David Bowie. STARMAN. Człowiek, który spadł na ziemię

David Bowie. STARMAN. Człowiek, który spadł na ziemię

Autorzy: Paul Trynka

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 550

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 29.59 zł

Ziggy Stardust, Changes, Under Pressure, Let?s Dance, Fame, Heroes i oczywiście Starman to sztandarowe utwory Davida Bowiego, artysty, którego sposób bycia zadomowił się w naszej świadomości na dobre, równolegle z jego muzyką. Pisał lub nagrywał praktycznie ze wszystkimi - od Iggy?ego Popa, przez Freddiego Mercury?go, aż do Johna Lennona. Sprzedał 136 milionów albumów, dysponuje jedynym w swoim rodzaju głosem, a jego twórczość wywarła znaczny wpływ na wielu wykonawców, takich jak Nirvana czy Franz Ferdinand.

Starman. Człowiek, który spadł na ziemię to interesujące podsumowanie kariery Davida Bowiego. Liczne i, co najważniejsze, trafne spostrzeżenia oraz wywiady z współpracownikami i artystami, którzy wiele wnieśli do jego kariery, czynią niniejszą książkę biografią z prawdziwego zdarzenia. Bo czego więcej można chcieć od rockowej biografii? Każdy epizod kariery Bowiego został opisany z niezwykłą dbałością o szczegóły, a liczne anegdoty sprawiają, że Starmana czyta się jednym tchem. Autor nie idealizuje artysty, nie tworzy sztampowej laurki, natomiast sprawia, że bohatera tej książki nie sposób nie lubić, nawet jeśli nie jest się jego fanem.

Paul Trynka analizuje wpływ Davida Bowiego na świat popkultury. W niniejszej książce przytacza ponad trzysta niepublikowanych dotychczas rozmów z osobami mniej lub bardziej związanymi z piosenkarzem - szkolnymi kolegami, menedżerami, muzykami oraz jego bliskimi.

"Potrzeba napisania o Davidzie Bowiem wynikła podczas prac nad biografią Iggy?ego Popa - mówi Trynka. - Kiedy pisałem o Iggym, natknąłem się na wiele intrygujących faktów dotyczących powstawania albumów The Idiot i Low, przy których pracował właśnie David Bowie. Zbierając materiały do swojej publikacji o Iggym, przeczytałem mnóstwo książek o Bowiem i doszedłem do wniosku, że dla kogoś równie dociekliwego jak ja wiedza w nich zawarta jest niewystarczająca".

Brytyjski dziennikarz muzyczny Paul Trynka zastanawia się nad rozmiarami zadziwiającej androgynii, która uczyniła z Bowiego prawdziwego człowieka lat siedemdziesiątych. Tej biografii bardzo blisko do miana totalnej. Nad książką Starman. Człowiek, który spadł na ziemię pochyliłem się z prawdziwą przyjemnością
- "The New York Times"

Dla Kazimierza i Maureen: bohaterów

Słowo wstępne

„Jest nowa fala,

jest stara fala

i jest David Bowie”

Show-biznes od dawna nie czekał na żadne wydarzenie z taką ekscytacją, jak na ten wyjątkowy dzień – The Next Day – premierę pierwszego albumu Davida Bowiego po dziesięcioletniej artystycznej absencji. Wszystko wskazuje na to, że Bowie wrócił w wielkim stylu, do którego przyzwyczaił swoich fanów.

Postaci tego formatu i z tak imponującym dorobkiem nie zdają się na spontaniczne zrządzenia losu. Nowe rozdanie w karierze Bowiego, od miesięcy starannie przygotowywane w całkowitej tajemnicy przed mediami, jest zagraniem strategicznie rozplanowanym i zaaranżowanym w najdrobniejszych detalach. To przedstawienie dopiero się rozpoczyna, wielki, zasłużony aktor rockowej sceny znów wchodzi na nią, by odnieść sukces.

Album The Next Day natychmiast po premierze zdobył szturmem światowe listy przebojów. Wszystkie liczące się media, nie tylko muzyczne, odnotowały ukazanie się tej płyty, a twarz Bowiego spogląda z okładek najbardziej opiniotwórczych i trendsetterskich magazynów. Recenzenci nie szczędzą pochwał, wierni fani kupują świeży krążek, nowi wielbiciele uzupełniają swoje kolekcje o stare nagrania. Wybitna aktorka Tilda Swinton czyni honory w szacownym Victoria & Albert Museum i występuje u boku mistrza w jego teledysku. Bowie znów nakręca koniunkturę wokół siebie. Inteligentnie, stylowo, z klasą.

Paul Trynka w swej rzetelnej, starannie udokumentowanej biografii podejmuje wyzwanie opisania fenomenu popularności Davida Bowiego. Prowadzi czytelnika przez najjaśniejsze i najmroczniejsze momenty jego życiorysu – od dzieciństwa w ponurym, zabiedzonym, powojennym Londynie, przez porażki debiutanckich nagrań, aż po kosmopolityczną teraźniejszość. Kolaż wspomnień przyjaciół, rodziny i współpracowników Davida układa się wyrazisty portret, a bogaty materiał źródłowy tworzy wiarygodne tło dla obiektywnego obrazu tego muzyka. Najbardziej zagorzali fani mogą wprawdzie polemizować z recenzjami kolejnych albumów Bowiego, trudno jednak zarzucić Trynce brak fachowości.

Panie i panowie, oto przed nami:

David Bowie – ARTYSTA

Wpływ twórczości Bowiego na oblicze współczesnej muzyki jest niepodważalny. Dla co najmniej dwóch pokoleń twórców rockowych i popowych stanowi on inspirację i autorytet, a jego kreatywność, wszechstronność i pracowitość przeszły już do legendy. O silnym wpływie muzyki i wizerunku Bowiego na własną twórczość mówią gwiazdy rocka (U2, The Smiths), niegdysiejsi nowofalowcy (Bauhaus, Peter Murphy, Siouxsie, Nina Hagen), zimnofalowcy (Joy Division, The Cure), twórcy britpopu (Suede, Placebo, Pulp, Charlatans), młoda liga (Arctic Monkeys, The Killers, Klaxons), gwiazdy pop (Madonna, Lady Gaga, Boy George), DJ-e (Moby, Fat Boy Slim), a także formacje tak odmienne od siebie gatunkowo jak Nine Inch Nails, Duran Duran, REM i Depeche Mode. Od z górą trzydziestu lat underground i overground zgodnie kłaniają się Bowiemu w pas. Nawet kapele punkowe – Sex Pistols i Exploited – przyznawały mu zasługi. (Sid Vicious swoją fryzurę skopiował właśnie od Ziggy’ego Stardusta).

Na tak szerokie zainteresowanie David Bowie zasłużył niekwestionowanym talentem muzycznym: kompozytorskim, instrumentalnym i wokalnym, a także progresywnością myślenia, umiejętnością wyznaczania nowych trendów, otwartością i elastycznością formy oraz zapewne wrodzoną charyzmą. Albumy, które Bowie sygnował w latach siedemdziesiątych, nie tylko były genialnym przykładem oryginalnych metamorfoz, ale przede wszystkim prezentowały autentyczną rockową siłę. Za teatralnym, quasi-operowym emploi scenicznym stał diabelnie zdolny i sprytny muzyk.

David Bowie – GWIAZDA

Każda z inkarnacji Bowiego jest ikoniczna. Pojęcie, które syntetycznie opisuje istotę jego sławy, to „zmiana”. Niewielu artystom starcza odwagi oraz skali wyobraźni, by kreować się na nowo tak często i tak wyraziście. Co więcej, każdy kolejny wizerunek Bowiego jest doskonale uwiarygadniany i publiczność nieodmiennie ulega czarowi tej artystycznej szarlatanerii. Wymuskany mods z lat sześćdziesiątych, ujmujące dziecko kwiat z ery hippisowskiej, zniewieściały dandys w powłóczystych szatach, niczym z prerafaelickich obrazów, adrogyniczny kosmita ze strzałą wymalowaną na policzku i marchewkowymi włosami, odziany w cekinowe kreacje, zblazowany, wychudzony kokainowy książę, skromny europejski intelektualista z czasów berlińskich, pozytywny blond elegancik z Wall Street w glorii popularności Let’s dance, aż wreszcie wyrafinowany i doświadczony gentleman w średnim wieku.

W dużym uproszczeniu w takich wcieleniach Bowie pokazywał się publicznie, nigdy nie dopuszczając do sprania swojego emploi. Stan napięcia w oczekiwaniu na jego następne objawienie to zabieg marketingowy, który artysta wielokrotnie – i z powodzeniem – wykorzystywał.

Nigdy nie spoufalał się nawet z najwierniejszymi fanami. Trzymał bezpieczny dystans, pozwalający skryć się za barierą sławy. Zupełnie inaczej niż jego druh Iggy Pop, znany z bezpośredniości i ekstrawertyzmu. W okresie gdy „super ja” Bowiego osiągnęło szczyt egotyzmu, a kokainowa dieta sprawiła, że znalazł się nad krawędzią, zwykł mawiać: „Jestem gwiazdą instant – dodaj wody i zamieszaj”.

David Bowie – NONKONFORMISTA

Bowie do perfekcji opanował sztukę zaskakiwania i szokowania opinii publicznej – nie tylko wyglądem, ale i kontrowersyjnymi wypowiedziami śmiało i celnie uderzał w konserwatywny styl życia. Zapewne nie wszystkie jego opinie były głęboko przemyślane, pewnie też niekoniecznie całkiem prawdziwe. Na pewno jednak robiły wrażenie i stanowiły nieodłączny sztafaż Bowiego.

W 1972 roku w wywiadzie dla magazynu „Melody Maker” z nadzwyczajną otwartością przyznał: „Jestem i zawsze byłem gejem”. I to w czasie, gdy w Wielkiej Brytanii homoseksualizm dopiero od kilku lat przestał podlegać karom, a „wychodzenie z szafy” nie należało do częstych zachowań publicznych. Było to też o tyle zaskakujące, że Bowie znany był z aktywnego zainteresowania heteroseksualnymi uciechami – wówczas od roku był także ojcem, a od dwóch mężem. Wkrótce zdystansował się od tamtego wywiadu, określając go jako zabieg autokreacyjny. Podtekst biseksualny pozostał jednak na długo nieodłączną częścią jego wizerunku.

Zresztą David nigdy nie ukrywał, że był częstym gościem klubów gejowskich, chętnie też pokazywał się w towarzystwie gwiazd homo- lub biseksualnych. Paradoksalnie, ruch gejowski w latach siedemdziesiątych miał Bowiemu za złe, że intencjonalnie wykorzystywał swoje prawdziwe lub udawane preferencje seksualne tylko jako narzędzie promocji. Rzeczywiście, Bowie był i jest w pełni świadomy siły mediów i umiejętnie podporządkowuje je własnym celom. Im mocniejszy nagłówek, tym lepiej. Zawsze znajdzie się coś bulwersującego i kontrowersyjnego, coś, czym można nakarmić potwora. Gdy seksualne konteksty przestały ekscytować masy, sięgnął do polityki i… wystrzelił z naprawdę dużego kalibru. W 1976 roku, w kolejnym szokującym wywiadzie dla brytyjskiej prasy muzycznej, oświadczył, że Anglia potrzebuje nowego Führera, a Hitler był pierwszą gwiazdą pop.

David Bowie – LIBERTYN

Bowie z upodobaniem korzystał ze wszelkich dobrodziejstw rewolucji obyczajowej, wraz z którą dojrzewał. W epoce, gdy wszystko było dozwolone, Bowie brylował z rozmachem, a jego swoboda seksualna idealnie wpisywała się w atmosferę lat siedemdziesiątych. Życie rodzinne Ziggy’ego Stardusta dostarczało tematów do pikantnych plotek. Angie i David, para niezwykle barwna, publicznie deklarowali otwartość swojego związku. Korowód kochanek i kochanków państwa Bowiech był imponujący. Eksperyment polegający na dość luźnym podejściu do dogmatów małżeństwa okazał się jednak nieudany i po kilku burzliwych latach doszło do rozstania. Bliskie relacje łączyły Davida z Romy Haag, sławnym transseksualistą berlińskim, gustował też w kobietach egzotycznych. Przez kilka lat romansował z Avą Cherry, seksowną czarną wokalistką; śliczna Azjatka Geeling Ng, która zagrała w teledysku do China Girl, w 1983 roku spędziła u boku Bowiego kilka miesięcy. Wraz z poznaniem w 1990 roku somalijskiej piękności, czyli modelki Iman, David zakończył żywot zblazowanego singla.

Ich związek został formalnie usankcjonowany spektakularnym ślubem we Florencji, a Bowie zadedykował oblubienicy podniosły i romantyczny utwór The Wedding Song. Iman i David mają obecnie trzynastoletnią córkę Alexandrię. Po przekroczeniu pięćdziesiątki Bowie zwrócił się ku tradycyjnym wartościom, które właśnie wracają do mody.

David Bowie – WIZJONER, ODKRYWCA I MECENAS

Powszechnie przyjęło się chwalić Bowiego za jego wyjątkowy instynkt wyłapywania nowych trendów w kulturze. Niczym najlepszy sejsmograf bezbłędnie odczytuje nowe fale uderzeniowe. Zawsze o krok przed innymi muzykami wskazywał drogę poszukiwań, aby znienacka opuścić obraną ścieżkę i pojawić się hen, gdzieś w awangardzie, pozostawiając naśladowców daleko w tyle. Wieczny odkrywca, niezmordowany poszukiwacz, śmiały eksperymentator, a przede wszystkim wrażliwy, przewidujący artysta szczerze wierzący w prawdziwą sztukę.

Bowie jest również oddanym fanem muzyki – bluesa, jazzu, rocka, alternatywy. Chwali się gigantyczną kolekcją winyli, które zbiera od ponad pięćdziesięciu lat. Incognito odwiedza małe kluby i koncerty młodych, obiecujących zespołów. Pod koniec lat sześćdziesiątych stworzył swoisty dom kultury – The Arts Lab – który gromadził artystów z wielu różnych dziedzin.

Pomagał wypłynąć niejednej kapeli – wymienić można choćby Bauhaus, The Woodentops, Klausa Nomiego i XTC. Jego najsłynniejszym protegowanym jest Iggy Pop, z którym wiązała go głęboka przyjaźń i kilka wspólnych znakomitych płyt. Z młodzieńczego zachwytu The Velvet Underground i dworem Andy’ego Warhola wypłynęła współpraca z Lou Reedem oraz aktorami filmu Pork.

Często zarzuca się Bowiemu manipulatorstwo, egoizm i pełne wyrachowania żerowanie na cudzych talentach. Trudno jednak posądzać kogoś tak wszechstronnie uzdolnionego o artystyczny kanibalizm.

David Bowie – BIZNESMAN

David Bowie nigdy nie był klasycznym rockowym buntownikiem ani lewicującym aktywistą. Chętnie flirtował z establishmentem. Choć odmówił przyjęcia szlachectwa od królowej brytyjskiej, od kilkudziesięciu lat jest beneficjentem machiny show-biznesu, w której odnajduje się znakomicie. Świadczą o tym choćby ruchy giełdowe z obligacjami BowieBonds oraz aktywne wykorzystywanie internetu do celów promocyjnych.

* * *

Jako oddana fanka Davida Bowiego, która spędziła młodość na jego europejskich koncertach, szlifując angielski na tekstach jego piosenek i pilnie śledząc każdy jego medialny krok, z prawdziwą przyjemnością przyglądam się ponownie narastającej fali zainteresowania postacią swojego bohatera. Praca nad tłumaczeniem tej biografii przywołała osobiste wspomnienia, a także zainspirowała do poszukania odpowiedzi na pytania dotyczące wielowymiarowości zjawiska o nazwie „David Bowie”. Po lekturze książki Trynki postanowiłam skonfrontować przedstawiony w niej wizerunek Bowiego z opiniami ekspertów: cenionego dziennikarza muzycznego Piotra Metza oraz Muńka Staszczyka, lidera T. Love.

„To jest ostatni facet, po którym można się spodziewać nostalgii, powrotów do przeszłości na skróty. On zawsze był w awangardzie. Potrafi budować pomosty pomiędzy tym, co było, a tym, co dopiero ma nadejść”, mówi Muniek. Piotr Metz wypowiada się na temat The Next Day: „Bowie jest modelowym przykładem, jak mądrze odkrywać siebie na nowo, jak nigdy »nie dać ciała« artystycznie i przede wszystkim jak się wspaniale zestarzeć. Jego muzyka stała się bardzo hermetyczna. Z założenia miała nie być popularna i wszystko wskazuje na to, że Bowie chyba bardzo się o to starał. To był jego własny, mocno prywatny klimat, reakcja alergiczna na celebryctwo, w które popadł po sukcesie Let’s Dance. Nawet najwierniejsi fani mogli wówczas czuć się trochę rozczarowani”.

Co mogło być przyczyną fiaska koncertu w Gdańsku? W 1997 roku pierwszy występ Bowiego w Polsce został odwołany ze względu na brak zainteresowania – sprzedało się zaledwie kilkaset biletów na kilkutysięczny stadion Lechii. „Bowie nie był u nas nigdy wystarczająco doceniany, pewnie ze względu na rodzimą skłonność do szufladkowania wszystkiego i wszystkich oraz oczekiwania tego samego od artysty: prostych rozwiązań i komunikatów – czyli całkowitego zaprzeczenia idei jego twórczości. Winna była też zapewne zależność od przymusowego »rządu dusz« zaledwie kilku dziennikarzy, którzy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych mieli dostęp do mediów i kreowali gusta, a nie przepadali za Bowiem”, tłumaczy Metz. Muniek uzupełnia: „Bowie nie jest bliski polskiej estetyce. Zbyt wiele w nim dwuznaczności, niuansów, zabawy konwencjami. Było mi cholernie wstyd, że wtedy ten koncert nie doszedł do skutku. Ja bilet kupiłem, bo w młodości jarałem się jego muzyką. W latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych zaledwie garstka ludzi w Polsce rozumiała Bowiego. Teraz widzę, że nagle wszyscy wokół leczą kompleksy, używając jego nowej płyty jak modnego rekwizytu sezonu. Taki wielkoświatowy nowy lifestyle”.

Muniek nie ukrywa swego zachwytu płytą The Next Day: „To najlepszy album od czasów Scary Monsters. Zróżnicowany stylistycznie rock, glam, rock and roll. Czuje się tu duch Bowiego z jego najlepszych lat. To pewnie też zasługa wybitnej produkcji Tony’ego Viscontiego, którego w ogóle bardzo cenię, także za T. Rex i Bolana. Znakomita, nowoczesna okładka. Bowie nie goni za hitami, on robi swoje. I jest w doskonałej formie. Zarzuty, że nic odkrywczego nie przygotował, łatwo odeprzeć, bo i Stonesi też nic wybitnego nie nagrywają od dawna, a publiczność i tak ich kupuje”. Piotr Metz dodaje: „Bowie powinien dostać w przyszłym roku Nagrodę Nobla z opanowania współczesnych mediów. Za sposób, w jaki pokazał miejsce w szeregu całej współczesnej branży muzycznej, zmylił tropy pierwszym singlem i spowodował, że przez kilka tygodni wszyscy chcieli pisać o tym, że wrócił na szczyt praktycznie z dnia na dzień. Ale co ważniejsze, na nowej płycie przestał ścigać się z przyszłością i samym sobą, ale pogodził ze swoją przeszłością i wziął z niej to, co najlepsze i wciąż zadziwiająco nowoczesne. Ma z czego czerpać. Najlepszym dowodem jest bonusowy utwór I’ll take you there, który spokojnie mógłby być pierwszym singlem”.

Zapytany, dlaczego warto sięgnąć po tę biografię, Muniek odpowiada: „Aby dowiedzieć się, kim naprawdę jest David Bowie, legenda rock and rolla, artysta z pierwszej dziesiątki największych postaci popkultury wszech czasów. Aby poznać jego płyty z kanonu muzyki dwudziestego wieku i nauczyć się czegoś o światowym show-biznesie, który wykreował gwiazdę na gigantyczną skalę”.

Piotr Metz wymienia dodatkowe powody: „Poskładanie tej imponującej kariery pełnej zakrętów artystycznych w koherentną całość, prześledzenie jej wszystkich, a nie tylko ulubionych wątków, podyskutowanie mentalne z autorem, który nie podchodzi do Bowiego jak fan na kolanach. Wreszcie refleksja, skąd wziął się pomysł na The Next Day. Po to właśnie jest ta książka”.

Jestem przekonana, że niniejsza biografia to przede wszystkim bezcenna lekcja o potędze ambicji, kreatywności, pracowitości i niezrównanej umiejętności redefiniowania własnej osoby. Być może David Bowie faktycznie spadł na ziemię prosto z gwiazd?

Agnieszka Wojtowicz-Jach

Prolog

Geniusz kradnie

Czwartek wieczór, godzina dziewiętnasta. Niebawem w pięciu milionach mieszczańskich salonów zagości dekadencja. Tymczasem tatusiowie w garniturach okupują wygodne fotele, mamuśki w fartuszkach zmywają naczynia, a dzieciaki – w szkolnych mundurkach – gromadzą się wokół małych telewizorów w oczekiwaniu na cotygodniowy rytuał.

Publiczność w maleńkim studiu, głównie w obcisłych topach i sukienkach, uprzejmie oklaskuje artystę z czterdziestego pierwszego miejsca listy przebojów, który wygrywa akordy molowe na swojej dwunastostrunowej niebieskiej gitarze. Kamera pokazuje na zmianę jego dłonie i twarz, łapiąc czający się na jego ustach uśmieszek, niczym u dziecka, które ma nadzieję, że przewinienie ujdzie mu na sucho. Jego towarzysze – Trevor, Woody i Mick Ronson – ruszają z radośnie brzmiącą perkusją i zachrypniętą gitarą, a kamera odjeżdża. David Bowie rzuca jej niewzruszone spojrzenie. Patrzy na nią lubieżnym, rozbawionym wzrokiem. Kiedy publiczność pełna podekscytowanych nastolatków i przerażonych rodziców lustruje jego kolorowy pikowany kombinezon, bujną marchewkową fryzurę, ostre zęby i przenikliwe oczy podkreślone rozmazanym makijażem, on swoim śpiewem przywołuje sugestywne obrazy: stacji radiowych, kosmitów i rockandrollowych szaleństw. Publiczność wciąż stara się oswoić z jego poruszającym, jedynym w swoim rodzaju widowiskiem. Gitarowe staccato wystukuje alfabetem Morse’a ostrzeżenie – następuje niespodziewany powrót do refrenu.

Po dawce nowych dźwięków wracamy do czegoś znajomego. Kiedy Bowie nuci: there’s a star-man…, jego głos podwyższa się o oktawę. To dawny chwyt speców od hitów, znak, że zaraz nastąpi punkt kulminacyjny. Słuchamy opowieści o przyjaznym kosmicie, który czeka na nas w przestworzach, a publiczność nagle rozpoznaje utwór i przesłanie jawnie przejęte z Over the Rainbow Judy Garland, nieśmiertelnego hymnu eskapistów w technikolorze. To prosta, wpadająca w ucho i bezpieczna melodia. Wystarczają cztery akordy, by David Bowie zyskał nieśmiertelność. Po minucie jego pierwszego występu w Top of the Pops – familijnym programie muzycznym BBC – Bowie unosi do twarzy szczupłą, zgrabną dłoń i przy mikrofonie wokalisty pojawia się jego jasnowłosy kolega z zespołu, Mick Ronson. Potem naturalnym, spokojnym gestem David obejmuje swego gitarzystę za szyję i przyciąga go do siebie z miłością. Kiedy znów śpiewa starman, jego głos ponownie skacze o oktawę, ale tym razem nie jest to skok poprzez wszechświat, lecz poza granice seksualności.

Publiczność, ta w studiu i ta przy odbiornikach, łącznie piętnaście milionów widzów, chłonie każdy gest tej niezwykłej, panseksualnej postaci. W niezliczonych domach dzieciaki są oczarowane – a rodzice szydzą, krzyczą lub wychodzą z pokoju. Niektórzy pewnie zastanawiają się, jak zareagować, ale oto pojawia się kolejny stylistyczny zwrot. Słowami let the children boogie (pozwól dzieciakom się wyszaleć) David Bowie i The Spiders przechodzą do bezwstydnego rytmu boogie T. Rex.

Całe pokolenie nastolatków bynajmniej się nie zastanawia – te dziewięćdziesiąt sekund w słoneczne lipcowe popołudnie 1972 roku zmieni bieg ich życia. Do tego czasu w muzyce popularnej chodziło głównie o przynależność i identyfikację z rówieśnikami. Jednak ten występ, szczegółowo przemyślany w ciemnej piwnicy pod agencją ochroniarską w południowym Londynie, jest spektaklem wyalienowania. Dla zagubionych, samotnych dzieciaków w Wielkiej Brytanii, a niebawem na Wschodnim, a potem i Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, nadeszły właśnie lepsze czasy. Czasy outsiderów.

W kolejnych tygodniach stało się jasne, że te trzy minuty były trampoliną dla kariery człowieka, którego niesłusznie postrzegano jako bohatera jednego przeboju. Większość tych, którzy go znali, była zachwycona, ale pojawiły się też wątpliwości. „Hip Vera Lynn”1, jak powiedział pewien cyniczny znajomy w ostrym przytyku do The White Cliffs of Dover – wielkiego wojennego hitu, który również został zerżnięty z przeboju Judy Garland; ten „hołd” był zbyt oczywisty. Parę lat później, aby to podkreślić, David miał zwyczaj śpiewać somewhere over the rainbow do refrenu Starmana – wprowadzając w życie maksymę Pablo Picasso, że „talent pożycza, a geniusz kradnie”.

I kradł, bez mrugnięcia okiem, w sposób arogancki i szokujący, tak jak aroganckie i szokujące były kradzione melodie. Metoda, której używał, by połączyć kilka starych kawałków w nową piosenkę, jest stara jak świat – stosuje ją między innymi showbiznesowy wyga, przyjaciel Davida, Lionel Bart, autor Olivera! Jego „hołd”, w cyniczny sposób łączący wszystkie punkty styczne niczym elementy Centre Georges Pompidou2, był chwytem w ramach nowego zjawiska, zwanego postmodernizmem, równie niepokojącym jak swobodny podtekst seksualny gestu, w którym namiętnie objął Micka Ronsona. To „przywłaszczenie” było modne na rynku sztuki dzięki Andy’emu Warholowi, ale w rock and rollu deklaracja „jestem złodziejem stylu” łamała świętą zasadę. Rock and roll był z definicji autentycznym środkiem wyrazu, przekazem płynącym z trzewi. Rock and roll był prawdziwy, zrodzony z radości i strachu zawirowań powojennej Ameryki, ukształtowany przez rdzenny, naładowany elektrycznością blues. David popisywał się jednak brakiem autentyzmu z cyniczną obojętnością. „Jedyną sztuką, jaką zgłębiam, jest to, z czego mogę coś ukraść. Uważam, że jestem zdolnym plagiatorem”, powiedział dziennikarzowi. Otwarte czerpanie z kultowych brzmień było nowym, niepokojącym przejawem geniuszu. Ale czy rock and roll był tylko zabawą w sztukę? Czy ognistowłosy Ziggy Stardust – potężny symbol odmienności – stanowił jedynie intelektualną pozę?

Kiedy David Bowie z taką ekstrawagancją zaznaczył tego wieczoru swoją obecność w Top of the Pops, dając przejmujący występ, który zdefiniował lata siedemdziesiąte jako epokę diametralnie różniącą się od specyfiki poprzedniej dekady, walczące w nim sprzeczności były jasne – to właśnie dzięki nim rodziło się to rozkoszne napięcie. W najbliższych miesiącach i latach – kiedy opuścił zespół, który go ukształtował, i kiedy uwielbiany przez niego Iggy Pop, inspiracja Ziggy’ego, odrzucił go jako „pieprzoną marchewę”, która go wykorzystała i sabotowała; kiedy David publicznie narzekał, że gejowskie wcielenie zniszczyło mu karierę w USA – wszystkie te sprzeczności sprawiły, że stał się jeszcze bardziej wyrazisty.

Czy David Bowie naprawdę był outsiderem? A może tylko showbiznesowym fachurą albo wykorzystującym innych wampirem energetycznym? Czy naprawdę był gwiazdorem, czy tylko tanią musicalową błyskotką? Czy był gejem, czy tylko sugerował, że nim jest? Na wszystkie te tezy istniały dowody. Przybywało ich w kolejnych latach, gdy fani – ku swemu osłupieniu – byli świadkami jego zaskakujących występów podczas The Dick Cavett Show albo nerwowej, ale ujmującej bezpośredniości w programie Soul Train. Czy to dziwaczne zachowanie też było tylko grą? Starannie zaplanowaną rolą?

Zarówno sam David Bowie, jak i jego otoczenie z uporem starali się odpowiedzieć na to pytanie. Bowie wyrósł w showbiznesowej tradycji napędzanej ambicją młodych, a jego głównym talentem, jak powiedział pewien przyjaciel, było „przemieszczanie etykietek”. Te kalkulacje, ta „umiejętność szefowania”, jak nazwał to Iggy Pop, określały go jako dokładne przeciwieństwo instynktownego rock and rolla spod znaku Elvisa Presleya. Jednak działanie, które zwiastowało śmierć tego gatunku muzyki, zapowiadało również jego odrodzenie. Być może nie był to rock and roll, jaki tworzył Elvis, ale wytyczał nowe szlaki. Następcy Bowiego, jak Prince czy Madonna, Bono czy Lady Gaga, nauczyli się od niego, że „przemieszczanie etykietek” to gotowy patent na uniknięcie swego rodzaju ślepej uliczki – w rodzaju tej, w której utknął Elvis. Jednak dla Bowiego każde nowe wcielenie, każda metamorfoza miała swoją cenę.

W oczywisty sposób, gdy jego kariera się rozwijała, całe pokolenia fanów zastanawiały się, co artysta skrywa pod kolejnymi maskami. Pojawiały się sprzeczne relacje – jedne opowiadały o wyrachowanym mistrzu przekrętu, inne o samorodnym geniuszu z nieznacznymi tylko rysami na charakterze. Jednak słowa setek jego znajomych, kochanków i zaprzyjaźnionych muzyków, którzy wypowiadają się na stronach tej książki, pokazują, że prawda jest o wiele bardziej intrygująca.

Bo prawda jest taka, że David Bowie – pomijając blichtr i gwiazdorstwo – najbardziej ewoluował wewnętrznie. Tak jak doktor Faust zaprzedał duszę i jak Robert Johnson3 paktował z diabłem na rozstaju dróg, podobnie wielu innych artystów próbowało osiągnąć więcej, niż pozwalały granice talentu, którym zostali obdarzeni. David Bowie, młodzieniec z wielką ambicją i większą porcją uroku niż wrodzonych zdolności, posiadł tajemną wiedzę, o której wszyscy marzymy: przekształcił siebie i swoje przeznaczenie.

Część pierwsza

Mam nadzieję, że uda mi się

zrobić to samemu

1

Mam pięć lat

Wszystko wydawało się szare. Nosiliśmy krótkie szare spodenki z grubego i szorstkiego materiału, szare skarpetki i szare koszule. Drogi były szare, domy z prefabrykatów były szare, a leje po bombach również wydawały się zrobione z szarego gruzu.

Peter Prickett

Był zimny listopadowy dzień 1991 roku, przypominający listopadowe dni, jakie pamiętał z dzieciństwa. David Bowie poprosił swego kierowcę, by pojechał z nim malowniczą drogą do Brixton Academy. Wypełniony dymem wóz sunął wolno Stansfield Road, znajdował się tylko kilkadziesiąt metrów od celu podróży. Zatrzymał się przed dużym, anonimowym, trzypiętrowym wiktoriańskim domem, po czym ruszył dalej.

Przez ostatnie dwanaście tygodni artysta był rozmowny, otwarty i zaskakująco wrażliwy, ale teraz milczał, spoglądając przez okno. Kiedy się obrócił, siedzący obok gitarzysta Eric Schermerhorn zobaczył łzy płynące po twarzy szefa. „To cud – mamrotał Bowie, nie starając się ukryć wzruszenia. – Może powinienem zostać księgowym. Nie wiem, jak to wszystko się stało”.

Dla Schermerhorna, który z bliska obserwował charyzmę i sceniczny sznyt Bowiego, wyobrażenie Davida Roberta Jonesa badającego finanse jakiejś firmy zdawało się niedorzeczne. Podobnie jak jego wątpliwości, które wyjawił Schermerhornowi kilka dni wcześniej: nie był pewien, czy potrafi śpiewać. Dla Schermerhorna, który widział, jak człowiek ten ogarnia cały występ i dominuje nad tłumem, ów oczywisty brak wiary w siebie wydawał się dziwny. W ciągu najbliższych miesięcy Schermerhorn miał się dowiedzieć od przyjaciół Bowiego i z własnych obserwacji wiele na temat jego „zdolności przywódczych” i umiejętności rozpracowywania każdego systemu. Teraz jednak David samotnie odwiedzał okolice swego dzieciństwa, przekonany, że jego życie jest dziełem przypadku. Sam pomysł wydawał się niedorzeczny. Jak ktoś tak wybitnie uzdolniony mógł nie być przeznaczony, by zostać gwiazdą?

david bowie nieraz mówił o sobie jako o „chłopcu z Brixton”. Choć mieszkał tam krótko, jest to trafne określenie. Brixton w styczniu 1947 roku było miejscem nietypowym: stanowiło kulturalne centrum południowego Londynu, miało własny, niepowtarzalny charakter, zostało zbombardowane, lecz nie pokonane przez Luftwaffe i Hitlera, którego dzieło zniszczenia można było dostrzec dosłownie wszędzie.

Ojciec Bowiego, Haywood Stenton Jones, w naturalny sposób ciągnął ku Brixton, którego musicalowe tradycje rozpalały jego wyobraźnię. Urodził się 21 listopada 1912 roku w Doncaster, a wychowywał w malowniczym hrabstwie Yorkshire, w słynącym z piwowarskich tradycji mieście Tadcaster. Miał trudne dzieciństwo. Jego ojciec zginął podczas I wojny światowej, a wkrótce potem zmarła jego matka. Wychowywany przez lokalnego sędziego i ciotkę Haywood Jones w wieku osiemnastu lat odziedziczył rodzinny biznes obuwniczy.

„Kupił teatralną trupę. Co za sprytny pomysł!”, opowiadał wiele lat później David. Przedsięwzięcie to pochłonęło większość majątku Haywooda, resztę zainwestował więc w klub nocny na londyńskim West Endzie, w którym bawili bokserzy i inni przedstawiciele szemranego towarzystwa. W tym czasie znalazł też żonę, pianistkę Hildę Sullivan. Kiedy klub pochłonął resztę jego majątku, Haywood nabawił się wrzodów żołądka. We śnie objawił mu się pomysł pracy dobroczynnej dla dzieci. Miała to być ucieczka od własnych problemów, a także sposób, by pomóc dzieciakom, które tak jak on miały złamane dzieciństwo. We wrześniu 1935 roku rozpoczął pracę u doktora Barnardo przy Stepney Causeway, w okazałej, pokrytej sadzą posiadłości w samym sercu East Endu, gdzie od 1870 roku schronienie znajdowały bezdomne dzieci.

Kiedy wybuchła II wojna światowa, Haywood jako jeden z pierwszych zaciągnął się do wojska. Służył w brygadzie Strzelców Królewskich, którzy walczyli we Francji, Afryce Północnej i w Europie. W październiku 1945 roku wrócił do zniszczonego, lecz zwycięskiego Londynu i natychmiast na nowo rozpoczął pracę w Barnardo, jako główny opiekun, a następnie szef personelu. Małżeństwo Haywooda, podobnie jak wiele innych, nie przetrwało wojny – do jego rozpadu z pewnością przyczynił się romans z pielęgniarką, którego owocem była urodzona w 1941 roku Annette.

Haywood poznał Margaret Burns, znaną jako Peggy kelnerkę w Ritz Cinema, podczas wizyty w domu Barnardo w Tunbridge Wells, niedługo po powrocie do pracy. Rozwiódł się z Hildą i poślubił Peggy osiem miesięcy po narodzinach jego drugiego dziecka, Davida Roberta, który przyszedł na świat 8 stycznia 1947 roku w nowym domu Jonesów przy Stansfield Road 40.

Były to lata powojenne. Brixton było zimne, wilgotne i poczernione sadzą, a w wielu miejscach zdewastowane przez naloty bombowe. Jego przedwojenna chwała i tradycja musicalowa kontrastowały z przygnębiającą współczesnością. W 1947 roku Brixton wyglądało – by użyć jednego z ulubionych słów Davida – szczególnie żałośnie. Podczas wojny ta część południowego Londynu uznana została za „nierozwojową”. Niemieccy mistrzowie szpiegostwa manipulowali raportami prasowymi, wedle których niezawodne rakiety Hitlera, V1, spadały głównie na południowy Londyn, nie na bogaty West End. Około czterdziestu ze wszystkich pionierskich nalotów dotknęło Brixton i Lambeth – wokół domu rodzinnego Jonesów zniszczone były całe ulice. Do 1947 roku wywieziono większość gruzu, ale okolica przez całe lata pozostawała w opłakanym stanie.

Pierwsza zima Davida była mroczna, tak jak cała Anglia roku 1947. II wojna światowa ożywiła amerykański kapitalizm, ale Anglię zostawiła w stanie wycieńczenia, umęczoną i zmaltretowaną. Na ulicach nie było światła, brakowało węgla i benzyny, a takie dobra jak pościel, paliwo, garnitury „ekonomiczne”, jajka i ochłapy argentyńskiej wołowiny, dostępnej tylko od czasu do czasu, sprzedawano na kartki. Christopher Isherwood, pisarz, który kiedyś miał zainspirować Davida do wyjazdu do Berlina, odwiedził wtedy Londyn i był przejęty jego stanem. „To umierające miasto”, powiedział mu jeden z jego mieszkańców, radząc, by więcej tam nie wracał.

Rodzice mieli więc trudne życie. Ale dzieci, które bawiły się w tej miejskiej dziczy, odnajdowały w niej krainę cudowności. Zbombardowane, opuszczone domy stanowiły dla nich plac zabaw i tajemniczą krainę, pełną intrygujących skarbów pozostawionych przez dawnych lokatorów.

Przez wiele lat przyjaciele Peggy Burns zauważali jej pogardę dla Partii Pracy, która zdobyła władzę w pierwszych powojennych wyborach jako platforma radykalnych reform społecznych. Biorąc jednak pod uwagę warunki panujące tamtej zimy, jej poglądy były zrozumiałe. Brytyjczycy czuli się wyczerpani wojną, ale wraz z jej zakończeniem poziom życia wcale się nie poprawił. W Brixton niemal nie można było znaleźć mydła, lokalny sklep Woolworth oświetlały świece, Peggy musiała nieustannie poszukiwać materiału na pieluszki. Pod koniec lutego rząd laburzystów wprowadził ograniczenia w dostawie prądu, na każdy dom przyznając pięć godzin dostaw na dobę. W tym czasie Haywood Jones i organizacja Barnardo zmagali się z problemami tysięcy dzieci pozbawionych domów i rodzin podczas wojny.

David kochał swego ojca. Do dziś nosi złoty krzyżyk podarowany mu przez Haywooda, kiedy był nastolatkiem. Ale spytany o matkę, podczas nieformalnej rozmowy na żywo z Michaelem Parkinsonem w 2002 roku, zacytował słynny ponury wiersz This Be The Verse Philipa Larkina, który zaczynał się od słów: They fuck you up, your mum and dad. Słowa te wywołały śmiech, podobnie jak wiele innych powiedzonek Davida. Kiedy jednak recytował pozostałe wersy, śmiechy na sali ucichły.

„Szaleństwo” rodziny Peggy Burns stanowi część legendy Bowiego, ale jeśli chodzi o młodego Davida Jonesa, cierpiał on ze względu na jej wycofanie – prosty brak uczuć – który kładł się cieniem na jej relacjach z synem. Siostra Peggy, Pat, opowiadała o ich matce, Margaret Mary Burns, z domu Heaton, że „była zimną kobietą. Nie byłyśmy otoczone miłością”. Peggy najpewniej odziedziczyła ten chłód. Jednak według rodzinnych relacji w młodości potrafiła zajmować się dziećmi. Zanim zakochała się w przystojnym Jacku Isaacu Resenbergu, synu zamożnego żydowskiego kuśnierza, pracowała jako niańka. Rosenberg obiecał Peggy, że się z nią ożeni, ale zniknął po narodzinach ich syna, przyrodniego brata Davida, Terence’a Guya Adaira Burnsa, który przyszedł na świat 5 listopada 1937 roku.

W przeszłości Peggy były jeszcze bardziej mroczne epizody. W 1986 roku jej siostra Pat – „straszna ciocia”, jak potem określał ją Bowie – spisała w szczegółach trudną historię rodziny Burnsów. Peggy i Pat miały jeszcze trzy siostry – Norę, Unę i Vivienne – wszystkie, według Pat, upośledzone psychiczne, co jeden z dziennikarzy nazwał „rodzinnym schorzeniem” Burnsów. Ta historia zainspirowała później teorię, według której David Jones musiał konstruować różne alter ego, by zdystansować się od wrodzonego szaleństwa. Przyszły menedżer Davida Ken Pitt znał Peggy i Pat i uważał, że teoria ta nie jest „przekonująca”. Mimo że później David z rozbawieniem mówił o swojej rodzinie: „Większość z nich jest szurnięta, właśnie siedzą, wychodzą albo idą do jakiegoś ośrodka”, ludzie, którzy ich znali, przeważnie uznawali, że Haywood jest przyjacielski i szczery, a Peggy gadatliwa. Przy bliższym poznaniu widać było, że kiedyś kipiała witalnością.

Peggy miała jeszcze jedno dziecko, Myrę Ann, urodzoną w sierpniu 1941 roku, zanim poznała Haywooda – która była owocem innego wojennego romansu. Dziecko zostało oddane do adopcji i gdy Peggy poznała Haywooda, miała zamiar rozpocząć przykładne życie. Zgodziła się wyjść za faceta z Yorkshire, pod warunkiem że zaadoptuje Terence’a. Przez pierwsze dziewięć lat swego życia wspólny syn Jonesów miał więc wzór w postaci starszego brata, a kiedy Terry opuścił dom w 1956 roku i wstąpił do Królewskich Sił Powietrznych, stał się dla Davida obiektem czci. Skomplikowany układ rodzinny Jonesów nie był niczym nietypowym w ówczesnej Anglii. Fakt bycia nieślubnym dzieckiem był w powojennej rzeczywistości na porządku dziennym, niektórzy kładli to na karb braku gumy na rynku i wynikających z tego problemów w produkcji kondomów. Trudne relacje Davida z matką przypominały historie jego rówieśników, Johna Lennona i Erica Claptona – obydwaj wychowali się w domach, do których w dzisiejszych czasach zapukałaby opieka społeczna.

Kiedy David był kilkuletnim chłopcem, jego rodzina nadal wiodła surowe i skromne życie, jednak pojawiły się perspektywy na odmianę. W 1953 roku na świat przyszło bardzo wiele dzieciaków, skończyło się racjonowanie słodyczy, a telewizja stała się bardziej dostępna. Haywood Jones był jednym z wielu, którzy kupili odbiornik, by rodzina mogła obejrzeć koronację młodej, zachwycającej królowej Elżbiety. Kilka tygodni później sześcioletni David nabrał zwyczaju przemykania się na dół, by oglądać A Quatermass Experiment, pionierski serial science fiction stacji BBC, który przyciągał przed ekrany całą Anglię. Ten kapitalny program wywarł wielki wpływ na Davida, który pamięta, jak co sobotę oglądał go zza kanapy, gdy rodzice myśleli, że leży już w łóżku. Potem chyłkiem zakradał się na górę, sparaliżowany strachem, tak wielkie robił na nim wrażenie. Program ten zapoczątkował jego zainteresowanie science fiction, a jego muzyczny motyw przewodni, mroczny i złowieszczy Mars, The Bringer of War z Planets Suite Holtza wywarł ogromny wpływ na jego muzykę.

Brixton było kapitalnym polem do rozwoju dla przyszłego Ziggy’ego Stardusta. Tuż za rogiem było Waterloo, niemal stuletnia mekka musicalowych artystów, a brixtonowski Empress Theatre gościł Tony’ego Hancocka, Laurela i Hardy’ego4 oraz wielu innych artystów wodewilowych. „Ludzie show-biznesu zamieszkiwali całą drogę z Kennington do Steartham”, wspomina ówczesny sąsiad Davida, fotograf Val Wilmer. Wiele osób z okolicy wciąż pamiętało Charliego Chaplina, który wychował się nieco na północ od Brixton; po drugiej stronie Brixton Road mieszkała pięć lat młodsza od Davida Sharon Osbourne, córka Dona Ardena, niespełnionego komika występującego w klubach nocnych, która również wspomina „dzieciństwo wśród artystów wodewilowych”. Dzieciaki podglądały przez okna kawiarni aktorów, biegnących na występ lub wracających z występu, oryginałów w tanich garniturach i cylindrach, z walizkami, które mogły równie dobrze zawierać lalkę brzuchomówcy, banjo, jak i zestaw noży do rzucania.

Dom Davida przy Stansfield Road 40 był obszernym, trzypiętrowym wiktoriańskim budynkiem, który podczas ośmioletniego pobytu Jonesów w Brixton zamieszkiwały dwie inne rodziny. Wiele lat później, jako typowa gwiazda rocka, David opisywał dzieciństwo w Brixton jako jazdę bez trzymanki, życie w otoczeniu gangów szalejących na ulicach. Dzieciaki z sąsiedztwa rzeczywiście swobodnie włóczyły się po całej okolicy, ale ich zainteresowania ograniczały się raczej do łapania motyli i kijanek. „To było niesamowite – mówi sąsiadka i koleżanka ze szkoły Davida, Sue Larner. – W okolicy pełno było ogromnych lejów po bombach i ruin, dla nas jawiących się jako góry pokryte dzikimi roślinami. To był nasz plac zabaw”. Zrujnowane domy na końcu Stansfield Road były straszne, ale frapujące – dzieciaki bawiły się na kwietnikach z siatkami na motyle, których pełno było wtedy w okolicy, a w licznych basenach i stawach, na opuszczonych po bombardowaniu posesjach w południowej części miasta, roiło się od kijanek i traszek. Po pustych domach grasowały szczury. Wiele osób pamięta myszy buszujące nocą po drewnianych, nieszczelnych wiktoriańskich domach, których odgłosy słyszeli, ściskając butlę z gorącą wodą, by nieco się ogrzać pod kołdrą.

W tamtych latach rodzina Jonesów trzymała się bardzo blisko. Większość dzieciaków bawiła się na ulicach, ale David zazwyczaj przebywał z mamą, a Haywood spędzał czas w Barnardo’s w Stepney. W 1951 roku David poszedł do przedszkola w Stockwell Infants, o trzy minuty od domu przy Stockwell Road, jednej z głównych ulic Brixton. Pamięta, że pierwszego dnia zmoczył spodnie; na szczęście dobrotliwa szkolna mleczarka Bertha Douglas miała w zanadrzu suche porteczki – podobne wypadki zdarzały się codziennie. Strzelista siedziba przedszkola Stockwell Infants sprawiała bardzo surowe wrażenie: w charakterystyczny sposób pachniała środkami dezynfekującymi i gumowymi tenisówkami. Na szczęście personel był opiekuńczy i troskliwy względem podopiecznych. „To było urocze, przyjazne przedszkole: małe i przytulne”, wspomina koleżanka z tej samej grupy, Suzanne Liritis. „Wychowawczynie mówiły nam: »Jesteś wyjątkowy, Jezus cię kocha«”, opowiada jej przyjaciółka, Sue Larner.

Życie w surowej wiktoriańskiej rzeczywistości było bardziej zwariowane niż wskazywały na to pozory. Dyrektorka przedszkola, pani Douglas, wysoka, szczupła starsza pani o ciasno zaczesanych włosach, była kobietą wyjątkową. Mieszkała z panną Justin, nauczycielką w szkole podstawowej. Dopiero po latach Sue i jej przyjaciele zrozumieli, że były „parą uroczych lesbijek”. Jeśli rodzice domyślali się tego związku, zdawali się tym nie przejmować, bo jak tłumaczy Larner: „Wiele kobiet straciło swoich partnerów w czasie wojny”. Do sprawy podchodzili więc w typowo brytyjski sposób: nietypowa seksualność była w porządku dopóty, dopóki trzymano ją za zamkniętymi drzwiami. Jak to mówią: nie wywołuj wilka z lasu.

Wiele rodzin w okolicach Stansfield było wielodzietnych, więc dzieciakom w codziennych przygodach towarzyszyło rodzeństwo. Być może dlatego tak niewiele z nich pamięta Davida. Sue Larner jako jedna z nielicznych go zauważała. Obecnie jest rzeźbiarką i wspomina, że ten ładny, schludny chłopczyk był uzdolniony plastycznie. „Niewiele miałyśmy w szkole wspólnego z chłopcami, ale pamiętam, że zdradziłam mu kilka rysowniczych sztuczek na tablicy – a on pochwalił się niezłymi umiejętnościami. Pokazał mi, jak narysować kobiecy czepek i szyję bez konieczności rysowania w pierwszej kolejności twarzy. Był niezły”.

W czasie wolnym światem pięcioletniego Davida były ruiny po bombardowaniach na Chantrey Road i w dalekich zakątkach Stockwell Road, gdzie bawiły się dzieciaki. Kiedy skręcało się w lewo na Stockwell Road, od razu dochodziło się do szkolnego boiska. Z prawej były dwa sklepy ze słodyczami, jeden prowadzony przez miłego zniewieściałego pana. Poniżej znajdowała się Astoria: późniejsze słynne miejsce koncertów rockowych – Academy – które wśród wykonawców gościło między innymi Davida Bowiego. W latach pięćdziesiątych wciąż mieściło się tam kino. Na porannych seansach pokazywano filmy kowbojskie, Zorro albo Laurela i Hardy’ego. Po drodze do kina mijało się księgarnię ze stoiskami na ulicy, pełną komiksów i książek dla dzieci, duży spożywczak z zaprzęgniętymi do wozów konikami, ale najważniejszym miejscem na Stockwell Road był Pride and Clarke’s, słynny sklep z motocyklami i samochodami, upamiętniony w Powiększeniu Antonioniego, zajmujący kilka pomalowanych na kasztanowo budynków. Tam właśnie David, późniejszy entuzjasta motoryzacji, mógł obmacywać BSA, rileye oraz inne legendarne motocykle i samochody.

Inną nieodłączną cechą Brixton były dźwięki calypso5 i zapach przyprawianego koziego mięsa, którego David zdążył jedynie złapać powiew – w 1954 roku rodzina Haywooda Jonesa wyprowadziła się bowiem na przedmieścia.

John Betjeman, uwielbiany i wielokrotnie nagradzany poeta, opisał przedmieścia jako dom „nowego rodzaju obywatela”. Jako idealny przykład futuryzmu nowy dom Davida w Bromley był miejscem narodzin pisarza H.G. Wellsa. W latach pięćdziesiątych przedmieścia były zarazem obiektem przerażenia, jak i aspiracji. Wyższe klasy pogardzały wymuskanymi, imitującymi styl tudorski domami, podczas gdy klasa średnia z upodobaniem ciągnęła na te czyściutkie uliczki. Dziś, jak wiele angielskich miasteczek, Bromley jest nijakie i przytłoczone wielkimi sieciowymi sklepami. Miejsce urodzenia Wellsa to teraz outlet odzieżowy. Ale w latach pięćdziesiątych okolica ta przechodziła ciągłe zmiany – położona niedaleko od Londynu była bardziej przyjazna i kameralna. „Panowała tam czarująca, a nawet błoga atmosfera”, wspomina kolega Davida ze szkoły, Geoff MacCormack.

Przeprowadzka Haywooda do Bromley zbiegła się z jego awansem ze stanowiska sekretarza na szefa działu promocji. Koledzy uważali go za „bezpretensjonalnego i radosnego – dobrego kompana”. Nowy dom Jonesów, niewielki, schludny wiktoriański budynek przy Plaistow Grove, ślepej uliczce niedaleko linii kolejowej, idealnie odpowiadał standardom tej skromnej, przyzwoitej rodziny.

Niektóre części Bromley były enklawami klasy średniej – stały tam inspirowane stylem tudorskim domy z lat trzydziestych, z witrażowymi okienkami, które podkreślały aspiracje lokatorów – jednak tuż za rogiem czaiła się bieda. Dzieci i ich rodzice namawiani byli do oszczędzania sześciu pensów tygodniowo w Burnt Ash School Boot Club – by pomóc jego wychowankom kupić buty. Sytuacje rodem z Dickensa były na porządku dziennym. Ulicami przechadzali się obwoźni handlarze starzyzną, wykrzykując, jak w czasach wiktoriańskich: „Kupię każde żelastwo!”. Kilka ulic wciąż było oświetlanych gazem i w całym Bromley na palcach jednej ręki można było zliczyć samochody. Firma mleczarska United Dairies, która korzystała z pastwiska za Burnt Ash School, używała koni do rozwożenia mleka, które każdego ranka stawiane było na progach domów. Nawet w latach pięćdziesiątych dostawy prądu były słabe. Odbiorniki radiowe i adaptery podłączano do gniazdka głównej lampy na suficie, a popołudniami, gdy pobór prądu był większy, elektryczne zegarki zazwyczaj zwalniały, by znów przyspieszyć wieczorem. Niewiele rodzin miało telefon – Jonesowie stanowili wyjątek.

David poszedł do Burnt Ash School kilka lat później niż jego koledzy i podczas pierwszych semestrów zbytnio się z nimi nie integrował. W ciągu roku jednak wraz z Dudleyem Chapmanem i Johnem Barrance’em, którzy mieszkali w sąsiedztwie i zostali zaproszeni na jego ósme urodziny, założył coś w rodzaju małej bandy. Dzieciaki szybko zauważyły, że domek Jonesów, choć z dwoma pokojami na górze i dwoma na dole, był bardzo ciasny. John Barrance twierdził, że rodzina ta była powściągliwa i cicha. „Byli bardzo mili, ale do życia mieli chyba stosunek: »Nie dotykaj tego, nie dotykaj tamtego«”. Przyjaciel Davida Max Batten spędzał z nimi czas w nieco przyjemniejszy sposób. Zajadał się lizakami, rozmawiał z panią Jones, a pewnego popołudnia, gdy myszkował na piętrze, podziwiał nawet służbowy pistolet pana Jonesa. Chłopcy bawili się nim w tajemnicy, a potem chowali na miejsce, do szuflady.

Chociaż wielu rówieśników nie przypomina sobie, by David czymkolwiek się wyróżniał, on sam w późniejszych czasach opisywał swoje dzieciństwo jako dysfunkcyjne. W połowie lat siedemdziesiątych, kiedy przechodził swój najdziwniejszy okres, uwielbiał opowiadać, że „w rodzinie szaleńców wszyscy zasługują na empatię”. Szczególnie wskazywał na Peggy, jako idealny przykład represji i ekscentryczności, ale większość osób, które się z nią zetknęły, uważała ją raczej za snobkę. Generalne w domu mile widziane i zapraszane na herbatkę przy Plaistow Grove były tylko dzieciaki z klasy średniej, a David szybko się nauczył, którzy znajomi mogą przekroczyć próg jego domu, a którzy mają czekać przy bramie w ogródku. Tak naprawdę Peggy wolała chłopców, którzy tak jak David nauczeni byli mówić „proszę” i „dziękuję”. John Hutchinson, dobrze wychowany facet z Yorkshire, który siadał z nimi przy kominku obstawionym rodzinnymi zdjęciami, twierdzi, że matka Davida „była miła”, i wspomina, jak w późniejszych latach robiła na drutach ubranka dla jego młodszego syna Christiana. Niektóre napięcia między Peggy a Davidem brały się, zdaniem Hutchinsona, po prostu z różnicy pokoleń, która wkrótce stała się problemem całego kraju, gdy nastała era nastolatków. Wtedy, jak mówi, „pogardzanie rodzicami należało do dobrego tonu”. W kolejnych latach siostra Peggy, Pat, była świadkiem innych napięć w rodzinie. Podczas pierwszego roku po przeprowadzce do Bromley Terry najpewniej został w Brixton – było to o tyle zrozumiałe, że pracował jako urzędnik w Southwark. Później zamieszkał z Davidem, Peggy i Haywoodem przy Plaistow Grove, ale jego pobyt tam – zanim wstąpił do armii w 1955 roku – był krótki. Żaden ze znajomych Davida nie pamięta go z domu Jonesów. Jeśli rodzice „mogą sprawić, że jesteś popieprzony”, jak mówił David, Terry zdecydowanie cierpiał bardziej niż jego brat.

Przyjaciółki Peggy, na przykład Aubrey Goodchild, utrzymują, że mama Davida była „dobrym kompanem. Była prostolinijna i miała konserwatywne poglądy”. Nie tylko David czuł się sfrustrowany i osaczony przez rodzinę. W porównaniu z Ameryką, która przeżywała rozkwit gospodarczy, miała swoich bohaterów filmowych i komiksowych, w Anglii życie było nieco staromodne i dzieciaki czuły się stłamszone. „Byliśmy obdartusami”, mówi absolwentka szkoły w Bromley, Dorothy Bass. „Wszystko wydawało się szare – wspomina inny rówieśnik, Peter Prickett. – Nosiliśmy krótkie szare spodenki z grubego i szorstkiego materiału, szare skarpetki i szare koszule. Drogi były szare, domy z prefabrykatów były szare, a leje po bombach również wydawały się zrobione z szarego gruzu”. Życie było przewidywalne, czas odmierzany codziennymi rytuałami. Niektóre z nich dawały poczucie bezpieczeństwa, jak codzienne wręczanie o godzinie jedenastej dzieciom w szkole małych buteleczek mleka. W radio BBC i w telewizji nocą na koniec programu grano hymn narodowy. David zgłaszał się w szkole jako ochotnik – co rano pracował na podwórku.

Jak na owe czasy szkoła Burnt Ash była nowoczesna. Kładła nacisk na sztukę – szczególnie wszystkie formy muzyki i taniec. Podczas zajęć uczniowie zachęcani byli do wyrażania siebie, do tańca, a tańczyli w samej bieliźnie – ponieważ nikt wtedy nie miał stroju gimnastycznego. Poza tym szkoła respektowała normy lat pięćdziesiątych – surowe zasady szkolnych mundurków, formalnych apeli szkolnych z hymnami i karę chłosty.

Dyrektor George Lloyd był, według jednego z uczniów, „interesujący”. Tęgawy, o pogodnym usposobieniu, prowadził zajęcia muzyki i czytania, dawał również lekcje indywidualne. Był „łagodny”, odnosił się do dzieci z uczuciem i często siadał koło chłopców, którzy czytali, a swych ulubionych uczniów obejmował ramieniem. Wobec kilku chłopców okazywał prawdziwą słabość, „a jednym z nich – jak mówi kolega ze szkoły – był David. Wyjątkowo lubił Davida”.

W wieku dziesięciu czy jedenastu lat David miał subtelne, niemal elfickie rysy, nosił grzywkę, był szczupły i średniego wzrostu. Miał w sobie jednak wiele energii i entuzjazmu, które ujmowały George’a Lloyda oraz innych nauczycieli – wtedy zaczął objawiać się jego dar oczarowywania ludzi. Był przystojny – co jego koleżanki z klasy zauważyły nieco później. Już jako nastolatek nauczył się używać uroku osobistego „jako oręża” – jak mówi jego późniejszy powiernik, dziennikarz Charles Shaar Murray. „Nawet jeśli przez pewien czas się z nim nie widziałeś, to kiedy znów się spotykaliście, po chwili byłeś już przekonany, że niemal nie mógł funkcjonować przez ten czas, kiedy cię nie widział. W pewnym okresie byłem w nim platonicznie zakochany”.

To właśnie ten urok, ta umiejętność wcielania się w taką rolę, jakiej oczekiwał rozmówca, tworzyła Davida Bowiego. Tak pojawiały się w jego życiu kolejne przełomy, możliwości, które jego nadaktywny umysł umiał szybko wykorzystać. W dzieciństwie urok ten nie był tak silny i ewidentny. „Należał do tych dzieciaków, które dawały się zauważać – mówi jego koleżanka ze szkolnej ławy Jan Powling. – Był bystry, dość dowcipny, miał bogatą osobowość”. Codziennie ubrany był bardzo schludnie, czym wyróżniał się wśród kolegów: „Zawsze wypucowany, z czystymi paznokciami – mówi Powling – krótko mówiąc, to był taki chłopak, z którego każda mama byłaby dumna”.

Dziesięcioletni David Jones, ugrzeczniony czyścioszek, wymarzony synek każdej mamy z przedmieścia, nie uniknął również kolejnego schematu. Zapisano go do lokalnego chóru skautów przy kościele anglikańskim. „Byliśmy tam wmontowani – mówi jeden z kolegów, Geoff MacCormack – ponieważ tak wtedy rodzice wychowywali dzieciaki. Nie robiliśmy wokół tego problemów, po prostu podporządkowywaliśmy się”. Jak Keith Richards, jeden z najmniej spodziewanych mistrzów skautingu, inne dzieciaki uwielbiały harcerskie wyprawy. Cotygodniowe spotkania drużyny oraz służba do mszy stały się bardzo ważnym punktem życia Davida. Podczas tych spotkań poznał Geoffa MacCormacka i George’a Underwooda, którzy stali się jednymi z jego najwierniejszych przyjaciół na całe życie. Cała trójka przywdziewała komże i służyła podczas mszy, często także ślubnych, które stały się pierwszymi płatnymi występami wokalnymi Davida. „Nie tylko płacono nam pięć szylingów, całkiem niezłą sumkę, jak na tamte czasy – mówi MacCormack – ale jeśli ceremonia odbywała się w tygodniu, mieliśmy dzień wolny od szkoły”.

Underwoodowie mieszkali po drugiej stronie Bromley, George uczęszczał więc do innej szkoły podstawowej. Był jak na swój wiek wysoki, przystojny i miał zrównoważone, choć żywe usposobienie. Wkrótce stał się jednym z najbliższych przyjaciół Davida. Czasem ich przyjaźń natrafiała na miny, lecz miała ogromny wpływ na ich późniejsze życie. Tym, co spajało ich przyjaźń, był bowiem rock and roll.

Dla większości młodych ludzi z pokolenia Davida i George’a moment eksplozji rock and rolla stał się objawieniem. To była ich ucieczka od szarości. Dla obydwu chłopców chwila ta nadeszła w 1955 roku. Pod koniec roku sensacją w Anglii stał się film Szkolna dżungla. Szerzył ogólne zgorszenie, a politycy ostrzegali przed zgubnym wpływem rockandrollowców, między innymi występującego w filmie Billy’ego Haleya. Mniej więcej w tym czasie Haywood przyniósł do domu ze Stepney Causeway całą torbę singli, które ktoś mu podarował. Wieczorem David przesłuchał wszystkie płyty: Fats Domino, Chucka Berry’ego, Frankiego Lymona i The Teenagers. „Kiedy puściłem sobie Tutti Frutti Little Richarda – powiedział – serce niemal wyskoczyło mi z piersi. Nigdy nie słyszałem niczego, co byłoby do tego podobne. Cały pokój wypełnił się energią, kolorami i aurą prowokacji. Usłyszałem Boga”. Little Richard bardziej niż inni stał się kamieniem milowym w historii rock and rolla. Był uosobieniem seksu, blasku i energetycznej muzyki, która naznaczyła przyszłą karierę Davida: „Zawsze chciałem być Little Richardem – był moim idolem”.

Urodzony jako Richard Penniman, Little Richard był najbardziej kontrowersyjnym rockandrollowcem swojej epoki i gigantyczną inspiracją dla wielu muzyków. Gros rówieśników Bowiego, w tym Keith Richards z The Rolling Stones, jako swych bohaterów wymienia również Muddy’ego Watersa i Chucka Berry’ego. Byli to reprezentanci prawdziwego bluesa, z samej Delty Missisipi. Little Richard był chłopakiem z miasta: wypracował sobie nazwisko w Nowym Orleanie, zachwycał się przedziwnymi artystami, na przykład Guitar Slimem6 i Esqueritą7, bywał w klubach gejowskich, w których odziane w futra transseksualne diwy prześcigały się w najlepszych wcieleniach Diny Washington i Sary Vaughan. Jego płyty odbiegały bardzo od głębokich, uduchowionych piosenek Muddy’ego, pełnych tęsknoty i seksualnej brawury: były minieksplozjami dźwięków, z udziałem najlepszych muzyków sesyjnych w mieście. W dwóch i pół minutach umiał zmieścić tyle emocji, na ile tylko pozwalali operatorzy szaf grających na południu kraju. Richard Penniman nie polegał jedynie na swoim wrodzonym instynkcie muzycznym ani przejmującym głosie: opakowywał swą muzykę w przedziwne aranżacje i jaskrawe ciuchy. Później ujawnił się jako gej, a w końcu odnalazł Boga. Wiele lat później żona Bowiego kupiła swojemu mężowi jedną z marynarek Richarda. Przez wszystkie te lata David Jones swoją pierwszą płytę Little Richarda, którą kupił na Bromley High Street, traktował jako największy skarb. Innym jego idolem był Elvis Presley – ku swemu zachwytowi David odkrył, że urodził się tego samego dnia, co on. Jednak to Little Richard miał zdecydowanie największy wpływ na kształtowanie się muzycznej identyfikacji Davida.

Prymat Little Richarda został dowiedziony, gdy stał się pierwszą gwiazdą rock and rolla, która pojawiła się na ekranach telewizorów w brytyjskich domach. 16 lutego 1957 roku BBC nadało pamiętny Six-Five Special, telewizyjny show dla nastolatków. Pokazano w nim fragmenty dotyczące muzyki klasycznej, konkurs taneczny oraz krótkie urywki filmu Don’t Knock the Rock, w którym Richard wykonywał Tutti Frutti. Przez kolejne kilka tygodni w programie pokazano więcej muzyki Little Richarda, brytyjskich rockersów, Tommy’ego Steele’a i Adama Faitha, oraz, co znaczące, Lonniego Donegana.

Jak wielu brytyjskich nastolatków, David Jones i George Underwood uwielbiali Little Richarda, ale naśladowali Lonniego Donegana. Dziś jego muzyka jest właściwie zapomniana, ale filozofia „zrób to sam” przetrwała w muzyce brytyjskiej od czasów Beatlesów aż do Sex Pistols. Wersje kawałków wziętych od amerykańskich muzyków, na przykład Lead Belly’ego, w wykonaniu Donegana wydawały się wspaniale naiwne – jego muzyka powstawała na najprostszych instrumentach, a braki techniczne stanowiły część jego uroku. Uczeń musiał latami ćwiczyć, by dorównać Little Richardowi albo Chuckowi Berry’emu, ale w kilka wieczorów mógł już grać skiffle8 Lonniego. Domowy skiffle Donegana przyniósł koniec przestarzałej szkoły tanecznej Wielkiej Brytanii i zainspirował całą generację brytyjskich rockandrollowców, wśród nich jedenastoletniego Jonesa i Underwooda. Dla dzieciaków wychowanych w powojennej, siermiężnej rzeczywistości, był to moment, którego wypatrywali od lat. „Czekaliśmy bardzo długo na jakiś cud – mówi George Underwood – aż w końcu stało się. To był katalizator. Od tego czasu muzyka stanowiła główny temat wszystkich naszych rozmów”.

W szkole Burnt Ash było kilkoro dzieciaków, które zostały fanami rock and rolla – Ian Carfrae, później członek New Vaudeville Band, miał kłopoty z dyrektorem, kiedy przyniósł Rock Around the Clock na wspólne słuchanie płyt podczas Świąt Bożego Narodzenia w 1955 roku. Ostatecznie David zyskał największą sławę, ale wtedy to George Underwood pierwszy postanowił założyć własny band. Kiedy poznał Davida, miał już wielką gitarę akustyczną Hofnera i grał w duecie wraz z przyjacielem rodziny, który miał ukulele i również wielką ochotę na własny zespół. Mniej więcej rok po tym, jak się poznali, czyli latem 1958 roku, David i George pojechali na Osiemnasty Letni Obóz Skautów na Isle of Wight. „Na pace ciężarówki przewieźliśmy tarę do prania, do tego mieliśmy ukulele Davida. Skleciliśmy kilka piosenek, które śpiewaliśmy przy ognisku. To były nasze pierwsze publiczne występy. Nikt z nas nie aspirował do miana wirtuoza – ale chcieliśmy śpiewać”.

Te pierwsze próby koncertów, podczas których David brzdąkał, a George śpiewał, stanowiły zapowiedź wydarzeń nadchodzącego roku. Poprzedniej jesieni David przystąpił do decydującego o jego późniejszej edukacji egzaminu. Dzieciaki z Burnt Ash były dobrze przygotowane i pod czujnym okiem szanowanej i siejącej postrach nauczycielki, pani Baldry, David i większość jego przyjaciół zdała. Listę szkół w okolicy otwierała najlepsza Beckenham and Bromley Grammar, a po niej plasowała się Bromley Technical School – otwarta w 1959 roku, by kształcić przyszłych artystów komercyjnych oraz inżynierów. Na końcu była Quernmore Secondary Modern. Po latach David radził jednemu z przyjaciół, by postąpił odwrotnie niż on w wieku jedenastu lat. Mimo że wyniki kwalifikowały go do gimnazjum, wbrew wszelkim oczekiwaniom postanowił wybrać technikum i namówić rodziców, by poparli jego decyzję.

Jedną z inspiracji tego zdecydowanie niepopularnego ruchu był z pewnością wybór George’a Underwooda, który także celował w Bromley Tech. Położenie szkoły obok Bromley College of Art oznaczało również, że chłopcy otrzymaliby dostęp do środowiska uczniów szkoły artystycznej, którzy wkrótce mieli zdefiniować powojenne oblicze Wielkiej Brytanii. Na zajęcia chodzili tam już jego nieco starsi bliscy sąsiedzi, na przykład Keith Richards z Rolling Stones czy Dick Taylor z The Pretty Things – „dzieci wojny”, jak opisywał siebie i innych Richards. Koncepcja, że całe pokolenie dzieciaków może zarabiać na życie sztuką, była nowatorska, a powstała przy przebudowie brytyjskiego systemu edukacji w 1944 roku. System szkół artystycznych stworzył podwaliny pod późniejszą pozycję Wielkiej Brytanii w świecie współczesnej sztuki, reklamy, rynku wydawniczego, filmu i mody. Jak opowiadają ich liczni absolwenci, szkoły artystyczne uczyły ich, że zamiast pracy w fabryce czy biurze można tworzyć swoją przyszłość, bazując na „ideach”. Ta wolność oddziaływała tym mocniej, że szła w parze z powojennym etosem pracy. „Wtedy zrozumieliśmy – mówi przyjaciółka Davida, Dorothy Bass – że po dwóch latach w szkole artystycznej trzeba będzie oddać długi”.

Bromley Tech przeniosła się rok wcześniej do nowej siedziby przy Bromley College of Art, przestronnego betonowo-szklanego budynku, który sprawiał wrażenie nowoczesnego i otwartego. Jednak jego struktura kopiowała angielskie szkoły publiczne, w których uczniowie organizowali się w bursy, niektórzy nauczyciele nosili togi, a na formalnych zebraniach uniwersyteckie birety. Na spotkania nie zapraszano uczniów wyznania katolickiego i żydowskiego. Każdego ranka David i jego koledzy śpiewali wiktoriańskie hymny, na przykład Onward Christian Soldiers, i mamrotali „Amen” w odpowiedzi na modlitwy za rodzinę królewską i inne filary establishmentu.

Pomimo ceregieli formalnego systemu poziom nauczania w Bromley Tech był różny – z wyjątkiem wydziału sztuki, który mieścił się w specjalnie zaprojektowanych budynkach z oknami wychodzącymi na północ, które zapewniały lepsze oświetlenie. Owen Frampton, szef wydziału, był bez wątpienia najbardziej lubianym nauczycielem w szkole. Był entuzjastą – David opisuje go jako „wyśmienitego nauczyciela sztuki i inspiratora” – i posiadał posłuch wśród uczniów. Owen, zwany „Ossym”, miał nie tylko niezłe oko do sztuki, ale też nosa do wszelkich rozrób. Przekonał się o tym jeden z uczniów, John Edmonds, który rzucił kiedyś śnieżką w nauczyciela, jak mu się wydawało, w sposób niezauważony. Wkrótce został wywołany z klasy. „Nabrałem szacunku dla jego wzroku, a także umiejętności w celnym posługiwaniu się kapciem, jako narzędziem strofowania”, wspomina ze smutkiem.

Frampton miał eklektyczną przeszłość i takież gusta: podczas wojny służył w Królewskiej Artylerii, projektował tapety dla firmy Sandersona, potrafił w inspirujący sposób opowiadać zarówno o sztuce klasycznej, jak i nowoczesnej (David twierdził, że to dzięki niemu zainteresował się twórczością Egona Schielego), grał też na gitarze, podobnie zresztą jak jego syn Peter, który zapisał się do Bromley Tech w 1961 roku. Peter, David i George szybko stali się dobrze znani w całej szkole. George i Davis znaleźli na klatce schodowej miejsce, w którym brzmiało naturalne echo, i wykorzystywali je do nieformalnych prób: „Moim wielkim bohaterem był Buddy Holly i chociaż David nie był jego fanem, graliśmy kilka jego kawałków – mówi George. – David tworzył świetne harmonie, pracowaliśmy więc wiele nad brzmieniem, właśnie tam, przy schodach”. Peter siadał przy szkolnej bramie z gitarą i pokazywał dzieciakom, jak grać riffy z The Shadows albo Ventures. Przyjął pseudonim Paul Raven.

Podczas zajęć z Owenem David był bardzo pilnym uczniem, szkicował węglem albo po prostu kręcił się po salach zajęć artystycznych, jednak z roku na rok coraz mniej interesował się innymi przedmiotami. Gdy był w trzeciej klasie, w szkolnym raporcie opisano go jako „sympatycznego wałkonia”. W wieku czternastu lat miał dwie pasje, które naznaczyły jego przyszłość: muzykę i dziewczyny. Obydwu poświęcał się po szkole. Znajdujący się przy typowo prowincjonalnej Bromley High Street sklep Medhursta, w wielkim wiktoriańskim budynku z meblami i wyposażeniem domu, chełpił się jednym z najlepszych w Londynie oddziałem z gramofonami. Ów oddział, mieszczący się w długim, wąskim korytarzu, prowadziła cicha gejowska para, Charles i Jim. Chociaż oficjalnie eksponowali tradycyjne przeboje i nuty, byli pasjonatami modern jazzu i specjalizowali się w imporcie płyt z Ameryki. David spędzał u nich wszystkie popołudnia i z zapamiętaniem przesłuchiwał nowe płyty. Jego muzyczna pasja powoli stała się obsesją, a z biegiem czasu jego gusta były coraz bardziej różnorodne – zachęcony przez Terry’ego poszerzył kolekcję płyt o nagrania jazzowe Charliego Parkera i Charlesa Mingusa. Wkrótce został ich stałym klientem i Jim, młodszy z właścicieli, oraz ich asystentka Jane Green, dawali mu rabaty. Dziewczyna polubiła Davida. „Kiedy wpadałem po szkole, co działo się niemal codziennie, pozwalała mi słuchać płyt w »kabinie dźwiękowej«, czym cieszyłem się aż do zamknięcia sklepu o siedemnastej trzydzieści. Jane często zaglądała do mnie i migdaliliśmy się do dźwięków Raya Charlesa czy Eddiego Cochrana. To było ekscytujące, miałem wtedy trzynaście czy czternaście lat, a ona była siedemnastolatką. To była moja pierwsza starsza kobieta”.

Kabina w Medhurst szybko stała się celem wycieczek nastolatków szukających czegoś ekscytującego na Bromley High Street. W tym małym świecie pojawienie się na początku lat sześćdziesiątych knajpy z indyjskim curry miało znaczenie wybuchu sejsmicznego, podobnie jak otwarcie dwóch kawiarenek Wimpy, jednej w północnej, drugiej w południowej części ulicy. Nastolatki włóczyły się po ogrodach biblioteki, na południe od targu, i starały się wyglądać stylowo w swoich wyświechtanych ciuchach: dziewczyny nosiły czarne swetry z Marks and Spencer – tak było najbliżej do paryskiego bitnikowskiego stylu – a David wybierał się do miasta w poszukiwaniu „włoskich spodni”. Oprócz niego do tych „buntowników z powodem” zaliczał się George Underwood i Geoff MacCormack. Przez towarzystwo przewijał się też handlarz-marynarz Richard Dendy, który przywoził dziwne płyty z Nowego Jorku, oraz Dorothy Bass, przez pewien czas sympatia George’a. Połączyła ich miłość do muzyki. George, jak wspomina Dorothy, był czarujący i przystojny, a także dobrze znany w Bromley. Nie był jednak „przebojowy, nie starał się przyciągać uwagi. Podobnie David… naprawdę, on był zakręcony. Stanowił żywy dowód na to, jak ogromna jest różnica między kimś, kto jest w czymś zaledwie dobry, a tym, który całe życie poświęca swojej pasji”.

Niemal wszyscy uczniowie Bromley Tech z tamtych lat pamiętają Davida i George’a jako tandem. Bardziej utkwił im w pamięci George. Był żywiołowy, miły i ekstrawertyczny. David zaś był cool – ludzie bardziej zwracali uwagę na jego fryzurę, strój czy gadżety, niż na niego samego. W późniejszych latach, kiedy ich pierwszy zespół zaczął być znany w szkole, był miły dla młodszych kolegów, ale kilku jego rówieśników podziela opinię Lena Routledge’a: „Zazdrościłem mu, byłem trochę zawistny, jak to dzieciak. Jemu żyło się lepiej niż nam, jego ojciec zawsze dawał mu rzeczy, o których my nie mogliśmy nawet marzyć: cały zestaw do futbolu amerykańskiego, saksofon i tak dalej. Podziwiałem jego gadżety… Luksus, którym się otaczał, ostro kontrastował z tym, czym mogłem poszczycić się ja czy wielu innych chłopców”.

Kontrast między obecnym a dawnym, skromnym stylem życia Jonesów był wyraźny. Kiedy kariera Haywooda rozwijała się w Barnardo’s, jedyną osobą, która na tym bez umiaru korzystała, był David. Paru przyjaciół podziela opinię Routledge’a i wspomina, jak kupił sobie nowy sprzęt do futbolu amerykańskiego, a jeszcze więcej zauważyło, jak przechadzał się po szkole z saksofonem. Chciał mieć saksofon barytonowy, ale musiał zgodzić się na tańszy, altowy, Graftona, który był jednak równie efektowny. Zrobiony był z kremowego plastiku, ojciec kupił mu go w 1960 roku. Na krótki czas David załatwił sobie nawet lekcje z grającym na barytonowym saksofonie Ronniem Rossem, który grał z Tedem Heathem i innymi wielkimi zespołami. Mieszkał wówczas w okolicy. Osiem lekcji, które z nim odbył, pozostały bez znaczenia, jednak pomogły Davidowi zdobyć pracę w sobotnie poranki w Furlong, sklepie z płytami i instrumentami w Bromley South. Ten mały sklep muzyczny prowadzony przez palącego fajkę trębacza i fana jazzu tradycyjnego był mekką małej społeczności muzyków w Bromley. Tamtejsza tablica ogłoszeń stanowiła punkt kontaktowy dla wszystkich zespołów w okolicy. Rola Davida, polegająca na zainteresowaniu klientów „nowymi brzmieniami”, zdobyła sklepowi pozycję w muzycznej społeczności i co ciekawe, przyciągała dziewczyny.

Mimo że rówieśnicy Davida, choćby George Underwood, przyćmiewali go jako muzyka, on wyróżniał się pewnością siebie. Najciekawszym tego przykładem była sytuacja, gdy uczniowie Tech planowali swój pierwszy wypad poza Anglię – szkolną wycieczkę do Hiszpanii w Wielkanoc 1960 roku. Wiele rodzin nie mogło sobie pozwolić na taki wydatek, ale David był jednym z pierwszych i najmłodszych, którzy od razu się zgłosili. Mała grupa popłynęła promem do Dieppe, a następnie ruszyła autokarem do Hiszpanii. Oglądali tam walki byków, gapili się na uzbrojoną po zęby armię Franco i narzekali na ostre jedzenie. Dzieciaki nawiązywały nowe znajomości, uśmiechając się do nieznajomych, albo grały w piłkę nożną z hiszpańskimi rówieśnikami. Jak wspomina kolega Davida z klasy, Richard Comben, Jones spędzał większość dnia, rozwijając talent „zagadywania dziewczyn”. Jego umiejętności zostały docenione i opisane w gazetce szkolnej, w której pisano o „Don Jonesie, kochasiu, którego ostatnio widziano, gdy ścigało go trzynaście señoritas”.

David wspominał po latach, że w czasie, gdy odkrył, że dziewczyny są „okropne”, był niepoprawnym bawidamkiem. Kobieca populacja Bromley wcale jednak tak go nie odbierała. Zdaniem Jan Powling „był miły, czarujący – absolutnie nie był szpanerem”. Znała Davida z Burnt Ash Junior, w trzeciej klasie gimnazjum zaprosił ją na randkę. Jak każe tradycja, zadzwonił do pana Powlinga, by uzyskać jego pozwolenie na dzień czy dwa przed spotkaniem, które zamieniło się w podwójną randkę. Grupka czworga nastolatków pojechała więc autobusem numer 94 do kina Bromley Odeon: moralnym wsparciem dla Davida był Nick, kolega z Bromley Tech, a Jan towarzyszyła Deidre, koleżanka z Burnt Ash Secondary dla dziewcząt. Na nieszczęście Deidre była jedną z najbardziej atrakcyjnych dziewczyn ze swojego rocznika: miała blond włosy upięte w kucyk i modne ciuchy. Pod koniec wieczoru David oddalił się wraz z nią, zostawiając Jan z Nicholasem. „Nie mam pretensji do Davida – mówi wyrozumiale – to była jedna z najładniejszych dziewczyn, które znaliśmy”.

Nie wszyscy jednak byli tak pobłażliwi dla koguciego zachowania Davida. Jeden z przykładów jego niestałości stał się słynny w Bromley Tech, a następnie przeszedł do historii rock and rolla. Pozostawił w młodym Jonesie trwały ślad, który stał się symbolem jego „nieziemskiego” wizerunku.

George Underwood wplątał się w bójkę, co było dość zaskakujące przy jego łagodnym usposobieniu. Do przemocy zmusił go jednak jawny przekręt ze strony przyjaciela. Wiosną 1962 roku, kiedy chłopcy mieli po piętnaście lat, George miał umówioną randkę z dziewczyną ze szkoły w Bromley, Carol Goldsmith. David przekazał mu wiadomość, że Carol zmieniła zdanie i nie przyjdzie. Wkrótce George odkrył, że David, któremu również podobała się Goldsmith, skłamał – Carol czekała na George’a na próżno i po mniej więcej godzinie poszła do domu, wściekła, że została wystawiona.

Plan Davida polegał na tym, by przechwycić porzuconą dziewczynę, ale kiedy Underwood odkrył intrygę, doszło do kłótni. Wściekły George z impetem walnął przyjaciela w twarz, tak nieszczęśliwie, że uszkodził mu gałkę oczną. „To był nieszczęśliwy wypadek. Nie miałem żadnego kastetu ani niczego twardego, nawet pierścienia, choć rzeczywiście czymś musiałem go zahaczyć. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało mi się tak poważnie uszkodzić mu oko… Nie chciałem, żeby tak to się skończyło”.

Obrażenia Davida były poważne. Został zabrany do szpitala i koledzy usłyszeli, że może stracić wzrok w lewym oku. Przerażony Underwood dowiedział się, że Haywood i Peggy Jones mieli zamiar oskarżyć go o napaść. David nie pojawiał się w szkole przez kilka tygodni, a George w końcu zebrał się na odwagę, by spotkać się z Haywoodem. „Chciałem mu powiedzieć, że zupełnie nie miałem takich intencji. Na Boga, nie chciałem go przecież okaleczyć!” Uraz spowodował paraliż mięśni, które odpowiadają za zmniejszanie tęczówki, przez co pozostawała permanentnie rozszerzona i sprawiała wrażenie, jakby różniła się kolorem od drugiej. Zaburzona została też głębia widzenia Davida: „W ten sposób nabyłem dziwnego poczucia perspektywy – opowiadał później. – Kiedy prowadzę samochód, inne pojazdy nie jadą w moją stronę, tylko robią się coraz większe”. Po wielu tygodniach David wrócił do szkoły, a z George’em zaczął rozmawiać dopiero po miesiącu. (Haywood również mu w końcu wybaczył, ale na to trzeba było trochę czasu). Te wydarzenia sprawiły, że Davida ominęło wielkie wydarzenie: przybycie rock and rolla do Bromley Tech w kwietniu 1962 roku. Owen Frampton był jednym z organizatorów konkursu talentów, pilnował świateł i nagłośnienia. Zespół jego syna, The Little Ravens, zagrał w pierwszej połowie, wciśnięty pomiędzy magika i taneczny duet. Kapela Underwooda, George and the Dragons, wystąpiła po przerwie, prezentując o wiele głośniejszy i chropowaty styl niż Frampton junior. Pete Goodchild wspomina: „Na tamte czasy byli bardzo awangardowi”.

Underwood do dziś się zastanawia, jak brzmiałby ten występ, gdyby na scenie pojawili się również jego koledzy. Do letniego semestru ich przyjaźń wróciła do normy, chociaż Underwood odczuwał co pewien czas fale wyrzutów sumienia. „Patrzyłem na Davida i myślałem: o Boże, to ja mu to zrobiłem”. W końcu David dziękował George’owi za trwałe uszkodzenie oka („powiedział mi, że dzięki temu zyskał mistyczny wygląd”), choć przez całe dziesięciolecia George irytował się, gdy David mówił, że nie miał pojęcia, dlaczego przyjaciel go uderzył. „Udawał, że nie wie, dlaczego to zrobiłem. A wiedział doskonale”.

Rozczarowanie Underwooda tym, że jego przyjaciel nie obejrzał wielkanocnego występu George and the Dragons, trwało równie krótko, co istnienie zespołu. W tym czasie George zaczął grać z The Hillsiders i The Spitfires, a niedługo po Wielkanocy dogadał się z The Kon-Rads, staromodną kapelą taneczną, którą kilka miesięcy wcześniej założył perkusista Dave Crook i gitarzysta Neville Wills. Kiedy George do nich dołączył, zaprosił do współpracy również Davida, prosząc, by grał u nich na saksofonie. Zastrzegł jednak: „Możesz zaśpiewać kilka kawałków, jeśli chcesz, ale to ja jestem wokalistą”. David przynosił na próby swojego graftona. „Wyglądał wtedy trochę jak Joe Brown9, powiedzieliśmy mu więc, że może zaśpiewać A Picture of You i A Night at Daddy’s G’s”.

Pierwszy publiczny występ Davida miał miejsce kilka tygodni później, 12 czerwca 1962 roku podczas szkolnego święta Rady Rodziców Bromley Tech. Było to najważniejsze święto w kalendarzu szkoły – Rada Rodziców sprowadziła specjalny sprzęt nagłaśniający, a na imprezie pojawiły się cztery tysiące widzów: rodziców i uczniów. Tego popołudnia nikt nie usłyszał wcielenia Joego Browna w wykonaniu Davida, ponieważ występ The Kon-Rads był wyłącznie instrumentalny.

David, z zalotnym blond loczkiem na czole, stał ze swoim kremowym saksofonem obok George’a Underwooda, który grał riffy The Shadows na gitarze Hofnera. Według szkolnego kolegi, Nicka Brookesa, David „wyglądał stylowo, był dobrze ubrany”. To był efektowny debiut, ale wśród publiczności panowała opinia, że karierę zrobi wyższy od Davida i przystojniejszy oraz popularniejszy od niego przyjaciel. „To George był wokalistą, to on naśladował Elvisa – mówi Roger Bevan, który, podobnie jak inni uczniowie, pamięta głównie ciemne, błyszczące włosy Underwooda i jego elvisowski uśmiech. – Wszyscy uznali, że kiedyś będzie wielki”.

[1] Vera Lynn, właściwie Vera Margaret Welch – brytyjska wokalistka, której początki kariery przypadły na okres tuż przed wybuchem II wojny światowej. Wylansowała wielki przebój The White Cliffs of Dover. Jest bohaterką utworu Vera z rock opery The Wall zespołu Pink Floyd – przyp. tłum.

[2] Centre Georges Pompidou – charakterystyczny budynek w Paryżu, zaprojektowany przez Renzo Piano i Richarda Rogersa, siedziba między innymi Muzeum Sztuki Współczesnej. Wszystkie instalacje umieszczono na zewnątrz i pomalowano na różne kolory, w zależności od pełnionej funkcji – przyp. red.

[3] Robert Leroy Johnson (1911–1938) – amerykański gitarzysta nazywany królem gitary bluesowej. Legenda głosi, że swój talent zawdzięczał paktowi z diabłem – przyp. red.

[4] Laurel i Hardy w Polsce znani są jako Flip i Flap – przyp. red.

[5] Gatunek muzyczny wywodzący się z Afryki – przyp. red.

[6] Guitar Slim, właśc. Eddie Jones (1926–1959) – gitarzysta bluesowy z Nowego Orleanu, uważany za jednego z prekursorów rock and rolla – przyp. red.

[7] Esquerita, właśc. Eskew Reeder Jr (1935–1986) – pianista czerpiący z muzyki gospel, również określany jako jeden z pionierów muzyki rockandrollowej – przyp. red.

[8] Skiffle – rodzaj muzyki folk, z wpływami jazzu i bluesa, w której obok banjo czy harmonijki ustnej w roli instrumentów często pojawiają się także przedmioty codziennego użytku – przyp. red.

[9] Joseph Roger „Joe” Brown (ur. 1941) – brytyjski wokalista i gitarzysta rockandrollowy – przyp. red.

Tytuł oryginału:

Starman. David Bowie. The definitive biography

Copyright © Paul Trynka 2011

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Sine Qua Non 2013

Copyright © for the translation by Agnieszka Wojtowicz-Jach 2013

Redakcja i korekta

Magdalena Lalak

Joanna Mika-Orządała

Kamil Misiek/Editor.net.pl

Opieka redakcyjna

Łukasz Kuśnierz

Projekt typograficzny

Agnieszka Szatkowska

Skład

Joanna Pelc (zdjęcia)

Agnieszka Szatkowska

Okładka

Paweł Szczepanik

Cover photographs:

© James Dimmock/Corbis Outline/Fotochannels (front)

© Dezo Hoffmann/Rex Features (back)

First published in Great Britain in 2010 by Sphere.

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej cześć nie może być przedrukowywana

ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN: 978-83-63248-97-0

www.wsqn.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSQN

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Iggy Pop: Upadki, wzloty i odloty legendarnego punkowca David Bowie. STARMAN. Człowiek, który spadł na ziemię 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana