Katedra Najświętszej Panny Paryskiej. Dzwonnik z Notre-Dame - Notre-Dame de Paris 1482. The Hunchback of Notre Dame

Katedra Najświętszej Panny Paryskiej. Dzwonnik z Notre-Dame - Notre-Dame de Paris 1482. The Hunchback of Notre Dame

Autorzy: Victor Hugo

Wydawnictwo: Armoryka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 12.30 zł

Katedra Najświętszej Marii Panny w Paryżu - powieść Wiktora Hugo znana w Polsce również pod tytułem "Dzwonnik z Notre-Dame", osadzona

w czasach późnego średniowiecza. Według słów samego autora, jest to "obraz piętnastowiecznego Paryża i całego piętnastego wieku przez

pryzmat tego miasta". Osią powieści jest wątek miłosny archidiakona Klaudiusza Frollo do pięknej Cyganki Esmeraldy. Książka wydana w

1831 roku porusza nietypowe jak na tamte czasy problemy zgubnego pożądania i tolerancji. W powieści nie ma nic białego ani czarnego,

są tylko odcienie szarości. Nie ma też tu jednoznacznie złej postaci, a nawet okrutne czyny Frolla można zrozumieć i budzi on

współczucie, a nawet sympatię czytelnika. Książka została napisana pod wpływem odnalezienia przez autora greckiego napisu

("Przeznaczenie") na ścianie Katedry Notre-Dame.

Wersja trójjęzyczna - polski, angielski, francuski
Victor Hugo

Katedra Najświętszej Panny Paryskiej

albo

Dzwonnik z Notre-Dame

Notre-Dame de Paris 1482

The Hunchback of Notre Dame

przełożył: Józef Tokarzewicz‎‎

translated by Isabel F. Hapgood

Tekst – Text – Texte:

Polski / Français / Englisch

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Victor Hugo (1802-1885), Victor Hugo, Oeuvres illustrées de Victor Hugo. Paris: J. Hetzel, 1853,

(licencja public domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:HugoHunchbackNotreDame02.jpg

(This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights).

Tekst wg edycji: polskiej z 1876 r., francuskiej z 1831 r. i angielskiej z 1896 r.

Zachowano oryginalną pisownię

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-219-6

Katedra Najświętszej Panny Paryskiej

WSTĘP

Przed kilkoma laty autor tej książki, zwiedzając katedrę paryską, a raczej szperając po jej kątach, znalazł w ciemnej celce jednej z jej wież, ten oto wyraz wycięty ręką na murze:

ΑΝΑΓΚΗ – (co znaczy KONIECZNOŚĆ, FATUM)

Wielkie litery greckie, czarne ze starości i mocno zagłębione w kamieniu, ich kształt i układ, przypominający coś z pisowni gotyckiej, jakby na świadectwo, że je tu nakreśliła ręka średniowieczna, przedewszystkiem zaś złowrogie i fatalne ich znaczenie, żywo uderzyły autora.

Zapytywał siebie, odgadnąć pragnął, coby to być mogła za dusza pokutnicza, która świata opuścić nie chciała bez położenia tego piętna zbrodni czy nieszczęścia na łonie starego kościoła.

Od owego czasu mur otynkowano, a może i oskrobano (nie wiemy napewno), i napis znikł. W taki właśnie sposób postępujemy sobie od lat blizko dwustu, z cudnemi świątyniami wieków średnich. Kalectwa spadają na nie zewsząd: od środka kapłan je tynkuje, z wierzchu budowniczy skrobie; później idzie lud, który je burzy.

Takiem prawem nic już dziś nie pozostało z tajemniczego wyrazu, wyrytego na ciemnej wieży katedralnej, ani z nieznanych dziejów tak smętnie na niej streszczonych... nic, okrom kruchej pamiątki, jaką im poświęca autor tego dzieła. Człowiek, który to słowo wyżłobił, utonął sród pokoleń w wiekowej zapomnienia fali; wyraz z kolei zgasł na ścianie kościelnej, a wkrótce może i sam kościół zetrze się z oblicza ziemi.

Z tego-to słowa powstała książka niniejsza.

Marzec 1831

KSIĘGA PIERWSZA.

I. Izba wielka.

Lat temu trzysta czterdzieści ośm, miesięcy sześć i dni dziewiętnaście, Paryżanie się obudzili przy huku wszystkich dzwonów szeroko rozmachanych w potrójnym obwodzie Starego Grodu, Wszechnicy i Nowego Miasta.

Szósty Stycznia 1482 nie był przecież dniem dla historyi pamiętnym. Nic szczególnego w wypadku, który tak od samego rana poruszał dzwony i mieszczan paryskich. Ani to był napad Pikardczyków lub Burginionów, ani procesya z relikwiami, ani rozruch studencki w dzielnicy Laas, ani przybycie „Naszego wielce miłościwego a potężnego Jmci Króla i Pana”, ani miła jaka uciecha wieszania łotrów lub łotrzyc w Pałacu Sprawiedliwości. Nie był też to żaden z tak częstych w wieku piętnastym przyjęć ambasady ukitkowanej i ugalonowanej. Dwa dni zaledwo upłynęło od chwili, kiedy ostatnia tego rodzaju kawalkada, mianowicie poselstwo flamandzkie w sprawie małżeństwa Delfina Francyi z Małgorzatą księżniczką Flandryi, odbyło wjazd do stolicy, ku wielkiemu niezadowoleniu kardynała Burbona, który zmuszonym był, dla dogodzenia królowi, sadzić się na uprzejmość dla całej tej grubomieszczańskiej ciżby burmistrzów flamandzkich, i raczyć ich we własnym pałacu „srodze pięknym dyalogiem z krotochwilą i maszkarą”, gdy tymczasem deszcz ulewny zatapiał mu u drzwi przepyszne jego kobierce.

Zdarzeniem, które 6-go Stycznia „dodawało tak ducha motłochowi paryskiemi, że użyjemy wyrażeń Jehana z Troyes, było po prostu święto Trzech Królów, połączone od niepamiętnych czasów ze świętem oszustów, błaznami podówczas zwanych.

Dnia tego miały mieć miejsce ognie radosne na placu Greve, sadzenie rószczki zielonej w kaplicy na Braque, i misteryum w pałacu Sprawiedliwości. Właściwe po temu obwieszczenie na placach publicznych, przy odgłosie trąb, dokonanem zostało w wigilię przez łuzników JW. Starosty Grodzkiego, bogato ubranych w opończe z materyi fioletowej, z wielkiemi białemi krzyżami na piersi.

Tłumy mieszczan i mieszczek dążyły tedy ze wszech stron od samego rana, przy pozamykanych dokoła domach i kramnicach, ku jednemu z trzech wymienionych punktów. Każdy wybrał swoje: ten ognie sztuczne, ów misteryum, inny palmę zieloną. Na pochwałę wszakże starego zdrowego zmysłu gapiów paryskich powiedzieć trzeba, że większa część ludu śpieszyła na ognie sztuczne, przypadające tym razem bardzo w porę, albo też na misteryum, którego przedstawienie odbywać się miało w wielkiej komnacie trybunalskiej, szczelnie się zamykającej i doskonale osłoniętej. Co do gałązki majowej, zgadzano się niemal powszechnie, że takową samotnie zostawić wypadało, drżącą pod niebem styczniowem, na cmentarzu kaplicy Braque.

Lud zapływał szczególniej wejścia ku Pałacowi Sprawiedliwości; wiedziano bowiem, że ambasadorowie flamandzcy, przybyli przed dwoma dniami, zamierzyli być obecnymi na przedstawieniu misteryum i na wyborach króla hultajów, które się również dokonać miały w wielkiej komnacie.

Nie było to rzeczą łatwą docisnąć się dnia tego do owej wielkiej komnaty, mającej przecież sławę najobszerniejszego na świecie zakola pokrytego. (Prawda, że Sauval nie był jeszcze wtedy wymierzył wielkiej sali zamku Montargis), Plac trybunalski, przepełniony ludem, przedstawiał dla ciekawców wyglądających z okien widok morza, w które pięć czy sześć ulic, niby tyleż ujść rzecznych, wlewało nowe co chwila fale głów ludzkich. Bałwany te wciąż wzrastające roztrącały się o rogi domów wyskakujące zewsząd na sposób przylądków, w nieregularnej kotlinie placu. W środku wysokiego pałacowego frontu gotyckiego, wielkie schody, kipiące podwejnym prądem występującego i schodzącego ludu, który się łamiąc pod gankiem środkowym, szerokiemi płachtami staczał się po pochyłościach bocznych – schody wielkie, mówimy, strumienisto wylewały lud na Plac, jako kaskada wodę w jezioro. Krzyki, śmiechy, tupania tysiączne, tworzyły huk i hałas niezmierny. Huk ów i hałas wzmagały się niekiedy, a pęd, prący całą tę massę ku wielkim schodom, skręcał się nagle, mieszał i pryskał. Powodem było natarcie hajduka grodzkiego, lub uderzenie konnego starościńskiego łucznika, rzucającego się dla przywrócenia porządku. Rozczulający zwyczaj! przekazany przez starostwo dawne juryzdykcyi konnetabla, przez juryzdykcya konnetabla straży marszałkowskiej, a przez straż marszałkowską dzisiejszej naszej żandarmeryi paryskiej.

W oknach, we drzwiach, na poddaszach, na dachach, wiły się tysiące zacnych facyat mieszczańskich, spokojnych i dobrodusznych, patrzących na pałac, patrzących na ciżbę, i z tego doskonale zadowolonych; trzeba bowiem wiedzieć, że spora część mieszkańców Paryża kontentuje się często widowiskiem widzów, i prosta ściana, za którą „coś się jak gadają dzieje”, jest już w razie czego rzeczą niezmiernie ciekawą.

Gdyby nam danem było, nam ludziom 1830 roku, zespolić się uczuciem z tymi Paryżanami XV-go wiekuj wejść wraz z nimi, w ogólnym owym natłoku, rwetesie i spychaniu się, do ogromnej sali Pałacu Sprawiedliwości, łąk ciasnej 6-go Stycznia 1482 widowisko nie byłoby może bez powabu i zajęcia; znaleźlibyśmy jeno do koła rzeczy tak stare iżby się nam one wydały całkiem nowemi.

Jeżeli czytelnik na to pozwoli będziemy usiłowali odnaleźć w myśli, wrażenie, jakiegobyśmy doznali, przestępując progi owej wielkiej komnaty, pośród ciżby pospólstwa w serdakach, opończach i spodnikach strzępiastych.

A nasamprzód, dzwonienie w uszach, olśnienie oczu. Po nad głowami dwoiste sklepienie ostrołukowe, podbite rzeźbami z drzewa pomalowane na błękitno, zdobne w lilie złoto-kwieciste. Pod na-ł szemi stopami posadzka marmurowa, w płytach to białych to czarnych. O kilka kroków od nas potężny słup, dalej drugi, dalej trzeci; razem siedm słupów wzdłuż sali, podtrzymujących w jej środku spadki dwoistego sklepienia. W około pierwszych czterech słupów, kramnice handlarzy, całe błyszczące od szkieł i brzękadeł; w około trzech ostatnich, ławki dębowe, wyślizgane i wypolerowane pludrami pacyentów i sutanami palestry. W obwodzie krańcowym sali, wzdłuż wysokiej ściany między podwojami, między oknami, między słupami, nieskończony szereg posągów wszystkich królów Francyi od Pharamunda: królów próżniaków, z rękami pozwieszanemi, z pospuszczanemi oczami, królów dzielnych i wojowniczych, z głowami i prawicami hardo podniesionemi ku niebu. Następnie, w długich ostrołukowych oknach, szyby o tysiącznych kolorach; w szerokich wyjściach komnaty podwej bogate, misternie rzeźbione; a wszystko razem ze sklepieniami, słupam, ścianami, framugami, stropami, oknami, posągami, podszyte od góry do dołu przepysznem tłem błękitnem i złotem, które, poczerniałe nieco i w epoce naszej powieści, znikło prawie całkiem pod pyłem i pajęczemi siatkami w roku Pańskim 1549, kiedy Dubreul tradycyjnie się jeszcze nad tem zachwycał.

Wyobraźmyż sobie teraz ogromną tę komnatę podłużną, oblaną przyćmionem światłem dnia styczniowego, w pełnem rozigraniu tłumów pstrych, krzykliwych, sunących wzdłuż ścian i zataczających się w około siedmiu słupów, a będziemy już mieli pewne zamglone wyobrażenie o całości obrazu, którego szczegóły ciekawsze postaramy się zaraz dokładniej obejrzeć.

Pewnem jest, żegdyby Kavaillac nie był zamordował Henryka IV-go, nie byłoby wcale dokumentów procesu ravaillakowskiego w kancelaryi trybunalskiej Pałacu Sprawiedliwości, ani też wspólników zbrodni zainteresowanych w zniszczeniu rzeczonych dokumentów; a co za tem idzie, nie byłoby również podpalaczów, zmuszonych z braku lepszego środka podpalić kancelaryę, żeby spalić dowody, podpalić Trybunał cały, żeby spalić kancelaryę; a wreszcie nie byłoby wcale i pożaru 1618. Stary Pałac Sprawiedliwości stałby po dziś dzienna swoich posadach ze stara swoją wielką komnatą. Moglibyśmy w takim razie powiedzieć czytelnikom: „Pejdźcie ją obejrzeć”, i w ten sposób bylibyśmy wspólnie wolni, piszący od kreślenia, czytelnik od czytania opisu, jaki się złożyć udało. Dowodzi to tej prawdy nowej: że wielkie wypadki mają skutki nieobliczone.

Co prawda, bardzo możebnem mogłoby być i to, przedewszystkiem że Ravaillac bynajmniej wspólników nie miał, a powtóre, że gdyby przypadkiem wspólnicy ci i byli, to niekoniecznie z ich przyczyny wynikł pożar 1618. Są dwa inne jeszcze tłumaczenia wypadku, i nie całkiem bezzasadne. Primo, wielka płomienna gwiazda, szeroka na stopę, długa na łokieć, spadła, jak każdemu wiadomo, z niebios na Pałac, w dniu 7 Marca po północy. Secundo, czterowiersz Theophila:

Certes, ce fut un triste jeu

Quant ä Paris dame Justice,

Pour avoir mango trop d'epice,

Se mit Ie palais en feu.

(Zaprawdę, smutna to była igraszka,

kiedy w Paryżu Pani Sprawiedliwość,

najadłszy się za wiele grzanek-przyprawek,

rzygnęła ogniem na swej pałac.)

Cokolwiek byłoby do powiedzenia o tem potrejnem, politycznem, fizycznem i poetycznem tłumaczeniu powodów zgorzenia Pałacu Sprawiedliwości w roku 1618, faktem na nieszczęście pewnym jest jedno: że Pałac zgorzał. Dzięki tej katastrofie, dzięki zwłaszcza rozmaitym kolejnym odnowieniom, które zrujnowały co zaoszczędził był pożar, nie wiele dziś zostało z tej pierwotnej siedziby królów Francyi, tego starszego brata Luwru, tak sędziwego już za czasów Filipa Pięknego, że na nim szukano śladu owych budynków przepysznych, wzniesionych za króla Boberta, które Halgaldus opisuje Znikło prawie wszystko. Cóż się stało z izbą kanclerską, w której Ludwik Święty „małżeństwa swego dopełnił”? co się stało z ogrodem, w którym monarcha ten, „leżąc z Joinvillem na kobiercach”, sprawiedliwość wymierzał, „ubrany w spodnik kamlotowy, w wełniany serdak bez rękawów, w delię spadającą na czarne sandały?” Gdzież się podziała izba cesarza Zygmunta? izba Karola IV? izba Jana-bez-ziemi? Gdzie krużganek, z którego Karol VI ogłosił swej edykt ułaskawienia? gdzie tafla, na której Marcel, w obecności Delfina, zamordował Eoberta z CJermont i marszałka Champagne? gdzie furta, u której podarto bulle anty-papieża Benedykta, i zkąd ci co je przynieśli, iść musieli w urągowiskowych kapach i mitrach po całym Paryżu, z publicznóm wyznaniem winy? albo i ta sama wielka komnata, ze złoceniami swemi, z błękitem, z ostrołukami, z posągami, ze słupami, ze swojem nieobjętem sklepieniem ponacinanem w rzeźby, gdzież jest ona? a ten lew kamienny, strzegący wejścia z głową pochyloną, z ogonem podkurczonym, na podobieństwo lwów u tronu Salomona, w postawie upokorzonej, jako wypada sile przed sprawiedliwością? a piękne podwoje? a szkła malowane? a żelaza rzeźbione, wprawiające w rozpacz Biscornetta? a delikatne stolarskie roboty mistrza Duhancy? Co uczynił czas, co ludzie uczynili z tych cudów? Co dano nam w zamian za całą tę historyę galską, za całą tę sztukę gotycką? Ciężkie, przyduszone pełnołucza p. Brossen, niezręcznego budowniczego frontonu Saint-Gervais – tyle w zamian za arcydzieła; a co do dziejów, mamy wielomówne pamiątki po słupie pękatym, jeszcze nieostygłym od gorących bredni Patru'ow.

Nie wiele, zaiste!

Wróćmyż do prawdziwej wielkiej komnaty starego Pałacu.

Na dwóch kończynach olbrzymiego tego równoległoboku stały: po jednej stronie, sławny btół marmurowy z jednego jedynego kawałka, a tak długi, tak szeroki i gruby, „że nigdy jeszcze – powiadają stare papiery ziemstwa, stylem któregoby im pozazdrościł Gargantua – nigdy jeszcze, jak świat, światem nie widziano podobnej skrajki marmuru'; po stronie drugiej kaplica, gdzie Ludwik XI kazał się rzeźbić na klęczkach przed Matką Bozką, i dokąd przenieść polecił, nie dbając o ogołocenie dwóch framug galeryi posągów królewskich, posągi Karola Wielkiego i Ludwika Świętego, dwóch Świętych, których uważał za posiadających tytułem królewskim, szczególniejszą łaskę niebios. Kaplica ta, nowa jeszcze, zbudowana przed sześciu zaledwo laty, cała nosiła na sobie zachwycający ten styl architektury misternej, o rzeźbach cudownych, o cienkich głębokich karbowaniach, który we Francyi zaznacza koniec epoki gotyckiej, i przedłuża się aż ku środkowi wieku szesnastego, w czarownyeh fantazyach odrodzenia.

Drobna różyczka, wykuta d jour nad frontonem uchodziła w szczególności za arcydzieło subtelności i wdzięku; rzekłbyś gwiazda z koronek.

W środku sali, naprzeciw głównego wejścia, wzniesiono estradę ze złotogłowiów opartą o mur, z osobnemi podwojami urządzonemi za pomocą okna, wychodzącego na korytarz złoconej komnaty. Podwyższenie to przeznaczonem było dla posłów flamandzkich i innych wysokich gości, zaproszonych na przedstawienie misteryum.

Samo przedstawienie miało się odbyć na stole marmurowym. Od rana przygotowano takowy odpowiednio; bogata jego wierzchnia pokrywa, cała porysowana od obcasów palestry i woźnych trybunalskich, nosiła na sobie rodzaj klatki drewnianej, dość wysokiej, której ściana górna, widzialna ze wszystkich stron wielkiej komnaty, służyć miała za posadzkę sceny teatralnej, wnętrze zaś przeznaczonem było na szatnię dla osób sztuki. Drabina, otwarcie umocowana na zewnątrz utrzymywała związek sceny z szatnią zakulisową, ofiarując strome swe szczeble wchodzącym i wychodzącym. Każdy nieoczekiwany bohater, każdy nagły zwrot akcyi, każda teatralna niespodzianka, musiały najprzód na schodach tych się pokazać. Niewinne a sędziwe dzieciństwo sztuki i wystawności.

Czterech wyprostowanych pachołków juryzdykcyi trybunalskiej (obowiązkowi to stróże wszelkich zabaw ludowych, tak w dniach uroczystych, jak i w dniach egzekucyi) stało przy czterech rogach stołu marmurowego.

Sztuka zacząć się miała dopiero za dwunastem uderzeniem południa na wielkim zegarze Pałacu. Było to bezwątpienia późno, jak na przedstawienie teatralne, ale się z porą zastosować wypadało do ambasadorów.

Tymczasem cały ten tłum czekał już od rana. Spora liczba zacnych ciekawców trzęsła się na zimnie od samego świtu przy wielkich stopniach Pałacu; niektórzy utrzymywali nawet, że noc całą przestali w zagłębieniu wielkiej bramy w tym właśnie celu, żeby być pierwszymi przy wejściu. Tłum gęstniał co chwila, i jako woda poziom swej wypierająca, zaczynał wysuwać się w górę wzdłuż murów, na wszystkie wypukłości architektury, na wszystkie zagięcia rzeźby.

To też niewygoda, zniecierpliwienie, nuda, jednodniowy szał i cynizm swobody, kłótnie wybuchające przy lada okoliczności o żwawsze sturchnięcie łokciem lub butem podkutym, znużeniem długiem oczekiwaniem na dobry już kawał czasu przed przybyciem posłów, nadawały ton cierpki i gorzki wrzawie tego ludu zamkniętego, spakowanego, ściśniętego, spartego, duszącego się. Słyszeć się dawały żale i narzekania na Flaraandów, na starostę kupieckiego, na kardynała Burbonar na marszałka Pałacu, na Jejmość Małgorzatę austryacką, na kopijników starościńskich, na chłód, na gorąco, na niepogodę, na biskupa paryskiego, na króla trefnisów, na słupy, na posągi, na owe podwoja zamknięte, na tamto okno otwarte; a wszystko to ku wielkiemu zadowoleniu żaków i hajduków, rozsianych w tłumie, którzy zaostrzając całe to nieukonentowanie kpinką i żartem – kłuli rzecby można szpilkami powszechne złe usposobienie.

Jedna szczególniej gruppą wesołych tych zoilów, ta, która wydusiwszy szybę wielkiego okna, rozsiadła się na jego podstawie, ona najbardziej dawała się pospólstwu we znaki, ciskając raz po raz spojrzenia i żartkie słówka, to tu to tam, to w głąb tłumów w pałacu, to w środek gromad ulicznych. Z przedrzeźniających ruchów, z wybuchów śmiechu, z drwinek i wyzwań rzucanych towarzyszom z jednego końca komnaty na drugi, nietrudno było osądzić, że młodzi ci palestranci bynajmniej nie podzielali nudów i zmęczenia reszty zgromadzenia i że z tego co mieli przed oczami, wybornie potrafili urządzić dla własnej uciechy widowisko, pozwalające im bezpiecznie i miło oczekiwiać na inne.

– Na moją duszę! to ty Joannes Frollo de Molendino! – wrzeszczał jeden ze zgrai do jasnowłosego łobuza, o pięknej choć złośliwej twarzy, śledzącego na akantowych liściach naczołka jednej z kolumn.

– Nie bez racyi zwą cię Jehanem du Moalin, bo te dwoje twych rąk i nóg tych dwoje doprawdy wyglądają jak rozpostarte skrzydła wiatraka... Od dawnaś tu?

– A oto, na miłość szatana, od czterech już blizko godzin, – odparł Jan Frollo – i sądzę, że mi to policzonem będzie w rachunku czyśćcowym. Byłem tu, gdy ośmiu kantorów króla sycylijskiego zaczynali mszę śpiewaną w kaplicy Świętej, o siódmej proszę cię!

– Tęgie śpiewaki! – podchwycił tamten – nie ma co: głos mają ostrzejszy od własnych mycek. Król Jegomość pierwej nim mszę świętą na część świętego Jana fundował, powinienby był zapytać, czy święty nasz Jan lubi, by mu łacinę na sposób prowansalski wywodzono.

– Zrobił to król tylko dlatego, żeby dać zajęcie przeklętym tym śpiewakom sycylijskim! – ostro zapiszczała w tłumie jedna z bab starych, stojąca u podnóża okna. – I proszę! tysiąc złotówek paryskich za jedną mszę! do tego na targowicznej dzierżawie ryb morskich w Paryżu do tego!

– Oj, oj, zgoda! stara! – podchwycił jegomość poważny i opasły, zatykając nos i odwracając się od przekupki z rybnego targu. – Trzebaż przecie było zafundować mszę jedną. Chciałabyś, aby król na nowo zachorował?

– Tęgo rżniesz, sławetny panie Gilles Lecornu, majstrze kuśnierzu szat królewskich! – krzyknął żaczek uczepiony u kolumny. Cała gromada jego towarzyszów śmiechem głośnym przyjęła niefortunne imię biednego kuśnierza, szubownika szat królewskich.

– Lecornu! Gilles Lecornu! – wołali jedni.

– Cornutus et hirsutus! – dodawał inny.

– Ależ! bez wątpienia! – ciągnął szatanik z góry kolumny. – Cóż tu jest do śmiechu? Zacny człek Gilles Lecornu, którego bratem majster Jehan Lecornu, murgrabia dworu królewskiego; którego ojcem: majster Mahiet Lecornu, pierwszy klucznik lasu Vinceńskiego – wszyscy co do nogi obywatele Paryża, wszyscy żonaci z ojca na syna!...

Podwoiła się wesołość. Gruby kuśnierz-szubownik, nie pisnąwszy już ani słowa, usiłował wydrzeć się spojrzeniom, ciskanym w niego ze wszystkich stron; ale się pocił i sapał napróżno. Jako klin zagłębiający się w drzewo, starania jego ten tylko odnosiły skutek, że coraz mocniej zamykały mu w klamry ramion sąsiedzkich twarz szeroką, krwistą, karmazynowa z gniewu i złości.

Nareszcie jeden z sąsiadów, mały, krępy, poważny jak i sam pan kuśmierz, rzucił się doń z pomocą.

– Obrzydliwości! i w ten to sposób śmią żaki przemawiać do sławetnego! a tożby za moich czasów osmagano ich łozami, i na łozach następnie spalono.

Gromada cała buchnęła śmiechem.

– Hej-że na! któż tak znowu wywiódł tonem podobnym? cóż to za puhacz nieszczęść?

– Aha, mam go, poznaję – rzekł jeden; – to mistrz Jędrzej Musnier.

– Albowiem jest jednym z czterech przysięgłych księgarzy Wszechnicy! – zauważył drugi.

– Wszystko tam idzie czwórkami w tej kramnicy! – wrzasnął trzeci. – Cztery narody [dawna Wszechnica Paryska dzieliła się na cztery wydziały, wedle przyznawanego obywatelstwa akademickiego czterem tak zwanym narodom: Francyi, Pikardyi, Normandyi i Anglii; tę ostatnią, zakupiły poźniej Niemcy - przyp. tłum.], cztery fakultety, cztery święta, czterech prokuratorów, czterech elektorów, czterech księgarzów...

– A więc – pochwycił Jehan Frollo, – podsadźmyżim i djabła czworo-różnego...

– Musnier, z dymem puścimy wszystkie twe książki.

– Musnier, na gorzkie jabłko zbijemy ci twego bębna.

– Musnier, na miazgę zetrzemy ci żonkę...

– Zacną tłuściutką panieneczkę Oudarde...

– Która jest równie świeżą i wesołą, jak gdyby była wdówką.

– A niech-że was piorun trzaśnie – mruknął mistrz Jędrzej Musnier.

– Mistrzu Jędrzeju – odparł Jehan zawieszony zawsze ukapitelu – zamilknij, proszę, albo ci się zwalę na łeb, jak widzisz...

Mistrz Jędrzej podniósł wzrok, zdawał się chwilę mierzyć wysokość słupa, ciężar swawolnika, pomnożył ten ciężar przez kwadrat z odległości, i język mu przylgnął do podniebienia.

Jehan, pan placu, dodał zwycięzko:

– Bo teżbym to zrobił, jakem brat archidyakona!

– No nie ma co mówić, śliczni panowie, ci nasi jegomoście ze Wszechnicy! nie poszanować-że naszych przywilejów nawet w dniu takim jak dzisiejszy! Do licha! są ognie sztuczne i roszczka na Nowem-Mieście, jest misteryum, jest król trefnisiów; są ambasadorowie flamandzcy w Starym Grodzie, a we Wszechnicy ani ni!

– A Plac Maubert dośó przecież wielki! – zauważył jeden z aplikantów, umieszczony na zastawie okienicznej.

– Precz z rektorem, elektorami i prokuratorami! – krzyknął Jehan.

– To nic... urządzimy sobie tego wieczora illuminacyą na ChampGaillard – dodał inny – illuminacyą z książek mistrza Jędrzeja...

– I ze stolików pisarków!

– I z lasek bedelów!

– I ze spluwaczek dziekanów!

– I ze skrzynek elektorów!

– I ze stołków rektora!

– Precz, precz! – jął znowu mały Jehan jak szerszeń – precz z mistrzem Jędrzejem, bedelami i gryzipiórkami; precz z teologami, medykami i dekretnikami; precz z prokuratorami, elektorami i rektorami!

– A toż to skończenie świata! – mówił mistrz Jędrzej, zatykając uszy.

– O wilku mowa, a wilk tuż... Oto i rektor; przechodzi przez Plac L. – krzyknął jakiś pauper z okna.

Wszyscy zwrócili się w stronę placu.

– Czy to doprawdy czcigodny rektor mistrz Thibaut? – zagadnął Jehan Frollo du Moulin, który uczepiony u jednej z kolumn wewnętrznych, nie mógł widzieć co się działo na zewnątrz.

– Tak jest, tak, – odpowiedzieli chórem inni; – to on sam, mistrz Thibaut rektor.

Był to w rzeczy samej rektor; otoczony wszystkimi dygnitarzami uniwersytetu, udawał się ceremonialnie na spotkanie ambasady; w tej chwili naukowa ta processya przeciągała właśnie przez Plac trybunalski. Żaki skupieni w oknach przyjęli ją śmiechem i oklaskami najgrawania. Rektor postępujący na czele swego oddziału zniósł pierwsze natarcie, a nie było lekkiem.

– Dzień dobry, mości rektorze!... Hola, cóż to? zagłuchł jegomość? dzień dobry, powiadam!

– Jakiem-że prawem u Boga Ojca stary szuler zadarł się tutaj? azaliżby rzucił grę w kostki!

– Patrzcie, jak mulica cwałuje pod nim! krótsze ma uszy niż pan!

– Hej-że Dzień dobry ci, rektorze Thibaut! Tibalde aleator! głupcze stary! stary karciarzu!

– Pomagaj Boże! a dużoś miał szóstek podwójnych tej nocy?

– Ależ morda obwisła! ołowiana, zmęczona, zbita nałogowem zamiłowaniem kart i kości...

– Dokądże tak waszmość dążysz, rektorze Thibaut, Tibalde ai dados, tyłem się odwróciwszy do Wszechnicy?...

– Ty i mulica L.

– Aha, szuka bez wątpienia kątka przy ulicy Thibaut-od-cartes– wrzasnął Jehan du Moulin.

Cała zgraja powtórzyła koncept głosem piorunującym, przy szalonem klaskaniu w dłonie.

– Jedziesz szukać mieszkania przy ulicy Thibaut-od-cartes, nieprawdaż, mości rektorze, partyzancie djabełka?

Z kolei wzięto w opały innych dygnitarzy.

– Precz z bedelami! precz z pałkowódzcami!

– Słyszysz, Robku Poussepain, a ten tam oto, kto to jest?

– To Gilbert de Suilly, Gilbertus de Soliaco, kanclerz kollegium Autuńskiego.

– Łapaj, to mej trzewik... Masz lepsze miejsce, wal-że go w papę.

– Saturnalitias mittimus ecce nuces.

– Precz z sześcioma teologami, i ich białemi komżami!

– Więc to teologowie? Myślałbym, że to są raczej trzy pary gęsi, dane miastu od Świętej Genowefy z nadziału Eoogny.

– Precz z lekarzami!

– Precz z dysputami kardynalnemi i konceptorskiemi!

– Tobie kanclerzu Świętej Genowefy, tobie oto moja misiurka I Masz!... to za awans mej.

– Tak jest, rzeczywiście – poparł jeden z kolegów – oddał jego miejsce w wydziale Normandyi małemu Ascanio Falzaspada, który jest z prowincyi Bourges, jako Włoch.

– Gruba niesprawiedliwość – zawołali jednogłośnie żakowie. – Precz z kanclerzem Świętej Genowefy!

– Hej-ty! mistrzu Joachimie Ladehors! Hej-drugiś, Ludwiku Dahuille! Hej-tam ty poczwaro jakaś! Lambercie Hoctement!

– Żeby cię zmora zdusiła, prokuratorze nacyi niemieckiej!

– Wraz z kanonikami kaplicy Świętej i ich tunikami szaremi; -cum tunicis grisis!

– Seu de pellibus grisis fourratis!

– Owa! czy was djabli, mistrzowie kunsztu!... i te wszystkie wasze pyszne kapy czarne! i czerwone wszystkie kapy!

– Tworzy to u rektora ogon wcale niebrzydki!

– Rzekłbyś, książę wenecki śpieszący na weselisko morza.

– Słyszałeś, Jehan? Kanonicy Świętej Genowefy!

– Do czorta z kanonią!

– Księże Klaudyszu Choart! doktorze Klaudyuszu Choart! Czyno nie szukacie, dobrodzieju, Maryi Giffard?

– Jest przy ulicy Glatigny.

– Ściele loże królowi nicponiów.

– I płaci należne cztery denary: quatuor denarios.

– Aut unum bombum.

– A może miłość wasza woli, by ci pod nos zapłaciła?

– Towarzysze! mistrz Szymon Sanguin, elektor Pikardyi, z babą swoją u czapraka z tyłu!

– Post equitem sedet atra cura.

– Ezeźko, mistrzu Szymonie!

– Dzień dobry, mości elektorze!

– Dobrej nocy, mościa elektorko!

– Ot szczęśliwcy, mogą patrzeć na to wszystko! – z westchnieniem mówił Joannes de Molendino, zasunięty wciąż za liściasty swej kapitel.

Tymczasem przysięgły księgarz Wszechnicy, mistrz Jędrzej Musnier, nachylony ku kuśnierzowi-szubownikowi szat królewskich, mistrzowi Lecornu, szeptał mu na ucho:

– Powiadam waszmości, to koniec świata. Podobnej rozwiązłości nigdy jeszcze nie widziano po szkołach; przeklęte wynalazki wieku gubią wszystko. Działobitnie, śmigownice, muszkiety, a zwłaszcza, ten kunszt drukarski, nowa ona zaraza niemiecka! Nie masz już manuskryptów, nie masz ksiąg! tłocznia zabija księgarnie. Zbliża się koniec świata.

– Alboż tego nie widzę po wzrastającej mnogości materyj aksamitnych! – odrzekł handlarz wyrobów kuśnierskich.

Zegar akurat wydzwonił południe.

– Aa! – odetchnął tłum wszystek oddechem jednym.

Zamilkli żaki. Wszczął się wraz rumor wielki, szelest, suwanie nogami, podjął się szmer ogólny chustek i odchrząkań. Każdy się starał w swojej gromadce umieścić jak najwygodniej, najwidniej, najzręczniej. Wnet zaległo milczenie; wszystkie się karki wyprężyły, wszystkie się usta rozwarły, wszystkie spojrzenia zwróciły ku marmurowemu stołowi... Nikt i nic się na nim nie pokazało. Czterej hajducy marszałkowscy jak stanęli byli, tak i stali po rogach, nieruchomi i chłodni, niby cztery malowane posągi. Spojrzenia tłumów zwróciły się natychmiast ku podwyższeniu przeznaczonemu dla posłów flamandzkich.

Drzwi tam znaleziono zamknięte, podwyższenie puste. Od samego rana pospólstwo na trzy rzeczy oczekiwało: na połudzień, na ambasadę Flandryi, na misteryum. Południe samo jedno przybyło w porę.

Za grube żarty!

Czekano minutę, dwie, trzy, pięć, dziesięć, kwandrans: nikt nie przybywał. Na podwyższeniu honorowem ani żywej duszy; ani cienia na scenie. Niebawem też niecierpliwość gniewem zakipiała. Rozdrażnione wyrazy biegały dokoła, lubo co prawda tyra razem hamowane jeszcze.

– Misteryum! misteryum! – szemrano głosem przytłumionym.

Wrzało pod czuprynami. Burza zaledwo tymczasem pomrukująca, rozhuśtywała się po powierzchni tłumów. Pierwszy alarmowy sygnał wisiał w powietrzu. Dał go Jehan du Moulin.

– Misteryum!! do kroćset z Flamandami! – ryknął całą potęgą piersi, skręcając się jak wąż w około naczołka kolumny.

Pospólstwo odpowiedziało oklaskiem.

– Misteryum! – powtórzyło – i niech tam djabli Plandryę porwą!

– Żądamy misteryum, natychmiast – zaczął żak; – a jeśli nie, tobym sądził, na sznurek wziąć marszałka pałacu, w zastępstwie krotochwili i obroku duchowego.

– Rżnie jak z ambony – zawołał lud; – panowie hajducy nie pożałują pierwsi dać gardło, mniemamy!

Nastąpił okrzyk powszechny. Biedni hajducy poczynali blednąc i poglądać za siebie. Tłum ruszył ku nim; nieboracy ujrzeli naraz, że cienkie ogrodzenie z drzewa, oddzielające ich od fal ludowych, wygięło się łukiem do środka, ohydnie ustępując pod naciskiem motłochu.

Chwila była stanowczą.

– Splądrować! zrabować! – odzywano się ze wszech stron.

Lecz w tej-że chwili zasłona szatni, opisanej powyżej, podniosła się, i z po za niej pokazał się człowiek, na którego widok pospólstwo zatrzymało się nagle, wpadając jakby olśnione urokiem jakim, z gniewu w zaciekawienie.

– Cicho! cicho!

Osobistość nowa, siebie nie pewna, drząca od nóg do głowy, postąpiła aż pod sam kraniec stołu marmurowego, kłaniając się bezustanku z uniżonością, która w miarę zbliżania się ku tłumom coraz bardziej i bardziej stawała się podobną do czołobitnego klękania.

Przez czas ten, wszystko już prawie wróciło zwolna do porządku.

Pozostał tylko lekki ów szmer, który się zwykle wydobywa ze środka milczącego pospólstwa.

– Sławetni obywatele – odezwał się przybyły – czcigodne obywatelki! Baczymy się w obowiązku mieć dostojność wygłoszenia, w obec jego przewielebności pana naszego i kardynała, wielce pouczającego i powabnego dyalogu, tytułem: Sądzenie Sprawiedliwe Świętej Maryje Dziewice, To ja przeznaczon wyprawować Jupitera. Jego przewielebność towarzyszy w tym momencie poselstwu szanownemu jego miłości książęcia Bakuzkiego; które to poselstwo zatrzymane jest przez moment słuchaniem dyskursu rektora Akademii podle bramy Baudets. Skoro tylko najprzewielebniejszy kardynał raczy przybyć, rozpoczniemy tym razem bez uchybienia.

Bzecz niezawodna, że bez interwencyi samego Jowisza ocalenie czterech nieszczęśliwych hajduków ze straży marszałkowskiej byłoby chyba niepodobnem. Nie przeciwko nam tedy wypadałoby zwrócić w tej chwili przepis klassyczny: Nec deus intersit, gdyby szczęśliwy wynalazek tej ściśle prawdziwej historyi, a więc i odpowiedzialność za nią w obec wielmożnej krytyki, nam przypisane być miały. Ubiór mości Jupitera wydał się, zresztą, prześlicznie, i dużo się przyczynił do ukojenia tłumów, pochłaniając całą ich uwagę. Jupiter ubrany był w zbroję pociągniętą aksamitem czarnym, o złoconych szrubkach; na głowie miał kołpak z guzami srebrnemi, pozłacanemi; i gdyby nie potężne ryże baki, zakrywające mu każden z osobna połowę twarzy; gdyby nie zwój tektury, wyzłacany kręgielkami, upstrzony, i zewsząd strzępiący się paskowatemi blaszkami, co wszystko, trzymane w ręku, dla wprawnych oczu wyobrażać miało pęk piorunów niebieskich; gdyby nareszcie nie pludry cielistego koloru, wstążkami na sposób grecki poprzewiązywane, Jowisz nasz zdołałby zapewne wytrzymać porównanie, co do surowej postawy, z jakim chcieć bretońskim łucznikiem pocztu pana de Berry.

II. Piotr Gringoire.

Zadowolenie przecież i podziw pobudzone strojem mówcy, rozpraszały się stopniowo za każdem jego słowem; tak że gdy Jupiter doszedł do tego niefortunnego wniosku: że „skoro tylko najprzewielebniejszy kardynał raczy przybyć, rozpoczniemy tym razem niechybnie”, głos jego utonął naraz w nawałnicy szyderczych okrzyków.

– Zaczynajcie natychmiast! Misteryum! misteryum niezwłocznie! – huczał motłoch. A nad wszystkiemi górował głos Jehana de Molendino jako gwizdałka sród rozhulanego prażniku w Nimes.

– Zaczynajcie natychmiast! – skowyczał żak.

– Precz z Jupiterem i kardynałem Burbonem! – wtórował mu Eobek Poussepain i inni bracia palestranci, rozpierający się w oknie.

– Natychmiast dyalog! – powtarzało pospólstwo. – Cóż-to za odwłoki, cóż-to za korowody?... Hej do plądry! hej do stryczka! Stryczka na skoczków i na kardynała!

Biedny Jowisz osłupiały, wylękły i blady z pod swej rudowacizny, pęki gromowładne na ziemię upuścił, zdjął z głowy kołpak, i cały drżący kłaniać się począł i bełkotać:

– Jego przewielebność.... posły.... Małgorzata najjaśniejsza Flondr....

Sam nie wiedział co plótł. W gruncie, bał się szubienicy.

Nie zacząć przedstawienia?, to powiesi motłoch; zacząć, to powiesi kardynał; tak czy inak, nieszczęśliwiec przepaść tylko widział pod sobą, a właściwiej nad sobą: stryczek.

Na szczęście, w tem umartwieniu nadbiegł mu ktoś z pomocą, i odpowiedzialność na własne wziął barki.

Indywiduum jakieś, stojące z tamtej strony ogrodzenia, w wolnem zakolu otaczającem stół marmurowy, a przez nikogo dotąd niespostrzeżone, tak dalece długą a szczupłą jego postać kryła przed wzrokiem widzów średnica słupa, o który ono opartem było; indywiduum owo, mówimy, słuszne, chude, wyżółkłe, jasnowłose, młode jeszcze, lecz już zmarszczkami okryte na czole i policzkach, o iskrzącem spojrzeniu, o wargach uśmiechniętych, okryte wełnianką czarną, postrzępioną i połyskującą od starości, zbliżyło się do marmurowego stołu, i zrobiło znak skazanemu. Ale ten, osłupiały, nic nie widział.

Nowo przybyły uczynił krok jeszcze.

– Jowiszu! – rzekł – drogi Jowiszu!

Jowisz nie słyszał.

Nareszcie wysoki blondyn, zniecierpliwiony, wrzasnął mu w same prawe baki:

– Michale Giborne!

– Woła mię kto? – spytał wtedy Jowisz, jakoby zbudzony znienacka.

– Ja wołam – odrzekł jegomość ubrany w czerni.

– A! – powiedział Jupiter.

– Zaczynajcie natychmiast – mówił tamten....– Uczyńcie zadość ludowi; obowiązuję się przejednać marszałka pałacu, a ten przejedna Jego Miłość kardynała.

Jowisz odetchnął.

– Jaśnie wielmożni obywatele – ryknął całą siłą swych płuc ku tłumom, które go lżyć nie przestawały.... – Jaśnie wielmożni obywatelstwo! oto w tej chwili zaczynamy.

– Evoe, Jupiter! Plaudite, cives!

– Hej kolęda! kolęda! [Okrzyk francuski: „Noet noel!”] – wrzeszczały tłumy.

Nastąpiły oklaski ogłuszające; komnata trzęsła się od oznaków zadowolenia, choć Jupiter oddawna znikł za zasłonami szatni.

Tymczasem nieznana owa osobistość, co tak czarodziejsko burzę w pogodę zamieniła, jak się ten stary i drogi Kornel wyraża, znowuż się skromnie schowała w półcieniach słupa, gdzieby bezwątpienia po dawnemu stała niewidzialną, nieruchomą i milczącą, gdyby jej z ukrycia nie wyciągnęły dwie niewiasty, które, jako umieszczone w pierwszym szeregu widzów, zauważyły jej rozmowę z Michałem Giborne Jowiszem.

– Mistrzu – rzekła jedna z tych niewiast do nieznajomego, dając mu znak żeby się zbliżył.

– Cichoż bądź, kochana Lienardo – powiedziała jej sąsiadka, ładna, świeża i z racyi snać galowego swego ubioru, wcale nie lękliwa. – Cicho bądź, to jeden z urzędu, to człowiek świecki; nie mówi się doń: mistrzu, lecz mospanie.

– Mospanie – powtórzyła Lienarda.

Nieznajomy zbliżył się ku balaskom.

– Co ichmościanki rozkazać raczą? – spytał z galanteryą.

– O, nic! – odrzekła Lienarda zmieszana całkiem – to moja sąsiadka pragnęła mówić z waszmością.

– Ale gdzież tam – odparła Gisquetta zarumieniona – to Lienarda powiedziała do waszmości: mistrzu! Jam tylko rzekła, że się mówi: mospanie.

Młode dziewczęta razem pospuszczały oczy. Zagabnięty, któremu o to tylko snać i chodziło, żeby się wdać w dyskurs, spoglądał na nie z uśmiechem.

– Ichmościanki nie mają mi tedy nic do powiedzenia?

– O! nic a nic – odparła Gisquetta.

– Nie, nic – powtórzyła Lienarda.

Wysoki młodzian blondynek uczynił ruch jakoby ku odejściu; ale ciekawe białogłowy nie miały ochoty stracić zdobyczy tak łatwo.

– Mościpanie – odezwała się Gisquetta żywo, pedem tamy zerwanej, lub niewiasty raptem zrezygnowanej – mospanie! waszmość zna tedy rycerza owego, który w misteryum grać ma rolę Świętej Dziewicy?

– Chciałaś imościanka powiedzieć rolę Jupitera? – podchwycił nieznajomy.

– A no, tak – podchwyciła Lienarda – a to głupia! Waszmość znasz tedy Jupitera?

-– Michała Giborne?... Tak pani – odpowiedział.

– Pyszne ma baki! – mówiła Lienarda.

– Będzie-li to ładne, co tam hen prawić mają? – spytała lękliwie Gisquetta.

– Tak jest, proszę ichmościanek, bardzo ładne – zapewnił mężczyzna bez najmniejszego wahania.

– Cóż to będzie takiego? – zagadnęła Lienarda.

– Sądzenie sprawiedliwe Panienki Maryje, dyalog, proszę łaski waszmościanek.

– A, to rzecz insza – zauważyła Lienarda.

Nastąpiła chwilka milczenia. Przerwał je nieznajomy.

– Całkiem to nowy dyalog, nie wystawiano go ani razu.

– Więc to nie ten – mówiła Gisquetta – który dawano przed dwoma laty w dniu wjazdu pana nuncyusza, i gdzie były trzy dziewczynki tworzące osoby...

– Syreny – wtrąciła Lienarda.

– I w całej postawie – dodał młodzieniec.

Lienarda wstydliwie wparła wzrok w ziemię. Gisquetta, spojrzawszy na nią, uczyniła to samo. Młody człowiek mówił dalej uśmiechając się:

– Rzecz była pocieszna do widzenia. Dzisiaj, to dyalog umyślnie skomponowany dla Jej Miłości księżniczki Flandryi.

– Czy będą śpiewali sielanki? – pytała Gisquetta.

– Gdzie zaś! – odparł nieznajomy – toż dyalog! Nie trzeba mieszać rodzajów. Gdyby to była krotochwila, a! to rzecz inna.

– Szkoda wielka – powiedziała Gisquetta. – W owym to dniu były u wodotrysku Ponceau ludzie i kobiety dzikie, które z sobą wojnę wiodły i czyniły rozmaite figury, wyśpiewując i grając sielanki i psalmy.

– Co było przystojnie nuncyuszowi, to nie przystoi księżniczce – rzekł dość sucho nieznajomy.

– A do koła nich – dodała Lienarda – wydymały się mnogie basetle czyniące melodye wielkie.

– A ku orzeźwieniu przechodniów – ciągnęła Gisquetta – wodotrysk lał trzema gębami wino, mleko i hipokras, które pił kto chciał.

– A nieco dalej od Ponecan – z kolei mówiła Lienarda – u Trejcy, była passya z osób samych, bez dyskursu.

– Ach, czyliż nie pamiętam! – zawołała Gisquetta – Bóg na krzyżu, a przy nim dwaj łotrowi e po lewicy i po prawicy.

Tu już młode towarzyszki rozpromienione przypomnieniem wjazdu nuncyusza, obie razem zaczęły mówić:

– A bardziej naprzód, u wrot Aux peintres, były inne osoby niezmiernie bogato ubrane.

– A około wodotrysku Saint-Innocent ów łucznik, upędzający się za łanią z ogromnym harmiderem psów i trąbek myśliwskich!

– A koło jatek paryskich owo rusztowanie, na którem wystawiono fortecę Dieppe!

– A pamiętasz, Gisquetto, gdy nuncyusz się zbliżał, jaki to napad urządzono, w którym wszyscy Anglicy gardło dali?

– A i koło bramy Chatelet śliczne personalie były.

– A na moście Change, pokrytym z wierzchu jak długi i szeroki!

– A gdy nuncyusz nadjeżdżał, puszczono naraz na most do dwustu tuzinów rozmaitego ptactwa; bardzo to były ładne, Lienardo.

– Dziś będzie jeszcze ładniej – przerwał nareszcie młodzian, słuchający tych uniesień z widocznem zniecierpliwieniem.

– Przyrzekasz waszmość, że dyalog będzie ładny? – spytała Gisquetta.

– Rozumie się – zapewnił tamten.

I dodał nie bez pewnej dumy:

– To ja jestem onego autorem, proszę ichmościanek.

– Doprawdy? – powiedziały dziewczęta, zdumione mocno.

– Doprawdy! – odrzekł poeta, krztusząc się lekko. – To jest, właśnie, dwóch nas: Jehan Marchand spiłował deski, oraz sprawił roboty i drewna teatralne, a jam sam sztukę złożył... Nazywam się Piotr Gringoire.

Autor Cyda nie byłby z większą godnością powiedział: Piotr Kornel.

Czytelnicy spostrzegli zapewne, że dobry już kawał czasu upłynąć musiał od chwili, gdy Jowisz skrył się za obicia teatralne, aż do owej, kiedy twórca dyalogu nowego tak raptem wyjechał z autorstwem swojem przed Lienardą i Gisquetta, ku naiwnemu ich zachwytowi. Owóż rzecz szczególna: całe to zgromadzenie, przed kilkoma jeszcze minutami tak hałaśliwe, na jedno słowo aktora najspokojniej oczekiwało teraz na przedstawienie; co dowodzi tej prawdy wiecznej, po dziś dzień jeszcze stwierdzającej się po naszych teatrach, że najlepszym sposobem zachęcenia publiki do cierpliwego oczekiwania, jest obietnica natychmiastowego zaczęcia.

Żak Joannes nie zasypiał atoli gruszek w popiele.

– No i cóż tam! – zawołał naraz sród pokojowej ciszy, która po wzburzeniu nastąpiła. – Gdzież Jupiter, Panna Święta, kuglarze wy djabelscy? Drwicie czy co? Dalejże, zaczynajcie, a nie, to my zaczniemy!

Nie trzeba było więcej.

Z wnętrza rusztowania teatralnego rozległa się muzyka instrumentów cienkich i grubych; podniosła się zasłona. Z po za niej wyszły cztery osoby, obciążone i upstrzone, i wdrapywać się poczęły na stromą drabinkę teatralną. Dostawszy się na pomost wierzchni, uszykowały się szeregiem przed publiką, którą głębokim powitały pokłonem. Wtedy zamilkła symfonia. Zaczynało się misteryum.

Odebrawszy za swą czołobitność, szczerą i wspaniałomyślną zapłatę w oklaskach gawiedzi, aktorowie jęli się wraz, sród religijnej ciszy, za prolog sztuki, od którego najuprzejmiej uwolnimy czytelników naszych. Zresztą, zwyczajem po dziś dzień nie podupadłym, publika i tym razem daleko więcej zajmowała się strojami osób „wystawianych” na widowisko, niż rzeczą przez nich traktowaną; i zaprawdę, słusznem to było. Wszyscy czterej aktorowie ubrani byli w sutanny przez pół żółte i białe, które się tem tylko różniły między sobą, że każda była z innej materyi: ta ze złotogłowiu srebrzystego i złocistego, tamta z bławatów, owa sukienna, ostatnia płócienna. Osoba pierwsza trzymała w ręku prawym pałasz, druga dwa złote klucze, trzecia wagi, czwarta rydel; ku wspomożeniu zaś umysłów ciężkich, któreby i przez tę tak przezroczystą symbolikę nie przejrzały jasno, wypisane było wielkiemi czarnemi literami haftowanemi u spodu sutanny złoto-srebrzystej: Ja jestem szlachcianka; u spodu szaty bławatnej: Jam stan duchowny; u spodu sukiennej kapoty: Ja mieszczanka; u spodu płócianki: Jam trud. Płeć allegoryj męskich dobitnie wskazaną była widzom nieuprzedzonym, za pomocą ubrania krótszego nieco i kapeluszów, gdy tymczasem allegorye żeńskie, dłuższemi szatami okryte, czółka miały na głowie.

Potrzebaby również było sporej dozy złej woli, by skroś poetycznego prologu nie pojąć, że Trud żonatym był z mieszczanką, a stan duchowny szlachciankę miał za połowicę, i że obie te szczęśliwe pary posiadały do współki przepyszny delfindor, który przysądzonym być miał nie komu innemu, tylko najpiękniejszej na świecie dziewicy.

Owóż tedy obszedłszy calutką ziemię, przetrząsłszy dla odszukania takiej piękności wszystkie zakątki państw mnogich, i odrzuciwszy kolejno królowę Golkondy, księżniczkę Trapezuntu, córkę wielkiego hana tatarskiego etc. etc, Trud i Stan duchowny, Mieszczanka i Szlachcianka, przybyły oto na odpoczynek aż na ten tu stół marmurowy w Pałacu Sprawiedliwości, i wykładają obecnie przed prześwietnem zebraniem całą massę maksym i sentencyj, na jakaby się może na fakultecie sztuk nie zdobył kandydat do biretu na mistrza „przy egzaminach, sofizmach, figurach, określnikach i aktach”.

Było to w rzeczy samej nadzwyczaj piękne.

Z tem wszystkiem, w całej tej ciżbie, w którą aktorowie na wyprzodki rzucali falami metafor, nie było ucha mocniej natężonego, nie było serca szybciej bijącego, oka więcej rozpłomienionego, grzbietu sztywniej wyprężonego, nad ucho, oko, serce i kark autora, poety, dzielnego tego Piotra Gringoire, który chwilę przedtem nie mógł się był powstrzymać od przyjemności powiedzenia swego nazwiska dwóm ładnym dziewczynom. Odszedł on o kilka kroków od nich. stanął przy swoim słupie, i tam słuchał, patrzał, połykał. Łaskawe oklaski któremi przyjęto początek jego prologu, odbijały się jeszcze w jego wnętrznościach. Zdjął go całkowicie ów dziwny rodzaj kontemplacyjnego zachwytu, z jakiem autorowie spoglądają na swe pomysły, spadające jeden za drugim z ust aktora wśród powszechnej ciszy licznego zgromadzenia. Zacny Piotr Gringoire!

Drogo nas kosztuje ta szczerość, ale niestety wyznać trzeba, że pierwszy ów zachwyt skłóconym wnet został. Zaledwo Gringoire zbliżył był do ust upajającą czaszę tryumfu radości, a oto wraz wpadła w nia kropla goryczy.

Jakiś żebrak odartus, nie mogący snać liczyć na dostateczną jałmużnę sród tłumów zbitych w jedne massę, a wynagrodzenie jakieby mógł był znaleźć w kieszeni bliższych sąsiadów, uważający bez wątpienia za mało poważne, umyślił sobie rozsiąść się na widoczniejszóm jakiem miejscu, dla ściągnięcia ku sobie spojrzeń i groszaków. Wdrapał się więc w czasie pierwszych wierszy prologu, przy pośrednictwie słupa u estrady uprzywilejowanej, aż ku gzemsom obejmującym jej balasti od spodu; i tu się umocowawszy, błagał pospólstwo o wzgląd i litość, pokazując mu swoje łachmany i ohydną ranę, rozpostartą na ręku prawym. Zresztą, milczenia ani jednem słowem nie przerywał.

Spokojne to jego zachowanie się pozwalało prologowi rozwijać się bez tumultu, tak że żaden znaczniejszy nieporządek nie byłby się zdarzył, gdyby nieubłagane fatum chciało było zasłonić przed żakiem Jehanem siedzącym w górze, skrzywione miny i błagalne giesty żebraka. Stało się inaczej. Szalony śmiech porwał łobuza, który nie dbając o przerwanie widowiska i zmącenie uwagi powszechnej, krzyknął wesoło:

– Aha, to ten nieboraczysko prosi o jałmużnę!

Ktokolwiek kiedy cisnął kamieniem w łożysko żabie, lub strzelił w gromadę ptastwa, może sobie wyobrazić skutek sprawiony słowami temi, nieoczekiwanemi sród uwagi ogólnej. Gringoire drgnął, jak przy uderzeniu pioruna. Prolog się zaciął na miejscu, a wszystkie głowy zwróciły się bezładnie ku dziadowi, który nie tylko że się nie zmieszał tym przypadkiem, lecz przeciwnie chwycił się wraz za nią, jako za doskonałą dla zarobku okoliczność, i jął wywodzić tonem omdlałym, z oczami na pół-przymrużonemi:

– Za zdrowie najmilsze!... co łaska panowie!

– Ależ bo... na moją duszę – pochwycił Jehan – toż to Clopin Trouillefou. Hej-że tam, przyjacielu, czy ci ta rana przeszkadza na nodze, że ją dziś na ręku nosisz?

To powiedziawszy, cisnął ze zręcznością małpy groszak biały do zatłuszczonej czapki, którą dziad wyciągał w chorej swej ręce. Żebrak, ani na włos się nie poruszywszy, połknął sarkazm przy groszaku, i dalej jęczał żałośliwie:

– Co łaska, wielmożni! za zdrowie najmilsze!...

Epizod ten nie pomału rozerwał słuchaczów, a spora część zgromadzenia z Bobkiem Poussepain i czeredą palestrzańską na czele, wesoło przyklaskiwała dziwnemu temu duetowi, który w środku prologu, zaimprowizowali: żak głosem krzykliwym i dziad niezrażonym swoim zdrowaśkiem.

Gringoire był mocno niezadowolony. Przyszedłszy do siebie z pierwszego osłupienia, nie znalazł on nawet chwilki na posłanie spojrzenia pogardy dwora sprawcom przerwy, a usiłował czem prędzej szkodę naprawić.

– Dalej! cóż u licha! ciągnijcie dalej! – krzyczał co sił starczyło ku czterem osobistościom na scenie.

Lecz w tej-że chwili poczuł, że go ktoś pociągnął za połę kapoty.

Odwrócił się nie bez kwaśnej miny, i ledwo się mógł zdobyć na uśmiech, A uśmiech był niezbędnym. Zobaczył bowiem piękną rączkę Gisquetty la Gencienne, wytkniętą po przez sztachetki, i dopominającą się w ten sposób o jego uwagę.

– Nie wić waszmość – rzekło młode dziewczę – czy i dalej co będzie?

– Ależ niewątpliwie – odpowiedział Gringoire, dotknięty nieco pytaniem.

– W takim razie – mówiła dalej dziewczyna – czy nie bylibyście grzecznym wytłemaczyć mi...

– Tego, co ma nastąpić? – przerwał Gringoire. – Ależ, mej Boże! w tym celu najlepiej jest słuchać przedstawienia.

– Nie – powiedziała Gisquetta – chciałabym wiedzieć, co oni dotąd mówili...

Gringoire poskoczył jak człowiek gorącem żelazem draśnięty.

– Żebyś przepadła, niedojdo jakaś, głupia i głucha! – zgrzytnął do siebie ścisnąwszy wargi.

Od tej chwili Gisquetta straconą już była w jego opinii.

Tymczasem aktorowie usłuchali nareszcie nakazu twórcy sztuki, a publiczność spostrzegłszy, że rzecz wchodzi na swoje tory, chętnie znowuź nakłoniła ucha; nie bez pewnej atoli straty mnóstwa piękności, wynikłej z powodu owego klejenia dwóch części sztuki, tak nagle przekrojonej. Gorzkie w tym duchu spostrzeżenie, Gringoire w sobie milczkiem strawić był zmuszonym. Spokojność wróciła jednak powoli; żak zamilkł, żebrak liczył pieniądz zebrany, i sztuka wzięła górę.

Było to w istocie wielce piękne dzieło, z któregoby zapewne, jak sądzimy, i dziś jeszcze można było coś wyciągnąć, po kilku stosownych poprawkach. Układ sam, nieco za długi i trochę za pusty, to jest prawidłowy, był wcale prostym; i Gringoire w nieskalanym przybytku swojego wewnętrznego forum jasność onego podziwiał.

Jak się nie trudno domyśleć, cztery allegoryczne osoby zmęczyły się nieco w końcu podróżą po trzech częściach świata i daremnem poszukiwaniem godnego umieszczenia sławnej owej monety, sławnego delfindora. Ztąd, szczęśliwym zwrotem porównania, nastręczyła się wraz pochwała ryby cudownej pokrewnego nazwiska, z tysiącznemi alluzyami nieporównanej delikatności, skierowanemi ku młodemu narzeczonemu Małgorzaty Flandryjskiej, smutnie wtedy odosobnionej w Amboise, i ani podejrzywającej, że Trud i Stan duchowny, że Szlachta i Mieszczaństwo dla niej właśnie świat cały obiegły.

Rzeczony tedy delfin był młodym, był uroczym, był silnym, a nadewszystko (o wspaniały początku wszech cnot królewskich!) był synem lwa Francyi. Oświadczam, że śmiała ta metafora jest wprost uwielbienia godną, i że historya naturalna teatru nic bynajmniej nie może mieć, ze stanowiska allegoryj i epitalamij królewskich, przeciwko delfinowi, który się ze lwa rodzi. Tem niemniej, żeby już i krytyce przynależność jej oddać, poeta mógłby był rozwinąć piękny ten pomysł nie w dwustu koniecznie wierszach. Prawda i to, że misteryum, z rozkazu jaśnie wielmożnego starosty trwać miało od południa aż do godziny czwartej; wypadałoż więc powiedzieć cokolwiek. Zresztą, słuchano cierpliwie.

Naraz, w sam środek sporu między sławetną panną Mieszczanką, a wielmożną panią Szlachcianką, w chwili kiedy sędziwy Trud wymawiał wiersz ten przepyszny.

Owóż nie widziano w boru bestyi wspanialszej; drzwi uprzywilejowanego balkonu, aż dotąd tak nie w porę zamknięte, otwarły się bardziej jeszcze nie w porę, a gromki głos woźnego oznajmił nagle: Jego eminencya, imci pan kardynał Burbon.

Notre-Dame de Paris 1482

PRÉFACE

Il y a quelques années qu’en visitant, ou, pour mieux dire, en furetant Notre-Dame, l’auteur de ce livre trouva, dans un recoin obscur de l’une des tours, ce mot gravé à la main sur le mur:

ΑΝΑΓΚΗ.

Ces majuscules grecques, noires de vétusté et assez profondément entaillées dans la pierre, je ne sais quels signes propres à la calligraphie gothique empreints dans leurs formes et dans leurs attitudes, comme pour révéler que c’était une main du moyen-âge qui les avait écrites là, surtout le sens lugubre et fatal qu’elles renferment, frappèrent vivement l’auteur.

Il se demanda, il chercha à deviner quelle pouvait être l’âme en peine qui n’avait pas voulu quitter ce monde sans laisser ce stigmate de crime ou de malheur au front de la vieille église.

Depuis, on a badigeonné ou gratté (je ne sais plus lequel) le mur, et l’inscription a disparu. Car c’est ainsi qu’on agit depuis tantôt deux cents ans avec les merveilleuses églises du moyen-âge. Les mutilations leur viennent de toutes parts, du dedans comme du dehors. Le prêtre les badigeonne, l’architecte les gratte, puis le peuple survient, qui les démolit.

Ainsi, hormis le fragile souvenir que lui consacre ici l’auteur de ce livre, il ne reste plus rien aujourd’hui du mot mystérieux gravé dans la sombre tour de Notre-Dame, rien de la destinée inconnue qu’il résumait si mélancoliquement. L’homme qui a écrit ce mot sur ce mur s’est effacé, il y a plusieurs siècles, du milieu des générations, le mot s’est à son tour effacé du mur de l’église, l’église elle-même s’effacera bientôt peut-être de la terre.

C’est sur ce mot qu’on a fait ce livre.

LIVRE PREMIER

I. La grand'salle

Il y a aujourd’hui trois cent quarante-huit ans six mois et dix-neuf jours que les parisiens s’éveillèrent au bruit de toutes les cloches sonnant à grande volée dans la triple enceinte de la Cité, de l’Université et de la Ville.

Ce n’est cependant pas un jour dont l’histoire ait gardé souvenir que le 6 janvier 1482. Rien de notable dans l’événement qui mettait ainsi en branle, dès le matin, les cloches et les bourgeois de Paris. Ce n’était ni un assaut de picards ou de bourguignons, ni une châsse menée en procession, ni une révolte d’écoliers dans la vigne de Laas, ni une entrée de notredit très redouté seigneur monsieur le roi, ni même une belle pendaison de larrons et de larronnesses à la Justice de Paris. Ce n’était pas non plus la survenue, si fréquente au quinzième siècle, de quelque ambassade chamarrée et empanachée. Il y avait à peine deux jours que la dernière cavalcade de ce genre, celle des ambassadeurs flamands chargés de conclure le mariage entre le dauphin et Marguerite de Flandre, avait fait son entrée à Paris, au grand ennui de Monsieur le cardinal de Bourbon, qui, pour plaire au roi, avait dû faire bonne mine à toute cette rustique cohue de bourgmestres flamands, et les régaler, en son hôtel de Bourbon, d’une moult belle moralité, sotie et farce, tandis qu’une pluie battante inondait à sa porte ses magnifiques tapisseries.

Le 6 janvier, ce qui mettait en émotion tout le populaire de Paris, comme dit Jehan de Troyes, c’était la double solennité, réunie depuis un temps immémorial, du jour des Rois et de la Fête des Fous.

Ce jour-là, il devait y avoir feu de joie à la Grève, plantation de mai à la chapelle de Braque et mystère au Palais de Justice. Le cri en avait été fait la veille à son de trompe dans les carrefours, par les gens de M. le prévôt, en beaux hoquetons de camelot violet, avec de grandes croix blanches sur la poitrine.

La foule des bourgeois et des bourgeoises s’acheminait donc de toutes parts dès le matin, maisons et boutiques fermées, vers l’un des trois endroits désignés. Chacun avait pris parti, qui pour le feu de joie, qui pour le mai, qui pour le mystère. Il faut dire, à l’éloge de l’antique bon sens des badauds de Paris, que la plus grande partie de cette foule se dirigeait vers le feu de joie, lequel était tout à fait de saison, ou vers le mystère, qui devait être représenté dans la grand’salle du Palais bien couverte et bien close, et que les curieux s’accordaient à laisser le pauvre mai mal fleuri grelotter tout seul sous le ciel de janvier dans le cimetière de la chapelle de Braque.

Le peuple affluait surtout dans les avenues du Palais de Justice, parce qu’on savait que les ambassadeurs flamands, arrivés de la surveille, se proposaient d’assister à la représentation du mystère et à l’élection du pape des fous, laquelle devait se faire également dans la grand’salle.

Ce n’était pas chose aisée de pénétrer ce jour-là dans cette grand’salle, réputée cependant alors la plus grande enceinte couverte qui fût au monde. (Il est vrai que Sauval n’avait pas encore mesuré la grande salle du château de Montargis.) La place du Palais, encombrée de peuple, offrait aux curieux des fenêtres l’aspect d’une mer, dans laquelle cinq ou six rues, comme autant d’embouchures de fleuves, dégorgeaient à chaque instant de nouveaux flots de têtes. Les ondes de cette foule, sans cesse grossies, se heurtaient aux angles des maisons qui s’avançaient çà et là, comme autant de promontoires, dans le bassin irrégulier de la place. Au centre de la haute façade gothique du Palais, le grand escalier, sans relâche remonté et descendu par un double courant qui, après s’être brisé sous le perron intermédiaire, s’épandait à larges vagues sur ses deux pentes latérales, le grand escalier, dis-je, ruisselait incessamment dans la place comme une cascade dans un lac. Les cris, les rires, le trépignement de ces mille pieds faisaient un grand bruit et une grande clameur. De temps en temps cette clameur et ce bruit redoublaient, le courant qui poussait toute cette foule vers le grand escalier rebroussait, se troublait, tourbillonnait. C’était une bourrade d’un archer ou le cheval d’un sergent de la prévôté qui ruait pour rétablir l’ordre; admirable tradition que la prévôté a léguée à la connétablie, la connétablie à la maréchaussée, et la maréchaussée à notre gendarmerie de Paris.

Aux portes, aux fenêtres, aux lucarnes, sur les toits, fourmillaient des milliers de bonnes figures bourgeoises, calmes et honnêtes, regardant le palais, regardant la cohue, et n’en demandant pas davantage; car bien des gens à Paris se contentent du spectacle des spectateurs, et c’est déjà pour nous une chose très curieuse qu’une muraille derrière laquelle il se passe quelque chose.

S’il pouvait nous être donné à nous, hommes de 1830, de nous mêler en pensée à ces parisiens du quinzième siècle et d’entrer avec eux, tiraillés, coudoyés, culbutés, dans cette immense salle du Palais, si étroite le 6 janvier 1482, le spectacle ne serait ni sans intérêt ni sans charme, et nous n’aurions autour de nous que des choses si vieilles qu’elles nous sembleraient toutes neuves.

Si le lecteur y consent, nous essaierons de retrouver par la pensée l’impression qu’il eût éprouvée avec nous en franchissant le seuil de cette grand’salle au milieu de cette cohue en surcot, en hoqueton et en cotte-hardie.

Et d’abord, bourdonnement dans les oreilles, éblouissement dans les yeux. Au-dessus de nos têtes une double voûte en ogive, lambrissée en sculptures de bois, peinte d’azur, fleurdelysée en or; sous nos pieds, un pavé alternatif de marbre blanc et noir. À quelques pas de nous, un énorme pilier, puis un autre, puis un autre; en tout sept piliers dans la longueur de la salle, soutenant au milieu de sa largeur les retombées de la double voûte. Autour des quatre premiers piliers, des boutiques de marchands, tout étincelantes de verre et de clinquants; autour des trois derniers, des bancs de bois de chêne, usés et polis par le haut-de-chausses des plaideurs et la robe des procureurs. À l’entour de la salle, le long de la haute muraille, entre les portes, entre les croisées, entre les piliers, l’interminable rangée des statues de tous les rois de France depuis Pharamond; les rois fainéants, les bras pendants et les yeux baissés; les rois vaillants et bataillards, la tête et les mains hardiment levées au ciel. Puis, aux longues fenêtres ogives, des vitraux de mille couleurs; aux larges issues de la salle, de riches portes finement sculptées; et le tout, voûtes, piliers, murailles, chambranles, lambris, portes, statues, recouvert du haut en bas d’une splendide enluminure bleu et or, qui, déjà un peu ternie à l’époque où nous la voyons, avait presque entièrement disparu sous la poussière et les toiles d’araignée en l’an de grâce 1549, où Du Breul l’admirait encore par tradition.

Qu’on se représente maintenant cette immense salle oblongue, éclairée de la clarté blafarde d’un jour de janvier, envahie par une foule bariolée et bruyante qui dérive le long des murs et tournoie autour des sept piliers, et l’on aura déjà une idée confuse de l’ensemble du tableau dont nous allons essayer d’indiquer plus précisément les curieux détails.

Il est certain que, si Ravaillac n’avait point assassiné Henri IV, il n’y aurait point eu de pièces du procès de Ravaillac déposées au greffe du Palais de Justice; point de complices intéressés à faire disparaître lesdites pièces; partant, point d’incendiaires obligés, faute de meilleur moyen, à brûler le greffe pour brûler les pièces, et à brûler le Palais de Justice pour brûler le greffe; par conséquent enfin, point d’incendie de 1618. Le vieux Palais serait encore debout avec sa vieille grand’salle; je pourrais dire au lecteur: Allez la voir; et nous serions ainsi dispensés tous deux, moi d’en faire, lui d’en lire une description telle quelle. – Ce qui prouve cette vérité neuve: que les grands événements ont des suites incalculables.

Il est vrai qu’il serait fort possible d’abord que Ravaillac n’eût pas de complices, ensuite que ses complices, si par hasard il en avait, ne fussent pour rien dans l’incendie de 1618. Il en existe deux autres explications très plausibles. Premièrement, la grande étoile enflammée, large d’un pied, haute d’une coudée, qui tomba, comme chacun sait, du ciel sur le Palais, le 7 mars après minuit. Deuxièmement, le quatrain de Théophile:

Certes, ce fut un triste jeu

Quand à Paris dame Justice,

Pour avoir mangé trop d’épice,

Se mit tout le palais en feu.

Quoi qu’on pense de cette triple explication politique, physique, poétique, de l’incendie du Palais de Justice en 1618, le fait malheureusement certain, c’est l’incendie. Il reste bien peu de chose aujourd’hui, grâce à cette catastrophe, grâce surtout aux diverses restaurations successives qui ont achevé ce qu’elle avait épargné, il reste bien peu de chose de cette première demeure des rois de France, de ce palais aîné du Louvre, déjà si vieux du temps de Philippe le Bel qu’on y cherchait les traces des magnifiques bâtiments élevés par le roi Robert et décrits par Helgaldus. Presque tout a disparu. Qu’est devenue la chambre de la chancellerie où saint Louis consomma son mariage? le jardin où il rendait la justice, «vêtu d’une cotte de camelot, d’un surcot de tiretaine sans manches, et d’un manteau par-dessus de sandal noir, couché sur des tapis, avec Joinville»? Où est la chambre de l’empereur Sigismond? celle de Charles IV? celle de Jean sans Terre? Où est l’escalier d’où Charles VI promulgua son édit de grâce? la dalle où Marcel égorgea, en présence du dauphin, Robert de Clermont et le maréchal de Champagne? le guichet où furent lacérées les bulles de l’antipape Bénédict, et d’où repartirent ceux qui les avaient apportées, chapés et mitrés en dérision, et faisant amende honorable par tout Paris? et la grand’salle, avec sa dorure, son azur, ses ogives, ses statues, ses piliers, son immense voûte toute déchiquetée de sculptures? et la chambre dorée? et le lion de pierre qui se tenait à la porte, la tête baissée, la queue entre les jambes, comme les lions du trône de Salomon, dans l’attitude humiliée qui convient à la force devant la justice? et les belles portes? et les beaux vitraux? et les ferrures ciselées qui décourageaient Biscornette? et les délicates menuiseries de Du Hancy?… Qu’a fait le temps, qu’ont fait les hommes de ces merveilles? Que nous a-t-on donné pour tout cela, pour toute cette histoire gauloise, pour tout cet art gothique? les lourds cintres surbaissés de M. de Brosse, ce gauche architecte du portail Saint-Gervais, voilà pour l’art; et quant à l’histoire, nous avons les souvenirs bavards du gros pilier, encore tout retentissant des commérages des Patrus.

Ce n’est pas grand’chose. – Revenons à la véritable grand’salle du véritable vieux Palais.

Les deux extrémités de ce gigantesque parallélogramme étaient occupées, l’une par la fameuse table de marbre, si longue, si large et si épaisse que jamais on ne vit, disent les vieux papiers terriers, dans un style qui eût donné appétit à Gargantua, pareille tranche de marbre au monde; l’autre, par la chapelle où Louis XI s’était fait sculpter à genoux devant la Vierge, et où il avait fait transporter, sans se soucier de laisser deux niches vides dans la file des statues royales, les statues de Charlemagne et de saint Louis, deux saints qu’il supposait fort en crédit au ciel comme rois de France. Cette chapelle, neuve encore, bâtie à peine depuis six ans, était toute dans ce goût charmant d’architecture délicate, de sculpture merveilleuse, de fine et profonde ciselure qui marque chez nous la fin de l’ère gothique et se perpétue jusque vers le milieu du seizième siècle dans les fantaisies féeriques de la renaissance. La petite rosace à jour percée au-dessus du portail était en particulier un chef-d’œuvre de ténuité et de grâce; on eût dit une étoile de dentelle.

Au milieu de la salle, vis-à-vis la grande porte, une estrade de brocart d’or, adossée au mur, et dans laquelle était pratiquée une entrée particulière au moyen d’une fenêtre du couloir de la chambre dorée, avait été élevée pour les envoyés flamands et les autres gros personnages conviés à la représentation du mystère.

C’est sur la table de marbre que devait, selon l’usage, être représenté le mystère. Elle avait été disposée pour cela dès le matin; sa riche planche de marbre, toute rayée par les talons de la basoche, supportait une cage de charpente assez élevée, dont la surface supérieure, accessible aux regards de toute la salle, devait servir de théâtre, et dont l’intérieur, masqué par des tapisseries, devait tenir lieu de vestiaire aux personnages de la pièce. Une échelle, naïvement placée en dehors, devait établir la communication entre la scène et le vestiaire, et prêter ses roides échelons aux entrées comme aux sorties. Il n’y avait pas de personnage si imprévu, pas de péripétie, pas de coup de théâtre qui ne fût tenu de monter par cette échelle. Innocente et vénérable enfance de l’art et des machines!

Quatre sergents du bailli du Palais, gardiens obligés de tous les plaisirs du peuple les jours de fête comme les jours d’exécution, se tenaient debout aux quatre coins de la table de marbre.

Ce n’était qu’au douzième coup de midi sonnant à la grande horloge du Palais que la pièce devait commencer. C’était bien tard sans doute pour une représentation théâtrale; mais il avait fallu prendre l’heure des ambassadeurs.

Or toute cette multitude attendait depuis le matin. Bon nombre de ces honnêtes curieux grelottaient dès le point du jour devant le grand degré du Palais; quelques-uns même affirmaient avoir passé la nuit en travers de la grande porte pour être sûrs d’entrer les premiers. La foule s’épaississait à tout moment, et, comme une eau qui dépasse son niveau, commençait à monter le long des murs, à s’enfler autour des piliers, à déborder sur les entablements, sur les corniches, sur les appuis des fenêtres, sur toutes les saillies de l’architecture, sur tous les reliefs de la sculpture. Aussi la gêne, l’impatience, l’ennui, la liberté d’un jour de cynisme et de folie, les querelles qui éclataient à tout propos pour un coude pointu ou un soulier ferré, la fatigue d’une longue attente, donnaient-elles déjà, bien avant l’heure où les ambassadeurs devaient arriver, un accent aigre et amer à la clameur de ce peuple enfermé, emboîté, pressé, foulé, étouffé. On n’entendait que plaintes et imprécations contre les flamands, le prévôt des marchands, le cardinal de Bourbon, le bailli du Palais, madame Marguerite d’Autriche, les sergents à verge, le froid, le chaud, le mauvais temps, l’évêque de Paris, le pape des fous, les piliers, les statues, cette porte fermée, cette fenêtre ouverte; le tout au grand amusement des bandes d’écoliers et de laquais disséminées dans la masse, qui mêlaient à tout ce mécontentement leurs taquineries et leurs malices, et piquaient, pour ainsi dire, à coups d’épingle la mauvaise humeur générale.

Il y avait entre autres un groupe de ces joyeux démons qui, après avoir défoncé le vitrage d’une fenêtre, s’était hardiment assis sur l’entablement, et de là plongeait tour à tour ses regards et ses railleries au dedans et au dehors, dans la foule de la salle et dans la foule de la place. À leurs gestes de parodie, à leurs rires éclatants, aux appels goguenards qu’ils échangeaient d’un bout à l’autre de la salle avec leurs camarades, il était aisé de juger que ces jeunes clercs ne partageaient pas l’ennui et la fatigue du reste des assistants, et qu’ils savaient fort bien, pour leur plaisir particulier, extraire de ce qu’ils avaient sous les yeux un spectacle qui leur faisait attendre patiemment l’autre.

– Sur mon âme, c’est vous, Joannes Frollo de Molendino! criait l’un d’eux à une espèce de petit diable blond, à jolie et maligne figure, accroché aux acanthes d’un chapiteau; vous êtes bien nommé Jehan du Moulin, car vos deux bras et vos deux jambes ont l’air de quatre ailes qui vont au vent. – Depuis combien de temps êtes-vous ici?

– Par la miséricorde du diable, répondit Joannes Frollo, voilà plus de quatre heures, et j’espère bien qu’elles me seront comptées sur mon temps de purgatoire. J’ai entendu les huit chantres du roi de Sicile entonner le premier verset de la haute messe de sept heures dans la Sainte-Chapelle.

– De beaux chantres, reprit l’autre, et qui ont la voix encore plus pointue que leur bonnet! Avant de fonder une messe à monsieur saint Jean, le roi aurait bien dû s’informer si monsieur saint Jean aime le latin psalmodié avec accent provençal.

– C’est pour employer ces maudits chantres du roi de Sicile qu’il a fait cela! cria aigrement une vieille femme dans la foule au bas de la fenêtre. Je vous demande un peu! mille livres parisis pour une messe! et sur la ferme du poisson de mer des halles de Paris, encore!

– Paix! vieille, reprit un gros et grave personnage qui se bouchait le nez à côté de la marchande de poisson; il fallait bien fonder une messe. Vouliez-vous pas que le roi retombât malade?

– Bravement parlé, sire Gilles Lecornu, maître pelletier-fourreur des robes du roi! cria le petit écolier cramponné au chapiteau.

Un éclat de rire de tous les écoliers accueillit le nom malencontreux du pauvre pelletier-fourreur des robes du roi.

– Lecornu! Gilles Lecornu! disaient les uns.

– Cornutus & hirsutus, reprenait un autre.

– Hé! sans doute, continuait le petit démon du chapiteau. Qu’ont-ils à rire? Honorable homme Gilles Lecornu, frère de maître Jehan Lecornu, prévôt de l’hôtel du roi, fils de maître Mahiet Lecornu, premier portier du bois de Vincennes, tous bourgeois de Paris, tous mariés de père en fils!

La gaieté redoubla. Le gros pelletier-fourreur, sans répondre un mot, s’efforçait de se dérober aux regards fixés sur lui de tous côtés; mais il suait et soufflait en vain: comme un coin qui s’enfonce dans le bois, les efforts qu’il faisait ne servaient qu’à emboîter plus solidement dans les épaules de ses voisins sa large face apoplectique, pourpre de dépit et de colère.

Enfin un de ceux-ci, gros, court et vénérable comme lui, vint à son secours.

– Abomination! des écoliers qui parlent de la sorte à un bourgeois! de mon temps on les eût fustigés avec un fagot dont on les eût brûlés ensuite.

La bande entière éclata.

– Holàhé! qui chante cette gamme? quel est le chat-huant de malheur?

– Tiens, je le reconnais, dit l’un; c’est maître Andry Musnier.

– Parce qu’il est un des quatre libraires jurés de l’Université! dit l’autre.

– Tout est par quatre dans cette boutique, cria un troisième: les quatre nations, les quatre facultés, les quatre fêtes, les quatre procureurs, les quatre électeurs, les quatre libraires.

– Eh bien, reprit Jean Frollo, il faut leur faire le diable à quatre.

– Musnier, nous brûlerons tes livres.

– Musnier, nous battrons ton laquais.

– Musnier, nous chiffonnerons ta femme.

– La bonne grosse mademoiselle Oudarde.

– Qui est aussi fraîche et aussi gaie que si elle était veuve.

– Que le diable vous emporte! grommela maître Andry Musnier.

– Maître Andry, reprit Jehan, toujours pendu à son chapiteau, tais-toi, ou je te tombe sur la tête!

Maître Andry leva les yeux, parut mesurer un instant la hauteur du pilier, la pesanteur du drôle, multiplia mentalement cette pesanteur par le carré de la vitesse, et se tut.

Jehan, maître du champ de bataille, poursuivit avec triomphe:

– C’est que je le ferais, quoique je sois frère d’un archidiacre!

– Beaux sires, que nos gens de l’Université! n’avoir seulement pas fait respecter nos privilèges dans un jour comme celui-ci! Enfin, il y a mai et feu de joie à la Ville; mystère, pape des fous et ambassadeurs flamands à la Cité; et à l’Université, rien!

– Cependant la place Maubert est assez grande! reprit un des clercs cantonnés sur la table de la fenêtre.

– À bas le recteur, les électeurs et les procureurs! cria Joannes.

– Il faudra faire un feu de joie ce soir dans le Champ-Gaillard, poursuivit l’autre, avec les livres de maître Andry.

– Et les pupitres des scribes! dit son voisin.

– Et les verges des bedeaux!

– Et les crachoirs des doyens!

– Et les buffets des procureurs!

– Et les huches des électeurs!

– Et les escabeaux du recteur!

– À bas! reprit le petit Jehan en faux-bourdon; à bas maître Andry, les bedeaux et les scribes; les théologiens, les médecins et les décrétistes; les procureurs, les électeurs et le recteur!

– C’est donc la fin du monde! murmura maître Andry en se bouchant les oreilles.

– À propos, le recteur! le voici qui passe dans la place, cria un de ceux de la fenêtre.

Ce fut à qui se retournerait vers la place.

– Est-ce que c’est vraiment notre vénérable recteur maître Thibaut? demanda Jehan Frollo du Moulin, qui, s’étant accroché à un pilier de l’intérieur, ne pouvait voir ce qui se passait au dehors.

– Oui, oui, répondirent tous les autres, c’est lui, c’est bien lui, maître Thibaut le recteur.

C’était en effet le recteur et tous les dignitaires de l’Université qui se rendaient processionnellement au-devant de l’ambassade et traversaient en ce moment la place du Palais. Les écoliers, pressés à la fenêtre, les accueillirent au passage avec des sarcasmes et des applaudissements ironiques. Le recteur, qui marchait en tête de sa compagnie, essuya la première bordée; elle fut rude.

– Bonjour, monsieur le recteur! Holàhé! bonjour donc!

– Comment fait-il pour être ici, le vieux joueur? il a donc quitté ses dés?

– Comme il trotte sur sa mule! elle a les oreilles moins longues que lui.

– Holàhé! bonjour, monsieur le recteur Thibaut! Tybalde aleator! vieil imbécile! vieux joueur!

– Dieu vous garde! avez-vous fait souvent double-six cette nuit?

– Oh! la caduque figure, plombée, tirée et battue pour l’amour du jeu et des dés!

– Où allez-vous comme cela, Tybalde ad dados, tournant le dos à l’Université et trottant vers la Ville?

– Il va sans doute chercher un logis rue Thibautodé, cria Jehan du Moulin.

Toute la bande répéta le quolibet avec une voix de tonnerre et des battements de mains furieux.

– Vous allez chercher logis rue Thibautodé, n’est-ce pas, monsieur le recteur, joueur de la partie du diable?

Puis ce fut le tour des autres dignitaires.

– À bas les bedeaux! à bas les massiers!

– Dis donc, Robin Poussepain, qu’est-ce que c’est donc que celui-là?

– C’est Gilbert de Suilly, Gilbertus de Soliaco, le chancelier du collège d’Autun.

– Tiens, voici mon soulier: tu es mieux placé que moi; jette-le-lui par la figure.

– Saturnalitias mittimus ecce nuces.

– À bas les six théologiens avec leurs surplis blancs!

– Ce sont là les théologiens? Je croyais que c’étaient les six oies blanches données par Sainte-Geneviève à la ville, pour le fief de Roogny.

– À bas les médecins!

– À bas les disputations cardinales et quodlibétaires!

– À toi ma coiffe, chancelier de Sainte-Geneviève! tu m’as fait un passe-droit. – C’est vrai cela! il a donné ma place dans la nation de Normandie au petit Ascanio Falzaspada, qui est de la province de Bourges, puisqu’il est Italien.

– C’est une injustice, dirent tous les écoliers. À bas le chancelier de Sainte-Geneviève!

– Ho hé! maître Joachim de Ladehors! Ho hé! Louis Dahuille! Ho hé! Lambert Hoctement!

– Que le diable étouffe le procureur de la nation d’Allemagne!

– Et les chapelains de la Sainte-Chapelle, avec leurs aumusses grises; cum tunicis grisis!

– Seu de pellibus grisis fourratis!

– Holàhé! les maîtres ès-arts! Toutes les belles chapes noires! toutes les belles chapes rouges!

– Cela fait une belle queue au recteur.

– On dirait un duc de Venise qui va aux épousailles de la mer.

– Dis donc, Jehan! les chanoines de Sainte-Geneviève!

– Au diable la chanoinerie!

– Abbé Claude Choart! docteur Claude Choart! Est-ce que vous cherchez Marie la Giffarde?

– Elle est rue de Glatigny.

– Elle fait le lit du roi des ribauds.

– Elle paie ses quatre deniers; quatuor denarios.

– Aut unum bombum.

– Voulez-vous qu’elle vous paye au nez?

– Camarades! maître Simon Sanguin, l’électeur de Picardie, qui a sa femme en croupe.

– Post equitem sedet atra cura.

– Hardi, maître Simon!

– Bonjour, monsieur l’électeur!

– Bonne nuit, madame l’électrice!

– Sont-ils heureux de voir tout cela, disait en soupirant Joannes de Molendino, toujours perché dans les feuillages de son chapiteau.

Cependant le libraire juré de l’Université, maître Andry Musnier, se penchait à l’oreille du pelletier-fourreur des robes du roi, maître Gilles Lecornu.

– Je vous le dis, monsieur, c’est la fin du monde. On n’a jamais vu pareils débordements de l’écolerie. Ce sont les maudites inventions du siècle qui perdent tout. Les artilleries, les serpentines, les bombardes, et surtout l’impression, cette autre peste d’Allemagne. Plus de manuscrits, plus de livres! L’impression tue la librairie. C’est la fin du monde qui vient.

– Je m’en aperçois bien aux progrès des étoles de velours, dit le marchand fourreur.

En ce moment midi sonna.

– Ha!… dit toute la foule d’une seule voix. Les écoliers se turent. Puis il se fit un grand remue-ménage, un grand mouvement de pieds et de têtes, une grande détonation générale de toux et de mouchoirs; chacun s’arrangea, se posta, se haussa, se groupa; puis un grand silence; tous les cous restèrent tendus, toutes les bouches ouvertes, tous les regards tournés vers la table de marbre. Rien n’y parut. Les quatre sergents du bailli étaient toujours là, roides et immobiles comme quatre statues peintes. Tous les yeux se tournèrent vers l’estrade réservée aux envoyés flamands. La porte restait fermée, et l’estrade vide. Cette foule attendait depuis le matin trois choses: midi, l’ambassade de Flandre, le mystère. Midi seul était arrivé à l’heure.

Pour le coup, c’était trop fort.

On attendit une, deux, trois, cinq minutes, un quart d’heure; rien ne venait. L’estrade demeurait déserte, le théâtre muet. Cependant à l’impatience avait succédé la colère. Les paroles irritées circulaient, à voix basse encore, il est vrai. – Le mystère! le mystère! murmurait-on sourdement. Les têtes fermentaient. Une tempête, qui ne faisait encore que gronder, flottait à la surface de cette foule. Ce fut Jehan du Moulin qui en tira la première étincelle.

– Le mystère, et au diable les flamands! s’écria-t-il de toute la force de ses poumons, en se tordant comme un serpent autour de son chapiteau.

La foule battit des mains.

– Le mystère, répéta-t-elle, et la Flandre à tous les diables!

– Il nous faut le mystère, sur-le-champ, reprit l’écolier; ou m’est avis que nous pendions le bailli du Palais, en guise de comédie et de moralité.

– Bien dit, cria le peuple, et entamons la pendaison par ses sergents.

Une grande acclamation suivit. Les quatre pauvres diables commençaient à pâlir et à s’entre-regarder. La multitude s’ébranlait vers eux, et ils voyaient déjà la frêle balustrade de bois qui les en séparait ployer et faire ventre sous la pression de la foule.

Le moment était critique.

– À sac! à sac! criait-on de toutes parts.

En cet instant, la tapisserie du vestiaire que nous avons décrit plus haut se souleva, et donna passage à un personnage dont la seule vue arrêta subitement la foule, et changea comme par enchantement sa colère en curiosité.

– Silence! silence!

Le personnage, fort peu rassuré et tremblant de tous ses membres, s’avança jusqu’au bord de la table de marbre, avec force révérences qui, à mesure qu’il approchait, ressemblaient de plus en plus à des génuflexions.

Cependant le calme s’était peu à peu rétabli. Il ne restait plus que cette légère rumeur qui se dégage toujours du silence de la foule.

– Messieurs les bourgeois, dit-il, et mesdemoiselles les bourgeoises, nous devons avoir l’honneur de déclamer et représenter devant son éminence Monsieur le cardinal une très belle moralité, qui a nom: Le bon jugement de madame la vierge Marie. C’est moi qui fais Jupiter. Son éminence accompagne en ce moment l’ambassade très honorable de monsieur le duc d’Autriche; laquelle est retenue, à l’heure qu’il est, à écouter la harangue de monsieur le recteur de l’Université, à la porte Baudets. Dès que l’éminentissime cardinal sera arrivé, nous commencerons.

Il est certain qu’il ne fallait rien moins que l’intervention de Jupiter pour sauver les quatre malheureux sergents du bailli du Palais. Si nous avions le bonheur d’avoir inventé cette très véridique histoire, et par conséquent d’en être responsable par-devant Notre-Dame la Critique, ce n’est pas contre nous qu’on pourrait invoquer en ce moment le précepte classique: Nec deus intersit. Du reste, le costume du seigneur Jupiter était fort beau, et n’avait pas peu contribué à calmer la foule en attirant toute son attention. Jupiter était vêtu d’une brigandine couverte de velours noir, à clous dorés; il était coiffé d’un bicoquet garni de boutons d’argent dorés; et, n’était le rouge et la grosse barbe qui couvraient chacun une moitié de son visage, n’était le rouleau de carton doré, semé de passequilles et tout hérissé de lanières de clinquant qu’il portait à la main et dans lequel des yeux exercés reconnaissaient aisément la foudre, n’était ses pieds couleur de chair et enrubannés à la grecque, il eût pu supporter la comparaison, pour la sévérité de sa tenue, avec un archer breton du corps de monsieur de Berry.

II. Pierre Gringoire

Cependant, tandis qu’il haranguait, la satisfaction, l’admiration unanimement excitées par son costume se dissipaient à ses paroles; et quand il arriva à cette conclusion malencontreuse: «Dès que l’éminentissime cardinal sera arrivé, nous commencerons», sa voix se perdit dans un tonnerre de huées.

– Commencez tout de suite! Le mystère! le mystère tout de suite! criait le peuple. Et l’on entendait par-dessus toutes les voix celle de Johannes de Molendino, qui perçait la rumeur comme le fifre dans un charivari de Nîmes: – Commencez tout de suite! glapissait l’écolier.

– À bas Jupiter et le cardinal de Bourbon! vociféraient Robin Poussepain et les autres clercs juchés dans la croisée.

– Tout de suite la moralité! répétait la foule. Sur-le-champ! tout de suite! Le sac et la corde aux comédiens et au cardinal!

Le pauvre Jupiter, hagard, effaré, pâle sous son rouge, laissa tomber sa foudre, prit à la main son bicoquet; puis il saluait et tremblait en balbutiant: Son éminence… les ambassadeurs… madame Marguerite de Flandre… Il ne savait que dire. Au fond, il avait peur d’être pendu.

Pendu par la populace pour attendre, pendu par le cardinal pour n’avoir pas attendu, il ne voyait des deux côtés qu’un abîme, c’est-à-dire une potence.

Heureusement quelqu’un vint le tirer d’embarras et assumer la responsabilité.

Un individu qui se tenait en deçà de la balustrade dans l’espace laissé libre autour de la table de marbre, et que personne n’avait encore aperçu, tant sa longue et mince personne était complètement abritée de tout rayon visuel par le diamètre du pilier auquel il était adossé, cet individu, disons-nous, grand, maigre, blême, blond, jeune encore, quoique déjà ridé au front et aux joues, avec des yeux brillants et une bouche souriante, vêtu d’une serge noire, râpée et lustrée de vieillesse, s’approcha de la table de marbre et fit un signe au pauvre patient. Mais l’autre, interdit, ne voyait pas.

Le nouveau venu fit un pas de plus: – Jupiter! dit-il, mon cher Jupiter!

L’autre n’entendait point.

Enfin le grand blond, impatienté, lui cria presque sous le nez:

– Michel Giborne!

– Qui m’appelle? dit Jupiter, comme éveillé en sursaut.

– Moi, répondit le personnage vêtu de noir.

– Ah! dit Jupiter.

– Commencez tout de suite, reprit l’autre. Satisfaites le populaire. Je me charge d’apaiser monsieur le bailli, qui apaisera monsieur le cardinal.

Jupiter respira.

– Messeigneurs les bourgeois, cria-t-il de toute la force de ses poumons à la foule qui continuait de le huer, nous allons commencer tout de suite.

– Evoe, Juppiter! Plaudite, cives! crièrent les écoliers.

– Noël! Noël! cria le peuple.

Ce fut un battement de mains assourdissant, et Jupiter était déjà rentré sous sa tapisserie que la salle tremblait encore d’acclamations.

Cependant le personnage inconnu qui avait si magiquement changé la tempête en bonace, comme dit notre vieux et cher Corneille, était modestement rentré dans la pénombre de son pilier, et y serait sans doute resté invisible, immobile et muet comme auparavant, s’il n’en eût été tiré par deux jeunes femmes qui, placées au premier rang des spectateurs, avaient remarqué son colloque avec Michel Giborne-Jupiter.

– Maître, dit l’une d’elles en lui faisant signe de s’approcher…

– Taisez-vous donc, ma chère Liénarde, dit sa voisine, jolie, fraîche, et toute brave à force d’être endimanchée. Ce n’est pas un clerc, c’est un laïque; il ne faut pas dire maître, mais bien meßire.

– Messire, dit Liénarde.

L’inconnu s’approcha de la balustrade.

– Que voulez-vous de moi, mesdamoiselles? demanda-t-il avec empressement.

– Oh! rien, dit Liénarde toute confuse, c’est ma voisine Gisquette la Gencienne qui veut vous parler.

– Non pas, reprit Gisquette en rougissant; c’est Liénarde qui vous a dit: Maître; je lui ai dit qu’on disait: Messire.

Les deux jeunes filles baissaient les yeux. L’autre, qui ne demandait pas mieux que de lier conversation, les regardait en souriant:

– Vous n’avez donc rien à me dire, mesdamoiselles?

– Oh! rien du tout, répondit Gisquette.

– Rien, dit Liénarde.

Le grand jeune homme blond fit un pas pour se retirer. Mais les deux curieuses n’avaient pas envie de lâcher prise.

– Messire, dit vivement Gisquette avec l’impétuosité d’une écluse qui s’ouvre ou d’une femme qui prend son parti, vous connaissez donc ce soldat qui va jouer le rôle de madame la Vierge dans le mystère?

– Vous voulez dire le rôle de Jupiter? reprit l’anonyme.

– Hé! oui, dit Liénarde, est-elle bête! Vous connaissez donc Jupiter?

– Michel Giborne? répondit l’anonyme; oui, madame.

– Il a une fière barbe! dit Liénarde.

– Cela sera-t-il beau, ce qu’ils vont dire là-dessus? demanda timidement Gisquette.

– Très beau, madamoiselle, répondit l’anonyme sans la moindre hésitation.

– Qu’est-ce que ce sera? dit Liénarde.

– Le bon jugement de madame la Vierge, moralité, s’il vous plaît, madamoiselle.

– Ah! c’est différent, reprit Liénarde.

Un court silence suivit. L’inconnu le rompit:

– C’est une moralité toute neuve, et qui n’a pas encore servi.

– Ce n’est donc pas la même, dit Gisquette, que celle qu’on a donnée il y a deux ans, le jour de l’entrée de monsieur le légat, et où il y avait trois belles filles faisant personnages…

– De sirènes, dit Liénarde.

– Et toutes nues, ajouta le jeune homme.

Liénarde baissa pudiquement les yeux. Gisquette la regarda, et en fit autant. Il poursuivit en souriant:

– C’était chose bien plaisante à voir. Aujourd’hui c’est une moralité faite exprès pour madame la demoiselle de Flandre.

– Chantera-t-on des bergerettes? demanda Gisquette.

– Fi! dit l’inconnu, dans une moralité! Il ne faut pas confondre les genres. Si c’était une sotie, à la bonne heure.

– C’est dommage, reprit Gisquette. Ce jour-là il y avait à la fontaine du Ponceau des hommes et des femmes sauvages qui se combattaient et faisaient plusieurs contenances en chantant de petits motets et des bergerettes.

– Ce qui convient pour un légat, dit assez sèchement l’inconnu, ne convient pas pour une princesse.

– Et près d’eux, reprit Liénarde, joutaient plusieurs bas instruments qui rendaient de grandes mélodies.

– Et pour rafraîchir les passants, continua Gisquette, la fontaine jetait par trois bouches, vin, lait et hypocras, dont buvait qui voulait.

– Et un peu au-dessous du Ponceau, poursuivit Liénarde, à la Trinité, il y avait une passion par personnages, et sans parler.

– Si je m’en souviens! s’écria Gisquette: Dieu en la croix, et les deux larrons à droite et à gauche.

Ici les jeunes commères, s’échauffant au souvenir de l’entrée de monsieur le légat, se mirent à parler à la fois.

– Et plus avant, à la porte aux Peintres, il y avait d’autres personnes très richement habillées.

– Et à la fontaine Saint-Innocent, ce chasseur qui poursuivait une biche avec grand bruit de chiens et de trompes de chasse!

– Et à la boucherie de Paris, ces échafauds qui figuraient la bastille de Dieppe!

– Et quand le légat passa, tu sais, Gisquette, on donna l’assaut, et les anglais eurent tous les gorges coupées.

– Et contre la porte du Châtelet, il y avait de très beaux personnages!

– Et sur le pont au Change, qui était tout tendu par-dessus!

– Et quand le légat passa, on laissa voler sur le pont plus de deux cents douzaines de toutes sortes d’oiseaux; c’était très beau, Liénarde.

– Ce sera plus beau aujourd’hui, reprit enfin leur interlocuteur, qui semblait les écouter avec impatience.

– Vous nous promettez que ce mystère sera beau? dit Gisquette.

– Sans doute, répondit-il; puis il ajouta avec une certaine emphase: – Mesdamoiselles, c’est moi qui en suis l’auteur.

– Vraiment? dirent les jeunes filles, tout ébahies.

– Vraiment! répondit le poëte en se rengorgeant légèrement; c’est-à-dire nous sommes deux: Jehan Marchand, qui a scié les planches, et dressé la charpente du théâtre et toute la boiserie, et moi qui ai fait la pièce. – Je m’appelle Pierre Gringoire.

L’auteur du Cid n’eût pas dit avec plus de fierté: Pierre Corneille.

Nos lecteurs ont pu observer qu’il avait déjà dû s’écouler un certain temps depuis le moment où Jupiter était rentré sous la tapisserie jusqu’à l’instant où l’auteur de la moralité nouvelle s’était révélé ainsi brusquement à l’admiration naïve de Gisquette et de Liénarde. Chose remarquable: toute cette foule, quelques minutes auparavant si tumultueuse, attendait maintenant avec mansuétude, sur la foi du comédien; ce qui prouve cette vérité éternelle et tous les jours encore éprouvée dans nos théâtres, que le meilleur moyen de faire attendre patiemment le public, c’est de lui affirmer qu’on va commencer tout de suite.

Toutefois l’écolier Joannes ne s’endormait pas.

– Holàhée! cria-t-il tout à coup au milieu de la paisible attente qui avait succédé au trouble, Jupiter, madame la Vierge, bateleurs du diable! vous gaussez-vous? la pièce! la pièce! Commencez, ou nous recommençons!

Il n’en fallut pas davantage.

Une musique de hauts et bas instruments se fit entendre de l’intérieur de l’échafaudage; la tapisserie se souleva; quatre personnages bariolés et fardés en sortirent, grimpèrent la roide échelle du théâtre, et, parvenus sur la plate-forme supérieure, se rangèrent en ligne devant le public, qu’ils saluèrent profondément; alors la symphonie se tut. C’était le mystère qui commençait.

Les quatre personnages, après avoir largement recueilli le paiement de leurs révérences en applaudissements, entamèrent, au milieu d’un religieux silence, un prologue dont nous faisons volontiers grâce au lecteur. Du reste, ce qui arrive encore de nos jours, le public s’occupait encore plus des costumes qu’ils portaient que du rôle qu’ils débitaient; et en vérité c’était justice. Ils étaient vêtus tous quatre de robes mi-parties jaune et blanc, qui ne se distinguaient entre elles que par la nature de l’étole; la première était en brocart, or et argent, la deuxième en soie, la troisième en laine, la quatrième en toile. Le premier des personnages portait en main droite une épée, le second deux clefs d’or, le troisième une balance, le quatrième une bêche; et pour aider les intelligences paresseuses qui n’auraient pas vu clair à travers la transparence de ces attributs, on pouvait lire en grosses lettres noires brodées, au bas de la robe de brocart: je m’appelle Noblesse; au bas de la robe de soie, je m’appelle Clergé; au bas de la robe de laine, je m’appelle Marchandise; au bas de la robe de toile, je m’appelle Labour. Le sexe des deux allégories mâles était clairement indiqué à tout spectateur judicieux par leurs robes moins longues et par la cramignole qu’elles portaient en tête, tandis que les deux allégories femelles, moins court-vêtues, étaient coiffées d’un chaperon.

Il eût fallu aussi beaucoup de mauvaise volonté pour ne pas comprendre, à travers la poésie du prologue, que Labour était marié à Marchandise et Clergé à Noblesse, et que les deux heureux couples possédaient en commun un magnifique dauphin d’or, qu’ils prétendaient n’adjuger qu’à la plus belle. Ils allaient donc par le monde cherchant et quêtant cette beauté, et après avoir successivement rejeté la reine de Golconde, la princesse de Trébisonde, la fille du Grand-Khan de Tartarie, etc., etc., Labour et Clergé, Noblesse et Marchandise étaient venus se reposer sur la table de marbre du Palais de Justice, en débitant devant l’honnête auditoire autant de sentences et de maximes qu’on en pouvait alors dépenser à la Faculté des arts aux examens, sophismes, déterminances, figures et actes où les maîtres prenaient leurs bonnets de licence.

Tout cela était en effet très beau.

Cependant, dans cette foule sur laquelle les quatre allégories versaient à qui mieux mieux des flots de métaphores, il n’y avait pas une oreille plus attentive, pas un cœur plus palpitant, pas un œil plus hagard, pas un cou plus tendu, que l’œil, l’oreille, le cou et le cœur de l’auteur, du poëte, de ce brave Pierre Gringoire, qui n’avait pu résister, le moment d’auparavant, à la joie de dire son nom à deux jolies filles. Il était retourné à quelques pas d’elles, derrière son pilier, et là, il écoutait, il regardait, il savourait. Les bienveillants applaudissements qui avaient accueilli le début de son prologue retentissaient encore dans ses entrailles, et il était complètement absorbé dans cette espèce de contemplation extatique avec laquelle un auteur voit ses idées tomber une à une de la bouche de l’acteur dans le silence d’un vaste auditoire. Digne Pierre Gringoire!

Il nous en coûte de le dire, mais cette première extase fut bien vite troublée. À peine Gringoire avait-il approché ses lèvres de cette coupe enivrante de joie et de triomphe, qu’une goutte d’amertume vint s’y mêler.

Un mendiant déguenillé, qui ne pouvait faire recette, perdu qu’il était au milieu de la foule, et qui n’avait sans doute pas trouvé suffisante indemnité dans les poches de ses voisins, avait imaginé de se jucher sur quelque point en évidence, pour attirer les regards et les aumônes. Il s’était donc hissé pendant les premiers vers du prologue, à l’aide des piliers de l’estrade réservée, jusqu’à la corniche qui en bordait la balustrade à sa partie inférieure, et là, il s’était assis, sollicitant l’attention et la pitié de la multitude avec ses haillons et une plaie hideuse qui couvrait son bras droit. Du reste il ne proférait pas une parole.

Le silence qu’il gardait laissait aller le prologue sans encombre, et aucun désordre sensible ne serait survenu, si le malheur n’eût voulu que l’écolier Joannes avisât, du haut de son pilier, le mendiant et ses simagrées. Un fou rire s’empara du jeune drôle, qui, sans se soucier d’interrompre le spectacle et de troubler le recueillement universel, s’écria gaillardement: – Tiens! ce malingreux qui demande l’aumône!

Quiconque a jeté une pierre dans une mare à grenouilles ou tiré un coup de fusil dans une volée d’oiseaux, peut se faire une idée de l’effet que produisirent ces paroles incongrues, au milieu de l’attention générale. Gringoire en tressaillit comme d’une secousse électrique. Le prologue resta court, et toutes les têtes se retournèrent en tumulte vers le mendiant, qui, loin de se déconcerter, vit dans cet incident une bonne occasion de récolte, et se mit à dire d’un air dolent, en fermant ses yeux à demi: – La charité, s’il vous plaît!

– Eh mais, sur mon âme, reprit Joannes, c’est Clopin Trouillefou. Holàhée! l’ami, ta plaie te gênait donc à la jambe, que tu l’as mise sur ton bras?

En parlant ainsi, il jetait avec une adresse de singe un petit-blanc dans le feutre gras que le mendiant tendait de son bras malade. Le mendiant reçut sans broncher l’aumône et le sarcasme, et continua d’un accent lamentable: – La charité, s’il vous plaît!

Cet épisode avait considérablement distrait l’auditoire, et bon nombre de spectateurs, Robin Poussepain et tous les clercs en tête, applaudissaient gaiement à ce duo bizarre que venaient d’improviser, au milieu du prologue, l’écolier avec sa voix criarde et le mendiant avec son imperturbable psalmodie.

Gringoire était fort mécontent. Revenu de sa première stupéfaction, il s’évertuait à crier aux quatre personnages en scène: – Continuez! que diable, continuez! – sans même daigner jeter un regard de dédain sur les deux interrupteurs.

En ce moment, il se sentit tirer par le bord de son surtout; il se retourna, non sans quelque humeur, et eut assez de peine à sourire. Il le fallait pourtant. C’était le joli bras de Gisquette la Gencienne, qui, passé à travers la balustrade, sollicitait de cette façon son attention.

– Monsieur, dit la jeune fille, est-ce qu’ils vont continuer?

– Sans doute, répondit Gringoire, assez choqué de la question.

– En ce cas, messire, reprit-elle, auriez-vous la courtoisie de m’expliquer…

– Ce qu’ils vont dire? interrompit Gringoire. Eh bien, écoutez!

– Non, dit Gisquette, mais ce qu’ils ont dit jusqu’à présent.

Gringoire fit un soubresaut, comme un homme dont on toucherait la plaie à vif.

– Peste de la petite fille sotte et bouchée! dit-il entre ses dents.

À dater de ce moment-là, Gisquette fut perdue dans son esprit.

Cependant, les acteurs avaient obéi à son injonction, et le public, voyant qu’ils se remettaient à parler, s’était remis à écouter, non sans avoir perdu force beautés, dans l’espèce de soudure qui se fit entre les deux parties de la pièce ainsi brusquement coupée. Gringoire en faisait tout bas l’amère réflexion. Pourtant la tranquillité s’était rétablie peu à peu, l’écolier se taisait, le mendiant comptait quelque monnaie dans son chapeau, et la pièce avait repris le dessus.

C’était en réalité un fort bel ouvrage, et dont il nous semble qu’on pourrait encore fort bien tirer parti aujourd’hui, moyennant quelques arrangements. L’exposition, un peu longue et un peu vide, c’est-à-dire dans les règles, était simple, et Gringoire, dans le candide sanctuaire de son for intérieur, en admirait la clarté. Comme on s’en doute bien, les quatre personnages allégoriques étaient un peu fatigués d’avoir parcouru les trois parties du monde sans trouver à se défaire convenablement de leur dauphin d’or. Là-dessus, éloge du poisson merveilleux, avec mille allusions délicates au jeune fiancé de Marguerite de Flandre, alors fort tristement reclus à Amboise, et ne se doutant guère que Labour et Clergé, Noblesse et Marchandise venaient de faire le tour du monde pour lui. Le susdit dauphin donc était jeune, était beau, était fort, et surtout (magnifique origine de toutes les vertus royales!) il était fils du lion de France. Je déclare que cette métaphore hardie est admirable, et que l’histoire naturelle du théâtre, un jour d’allégorie et d’épithalame royal, ne s’effarouche aucunement d’un dauphin fils d’un lion. Ce sont justement ces rares et pindariques mélanges qui prouvent l’enthousiasme. Néanmoins, pour faire aussi la part de la critique, le poëte aurait pu développer cette belle idée en moins de deux cents vers. Il est vrai que le mystère devait durer depuis midi jusqu’à quatre heures, d’après l’ordonnance de monsieur le prévôt, et qu’il faut bien dire quelque chose. D’ailleurs, on écoutait patiemment.

Tout à coup, au beau milieu d’une querelle entre mademoiselle Marchandise et madame Noblesse, au moment où maître Labour prononçait ce vers mirifique:

Onc ne vis dans les bois bête plus triomphante;

la porte de l’estrade réservée, qui était jusque-là restée si mal à propos fermée, s’ouvrit plus mal à propos encore; et la voix retentissante de l’huissier annonça brusquement: Son éminence monseigneur le cardinal de Bourbon.

The Hunchback of Notre Dame

PREFACE.

A few years ago, while visiting or, rather, rummaging about Notre-Dame, the author of this book found, in an obscure nook of one of the towers, the following word, engraved by hand upon the wall:–

˝ΑΝΑΓΚΗ˝

These Greek capitals, black with age, and quite deeply graven in the stone, with I know not what signs peculiar to Gothic caligraphy imprinted upon their forms and upon their attitudes, as though with the purpose of revealing that it had been a hand of the Middle Ages which had inscribed them there, and especially the fatal and melancholy meaning contained in them, struck the author deeply.

He questioned himself; he sought to divine who could have been that soul in torment which had not been willing to quit this world without leaving this stigma of crime or unhappiness upon the brow of the ancient church.

Afterwards, the wall was whitewashed or scraped down, I know not which, and the inscription disappeared. For it is thus that people have been in the habit of proceeding with the marvellous churches of the Middle Ages for the last two hundred years. Mutilations come to them from every quarter, from within as well as from without. The priest whitewashes them, the archdeacon scrapes them down; then the populace arrives and demolishes them.

Thus, with the exception of the fragile memory which the author of this book here consecrates to it, there remains to-day nothing whatever of the mysterious word engraved within the gloomy tower of Notre-Dame,–nothing of the destiny which it so sadly summed up. The man who wrote that word upon the wall disappeared from the midst of the generations of man many centuries ago; the word, in its turn, has been effaced from the wall of the church; the church will, perhaps, itself soon disappear from the face of the earth.

It is upon this word that this book is founded.

March, 1831.

BOOK FIRST.

I. The Grand Hall.

Three hundred and forty-eight years, six months, and nineteen days ago to-day, the Parisians awoke to the sound of all the bells in the triple circuit of the city, the university, and the town ringing a full peal.

The sixth of January, 1482, is not, however, a day of which history has preserved the memory. There was nothing notable in the event which thus set the bells and the bourgeois of Paris in a ferment from early morning. It was neither an assault by the Picards nor the Burgundians, nor a hunt led along in procession, nor a revolt of scholars in the town of Laas, nor an entry of ˝our much dread lord, monsieur the king,˝ nor even a pretty hanging of male and female thieves by the courts of Paris. Neither was it the arrival, so frequent in the fifteenth century, of some plumed and bedizened embassy. It was barely two days since the last cavalcade of that nature, that of the Flemish ambassadors charged with concluding the marriage between the dauphin and Marguerite of Flanders, had made its entry into Paris, to the great annoyance of M. le Cardinal de Bourbon, who, for the sake of pleasing the king, had been obliged to assume an amiable mien towards this whole rustic rabble of Flemish burgomasters, and to regale them at his Hôtel de Bourbon, with a very ˝pretty morality, allegorical satire, and farce,˝ while a driving rain drenched the magnificent tapestries at his door.

What put the ˝whole population of Paris in commotion,˝ as Jehan de Troyes expresses it, on the sixth of January, was the double solemnity, united from time immemorial, of the Epiphany and the Feast of Fools.

On that day, there was to be a bonfire on the Place de Grève, a maypole at the Chapelle de Braque, and a mystery at the Palais de Justice. It had been cried, to the sound of the trumpet, the preceding evening at all the cross roads, by the provost's men, clad in handsome, short, sleeveless coats of violet camelot, with large white crosses upon their breasts.

So the crowd of citizens, male and female, having closed their houses and shops, thronged from every direction, at early morn, towards some one of the three spots designated.

Each had made his choice; one, the bonfire; another, the maypole; another, the mystery play. It must be stated, in honor of the good sense of the loungers of Paris, that the greater part of this crowd directed their steps towards the bonfire, which was quite in season, or towards the mystery play, which was to be presented in the grand hall of the Palais de Justice (the courts of law), which was well roofed and walled; and that the curious left the poor, scantily flowered maypole to shiver all alone beneath the sky of January, in the cemetery of the Chapel of Braque.

The populace thronged the avenues of the law courts in particular, because they knew that the Flemish ambassadors, who had arrived two days previously, intended to be present at the representation of the mystery, and at the election of the Pope of the Fools, which was also to take place in the grand hall.

It was no easy matter on that day, to force one's way into that grand hall, although it was then reputed to be the largest covered enclosure in the world (it is true that Sauval had not yet measured the grand hall of the Château of Montargis). The palace place, encumbered with people, offered to the curious gazers at the windows the aspect of a sea; into which five or six streets, like so many mouths of rivers, discharged every moment fresh floods of heads. The waves of this crowd, augmented incessantly, dashed against the angles of the houses which projected here and there, like so many promontories, into the irregular basin of the place. In the centre of the lofty Gothic façade of the palace, the grand staircase, incessantly ascended and descended by a double current, which, after parting on the intermediate landing-place, flowed in broad waves along its lateral slopes,–the grand staircase, I say, trickled incessantly into the place, like a cascade into a lake. The cries, the laughter, the trampling of those thousands of feet, produced a great noise and a great clamor. From time to time, this noise and clamor redoubled; the current which drove the crowd towards the grand staircase flowed backwards, became troubled, formed whirlpools. This was produced by the buffet of an archer, or the horse of one of the provost's sergeants, which kicked to restore order; an admirable tradition which the provostship has bequeathed to the constablery, the constablery to the ˝maréchaussée˝, the ˝maréchaussée˝ to our ˝gendarmeri˝ of Paris.

Thousands of good, calm, bourgeois faces thronged the windows, the doors, the dormer windows, the roofs, gazing at the palace, gazing at the populace, and asking nothing more; for many Parisians content themselves with the spectacle of the spectators, and a wall behind which something is going on becomes at once, for us, a very curious thing indeed.

If it could be granted to us, the men of 1830, to mingle in thought with those Parisians of the fifteenth century, and to enter with them, jostled, elbowed, pulled about, into that immense hall of the palace, which was so cramped on that sixth of January, 1482, the spectacle would not be devoid of either interest or charm, and we should have about us only things that were so old that they would seem new.

With the reader's consent, we will endeavor to retrace in thought, the impression which he would have experienced in company with us on crossing the threshold of that grand hall, in the midst of that tumultuous crowd in surcoats, short, sleeveless jackets, and doublets.

And, first of all, there is a buzzing in the ears, a dazzlement in the eyes. Above our heads is a double ogive vault, panelled with wood carving, painted azure, and sown with golden fleurs-de-lis; beneath our feet a pavement of black and white marble, alternating. A few paces distant, an enormous pillar, then another, then another; seven pillars in all, down the length of the hall, sustaining the spring of the arches of the double vault, in the centre of its width. Around four of the pillars, stalls of merchants, all sparkling with glass and tinsel; around the last three, benches of oak, worn and polished by the trunk hose of the litigants, and the robes of the attorneys. Around the hall, along the lofty wall, between the doors, between the windows, between the pillars, the interminable row of all the kings of France, from Pharamond down: the lazy kings, with pendent arms and downcast eyes; the valiant and combative kings, with heads and arms raised boldly heavenward. Then in the long, pointed windows, glass of a thousand hues; at the wide entrances to the hall, rich doors, finely sculptured; and all, the vaults, pillars, walls, jambs, panelling, doors, statues, covered from top to bottom with a splendid blue and gold illumination, which, a trifle tarnished at the epoch when we behold it, had almost entirely disappeared beneath dust and spiders in the year of grace, 1549, when du Breul still admired it from tradition.

Let the reader picture to himself now, this immense, oblong hall, illuminated by the pallid light of a January day, invaded by a motley and noisy throng which drifts along the walls, and eddies round the seven pillars, and he will have a confused idea of the whole effect of the picture, whose curious details we shall make an effort to indicate with more precision.

It is certain, that if Ravaillac had not assassinated Henri IV., there would have been no documents in the trial of Ravaillac deposited in the clerk's office of the Palais de Justice, no accomplices interested in causing the said documents to disappear; hence, no incendiaries obliged, for lack of better means, to burn the clerk's office in order to burn the documents, and to burn the Palais de Justice in order to burn the clerk's office; consequently, in short, no conflagration in 1618. The old Palais would be standing still, with its ancient grand hall; I should be able to say to the reader, ˝Go and look at it,˝ and we should thus both escape the necessity,–I of making, and he of reading, a description of it, such as it is. Which demonstrates a new truth: that great events have incalculable results.

It is true that it may be quite possible, in the first place, that Ravaillac had no accomplices; and in the second, that if he had any, they were in no way connected with the fire of 1618. Two other very plausible explanations exist: First, the great flaming star, a foot broad, and a cubit high, which fell from heaven, as every one knows, upon the law courts, after midnight on the seventh of March; second, Théophile's quatrain,–

˝Sure, 'twas but a sorry game

When at Paris, Dame Justice,

Through having eaten too much spice,

Set the palace all aflame.˝

Whatever may be thought of this triple explanation, political, physical, and poetical, of the burning of the law courts in 1618, the unfortunate fact of the fire is certain. Very little to-day remains, thanks to this catastrophe,–thanks, above all, to the successive restorations which have completed what it spared,–very little remains of that first dwelling of the kings of France,–of that elder palace of the Louvre, already so old in the time of Philip the Handsome, that they sought there for the traces of the magnificent buildings erected by King Robert and described by Helgaldus. Nearly everything has disappeared. What has become of the chamber of the chancellery, where Saint Louis consummated his marriage? the garden where he administered justice, ˝clad in a coat of camelot, a surcoat of linsey-woolsey, without sleeves, and a sur-mantle of black sandal, as he lay upon the carpet with Joinville?˝ Where is the chamber of the Emperor Sigismond? and that of Charles IV.? that of Jean the Landless? Where is the staircase, from which Charles VI. promulgated his edict of pardon? the slab where Marcel cut the throats of Robert de Clermont and the Marshal of Champagne, in the presence of the dauphin? the wicket where the bulls of Pope Benedict were torn, and whence those who had brought them departed decked out, in derision, in copes and mitres, and making an apology through all Paris? and the grand hall, with its gilding, its azure, its statues, its pointed arches, its pillars, its immense vault, all fretted with carvings? and the gilded chamber? and the stone lion, which stood at the door, with lowered head and tail between his legs, like the lions on the throne of Solomon, in the humiliated attitude which befits force in the presence of justice? and the beautiful doors? and the stained glass? and the chased ironwork, which drove Biscornette to despair? and the delicate woodwork of Hancy? What has time, what have men done with these marvels? What have they given us in return for all this Gallic history, for all this Gothic art? The heavy flattened arches of M. de Brosse, that awkward architect of the Saint-Gervais portal. So much for art; and, as for history, we have the gossiping reminiscences of the great pillar, still ringing with the tattle of the Patru.

It is not much. Let us return to the veritable grand hall of the veritable old palace. The two extremities of this gigantic parallelogram were occupied, the one by the famous marble table, so long, so broad, and so thick that, as the ancient land rolls–in a style that would have given Gargantua an appetite–say, ˝such a slice of marble as was never beheld in the world˝; the other by the chapel where Louis XI. had himself sculptured on his knees before the Virgin, and whither he caused to be brought, without heeding the two gaps thus made in the row of royal statues, the statues of Charlemagne and of Saint Louis, two saints whom he supposed to be great in favor in heaven, as kings of France. This chapel, quite new, having been built only six years, was entirely in that charming taste of delicate architecture, of marvellous sculpture, of fine and deep chasing, which marks with us the end of the Gothic era, and which is perpetuated to about the middle of the sixteenth century in the fairylike fancies of the Renaissance. The little open-work rose window, pierced above the portal, was, in particular, a masterpiece of lightness and grace; one would have pronounced it a star of lace.

In the middle of the hall, opposite the great door, a platform of gold brocade, placed against the wall, a special entrance to which had been effected through a window in the corridor of the gold chamber, had been erected for the Flemish emissaries and the other great personages invited to the presentation of the mystery play.

It was upon the marble table that the mystery was to be enacted, as usual. It had been arranged for the purpose, early in the morning; its rich slabs of marble, all scratched by the heels of law clerks, supported a cage of carpenter's work of considerable height, the upper surface of which, within view of the whole hall, was to serve as the theatre, and whose interior, masked by tapestries, was to take the place of dressing-rooms for the personages of the piece. A ladder, naively placed on the outside, was to serve as means of communication between the dressing-room and the stage, and lend its rude rungs to entrances as well as to exits. There was no personage, however unexpected, no sudden change, no theatrical effect, which was not obliged to mount that ladder. Innocent and venerable infancy of art and contrivances!

Four of the bailiff of the palace's sergeants, perfunctory guardians of all the pleasures of the people, on days of festival as well as on days of execution, stood at the four corners of the marble table.

The piece was only to begin with the twelfth stroke of the great palace clock sounding midday. It was very late, no doubt, for a theatrical representation, but they had been obliged to fix the hour to suit the convenience of the ambassadors.

Now, this whole multitude had been waiting since morning. A goodly number of curious, good people had been shivering since daybreak before the grand staircase of the palace; some even affirmed that they had passed the night across the threshold of the great door, in order to make sure that they should be the first to pass in. The crowd grew more dense every moment, and, like water, which rises above its normal level, began to mount along the walls, to swell around the pillars, to spread out on the entablatures, on the cornices, on the window-sills, on all the salient points of the architecture, on all the reliefs of the sculpture. Hence, discomfort, impatience, weariness, the liberty of a day of cynicism and folly, the quarrels which break forth for all sorts of causes–a pointed elbow, an iron-shod shoe, the fatigue of long waiting–had already, long before the hour appointed for the arrival of the ambassadors, imparted a harsh and bitter accent to the clamor of these people who were shut in, fitted into each other, pressed, trampled upon, stifled. Nothing was to be heard but imprecations on the Flemish, the provost of the merchants, the Cardinal de Bourbon, the bailiff of the courts, Madame Marguerite of Austria, the sergeants with their rods, the cold, the heat, the bad weather, the Bishop of Paris, the Pope of the Fools, the pillars, the statues, that closed door, that open window; all to the vast amusement of a band of scholars and lackeys scattered through the mass, who mingled with all this discontent their teasing remarks, and their malicious suggestions, and pricked the general bad temper with a pin, so to speak.

Among the rest there was a group of those merry imps, who, after smashing the glass in a window, had seated themselves hardily on the entablature, and from that point despatched their gaze and their railleries both within and without, upon the throng in the hall, and the throng upon the Place. It was easy to see, from their parodied gestures, their ringing laughter, the bantering appeals which they exchanged with their comrades, from one end of the hall to the other, that these young clerks did not share the weariness and fatigue of the rest of the spectators, and that they understood very well the art of extracting, for their own private diversion from that which they had under their eyes, a spectacle which made them await the other with patience.

˝Upon my soul, so it's you, 'Joannes Frollo de Molendino!'˝ cried one of them, to a sort of little, light-haired imp, with a well-favored and malign countenance, clinging to the acanthus leaves of a capital; ˝you are well named John of the Mill, for your two arms and your two legs have the air of four wings fluttering on the breeze. How long have you been here?˝

˝By the mercy of the devil,˝ retorted Joannes Frollo, ˝these four hours and more; and I hope that they will be reckoned to my credit in purgatory. I heard the eight singers of the King of Sicily intone the first verse of seven o'clock mass in the Sainte-Chapelle.˝

˝Fine singers!˝ replied the other, ˝with voices even more pointed than their caps! Before founding a mass for Monsieur Saint John, the king should have inquired whether Monsieur Saint John likes Latin droned out in a Provençal accent.˝

˝He did it for the sake of employing those accursed singers of the King of Sicily!˝ cried an old woman sharply from among the crowd beneath the window. ˝I just put it to you! A thousand ˝livres parisi˝ for a mass! and out of the tax on sea fish in the markets of Paris, to boot!˝

˝Peace, old crone,˝ said a tall, grave person, stopping up his nose on the side towards the fishwife; ˝a mass had to be founded. Would you wish the king to fall ill again?˝

˝Bravely spoken, Sire Gilles Lecornu, master furrier of king's robes!˝ cried the little student, clinging to the capital.

A shout of laughter from all the students greeted the unlucky name of the poor furrier of the king's robes.

˝Lecornu! Gilles Lecornu!˝ said some.

˝˝Cornutus et hirsutus˝, horned and hairy,˝ another went on.

˝He! of course,˝ continued the small imp on the capital, ˝What are they laughing at? An honorable man is Gilles Lecornu, brother of Master Jehan Lecornu, provost of the king's house, son of Master Mahiet Lecornu, first porter of the Bois de Vincennes,–all bourgeois of Paris, all married, from father to son.˝

The gayety redoubled. The big furrier, without uttering a word in reply, tried to escape all the eyes riveted upon him from all sides; but he perspired and panted in vain; like a wedge entering the wood, his efforts served only to bury still more deeply in the shoulders of his neighbors, his large, apoplectic face, purple with spite and rage.

At length one of these, as fat, short, and venerable as himself, came to his rescue.

˝Abomination! scholars addressing a bourgeois in that fashion in my day would have been flogged with a fagot, which would have afterwards been used to burn them.˝

The whole band burst into laughter.

˝Holà hé! who is scolding so? Who is that screech owl of evil fortune?˝

˝Hold, I know him˝ said one of them; ˝'tis Master Andry Musnier.˝

˝Because he is one of the four sworn booksellers of the university!˝ said the other.

˝Everything goes by fours in that shop,˝ cried a third; ˝the four nations, the four faculties, the four feasts, the four procurators, the four electors, the four booksellers.˝

˝Well,˝ began Jean Frollo once more,˝ we must play the devil with them.˝

˝Musnier, we'll burn your books.˝

˝Musnier, we'll beat your lackeys.˝

˝Musnier, we'll kiss your wife.˝

˝That fine, big Mademoiselle Oudarde.˝

˝Who is as fresh and as gay as though she were a widow.˝

˝Devil take you!˝ growled Master Andry Musnier.

˝Master Andry,˝ pursued Jean Jehan, still clinging to his capital, ˝hold your tongue, or I'll drop on your head!˝

Master Andry raised his eyes, seemed to measure in an instant the height of the pillar, the weight of the scamp, mentally multiplied that weight by the square of the velocity and remained silent.

Jehan, master of the field of battle, pursued triumphantly:

˝That's what I'll do, even if I am the brother of an archdeacon!˝

˝Fine gentry are our people of the university, not to have caused our privileges to be respected on such a day as this! However, there is a maypole and a bonfire in the town; a mystery, Pope of the Fools, and Flemish ambassadors in the city; and, at the university, nothing!˝

˝Nevertheless, the Place Maubert is sufficiently large!˝ interposed one of the clerks established on the window-sill.

˝Down with the rector, the electors, and the procurators!˝ cried Joannes.

˝We must have a bonfire this evening in the Champ-Gaillard,˝ went on the other, ˝made of Master Andry's books.˝

˝And the desks of the scribes!˝ added his neighbor.

˝And the beadles' wands!˝

˝And the spittoons of the deans!˝

˝And the cupboards of the procurators!˝

˝And the hutches of the electors!˝

˝And the stools of the rector!˝

˝Down with them!˝ put in little Jehan, as counterpoint; ˝down with Master Andry, the beadles and the scribes; the theologians, the doctors and the decretists; the procurators, the electors and the rector!˝

˝The end of the world has come!,' muttered Master Andry, stopping up his ears.

˝By the way, there's the rector! see, he is passing through the Place,˝ cried one of those in the window.

Each rivalled his neighbor in his haste to turn towards the Place.

˝Is it really our venerable rector, Master Thibaut?˝ demanded Jehan Frollo du Moulin, who, as he was clinging to one of the inner pillars, could not see what was going on outside.

˝Yes, yes,˝ replied all the others, ˝it is really he, Master Thibaut, the rector.˝

It was, in fact, the rector and all the dignitaries of the university, who were marching in procession in front of the embassy, and at that moment traversing the Place. The students crowded into the window, saluted them as they passed with sarcasms and ironical applause. The rector, who was walking at the head of his company, had to support the first broadside; it was severe.

˝Good day, monsieur le recteur! Holà hé! good day there!˝

˝How does he manage to be here, the old gambler? Has he abandoned his dice?˝

˝How he trots along on his mule! her ears are not so long as his!˝

˝Holà hé! good day, monsieur le recteur Thibaut! ˝Tybalde aleator˝! Old fool! old gambler!˝

˝God preserve you! Did you throw double six often last night?˝

˝Oh! what a decrepit face, livid and haggard and drawn with the love of gambling and of dice!˝

˝Where are you bound for in that fashion, Thibaut, ˝Tybalde ad dados˝, with your back turned to the university, and trotting towards the town?˝

˝He is on his way, no doubt, to seek a lodging in the Rue Thibautodé?˝ cried Jehan du M. Moulin.

The entire band repeated this quip in a voice of thunder, clapping their hands furiously.

˝You are going to seek a lodging in the Rue Thibautodé, are you not, monsieur le recteur, gamester on the side of the devil?˝

Then came the turns of the other dignitaries.

˝Down with the beadles! down with the mace-bearers!˝

˝Tell me, Robin Pouissepain, who is that yonder?˝

˝He is Gilbert de Suilly, ˝Gilbertus de Soliaco˝, the chancellor of the College of Autun.˝

˝Hold on, here's my shoe; you are better placed than I, fling it in his face.˝

˝˝Saturnalitias mittimus ecce nuces˝.˝

˝Down with the six theologians, with their white surplices!˝

˝Are those the theologians? I thought they were the white geese given by Sainte-Geneviève to the city, for the fief of Roogny.˝

˝Down with the doctors!˝

˝Down with the cardinal disputations, and quibblers!˝

˝My cap to you, Chancellor of Sainte-Geneviève! You have done me a wrong. 'Tis true; he gave my place in the nation of Normandy to little Ascanio Falzapada, who comes from the province of Bourges, since he is an Italian.˝

˝That is an injustice,˝ said all the scholars. ˝Down with the Chancellor of Sainte-Geneviève!˝

˝Ho hé! Master Joachim de Ladehors! Ho hé! Louis Dahuille! Ho he Lambert Hoctement!˝

˝May the devil stifle the procurator of the German nation!˝

˝And the chaplains of the Sainte-Chapelle, with their gray ˝amices; cum tunices grisis˝!˝

˝˝Seu de pellibus grisis fourratis˝!˝

˝Holà hé! Masters of Arts! All the beautiful black copes! all the fine red copes!˝

˝They make a fine tail for the rector.˝

˝One would say that he was a Doge of Venice on his way to his bridal with the sea.˝

˝Say, Jehan! here are the canons of Sainte-Geneviève!˝

˝To the deuce with the whole set of canons!˝

˝Abbé Claude Choart! Doctor Claude Choart! Are you in search of Marie la Giffarde?˝

˝She is in the Rue de Glatigny.˝

˝She is making the bed of the king of the debauchees.˝ She is paying her four deniers ˝quatuor denarios˝.˝

˝˝Aut unum bombum˝.˝

˝Would you like to have her pay you in the face?˝

˝Comrades! Master Simon Sanguin, the Elector of Picardy, with his wife on the crupper!˝

˝˝Post equitem sedet atra cura˝–behind the horseman sits black care.˝

˝Courage, Master Simon!˝

˝Good day, Mister Elector!˝

˝Good night, Madame Electress!˝

˝How happy they are to see all that!˝ sighed Joannes de Molendino, still perched in the foliage of his capital.

Meanwhile, the sworn bookseller of the university, Master Andry Musnier, was inclining his ear to the furrier of the king's robes, Master Gilles Lecornu.

˝I tell you, sir, that the end of the world has come. No one has ever beheld such outbreaks among the students! It is the accursed inventions of this century that are ruining everything,–artilleries, bombards, and, above all, printing, that other German pest. No more manuscripts, no more books! printing will kill bookselling. It is the end of the world that is drawing nigh.˝

˝I see that plainly, from the progress of velvet stuffs,˝ said the fur-merchant.

At this moment, midday sounded.

˝Ha!˝ exclaimed the entire crowd, in one voice.

The scholars held their peace. Then a great hurly-burly ensued; a vast movement of feet, hands, and heads; a general outbreak of coughs and handkerchiefs; each one arranged himself, assumed his post, raised himself up, and grouped himself. Then came a great silence; all necks remained outstretched, all mouths remained open, all glances were directed towards the marble table. Nothing made its appearance there. The bailiff's four sergeants were still there, stiff, motionless, as painted statues. All eyes turned to the estrade reserved for the Flemish envoys. The door remained closed, the platform empty. This crowd had been waiting since daybreak for three things: noonday, the embassy from Flanders, the mystery play. Noonday alone had arrived on time.

On this occasion, it was too much.

They waited one, two, three, five minutes, a quarter of an hour; nothing came. The dais remained empty, the theatre dumb. In the meantime, wrath had succeeded to impatience. Irritated words circulated in a low tone, still, it is true. ˝The mystery! the mystery!˝ they murmured, in hollow voices. Heads began to ferment. A tempest, which was only rumbling in the distance as yet, was floating on the surface of this crowd. It was Jehan du Moulin who struck the first spark from it.

˝The mystery, and to the devil with the Flemings!˝ he exclaimed at the full force of his lungs, twining like a serpent around his pillar.

The crowd clapped their hands.

˝The mystery!˝ it repeated, ˝and may all the devils take Flanders!˝

˝We must have the mystery instantly,˝ resumed the student; ˝or else, my advice is that we should hang the bailiff of the courts, by way of a morality and a comedy.˝

˝Well said,˝ cried the people, ˝and let us begin the hanging with his sergeants.˝

A grand acclamation followed. The four poor fellows began to turn pale, and to exchange glances. The crowd hurled itself towards them, and they already beheld the frail wooden railing, which separated them from it, giving way and bending before the pressure of the throng.

It was a critical moment.

˝To the sack, to the sack!˝ rose the cry on all sides.

At that moment, the tapestry of the dressing-room, which we have described above, was raised, and afforded passage to a personage, the mere sight of whom suddenly stopped the crowd, and changed its wrath into curiosity as by enchantment.

˝Silence! silence!˝

The personage, but little reassured, and trembling in every limb, advanced to the edge of the marble table with a vast amount of bows, which, in proportion as he drew nearer, more and more resembled genuflections.

In the meanwhile, tranquillity had gradually been restored. A1l that remained was that slight murmur which always rises above the silence of a crowd.

˝Messieurs the bourgeois,˝ said he, ˝and mesdemoiselles the ˝bourgeoises˝, we shall have the honor of declaiming and representing, before his eminence, monsieur the cardinal, a very beautiful morality which has for its title, 'The Good Judgment of Madame the Virgin Mary.' I am to play Jupiter. His eminence is, at this moment, escorting the very honorable embassy of the Duke of Austria; which is detained, at present, listening to the harangue of monsieur the rector of the university, at the gate Baudets. As soon as his illustrious eminence, the cardinal, arrives, we will begin.˝

It is certain, that nothing less than the intervention of Jupiter was required to save the four unfortunate sergeants of the bailiff of the courts. If we had the happiness of having invented this very veracious tale, and of being, in consequence, responsible for it before our Lady Criticism, it is not against us that the classic precept, ˝Nec deus intersit˝, could be invoked. Moreover, the costume of Seigneur Jupiter, was very handsome, and contributed not a little towards calming the crowd, by attracting all its attention. Jupiter was clad in a coat of mail, covered with black velvet, with gilt nails; and had it not been for the rouge, and the huge red beard, each of which covered one-half of his face,–had it not been for the roll of gilded cardboard, spangled, and all bristling with strips of tinsel, which he held in his hand, and in which the eyes of the initiated easily recognized thunderbolts,–had not his feet been flesh-colored, and banded with ribbons in Greek fashion, he might have borne comparison, so far as the severity of his mien was concerned, with a Breton archer from the guard of Monsieur de Berry.

II. Pierre Gringoire.

Nevertheless, as be harangued them, the satisfaction and admiration unanimously excited by his costume were dissipated by his words; and when he reached that untoward conclusion: ˝As soon as his illustrious eminence, the cardinal, arrives, we will begin,˝ his voice was drowned in a thunder of hooting.

˝Begin instantly! The mystery! the mystery immediately!˝ shrieked the people. And above all the voices, that of Johannes de Molendino was audible, piercing the uproar like the fife's derisive serenade: ˝Commence instantly!˝ yelped the scholar.

˝Down with Jupiter and the Cardinal de Bourbon!˝ vociferated Robin Poussepain and the other clerks perched in the window.

˝The morality this very instant!˝ repeated the crowd; ˝this very instant! the sack and the rope for the comedians, and the cardinal!˝

Poor Jupiter, haggard, frightened, pale beneath his rouge, dropped his thunderbolt, took his cap in his hand; then he bowed and trembled and stammered: ˝His eminence–the ambassadors–Madame Marguerite of Flanders–.˝ He did not know what to say. In truth, he was afraid of being hung.

Hung by the populace for waiting, hung by the cardinal for not having waited, he saw between the two dilemmas only an abyss; that is to say, a gallows.

Luckily, some one came to rescue him from his embarrassment, and assume the responsibility.

An individual who was standing beyond the railing, in the free space around the marble table, and whom no one had yet caught sight of, since his long, thin body was completely sheltered from every visual ray by the diameter of the pillar against which he was leaning; this individual, we say, tall, gaunt, pallid, blond, still young, although already wrinkled about the brow and cheeks, with brilliant eyes and a smiling mouth, clad in garments of black serge, worn and shining with age, approached the marble table, and made a sign to the poor sufferer. But the other was so confused that he did not see him. The new comer advanced another step.

˝Jupiter,˝ said he, ˝my dear Jupiter!˝

The other did not hear.

At last, the tall blond, driven out of patience, shrieked almost in his face,–

˝Michel Giborne!˝

˝Who calls me?˝ said Jupiter, as though awakened with a start.

˝I,˝ replied the person clad in black.

˝Ah!˝ said Jupiter.

˝Begin at once,˝ went on the other. ˝Satisfy the populace; I undertake to appease the bailiff, who will appease monsieur the cardinal.˝

Jupiter breathed once more.

˝Messeigneurs the bourgeois,˝ he cried, at the top of his lungs to the crowd, which continued to hoot him, ˝we are going to begin at once.˝

˝˝Evoe Jupiter! Plaudite cives˝! All hail, Jupiter! Applaud, citizens!˝ shouted the scholars.

˝Noel! Noel! good, good,˝ shouted the people.

The hand clapping was deafening, and Jupiter had already withdrawn under his tapestry, while the hall still trembled with acclamations.

In the meanwhile, the personage who had so magically turned the tempest into dead calm, as our old and dear Corneille puts it, had modestly retreated to the half-shadow of his pillar, and would, no doubt, have remained invisible there, motionless, and mute as before, had he not been plucked by the sleeve by two young women, who, standing in the front row of the spectators, had noticed his colloquy with Michel Giborne-Jupiter.

˝Master,˝ said one of them, making him a sign to approach. ˝Hold your tongue, my dear Liénarde,˝ said her neighbor, pretty, fresh, and very brave, in consequence of being dressed up in her best attire. ˝He is not a clerk, he is a layman; you must not say master to him, but messire.˝

˝Messire,˝ said Liénarde.

The stranger approached the railing.

˝What would you have of me, damsels?˝ he asked, with alacrity.

˝Oh! nothing,˝ replied Liénarde, in great confusion; ˝it is my neighbor, Gisquette la Gencienne, who wishes to speak with you.˝

˝Not so,˝ replied Gisquette, blushing; ˝it was Liénarde who called you master; I only told her to say messire.˝

The two young girls dropped their eyes. The man, who asked nothing better than to enter into conversation, looked at them with a smile.

˝So you have nothing to say to me, damsels?˝

˝Oh! nothing at all,˝ replied Gisquette.

˝Nothing,˝ said Liénarde.

The tall, light-haired young man retreated a step; but the two curious maidens had no mind to let slip their prize.

˝Messire,˝ said Gisquette, with the impetuosity of an open sluice, or of a woman who has made up her mind, ˝do you know that soldier who is to play the part of Madame the Virgin in the mystery?˝

˝You mean the part of Jupiter?˝ replied the stranger.

˝Hé! yes,˝ said Liénarde, ˝isn't she stupid? So you know Jupiter?˝

˝Michel Giborne?˝ replied the unknown; ˝yes, madam.˝

˝He has a fine beard!˝ said Liénarde.

˝Will what they are about to say here be fine?˝ inquired Gisquette, timidly.

˝Very fine, mademoiselle,˝ replied the unknown, without the slightest hesitation.

˝What is it to be?˝ said Liénarde.

˝'The Good Judgment of Madame the Virgin,'–a morality, if you please, damsel.˝

˝Ah! that makes a difference,˝ responded Liénarde.

A brief silence ensued–broken by the stranger.

˝It is a perfectly new morality, and one which has never yet been played.˝

˝Then it is not the same one,˝ said Gisquette, ˝that was given two years ago, on the day of the entrance of monsieur the legate, and where three handsome maids played the parts–˝

˝Of sirens,˝ said Liénarde.

˝And all naked,˝ added the young man.

Liénarde lowered her eyes modestly. Gisquette glanced at her and did the same. He continued, with a smile,–

˝It was a very pleasant thing to see. To-day it is a morality made expressly for Madame the Demoiselle of Flanders.˝

˝Will they sing shepherd songs?˝ inquired Gisquette.

˝Fie!˝ said the stranger, ˝in a morality? you must not confound styles. If it were a farce, well and good.˝

˝That is a pity,˝ resumed Gisquette. ˝That day, at the Ponceau Fountain, there were wild men and women, who fought and assumed many aspects, as they sang little motets and bergerettes.˝

˝That which is suitable for a legate,˝ returned the stranger, with a good deal of dryness, ˝is not suitable for a princess.˝

˝And beside them,˝ resumed Liénarde, ˝played many brass instruments, making great melodies.˝

˝And for the refreshment of the passers-by,˝ continued Gisquette, ˝the fountain spouted through three mouths, wine, milk, and hippocrass, of which every one drank who wished.˝

˝And a little below the Ponceau, at the Trinity,˝ pursued Liénarde, ˝there was a passion performed, and without any speaking.˝

˝How well I remember that!˝ exclaimed Gisquette; ˝God on the cross, and the two thieves on the right and the left.˝ Here the young gossips, growing warm at the memory of the entrance of monsieur the legate, both began to talk at once.

˝And, further on, at the Painters' Gate, there were other personages, very richly clad.˝

˝And at the fountain of Saint-Innocent, that huntsman, who was chasing a hind with great clamor of dogs and hunting-horns.˝

˝And, at the Paris slaughter-houses, stages, representing the fortress of Dieppe!˝

˝And when the legate passed, you remember, Gisquette? they made the assault, and the English all had their throats cut.˝

˝And against the gate of the Châtelet, there were very fine personages!˝

˝And on the Port au Change, which was all draped above!˝

˝And when the legate passed, they let fly on the bridge more than two hundred sorts of birds; wasn't it beautiful, Liénarde?˝

˝It will be better to-day,˝ finally resumed their interlocutor, who seemed to listen to them with impatience.

˝Do you promise us that this mystery will be fine?˝ said Gisquette.

˝Without doubt,˝ he replied; then he added, with a certain emphasis,–˝I am the author of it, damsels.˝

˝Truly?˝ said the young girls, quite taken aback.

˝Truly!˝ replied the poet, bridling a little; ˝that is, to say, there are two of us; Jehan Marchand, who has sawed the planks and erected the framework of the theatre and the woodwork; and I, who have made the piece. My name is Pierre Gringoire.˝

The author of the ˝Cid˝ could not have said ˝Pierre Corneille˝ with more pride.

Our readers have been able to observe, that a certain amount of time must have already elapsed from the moment when Jupiter had retired beneath the tapestry to the instant when the author of the new morality had thus abruptly revealed himself to the innocent admiration of Gisquette and Liénarde. Remarkable fact: that whole crowd, so tumultuous but a few moments before, now waited amiably on the word of the comedian; which proves the eternal truth, still experienced every day in our theatres, that the best means of making the public wait patiently is to assure them that one is about to begin instantly.

However, scholar Johannes had not fallen asleep.

˝Holà hé!˝ he shouted suddenly, in the midst of the peaceable waiting which had followed the tumult. ˝Jupiter, Madame the Virgin, buffoons of the devil! are you jeering at us? The piece! the piece! commence or we will commence again!˝

This was all that was needed.

The music of high and low instruments immediately became audible from the interior of the stage; the tapestry was raised; four personages, in motley attire and painted faces, emerged from it, climbed the steep ladder of the theatre, and, arrived upon the upper platform, arranged themselves in a line before the public, whom they saluted with profound reverences; then the symphony ceased.

The mystery was about to begin.

The four personages, after having reaped a rich reward of applause for their reverences, began, in the midst of profound silence, a prologue, which we gladly spare the reader. Moreover, as happens in our own day, the public was more occupied with the costumes that the actors wore than with the roles that they were enacting; and, in truth, they were right. All four were dressed in parti-colored robes of yellow and white, which were distinguished from each other only by the nature of the stuff; the first was of gold and silver brocade; the second, of silk; the third, of wool; the fourth, of linen. The first of these personages carried in his right hand a sword; the second, two golden keys; the third, a pair of scales; the fourth, a spade: and, in order to aid sluggish minds which would not have seen clearly through the transparency of these attributes, there was to be read, in large, black letters, on the hem of the robe of brocade, MY NAME IS NOBILITY; on the hem of the silken robe, MY NAME IS CLERGY; on the hem of the woolen robe, MY NAME IS MERCHANDISE; on the hem of the linen robe, MY NAME IS LABOR. The sex of the two male characters was briefly indicated to every judicious spectator, by their shorter robes, and by the cap which they wore on their heads; while the two female characters, less briefly clad, were covered with hoods.

Much ill-will would also have been required, not to comprehend, through the medium of the poetry of the prologue, that Labor was wedded to Merchandise, and Clergy to Nobility, and that the two happy couples possessed in common a magnificent golden dolphin, which they desired to adjudge to the fairest only. So they were roaming about the world seeking and searching for this beauty, and, after having successively rejected the Queen of Golconda, the Princess of Trebizonde, the daughter of the Grand Khan of Tartary, etc., Labor and Clergy, Nobility and Merchandise, had come to rest upon the marble table of the Palais de Justice, and to utter, in the presence of the honest audience, as many sentences and maxims as could then be dispensed at the Faculty of Arts, at examinations, sophisms, determinances, figures, and acts, where the masters took their degrees.

All this was, in fact, very fine.

Nevertheless, in that throng, upon which the four allegories vied with each other in pouring out floods of metaphors, there was no ear more attentive, no heart that palpitated more, not an eye was more haggard, no neck more outstretched, than the eye, the ear, the neck, and the heart of the author, of the poet, of that brave Pierre Gringoire, who had not been able to resist, a moment before, the joy of telling his name to two pretty girls. He had retreated a few paces from them, behind his pillar, and there he listened, looked, enjoyed. The amiable applause which had greeted the beginning of his prologue was still echoing in his bosom, and he was completely absorbed in that species of ecstatic contemplation with which an author beholds his ideas fall, one by one, from the mouth of the actor into the vast silence of the audience. Worthy Pierre Gringoire!

It pains us to say it, but this first ecstasy was speedily disturbed. Hardly had Gringoire raised this intoxicating cup of joy and triumph to his lips, when a drop of bitterness was mingled with it.

A tattered mendicant, who could not collect any coins, lost as he was in the midst of the crowd, and who had not probably found sufficient indemnity in the pockets of his neighbors, had hit upon the idea of perching himself upon some conspicuous point, in order to attract looks and alms. He had, accordingly, hoisted himself, during the first verses of the prologue, with the aid of the pillars of the reserve gallery, to the cornice which ran round the balustrade at its lower edge; and there he had seated himself, soliciting the attention and the pity of the multitude, with his rags and a hideous sore which covered his right arm. However, he uttered not a word.

The silence which he preserved allowed the prologue to proceed without hindrance, and no perceptible disorder would have ensued, if ill-luck had not willed that the scholar Joannes should catch sight, from the heights of his pillar, of the mendicant and his grimaces. A wild fit of laughter took possession of the young scamp, who, without caring that he was interrupting the spectacle, and disturbing the universal composure, shouted boldly,–

˝Look! see that sickly creature asking alms!˝

Any one who has thrown a stone into a frog pond, or fired a shot into a covey of birds, can form an idea of the effect produced by these incongruous words, in the midst of the general attention. It made Gringoire shudder as though it had been an electric shock. The prologue stopped short, and all heads turned tumultuously towards the beggar, who, far from being disconcerted by this, saw, in this incident, a good opportunity for reaping his harvest, and who began to whine in a doleful way, half closing his eyes the while,–˝Charity, please!˝

˝Well–upon my soul,˝ resumed Joannes, ˝it's Clopin Trouillefou! Holà he, my friend, did your sore bother you on the leg, that you have transferred it to your arm?˝ So saying, with the dexterity of a monkey, he flung a bit of silver into the gray felt hat which the beggar held in his ailing arm. The mendicant received both the alms and the sarcasm without wincing, and continued, in lamentable tones,–

˝Charity, please!˝

This episode considerably distracted the attention of the audience; and a goodly number of spectators, among them Robin Poussepain, and all the clerks at their head, gayly applauded this eccentric duet, which the scholar, with his shrill voice, and the mendicant had just improvised in the middle of the prologue.

Gringoire was highly displeased. On recovering from his first stupefaction, he bestirred himself to shout, to the four personages on the stage, ˝Go on! What the devil!–go on!˝ –without even deigning to cast a glance of disdain upon the two interrupters.

At that moment, he felt some one pluck at the hem of his surtout; he turned round, and not without ill-humor, and found considerable difficulty in smiling; but he was obliged to do so, nevertheless. It was the pretty arm of Gisquette la Gencienne, which, passed through the railing, was soliciting his attention in this manner.

˝Monsieur,˝ said the young girl, ˝are they going to continue?˝

˝Of course,˝ replied Gringoire, a good deal shocked by the question.

˝In that case, messire,˝ she resumed, ˝would you have the courtesy to explain to me–˝

˝What they are about to say?˝ interrupted Gringoire. ˝Well, listen.˝

˝No,˝ said Gisquette, ˝but what they have said so far.˝

Gringoire started, like a man whose wound has been probed to the quick.

˝A plague on the stupid and dull-witted little girl!˝ he muttered, between his teeth.

From that moment forth, Gisquette was nothing to him.

In the meantime, the actors had obeyed his injunction, and the public, seeing that they were beginning to speak again, began once more to listen, not without having lost many beauties in the sort of soldered joint which was formed between the two portions of the piece thus abruptly cut short. Gringoire commented on it bitterly to himself. Nevertheless, tranquillity was gradually restored, the scholar held his peace, the mendicant counted over some coins in his hat, and the piece resumed the upper hand.

It was, in fact, a very fine work, and one which, as it seems to us, might be put to use to-day, by the aid of a little rearrangement. The exposition, rather long and rather empty, that is to say, according to the rules, was simple; and Gringoire, in the candid sanctuary of his own conscience, admired its clearness. As the reader may surmise, the four allegorical personages were somewhat weary with having traversed the three sections of the world, without having found suitable opportunity for getting rid of their golden dolphin. Thereupon a eulogy of the marvellous fish, with a thousand delicate allusions to the young betrothed of Marguerite of Flanders, then sadly cloistered in at Amboise, and without a suspicion that Labor and Clergy, Nobility and Merchandise had just made the circuit of the world in his behalf. The said dauphin was then young, was handsome, was stout, and, above all (magnificent origin of all royal virtues), he was the son of the Lion of France. I declare that this bold metaphor is admirable, and that the natural history of the theatre, on a day of allegory and royal marriage songs, is not in the least startled by a dolphin who is the son of a lion. It is precisely these rare and Pindaric mixtures which prove the poet's enthusiasm. Nevertheless, in order to play the part of critic also, the poet might have developed this beautiful idea in something less than two hundred lines. It is true that the mystery was to last from noon until four o'clock, in accordance with the orders of monsieur the provost, and that it was necessary to say something. Besides, the people listened patiently.

All at once, in the very middle of a quarrel between Mademoiselle Merchandise and Madame Nobility, at the moment when Monsieur Labor was giving utterance to this wonderful line,–

In forest ne'er was seen a more triumphant beast;

the door of the reserved gallery which had hitherto remained so inopportunely closed, opened still more inopportunely; and the ringing voice of the usher announced abruptly, ˝His eminence, Monseigneur the Cardinal de Bourbon.˝

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Katedra Najświętszej Panny Paryskiej

Notre-Dame de Paris 1482

The Hunchback of Notre Dame

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nędznicy t.2 Nędznicy t.1 Katedra Najświętszej Panny Paryskiej. Dzwonnik z Notre-Dame - Notre-Dame de Paris 1482. The Hunchback of Notre Dame Les Misérables - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo. Poezja Nędznicy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość