Chodziło o miłość

Chodziło o miłość

Autorzy: Robert Rient

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 296

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 29.00 zł

Arek jest dziennikarzem, sterroryzowanym przez swoją kotkę rozwodnikiem, korzystającym raz w tygodniu z terapii.

Justa uwielbia długie koszule, seks i niespodzianki, czasami mieszka w szpitalu psychiatrycznym. Znajdują fragmenty siebie w przyjaźni, czułości, chorobie, cały czas zmierzając w kierunku miłości albo tego, czym chcieliby, by ona była.

Opowieść wywołuje łzy, zarówno z powodu wzruszenia, jak i sporej dawki humoru.

Literatura środka w mistrzowskim stylu.

"Czyta się z zainteresowaniem, choć bagaż obciążeń psychicznych bohaterów na granicy mojej przyswajalności. To wciągająca lektura!" - Tomasz Raczek.

"Chodziło o miłość to świetny, porywający debiut, pełen wnikliwych obserwacji rzeczy małych i istotnych wskazówek po sferach ważnych".  -  Zuzanna O'Brien 

Dla Inki

Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Ty się czujesz

z moim bólem – jak boli

Ciebie Twój człowiek

– Stanisław Barańczak

Rzeczywistość jest fikcją literacką.

– Kurt Vonnegut

– Źle się czuję.

– Źle to znaczy jak? – zapytała terapeutka.

– Boli mnie głowa, prawie w ogóle nie spałem, dzisiaj mija rok od rozwodu, a wszystkie kobiety ostatecznie dochodzą do wniosku, że nie chcą ze mną być – powiedziałem na jednym wydechu.

– Wszystkie kobiety doszły do wniosku, że nie chcą z panem być?

Zanim odpowiedziałem, pomyślałem, że gdybym co chwilę pytał „co czujesz?”, a ostatnie usłyszane zdanie powtarzał w formie pytania, mógłbym pracować jako terapeuta.

– Każda z moich byłych w pewnym momencie oznajmiała, że nie chce ze mną być – doprecyzowałem.

– Ma pan pomysł dlaczego?

– Nie. A pani?

Potem miałem sobie wyobrazić, że na pustym krześle siedzi moja mama. Miałem jej opowiedzieć, co to znaczy czuć się niechcianym. Nie bardzo wyszło, ponieważ co chwilę widziałem kogoś innego: byłą żonę, szefową, Siostrę, a przez chwilę Angelinę Jolie uczesaną w koński ogon.

Wychodząc z terapii, tuż za bramą ośrodka Ulga natknąłem się na kobietę, która kucała na chodniku i przeszukiwała swoją torbę. Włosy miała czarne i w zupełnym nieładzie, do tego żółtą sukienkę i czarną skórzaną kurtkę.

– Masz zapalniczkę? – zapytała, gdy przechodziłem obok niej.

– Mam – odparłem.

– To daj – uśmiechnęła się.

Podałem jej zapalniczkę, podniosła się, popatrzyła mi prosto w oczy, po czym zmierzyła od góry do dołu. Była o kilka centymetrów wyższa ode mnie.

– Justyna jestem, ale wolę Justa – powiedziała.

– Arek.

– Jeszcze papierosa.

Wyciągnąłem paczkę papierosów, poczęstowała się, zapaliła. Już miałem odejść, ale mnie zatrzymała.

– Poczekaj ze mną, zaraz mam sesję.

– Do kogo chodzisz? – zapytałem.

– Do Ewy Grudzkiej.

– Ja też!

– A myślałam, że tutaj pracujesz i podrywam terapeutę – zaśmiała się.

– Nie, nie. Chodzę do Ewy od kilku miesięcy.

– Czyli mamy wspólną terapeutkę, trochę to dziwne, co? Jak tam wejdę, znowu wszystko sprowadzi do dzieciństwa – spojrzała na mnie i zamilkła. Zareagowałem speszonym uśmiechem i potakującym ruchem głowy. – Co jeszcze mamy wspólnego poza terapeutką, Arku?

– Nie wiem, lubię filmy, kota mam – odpowiedziałem zbyt szybko.

– Ha! Lubisz filmy i masz kota! – Wydmuchnęła dym i popatrzyła na mnie z uśmiechem. – Na koty jestem uczulona – oznajmiła. – A od filmów ostatnio wolę seks, niepokoi to Ewę, ciebie też?

– Mnie? Ewa? Znaczy się seks? Nie, nie, nic mnie nie niepokoi, nic teraz... nieważne.

– Ha! – zaśmiała się znowu. – Jak zobaczymy się tutaj za tydzień, to zapraszasz mnie na kawę albo do kina. – Puściła do mnie oko, nie podziękowała za papierosa i weszła do budynku.

1

Mam na imię Aureliusz. Do tego nazwisko: Kic. Aureliusz Kic. Wystarczy oba słowa wypowiedzieć na głos, by zrozumieć, że nie wszystko jest w porządku. Proszę spróbować. Piszę zupełnie poważnie. Proszę powiedzieć głośno: Aureliusz Kic... Prawda? Brzmienie pierwszego słowa, przepełnione godnością, nadzieją i obietnicą lepszego życia, połączone z odgłosem nazwiska szybko przemienia się w farsę i wizję małego zajączka, który przechadza się po łące. Przedstawiam się zazwyczaj jako Arek, nazwisko w miarę możliwości pomijam. Imię wybrała moja babka, bo „aureolus” znaczy złocisty, a gdy się urodziłem, miałem kępki złocistych włosów, które w dorosłym życiu zamieniły się w dosyć rzadkie, jasne nitki. Był oczywiście Marek Aureliusz. Gdy na lekcji historii dowiedziałem się o tym rzymskim cesarzu, zapytałem babkę, czy moje imię również pochodzi od niego. Roześmiała się, dotknęła moich włosów i z jawną dezaprobatą powiedziała: „Nie”. Taka była moja babka. Kiedyś w szkole podstawowej wychowawczyni zapytała mnie, czy znam pochodzenie swojego imienia. Odpowiedziałem z dumą, że od słowa „aureolus”, co wywołało rozbawienie w całej klasie. Od tamtej pory nazywano mnie albo „Złotym” albo „Aurelką”. Przez osiem lat szkoły podstawowej byłem Złocistą Aurelką, obiektem kpin. Niewiele pamiętam z tamtych lat, terapeutka uważa, że to mechanizm wyparcia.

Żona przyjęła moje nazwisko i bardzo tego żałowała. Ja również. W ostatnich miesiącach naszego małżeństwa wypowiadała je z pogardą tak dużą, że jeszcze czasami czuję dyskomfort, gdy ktoś niespodziewanie odzywa się do mnie po nazwisku. Mówiła na przykład: „jak mogłam za Kica”, a gdy się kłóciliśmy i ona decydowała, że już więcej nie będzie ze mną rozmawiać, zwykła mówić: „Kicaj” i odchodziła. Magdalena, co zrozumiałe, powróciła do swojego nazwiska panieńskiego, nazywa się ponownie Dreszczyńska. Rozwód trwał zadziwiająco krótko, mniej więcej dziesięć minut. Przyjechałem pół godziny wcześniej, znalazłem właściwą salę i zdenerwowany usiadłem na ławce. Magda przyszła dwie minuty przed czternastą, czyli wyznaczoną godziną.

– Cześć – przywitałem się.

– Cześć – ona na to.

– Co słychać?

– Daj spokój – odparła – załatwmy to szybko i bezboleśnie, dobrze? – Taki miała od początku pomysł na rozwód.

– Dobrze – wycedziłem pojednawczo.

– Niech ci nie przyjdzie do głowy powiedzieć przy sędzi, że na przykład mnie kochasz.

– Kocham cię, Magdo – powiedziałem z kilku powodów. Nie chciałem się rozwodzić, wydawało mi się, że to ostatnia szansa, by uratować małżeństwo, poza tym kochałem Magdę.

– Nie szkodzi, tam nic takiego nie mów, dobrze?

– Dobrze.

– Sprawa numer 38, państwo Kic – obwieściła kobieta, wychodząc przez drzwi, obok których czekaliśmy. Widziałem, jak Magda przewraca oczami, gdy usłyszała „państwo Kic”. Zrobiło mi się smutno, przez jej oczy i przez rozwód. Po wyjściu z sali rozpraw na Magdę czekał jej nowy przyjaciel. Podaliśmy sobie ręce, on ją przytulił i pogratulował. Podziękowała. Popatrzyła na mnie.

– Do widzenia – rzuciła.

– Do widzenia.

Poszła, a ja usiadłem na ławce. Inaczej to sobie wyobrażałem, myślałem, że może porozmawiamy po albo przed. Oficjalnie stałem się rozwodnikiem. W dodatku za porozumieniem stron. Im dłużej siedziałem, tym więcej ludzi zaczęło przychodzić, siadali obok mnie i rozmawiali nerwowo, albo jeszcze bardziej nerwowo milczeli, więc wyszedłem. I chociaż tego dnia miałem wolne, poszedłem do pracy, ponieważ musiałem się znaleźć w bezpiecznym, znanym miejscu.

W pustej redakcji przywitałem się z Magu, asystentką naczelnej, i poszedłem do swojego biurka. Spędziłem trochę czasu na Facebooku, przeglądnąłem mejle, wydrukowałem list dyrektorki domu dziecka, której urzędnicy chcą odebrać wynajmowany budynek, i postanowiłem, że jutro napiszę o tym artykuł. Wpisałem w Google swoje imię i nazwisko i przejrzałem wszystkie wyniki. Nic nie przybyło. W tym momencie zadzwoniła Magu i powiedziała, żebym do niej przyszedł, to coś mi pokaże. Znudzony przemierzyłem siedem kroków prosto i trzy w prawo, by znaleźć się przy jej biurku. Wychyliłem głowę w sposób, który umożliwił mi dostrzeżenie małego, rudego kota śpiącego na jej kolanach.

– Naczelna pozwoliła go tutaj trzymać? – zapytałem.

– Tylko dlatego, że pada. Znalazłam go na tyłach, przy śmietnikach, ale jutro musi stąd zniknąć, ja mam psa, a ty się rozwodzisz jakoś na dniach, prawda? – Wpatrywała się w moje oczy. Gdy nie zareagowałem, dodała: – To przecież żadna tajemnica, wszyscy o tym mówią.

– Dzisiaj – uściśliłem i spuściłem wzrok, licząc na odrobinę współczucia.

– Już jesteś po? – prawie krzyknęła, podekscytowana.

– Tak.

– To co tutaj robisz?

– Przyszedłem po listy.

– Zatem możesz wziąć kota, ja nie mogę, bo mam psa, przyda ci się towarzystwo, koty są bardzo niewymagające. – I rozbawiona dodała: – Zupełnie inaczej niż żony.

– Nie... – zacząłem.

– Masz mieszkanie – przerwała mi – kot potrzebuje tylko miski z jedzeniem, kuwety, śpi, gdzie popadnie, więc nie ma problemu. Masz wspaniałe serce, dziękuję ci bardzo.

– Magu, ja się dzisiaj rozwiodłem – powiedziałem tonem spokojnym i zdecydowanie smutnym.

– To jest prezent ode mnie z okazji rozwodu właśnie – ponownie się uśmiechnęła, kompletnie ignorując moją osobistą tragedię. – No, nie każ się prosić – dodała i odebrała telefon.

Patrzyłem na nią surowym wzrokiem, a ona uśmiechnęła się do mnie, dotknęła swojej klatki piersiowej tam, gdzie powinno być serce, i rozmasowała to miejsce. Przyciskając ramieniem słuchawkę do ucha, podała mi kota. Wziąłem go na ręce i bez chwili refleksji zacząłem głaskać. Myślę, że to odruch bezwarunkowy, głaskanie małego kota, gdy ten jest na wyciągnięcie ręki. Postawiłem kota na biurku, a on zaczął chodzić niepewnym krokiem w tył i w przód. Przewrócił kubek Magu z resztką kawy, która wylała się na stos papierów. Po raz pierwszy tego dnia się śmiałem.

Wróciłem do swojego biurka i pomyślałem, że większość moich przemyślanych, świadomych decyzji miała konsekwencje równie zaskakujące, co wszystkie inne, przypadkowe wybory. Na przykład małżeństwo. Posiadanie kota nie może być gorsze. Zadzwoniła Magu i zaczęła mnie namawiać. Kupiła już kuwetę i jedzenie na najbliższy tydzień, obdzwoniła znajomych i jeśli go nie wezmę, zwierzak wyląduje w schronisku. Szantaż zadziałał. Moja babka zawsze powtarzała: „Jeśli nie wiesz, dlaczego czegoś nie chcesz, to może właśnie tego chcesz albo po prostu jesteś tępy”. Niewykluczone, że chciałem tego kota. Chociaż babka z pewnością by stwierdziła, że jestem tępy.

2

Dziś mija rok od rozwodu i pojawienia się w moim życiu Dity, rudej kotki, oraz pani Ewy, wysokiej terapeutki. Zawsze chodziło mi o miłość. Jestem w połowie swojego życia, tak mówią liczby i tak się czuję. W moim wieku przyjemność spokoju miesza się z samotnością. Żyję – na szczęście dla mojej samotności – w czasach, w których wiele związków się rozpada. Nie chodzi już o to, by zakochać się od pierwszego wejrzenia na całe życie, ale by kolejny raz zakochać się od pierwszego wejrzenia. W minionym roku rozstały się trzy pary z bliskiego mi otoczenia, w tym ja i moja żona. Po pewnym czasie prawie wszyscy pośpiesznie związali się z nową, mniej lub bardziej przypadkową osobą. Ja również. Zakochałem się w Agnieszce, a przynajmniej wydaje mi się, że było to zakochanie. Rzuciła mnie tydzień temu, po sześciu dosyć przeciętnych tygodniach. Zawsze wybieram nieodpowiednie kobiety.

Włączyłem muzykę i wyszedłem na balkon, wymiary metr na półtora. Zapaliłem papierosa i poczułem się samotny. Patrzyłem na okna kamienicy naprzeciwko. Mężczyzna rozmawiał z kobietą. On miał w ręku wałek malarski, ona zieloną chustę na głowie. Zmieniali kolor ścian na niebieski, z białego. Niekiedy ich obserwuję, mieszkają ze starszym mężczyzną, myślę, że to jej ojciec, czasami siedzą przy kuchennym stole i rozmawiają. Ona i starszy pan. Każdego wieczoru z ich okien uderza mętna poświata włączonego telewizora. Mężczyzna z wałkiem w ręku zamaszyście gestykulował, ona stała z założonymi rękami i patrzyła w podłogę, coś mówili, coś krzyczeli. W pewnym momencie mężczyzna rzucił wałkiem o ścianę i wyszedł z pomieszczenia, kobieta wybiegła za nim. Po ścianie spływała strużka niebieskiej farby. Już ich więcej nie widziałem. Im dłużej stałem na balkonie, tym większą czułem w sobie pustkę, tę, która ma zawsze kształt człowieka. Pomyślałem, że mimo wszystko chciałbym mieć powód, by rzucić wałkiem malarskim o ścianę, i postanowiłem zadzwonić do Magdy.

– Halo.

– Cześć, to ja – powiedziałem, bo przecież musi wiedzieć, że to ja.

– Ukochany! Jak dobrze cię słyszeć!

– I ciebie, Magdo!

– Od roku czekałam na ten moment, przyjedź do mnie natychmiast, nawet nie wiesz, jak tęskniłam!

– Oczywiście, kochana, już pędzę!

A było tak:

– Halo.

– Cześć, to ja – powiedziałem, bo przecież musi wiedzieć, że to ja.

– Co się stało?

– Nic, nie, nic się nie stało, co słychać?

– Po co dzwonisz?

– Bez konkretnego powodu, po prostu chciałem cię usłyszeć.

– Mhm.

– Wiesz, że dzisiaj minął rok?

– Rok?

– Rok od rozwodu.

– O, proszę.

– I pomyślałem, że może moglibyśmy, może spotkać się, porozmawiać.

– Aureliuszu – użyła mojego pełnego imienia, poczułem chłodny wiatr krążący gdzieś w brzuchu – to nie jest najlepszy pomysł, rozstaliśmy się.

– No tak, to może...

– Trzymaj się, pa.

I rozłączyła się. Myślałem jeszcze, żeby zadzwonić do Agnieszki, ale tydzień temu powiedziała: „Więcej do mnie nie dzwoń”. Spędzała u mnie dni i noce, chociaż nigdy się nie kochaliśmy, bo twierdziła, że nie jest na to gotowa. Czekałem. Tak jak całe życie. Aż zdarzy się coś, aż pojawi się ktoś. Ten ktoś. Z Agnieszką, wysoką brunetką, poznaliśmy się na wernisażu organizowanym przez galerię, w której pracowała. Długo rozmawialiśmy, upiliśmy się. Kolejnego dnia poszliśmy do kina, potem na kolację. Na trzeciej randce wylądowaliśmy u mnie, powiedziała, że chce się przytulić i usnąć. Tak wyglądały wszystkie noce, przytulała się i zasypiała. Wstawała pośpiesznie, jedliśmy śniadanie lub nie, spotykaliśmy się wieczorem, szliśmy coś zjeść albo oglądać filmy u mnie, nigdy u niej, całowaliśmy się, ale po chwili Agnieszka przerywała pocałunki i odwracała się plecami, mówiąc: przytul mnie. Przytulałem ją, marząc o tym, by w końcu i ona mnie przytuliła. Po sześciu tygodniach stwierdziła, że jednak nic z tego nie będzie, że nie może poczuć nic więcej, że jestem cudowny i wspierający, i w ogóle, ale to nie To. Nie To. A czym jest To? Magda w pozwie rozwodowym napisała, że rozpad pożycia małżeńskiego nastąpił wskutek niezgodności charakterów. Jeśli zgodność charakterów nie jest wyborem, z pewnością jest iluzją. Właśnie w takich kobietach się zakochuję, pięknych, zaradnych, odrobinę niedostępnych i zazwyczaj wyższych ode mnie. A one po pewnym czasie mnie porzucają. Czasami miałem wrażenie, że również w mojej terapeutce jestem zakochany. To mechanizm przeniesienia.

– Na czym on polega? – zapytałem panią Ewę na jednej z sesji.

– Widzi pan we mnie, a raczej przypisuje mi idealne cechy, których nie posiadała pańska mama – odpowiedziała bardzo spokojnym głosem, patrząc mi prosto w oczy.

– Czyli jakie?

– A jak pan uważa?

Ona naprawdę używała takiego języka i tak to się zazwyczaj kończyło. Moja terapia polegała na tym, że nie otrzymywałem odpowiedzi na pytania, które zadawałem, otrzymywałem natomiast dodatkowe pytanie. I płaciłem za to spore pieniądze. Ewidentną korzyścią było jednak to, że od ponad roku utrzymywałem się w stałej relacji z kobietą.

Z rozmyślań wyrwała mnie Dita, która miauknęła, patrząc na mnie oburzonym wzrokiem. Znaczy, że chce jeść. Nasypałem jej karmy, a sobie kawy do ekspresu. Postanowiłem nie być dzisiaj sam, bo bycie samemu, gdy jest bardzo smutno, powoduje, że smutek ma się dobrze. A to wcale nie jest dobrze. Zaprosiłem na wieczór Siostrę, Michała i Gosię, wobec których używam słowa przyjaciele. Przyjdą, pewnie wyczuli w głosie ukryte błaganie. Poszedłem po wino i coś do chrupania. Pomyślałem o tym, że bez miłości długo nie pociągnę, i zacząłem tęsknić za Agnieszką, by za chwilę mocniej zatęsknić za Magdą. Mam poczucie, że w moim ciele jest fizyczna przestrzeń, która ma kształt jej ciała. Przez chwilę uśmiechałem się na wspomnienie kobiety, którą poznałem dwa dni temu, po ostatniej terapii. Obracałem w palcach zapalniczkę, którą ode mnie pożyczyła, zadowolony, że miałem ją wtedy przy sobie. Usiadłem na kanapie, otworzyłem Rajski ogród Hemingwaya i zawołałem Ditę, która nie przyszła. Nie ma szans, by moja kotka zrobiła to, o co ją proszę, w chwili, w której o to proszę. Przychodzi wtedy, gdy zechce. Przypomina w tym wszystkie kobiety, z którymi byłem. Książka, którą czytałem, wywołała u mnie narastające poczucie frustracji seksualnej. Wystraszyłem się, że umrę nienasycony, głodny bliskości, dotyku, ciała. Myśli te doprowadziły mnie do łazienki i aktu masturbacji zakończonego sukcesem. Nie chciało mi się już czytać, otworzyłem wino, nalałem sobie lampkę, zapaliłem papierosa i wypatrywałem przez balkon przyjaciół.

Pierwsza przyszła Siostra, starsza ode mnie o cztery lata, pewna siebie mężatka. Kocham ją bardzo, a co może ważniejsze – lubię. W dalekiej przeszłości potrafiła znokautować kolegę, który zmuszał mnie, bym w szkolnym pisuarze szukał złocistej aureoli. Tłumaczyła mi świat, czasami dokuczała, ale w kryzysowej sytuacji zawsze była. I jest. Myślę, że stworzyliśmy w ten sposób opozycję wobec matki i babki, które nas wychowywały. Pamiętam również z dzieciństwa rozmowy z Siostrą: była dla mnie uosobieniem mądrości, podziwiałem ją. Dodatkowo miała piękne starsze koleżanki, które mogłem podglądać, gdy zostawały u nas na noc, co niestety nie działo się często, ponieważ babka moja powtarzała, że gość w dom to kłopot w dom. Prawie zawsze słyszeliśmy to zdanie, gdy wychodzili goście. Mnie i Siostrze robiło się smutno, a matka uśmiechała się pod nosem. Co nie było znowu takie częste. Wizyty gości i uśmiech matki. W każdą niedzielę babka zabierała całą naszą trójkę do kościoła, matkę, Siostrę i mnie. Podczas jednego z kazań, w którym ksiądz ponownie omawiał stworzenie człowieka, Siostra zapytała mnie:

– A dlaczego Bóg ich naraz nie stworzył?

– Kogo? – zdziwiłem się.

– No, Adama i Ewy, przecież mógł od razu stworzyć kobietę i mężczyznę, dopiero po czasie zreflektował się, że „niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam”?

– No i co? – Nie bardzo zrozumiałem pytanie.

– No i nie mógł stworzyć ich naraz?

– Widać nie mógł, w końcu to Bóg – odparłem, ale Siostra nie była pocieszona.

Przerwała rozmowę i zapatrzyła się w dal, a ja poczułem się głupio. Działo się tak zawsze, gdy zapraszała mnie do rozmowy, z którą nie potrafiłem sobie poradzić. Milkła wtedy, wzrok jej nieruchomiał i na długo odpływała myślami. Gdy pytałem ją, o czym myśli, zbywała to stwierdzeniem, że o niczym albo że o niczym ważnym. Wiedziałem, że już za późno, że nie jestem dla niej partnerem. Miałem szansę i nie wykorzystałem jej.

Już w domu kontynuowała temat Boga z babką, Mesjaszem naszej rodziny.

– Babciu, ksiądz mówił, że Bóg stworzył nas na swój obraz i swoje podobieństwo, prawda?

– Tak, bardzo dobrze – babcia się rozpromieniła, podejrzewając zapewne nagłe nawrócenie wnuczki. Odłożyła nawet makutrę, w której ucierała ciasto.

– I to jest prawda, że nas tak zrobił? Na swoje podobieństwo?

– Oczywiście, że tak. Jeśli chodzi o uosobienie, miłość...

– ...I mnie właśnie zastanawia, że skoro uczynił nas na swój obraz, to uczynił nas wiecznie samotnymi.

– Samotnymi?

– Bóg jest tylko jeden, czyli nie ma nikogo, z kim mógłby się bawić, kogo mógłby podziwiać, żadnego autorytetu, towarzysza do rozmowy, musi przecież czuć się samotny.

– Co za głupoty opowiadasz, Bóg nic nie musi!

– Po prostu myślę, że samotny Bóg uczynił nas również samotnymi na swój obraz, bo inaczej nie mógł. Wiem, że nas kocha, w końcu jest Bogiem, ale myślę, że kocha, bo jest samotny, z litości kocha.

– Co też ci się stało?

– Nic mi się nie stało!

– Koniec dyskusji, a ty lepiej się pomódl i wyspowiadaj z tych bredni. – I chwyciła makutrę z takim impetem, że ciasto nie wypadło z niej jedynie wskutek cudu.

Wątpię, by moja Siostra się pomodliła. Pod koniec szkoły podstawowej przestała chodzić do kościoła, a na studiach twierdziła głośno, że Boga nie ma. O samotności napisała pracę magisterską, chociaż zawsze otaczał ją tłum ludzi. Wiecznie była czymś zajęta, pracą, spotkaniami, podróżami, czytaniem. Od wielu lat miała męża, z którym jednak nie lubiliśmy się wcale. Po kilku kłótniach nauczyliśmy się tolerować swoją obecność, unikając zarazem kontaktu. Uważałem Grzegorza za głupiego samca, który poza pieniędzmi nic do związku nie wnosi, a on mnie za nieudacznika. Zawsze zwracał się do mnie „Aureliuszu” i robił to z przyjemnością. Siostra moja, niepocieszona kształtem naszej relacji, przestała w nią ingerować i zakazała każdemu z nas żalić się na drugiego. Kochała mnie, kochała z jakichś powodów i jego, my kochać się nie musimy. „Za dużo miłości też niedobrze”, uważała moja babka i w tej konkretnej sprawie miała rację.

Michał i Gosia przyszli razem, poznaliśmy się na studiach i od tamtej pory trzymaliśmy razem. Z Michałem przez trzy lata dzieliliśmy pokój w mieszkaniu studenckim, wybraliśmy się kiedyś na imprezę do akademika, w którym mieszkała Gosia. Zostawiła nas w swoim pokoju i poszła do sklepu. Za oknem na klamce wisiała reklamówka, zazwyczaj w taki sposób Gosia przechowywała owoce, które jadła namiętnie. Ściągnęliśmy reklamówkę, by się posilić, otworzyliśmy ją i okazało się, że w reklamówce jest kolejna reklamówka, w którą zawinięta jest kupa. Rozbawienie mieszało nam się z obrzydzeniem. Gdy przyszła Gosia, kupa wisiała już na swoim miejscu.

– Co masz w tej reklamówce? – zapytałem.

– Śliwki – pośpiesznie skłamała Gosia.

– Mogę? – zapytał Michał i podszedł do okna, Gosia zastąpiła mu drogę.

– Ee nie, mam mało, a wiesz, że jestem od nich uzależniona.

– Tylko jedną.

– Nie.

– Bo tam nie ma śliwek.

– Tam są śliwki! – odkrzyknęła bardzo przestraszona Gosia.

– Nieprawda – zakomunikowałem.

– Jak to nie? – Spojrzała na nas szeroko otwartymi oczami.

– Zajrzeliśmy tam. Dlaczego trzymasz kupę w reklamówce?

Gosia zrobiła się czerwona na twarzy, podeszła do okna, odwiązała reklamówkę i wyrzuciła ją przez okno, pewnie myśląc, że rozwiąże to kwestię wyjaśnień. W tym momencie przewróciłem się ze śmiechu na podłogę, a Michał drążył temat.

– No dlaczego, Gosiu? Wytłumacz nam swoje perwersje.

– Jakim prawem grzebiecie mi w pokoju, gnoje?! – krzyczała.

– Twoja kupa wisiała poza pokojem – powiedziałem na usprawiedliwienie.

– Wszystkie kible były zajęte! – odkrzyknęła i wybiegła z pokoju.

Długo się śmialiśmy, wtedy i za każdym razem, gdy wspominaliśmy tę chwilę. Nigdy się nie dowiedzieliśmy, co się stało z reklamówką wyrzuconą z dziewiątego piętra. Sprawdziliśmy pod oknami, nic. Poczułem wtedy, że nigdy nie chciałbym być z Gosią, ale marzę o tym, by zostać jej przyjacielem. Tak się stało. Z kolei ona i Michał pod koniec studiów przespali się ze sobą, próbowali nawet być razem, ale nic z tego nie wyszło. Na szczęście dla naszej trójki epizod ten nie poróżnił ich na długo i przyjaźń mogła trwać.

Wieczór okazał się bardzo udany, słuchaliśmy muzyki, wspominaliśmy stare dzieje. Wokół mnie byli najważniejsi ludzie mojego życia, brakowało tylko Magdy. Wznosiliśmy toasty za wolność, przyjaźń i przyszłość. Kończyliśmy trzecią butelkę wina.

– Hocham Magdę, hocham ją! – wyznałem moim gościom.

– Nie hochasz – odparła rozbawiona, zdecydowanie bardziej trzeźwa Gosia.

– Naprawdę hocham! – upierałem się.

– Może chciałbyś ją po prostu chuchnąć? – zapytał Michał, w tym samym radosnym tonie co Gosia.

– Albo chuchałeś na nią za bardzo przez te lata – dodała Siostra. Wszyscy się śmiali.

– Hochany ty – przedrzeźniała mnie Gosia.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

35

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

Chcę podziękować:

Dostępne w wersji pełnej

Chodziło o miłość

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

Motto

* * *

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

Chcę podziękować:

Karta redakcyjna

Chodziło o miłość

Copyright © 2012 by Robert Rient

Copyright © 2013 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Magdalena Kuc

Zdjęcie autora: © Czesław Czapliński

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Aneta Iwan, Magdalena Bargłowska

Świat przedstawiony w książce jest fikcją literacką

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

ISBN: 978-83-7508-743-7

E-wydanie 2013

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przebłysk. Dookoła świata, dookoła siebie Duchy Jeremiego Świadek Chodziło o miłość 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość