świeć nad duszą mego dobrodzieja! Czy to waćpanna wysłałaś do mnie tych ludzi?

– Tego sobie waćpan nie myśl. O żałobie myślałam i modlitwie, więcej o niczym…

– Oni też to samo mówili… Ho! Harde jakieś szaraki!… Chciałem im dać nagrodę za fatygę, to jeszcze się na mnie żachnęli i nuż przymawiać, że to może orszańska szlachta munsztułuki bierze, ale laudańska nie! Bardzo mi szpetnie przymawiali! Co ja słysząc, myślę sobie tak: nie chcecie pieniędzy, każę wam dać po sto bizunów.

Na to panna Aleksandra chwyciła się za głowę.

– Jezus Maria! I waćpan to uczynił?

Kmicic spojrzał zdziwiony.

– Nie przestraszaj się waćpanna… Nie uczyniłem, choć się dusza zawsze we mnie na takich szlachetków przewraca, którzy równymi nam się być mienią. Alem sobie pomyślał: okrzyczą mnie niewinnie w okolicy za gwałtownika i jeszcze przed waćpanna obmówią.

– Wielkie to szczęście! – rzekła oddychając głęboko Oleńka – bo inaczej na oczy bym waćpana widzieć nie mogła.

– A to jakim sposobem?

– Mała to szlachta, ale starożytna i sławna. Dziaduś nieboszczyk zawsze się w nich kochał i na wojnę z nimi chodził. Wiek życia razem przesłużyli, a czasu pokoju w dom ich przyjmował. Stara to domu naszego przyjaźń, którą waćpan szanować musisz. Masz przecie serce i nie popsujesz tej świętej zgody, w której żyliśmy dotąd!

– To ja o niczym nie wiedziałem! Niech mnie usieką, jeślim wiedział! A przyznaję, że ta bosa szlachetczyzna jakoś mi nie idzie do głowy. U nas: kto chłop, to chłop, a szlachta wszystko familianci, którzy po dwóch na jedną kobyłę nie siadają… Dalibóg, że takim szerepetkom nic do Kmiciców ani do Billewiczów, jak piskorzom nic do szczuk, choć i to, i to ryba.

– Dziaduś powiadał, że substancja nic nie stanowi, jeno krew i poczciwość, a to poczciwi ludzie, inaczej by ich dziaduś opiekunami moimi nie czynił.

Pan Andrzej zdumiał się i otworzył szeroko oczy.

– Ich? Opiekunami waćpanny dziaduś uczynił? Wszystką szlachtę laudańską?…

– Tak jest. Waćpan się nie marszcz, bo nieboszczyka wola święta. Dziwno mi to, że wysłańcy tego waćpanu nie powiedzieli?

– Byłbym ich… Ale nie może to być! Przecie tu jest kilkanaście zaścianków… Wszyscyż to oni nad waćpanną sejmują? Zali i nade mną będą sejmikować, czym po ich myśli, czy nie?… Ej! Nie żartuj no waćpanna, bo się we mnie krew burzy!

– Panie Andrzeju, ja nie żartuję… Świętą i szczerą prawdę mówię. Nie będą oni sejmikowali nad waćpanem; ale jeśli im ojcem za przykładem dziadusia będziesz, jeśli ich nie odepchniesz, pychy nie okażesz, to nie tylko ich, ale i mnie za serce ujmiesz. Będę razem z nimi waćpanu dziękowała, całe życie… całe życie, panie Andrzeju…

Głos jej brzmiał jak prośba pieściwa, ale on nie rozmarszczał brwi i chmurny był. Gniewem wprawdzie nie wybuchnął, choć chwilami przelatywały mu jakby błyskawice po twarzy, ale odrzekł z wyniosłością i dumą:

– Tegom się nie spodziewał! Szanuję wolę nieboszczyka i tak myślę, że pan podkomorzy mógł ten drobiazg szlachecki do czasu mego przybycia opiekunami waćpanny uczynić, ale gdym tu już raz nogą stanął, nikt inny prócz mnie opiekunem nie będzie. Nie tylko owe szaraki, ale i sami Radziwiłłowie birżańscy nic tu do opieki nie mają!

Panna Aleksandra spoważniała i odrzekła po krótkiej chwili milczenia:

– Źle waćpan czynisz, że się dumą unosisz. Kondycje dziada nieboszczyka albo trzeba wszystkie przyjąć, albo wszystkie odrzucić – rady innej nie widzę. Laudańscy nie będą się przykrzyć ani też narzucać, bo to godni ludzie i spokojni. Tego waćpan nie przypuszczaj, żeby oni ci ciężcy byli. Gdyby tu jakieś niesnaski powstały, tedyby mogli słowo rzec, ale tak mniemam, że wszystko pójdzie zgodnie i spokojnie, a wtedy taka to będzie opieka, jakby jej nie było…

On pomilczał jeszcze chwilę, potem ręką kiwnął i rzekł:

– Prawdać to, że ślub wszystko zakończy. Nie ma się o co spierać, niech jeno siedzą spokojnie i nie wtrącają się do mnie, bo dalibóg, nie dam sobie w wąsy dmuchać; zresztą mniejsza o nich! Przyzwól waćpanna na ślub prędki, to będzie najlepiej!

– Nie wypada teraz o tym mówić w czasie żałoby…

– Aj! A długo będę musiał czekać?

– Sam dziaduś napisał, żeby nie dłużej jak pół roku.

– Wyschnę do tego czasu jak trzaska. Ale się już nie gniewajmy. Jużeś waćpanna tak zaczęła na mnie surowie spoglądać jak na winowajcę. Bogdajże cię, mój królu złoty! Com ja winien, kiedy natura we mnie taka: gdy mnie gniew na kogo uchwyci, to bym go rozdarł, a gdy przejdzie, to bym zszył!

– Strach z takim żyć – odrzekła już weselej Oleńka.

– No! Zdrowie waćpanny! Dobre to wino, a u mnie szabla i wino to grunt. Jaki tam strach ze mną żyć! Waćpanna to mnie usidlisz swoimi oczami i w niewolnika obrócisz, mnie, którym nikogo nad sobą znosić nie chciał. Ot i teraz! Wolałem z chorągiewką na własną rękę chodzić niż panom hetmanom się kłaniać… Mój królu złoty! Jeślić się co we mnie nie spodoba, to i przebacz, bom się manier pod harmatami uczył, nie we fraucymerach – w zgiełku żołnierskim, nie przy lutni. U nas tam niespokojna strona, szabli z ręki nie popuść. Toteż, choć tam i kondemnatka jaka na kim cięży, choć go i wyrokami ścigają – nic to! Ludzie go szanują, byle fantazję miał kawalerską. Exemplum: moi kompanionowie, którzy gdzie indziej dawno by w wieżach siedzieli… swoją drogą godni kawalerowie! Nawet białogłowy u nas w butach i przy szabli chodzą i partiom hetmanią, jako pani Kokosińska, stryjna mego porucznika, czyniła, która teraz kawalerską śmiercią poległa, a synowiec pod moją komendą za nią się mścił, choć jej za życia nie kochał. Gdzie nam dworności się uczyć, choćby największym familiantom? Ale to rozumiemy: wojna – to stawać, sejmik – to gardłować, a mało języka – to dalejże szablą! Ot, co jest! Takiego mnie nieboszczyk podkomorzy poznał i takiego dla waćpanny wybrał!

– Jam zawsze za wolą dziadusia szła chętnie – odparła spuszczając oczy panienka.

– A dajże jeszcze rączyny ucałować, moja słodka dziewczyno! Dalibóg, okrutnieś mi do serca przypadła. Tak mnie sentyment rozebrał, że nie wiem, jak do owego Lubicza trafię, któregom jeszcze nie widział.

– Dam waćpanu przewodnika.

– Ej, obejdzie się. Już ja przywykłem tłuc się po nocach. Mam pachołka z Poniewieża, który powinien drogę znać. A tam mnie Kokosiński z kompanami czeka… Wielcy to familianci u nas Kokosińscy, którzy się Pypką pieczętują… Tego niewinnie bezecnym ogłoszono za to, że panu Orpiszewskiemu dom spalił i dziewkę porwał, a ludzi wyciął… Godny towarzysz!… Dajże jeszcze rączyny. Czas, widzę, jechać!

Wtem północ poczęła bić z wolna na wielkim gdańskim zegarze w jadalnej izbie stojącym.

– Dla Boga! Czas! Czas! – zawołał Kmicic. – Nic tu już nie wskóram! Miłujeszże mnie choć na obwinięcie palca?

– Kiedy indziej odpowiem. Przecie będziesz mnie waćpan odwiedzał?

– Co dzień! Chybaby się ziemia pode mną rozpadła. Niech mnie usieką!…

To rzekłszy Kmicic wstał i wyszli oboje do sieni. Sanki czekały już przed gankiem, więc ubrał się w szubę i żegnać ją począł, prosząc, by do komnat wróciła, bo z ganku zimno leci.

– Dobranoc, królowo miła – mówił – śpij smaczno, bo ja to chyba oka nie zmrużę, o twojej gładkości rozmyślając!

– Byleś waćpan czego szpetnego nie upatrzył. Ale lepiej dam waćpanu człowieka z kagankiem, bo to i wilków pod Wołmontowiczami nie brak.

– A cóż to ja koza, żebym się wilków miał bać? Wilk żołnierzowi przyjaciel, bo często się z jego ręki pożywi. Wzięło się też i bandolecik do sanek. Dobranoc, najmilsza, dobranoc!

– Z Bogiem!

To rzekłszy, Oleńka cofnęła się, a pan Kmicic ruszył ku gankowi. Ale po drodze, w szparze uchylonych drzwi do czeladnej, dojrzał kilka par oczu dziewcząt, które spać się nie pokładły, aby go ujrzeć raz jeszcze. Tym posłał pan Jędrzej żołnierskim obyczajem całusa od ust ręką i wyszedł. Po chwili zabrzęczał dzwonek i jął brzęczeć zrazu głośno, potem coraz bardziej mdlejącym dźwiękiem, coraz słabiej, wreszcie ustał.

Cicho się zrobiło w Wodoktach, aż ta cisza zdziwiła pannę Aleksandrę; w uszach jej jeszcze brzmiały słowa pana Andrzeja, słyszała jeszcze jego śmiech szczery, wesoły, w oczach stała bujna postać młodzieńca, a teraz po tej burzy słów, śmiechu i wesołości takie dziwne nastało milczenie. Panienka nadstawiła uszu, czy nie dosłyszy jeszcze choć tego dzwonka od sanek. Ale nie! Już on tam dzwonił gdzieś w lasach, pod Wołmontowiczami. Więc mocna tęsknota ogarnęła dziewczynę – i nigdy nie czuła się tak samotną na świecie.

Z wolna wziąwszy świecę, przeszła do izby sypialnej i klękła do pacierzy. Zaczynała je z pięć razy, nim wszystkie z należytą powagą odmówiła. Ale potem jej myśli jakby na skrzydłach pognały do tych sanek i do tej postaci w nich siedzącej… Bór z jednej strony, bór z drugiej, w środku szeroka droga, a on sobie jedzie… Pan Andrzej! Tu Oleńce wydało się, że widzi jak na jawie płową czuprynę, siwe oczy i śmiejące sią usta, w których błyszczały białe jak u młodego psiaka zęby. Trudno bowiem miała przed sobą zapierać poważna panna, że jej się okrutnie podobał ów rozhukany kawaler. Zaniepokoił ją trochę, trochę przestraszył, ale jakże pociągnął zarazem właśnie tą fantazją, tą wesołą swobodą i szczerością.Aż się wstydziła, że jej się podobał nawet ze swojej pychy, kiedy to na wzmiankę o opiekunach głowę jakby turecki dzianet podniósł i mówił: „Sami nawet Radziwiłłowie birżańscy nic tu do opieki nie mają…” To nie niewieściuch, to mąż prawdziwy! – mówiła sobie panna. – Żołnierz jest, jakich dziaduś najwięcej miłował… Bo i warto!

Tak rozmyślała panienka – i to ją ogarniała błogość niczym niezmącona, to niepokój, ale i ten niepokój był jakiś luby. Potem zaczęła się rozbierać, gdy drzwi skrzypnęły i weszła ciotka Kulwiecówna ze świecą w ręku.

– Strasznieście długo siedzieli! – rzekła. – Nie chciałam młodym przeszkadzać, żebyście się sami pierwszym razem nagadali – Grzeczny wydaje się kawaler. A tobie jak się udał?

Panna Aleksandra zrazu nic nie odpowiedziała, jeno bosymi już nóżkami przybiegła do ciotki, zarzuciła jej ręce na szyję, a złożywszy swą jasną głowę na jej piersiach, rzekła pieszczotliwym głosem:

– Ciotuchna, aj, ciotuchna!

– Oho! – mruknęła stara panna podnosząc w górę oczy i świecę.

Rozdział II

We dworze w Lubiczu, gdy przedeń pan Andrzej zajechał, okna gorzały i gwar dochodził aż na podwórze. Czeladź, usłyszawszy dzwonek, wypadła przed sień, by pana witać, bo wiedziano od kompanionów, że przyjedzie. Witano go zatem pokornie, całując po rękach i podejmując pod nogi. Stary włodarz Znikis stał w sieni z chlebem i solą i bił pokłony czołem; wszyscy poglądali z niepokojem i ciekawością, jak też przyszły pan wygląda. On zaś kieskę z talarami na tacę rzucił i o towarzyszów pytał, zdziwiony, że żaden naprzeciw jego gospodarskiej mości nie wyszedł.

Ale oni nie mogli wyjść, bo już ze trzy godziny byli za stołem, zabawiając się kielichami i może nawet nie zauważyli brzęczenia dzwonków za oknem. Gdy jednak wszedł do izby, ze wszystkich piersi wyrwał się gromki okrzyk: „Haeres! Haeres przyjechał!” – i wszyscy kompanionowie, zerwawszy się z miejsc, poczęli iść do niego z kielichami. On zaś wziął się pod boki i śmiał się, poznawszy, jako sobie już dali rady w jego domu i zdążyli podpić, nim przyjechał. Śmiał się coraz mocniej, widząc, że przewracają zydle po drodze i słaniają się, i idą z powagą pijacką. Przed innymi szedł olbrzymi pan Jaromir Kokosiński, Pypką się pieczętujący, żołnierz i burda sławny, ze straszliwą blizną przez czoło, oko i policzek, z jednym wąsem krótszym, drugim dłuższym, porucznik i przyjaciel pana Kmicica, „godny kompanion”, skazany na utratę czci i gardła w Smoleńskiem za porwanie panny, zabójstwo i podpalenie. Jego to teraz osłaniała przed karą wojna i protekcja pana Kmicica, który był mu rówieśnikiem i fortuny ich w Orszańskiem, póki swojej pan Jaromir nie przehulał, leżały o miedzę. Szedł on tedy teraz trzymając w obu rękach roztruchanik, uszniak, dąbniakiem wypełniony. Za nim szedł pan Ranicki, herbu Suche Komnaty, rodem z województwa mścisławskiego, z którego był banitem za zabójstwo dwóch szlachty posesjonatów. Jednego w pojedynku usiekł, drugiego bez boju z rusznicy zastrzelił. Mienia nie posiadał, choć znaczne ziemie po ojcach odziedziczył. Wojna go także przed katem chroniła. Zawadiaka to był, w ręcznym spotkaniu niezrównany. Trzeci z kolei szedł Rekuć-Leliwa, na którym krew nie ciężyła, chyba nieprzyjacielska. Fortunę on za to w kości przegrał i przepił – od trzech lat przy panu Kmicicu się wieszał. Z nim szedł czwarty, pan Uhlik, także Smoleńszczanin, za rozpędzenie trybunału bezecnym ogłoszony i na gardło skazany. Pan Kmicic go ochraniał, gdyż na czekaniku pięknie grywał. Był prócz nich i pan Kulwiec-Hippocentaurus, wzrostem Kokosińskiemu równy, siłą jeszcze go przewyższający – i Zend, kawalkator, który zwierza i wszelkie ptactwo udawać umiał, człowiek niepewnego pochodzenia, choć się szlachcicem kurlandzkim powiadał; będąc bez fortuny, konie Kmicicowe ujeżdżał, za co lafę pobierał.

Ci tedy otoczyli śmiejącego się pana Andrzeja; Kokosiński podniósł uszniak do góry i zaintonował:

Wypijże z nami, gospodarzu miły!

gospodarzu miły!

Byś pić mógł z nami aże do mogiły,

aże do mogiły!

Potop

Tom II

Rozdział I

Wierny Soroka wiózł swego pułkownika przez lasy głębokie, sam nie wiedząc, dokąd jechać, co począć, gdzie się obrócić.

Kmicic nie tylko był ranny, ale i ogłuszony wystrzałem. Soroka od czasu do czasu maczał szmatę w kuble wiszącym przy koniu i obmywał mu twarz; chwilami zatrzymywał się dla poczerpnięcia świeżej wody przy strumieniach i jeziorkach leśnych, ale ani woda, ani postoje, ani ruch konia nie zdołały zrazu wrócić panu Andrzejowi przytomności – i leżał jak martwy, aż żołnierze jadący razem, a mniej doświadczeni w rzeczach ran od Soroki, poczęli się troskać, czy żyje.

– Żyje – odpowiadał Soroka – za trzy dni tak będzie na koniu siedział jak każdy z nas.

Jakoż w godzinę później Kmicic otworzył oczy i z ust jego wydobyło się jedno tylko słowo:

– Pić!

Soroka przytknął blaszankę z czystą wodą do jego warg, lecz pokazało się, że otwarcie ust sprawia panu Andrzejowi ból nieznośny – i nie mógł pić. Ale przytomności już nie stracił; jednakże o nic nie pytał, jak gdyby nic nie pamiętał; oczy miał szeroko otwarte i patrzył bezmyślnie na głębie leśne, na szmaty błękitnego nieba, widne nad głowami między gęstwiną, i na swoich towarzyszów; patrzył tak, jak człowiek zbudzony ze snu lub otrzeźwiony z upicia, i pozwolił, nie mówiąc ani słowa, opatrywać się Soroce, nie jęczał przy rozwiązywaniu bandażów – owszem, zimna woda, którą wachmistrz obmywał ranę, zdawała się sprawiać mu przyjemność, bo czasem uśmiechał się oczyma.

A Soroka pocieszał go:

– Jutro, panie pułkowniku, dur przejdzie. Da Bóg, że się uchronim.

Jakoż pod wieczór odurzenie poczęło istotnie przechodzić, bo przed samym zachodem słońca Kmicic spojrzał przytomniej i nagle spytał:

– Co tu taki szum?

– Jaki szum? Nie ma żadnego – odpowiedział Soroka.

I widocznie szumiało tylko w głowie pana Andrzeja, bo wieczór był pogodny. Zachodzące słońce, przenikając skośnymi promieniami w gęstwinę, przesycało złotymi blaskami mrok leśny i bramowało czerwone pnie sosen. Wiatr nie wiał – i tylko tu i owdzie z leszczyny, brzóz i grabów spływały liście na ziemię albo zwierz pierzchliwy czynił lekki szelest, pomykając w głębiny boru przed jezdnymi.

Wieczór był chłodny, jednakże gorączka poczęła widocznie chwytać pana Andrzeja, bo po kilkakroć powtórzył:

– Mości książę! między nami na śmierć i życie!

Ściemniło się wreszcie zupełnie i Soroka myślał już o noclegu, ale że weszli w mokry bór i błoto poczęło chlupotać pod kopytami, jechali więc dalej, aby dobrać się do wysokich i suchych części lasu.

Jechali godzinę i drugą, nie mogąc przebrać się przez bagno. Tymczasem uczyniło się znów widniej, bo zeszedł księżyc w pełni. Nagle Soroka jadący na przedzie zeskoczył z kulbaki i począł pilno rozpatrywać grunt leśny.

– Konie tędy szły – rzekł – widać ślady na błocie.

– Kto mógł tędy przejeżdżać, kiedy tu żadnej drogi nie ma? – rzekł jeden z żołnierzy podtrzymujących pana Kmicica.

– Ale ślady są – i to kupa cała! Ot, tam, między sosnami, widać jasno jak na dłoni.

– Może bydło chodziło.

– Nie może być. Nie pora leśnych pastwisk, widać wyraźnie kopyta, jużci, jacyś ludzie musieli tędy przejeżdżać. Dobrze by było choćby budę leśniczą znaleźć.

– To jedźmy śladem.

– Jazda!

Soroka wskoczył znowu na konia i ruszyli. Siady kopyt w torfiastym gruncie ciągle były wyraźne, a niektóre, o ile przy świetle księżyca można było miarkować, wydawały się zupełnie świeże. Jednakże konie zapadały do kolan i wyżej. Już obawiali się żołnierze, czy przebrną, czy głębsze jeszcze topiele nie odkryją się przed nimi, gdy po upływie pół godziny do nozdrzy ich doszedł zapach dymu i żywicy.

– Smolarnia tu musi być! – rzekł Soroka.

– A ot! tam skry widać! – rzekł żołnierz.

I rzeczywiście, w dali ukazała się smuga czerwonawego, przesyconego płomieniem dymu, około której skakały iskry tlejącego pod ziemią ogniska.

Zbliżywszy się, ujrzeli żołnierze chatę, studnię i dużą szopę, zbitą z bierwion sosnowych. Konie, zmęczone drogą, poczęły rżeć – liczne rżenia odpowiedziały im spod szopy, a jednocześnie przed jezdnymi stanęła jakaś postać ubrana w kożuch przewrócony wełną do góry.

– A siła koni? – spytał człowiek w kożuchu.

– Chłopie! Czyja to smolarnia? – rzekł Soroka.

– Coście wy za jedni? Skądeście się tu wzięli? – pytał znowu smolarz głosem, w którym widoczny był przestrach i zdziwienie.

– Nie bój się! – odpowiedział Soroka – nie zbóje!

– Jedźcie w swoją drogę, nic tu po was!

– Zamknij pysk i do chaty prowadź, póki prosim. A nie widzisz, chamie, że rannego wieziem!

– Coście za jedni?

– Pilnuj, abym ci z rusznicy nie odpowiedział. Lepsi od ciebie, parobku! Prowadź do chaty, a nie, to cię we własnej smole ugotujem.

– Jeden się przed wami nie obronię, ale będzie nas więcej. Gardła wy tu położycie!

– Będzie i nas więcej, prowadź!

– To i chodźcie, nie moja sprawa.

– Co masz jeść dać, to daj – i gorzałki. Pana wieziemy, który zapłaci.

– Byle stąd żyw wyjechał.

Tak rozmawiając, weszli do chaty, w której na kominie palił się ogień, a z garnków postawionych na trzonie rozchodził się zapach duszonego mięsiwa. Izba była dość przestronna. Soroka zaraz na wstępie zauważył, iż pod ścianami stało sześć tapczanów okrytych obficie baranimi skórami.

– To tu jakaś kompanija mieszka – mruknął do towarzyszów. – Podsypać rusznice i czuj duch! Tego chama pilnować, by nie umknął. Niechże dzisiejszej nocy kompanija śpi na dworze, bo my z izby nie ustąpim.

– Panowie nie przyjadą dziś – rzekł smolarz.

– To i lepiej, bo nie będziem się o kwaterę spierali, a jutro sobie pojedziem – odparł Soroka – tymczasem wykiń mięsiwo na misę, bośmy głodni, i koniom owsa nie żałuj.

– A skąd by tu owsa wziąć przy smolarni, wielmożny panie żołnierzu?

– Słyszeliśmy konie pod szopą, to musi być i owies; smołą ich nie żywisz.

– To nie moje konie.

– Czy twoje, czy nie twoje, jeść muszą jako i nasze. Żywo, chłopie! żywo! jeśli ci skóra miła.

Smolarz nie odrzekł nic. A tymczasem żołnierze złożyli śpiącego pana Andrzeja na tapczanie – po czym sami zasiedli do wieczerzy i jedli chciwie duszone mięsiwo wraz z bigosem, którego obszerny sagan znalazł się na kominie. Były także i jagły, a w komorze, przy izbie, znalazł Soroka spory gąsiorek gorzałki.

Jednakże sam z lekka się tylko zakropił i żołnierzom pić nie dał, bo postanowił mieć się przez noc na baczności. Ta opróżniona chata z tapczanami na sześciu mężów i z szopą, w której rżało stado koni, wydała mu się dziwną i podejrzaną. Sądził po prostu, że to jest schronisko zbójeckie, tym bardziej że w tej samej komorze, z której wyniósł gąsiorek, odkrył sporo oręża pozawieszanego na ścianach i beczkę prochu oraz rozmaite rupiecie, widocznie w dworach szlacheckich porabowane. Na wypadek gdyby nieobecni mieszkańcy tej chaty wrócili, nie można było spodziewać się od nich nie tylko gościnności, ale nawet miłosierdzia; zamierzył więc Soroka zająć zbrojną ręką chatę i trzymać się w niej przemocą lub drogą układów.

Było to konieczne i ze względu na zdrowie Kmicica, dla którego podróż mogła stać się zgubną, i ze względu na wspólne wszystkich bezpieczeństwo. Soroka był to żołnierz kuty i bity, któremu jedno tylko uczucie obcym było, to jest uczucie trwogi. A jednak teraz, na wspomnienie księcia Bogusława, strach go brał. Zostając z dawnych lat w służbie Kmicica, wierzył on ślepo nie tylko w męstwo, ale i w szczęście młodego pana; widział niejednokrotnie jego czyny przechodzące zuchwalstwem miarę wszelką i graniczące prawie z szaleństwem, które jednak udawały się i uchodziły płazem. Odbył z Kmicicem wszystkie „podchody” pod Chowańskiego, brał udział we wszystkich zabijatykach, napadach, zajazdach, porwaniach i doszedł do przekonania, że młody pan wszystko może, wszystko potrafi, z każdej toni się wyratuje i każdego, kogo zechce, pogrąży. Kmicic tedy był dla niego uosobieniem największej potęgi i szczęścia – a owóż widocznie teraz trafił swój na swego – nie! widocznie pan Kmicic trafił na lepszego od siebie… Jak to? Jeden mąż, który był już w ręku Kmicica, porwany, bezbronny, zdołał wydostać się z jego rąk i mało tego: obalić samego Kmicica, pogromić jego żołnierzy i przerazić ich tak, że zbiegli, bojąc się jego powrotu? Był to dziw nad dziwy i Soroka głowę tracił myśląc o tym – wszystkiego się bowiem na tym świecie spodziewał, tylko nie tego, by znalazł się ktoś taki, kto by po panu Kmicicu przejechał.

– Zali skończyło się już nasze szczęście? – mruczał do siebie, rozglądając się ze zdumieniem dokoła.

Więc choć dawniej, bywało, szedł z zamkniętymi oczyma za panem Kmicicem na kwatery Chowańskiego, otoczone ośmdziesięciotysięczną armią, teraz, na wspomnienie tego długowłosego księcia z panieńskimi oczyma i różową twarzą, ogarniał go zabobonny przestrach. I sam nie wiedział, co czynić. Przerażała go myśl, że jutro lub pojutrze trzeba będzie zjechać na bite trakty, na których może ich spotkać sam straszliwy książę lub jego pogoń. Dlatego to właśnie zjechał z drogi w głębokie lasy – a obecnie pragnął zostać w onej leśnej chacie, póki by się nie zmyliły i nie znużyły pogonie.

Lecz że i to schronisko, z innych powodów, nie wydawało mu się bezpiecznym, chciał wiedzieć, czego się trzymać, i w tym celu kazał żołnierzom strażować przy drzwiach i oknach chaty, a sam rzekł do smolarza:

– Weź, chłopie, latarnię i chodź ze mną.

– Chyba łuczywem wielmożnemu panu zaświecę, bo nie masz latarni.

– To świeć łuczywem; spalisz szopę i konie, wszystko mi jedno!

Na takie dictum, latarnia znalazła się zaraz w komorze, Soroka kazał chłopu iść naprzód, sam zaś szedł za nim z pistoletem w garści.

– Kto tu mieszka w tej chacie? – pytał po drodze.

– Panowie mieszkają.

– Jak ich zowią?

– Tego mi nie wolno powiedzieć.

Potop

Tom III

Rozdział I

W czasie gdy w Rzeczypospolitej wszystko, co żyło, siadało na koń, Karol Gustaw bawił ciągle w Prusach, zajęty dobywaniem tamtejszych miast i układami z elektorem.

Po łatwym i nadspodziewanym podboju bystry wojownik wprędce się opatrzył, iż szwedzki lew pożarł więcej, niż trzewia jego znieść zdołają. Po powrocie Jana Kazimierza stracił nadzieję utrzymania Rzeczypospolitej, lecz wyrzekając się w duszy całości, chciał przynajmniej jak największą część zdobyczy zatrzymać, a przede wszystkim Prusy Królewskie, prowincję do jego Pomorza przyległą, żyzną, wielkimi miastami usianą, bogatą.

The Deluge

Introduction.

The wars described in The Deluge are the most complicated and significant in the whole career of the Commonwealth, for the political motives which came into play during these wars had their origin in early and leading historical causes.

The policy of the Teutonic Knights gave the first of its final results in the war of 1655, between Sweden and Poland, since it made the elector independent in Prussia, where soon after, his son was crowned king. The war with Great Russia in 1654, though its formal cause came, partly at least, from the struggle of 1612, in which the Poles had endeavored to subjugate Moscow, was really roused by the conflict of Southern Russian with Poland to win religious and material equality.

The two fundamental events of Polish history are the settlement of the Teutonic Knights in Prussia, through the action of the Poles themselves; and the union of Poland with Lithuania and Russia by the marriage of Yadviga, the Polish princess, to Yagyello, Grand Prince of Lithuania.

Before touching on the Teutonic Knights, a few words may be given to the land where they began that career which cut off Poland from the sea, took from the Poles their political birthplace, and gave its name and territory to the chief kingdom of the new German Empire, the kingdom which is in fact the creator and head of that Empire.

Prussia in the thirteenth century extended from the Vistula eastward to the Niemen, and from the Baltic southward about as far as it does at present. In this territory lived the Prussians. East of the Niemen lived the Lithuanians, another division of the same stock of people. West of the Vistula lay Pomorye, [Means ˝On the sea.˝

] now Pomerania, occupied at that time exclusively by Slavs under Polish dominion.

The Prussians, a people closely related to the Slavs, were still Pagans, as were also the Lithuanians; and having a more highly developed religion than either the pre-Christian Slavs or the Germans, their conversion was likely to be of a more difficult nature.

At the end of the tenth and in the beginning of the thirteenth centuries attempts were made to convert the Prussians; but the only result was the death of the missionaries, who seem to have been too greatly filled with zeal to praise their own faith and throw contempt on that of the people among whom they were really only guests and sojourners.

Finally, a man appeared more adroit and ambitious than others,–Christian, a monk of Olivka, near Dantzig. This monk, we are told, had a knowledge of the weak points of men, spoke Prussian as well as Polish, was not seeking the crown of martyrdom, and never made light of things held sacred by those to whom he was preaching. After a few years his success was such as to warrant a journey to Rome, where he explained to Innocent III. the results of his labor. The Pope encouraged the missionary, and in 1211 instructed the Archbishop of Gnezen to aid Christian with his co-workers and induce secular princes to help them.

Christian returned from Rome with renewed zeal; but instead of being helped he was hindered, for tribute and labor were imposed on his converts by the secular power. Since the new religion was coupled with servitude, the Prussians were roused greatly against it.

Christian strove to obtain relief for his converts, but in vain. Then, taking two native followers, he made a second journey to Rome, was created first Bishop of Prussia, and returned again to the field.

The great body of Prussians now considered all converts as traitors. The priests of the native religion roused the people, and attacked those persons as renegades who had deserted the ancient faith and were bringing slavery to the country. They went farther and fell upon Mazovia, whence the propaganda had issued. Konrad, unable to defend himself, bought them off with rich presents. The newly made converts were killed, captured, or driven to deep forests.

Christian turned to the Pope a third time, and implored him to direct against Prussia those Poles who were going to the Holy Land.

The Archbishop of Gnezen was instructed from Rome to make this change, and the Poles were summoned against Prussia for the following year. The crusade was preached also in Germany.

Warriors arrived from both countries in fairly large numbers, and during their presence ruined villages and churches were rebuilt in the district of Culm, where the conversions had taken place mainly. In a couple of seasons the majority of the warriors found their way home again. A second crusade was proclaimed, and men responded freely. All these forces were simply guarding the missionaries and the converts,–a position which could not endure.

Christian, seeing this, formed the plan of founding an order of armed monks in Poland like the Knights of the Sword in Livonia. Konrad gave his approval at once.

The Bishop of Modena, at that time papal legate in Poland, hastened the establishment of the order; for to him it seemed the best agent to bend the stiff necks of idolaters. Permission to found the order was obtained from the Pope, and a promise of means to maintain it from Konrad.

Christian, who had interested Rome and the West in his work, now gave great praise before the world to the Prince of Mazovia, who thereupon rewarded him with a gift of twelve castles and one hundred villages, reserving merely sovereign rights without income. This gift was confirmed to the Bishop of Prussia by Honorius III.

Christian labored so zealously that in 1225 he consecrated twenty-five superior knights in his new order, which received the same rules as the Livonian Knights of the Sword,–that is, the rules of the Templars.

The new knights were called Brothers of Dobjin, from the castle of Dobjin, which Konrad gave them as a residence, adding the district of Leslin near Inovratslav as a means of support.

As soon as the Brothers had settled in their castle, they attacked the Prussians, ruined villages, and brought in plunder. The enraged Prussians collected large forces, and attacked the land of Culm, with the intent to raze Dobjin. On hearing this, Konrad with his own troops and a general levy hastened to the relief of the order.

A bloody and stubborn battle of two days' duration was fought with great loss on both sides. Konrad, despairing of victory, left the field, thus causing the complete overthrow of the Poles. The surviving Brothers of Dobjin took refuge in the castle, which the Prussians were unable to capture. The order, shattered at its very inception, hoped for reinforcements from abroad; but the Pope at that juncture was sending a crusade to Palestine, and would not permit a division in the forces of the West. The Prussians, elated with victory, plundered at pleasure the lands bordering on their own.

In this disaster Christian conceived the idea of calling in the Teutonic Knights against Prussia. This idea, suicidal from a Polish point of view, was accepted by the Prince of Mazovia.

The Teutonic Order was founded in Palestine near the end of the twelfth century to succeed some German hospitallers who had resided in Jerusalem till the capture of the city by Saracens in 1187.

In a few years the new order became military, and under the patronage of Frederick, Duke of Suabia, afterward the Emperor Frederick II., acquired much wealth, with great imperial and papal favor. Under Herman Von Salza, who was grand master from 1210 to 1239, the future of the order was determined, its main scene of action transferred to the West, and that career begun which made the Teutonic Order the most remarkable of the weapon-bearing monks of Europe. Herman Von Salza–a keen, crafty man, of great political astuteness and ambition–had determined to win separate territory for the order, and the dignity of Prince of the Empire for the grand master.

Nothing therefore could be more timely for his plans than the invitation from the Prince of Mazovia, who in 1225 sent envoys to Herman; especially since the order had just been deprived in Transylvania of lands given to support it while warding off heathen Kumanians.

The envoys offered the Teutonic master Culm and some adjoining lands for the order, in return for curbing the Prussians. Herman resolved to accept, should the Emperor prove friendly to the offer. He hastened to Frederick at Rimini, explained the whole question, received a grant in which Konrad's endowment was confirmed; besides the order was given all the land it could conquer and make subject to the Emperor alone. The grand master's next care was to obtain papal approval.

Two envoys from Herman were sent to Poland, where they obtained, as the chronicles of the order relate, a written title to Culm and the neighboring land as well as to all Prussia which they could conquer. Near Torun (Thorn) a wooden fortress was built, called in German Fogelsang (Bird-song). This fortress was the first residence of the knights, who later on had so much power and such influence in the history of Poland.

Only two years later did Herman send his knights to Culm. One of the first acts was to purchase for various considerations, from the Bishop of Plotsk and from Christian, the Bishop of Prussia, their rights over the lands granted them in Culm. The labor of conversion began, and soon the grand master prevailed on the Pope to proclaim throughout Europe a crusade against Prussia.

From Poland alone came twenty thousand men, and many more from other parts of Europe. When the knights had made a firm beginning of work, their design of independence was revealed. They wished to be rid of even a show of submission to the Prince of Mazovia. They raised the question by trying to incorporate the remaining Brothers of Dobjin, and thus acquire the grant given them by Konrad. They had disputes also with Bishop Christian and the Bishop of Plotsk. In 1234 the Bishop of Modena was sent as papal legate to settle the disputes. The legate decided, to the satisfaction of the bishops, that of all lands won from the Pagans two thirds were to be retained by the knights and one third given to the bishops, the church administration being under the order in its own two thirds. For the Prince of Mazovia nothing was left, though he asserted sovereign rights in Culm and Prussia, and would not permit the order to acquire the grant given the Brothers of Dobjin by incorporating the remaining members of that body.

The Teutonic Order would not recognize the sovereignty of the Polish prince, and insisted on incorporating the Brothers of Dobjin. The order, knowing that Konrad would yield only under constraint, placed its possessions at the feet of the Pope, made them the property of the Holy See. This action found success; the Pope declared Culm and all the acquisitions of the order the property of Saint Peter, which the church for a yearly tax then gave in feudal tenure to the Teutonic Knights, who therefore could not recognize in those regions the sovereignty of any secular prince. In August, 1234, the Pope informed Konrad in a special bull of the position of the order, and enjoined on him to aid it with all means in his power. The Polish prince could do nothing; he could not even prevent the incorporation of the majority of the remaining Brothers of Dobjin, and of the lands and property given for their use he was able to save nothing but the castle of Dobjin.

Konrad now found himself in a very awkward position; he had introduced of his own will a foreign and hostile power which had all Western Europe and the Holy See to support it, which had unbounded means of discrediting the Poles and putting them in the wrong before the world; and these means the order never failed to use. In half a century after their coming the knights, by the aid of volunteers and contributions from all Europe, had converted Prussia, and considered Poland and the adjoining parts of Lithuania as sure conquests to be made at their own leisure and at the expense of all Western Christendom.

The first Polish territory acquired was Pomerania. The career of the knights was easy and successful till the union of Poland and Lithuania in 1386. In 1410, at the battle called by the names both of Grünwald and Tannenberg, the power of the order was broken. Some years later Pomerania was returned to Poland, and the order was allowed to remain in East Prussia in the position of a vassal to the Commonwealth. In this reduced state the knights lived for a time, tried to gain allies, but could not; the most they did–and that was the best for the German cause–was to induce Albert, a member of the Franconian branch of the Hohenzollerns, to become grand master. He began to reorganize the order, and tried to shake off allegiance to Poland; but finding no aid in the Empire or elsewhere, he acted on Luther's advice to introduce Protestantism and convert Prussia into a secular and hereditary duchy. This he did in 1525. Poland, with a simplicity quite equal to that of Konrad, who called in the order at first, permitted the change. The military monks married, and were converted into hereditary nobles. Albert became Duke of Prussia, and took the oath of allegiance to Poland. Later the Hohenzollerns of Brandenburg inherited the duchy, became feudatories of Poland as well as electors at home. This was the position during the war between Sweden and Poland described in THE DELUGE. Frederick William, known as the Great Elector, was ruling at that time in Brandenburg and Prussia. He acted with great adroitness and success; paying no attention to his oath as vassal, he took the part of one side, and then of the other when he saw fit. He fought on the Swedish side in the three days' battle around Warsaw in which Yan Kazimir was defeated. This service was to be rewarded by the independence of Prussia.

Hardly had the scale turned in favor of Poland when the Great Elector assisted Yan Kazimir against Sweden; and in the treaty of Wehlau (1657) Poland relinquished its rights over Prussia, which thus became sovereign and independent in Europe. This most important change was confirmed three years later at the peace of Oliva.

Frederick, son of the Great Elector, was crowned ˝King in Prussia˝ at Königsberg in 1701. The Elector of Brandenburg became king in that territory in which he had no suzerain.

At the first division of Poland, Royal Prussia of The Deluge, the territory lying between the Vistula and Brandenburg, went to the new kingdom; and Brandenburg, Pomerania, and Prussia became continuous territory.

The early success of the Teutonic Knights was so great that in the third half century of their rule on the Baltic their power overshadowed Poland, which was thus seriously threatened. Toward the end of the fourteenth century, however (1386), the Poles escaped imminent danger by their union with Lithuania and Russia. Through this most important connection they rose at once from a position of peril to one of safety and power.

This union, brought about through the marriage of the Polish princess Yadviga to Yagyello, Grand Prince of Lithuania, and by exceedingly adroit management on the part of the Polish nobles and clergy, opened to the Poles immense regions of country and the way to vast wealth. Before the union their whole land was composed of Great and Little Poland, with Mazovia (see map); after the union two thirds of the best lands of pre-Tartar Russia formed part of the Commonwealth.

Since Poland managed to place and maintain itself at the head of affairs, though this roused at all times opposition of varying violence in the other two parts of the Commonwealth, the social ideals and political structure of Poland prevailed in Lithuania and Russia, so far as the upper classes were concerned. In Lithuania, by the terms of the union, all were obliged to become Catholic; in different parts of Russia, which was Orthodox, the people were undisturbed in their religion at first; but after a time the majority of the nobles became Catholic in religion, and Poles in language, name, manners, and ideas. To these was added a large immigration of Polish nobles seeking advancement and wealth. All Russia found itself after a time under control of an upper class which was out of all sympathy with the great mass and majority of the people.

During the Yagyellon dynasty, which lasted from 1386 to 1572, the religious question was not so prominent for any save nobles; but ownership of their own land and their own labor was gradually slipping away from the people. During the reign of Sigismund III. (1587-1632), religion was pushed to the foreground, the United Church was brought into Russia; and land and religion, which raise the two greatest problems in a State, the material and the spiritual, were the main objects of thought throughout Russia.

Under Vladislav in 1648 the storm burst forth in Southern Russia. There was a popular uprising, the most wide-spread and stubborn in history, during which the Poles lost many battles and gained one great victory, that of Berestechko; the Southern Russians turned to the North, and selected the Tsar Alexai Mihailovich as sovereign.

Jan. 8, 1654, there was a great meeting in Pereyaslav, [Pereyaslav will be remembered by the readers of FIRE AND SWORD as the place where the Polish commissioners with Adam Kisel brought the baton and banner from the king to Hmelnitski.

] at which Bogdan Hmelnitski, hetman of the Zaporojian army and head of all Southern Russia, after he had consulted with the Cossacks, took his place in the centre of the circle, and in presence of the army, the people, and Buturlin, the envoy of Alexai Mihailovich, said:–

˝Gentlemen, Colonels, Essauls, Commanders of hundreds, the whole Zaporojian army, and all Orthodox Christians,–You know how the Lord delivered us from the hands of our enemies who persecuted the Church of God and were envenomed against all Christians of our Eastern Orthodoxy. We have lived six years without a sovereign, in endless battles against our persecutors and enemies who desire to root out the church of God, so that the Russian name may not be heard in our land. This position has grown unendurable, and we cannot live longer without a sovereign. Therefore we have assembled a council before the whole people, so that you with us may choose from four sovereigns that one whom you wish. The first is the Sovereign of Turkey, who has invited us under his authority many times through his envoys; the second is the Khan of the Crimea; the third the King of Poland, who, if we wish, may receive us into former favor; the fourth is the Orthodox sovereign, the Tsar and Grand Prince Alexai Mihailovich, the sole ruler of all Russia, whom we have been imploring six years with unceasing petitions. Choose whom you like. The Sovereign of Turkey is a Mussulman; you all know how our brethren, the Greeks, Orthodox Christians, suffer, and what persecution they endure from godless men. A Mussulman also is the Khan of the Crimea, whom we took into friendship of necessity, by reason of the unendurable woes which we passed through. Of persecutions from Polish lords it is needless to speak; you know yourselves that they esteemed a Jew and a dog more than a Christian, our brother. But the great Orthodox sovereign of the East is of one faith with us, one confession of the Greek rite; we are one spiritual body with the Orthodoxy of Great Russia, having Jesus Christ for our head. This great sovereign, this Christian Tsar, taking pity on the suffering of our Orthodox church in Little Russia, giving ear to our six years' entreating, has inclined his heart to us graciously, and was pleased to send with his favor dignitaries from near his person. If we love him earnestly, we shall not find a better refuge than his lofty hand. If any man is not agreed with us, let him go whither he pleases; the road is free–˝

Here the whole people shouted: ˝We choose to be under the Orthodox sovereign; better to die in our Orthodox faith than to go to a hater of Christ, to a Pagan!˝

Then the Pereyaslav colonel, Teterya, passed around in the circle, and asked in every direction: ˝Are all thus agreed?˝

˝All with one spirit,˝ was the answer.

The hetman now said: ˝May the Lord our God strengthen us under the strong hand of the Tsar.˝

The people shouted back in one voice: ˝God confirm us! God give us strength to be one for the ages!˝

The hetman, the army, and the representatives of Southern Russia took the oath of allegiance to the Tsar. The result of this action was a war between the Commonwealth on one side, and Northern and Southern Russia on the other. The Commonwealth being thus occupied on the east, Sweden decided to attack on the west.

The war between Russia and the Commonwealth lasted thirteen years, and ended with a truce of thirteen years more, made at Andrusovo. By this agreement the city and province of Smolensk went to Russia, and all the left bank of the Dnieper, while Kieff was to be occupied by Poland after two years. This truce became a treaty during the reign of Sobyeski. Kieff remained with the Russians, and peace was unbroken till the second half of the following century, when all Russia west of the Dnieper was restored to the East in nearly the same limits which it had before the Tartar invasion; excepting the territory included in Galicia, and known as Red Russia.

Jeremiah Curtin.

Smithsonian Institution, Bureau of Ethnology,

November 25, 1891.

REMARKS ON PERSONAGES IN ˝THE DELUGE.˝

Yan Kazimir was a son of Sigismund III., who was a son of King John of Sweden and Catherine, daughter of Sigismund I. of Poland.

John of Sweden was succeeded by his son Sigismund, who under the name of Sigismund III. was elected King of Poland in 1587 to succeed his mother's brother, Sigismund Augustus, the last descendant of Yagyello in the male line.

Sigismund III. was dethroned by the Swedes, and his issue excluded from the succession. Duke Charles, the ablest of Gustavus Vasa's sons, and uncle of Sigismund, was made king as Charles IX.

This Charles IX. was father of Gustavus Adolphus. Gustavus Adolphus was succeeded by his only daughter, Christina, who would not marry, and who after reigning for a time resigned in favor of her cousin Karl Gustav of Zweibrücken, [˝Two-bridges.˝ the Bipont, Vol. II.] son of the only sister of Gustavus Adolphus. Gustavus Vasa was therefore the great-grandfather of both Yan Kazimir and Karl Gustav, who were thus second cousins. The Polish Vasas laid claim to the Swedish crown, thereby causing the Commonwealth during sixty years much loss in money and men. Yan Kazimir relinquished this claim when he made peace with Sweden.

Before his election Yan Kazimir, being a cardinal, was dispensed from his vows by the Pope. Chosen king, he married Louise Marie, daughter of the Duke of Nevers, a woman of strong will and much beauty.

Discouraged and wearied by many wars and reverses, and more than all by the endless dissensions of magnates, Yan Kazimir resigned the kingly office in 1668, and retired to France. Being now a widower, he became Abbot of St. Germain and St. Martin, and lived on his stipend from these foundations, for the Poles refused to continue his pension. It seems, however, that he did not remain in seclusion till the end, for he is mentioned as marrying in secret a widow who had once been a laundress. He died in 1672, remembering the world much more than the world remembered him.

Yan Zamoyski, one of the most celebrated nobles in Polish history, was the grandfather of Sobiepan Zamoyski. The time of Zamoyski's success was during the reign of Stephen Batory, who gave him more offices and power than any citizen of the Commonwealth had ever enjoyed. As castellan of Cracow, he was the first among lay senators; as starosta of the same territory, he had extensive jurisdiction over criminals in Little Poland; as hetman, he was commander of all the military forces of the kingdom; as chancellor, he held the seals, without which no official act of the king had validity.

Perhaps the most notable action in Zamoyski's career as a civilian during Batory's reign was his treatment of the Zborovskis, one of whom he had beheaded, and another condemned to decapitation and infamy. The hatred of the Zborovskis for Zamoyski became so intense that later on they tried to seat their candidate, Maximilian of Austria, in opposition to Sigismund III., Zamoyski's choice and that of the majority. The Zborovski party brought their candidate to the gate of Cracow, intending to enthrone him with armed hand. Zamoyski repulsed and pursued them to Silesia, where he defeated and made Maximilian prisoner. The Austrian Archduke was held in captivity till he renounced all claim to the throne. This is the captivity to which Sobiepan refers on page 324, Vol. II.

Zamoyski had Sigismund impeached in 1592, not to condemn him, but to give him a lesson. Zamoyski's course in this affair, and his last speech in the Diet of 1605 are his most prominent acts during a reign in which he was first in opposition, as he had been first on the king's side during Batory's time. Zamoyski died in 1605, alarmed, as Lelevel says, for the future of his country.

Sobiepan Zamoyski, who conceived such a friendship for Zagloba, married the daughter of Henri de la Grange, a captain in the guard of Philip, Duke of Orleans. After Zamoyski's death, his widow, a woman of great beauty and ambition, married Sobyeski, subsequently elected king to succeed Michael Vishnyevetski, who is mentioned on page 253, Vol. II.

Kmita, the hero of THE DELUGE, was probably of the Kmitas of Little Poland, and of those who inherited lands granted Poles in Lithuania and Russia after the union.

Kmitsits, which means ˝son of Kmita,˝ as ˝starostsits˝ means ˝son of a starosta,˝ is the name used by Sienkiewicz; but as that word would baffle most English readers, I have taken Kmita, the original form of the family name. Kmita is mentioned in Solovyóff's Russian history as co-operating with Sapyeha and Charnyetski against Hovanski and Dolgoruki; in that connection he is called Kmitich.

NOTES.

POLISH ALPHABET.

Since the Polish alphabet has many peculiar phonetic combinations which are difficult to one who does not know the language, it was decided to transliterate the names of persons and places in which such combinations occur in this book. The following are the letters and combinations which are met with most frequently;–

Polish Letters. English Sounds.

c ts

ch h

cz ch

rz r followed by the French j

sz sh

szcz shch

w v

ż j

In this transliteration ch retains its ordinary English sound. J is the French j; the vowels e, i, u, are, respectively, ai in ˝bait,˝ ee in ˝beet,˝ oo in ˝pool,˝ when long; when short, ˝bet,˝ ˝bit,˝ ˝put˝ would represent their values. I, when unaccented and followed by a vowel, is sounded as y.

The following names will illustrate the method of this transliteration:–

Polish Form of Name. Form in Transliteration.

Potocki Pototski

Chudzynski Hudzynski

Czarnkowski Charnkovski

Rzendzian Jendzian

Bleszynski Bleshyuski

Szandarowski Shandarovski

Wlostowski Vlostovski

Żyromski Jyromski

In Jendzian and Jechytsa,–only names, as I believe, beginning in Polish with rz in this work,–the initial r has been omitted in the transliteration on account of the extreme difficulty, for any one not a Pole, of pronouncing r followed by the French j.

ACCENT.

All Polish words, with few exceptions, are accented on the syllable next the last, the penult. The exceptions are foreign names, some compounds, some words with enclitics. Polish names of men and places are generally accented on the penult.

MAP OF THE POLISH COMMONWEALTH.

This map, though diminutive, contains data through which the reader may see, at least in part, the historical course of the Commonwealth.

The territory is indicated which was lost to the Teutonic Knights, and which became later the kingdom of Prussia. On the east are indicated the Russian lands which became connected with Poland, and which rose against Polish rule in 1618. These lands are included between the lines running north and south on the map, and which are designated, respectively, ˝Western limit of Russia before the Tartar invasion,˝ ˝Eastern limit of the Polish Commonwealth at the accession of Yan Kazimir.˝

The names of more important places mentioned in Fire and Sword and The Deluge appear also on the map. A few of these names are not so familiar in their Polish forms, which I have preserved; therefore the German is given, as follows:–

Polish. German.

Elblang Elbing

Glogov Glogau

Gnyezno Gnesen

Taurogi Tauroggen

Tyltsa Tilsit

Opol Oppeln

Poznan Posen

TITLES OF RANK AND ADDRESS.

The highest military rank in Poland was grand hetman; next in order came field-hetman, which has appeared inadvertently in these volumes as full hetman. ˝Your worthiness,˝ so frequently used, would be better translated ˝your dignity,˝ ˝dignity˝ being used in the sense of ˝office.˝ The terms Pan, Pani, and Panna are applied, respectively, to a gentleman, a married lady, and an unmarried lady; they are now equivalent to Mr., Mrs. or Madame, and Miss.

The Deluge

Vol. I.

Chapter I.

There was in Jmud a powerful family, the Billeviches, descended from Mendog, connected with many, and respected, beyond all, in the district of Rossyeni. The Billeviches had never risen to great offices, the highest they had filled were provincial; but in war they had rendered the country unsurpassed services, for which they were richly rewarded at various times. Their native nest, existing to this day, was called Billeviche; but they possessed many other estates, both in the neighborhood of Rossyeni and farther on toward Krakin, near Lauda, Shoi, Nyevyaja, and beyond Ponyevyej. In later times they branched out into a number of houses, the members of which lost sight of one another. They all assembled only when there was a census at Rossyeni of the general militia of Jmud on the plain of the invited Estates. They met also in part under the banners of the Lithuanian cavalry and at provincial diets; and because they were wealthy and influential, even the Radzivills, all powerful in Lithuania and Jmud, had to reckon with them.

In the reign of Yan Kazimir, the patriarch of all the Billeviches, was Heraclius, colonel of light-horse and under-chamberlain of Upita. He did not dwell in the ancestral nest, which was rented at that time by Tomash, the sword-bearer of Rossyeni; Heraclius Billevich owned also Vodokty, Lyubich, and Mitruny, situated near Lauda, surrounded, as if with a sea, by agriculturists of the petty nobility.

Besides the Billeviches there were only a few of the more considerable families in the neighborhood, such as the Sollohubs, the Montvills, the Schyllings, the Koryznis, the Sitsinskis,–though there was no lack of smaller nobility of these names; finally, the whole river region of Lauda was thickly studded with so-called ˝neighborhoods,˝ or, in common parlance, zastsianki, [this word means technically ˝villages inhabited by petty nobles:˝ etymologically it means ˝behind walls,˝–hence, ˝beyond or outside the walls,˝ as above. ] occupied by the nobility of Lauda, renowned and celebrated in the history of Jmud.

In other neighborhoods of the region the families took their names from the places, or the places from the families, as was customary in Podlyasye; but along the river region of Lauda it was different. In Morezi dwelt the Stakyans, whom Batory in his time settled there for bravery at Pskoff; in Volmontovichi, on good land, swarmed the Butryms, the bulkiest fellows in all Lauda, noted for few words and heavy hands,–men who in time of provincial diets, raids on property, or wars were wont to go in close rank and in silence. The lands in Drojeykani and Mozgi were managed by the numerous Domasheviches, famed hunters; these men tramped through the wilderness of Zyelonka as far as Wilkomir on bear-trails. The Gashtovts occupied Patsuneli; their women were famous for beauty, so that finally all pretty girls around Krakin, Ponyevyej, and Upita were known as Patsuneli girls. The Sollohubs Mali were rich in horses and excellent cattle, bred in forest pastures. The Gostsyeviches in Goshchuni made tar in the woods, from which occupation they were called Gostsyevichi Charni (Black) or Dymni (Smoky),–the Black or Smoky Gostsyeviches.

There were other villages and families also. The names of many of them are still extant; but these villages are not situated as before, and men call them by other names. Wars came too with misfortunes and fires, villages were not always rebuilt on the ruins; in a word, much has changed. But in that time old Lauda was still flourishing in its primeval estate; and the nobles had reached their highest repute a few years before, when, fighting at Loyovo against the uprisen Cossacks, they covered themselves with great glory under the lead of Yanush Radzivill.

All the Lauda men served in the regiment of old Heraclius Billevich,–the richer with two horses, the poorer with one, and the poorest as attendants. In general, these nobles were warlike, and especially enamoured of a knightly career; but in questions which formed the ordinary subjects of discussion at a provincial diet they were less skilled. They knew that there was a king in Warsaw; that Radzivill and Pan Hlebovich were starostas in Jmud, and Pan Billevich at Vodokty in Lauda. That was sufficient for them; and they voted as Pan Billevich instructed them, convinced that he wanted the same as Pan Hlebovich, and that the latter went hand in hand with Radzivill. Radzivill was the king's arm in Lithuania and Jmud; the king was the consort of the Commonwealth, the father of the legion of nobles.

Pan Billevich was, in fact, a friend rather than a client of the powerful oligarchs in Birji, and a greatly esteemed one at that; for at every call he had a thousand voices and a thousand Lauda sabres,–and sabres in the hands of the Stakyans, the Butryms, the Domasheviches, or the Gashtovts were despised at that period by no man on earth. It was only later that everything changed, just at the time when Pan Heraclius Billevich was no more.

This father and benefactor of the nobles of Lauda died in 1654. In that year a terrible war [this war was carried on by the Tsar Alexis, father of Peter the Great and son of Michael Romanoff. Set Introduction] flamed forth along the whole eastern line of the Commonwealth; Pan Billevich did not go to it, for his age and his deafness did not permit; but the Lauda men went. When tidings came that Radzivill was defeated at Shklov, and the Lauda regiment in an attack on the hired infantry of France was cut almost to pieces, the old colonel, stricken by apoplexy, yielded his soul.

These tidings were brought by a certain Pan Michael Volodyovski, a young but very famous warrior, who instead of Heraclius had led the Lauda regiment by appointment of Radzivill. The survivors came with him to their inherited fields, wearied, weighed down, and famished; in common with the whole army, they complained that the grand hetman, trusting in the terror of his name and the spell of victory, had rushed with small forces on a power ten times greater than his own, and thus had overwhelmed the army and the whole country.

But amid the universal complaining not one voice was raised against Volodyovski. On the contrary, those who had escaped lauded him to the skies, relating wonders of his skill and his deeds. And the only solace left the survivors was the memory of the exploits performed under the young colonel's leadership,–how in the attack they had burst through the first line of reserves as through smoke; how later they fell on the French mercenaries and cut to pieces with their sabres the foremost regiment, on which occasion Pan Volodyovski with his own hand killed the colonel; how at last, surrounded and under fire from four sides, they saved themselves from the chaos by desperate fighting, falling in masses, but breaking the enemy.

Those of the Lauda men who, not serving in the Lithuanian quota, were obliged to form a part of the general militia, listened in sorrow but with pride to these narratives. It was hoped on all sides that the general militia, the final defence of the country, would soon be called. It was agreed already that Volodyovski would be chosen captain of Lauda in that event; for though not of the local residents, there was no man among them more celebrated than he. The survivors said, besides, that he had rescued the hetman himself from death. Indeed, all Lauda almost bore him in its arms, and one neighborhood seized him from another. The Butryms, the Domasheviches, and the Gashtovts disputed as to whose guest he should be for the longest period. He pleased that valiant nobility so much that when the remnant of Radzivill's troops marched to Birji so as to be brought to some order after the defeat, he did not go with others, but passing from village to village took up his abode at last in Patsuneli with the Gashtovts, at the house of Pakosh Gashtovt, who had authority over all in that place.

In fact, Pan Volodyovski could not have gone to Birji in any event, for he was so ill as to be confined to the bed. First an acute fever came on him; then from the contusion which he had received at Tsybihovo he lost the use of his right arm. The three daughters of his host, who were noted for beauty, took him into their tender care, and vowed to bring back to his original health such a celebrated cavalier. The nobility to the last man were occupied with the funeral of their former chief, Heraclius Billevich.

After the funeral the will of the deceased was opened, from which it transpired that the old colonel had made his granddaughter, Aleksandra Billevich, daughter of the chief hunter of Upita, the heiress of all his property with the exception of the village of Lyubich. Guardianship over her till her marriage he confided to the entire nobility of Lauda–

˝who, as they were well wishing to me,˝ continued he in the will, ˝and returned kindness for kindness, let them do the same too for the orphan in these times of corruption and wickedness, when no one is safe from the license of men or free of fear; let them guard the orphan from mischance, through memory of me.

˝They are also to see that she has safe use of her property with the exception of the village of Lyubich, which I give, present, and convey to the young banneret of Orsha, so that he may meet no obstacle in entering into possession of it. Should any man wonder at this my affection for Andrei Kmita, or see in it injustice to my own granddaughter Aleksandra, he must and should know that I held in friendship and true brotherly love from youthful years till the day of his death the father of Andrei Kmita. I was with him in war, he saved my life many times; and when the malice and envy of the Sitsinskis strove to wrest from me my fortune, he lent me his aid to defend it. Therefore I, Heraclius Billevich, under-chamberlain of Upita, and also an unworthy sinner standing now before the stern judgment of God, went four years ago, while alive and walking upon the earthly vale, to Pan Kmita, the father, the sword-bearer of Orsha, to vow gratitude and steady friendship. On that occasion we made mutual agreement, according to ancient noble and Christian custom, that our children–namely his son Andrei and my granddaughter Aleksandra–were to be married, so that from them posterity might rise to the praise of God and the good of the State, which I wish most earnestly; and by the will here written I bind my granddaughter to obedience unless the banneret of Orsha (which God forbid) stain his reputation with evil deeds and be despoiled of honor. Should he lose his inheritance near Orsha, which may easily happen, she is to take him as husband with blessing; and even should he lose Lyubich, to pay no heed to the loss.

˝However, if by the special favor of God, my granddaughter should wish in praise of Him to make an offering of her virginity and put on the habit of a nun, it is permitted her to do so, for I know that the praise of God is to precede that of man.˝

In such fashion did Pan Heraclius Billevich dispose of his fortune and his granddaughter, at which no one wondered much. Panna Aleksandra had been long aware of what awaited her, and the nobles had heard from of old of the friendship between Billevich and the Kmitas; besides, in time of defeat the thoughts of men were occupied with other things, so that soon they ceased to talk of the will.

But they talked of the Kmitas continually in the house at Vodokty, or rather of Pan Andrei, for the old sword-bearer also was dead. The younger Kmita had fought at Shklov with his own banner and with volunteers from Orsha. Then he vanished from the eye; but it was not admitted that he had perished, since the death of so noted a cavalier would surely not have escaped notice. The Kmitas were people of birth in Orsha, and lords of considerable fortune; but the flame of war had ruined those regions. Districts and entire lands were turned into deserts, fortunes were devoured, and people perished. After the crushing of Radzivill no one offered firm resistance. Gosyevski, full hetman, had no troops; the hetmans of the Crown with their armies in the Ukraine were struggling with what strength they had left and could not help him, exhausted as well as the Commonwealth by the Cossack wars. The deluge covered the land more and more, only breaking here and there against fortified walls; but the walls fell one after another, as had fallen Smolensk. The province of Smolensk, in which lay the fortune of the Kmitas, was looked on as lost. In the universal chaos, in the general terror, people were scattered like leaves in a tempest, and no man knew what had become of the banneret of Orsha.

But war had not reached Jmud yet. The nobles of Lauda returned to their senses by degrees. ˝The neighborhoods˝ began to assemble, and discuss both public and private affairs. The Butryms, readiest for battle, muttered that it would be necessary to go to Rossyeni to the muster of the general militia, and then to Gosyevski, to avenge the defeat of Shklov; the Domasheviches, the hunters, had gone through the wilderness of Rogovo by the forests till they found parties of the enemy and brought back news; the Smoky Gostsyeviches smoked meat in their huts for a future expedition. In private affairs it was decided to send tried and experienced men to find Pan Andrei Kmita.

The old men of Lauda held these deliberations under the presidency of Pakosh Gashtovt and Kassyan Butrym, two neighborhood patriarchs. All the nobility, greatly flattered by the confidence which the late Pan Billevich had placed in them, swore to stand faithfully by the letter of the will, and to surround Panna Aleksandra with well-nigh fatherly care. This was in time of war, when even in places to which war had not come disturbance and suffering were felt. On the banks of the Lauda all remained quiet, there were no disputes, there was no breaking through boundaries on the estates of the young heiress, landmarks were not shifted, no ditches were filled, no branded pine-trees were felled on forest borders, no pastures were invaded. On the contrary, the heiress was aided with provisions,–whatever the neighborhood had; for instance, the Stakjans on the river sent salt-fish, wheat came from the surly Butryms at Voimontovichi, hay from the Gashtovts, game from the Domasheviches (the hunters), tar and pitch from the Gostsyeviches. Of Panna Aleksandra no one in the villages spoke otherwise than as ˝our lady,˝ and the pretty girls of Patsuneli waited for Pan Kmita perhaps as impatiently as she.

Meanwhile came the summons calling the nobility. The Lauda men began to move. He who from being a youth had grown to be a man, he whom age had not bent, had to mount his horse. Yan Kazimir arrived at Grodno, and fixed that as the place of general muster. There, then, they mustered. The Butryms in silence went forth; after them others, and the Gashtovts last,–as they always did, for they hated to leave the Patsuneli girls. The nobles from other districts appeared in scant numbers only, and the country was left undefended; but God-fearing Lauda had appeared in full quota.

Pan Volodyovski did not march, for he was not able yet to use his arm; he remained therefore as if district commander among the women. The neighborhoods were deserted, and only old men and women sat around the fires in the evening. It was quiet in Ponyevyej and Upita; they were waiting on all sides for news.

Panna Aleksandra in like manner shut herself in at Vodokty, seeing no one but servants and her guardians of Lauda.

Chapter II.

The new year 1655 came. January was frosty, but dry; a stern winter covered sacred Jmud with a white coat three feet thick, the forests were bending and breaking under a wealth of snow bunches, snow dazzled the eyes during days of sunshine, and in the night by the moon there glittered as it were sparks vanishing on a surface stiffened by frost; wild beasts approached the dwellings of men, and the poor gray birds hammered with their beaks the windows covered with hoar frost and snow-flowers.

On a certain evening Panna Aleksandra was sitting in the servants' hall with her work-maidens. It was an old custom of the Billeviches, when there were no guests, to spend evenings with the servants singing hymns and edifying simple minds by their example. In this wise did Panna Aleksandra; and the more easily since among her house-maidens were some really noble, very poor orphans. These performed every kind of work, even the rudest, and were servants for ladies; in return they were trained in good manners, and received better treatment than simple girls. But among them were peasants too, differing mainly in speech, [the speech of the main body of the people in Jmud is Lithuanian to this day] for many did not know Polish.

The Deluge

Vol. II.

Chapter I.

The war with cannon was no bar to negotiations, which the fathers determined to use at every opportunity. They wished to delude the enemy and procrastinate till aid came, or at least severe winter. But Miller did not cease to believe that the monks wished merely to extort the best terms.

In the evening, therefore, after that cannonading, he sent Colonel Kuklinovski again with a summons to surrender. The prior showed Kuklinovski the safeguard of the king, which closed his mouth at once. But Miller had a later command of the king to occupy Boleslav, Vyelunie, Kjepits, and Chenstohova.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Potop. Tom I

Potop. Tom II

Potop. Tom III

The Deluge. Introduction

The Deluge. Vol. I.

The Deluge. Vol. II.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Potop - tomy I-III Potop - tom I Bez dogmatu W pustyni i w puszczy Quo vadis Krzyżacy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie