On

On

Autorzy: Łukasz Henel

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 288

Cena książki papierowej: 31.90 zł

cena od: 19.16 zł

Młody biznesmen z Poznania postanawia wyremontować opuszczony pałac, widząc w tym szansę na życiowy interes. Nie odstrasza go ani mroczna przepowiednia, ani plotki miejscowych. Mimo ostrzeżeń przyjaciela kupuje posiadłość i rozpoczyna prace remontowe. Lawina dziwnych zdarzeń towarzyszących każdej jego wizycie w pałacu i tajemnicze zgony w okolicy przekonują go, że nie była to dobra decyzja?
Czy uda mu się powstrzymać złowrogą siłę?

Powiew świeżości w polskiej literaturze grozy.
Robert Cichowlas, pisarz

Łukasz Henel udowadnia swoją powieścią, że wystarczy literacki talent, by z pozornie banalnych elementów - takich jak na przykład nawiedzony pałac - uczynić niepokojącą opowieść. Jest w tej książce czające się w ciemności tajemnicze zło, są niebezpieczne sekrety z przeszłości, jest wreszcie i napięcie, które nie pozwala przestać czytać aż do ostatniej strony. Jednym słowem On to solidna porcja grozy, która spodoba się wielbicielom mrocznych klimatów.
Anna Kańtoch, pisarka

Łukasz Henel - autor książek o filozofii dla młodzieży oraz powieści Szkarłatny blask. Uwielbia jazdę na rowerze oraz samotne wędrówki przez las, zwłaszcza po zmroku. Pociąga go wszystko, co niewyjaśnione i tajemnicze. W przyszłości zamierza zaszyć się w wymarzonej leśnej chacie i pisać kolejne powieści grozy.

* * *

Redakcja:

Anna Seweryn-Sakiewicz

Ilustracja na okładce:

© Ashok Rodrigues

Skład, łamanie i redakcja techniczna:

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta:

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2013

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3 C

tel.: 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax: 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel.: 22-663-98-13, fax: 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

tekst © Łukasz Henel

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2013

ISBN 978-83-7835-244-0

* * *

Nic nie dzieje się przypadkowo

On wie o wszystkim i czeka

Ma tysiące twarzy

Ludzie mówią „przeznaczenie”, ponieważ nie znają Jego prawdziwego Imienia

Prędzej czy później znajduje każdego z nas

Zaprawdę, nie na darmo nazywają Go Wężem

* * *

1.

Było ich troje. Dwóch chłopaków i dziewczyna. Szli w kierunku lasu, nad którym wisiał blady księżyc. Na niebie lśniły zimne ogniki gwiazd. Przeskakiwali kępy trawy i błyskali w ciemności światełkami latarek. Gdyby ktoś obserwował ich z dużej odległości, mógłby dojść do wniosku, że to trzy świetliki spotkały się i tańczą swój obłąkańczy nocny taniec. Kiedy weszli pod osłonę drzew, śmiechy i żarty umilkły jak ucięte nożem. Okolica starego pałacu w Wilkach cieszyła się złą sławą.

— Boicie się? — teatralnym szeptem zapytał Damian. Jak na swoje piętnaście lat był wysoki, muskularny i kościsty. Pod ręką niósł zawinięty w foliową torbę prostokątny, cienki przedmiot. — To dobrze! U-uuuu! Przychodź, duchu!

— Przestań się wydurniać — skarciła go Olka. Jej głos niemal niezauważalnie się załamał. Miała nadzieję, że nikt tego nie zauważył. Dała Damianowi solidnego kuksańca. Ten zawył z bólu i zamilkł. Dziewczyna rozglądała się na boki. Mdłe światło latarki wyłuskiwało z mroku splątane konary drzew. Panująca w lesie cisza miała w sobie coś przytłaczającego. Dziewczyna wiele by dała, by móc siedzieć teraz w swoim pokoju, słuchać muzyki, przeglądać kolorowe czasopisma, a nawet bawić się z Jasiem, tym wstrętnym pupilem rodziców. Nie chciała jednak wyjść na smarkulę, a co gorsza — na strachliwą smarkulę. Miała już przecież trzynaście lat.

— Coś jest w lesie — powiedział drugi z chłopców, dotąd milczący.

— Teraz ty próbujesz mnie nastraszyć? Debil! — skomentowała Olka.

— Nie, posłuchaj — powtórzył Jerzy, zwany Jeżykiem. — Coś słyszałem. Dziwny szelest.

— Jezu! Dziwny szelest… Przestańcie się wydurniać — powiedział głośno Damian. — Jak tak się boicie, wracajcie do mamusi, do domu. Ja pójdę sam.

Nikt nie chciał ryzykować konfliktu ze szkolnym prowodyrem, obiektem westchnień dziewczyn i zazdrości chłopaków. Ruszyli naprzód, przedzierając się przez zarośla.

Nagle rozległ się głośny skrzek. Dzieci znieruchomiały. Dźwięk narastał, raz Po raz zbliżał się i oddalał. Wiatr poruszał koronami drzew z coraz większą siłą.

— Co to jest? — wyszeptał Jeżyk. W świetle latarki jego twarz wydawała się trupio blada.

Dźwięk trwał przez chwilę, Po czym nagle ucichł.

— To ptak — martwym głosem oznajmił Damian. — Tylko ptak. Chodźmy.

Ruszyli w las, pnąc się Po łagodnym wzniesieniu. Gałązki sosen i szyszki chrupały cichutko pod ich stopami. Wokoło roznosił się zapach mokrego igliwia, jakim las nasycił się Po wiosennych ulewach i burzach.

— Dlaczego tu prawie nie ma ścieżek? — mruknęła Olka.

— Nie marudź — uciął Damian. — Znam drogę.

Po chwili byli już na miejscu. W momencie, w którym Olka zobaczyła polanę, cały pomysł przestał jej się podobać. Tak naprawdę od samego początku wydawał się głupkowaty, ale teraz nie podobał się jej na serio. W żołądku poczuła zimny ucisk.

W białym świetle księżyca na niewielkiej, zachwaszczonej polanie lśniły mokre od deszczu zapomniane nagrobki. Strzeliste drzewa trwały wokoło niczym zgromadzeni na pogrzebie żałobnicy. Było to miejsce przesycone bezdennym smutkiem, jak listopadowe pola pod szarym niebem lub sunący w deszczu kondukt pogrzebowy. Kojarzyło się z samotnością, śmiercią i rozkładem. Dobiegający skądś zapach wilgotnej ziemi i gnijących szczątków roślin potęgował jeszcze to wrażenie.

Damian wyciągnął z reklamówki tajemniczy przedmiot i położył go na jednym z grobów.

— Nie róbmy tego — wyszeptała Olka.

— Cicho — odparł chłopak, Po czym z zaskakującą łagodnością dodał: — Nie pękajcie. Będzie fajna zabawa.

Olka przez chwilę widziała drewnianą tabliczkę już wcześniej, zanim Damian schował ją do torby. Teraz miała okazję przyjrzeć się jej lepiej. Widniały na niej pentagramy i rozmaite symbole, których znaczenia nie rozumiała. Na środku — cyfry od zera do dziewięciu, poniżej litery alfabetu, a na dole dwa słowa: „witaj” i „żegnaj”.

— I jeszcze to. — Damian wyciągnął z kieszeni niewielki przedmiot i położył go na tabliczce. Wyglądał jak drewniane serduszko, z wyciętym w środku otworkiem w kształcie kółka. — Należał do mojej babki.

— I co teraz? — spytał Jeżyk.

— Teraz kładziemy ręce na wskaźniku.

Dzieci z niechęcią wykonały polecenie Damiana. Co innego wygłupiać się i żartować w bezpiecznym, jasnym domu. Co innego snuć historie o duchach, gdy w kuchni obok rodzice przygotowują kolację, stukają naczynia, a po całym domu rozchodzą się apetyczne zapachy. „Dzisiaj zrobimy pizzę. Tak, najprawdziwszą, taką jak w pizzerii”. Jednak tutaj, w lesie — było zimno. Drzewa szumiały, cichutko trzeszczały, tu i ówdzie o ziemię uderzyła spadająca gałązka. Byli samotni i zdani sami na siebie. W pewnym sensie przez chwilę mogli poczuć się jak dorośli. I nie było to, o dziwo, wcale przyjemne uczucie.

— Przyjdź, duchu, wzywamy cię — powiedział Damian. — Przyjdź, wzywamy cię.

Nic się nie działo. „Całe szczęście — pomyślała Olka. — Nigdy więcej nie dam się namówić. Co za głupi pomysł”. Rozejrzała się wokoło ostentacyjnie, starając się przy tym przybrać znudzony wyraz twarzy. Wtem wskaźnik wyraźnie się przesunął. Cała trójka spojrzała na siebie z niedowierzaniem i przestrachem.

— To ty nim ruszasz — Damian oskarżycielsko powiedział do Olki.

— Zwariowałeś?

Właśnie wtedy, w ułamku sekundy, jakaś niewidzialna siła zerwała tablicę z grobu i cisnęła nią z wściekłością kilka metrów dalej, łamiąc ją na kawałki. Coś uderzyło Jeżyka w plecy z taką siłą, że potoczył się na ziemię. Podniósł się jednak zaraz z wykrzywioną strachem twarzą. Dzieci rzuciły się w panice do ucieczki. Wiatr wzmógł się tak bardzo, że łamał gałęzie. Zdawało się, że las nagle ożył, a zewsząd rozlegają się szepty; że podąża za nimi coś straszliwego i nieubłaganego, co przebudziło się i pragnie dopaść ich za wszelką cenę. Ze strachu upuścili latarki, więc biegli teraz Po omacku, z wyciągniętymi przed siebie rękami, niczym ślepcy.

Olce przemknęła przez głowę straszliwa myśl, że się zgubili i że już do końca życia będą biec przez ten przeklęty las. Wreszcie mimo ciemności udało się jej dostrzec pędzących wśród drzew Jeżyka i Damiana. Wyglądali, jakby goniła ich śmierć.

W oddali dostrzegła sunące powoli światło. Bezpieczna droga była już blisko.

2.

W wieku dziesięciu lat miałem dziwny sen. Obudziłem się w moim pokoju, nie mając pojęcia, która może być godzina. Drzwi na korytarz były uchylone i do środka sączyło się delikatne światło. Rodzice najwyraźniej jeszcze nie spali. Jakby na potwierdzenie tego przypuszczenia usłyszałem ich ściszone do szeptu głosy, brzmiące jak odległe wprawki wygrywane na wiolonczeli.

Ciemność zalegająca w pokoju tężała, gromadziła się w kątach, kumulowała, wypełzała spod mebli, łapczywie pożerała resztki półcienia. Przypomniałem sobie, jak ostatnio czarny sweter zawieszony na krześle przybrał postać siedzącego człowieka. Siedział i wpatrywał się we mnie. Krzyczałem wtedy głośno, dopóki nie przybiegła mama.

Ześlizgnąłem się z łóżka. Pokój wydawał mi się bardzo duży, a droga do bezpiecznego salonu, gdzie siedzieli rodzice — daleka. Pod nogami czułem dotyk miękkiego dywanu. Korytarz przebyłem biegiem, celowo zbyt mocno tupiąc bosymi stopami, miałem bowiem nadzieję, że rodzice, słysząc to, wyjdą mi naprzeciw. Nic takiego się nie stało. Kiedy wszedłem do pokoju, oślepiło mnie światło. Nie pamiętałem, żebyśmy w domu mieli taki duży żyrandol. Pokój był elegancko umeblowany. Ojciec i matka stali odwróceni do mnie plecami, wyraźnie zajęci czymś, co znajdowało się na ustawionym pośrodku pomieszczenia stole. Oboje ubrani byli odświętnie, na czarno. Ze stołu dobiegał dziwny cykliczny odgłos. Matka odwróciła się i podeszła do mnie. Było w niej coś obcego. Zdawało mi się, że prawdziwa matka odeszła, a pozostała jakaś pusta, sztuczna skorupa. Jej oczy były pozbawione blasku życia. Sprawiała wrażenie marionetki, którą ktoś sprytnie steruje od wewnątrz.

— Spójrz — powiedziała — chcę pokazać ci coś bardzo ważnego.

Podszedłem do stołu. Znajdowało się na nim wirujące koło z zaznaczonymi czarnymi i czerwonymi polami oraz cyframi. Po kole z turkotem sunęła kulka. Dopiero później dowiedziałem się, że takie koło nazywa się ruletka i że jest to gra, w której można obstawiać pieniądze.

— Zapamiętaj — powiedziała z naciskiem. Wbiła mi w przedramię zakończoną ostrymi paznokciami dłoń, sprawiając mi ból. — To jest właśnie życie — powiedziała, nachylając się do mojego ucha. Jej oddech był zaskakująco chłodny. — To jest życie.

Miałem wtedy wrażenie, że próbuje przekazać mi coś bardzo ważnego.

Zbudziłem się, gwałtownie siadając na łóżku. To był jeden z wielu snów, które zapadły w moją pamięć. Później kompletnie go zignorowałem. Wyjaśnienie wydawało się banalne, tak jak i sam sen. Musiałem gdzieś usłyszeć znane porzekadło: „Życie to ruletka”. W dziecięcym umyśle, we śnie przybrało ono dosłowną postać.

A jednak nie… Dopiero Po latach miało dotrzeć do mnie, co oznaczały te słowa. Dopiero Po latach, przez krótką chwilę miałem zrozumieć, że czarny sweter na krześle nie był, wbrew zapewnieniom matki, jedynie ubraniem; że Po prostu przez moment w jakiś przedziwny sposób udało mi się go zobaczyć, a On zmaterializował się, by mi się przyjrzeć. Może zawsze tak robi. W pewnym sensie czekał na mnie już wtedy, a być może już wcześniej, od samego początku. Czekał na mnie także później, kiedy dodawałem gazu, wyprzedzając inny samochód. Czasem siedział na siedzeniu obok, a czasem w nadjeżdżającym z naprzeciwka aucie. Stał przy przejściu dla pieszych, szedł koło mnie, gdy nocą przemierzałem opustoszałą ulicę. Wyczekiwał na mostach i na wiaduktach, nad brzegami jezior. Czekał ze mną na peronach, podążał za mną, gdy szedłem przez las. Siedział przy łóżku, gdy chory majaczyłem w gorączce. Nie mógł jednak przekroczyć granicy, niczym wąż w terrarium — przyczajony i pozornie senny.

To było jedynie kwestią czasu. Prędzej czy później musieliśmy się spotkać. Czekał na sposobność. Czekał na miejsce i czas.

3.

Szosa biegła wśród pól, ciągnących się aż Po horyzont, dlatego stojącą przy drodze postać dostrzegłem z dużym wyprzedzeniem. Na przedniej szybie auta z głośnymi plaśnięciami zaczęły lądować pierwsze ciężkie krople. „Nadchodzi nawałnica” — przemknęło mi przez myśl, kiedy machinalnie włączyłem wycieraczki i domknąłem okno. Szum wiatru, słyszalny do tego czasu, ucichł niemal zupełnie.

Mimo że w czasach studenckich często sam jeździłem stopem, teraz rzadko kiedy zdarzało mi się kogoś podwozić. Wolałem nie ryzykować, zwłaszcza że biały lexus, którym ostatnio się poruszałem, mógł zdradzać niezbyt dramatyczną — tak to nazwijmy — sytuację finansową. „Okazja czyni złodzieja — jak mawiała moja matka — a ty, robiąc komuś taką okazję, sam też nie pozostajesz bez winy”. Z drugiej jednak strony, jeśli nie zabiorę moknącego przy drodze człowieka, to czy ktokolwiek to zrobi? Było już prawie ciemno, a światła reflektorów auta coraz bardziej przypominały wrzynające się w ciemność ostrza.

Musiałem decydować szybko, bo gwałtownie zbliżałem się do postaci. Pamiętam, że nie mogłem dokładnie dostrzec, z kim mam do czynienia. Zwaliłem to na karb coraz gęstszych strug deszczu. Zerknąłem we wsteczne lusterko na ciemną, niknącą na horyzoncie wstęgę szosy. Była zupełnie pusta. W końcu nacisnąłem pedał hamulca. Później wielokrotnie miałem się zastanawiać, co by było, gdybym tego nie zrobił; gdybym wcisnął gaz do dechy i ruszył przed siebie, zapominając o stojącym przy drodze człowieku.

Nie podnosił ręki. Dopiero teraz, kiedy już się zatrzymałem, zdałem sobie z tego sprawę. Przecież łapiące stopa osoby wysuwają rękę, machając nią delikatnie lub trzymają kartkę z napisem miasta, do którego chcą się dostać. A tu nic. Dziwne. Dlaczego z góry założyłem, że to autostopowicz? Przez moment chciałem ponownie ruszyć. Przypomniało mi się, jak kiedyś z kolegami jechaliśmy nad morze. Stosowaliśmy starą, wypróbowaną metodę. Jeden z nas stał przy drodze, a dwaj pozostali siedzieli w ukryciu. Robiliśmy tak, ponieważ mało który kierowca zatrzymałby się na widok trzech chłopaków. Kiedy samochód się zatrzymywał, wyskakiwaliśmy z ukrycia i próbowaliśmy bez pardonu załadować się do auta. Oczywiście raz czy dwa zdarzyło się, że kierowca na nasz widok ruszył z piskiem opon, jednak przeważnie udawało nam się jechać dalej.

„Ale gdzie miałaby się skryć ta reszta? — uspokoiłem się w myślach. — W rowie? Leżeć plackiem na zaoranym polu w strugach deszczu? Nieprawdopodobne”. W tym momencie od strony pasażera otwarły się drzwi. Ku swojemu zaskoczeniu zobaczyłem twarz młodej kobiety z długimi kruczoczarnymi włosami i sarnimi oczami. Mogła mieć co najwyżej dwadzieścia pięć lat. Była uderzająco ładna. Nie, nie ładna, mogłem ocenić to nawet w ciągu tych kilku sekund — piękna. Moją uwagę szczególnie przykuły jej usta — pełne, kształtne, przywodzące na myśl serce.

— Wsiądź, proszę — powiedziałem, otrząsając się z pierwszego zaskoczenia.

Dziewczyna wsiadła i zamknęła za sobą drzwi. I znów to spojrzenie. Długie, powłóczyste niczym welon panny młodej opadający na ziemię. Nie wiedziałem, jak mam się zachować. Cały czas milczała. Dodałem delikatnie gazu i ruszyłem powoli. Pomyślałem, że jest Po prostu bardzo ładna i dlatego czuję się skrępowany. „Zachowuj się naturalnie, naturalnie — powtarzałem sobie w myślach — bo będziesz Po prostu śmieszny jak piegowaty nastolatek-okularnik, który rozdziawił gębę na widok nowej, ślicznej klasowej koleżanki. A ty przecież jesteś prawdziwym facetem, antytezą nastolatka-okularnika”.

— Jedziesz do miasta? — zapytałem, zerkając na GPS. Przed nami powinna znajdować się miejscowość o nazwie Wilki.

Dziewczyna skinęła głową i uśmiechnęła się lekko. Odgarnęła mokre włosy delikatnym ruchem ręki. Coś było nie tak, ale nie wiedziałem co. Przeniknął mnie jakiś nieokreślony, głęboki niepokój, zupełnie jakby rekin przemknął pod wodą bez jednej zmarszczki na powierzchni. „Zwykła, prosta dziewczyna — tłumaczyłem sobie. — Wracała właśnie do domu, kiedy zastał ją deszcz. Być może nadjeżdżający z oddali samochód przykuł jej uwagę i zwyczajnie zastanawiała się, czy nie podjechać stopem. Wahała się, tak samo jak każda zwykła kobieta wędrująca samotnie poboczem drogi, dlatego właśnie nie podnosiła ręki. Jednak co, u licha, samotna dziewczyna robiła na takim odludziu?”. Miałem nieodparte wrażenie, że ostatnią wioskę minąłem jakieś pół godziny temu.

Nie chciałem przyglądać się pasażerce zbyt ostentacyjnie, ale zerknąłem w lusterko. Nasze spojrzenia natychmiast się spotkały, a ja uciekłem wzrokiem. Zauważyłem jednak, że miała na sobie jakiś prosty, ciemny ubiór. Na horyzoncie zauważyłem zieloną tablicę z napisem „Wilki”. „To by było na tyle” — pomyślałem. Wzdłuż szosy zaczęły od czasu do czasu pojawiać się zabudowania gospodarcze. Na niektórych podwórkach dało się dostrzec ginące w deszczu i mroku zarysy rolniczych maszyn, przypominające niszczejące i porzucone szkielety prehistorycznych gadów.

— To tutaj? — zapytałem, licząc, że otrzymam wreszcie jakąś konkretną odpowiedź. Przeliczyłem się, bo dziewczyna znów Po prostu skinęła głową. — Tutaj? — próbowałem żartować. — Mam wysadzić cię w jakimś konkretnym miejscu, czy przy pierwszym lepszym gospodarstwie?

Z naprzeciwka z łoskotem nadjechała ciężarówka. Nie widziałem dobrze twarzy pasażerki, a to, co wziąłem za lekki uśmiech, mogło być równie dobrze grą światła padającego z reflektorów mijającego nas pojazdu.

— Tak, to tutaj — powiedziała wreszcie. Głos miała cichy, melodyjny i w jakiś sposób nieobecny.

Zatrzymałem samochód. Wydawało mi się, że powinienem coś powiedzieć. A może… poprosić nieznajomą o numer telefonu? Jej małomówność wydawała mi się tyle dziwna, co intrygująca. Już chciałem przedłużyć jakoś rozmowę, kiedy wysiadła, zamykając za sobą drzwi. W pierwszej chwili również chciałem wysiąść, ale zaraz na powrót opadłem na fotel. „Co się, u diabła, ze mną dzieje? — pytałem sam siebie. — Po co chcesz wysiadać? W Poznaniu jest pełno pięknych dziewczyn, które tylko marzą o tym, żeby wybrać się na randkę z trzydziestosześcioletnim właścicielem dobrze prosperującej firmy optycznej „Tomasz Dobrowolski”. Mógłbym ją co najwyżej przestraszyć”.

Siedziałem tak przez chwilę, wsłuchując się w dudniący głucho deszcz i pracujący monotonnie silnik. W końcu ruszyłem. Jednak coś, co dostrzegłem kątem oka, sprawiło, że znów wcisnąłem hamulec. Na siedzeniu obok leżał jakiś przedmiot. Wziąłem go do ręki i obejrzałem z uwagą. Nie znałem się na biżuterii, zwłaszcza damskiej, ale wisiorek wydał mi się ciekawy. Prawdopodobnie wykonany ze srebra, dość duży, okrągły, pokryty wzorkami i znaczkami, które dla mnie wyglądały na nic nieznaczący dekoracyjny motyw. Był stary i raczej nie można by go uznać za modny dodatek dla współczesnej dziewczyny. Mógł jednak posiadać wartość sentymentalną. Może pamiątka Po zmarłej babci?

Bez większego namysłu sięgnąłem ręką na tylne siedzenie, gdzie trzymałem ortalionową kurtkę przeciwdeszczową. Na zewnątrz było już niemal zupełnie ciemno. Zacinał deszcz, gnany silnymi podmuchami chłodnego wiatru. Odrażająca pogoda jak na połowę kwietnia. Postawiłem kołnierz kurtki, a na głowę naciągnąłem kaptur. Rozejrzałem się uważnie wokoło. W oddali majaczyły niewyraźne zarysy kilku szop lub budynków mieszkalnych, przy tej widoczności nie byłem w stanie tego ocenić. W odległości kilkunastu metrów rozpoczynał się las. Po drugiej stronie drogi rozciągały się pola. Dziewczyna musiała udać się w kierunku tych kilku odległych budyneczków. Czemu jej nie widać?

Na skraju lasu, wśród drzew, dostrzegłem jakiś ruch. Coś ciemniejszego niż ciemność przemknęło pomiędzy nimi.

— Halo! Zaczekaj! — Mimo tego, że krzyknąłem ile sił w płucach, mój głos zdawał się niknąć, niesiony wiatrem przez rozległą przestrzeń. — Zostawiłaś coś w samochodzie!

Brak odpowiedzi. Nie byłem pewien, co robić. Najrozsądniej byłoby chyba wrócić do samochodu i pojechać swoją drogą. Trudno. Wisiorek, chociaż może miał pamiątkową wartość, nie wyglądał na cenny. Pomyślałem, że przecież mogę przyjechać tu znowu i poszukać dziewczyny, żeby zwrócić jej własność. Przy lepszej pogodzie mógłbym zostawić na płocie lub słupie informację o odnalezionej zgubie razem z numerem telefonu. Jeśli mieszka w okolicy — odezwie się.

A jeśli…

Wśród szumu deszczu usłyszałem trzask łamanej gałęzi. To z lasu. A jeśli za drzewami znajdują się domy? Może dziewczyna tam mieszka? Może nie chciała, żebym specjalnie skręcał, a krótki odcinek prowadzącej przez las drogi postanowiła przejść sama? Wszystko to było jakieś dziwne i nie trzymało się kupy. Gdzie się podziała? A jeśli została napadnięta…? Taki scenariusz wydawał się mało prawdopodobny, ale przecież nie niemożliwy. Nie miałbym czystego sumienia, tak Po prostu odjeżdżając. Przekląłem w duchu swoją niby-szlachetność i wróciłem do samochodu. Otworzyłem bagażnik. Miałem w nim sporą zasilaną czterema bateriami latarkę. Ruszyłem w stronę lasu.

Natychmiast Po zejściu z szosy podeszwy moich butów zapadły się w błoto. Mruknąłem pod nosem jakieś niecenzuralne słowo, ale brnąłem dalej, podnosząc nogi wysoko niczym bocian i przyświecając sobie latarką. Po kilku metrach teren stał się bardziej stabilny, a warstwa błota ustąpiła miejsca miękkiej, leśnej ściółce. Nie zmieniło to faktu, że eleganckie, skórkowe buty kompletnie nie nadawały się do chodzenia w takim terenie. Już teraz wyraźnie czułem, jak do środka dostaje się woda. Mimo tego zagłębiłem się w las, uważnie nasłuchując.

Kolejny trzask. Głuchy, bardziej odległy od poprzedniego, dobiegający z gęstwiny. Gdzieś zaszeleściły liście, jakby potrącone przez obudzonego ze snu ptaka.

— Hej! — krzyknąłem znów. — To ty? Jesteś tam? Zostawiłaś coś!

Ruszyłem energicznie przed siebie, przeskakując przez zalegające tu i ówdzie, postrącane przez wiatr gałęzie. Szyszki i kamienie uwierały mnie boleśnie w stopy przez cienkie podeszwy. Nagle rozległ się głośny huk, a po kilku sekundach niebo rozdarła błyskawica, oświetlając zarys strzelistych świerków. „Cholera, jeszcze tego brakowało, burza jak wszyscy diabli” — pomyślałem.

Wszedłem już między drzewa i dopiero teraz dostrzegłem, że biegnie między nimi coś na kształt wydeptanej dróżki. Moim butom i tak niewiele by już pomogło, przypominały dwie bryły błota. Ruszyłem więc ścieżką, świecąc niespokojnie latarką na wszystkie strony. „Jeśli jest tu jakaś ścieżka — rozumowałem — to najpewniej rzeczywiście za lasem znajdują się domy”. Było to w tych okolicznościach idiotyczne, ale przed oczyma stawały mi sceny rodem z komedii romantycznych, w których zakochany nieudacznik zjawia się w domu damy swojego serca cały zmoknięty. „Osusz się, a ja przygotuję coś do picia” — mówiły wtedy najczęściej śliczne aktorki. „Boże! — otrząsnąłem się. — Takie głupoty w głowie ponadtrzydziestoletniego faceta, brnącego przez las. Wstyd”.

Szedłem ścieżką dobre pięć minut. Rozbłyskujące raz Po raz pioruny sprawiły, że absurdalny w tych okolicznościach obraz przemoczonego Hugh Granta, zjawiającego się na progu domu z bukietem kwiatów, wywietrzał zupełnie z mojej głowy. Czułem się coraz bardziej nieswojo. Znów zdało mi się, że w oddali dostrzegam kogoś lub coś, co zatrzymało się na chwilę, a potem wtopiło na powrót w ciemność. Tym razem jednak nie miałem odwagi zawołać. Jednak coś przyciągało mnie, niczym ogromny psychiczny magnes. Drzewa trzeszczały, czesane potężnym grzebieniem wichru i deszczu. Miałem wrażenie, że zatracam poczucie kierunku, zaraz potem jednak mówiłem sobie, że to niemożliwe, a szosa jest blisko. Zdradziecka, śliska gliniasta ścieżka pięła się i opadała na przemian. Kilka razy o mój policzek zahaczyła ostra gałąź, dwa razy syknąłem z bólu, uderzając stopą o wystający kamień. Myśl, że jestem na uczęszczanej ścieżce, prowadzącej do czyjegoś domu, wydała mi się teraz zupełnie niedorzeczna. Tu nie było już żadnej ścieżki, a ja zapuszczałem się w głąb lasu. Kiedy odwróciłem się za siebie — zobaczyłem jedynie plątaninę chaszczy. Odniosłem absurdalne wrażenie, że las zamyka się za mną niczym morze za Izraelitami.

Nagle wśród tańczących na wietrze gałęzi dostrzegłem odległe światełko. Pojawiało się i znikało, miało stłumiony żółty kolor. „Odległa uliczna lampa? Może wcale się nie zgubiłem, tylko błądziłem w jakimś niewielkim przydrożnym lasku? Jeśli będę kierował się w stronę światełka, z pewnością dotrę do drogi i to zapewne tej, przy której zostawiłem samochód” — zastanawiałem się.

Ruszyłem przed siebie, starając się nie poślizgnąć na błotnistym podłożu i przytrzymując gałęzi i pni drzew. Próbowałem świecić pod nogi, żeby nie wpaść w ewentualną dziurę lub nie zahaczyć nogą o wystające poskręcane korzenie. Kiedy podniosłem wzrok, nie mogłem dostrzec już nigdzie światełka, które obudziło we mnie tyle nadziei. Może to blask mojej własnej latarki odbijał się w kałuży lub porzuconej butelce…

Wtedy zobaczyłem go Po raz pierwszy. Błyskawica przecięła niebo, oświetlając korony drzew, ponad którymi dostrzegłem zarys ciemnej bryły dachu. Po sekundzie wszystko na powrót pogrążyło się w ciemności. Po kilkudziesięciu krokach wyszedłem na rozległą przestrzeń, prawdopodobnie polanę, i znalazłem się u stóp czerniejącego w deszczu budynku. W panujących ciemnościach nie potrafiłem dostrzec zbyt wielu szczegółów, ale z całą pewnością budowla była duża. Podszedłem bliżej, opierając się ręką o mokry, oślizgły, zimny i porośnięty mchem mur. Poświeciłem w górę. Światło latarki wydobyło z ciemności puste oczodoły okien. Szyby były powybijane. Przy tej pogodzie, nocą, nie byłem w stanie ustalić wieku budynku. Mógł mieć jednak dobre kilkaset lat. Jeśli tak, dlaczego nikt nie urządził tu jakiejś turystycznej atrakcji?

Dotarłem już prawie do końca mokrej ściany i wyszedłem na coś, co w zamierzchłych czasach mogło być pałacowym dziedzińcem. Dopiero teraz byłem w stanie docenić urok budowli. Wydała mi się… pokaźna. Tak, to było najlepsze słowo. Ruszyłem dalej, uważając, by nie potknąć się o leżące w trawie fragmenty muru. Od frontu znajdował się imponujący nawet w ciemnościach ganek. Sześć grubych kolumn dźwigało trójkątny dach, osłaniający kilka szerokich stopni prowadzących do wielkich, drewnianych drzwi. Podszedłem bliżej, przyświecając sobie latarką. Były bezceremonialnie zabite kilkoma grubymi deskami. Z boku, na murze ktoś czerwonym sprayem niedbale napisał: „Wstęp wzbroniony”. Obok widniał prawie już niewidoczny, wykonany kredą niezdarny rysunek ludzkiej postaci otoczonej kręgiem i dziwnymi znakami. Dzieciaki?

Przed budynkiem sterczał słupek z przymocowaną metalową tabliczką. W pierwszej chwili pomyślałem, że to tablica informacyjna. Kiedy podszedłem bliżej, zauważyłem, że metal jest mocno skorodowany. Skierowałem snop światła w górę. Udało mi się odczytać niewyraźny, podniszczony napis: „Na sprzedaż”. Pod spodem widniał numer stacjonarnego telefonu. Odwróciłem się na pięcie. Nagle coś usłyszałem. Płacz. „To niemożliwe” — pomyślałem w pierwszej chwili. Mimo tego poczułem się nieswojo. Szloch zdawał się dobiegać z głębi pałacu.

— Hej! Jest tu ktoś? — wykrzyknąłem łamiącym się głosem. Na chwilę zapanowała cisza. Oczami wyobraźni widziałem dziecko, które dostało się do wnętrza budynku, złamało nogę i właśnie próbuje się bezskutecznie wydostać. — Halo! — krzyknąłem głośniej, przykładając dłoń do ust.

Nagle powietrze przeszył głośny jęk, jakby pełne bólu zawodzenie. Rosnące pod murem krzaki zafalowały gwałtownie. Cofnąłem się odruchowo o kilka kroków, kierując w tamtą stronę światło latarki. Koty, bezpańskie koty — najwyraźniej to one tak mnie nastraszyły. Mimo tego odczuwałem coraz większy strach. Miałem nieodparte irracjonalne uczucie, że dom mi się przygląda lub… ktoś z jego wnętrza. Ruszyłem przed siebie, prawie biegnąc, i po chwili dostrzegłem wśród drzew wydeptaną ścieżkę. Podążyłem nią bez namysłu. Światło latarki zaczęło stopniowo przygasać. Była wyposażona w żaróweczkę starego typu, która zużywała dużo energii, oddając w zamian niewiele światła, zupełnie jak wampir wysysający energię, by zaoferować w zamian jedynie chłód, śmierć i ciemność. Pozostawało mieć nadzieję, że szybko dotrę do szosy.

Zatraciłem poczucie kierunku. Podmokła ścieżka opadała w dół. Poddałem się wybitnie naciąganej logice, podpowiadającej, że opuszczony pałac stoi na wzniesieniu, a zatem idąc w dół, oddalam się od niego, zbliżając do wyjścia z lasu. „A zatem — zakpił ze mnie jakiś wewnętrzny głos — wcale nie musisz mieć racji, kochany. Bo niezależnie od tego, co o sobie myślisz, jesteś już w gruncie rzeczy wygodnym mieszczuchem i nie zadałeś sobie trudu, żeby przyjrzeć się mapie okolic, przez które będziesz jechał. Być może więc zagłębiasz się w las jeszcze bardziej”.

Zatrzymałem się na chwilę pod rozłożystym świerkiem. Deszcz stracił nieco ze swojej siły albo Po prostu osłaniały mnie rozłożyste gałęzie. Wokoło słychać było jednostajny szum. Kap, kap — kapało coś nieustępliwie. Żółte światło latarki słabło z każdą chwilą. „Jeśli bateria się rozładuje, będę ugotowany — pomyślałem. — Przyjdzie mi czekać w deszczu aż do świtu, ewentualnie błądzić w kółko, licząc na łut szczęścia”.

Wtem do moich uszu dobiegł odległy warkot. Gdzieś w oddali, wśród drzew, przesunęły się długie snopy światła. Warkot ucichł równie nagle jak się pojawił. A więc szosa. Gdzieś w dole, zgodnie z moimi przypuszczeniami, musiała się znajdować szosa. Ruszyłem przed siebie, idąc praktycznie na przełaj. W końcu — Po około dwudziestu minutach, kiedy myślałem, że znów zmyliłem kierunek — wyszedłem na asfaltową nawierzchnię.

Do hotelu Vivaldi dotarłem Po północy. Na szczęście miałem zarezerwowany pokój. Recepcjonistką była młoda dziewczyna, dwudziestokilkuletnia, pewnie zaoczna studentka dorabiająca do czesnego. Miała ciemne włosy i przyciętą tuż nad oczami grzywkę. Szczupła i ładna. Bez zbędnych ceregieli podała mi klucz z dużą drewnianą kulką z numerem pokoju. Przechodząc przez hol, zerknąłem w przymocowane do ściany lustro. Zobaczyłem nieogolonego faceta z podkrążonymi oczami, ubranego w ortalionową kurtkę i przemoczonego jak uliczny pies Po powodzi stulecia. Ruszyłem na pierwsze piętro Po skrzypiących drewnianych schodach, oświetlonych dyskretnie miniaturowymi lampkami. Pokój numer 101, mój ulubiony.

Rozebrałem się, wskoczyłem pod prysznic i siedziałem pod nim dobre pół godziny, rozluźniając mięśnie wodą tak gorącą, że niemal parzyła ciało. Z góry raz Po raz dobiegały jakieś łupnięcia, tupanie i salwy śmiechu. Zapewne trwała tam, mimo ciszy nocnej, mocno zakrapiana impreza.

Bywałem w tym hotelu już kilka razy i mogłem stwierdzić, że najwyraźniej obsługa miała dość liberalne podejście do ciszy nocnej. A może Po prostu nie chcieli zrażać do siebie gości? Przypomniałem sobie, że wchodząc do środka, dostrzegłem na parkingu kilka luksusowych samochodów. Pewnie stali klienci, delegowani przez firmę. Wiadomo — klient nasz pan.

Włączyłem telewizor. Nadawano właśnie reportaż z terenów zniszczonych przez powódź. Na ekranie widać było tłum ludzi budujących zaporę z worków z piaskiem. Wyciszyłem dźwięk i wsłuchiwałem się w dochodzące z góry wybuchy śmiechu. Rozmyślałem nad jutrzejszym spotkaniem z Borysem. Dzięki dochodom z firmy informatycznej stał się posiadaczem kilkunastu nieruchomości w Zielonej Górze i Wolsztynie. Wszystko dzięki wytrwałej pracy i świetnym pomysłom. Kiedyś zapytałem go o jego receptę na sukces. „Trzeba znaleźć niszę w rynku — to jest sposób” — odparł wtedy. Borys to facet z głową na karku. Potrafił jednak ustawiać ludzi na wygodnych dla siebie orbitach. Dlatego właśnie nocowałem w hotelu, a nie u niego w domu.

Po kilkunastu minutach już spałem. Ale zanim zasnąłem, na krawędzi jawy i snu ujrzałem ponownie zrujnowany pałac. „To jest to — usłyszałem w wyobraźni jakiś głos, który do złudzenia przypominał głos Borysa. — Z tego będzie kasa”.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Demon Podziemne miasto On Lekcja filozofii 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione