Mój język prywatny

Mój język prywatny

Autorzy: Jerzy Bralczyk

Wydawnictwo: Iskry

Kategorie: Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 31

cena od: 25.90 zł

Jeden z najznakomitszych polskich języko-znawców opowiada o słowach, zwrotach i wyrażeniach, zdawać by się mogło, ogólnie znanych i używanych przez wszystkich na co dzień. Ale czy faktycznie wiemy, co też one wyrażają, jak zmienia się ich znaczenie w zależności od sytuacji, kontekstu, intonacji. Okazuje się, iż czasem nie jest to wcale takie oczywiste.
Spis treści

Początek

Słownik autobiograficznyAbsolutnie

Akurat

Albo

Ale

Ba

Bardzo

Bądź

Bo

Bodaj

Byle

Cel

Charakter

Chciałbym

Chociaż / choć

Choćby

Chyba

Ci

Ciało

Cóż

Section

Cześć

Dalej

Depresja

Dla

Dopiero

Dość / dosyć

Dowartościowanie

Dzięki

Fantazja

Gdyby

Gdzieś

Hej

Inaczej

Instynkt

Ja

Jakby

Jako

Jakoś

Jednak

Jeszcze

Już

-kolwiek

Koło

Koniecznie

Lepiej

Los

Manipulacja

Masz

Mi

Można

Nadzieja

Nadzieja

Należy

Naprawdę

Na razie

Naturalnie

Niby

Nic

Niech

Nie wiem

No

Nominacja

Normalnie

Obłęd

Oczywiście

Otóż

Owszem

Pewnie

Pięknie

Płeć

Pokusa

Po prostu

Pora

Profesjonalizm

Promocja

Proszę

Przebaczenie

Przecież

Przez

Przepraszam

Przykład

Przypadkiem

Psychologia

Raczej

Raz

Rozmowa

Rozumienie

Rzeczywiście

Sam

Samo-

Samotność

Seks

Słowo daję

Sobie

Strach

Sumienie

Szczególnie

Szczęście

Świadomość

Święta

Talent

Tam

Tego

Też

To wszystko

Trochę

Trzeba

Tyle

Tylko

Uzależnienie

Wcale / zupełnie / całkiem / w pełni

Widać

Wiesz

Więc

Wiosna

Właściwie

Właśnie

W ogóle

Wola

Wolny

Wprost

Wręcz

Wszystko jedno

Względnie

Zależy

Zaraz

Zarządzanie

Zasadniczo

Zbyt

Zdrada

Znaczy

Znowu / znów

Zodiak

Zresztą

Żeby

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne: An­drzej Ba­rec­ki

Re­dak­cja: Ewa Ja­strun

Co­py­ri­ght © by Je­rzy Bral­czyk, War­sza­wa 2004

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two ISKRY, War­sza­wa 2004

ISBN 978-83-244-0248-9

Wy­daw­nic­two ISKRY

ul. Smol­na 11, 00-375 War­sza­wa

Dział han­dlo­wy: tel./faks (0-22) 827-33-89

e-mail: iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Początek

Wycho­wy­wa­łem się wśród lu­dzi mó­wią­cych. Moi ro­dzi­ce byli na­uczy­cie­la­mi, ich ro­dzi­ce też. Dla mnie wszy­scy ro­dzi­ce byli na­uczy­cie­la­mi, zresz­tą tak po tro­sze pew­nie jest. Byli na­uczy­cie­la­mi wiej­ski­mi, uczy­li wszyst­kie­go. Wszyst­ko wie­dzie­li. Oj­ciec na ogół wie­dział, że wie, co bu­do­wa­ło jego au­to­ry­tet, mat­ka nie była pew­na, co też bu­do­wa­ło au­to­ry­tet. Mat­ka lu­bi­ła i umia­ła mó­wić – pod wa­run­kiem, że słu­cha­ły jej tyl­ko bli­skie oso­by. Była świet­nym mów­cą pry­wat­nym. Po­dob­nie jej mat­ka, moja bab­ka. Oj­ciec pu­blicz­nie mó­wił zna­ko­mi­cie. Traf­nie, mą­drze i dow­cip­nie, zwłasz­cza kie­dy go do­brze słu­cha­no. Pry­wat­nie mó­wił mniej, a były oso­by, do któ­rych nie mó­wił.

Jego oj­ciec, mój dzia­dek, pra­wie w ogó­le nic nie mó­wił, po­słu­gi­wał się tyl­ko groź­ny­mi (dla mnie) mo­no­sy­la­ba­mi. Przez to się go ba­łem i nie­zwy­kle sza­no­wa­łem. Ale był na­uczy­cie­lem, po­dob­no do­brym, więc pew­nie mó­wił wte­dy, kie­dy było trze­ba. Jego dru­gi syn, mój stryj, był księ­dzem. Miał do­bre ka­za­nia, a pry­wat­nie był jed­nym z naj­do­wcip­niej­szych lu­dzi, ja­kich zna­łem.

By­łem (cią­gle je­stem) dziec­kiem wiej­skich na­uczy­cie­li. To był przy­wi­lej, ale i ob­cią­że­nie. Gdy­bym był jako dziec­ko duży i sil­ny, gdy­bym się źle uczył, miał­bym może ja­kiś mir u ko­le­gów, mimo że by­łem dziec­kiem na­uczy­cie­li. Ale by­łem mały i sła­by, a do tego (a może przez to?) do­brze się uczy­łem. Mia­łem kom­plek­sy wy­ni­ka­ją­ce z od­rzu­ca­nia. Dla­te­go tak mi za­le­ża­ło, żeby się po­do­bać.

Po­do­ba­ło się in­nym, zwłasz­cza do­ro­słym, tak­że ojcu (mat­ce mniej), kie­dy się po­do­ba­łem przez mó­wie­nie. Mó­wi­łem róż­ne rze­czy od dzie­ciń­stwa. Naj­czę­ściej re­cy­to­wa­łem wier­sze. Na szkol­nych aka­de­miach za­wsze i chęt­nie. Kie­dyś, gdy za­nie­mo­gła ko­le­żan­ka od oko­licz­no­ścio­we­go wier­sza, na aka­de­mii z oka­zji rocz­ni­cy re­wo­lu­cji paź­dzier­ni­ko­wej po­wie­dzia­łem Re­du­tę Or­do­na, co było moim pierw­szym (i jed­nym z ostat­nich) ak­tem sprze­ci­wu wo­bec re­żi­mu ko­mu­ni­stycz­ne­go.

Cie­szy­łem się, kie­dy da­wa­no mi mó­wić, ale tyl­ko w świe­cie do­ro­słych. Wo­bec ró­wie­śni­ków, dużo sil­niej­szych ode mnie, a więc dużo mą­drzej­szych, by­łem nie­pew­ny i skrę­po­wa­ny.

Nie wie­dzia­łem, co trze­ba mó­wić. Nie­zdar­nie klą­łem, żeby się przy­po­do­bać. Nie umia­łem mó­wić gwa­rą, cho­ciaż pró­bo­wa­łem.

Od­bi­ja­łem so­bie w szko­le, gdzie by­łem prze­mą­drza­ły. Od­bi­ja­łem so­bie na młod­szej sio­strze, któ­rą wpro­wa­dza­łem w ję­zy­ko­we ry­tu­ały i wy­mu­sze­nia. Two­rzy­łem sys­te­my za­klęć, któ­rym ocho­czo ule­ga­ła, a na­wet prze­ja­wia­ła wła­sną in­wen­cję.

Sło­wa mnie zaj­mo­wa­ły. Po­dob­no jako trzy­la­tek bie­ga­łem wo­kół sto­łu, wy­krzy­ku­jąc świe­żo po­zna­ne sło­wo „cy­cek”. Gdy moja ku­zyn­ka mnie skar­ci­ła, za­py­ta­łem na­iw­nie, co mogę wy­krzy­ki­wać, bie­ga­jąc wo­kół sto­łu. Pod­su­nę­ła mi dwa pierw­sze z brze­gu wy­ra­zy, „kar­to­fe­lek” i „ró­życz­ka”. Jak głu­pi, wy­krzy­ki­wa­łem je z rów­nym en­tu­zja­zmem. Pew­nie cho­dzi­ło o to, żeby wy­krzy­ki­wać. O Oby­wa­te­lu Kane nie mo­głem jesz­cze wte­dy sły­szeć.

Z pol­skie­go by­łem oczy­wi­ście naj­lep­szy. Nie ro­bi­łem błę­dów or­to­gra­ficz­nych i pi­sa­łem naj­lep­sze wy­pra­co­wa­nia. Wszyst­ko czy­ta­łem, co trze­ba. Mia­łem ta­kie przy­mu­so­we dzia­ła­nie, żeby czy­tać całe książ­ki. Je­śli opu­ścił­bym ja­kąś li­te­rę, nie li­czy­ło­by się.

Pa­mię­tam, jak czy­ta­łem jako dzie­się­cio­la­tek Quo va­dis.

To była strasz­na mę­czar­nia, czy­ta­łem po parę razy każ­dą stro­nę, a po­tem wra­ca­łem, bo prze­cież mo­głem coś prze­oczyć. Do dziś uwa­żam, że to jed­na z naj­le­piej na­pi­sa­nych po pol­sku ksią­żek.

Znam jej frag­men­ty na pa­mięć.

Wie­dzia­łem chy­ba od po­cząt­ku, że naj­lep­szą pol­ską książ­ką jest Pan Ta­de­usz. Czy­ta­łem go w kół­ko od wcze­sne­go dzie­ciń­stwa i uczy­łem się na pa­mięć. Efekt jest taki, że nie tyl­ko znam go w więk­szo­ści na pa­mięć do dziś (na­wet chy­ba co­raz wię­cej i le­piej, bo cią­gle go czy­tam), ale jesz­cze zbie­ram jego eg­zem­pla­rze i mam je­den z naj­więk­szych zbio­rów w Pol­sce. Na świe­cie oczy­wi­ście też.

Kie­dy mia­łem pięt­na­ście lat, mie­rzy­łem może metr pięć­dzie­siąt. Prze­zię­bi­łem się wte­dy i wsta­łem z cho­ro­by za wcze­śnie. Gra­li we­stern w ki­nie, bar­dzo się spie­szy­łem, bie­głem i spo­ci­łem się. Ale za­trzy­mał mnie pan Jan­kow­ski, przy­ja­ciel ro­dzi­ców, i mu­sia­łem z nim po­roz­ma­wiać. Wiał wiatr i zzią­błem. Na­stęp­ne­go dnia po­ło­ży­łem się, jak się po­tem oka­za­ło – na parę mie­się­cy. Do­sta­łem za­pa­le­nia sta­wów. Mia­łem w domu kom­plet dzieł Sło­wac­kie­go. Prze­czy­ta­łem wszyst­ko, od de­ski do de­ski, z od­mia­na­mi tek­stu. Nie­wie­le zro­zu­mia­łem, ale mia­łem po­czu­cie cze­goś waż­ne­go. Po paru mie­sią­cach le­że­nia osią­gną­łem swój obec­ny wzrost – metr sześć­dzie­siąt osiem (ale mó­wi­łem za­wsze, że dzie­więć). I po­lu­bi­łem ser­decz­nie Sło­wac­kie­go. By­łem na­stro­jo­ny ro­man­tycz­nie. Do dziś je­stem.

I ro­man­ty­cy rze­czy­wi­ście mają udział w moim ję­zy­ku. Czę­ściej iro­nicz­no-za­ba­wo­wi, z Pana Ta­de­usza i Be­niow­skie­go, z au­to­te­ma­tycz­nych żar­tów – niż pod­nio­śli. Jak­kol­wiek mam głę­bo­ką świa­do­mość, że ję­zyk jest tym, co nam dane naj­bar­dziej po­waż­nie, co jest naj­praw­dziw­sze, bo nie pod­le­ga kwe­stii, to wiem też, że jego praw­dzi­wość naj­bar­dziej ujaw­nia się w jego ope­ra­cyj­nej moż­li­wo­ści tak po­twier­dza­nia, jak za­prze­cza­nia, tak mó­wie­nia se­rio, jak iro­ni­zo­wa­nia, tak prze­ka­zy­wa­nia praw­dy, jak kła­ma­nia. Ję­zyk jest dla świa­ta, ale jest po­nad nie­go. Naj­wy­raź­niej to wi­dać wte­dy, gdy jego uży­cie wią­że się z żar­tem, dow­ci­pem, zwłasz­cza ję­zy­ko­wym – w każ­dym ra­zie z dy­stan­sem do świa­ta. A tak­że z dy­stan­sem do sa­me­go ję­zy­ko­we­go opi­sy­wa­nia świa­ta. Dla­te­go oprócz iro­nicz­nych ro­man­ty­ków wchła­nia­łem hu­mo­ry­stycz­ne­go Sien­kie­wi­cza z Try­lo­gii, gro­te­sko­we­go Gom­bro­wi­cza z Trans­atlan­ty­ku i Ślu­bu, jaw­nie już dow­cip­ku­ją­cych ję­zy­kiem Tu­wi­ma, Gał­czyń­skie­go i Brze­chwę. Spe­cjal­ny wpływ na moje mó­wie­nie i my­śle­nie ję­zy­kiem miał (i ma) Ste­fan The­mer­son, któ­re­go uczniem chciał­bym być, z jego pre­cy­zyj­nym i za­ra­zem luź­nym sto­sun­kiem do tego, co moż­na by po­wie­dzieć i co trze­ba mó­wić. Pę­drek Wy­rzu­tek i Pro­fe­sor Mmaa, ale też Kar­dy­nał Pölätüo i Bay­amus to wpraw­dzie nie wzor­ce ję­zy­ko­we, ale do­bre przy­rzą­dy do ostrze­nia ję­zy­ka.

Poza więk­szą czę­ścią Pana Ta­de­usza znam na pa­mięć kil­ka­dzie­siąt wier­szy Mic­kie­wi­cza, dru­gą część Dzia­dów i znacz­ną część trze­ciej, wie­le wier­szy Sło­wac­kie­go i wiel­kie frag­men­ty jego dra­ma­tów, Ma­ra­ton Ujej­skie­go, nie­mal w ca­ło­ści Ze­mstę i We­se­le, wie­le Tu­wi­ma, w tym szcze­gól­nie prze­ze mnie ulu­bio­ne jego tłu­ma­cze­nie Sło­wa o puł­ku Igo­ra, mnó­stwo Brze­chwy, 120 przy­gód Ko­zioł­ka Ma­toł­ka i wie­le jesz­cze rze­czy, któ­rych w tej chwi­li so­bie nie przy­po­mi­nam. Mój syn cie­szył się tym jako dziec­ko. Moja wnucz­ka dzi­siaj już mniej.

Uwa­żam za waż­ne ję­zy­ko­wo wła­sne iden­ty­fi­ka­cje: jak wy­glą­da data mo­je­go uro­dze­nia, jak na­zy­wa się jego miej­sce, jak sam się na­zy­wam.

Bar­dzo mnie ba­wi­ło, uwa­ża­łem to zresz­tą za spe­cjal­nie ory­gi­nal­ne, że moja me­try­kal­na data uro­dze­nia róż­ni się od tej praw­dzi­wej. Uro­dzi­łem się 23 maja, a w me­try­ce, a po­tem w do­wo­dzie oso­bi­stym mam za­pi­sa­ną datę 5 czerw­ca. Cza­sem się mylę i za­miast piąt­ki pi­szę szóst­kę, przed chwi­lą też się tak po­my­li­łem. Uro­dzi­łem się w Cie­cha­no­wie, me­try­ka i za nią do­wód po­da­ją, że w Ko­by­li­nie. Ta mała wio­ska nie­da­le­ko Opi­no­gó­ry na­zy­wa się Ko­by­lin, ale, jak to bywa, lo­kal­nie mia­ła i inną na­zwę, mia­no­wi­cie Ko­by­li­no, i w tej for­mie funk­cjo­nu­je jako miej­sce mo­je­go uro­dze­nia. Nie tyl­ko nie­praw­dzi­we, ale jesz­cze prze­krę­co­ne.

Naj­daw­niej­si przy­ja­cie­le mó­wią do mnie ra­czej „Bral­czyk” niż „Ju­rek”. Na­wet żona tak o mnie do nich cza­sem mówi. Sama mo­je­go na­zwi­ska nie nosi. Twier­dzi, że do­da­ła­by so­bie do wła­sne­go, no­ta­be­ne bar­dzo ory­gi­nal­ne­go, na­zwi­ska „Bral­czy­ko­wa”, ale „Bral­czyk” – nie.

Je­stem bar­dziej przy­wią­za­ny do na­zwi­ska niż do imie­nia. My­ślę o so­bie jako o Bral­czy­ku. To ra­czej rzad­kie na­zwi­sko, część mo­jej ro­dzi­ny zresz­tą prze­mia­no­wa­ła się daw­no temu na Bral­skich, pew­nie dla­te­go, żeby z za­moż­nych chło­pów stać się przy­najm­niej w ten spo­sób szlach­tą. Nie­ste­ty Bral­czy­ko­wie her­bu nie mają, cze­go ża­łu­ję o tyle, że jesz­cze ja­kaś na­zwa by się ze mną łą­czy­ła. Moja mat­ka za to była her­bu Ko­ście­sza, jako Go­ła­szew­ska, a jej mat­ka, Tur­ska z Tur­skich z Tu­rzy, mia­ła herb Do­łę­ga. Ja nie je­stem Ko­ście­sza, tym bar­dziej nie Do­łę­ga, a swo­je na­zwi­sko lu­bię. Wy­da­je mi się ono z jed­nej stro­ny ory­gi­nal­ne, z dru­giej – bar­dzo swoj­skie. Dla mnie rze­czy­wi­ście jest swoj­skie.

Na stu­diach, gdy trze­ba było wpi­sy­wać się na li­sty obec­no­ści, przez pe­wien czas po­mi­ja­łem imię. Wy­da­wa­ło mi się ba­nal­ne – w moim po­ko­le­niu chy­ba tyl­ko An­drze­jów wię­cej było niż Je­rzych. Te­raz Je­rzych mało. Ten zwy­czaj po­mi­ja­nia imie­nia tłu­ma­czy­łem tym, że imie­nia nie uży­wam. Było to na tyle ory­gi­nal­ne, że przy­cią­ga­ło uwa­gę wy­kła­dow­ców i w su­mie się opła­ca­ło. Ale nie ro­bi­łem tego z wy­ra­cho­wa­nia.

Stu­dio­wa­łem oczy­wi­ście po­lo­ni­sty­kę. Chcia­łem być dzien­ni­ka­rzem, wcze­śniej ak­to­rem. Po czę­ści je­stem ak­to­rem, moje pro­gra­my te­le­wi­zyj­ne i wy­kła­dy mają w so­bie coś z ak­tor­stwa. Dzien­ni­ka­rzem też by­wam, pi­su­ję fe­lie­to­ny, przez rok by­łem (tro­chę ma­lo­wa­nym, trze­ba przy­znać) re­dak­to­rem na­czel­nym ogól­no­pol­skie­go dzien­ni­ka, któ­re­go dziś nikt nie pa­mię­ta. Ale zo­sta­łem po­lo­ni­stą. I ję­zy­ko­znaw­cą, co na po­cząt­ku było mniej oczy­wi­ste. Ale kie­dy oka­za­ło się, że je­stem do­bry z ła­ci­ny (od razu czy­ta­łem hek­sa­metr hek­sa­me­trem), że znam ję­zyk sta­ro-cer­kiew­no-sło­wiań­ski (ta­jem­ni­ca była taka, że na­uczy­łem się na pierw­sze za­ję­cia czy­tać tę oso­bli­wą cy­ry­li­cę), że lu­bię i znam gra­ma­ty­kę – wy­bra­łem spe­cja­li­za­cję ję­zy­ko­znaw­czą.

Naj­wię­cej kło­po­tu na stu­diach mia­łem ze szko­le­niem woj­sko­wym. Po­cząw­szy od dru­gie­go roku, ze wszyst­kich eg­za­mi­nów mia­łem piąt­ki. Ale nie na Stu­dium Woj­sko­wym. Tu ze wszyst­kich eg­za­mi­nów mia­łem dwój­ki, na­wet mu­sia­łem zda­wać tak zwa­ny eg­za­min ko­mi­syj­ny, z przed­sta­wi­cie­lem rek­to­ra­tu. Nie by­łem i nie je­stem pa­cy­fi­stą, lu­bi­łem Sien­kie­wi­cza i fil­my wo­jen­ne, sta­ra­łem się, jak mo­głem, i uczy­łem, cze­go trze­ba – nic nie po­ma­ga­ło. Po la­tach ob­wi­niam o to moje po­dej­ście ko­mu­ni­ka­cyj­ne. Na jed­nym z eg­za­mi­nów puł­kow­nik zwró­cił się do mnie: „za­cho­wuj­cie się bo­jo­wo!”, ale po­wie­dział to tak, że stru­chla­łem. By­łem z pew­no­ścią ofer­mą woj­sko­wą, choć wte­dy wo­la­łem tak o so­bie nie my­śleć. Ję­zyk woj­sko­wy był czę­stym przed­mio­tem drwin stu­denc­kich – do­brze było mieć ja­kieś gor­sze, śmiesz­niej­sze ję­zy­ki. Nie­któ­rzy jed­nak z wy­kła­dow­ców mie­li cie­ka­we wy­czu­cie ję­zy­ko­we. Pa­mię­tam, jak je­den z nich dłu­go szu­kał, ja­kie okre­śle­nie naj­le­piej by pa­so­wa­ło do mnie, zaj­mu­ją­ce­go wła­śnie po­zy­cję strze­lec­ką le­żąc. W koń­cu, zre­zy­gno­wa­ny, po­wie­dział: „No piz­da, piz­da! In­a­czej nie moż­na po­wie­dzieć”. Za­brzmia­ło to tym smacz­niej, że za­cią­gał.

In­nym śmiesz­nym, gor­szym ję­zy­kiem był ję­zyk or­ga­ni­za­cji mło­dzie­żo­wych, tro­chę przy­po­mi­na­ją­cy ję­zyk par­tyj­ny. Dzia­ła­łem w Związ­ku Mło­dzie­ży So­cja­li­stycz­nej – ra­czej ze wzglę­dów to­wa­rzy­skich niż ko­niunk­tu­ral­nych – ale i od we­wnątrz był ten ję­zyk, w któ­rym się „to­wa­rzy­szy­ło”, dość za­baw­ny. Kie­dy po­tem, już bar­dziej ko­niunk­tu­ral­nie, choć bez ide­olo­gicz­ne­go wstrę­tu, za­pi­sa­łem się do Pol­skiej Zjed­no­czo­nej Par­tii Ro­bot­ni­czej, jej ję­zyk brzmiał mi jesz­cze śmiesz­niej nie­na­tu­ral­nie, ale, wpraw­dzie z pew­nym ma­so­chi­zmem i dwój my­śle­niem, uży­wa­łem go, świa­dom śmiesz­no­ści, tak­że na ze­bra­niach par­tyj­nych.

Wresz­cie jesz­cze jed­nym ję­zy­kiem cza­sem ob­śmie­wa­nym, ale już nie­jed­no­znacz­nie i z pew­ny­mi kom­plek­sa­mi, był tak zwa­ny „żar­gon iblow­ski”, sto­so­wa­ny przede wszyst­kim przez uczo­nych z In­sty­tu­tu Ba­dań Li­te­rac­kich, ale tak­że przez ich bar­dziej eru­dy­cyj­nych niż in­te­li­gent­nych stu­denc­kich ako­li­tów. Ten ję­zyk było w do­brym to­nie znać, ale do­brze też było mieć do nie­go dy­stans. Inna moja ak­tyw­ność or­ga­ni­za­cyj­na wią­za­ła się z Ko­łem Po­lo­ni­stów, w ra­mach któ­re­go pro­wa­dzi­łem Sek­cję Ję­zy­ko­znaw­czą, prze­kształ­co­ną po­tem w Koło Ję­zy­ko­znaw­cze. Sam już le­d­wo pa­mię­tam, że by­łem jego pierw­szym prze­wod­ni­czą­cym.

Moja ję­zy­ko­znaw­czość roz­wi­ja­ła się we­so­ło i atrak­cyj­nie pod okiem wie­lu naj­wy­bit­niej­szych. Cho­dzi­łem na wy­kła­dy i se­mi­na­ria do wszyst­kich: do May­eno­wej i Wierz­bic­kiej, do Do­ro­szew­skie­go i Bo­gu­sław­skie­go, do Pu­zy­ni­ny i We­ins­ber­ga, do Pel­ca i Bel­ler­to­wej. A głów­nie do Ha­li­ny Kur­kow­skiej, mo­jej naj­waż­niej­szej na­uczy­ciel­ki, któ­rej po­tem by­łem dru­gim dok­to­rem, po Sa­lo­nim, a przed Mar­kow­skim. Naj­pierw by­łem sty­li­sty­kiem (róż­ne rocz­ne pra­ce), po­tem gra­ma­ty­kiem-se­man­ty­kiem (ma­gi­ste­rium), po­tem pew­nie prag­ma­ty­kiem (dok­to­rat), na­stęp­nie so­cjo­lin­gwi­stą i po­li­to­lin­gwi­stą (ha­bi­li­ta­cja), wresz­cie prak­tycz­nym re­to­ry­kiem – i wszyst­kie­mu temu przy­pi­sy­wa­łem głę­bo­kie tre­ści.

Kie­dy zo­sta­łem na uni­wer­sy­te­cie jako asy­stent-sta­ży­sta z pen­sją mniej­szą od sty­pen­dium na­uko­we­go, by­łem szczę­śli­wy i pe­łen za­pa­łu. Po­tem jed­nak się oże­ni­łem i za­czą­łem wę­dro­wać po Pol­sce i nie tyl­ko. W Bia­łym­sto­ku uczy­łem gra­ma­ty­ki opi­so­wej i pi­sa­łem dok­to­rat, w So­snow­cu uczy­łem ję­zy­ko­znaw­stwa ogól­ne­go i pi­sa­łem ha­bi­li­ta­cję, w Up­psa­li uczy­łem po pro­stu pol­skie­go i wię­cej wy­pi­łem dżi­nu niż na­pi­sa­łem cze­go­kol­wiek, wresz­cie w Kra­ko­wie ba­da­łem pra­sę, uczy­łem re­to­ry­ki i koń­czy­łem ha­bi­li­ta­cję.

Z dok­to­ra­tem kło­po­tów nie było – by­łem przez pra­wie trzy­dzie­ści lat naj­młod­szym dok­to­rem war­szaw­skiej po­lo­ni­sty­ki, ten re­kord po­bi­to parę ty­go­dni temu (pi­szę to w lu­tym 2004). Miał dłu­gi, bar­dzo ję­zy­ko­znaw­czy ty­tuł.

Z ha­bi­li­ta­cją było go­rzej. Po­my­śla­łem po dok­to­ra­cie, że jest pe­wien ro­dzaj tek­stów, cha­rak­te­ry­zu­ją­cy się oso­bli­wą pa­ra­dok­sal­no­ścią. Są one naj­bar­dziej eks­po­no­wa­ne, a nikt ich nie czy­ta ani nie słu­cha. Ję­zyk pro­pa­gan­dy par­tyj­nej, któ­ry ob­ser­wo­wa­łem tak­że z we­wnątrz, wy­dał mi się nie­zwy­kle atrak­cyj­ny jako te­mat głów­nie przez swo­ją na­pu­szo­ną śmiesz­ność i nie­lo­gicz­ność. Wy­gła­sza­łem re­fe­ra­ty, pi­sa­łem tek­sty – nie­ste­ty naj­czę­ściej nie do dru­ku. Ha­bi­li­ta­cyj­na książ­ka zo­sta­ła za­trzy­ma­na w ostat­niej chwi­li przez cen­zu­rę – na­wet mały na­kład i na­uko­wa ofi­cy­na nie po­mo­gły. Był to po­dob­no je­den z bar­dzo nie­wie­lu przy­pad­ków, kie­dy ko­lo­kwium ha­bi­li­ta­cyj­ne od­by­ło się na pod­sta­wie nie ofi­cjal­nie wy­da­nej książ­ki, ale tek­stu po­wie­lo­ne­go, na pra­wach rę­ko­pi­su, przez mo­ich przy­ja­ciół z Ośrod­ka Ba­dań Pra­so­znaw­czych, któ­re­go ów­cze­sny szef, Wa­le­ry Pi­sa­rek, był moim men­to­rem i przy­ja­znym zwierzch­ni­kiem, a jest ję­zy­ko­znaw­czą in­stan­cją i naj­bar­dziej wy­ma­rzo­nym roz­mów­cą nie tyl­ko ję­zy­ko­znaw­czym.

Cie­szę się, że je­stem ję­zy­ko­znaw­cą. O czym­kol­wiek jest rzecz, ję­zy­ko­znaw­ca za­wsze ma tam miej­sce, bo rzecz ta zwy­kle jest wy­ra­ża­na sło­wa­mi. In­ży­nie­ro­wie i le­ka­rze, biz­nes­me­ni i księ­ża, po­li­ty­cy i re­kla­mia­rze – wszyst­kim się zda­rza po­trze­bo­wać ję­zy­ko­znaw­cy, któ­ry lubi się przy­dać. To­też się przy­dać pró­bu­ję, daję po­ra­dy i eks­per­ty­zy, wy­ro­ku­ję ję­zy­ko­wo, re­da­gu­ję i kon­sul­tu­ję. Naj­dłu­żej kon­sul­to­wa­łem tekst usta­wy za­sad­ni­czej, czy­li kon­sty­tu­cji RP a i tak parę rze­czy mu­sia­łem prze­pu­ścić, bo mnie prze­gło­so­wa­no. Przez to dzie­sią­ty ar­ty­kuł ma ta­kie brzmie­nie, ja­kie ma.

Je­stem po­lo­ni­stą. Ję­zyk pol­ski jest moim pierw­szym i za­pew­ne bę­dzie ostat­nim, a na­praw­dę jest wła­ści­wie moim je­dy­nym ję­zy­kiem. Uczy­łem się z pew­nym po­wo­dze­niem ła­ci­ny, z mniej­szym gre­ki. Znam tro­chę – kon­wer­sa­cyj­nie – serb­sko-chor­wac­ki, mam po­dob­no nie naj­gor­szy nie­miec­ki ak­cent, z bie­dą się w tym ję­zy­ku do­ga­dam i znam w nim wie­le wier­szy na pa­mięć. Tro­chę znam – wię­cej w nim mogę po­wie­dzieć, niż zro­zu­mieć – szwedz­ki. Znam nie­źle ro­syj­ski, ale nie lu­bię czy­tać graż­dan­ki. Czy­tam za to bez więk­szych kło­po­tów po an­giel­sku, ale roz­mo­wa przy­cho­dzi mi z tru­dem. W su­mie, jak­kol­wiek li­zną­łem wie­lu ję­zy­ków, nie za­przy­jaź­ni­łem się na­praw­dę z żad­nym. Je­den z mo­ich naj­bliż­szych przy­ja­ciół przy­zna­je się w swo­jej praw­dzi­wej skrom­no­ści do zna­jo­mo­ści dwu­dzie­stu kil­ku, przy czym kil­ka­na­ście pod­sta­wo­wych zna bie­gle. Ja ze zna­jo­mo­ścią wpraw­dzie zna­czą­ce­go, ale do­pie­ro trze­cie­go pod wzglę­dem wiel­ko­ści spo­śród nie naj­bar­dziej po­pu­lar­nych ję­zy­ków sło­wiań­skich, mam pew­ne kom­plek­sy. A kie­dy przy­cho­dzi mi mó­wić w któ­rymś z in­nych, od­czu­wam wręcz nie­przy­jem­ne sen­sa­cje fi­zjo­lo­gicz­ne. Wstyd mi za nie­do­wład ko­mu­ni­ka­cyj­ny.

Ta znacz­nie ogra­ni­czo­na dys­po­zy­cyj­ność ko­mu­ni­ka­cyj­na do­pro­wa­dzi­ła mnie do pew­nej nie­mi­łej au­to­re­flek­sji. Kie­dyś by­łem zmu­szo­ny do wy­ra­że­nia swo­jej opi­nii na ja­kiś go­rą­cy te­mat w jed­nym z nie­po­lskich ję­zy­ków. Za­czą­łem ją z mo­zo­łem wy­ra­żać. W pew­nej chwi­li za­uwa­ży­łem, że, wy­ko­rzy­stu­jąc za­pa­mię­ta­ne fra­zy, mó­wię cał­kiem co in­ne­go, niż skłon­ny je­stem twier­dzić na­praw­dę. Zro­bi­ło mi się nie­swo­jo, bo mó­wi­łem wbrew in­nym oba­wom względ­nie swo­bod­nie. Moje sa­mo­po­czu­cie jesz­cze się po­gor­szy­ło, kie­dy po­czu­łem, że te­raz je­stem w obo­wiąz­ku sam przed sobą uza­sad­nić ra­cje, któ­re wła­śnie prze­ciw­ko so­bie wy­ra­ża­łem. Za­mil­kłem, ale au­to­nie­smak po­zo­stał.

Wy­po­wia­dam się dość czę­sto (na­wet te­raz) na pi­śmie, ale o wie­le bar­dziej lu­bię mó­wić. Po­nie­kąd dla­te­go, że ver­ba vo­lant, ale też i dla­te­go, że je­stem tro­chę nie­wy­ży­tym ak­to­rem. Lu­bię mó­wić i na­wet nie­ste­ty nie­kie­dy to sły­chać. Za­wsze by­łem prze­ko­na­ny o wyż­szo­ści mowy nad pi­smem, in­to­na­cja jest dla mnie nie­wy­czer­pa­nym no­śni­kiem niu­an­sów zna­cze­nio­wych i ro­bie­nia wra­że­nia, ge­sty spra­wia­ją przy­jem­ność nie­mal fi­zjo­lo­gicz­ną. Na­wet kie­dy pi­szę, to po tro­chu mó­wię, bo sły­szę, co pi­szę. Po­nie­waż inni sła­biej, nie za­wsze wy­pi­su­ję się tak, jak wy­po­wia­dam. Żona uwa­ża, że po pro­stu po­wi­nie­nem bar­dziej my­śleć o czy­tel­ni­kach. Jest czę­sto moim pierw­szym czy­tel­ni­kiem.

Lu­bię mó­wić, zwłasz­cza lu­bię mó­wić o mó­wie­niu. Szko­lę więc mów­ców (z wy­jąt­kiem po­li­ty­ków pod­czas kam­pa­nii), pro­wa­dzę wy­kła­dy na róż­nych uczel­niach, mam swo­je pro­gra­my w ra­diu i w te­le­wi­zji. Lu­dzie lu­bią słu­chać o ję­zy­ku, za­wsze do­brze jest słu­chać o tym, na czym się czło­wiek zna, a na ję­zy­ku pol­skim Po­la­cy się zna­ją. Wie­dzą też, że inni Po­la­cy mó­wią go­rzej niż oni sami. To do­bry, za­wsze ak­tu­al­ny te­mat. Ilu ja wy­wia­dów udzie­li­łem na te­mat ję­zy­ka! I, je­śli bę­dzie trze­ba, jesz­cze po­udzie­lam. Choć nie za­wsze i nie wszyst­kim po­do­ba się, co mó­wię. Słu­cha­ją i czy­ta­ją mnie głów­nie lu­dzie in­te­re­su­ją­cy się ję­zy­kiem, a wśród nich jest wie­lu pu­ry­stów. Za­tem przede wszyst­kim je­stem kry­ty­ko­wa­ny za nad­mier­ną to­le­ran­cyj­ność.

Istot­nie, je­śli są ja­kieś for­my rów­no­praw­ne w ję­zy­ku pol­skim, ja­kieś dwa wzor­ce od­mia­ny – cie­szę się. Lu­bię, że są po­sta­ci i po­sta­cie, że to, że bę­dzie pa­dać jest rów­nie praw­do­po­dob­ne jak to, że bę­dzie pa­da­ło. Lu­bię ję­zy­ko­we nie­lo­gicz­no­ści i to, że okręt pod­wod­ny jest czę­ściej jed­nak w wo­dzie niż pod wodą; że choć ży­ciem po­za­gro­bo­wym cie­szy­my się wszy­scy, poza le­tar­gi­ka­mi, to tyl­ko o pew­nej for­mie ży­cia tak się mówi; że choć ra­czej naj­pierw je­den, po­tem dru­gi, to jed­nak je­den za dru­gim; że miej­sce sie­dzą­ce nie sie­dzi. Do­pusz­czam co­fa­nie się w tył i wra­ca­nie z po­wro­tem, ak­cep­tu­ję re­al­ne fak­ty, a na­wet słusz­ne ra­cje. Je­stem rzecz­ni­kiem więk­szej po­ło­wy, świa­dom, że jest za­wsze bar­dziej praw­do­po­dob­na niż ide­al­nie rów­na z tą dru­gą, mniej­szą. Może ta to­le­ran­cja tro­chę wy­god­nic­ka, ale zgod­na z moim ludz­kim cha­rak­te­rem i, co waż­niej­sze, z du­chem ję­zy­ka – ta­kim, jak go poj­mu­ję.

Cza­sem jed­nak mam za złe. Draż­nią mnie eg­zal­ta­cje i mody. Zło­ści nad­miar, zwłasz­cza, po­wiedz­my, cza­sa­mi, cze­goś w ro­dza­ju, jak­by, w pew­nym sen­sie, po­wie­dział­bym, obec­no­ści cze­goś, co moż­na by na­zwać być może ta­kim okre­śle­niem jak, po­wiedz­my, czyn­nik hu­ma­ni­stycz­ny. Ta­kich słów, zmięk­cza­ją­cych ko­mu­ni­kat już nie do po­sta­ci pły­nu, lecz gazu. Ulot­ne­go oczy­wi­ście, jak to gaz. Ale i prze­szka­dza nad­mier­na pew­ność sie­bie i ka­te­go­rycz­ność. A tak­że nie­po­koi, tak­że nie­ste­ty cza­sem i wła­sna, po­wierz­chow­ność ję­zy­ko­wa w kon­tak­cie. Stąd nie­kie­dy uważ­ne ła­pa­nie za sło­wa, przy­słu­chi­wa­nie się kry­tycz­nie mo­wie z wy­łą­czo­nym my­śle­niem.

Mam za złe dzien­ni­ka­rzom (tak­że przez sie­bie szko­lo­nym) ogól­ni­ko­wość ich py­tań. Zda­rzy­ło się na przy­kład pew­ne­go dnia (już daw­no), że dzien­ni­karz Pro­gra­mu III Pol­skie­go Ra­dia za­py­tał mnie, czy ję­zyk pol­ski się roz­wi­ja. Po­wie­dzia­łem, że tak, i to bar­dzo. Da­łem przy­kła­dy. Po paru go­dzi­nach dzien­ni­kar­ka Pro­gra­mu I Pol­skie­go Ra­dia za­py­ta­ła mnie, czy ję­zyk pol­ski się roz­wi­ja. Nie wy­trzy­ma­łem i po­wie­dzia­łem, że nie­spe­cjal­nie, że mógł­by bar­dziej, i da­łem przy­kła­dy. Nada­no to tego sa­me­go dnia, a pew­na za­przy­jaź­nio­na, ale po­waż­na pani pro­fe­sor, wy­słu­chaw­szy obu wy­po­wie­dzi, mia­ła mi za złe fi­lu­ter­ność na­uko­wą, pod­wa­ża­ją­cą róż­ne rze­czy. Prze­pra­szam bar­dzo tą dro­gą.

Myślę o ję­zy­ku jako ję­zy­ko­znaw­ca, ale my­ślę też o nim jako czło­wiek mó­wią­cy. I my­ślę, że jest tak. Naj­pierw jest świat. Po­tem go po­zna­ję róż­ny­mi zmy­sła­mi. Po­zna­ję go, więc o nim my­ślę. Ta myśl po­win­na do nie­go pa­so­wać. Gdy­by świat za­czął się do­pa­so­wy­wać do my­śli, by­ło­by nie­do­brze. Wte­dy to ja za­czął­bym nie pa­so­wać do świa­ta, tyl­ko że o tym bym nie wie­dział.

Więc myśl pa­su­je do świa­ta. Jest tak, jak my­ślę, że jest, to jest, prze­pra­szam, my­ślę, że jest tak, jak jest, i tak my­ślę, jak jest. A wiem, jak jest, kie­dy mogę roz­po­znać, co jest, a roz­po­zna­ję, co jest, kie­dy mogę to na­zwać. Nie­któ­re na­zwy już znam, in­nych się do­my­ślam, inne po­zna­ję. Jesz­cze inne mogę wy­my­ślić sam.

My­ślę, wy­obra­żam so­bie trzy war­stwy: jed­na to świat, dru­ga to pa­su­ją­ce do nie­go my­śle­nie, a trze­cia to pa­su­ją­cy do tego my­śle­nia (a przez to i do świa­ta) ję­zyk. I, oczy­wi­ście, wiem, że samo my­śle­nie na­le­ży do świa­ta, a i ję­zyk też.

My­ślę o świe­cie, my­ślę też (cza­sa­mi po to, żeby od my­śle­nia o świe­cie uciec) o sa­mym my­śle­niu. O świe­cie mó­wię; mogę, je­śli trze­ba, mó­wić też o my­śle­niu; i o ję­zy­ku też mogę mó­wić. Mó­wić mogę dzię­ki na­zwom. To, o czym w świe­cie my­ślę, czy­li to wszyst­ko, co się skła­da na świat, ma swo­je na­zwy; to, o czym mogę my­śleć w my­śle­niu, czy­li co się w mo­jej my­śli skła­da na my­śle­nie, też ma na­zwy. W ję­zy­ku też wie­le rze­czy ma na­zwy. Sama na­zwa ma na­zwę „na­zwa”, „na­zwa” to na­zwa na­zwy, ale inne na­zwy, na­zwy in­nych rze­czy, nazw osob­nych już nie mają, moż­na je co naj­wy­żej tak­że na­zy­wać tą ogól­ną na­zwą: „na­zwa”.

Ale o tych na­zwach moż­na my­śleć. Moż­na o nich mó­wić.

O tym, ja­kie są. Jak wy­glą­da­ją, jak brzmią, z cze­go się skła­da­ją, co zna­czą, z czym się ko­ja­rzą.

Spo­ry ka­wał ży­cia zaj­mu­je mi my­śle­nie i mó­wie­nie o tej czę­ści świa­ta. Mam na­wet nie­ja­kie po­czu­cie, że, mó­wiąc o na­zwach, mó­wię o świe­cie. A w każ­dym ra­zie o my­śle­niu o świe­cie, a my­śle­nie o świe­cie to dla mnie naj­cie­kaw­sza część świa­ta. Oczy­wi­ście poza tą czę­ścią świa­ta, któ­rą jest my­śle­nie i mó­wie­nie o ję­zy­ku. Zresz­tą kie­dy my­ślę o ję­zy­ku, my­ślę o naj­cie­kaw­szej czę­ści my­śle­nia. Ją­drem świa­ta jest my­śle­nie o nim, ją­drem tego ją­dra jest ję­zyk.

Dobrze, że je­stem ję­zy­ko­znaw­cą, bo mogę zaj­mo­wać się sło­wa­mi.

Sło­wa są dla mnie bar­dzo waż­ne. My­ślę, że tak w ogó­le są chy­ba waż­niej­sze od rze­czy, cho­ciaż to trud­no mie­rzyć. W każ­dym ra­zie sło­wa znam i lu­bię, rze­czy czę­sto nie znam, a wie­lu z tych, któ­re znam, nie lu­bię. O sło­wach dużo my­ślę.

„Słów nam trze­ba, nie czy­nów!”. A ja­ki­mi pięk­ny­mi czy­na­mi są sło­wa! Samo to ha­sło zo­sta­ło zresz­tą po­wie­dzia­ne sło­wa­mi. Poza tym kto po­wie­dział, że jak czy­ny, to nie sło­wa, i od­wrot­nie? Gdzie czy­ny, tam i sło­wa. A że cza­sem sło­wa bez czy­nów? To do­brze, że cho­ciaż sło­wa. Od sa­me­go ich bra­ku czy­nów nie przy­bę­dzie.

O sło­wach na­pi­sa­no i po­wie­dzia­no dużo do­bre­go i dużo złe­go. Jed­ną ich ce­chę trze­ba znać i uznać. Zgo­dzić się z nią, choć to tro­chę trud­ne. Ich moż­li­wość wy­ra­ża­nia pra­wie wszyst­kie­go, co kto chce – i to, że dru­gą stro­ną ich wspa­nia­łej uży­tecz­no­ści jest ich nie­mi­le gięt­ka słu­żeb­ność.

Po­słu­żę się jed­nym z bar­dziej zna­nych cy­ta­tów. „Lecz nade wszyst­ko – sło­wom na­szym, zmie­nio­nym chy­trze przez krę­ta­czy, je­dy­ność przy­wróć i praw­dzi­wość: niech pra­wo za­wsze pra­wo zna­czy, a spra­wie­dli­wość – spra­wie­dli­wość”. Pięk­ne te i jak­że słusz­ne sło­wa cy­to­wa­ne są po wie­le­kroć i za­wsze wszy­scy się z nimi zga­dza­ją. A kie­dy wszy­scy się z czymś zga­dza­ją, są dwie moż­li­wo­ści. Mogą to być praw­dy pod­sta­wo­we i nie­pod­wa­żal­ne, ta­kie, że na­wet wła­ści­wie mó­wić o nich nie trze­ba. Ale (co jest tro­chę mniej pięk­ne) ta po­wszech­na ak­cep­ta­cja może się wią­zać tak­że z róż­nym, zwy­kle do­wol­nym, a naj­czę­ściej ży­cze­nio­wym, ro­zu­mie­niem my­śli i słów, któ­ry­mi są one wy­ra­żo­ne.

Ży­cze­nio­wym – czy­li ta­kim, ja­kie mi wła­śnie od­po­wia­da. Bo czę­sto ro­zu­miem my­śli tak, jak chcę je ro­zu­mieć.

Każ­dy za­tem, na­wet chy­try krę­tacz (a może on wła­śnie przede wszyst­kim), przyj­mie taką ra­cję, któ­rą może po swo­je­mu ro­zu­mieć. Przed sa­mym sobą nie bę­dzie prze­cież chy­trym krę­ta­czem. I on wła­śnie bę­dzie gło­sił, że pra­wo musi zna­czyć pra­wo – bo w obu tych wy­ra­zach, i w obu tych po­ję­ciach, bę­dzie wi­dział to samo.

To, co umoż­li­wia ta­kie szczyt­ne i dla wszyst­kich słusz­ne ape­le, jest jed­no­cze­śnie do­wo­dem na od­wiecz­ną prze­wrot­ność ję­zy­ka, na ciem­ną stro­nę słów: słu­żą kłam­stwu rów­nie gor­li­wie co praw­dzie. W ję­zy­ku usta­la się zna­cze­nia słów i do­wol­nie je zmie­nia. Po­eta w swo­jej za­wo­do­wej na­iw­no­ści jest prze­ciw­ko tej ciem­nej stro­nie i wła­śnie dla­te­go udo­wad­nia, wbrew woli, że jest ona nie­unik­nio­na i że nie ma z tego wyj­ścia.

Więk­szość tego, co wiem, wiem dzię­ki sło­wom, tek­stom, ję­zy­ko­wi. Wię­cej do­wie­dzia­łem się z tego, co usły­sza­łem i prze­czy­ta­łem, niż z tego, co zo­ba­czy­łem czy po­czu­łem. Lu­dzi też znam dzię­ki sło­wom.

Sło­wa róż­nie ukła­dam. Naj­czę­ściej w wy­po­wie­dzi, w tek­sty. Żeby coś opi­sać czy opo­wie­dzieć, żeby roz­ma­wiać i kłó­cić się, żeby być z in­ny­mi. Z ogrom­ną więk­szo­ścią lu­dzi, któ­rych znam, i z ogrom­ną więk­szo­ścią tych, któ­rych nie znam, ale o któ­rych wiem, je­stem przez sło­wa – przez sło­wa o nich, ich sło­wa do in­nych, ich sło­wa do mnie i moje do nich.

Ukła­dam je, te tek­sty, cza­sem dla za­ba­wy. Dla­te­go, że ja­kieś sło­wa bar­dzo do sie­bie pa­su­ją lub zu­peł­nie nie pa­su­ją. To nie­zu­peł­nie za­ba­wa. To też słu­ży cze­muś (za­ba­wa zresz­tą też słu­ży). Ta­kie ukła­dan­ki dają mi po­czu­cie pew­nej au­to­no­mii ję­zy­ka, tego, że mogę ła­twiej wy­obra­zić so­bie ję­zyk bez świa­ta niż świat bez ję­zy­ka.

Cie­szę się też wy­szu­ki­wa­niem słów po­je­dyn­czych, a to dłu­gich, a to krót­kich, a to dziw­nych, ale moż­li­wych. I form słów. Ale w skra­blach nie je­stem naj­lep­szy.

Z róż­nych ukła­dów słów słow­nik wy­da­je mi się naj­po­waż­niej­szy i za­ra­zem naj­bar­dziej bez­sen­sow­ny. Na po­wa­gę wska­zu­ją rze­tel­ność i po­wa­ga słow­ni­ków, ich uży­tecz­ność. Na ab­sur­dal­ność – układ al­fa­be­tycz­ny, któ­ry do­pusz­cza, a na­wet za­kła­da przy­pad­ko­wość. Za­wsze mnie ba­wi­ło, że wiem, jak się słow­nik skoń­czy – ży­zno­ścią.

Ta książ­ka ma układ słow­ni­ko­wy, al­fa­be­tycz­ny. Każ­de sło­wo jest tam, gdzie jego miej­sce. A do słów do­da­ję kil­ka rze­czy. Ja­kąś myśl oso­bi­stą, wspo­mnie­nie wła­sne, cy­tat czy coś in­ne­go – to po pierw­sze. Po dru­gie – coś w ro­dza­ju fe­lie­to­nu. Te fe­lie­to­ny w więk­szo­ści były wcze­śniej dru­ko­wa­ne wła­śnie jako fe­lie­to­ny, głów­nie w mie­sięcz­ni­ku psy­cho­lo­gicz­nym „Cha­rak­te­ry” i w ilu­stro­wa­nym ty­go­dni­ku „Prze­krój”. Te pierw­sze są dłuż­sze i do­ty­czą ra­czej po­jęć niż słów, ale w re­zul­ta­cie i tak na sło­wach się koń­czy. Te dru­gie, krót­sze, to pró­by po­ka­za­nia sło­wa przez za­ba­wę nim, a wła­ści­wie za­ba­wę jego róż­ny­mi uży­cia­mi. Po­le­ga ona przede wszyst­kim na mie­sza­niu su­po­zy­cji i uży­wa­niu tego sa­me­go sło­wa nie tyl­ko w róż­nych zna­cze­niach, ale tak­że na róż­nych po­zio­mach od­nie­sień. Sam się tym ba­wi­łem, może i czy­tel­nik spró­bu­je. Czy­tel­ni­ku…

Słownik

autobiograficzny

NIE MAM ŻAD­NE­GO (chy­ba) cha­rak­te­ry­stycz­ne­go po­wie­dzon­ka. A może mam, tyl­ko o tym nie wiem. Ta­kie nie­uświa­da­mia­ne po­wie­dzon­ko by­ło­by naj­bar­dziej au­ten­tycz­ne, spon­ta­nicz­ne. Do­brze by­ło­by też, żeby było ory­gi­nal­ne i ład­ne. Wie­le po­wie­dzo­nek jest ba­nal­nych. Li­te­ra­tu­ra i fil­my jesz­cze je ba­na­li­zu­ją. Szo­fer w jed­nym se­ria­lu, da­mul­ka w dru­gim – mie­li ta­kie samo po­wie­dzon­ko. U szo­fe­ra był to wy­raz pro­ste­go i bez­kom­pro­mi­so­we­go od­bie­ra­nia świa­ta, u da­mul­ki – wy­raz pre­ten­sjo­nal­nej, ale sym­pa­tycz­nej emo­cjo­nal­no­ści. Wolę tę pierw­szą od­mia­nę. Ale oba­wiam się, że czę­ściej by­wam emo­cjo­nal­nie pre­ten­sjo­nal­ny…

Ab­so­lut­nie

Pach­nie trans­cen­den­cją. Coś osta­tecz­ne­go. Ab­so­lut­nie osta­tecz­ne­go. Da­lej nie ma ab­so­lut­nie nic. I żad­nych, ab­so­lut­nie żad­nych wy­jąt­ków. Sa­mych „żad­nych” mo­gło­by być za mało.

Może być i ab­so­lut­nie wszyst­ko, i ab­so­lut­nie nic. Pa­mię­tam ab­so­lut­nie wszyst­ko. Ab­so­lut­nie ni­cze­go nie pa­mię­tam. Nie pa­mię­tam, bo za­po­mnia­łem, za­po­mnia­łem ab­so­lut­nie. I wte­dy to nie­ko­niecz­nie ab­so­lut­nie o wszyst­kim. Mogę za­po­mnieć ab­so­lut­nie – o czymś jed­nym. Na przy­kład za­po­mnia­łem ab­so­lut – nie, co przed chwi­lą na­pi­sa­łem. I mogę ab­so­lut­nie za­po­mnieć, że przed chwi­lą na­pi­sa­łem, że za­po­mnia­łem. Ab­so­lut­nie. Ale wte­dy to już po­wi­nie­nem pa­mię­tać, co za­po­mnia­łem.

Mogę ab­so­lut­nie za­po­mnieć, nie mogę ab­so­lut­nie pa­mię­tać. Na­wet gdy mam pa­mięć ab­so­lut­ną i pa­mię­tam ab­so­lut­nie wszyst­ko, to jed­nak nie mogę pa­mię­tać cze­goś jed­ne­go – ab­so­lut­nie. Mogę do­kład­nie, do­głęb­nie, ale jak nie wszyst­ko, to nie ab­so­lut­nie. I już.

I w ogó­le jest to nie­sy­me­trycz­ne, choć nie ab­so­lut­nie nie­sy­me­trycz­ne. Mogę być ab­so­lut­nie zmę­czo­ny i ab­so­lut­nie wy­po­czę­ty, ale choć mogę mieć ab­so­lut­nie nowy sa­mo­chód, to ab­so­lut­nie sta­re­go nie. Może mi się coś ab­so­lut­nie po­do­bać i ab­so­lut­nie nie po­do­bać, a na­wet nie tyl­ko mnie: może to być ab­so­lut­nie (w ogó­le, dla wszyst­kich, obiek­tyw­nie) ab­so­lut­nie pięk­ne albo ohyd­ne ab­so­lut­nie – ale może być tyl­ko, po­wiedz­my, ab­so­lut­nie nie­spo­dzie­wa­ne. Ab­so­lut­nie spo­dzie­wa­ne jest ab­so­lut­nie nie­moż­li­we. Nie mo­gło­by być też zresz­tą, jak ab­so­lut­nie nic, ab­so­lut­nie moż­li­we.

I to ab­so­lut­nie wszyst­ko, co mogę dziś po­wie­dzieć.

SZCZE­GÓL­NIE LU­BIĘ SŁO­WA am­bi­wa­lent­ne, ta­kie, któ­rych iro­nicz­ne uży­cie sta­je się rów­no­praw­ne z uży­ciem pod­sta­wo­wym. Po­do­ba­ją mi się sło­wa wy­ra­ża­ją­ce wąt­pli­wo­ści, pod­wa­ża­ją­ce twier­dze­nia roz­mów­cy: zwłasz­cza te, któ­ry­mi mogę to zro­bić może bez­ce­re­mo­nial­nie, ale szcze­rze i bez­po­śred­nio. A oprócz tego, osob­no, lu­bię sło­wa, któ­re mimo ob­ce­go po­cho­dze­nia są bar­dzo pro­ste i wska­zu­ją na za­ży­łość.

Aku­rat

Sło­wa w pol­skim ję­zy­ku ak­cen­tu­ję zwy­kle na sy­la­bie przed­ostat­niej, zda­rza się, że na trze­ciej od koń­ca, rzad­ko – na czwar­tej. Cza­sem – na ostat­niej. Jest też parę, któ­re mogę ak­cen­to­wać róż­nie. I aku­rat to sło­wo mogę na ostat­niej: „aku­rat”, albo na przed­ostat­niej: „aku­rat”. Kie­dy ak­cen­tu­ję na ostat­niej, my­ślę, że tak aku­rat bę­dzie bar­dziej wy­ra­zi­ste: aku­rat! Moc­ne, jędr­ne. Ale po­tem za­raz my­ślę, że może aku­rat wca­le nie, że aku­rat od­wrot­nie. I ak­cen­tu­ję na przed­ostat­niej, tro­chę ją prze­dłu­ża­jąc: aku­rat.

Mó­wię „aku­rat”, kie­dy za­uwa­żam, że coś bar­dzo pa­su­je. Wła­śnie to, co trze­ba. Mia­ło być sie­dem­na­ście – i aku­rat tyle jest. Do­brze by było spo­tkać te­raz Ste­fa­na – i aku­rat Ste­fa­na wi­dzę z da­le­ka. Cześć, Ste­fan. Aku­rat o To­bie my­śla­łem.

Czy­li: w tej chwi­li. W tej aku­rat chwi­li. Albo: aku­rat przed chwi­lą po­my­śla­łem. A cza­sem: aku­rat za chwi­lę. Mia­łem po­my­śleć. Albo coś zro­bić, co daw­no po­wi­nie­nem. Na przy­kład za­dzwo­nić do Ste­fa­na. Jak tyl­ko po­my­śla­łem, aku­rat za­dzwo­nił te­le­fon. I, jak na złość, mu­siał to być aku­rat Ste­fan.

– Do­brze, że dzwo­nisz, Ste­fan. Aku­rat mia­łem dzwo­nić do Cie­bie.

– Aku­rat! (Czy­li: „nie wie­rzę!”. Nie dał się Ste­fan na­brać. In­nych może bym na­brał, ale aku­rat jego trud­no na­brać. Znam go do­brze). Aku­rat mia­łeś dzwo­nić! Mów to komu in­ne­mu!

Komu mam mó­wić? Dzwo­nię aku­rat do Ste­fa­na, nie do kogo in­ne­go. Ale on aku­rat taki jest. Mógł­by być inny, ale jest aku­rat taki. Taki aku­ratny. Choć­bym go chciał zmie­nić, aku­rat jego nie zmie­nię.

Ale aku­rat wca­le nie chcę. Aku­rat! Tego by bra­ko­wa­ło!

ZA­WSZE MIA­ŁEM I MAM nadal po­czu­cie osta­tecz­no­ści, de­ter­mi­na­cji. Mimo tak czę­ste­go wy­ra­ża­nia al­ter­na­tyw.

Albo

Cał­kiem po­rząd­ne sło­wo. Albo in­a­czej: wy­raz. Uży­wam go, gdy chcę coś po­łą­czyć albo roz­dzie­lić.

Mó­wię „albo”, gdy chcę po­wie­dzieć, że może to to, a może tam­to. Ktoś tu był – Jan albo Piotr. Cza­sem to waż­ne, kto. Jan albo Piotr – wy­bie­raj! A cza­sem nie.

Jan albo Piotr, wszyst­ko jed­no. A cza­sem to tak wszyst­ko jed­no, że to jed­no: „Jan albo Piotr (bo i Pio­trem go na­zy­wa­ją) był tu nie­daw­no”. Wte­dy cza­sem to uści­ślam i mó­wię ra­czej: „Jan albo ra­czej Piotr” albo in­a­czej: „Jan albo in­a­czej Piotr”. Albo nie uści­ślam i nie mó­wię.

Kie­dy mó­wię „albo przy­najm­niej”, to to dru­gie mniej­sze jest od pierw­sze­go, a kie­dy „albo na­wet” – to jest więk­sze. Zro­bił to albo przy­najm­niej chciał. Chciał zro­bić albo na­wet zro­bił. A naj­cie­kaw­sze jest „albo i”. Albo i nie naj­cie­kaw­sze.

Bywa god­no­ścio­we. Albośmy to jacy tacy? Co to? Nie do­ce­nia­ją nas? Le­piej niech do­ce­nią, albo…

„Albo” daje al­ter­na­ty­wę. Cza­sem mnie ją daje. Sły­szę: „Zo­stań albo wyjdź” – i to jest ja­sne. Bywa go­rzej: „Wyjdź albo cię wy­rzu­cę”. Mam niby wy­bór, ale przy­kry. Albo na przy­kład: „Pie­nią­dze albo ży­cie!”. Cza­sem wy­bór jest ła­twiej­szy: „Śmierć albo pie­nią­dze!” (wy­bie­ram to dru­gie). Albo ja­kiś nie­okre­ślo­ny, jak, po­wiedz­my: „Weź zrób coś albo co!”. Nie­okre­śle­nie też bywa groź­bą: „Ucie­kaj, albo…”. Nie wiem co – iw stra­chu ucie­kam.

Kie­dy nie może być za­ra­zem jed­no i dru­gie, mó­wię „albo” dwa razy. „Albo tak, albo nie!”. A kie­dy ten dy­le­mat po­twier­dzam, mó­wię te dwa razy ra­zem. Albo albo.

A bywa, że nie wiem, jak jest. I mu­szę to po­wie­dzieć. Ale też nie mu­szę wie­dzieć. Wte­dy uda­ję, że py­tam. „Albo ja wiem?”. Nie wiem, nie mu­szę. Albo ja ja­kiś uczo­ny je­stem? Albo to mało ta­kich, co to wszyst­ko wie­dzą? I jak tak za­py­tam, za­raz mi le­piej.

Albo i nie.

WY­KO­RZY­STU­JĘ SZAN­SĘ, kie­dy mogę rzecz ująć nie­jed­no­znacz­nie, z za­strze­że­nia­mi – ale draż­ni mnie, gdy wy­ko­rzy­stu­ją ją inni. Wy­obra­żam so­bie z przy­jem­no­ścią pryn­cy­pial­ny świat. Bez wa­run­ków i za­strze­żeń. Ale…

Ale

– Ale, ale, Ka­pi­ta­nie […] wszak­że da­łeś sło­wo […]

– Cóż sło­wo? […] Sło­wo dam na nowo! […] Ot, sło­wo!

(Ro­bak z Ry­ko­wem w Panu Ta­de­uszu)

„Ale, ale” to dwa sło­wa. Mó­wię tak, jak so­bie coś przy­po­mnę. Ale jak ktoś za­po­mni. A jak na coś wpad­nę, mó­wię „no, ale wła­śnie”.

Jak nie wie­rzę, mó­wię „ale!”. Ta­kie na­sze swoj­skie „aku­rat!”. Jesz­cze bar­dziej swoj­skie by­ło­by „hale!”. Ta­kie Bo­ry­no­wo-gó­ral­skie. Ża­łu­jąc, mó­wię: „ale cóż…”, a po­dzi­wia­jąc: „ale…” i wsta­wiam, co po­dzi­wiam, na przy­kład „ale leje”, „ale heca” itd. Kie­dy je­stem za­sko­czo­ny, kie­dy nie zga­dzam się z tym, co wi­dzę, mó­wię „ale prze­cież to nie tak!” albo coś w tym ro­dza­ju.

A kie­dy in­nych prze­ko­nu­ję, że jed­nak, że wła­śnie, to mó­wię „ale tak!”, czę­sto do­da­jąc na okra­sę „ż”. Cza­sem prze­ko­nu­ję bar­dzo. „Bar­dzo, ale to bar­dzo”.

Mó­wię „ale” z grzecz­no­ści. Cza­sem tak układ­nej, że aż mniej grzecz­nej od jej bra­ku. „Przy­kro mi, ale pan się myli”. Za­miast „nie­praw­da”. „Prze­pra­szam, ale nie mam cza­su”. Za­miast „pro­szę wyjść”. Zwy­kle wolę sły­szeć to dru­gie, mniej układ­ne.

Ale głów­nie mó­wię „ale” mię­dzy rze­cza­mi, co się ze sobą nie zga­dza­ją. Niby do­brze, ale z dru­giej stro­ny źle.

Ład­nie, ale bez sen­su. Nie­do­brze: do­brze by­ło­by, gdy­by i ład­nie, i z sen­sem. Szko­da. A z ko­lei: „bez sen­su, ale ład­nie” to: wpraw­dzie bez sen­su, ale nie szko­dzi, bo ład­nie. Zależy, co pierw­sze. Li­czy się, co na koń­cu.

„Mogę, ale nie chcę” – nie zro­bię. „Chcę, ale nie mogę” – też nie. A „nie mogę, ale chcę”? Może jed­nak, je­śli bar­dzo chcę… „Nie chcę, ale mu­szę”. Oczy­wi­ście.

„Przy­szedł póź­no, ale zdą­żył”. Spo­dzie­wa­łem się, że jak przyj­dzie póź­no, to nie zdą­ży, a zdą­żył. Mimo to. „Mą­dry, ale bied­ny”. Nie na wie­le mu się ta mą­drość przy­da­je. Jak taki mą­dry, mógł­by nie być bied­ny – a jest. Cho­ciaż taki mą­dry.

„Niech bę­dzie bied­ny, ale czy­sty / Nasz dom…”. Czy­li jak bied­ny, to my­śli­my, że prę­dzej brud­ny? „Bied­ny, ale uczci­wy”. Jesz­cze go­rzej. To niby, jak kto bo­ga­ty, prę­dzej bywa uczci­wy? Chy­ba po­win­no być: „bo­ga­ty, ale uczci­wy”! No nie, tu mam skrót. Bied­ny to źle – ale uczci­wy, to znów do­brze. Tu­taj „ale” to tyle, co „za to”, a nie „mimo to”. Ale skąd mam wie­dzieć, któ­re to „ale”?

„ Ale” ogra­ni­cza. „Tak, ale nie do koń­ca”. „Do­brze, ale nie ze wszyst­kim”. To czy do­brze? Chy­ba jed­nak nie. „Lu­bił go, ale nie za bar­dzo” (nie prze­pa­dał za nim). „Lu­bię po­mi­do­ry, ale nie tak zno­wu, żeby je jeść”. „Mą­dre, ale nie za bar­dzo” – to zło­śli­wa kry­ty­ka. „Je­steś in­te­li­gent­ny, ale bez prze­sa­dy” jest gor­sze niż „ty bał­wa­nie”.

Ale na tym nie ko­niec (czy­li czu­ję, że mo­żesz my­śleć, że ko­niec? Nie: dużo już było, ale jesz­cze coś zo­sta­ło).

Zo­sta­ło jed­no małe „ale”. Rza­dziej mó­wię „duże ale”. Czy to zna­czy, że „ale” czę­ściej bywa małe? Wręcz prze­ciw­nie, mu­szę mó­wić, że jest małe, bo zwy­kle bywa duże. A prze­cież i tak, kie­dy mó­wię, że jest jed­no małe ale, roz­bi­jam w pył i proch to, co wła­śnie po­wie­dzia­no. Po­wie­dzia­no i ucie­szo­no się. A ja: „w po­rząd­ku, ale jest jed­no ale”.

I ko­niec.

NIE­KTÓ­RE SŁO­WA WY­PO­WIA­DA­ŁEM, żeby do­da­wa­ły mi ta­jem­ni­czo­ści. Wy­po­wia­da­łem je cza­sem, gdy nie wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć. „Ba!”. Woła tak Asa­sel­lo do Mał­go­rza­ty przy pierw­szym spo­tka­niu – to mu umoż­li­wia znik­nię­cie. Cza­sem za­pi­sy­wa­łem to w za­gra­nicz­nej for­mie – bah! Tak pi­sał zresz­tą Sło­wac­ki. To przy­po­mi­na­ło (mnie sa­me­mu w każ­dym ra­zie) ude­rze­nie.

Ba

Jed­no z pierw­szych słów, któ­re czło­wiek wy­po­wia­da. Ła­two je wy­mó­wić, ba, na­wet przy­jem­nie. Dźwięcz­ne jest i krót­kie. I zna­czą­ce.

Bo też zna­czeń ma spo­ro, roz­róż­nia­nych in­to­na­cją. „Ba!” dzi­wię się, nie­co roz­cza­ro­wa­ny. Już by­łem w ogród­ku, a tu oka­zu­je się… Baaa – nie mogę po­wstrzy­mać jęku za­wo­du. To bar­dzo dziw­ne, za­ska­ku­ją­ce!

A z dru­giej stro­ny uży­wam „ba” przy mó­wie­niu o rze­czach zro­zu­mia­łych aż do oczy­wi­sto­ści. Do po­twier­dza­nia, wska­zy­wa­nia, że to zu­peł­nie nor­mal­ne, gdy wziąć pod uwa­gę, że… Ba, mó­wię, w tej sy­tu­acji to nic dziw­ne­go… To prze­cież ja­sne! Mó­wiąc „ba”, po­ka­zu­ję, że do­brze ro­zu­miem dzia­ła­nie oko­licz­no­ści.

„On to zro­bił we czwar­tek? Ba, we czwar­tek każ­dy by zro­bił! Gdy­bym ja tam był we czwar­tek, też bym zro­bił…”. Tyl­ko że jak to po­wiem, wte­dy mogę usły­szeć inne „ba”: „Ba, gdy­by! To by­ła­by cał­kiem inna spra­wa! Ła­two ci po­wie­dzieć! Trze­ba było być!”.

I dziw­nie roz­cza­ro­wu­ją­ce, i ba­nal­nie oczy­wi­ste, i zwra­ca­ją­ce uwa­gę na ła­twość mó­wie­nia. A oprócz tego wska­zu­ją­ce na to, że coś tak bar­dzo jest (ba, pew­nie, że jest!), i na to, że wca­le tego nie ma (ba, jesz­cze tego by bra­ko­wa­ło!) – czy­li w pew­nym sen­sie po­twier­dza­ją­ce, że jest in­a­czej, niż mó­wisz (tak!). Czy my­ślisz.

Ba, na tym nie ko­niec. Uży­wam „ba”, żeby po­ka­zać, że nie ko­niec. Że na­wet wię­cej. Ba, cza­sem dużo wię­cej.

A kie­dy się ze mną nie zga­dzasz, mogę po­wie­dzieć „ba” parę razy i ostrzec Cię w ten spo­sób. Ba, ba, ba, nie za­pę­dzaj się! Uwa­żaj!

Uwa­żam.

NIE PRZE­PA­DAM za prze­sa­dą ję­zy­ko­wą. Bar­dzo mnie razi mó­wie­nie, że coś jest ja­kieś: nie­by­wa­le, fan­ta­stycz­nie, nie­sły­cha­nie. Ale lu­bię sły­szeć, że coś jest ja­kieś – bar­dzo. Mó­wić też. Gdy­by to się znów przy­ję­ło, wró­cił­bym do mó­wie­nia, że do­syć.

Bar­dzo

Jak się za­sta­no­wić, to do­syć dziw­ny wy­raz. Na­wet bar­dzo dziw­ny. Dziw­nie brzmi i wy­glą­da. A w ogó­le jest ja­kiś nie­zu­peł­ny. Bar­dzo co?

Stop­niu­je się, jak naj­bar­dziej. Ale też nie bar­dzo sam się stop­niu­je, tyl­ko po­ma­ga w stop­nio­wa­niu cze­goś in­ne­go, co samo nie bar­dzo po­tra­fi. Cie­pło – cie­plej, ale go­rą­co – bar­dziej go­rą­co. „Go­rę­cej” jest ja­kieś ta­kie nie bar­dzo.

Z jed­nej stro­ny – ka­wa­łek for­my od­mia­ny, z dru­giej – bar­dzo przy­zwo­ite sa­mo­dziel­ne sło­wo. Jak bar­dzo sa­mo­dziel­ne, za­le­ży od uży­cia.

Do­da­ję „bar­dzo” do na­zwy ja­kiejś ce­chy, kie­dy chcę wy­ra­zić duże jej na­tę­że­nie. I bar­dzo do­brze. Ale czę­sto „nie bar­dzo” nie tyle mówi, że to na­tę­że­nie jest małe, ale że w ogó­le ce­chy brak. To już nie bar­dzo w po­rząd­ku. Czy­li wca­le nie w po­rząd­ku. Coś nie bar­dzo. Samo „nie bar­dzo” też zna­czy, że nie bar­dzo w po­rząd­ku. Czy­li nie w po­rząd­ku.

Mogę też po­wie­dzieć: „nie za bar­dzo”, kie­dy ja­kaś ce­cha nie wy­stę­pu­je w stop­niu do­sta­tecz­nym, ale to mniej lub bar­dziej od­no­si się do wszyst­kich przy­miot­ni­ków i przy­słów­ków. Ale do „bar­dzo” – jak naj­bar­dziej. Nie­do­brze, kie­dy coś jest za bar­dzo, ale jak nie za bar­dzo, to też nie naj­le­piej. Nie za bar­dzo. Tym bar – dziej, że uży­wam tego „nie za bar­dzo” (i „nie bar­dzo” też) nie wte­dy, gdy je­stem bar­dzo szcze­ry. Bar­dziej z grzecz­no­ści.

I z grzecz­no­ści naj­czę­ściej mó­wię „bar­dzo pro­szę”, „bar­dzo dzię­ku­ję”, „bar­dzo prze­pra­szam”. A tak­że „bar­dzo mi miło”. Albo: „na­praw­dę bar­dzo mi miło”. „Bar­dzo, ale to bar­dzo mi miło”.

No, te­raz tro­chę prze­ho­lo­wa­łem. Na­wet bar­dzo.

JAKO DZIEC­KU TRUD­NO mi było roz­sta­wać się z mat­ką. Ona też tego nie lu­bi­ła. Po­dob­no naj­więk­szym za­klę­ciem, za­trzy­mu­ją­cym ją przy mnie, była proś­ba: Mamo, bądź. Mat­kę to roz­ba­wia­ło i wzru­sza­ło. Wte­dy rze­czy­wi­ście trud­niej odejść.

Bądź

Oczy­wi­sty roz­kaź­nik. Kie­dy chcę, żeby ktoś był, mó­wię mu: „bądź”. Ale zwy­kle nie w ogó­le, rzad­ko prze­cież mam oka­zję przy­wo­ły­wać ko­goś z nie­by­tu lub w by­cie utwier­dzać. Zwy­kle wy­star­cza mi chce­nie, by był gdzieś, kie­dyś, ja­kiś. Mó­wię mu: „bądź tu ju­tro o pią­tej” bądź też: „bądź dla nie­go miły”. Cza­sem mogę po­łą­czyć miej­sce i spo­sób – wte­dy i do sie­bie mogę tak mó­wić i mó­wię na przy­kład „bądź tu mą­dry”. To niby ja mam być mą­dry, czy­li: w tej kwe­stii mą­dry nie je­stem. „bądź tu mą­dry i pisz wier­sze” – mogę do­dać.

Mogę użyć „bądź” za­miast „niech bę­dzie”, ale nie do woli. Mó­wię tak na przy­kład o woli, ale pod­nio­śle i for­mal­nie, głów­nie w mo­dli­twie. „Bądź wola Two­ja”.

Przez „bądź” cza­sem chcę, cza­sem się zga­dzam. Wte­dy mi wszyst­ko jed­no i „bądź” to tyle, co „kol­wiek”. Co­kol­wiek. Co bądź. Wszyst­ko jed­no. Ale jak­kol­wiek „jak­kol­wiek” nie ma ne­ga­tyw­ne­go „jak nie kol­wiek”, „jak bądź” ma, tyle że zna­czy to to samo. „Jak bądź” to tyle co „jak nie bądź”. „Co bądź”. „Co nie bądź”. Jak mi zu­peł­nie wszyst­ko jed­no, mogę na­wet po­wie­dzieć: „co­kol­wiek bądź”.

To nie wszyst­ko. Mam jesz­cze parę użyć, to w koń­cu prze­cież nie byle sło­wo, to bądź co bądź for­ma sło­wa „być”. Moż­na so­bie róż­nie my­śleć, ale bądź co bądź… Czy­li – niech tak so­bie jest, co jest, jed­nak! Bądź co bądź!

Bądź też co in­ne­go… Tu to tyle, co „lub” (też jak­by roz­kaź­nik, od lu­bie­nia). Mogę użyć „lub” albo „albo” bądź „bądź”, dla pew­no­ści też do­dać „też”. Bądź też nie do­da­wać.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pokochawszy: O miłości w języku boni Trzy po 33 Na drugie Stanisław 500 zdań polskich Wszystko zależy od przyimka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bodo wśród gwiazd. Opowieść o losach twórców przedwojennych kabaretów Na drugie Stanisław