To

To

Autorzy: Stephen King

Wydawnictwo: Albatros

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 1104

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 26.35 zł

Derry to małe miasto w stanie Main - nawiedzone miasto - w którym pewnego razu grupa dzieci spotkała TO. Większość z nich miała szczęście, uszła z życiem i wyjechała z Derry. Po dwudziestu latach TO znowu daje o sobie znać, a ci, którzy przeżyli, zostają wezwani do powrotu w rodzinne strony. Zapomniane strachy dzieciństwa powracają. Dzieci sa już dorosłymi, ale muszą odnaleźć w sobie dziecięcą wiarę, lojalność i odwagę by skutecznie stawić mu czoła.

2013. Wy­da­nie elek­tro­nicz­ne

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

IT

Co­py­ri­ght © Ste­phen King 1986 All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2009

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Ro­bert Lip­ski 2009

Re­dak­cja: Ja­cek Ring

Ilu­stra­cja na okład­ce: Ala­my/BE&W

Zdję­cie au­to­ra: Dick Dic­kin­son

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-022-9

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

2013. Wy­da­nie elek­tro­nicz­ne

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych – jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Podziękowania

Dedykacja

Motto

CZĘŚĆ I PO­PRZE­DZA­JĄ­CE CIE­NIEROZ­DZIAŁ 1 Po po­wo­dzi (1957)

ROZ­DZIAŁ 2 Po fe­sty­nie (1984)

ROZ­DZIAŁ 3 Sześć roz­mów te­le­fo­nicz­nych (1985)

DER­RY: PIERW­SZE IN­TER­LU­DIUM

CZĘŚĆ II CZER­WIEC 1958ROZ­DZIAŁ 4 Upa­dek Bena Han­sco­ma

ROZ­DZIAŁ 5 Bill Den­bro­ugh po­ko­nu­je dia­bła (I)

ROZ­DZIAŁ 6 Je­den z za­gi­nio­nych: Opo­wieść z lata 1958

ROZ­DZIAŁ 7 Tama w Bar­rens

ROZ­DZIAŁ 8 Po­kój Geo­r­ge’a i dom przy Ne­ibolt Stre­et

ROZ­DZIAŁ 9 Wiel­kie sprzą­ta­nie

DER­RY: DRU­GIE IN­TER­LU­DIUM

CZĘŚĆ III DO­RO­ŚLIROZ­DZIAŁ 10 Po­now­ne spo­tka­nie

ROZ­DZIAŁ 11 Prze­chadz­ki

ROZ­DZIAŁ 12 Trzej nie­pro­sze­ni go­ście

DER­RY: TRZE­CIE IN­TER­LU­DIUM

CZĘŚĆ IV LI­PIEC 1958ROZ­DZIAŁ 13 Wiel­ka bi­twa na ka­mie­nie

ROZ­DZIAŁ 14 Al­bum

ROZ­DZIAŁ 15 Dym­na jama

ROZ­DZIAŁ 16 Kry­zys Ed­die­go

ROZ­DZIAŁ 17 Ko­lej­ny za­gi­nio­ny: śmierć Pa­tric­ka Hock­stet­te­ra

ROZ­DZIAŁ 18 Strzał w dzie­siąt­kę

DER­RY: CZWAR­TE IN­TER­LU­DIUM

CZĘŚĆ V RY­TU­AŁ CHÜDROZ­DZIAŁ 19 Noc­ne czu­wa­nie

ROZ­DZIAŁ 20 Krąg się za­my­ka

ROZ­DZIAŁ 21 Pod mia­stem

ROZ­DZIAŁ 22 Ry­tu­ał Chüd

ROZ­DZIAŁ 23 Wyj­ście

DER­RY: OSTAT­NIE IN­TER­LU­DIUM

EPI­LOG Bill Den­bro­ugh po­ko­nu­je dia­bła (II)

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Bar­dzo dzię­ku­ję za po­zwo­le­nie wy­ko­rzy­sta­nia frag­men­tów utwo­rów ob­ję­tych pra­wem au­tor­skim:

My Town by Mi­cha­el Stan­ley. © 1983 by Ber­na Mu­sic Co./Mi­cha­el Stan­ley Mu­sic Co.

The Re­turn of the Exi­le from Po­ems by Geo­r­ge Se­fe­ris. Trans­la­tion co­py­ri­ght © 1960 by Rex War­ner. Re­prin­ted by per­mis­sion of Da­vid R. Go­di­ne, Pu­bli­sher, Inc.

My My Hey Hey by Neil Young and Jeff Black­burn. © 1979 Si­lver Fid­dle. Used by per­mis­sion of War­ner Bros. Ltd. All ri­ghts re­se­rved.

Pa­ter­son by Wil­liam Car­los Wil­liams. Co­py­ri­ght © 1946, 1948, 1949, 1951, 1958. Co­py­ri­ght © Flo­ren­ce Wil­liams, 1963. Re­prin­ted by per­mis­sion of Pen­gu­in Bo­oks Ltd.

No Sur­ren­der, Glo­ry Days, and Born in the U.S.A. by Bru­ce Spring­ste­en. © 1984 Bru­ce Spring­ste­en. ASCAP. All ri­ghts re­se­rved.

I He­ard It Thro­ugh the Gra­pe­vi­ne words and mu­sic by Nor­man Whit­field and Bar­rett Strong. © 1966 Jo­bet­te Mu­sic Co., Inc. Used by per­mis­sion. In­ter­na­tio­nal co­py­ri­ght se­cu­red. All ri­ghts re­se­rved.

The Rub­ber­band-Man by Tom Bell and Lin­da Cre­ed. © 1976 Mi­gh­ty Three Mu­sic. Ad­mi­ni­ste­red and re­prin­ted by kind per­mis­sion of Is­land Mu­sic Ltd.

Splish Splash by Bob­by Da­rin and Jean Mur­ray. © 1958 Unart Mu­sic Corp. © re­ne­wed 1986 CBS Ca­ta­lo­gue Part­ner­ship. All ri­ghts con­trol­led and ad­mi­ni­ste­red by Good Mu­sic Ltd. All ri­ghts re­se­rved. In­ter­na­tio­nal co­py­ri­ght se­cu­red. Used by per­mis­sion.

Bo­oks of Blo­od, Vo­lu­me I by Cli­ve Bar­ker. Co­py­ri­ght © 1984. Re­prin­ted by per­mis­sion of Sphe­re Bo­oks Ltd.

Sum­mer­ti­me Blu­es by Ed­die Co­chran and Jer­ry Ca­pe­he­art. © 1958 War­ner-Ta­mer­la­ne Pu­bli­shing Corp., Ri­ght­song Mu­sic, Elvis Pre­sley Mu­sic and Gla­dys Mu­sic. Used by per­mis­sion of In­ter­song Mu­sic Ltd. All ri­ghts re­se­rved.

Earth An­gel. © 1954, re­ne­wal 1982 by Do­ot­sie Wil­liams Pu­bli­ca­tions. Re­cor­ded by the Pen­gu­ins, Do­oto­ne Re­cords.

Do-Re-Mi by Ri­chard Rod­gers and Oscar Ham­mer­ste­in II. Co­py­ri­ght © 1959 by Ri­chard Rod­gers and Oscar Ham­mer­ste­in II. Wil­liam­son Mu­sic Co., owner of pu­bli­ca­tion and al­lied ri­ghts thro­ugho­ut the We­stern He­mi­sphe­re and Ja­pan. In­ter­na­tio­nal co­py­ri­ght se­cu­red. All ri­ghts re­se­rved. Used by per­mis­sion of Wil­liam­son-Mu­sic Ltd. Lon­don.

Mean Stre­ets, a film by Mar­tin Scor­se­se. © 1973 War­ner Bros. Inc. All ri­ghts re­se­rved.

Don’t It Make You Wan­ta Go Home by Joe So­uth. Co­py­ri­ght © 1969 by Lo­we­ry Mu­sic Co., Inc., Atlan­ta, GA. In­ter­na­tio­nal co­py­ri­ght se­cu­red. All ri­ghts re­se­rved. Used by per­mis­sion.

Here’s to the Sta­te of Ri­chard Ni­xon by Phil Ochs. © Bar­ri­ca­de Mu­sic Inc. Used with per­mis­sion of War­ner Bros. Ltd. All ri­ghts re­se­rved.

Who­le Lot of Sha­kin’ Goin’ On by Da­vid Cur­lee Wil­liams. Used by per­mis­sion.

Rock and Roll is Here to Stay by Da­vid Whi­te. Pu­bli­shed by Gol­den Egg Mu­sic/Sin­gu­lar Mu­sic. By per­mis­sion of Ame­ri­can Me­cha­ni­cal Ri­ghts Agen­cy Inc.

Bri­stol Stomp words and mu­sic by Kal Mann and Dave Ap­pell. © 1961 Kal­mann Mu­sic, Inc.

It’s Still Rock and Roll to Me by Bil­ly Joel. © 1980 Im­pul­si­ve Mu­sic/CBS Songs Ltd. Used by per­mis­sion.

Li­ght My Fire words and mu­sic by The Do­ors. © 1967 Do­ors Mu­sic Com­pa­ny. All ri­ghts re­se­rved. Used by per­mis­sion.

My Toot Toot by Sid­ney Si­mien. © 1985 Flat Town Mu­sic Com­pa­ny and Sid-Sim Pu­bli­shing Com­pa­ny. All ri­ghts re­se­rved. Used by per­mis­sion. Tut­ti Frut­ti by Do­ro­thy La Bo­strie and Ri­chard Pen­ni­man. © 1955, ATV Mu­sic. Used by per­mis­sion.

Dia­na by Paul Anka. Co­py­ri­ght © 1957, 1963, re­ne­wed 1985 by Span­ka Mu­sic Corp./Ma­na­ge­ment Agen­cy and Mu­sic Pu­bli­shing, Inc. In­ter­na­tio­nal co­py­ri­ght se­cu­red. All ri­ghts re­se­rved. Re­pro­du­ced by per­mis­sion.

High Scho­ol Con­fi­den­tial by Ron Har­gra­ve and Jer­ry Lee Le­wis. By per­mis­sion of Car­lin Mu­sic Corp.

Tra­ve­lo­gue for Exi­les from Col­lec­ted Po­ems 1940-1978 by Karl Sha­pi­ro. Co­py­ri­ght © 1942 and re­ne­wed 1970 by Karl Sha­pi­ro. Re­prin­ted by per­mis­sion of Ran­dom Ho­use, Inc.

You Got to Lose words and mu­sic by Earl Ho­oker. © Co­py­ri­ght 1969 by Du­chess Mu­sic Cor­po­ra­tion. Ri­ghts ad­mi­ni­ste­red by MCA Mu­sic Ltd., Lon­don. Used by per­mis­sion. All ri­ghts re­se­rved.

The Girl Can’t Help It If the Men­folks Stop and Sta­re words and mu­sic by Ro­bert WTro­up © 1956 Twen­tieth Cen­tu­ry Mu­sic Corp., re­ne­wed 1984 Ro­bert W. Tro­up. As­si­gned 1984 Lon­don­town Mu­sic, Inc.

Don’t Back Down by Brian Wil­son. © 1964 Irving Mu­sic, Inc. (BMI). All ri­ghts re­se­rved. In­ter­na­tio­nal co­py­ri­ght se­cu­red.

Sur­fin’ U.S.A. mu­sic by Chuck Ber­ry, words by Brian Wil­son. Co­py­ri­ght © 1958, 1963 by Arc Mu­sic Cor­po­ra­tion. Re­prin­ted by per­mis­sion of Je­wel Mu­sic Co., Ltd., Lon­don. All ri­ghts re­se­rved.

Sh-Boom (Life Co­uld Be a Dre­am) by Ja­mes Key­es, Clau­de Fe­aster, Carl Fe­aster, Floyd F. McRae, and Ja­mes Edwards. Co­py­ri­ght © 1954 by Pro­gres­si­ve Mu­sic Pu­bli­shing Co., Inc. Used by per­mis­sion of Car­lin Mu­sic Cor­po­ra­tion.

I Knew the Bri­de When She Used to Rock ’n’ Roll by Nick Lowe. © An­glo Rock Inc. © Used with per­mis­sion.

De­dy­ku­ję tę książ­ke moim dzie­ciom:

NA­OMI RA­CHEL

JO­SE­PHO­WI HIL­L­STRO­MO­WI

OWE­NO­WI PHI­LI­PO­WI

Moja mat­ka i żona na­uczy­ły mnie, jak być męż­czy­zną. Dzie­ci na­uczy­ły mnie, jak być wol­nym.

Dzie­ci, fik­cja to praw­da ukry­ta w ją­drze kłam­stwa, a praw­dę tę moż­na wy­ra­zić bar­dzo pro­sto: ma­gia ist­nie­je.

S.K.

To sta­re mia­sto było tu, od­kąd się­gam pa­mię­cią,

I po­zo­sta­nie, na­wet kie­dy mnie już za­brak­nie,

East Side, West Side, ro­zej­rzyj się uważ­nie wo­ko­ło,

Gry­ziesz zie­mię od spodu, ale to nic,

Bo je­steś te­raz cząst­ką mo­ich ko­ści.

The Mi­cha­el Stan­ley Band

Sta­ry dru­hu, cze­go szu­kasz?

Wró­ci­łeś po tylu la­tach

w po­szu­ki­wa­niu ułu­dy, któ­rą ho­łu­bi­łeś

pod ob­cym nie­bo­skło­nem

z dala od swe­go ro­dzin­ne­go kra­ju.

Geo­r­ge Se­fe­ris

Z błę­ki­tu w czerń.

Neil Young

CZĘŚĆ I

PO­PRZE­DZA­JĄ­CE CIE­NIE

Za­czę­li!

Osią­ga­ne są ist­ne szczy­ty do­sko­na­ło­ści

Kwiat roz­kła­da w słoń­cu swe ko­lo­ro­we płat­ki sze­ro­ko

Ale ję­zy­czek psz­czo­ły ich nie do­ty­ka

Po­grą­ża­ją się na po­wrót w ile, krzy­cząc

Mo­żesz na­zwać krzy­kiem to co je wów­czas ogar­nia

owe dresz­cze prze­szy­wa­ją­ce je kie­dy więd­ną i za­ni­ka­ją

Wil­liam Car­los Wil­liams, Pa­ter­son

Uro­dzo­ny w Mie­ście Umar­łe­go

Bru­ce Spring­ste­en

ROZ­DZIAŁ 1

Po po­wo­dzi (1957)

1

Z tego, co wiem, kosz­mar, któ­ry nie miał się za­koń­czyć przez całe dwa­dzie­ścia osiem lat (je­że­li w ogó­le się skoń­czył), za­czął się od ma­łej łód­ki zro­bio­nej z ga­ze­ty i pusz­czo­nej w rynsz­to­ku. Okrę­cik za­ko­ły­sał się na wo­dzie, uniósł się, omi­nął dziel­nie zdra­dziec­kie wiry i kon­ty­nu­ował swój rejs przez Wit­cham Stre­et w stro­nę świa­teł przy skrzy­żo­wa­niu Wit­cham i Jack­son. Tego je­sien­ne­go po­po­łu­dnia 1957 roku świa­tła na skrzy­żo­wa­niu oraz te w do­mach były wy­łą­czo­ne. Pa­da­ło przez cały ty­dzień, a dwa dni temu do ule­wy do­łą­czy­ła jesz­cze sil­na wi­chu­ra. Od tej pory w więk­szej czę­ści Der­ry za­bra­kło świa­tła i jak do­tąd stan ten się nie zmie­nił.

Mały chło­piec w żół­tej kurt­ce i czer­wo­nych ka­lo­szach biegł ra­do­śnie obok ga­ze­to­we­go okrę­ci­ka. Deszcz nie prze­stał pa­dać, ale nie­co osłabł. Na­resz­cie. Wiel­kie kro­ple bęb­ni­ły w żół­ty kap­tur nie­prze­ma­kal­nej kurt­ki chłop­ca, a od­głos ten przy­po­mi­nał mu dud­nie­nie desz­czu o dach szo­py… Lu­bił ten dźwięk. Chło­piec na­zy­wał się Geo­r­ge Den­bro­ugh. Miał sześć lat. Jego brat Wil­liam, zna­ny dzie­ciom ze szko­ły pod­sta­wo­wej w Der­ry (oraz na­uczy­cie­lom, któ­rzy jed­nak nig­dy nie zwró­ci­li­by się do nie­go w ten spo­sób) jako Bill Ją­ka­ła, le­żał w łóż­ku, po­ka­słu­jąc, zło­żo­ny fa­tal­ną gry­pą, któ­ra na szczę­ście po­wo­li za­czy­na­ła już mi­jać. Tej je­sie­ni 1957 roku, osiem mie­się­cy przed roz­po­czę­ciem praw­dzi­we­go kosz­ma­ru, dwa­dzie­ścia osiem lat przed ostat­nią jego od­sło­ną. Bill miał dzie­sięć lat.

To Bill zro­bił okrę­cik, obok któ­re­go biegł te­raz Geo­r­ge. Zro­bił go, sie­dząc na łóż­ku opar­ty ple­ca­mi o stos po­du­szek, pod­czas gdy ich mat­ka gra­ła w sa­lo­nie na for­te­pia­nie Dla Eli­zy, a deszcz bęb­nił nie­ustan­nie o szy­by okna sy­pial­ni. Mniej wię­cej na wy­so­ko­ści trzech czwar­tych uli­cy w stro­nę skrzy­żo­wa­nia i wy­łą­czo­nych świa­teł Wit­cham Stre­et była za­blo­ko­wa­na dla ru­chu przez gru­dy bło­ta i czte­ry po­ma­lo­wa­ne na po­ma­rań­czo­wo drew­nia­ne ko­zły. Na każ­dym z nich wid­niał na­pis: DE­PAR­TA­MENT RO­BÓT PU­BLICZ­NYCH DER­RY. Za nimi moż­na było do­strzec wy­do­by­te z ka­na­łów przez deszcz ga­łę­zie, ka­mie­nie i wiel­kie, lep­kie ster­ty je­sien­nych li­ści. Woda z po­cząt­ku po­czy­na­ła so­bie ostroż­nie, do­pie­ro na trze­ci dzień za­czę­ła prze­bie­rać mia­rę. Do po­łu­dnia czwar­te­go dnia przez skrzy­żo­wa­nie Jack­son i Wit­cham za­czę­ły prze­pły­wać od­wa­lo­ne ka­wał­ki as­fal­tu, przy­po­mi­na­ją­ce ma­leń­kie tra­twy po­śród stru­mie­ni bia­łej, spie­nio­nej wody. Do tego cza­su wie­lu lu­dzi w Der­ry już opo­wia­da­ło ner­wo­we dow­ci­py o bu­do­wie arki. De­par­ta­ment Ro­bót Pu­blicz­nych zdo­łał utrzy­mać Jack­son Stre­et otwar­tą, ale Wit­cham była nie­prze­jezd­na od ko­złów aż do cen­trum mia­sta.

Wszy­scy jed­nak zgod­nie twier­dzi­li, że naj­gor­sze już mi­nę­ło. Po­ziom Ken­du­ske­ag w Bar­rens ob­ni­żył się znacz­nie i się­gał parę cali po­ni­żej ce­men­to­wych brze­gów ka­na­łu, prze­pły­wa­jąc przez cen­trum mia­sta. Te­raz więc grup­ka męż­czyzn – a po­śród nich rów­nież Zack Den­bro­ugh, oj­ciec Geo­r­ge’a i Bil­la – za­czę­ła usu­wać wor­ki z pia­skiem, któ­ry­mi dzień wcze­śniej w po­śpie­chu ob­ło­żo­no brze­gi ka­na­łu. Jesz­cze wczo­raj pod­wyż­sze­nie sta­nu wód, a co za tym idzie fala po­wo­dzi, wy­da­wa­ły się nie­mal nie­unik­nio­ne. Bóg wie­dział, że to już się przy­tra­fi­ło w 1931 roku. Ka­ta­stro­fa, któ­ra wów­czas na­stą­pi­ła, kosz­to­wa­ła mi­lio­ny do­la­rów i pra­wie dwa tu­zi­ny ist­nień ludz­kich. To było daw­no temu, ale wciąż jesz­cze żyło spo­ro lu­dzi, któ­rzy pa­mię­ta­li owo wy­da­rze­nie wy­star­cza­ją­co do­brze, aby wy­stra­szyć po­zo­sta­łych. Jed­ną z ofiar po­wo­dzi zna­le­zio­no dwa­dzie­ścia pięć mil na wschód, w Buck­sport. Ryby ze­żar­ły nie­szczę­śni­ko­wi oczy, trzy pal­ce, pe­ni­sa oraz więk­szą część le­wej sto­py. W rę­kach, a wła­ści­wie w tym, co z nich po­zo­sta­ło, ści­skał kur­czo­wo kie­row­ni­cę for­da.

Te­raz jed­nak po­ziom wody opa­dał, a kie­dy w gó­rze rze­ki ru­szy nowa hy­dro­elek­trow­nia z tamą, pro­blem w ogó­le znik­nie. Tak w każ­dym ra­zie twier­dził Zack Den­bro­ugh, któ­ry pra­co­wał dla Ban­gor Hy­dro­elec­tric. Nie było sen­su mar­twić się przy­szły­mi po­wo­dzia­mi. Na­le­ża­ło prze­trwać obec­ną, przy­wró­cić mia­stu prąd, a po­tem za­po­mnieć o wszyst­kim. W Der­ry za­po­mi­na­nie o tra­ge­diach i ka­ta­stro­fach było nie­omal sztu­ką, o czym Bill Den­bro­ugh do­wie się z cza­sem.

Geo­r­ge za­trzy­mał się tuż za drew­nia­ny­mi ko­zła­mi, na skra­ju głę­bo­kiej szcze­li­ny wy­rwa­nej z as­fal­to­wej na­wierzch­ni Wit­cham Stre­et. Bie­gła ona nie­mal do­kład­nie uko­śnie. Koń­czy­ła się po dru­giej stro­nie uli­cy, nie­co na pra­wo, oko­ło czter­dzie­stu stóp w dół wzgó­rza od miej­sca, w któ­rym się te­raz znaj­do­wał. Ro­ze­śmiał się w głos – ra­do­sny, sa­mot­ny śmiech dziec­ka roz­ja­śnił nie­co sza­rość tego po­nu­re­go po­po­łu­dnia, pod­czas gdy prąd pły­ną­cej wody wpro­wa­dził jego pa­pie­ro­wy okrę­cik na se­rię ma­łych ka­ta­rakt two­rzo­nych przez wy­rwy w as­fal­cie. Rwą­ca woda żło­bi­ła ka­nał, któ­ry biegł wzdłuż uko­śnej szcze­li­ny, to­też okrę­cik za­czął prze­pły­wać z jed­nej stro­ny Wit­cham na dru­gą, a prąd niósł go tak szyb­ko, że Geo­r­ge mu­siał pod­biec, aby za nim na­dą­żyć. Woda bry­zga­ła spod jego ka­lo­szy błot­ni­sty­mi stru­mie­nia­mi. Ich za­pię­cia brzę­cza­ły ra­do­śnie, pod­czas gdy Geo­r­ge Den­bro­ugh biegł na spo­tka­nie swo­jej dziw­nej śmier­ci.

Uczu­ciem, któ­re go w tej chwi­li prze­peł­nia­ło, była czy­sta i pro­sta mi­łość do bra­ta, do Bil­la… mi­łość i żal, że Bill nie mógł tu być, aby to zo­ba­czyć i stać się tego czę­ścią. Oczy­wi­ście spró­bu­je mu to opi­sać, kie­dy wró­ci do domu, ale wie­dział, że nie zdo­ła zro­bić tego tak ob­ra­zo­wo, jak by to zro­bił Bill, gdy­by był na jego miej­scu. Bill był do­bry w czy­ta­niu i pi­sa­niu, ale na­wet sze­ścio­let­ni Geo­r­ge wie­dział, że jego brat zbie­rał same piąt­ki nie tyl­ko z tego po­wo­du i nie tyl­ko dla­te­go, że na­uczy­cie­le lu­bi­li jego styl. Bill nie dość, że świet­nie opo­wia­dał, to na do­da­tek był do­sko­na­łym ob­ser­wa­to­rem.

Okrę­cik prze­mknął śmia­ło wzdłuż ka­na­łu bie­gną­ce­go po prze­kąt­nej i cho­ciaż zbu­do­wa­no go ze stro­ny wy­rwa­nej z lo­kal­nej ga­ze­ty, Geo­r­ge wy­obra­żał so­bie, że to praw­dzi­wy okręt ma­ry­nar­ki wo­jen­nej z jed­ne­go z fil­mów wo­jen­nych, któ­re cza­sa­mi oglą­dał z Bil­lem na so­bot­nich se­an­sach fil­mo­wych. Z fil­mu, w któ­rym John Way­ne wal­czył z Ja­poń­ca­mi. Spod dzio­bu okrę­tu try­snę­ły stru­gi wody, kie­dy przy­spie­szył, a po­tem do­tarł do rynsz­to­ka, po le­wej stro­nie Wit­cham Stre­et. W tym miej­scu świe­ży stru­mień spły­wa­ją­cy po wy­rwie w as­fal­cie two­rzył spo­ry wir i chło­piec miał wra­że­nie, że okrę­cik musi się tu prze­wró­cić i za­to­nąć. Pa­pie­ro­wa jed­nost­ka prze­chy­li­ła się na bok, a kie­dy po­wró­ci­ła do pio­nu, na twa­rzy Geo­r­ge’a po­ja­wił się ra­do­sny uśmiech. Okrę­cik po­pły­nął da­lej, w stro­nę skrzy­żo­wa­nia. Geo­r­ge po­biegł za nim. Nad jego gło­wą szu­miał paź­dzier­ni­ko­wy wiatr, prze­my­ka­jąc po­śród ga­łę­zi drzew nie­mal cał­kiem po­zba­wio­nych już – wsku­tek wi­chu­ry – brze­mie­nia róż­no­ko­lo­ro­wych li­ści. O tak, w tym roku wiatr był bez­względ­nym i su­ro­wym żni­wia­rzem.

2

Sie­dząc na łóż­ku, Bill skoń­czył okrę­cik, ale kie­dy Geo­r­ge się­gnął po nie­go, brat od­su­nął go.

– Te­raz daj mi p-p-pa­ra­fi­nę.

– Co to jest? Gdzie to jest?

– W p-p-piw­ni­cy n-na d-dole – rzekł Bill. – W p-pu­deł­ku z na­pi­sem „G-g-gulf”. Przy­nieś mi to i nóż, i m-mi­secz­kę. I p-pu­deł­ko z-z-za­pa­łek.

Geo­r­ge po­słusz­nie po­szedł po żą­da­ne przed­mio­ty. Sły­szał, jak mat­ka nadal gra na for­te­pia­nie – tym ra­zem nie Dla Eli­zy, lecz coś, co nie po­do­ba­ło mu się tak bar­dzo – a deszcz nadal brzdą­kał mia­ro­wo o szy­by. Uwa­żał te od­gło­sy za przy­jem­ne, ale scho­dze­nie do piw­ni­cy wca­le nie było miłe. Ani tro­chę. Nie lu­bił piw­ni­cy ani scho­dze­nia do niej po scho­dach, bo za­wsze wy­obra­żał so­bie, że tam, na dole, w ciem­no­ściach, coś na nie­go czy­ha. Rzecz ja­sna, to głu­pio tak my­śleć – co zgod­nie twier­dzi­li jego oj­ciec, mat­ka, a na­wet Bill – ale po­mi­mo wszyst­ko… Nie lu­bił na­wet otwie­rać drzwi, aby włą­czyć świa­tło, bo za­wsze mu się zda­wa­ło (a to było już zu­peł­nie ir­ra­cjo­nal­ne, więc nie zwie­rzył się z tego ab­so­lut­nie ni­ko­mu), że kie­dy się­gnie w stro­nę kon­tak­tu, ja­kaś po­twor­na, za­koń­czo­na szpo­na­mi łapa wcią­gnie go w tę ciem­ność cuch­ną­cą ku­rzem, wil­go­cią i za­pa­chem gni­ją­cych wa­rzyw.

Bzdu­ra! Isto­ty o pal­cach za­koń­czo­nych szpo­na­mi, po­kry­te fu­trem i prze­peł­nio­ne żą­dzą mor­du nie ist­nie­ją! Zda­rza­ły się wy­pad­ki, kie­dy ktoś do­sta­wał ata­ku mor­der­cze­go sza­łu i za­bi­jał parę osób – o ta­kich rze­czach opo­wia­dał cza­sem Chet Hun­tley w Wia­do­mo­ściach – no i rzecz ja­sna ist­nie­li też ko­mu­ni­ści, ale w ich piw­ni­cy na pew­no nie miesz­kał ża­den nie­zwy­kły i krwio­żer­czy po­twór. Mimo to za­wsze było tak samo. W tych trwa­ją­cych bez koń­ca chwi­lach, kie­dy się­gał w stro­nę kon­tak­tu pra­wą ręką (lewa za­ci­ska­ła się kur­czo­wo na fra­mu­dze), woń z piw­ni­cy zda­wa­ła się przy­bie­rać na sile i wy­peł­niać cały świat. Za­pa­chy ku­rzu, wil­go­ci i daw­no zgni­łych wa­rzyw mie­sza­ły się z sobą, two­rząc je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju odór – odór po­two­ra, apo­te­ozę wszyst­kich po­two­rów. To była woń cze­goś, co nie mia­ło na­zwy, woń tego sku­lo­ne­go, przy­cza­jo­ne­go w ciem­no­ści i go­to­we­go do sko­ku stwo­ra, któ­ry prze­łknął­by wszyst­ko, ale naj­więk­szą ocho­tę ma za­wsze na świe­że dzie­cię­ce mię­so.

Tego ran­ka Geo­r­ge otwo­rzył drzwi i się­gnął ręką do prze­łącz­ni­ka (co trwa­ło w nie­skoń­czo­ność), jak zwy­kle trzy­ma­jąc się lewą ręką fra­mu­gi i za­ci­ska­jąc moc­no po­wie­ki. Ko­niu­szek ję­zy­ka wy­sta­wał mu z ką­ci­ka ust jak usy­cha­ją­cy ko­rzeń, któ­ry szu­ka wody na pu­sty­ni. Za­baw­ne? Pew­no. Oczy­wi­ście, że tak. Pa­trz­cie na Geo­r­ge’a! Geo­r­ge boi się ciem­no­ści! Smar­kacz!

Z po­miesz­cze­nia, któ­re oj­ciec na­zy­wał po­ko­jem, a mat­ka sa­lo­nem, do­cho­dzi­ły dźwię­ki for­te­pia­nu. Brzmia­ły jak mu­zy­ka z in­ne­go, od­le­głe­go świa­ta. Pal­ce od­na­la­zły włącz­nik świa­tła. Ach!

Prze­krę­cił go. I nic. Ciem­ność. Kur­czę. Nie ma prą­du! Geo­r­ge cof­nął rękę tak gwał­tow­nie, jak­by wsa­dził ją do ko­szy­ka peł­ne­go węży.

Uciekł od otwar­tych drzwi piw­ni­cy, a ser­ce wa­li­ło mu w pier­si jak osza­la­łe. Nie było świa­tła – to ja­sne – za­po­mniał, że nie było świa­tła.

O Jezu! I co te­raz? Wró­cić i po­wie­dzieć Bil­lo­wi, że nie zna­lazł pu­deł­ka z pa­ra­fi­ną, bo nie ma świa­tła, a poza tym bał się, że coś mo­gło­by go zła­pać, gdy­by scho­dził po scho­dach – coś gor­sze­go niż psy­cho­pa­tycz­ny mor­der­ca czy ko­mu­ni­ści – isto­ta o wie­le groź­niej­sza i za­bój­cza? To coś mo­gło­by wy­su­nąć swo­ją ośli­zgłą, gni­ją­cą część ni­czym mac­kę przez szcze­li­nę po­mię­dzy stop­nia­mi scho­dów i schwy­cić go za kost­kę. Bo prze­cież mo­gło­by. A może nie? Inni może by się z tego śmia­li, ale nie Bill. Nie on. Bill by się wku­rzył. Po­wie­dział­by: „Do­ro­śnij, Geo­r­ge… chcesz okrę­cik czy nie?”.

Jak­by w od­po­wie­dzi na jego my­śli z sy­pial­ni do­biegł głos Bil­la.

– U-u-umar­łeś t-tam, G-geo­r­ge?

– Nie, za­raz przy­nio­sę, Bill – od­parł na­tych­miast.

Za­tarł dłoń­mi ra­mio­na, żeby usu­nąć z nich gę­sią skór­kę i żeby znów zro­bi­ły się gład­kie.

– Po pro­stu za­trzy­ma­łem się, żeby się na­pić wody.

– To się p-p-po­spiesz!

Zszedł czte­ry stop­nie, ser­ce biło mu w pier­si jak młot, wło­sy zje­ży­ły się na kar­ku, oczy miał roz­sze­rzo­ne, prze­peł­nio­ne zgro­zą, dło­nie zim­ne jak lód, a w głę­bi du­szy czuł, że lada mo­ment drzwi się za­mkną, od­ci­na­jąc go od bia­łe­go świa­tła pły­ną­ce­go z okna kuch­ni, a po­tem usły­szy To, coś gor­sze­go niż wszy­scy ko­mu­ni­ści i mor­der­cy ra­zem wzię­ci, gor­sze­go niż Ja­poń­cy, gor­sze­go niż Hun At­ty­la, a na­wet set­ka fil­mów gro­zy po­łą­czo­nych w je­den.

To ryk­nie gar­dło­wo – a on usły­szy ten war­kot i ryk na parę sza­lo­nych se­kund przed­tem, nim To rzu­ci się na nie­go i wy­pru­je mu fla­ki.

Odór piw­ni­cy był dziś ze wzglę­du na po­wódź gor­szy niż kie­dy­kol­wiek. Ich dom znaj­do­wał się nie­mal na szczy­cie wzgó­rza przy Wit­cham Stre­et i uda­ło im się dzię­ki temu unik­nąć naj­gor­sze­go, ale w miej­scach, gdzie po­śród sta­rych fun­da­men­tów na­stą­pił prze­ciek, nadal sta­ły ka­łu­że wody. Woń była ostra i nie­przy­jem­na – tak że mu­siał od­dy­chać bar­dzo płyt­ko. Geo­r­ge, naj­szyb­ciej jak mógł, przej­rzał stos gra­tów na pół­ce. Sta­re pu­deł­ka z pa­stą Kiwi, szma­ty do czysz­cze­nia bu­tów, zbi­ta lam­pa naf­to­wa, pra­wie pu­sta bu­tel­ka win­dek­sa, sta­ra, pła­ska pusz­ka wo­sku „Żółw”.

Z ja­kie­goś po­wo­du ta pusz­ka przy­ku­ła jego uwa­gę i nie­mal przez pół mi­nu­ty wpa­try­wał się jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny w wi­ze­ru­nek żół­wia na wiecz­ku. Po­tem odło­żył ją na pół­kę… i wresz­cie zna­lazł małe kwa­dra­to­we pu­deł­ko z na­pi­sem „Gulf”. Schwy­cił je i pę­dem wbiegł po scho­dach, na­gle zda­jąc so­bie spra­wę, że skra­wek ko­szu­li wy­su­nął mu się ze spodni, a to może przy­czy­nić się do zgu­by. Isto­ta z piw­ni­cy po­zwo­li mu prze­być pra­wie całą dro­gę na górę, a po­tem zła­pie go za ten skra­wek ma­te­ria­łu i szarp­nie z ca­łej siły do tyłu… Wpadł do kuch­ni i za­trza­snął za sobą drzwi. Huk­nę­ły gwał­tow­nie. Oparł się o nie ple­ca­mi, miał za­mknię­te oczy, pot wy­stą­pił mu na ręce i czo­ło, dłoń za­ci­ska­ła się kur­czo­wo na pu­deł­ku z pa­ra­fi­ną. For­te­pian ucichł i chło­piec usły­szał głos swo­jej mamy.

– Geo­r­ge, czy mógł­byś na­stęp­nym ra­zem za­my­kać drzwi tro­chę gło­śniej? Może wte­dy uda ci się stłuc parę ta­le­rzy w kuch­ni, tyl­ko mu­sisz się do­brze po­sta­rać.

– Prze­pra­szam, mamo! – krzyk­nął.

– Geo­r­ge, ty nie­zda­ro – rzu­cił Bill ze swo­jej sy­pial­ni. Po­wie­dział to ci­cho, żeby mat­ka nie mo­gła go usły­szeć.

Geo­r­ge za­chi­cho­tał. Jego strach znik­nął – opu­ścił go tak ła­two, jak kosz­mar opusz­cza czło­wie­ka, któ­ry się bu­dzi skost­nia­ły i zdy­sza­ny, któ­ry czu­je swo­je cia­ło i roz­glą­da się wo­ko­ło, aby się upew­nić, że nic, o czym śnił, nie zda­rzy­ło się na­praw­dę, a po­tem z miej­sca za­czy­na o tym za­po­mi­nać. Za­nim jego sto­py do­tkną pod­ło­gi, nie­pa­mięć ogar­nia już po­ło­wę jego sen­nej zmo­ry; kie­dy wyj­dzie spod prysz­ni­ca i za­cznie wy­cie­rać się ręcz­ni­kiem, doj­dzie do trzech czwar­tych, a za­nim skoń­czy śnia­da­nie, za­po­mni wszyst­ko. Aż do na­stęp­ne­go razu, kie­dy w uści­sku kosz­ma­ru przy­po­mni so­bie swo­je lęki. Ten żółw, za­sta­na­wiał się Geo­r­ge, po­dą­ża­jąc w stro­nę szu­fla­dy w szaf­ce, gdzie trzy­ma­no za­pał­ki. Gdzie ja wcze­śniej wi­dzia­łem tego żół­wia?

Ale nie uzy­skał od­po­wie­dzi i zbył py­ta­nie mil­cze­niem. Wy­jął z szu­fla­dy pu­deł­ko za­pa­łek, wziął nóż z prze­gród­ki (trzy­ma­jąc ostrze prze­zor­nie z dala od cia­ła, tak jak go uczył tata) i małą mi­secz­kę z kre­den­su w ja­dal­ni. Po­tem udał się z po­wro­tem do sy­pial­ni Bil­la.

– A-ale z cie­bie d-du­pek, G-geo­r­ge – po­wie­dział Bill ła­god­nym to­nem i od­su­nął na bok nie­któ­re z przed­mio­tów i me­dy­ka­men­tów znaj­du­ją­cych się na jego noc­nym sto­li­ku, pu­stą szklan­kę, dzba­nek z wodą, chu­s­tecz­ki do nosa, książ­ki, bu­tel­kę vicks vapo rub, któ­ra to­wa­rzy­szy­ła mu za­wsze, kie­dy był cho­ry albo choć­by miał ka­tar. Wie­dział, że nig­dy nie za­po­mni tego za­pa­chu. Było tam też ra­dio, sta­re Phil­co, ale nie pły­nę­ły z nie­go dźwię­ki mu­zy­ki Cho­pi­na czy Ba­cha, tyl­ko jed­nej z pio­se­nek Lit­tle Ri­char­da… głos był przy­ci­szo­ny i mo­gło się zda­wać, że Lit­tle Ri­chard zo­stał do resz­ty ob­dar­ty ze swej mocy. Ich mat­ka, któ­ra stu­dio­wa­ła pia­ni­sty­kę w kla­sie for­te­pia­nu, nie cier­pia­ła rock and rol­la. Nie tyl­ko nie lu­bi­ła – po pro­stu go nie­na­wi­dzi­ła.

– Nie je­stem dup­kiem – rzekł Geo­r­ge, sia­da­jąc na skra­ju łóż­ka Bil­la i kła­dąc przy­nie­sio­ne rze­czy na noc­nym sto­li­ku.

– Je­steś – od­parł Bill – wiel­kim dup­kiem z wiel­ką brą­zo­wą dziu­rą. To wła­śnie ty.

Geo­r­ge pró­bo­wał so­bie wy­obra­zić dzie­cia­ka, któ­ry był jed­ną wiel­ką dupą na no­gach, i za­chi­cho­tał.

– Masz dziu­rę w tył­ku więk­szą niż Au­gu­sta – po­wie­dział Bill i też za­czął chi­cho­tać.

– A ty więk­szą niż cały stan – od­parł Geo­r­ge. Póź­niej za­pa­no­wa­ła bli­sko dwu­mi­nu­to­wa ci­sza.

Kie­dy wresz­cie znów za­czę­li roz­ma­wiać, mó­wi­li szep­tem i była to roz­mo­wa, któ­ra zna­czy bar­dzo nie­wie­le dla każ­de­go prócz dwóch ma­łych chłop­ców. Kłó­ci­li się, kto jest więk­szym dup­kiem, kto ma więk­szy ty­łek i bar­dziej brą­zo­wą dziu­rę i tak da­lej. W koń­cu Bill po­wie­dział jed­no z za­ka­za­nych słów, oskar­ża­jąc Geo­r­ge’a, że jest wiel­kim za­sra­nym dup­kiem, i obaj wy­buch­nę­li ra­do­snym śmie­chem. Śmiech Bil­la zmie­nił się w ka­szel. Kie­dy się w koń­cu uspo­ko­ił (a jego twarz – ku prze­ra­że­niu Geo­r­ge’a – na­bra­ła śliw­ko­we­go od­cie­nia), for­te­pian znów prze­stał grać. Obaj spoj­rze­li w kie­run­ku sa­lo­nu w prze­ko­na­niu, że kla­pa for­te­pia­nu lada chwi­la zo­sta­nie za­mknię­ta, a w ko­ry­ta­rzu roz­le­gną się kro­ki mamy. Bill za­krył usta ręką, tłu­miąc ka­szel i jed­no­cze­śnie po­ka­zu­jąc w stro­nę dzban­ka. Geo­r­ge na­lał szklan­kę wody, a jego brat wy­pił ją do dna.

For­te­pian znów za­czął grać – po­now­nie Dla Eli­zy. Bill Ją­ka­ła nig­dy nie za­po­mniał tego utwo­ru i na­wet po la­tach wy­wo­ły­wał on u nie­go gę­sią skór­kę. W ta­kich chwi­lach miał wra­że­nie, że jego ser­ce prze­sta­je bić, i przy­po­mi­nał so­bie: Moja mat­ka to gra­ła w dniu, kie­dy umarł Geo­r­ge.

– Bę­dziesz jesz­cze kasz­lał, Bill?

– Nie.

Bill wy­jął z pu­deł­ka chu­s­tecz­kę hi­gie­nicz­ną, chrząk­nął, splu­nął w nią fleg­mą, zmiął ją w kul­kę i wrzu­cił do ko­sza na śmie­ci sto­ją­ce­go przy łóż­ku, w któ­rym znaj­do­wa­ło się już wie­le po­dob­nych ku­lek. Po­tem otwo­rzył pu­deł­ko z pa­ra­fi­ną i od­wró­ciw­szy je, wy­ło­żył za­war­tość na dłoń. Geo­r­ge przy­glą­dał mu się z uwa­gą, ale nic nie mó­wił ani o nic nie py­tał. Bill nie lu­bił, jak brat mu prze­szka­dzał, ale Geo­r­ge wie­dział, że je­że­li tyl­ko bę­dzie trzy­mał ję­zyk za zę­ba­mi, brat i tak wszyst­ko mu wy­ja­śni. Zwy­kle tak po­stę­po­wał.

Bill od­kro­ił no­żem mały ka­wa­łek pa­ra­fi­ny, wło­żył go do mi­secz­ki, a po­tem po­ło­żył na wierzch pa­ra­fi­ny za­pa­lo­ną za­pał­kę. Obaj chłop­cy pa­trzy­li na mały żół­ty pło­my­czek, pod­czas gdy słab­ną­cy wiatr raz po raz chło­stał desz­czem okno.

– Trze­ba za­im­pre­gno­wać okrę­cik, w prze­ciw­nym ra­zie prze­siąk­nie i za­to­nie – wy­ja­śnił Bill.

Kie­dy był z Geo­r­ge’em, ją­kał się rzad­ko lub wca­le. W szko­le jed­nak by­wa­ło cza­sem tak kiep­sko, że w ogó­le nic nie mógł z sie­bie wy­krztu­sić. Nie umie­jąc się z nim po­ro­zu­mieć, ko­le­dzy od­cho­dzi­li, pod­czas gdy Bill, ści­ska­jąc dłoń­mi kra­wędź sto­łu, z twa­rzą nie­mal rów­nie czer­wo­ną jak wło­sy i oczy­ma zmie­nio­ny­mi w szpar­ki, pró­bo­wał coś po­wie­dzieć. Nie­raz mu się uda­wa­ło, kie­dy in­dziej zaś po­no­sił klę­skę. Gdy miał trzy lata, zo­stał po­trą­co­ny przez sa­mo­chód i siła ude­rze­nia rzu­ci­ła go na ścia­nę bu­dyn­ku. Był nie­przy­tom­ny przez sie­dem go­dzin. Mat­ka po­wie­dzia­ła, że to przez ten wy­pa­dek za­czął się ją­kać. Geo­r­ge cza­sa­mi miał wra­że­nie, że oj­ciec – a na­wet sam Bill – w to nie wie­rzy­li.

Ka­wa­łek pa­ra­fi­ny pra­wie cał­kiem się roz­to­pił. Pło­mień za­pał­ki przy­ga­sał, do­cho­dząc do koń­ca kar­to­no­we­go pa­tycz­ka, ro­bił się nie­bie­ski, aż w koń­cu znik­nął zu­peł­nie. Bill za­nu­rzył ko­niec pal­ca w mi­secz­ce i wy­jął go z ci­chym syk­nię­ciem. Uśmiech­nął się prze­pra­sza­ją­co do Geo­r­ge’a.

– Go­rą­ce – po­wie­dział.

Parę se­kund póź­niej po­wtó­rzył tę czyn­ność i za­czął roz­sma­ro­wy­wać pa­ra­fi­nę wzdłuż bo­ków okrę­ci­ka, gdzie szyb­ko za­sty­gła, two­rząc mlecz­no­bia­łe gru­be pa­sma.

– Mogę? – spy­tał Geo­r­ge.

– Do­brze. Tyl­ko nie po­plam któ­re­goś z ko­ców, bo mama by cię za­bi­ła.

Geo­r­ge za­nu­rzył pa­lec w pa­ra­fi­nie, któ­ra była do­syć cie­pła, ale już nie go­rą­ca, i za­czął sma­ro­wać nim pa­pie­ro­wą łó­decz­kę.

– Nie tak dużo, dup­ku – po­wie­dział Bill. – Chcesz, żeby za­to­nę­ła pod­czas dzie­wi­cze­go rej­su?

– Prze­pra­szam.

– Już do­brze. Rób d-da­lej. S-spo­koj­nie.

Geo­r­ge skoń­czył dru­gą stro­nę, a po­tem uniósł okrę­cik w dło­niach. Wy­da­wał się tro­chę cięż­szy, ale nie za bar­dzo.

– Świet­nie – ucie­szył się. – Wyj­dę i pusz­czę go na wodę.

– Tak. Zrób to – po­wie­dział Bill. Na­gle za­czął spra­wiać wra­że­nie zmę­czo­ne­go i nadal drę­czo­ne­go cho­ro­bą.

– Chciał­bym, że­byś mógł pójść ze mną – oznaj­mił Geo­r­ge. Na­praw­dę tak było. Bill cza­sa­mi by­wał nie­zno­śny, ale za­wsze miał naj­lep­sze po­my­sły i nig­dy się nie my­lił. – To prze­cież two­ja łód­ka.

– „Twój”, a nie „two­ja” – po­pra­wił go Bill. – Bo to jest okrę­cik.

– Twój.

– Ja też bym chciał pójść z tobą – od­parł po­nu­ro Bill.

– Cóż… – Geo­r­ge prze­stą­pił z nogi na nogę, ści­ska­jąc w dło­ni okrę­cik.

– Na­łóż coś od desz­czu – rzu­cił Bill – bo w prze­ciw­nym ra­zie zła­piesz gry­pę­jak ja. Naj­praw­do­po­dob­niej i tak się za­ra­zisz. Ode mnie.

– Dzię­ki, Bill. To świet­ny okrę­cik. – I zro­bił coś, cze­go nie ro­bił od daw­na, a cze­go Bill nig­dy nie za­po­mniał: po­chy­lił się i po­ca­ło­wał bra­ta w po­li­czek.

– Te­raz to już na pew­no zła­piesz gry­pę, ty dup­ku – po­wie­dział, ale mimo wszyst­ko wy­glą­dał na za­do­wo­lo­ne­go. Uśmiech­nął się do Geo­r­ge’a. – I odłóż to wszyst­ko na miej­sce, bo się mama wściek­nie.

– Pew­no. – Za­brał przy­nie­sio­ne rze­czy i prze­szedł przez po­kój z okrę­ci­kiem na wierz­chu pu­deł­ka z pa­ra­fi­ną.

– G-g-geo­r­ge?

Geo­r­ge od­wró­cił się, aby spoj­rzeć na bra­ta.

– B-bądź ostroż­ny.

– Pew­no.

Jego czo­ło zmarsz­czy­ło się nie­znacz­nie. To było coś, co zwy­kle mó­wi­ła mama, a nie star­szy brat. Rów­nie dziw­ne wy­da­ło mu się to, że po­ca­ło­wał Bil­la w po­li­czek. Nie ro­bił tego już od daw­na.

– Pew­no, że tak.

I wy­szedł. Bil­ly nie zo­ba­czył go już nig­dy wię­cej.

3

I te­raz tu­taj go­nił za okrę­ci­kiem. Biegł szyb­ko, ale woda była szyb­sza i okrę­cik moc­no go wy­prze­dził. Usły­szał gło­śny szum i zo­ba­czył, że pięć­dzie­siąt jar­dów da­lej w dół zbo­cza woda z rynsz­to­ka wpły­wa­ła ka­ska­dą do ka­na­łu, któ­ry wciąż jesz­cze po­zo­stał otwar­ty. Był to duży, ciem­ny pół­okrąg wy­cię­ty w za­krę­cie dro­gi i pod­czas gdy Geo­r­ge pa­trzył, naga ga­łąź o ciem­nej i błysz­czą­cej jak skó­ra foki ko­rze wpa­dła do pasz­czy otwo­ru ka­na­łu. Za­wi­sła tam na chwi­lę, a po­tem ze­śli­zgnę­ła się na dół. Wła­śnie tam zmie­rzał jego okrę­cik.

– Rany ko­gu­ta! – krzyk­nął prze­ra­żo­ny.

Przy­spie­szył i przez chwi­lę wy­da­wa­ło mu się, że do­go­ni okrę­cik. Na­gle po­śli­zgnął się i upadł, roz­bi­ja­jąc so­bie ko­la­no i wy­da­jąc gło­śny, pi­skli­wy okrzyk bólu. Z no­wej, nie­omal ho­ry­zon­tal­nej per­spek­ty­wy pa­trzył, jak jego łó­decz­ka okrę­ca się dwa razy wo­kół osi, wpa­da w ko­lej­ny wir, a po­tem zni­ka.

– Rany ko­gu­ta! – krzyk­nął po­now­nie i ude­rzył pię­ścią w chod­nik. To też za­bo­la­ło i za­czął z ci­cha po­chli­py­wać. Co za głu­pi spo­sób, aby stra­cić taki okrę­cik! Wstał i pod­szedł do wy­lo­tu ka­na­łu. Ukląkł i zaj­rzał do środ­ka. Woda, wpa­da­jąc w mrok, wy­da­wa­ła głu­chy i nie­przy­jem­ny od­głos. To był strasz­ny od­głos. Przy­po­mi­nał mu…

– Ha! – Ten dźwięk spra­wił, że po­de­rwał się jak ma­rio­net­ka szarp­nię­ta za sznur­ki i od­su­nął się gwał­tow­nie do tyłu.

Tam w dole do­strzegł parę śle­pi – śle­pi, ja­kie za­wsze so­bie wy­obra­żał, ale ja­kich nig­dy nie wi­dział w piw­ni­cy. To zwie­rzę, przy­szło mu na­gle na myśl. To tyl­ko ja­kieś zwie­rzę. Może kot, któ­ry się za­błą­kał… Mimo to nadal był go­tów do uciecz­ki, uciekł­by, gdy­by jego umysł nie po­ra­dził so­bie z szo­kiem, ja­kie­go do­znał na wi­dok tych świe­cą­cych śle­pi. Po­czuł pod pal­ca­mi szorst­ką po­wierzch­nię as­fal­tu i roz­le­wa­ją­cą się wo­kół nie­go cie­niut­ką war­stew­kę wody. Zo­ba­czył sa­me­go sie­bie wsta­ją­ce­go i od­cho­dzą­ce­go, kie­dy na­gle usły­szał głos wy­do­by­wa­ją­cy się z ka­na­łu. Ten głos zwra­cał się do nie­go. Brzmiał pew­nie i jak­by dość cie­pło.

– Cześć, Geo­r­ge – ode­zwał się głos.

Geo­r­ge za­mru­gał i po­now­nie spoj­rzał w głąb ka­na­łu. Nie­mal nie uwie­rzył wła­snym oczom – to, co zo­ba­czył, przy­po­mi­na­ło sce­nę z baj­ki albo fil­mu, w któ­rym zwie­rzę­ta mó­wią ludz­kim gło­sem i tań­czą. Gdy­by był dzie­sięć lat star­szy, nie uwie­rzył­by w to, ale nie miał szes­na­stu lat, tyl­ko sześć.

W ka­na­le znaj­do­wał się klown. Po­mi­mo kiep­skie­go oświe­tle­nia Geo­r­ge Den­bro­ugh zda­wał so­bie spra­wę, co wi­dzi. To był klown, jak w cyr­ku i te­le­wi­zji. Praw­dę mó­wiąc, wy­glą­dał jak skrzy­żo­wa­nie Boza i Cla­ra­bel­la, któ­ry (czy któ­ra – Geo­r­ge nig­dy nie wie­dział, ja­kiej oni byli płci) mó­wił przez spe­cjal­ną tub­kę w so­bot­nich po­ran­kach – Buf­fa­lo Bob był chy­ba je­dy­nym, któ­ry ro­zu­miał Cla­ra­bel­la, a to za­wsze do­pro­wa­dza­ło Geo­r­ge’a do pa­sji.

Twarz klow­na w ka­na­le bie­la­ła, po obu stro­nach ły­sej czasz­ki ster­cza­ły za­baw­ne kęp­ki ru­dych wło­sów, a na ustach wid­niał wiel­ki na­ma­lo­wa­ny uśmiech. Gdy­by Geo­r­ge miesz­kał tu rok póź­niej, na pew­no po­my­ślał­by naj­pierw o Ro­nal­dzie McDo­nal­dzie za­miast o Bo­zie lub Cla­ra­bel­lu. Klown trzy­mał w jed­nej dło­ni pęk ko­lo­ro­wych ba­lo­nów ni­czym ol­brzy­mią kiść doj­rza­łych owo­ców, a w dru­giej ręce pa­pie­ro­wy okrę­cik Geo­r­ge’a.

– Chcesz swój okrę­cik, Geo­r­ge? – Klown się uśmiech­nął.

Geo­r­ge od­po­wie­dział mu uśmie­chem. Nie mógł nic na to po­ra­dzić – był to je­den z tych uśmie­chów, na któ­re po pro­stu mu­sisz za­re­ago­wać.

– Pew­no, że tak – od­parł.

Klown wy­buch­nął śmie­chem.

– Pew­no, że tak. To świet­nie! To wspa­nia­le! A co byś po­wie­dział na ba­lo­nik?

– No… pew­no! – Się­gnął ręką… i na­gle cof­nął ją z wa­ha­niem.

– Nie wol­no mi ni­cze­go brać od ob­cych. Tak mówi mój tata.

– Twój tata bar­dzo mą­drze mówi – po­wie­dział klown w ka­na­le, wciąż się uśmie­cha­jąc.

Jak mo­głem przy­pusz­czać, że jego oczy były żół­te? – za­sta­na­wiał się Geo­r­ge. Były ja­sne, ja­sno­nie­bie­skie, ko­lo­ru oczu jego mamy i Bil­la.

– Na­praw­dę bar­dzo mą­drze. A więc przed­sta­wię ci się. Wi­dzisz, Geo­r­ge, ja je­stem Pan Bob Gray zna­ny tak­że jako Pen­ny­wi­se, Tań­czą­cy Klown. Pen­ny­wi­se, po­znaj Geo­r­ge’a Den­bro­ugh. Geo­r­ge, po­znaj Pen­ny­wi­se’a. Te­raz już się zna­my. Nie je­stem dla cie­bie obcy, tak jak ty nie je­steś obcy dla mnie. Ja­asne?

Geo­r­ge za­chi­cho­tał.

– Chy­ba tak. – Po­now­nie wy­cią­gnął rękę… i raz jesz­cze ją cof­nął.

– Jak się tam do­sta­łeś?

– Zmio­tło mnie tu pod­czas bu­rzy – od­parł klown Pen­ny­wi­se.

– Roz­wa­li­ło cały cyrk. Czu­jesz za­pach cyr­ku, Geo­r­ge?

Geo­r­ge po­chy­lił się do przo­du. Na­gle po­czuł za­pach orzesz­ków ziem­nych! Go­rą­cych pra­żo­nych orzesz­ków! I octu! I fry­tek! Czuł za­pach waty cu­kro­wej i pącz­ków, a tak­że sła­by, ale mimo to wy­raź­ny odór zwie­rzę­ce­go łaj­na. Czuł ła­god­ny aro­mat tro­cin. I… I prze­ni­ka­ją­cy przez to wszyst­ko smród po­wo­dzi i roz­kła­da­ją­cych się li­ści, i cze­lu­ści mrocz­nych ka­na­łów. Ten smród był wil­got­ny i zgni­ły. Odór piw­ni­cy. Ale inne za­pa­chy były sil­niej­sze.

– Oczy­wi­ście, że czu­ję – po­wie­dział.

– Chcesz swój okrę­cik, Geo­r­ge? – spy­tał Pen­ny­wi­se.

– Po­wta­rzam to, bo nie wy­glą­da, że­byś chciał go od­zy­skać. – Uniósł go, uśmie­cha­jąc się. Był w wor­ko­wa­tym je­dwab­nym ko­stiu­mie z wiel­ki­mi po­ma­rań­czo­wy­mi gu­zi­ka­mi-pom­po­na­mi. Pod szy­ją zwi­sa­ła mu ja­sno­nie­bie­ska musz­ka, a na dło­niach miał ol­brzy­mie bia­łe rę­ka­wicz­ki, po­dob­ne do tych, któ­re za­wsze no­szą Mysz­ka Miki i Ka­czor Do­nald.

– Tak. Pew­no – od­parł Geo­r­ge, spo­glą­da­jąc w głąb ka­na­łu.

– I ba­lo­nik? Mam czer­wo­ny, zie­lo­ny, żół­ty i nie­bie­ski…

– Czy one uno­szą się w po­wie­trzu?

– Czy się uno­szą? – Uśmiech klow­na się roz­cią­gnął. – O tak. Oczy­wi­ście. One pły­wa­ją w po­wie­trzu. Mam jesz­cze watę cu­kro­wą…

Geo­r­ge wy­cią­gnął rękę. Klown schwy­cił go za prze­gub.

I chło­piec zo­ba­czył, że twarz klow­na za­czy­na się zmie­niać. To, co uj­rzał, było tak strasz­ne, że jego naj­gor­sze wi­zje do­ty­czą­ce isto­ty z piw­ni­cy wy­da­wa­ły się przy tym słod­ki­mi ma­rze­nia­mi; to, co uj­rzał, znisz­czy­ło ba­stion jego zdro­we­go roz­sąd­ku jed­nym cio­sem szpo­nia­stej łapy.

– One pły­wa­ją na wie­trze – po­wie­dzia­ła isto­ta w ka­na­le zdu­szo­nym, chi­cho­tli­wym gło­sem. Trzy­ma­ła Geo­r­ge’a za rękę w moc­nym, mac­ko­wa­tym uści­sku i cią­gnę­ła go w stro­nę po­twor­nej ciem­no­ści, gdzie woda, pę­dząc, ry­cząc i za­wo­dząc jak sza­lo­na, nio­sła swój ka­mie­ni­sty ła­du­nek ku mo­rzu. Geo­r­ge od­su­nął gło­wę od tej osta­tecz­nej ciem­no­ści i za­czął krzy­czeć w desz­czu, krzy­czał opę­tań­czo, wzno­sząc twarz ku bia­łe­mu je­sien­ne­mu nie­bu, któ­re po­chy­la­ło się nad Der­ry tego je­sien­ne­go dnia 1957 roku. Jego okrzy­ki były ostre i przej­mu­ją­ce; wzdłuż ca­łej Wit­cham Stre­et lu­dzie za­czę­li wy­glą­dać przez okna i wy­cho­dzić na we­ran­dy przed do­ma­mi.

– One pły­wa­ją w po­wie­trzu – wark­nę­ło To. – Pły­wa­ją, Geo­r­ge, i kie­dy znaj­dziesz się tu na dole ze mną, ty też bę­dziesz pły­wał…

Ra­mię Geo­r­ge’a opie­ra­ło się na ce­men­cie chod­ni­ka i Dave Gar­de­ner, któ­ry tego dnia ze wzglę­du na po­wódź nie po­szedł do pra­cy, zo­ba­czył tyl­ko ma­łe­go chłop­ca w żół­tym płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym, ma­łe­go chłop­ca, któ­ry krzy­czał i wił się w rynsz­to­ku, pod­czas gdy błot­ni­sta woda za­le­wa­ła mu twarz i spra­wia­ła, że wy­da­wa­ne przez mal­ca od­gło­sy były stłu­mio­ne i bul­go­czą­ce.

– Tu na dole wszyst­ko uno­si się w po­wie­trzu – za­chi­cho­ta­ła isto­ta, prze­gni­ły głos prze­szedł w szept i na­gle dał się sły­szeć od­głos dar­cia, a po­tem po­ja­wił się pa­lą­cy, prze­raź­li­wy ból i Geo­r­ge Den­bro­ugh prze­stał co­kol­wiek od­czu­wać.

Dave Gar­de­ner do­tarł do nie­go pierw­szy i choć zja­wił się tam kil­ka­dzie­siąt se­kund po jego okrzy­ku, Geo­r­ge Den­bro­ugh już nie żył. Gar­de­ner schwy­cił go za kurt­kę, od­cią­gnął do tyłu… i sam za­czął krzy­czeć, kie­dy cia­ło chłop­ca ob­ró­ci­ło się w jego rę­kach. Lewa stro­na kurt­ki Geo­r­ge’a była te­raz ja­sno­czer­wo­na. Krew ście­ka­ła do ka­na­łu, wy­pły­wa­jąc ze strzę­pia­stej dziu­ry, gdzie znaj­do­wa­ło się lewe ra­mię chłop­ca. Spod po­dar­te­go ma­te­ria­łu wy­ła­nia­ła się wy­pu­kłość prze­raź­li­wie ja­snej ko­ści.

Oczy chłop­ca pa­trzą­ce w górę na bia­łe nie­bo za­czę­ły wy­peł­niać się kro­pla­mi desz­czu, pod­czas gdy Dave Gar­de­ner chwiej­nym kro­kiem od­szedł na bok, w stro­nę, z któ­rej nad­cho­dzi­li już inni lu­dzie, za­alar­mo­wa­ni krzy­kiem Geo­r­ge’a.

4

Gdzieś w dole, w ka­na­łach wy­peł­nio­nych nie­omal do gra­nic moż­li­wo­ści wart­ko pły­ną­cą wodą (tam na dole nie mo­gło być ni­ko­go, po­wie póź­niej lo­kal­ny sze­ryf re­por­te­ro­wi „Der­ry News” to­nem peł­nym fru­stra­cji i wście­kło­ści, że nie­mal wy­czu­wa­ło się w nim bez­sil­ność i ból; sam Her­ku­les nie dał­by so­bie rady z tak szyb­kim i rwą­cym prą­dem), ga­ze­to­wy okrę­cik Geo­r­ge’a pły­nął po­śród spo­wi­tych mro­kiem nocy po­miesz­czeń i dłu­gich ce­men­to­wych ko­ry­ta­rzy, po­śród ry­czą­cej i szu­mią­cej ki­pie­li. Przez pe­wien czas pły­nął obok mar­twe­go kur­cza­ka, któ­re­go żół­te szpo­ny mie­rzy­ły w ocie­ka­ją­ce wodą skle­pie­nie; po­tem, na jed­nym z roz­ga­łę­zień na wschód od mia­sta kur­czak po­pły­nął w lewo, pod­czas gdy łó­decz­ka Geo­r­ge’a po­mknę­ła przed sie­bie. Go­dzi­nę póź­niej, gdy mat­ce Geo­r­ge’a apli­ko­wa­no w szpi­ta­lu w Der­ry środ­ki uspo­ka­ja­ją­ce, a Bill Ją­ka­ła sie­dział osłu­pia­ły, bia­ły jak płót­no i mil­czą­cy na swo­im łóż­ku, słu­cha­jąc, jak jego oj­ciec szlo­cha w sa­lo­ni­ku, gdzie w chwi­li wyj­ścia Geo­r­ge’a z domu mat­ka gra­ła utwór Dla Eli­zy – okrę­cik wy­pry­snął przez ce­men­to­wy otwór jak kula z lufy re­wol­we­ru i spły­nął do stru­mie­nia bez na­zwy. Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej zna­lazł się na spie­nio­nych, rwą­cych fa­lach rze­ki Pe­nob­scot, a wy­so­ko w gó­rze, na nie­bie, za­czę­ły się już po­ja­wiać pierw­sze smu­gi błę­ki­tu. Bu­rza do­bie­gła koń­ca.

Okrę­cik prze­chy­lał się, ko­ły­sał i cza­sa­mi na­bie­rał tro­chę wody, ale nie za­to­nął. Dwaj bra­cia do­sko­na­le go za­im­pre­gno­wa­li. Nie wiem, do­kąd w koń­cu do­tarł, je­że­li w ogó­le do­pły­nął gdzieś da­lej – być może zna­lazł się na mo­rzu i pły­wa tam po wsze cza­sy jak ma­gicz­ny okręt z baj­ki. Wiem tyl­ko, że po opusz­cze­niu gra­nic mia­sta Der­ry w sta­nie Ma­ine raź­no pły­nął na­przód, nie­sio­ny falą po­wo­dzi, i tym sa­mym jego rola w tej opo­wie­ści do­bie­gła koń­ca.

ROZ­DZIAŁ 2

Po fe­sty­nie (1984)

1

Póź­niej jego szlo­cha­ją­cy przy­ja­ciel po­wie gli­nom, że Ad­rian no­sił tę cza­pecz­kę, po­nie­waż wy­grał ją na sta­no­wi­sku Pitch Til U Win w lu­na­par­ku w Bas­sey Park sześć dni przed swo­ją śmier­cią. Był z niej dum­ny.

– No­sił ją, bo ko­chał to za­sra­ne małe mia­sto! – wrza­snął jego bli­ski „przy­ja­ciel” Don Ha­gar­ty do po­li­cjan­tów.

– Spo­ko, spo­ko, bez ta­kich wy­ra­zów, pro­szę – rzekł do Ha­gar­ty’ego funk­cjo­na­riusz Ha­rold Gar­de­ner.

Ha­rold Gar­de­ner był jed­nym z czte­rech sy­nów Dave’a Gar­de­ne­ra. W dniu, kie­dy jego oj­ciec od­na­lazł jed­no­rę­kie zwło­ki Geo­r­ge’a Den­bro­ugh, Ha­rold Gar­de­ner miał pięć lat.

Tego dnia, bli­sko dwa­dzie­ścia sie­dem lat póź­niej, miał trzy­dzie­ści dwa lata i spo­rą ły­sin­kę. Ha­rold Gar­de­ner zda­wał so­bie spra­wę z żalu i bólu tra­wią­ce­go Dona Ha­gar­ty’ego, a jed­no­cze­śnie nie po­tra­fił trak­to­wać go se­rio. Ten fa­cet – je­że­li w ogó­le za­słu­gi­wał na mia­no fa­ce­ta – miał moc­no uszmin­ko­wa­ne usta i sa­ty­no­we ob­ci­słe spodnie. Po­grą­żo­ny w smut­ku i żalu, ale bądź co bądź cio­ta. Po­dob­nie jak jego zmar­ły przy­ja­ciel, świę­tej pa­mię­ci Ad­rian Mel­lon.

– Po­wtó­rzy­my to jesz­cze raz – po­wie­dział part­ner Ha­rol­da, Jef­frey Re­eves. – Obaj wy­szli­ście z Fal­co­na i ru­szy­li­ście w stro­nę ka­na­łu. Co było da­lej?

– Ile razy mam wam to po­wta­rzać, ma­to­ły?! – Ha­gar­ty wciąż krzy­czał. – Oni go za­bi­li! Ze­pchnę­li go z na­brze­ża! Jesz­cze je­den dzień, w któ­rym mo­gli się wy­ka­zać swo­ją siłą! – Don Ha­gar­ty za­czął pła­kać.

– Jesz­cze raz – po­wtó­rzył cier­pli­wie Re­eves. – Wy­szli­ście z Fal­co­na. I co da­lej?

2

W po­ko­ju prze­słu­chań na koń­cu ko­ry­ta­rza dwaj gli­nia­rze z Der­ry roz­ma­wia­li ze Ste­ve’em Du­bay­em (lat sie­dem­na­ście); w biu­rze ku­ra­to­ra na pię­trze dwóch ko­lej­nych zaj­mo­wa­ło się Joh­nem „Web­bym” Gar­to­nem (lat osiem­na­ście), a w biu­rze sze­fa po­li­cji na czwar­tym pię­trze szef An­drew Ra­de­ma­cher i za­stęp­ca pro­ku­ra­to­ra okrę­go­we­go Tom Bo­util­lier prze­słu­chi­wa­li pięt­na­sto­let­nie­go Chri­sto­phe­ra Unwi­na. Unwin, któ­ry no­sił spra­ne dżin­sy, wy­sma­ro­wa­ny pod­ko­szu­lek i ro­bo­cze buty, pła­kał. Ra­de­ma­cher i Bo­util­lier za­ję­li się nim, bo uzna­li – i słusz­nie – że jest naj­słab­szym ogni­wem w ca­łym łań­cu­chu.

– Po­wtó­rzy­my to so­bie jesz­cze raz – rzekł Bo­util­lier, pod­czas gdy dwa pię­tra ni­żej Jef­frey Re­eves mó­wił do­kład­nie to samo.

– Nie chcie­li­śmy go za­bić – wy­mam­ro­tał Unwin. – To ta jego czap­ka. Nie mo­gli­śmy uwie­rzyć, że nadal ją nosi po tym, co Web­by po­wie­dział mu ostat­nim ra­zem. I chcie­li­śmy go wy­stra­szyć.

– Za to, co po­wie­dział – wtrą­cił Ra­de­ma­cher.

– Tak.

– Joh­no­wi Gar­to­no­wi, po po­łu­dniu sie­dem­na­ste­go.

– Tak. Web­by’emu. – Unwin po­now­nie wy­buch­nął pła­czem.

– Ale pró­bo­wa­li­śmy go ura­to­wać, kie­dy zo­ba­czy­li­śmy, że ma kło­po­ty… w każ­dym ra­zie ja i Ste­vie Du­bay… nie chcie­li­śmy go za­bić!

– Nie pier­dol, Chris, daj spo­kój – po­wie­dział Bo­util­lier.

– Wrzu­ci­li­ście tego pe­da­ła do ka­na­łu.

– Tak, ale…

– I wszy­scy trzej zgło­si­li­ście się tu sami. Do­ce­nia­my to, praw­da, Andy?

– Pew­no. Trze­ba mieć jaja, żeby przy­znać się do tego, co się zro­bi­ło.

– To te­raz nie spieprz tego pro­stym kłam­stwem. Chcie­li­ście go wrzu­cić do ka­na­łu od chwi­li, kie­dy zo­ba­czy­li­ście, jak on i jego pe­dal­ski ko­leś wy­cho­dzą z Fal­co­na, tak?

– Nie! – za­pro­te­sto­wał gwał­tow­nie Chris Unwin. Bo­util­lier wy­jął z kie­sze­ni ko­szu­li pacz­kę marl­bo­ro i wło­żył pa­pie­ro­sa do ust. Pod­su­nął pacz­kę Unwi­no­wi.

– Pa­pie­ro­sa?

Unwin wy­jął jed­ne­go. Bo­util­lier mu­siał nie­źle się na­mę­czyć, żeby utrzy­mać za­pał­kę przy ko­niusz­ku pa­pie­ro­sa, któ­re­go tam­ten miał w ustach, bo war­gi Unwi­na trzę­sły się nie­mi­ło­sier­nie.

– Ale kie­dy zo­ba­czy­li­ście, że miał na gło­wie tę cza­pecz­kę? – spy­tał Ra­de­ma­cher.

Unwin za­cią­gnął się głę­bo­ko i po­chy­lił gło­wę, tak że prze­tłusz­czo­ne wło­sy opa­dły mu na oczy, i wy­dmuch­nął dym no­sem, po­kry­tym gę­sto wą­gra­mi.

– Tak – od­parł, nie­mal zbyt ci­cho, by moż­na go było usły­szeć. Bo­util­lier po­chy­lił się do przo­du, jego brą­zo­we oczy błysz­cza­ły.

Twarz przy­po­mi­na­ła ob­li­cze dra­pież­ni­ka, ale głos był miły i uprzej­my.

– Co, Chris?

– Po­wie­dzia­łem „tak”. Chy­ba tak. Po­sta­no­wi­li­śmy go wrzu­cić. Ale nie chcie­li­śmy go za­bić. – Uniósł wzrok, aby na nich spoj­rzeć, na jego twa­rzy ma­lo­wa­ły się sza­leń­stwo i smu­tek, wciąż jesz­cze nie mógł po­jąć ogro­mu zmian, ja­kie na­stą­pi­ły w jego ży­ciu, od­kąd ze­szłe­go wie­czo­ru o wpół do ósmej wy­szedł z domu i wy­brał się na fe­styn wraz z dwo­ma ko­le­sia­mi. – Nie chcie­li­śmy go za­bić! – po­wtó­rzył.

– A ten fa­cet pod mo­stem… nadal nie mam po­ję­cia, kim on był.

– Co za fa­cet? – za­py­tał Ra­de­ma­cher, ale bez więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia. Sły­sze­li to już wcze­śniej i ża­den z nich w to nie uwie­rzył; prę­dzej czy póź­niej lu­dzie oskar­że­ni o mor­der­stwo za­wsze przy­po­mi­na­li so­bie, że na miej­scu zda­rze­nia był ja­kiś inny fa­cet. Bo­util­lier miał na­wet na to na­zwę: Syn­drom Jed­no­rę­kie­go, od sta­re­go se­ria­lu te­le­wi­zyj­ne­go Ści­ga­ny.

– Fa­cet w ko­stiu­mie klow­na – rzekł Chris Unwin i za­drżał. – Fa­cet z ba­lo­na­mi.

3

Fe­styn pod na­zwą Dni Ka­na­łu w Der­ry, trwa­ją­cy od 15 do 21 lip­ca, oka­zał się nie­ma­łym suk­ce­sem, co po­twier­dza­li zgod­nie miesz­kań­cy mia­sta. Miał spo­ry wpływ na mo­ra­le miesz­kań­ców, wi­ze­ru­nek mia­sta i stan jego fi­nan­sów. Ty­go­dnio­wy fe­styn urzą­dzo­no z oka­zji stu­le­cia otwar­cia w Der­ry ka­na­łu bie­gną­ce­go przez śro­dek ca­łe­go mia­sta. Ka­nał ten po­wstał, aby moż­na nim było w la­tach 1884–1910 spła­wiać drew­no, i to wła­śnie on spra­wił, że Der­ry roz­ro­sło się po­nad mia­rę. To był wspa­nia­ły okres.

Mia­sto zo­sta­ło oczysz­czo­ne i od­no­wio­ne. Dziu­ry w as­fal­cie, zda­niem nie­któ­rych nie­na­pra­wia­ne od lat, zo­sta­ły za­la­ne i wy­gła­dzo­ne, jak na­le­ży. Domy we­wnątrz prze­me­blo­wa­no, a z ze­wnątrz od­ma­lo­wa­no. Naj­gor­sze z graf­fi­ti w Bas­sey Park – głów­nie an­ty­ho­mo­sek­su­al­ne ha­sła, ta­kie jak: „Za­bić wszyst­kie cio­ty!” czy „AIDS to kara boża na pe­da­łów!” – po­ście­ra­no z ła­wek i drew­nia­nych ścian ma­łe­go za­bu­do­wa­ne­go przej­ścia nad ka­na­łem, zna­nym jako Most Po­ca­łun­ków.

Mu­zeum Dni Ka­na­łu znaj­do­wa­ło się w trzech pu­stych ma­ga­zy­nach w śród­mie­ściu i wy­peł­nio­no je eks­po­na­ta­mi ze­bra­ny­mi przez Mi­cha­ela Han­lo­na, tu­tej­sze­go bi­blio­te­ka­rza i hi­sto­ry­ka ama­to­ra. Naj­star­sze ro­dzi­ny z mia­sta wy­po­ży­cza­ły bar­dzo chęt­nie swo­je nie­mal bez­cen­ne skar­by, a w cza­sie ty­go­dnia fe­sty­nu bli­sko czter­dzie­ści ty­się­cy go­ści za­pła­ci­ło po ćwierć do­la­ra, aby obej­rzeć kar­ty dań z re­stau­ra­cji sprzed stu lat, urzą­dze­nia do cię­cia drew­na, piły i sie­kie­ry z lat osiem­dzie­sią­tych XIX wie­ku, za­baw­ki dla dzie­ci z lat dwu­dzie­stych XX wie­ku oraz po­nad dwa ty­sią­ce zdjęć i dzie­więć ro­lek fil­mów opo­wia­da­ją­cych o ży­ciu Der­ry w mi­nio­nym stu­le­ciu. Mu­zeum spon­so­ro­wa­ła Liga Ko­biet z Der­ry, któ­ra sprze­ci­wi­ła się przed­sta­wie­niu przez Han­lo­na nie­któ­rych eks­po­na­tów, ta­kich jak nie­sław­ny fo­tel włó­czę­gów, i zdjęć (na przy­kład Gan­gu Bra­dleya po gło­śnej strze­la­ni­nie). Wszy­scy jed­nak zgod­nie twier­dzi­li, że był to wiel­ki suk­ces, i nikt na­praw­dę nie miał ocho­ty oglą­dać sta­ro­ci ko­ja­rzą­cych się z krwa­wy­mi wy­da­rze­nia­mi. Le­piej było skon­cen­tro­wać się na pod­kre­śle­niu do­brych rze­czy i eli­mi­no­wa­niu złych, jak mówi sta­ra pio­sen­ka.

W par­ku Der­ry roz­bi­to ol­brzy­mi na­miot, gdzie po­da­wa­no na­po­je orzeź­wia­ją­ce i co wie­czór od­by­wa­ły się kon­cer­ty. W Bas­sey Park znaj­do­wa­ło się we­so­łe mia­stecz­ko – pro­wa­dzo­ne przez człon­ków Smo­key’s Gre­ater Shows – z ka­ru­ze­la­mi i sa­lo­nem gier ob­słu­gi­wa­ny­mi przez tu­tej­szych miesz­kań­ców. Po hi­sto­rycz­nych dziel­ni­cach mia­sta jeź­dził co dzień spe­cjal­ny tram­waj, któ­ry koń­czył swój go­dzin­ny kurs w tej krzy­kli­wej i mi­łej ma­szyn­ce do wy­cią­ga­nia pie­nię­dzy. To wła­śnie tu Ad­rian Mel­lon wy­grał swo­ją cza­pecz­kę, któ­ra ścią­gnę­ła na nie­go śmierć – pa­pie­ro­wą cza­pecz­kę z kwiat­kiem i na­pi­sem I ♥ Der­ry.

4

– Je­stem zmę­czo­ny – rzekł John „Web­by” Gar­ton. Po­dob­nie jak jego dwaj przy­ja­cie­le, był ubra­ny jak Bru­ce Spring­ste­en, choć za­pew­ne gdy­by go za­py­ta­no, okre­ślił­by Spring­ste­ena mia­nem „pe­dzia” albo „cio­ty” i wy­brał któ­rąś z bar­dziej „ha­ła­śli­wych” grup he­avy­me­ta­lo­wych, ta­kich jak Def Lep­pard, Twi­sted Si­ster albo Ju­das Priest. Rę­ka­wy nie­bie­skie­go pod­ko­szul­ka były po­obry­wa­ne, uka­zu­jąc moc­no umię­śnio­ne ra­mio­na chło­pa­ka. Gę­ste, brą­zo­we wło­sy opa­da­ły mu na jed­no oko, co spra­wia­ło, że bar­dziej niż Spring­ste­ena przy­po­mi­nał te­raz Joh­na Co­uga­ra Mel­len­cam­pa. Na ra­mio­nach miał ta­tu­aże, nie­zwy­kłe sym­bo­le. – Nie chcę już nic mó­wić.

– Opo­wiedz nam o tym wtor­ko­wym po­po­łu­dniu na fe­sty­nie – rzekł Paul Hu­ghes, któ­ry był zmę­czo­ny, zszo­ko­wa­ny i roz­trzę­sio­ny po ca­łej tej afe­rze. Miał wra­że­nie, jak­by fe­styn w Der­ry za­koń­czył się wy­da­rze­niem, o któ­rym wie­dzie­li wszy­scy, ale któ­re­go nikt nie ośmie­li się wpi­sać do ofi­cjal­ne­go pro­gra­mu. Gdy­by tak się sta­ło, wy­glą­dał­by on na­stę­pu­ją­co:

So­bo­ta 21.00 – Ostat­ni kon­cert ze­spo­łów li­ceum w Der­ry i Bar­ber Shop Mel­lo-Men.

So­bo­ta 22.00 – Wiel­ki po­kaz sztucz­nych ogni.

So­bo­ta 22.35 – Ry­tu­al­na ofia­ra Ad­ria­na Mel­lo­na ofi­cjal­nie koń­czy Fe­styn Dni Ka­na­łu.

– Pie­przyć fe­styn – od­parł Web­by.

– Mów, co po­wie­dzia­łeś Mel­lo­no­wi i co on wte­dy od­po­wie­dział.

– O Chry­ste! – Web­by prze­wró­cił ocza­mi.

– No, da­lej, Web­by…

Web­by Gar­ton wes­tchnął i za­czął wszyst­ko jesz­cze raz.

5

Gar­ton zo­ba­czył, jak tam­ci dwaj idą ob­ję­ci, chi­cho­czą­cy ni­czym dziew­czy­ny. Na po­cząt­ku wy­da­wa­ło mu się, że to były dziew­czy­ny. Po­tem roz­po­znał Mel­lo­na, któ­re­go wi­dział już wcze­śniej. Gdy mu się przy­glą­dał, zo­ba­czył, że Mel­lon od­wró­cił się do Ha­gar­ty’ego… i po­ca­ło­wa­li się. To był krót­ki po­ca­łu­nek.

– Rany, chło­pie, chy­ba się po­rzy­gam – rzu­cił z obrzy­dze­niem w gło­sie Web­by. Byli z nim Chris Unwin i Ste­ve Du­bay. Kie­dy Web­by wska­zał na Mel­lo­na, Ste­ve Du­bay po­wie­dział, że ten dru­gi typ ma, zda­je się, na imię Don i że pod­wo­ził kie­dyś ja­kie­goś chło­pa­ka z li­ceum w Der­ry, a po­tem pró­bo­wał go wy­ko­rzy­stać. Mel­lon i Ha­gar­ty, od­da­la­jąc się od sta­no­wi­ska Pitch Til U Win, ru­szy­li w stro­nę trzech chło­pa­ków i wyj­ścia z we­so­łe­go mia­stecz­ka. Web­by Gar­ton po­wie póź­niej ofi­ce­rom Hu­ghe­so­wi i Con­ley­owi, że jego „oby­wa­tel­ska duma” do­zna­ła uszczerb­ku, kie­dy zo­ba­czył, że pie­przo­na cio­ta ma na gło­wie cza­pecz­kę z na­pi­sem I ♥ Der­ry. Ta cza­pecz­ka była po pro­stu idio­tycz­na – pa­pie­ro­wa imi­ta­cja ka­pe­lu­sza z wiel­kim kwiat­kiem ster­czą­cym u góry i ko­ły­szą­cym się na wszyst­kie stro­ny. Wi­dok ten ura­ził oby­wa­tel­ską dumę Web­by’ego jesz­cze bo­le­śniej.

Kie­dy Mel­lon i Ha­gar­ty mi­nę­li ich, nadal obej­mu­jąc się na­wza­jem w pa­sie, Web­by Gar­ton krzyk­nął:

– Po­wi­nie­nem cię zmu­sić, że­byś ze­żarł ten ka­pe­lusz, ty w dupę je­ba­ny pe­da­le!

Mel­lon od­wró­cił się do Gar­to­na, za­trze­po­tał za­lot­nie po­wie­ka­mi i po­wie­dział:

– Je­śli masz ocho­tę coś skon­su­mo­wać, miał­bym ci do za­pro­po­no­wa­nia coś o wie­le smacz­niej­sze­go niż mój ka­pe­lusz.

W tym mo­men­cie Web­by Gar­ton uznał, że musi nie­co prze­mo­de­lo­wać twarz tej cio­ty. Nikt nig­dy nie pro­po­no­wał mu cią­gnię­cia dru­ta. Nikt.

Ru­szył w stro­nę Mel­lo­na. Kum­pel Mel­lo­na, Ha­gar­ty, czu­jąc, co się świę­ci, sta­rał się od­cią­gnąć Mel­lo­na na bok, ale ten nie ru­szył się z miej­sca. Uśmie­chał się. Gar­ton, jak po­wie póź­niej funk­cjo­na­riu­szom Hu­ghe­so­wi i Con­ley­owi, był prze­ko­na­ny, że Mel­lon mu­siał się wcze­śniej na­ćpać. Ha­gar­ty po­twier­dzi to, kie­dy funk­cjo­na­riu­sze Gar­de­ner i Re­eves na­po­mkną o tym pod­czas prze­słu­cha­nia. Na­ćpał się dwo­ma pącz­ka­mi z na­dzie­niem – i była to je­dy­na rzecz, jaką na­fa­sze­ro­wał się tego dnia. Mimo to jak­by nie zda­wał so­bie spra­wy z za­gro­że­nia, ja­kie przed­sta­wiał sobą Web­by Gar­ton.

– Ale Ad­rian już taki był – po­wie­dział Don, ocie­ra­jąc oczy chu­s­tecz­ką i roz­cie­ra­jąc cie­nie, któ­ry­mi miał po­ma­lo­wa­ne po­wie­ki.

– Nie zda­wał so­bie spra­wy, co mu gro­zi­ło. My­ślał, że każ­dy kon­flikt za­wsze moż­na za­ła­go­dzić. Mógł zo­stać cięż­ko po­bi­ty, od razu na miej­scu, gdy­by Gar­ton nie po­czuł, że coś go trą­ci­ło w ło­kieć. To była po­li­cyj­na pał­ka. Od­wró­cił się i zo­ba­czył funk­cjo­na­riu­sza Fran­ka Ma­che­na.

– Daj spo­kój, chło­pie – rzekł do Gar­to­na Ma­chen. – Zaj­mij się swo­imi spra­wa­mi i zo­staw tych ge­jów w spo­ko­ju. Niech się za­ba­wią.

– Sły­szał pan, co on do mnie po­wie­dział? – spy­tał ostro Gar­ton. Unwin i Du­bay do­łą­czy­li do nie­go; obaj czu­li w po­wie­trzu kło­po­ty i chcie­li od­cią­gnąć Gar­to­na na bok, ale on za­czął się sta­wiać i gdy­by na­le­ga­li, rzu­cił­by się na nich z pię­ścia­mi. Jego mę­skość zo­sta­ła ura­żo­na: ta ura­za do­ma­ga­ła się po­msty.

– Nie wie­rzę, że on mógł cię ob­ra­zić – od­parł Ma­chen. – Poza tym ty pierw­szy się do nie­go ode­zwa­łeś. A te­raz ru­szaj stąd, synu. Nie chcę tego po­wta­rzać.

– Su­ge­ro­wał, że je­stem cio­tą!

– A oba­wiasz się, że mo­żesz nią być? – spy­tał Ma­chen z wy­raź­nym za­in­te­re­so­wa­niem w gło­sie, pod­czas gdy po­licz­ki Gar­to­na po­krył sil­ny ru­mie­niec. Pod­czas tej wy­mia­ny zdań Ha­gar­ty z ro­sną­cą de­spe­ra­cją usi­ło­wał od­cią­gnąć Ad­ria­na Mel­lo­na z miej­sca zda­rze­nia. W koń­cu Mel­lon uległ.

– Pa, pa, ko­cha­nie! – za­wo­łał ra­do­śnie przez ra­mię Ad­rian.

– Za­mknij się, słod­ko­du­py gno­ju! – krzyk­nął Ma­chen.

– I zjeż­dżaj stąd.

Gar­ton rzu­cił się w stro­nę Mel­lo­na, ale Ma­chen go po­wstrzy­mał.

– Może na­le­ża­ło­by cię tro­chę utem­pe­ro­wać, przy­ja­cie­lu. Gdy tak pa­trzę na cie­bie, od­no­szę wra­że­nie, że to cał­kiem nie­zły po­mysł.

– Na­stęp­nym ra­zem, gdy się spo­tka­my, tak ci do­ło­żę, że po­pa­mię­tasz! – za­wo­łał Gar­ton za od­cho­dzą­cą dwój­ką, a parę głów od­wró­ci­ło się, by spoj­rzeć w jego stro­nę. – I je­śli bę­dziesz miał na gło­wie ten cho­ler­ny ka­pe­lusz, to cię za­bi­ję! W tym mie­ście nie po­trze­ba nam pe­da­łów.

Mel­lon, nie od­wra­ca­jąc się, po­krę­cił pal­ca­mi le­wej ręki – miał po­la­kie­ro­wa­ne pa­znok­cie – i idąc, wy­ko­nał nimi kil­ka zna­czą­cych ge­stów. Gar­ton po­now­nie rzu­cił się w jego stro­nę.

– Jesz­cze jed­no sło­wo albo gest i cię za­mknę – po­wie­dział ła­god­nie Ma­chen. – Uwierz mi, chłop­cze, ja nie żar­tu­ję.

– Chodź, Web­by – rzu­cił nie­pew­nie Chris Unwin. – Spa­da­my.

– Lu­bi­cie ta­kich ty­pów? – zwró­cił się do Ma­che­na Web­by, cał­kiem igno­ru­jąc Chri­sa i Ste­ve’a. – Co?

– Nie lu­bię roz­rób – rzekł Ma­chen. – I je­stem neu­tral­ny. In­te­re­su­ją mnie tyl­ko spo­kój i ci­sza, a wy­jąt­ko­wo nie cier­pię ta­kich awan­tur­ni­ków jak ty. O co ci wła­ści­wie cho­dzi? Ko­niecz­nie chcesz, że­bym cię przy­mknął? A może za­mie­rzasz się bić?

– Daj spo­kój, Web­by – po­wie­dział ci­cho Ste­ve Du­bay.

– Chodź­my na hot dogi.

Web­by od­szedł, ob­cią­ga­jąc te­atral­nym ge­stem ko­szu­lę i od­gar­nia­jąc wło­sy z oczu. Ma­chen, któ­ry na­stęp­ne­go dnia po śmier­ci Ad­ria­na Mel­lo­na skła­dał ze­zna­nie w tej spra­wie, po­wie­dział:

– Ostat­nią rze­czą, jaką usły­sza­łem z jego ust, była po­gróż­ka: „Na­stęp­nym ra­zem, gdy się spo­tka­my, tak ci do­ło­żę, że po­pa­mię­tasz!”.

6

– Pro­szę, mu­szę po­mó­wić z mat­ką – rzekł po raz trze­ci Ste­ve Du­bay. – Mu­szę ją­po­pro­sić, żeby udo­bru­cha­ła ja­koś mo­je­go oj­czy­ma. Bo jak nie, to po po­wro­cie do domu cze­ka mnie nie­ziem­skie la­nie.

– Za chwi­lę – po­in­for­mo­wał go funk­cjo­na­riusz Char­les Ava­ri­no. Za­rów­no Ava­ri­no, jak i jego part­ner, Bar­ney Mor­ri­son, wie­dzie­li, że Ste­ve Du­bay nie wró­ci do domu tego wie­czo­ru, a kto wie, może na­wet nie zja­wi się tam przez dłuż­szy czas. Chło­pak wy­raź­nie nie zda­wał so­bie spra­wy ze swe­go fa­tal­ne­go po­ło­że­nia, a Ava­ri­no wca­le nie był zdzi­wio­ny, kie­dy do­wie­dział się, że Du­bay rzu­cił szko­łę w wie­ku szes­na­stu lat. Wciąż wte­dy cho­dził do szko­ły śred­niej Wa­ter Stre­et. Ilo­raz in­te­li­gen­cji chło­pa­ka wy­no­sił sześć­dzie­siąt osiem, jak gło­sił wy­nik te­stu, któ­re­mu zo­stał pod­da­ny w siód­mej kla­sie. Po­wta­rzał ją trzy razy.

– Po­wiedz nam, co się sta­ło, kie­dy zo­ba­czy­łeś, jak Mel­lon wy­cho­dzi z Fal­co­na – na­le­gał Mor­ri­son.

– Nie, czło­wie­ku, le­piej nie.

– Cze­mu nie? – spy­tał Ava­ri­no.

– Może i tak po­wie­dzia­łem już za dużo.

– Przy­sze­dłeś tu, aby zło­żyć ze­zna­nia – po­wie­dział Ava­ri­no.

– Czyż nie tak?

– No… tak… ale…

– Po­słu­chaj – ode­zwał się cie­pło Mor­ri­son, sia­da­jąc obok Du­baya i czę­stu­jąc go pa­pie­ro­sem. – Czy uwa­żasz, że ja i Chick je­ste­śmy pe­da­ła­mi?

– No… ja nie wiem…

– Czy wy­glą­da­my jak cio­ty?

– Nie, ale…

– Je­ste­śmy two­imi przy­ja­ciół­mi, Ste­vie – cią­gnął z po­wa­gą Mor­ri­son. – I mo­żesz mi wie­rzyć, że w obec­nej sy­tu­acji ty, Chris i Web­by po­trze­bu­je­cie przy­ja­ciół, i to tylu, ilu tyl­ko się da. Bo ju­tro każ­dy miesz­ka­niec tego mia­sta bę­dzie się do­ma­gał wa­szej krwi.

Ste­ve Du­bay wy­glą­dał na za­nie­po­ko­jo­ne­go. Ava­ri­no, któ­ry nie­mal po­tra­fił czy­tać w my­ślach tego ma­łe­go, tchórz­li­we­go gnoj­ka, po­dej­rze­wał, że po­now­nie my­ślał on o swo­im oj­czy­mie. I choć Ava­ri­no nie prze­pa­dał za ge­ja­mi i po­dob­nie jak resz­ta gli­nia­rzy z przy­jem­no­ścią po­wi­tał­by za­mknię­cie Fal­co­na na czte­ry spu­sty, rów­nie chęt­nie oso­bi­ście od­wió­zł­by Du­baya do domu. Praw­dę mó­wiąc, ża­ło­wał, że nie mógł być przy tym, jak oj­czym spra­wi chło­pa­ko­wi la­nie. Ba – sam by go chęt­nie przy­trzy­mał, pod­czas gdy sta­ry za­cznie drzeć z gno­ja pasy. Ava­ri­no nie lu­bił pe­da­łów, ale to nie ozna­cza­ło, że po­win­no się ich tor­tu­ro­wać i wy­kań­czać. Mel­lo­na po­trak­to­wa­no wy­jąt­ko­wo okrut­nie. Kie­dy wy­cią­gnię­to go spod mo­stu na ka­na­le, miał otwar­te, prze­ra­żo­ne oczy. A ten tu chło­pak ab­so­lut­nie nie zda­wał so­bie spra­wy z sy­tu­acji.

– Nie chcie­li­śmy go skrzyw­dzić – po­wtó­rzył Ste­ve. To była jego pod­sta­wo­wa tak­ty­ka obron­na, któ­rą przyj­mo­wał, kie­dy choć odro­bi­nę tra­cił re­zon.

– Dla­te­go tu te­raz je­steś – rzekł z na­ci­skiem Ava­ri­no. – Przejdź do fak­tów i bę­dzie po spra­wie. No nie, Bar­ney?

– Ja­sne – zgo­dził się Mor­ri­son.

– Co byś po­wie­dział na to, żeby po­wtó­rzyć to wszyst­ko.

– No cóż… – Ste­ve po­wo­li za­czął mó­wić.

7

Kie­dy w 1973 roku otwar­to Fal­co­na, El­mer Cur­tie są­dził, że jego klien­ci będą się skła­dać głów­nie z pa­sa­że­rów au­to­bu­sów – ter­mi­nal znaj­du­ją­cy się tuż obok ob­słu­gi­wał trzy li­nie: Tra­il­ways, Grey­ho­und i Aro­osto­ock Co­un­ty. Nie zda­wał so­bie spra­wy, ilu spo­śród pa­sa­że­rów tych au­to­bu­sów sta­no­wią ko­bie­ty albo ro­dzi­ny z ma­ły­mi dzieć­mi. Wie­lu in­nych było za­opa­trzo­nych w bu­tel­ki w brą­zo­wych pa­pie­ro­wych tor­bach i w ogó­le nie wy­sia­da­ło z au­to­ka­rów. Wy­sia­da­li głów­nie żoł­nie­rze i ma­ry­na­rze chcą­cy wy­pić jed­no czy dwa szyb­kie piw­ka. Ra­czej trud­no jest pro­wa­dzić lo­kal, w któ­rym klien­ci wpa­da­ją na dzie­sięć mi­nut i za­raz się ulat­nia­ją.

Cur­tie za­czął zda­wać so­bie z tego spra­wę oko­ło 1977 roku, ale wte­dy było już za póź­no. Sie­dział po uszy w dłu­gach i, co naj­gor­sze, nie miał po­ję­cia, jak z nich wy­brnąć. Przy­szedł mu do gło­wy po­mysł, żeby spa­lić cały ten lo­kal i zgar­nąć od­szko­do­wa­nie, ale uznał, że sam nie ma na co li­czyć, po­wi­nien wy­na­jąć do tego pro­fe­sjo­na­li­stę, a nie miał po­ję­cia, gdzie moż­na spo­tkać za­wo­do­we­go pod­pa­la­cza.

W lu­tym zde­cy­do­wał, że do 4 lip­ca rzu­ci tę ro­bo­tę i je­że­li nic się nie zmie­ni, po pro­stu uda się do są­sied­nie­go bu­dyn­ku, kupi bi­let na au­to­kar i zo­ba­czy, jak się przed­sta­wia­ją spra­wy na Flo­ry­dzie.

Jed­nak­że w cią­gu pię­ciu na­stęp­nych mie­się­cy bar nie­ocze­ki­wa­nie prze­żył okres bły­sko­tli­we­go roz­wo­ju, dzię­ki cze­mu zo­stał od­ma­lo­wa­ny od we­wnątrz na czar­no i zło­to i ude­ko­ro­wa­ny wy­pcha­ny­mi pta­ka­mi (brat El­me­ra Cur­tie był pre­pa­ra­to­rem ama­to­rem i spe­cja­li­zo­wał się w pta­kach, a po jego śmier­ci El­mer odzie­dzi­czył po nim wszyst­ko). Na­gle licz­ba wy­da­wa­nych co wie­czór drin­ków pod­sko­czy­ła z sześć­dzie­się­ciu piw i dwu­dzie­stu głęb­szych do osiem­dzie­się­ciu piw i set­ki głęb­szych… stu dwu­dzie­stu… cza­sa­mi na­wet stu sześć­dzie­się­ciu.

Jego klien­ta­mi byli nie­mal wy­łącz­nie uprzej­mi mło­dzi męż­czyź­ni. Wie­lu z nich ubie­ra­ło się dzi­wacz­nie, a na­wet wy­zy­wa­ją­co, ale w tych la­tach taki styl był nie­omal nor­mal­ny, to­też do­pie­ro w 1981 roku El­mer zo­rien­to­wał się, że jego klien­ci to pra­wie wy­łącz­nie ho­mo­sek­su­ali­ści. Gdy­by miesz­kań­cy Der­ry usły­sze­li jego sło­wa, ro­ze­śmia­li­by się; czyż­by El­mer Cur­tie my­ślał, że oni wszy­scy uro­dzi­li się za­le­d­wie wczo­raj? Ale wła­ści­ciel lo­ka­lu mó­wił szcze­rą praw­dę. Tak jak fa­cet, któ­re­go zdra­dza żona, do­wie­dział się o tym ostat­ni i prak­tycz­nie się tym nie prze­jął. Bar przy­no­sił zy­ski i pod­czas gdy w Der­ry były jesz­cze czte­ry rów­nie do­brze pro­spe­ru­ją­ce lo­ka­le, tyl­ko Fal­con mógł po­szczy­cić się tym, że jego go­ście nie ro­bi­li w nim re­gu­lar­nie ogól­nej de­mol­ki. Po pierw­sze, nie było tu ko­biet, o któ­re moż­na by wal­czyć, a ci męż­czyź­ni – cio­ty czy nie – w prze­ci­wień­stwie do swych he­te­ro­sek­su­al­nych od­po­wied­ni­ków po­zna­li, jak się zda­wa­ło, se­kret po­ko­jo­we­go współ­ist­nie­nia.

Nie­mal na­tych­miast, kie­dy uświa­do­mił so­bie upodo­ba­nia sek­su­al­ne go­ści, zdał so­bie rów­nież spra­wę, że prak­tycz­nie wszę­dzie krą­żą opo­wie­ści o Fal­co­nie. Od lat prze­ka­zy­wa­no je so­bie z ust do ust, ale Cur­tie po pro­stu nig­dy nie miał oka­zji ich usły­szeć. Aż do roku 1981. Jak się oka­za­ło, naj­bar­dziej en­tu­zja­stycz­ne opo­wie­ści o jego lo­ka­lu snu­li lu­dzie, któ­rych nie za­cią­gnię­to by do Fal­co­na na­wet w łań­cu­chach, prę­dzej po­wy­ry­wa­no by im ręce, niż zmu­szo­no do prze­stą­pie­nia pro­gu tego baru. Mimo to wła­śnie oni mie­li wszel­kie, na­wet naj­bar­dziej in­tym­ne in­for­ma­cje na jego te­mat.

Zgod­nie z tymi opo­wie­ścia­mi, gdy­byś wszedł wie­czo­rem, zo­ba­czył­byś tań­czą­ce przy­tu­lo­ne mę­skie pary, fa­ce­tów piesz­czą­cych się na­wza­jem, obej­mu­ją­cych się i ca­łu­ją­cych „po fran­cu­sku” przy ba­rze, a w to­a­le­cie od­cho­dził je­den nu­me­rek za dru­gim. Po­dob­no na ty­łach znaj­do­wał się mały po­ko­ik, do któ­re­go uda­wa­łeś się, chcąc spę­dzić parę chwil z fa­ce­ta­mi w na­zi­stow­skich mun­du­rach, szczę­śli­wy­mi, je­śli mo­gli się tobą za­jąć.

W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak to wszyst­ko nie było praw­dą. Kie­dy przy­jezd­ni wpa­da­li do Fal­co­na na piwo czy parę głęb­szych, zwy­kle na­wet nie przy­pusz­cza­li, że mo­gło­by się tu dziać coś zdroż­ne­go – owszem, było tu spo­ro fa­ce­tów, ale bar ten nie róż­nił się od ty­się­cy in­nych lo­ka­li w ca­łym kra­ju. Klien­ci byli ge­ja­mi, ale gej nie jest sy­no­ni­mem głu­po­ty. Gdy­by mie­li ocho­tę na odro­bi­nę cze­goś skan­da­li­zu­ją­ce­go, uda­li­by się do Por­t­lan­du. Gdy­by chcie­li cze­goś wię­cej, po­je­cha­li­by do No­we­go Jor­ku albo do Bo­sto­nu. Der­ry było ma­łym pro­win­cjo­nal­nym mia­stecz­kiem, a tu­tej­sza spo­łecz­ność ho­mo­sek­su­al­na do­brze zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, gdzie przy­szło jej żyć.

Don Ha­gar­ty przy­cho­dził do Fal­co­na od dwóch czy trzech lat, ale do­pie­ro w mar­cu osiem­dzie­sią­te­go czwar­te­go po raz pierw­szy zja­wił się tu z Ad­ria­nem Mel­lo­nem. Przed­tem Ha­gar­ty na­le­żał do wol­nych strzel­ców i rzad­ko kie­dy po­ka­zy­wał się kil­ka­krot­nie z tym sa­mym fa­ce­tem. Jed­nak pod ko­niec kwiet­nia na­wet dla El­me­ra Cur­tie­go, któ­ry nie in­te­re­so­wał się tymi spra­wa­mi, sta­ło się ja­sne, że Ha­gar­ty i Mel­lon żyją z sobą w trwa­łym związ­ku.

Ha­gar­ty był kre­śla­rzem i pra­co­wał dla fir­my in­ży­nie­ryj­nej z Ban­gor. Ad­rian Mel­lon był pi­sa­rzem, ty­po­wym wol­nym strzel­cem, któ­ry pu­bli­ko­wał wszę­dzie, gdzie się tyl­ko dało. Pi­sał po­wieść, ale może trak­to­wał to nie­zbyt se­rio, gdyż pra­co­wał nad nią od trze­ciej kla­sy col­le­ge’u, czy­li już dwa­na­ście lat.

Przy­był do Der­ry, aby na­pi­sać ar­ty­kuł o ka­na­le – na zle­ce­nie „New En­gland By­ways” – zna­ne­go dwu­mie­sięcz­ni­ka dru­ko­wa­ne­go w Con­cord. Ad­rian przy­jął to zle­ce­nie, gdyż zdo­łał wy­ci­snąć od re­dak­cji „By­ways” trzy­ty­go­dnio­wą die­tę. Za­pew­ni­li mu ho­tel, a zda­wał so­bie spra­wę, że na ze­bra­nie ma­te­ria­łu do ar­ty­ku­łu nie bę­dzie po­trze­bo­wał wię­cej niż pięć dni. Przez po­zo­sta­łe dwa ty­go­dnie mógł ze­brać ma­te­riał dla czte­rech in­nych re­gio­nal­nych ga­zet. Ale pod­czas swe­go trzy­ty­go­dnio­we­go po­by­tu w Der­ry po­znał Dona Ha­gar­ty’ego i za­miast wró­cić do Por­t­lan­du, wy­na­jął małe miesz­kan­ko przy Kos­suth Lane. Zaj­mo­wał je tyl­ko przez sześć ty­go­dni. Po­tem wpro­wa­dził się do Dona Ha­gar­ty’ego.

8

To lato, jak po­wie­dział Ha­gar­ty Ha­rol­do­wi Gar­de­ne­ro­wi i Jef­fo­wi Re­eve­so­wi, było naj­szczę­śliw­szym la­tem jego ży­cia.

– Po­wi­nien był się do­my­ślić – rzekł – po­wi­nien był wie­dzieć, że Bóg wkła­da dy­wan pod nogi ta­kich jak on tyl­ko po to, aby go siłą wy­szarp­nąć.

Ad­rian miał nie­zwy­kle go­rą­cy sto­su­nek do Der­ry. No­sił pod­ko­szu­lek z na­pi­sem: „Ma­ine nie jest złe, ale Der­ry jest wspa­nia­łe!”. Miał kurt­kę dru­ży­ny Der­ry Ti­gers. No i do tego tę cza­pecz­kę. Twier­dził, że po­do­ba mu się tu­tej­sza at­mos­fe­ra. Do­da­wa­ła mu wi­go­ru i ani­mu­szu. Może tak rze­czy­wi­ście było – po raz pierw­szy od bli­sko roku po­wró­cił do pi­sa­nia swo­jej po­wie­ści.

– Czy na­praw­dę za­czął nad nią pra­co­wać? – spy­tał Gar­de­ner, choć wca­le go to nie ob­cho­dzi­ło, chciał jed­nak, aby Ha­gar­ty kon­ty­nu­ował swo­ją wy­po­wiedź.

– Tak… Pi­sał jak sza­lo­ny. Mó­wił, że może to bę­dzie okrop­na książ­ka, ale przy­najm­niej ją skoń­czy. Osza­co­wał, że jej za­koń­cze­nie po­win­no wy­paść w paź­dzier­ni­ku, na jego uro­dzi­ny. Oczy­wi­ście nie wie­dział, ja­kie na­praw­dę jest Der­ry. Tak mu się tyl­ko wy­da­wa­ło, ale nie miesz­kał tu do­sta­tecz­nie dłu­go, aby po­czuć praw­dzi­wy za­pach tego mia­sta. Pró­bo­wa­łem mu to uświa­do­mić, ale nie chciał mnie słu­chać.

– A ja­kie na­praw­dę jest Der­ry, Don? – spy­tał Re­eves.

– Jest jak zde­chła kur­wa z ro­ba­ka­mi wy­ła­żą­cy­mi z cipy – od­rzekł Don Ha­gar­ty.

Dwaj gli­nia­rze spoj­rze­li na nie­go za­sko­cze­ni.

– To złe miej­sce – do­dał Ha­gar­ty. – Czy wy dwaj na­praw­dę nie zda­je­cie so­bie z tego spra­wy? Ży­je­cie tu i o tym nie wie­cie?

Ża­den z nich nie od­po­wia­dał. Po krót­kiej chwi­li Ha­gar­ty mó­wił da­lej.

9

Do­pó­ki w jego ży­ciu nie po­ja­wił się Ad­rian Mel­lon, Don miał za­miar wy­je­chać z Der­ry. Miesz­kał tu już od trzech lat głów­nie dla­te­go, że zgo­dził się na dłu­go­ter­mi­no­wy wy­na­jem apar­ta­men­tu z naj­bar­dziej nie­zwy­kłym wi­do­kiem na rze­kę, ale te­raz okres naj­mu do­bie­gał koń­ca i Don był z tego za­do­wo­lo­ny. Miał już tego dość. Miał już dość złych bio­prą­dów Der­ry; kie­dyś po­wie­dział Ad­ria­no­wi, że czu­je się tak, jak­by w tym mie­ście sta­le wy­pa­da­ło trzy­na­ste­go.

Ad­rian mógł my­śleć, że Der­ry było wspa­nia­łym miej­scem, i to Dona prze­ra­ża­ło. Nie cho­dzi­ło tu tyl­ko o ho­mo­fo­bię pa­nu­ją­cą w tym miej­scu i na­sta­wie­nie wy­ra­ża­ne za­rów­no sło­wa­mi wy­po­wia­da­ny­mi przez ka­zno­dzie­jów, jak i graf­fi­ti w miej­skim par­ku, ale przy­najm­niej to mógł wy­tknąć pal­cem. Ad­rian tyl­ko się ro­ze­śmiał.

– Don, w każ­dym mie­ście w Sta­nach znaj­dziesz lu­dzi, któ­rzy nie cier­pią ge­jów – od­parł. – Nie mów, że o tym nie wiesz. Prze­cież to w koń­cu era Ron­nie­go Mo­ro­na i Phyl­lis Ho­use­fly.

– Chodź ze mną do Bas­sey Park – od­parł Don po tym, jak zro­zu­miał, że Ad­rian by­najm­niej nie żar­to­wał i że na­praw­dę uwa­żał Der­ry za zwy­kłe mia­stecz­ko, nie gor­sze od wie­lu in­nych miast po­dob­nej wiel­ko­ści w ja­kiej­kol­wiek czę­ści Sta­nów. – Chcę ci coś po­ka­zać, ko­cha­ny.

Po­je­cha­li do Bas­sey Park w po­ło­wie czerw­ca, na mie­siąc przed za­bój­stwem, jak po­wie­dział Ha­gar­ty gli­nia­rzom. Za­brał Ad­ria­na do mrocz­nych cuch­ną­cych pod­cie­ni Mo­stu Po­ca­łun­ków i po­ka­zał je­den z na­pi­sów. Ad­rian za­pa­lił za­pał­kę i przy­trzy­mał przed graf­fi­ti: „Po­każ mi swe­go ku­ta­sa, cio­to, to ci go utnę”.

– Wiem, co lu­dzie my­ślą o ge­jach – rzekł ci­cho Don. – Kie­dy by­łem na­sto­lat­kiem, po­bi­to mnie na przy­stan­ku au­to­bu­so­wym w Day­ton. W Por­t­lan­dzie paru fa­ce­tów pod­pa­li­ło mi buty przed skle­pem, pod­czas gdy gru­by gli­na z wiel­kim tył­kiem pa­trzył na to wszyst­ko i śmiał się do roz­pu­ku. Wie­le wi­dzia­łem… ale nig­dy nie wi­dzia­łem cze­goś ta­kie­go. Spójrz tu. Zo­bacz.

Blask ko­lej­nej za­pał­ki oświe­tlił na­pis: „Wbij gwoź­dzie w oczy wszyst­kim pe­da­łom (na chwa­łę Boga!)”.

– Kto­kol­wiek pi­sze te krót­kie ho­mi­lie, jest nie­speł­na ro­zu­mu. Czuł­bym się le­piej, gdy­bym wie­dział, że to dzie­ło tyl­ko jed­ne­go, je­dy­ne­go psy­cho­la, ale… – Don za­to­czył ręką łuk wzdłuż ca­łej dłu­go­ści Mo­stu Po­ca­łun­ków. – Ale tego jest cała masa… i nie są­dzę, aby te na­pi­sy były dzie­łem tyl­ko jed­ne­go czło­wie­ka. Wła­śnie dla­te­go chcę wy­je­chać z Der­ry, Ade. Ostat­nio mamy tu se­zon na sza­leń­ców.

– Do­brze, ale jak skoń­czę książ­kę, co? Pro­szę. Przy­rze­kam, wy­je­dzie­my w paź­dzier­ni­ku. Nie póź­niej. Tu jest lep­sze po­wie­trze.

– Nie wie­dział, że po­wi­nien uwa­żać na wodę – do­dał z go­ry­czą w gło­sie Ha­gar­ty.

10

Tom Bo­util­lier i szef po­li­cji Ra­de­ma­cher po­chy­li­li się do przo­du, ale ża­den z nich się nie ode­zwał. Chris Unwin sie­dział ze spusz­czo­ną gło­wą, mó­wiąc mo­no­ton­nym gło­sem do pod­ło­gi. To była część, któ­rą chcie­li usły­szeć, to była część, po któ­rej przy­najm­niej dwóch z tych dup­ków zo­sta­nie ode­sła­nych do Tho­ma­ston.

– W we­so­łym mia­stecz­ku ro­bi­ło się nud­no – rzekł Unwin.

– Wszyst­ko, co naj­lep­sze, było nie­czyn­ne, tak jak Dia­bel­ski Młyn czy Spa­do­chro­no­wy Ze­skok. We­so­łe Sa­mo­cho­dzi­ki też już za­mknię­to. Zo­sta­ły tyl­ko ka­ru­ze­le dla dzie­cia­ków. No to mi­nę­li­śmy parę sa­lo­nów gier i Web­by zo­ba­czył budę Pitch Til U Win, i za­pła­cił pięć­dzie­siąt cen­tów, a po­tem zo­ba­czył ka­pe­lu­sik, taki jak ten, któ­ry no­sił ten pe­dał, i za­czął rzu­cać, żeby go wy­grać, ale nie tra­fiał, i za każ­dym ra­zem, jak pu­dło­wał, co­raz bar­dziej się wku­rzał. A Ste­ve, wie­cie, ten typ, co to za­wsze mówi: „Zba­stuj, sta­ry; prze­stań, sta­ry; cze­mu się nie uspo­ko­isz, sta­ry”… on go na­praw­dę do­pro­wa­dzał do sza­łu, bo Web­by wziął pi­guł­kę. Może to na­wet było coś cał­kiem le­gal­ne­go. Czer­wo­na pi­guł­ka. Nie wiem, co to było. Ale po­tem za­czął ma­ru­dzić Web­by’emu, i to tak, że mało mu Web­by nie przy­wa­lił. Mówi: „Na­wet nie po­tra­fisz wy­grać pe­dal­skiej czap­ki. Mu­sisz być na­praw­dę do ni­cze­go, sko­ro nie po­tra­fisz jej wy­grać. A to prze­cież zwy­kła pe­dal­ska cza­pecz­ka”. W koń­cu ta bab­ka z budy dała mu na­gro­dę, mimo że na­wet nie tra­fił w nią kół­kiem. Chy­ba dla­te­go, że chcia­ła się nas po­zbyć. Nie mam po­ję­cia. Może nie. A może tak. Chy­ba mia­ła nas dość. To była taka za­baw­ka do ro­bie­nia ha­ła­su, wie­cie. Taka, co wy­da­je od­gło­sy, jak­by ktoś pier­dział. Zna­cie to? Mia­łem kie­dyś taką. Do­sta­łem ją na Hal­lo­we­en czy Nowy Rok, a może na ja­kieś inne pier­do­lo­ne świę­to, była cał­kiem faj­na, ale gdzieś ją po­sia­łem. A może ktoś mi ją pod­pro­wa­dził w bu­dzie. Nie mam po­ję­cia. No, nie­waż­ne. Po­tem lu­na­park za­mknę­li, a my wy­szli­śmy i Ste­ve nadal truł dupę Web­by’emu, wie­cie, o tym, że nie po­tra­fił wy­grać tej pie­przo­nej pe­dal­skiej cza­pecz­ki. Web­by nie­wie­le ga­dał i wie­dzia­łem, że to kiep­ski znak, ale ro­bi­łem do­brą minę do złej gry, ka­pu­je­cie. Czu­łem, że po­wi­nie­nem go zmu­sić, żeby zmie­nił te­mat, ale w ogó­le nie by­łem w sta­nie my­śleć. Nie mo­głem, ro­zu­mie­cie, na ni­czym się sku­pić. No więc kie­dy do­szli­śmy na par­king, Ste­ve mówi: „Gdzie ty chcesz iść? Do domu?

Już?”. A Web­by na to: „Po­kręć­my się wpierw tro­chę pod Fal­co­nem, zo­ba­czy­my, może ta cio­ta się tam zja­wi”.

Bo­util­lier i Ra­de­ma­cher wy­mie­ni­li spoj­rze­nia. Bo­util­lier uniósł pa­lec i stuk­nął nim w po­li­czek. Choć chło­pak w ro­bo­czych bu­tach o tym nie wie­dział, mó­wił o mor­der­stwie pierw­sze­go stop­nia.

– A ja na to, że mu­szę iść do domu, a Web­by: „Bo­isz się przejść obok tej knaj­py dla pe­da­łów?”. No to ja mu od­po­wia­dam: „Nie, kur­wa!”, a Ste­ve, któ­ry był na­ćpa­ny czy jak, nie mam po­ję­cia, wtrą­ca: „Wpier­dol­my ja­kie­muś pe­da­ło­wi! Wpier­dol­my…”.

11

Czas oka­zał się dla wszyst­kich nie­li­to­ści­wy. Ad­rian Mel­lon i Don Ha­gar­ty wy­szli wła­śnie z Fal­co­na po wy­pi­ciu dwóch piw; prze­szli obok przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go i wzię­li się za ręce. Ża­den z nich o tym nie my­ślał. Zro­bi­li to od­ru­cho­wo. Była dwu­dzie­sta dru­ga dwa­dzie­ścia. Do­szli do za­krę­tu i skrę­ci­li w lewo. Most Po­ca­łun­ków znaj­do­wał się o pół mili stąd. Mie­li za­miar przejść przez Main Stre­et Brid­ge, któ­ry był o wie­le mniej ro­man­tycz­ny. Po­ziom Ken­du­ske­ag był ni­ski – nie wię­cej niż czte­ry sto­py wody prze­pły­wa­ją­cej apa­tycz­nie wo­kół ce­men­to­wych fi­la­rów.

Kie­dy śmie­ciar­ka za­trzy­ma­ła się tuż przed nimi (Ste­ve Du­bay za­uwa­żył ich, jak wy­cho­dzi­li z Fal­co­na, i bar­dzo się ucie­szył z tego po­wo­du), znaj­do­wa­li się na skra­ju mo­stu.

– Za­trzy­maj! Za­trzy­maj! – ryk­nął Web­by Gar­ton. Dwaj męż­czyź­ni prze­szli wła­śnie pod la­tar­nią i do­pie­ro wte­dy za­uwa­żył, że trzy­ma­li się za ręce. To do­pro­wa­dzi­ło go do pa­sji… – Za­jedź im dro­gę, do cho­le­ry. – I Ste­ve to zro­bił.

Chris Unwin od­mó­wił uczest­nic­twa w tym, co dzia­ło się póź­niej, ale Don Ha­gar­ty wy­znał coś cał­kiem in­ne­go. Po­wie­dział, że Gar­ton wy­sko­czył z wozu, za­nim jesz­cze ten się za­trzy­mał. Dwaj po­zo­sta­li szyb­ko po­szli w jego śla­dy. Po­tem do­szło do wy­mia­ny zdań. Nie­zbyt przy­jem­nej, ogól­nie rzecz bio­rąc. Tym ra­zem Ad­rian nie pró­bo­wał się si­lić na przy­ty­ki czy fał­szy­wą ko­kie­te­rię. Zda­wał so­bie spra­wę, że wpa­dli w po­waż­ne ta­ra­pa­ty.

– Daj mi ten ka­pe­lu­sik – rzekł Gar­ton. – Daj mi go, pe­da­le.

– A jak ci dam, zo­sta­wisz nas w spo­ko­ju? – Ad­rian był zie­lo­ny ze stra­chu, o mało nie za­czął pła­kać, spo­glą­da­jąc prze­ra­żo­nym wzro­kiem to na Unwi­na, to na Du­baya, to zno­wu na Gar­to­na.

– Po pro­stu mi go daj, skur­wie­lu!

Ad­rian po­dał mu go. Gar­ton wy­jął z le­wej kie­sze­ni dżin­sów scy­zo­ryk i prze­ciął ka­pe­lusz na dwie czę­ści. Prze­tarł nimi ty­łek. Po­tem rzu­cił je na zie­mię i po­de­ptał. Don Ha­gar­ty cof­nął się nie­znacz­nie, pod­czas gdy uwa­ga po­zo­sta­łych była sku­pio­na na Ad­ria­nie i jego ka­pe­lu­si­ku – twier­dził, że szu­kał gli­nia­rza.

– A może te… – za­czął Ad­rian Mel­lon i wła­śnie wte­dy Gar­ton ude­rzył go w twarz, ci­ska­jąc go na ba­rie­rę mo­stu. Ad­rian krzyk­nął, przy­kła­da­jąc dło­nie do ust. Krew cie­kła mu przez pal­ce.

– Ade! – krzyk­nął Ha­gar­ty i po­now­nie wy­sfo­ro­wał się do przo­du. Du­bay pod­sta­wił mu nogę. Gar­ton kop­nął go w brzuch, strą­ca­jąc go z chod­ni­ka na jezd­nię. Ja­kiś sa­mo­chód prze­je­chał obok. Ha­gar­ty pod­niósł się na ko­la­na i wrza­snął za nim prze­cią­gle. Wóz na­wet nie zwol­nił. Kie­row­ca – jak po­wie­dział Gar­de­ne­ro­wi i Re­eve­so­wi – w ogó­le nie oglą­dał się na boki.

– Za­mknij się, cio­to! – syk­nął Du­bay i kop­nął go w twarz. Ha­gar­ty upadł na bok, do rynsz­to­ka, na wpół przy­tom­ny.

Parę se­kund póź­niej usły­szał głos Chri­sa Unwi­na, mó­wią­ce­go, żeby spa­dał, do­pó­ki nie przy­da­rzy­ło mu się to samo co jego ko­le­sio­wi. W swo­im ze­zna­niu Unwin po­twier­dził, że ostrze­gał chło­pa­ka.

Ha­gar­ty sły­szał głu­che od­gło­sy ude­rzeń i krzy­ki swe­go ko­chan­ka. Ad­rian pisz­czał jak za­jąc schwy­ta­ny w si­dła. Ha­gar­ty od­czoł­gał się w stro­nę skrzy­żo­wa­nia i ja­snych świa­teł dwor­ca au­to­bu­so­we­go, a kie­dy był już do­sta­tecz­nie da­le­ko, obej­rzał się za sie­bie. Ad­rian Mel­lon, któ­ry miał pięć i pół sto­py wzro­stu i wa­żył oko­ło stu trzy­dzie­stu pię­ciu fun­tów, był po­py­cha­ny i po­trą­ca­ny, za­ta­cza­jąc się od Gar­to­na przez Du­baya do Unwi­na i z po­wro­tem. Ci trzej spra­wia­li wra­że­nie, jak­by gra­li w ja­kąś grę żywą pił­ką. Jego cia­ło było bez­wład­ne i wiot­kie jak cia­ło szma­cia­nej lal­ki. Bili go, okła­da­li pię­ścia­mi, roz­ry­wa­li na nim ubra­nie. Kie­dy tak się przy­glą­dał, ze­znał, Gar­ton ude­rzył Ad­ria­na w kro­cze. Mel­lo­no­wi wło­sy prze­sła­nia­ły oczy. Krew cie­kła mu z ust i pla­mi­ła ko­szu­lę. Web­by Gar­ton miał na pra­wej ręce dwa cięż­kie sy­gne­ty – je­den był sy­gne­tem li­ceum z Der­ry, dru­gi wła­sno­ręcz­nie zro­bił i ozdo­bił wy­pu­kły­mi li­te­ra­mi DB. Ozna­cza­ły one Dead Bugs – jego ulu­bio­ny ze­spół he­avy­me­ta­lo­wy. Sy­gnet roz­darł gór­ną war­gę Ad­ria­na Mel­lo­na i strza­skał trzy z jego gór­nych zę­bów tuż przy li­nii dzią­seł.

– Po­mo­cy! – krzyk­nął Ha­gar­ty. – Na po­moc! Na po­moc! Oni go za­bi­ją! Po­mo­cy! – Bu­dyn­ki przy Main Stre­et były spo­wi­te mro­kiem i ta­jem­ni­cze. Nikt nie przy­był z po­mo­cą, na­wet od stro­ny oazy świa­tła ozna­cza­ją­cej dwo­rzec au­to­bu­so­wy, i Ha­gar­ty nie mógł po­jąć, jak to w ogó­le moż­li­we. Wi­dział ich, kie­dy mi­jał ich wraz z Ade’em. Czy nikt nie przyj­dzie mu na po­moc? Nikt?

– Po­mo­cy! Oni go za­bi­ją! Na po­moc! Pro­szę! Na mi­łość bo­ską!

Po­mo­cy… – wy­szep­ta­ło jesz­cze coś z le­wej stro­ny Dona Ha­gar­ty’ego, a póź­niej sły­chać już było tyl­ko chi­chot.

– Wy­ką­pać pe­dzia! – krzy­czał te­raz Gar­ton. Krzy­czał i śmiał się.

Ha­gar­ty po­wie­dział Gar­de­ne­ro­wi i Re­eve­so­wi, że cała trój­ka za­ry­ki­wa­ła się ze śmie­chu, tłu­kąc Ad­ria­na gdzie po­pa­dło.

– Wy­ką­pać pe­dzia! Do wody z nim!

– Na po­moc – roz­legł się po­now­nie ten ci­chy głos i choć brzmiał po­nu­ro, po­now­nie dał się w nim sły­szeć ten sam chi­chot, przy­po­mi­na­ją­cy śmiech dziec­ka, któ­re nie może so­bie z czymś po­ra­dzić.

Ha­gar­ty spoj­rzał w dół i zo­ba­czył klow­na – i wła­śnie w tym mo­men­cie Gar­de­ner i Re­eves za­mknę­li spra­wę, bo resz­ta była zwy­czaj­nym ma­ja­cze­niem sza­leń­ca. Jed­nak­że póź­niej Ha­rold Gar­de­ner za­czął się za­sta­na­wiać. Ale to było póź­niej – kie­dy się do­wie­dział, że Unwin po­twier­dził ze­zna­nia Ha­gar­ty’ego na te­mat klow­na – i wte­dy coś go tknę­ło. Jego part­ner nig­dy nie mie­wał prze­czuć, a w każ­dym ra­zie nie przy­zna­wał się do tego. Klown, po­wie­dział Ha­gar­ty, wy­glą­dał jak skrzy­żo­wa­nie Ro­nal­da McDo­nal­da ze sta­rym te­le­wi­zyj­nym Bo­zem, a przy­najm­niej tak mu się wy­da­wa­ło. Te sko­ja­rze­nia przy­wio­dły mu na myśl po­ma­rań­czo­we kęp­ki wło­sów po bo­kach ły­sej jak ko­la­no gło­wy. Do­pie­ro po dłuż­szym na­my­śle do­szedł do wnio­sku, że po­do­bień­stwo po­mię­dzy tym a tam­tym klow­nem było ra­czej nie­wiel­kie. Uśmiech na­ma­lo­wa­ny na bia­łej twa­rzy był czer­wo­ny, a nie po­ma­rań­czo­wy, oczy zaś srebr­ne i lśni­ły sil­nym bla­skiem. Praw­do­po­dob­nie szkła kon­tak­to­we… ale coś w głę­bi du­szy pod­po­wia­da­ło mu, że te oczy na­praw­dę są srebr­ne. Miał na so­bie wor­ko­wa­ty strój z wiel­ki­mi po­ma­rań­czo­wy­mi pom­po­na­mi-gu­zi­ka­mi, a na rę­kach wiel­kie rę­ka­wi­ce.

– Je­śli po­trze­bu­jesz po­mo­cy, Don – po­wie­dział klown – weź so­bie ba­lo­nik. – I wy­cią­gnąw­szy przed sie­bie rękę, za­pro­po­no­wał mu ba­lo­nik. – One pły­wa­ją w po­wie­trzu – rzekł klown. – Tu, na dole, wszy­scy pły­wa­my. Nie­dłu­go twój przy­ja­ciel też bę­dzie pły­wał.

12

– Ten klown zwró­cił się do cie­bie po imie­niu – po­wie­dział bez­barw­nym gło­sem Jeff Re­eves. Spoj­rzał nad po­chy­lo­ną gło­wą Ha­gar­ty’ego na Ha­rol­da Gar­de­ne­ra i mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Tak – mruk­nął Ha­gar­ty, nie uno­sząc wzro­ku. – Wiem, jak to brzmi.

13

– I wrzu­ci­li­ście go do wody – po­wie­dział Bo­util­lier. – Żeby wy­ką­pać pe­da­ła…

– Nie ja! – za­prze­czył Unwin, uno­sząc wzrok. Od­gar­nął wło­sy z oczu i spoj­rzał na gli­nia­rzy z prze­ję­ciem. – Kie­dy zo­ba­czy­łem, że oni na­praw­dę chcą to zro­bić, pró­bo­wa­łem od­cią­gnąć Ste­ve’a, bo wie­dzia­łem, że ten typ może so­bie zro­bić krzyw­dę… do po­wierzch­ni wody było do­bre dzie­sięć stóp…

Były dwa­dzie­ścia trzy. Je­den z gli­nia­rzy Ra­de­ma­che­ra już to zmie­rzył.

– Za­cho­wy­wa­li się jak sza­le­ni. „He­eej, hoop! Heej, hoop!”. Web­by wziął go pod ręce, a Ste­ve za nogi, a po­tem… po­tem…

14

Kie­dy Ha­gar­ty zo­ba­czył, co tam­ci ro­bią, ru­szył bie­giem w ich stro­nę, wrzesz­cząc na całe gar­dło:

– Nie! Nie! Nie!

Chris Unwin ode­pchnął go i Ha­gar­ty wy­lą­do­wał na chod­ni­ku z taką siłą, że aż mu szczęk­nę­ły zęby.

– Też chcesz po­pły­wać? – wy­szep­tał. – Spa­daj, dzie­ci­no.

A po­tem zrzu­ci­li Ad­ria­na Mel­lo­na z mo­stu do wody.

Ha­gar­ty usły­szał plu­śnię­cie.

– Wy­no­śmy się stąd – rzekł Ste­ve Du­bay. On i Web­by szli już w stro­nę sa­mo­cho­du. Chris Unwin pod­szedł do ba­rier­ki i spoj­rzał w dół. Naj­pierw zo­ba­czył Ha­gar­ty’ego ze­śli­zgu­ją­ce­go się i zsu­wa­ją­ce­go po za­śmie­co­nym zbo­czu na­brze­ża do wody. Po­tem zo­ba­czył klow­na. Klown jed­ną ręką wcią­gał Ad­ria­na. W dru­giej trzy­mał pęk ba­lo­nów. Ad­rian był cały prze­mo­czo­ny, krztu­sił się i ję­czał. Klown prze­krzy­wił gło­wę i uśmiech­nął się do Chri­sa, któ­ry zo­ba­czył jego lśnią­ce srebr­ne oczy i ob­na­żo­ne zęby, wiel­kie, ol­brzy­mie zęby.

– Jak u lwa w cyr­ku – po­wie­dział. – To zna­czy były tak wiel­kie.

– Po­tem opo­wia­dał, że wi­dział, jak klown od­cią­gnął do tyłu jed­ną rękę Ad­ria­na Mel­lo­na, tak że zna­la­zła się nad jego gło­wą.

– I co póź­niej, Chris? – spy­tał Bo­util­lier. Był już znu­dzo­ny tą czę­ścią. Baj­ki go nu­dzi­ły, od­kąd skoń­czył osiem lat.

– Nie wiem – od­rzekł Chris. – Bo wła­śnie wte­dy Ste­ve zła­pał mnie za rękę i wsa­dził do wozu. Ale… my­ślę, że to mu się wgry­zło pod ra­mię. – Po­now­nie uniósł wzrok. Spra­wiał wra­że­nie nie­pew­ne­go i roz­bi­te­go. – My­ślę, że wła­śnie tak się sta­ło. To wgry­zło mu się pod ra­mię. Jak­by chcia­ło go po­żreć, ro­zu­mie­cie. Jak­by chcia­ło mu wy­gryźć ser­ce.

15

– Nie – rzekł Ha­gar­ty, kie­dy w for­mie py­tań przed­sta­wio­no mu wer­sję zda­rzeń Chri­sa Unwi­na. Klown nie wy­cią­gał Ade’a na brzeg, w każ­dym ra­zie wca­le to tak nie wy­glą­da­ło, a prze­cież nie był by­najm­niej bez­stron­nym ob­ser­wa­to­rem, przy­glą­da­ją­cym się ca­łe­mu zda­rze­niu z za­cie­ka­wie­niem. On po pro­stu od­cho­dził od zmy­słów.

Klown – jak twier­dził – stał w po­bli­żu na­brze­ża, trzy­ma­jąc w ra­mio­nach ocie­ka­ją­ce wodą cia­ło Ad­ria­na. Pra­we ra­mię Ade’a ster­cza­ło sztyw­no za gło­wą klow­na, a twarz klow­na rze­czy­wi­ście znaj­do­wa­ła się pod jego pa­chą. Ale on się w nie­go nie wgry­zał. On się uśmie­chał.

Ha­gar­ty wi­dział, jak klown wy­glą­dał zza ra­mie­nia Ade’a i się uśmie­chał. Ra­mio­na klow­na za­ci­snę­ły się i Ha­gar­ty usły­szał trzask pę­ka­ją­cych że­ber. Ade krzyk­nął.

– Po­pły­waj z nami, Don – rzu­cił klown, roz­cią­ga­jąc czer­wo­ne usta w uśmie­chu, a po­tem wska­zał ręką w wiel­kiej bia­łej rę­ka­wi­cy pod most.

Ba­lo­ny uno­si­ły się w po­wie­trzu, obi­ja­ły się o spód mo­stu – nie dzie­siąt­ki czy set­ki, ale ty­sią­ce – czer­wo­ne, nie­bie­skie, zie­lo­ne i żół­te, a na każ­dym z nich wid­niał na­pis I ♥ DER­RY!

16

– Tak, to z pew­no­ścią spo­ro – po­wie­dział Re­eves i po­now­nie mru­gnął do Ha­rol­da Gar­de­ne­ra. – Tyle ba­lo­nów!

– Wiem, jak to brzmi – od­parł drżą­cym gło­sem Ha­gar­ty.

– Wi­dzia­łeś te ba­lo­ny? – za­py­tał Gar­de­ner. Don Ha­gar­ty po­wo­li uniósł obie dło­nie do twa­rzy.

– Wi­dzia­łem je rów­nie wy­raź­nie, jak te­raz swo­je pal­ce. Ty­sią­ce ba­lo­nów. Przy­sło­ni­ły spód mo­stu. Fa­lo­wa­ły nie­znacz­nie, od­bi­ja­jąc się to w górę, to w dół. I był jesz­cze ten dźwięk. Za­baw­ny, ci­chy, pi­skli­wy dźwięk. Kie­dy ocie­ra­ły się o sie­bie. I te sznur­ki. Las zwie­sza­ją­cych się z ba­lo­nów bia­łych sznur­ków. Wy­glą­da­ły jak bia­łe pa­sem­ka pa­ję­czy­ny. Klown za­brał Ade’a pod most. Wi­dzia­łem, jak jego ubra­nie roz­su­wa­ło te sznur­ki na boki. Ade wy­da­wał dziw­ne dźwię­ki, jak­by się du­sił. Ru­szy­łem za nim. i klown wte­dy się od­wró­cił. Zo­ba­czy­łem jego oczy i w jed­nej chwi­li zro­zu­mia­łem, kto to był.

– Kto to był, Don? – spy­tał ci­cho Ha­rold Gar­de­ner.

– To było Der­ry – od­rzekł Don Ha­gar­ty. – To było to mia­sto.

– I co wte­dy zro­bi­łeś? – za­in­te­re­so­wał się Re­eves.

– Ucie­kłem, dur­niu – od­parł Ha­gar­ty i wy­buch­nął pła­czem.

17

Ha­rold Gar­de­ner miał spo­kój aż do 13 li­sto­pa­da, na­stęp­ne­go dnia John Gar­ton i Ste­ven Du­bay mie­li sta­nąć przed są­dem okrę­go­wym Der­ry pod za­rzu­tem za­mor­do­wa­nia Ad­ria­na Mel­lo­na. Po­tem po­szedł na spo­tka­nie z To­mem Bo­util­lie­rem. Chciał po­roz­ma­wiać o klow­nie. Bo­util­lier nie miał na to ocho­ty, ale kie­dy zdał so­bie spra­wę, że Gar­de­ner bez jego drob­nej po­mo­cy mógł­by zro­bić coś głu­pie­go, przy­stał na to.

– Nie było żad­ne­go klow­na, Ha­rol­dzie.

– Mamy dwóch świad­ków.

– To bzdu­ry. Kie­dy Unwin zo­rien­to­wał się, że tym ra­zem nie pój­dzie mu tak ła­two, zde­cy­do­wał się rzu­cić na sza­lę Syn­drom Jed­no­rę­kie­go. „To nie my za­bi­li­śmy tego ma­łe­go bied­ne­go pe­dzia, to był Jed­no­rę­ki”. Ha­gar­ty z ko­lei był w szo­ku. Stał i pa­trzył, jak te gno­je mor­du­ją jego naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la. Wca­le by mnie nie zdzi­wi­ło, gdy­by zo­ba­czył la­ta­ją­ce ta­le­rze.

Bo­util­lier wie­dział le­piej. Gar­de­ner do­strze­gał to w jego oczach i uni­ki za­stęp­cy pro­ku­ra­to­ra okrę­go­we­go do­pro­wa­dza­ły go do bia­łej go­rącz­ki.

– Daj spo­kój – po­wie­dział. – Mó­wi­my tu o nie­za­leż­nym świad­ku. Nie wci­skaj mi kitu.

– Jaki kit? Czy chcesz mi wmó­wić, że wie­rzysz w klow­na wam­pi­ra, któ­ry za­gnieź­dził się pod Main Stre­et Brid­ge? Moim zda­niem wła­śnie to jest kit!

– Nie, nie­zu­peł­nie, ale…

– A może wie­rzysz w to, że Ha­gar­ty zo­ba­czył tam mi­liard ba­lo­nów, każ­dy z ta­kim sa­mym na­pi­sem, jaki wid­niał na czap­ce jego ko­chan­ka? Moim zda­niem wła­śnie to jest kit.

– Nie, ale…

– To cze­mu mnie tym mę­czysz?

– Prze­stań brać mnie w krzy­żo­wy ogień py­tań! – ryk­nął Gar­de­ner.

– Oni obaj opi­sa­li to jed­na­ko­wo i ża­den nie wie­dział, co mó­wił dru­gi!

Bo­util­lier sie­dział przy biur­ku, ba­wiąc się ołów­kiem. Te­raz odło­żył go, wstał i pod­szedł do Ha­rol­da Gar­de­ne­ra. Bo­util­lier był pięć cali niż­szy, ale Gar­de­ner cof­nął się o krok przed gnie­wem tam­te­go.

– Chcesz, że­by­śmy prze­gra­li tę spra­wę, Ha­rol­dzie?

– Nie, oczy­wi­ście, że…

– Chcesz, żeby te gno­je wy­szły na wol­ność?

– Nie!

– W po­rząd­ku. Sko­ro usta­li­li­śmy już pew­ne pod­sta­wy, po­wiem ci do­kład­nie, co o tym my­ślę. Tak. Praw­do­po­dob­nie tego wie­czo­ru pod mo­stem był ja­kiś czło­wiek. Może miał na so­bie ko­stium klow­na, choć wy­da­je mi się, że mu­siał to być zwy­czaj­ny włó­czę­ga ubra­ny w łach­ma­ny albo ja­kiś trans­we­sty­ta. Są­dzę, że zszedł tam na dół po drob­nia­ki albo po­rzu­co­ne reszt­ki je­dze­nia, ham­bur­ge­ra czy nie­do­je­dzo­ną to­reb­kę fry­tek. Oczy tam­tych do­po­wie­dzia­ły resz­tę, Ha­rol­dzie. Czy te­raz uwa­żasz, że to moż­li­we?

– Nie wiem – od­parł Ha­rold. Chciał być prze­ko­na­ny, ale opi­sy po­da­ne pod­czas skła­da­nia ze­znań były tak do­kład­ne… Nie. Nie są­dził, aby to było moż­li­we.

– To nie wszyst­ko. Nie ob­cho­dzi mnie, czy to był klown Kin­ko czy fa­cet na szczu­dłach prze­bra­ny za Wuj­ka Sama albo Hu­ber­ta We­so­łe­go Geja. Je­że­li wpro­wa­dzi­my tę po­stać do spra­wy, ich ad­wo­kat za­ła­twi im unie­win­nie­nie. Po­wie, że je­dy­nym prze­stęp­stwem, ja­kie­go do­pu­ści­ły się te dwie sto­ją­ce tam nie­win­ne owiecz­ki (rzecz ja­sna ubra­ne ele­ganc­ko i ze świe­żo przy­cię­ty­mi wło­sa­mi), było wrzu­ce­nie tego pe­dzia Mel­lo­na do ka­na­łu. Zro­bi­li to na­tu­ral­nie dla jaj. Wy­ka­że, że Mel­lon prze­żył upa­dek z mo­stu, bę­dzie miał na to ze­zna­nia za­rów­no Unwi­na, jak i Ha­gar­ty’ego. Jego klien­ci nie po­peł­ni­li mor­der­stwa, o nie! To zro­bił psy­cho­pa­ta w stro­ju klow­na.

– Unwin i tak o tym po­wie.

– Ale nie Ha­gar­ty – od­parł Bo­util­lier. – Bo on wie. I ro­zu­mie. A bez Ha­gar­ty’ego kto uwie­rzy Unwi­no­wi?

– No tak, po­zo­sta­je­my jesz­cze my – rzekł Ha­rold Gar­de­ner z go­ry­czą, któ­ra dzi­wi­ła na­wet jego sa­me­go. – Ale jak są­dzę, my też nie pu­ści­my pary z ust.

– Daj spo­kój! – ryk­nął Bo­util­lier, wy­rzu­ca­jąc obie ręce w górę.

– Oni go za­bi­li! Nie tyl­ko wrzu­ci­li go do ka­na­łu. Gar­ton miał nóż sprę­ży­no­wy. Mel­lon zo­stał dźgnię­ty sie­dem razy, miał ranę w płu­cu i dwie rany kłu­te na­rzą­dów płcio­wych. Wszyst­kie pa­su­ją do noża. Poza tym chło­pak miał pęk­nię­te czte­ry że­bra; to zro­bił Du­bay, gdy chwy­cił go w niedź­wie­dzi uścisk. To praw­da, miał na cie­le śla­dy uką­szeń – na ra­mio­nach, po­licz­ku i szyi. A je­że­li na­wet spod jego pra­we­go ra­mie­nia wy­rwa­no spo­ry ka­wa­łek cia­ła, to co z tego? – Bo­util­lier prze­rwał, spo­glą­da­jąc na Ha­rol­da. – Je­że­li włą­czy­my do spra­wy klow­na, ci gów­nia­rze się z tego wy­śli­zga­ją. Chcesz tego?

– Nie. Już mó­wi­łem.

– Gość był pe­dziem, ale ni­ko­mu nie zro­bił nic złe­go – cią­gnął Bo­util­lier. – Przejdź­my nad tym do po­rząd­ku dzien­ne­go, a ci trzej niech na­ło­żą cięż­kie bu­cio­ry i po­ga­ru­ją tro­chę, bo Bóg mi świad­kiem, że to im się na­le­ży. Mam za­miar ich za­pusz­ko­wać i je­że­li kie­dy­kol­wiek się do­wiem, że ktoś z Tho­ma­ston prze­rżnął te ich małe jędr­ne dup­ki, to wy­ślę im z tej oka­zji pocz­tów­kę i wy­ra­żę na­dzie­ję, że ten ktoś był cho­ry na AIDS.

Bar­dzo po­ryw­cze, po­my­ślał Gar­de­ner. No i, rzecz ja­sna, ska­zań­cy będą się świet­nie pre­zen­to­wać w two­ich ak­tach, kie­dy za dwa lata wdra­piesz się na naj­wyż­szy sto­łek.

Wy­szedł, nie mó­wiąc ani sło­wa wię­cej, bo on rów­nież był zda­nia, że ci trzej po­win­ni zna­leźć się za krat­ka­mi.

18

John Web­ber Gar­ton zo­stał uzna­ny za win­ne­go mor­der­stwa pierw­sze­go stop­nia i ska­za­ny na karę dwu­dzie­stu lat w wię­zie­niu sta­no­wym Tho­ma­ston.

Ste­ven Bi­shoff Du­bay zo­stał uzna­ny za win­ne­go mor­der­stwa pierw­sze­go stop­nia i ska­za­ny na karę pięt­na­stu lat wię­zie­nia w za­kła­dzie kar­nym Shaw­shank.

Chri­sto­pher Phi­lip Unwin zo­stał osą­dzo­ny osob­no jako nie­let­ni i uzna­ny za win­ne­go mor­der­stwa dru­gie­go stop­nia. Ska­za­no go na sześć mie­się­cy w za­kła­dzie dla nie­let­nich So­uth Win­dham. Wy­rok zo­stał za­wie­szo­ny.

W chwi­li kie­dy to pi­szę, wszyst­kie trzy wy­ro­ki zo­sta­ły pod­da­ne ape­la­cji. Gar­to­na i Du­baya moż­na zo­ba­czyć, kie­dy są na prze­pust­kach – jak przy­glą­da­ją się dziew­czy­nom albo gra­ją w Pen­ny Pitch, w Bas­sey Park, nie­opo­dal miej­sca, gdzie przy jed­nym z fi­la­rów Main Stre­et Brid­ge zna­le­zio­no uno­szą­ce się na wo­dzie, zma­sa­kro­wa­ne zwło­ki Ad­ria­na Mel­lo­na. Don Ha­gar­ty i Chris Unwin opu­ści­li mia­sto. Na głów­nym pro­ce­sie (gdzie są­dzo­no Gar­to­na i Du­baya) nikt na­wet sło­wem nie na­po­mknął o klow­nie.

ROZ­DZIAŁ 3

Sześć roz­mów te­le­fo­nicz­nych (1985)

1

Stan­ley Uris bie­rze ką­piel

Pa­tri­cia Uris, jak po­wie­dzia­ła po­tem mat­ce, po­win­na była się do­my­ślić, że coś jest nie tak. Po­win­na była wie­dzieć, bo Stan­ley nig­dy się nie ką­pał po po­łu­dniu. Co rano brał prysz­nic i cza­sa­mi póź­nym wie­czo­rem po­mo­czył się dłuż­szy czas w wan­nie (z pi­smem w jed­nej i pi­wem w dru­giej ręce), ale ką­piel o dzie­więt­na­stej to nie było w jego sty­lu. I do tego te książ­ki. Po­win­ny wpra­wiać go w ra­do­sny na­strój, ale czu­ła, choć nie po­tra­fi­ła po­wie­dzieć, jak to się dzia­ło, że te książ­ki go de­ner­wu­ją i wpę­dza­ją w de­pre­sję. Ja­kieś trzy mie­sią­ce przed tym okrop­nym dniem Stan­ley od­krył, że jego przy­ja­ciel z dzie­ciń­stwa zo­stał pi­sa­rzem – nie praw­dzi­wym pi­sa­rzem, jak Pa­tri­cia po­wie­dzia­ła mat­ce, lecz po­wie­ścio­pi­sa­rzem. Au­tor na­zy­wał się Wil­liam Den­bro­ugh, ale Stan­ley na­zy­wał go nie­kie­dy Bil­lem Ją­ka­łą. Prze­czy­tał pra­wie wszyst­kie jego książ­ki, ba, tego wie­czo­ru pod­czas ką­pie­li czy­tał wła­śnie ostat­nią – to było 28 maja 1985 roku. Pat­ty z cie­ka­wo­ści się­gnę­ła kie­dyś po jed­ną z nich. Odło­ży­ła ją, prze­czy­taw­szy za­le­d­wie trzy roz­dzia­ły. To nie była zwy­kła po­wieść, po­wie­dzia­ła póź­niej mat­ce, to był hor­ror. Okre­śli­ła to pro­sto i ła­two jed­nym sło­wem, jak­by mó­wi­ła „ero­tyk”. Pat­ty była słod­ką, do­brą ko­bie­tą, ale nie­zbyt elo­kwent­ną – chcia­ła po­wie­dzieć mat­ce, jak bar­dzo prze­ra­zi­ła ją ta książ­ka i dla­cze­go tak się sta­ło, ale nie umia­ła.

– Ro­iło się w niej od po­two­rów – mó­wi­ła. – Po­two­rów ści­ga­ją­cych małe dzie­ci. Były za­bój­stwa i… nie wiem… złe prze­czu­cia i ból. Ta­kie tam. – Praw­dę mó­wiąc, ode­bra­ła tę książ­kę nie­mal jak por­no­gra­fię. Sta­ra­ła się omi­jać to sło­wo i nig­dy w ży­ciu go nie wy­po­wia­da­ła, choć wie­dzia­ła, co zna­czy­ło. – Ale czy­ta­jąc je, Stan czuł się, jak­by wró­cił pa­mię­cią do cza­sów dzie­ciń­stwa… Mó­wił o tym, że do nie­go na­pi­sze, ale wie­dział, że tego nie zro­bi… I zda­wa­łam so­bie spra­wę, że te opo­wie­ści wpra­wia­ją go w okrop­ny na­strój… i… i…

I wte­dy Pat­ty Uris za­czę­ła pła­kać.

Tego wie­czo­ru, mniej wię­cej sześć mie­się­cy przed dwu­dzie­stą ósmą rocz­ni­cą za­gi­nię­cia Geo­r­ge’a Den­bro­ugh, któ­ry spo­tkał klow­na Pen­ny­wi­se’a, Stan­ley i Pat­ty sie­dzie­li w swym domu na przed­mie­ściach Atlan­ty. Te­le­wi­zor był włą­czo­ny. Pat­ty sie­dzia­ła na wprost nie­go, dzie­ląc uwa­gę po­mię­dzy szy­cie a swój ulu­bio­ny pro­gram te­le­wi­zyj­ny Fa­mi­ly Feud. Ona po pro­stu ad­o­ro­wa­ła Ri­char­da Daw­so­na, uwa­ża­ła, że ze­ga­rek z de­wiz­ką, jaki za­wsze no­sił, był dia­blo sek­sow­ny i na­wet koń­mi nie moż­na by jej od­cią­gnąć od ekra­nu. Poza tym lu­bi­ła ten show, bo pra­wie za­wsze udzie­la­ła naj­bar­dziej po­pu­lar­nych od­po­wie­dzi (w tym pro­gra­mie nie było pra­wi­dło­wych od­po­wie­dzi, tyl­ko naj­bar­dziej po­pu­lar­ne). Któ­re­goś razu spy­ta­ła Sta­na, dla­cze­go py­ta­nia, któ­re są dla niej tak dzie­cin­nie ła­twe, wy­da­ją się tak trud­ne dla wy­stę­pu­ją­cych tam ro­dzin.

– Praw­do­po­dob­nie kie­dy tam sie­dzisz, w bla­sku re­flek­to­rów, wszyst­ko wy­da­je ci się o wie­le trud­niej­sze – od­parł Stan­ley i wte­dy od­nio­sła wra­że­nie, jak­by ja­kiś cień na­pły­nął na jego twarz. – Kie­dy to dzie­je się na­praw­dę, za­wsze jest trud­niej. I wte­dy za­czy­nasz się du­sić.

Praw­do­po­dob­nie miał ra­cję, uzna­ła. Stan­ley miał bar­dzo czę­sto cie­ka­we spo­strze­że­nia na te­mat ludz­kiej na­tu­ry. Na­praw­dę. O wie­le bar­dziej in­te­re­su­ją­ce niż jego sta­ry przy­ja­ciel, Wil­liam Den­bro­ugh, któ­ry wzbo­ga­cił się, pi­sząc kil­ka hor­ro­rów. Nie żeby Uri­som wio­dło się kiep­sko! Żyli w bo­ga­tej dziel­ni­cy i mie­li dom, któ­ry w 1979 roku na­by­li za osiem­dzie­siąt sie­dem ty­się­cy do­la­rów, a któ­ry obec­nie bez tru­du mo­gli­by sprze­dać za sto sześć­dzie­siąt pięć ty­się­cy. Nie­waż­ne, czy chcie­li­by to zro­bić, ale za­wsze do­brze było to wie­dzieć. Cza­sa­mi wra­ca­ła z Fox Run Mail swo­im vo­lvem (Stan­ley pro­wa­dził mer­ce­de­sa die­sla, któ­ry kie­dy się z nim dro­czy­ła, na­zy­wa­ła Se­dan­ley) i wi­dząc swój dom, przy­sta­wa­ła przy ni­skim ci­so­wym ży­wo­pło­cie, za­sta­na­wia­jąc się: Kto tam miesz­ka? Ja, oczy­wi­ście! Pani Stan­ley­owa Uris! To nie była w peł­ni szczę­śli­wa myśl; uczu­cie psu­ła po­twor­na duma, któ­ra ją zże­ra­ła. Wi­dzi­cie, bo kie­dyś ta ko­bie­ta była sa­mot­ną osiem­na­sto­lat­ką Pa­tri­cią Blum i od­ma­wia­no jej na­wet wstę­pu na przy­ję­cia szkol­ne w klu­bie mia­stecz­ka Glan­ton w sta­nie Nowy Jork. Od­mó­wio­no jej wstę­pu rzecz ja­sna dla­te­go, że jej na­zwi­sko ry­mo­wa­ło się z plum1 i to wła­śnie była ona, słod­ka, mała ży­dow­ska śli­wecz­ka. Ale tego ty­pu­dy­skry­mi­na­cje były na­tu­ral­nie bez­praw­ne (cha, cha, cha) no i, a może przede wszyst­kim, mi­nę­ło już tyle lat. Tyle że dla pew­nej czę­ści to się nig­dy nie skoń­czy. Część niej za­wsze bę­dzie wra­cać do sa­mo­cho­du z Mi­cha­elem Ro­sen­blat­tem oraz chrzę­stu żwi­ru pod jej pan­to­fla­mi i jego wy­po­ży­czo­ny­mi la­kier­ka­mi. Sa­mo­chód na­le­żał do jego ojca, Mi­cha­el po­ży­czył go na wie­czór i wo­sko­wał przez całe po­po­łu­dnie. Część niej bę­dzie za­wsze kro­czyć obok Mi­cha­ela ubra­ne­go w wy­po­ży­czo­ny bia­ły smo­king – jak on lśnił tego pięk­ne­go wio­sen­ne­go wie­czo­ru! Ona mia­ła na so­bie ja­sno­zie­lo­ną suk­nię wie­czo­ro­wą, w któ­rej jak twier­dzi­ła jej mat­ka, wy­glą­da­ła ni­czym sy­re­na – ży­dow­ska sy­ren­ka, nie­złe (cha, cha, cha). Szli z pod­nie­sio­ny­mi gło­wa­mi, a ona nie uro­ni­ła na­wet jed­nej łzy (nie wte­dy), od­no­si­ła jed­nak wra­że­nie, że nie wra­ca­li, ale rej­te­ro­wa­li, i obo­je czu­li się te­raz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek Ży­dzi, jak wła­ści­cie­le lom­bar­du, jak by­dło prze­wo­żo­ne w cię­ża­rów­ce, jak zbi­te psy, jak ży­dow­skie wy­pierd­ki, szcze­nia­ki, któ­re chcą, by ogar­nę­ła ich wście­kłość, ale nie po­tra­fią­jej z sie­bie wy­krze­sać – a gniew przy­szedł póź­niej, kie­dy było im już wszyst­ko jed­no. W tej chwi­li czu­ła je­dy­nie wstyd i ból. A po­tem ktoś wy­buch­nął śmie­chem. Wy­so­ki, pi­skli­wy szcze­bio­czą­cy śmiech, jak szyb­kie prze­bie­gnię­cie pal­ca­mi po kla­wia­tu­rze for­te­pia­nu. I do­pie­ro w sa­mo­cho­dzie za­czę­ła pła­kać, o tak, wspa­nia­ła ży­dow­ska sy­ren­ka o fa­tal­nym na­zwi­sku roz­ry­cza­ła się na do­bre.

Dom usa­do­wio­ny z ta­kim pie­ty­zmem za ży­wo­pło­tem z ci­sów spra­wiał, że czu­ła się le­piej – ale nie za do­brze. Ból i wstyd po­zo­sta­ły i cho­ciaż cał­kiem nie­źle żyło jej się z są­sia­dem, nie mo­gło to za­trzeć wspo­mnień owe­go fe­ral­ne­go wie­czo­ru i za­głu­szyć po­twor­ne­go chrzę­stu żwi­ru, któ­ry sta­le po­brzmie­wał w jej uszach.

Na­wet to, że była człon­kiem tu­tej­sze­go klu­bu (wraz z mę­żem) i ma­ître d’ho­tel za­wsze wi­tał ich z sza­cun­kiem. Wra­ca­ła do domu swo­im vo­lvem (rocz­nik 1984) i pa­trząc na dom oto­czo­ny po­ła­cia­mi zie­lo­ne­go traw­ni­ka, czę­sto – aż za czę­sto, jak się jej wy­da­wa­ło – my­śla­ła o tym przej­mu­ją­cym chi­cho­cie. Mia­ła na­dzie­ję, że ta dziew­czy­na, któ­ra się wte­dy śmia­ła, żyła te­raz w ja­kiejś mar­nej ru­de­rze, okre­ślo­nej na wy­rost mia­nem domu, z mę­żem go­jem, któ­ry lał ją z byle po­wo­du, ze trzy razy była w cią­ży, ale nie do­no­si­ła żad­ne­go dziec­ka, mąż zdra­dzał ją z cho­ry­mi ko­bie­ta­mi, a do tego ta nie­zna­jo­ma dziew­czy­na mia­ła kło­po­ty z krę­go­słu­pem, żo­łąd­kiem oraz tor­bie­le na swo­im nie­wy­pa­rzo­nym, pie­przo­nym ję­zo­rze.

Może to wszyst­ko wresz­cie mi­nę­ło. Nie mam już osiem­na­stu lat. Mam trzy­dzie­ści sześć i je­stem ko­bie­tą. Dziew­czy­ną, któ­ra sły­sza­ła ten nie­koń­czą­cy się chrzęst żwi­ru, któ­ra od­su­nę­ła się przed do­tknię­ciem dło­ni Mike’a Ro­sen­blat­ta, kie­dy pró­bo­wał ją po­cie­szyć, tyl­ko dla­te­go, że był Ży­dem. Ta głu­pia mała sy­ren­ka umar­ła. Te­raz już mogę o niej za­po­mnieć i być sobą.

Jed­nak prze­waż­nie czu­ła się cał­kiem nie­źle. Wręcz do­brze. Le­piej niż do­tych­czas. Ko­cha­ła męża, swój dom i za­zwy­czaj rów­nież ko­cha­ła swo­je ży­cie i sie­bie samą. Rze­czy mia­ły się świet­nie. Nie za­wsze tak było, na­tu­ral­nie, ale to prze­cież oczy­wi­ste. Czy zda­rzy­ło się tak, żeby za­wsze było do­brze?

Kie­dy przy­ję­ła pier­ścio­nek za­rę­czy­no­wy od Sta­na, jej ro­dzi­ce byli jed­no­cze­śnie wście­kli i nie­szczę­śli­wi. Spo­tka­ła go na jed­nym z przy­jęć. Przy­je­chał do jej szko­ły z Uni­wer­sy­te­tu No­we­go Jor­ku, gdzie był sty­pen­dy­stą. Przed­sta­wił ich so­bie wspól­ny zna­jo­my i za­nim wie­czór do­biegł koń­ca, za­czę­ła po­dej­rze­wać, że się w Sta­nie za­ko­cha­ła. Pod­czas prze­rwy se­me­stral­nej była o tym prze­ko­na­na. Kie­dy na­de­szła wio­sna i Stan­ley za­ofe­ro­wał jej pier­ścio­nek z dia­men­ci­kiem na­ło­żo­nym na sto­krot­kę, przy­ję­ła go. W koń­cu jej ro­dzi­ce za­ak­cep­to­wa­li go po­mi­mo wcze­śniej­szych uprze­dzeń. Nie mie­li zbyt wiel­kie­go wy­bo­ru, choć Stan­ley Uris za­mie­rzał nie­ba­wem roz­po­cząć nową pra­cę i tym sa­mym prze­stał żyć na koszt ro­dzi­ny, bio­rąc w for­mie za­kład­nicz­ki (i uśmie­chu for­tu­ny) ich je­dy­ną cór­kę. Ale Pat­ty mia­ła dwa­dzie­ścia dwa lata, była już ko­bie­tą i nie­dłu­go mia­ła skoń­czyć na­ukę.

– Będę ło­żył na tego czte­ro­okie­go su­kin­sy­na do koń­ca ży­cia.

– Pat­ty któ­rejś nocy usły­sza­ła sło­wa ojca. Jej ro­dzi­ce wy­szli na ko­la­cję i oj­ciec wy­pił o parę głęb­szych za dużo.

– Cii… cii… bo cię usły­szy – po­wie­dzia­ła Ruth Blum. Tej nocy Pat­ty co naj­mniej do dwu­na­stej nie mo­gła usnąć – było jej na prze­mian to go­rą­co, to zim­no. Nie­na­wi­dzi­ła ro­dzi­ców. Nie pła­ka­ła. Przez na­stęp­ne dwa lata usi­ło­wa­ła wy­ple­nić z sie­bie tę nie­na­wiść, ale zbyt dużo jej się w niej na­zbie­ra­ło. Cza­sa­mi, kie­dy pa­trzy­ła w lu­stro, wi­dzia­ła rze­czy, ja­kie wy­pra­wia­ło z jej twa­rzą, zmarszcz­ki, ja­kie się po­ja­wia­ły.

Wy­gra­ła jed­nak tę wal­kę. Po­mógł jej w tym Stan. Jego ro­dzi­ce rów­nież nie byli za­chwy­ce­ni tym związ­kiem. Na­tu­ral­nie nie wie­rzy­li, że ich Stan­leya cze­ka ży­cie w skraj­nej nę­dzy, ale twier­dzi­li, że „obec­na mło­dzież jest nad wy­raz po­pę­dli­wa”. Do­nald Uris i An­drea Ber­to­ly po­bra­li się, gdy obo­je nie mie­li dwu­dzie­stu lat, ale jak­by zu­peł­nie o tym fak­cie za­po­mnie­li. Tyl­ko Stan­ley zda­wał się pew­ny sie­bie i swej przy­szło­ści. Nie przej­mo­wał się tru­da­mi ży­cia, przed któ­ry­mi prze­strze­ga­li go ro­dzi­ce. Nie przej­mo­wał się tym, co mó­wi­li o „po­chop­nych de­cy­zjach”. I w koń­cu oka­za­ło się, że to on miał ra­cję, a nie oni. W lip­cu 1972 roku, kie­dy na jej dy­plo­mie le­d­wo za­sechł atra­ment, Pat­ty otrzy­ma­ła pra­cę w Tray­nor, ma­łym mia­stecz­ku czter­dzie­ści mil na po­łu­dnie od Atlan­ty, gdzie mia­ła uczyć ste­no­gra­fii i urzę­do­we­go an­giel­skie­go. Kie­dy my­śla­ła o tym, jak do tego do­szło, do­cho­dzi­ła do wnio­sku, że był to co naj­mniej dziw­ny przy­pa­dek. Spo­rzą­dzi­ła li­stę czter­dzie­stu pro­po­zy­cji, któ­re bra­ła pod uwa­gę, z ogło­szeń w cza­so­pi­smach dla na­uczy­cie­li, a po­tem w cią­gu pię­ciu wie­czo­rów na­pi­sa­ła czter­dzie­ści li­stów (po osiem każ­de­go wie­czo­ru) z proś­bą o dal­sze in­for­ma­cje na te­mat pra­cy i for­mu­la­rze zgło­sze­nio­we. Otrzy­ma­ła dwa­dzie­ścia dwie od­po­wie­dzi, że pro­po­zy­cje są już nie­ak­tu­al­ne. W po­zo­sta­łych wy­pad­kach nie mia­ła od­po­wied­nich kwa­li­fi­ka­cji i dal­sza ko­re­spon­den­cja – jak wy­ni­ka­ło z wy­ja­śnień firm – by­ła­by stra­tą cza­su i biur, i jej sa­mej. Po­zo­sta­ło tu­zin pro­po­zy­cji. Wszyst­kie nie­mal jed­na­ko­we. Stan­ley przy­szedł, kie­dy sie­dzia­ła nad nimi i za­sta­na­wia­ła się, czy zdo­ła wy­peł­nić tu­zin po­dob­nych for­mu­la­rzy, nie do­sta­jąc przy tym kręć­ka. Spoj­rzał na stos pa­pie­rów na sto­le, a po­tem stuk­nął pal­cem w list z Tray­nor Su­per­in­ten­dent of Scho­ols – list wy­glą­da­ją­cy do­kład­nie tak samo jak po­zo­sta­łe. List, któ­ry nie wy­róż­niał się ab­so­lut­nie ni­czym.

– Tam – po­wie­dział.

Unio­sła wzrok, spoj­rza­ła na nie­go za­sko­czo­na pro­sto­tą i prze­ko­na­niem w jego gło­sie.

– Wiesz coś o Geo­r­gii, cze­go ja nie wiem?

– Skąd? Oglą­da­łem ją tyl­ko na fil­mach.

Spoj­rza­ła na nie­go, marsz­cząc brwi.

– Prze­mi­nę­ło z wia­trem, Vi­vien Le­igh, Clark Ga­ble. Po­my­ślę o tym ju­tro. Ju­tro też jest dzień. Czy mam po­łu­dnio­wy ak­cent, Pat­ty?

– Tak, z po­łu­dnio­we­go Bronk­su. Je­że­li nic nie wiesz o Geo­r­gii i nig­dy tam nie by­łeś, to dla­cze­go…

– Bo to jest wła­śnie to.

– Nie mo­żesz tego wie­dzieć na pew­no, Stan­ley.

– Mogę. Pew­no, że mogę – od­parł po pro­stu. – Ja wiem. Pa­trząc na nie­go, zda­ła so­bie spra­wę, że nie żar­to­wał. Mó­wił cał­kiem se­rio.

I w tej sa­mej chwi­li prze­biegł jej po ple­cach dreszcz.

– Skąd wiesz?

Uśmiech­nął się pół­gęb­kiem. Te­raz ten uśmiech przy­gasł, a jego miej­sce za­jął gry­mas za­kło­po­ta­nia.

– Żółw nie mógł nam po­móc – rzekł na­gle. Po­wie­dział to wy­raź­nie. Usły­sza­ła to. Na jego twa­rzy wciąż ma­lo­wał się ten wy­raz głę­bo­kie­go za­my­śle­nia i na­gle po­czu­ła, że za­czy­na ją ogar­niać prze­ra­że­nie.

– Stan­ley? O czym ty mó­wisz? Stan­ley?

Drgnął gwał­tow­nie. Pra­cu­jąc nad for­mu­la­rza­mi, ja­dła brzo­skwi­nie i te­raz jego ręka trą­ci­ła ta­lerz. Spadł na pod­ło­gę i stłukł się. W oczach Stan­leya po­ja­wił się błysk zro­zu­mie­nia.

– O cho­le­ra! Prze­pra­szam!

– Już do­brze. Stan­ley, o czym ty mó­wi­łeś?

– Za­po­mnia­łem – od­parł. – Ale my­ślę, że po­win­ni­śmy po­je­chać do Geo­r­gii, ko­cha­nie.

– Ale…

– Za­ufaj mi – po­wie­dział. Zro­bi­ła to.

Jej roz­mo­wa wstęp­na wy­pa­dła zna­ko­mi­cie. Już w po­cią­gu, gdy je­cha­ła do No­we­go Jor­ku, wie­dzia­ła, że zdo­by­ła tę pra­cę. Szef wy­dzia­łu han­dlu za­pa­łał sym­pa­tią do Pat­ty (z wza­jem­no­ścią). List po­twier­dza­ją­cy swo­je przy­pusz­cze­nia otrzy­ma­ła ty­dzień póź­niej. Wy­dział Szkol­nic­twa Tray­nor Con­so­li­da­ted mógł jej za­pro­po­no­wać na po­czą­tek prób­ny kon­trakt i wy­na­gro­dze­nie w wy­so­ko­ści dzie­wię­ciu ty­się­cy dwu­stu do­la­rów.

– Ze­mrzesz z gło­du – rzekł Her­bert Blum, kie­dy po­wie­dzia­ła mu, że za­mie­rza przy­jąć tę pra­cę. – Spa­rzysz się na tym.

– Tre­le-mo­re­le, Scar­lett – po­wie­dział Stan­ley, kie­dy po­dzie­li­ła się z nim tym, co usły­sza­ła od ojca. Była wście­kła, bli­ska łez, ale te­raz za­czę­ła chi­cho­tać, a Stan­ley wziął ją moc­no w ra­mio­na.

Ko­cha­li się i nie umar­li z gło­du. Po­bra­li się 19 sierp­nia 1972 roku. Pat­ty Uris we­szła do mał­żeń­skie­go łoża jako dzie­wi­ca. Wśli­zgnę­ła się naga do chłod­nej po­ście­li ho­te­lu w ku­ror­cie Po­co­nos w nad wy­raz burz­li­wym na­stro­ju – z jed­nej stro­ny czu­ła, jak wy­bu­cha­ją w niej ja­sne jak bły­ska­wi­ce po­żą­da­nie i nie­opi­sa­na roz­kosz, z dru­giej zaś ogar­nia­ły ją mrocz­ne ob­ra­zy.

Kie­dy Stan­ley wśli­zgnął się do łóż­ka obok niej – góra mię­śni, z gru­bym człon­kiem ster­czą­cym twar­do spo­mię­dzy kłę­bo­wi­ska ru­dych wło­sów ło­no­wych – wy­szep­ta­ła:

– Nie zrób mi krzyw­dy, ko­cha­nie.

– Nig­dy cię nie skrzyw­dzę – od­parł, bio­rąc ją w ra­mio­na, i obiet­ni­cy tej do­trzy­mał do 28 maja 1985 roku, do wie­czo­ru, kie­dy po­szedł wziąć ką­piel.

W pra­cy szło jej świet­nie. Stan­ley pod­jął pra­cę jako kie­row­ca cię­ża­rów­ki roz­wo­żą­cej pie­czy­wo – za sto do­lców ty­go­dnio­wo. W paź­dzier­ni­ku tego roku, kie­dy otwar­to Cen­trum Han­dlo­we Tray­nor Flats, za­czął tam pra­co­wać w biu­rze H&R Block za sto pięć­dzie­siąt do­la­rów ty­go­dnio­wo. W su­mie za­ra­bia­li ra­zem sie­dem­na­ście ty­się­cy rocz­nie, co wy­da­wa­ło się im nie­li­chą sumą w cza­sach, kie­dy ga­lon ben­zy­ny kosz­to­wał trzy­dzie­ści pięć cen­tów, a bo­che­nek bia­łe­go chle­ba o dzie­sięć cen­tów mniej. W mar­cu 1973 roku bez pom­py i fan­far Pat­ty Uris prze­sta­ła brać pi­guł­ki an­ty­kon­cep­cyj­ne.

W 1975 roku Stan­ley rzu­cił pra­cę dla H&R Block i otwo­rzył wła­sny in­te­res. Ro­dzi­ce oboj­ga uzna­li to za nie­roz­sąd­ny krok. Nie żeby Stan­ley nie miał otwie­rać wła­sne­go in­te­re­su, ucho­waj Boże, po­wi­nien to zro­bić, ale jesz­cze nie te­raz, jesz­cze jest na to za wcze­śnie, mó­wi­li zgod­nie – w tej sy­tu­acji będą mu­sie­li obo­je żyć z pie­nię­dzy Pat­ty (przy­najm­niej do­pó­ki ten dar­mo­zjad nie wy­cią­gnie od niej wszyst­kie­go, jak po­wie­dział swe­mu bra­tu Her­bert Blum któ­re­goś ran­ka po nocy spę­dzo­nej na po­pi­ja­wie w kuch­ni, a póź­niej ja będę ich mu­siał utrzy­my­wać). Ro­dzi­ce zgod­nie do­szli do wnio­sku, że czło­wiek na­wet nie po­wi­nien my­śleć o otwie­ra­niu wła­sne­go in­te­re­su, do­pó­ki nie osią­gnie bar­dziej doj­rza­łe­go wie­ku i nie zmą­drze­je, czy­li kie­dy stuk­nie mu mi­ni­mum sie­dem­dzie­siąt osiem lat.

I po­now­nie Stan­ley spra­wiał wra­że­nie nad wy­raz pew­ne­go sie­bie. Był mło­dy, przy­stoj­ny, mą­dry i zdol­ny. Pra­ca dla Bloc­ków dała mu do­bry start. To wszyst­ko wie­dział. Nie wie­dział tyl­ko, że Cor­ri­dor Vi­deo, pio­nier w ro­dzą­cym się do­pie­ro prze­my­śle wi­deo, miał za­miar za­jąć ol­brzy­mią po­łać wy­dzier­ża­wio­ne­go te­re­nu nie­ca­łe dzie­sięć mil od przed­mie­ścia, na któ­re w 1979 roku prze­pro­wa­dzi­li się Uri­so­wie, i nie mógł wie­dzieć, że nie­ca­ły rok po po­ja­wie­niu się w Tray­nor fir­ma Cor­ri­dor sta­nie się ryn­kiem dla nie­za­leż­ne­go mar­ke­tin­gu. Na­wet gdy­by Stan dys­po­no­wał tymi in­for­ma­cja­mi, to z całą pew­no­ścią nie uwie­rzył­by, że znaj­dzie się tam pra­ca dla mło­de­go ame­ry­kań­skie­go Żyda – oku­lar­ni­ka, na któ­re­go twa­rzy czę­sto go­ścił uśmiech; któ­ry idąc, ko­ły­sał lek­ko bio­dra­mi; któ­ry poza pra­cą pre­fe­ro­wał no­sze­nie sta­rych, spra­nych dżin­sów i na któ­re­go twa­rzy wciąż jesz­cze moż­na było do­strzec ozna­ki trą­dzi­ku mło­dzień­cze­go.

A jed­nak się zna­la­zła. Zo­stał za­trud­nio­ny. I wy­glą­da­ło, jak­by Stan przez cały czas wie­dział, że tak się sta­nie. Pod­jąw­szy pra­cę dla CV, w bar­dzo szyb­kim tem­pie zdał so­bie spra­wę, jak wy­so­ko za­szedł. Trzy­dzie­ści ty­się­cy do­la­rów rocz­nie to był nie­zły ka­wał gro­sza.

– A to do­pie­ro po­czą­tek – rzekł Stan­ley do Pat­ty tej nocy w łóż­ku. – W sierp­niu in­te­res roz­ro­śnie się jak ku­ku­ry­dza na polu. Je­że­li tyl­ko nikt nie wy­sa­dzi tej pla­ne­ty w po­wie­trze, w cią­gu naj­bliż­szych dzie­się­ciu lat do­rów­na­ją ta­kim po­ten­ta­tom jak Ko­dak, Sony czy RCA.

– I co masz za­miar zro­bić? – spy­ta­ła, choć zna­ła już od­po­wiedź.

– Po­wiem im, że pra­ca dla nich bę­dzie dla mnie praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią – od­parł i wy­buch­nął śmie­chem, a po­tem przy­cią­gnął ją do sie­bie i po­ca­ło­wał. Chwi­lę po­tem wszedł na nią i ko­cha­li się w mi­ło­snym unie­sie­niu… ale nie spło­dził dziec­ka.

Pra­cu­jąc dla CV, spo­tkał paru naj­bo­gat­szych i naj­po­tęż­niej­szych lu­dzi z Atlan­ty. Obo­je ze zdzi­wie­niem stwier­dzi­li, że to w więk­szo­ści cał­kiem rów­ni fa­ce­ci. Tam­ci do­strze­gli, że ich ak­cep­tu­je i jest życz­li­wy, a to rzad­kie u ko­goś z Pół­no­cy. Pat­ty przy­po­mnia­ła so­bie, jak kie­dyś Stan­ley pi­sał list do domu do ro­dzi­ców. „Naj­bo­gat­si lu­dzie w Sta­nach żyją w Atlan­cie, w Geo­r­gii. Za­mie­rzam po­móc paru z nich we wzbo­ga­ce­niu się, a oni po­mo­gą mi w zbi­ciu for­tu­ny i nie będę na­le­żał do ni­ko­go prócz mo­jej żony Pa­tri­cii, a po­nie­waż ona jest już moja, my­ślę, że wszyst­ko jest w naj­lep­szym po­rząd­ku”.

Nie­dłu­go po­tem wy­pro­wa­dzi­li się z Tray­nor, a Stan­ley zo­stał ak­cjo­na­riu­szem spół­ki i miał pod sobą sze­ściu lu­dzi. W 1983 roku stan ich do­cho­dów zna­lazł się na nie­zna­nym do­tąd te­ry­to­rium; te­ry­to­rium, któ­re Pat­ty zna­ła je­dy­nie ze sły­sze­nia. To była ba­jecz­na sze­ścio­cy­fro­wa kra­ina. Po­szło to tak szyb­ko i ła­two, jak wło­że­nie adi­da­sów w nie­dziel­ny po­ra­nek. To ją cza­sa­mi prze­ra­ża­ło. Raz żar­tem bąk­nę­ła coś o pak­cie z dia­błem. Stan­ley śmiał się do roz­pu­ku, ale jej nie wy­da­wa­ło się to za­baw­ne i chy­ba nig­dy nie bę­dzie. „Żółw nie mógł nam po­móc”. Cza­sem, zu­peł­nie bez po­wo­du, bu­dzi­ła się w nocy, ma­jąc w my­ślach te sło­wa jako je­dy­ny frag­ment za­po­mnia­ne­go snu, i od­wra­ca­ła się do Stan­leya, by go do­tknąć, upew­nić się, że nadal przy niej jest.

To było do­bre ży­cie – żad­nych dzi­kich pi­ja­tyk, po­za­mał­żeń­skie­go sek­su, nar­ko­ty­ków, nudy ani gorz­kich kłót­ni na te­mat tego, co po­win­ni da­lej ro­bić. Była tyl­ko jed­na je­dy­na chmu­ra. To jej mat­ka wspo­mnia­ła o niej pierw­sza. I wy­glą­da­ło na to, że to wła­śnie ona wy­wo­ła­ła tę chmu­rę. Zro­dzi­ła się z py­ta­nia, któ­re po­ja­wi­ło się w jed­nym z li­stów Ruth Blum. Pi­sa­ła do Pat­ty raz na ty­dzień, a ten szcze­gól­ny list przy­szedł wcze­sną­je­sie­nią 1979 roku. Przy­sła­no go na ich nowy ad­res z Tray­nor, a Pat­ty prze­czy­ta­ła go w sa­lo­nie za­sła­nym ster­ta­mi kar­to­no­wych pu­deł, za­wie­ra­ją­cych cały ich do­by­tek, któ­ry te­raz ko­ja­rzył się z po­wy­ry­wa­ny­mi chwa­sta­mi po­rzu­co­ny­mi na polu, żeby zgni­ły.

Pod wie­lo­ma wzglę­da­mi był to zwy­czaj­ny list z domu Ruth Blum – czte­ry nie­bie­skie stro­nicz­ki za­pi­sa­ne gę­stym macz­kiem, każ­da z na­głów­kiem „To tyl­ko list od Ruth”. Jej ba­zgro­ły były nie­mal nie­czy­tel­ne i Stan­ley skar­żył się, że nie po­tra­fił prze­czy­tać ani jed­ne­go sło­wa na­pi­sa­ne­go przez te­ścio­wą.

– A po co miał­byś czy­tać? – opar­ła Ruth.

W li­ście tym mama jak zwy­kle dzie­li­ła się z nią naj­śwież­szy­mi plot­ka­mi, dla Ruth Blum wspo­mnie­nia były jak rze­ka wy­pły­wa­ją­ca z ru­cho­me­go punk­tu tu i te­raz i to­czą­ca swe wody po­przez co­raz to nowe ka­ska­dy sto­sun­ków mię­dzy­ludz­kich. Wie­lu lu­dzi, o któ­rych pi­sa­ła jej mat­ka, bla­kło w pa­mię­ci Pat­ty jak fo­to­gra­fie w sta­rym al­bu­mie, ale dla Ruth one wszyst­kie po­zo­sta­wa­ły świe­że. Jej tro­ska o ich zdro­wie i cie­ka­wość zwią­za­na z tym, co ro­bi­li, nig­dy nie sła­bła, a jej pro­gno­zy były wy­jąt­ko­wo traf­ne. Oj­ciec nadal cier­piał na do­tkli­we bóle żo­łąd­ka. On był pe­wien, że to tyl­ko zwy­kła nie­straw­ność; myśl, że to mógł być wrzód (pi­sa­ła), nie przy­szła mu do gło­wy, do­pó­ki nie za­czął ka­słać krwią, a może na­wet i wte­dy nie. „Znasz swe­go ojca, ko­cha­nie – pra­cu­je jak muł i cza­sa­mi na­wet tak my­śli. Boże, wy­bacz mi tego typu okre­śle­nia. Ran­di Har­len­gen pod­da­ła się ope­ra­cji; wy­ję­li jej z jaj­ni­ków cy­sty wiel­kie jak pił­ki gol­fo­we – dzię­ki Bogu nie mia­ła guza, ale dwa­dzie­ścia sie­dem cyst, wy­obra­żasz so­bie? Prze­cież z czymś ta­kim moż­na się wy­koń­czyć!”. To ta woda w No­wym Jor­ku, na pew­no, no i po­wie­trze w mie­ście jest strasz­nie za­nie­czysz­czo­ne, ale ona była prze­ko­na­na, że to przez wodę. Nisz­czy czło­wie­ka od środ­ka. Czę­sto dzię­ko­wa­ła Bogu, że Pat­ty i jej mąż wy­je­cha­li na wieś, gdzie za­rów­no po­wie­trze, jak i woda – a woda w szcze­gól­no­ści – były o wie­le czyst­sze (dla Ruth całe Po­łu­dnie włącz­nie z Atlan­tą i Bir­ming­ham to była wieś). Ciot­ka Mar­ga­ret zno­wu za­czę­ła się pro­ce­so­wać z elek­trow­nią. Stel­la Fla­na­gan po­now­nie wy­szła za mąż – nie­któ­rzy nig­dy się ni­cze­go nie na­uczą. Ri­chie­go Hu­be­ra zno­wu wy­la­li z ro­bo­ty.

I w sa­mym środ­ku tej słod­ko­ści, płyt­kiej gad­ki szmat­ki, zu­peł­nie bez po­wo­du, bez żad­ne­go à pro­pos, Ruth Blum za­da­ła, nie­ja­ko na mar­gi­ne­sie, to prze­ra­ża­ją­ce py­ta­nie: „No to kie­dy ty i Stan uczy­ni­cie nas dziad­ka­mi? Je­ste­śmy już go­to­wi, aby roz­pie­ścić jego (lub ją) do gra­nic moż­li­wo­ści. A tym­cza­sem, gdy­byś tego nie za­uwa­ży­ła, Pat­ty, my wca­le nie sta­je­my się młod­si”. Po­tem zmie­ni­ła te­mat i za­czę­ła opo­wia­dać o dziew­czy­nie Bruck­ne­rów z koń­ca uli­cy, któ­rą ode­sła­no ze szko­ły do domu, bo nie no­si­ła sta­ni­ka i mia­ła bluz­kę, przez któ­rą wszyst­ko było wi­dać.

Tę­sk­niąc za ich sta­rym do­mem w Tray­nor, czu­jąc się nie­pew­nie i jak­by tro­chę prze­stra­szo­na tym, co mo­gło ją jesz­cze cze­kać, Pat­ty po­szła do po­ko­ju, któ­ry miał być ich sy­pial­nią, i po­ło­ży­ła się na ma­te­ra­cu (resz­ta po­sła­nia znaj­do­wa­ła się w ga­ra­żu, a tu w sy­pial­ni na go­łej pod­ło­dze roz­ło­żo­no tyl­ko ma­te­rac). Ukry­ła gło­wę w ra­mio­nach i pła­ka­ła przez bli­sko dwa­dzie­ścia mi­nut. Wie­dzia­ła, że bę­dzie pła­kać. Tak czy in­a­czej, to mu­sia­ło na­stą­pić. Po pro­stu list mat­ki przy­spie­szył ten pro­ces, tak jak kurz po­rwa­ny wia­trem, kie­dy do­sta­nie się do nosa, po­wo­du­je ki­cha­nie.

Stan­ley chciał mieć dzie­ci. Ona też chcia­ła. Mie­li na ten te­mat iden­tycz­ne zda­nie, tak jak na to, że lu­bią fil­my Wo­ody’ego Al­le­na i nie prze­pa­da­ją za czę­sty­mi wi­zy­ta­mi w sy­na­go­dze. Mie­li iden­tycz­ne prze­ko­na­nia po­li­tycz­ne, nie lu­bi­li ma­ri­hu­any i zga­dza­li się w set­kach in­nych, bar­dziej lub mniej waż­nych spraw. W domu w Tray­nor mie­li po­kój po­dzie­lo­ny na dwie czę­ści. Po le­wej stro­nie znaj­do­wa­ły się stół do pra­cy i fo­tel do czy­ta­nia. Po pra­wej ma­szy­na do szy­cia i sto­lik kar­cia­ny, na któ­re­go bla­cie ukła­da­ła puz­zle. Bar­dzo rzad­ko roz­ma­wia­li na te­mat po­ko­ju, on po pro­stu tam był, na swo­im miej­scu, tak jak ich nosy czy ob­rącz­ki ślub­ne. Kie­dyś ten po­kój bę­dzie na­le­żał do Andy’ego lub Jen­ny. Ale co z dziec­kiem? Cze­mu nie przy­cho­dzi na świat? Ma­szy­na do szy­cia, ko­sze z ma­te­ria­ła­mi, stół i sto­lik kar­cia­ny znaj­do­wa­ły się na swo­ich miej­scach i zda­wa­ły się z każ­dym mie­sią­cem umac­niać tam swo­ją po­zy­cję, ce­men­tu­jąc tym sa­mym trwa­łość ich związ­ku. „Po­czę­cie” – to sło­wo, tak jak „por­no­gra­fia”, nig­dy nie pa­dło z jej ust, ale za­wsze wła­śnie o to jej cho­dzi­ło. Pa­mię­ta­ła, jak któ­re­goś razu do­sta­ła okres i otwo­rzy­ła szaf­kę pod umy­wal­ką w ła­zien­ce, aby wy­jąć z niej pacz­kę pod­pa­sek. Spoj­rza­ła na pu­deł­ko i wte­dy od­nio­sła wra­że­nie, jak­by ono uśmiech­nę­ło się do niej ra­do­śnie. „Cześć, Pat­ty! Je­ste­śmy two­imi dzieć­mi. Je­ste­śmy je­dy­ny­mi dzieć­mi, ja­kie bę­dziesz mia­ła, i je­ste­śmy głod­ne. Na­karm nas. Na­karm nas swo­ją krwią”.

W 1976 roku, trzy lata po tym, jak prze­sta­ła uży­wać ta­ble­tek an­ty­kon­cep­cyj­nych, po­je­cha­li do le­ka­rza w Atlan­cie. Na­zy­wał się Har­ka­vay.

– Chce­my wie­dzieć, czy coś jest nie w po­rząd­ku – po­wie­dział Stan­ley. – I je­że­li tak, to czy moż­na coś na to za­ra­dzić.

Zro­bi­li te­sty. Sper­ma Sta­na oka­za­ła się w po­rząd­ku, po­dob­nie jak jaj­ni­ki Pat­ty; wszyst­kie ka­na­ły, któ­re po­win­ny być otwar­te, były otwar­te.

Dok­tor Har­ka­vay, któ­ry nie no­sił ob­rącz­ki i był otwar­tym, mi­łym fa­ce­tem o twa­rzy stu­den­ta z col­le­ge’u tuż po po­wro­cie z se­me­stral­nych wa­ka­cji spę­dzo­nych na nar­tach w Ko­lo­ra­do, po­wie­dział im, że to mo­gło być spo­wo­do­wa­ne przez ner­wy. Po­wie­dział, że to czę­sto spo­ty­ka­na sy­tu­acja, że psy­chi­ka tak jak im­po­ten­cja może unie­moż­li­wiać za­płod­nie­nie – im bar­dziej się tego chcia­ło, tym mniej z tego wy­cho­dzi­ło. Po­win­ni się roz­luź­nić i za­po­mnieć pod­czas sto­sun­ków o pro­kre­acji.

W dro­dze do domu Stan był wy­jąt­ko­wo po­nu­ry. Pat­ty spy­ta­ła go dla­cze­go.

– Nig­dy tego nie ro­bię – od­parł.

– Cze­go?

– Nie my­ślę o pro­kre­acji. W trak­cie.

Za­czę­ła chi­cho­tać, choć w głę­bi du­szy czu­ła strach i osa­mot­nie­nie.

I tej nocy, le­żąc w łóż­ku, dłu­go po tym, jak są­dzi­ła, że już usnął, prze­stra­szy­ła się, gdy usły­sza­ła jego głos do­cho­dzą­cy z ciem­no­ści. Był ci­chy, tłu­mio­ny łza­mi.

– To ja – po­wie­dział. – To moja wina.

Od­wró­ci­ła się do nie­go i ob­ję­ła go.

– Nie wy­głu­piaj się. – Ale jej ser­ce biło szyb­ko, zbyt szyb­ko. Nie to ją jed­nak zdzi­wi­ło. To było tak, jak­by zaj­rzał w głąb jej umy­słu i od­czy­tał utaj­nio­ną in­for­ma­cję, prze­ko­na­nie, któ­re tam skry­wa­ła, ale o któ­rym aż do tej chwi­li nie wie­dzia­ła. Czu­ła, że miał ra­cję. Coś było nie tak. Ale nie z nią. Z nim. Z czymś w jego wnę­trzu. – Daj spo­kój – wy­szep­ta­ła w jego ra­mię. Był lek­ko spo­co­ny i na­gle zda­ła so­bie spra­wę, że Stan był prze­ra­żo­ny. Strach bił od nie­go chłod­ny­mi fa­la­mi i gdy tak le­ża­ła nago obok nie­go, czu­ła się, jak­by le­ża­ła na wprost otwar­tej lo­dów­ki.

– Wiem, co mó­wię. I wca­le się nie wy­głu­piam – po­wie­dział tym sa­mym to­nem. – I ty też o tym wiesz. To ja. Ale nie wiem cze­mu.

– Nie mo­żesz tego wie­dzieć. – Jej głos był ochry­pły, besz­ta­ją­cy jak głos mat­ki, kie­dy się cze­goś bała. I gdy to mó­wi­ła, całe jej cia­ło prze­szył ostry dreszcz jak sma­gnię­cie bi­cza. Stan­ley po­czuł to i jego ra­mio­na za­ci­snę­ły się moc­no wo­kół niej.

– Cza­sa­mi wy­da­je mi się, że wiem dla­cze­go. Cza­sa­mi mam sen, zły sen, i bu­dzę się, my­ślę. A te­raz już wiem. Już wiem, co jest nie tak. Nie cho­dzi tyl­ko o to, że nie mo­że­my mieć dziec­ka. Cho­dzi o wszyst­ko. W moim ży­ciu wszyst­ko jest nie tak, jak po­win­no.

– To nie­praw­da, Stan­ley.

– Nie mó­wię o tym, co we­wnątrz. W środ­ku wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Mó­wię o tym, co jest na ze­wnątrz. O czymś, co po­win­no było się skoń­czyć, ale się nie skoń­czy­ło. Bu­dzę się wte­dy i my­ślę… Całe ży­cie spę­dzi­łem w oku cy­klo­nu i prak­tycz­nie nic z tego nie ro­zu­miem. Boję się. I wte­dy to wszyst­ko za­czy­na blak­nąć. Tak jak to zwy­kle bywa ze sna­mi.

Wie­dzia­ła, że czę­sto mie­wał nie­spo­koj­ne sny. Bu­dził ją kil­ka­krot­nie, gdy rzu­cał się na łóż­ku i ję­czał. Praw­do­po­dob­nie parę razy prze­spa­ła jego noc­ne kosz­ma­ry. Kie­dy zaś pró­bo­wa­ła mu po­móc i py­ta­ła go, co się z nim dzia­ło, od­po­wia­dał za­wsze tak samo: „Nie pa­mię­tam. Nie mogę so­bie przy­po­mnieć”. Po­tem zwy­kle sia­dał na łóż­ku i się­gał po pa­pie­ro­sy, cze­ka­jąc, aż reszt­ki snu wy­pły­ną przez pory jego cia­ła jak kro­pla złe­go potu. Nie mie­li dzie­ci. Tego wie­czo­ru, 28 maja 1985 roku – w wie­czór ką­pie­li – ich ro­dzi­ce nadal cze­ka­li, że zo­sta­ną dziad­ka­mi. Do­dat­ko­wy po­kój był wciąż do­dat­ko­wym po­ko­jem. Pod­pa­ski (mini i mak­si) nadal znaj­do­wa­ły się w szaf­ce pod umy­wal­ką w ła­zien­ce.

Jej mat­ka, któ­ra była za­ję­ta wła­sny­mi spra­wa­mi, ale wca­le nie­obo­jęt­na na ból cór­ki, prze­sta­ła wy­py­ty­wać ją w li­stach o dziec­ko i nie wspo­mi­na­ła o tym sło­wem, kie­dy Stan i Pat­ty dwu­krot­nie w cią­gu roku przy­jeż­dża­li do No­we­go Jor­ku.

Nie było już żar­to­bli­wych wzmia­nek o tym, czy bra­li re­gu­lar­nie pa­styl­ki z wi­ta­mi­ną E. Stan­ley prze­stał mó­wić o dzie­ciach, ale cza­sa­mi, kie­dy nie wie­dział, że mu się przy­glą­da­ła, Pat­ty do­strze­ga­ła cień spo­wi­ja­ją­cy jego twarz. Ja­kiś cień. Jak­by roz­pacz­li­wie sta­rał się coś so­bie przy­po­mnieć. Poza tą jed­ną chmu­rą pro­wa­dzi­li cał­kiem ra­do­sne i przy­jem­ne ży­cie, aż do mo­men­tu, kie­dy tego wie­czo­ru – 28 maja, w po­ło­wie pro­gra­mu Fa­mi­ly Feud, roz­dzwo­nił się te­le­fon. Pat­ty mia­ła w rę­kach ze­staw sze­ściu ko­szul Sta­na i dwie swo­je bluz­ki, a Stan wy­da­ną w twar­dej opra­wie naj­now­szą książ­kę Wil­lia­ma Den­bro­ugh. Na okład­ce wid­nia­ła ja­kaś ry­czą­ca po­twor­na be­stia. Na od­wro­cie było zdję­cie ły­se­go męż­czy­zny w oku­la­rach. Stan sie­dział bli­sko te­le­fo­nu. Pod­niósł słu­chaw­kę i po­wie­dział:

– Halo, dom Uri­sów. – Słu­chał przez chwi­lę, a po­mię­dzy jego brwia­mi po­ja­wi­ła się zmarszcz­ka za­my­śle­nia. – Kto? Pro­szę po­wtó­rzyć!

Pat­ty po­czu­ła, że na­gle za­czy­na ją ogar­niać prze­ra­że­nie. Póź­niej wstyd zmu­si ją do kłam­stwa i po­wie ro­dzi­com, że kie­dy tyl­ko za­czął dzwo­nić te­le­fon, do­my­śla­ła się, że sta­nie się coś złe­go, ale tak na­praw­dę tyl­ko je­den je­dy­ny raz unio­sła wzrok znad swo­jej ster­ty szy­cia. Może mia­ła ra­cję. Może na dłu­go przed tym te­le­fo­nem obo­je przy­pusz­cza­li, że nie­ba­wem coś się sta­nie, coś, co nie pa­so­wa­ło do tego mi­łe­go dom­ku znaj­du­ją­ce­go się za ni­skim ci­so­wym ży­wo­pło­tem, coś tak oczy­wi­ste­go, że nie wy­ma­ga­ło po­twier­dze­nia… prócz tego jed­ne­go je­dy­ne­go ukłu­cia nie­wy­po­wie­dzia­nej zgro­zy, któ­ra prze­szy­ła jej ser­ce jak ostrze szpi­kul­ca do lodu. To wy­star­czy­ło. W zu­peł­no­ści.

– Czy to mama? – spy­ta­ła na­tych­miast, my­śląc, że może jej oj­ciec, ma­ją­cy dwa­dzie­ścia fun­tów nad­wa­gi i cier­pią­cy na usta­wicz­ne „bóle brzu­cha”, od­kąd skoń­czył czter­dziest­kę, do­znał ata­ku ser­ca.

Stan po­krę­cił gło­wą, a po­tem uśmiech­nął się na coś, co po­wie­dział mu głos w słu­chaw­ce.

– To ty. Ty… Niech mnie dia­bli, Mike! Jak się… – Po­now­nie umilkł. Na­słu­chi­wał.

Kie­dy jego uśmiech przy­gasł, roz­po­zna­ła przy­czy­nę, jak jej się wy­da­wa­ło; wy­raz naj­głęb­sze­go sku­pie­nia na twa­rzy, gry­mas, któ­ry po­ja­wił się te­raz, po­głę­biał, kie­dy Stan roz­wią­zy­wał ja­kiś skom­pli­ko­wa­ny pro­blem, słu­chał in­for­ma­cji na te­mat na­głej zmia­ny ist­nie­ją­cej sy­tu­acji albo gdy ktoś mó­wił mu coś dziw­ne­go i in­te­re­su­ją­ce­go. Praw­do­po­dob­nie to ostat­nie, do­szła do wnio­sku. Nowy klient? Sta­ry przy­ja­ciel? Być może. Po­now­nie sku­pi­ła uwa­gę na ekra­nie te­le­wi­zo­ra, gdzie ja­kaś ko­bie­ta za­rzu­ci­ła Ri­char­do­wi Daw­so­no­wi ra­mio­na na szy­ję i za­czę­ła ca­ło­wać go jak osza­la­ła. Po­my­śla­ła, że Ri­chard Daw­son mu­siał być ob­ca­ło­wy­wa­ny jesz­cze czę­ściej niż ka­mień Blar­ney. Po­my­śla­ła też, że sama nie mia­ła­by nic prze­ciw temu, aby go po­ca­ło­wać. Kie­dy za­czę­ła szu­kać czar­ne­go gu­zi­ka, któ­ry pa­so­wał­by do nie­bie­skiej ko­szu­li Sta­na, pra­wie nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że roz­mo­wa te­le­fo­nicz­na przy­bra­ła bar­dzo po­waż­ny ton. Stan­ley mil­czał, ki­wał gło­wą, aż wresz­cie chrząk­nął i za­py­tał:

– Czy je­steś pe­wien, Mike? – W koń­cu po bar­dzo dłu­giej prze­rwie po­wie­dział: – W po­rząd­ku. Ro­zu­miem. Tak… ja… tak. Tak… Wszyst­ko. Ro­zu­miem. Co? Nie. Nie mogę ab­so­lut­nie obie­cać, ale prze­my­ślę to. Bar­dzo do­kład­nie. Wiesz, że… ach? Na­praw­dę? No, mo­żesz być pew­ny! Oczy­wi­ście, że tak. Ta… pew­no… dzię­ku­ję… tak. Na ra­zie. – Odło­żył słu­chaw­kę.

Pat­ty od­wró­ci­ła się do nie­go i zo­ba­czy­ła, że Stan wpa­tru­je się nie­wi­dzą­cym wzro­kiem w ekran te­le­wi­zo­ra. W pro­gra­mie wi­dzo­wie okla­ski­wa­li ro­dzi­nę Ry­anów, któ­ra zdo­by­ła wła­śnie dwie­ście osiem­dzie­siąt punk­tów, traf­nie zga­du­jąc, że naj­więk­szy pro­cent wi­dzów uzna ma­te­ma­ty­kę za naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­ny przez uczniów przed­miot w szko­le.

Stan­ley był za­sę­pio­ny. Póź­niej Pat­ty po­wie swo­im ro­dzi­com, że twarz Stan­leya spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by była wy­pra­na z ko­lo­rów, a w każ­dym ra­zie tak jej się wte­dy wy­da­wa­ło, ale nie doda, że w głę­bi du­szy uzna­ła to za grę świa­tła bi­ją­ce­go z lam­py na sto­li­ku, lam­py z zie­lo­nym aba­żu­rem.

– Kto to był, Stan?

– Hmm? – Od­wró­cił się i spoj­rzał na nią. Wy­raz jego twa­rzy sta­no­wił dziw­ną mie­szan­kę ła­god­ne­go roz­tar­gnie­nia i wcze­sne­go sta­dium roz­draż­nie­nia. Do­pie­ro póź­niej, kie­dy wie­lo­krot­nie roz­wa­ża­ła w my­ślach tę sy­tu­ację, zro­zu­mia­ła, że to było spoj­rze­nie czło­wie­ka, któ­ry me­to­dycz­nie odłą­czał się od rze­czy­wi­sto­ści, wy­ry­wa­jąc je­den ka­bel za dru­gim. To była twarz czło­wie­ka, któ­ry prze­cho­dzi z błę­ki­tu w czerń.

– Kto dzwo­nił?

– Nikt – od­parł. – Nikt, na­praw­dę. My­ślę, że we­zmę ką­piel.

Wstał.

– Co? O siód­mej wie­czo­rem?

Nie od­po­wie­dział, tyl­ko wy­szedł z po­ko­ju. Mo­gła go za­py­tać, czy coś się sta­ło, mo­gła na­wet pójść za nim i spy­tać, czy coś go boli, bo je­że­li cho­dzi­ło o nie­któ­re rze­czy, Stan był pe­dan­tycz­ny i nie miał w zwy­cza­ju ot tak, cał­kiem na­gle, wsta­wać od prze­rwa­ne­go za­ję­cia, aby wziąć ką­piel. To nie było w jego sty­lu. Ale wła­śnie te­raz przed­sta­wio­no nową ro­dzi­nę, a poza tym i tak stra­ci­ła już zbyt wie­le cza­su na od­na­le­zie­nie tego cho­ler­ne­go czar­ne­go gu­zi­ka, choć wie­dzia­ła, że w pu­deł­ku jest ich cał­kiem spo­ro. Ukry­wa­ły się, na­tu­ral­nie, to było je­dy­ne wy­ja­śnie­nie…

Dla­te­go też po­zwo­li­ła mu odejść i po­my­śla­ła o nim do­pie­ro ja­kiś czas póź­niej, kie­dy unió­sł­szy przy­pad­kiem wzrok, zo­ba­czy­ła pu­sty fo­tel. Usły­sza­ła, jak na gó­rze Stan na­pusz­cza wody do wan­ny i za­krę­ca ją ja­kieś pięć, dzie­sięć mi­nut póź­niej… ale nie zwró­ci­ła uwa­gi, żeby otwie­rał i za­my­kał drzwicz­ki od lo­dów­ki, a to ozna­cza­ło, że był tam, na gó­rze, bez swo­jej zwy­cza­jo­wej pusz­ki piwa. Ktoś do nie­go za­dzwo­nił i za­bił mu nie­li­che­go ćwie­ka. Stan miał kło­po­ty, a ona nie ra­czy­ła po­cie­szyć go choć­by sło­wem. Wła­śnie. Czy pró­bo­wa­ła go choć­by po­cie­szyć? Nie. Czy sta­ra­ła się mu po­móc? Nie. Czy w ogó­le zda­wa­ła so­bie spra­wę, że coś jest nie tak? Nie, po raz trze­ci – nie.

Wszyst­ko przez ja­kiś głu­pi pro­gram te­le­wi­zyj­ny; na­wet nie mo­gła zrzu­cić winy za to, co się sta­ło, na gu­zi­ki – one były tyl­ko nędz­ną wy­mów­ką.

W po­rząd­ku, za­nie­sie mu na górę pusz­kę di­xie, wy­szo­ru­je mu ple­cy – bę­dzie gra­ła gej­szę – je­że­li ze­chce, umy­je mu wło­sy, a po­tem do­wie się, o co albo o kogo cho­dzi­ło. Czym się tak za­drę­czał.

Wy­ję­ła z lo­dów­ki pusz­kę piwa i po­szła z nią na górę. Pierw­sze uczu­cie nie­po­ko­ju po­ja­wi­ło się, kie­dy zo­ba­czy­ła za­mknię­te drzwi ła­zien­ki. Nie pół­przy­mknię­te, ale za­mknię­te. Stan­ley nig­dy nie za­my­kał drzwi, kie­dy się ką­pał. To był taki ich wspól­ny żart. Za­mknię­te drzwi ozna­cza­ły, że ro­bił coś, cze­go na­uczy­ła go mat­ka, a otwar­te, że nie miał nic prze­ciw­ko zro­bie­niu tego, cze­go na­ukę mat­ka po­zo­sta­wi­ła ko­muś in­ne­mu.

Pat­ty za­stu­ka­ła pa­znok­ciem w drzwi i na­gle zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­nie zda­ła so­bie spra­wę, że ten dźwięk w prze­ra­ża­ją­cy spo­sób ko­ja­rzy się ze skro­ba­niem ga­dzich pa­zu­rów. Poza tym stu­ka­nie do drzwi ła­zien­ki jak gość nie na­le­ża­ło do ogól­nie przy­ję­tych zwy­cza­jów, ja­kie kul­ty­wo­wa­li w swo­im związ­ku mał­żeń­skim. Nig­dy tego nie ro­bi­ła. Nie pu­ka­ła ani do ła­zien­ki, ani do żad­nych in­nych drzwi w ich domu.

Na­gle jej nie­po­kój za­czął na­ra­stać. Po­my­śla­ła o je­zio­rze Car­son, gdzie czę­sto pły­wa­ła jesz­cze jako mło­da dziew­czy­na. Na po­cząt­ku sierp­nia je­zio­ro było cie­płe jak woda w wan­nie… ale mo­gło się zda­rzyć, że na­tra­fia­łaś na zim­ne miej­sca i prze­szy­wa­ły cię dresz­cze; po­łą­cze­nie za­sko­cze­nia i uczu­cia przy­jem­no­ści. W jed­nej chwi­li było ci cie­pło, w dru­giej za­czy­na­łaś dy­go­tać z zim­na. Po­mi­nąw­szy uczu­cie przy­jem­no­ści, to było do­kład­nie to, co te­raz czu­ła – jak­by na­tra­fi­ła na zim­ne miej­sce po­śród toni je­zio­ra. Tyle że nie znaj­do­wa­ło się ono po­ni­żej bio­der, aby spo­wić chło­dem jej dłu­gie nogi na­sto­lat­ki, za­nu­rzo­ne w wo­dach je­zio­ra Car­son. Tym ra­zem znaj­do­wa­ło się ono wo­kół ser­ca.

– Stan­ley? Stan? – Tym ra­zem nie za­stu­ka­ła w drzwi pa­znok­cia­mi, ale ca­ły­mi pal­ca­mi. Kie­dy nadal nie uzy­ska­ła od­po­wie­dzi, za­czę­ła wa­lić w nie pię­ścia­mi. – Stan­ley?

Jej ser­ce. Nie znaj­do­wa­ło się już we­wnątrz klat­ki pier­sio­wej. Biło te­raz w gar­dle, dła­wiąc i utrud­nia­jąc od­dy­cha­nie.

– Stan­ley!

W ci­szy, jaka na­stą­pi­ła po jej okrzy­ku, usły­sza­ła coś, ja­kiś drob­ny od­głos, któ­ry wpra­wił więk­szą część jej umy­słu w pa­ni­kę, jak na­głe po­ja­wie­nie się ja­kie­goś nie­ocze­ki­wa­ne­go go­ścia. To był bar­dzo ci­chy dźwięk. Od­głos ka­pią­cej wody. Kap… prze­rwa. Kap… prze­rwa. Kap…

Wi­dzia­ła kro­ple for­mu­ją­ce się u wy­lo­tu kra­nu, na­brzmie­wa­ją­ce z każ­dą chwi­lą, jak­by przy­go­to­wy­wa­ły się do na­ro­dzin – prze­zro­czy­ste, gru­be, cię­żar­ne, a po­tem, kro­pla za kro­plą od­ry­wa­ją się i spa­da­ją: kap…

Tyl­ko ten dźwięk. Nic wię­cej. I na­gle ogar­nę­ło ją prze­ra­ża­ją­ce prze­ko­na­nie, że Stan­ley, a nie jej oj­ciec, do­znał tego wie­czo­ru ata­ku ser­ca. Z ję­kiem schwy­ci­ła w dłoń klam­kę z rżnię­te­go szkła i prze­krę­ci­ła ją. Mimo to drzwi się nie otwo­rzy­ły. Były za­mknię­te na klucz. Na­gle Pat­ty zda­ła so­bie spra­wę z trzech „nig­dy”: Stan nig­dy nie ką­pał się wie­czo­rem, nig­dy, je­że­li nie ko­rzy­stał z to­a­le­ty, nie za­my­kał drzwi do ła­zien­ki i nig­dy nie za­my­kał ich na klucz. Czy to moż­li­we, za­sta­na­wia­ła się jak sza­lo­na, aby przy­go­to­wać się na atak ser­ca?

Pat­ty prze­cią­gnę­ła ję­zy­kiem po war­gach – usły­sza­ła przy tym pod czasz­ką od­głos przy­po­mi­na­ją­cy szo­ro­wa­nie pa­pie­rem ścier­nym po de­sce – i po­now­nie za­wo­ła­ła męża po imie­niu. Nadal nie było od­po­wie­dzi, tyl­ko cią­gły, re­gu­lar­ny dźwięk kro­pel wody spły­wa­ją­cej z kra­nu. Spu­ści­ła wzrok i zo­ba­czy­ła, że wciąż trzy­ma­ła w jed­nej ręce pusz­kę di­xie. Pa­trzy­ła na nią otę­pia­łym wzro­kiem. Ser­ce wa­li­ło jej w pier­si jak młot. Wy­da­wa­ło się, że nig­dy do­tąd nie wi­dzia­ła pusz­ki piwa – w każ­dym ra­zie ta­kiej pusz­ki, bo kie­dy za­mru­ga­ła po­wie­ka­mi, oka­za­ło się, że trzy­ma w ręce słu­chaw­kę te­le­fo­nu, czar­ną i groź­ną ni­czym wąż.

Czym mogę pani słu­żyć? W czym mogę po­móc? – syk­nął wąż. Pat­ty ci­snę­ła słu­chaw­kę na wi­deł­ki i od­su­nę­ła się o krok, za­cie­ra­jąc dłoń, w któ­rej ją trzy­ma­ła. Ro­zej­rza­ła się wo­ko­ło i zo­ba­czy­ła, że po­now­nie znaj­du­je się w po­ko­ju te­le­wi­zyj­nym, i zro­zu­mia­ła, że pa­ni­ka, któ­ra do tej pory za­kra­da­ła się ci­cha­czem do jej umy­słu ni­czym wła­my­wacz, ogar­nę­ła ją na do­bre. Do­pie­ro te­raz przy­po­mnia­ła so­bie, jak upu­ści­ła pusz­kę piwa przed drzwia­mi ła­zien­ki i na łeb na szy­ję zbie­gła po scho­dach, za­sta­na­wia­jąc się w du­chu: To wszyst­ko jest ja­kąś po­twor­ną po­mył­ką. Póź­niej obo­je bę­dzie­my się z tego śmiać. Pew­no na­pu­ścił wody do wan­ny i na­gle przy­po­mniał so­bie, że nie ma pa­pie­ro­sów, i wy­szedł, żeby je ku­pić, jesz­cze przed ką­pie­lą…

Tak. Tyl­ko że on naj­pierw za­mknął drzwi do ła­zien­ki od we­wnątrz i po­nie­waż nie chcia­ło mu się ich otwie­rać (bo za dużo z tym za­cho­du), po pro­stu otwo­rzył okno nad wan­ną i zszedł po mu­rze domu jak mu­cha peł­za­ją­ca po ścia­nie. Tak. Z pew­no­ścią… Oczy­wi­ście…

Po­now­nie jej umysł za­czę­ła ogar­niać pa­ni­ka – ko­ja­rzy­ła się jej z gorz­ką czar­ną kawą, któ­ra gro­zi prze­la­niem się przez ścian­ki fi­li­żan­ki. Za­mknę­ła oczy, pró­bu­jąc zwal­czyć to uczu­cie. Sta­ła ab­so­lut­nie nie­ru­cho­ma, jak głaz, bla­dy po­mnik, z ser­cem pod­cho­dzą­cym do gar­dła. Te­raz so­bie przy­po­mnia­ła, jak zbie­gła po scho­dach, a po­tem do­pa­dła te­le­fo­nu – tak, tak wła­śnie było, ale do kogo chcia­ła za­dzwo­nić?

Sza­lo­na myśl: Za­dzwo­ni­ła­bym do żół­wia, ale żółw nie może nam po­móc. To już nie mia­ło zna­cze­nia. Wy­krę­ci­ła zero i mu­sia­ła bąk­nąć coś, co nie na­le­ża­ło do stan­dar­do­wych wy­po­wie­dzi, bo ope­ra­tor spy­tał ją, czy coś się sta­ło, czy mia­ła ja­kiś pro­blem.

Owszem, mia­ła, ale jak mo­gła po­wie­dzieć temu po­zba­wio­ne­mu twa­rzy gło­so­wi, że Stan­ley za­mknął się w ła­zien­ce i nie od­po­wia­da na jej wo­ła­nie albo że przez ten re­gu­lar­ny od­głos wody ka­pią­cej z kra­nu jej ser­ce nie­mal prze­sta­je bić? Ktoś mu­siał jej po­móc. Ktoś…

Przy­ło­ży­ła wierzch dło­ni do ust i za­ci­snę­ła na niej zęby. Zro­bi­ła to świa­do­mie. Usi­ło­wa­ła zmu­sić się do my­śle­nia. Za­pa­so­we klu­cze w ku­chen­nym kre­den­sie. Za­czę­ła iść i jed­na z jej obu­tych w pan­to­fle stóp kop­nę­ła pu­deł­ko z gu­zi­ka­mi sto­ją­ce obok sto­łu. Po­sy­pa­ły się na pod­ło­gę. Zo­ba­czy­ła, że było wśród nich co naj­mniej pół tu­zi­na czar­nych.

Po we­wnętrz­nej stro­nie drzwi­czek kre­den­su nad po­dwój­nym zle­wem znaj­do­wa­ła się spo­rej wiel­ko­ści la­kie­ro­wa­na de­ska w kształ­cie klu­cza – Stan do­stał ją od jed­ne­go z klien­tów, któ­ry zro­bił ją w warsz­ta­cie na gwiazd­kę, dwa lata temu. W de­skę były po­na­bi­ja­ne małe ha­czy­ki, na któ­rych wi­sia­ły wszyst­kie klu­cze od domu – po dwa eg­zem­pla­rze na jed­nym ha­czy­ku. Pod każ­dym z nich na­kle­jo­no małą kar­tecz­kę ze sło­wa­mi wy­pi­sa­ny­mi na niej drob­nym cha­rak­te­rem pi­sma Sta­na: „Ga­raż”. „Pod­da­sze”. „Ła­zien­ka na dole”. „Ła­zien­ka na gó­rze”. „Drzwi fron­to­we”. „Drzwi na ty­łach”. Z boku wi­sia­ły du­pli­ka­ty klu­czy­ków do sa­mo­cho­du z pod­pi­sem „Vo­lvo”.

Pat­ty za­gar­nę­ła gwał­tow­nie klucz z pod­pi­sem „Ła­zien­ka na gó­rze”, a po­tem zmu­si­ła się, by ru­szyć przed sie­bie. Bieg mógł spra­wić, że po­wró­ci­ła pa­ni­ka, któ­ra te­raz – ni­czym pusz­ka – drze­ma­ła pod po­wierzch­nią, go­to­wa jed­nak w każ­dej chwi­li wy­chy­nąć. Może gdy bę­dzie szła wol­no, krok za kro­kiem, nic się nie sta­nie. Może nie sta­nie się nic złe­go. A może, je­że­li coś złe­go jed­nak się sta­ło, Bóg spoj­rzy w dół, zo­ba­czy ją idą­cą wol­nym, spo­koj­nym kro­kiem i po­my­śli:

O rany, nie­źle na­roz­ra­bia­łem, ale jest jesz­cze czas, aby to wszyst­ko od­wró­cić. Idąc nie­spiesz­nym kro­kiem, jak ko­bie­ta uda­ją­ca się na spo­tka­nie Kół­ka Mi­ło­śni­czek Li­te­ra­tu­ry, we­szła po scho­dach i zbli­ży­ła się do za­mknię­tych drzwi ła­zien­ki.

– Stan­ley! – za­wo­ła­ła, de­li­kat­nie kła­dąc dłoń na klam­ce i po­ru­sza­jąc nią kil­ka­krot­nie. Nie chcia­ła uży­wać klu­cza; to była swe­go ro­dza­ju osta­tecz­ność. Je­że­li Bóg nie od­wró­ci tego, za­nim ona zde­cy­du­je się użyć klu­cza, to zna­czy, że to nig­dy nie na­stą­pi. Era cu­dów, bądź co bądź, mi­nę­ła. Ale drzwi po­zo­sta­ły za­mknię­te. Je­dy­ną od­po­wie­dzią, jaką uzy­ska­ła, był od­głos ka­pią­cej wody. Kap… kap…

Jej dłoń drża­ła, a klucz za­grze­cho­tał, prze­jeż­dża­jąc po ca­łej klam­ce, do­pó­ki nie od­na­lazł dziur­ki i nie za­głę­bił się w niej z ci­chym szczęk­nię­ciem. Prze­krę­ci­ła go i usły­sza­ła dźwięk od­su­wa­nej za­su­wy. Się­gnę­ła po klam­kę z rżnię­te­go szkła. Po­now­nie pró­bo­wa­ła wy­śli­zgnąć się jej z ręki, tym ra­zem jed­nak nie dla­te­go, że drzwi były za­mknię­te, lecz dla­te­go, że jej dłoń była mo­kra od potu. Otwo­rzy­ła drzwi.

– Stan­ley? Stan­ley? St…

Spoj­rza­ła na wan­nę z nie­bie­ską za­sło­ną prysz­ni­ca, ścią­gnię­tą na je­den ko­niec nie­rdzew­ne­go sta­lo­we­go prę­ta, i za­po­mnia­ła, jak jej mąż miał na imię. Nie wie­dzia­ła, co ma po­wie­dzieć. Po pro­stu pa­trzy­ła na wan­nę, a na jej twa­rzy wid­niał wy­raz po­wa­gi, jak na twa­rzy dziec­ka, któ­re po raz pierw­szy prze­stą­pi­ło próg szko­ły.

Za chwi­lę za­cznie krzy­czeć i miesz­ka­ją­ca w są­sied­nim domu Ani­ta Mac­Ken­zie usły­szy jej wrzask, i to wła­śnie ona, prze­ko­na­na, że ktoś wła­mał się do domu Uri­sów i mor­du­je jego miesz­kań­ców, zde­cy­du­je się we­zwać po­li­cję.

Ale te­raz, w tej wła­śnie chwi­li, Pat­ty Uris po pro­stu sta­ła w mil­cze­niu. Z dłoń­mi za­ci­śnię­ty­mi na ma­te­ria­le swo­jej ciem­nej ba­weł­nia­nej spód­ni­cy, z twa­rzą peł­ną po­wa­gi i roz­sze­rzo­ny­mi oczy­ma. I na­gle wy­raz po­wa­gi za­czął się zmie­niać – prze­ista­czać w coś cał­kiem in­ne­go. Ol­brzy­mie oczy nie­mal wy­cho­dzi­ły z or­bit. Usta roz­chy­li­ły się w po­twor­ny, prze­ra­ża­ją­cy uśmiech zgro­zy. Chcia­ła krzy­czeć, ale nie mo­gła.

Ła­zien­kę oświe­tla­ły ja­rze­niów­ki. Było bar­dzo ja­sno. Żad­nej czer­ni. Wi­dzia­ło się wszyst­ko, czy się tego chcia­ło czy nie.

Woda w wan­nie mia­ła bar­wę ja­sno­ró­żo­wą. Stan­ley le­żał opar­ty ple­ca­mi o tyl­ną ścia­nę wan­ny. Gło­wę miał od­chy­lo­ną do tyłu tak moc­no, że ko­smy­ki jego krót­kich czar­nych wło­sów do­ty­ka­ły skó­ry po­mię­dzy ło­pat­ka­mi. Gdy­by jego za­pa­trzo­ne oczy mo­gły jesz­cze co­kol­wiek wi­dzieć, zo­ba­czy­ły­by je do­kład­nie do góry no­ga­mi. Jego usta były otwar­te na całą sze­ro­kość, jak cie­li­ste wro­ta. Na twa­rzy wid­niał gry­mas bez­gra­nicz­ne­go prze­ra­że­nia. Na kra­wę­dzi wan­ny le­ża­ła pacz­ka ży­le­tek Gil­let­te Pla­ti­num Plus. Stan roz­ciął so­bie przed­ra­mio­na po we­wnętrz­nej stro­nie, od nad­garst­ków po zgię­cia łok­ci, a po­tem każ­de z tych na­cięć prze­dzie­lił jesz­cze jed­nym, tuż po­ni­żej bran­so­let­ki for­tu­ny, two­rząc w ten spo­sób parę krwa­wych li­ter T. Zie­ją­ce głę­bo­kie rany błysz­cza­ły szkar­ła­tem i czer­wie­nią w ostrym bia­łym świe­tle. Po­my­śla­ła, że od­sło­nię­te ścię­gna i wię­za­dła wy­glą­da­ły jak ka­wał­ki ta­niej wo­ło­wi­ny. U wy­lo­tu lśnią­ce­go chro­mem kra­nu po­ja­wi­ła się kro­pel­ka wody. Za­czę­ła na­brzmie­wać. Moż­na by po­wie­dzieć, że sta­wa­ła się cię­żar­na. Błysz­cza­ła. I w koń­cu spa­dła. Kap.

Stan za­nu­rzył pa­lec wska­zu­ją­cy pra­wej ręki we wła­snej krwi i na­pi­sał na nie­bie­skich ka­fel­kach jed­no sło­wo. Dwie spo­rej wiel­ko­ści ko­śla­we li­te­ry. Dru­ga z nich koń­czy­ła się roz­ma­za­nym zyg­za­kiem, w miej­scu gdzie ręka ze­śli­zgnę­ła się po gla­zu­rze, aby wpaść do wan­ny. Te­raz uno­si­ła się na po­wierzch­ni wody.

Uzna­ła, że to mu­sia­ło być dzie­ło Sta­na – jego po­że­gna­nie ze świa­tem na chwi­lę przed­tem, za­nim stra­cił przy­tom­ność. Zda­wa­ło się, że sło­wo na ścia­nie krzy­czy do niej:

Ko­lej­na kro­pla wody wpa­dła do wan­ny. Kap. To prze­wa­ży­ło sza­lę. Pat­ty Uris w koń­cu od­zy­ska­ła głos. Pa­trząc w mar­twe, szkli­ste oczy tru­pa swe­go męża, za­czę­ła krzy­czeć.

2

Ri­chard To­zier bie­rze urlop

Rich czuł się cał­kiem nie­źle, do­pó­ki nie za­czę­ły go ogar­niać mdło­ści. Wy­słu­chał wszyst­kie­go, co miał mu do po­wie­dze­nia Mike Han­lon, tro­chę z nim po­ga­dał, udzie­lił paru od­po­wie­dzi na po­sta­wio­ne py­ta­nia, a na­wet za­dał kil­ka wła­snych. Nie­mal nie zda­wał so­bie spra­wy, że mó­wił – nie dziw­nym i prze­peł­nio­nym obu­rze­niem gło­sem, ja­kie­go nie­kie­dy uży­wał w ra­diu (jego ulu­bień­cem był, przy­najm­niej do­tych­czas, Kin­ky Brief­ca­se – sek­su­olog – a słu­cha­cze przyj­mo­wa­li go nie­mal rów­nie cie­pło, jak jego od­wiecz­ne­go fa­wo­ry­ta, puł­kow­ni­ka Bu­for­da Kiss­dri­ve­la), ale przy­jem­nym, peł­nym we­wnętrz­ne­go spo­ko­ju i pew­no­ści sie­bie. Głos Czło­wie­ka Mó­wią­ce­go, że Wszyst­ko Jest w Po­rząd­ku, brzmiał świet­nie, ale to było kłam­stwo.

– Ile pa­mię­tasz, Rich? – spy­tał Mike.

– Bar­dzo mało – od­parł Rich i prze­rwał na chwi­lę. – Ale chy­ba wy­star­cza­ją­co.

– Przy­je­dziesz?

– Przy­ja­dę – od­rzekł Rich i odło­żył słu­chaw­kę.

Sie­dział w swo­im stu­diu jesz­cze chwi­lę, roz­par­ty w fo­te­lu za sto­łem, wpa­tru­jąc się w wi­docz­ne w od­da­li fale Pa­cy­fi­ku. Po le­wej stro­nie na pla­ży do­strzegł grup­kę dzie­cia­ków z de­ska­mi sur­fin­go­wy­mi, ale ża­den z nich dzi­siaj nie pły­wał. Fala była zbyt ni­ska.

Sto­ją­cy na sto­le ze­ga­rek elek­tro­nicz­ny – pre­zent od wy­twór­ni pły­to­wej – wska­zy­wał go­dzi­nę 17.09 28 maja 1985 roku. Tam, skąd dzwo­nił Mike, było trzy go­dzi­ny póź­niej. Za­padł już zmierzch. Kie­dy Rich się po­ru­szył, aby zro­bić to, co na­le­ża­ło, po­czuł, że na jego cie­le po­ja­wi­ła się gę­sia skór­ka. Przede wszyst­kim mu­siał włą­czyć ja­kąś pły­tę – obo­jęt­nie jaką; nie wy­szu­ki­wał, wy­brał pierw­szą z brze­gu spo­śród ty­się­cy płyt usta­wio­nych na pół­kach. Rock and roll był nie­mal w rów­nym stop­niu czę­ścią jego ży­cia jak gło­sy i prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, bez mu­zy­ki nie po­tra­fił nic no­we­go zro­bić – im gło­śniej gra­ła pły­ta, tym le­piej. Jak się oka­za­ło, wy­brał re­tro­spek­tyw­ny al­bum Ma­rvi­na Gaye’a, jed­ne­go z no­wych człon­ków gru­py, któ­rą Rich na­zy­wał cza­sa­mi Ze­spo­łem Wszyst­kich Zmar­łych, i chwi­lę póź­niej usły­szał pierw­sze dźwię­ki Usły­sza­łem to przez wi­no­ro­śle. „O-ho-ho. Za­ło­żę się, że za­sta­na­wiasz się, skąd wie­dzia­łem…”.

– Nie­źle – po­wie­dział Rich. Na­wet uśmiech­nął się pod no­sem. A było źle, wręcz tra­gicz­nie, ale po­mi­mo wszyst­ko czuł, że so­bie po­ra­dzi. Nie ma pro­ble­mu. Wszyst­ko da się za­ła­twić.

Za­czął się szy­ko­wać do po­wro­tu do domu. W któ­rymś mo­men­cie, w cią­gu na­stęp­nej go­dzi­ny, od­niósł wra­że­nie, jak­by umarł, a mimo to mógł ja­kimś dziw­nym spo­so­bem wy­da­wać jesz­cze ostat­nie dys­po­zy­cje zwią­za­ne ze swo­ją pra­cą… nie mó­wiąc już o przy­go­to­wa­niach do po­grze­bu. I czuł się świet­nie. Od­no­sił wra­że­nie, że po­stę­po­wał wła­ści­wie. Za­dzwo­nił do swo­jej agent­ki, choć zda­wał so­bie spra­wę, że naj­praw­do­po­dob­niej wła­śnie w tej chwi­li dziew­czy­na mknę­ła au­to­stra­dą do domu. Mimo wszyst­ko po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać. Miał szczę­ście i uda­ło mu się za­stać ją w biu­rze. Wy­ja­śnił jej, o co mu cho­dzi­ło, a ona po­pro­si­ła go, by dał jej pięt­na­ście mi­nut.

– Je­stem ci wi­nien przy­słu­gę, Ca­rol – po­wie­dział. W cią­gu ostat­nich trzech lat za­rzu­ci­li grzecz­no­ścio­we for­muł­ki typu „pan”, „pani” i za­czę­li zwra­cać się do sie­bie po imie­niu, po­mi­mo że nig­dy nie spo­tka­li się twa­rzą w twarz.

– W po­rząd­ku, mo­żesz mi się zre­wan­żo­wać – rze­kła. – Po­wiedz coś gło­sem Kin­ky’ego Brief­ca­se’a. Zro­bisz to?

Bez chwi­li wa­ha­nia – gdy­by się za­wa­hał, nie zdo­łał­by wy­do­być z sie­bie gło­su – po­wie­dział:

– Te­le­wi­zyj­ny sek­su­olog Kin­ky Brief­ca­se. Któ­re­goś dnia przy­szedł do mnie je­den fa­cet, któ­ry chciał się do­wie­dzieć, jaki był naj­gor­szy przy­pa­dek za­ra­że­nia się AIDS. – Jego głos przy­cichł nie­znacz­nie, a jed­no­cze­śnie za­czął mó­wić nie­co szyb­ciej i bar­dziej bez­tro­sko. Był to bez wąt­pie­nia ame­ry­kań­ski głos, choć mógł mimo wszyst­ko przy­wo­łać wi­zję bo­ga­te­go bry­tyj­skie­go ko­lo­nia­li­sty, cza­ru­ją­ce­go, na­tu­ral­nie na swój spo­sób, i jak­by odro­bi­nę ze­psu­te­go. Ri­chie nie miał po­ję­cia, kim na­praw­dę był Kin­ky Brief­ca­se, ale wie­dział, że ten czło­wiek za­wsze no­sił bia­łe gar­ni­tu­ry, czy­ty­wał „Esqu­ire’a”, po­pi­jał drin­ki z wy­so­kich szkla­nic i pach­niał szam­po­nem ko­ko­so­wym. – Ja mu na to: Naj­gor­sze by­ło­by, gdy­bym mu­siał tłu­ma­czyć two­jej mat­ce, jak za­ła­pa­łeś to świń­stwo od tej Ha­itan­ki. To na ra­zie, lu­dzi­ska, mó­wił Kin­ky Brief­ca­se, sek­su­olog, pa­mię­taj­cie. Je­że­li sam nie dasz rady, ja ci udzie­lę po­ra­dy.

Ca­rol Fe­eny wy­buch­nę­ła śmie­chem.

– Ide­al­ne! Po pro­stu ide­al­ne! Mój chło­pak nie wie­rzy, że po­tra­fisz ot tak na­śla­do­wać te gło­sy. Uwa­ża, że uży­wasz ja­kichś elek­tro­nicz­nych ga­dże­tów czy jak…

– To kwe­stia ta­len­tu, moja dro­ga – od­parł Rich. Kin­ky Brief­ca­se od­szedł. Jego miej­sce za­jął W.C. Fields, w ka­pe­lu­szu, z czer­wo­nym no­sem i tor­bą gol­fo­wą na ra­mie­niu. – Je­stem tak prze­peł­nio­ny ta­len­tem, że mu­sia­łem po­za­ty­kać so­bie wszyst­kie otwo­ry w cie­le, żeby ze mnie nie wy­ciekł jak… jak… no, żeby nie wy­pły­nął.

Po­now­nie się ro­ze­śmia­ła, a Rich za­mknął oczy. Czuł, że za­czy­na go bo­leć gło­wa.

– Bądź taka miła i sprawdź, co mo­żesz dla mnie zro­bić, do­brze? – spy­tał, wciąż jesz­cze na­śla­du­jąc W.C. Field­sa i wciąż ma­jąc w uszach jej śmiech, po czym odło­żył słu­chaw­kę. Te­raz mu­siał zno­wu być sobą, a to nie wy­da­wa­ło się ła­twe – trud­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek. Ła­twiej jest być dziel­nym, kie­dy się uda­je ko­goś in­ne­go. Wła­śnie wy­bie­rał buty i po­sta­no­wił po­zo­stać przy tramp­kach, kie­dy te­le­fon za­dzwo­nił po­now­nie. To była Ca­rol Fe­eny. Od­dzwo­ni­ła w iście re­kor­do­wym tem­pie. Miał ocho­tę za­cząć imi­to­wać głos Bu­for­da Kiss­dri­ve­la, ale stłu­mił to w so­bie.

Za­ła­twi­ła dla nie­go miej­sce w pierw­szej kla­sie sa­mo­lo­tu Ame­ri­can Air­li­nes z Los An­ge­les do Bo­sto­nu. Od­lot o dwu­dzie­stej pierw­szej trzy, przy­lot na lot­ni­sko Lo­ga­na oko­ło pią­tej rano na­stęp­ne­go dnia. Stam­tąd o siód­mej trzy­dzie­ści od­lot Del­tą do Ban­gor w Ma­ine. Po­wi­nien być na miej­scu o ósmej dwa­dzie­ścia. Z lot­ni­ska wy­na­ję­tym sa­mo­cho­dem po­ko­na dwa­dzie­ścia sześć mil dzie­lą­cych go od Der­ry. Tyl­ko dwa­dzie­ścia sześć mil? – po­my­ślał Rich.

Czy to wszyst­ko, Ca­rol? Cóż, może i tak. W każ­dym ra­zie li­cząc od­le­głość w mi­lach. Ale nie zda­jesz so­bie spra­wy, jak na­praw­dę jest da­le­ko do Der­ry. Zresz­tą ja też nie. Ale do­wiem się. Jak mi Bóg miły, do­wiem się.

– Nie wy­naj­mo­wa­łam po­ko­ju, bo nie po­wie­dzia­łeś mi, jak dłu­go za­mie­rzasz tam za­ba­wić. Czy…

– Nie, sam się tym zaj­mę – rzekł Rich, na­śla­du­jąc głos Bu­for­da Kiss­dri­ve­la. – Je­steś cu­dow­na, moja dro­ga, co ja bym bez cie­bie zro­bił. Bar­dzo dzię­ku­ję.

Odło­żył de­li­kat­nie słu­chaw­kę, pod­czas gdy ona jak zwy­kle się śmia­ła, a po­tem wy­krę­cił 207-555-1212 – nu­mer in­for­ma­cji sta­nu Ma­ine. Chciał spy­tać o nu­mer Der­ry Town Ho­use. Boże – to była na­zwa z prze­szło­ści. Nie my­ślał o Der­ry Town Ho­use od… dzie­się­ciu? dwu­dzie­stu? dwu­dzie­stu pię­ciu lat? Choć to mo­gło wy­da­wać się sza­lo­ne, są­dził, że co naj­mniej od dwu­dzie­stu pię­ciu lat, i gdy­by Mike nie za­dzwo­nił, praw­do­po­dob­nie ta na­zwa nig­dy wię­cej nie przy­szła­by mu do gło­wy. A wie­le lat temu wła­ści­wie co­dzien­nie prze­cho­dził obok tego wiel­kie­go bu­dyn­ku z czer­wo­nej ce­gły, kil­ka­krot­nie na­wet tam­tę­dy prze­bie­gał, ści­ga­ny przez Hen­ry’ego Bo­wer­sa, Bel­cha Hug­gin­sa i tego trze­cie­go ol­brzy­ma, Vic­to­ra Jak­mu­tam, któ­rzy wrzesz­cze­li za nim: „Do­sta­nie­my cię, skur­wy­sy­nu! Do­sta­nie­my cię, gno­ju! Do­rwie­my cię, kur­du­plu! Do­sta­niesz za swo­je, czte­ro­oki śmie­ciu!”. Czy kie­dy­kol­wiek im się to uda­ło?

Za­nim zdo­łał so­bie przy­po­mnieć, na li­nii dał się sły­szeć głos ope­ra­to­ra:

– Der­ry, cen­tra­la.

Der­ry! Boże! Na­wet to sło­wo brzmia­ło dziw­nie w jego ustach, wy­po­wia­da­nie go przy­po­mi­na­ło ca­ło­wa­nie an­ty­ku.

– Chciał­bym się do­wie­dzieć, jaki jest nu­mer do Der­ry Town Ho­use.

– Chwi­lecz­kę, pro­szę pana.

Nic z tego. Ten dom na pew­no już nie ist­nie­je. Wy­bu­rzo­no go w ra­mach pro­jek­tu re­no­wa­cji mia­sta. Po­sta­wio­no tam Elks’ Hall albo krę­giel­nię, albo sa­lon wi­deo. Albo może spło­nął któ­re­goś dnia aż do fun­da­men­tów, kie­dy ja­kiś pi­ja­ny w sztok do­zor­ca za­snął w łóż­ku, trzy­ma­jąc w dło­ni za­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa. Wszyst­ko prze­mi­nę­ło, Ri­chie. Ta­kjak two­je oku­la­ry, z któ­rych za­wsze wy­śmie­wał się Hen­ry Bo­wers. Jak to leci w pio­sen­ce Bru­ce’a Spring­ste­ena? Dni chwa­ły… prze­mi­ja­ją wraz z mru­gnię­ciem oka mło­dej dziew­czy­ny. Ja­kiej mło­dej dziew­czy­ny? Ja­kiej? Bev. Oczy­wi­ście Bev…

– Town Ho­use mógł się zmie­nić, ale ist­niał nadal, bo mdły me­cha­nicz­ny głos po­ja­wił się na li­nii i za­czął re­cy­to­wać:

– Nu­mer… jest… taki… dzie­więć… czte­ry… je­den… osiem… dwa… osiem… dwa. Po­wta­rzam… nu­mer… jest… taki…

Ale Rich za­pa­mię­tał go już za pierw­szym ra­zem. Od­wie­sze­nie słu­chaw­ki, w któ­rej brzmiał ten po­nu­ry głos, spra­wi­ło mu swo­istą przy­jem­ność. Bez tru­du mógł so­bie wy­obra­zić po­tęż­ne­go po­two­ra in­for­ma­cji te­le­fo­nicz­nej, za­grze­ba­ne­go gdzieś głę­bo­ko pod zie­mią, po­cą­ce­go się ni­ta­mi, z któ­re­go cia­ła wy­cho­dzą ty­sią­ce chro­mo­wa­nych błysz­czą­cych ma­cek, dzier­żą­cych ty­sią­ce te­le­fo­nów. Au­to­ma­tycz­na wer­sja po­pu­lar­ne­go prze­ciw­ni­ka Spi­der-Mana, dok­to­ra Octo­pu­sa. Z każ­dym ro­kiem świat, w któ­rym żył Rich, przy­po­mi­nał mu co­raz bar­dziej ol­brzy­mi elek­tro­nicz­ny na­wie­dzo­ny dom, w któ­rym cy­fro­we du­chy i prze­ra­że­ni lu­dzie pro­wa­dzi­li nie­spo­koj­ną, chwiej­ną ko­eg­zy­sten­cję. Cią­gle stoi. Pa­ra­fra­zu­jąc Pau­la Si­mo­na – cią­gle stoi, i to po tylu la­tach.

Za­dzwo­nił do ho­te­lu, któ­ry po raz ostat­ni wi­dział w dzie­ciń­stwie przez szkła swo­ich oku­la­rów w ro­go­wej opra­wie. Wy­krę­ce­nie nu­me­ru 1-207-941-8282 było dzie­cin­nie pro­ste. Przy­ło­żył słu­chaw­kę do ucha, wy­glą­da­jąc przez ol­brzy­mie okno swe­go stu­dia. Dzie­cia­ków z de­ska­mi już nie było. Ja­kaś para szła wol­no wzdłuż pla­ży, trzy­ma­jąc się za ręce. Wy­da­wa­li się nie­mal ide­al­ną re­kla­mą do zdję­cia na stro­nę jed­ne­go z po­ko­jów biu­ra po­dró­ży, w któ­rym pra­co­wa­ła Ca­rol Fe­eny. Byli po pro­stu ide­al­ni. Gdy­by nie fakt, że obo­je no­si­li oku­la­ry.

Do­sta­nę cię, śle­pa­ku. Stłu­kę ci te two­je cyn­gle.

Criss, po­wie­dział głos w jego my­ślach. Na­zy­wał się Criss. Vic­tor Criss. Nie była to in­for­ma­cja, na któ­rej mu szcze­gól­nie za­le­ża­ło, ale naj­wi­docz­niej jego zda­nie nie­wie­le tu zna­czy­ło. Coś się dzia­ło tam, głę­bo­ko, w lo­chach, gdzie Rich To­zier prze­cho­wy­wał swo­ją pry­wat­ną ko­lek­cję stan­dar­dów sprzed lat. Drzwi za­czę­ły się otwie­rać.

Tyl­ko że tam na dole nie ma płyt, praw­da? Tam na dole nie je­steś Ri­chiem „Pły­cia­rzem” To­zie­rem z KLAD i czło­wie­kiem ty­sią­ca gło­sów, praw­da? To, co się otwie­ra, to nie są drzwi, ra­cja?

Pró­bo­wał od­pę­dzić od sie­bie te my­śli.

Po­wi­nie­neś za­pa­mię­tać je­dy­nie to, że wszyst­ko jest okay. Ja je­stem okay i ty je­steś okay, Rich To­zier jest okay. Jak chcesz, za­pal so­bie.

Rzu­cił pa­le­nie przed czte­re­ma laty, ale te­raz miał wiel­ką ocho­tę na pa­pie­ro­sa. Tam na dole nie ma płyt, tyl­ko tru­py. Po­grze­ba­łeś je głę­bo­ko, ale te­raz mu­sia­ło się przy­da­rzyć ja­kieś sza­lo­ne trzę­sie­nie zie­mi i cia­ła zo­sta­ły wy­rzu­co­ne na po­wierzch­nię. Nie je­steś Rich „Pły­ciarz” To­zier, tam na dole mó­wią na cie­bie „Cyn­glarz” albo „Czte­ro­oki”. I je­steś ze swo­imi przy­ja­ciół­mi, a bo­isz się tak bar­dzo, że masz wra­że­nie, jak­by two­je jaja za­czy­na­ły się zmie­niać w pół­płyn­ną ga­la­re­tę. Tam nie ma drzwi i one się nie otwie­ra­ją. To są gro­by, Ri­chie. Ich pły­ty pę­ka­ją i wam­pi­ry, o któ­rych my­śla­łeś, że są mar­twe, po­now­nie wzbi­ja­ją się do lotu.

Pa­pie­ros. Tyl­ko je­den. Może być na­wet carl­ton, na mi­łość bo­ską. Do­sta­nie­my cię, oku­lar­ni­ku! Ze­żresz ten wo­rek na książ­ki!

– Town Ho­use – po­wie­dział mę­ski głos z jan­ke­skim ak­cen­tem; głos prze­wę­dro­wał całą Nową An­glię, Środ­ko­wy Za­chód i prze­mknąw­szy pod ka­sy­na­mi Las Ve­gas, do­tarł do jego ucha.

Rich za­py­tał wła­ści­cie­la gło­su, czy mógł­by za­re­zer­wo­wać dlań apar­ta­ment w Town Ho­use, po­cząw­szy od ju­tra. Głos po­wie­dział mu, że mógł­by, i za­py­tał, na jak dłu­go.

– Nie wiem jesz­cze. Mam… – Prze­rwał na chwi­lę. Za­my­ślił się.

Co on wła­ści­wie miał? Oczy­ma du­szy zo­ba­czył chłop­ca z wor­kiem na książ­ki w szkoc­ką kra­tę, ucie­ka­ją­ce­go przed ban­dą ło­bu­zów; zo­ba­czył chłop­ca w oku­la­rach, chu­de­go chłop­ca o bla­dej twa­rzy, któ­ry wy­glą­dał, jak­by krzy­czał: „Uderz mnie! No da­lej, uderz mnie!” do każ­de­go mi­ja­ją­ce­go go osił­ka. To było nie­zwy­kłe i ta­jem­ni­cze.

Oto moje usta. Roz­gnieć mi je na zę­bach! Oto mój nos! Roz­kwaś mi go i złam, je­że­li po­tra­fisz! Daj mi w ucho, tak żeby na­pu­chło jak ba­nia! Roz­wal mi brew! Masz, to moja szczę­ka, zno­kau­tuj mnie! To moje oczy, pod­bij je i stłucz te oku­la­ry, któ­re tak ci się nie po­do­ba­ją. Te wstręt­ne znie­na­wi­dzo­ne oku­la­ry o gru­bych szkłach, oku­la­ry w ro­go­wych opraw­kach po­łą­czo­ne na łuku ka­wał­kiem ta­śmy kle­ją­cej. Złam je! Wbij odła­mek szkła w jed­no z tych nie­bie­skich oczu i za­mknij je na za­wsze! Zrób to, do dia­bła! No, zrób!

Za­mknął oczy.

– Mam w Der­ry parę spraw do za­ła­twie­nia. Wi­dzi pan, nie wiem, ile cza­su mi to zaj­mie. Co by pan po­wie­dział na wy­na­ję­cie apar­ta­men­tu na trzy dni z moż­li­wo­ścią prze­dłu­że­nia?

– Z moż­li­wo­ścią prze­dłu­że­nia? – spy­tał re­cep­cjo­ni­sta z po­wąt­pie­wa­niem w gło­sie, a Rich cze­kał cier­pli­wie, aż tam­ten to so­bie prze­my­śli. – A tak, ro­zu­miem. W po­rząd­ku!

– Dzię­ku­ję i… ja… mam na­dzie­ję, że bę­dzie pan na nas gło­so­wał w paź­dzier­ni­ku – po­wie­dział John Ken­ne­dy. – Jac­kie chce… prze­jąć Ga­bi­net Owal­ny, a ja mam już ro­bo­tę dla mo­je­go bra­ta… hm… Bob­by’ego.

– Pan To­zier?

– Tak.

– W po­rząd­ku… Ktoś włą­czył się na li­nię na parę se­kund.

Nie ktoś, tyl­ko sta­ry kum­pel z pacz­ki do­brych, zna­nych nie­bosz­czy­ków, gdy­byś tego nie wie­dział. Nie przej­muj się tym. Prze­szedł go dreszcz i nie­mal z de­spe­ra­cją w gło­sie po­wie­dział do sie­bie w my­ślach: Nic ci nie jest, Rich.

– Ja też to sły­sza­łem – rzekł Rich. – Mu­sia­ło być ja­kieś sprzę­że­nie na li­nii. No i co z tym po­ko­jem?

– Och, nie ma spra­wy – od­parł re­cep­cjo­ni­sta. – Mie­wa­my tu w Der­ry go­ści, ale nig­dy nie ma spe­cjal­ne­go prze­peł­nie­nia.

– Na­praw­dę?

– Ehe – rzu­cił re­cep­cjo­ni­sta. Rich za­po­mniał rów­nież i o tym po­tak­nię­ciu uży­wa­nym po­wszech­nie w pół­noc­nych re­gio­nach No­wej An­glii. „Do­sta­nie­my cię, dra­niu!”, wrza­snął wid­mo­wy głos Hen­ry’ego Bo­wer­sa i Ri­chie po­czuł, jak w jego wnę­trzu pęka co­raz wię­cej na­grob­nych płyt. Woń, jaką po­czuł, nie była odo­rem gni­ją­cych ciał, lecz roz­kła­da­ją­cych się wspo­mnień, a to w pe­wien spo­sób wy­da­wa­ło się jesz­cze gor­sze.

Po­dał re­cep­cjo­ni­ście nu­mer swo­jej kar­ty kre­dy­to­wej Ame­ri­can Express i odło­żył słu­chaw­kę. Po­tem za­dzwo­nił do Ste­ve’a Co­val­la, sze­fa pro­gra­mów sta­cji KLAD.

– Co się sta­ło, Rich? – za­py­tał Ste­ve. Ostat­nie no­to­wa­nia wy­ka­za­ły, że spo­śród kon­ku­ru­ją­cych sta­cji KLAD była obec­nie na szczy­cie i od tej pory Ste­ve był w wy­śmie­ni­tym hu­mo­rze. Dzię­ki Bogu za Jego drob­ne ła­ski.

– Mo­żesz po­ża­ło­wać, że o to za­py­ta­łeś – po­wie­dział Ste­ve’owi.

– Wła­śnie się zmy­wam.

– Zmy­wasz się… – Usły­szał za­tro­ska­nie w gło­sie Ste­ve’a.

– Chy­ba cię nie ro­zu­miem, Rich.

– Mu­szę wy­je­chać. Spły­wam stąd.

– Co to zna­czy „wy­je­chać”? Zgod­nie z gra­fi­kiem, któ­ry mam przed sobą, ju­tro od dru­giej do szó­stej po po­łu­dniu po­wi­nie­neś być na an­te­nie, jak zwy­kle. Praw­dę mó­wiąc, o szes­na­stej masz umó­wio­ny wy­wiad z Cla­ren­ce’em Cle­mon­sem. Znasz Cla­ren­ce’a Cle­mon­sa, Rich? Jak Come on and blow, Big Man?

– Cla­ren­ce, rów­nie do­brze jak ze mną, może po­ga­dać z Mi­kiem O’Harą.

– Cla­ren­ce nie chce roz­ma­wiać z Mi­kiem, Rich. Cla­ren­ce nie chce roz­ma­wiać z Bob­bym Rus­sel­lem. Nie chce roz­ma­wiać ze mną. Cla­ren­ce jest wiel­kim mi­ło­śni­kem Bu­for­da Kiss­dri­ve­la i Wy­at­ta Za­bój­cze­go Włó­czę­gi. Chce roz­ma­wiać z tobą, przy­ja­cie­lu. A ja nie mam ocho­ty pa­trzeć, jak wa­żą­cy dwie­ście pięć­dzie­siąt fun­tów sak­so­fo­ni­sta, były gracz w fut­bol, do­sta­je sza­łu w moim stu­diu.

– Nie wie­dzia­łem, że on jest taki groź­ny – po­wie­dział Rich.

– Czło­wie­ku, mó­wi­my tu o Cla­ren­sie Cle­mon­sie, a nie o Ke­icie Mo­onie.

Na li­nii za­pa­dła ci­sza. Rich cze­kał cier­pli­wie.

– Nie mó­wisz se­rio, co? – spy­tał w koń­cu Ste­ve. Jego głos brzmiał płacz­li­wie. – Chy­ba że cho­dzi o śmierć two­jej mat­ki, guz mó­zgu albo coś rów­nie po­waż­ne­go.

– Mu­szę je­chać, Ste­ve.

– Czy two­ja mat­ka jest cho­ra? A może, nie daj Boże, umar­ła?

– Przed dzie­się­ciu laty.

– Masz guza mó­zgu?

– Na­wet jed­ne­go czy­ra­ka.

– To nie jest za­baw­ne, Rich.

– Nie.

– Ro­bisz mi koło pió­ra i wca­le mi się to nie po­do­ba.

– Mnie też nie, ale mu­szę je­chać.

– Do­kąd? Dla­cze­go? O co cho­dzi? Po­wiedz mi, Rich!

– Ktoś do mnie za­dzwo­nił. Ktoś, kogo zna­łem daw­no temu. Przed wie­lo­ma laty. W in­nym miej­scu coś się wte­dy sta­ło. Zło­ży­łem obiet­ni­cę. Wszy­scy przy­rze­kli­śmy, że wró­ci­my, je­że­li zno­wu coś się sta­nie. I wy­da­je mi się, że To się zno­wu za­czę­ło.

– O czym ty mó­wisz, Rich?

– Na ra­zie nie mogę po­wie­dzieć. – Uznał­byś, że mi od­bi­ło, gdy­bym ci po­wie­dział praw­dę. Ja po pro­stu nie pa­mię­tam, do­dał w my­ślach.

– Kie­dy zło­ży­łeś tę sła­wet­ną obiet­ni­cę?

– Daw­no temu, la­tem pięć­dzie­sią­te­go ósme­go roku.

Na­sta­ła dłu­ga ci­sza i czuł, że wła­śnie w tej chwi­li Ste­ve Co­vall za­sta­na­wiał się, czy Rich „Pły­ciarz” To­zier alias Bu­ford Kiss­dri­vel, alias Wy­att Za­bój­czy Włó­czę­ga po pro­stu się zgry­wał czy też prze­ży­wał po­waż­ny kry­zys psy­chicz­ny.

– Mu­sia­łeś być wte­dy dziec­kiem – rzu­cił nie­pew­nym to­nem Ste­ve.

– Mia­łem je­de­na­ście lat. Pra­wie dwa­na­ście.

Ko­lej­na dłuż­sza prze­rwa. Rich cze­kał cier­pli­wie.

– W po­rząd­ku – rzekł Ste­ve. – Zmie­nię gra­fik. Za­stą­pi cię Mike. Mogę za­dzwo­nić do Chuc­ka Fo­ste­ra, żeby się wszyst­kim za­jął. Rzecz ja­sna, je­że­li uda mi się go zna­leźć. Pew­no znów za­szył się w ja­kiejś chiń­skiej re­stau­ra­cji. Zro­bię to, bo obaj prze­szli­śmy ra­zem dłu­gą dro­gę. Ale nig­dy nie za­po­mnę nu­me­ru, jaki mi wy­wi­ną­łeś, Rich.

– Och, daj­że spo­kój – znie­cier­pli­wił się Rich, a jego ból gło­wy się wzmógł. Wie­dział, co ro­bił. Czy Ste­ve na­praw­dę nie zda­wał so­bie z tego spra­wy? – Po pro­stu po­trze­bu­ję paru dni wol­ne­go, to wszyst­ko. Za­cho­wu­jesz się, jak­bym zry­wał z tobą kon­trakt.

– Po cho­le­rę ci parę dni wol­ne­go? Je­dziesz na Spo­tka­nie Klu­bu Skau­tów z Pci­mia Gór­ne­go w Da­ko­cie Pół­noc­nej czy Za­du­pia Wiel­kie­go w Wir­gi­nii Za­chod­niej?

– Pław­dę mó­wiąc, wy­da­je mi się, że to będą ła­czej Szam­bo­wi­ce Małe w Ał­kan­sas, sze­fie – po­wie­dział grom­ki głos Bu­for­da Kiss­dri­ve­la, ale Ste­ve nie dał się zbić z tro­pu.

– Je­dziesz tam, bo gdy mia­łeś je­de­na­ście lat, zło­ży­łeś taką obiet­ni­cę? Dzie­cia­ki w tym wie­ku nie skła­da­ją po­waż­nych obiet­nic, na mi­łość bo­ską! I nie tyl­ko o to cho­dzi, Rich. Wiesz o tym. Nie pra­cu­jesz w za­kła­dzie ubez­pie­czeń czy w kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej, tyl­ko w show-biz­ne­sie. Tu obo­wią­zu­ją pew­ne re­gu­ły i do­brze o tym wiesz! Gdy­byś mnie za­wia­do­mił o tym, że chcesz wy­je­chać, nie trzy­mał­bym w jed­nej ręce słu­chaw­ki, a w dru­giej bu­tel­ki my­lan­ty. Przy­par­łeś mnie do muru. Za­da­łeś mi cios po­ni­żej pasa i zda­jesz so­bie z tego spra­wę, więc nie ob­ra­żaj mo­jej in­te­li­gen­cji!

Ste­ve już pra­wie krzy­czał, a Rich za­mknął oczy.

– Nig­dy ci tego nie wy­ba­czę! – rzu­cił Ste­ve i Rich przy­pusz­czał, że tak wła­śnie bę­dzie. Ale Ste­ve po­wie­dział rów­nież, że je­de­na­sto­let­nie dzie­ci nie skła­da­ją po­waż­nych obiet­nic, a to nie­praw­da. Rich nie pa­mię­tał, o jaką obiet­ni­cę cho­dzi­ło. Nie był pew­ny, czy chciał pa­mię­tać, ale wie­dział, że cho­dzi­ło o coś bar­dzo po­waż­ne­go.

– Ste­ve, mu­szę.

– Ta­aak. I po­wie­dzia­łem ci, że so­bie po­ra­dzę. Jedź. Za­su­waj, ty par­szy­wy dra­niu.

– Ste­ve, ty idio…

Ale Ste­ve już odło­żył słu­chaw­kę. Ri­chie zro­bił to samo. Miał wła­śnie odejść od sto­łu, kie­dy po­now­nie za­brzę­czał te­le­fon. Rich wie­dział nie­mal in­stynk­tow­nie, nie pod­no­sząc słu­chaw­ki, że to zno­wu był wście­kły jak osa Ste­ve. Bar­dziej wku­rzo­ny niż kie­dy­kol­wiek do tej pory. Roz­ma­wia­nie z nim w tej chwi­li nie było wska­za­ne – mo­gło­by je­dy­nie po­gor­szyć całą spra­wę. Prze­su­nął prze­łącz­nik znaj­du­ją­cy się z boku apa­ra­tu w pra­wo; dzwo­nie­nie uci­chło jak ucię­te no­żem. Po­szedł na górę, wy­jął z sza­fy dwie wa­liz­ki i uzu­peł­nił je ubra­nia­mi, któ­re wy­bie­rał, prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, na chy­bił tra­fił. Dżin­sy, sli­py, skar­pe­ty. Do­pie­ro póź­niej zda so­bie spra­wę, że wy­brał wy­łącz­nie mło­dzie­żo­we rze­czy. Zniósł wa­liz­ki na dół.

Na ścia­nie jego kry­jów­ki znaj­do­wa­ła się czar­no-bia­ła fo­to­gra­fia Big Sur zro­bio­na przez An­se­la Adam­sa. Rich od­chy­lił ją na ukry­tych za­wia­sach, od­sła­nia­jąc znaj­du­ją­cy się pod spodem sejf. Otwo­rzył go, a po­tem prze­ko­pał się przez ster­tę za­le­ga­ją­cych tam pa­pie­rów i do­ku­men­tów (pa­pie­ry domu, dwa­dzie­ścia akrów te­re­nów wy­cin­ki lasu w Ida­ho i plik pa­pie­rów war­to­ścio­wych). Co się ty­czy ak­cji, ku­pił je przy­pad­kiem, a jego ma­kler na­tych­miast zła­pał się za gło­wę – ale ich war­tość w mia­rę upły­wu lat sys­te­ma­tycz­nie wzra­sta­ła.

Cza­sa­mi dzi­wił się, że był pra­wie – lecz nie do koń­ca – bo­ga­tym czło­wie­kiem. Wszyst­ko to dzię­ki mu­zy­ce roc­ko­wej… i na­tu­ral­nie dzię­ki gło­som. Domy, te­ren wy­cin­ki lasu, ak­cje, po­li­sa ubez­pie­cze­nio­wa, na­wet ko­pia jego ostat­niej woli i te­sta­ment. Sznur­ki, któ­re przy­wią­zu­ją cię moc­no do mapy ży­cia, po­my­ślał.

Rap­tem ogar­nął go dzi­ki im­puls, aby za­pa­lić swo­ją za­pal­nicz­kę Zip­po i pod­pa­lić to wszyst­ko, zmie­nia­jąc znaj­du­ją­ce się w sej­fie do­ku­men­ty w kup­kę po­pio­łu. Mógł to zro­bić. Czuł, że był­by do tego zdol­ny. Za­war­tość jego sej­fu na­gle prze­sta­ła mieć dla nie­go ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. A wte­dy po­czuł po raz pierw­szy praw­dzi­wą zgro­zę i nie było w tym nic nad­na­tu­ral­ne­go. Po pro­stu zdał so­bie spra­wę, jak ła­two znisz­czyć całe ży­cie. Wła­śnie to było tak prze­ra­ża­ją­ce. Wy­star­czy­ło jed­no pstryk­nię­cie pal­cem. Mógł spa­lić to wszyst­ko albo wy­sa­dzić w po­wie­trze, a po­tem po pro­stu się ulot­nić.

Za pa­pie­ra­mi war­to­ścio­wy­mi znaj­do­wał się praw­dzi­wy szmal. Go­tów­ka. Czte­ry ty­sią­ce do­la­rów, w dzie­siąt­kach, dwu­dziest­kach i pięć­dzie­siąt­kach. Wy­gar­nia­jąc je te­raz i wpy­cha­jąc do kie­sze­ni dżin­sów, za­sta­na­wiał się, czy in­stynk­tow­nie nie prze­czu­wał na­dej­ścia tej chwi­li, kie­dy każ­de­go mie­sią­ca ukła­dał tu parę bank­no­tów pięć­dzie­się­cio-, stu-, dwu­dzie­sto – czy dzie­się­cio­do­la­ro­wych. Ro­bił to re­gu­lar­nie. Pie­nią­dze na czar­ną go­dzi­nę. For­sa, któ­ra te­raz mia­ła mu po­móc, któ­rą te­raz miał wy­ko­rzy­stać.

– Rany, to okrop­ne – po­wie­dział, nie­mal nie zda­jąc so­bie z tego spra­wy. Wy­glą­dał przez ol­brzy­mie okno z wi­do­kiem na pla­żę i oce­an. Pla­ża była te­raz pu­sta, lu­dzie z de­ska­mi ode­szli, po­dob­nie jak no­wo­żeń­cy (je­że­li nimi byli, ma się ro­zu­mieć).

O tak, te­raz za­czy­nam so­bie przy­po­mi­nać. Pa­mię­tasz na przy­kład Stan­leya Uri­sa? Za­ło­żę się o swo­je fu­tro, że tak. Pa­mię­tasz to po­wie­dzon­ko i jak wte­dy uwa­ża­li­ście, że jest świet­ne? Stan­ley Ury­na, jak na­zy­wa­li go star­si chłop­cy… Stan­ley Ury­na! Hej, ty pie­przo­ny za­bój­co Chry­stu­sa! Do­kąd się wy­bie­rasz? Idziesz po jed­ne­go ze swo­ich kum­pli pe­da­łów, żeby ci ob­cią­gnął?

Za­trza­snął drzwi sej­fu i ol­brzy­mie zdję­cie zna­la­zło się na swo­im miej­scu. Kie­dy ostat­ni raz my­ślał o Sta­nie Uri­sie? Pięć lat temu? Dzie­sięć? Dwa­dzie­ścia? Rich i jego ro­dzi­na wy­pro­wa­dzi­li się z Der­ry wio­sną 1960 roku i twa­rze jego przy­ja­ciół bla­kły bar­dzo szyb­ko, twa­rze człon­ków ich ma­łej grup­ki, grup­ki fra­je­rów, z ich klu­bo­wym miej­scem na te­re­nach zna­nych jako Bar­rens2 – za­baw­na na­zwa dla oko­li­cy buj­nie po­ro­śnię­tej ro­ślin­no­ścią. Ba­wi­li się tam w po­dróż­ni­ków prze­mie­rza­ją­cych dzie­wi­czą dżun­glę i żoł­nie­rzy lą­du­ją­cych na ko­ra­lo­wym ato­lu, aby po­wstrzy­mać na­cie­ra­ją­cych Ja­poń­czy­ków. Byli bu­dow­ni­czy­mi tam, kow­bo­ja­mi i ko­smo­nau­ta­mi na pla­ne­cie-dżun­gli. Zresz­tą jak zwał, tak zwał, i tak cho­dzi­ło tu tyl­ko o jed­no. O to, by się­u­kryć. Ukryć się przed star­szy­mi chło­pa­ka­mi. Ukryć się przed Hen­rym Bo­wer­sem, Vic­to­rem Cris­sem, Bel­chem Hug­gin­sem i całą resz­tą. Sta­no­wi­li na­praw­dę nie­złą gro­mad­kę fra­je­rów. Stan Uris ze swym wiel­kim ży­dow­skim no­sem, Bill Den­bro­ugh, któ­ry po­tra­fił po­wie­dzieć tyl­ko: „Hej-ho, Si­lver! Na­przód”, nie ją­ka­jąc się przy tym za bar­dzo, a za­ci­nał się tak, że do­pro­wa­dzał do sza­łu wszyst­kich, któ­rzy go słu­cha­li, Be­ver­ly Marsh, cała w si­nia­kach z pa­pie­ro­sa­mi wci­śnię­ty­mi za fał­dy za­wi­nię­tych rę­ka­wów bluz­ki, Ben Han­scom, któ­ry był tak po­tęż­ny, że sta­no­wił ludz­ką od­mia­nę Moby Dic­ka, i Ri­chie To­zier, z oku­la­ra­mi o gru­bych szkłach, ku­jon, wy­szcze­ka­ny cwa­niak z wiel­ką gębą, któ­ra aż się pro­si­ła o to, by ją prze­fa­so­no­wać. Czy było ja­kieś sło­wo, któ­rym moż­na by ich wszyst­kich okre­ślić? O tak. Ono ist­nia­ło za­wsze. Le mot ju­ste. W tym wy­pad­ku – mię­cza­ki.

Wspo­mnie­nia wra­ca­ły – po­wra­ca­ły bez koń­ca, a on stał nie­ru­cho­mo, bez­rad­ny jak szcze­niak za­sko­czo­ny przez strasz­ną bu­rzę, i trząsł się, bo prócz przy­ja­ciół, z któ­ry­mi ucie­kał, przy­po­mniał so­bie coś jesz­cze.

Były też jesz­cze inne rze­czy, o któ­rych nie my­ślał od lat, a któ­re czy­ha­ły tuż pod po­wierzch­nią, cze­ka­jąc cier­pli­wie na wy­pły­nię­cie. Krwa­we rze­czy.

Ciem­ność. Ja­kaś ciem­ność. Dom przy Ne­ibolt Stre­et i Bill krzy­czą­cy:

– Ty z-za­bi­łeś mo­je­go b-bra­ta, ty s-skur­wy­sy­nu!

Czy to pa­mię­tał? Tak. Pa­mię­tał do­sta­tecz­nie dużo, aby nie chcieć so­bie tego przy­po­mnieć. Mógł za­ło­żyć się o swo­je fu­tro, że tak było.

Woń od­pad­ków, smród od­cho­dów i odór cze­goś in­ne­go. Cze­goś gor­sze­go niż wszyst­ko inne. To był smród be­stii, smród Tego, znaj­du­ją­ce­go się gdzieś głę­bo­ko w ciem­no­ściach, pod Der­ry, gdzie sta­le roz­le­ga się ło­skot ma­szyn. Przy­po­mniał so­bie Geo­r­ge’a…

Ale tego już było za wie­le i po­biegł do ła­zien­ki, za­ha­cza­jąc po dro­dze o fo­tel. O mało nie upadł. Zdą­żył… nie­mal w ostat­niej chwi­li. Gład­kim śli­zgiem prze­mknął na ko­la­nach po płyt­kach ła­zien­ki, jak tan­cerz bre­ak­dan­ce pod­je­chał do musz­li klo­ze­to­wej i schwy­ciw­szy obu­rącz za jej kra­wę­dzie, zwy­mio­to­wał. Miał wra­że­nie, że wy­rzy­gał cały żo­łą­dek. Ale i wte­dy to się nie skoń­czy­ło. Na­gle zo­ba­czył Geo­r­ge’a Den­bro­ugh, tak jak­by go wi­dział wczo­raj – Geo­r­ge’a, od któ­re­go to wszyst­ko się za­czę­ło, któ­ry zo­stał za­mor­do­wa­ny je­sie­nią 1957 roku, któ­ry umarł tuż po po­wo­dzi, któ­re­mu wy­rwa­no ra­mię ze sta­wu.

Rich sta­rał się wy­ma­zać to wszyst­ko z pa­mię­ci. Ale cza­sa­mi te wspo­mnie­nia wra­ca­ły, o tak, wra­ca­ły, bo one cza­sa­mi wra­ca­ją. Spa­zmy mi­nę­ły i Rich się­gnął ręką na oślep w stro­nę spłucz­ki. Roz­legł się gło­śny szum wody. Jego wcze­sna ko­la­cja w po­sta­ci pod­grza­nej zupy spły­nę­ła do rury ście­ko­wej.

I do ka­na­łów. W któ­rych pa­no­wał mrok. Do ciem­nych, smro­dli­wych ka­na­łów.

Za­mknął kla­pę i oparł się o nią czo­łem, a po­tem za­czął pła­kać. Pła­kał pierw­szy raz od śmier­ci mat­ki w 1975 roku. Nie za­sta­na­wia­jąc się nad tym, co robi, przy­ło­żył dło­nie do oczu i chwi­lę po­tem szkła kon­tak­to­we, któ­re no­sił, zna­la­zły się w jego ręku, błysz­czą­ce od łez. Czter­dzie­ści mi­nut póź­niej, czu­jąc się pu­sty i ja­kimś dziw­nym tra­fem oczysz­czo­ny, wrzu­cił wa­liz­ki do ba­gaż­ni­ka swe­go MG i wy­pro­wa­dził wóz z ga­ra­żu. Ro­bi­ło się ciem­no. Spoj­rzał na swój dom oto­czo­ny świe­żą ro­ślin­no­ścią, na pla­żę i wodę, któ­ra przy­bra­ła bar­wę wy­bla­kłych szma­rag­dów, po­prze­ci­na­ną tu i ów­dzie wą­ski­mi zło­ci­sty­mi pa­sem­ka­mi, i ogar­nę­ło go prze­czu­cie, że już nig­dy tego nie zo­ba­czy, że jest już cho­dzą­cym tru­pem.

– Wra­cam do domu – wy­szep­tał do sie­bie Rich To­zier.

– Wra­cam do domu. Boże, do­po­móż mi, wra­cam do domu.

Wrzu­cił bieg i ru­szył. Raz jesz­cze dzi­wił się, z jaką ła­two­ścią zdo­łał prze­ci­snąć się przez szcze­li­nę w pan­ce­rzu ży­cia, któ­ry uwa­żał za moc­ny i nie­znisz­czal­ny. Jak ła­two było prze­mknąć na dru­gą stro­nę – prze­pły­nąć z błę­ki­tu w czerń. Z błę­ki­tu w czerń, tak. To było to. A po dru­giej stro­nie mógł się spo­dzie­wać prak­tycz­nie wszyst­kie­go.

3

Ben Han­scom wy­pi­ja drin­ka

Gdy­byś owe­go wie­czo­ru, 28 maja 1985 roku, chciał zna­leźć czło­wie­ka, któ­re­go ma­ga­zyn „Time” okre­ślał mia­nem „praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej obie­cu­ją­ce­go mło­de­go ar­chi­tek­ta w Sta­nach” (Ochro­na Ener­gii Miej­skiej i mło­dzi ra­dy­ka­ło­wie – „Time” 15 sierp­nia 1984 roku), mu­siał­byś wy­je­chać z Oma­ha na za­chód au­to­stra­dą mię­dzy­sta­no­wą nu­mer 80. Mu­siał­byś sko­rzy­stać z wy­jaz­du na Swe­dholm, a po­tem je­chać wzdłuż Hi­gh­way 81, do śród­mie­ścia Swe­dholm, któ­re jest nie­zbyt duże. Po­tem po­wi­nie­neś skrę­cić na Hi­gh­way 92 przy ba­rze Buc­ky’ego („Na­szą spe­cjal­no­ścią są pie­czo­ne kur­cza­ki”) i zna­la­zł­szy się za mia­stem, pruć śmia­ło aż do au­to­stra­dy nu­mer 63, któ­ra bie­gnie pro­sto jak strza­ła przez opusz­czo­ne mia­stecz­ko Ga­tlin, by w koń­cu do­pro­wa­dzić cię do He­ming­ford Home. Śród­mie­ście He­ming­ford Home spra­wia­ło, że przy nim Swe­dholm wy­glą­da­ło jak Nowy Jork; okręg han­dlo­wy skła­dał się tu z ośmiu bu­dyn­ków – pię­ciu po jed­nej stro­nie i trzech po dru­giej. Znaj­do­wa­ły się tam sa­lon fry­zjer­ski Kle­en Kut (w oknie wid­nie­je po­żół­kła kar­tecz­ka z wy­pi­sa­nym na niej od­ręcz­nie pięt­na­sto­let­nim tek­stem: „Je­śli je­steś hi­pem, strzyż się gdzie in­dziej”) i sta­re kino. Były tam fi­lia Ne­bra­ska Ho­me­ow­ners’ Bank, sta­cja ben­zy­no­wa, ap­te­ka i sklep Na­tio­nal Farm­ste­ad & Har­dwa­re Sup­ply, spo­śród któ­rych tyl­ko ten ostat­ni jako tako pro­spe­ro­wał.

Na sza­rym koń­cu tego cią­gu, nie­co z dala od po­zo­sta­łych bu­dyn­ków, ni­czym pa­rias stał ty­po­wy, zwy­czaj­ny przy­droż­ny bar – Czer­wo­ne Koło. Gdy­byś do­tarł aż tak da­le­ko, na par­kin­gu po­kry­tym dziu­ra­mi i ku­rzem do­strzegł­byś tak­że sta­re­go ca­dil­la­ca co­nver­ti­ble rocz­nik 1968, z po­dwój­ny­mi an­te­na­mi CB z tyłu. Na jego przed­niej ta­bli­cy re­je­stra­cyj­nej wid­niał cheł­pli­wy na­pis: „ca­dil­lac Bena”. A już we­wnątrz, gdy­byś pod­szedł do baru, na­tra­fił­byś na tego, kogo szu­kasz, czy­li wy­chu­dłe­go, ogo­rza­łe­go męż­czy­znę w ba­weł­nia­nej ko­szu­li, spra­nych dżin­sach i ro­bo­czych bu­tach. Na twa­rzy tego fa­ce­ta prócz ma­łych ku­rzych ła­pek w ką­ci­kach oczu nie za­uwa­żył­byś ani jed­nej zmarszcz­ki. Miał trzy­dzie­ści osiem lat, ale wy­glą­dał ja­kieś dzie­sięć lat mło­dziej.

– Wi­tam, pa­nie Han­scom – po­wie­dział Ric­ky Lee, kła­dąc na ba­rze pa­pie­ro­wą ser­wet­kę, gdy Ben usiadł. Ric­ky Lee spra­wiał wra­że­nie za­sko­czo­ne­go i tak było w isto­cie. Nig­dy do­tąd Han­scom nie po­ja­wił się w ba­rze w ty­go­dniu. Przy­cho­dził co pią­tek na dwa piwa i co so­bo­ta, kie­dy po­zwa­lał so­bie na dwa lub trzy piwa wię­cej. Za­wsze py­tał o trzech chło­pa­ków Ric­ky’ego Lee. I za­wsze gdy wy­cho­dził, zo­sta­wiał pięć do­lców na­piw­ku pod ku­flem. Na­le­żał do ulu­bio­nych klien­tów Ric­ky’ego Lee, któ­ry lu­bił z nim roz­ma­wiać i sza­no­wał go jako do­bre­go fa­chow­ca. Dzie­sięć do­la­rów ty­go­dnio­wo (i pięć­dzie­siąt­ka w okre­sie świąt, zo­sta­wia­na pod ku­flem w ba­rze) to było w sam raz, ale o wie­le bar­dziej li­czy­ła się tu sama obec­ność Han­sco­ma. Kul­tu­ral­ne to­wa­rzy­stwo za­wsze na­le­ża­ło do rzad­ko­ści, a już na ta­kim za­du­piu jak to było praw­dzi­wym skar­bem.

Choć ko­rze­nie Han­sco­ma się­ga­ły No­wej An­glii, a col­le­ge koń­czył w Ka­li­for­nii, miał w so­bie tro­chę wię­cej niż tyl­ko szczyp­tę ty­po­wo tek­sań­skiej eks­tra­wa­gan­cji. Ric­ky Lee li­czył na piąt­ko­we i so­bot­nie wi­zy­ty Han­sco­ma w ba­rze, bo prze­ko­nał się, że tam­ten jest nie­za­wod­ny. Pan Han­scom mógł bu­do­wać dra­pacz chmur w No­wym Jor­ku (miał już na kon­cie trzy bu­dyn­ki w mie­ście, o któ­rych się mó­wi­ło), nową ga­le­rię sztu­ki w Re­don­do Be­ach czy gmach han­dlo­wy w Salt Lake City, ale kie­dy przy­cho­dził w piąt­ko­wy wie­czór oko­ło ósmej, wpół do dzie­wią­tej, wcho­dził do baru tak non­sza­lanc­ko, jak ktoś, kto miesz­ka po dru­giej stro­nie mia­sta i zde­cy­do­wał się wpaść do knaj­py, bo aku­rat nie było nic cie­ka­we­go w te­le­wi­zji. Miał wła­sne­go le­ar­je­ta i pry­wat­ny pas star­to­wy na swo­jej far­mie w Jun­kins.

Przed dwo­ma laty był w Lon­dy­nie, naj­pierw pro­jek­to­wał, a po­tem nad­zo­ro­wał bu­do­wę no­we­go gma­chu BBC (w pra­sie bry­tyj­skiej do dziś trwa­ła za­żar­ta de­ba­ta na ten te­mat). Wy­mie­nio­no ostre za i prze­ciw. We­dług „Gu­ar­dia­na” był to „za­pew­ne naj­pięk­niej­szy bu­dy­nek, jaki wznie­sio­no w Lon­dy­nie w cią­gu ubie­głych dwu­dzie­stu lat”; dzien­ni­karz ga­ze­ty „Mir­ror” miał inne zda­nie: „Po­mi­ja­jąc twarz mo­jej te­ścio­wej po wyj­ściu na czwo­ra­kach z pubu, to naj­okrop­niej­sza rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem”.

Kie­dy Han­scom do­stał tę ro­bo­tę, Ric­ky Lee po­my­ślał: Cóż, może jesz­cze kie­dyś go zo­ba­czę. A może on po pro­stu o nas za­po­mni. I rze­czy­wi­ście, w piąt­ko­wy wie­czór, po tym jak Ben Han­scom wy­je­chał i wszel­ki ślad po nim za­gi­nął, Ric­ky Lee bez­sku­tecz­nie po­mię­dzy ósmą a dzie­wią­tą trzy­dzie­ści pa­trzył na otwie­ra­ją­ce się drzwi do baru. Może kie­dyś tu wró­ci.

„Kie­dyś” oka­za­ło się na­stęp­nym wie­czo­rem. Kwa­drans po dzie­wią­tej drzwi otwar­ły się i Ben Han­scom wszedł do środ­ka, ubra­ny w swo­je sta­re dżin­sy, pod­ko­szu­lek z na­pi­sem GO’BAMA i buty ro­bo­cze. Wy­glą­dał tak, jak­by w ogó­le nie wy­jeż­dżał z mia­sta. I kie­dy Ric­ky Lee nie­mal z ra­do­ścią za­wo­łał: „Hej, pa­nie Han­scom! Chry­ste! Co pan tu robi!”, Ben się zdzi­wił, jak­by to, że tu się zna­lazł, nie było ni­czym nie­zwy­kłym. Bądź co bądź pod­czas swej dwu­let­niej pra­cy dla BBC wpa­dał do baru re­gu­lar­nie co so­bo­ta. Jak po­wie­dział Ric­ky’emu Lee, każ­de­go so­bot­nie­go ran­ka o je­de­na­stej opusz­czał Lon­dyn na po­kła­dzie con­cor­de’a i lą­do­wał na lot­ni­sku Ken­ne­dy’ego w No­wym Jor­ku o dzie­sią­tej pięt­na­ście (czter­dzie­ści pięć mi­nut przed opusz­cze­niem Lon­dy­nu – przy­najm­niej zgod­nie ze wska­za­niem ze­gar­ka).

Tam cze­ka­ła już na nie­go li­mu­zy­na, aby za­brać go na lot­ni­sko Te­ter­bo­ro w New Jer­sey, i jaz­da ta w so­bot­ni ra­nek nie trwa­ła zwy­kle dłu­żej niż go­dzi­nę! Przed po­łu­dniem bez pro­ble­mów za­sia­dał w ka­bi­nie swe­go le­ara i o czter­na­stej trzy­dzie­ści lą­do­wał na pa­sie w Jun­kins. „Je­że­li pru­łeś na za­chód do­sta­tecz­nie szyb­ko – po­wie­dział Ric­ky’emu – mo­gło ci się wy­da­wać, że dzień trwa wiecz­nie”. Po­tem zwy­kle uci­nał so­bie dwu­go­dzin­ną drzem­kę, spę­dzał go­dzi­nę ze swo­im maj­strem, pół go­dzi­ny z se­kre­tar­ką, jadł ko­la­cję i szedł do baru na go­dzin­kę czy pół­to­rej. Za­wsze przy­cho­dził sam i za­wsze sam wy­cho­dził, choć Bóg je­den wie­dział, że w tej czę­ści Ne­bra­ski była cała masa ko­biet, któ­re da­ły­by wie­le, aby pójść z nim do łóż­ka. Po po­wro­cie na far­mę spał przez sześć go­dzin, a po­tem cały pro­ces po­wta­rzał się, tyle że w od­wrot­ną stro­nę. Wszy­scy go­ście Ric­ky’ego byli pod wra­że­niem, gdy słu­cha­li tej opo­wie­ści. „Może to pe­dał” po­wie­dzia­ła mu kie­dyś ja­kaś ko­bie­ta. Ric­ky Lee po­pa­trzył na nią tak­su­ją­co; przyj­rzał się jej sta­ran­nie uło­żo­nym wło­som, świet­nie skro­jo­nej kre­acji, któ­ra z pew­no­ścią po­cho­dzi­ła od jed­ne­go z bar­dziej zna­nych pro­jek­tan­tów mody, dia­men­to­wym kol­czy­kom w uszach i jej oczom i wie­dział, że mu­sia­ła po­cho­dzić ze Wscho­du – naj­praw­do­po­dob­niej z No­we­go Jor­ku. Za­pew­ne przy­je­cha­ła tu z wi­zy­tą do ro­dzi­ny albo sta­rej ko­le­żan­ki ze szko­ły i nie mo­gła się już do­cze­kać po­wro­tu do domu.

– Nie – od­rzekł – pan Han­scom nie jest cio­tą.

Wy­ję­ła pacz­kę do­la­rów z to­reb­ki i wło­żyw­szy pa­pie­ro­sa do ust, trzy­ma­ła go po­mię­dzy swy­mi błysz­czą­cy­mi czer­wie­nią war­ga­mi, cze­ka­jąc, aż poda jej ogień.

– Skąd pan wie? – spy­ta­ła, uśmie­cha­jąc się nie­znacz­nie.

– Po pro­stu wiem – od­parł. Wie­dział. Miał chęć jej po­wie­dzieć, że to naj­bar­dziej sa­mot­ny męż­czy­zna, ja­kie­go w ży­ciu spo­tkał. Ale nie po­wie­dział tego tej ko­bie­cie z No­we­go Jor­ku, któ­ra trak­to­wa­ła go jak jesz­cze jed­ną atrak­cję tu­ry­stycz­ną tu­tej­sze­go re­gio­nu.

Dziś wie­czo­rem Han­scom wy­glą­dał na po­bla­dłe­go i jak­by tro­chę za­kło­po­ta­ne­go.

– Czo­łem, Ric­ky Lee – po­wie­dział, sia­da­jąc, a po­tem za­czął przy­glą­dać się swo­im dło­niom.

Ric­ky Lee wie­dział, że Han­scom miał spę­dzić naj­bliż­sze sześć do ośmiu mie­się­cy w Co­lo­ra­do Springs, nad­zo­ru­jąc po­czą­tek bu­do­wy Mo­un­ta­in Sta­tes Cul­tu­ral Cen­ter – po­tęż­ne­go kom­plek­su sze­ściu bu­dyn­ków, któ­ry miał po­wstać w wy­cię­tym zbo­czu ska­li­ste­go wzgó­rza. „Kie­dy bę­dzie po wszyst­kim, lu­dzie będą mó­wi­li, że to wy­glą­da tak, jak­by dziec­ko ol­brzy­ma zo­sta­wi­ło na scho­dach po­rzu­co­ne za­baw­ki – po­wie­dział Ric­ky’emu Lee Ben Han­scom. – Nie­któ­rzy na pew­no tak po­wie­dzą i przy­najm­niej po czę­ści będą mie­li ra­cję. Ale my­ślę, że to za­dzia­ła. To naj­więk­sze przed­się­wzię­cie, ja­kie­go się pod­ją­łem, i zre­ali­zo­wa­nie go bę­dzie cho­ler­nie trud­ne, ale my­ślę, że po­win­no się udać”.

We­dług Ric­ky’ego Lee było bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że Han­scom cier­piał na ty­po­wy przy­pa­dek tre­my za­wo­do­wej. Nic w tym dziw­ne­go i, rzecz ja­sna, nic złe­go. Kie­dy sta­jesz się do­sta­tecz­nie duży, by zo­stać za­uwa­żo­nym, masz pra­wo się bać o swo­ją przy­szłość.

A może po pro­stu był cho­ry. Ostat­nio w oko­li­cy spo­ro lu­dzi skar­ży­ło się na róż­ne do­le­gli­wo­ści. Ric­ky Lee wy­jął spod baru ku­fel i się­gnął ręką w stro­nę kur­ka olym­pii.

– Nie rób tego, Ric­ky Lee.

Ric­ky Lee od­wró­cił się, za­sko­czo­ny, a kie­dy Ben Han­scom uniósł wzrok znad swo­ich rąk, po­czuł, że ogar­nia go prze­ra­że­nie. Bo Bena Han­sco­ma nie drę­czy­ła tre­ma ani żad­ne cho­rób­sko. Nic z tych rze­czy. Wy­glą­dał, jak­by przy­da­rzy­ło mu się coś strasz­ne­go, i pró­bo­wał zro­zu­mieć, co się wła­ści­wie sta­ło.

Ktoś umarł. Nie jest żo­na­ty, ale każ­dy czło­wiek ma ro­dzi­nę i wy­glą­da na to, że je­den z jego bli­skich wła­śnie gry­zie zie­mię. Tak. To na pew­no to. Bez dwóch zdań.

Któ­ryś z go­ści wrzu­cił ćwierć­do­la­rów­kę do sza­fy gra­ją­cej i Bar­ba­ra Man­drell za­czę­ła śpie­wać o pi­ja­nym męż­czyź­nie i sa­mot­nej ko­bie­cie.

– Do­brze się pan czu­je, pa­nie Han­scom?

Ben Han­scom spoj­rzał na Ric­ky’ego Lee oczy­ma, któ­re na­gle wy­glą­da­ły dzie­sięć – nie, dwa­dzie­ścia lat sta­rzej niż resz­ta jego twa­rzy, i Ric­ky Lee ze zdzi­wie­niem spo­strzegł, że wło­sy Han­sco­ma po­kry­te były nit­ka­mi si­wi­zny. Nig­dy do­tąd nie za­uwa­żył u nie­go si­wych wło­sów.

Han­scom się uśmiech­nął. Uśmiech był upior­ny, prze­ra­ża­ją­cy. Jak uśmiech tru­pa.

– Nie są­dzę, Ric­ky Lee. Nie. Nie dzi­siaj. I chy­ba już nig­dy nie będę się do­brze czuł.

Ric­ky Lee od­sta­wił ku­fel i pod­szedł do miej­sca, gdzie sie­dział Han­scom. Bar, jak zwy­kle w po­nie­dział­ko­wy wie­czór po se­zo­nie, świe­cił pust­ka­mi. Znaj­do­wa­ło się w nim za­le­d­wie dwu­dzie­stu klien­tów. An­nie sie­dzia­ła przy drzwiach w kuch­ni, gra­jąc w kar­ty z ku­cha­rzem.

– Złe wie­ści, pa­nie Han­scom?

– O tak, złe wie­ści. Złe wie­ści z domu. – Spoj­rzał na Ric­ky’ego Lee. Pa­trzył wprost na nie­go.

– Przy­kro mi to sły­szeć, pa­nie Han­scom.

– Dzię­ku­ję, Ric­ky Lee.

Za­milkł i Ric­ky Lee już chciał za­py­tać, czy mógł­by coś dla nie­go zro­bić, gdy Han­scom po­wie­dział:

– Jaką masz tu whi­sky, Ric­ky Lee?

– Dla wszyst­kich in­nych, któ­rzy tu przy­cho­dzą, four ro­ses – od­parł Ric­ky Lee. – Ale my­ślę, że dla pana znaj­dzie się odro­bi­na wild tur­key.

Han­scom, sły­sząc to, uśmiech­nął się pod no­sem.

– Miło mi to sły­szeć, Ric­ky Lee. Daj tu ten ku­fel. I na­lej mi do nie­go wild tur­key. Do peł­na.

– Do peł­na? – spy­tał za­sko­czo­ny Ric­ky Lee. – Chry­ste, będę mu­siał pana stąd wy­no­sić albo we­zwać am­bu­lans!

– Nie dziś – od­parł Han­scom. – Nie są­dzę.

Ric­ky Lee z uwa­gą spoj­rzał Han­sco­mo­wi w oczy, jak­by chciał się prze­ko­nać, że tam­ten nie żar­tu­je, i nie za­ję­ło mu to wię­cej niż se­kun­dę. Nie. Ben Han­scom nie żar­to­wał. Ric­ky wy­jął zza baru ku­fel i wy­jął z pół­ki pod bar­kiem bu­tel­kę wild tur­key. Szyj­ka bu­tel­ki za­brzę­cza­ła o brzeg ku­fla, kie­dy za­czął go na­peł­niać. Pa­trzył wbrew so­bie z fa­scy­na­cją, jak whi­sky wle­wa się do ku­fla. Ric­ky Lee uznał, że Ben Han­scom miał w so­bie wię­cej niż tyl­ko szczyp­tę Tek­sań­czy­ka. To mu­sia­ła być naj­więk­sza pie­przo­na por­cja whi­sky, jaką po­dał w ży­ciu.

I wąt­pił, czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek bę­dzie miał oka­zję po­wtó­rzyć ten wy­czyn. Kur­wa. Przyj­dzie mi wzy­wać po­go­to­wie. Jak to wy­pi­je, to ani chy­bi wy­zio­nie du­cha. Mimo to jed­nak wy­peł­nił, jak na­le­ży, swo­ją po­win­ność i po­sta­wił ku­fel przed Han­sco­mem. Kie­dyś oj­ciec po­wie­dział mu, że je­śli fa­cet jest przy zdro­wych zmy­słach, po­wi­nien do­stać to, cze­go chce, na­wet gdy­by to miał być ku­fel szczyn czy tru­ci­zny. Ric­ky nie wie­dział, czy to była do­bra, czy zła rada, ale zda­wał so­bie spra­wę, że do­pó­ki bar sta­no­wił jego je­dy­ne źró­dło utrzy­ma­nia, oj­cow­skie sło­wa były le­kar­stwem na żar­łocz­ne ni­czym rak wy­rzu­ty su­mie­nia. Han­scom przez dłu­gą chwi­lę przy­glą­dał się w za­my­śle­niu sto­ją­ce­mu przed nim ma­mu­cie­mu drin­ko­wi, a po­tem za­py­tał:

– Ile ci je­stem za to wi­nien, Ric­ky Lee?

Ric­ky Lee wol­no po­krę­cił gło­wą, wpa­tru­jąc się w ku­fel; nie chciał unieść wzro­ku i spoj­rzeć w nie­wi­dzą­ce, jak­by za­my­ślo­ne oczy tam­te­go.

– To na koszt fir­my.

Han­scom po­now­nie się uśmiech­nął – tym ra­zem bar­dziej na­tu­ral­nie.

– Wo­bec tego dzię­ku­ję, Ric­ky Lee. A te­raz po­ka­żę ci coś, cze­go się na­uczy­łem w Peru w ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym ósmym roku. Pra­co­wa­łem wte­dy z nie­ja­kim Fran­kiem Bil­ling­sem, mógł­byś po­wie­dzieć, że go du­blo­wa­łem. Frank Bil­lings był, jak są­dzę, naj­lep­szym pier­do­lo­nym ar­chi­tek­tem na świe­cie. Zła­pał go­rącz­kę i le­ka­rze za­czę­li go szpry­co­wać całą masą an­ty­bio­ty­ków, ale to nie skut­ko­wa­ło. Cho­ro­wał przez dwa ty­go­dnie, a po­tem umarł. A te­raz po­ka­żę ci coś, cze­go na­uczy­łem się od In­dian, któ­rzy pra­co­wa­li nad tam­tej­szym pro­jek­tem. Woda ogni­sta, jaką się tam pija, to na­praw­dę moc­ny tru­nek. Po­cią­gniesz łyk i już my­ślisz, że to nic ta­kie­go, kie­dy na­gle czu­jesz, jak­by ktoś wci­snął ci do ust pal­nik ace­ty­le­no­wy i od­krę­cił ku­rek na peł­ną moc. Ale In­dia­nie piją to jak coca-colę i rzad­ko kie­dy wi­dzia­łem, żeby któ­ryś z nich był za­la­ny, a już nig­dy nie za­uwa­ży­łem, aby kto­kol­wiek spo­śród nich miał kaca. Nig­dy do­tąd tego nie pró­bo­wa­łem. Ale my­ślę, że dziś to zro­bię. Przy­nieś mi parę pla­ster­ków cy­try­ny, pro­szę.

Ric­ky Lee przy­niósł mu czte­ry i po­ło­żył na świe­żej ser­wet­ce tuż obok ku­fla peł­ne­go whi­sky. Han­scom wziął do ręki je­den z nich, od­chy­lił gło­wę do tyłu jak czło­wiek, któ­ry za­kra­pia so­bie oczy, a po­tem za­czął wy­ci­skać sok cy­try­no­wy do pra­wej dziur­ki od nosa.

– Je­zus Ma­ria! – krzyk­nął prze­ra­żo­ny Ric­ky Lee.

Gar­dło Han­sco­ma za­czę­ło pra­co­wać. Jego po­licz­ki po­kra­śnia­ły… a po­tem Ric­ky Lee zo­ba­czył łzy spły­wa­ją­ce po bo­kach jego twa­rzy w stro­nę uszu. Z sza­fy gra­ją­cej do­bie­ga­ły dźwię­ki pio­sen­ki w wy­ko­na­niu ze­spo­łu Spin­ners. „O Pa­nie, po pro­stu nie wiem, ile dam jesz­cze radę wy­trzy­mać”, śpie­wał ze­spół.

Han­scom na oślep się­gnął ręką w stro­nę bla­tu baru, od­na­lazł pal­ca­mi dru­gi ka­wa­łek cy­try­ny i wy­ci­snął sok do dru­giej dziur­ki.

– Pan się, kur­wa, za­bi­je – wy­szep­tał Ric­ky Lee. Han­scom rzu­cił oba wy­ci­śnię­te pla­ster­ki cy­try­ny na blat baru.

Miał za­czer­wie­nio­ne oczy i od­dy­chał spa­zma­tycz­nie. Z obu jego noz­drzy ście­kał czy­sty sok cy­try­ny, spły­wa­jąc w stro­nę ką­ci­ków ust. Się­gnął po ku­fel, uniósł go i wy­pił jed­ną trze­cią za­war­to­ści.

Ric­ky Lee ni­czym ska­mie­nia­ły pa­trzył, jak jego grdy­ka uno­si­ła się i ryt­micz­nie opa­da­ła. Han­scom od­sta­wił ku­fel, wzdry­gnął się dwu­krot­nie, a po­tem ski­nął gło­wą. Spoj­rzał na Ric­ky’ego Lee i uśmiech­nął się sła­biut­ko. Jego oczy nie były już czer­wo­ne.

– Dzia­ła do­kład­nie tak, jak mó­wi­li. Je­steś tak cho­ler­nie za­ję­ty tym, co się dzie­je z two­im no­sem, że w ogó­le nie zda­jesz so­bie spra­wy z tego, co prze­pły­wa ci przez gar­dło.

– Pan osza­lał, pa­nie Han­scom – po­wie­dział Ric­ky Lee.

– Mo­żesz się za­ło­żyć o swo­je fu­tro – od­parł Ben Han­scom.

– Pa­mię­tasz to, Ric­ky Lee? Mó­wi­li­śmy tak, gdy by­li­śmy dzieć­mi. „Mo­żesz się za­ło­żyć o swo­je fu­tro”. Czy wspo­mi­na­łem ci już kie­dyś, że by­łem gru­by?

– Nie, pro­szę pana, nig­dy – wy­szep­tał Ric­ky Lee. Był te­raz prze­ko­na­ny, że Han­scom otrzy­mał prze­ra­ża­ją­cą wia­do­mość, któ­ra nie­omal do­pro­wa­dzi­ła go do obłę­du, a w każ­dym ra­zie chwi­lo­wo po­zba­wi­ła zdro­wych zmy­słów.

– By­łem praw­dzi­wym gru­ba­sem. Nig­dy nie gra­łem w ba­se­ball ani w ko­sza, za­wsze, kie­dy ba­wi­li­śmy się w ber­ka, ła­pa­li mnie pierw­sze­go i wy­śmie­wa­li się ze mnie. Po­śmie­wi­sko. By­łem gru­by, o tak, praw­dzi­wy tłu­ścioch. W moim ro­dzin­nym mie­ście miesz­ka­ło paru chło­pa­ków, któ­rzy sta­le się ze mnie na­bi­ja­li. Je­den chło­pak na­zy­wał się Re­gi­nald Hug­gins, tyl­ko że wszy­scy mó­wi­li na nie­go Belch, bo za­wsze gło­śno mu się od­bi­ja­ło. Dru­gi na­zy­wał się Vic­tor Criss. Pa­mię­tam jesz­cze paru in­nych. Ale naj­gor­szy z nich był Hen­ry Bo­wers. Praw­dzi­wy świr. Szef ca­łej tej ban­dy. Na­praw­dę obrzy­dli­wy chło­pak, na wskroś prze­siąk­nię­ty złem. I ja nie by­łem je­dy­nym, któ­re­go prze­śla­do­wał. Mój kło­pot po­le­gał na tym, że nie po­tra­fi­łem ucie­kać rów­nie szyb­ko jak po­zo­sta­li.

Han­scom roz­piął ko­szu­lę i roz­chy­lił ją. Ric­ky Lee zo­ba­czył na brzu­chu Bena Han­sco­ma, tuż nad pęp­kiem, dziw­ną, krę­tą bli­znę. Była po­fał­do­wa­na, bia­ła i sta­ra. Zo­ba­czył, że to li­te­ra. Ktoś wy­ciął Han­sco­mo­wi na brzu­chu li­te­rę H – praw­do­po­dob­nie na dłu­go przed­tem, za­nim stał się męż­czy­zną.

– Hen­ry Bo­wers mi to zro­bił. Ja­kieś ty­siąc lat temu. Mam szczę­ście, że nie zdą­żył mi wy­ciąć ca­łe­go swo­je­go imie­nia i na­zwi­ska.

– Pa­nie Han­scom…

Han­scom wziął do rąk dwa po­zo­sta­łe ka­wał­ki cy­try­ny, od­chy­lił gło­wę do tyłu, a po­tem użył ich jak kro­pli do nosa. Otrzą­snął się gwał­tow­nie, odło­żył je na bok i po­cią­gnął dwa spo­re łyki z ku­fla. Po­now­nie się wzdry­gnął, a po­tem, ma­jąc przez cały czas za­mknię­te oczy, schwy­cił obu­rącz za mięk­ko obi­tą kra­wędź baru. Po­zo­sta­wał przez chwi­lę w tej po­zy­cji, jak ma­ry­narz na ża­glów­ce tar­ga­nej sztor­mem trzy­ma­ją­cy się kur­czo­wo bur­ty łód­ki. Po­tem otwo­rzył oczy i uśmiech­nął się do Ric­ky’ego Lee.

– Mógł­bym do­sia­dać tego byka przez całą noc.

– Pa­nie Han­scom, nie chciał­bym, żeby pan to ro­bił jesz­cze raz – rzekł ner­wo­wo Ric­ky Lee.

An­nie po­de­szła z tacą do sta­no­wi­ska kel­ne­rek i za­mó­wi­ła parę mil­le­rów, Ric­ky Lee wy­jął je i po­dał jej. Nogi miał mięk­kie jak z gumy.

– Czy z pa­nem Han­sco­mem wszyst­ko w po­rząd­ku, Ric­ky Lee? – spy­ta­ła An­nie.

Pa­trzy­ła w dal za Ric­kym, któ­ry od­wró­cił się, by po­dą­żyć za nią wzro­kiem. Han­scom na­chy­lił się nad ba­rem i wyj­mo­wał z pusz­ki pla­ster­ki cy­try­ny.

– Nie wiem – po­wie­dział. – Nie są­dzę.

– No to wyj­mij pa­lec z dupy i zrób z tym coś. – An­nie po­dob­nie jak więk­szość in­nych ko­biet lu­bi­ła Bena Han­sco­ma.

– Nie wiem, czy po­wi­nie­nem. Mój tata za­wsze mó­wił, że je­że­li czło­wiek jest przy zdro­wych zmy­słach…

– Twój tata miał mózg mniej­szy od tego, jaki Bóg dał su­sło­wi – od­par­ła An­nie. – Pie­przyć two­je­go sta­re­go. Mu­sisz to skoń­czyć, Ric­ky Lee. On się za­bi­je.

I otrzy­maw­szy taki roz­kaz, Ric­ky Lee pod­szedł do miej­sca, gdzie sie­dział Ben Han­scom.

– Pa­nie Han­scom, na­praw­dę wy­da­je mi się, że już dość… Han­scom od­chy­lił gło­wę do tyłu. Wy­ci­snął cy­try­nę. Tym ra­zem wcią­gnął sok do nosa, jak­by to była ko­ka­ina. A po­tem wy­pił whi­sky jak wodę. Spoj­rzał po­nu­ro na Ric­ky’ego Lee.

– Ale dra­ka, co za kla­pa, ban­da ska­cze po ka­na­pach – po­wie­dział, a po­tem wy­buch­nął śmie­chem. W ku­flu zo­sta­ło nie wię­cej niż dwa cale al­ko­ho­lu.

– Wy­star­czy. Już dość – po­wtó­rzył Ric­ky Lee i wy­cią­gnął rękę w stro­nę ku­fla.

Han­scom od­su­nął go na bok.

– Co się sta­ło, już się nie od­sta­nie, Ric­ky Lee. Po­wsta­łych szkód już nie moż­na usu­nąć. Nie moż­na.

– Pa­nie Han­scom, pro­szę.

– Mam coś dla two­ich dzie­ci, Ric­ky Lee. Niech to szlag, o mały włos bym za­po­mniał!

Miał na so­bie wy­bla­kłą dżin­so­wą ka­mi­zel­kę. Ric­ky Lee usły­szał stłu­mio­ny brzęk.

– Mój tata umarł, kie­dy mia­łem czte­ry lata – po­wie­dział Han­scom. Jego głos nie był ani tro­chę nie­wy­raź­ny. – Zo­sta­wił nam tro­chę dłu­gów i to. Chcę, że­byś dał je swo­im dzie­cia­kom, Ric­ky Lee.

Po­ło­żył na ba­rze trzy srebr­ne do­la­rów­ki, mo­ne­ty błysz­cza­ły w mdła­wym świe­tle. Ric­ky Lee wstrzy­mał od­dech.

– To bar­dzo miłe z pana stro­ny, pa­nie Han­scom, ale ja nie mógł­bym…

– Były czte­ry, ale da­łem jed­ną Bil­lo­wi Ją­ka­le i in­nym. Bill Ją­ka­ła, tak go na­zy­wa­li­śmy, po­dob­nie jak mó­wi­li­śmy za­wsze: „Mo­żesz się za­ło­żyć o swo­je fu­tro”. Był jed­nym z naj­lep­szych przy­ja­ciół, ja­kich kie­dy­kol­wiek mia­łem. Wiesz, mia­łem ich kil­ku, na­wet taki mały gru­bas jak ja mie­wał przy­ja­ciół. Bill Ją­ka­ła jest te­raz pi­sa­rzem.

Ric­ky Lee le­d­wo go sły­szał. Pa­trzył na mo­ne­ty z fa­scy­na­cją w oczach: 1921,1923 i 1924 rok. Bóg je­den wie, ile te­raz były war­te, i to tyl­ko pod wzglę­dem za­war­to­ści sre­bra.

– Nie mógł­bym… – za­czął po­now­nie.

– Na­le­gam. – Pan Han­scom wziął do ręki ku­fel i opróż­nił go. Po­wi­nien już le­żeć pod ba­rem, nie­przy­tom­ny, a przez cały czas wpa­try­wał się w Ric­ky’ego Lee. Oczy Bena Han­sco­ma były wod­ni­ste i bar­dzo prze­krwio­ne, ale Ric­ky mógł przy­siąc na wszel­kie świę­to­ści, na­wet na Bi­blię, że były to oczy czło­wie­ka trzeź­we­go.

– Prze­ra­ża mnie pan tro­chę, pa­nie Han­scom.

Przed dwo­ma laty do Czer­wo­ne­go Koła za­wi­tał nie­ja­ki Gre­sham Ar­nold, zna­ny tu­tej­szy pi­ja­czy­na. Miał przy so­bie garść dwu­dzie­sto­pię­cio­cen­tó­wek i bank­not dwu­dzie­sto­do­la­ro­wy wci­śnię­ty za opa­skę ka­pe­lu­sza. Wrę­czył drob­ne An­nie, in­stru­ując ją, by wrzu­ca­ła je do sza­fy gra­ją­cej po czte­ry sztu­ki. Dwu­dziest­kę po­ło­żył na ba­rze i po­wie­dział, że sta­wia wszyst­kim ko­lej­kę.

Gre­sham Ar­nold, przy­ja­cie­lu, przed laty był gwiaz­dą ko­szy­ków­ki dru­ży­ny He­ming­ford Rams i po­pro­wa­dził ją do pierw­sze­go (i naj­praw­do­po­dob­niej ostat­nie­go) mi­strzo­stwa w roz­gryw­kach li­ce­al­nych. To było w 1961 roku. Zda­wać by się mo­gło, że ów mło­dy czło­wiek miał przed sobą pięk­ną przy­szłość. Jed­nak­że już w pierw­szym se­me­strze wy­la­no go z uczel­ni, co było wy­ni­kiem bra­nia przez nie­go nar­ko­ty­ków, nad­uży­wa­nia al­ko­ho­lu i urzą­dza­nia ca­ło­noc­nych li­ba­cji.

Wró­cił do domu, na­pra­wił żół­te­go ca­dil­la­ca co­nver­ti­ble’a, któ­re­go otrzy­mał od ro­dzi­ców na ko­niec szko­ły, i za­czął pra­co­wać u swe­go ojca jako ko­mi­wo­ja­żer. Mi­nę­ło pięć lat. Oj­ciec nie chciał go wy­lać z ro­bo­ty, więc osta­tecz­nie zwi­nął in­te­res i wy­niósł się do Ari­zo­ny prze­ra­żo­ny wi­do­kiem nie­wy­tłu­ma­czal­nej i naj­wy­raź­niej nie­od­wra­cal­nej de­ge­ne­ra­cji wła­sne­go po­tom­ka. In­te­res na­le­żał jesz­cze do jego sta­re­go, a Ar­nold przy­najm­niej sta­rał się uda­wać, że pra­cu­je, i usi­ło­wał wal­czyć ze swo­im al­ko­ho­li­zmem. Po­tem pod­dał się kom­plet­nie. Może i był pod­łym fa­ce­tem, ale tego wie­czo­ru był sło­dziut­ki jak cu­kie­rek, w ba­rze po­sta­wił wszyst­kim ko­lej­kę i po­dzię­ko­wa­no mu za to nad wy­raz cie­pło, a An­nie pusz­cza­ła raz za ra­zem pio­sen­ki Moe Ban­dy, bo Gre­sham Ar­nold lu­bił Moe Ban­dy.

Sie­dział przy ba­rze, na stoł­ku, któ­ry te­raz zaj­mo­wał Han­scom (co Ric­ky Lee uświa­do­mił so­bie z na­ra­sta­ją­cym uczu­ciem nie­po­ko­ju), wy­pił trzy czy czte­ry bo­ur­bo­ny, śpie­wał ra­zem z ze­spo­łem, nie spra­wiał kło­po­tów, a kie­dy Ric­ky Lee za­mknął lo­kal, po­szedł do domu, a tam, w swo­jej sy­pial­ni na pię­trze, po­wie­sił się, przy­mo­co­waw­szy pa­sek do drąż­ka w sza­fie. Tego wie­czo­ru oczy Gre­sha­ma Ar­nol­da wy­glą­da­ły nie­mal tak, jak w tej chwi­li oczy pana Han­sco­ma.

– Prze­ra­żam cię? – spy­tał Han­scom, a jego oczy ani na chwi­lę nie od­ry­wa­ły się od oczu Ric­ky’ego Lee. Od­su­nął od sie­bie ku­fel, a po­tem splótł dło­nie na wprost le­żą­cych na bla­cie baru trzech do­la­ró­wek.

– Praw­do­po­dob­nie tak. Ale nie je­steś na­wet w czę­ści tak prze­ra­żo­ny jak ja, Ric­ky Lee. I módl się, abyś nig­dy nie był.

– Ale co się sta­ło? – spy­tał Ric­ky Lee. – Może… – Ob­li­zał usta. – Może zdo­łał­bym panu po­móc.

– Co się sta­ło? – Ben Han­scom wy­buch­nął śmie­chem. – No cóż, nie­wie­le. Dziś wie­czo­rem otrzy­ma­łem te­le­fon od mo­je­go sta­re­go przy­ja­cie­la, Mike’a Han­lo­na. W ogó­le o nim za­po­mnia­łem, Ric­ky Lee, ale nie o to cho­dzi. Nie to mnie prze­ra­zi­ło. Praw­dę mó­wiąc, kie­dy się zna­li­śmy, by­li­śmy jesz­cze dzieć­mi, a dzie­cia­ki za­po­mi­na­ją o róż­nych rze­czach, nie­praw­daż? „Mo­żesz się za­ło­żyć o swo­je fu­tro”. Prze­ra­że­nie ogar­nę­ło mnie w dro­dze do baru, kie­dy to uświa­do­mi­łem so­bie, że za­po­mnia­łem nie tyl­ko o Mike’u, ale i o wszyst­kim, co wią­za­ło się z moim dzie­ciń­stwem.

Ric­ky Lee tyl­ko na nie­go spoj­rzał. Nie miał po­ję­cia, o czym mó­wił Han­scom, ale czuł, że tam­ten był na­praw­dę prze­ra­żo­ny. To nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści. W przy­pad­ku Bena Han­sco­ma wy­glą­da­ło to śmiesz­nie, ale tak wła­śnie było.

– Chcę przez to po­wie­dzieć, że za­po­mnia­łem ab­so­lut­nie wszyst­ko.

– Dla pod­kre­śle­nia tych słów stuk­nął lek­ko parę razy kost­ka­mi pal­ców w blat baru. – Czy sły­sza­łeś kie­dyś, Ric­ky Lee, żeby ktoś miał tak to­tal­ną amne­zję, że sam nie pa­mię­tał o tej amne­zji?

Ric­ky Lee po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– Ja rów­nież. Ale tak wła­śnie było. Je­cha­łem tu i na­gle zda­łem so­bie z tego spra­wę. Jak­bym do­stał obu­chem w gło­wę. Przy­po­mnia­łem so­bie Mike’a Han­lo­na tyl­ko dla­te­go, że do mnie za­dzwo­nił. I przy­po­mnia­łem so­bie Der­ry dla­te­go, że stam­tąd te­le­fo­no­wał.

– Der­ry?

– Ale to wy­star­czy­ło. To było wszyst­ko. Zda­łem so­bie na­gle spra­wę, że nie my­śla­łem o swo­im dzie­ciń­stwie od… od… sam już nie wiem od jak daw­na. I wła­śnie wte­dy, jak na za­wo­ła­nie, wspo­mnie­nia za­czę­ły po­wra­cać. Jak to, co się sta­ło z czwar­tą do­la­rów­ką.

– Co pan z nią zro­bił, pa­nie Han­scom?

Han­scom spoj­rzał na ze­ga­rek i na­gle ze­śli­zgnął się ze stoł­ka. Za­chwiał się lek­ko – pra­wie nie­zau­wa­żal­nie. Tyl­ko tyle.

– Nie mam cza­su do stra­ce­nia. Od­la­tu­ję dziś w nocy.

Ric­ky Lee spra­wiał wra­że­nie za­nie­po­ko­jo­ne­go, ale Han­scom je­dy­nie się ro­ze­śmiał.

– Od­la­tu­ję, ale nie będę pi­lo­to­wał sa­mo­lo­tu. Nie tym ra­zem. Lecę ma­szy­ną Uni­ted Air­li­nes, Ric­ky Lee.

– Och. – Wy­da­wa­ło mu się, że na jego twa­rzy po­ja­wił się wy­raz ulgi, ale wca­le się tym nie prze­jął. – A do­kąd się pan wy­bie­ra?

Han­scom wciąż jesz­cze miał roz­pię­tą ko­szu­lę. Pa­trzył z za­my­śle­niem na na­brzmia­łe bia­łe li­nie sta­rej bli­zny na brzu­chu, a po­tem wol­no za­czął za­pi­nać gu­zi­ki.

– Wy­da­wa­ło mi się, że już ci to po­wie­dzia­łem, Ric­ky. Do domu. Wy­bie­ram się do domu. Daj te mo­ne­ty swo­im dzie­cia­kom.

Ru­szył w stro­nę drzwi i coś w spo­so­bie, w jaki szedł i pod­cią­gnął spodnie, prze­ra­zi­ło Ric­ky’ego Lee. Po­do­bień­stwo do zmar­łe­go i ogól­nie nie­opła­ki­wa­ne­go Gre­sha­ma Ar­nol­da sta­ło się na­gle tak ab­so­lut­ne, że nie­mal od­niósł wra­że­nie, jak­by zo­ba­czył du­cha.

– Pa­nie Han­scom! – za­wo­łał przej­mu­ją­cym to­nem.

Han­scom od­wró­cił się, a Ric­ky Lee cof­nął się o krok. Rąb­nął po­ślad­ka­mi w tyl­ną szaf­kę baru i kie­dy bu­tel­ki ude­rzy­ły o sie­bie, roz­le­gło się gło­śne brzęk­nię­cie szkła. Cof­nął się tak gwał­tow­nie, bo na­gle ogar­nę­ło go prze­ko­na­nie, że Ben Han­scom był mar­twy. Tak, Ben Han­scom le­żał gdzieś, w ja­kimś miej­scu – ro­wie, na pod­da­szu swe­go domu albo co bar­dziej praw­do­po­dob­ne, w sza­fie, z za­dzierz­gnię­tą na szyi pę­tlą z wła­sne­go pa­ska i no­ga­mi w kow­boj­skich bu­tach za czte­ry­sta do­la­rów, zwi­sa­ją­cy­mi cal czy dwa nad pod­ło­gą, a ta po­stać, ta isto­ta sto­ją­ca opo­dal sza­fy gra­ją­cej i pa­trzą­ca na nie­go, była tyl­ko du­chem. Przez chwi­lę – to trwa­ło tyl­ko uła­mek se­kun­dy, ale wy­star­czy­ło w zu­peł­no­ści, aby spo­wić jego ser­ce po­wło­ką lodu – miał wra­że­nie, że wi­dzi sto­ły i krze­sła znaj­du­ją­ce się za ple­ca­mi tam­te­go, jak­by Ben Han­scom był prze­zro­czy­sty.

– O co cho­dzi, Ric­ky Lee?

– N-n-nie. N-n-nic.

Ben Han­scom pa­trzył na Ric­ky’ego Lee pod­krą­żo­ny­mi oczy­ma. Jego po­licz­ki pło­nę­ły od al­ko­ho­lu, a nos był czer­wo­ny i po­draż­nio­ny.

– Nic – wy­szep­tał raz jesz­cze Ric­ky Lee, ale nie mógł ode­rwać wzro­ku od tej twa­rzy, twa­rzy czło­wie­ka, któ­ry umarł w śmier­tel­nym grze­chu, a te­raz sta­je przed dy­mią­cy­mi i roz­pa­lo­ny­mi wro­ta­mi pie­kła.

– By­łem gru­by i by­li­śmy bied­ni – rzekł Ben Han­scom. – Te­raz to so­bie przy­po­mi­nam. Nie pa­mię­tam tego zbyt do­brze, ale albo Be­ver­ly, albo Bill Ją­ka­ła, w każ­dym ra­zie któ­reś z nich ura­to­wa­ło mi ży­cie za po­mo­cą srebr­nej do­la­rów­ki. Je­stem tak prze­ra­żo­ny, że nie­mal tra­cę zmy­sły i boję się tego, co mogę so­bie przy­po­mnieć, za­nim ta noc do­bie­gnie koń­ca, ale mój strach nie ma tu nic do rze­czy, bo to i tak na­stą­pi. Wspo­mnie­nia są we mnie, jak wiel­ki bą­bel na­ra­sta­ją­cy we­wnątrz umy­słu. Mu­szę tam po­je­chać i zro­bię to, bo wszyst­ko, co kie­dy­kol­wiek uda­ło mi się zdzia­łać, i to, czym dys­po­nu­ję dziś, jest w ja­kiś spo­sób zwią­za­ne z tym, co sta­ło się przed laty, z tym, co wów­czas zro­bi­li­śmy, a za­wsze na­le­ży spła­cać swo­je dłu­gi wo­bec świa­ta. Może to dla­te­go Bóg każe nam być naj­pierw dzieć­mi, znaj­do­wać się ni­sko, przy zie­mi, bo on wie, że każ­da pro­sta lek­cja, jaką otrzy­mu­jesz w ży­ciu, wią­że się zwy­kle z upad­kiem, bó­lem i krwa­wie­niem. Jak się nie prze­wró­cisz, to się nie na­uczysz. Za wszyst­ko trze­ba pła­cić i za­wsze do­sta­jesz to, za co za­pła­ci­łeś… i prę­dzej czy póź­niej to, co do cie­bie na­le­ży, wró­ci do cie­bie, czy tego chcesz czy nie.

– Ale przy­le­ci pan jesz­cze w tym ty­go­dniu, praw­da? Jesz­cze w ten week­end? – spy­tał Ric­ky Lee, mimo że usta mu zdrę­twia­ły. Ogar­nię­ty co­raz więk­szym nie­po­ko­jem nie mógł się zdo­być na nic in­ne­go.

– Wró­ci pan w ten week­end, jak za­wsze, praw­da?

– Nie wiem – od­parł Han­scom i uśmiech­nął się w spo­sób przy­pra­wia­ją­cy o dreszcz zgro­zy. – Tym ra­zem wy­bie­ram się da­lej niż do Lon­dy­nu, Ric­ky Lee.

– Pa­nie Han­scom…

– Daj te mo­ne­ty swo­im dzie­cia­kom – po­wtó­rzył i wy­szedł w mrok nocy.

– Co, do dia­bła? – spy­ta­ła An­nie, ale Ric­ky Lee cał­kiem ją zi­gno­ro­wał. Pod­niósł kla­pę w ba­rze i pod­biegł do okna wy­cho­dzą­ce­go na par­king. Zo­ba­czył, że świa­tła ca­dil­la­ca Bena Han­sco­ma zo­sta­ły włą­czo­ne i usły­szał od­głos za­pusz­cza­ne­go sil­ni­ka. Wóz wy­je­chał z par­kin­gu, wzbi­ja­jąc spod tyl­nych kół fon­tan­ny pia­sku i ku­rzu. Tyl­ne świa­tła zmniej­szy­ły się, aby stać się drob­ny­mi krwa­wy­mi punk­ci­ka­mi, kie­dy sa­mo­chód wje­chał na au­to­stra­dę nu­mer 63, a noc­ny wiatr roz­wiał cią­gną­cą się za nim chmu­rę ku­rzu.

– Tyle wy­pił, a ty po­zwo­li­łeś mu wsiąść do sa­mo­cho­du i od­je­chać – po­wie­dzia­ła An­nie. – Po pro­stu świet­nie, Ric­ky Lee. Sze­ro­kiej dro­gi.

– Nie­waż­ne.

– On się za­bi­je.

I choć Ric­ky Lee jesz­cze pięć mi­nut temu był tego sa­me­go zda­nia, kie­dy tyl­ne świa­tła wozu zni­kły w od­da­li, od­wró­cił się i po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– Nie są­dzę – od­parł. – Choć wnio­sku­jąc z jego obec­ne­go sta­nu, może tak by­ło­by dla nie­go le­piej.

– Co on ci po­wie­dział?

Po­krę­cił gło­wą. Miał w gło­wie za­męt i zda­wa­ło się, że w ogól­nym roz­ra­chun­ku to, cze­go się do­wie­dział, ab­so­lut­nie nie mia­ło zna­cze­nia.

– To nie­waż­ne. Ale wąt­pię, aby­śmy go tu jesz­cze kie­dy­kol­wiek zo­ba­czy­li.

4

Ed­die Ka­sp­brak bie­rze swo­je le­kar­stwo

Mówi się, że je­śli chcesz wie­dzieć wszyst­ko o prze­cięt­nym człon­ku ame­ry­kań­skie­go spo­łe­czeń­stwa, czy to męż­czyź­nie czy ko­bie­cie, po­wi­nie­neś zaj­rzeć do jego ap­tecz­ki. W każ­dym ra­zie zwy­kle tak bywa. Jed­nak, ucho­waj Boże, że­byś zer­k­nął do ap­tecz­ki Ed­die­go Ka­sp­bra­ka, miał­byś wów­czas za­pew­ne tak jak on po­bla­dłą twarz i roz­sze­rzo­ne oczy.

Na gór­nej pół­ce znaj­du­ją się ana­cy­na, exce­dry­na, exce­dry­na P.M., con­tac, ge­lu­sil, ty­le­nol i spo­ry sło­iczek vick­sów, przy­po­mi­na­ją­cych jaj­ka w in­ku­ba­to­rze. Jest tam bu­tel­ka vi­va­ri­nu, se­ru­ta­nu (na­tu­re’s wspak – jak to ma­wiał w re­kla­mów­kach Law­ren­ce Welk) i dwie bu­tel­ki mlecz­ka ma­gne­zjo­we­go, któ­re przy­po­mi­na w sma­ku płyn­ną kre­dę, i no­wość o sma­ku mię­to­wym, któ­ra też przy­po­mi­na płyn­ną kre­dę. Nie­opo­dal ol­brzy­miej bu­tel­ki tum­sów stoi pę­ka­ta bu­tel­ka ro­la­idów. Tum­sy sto­ją obok wiel­kiej bu­tel­ki ta­ble­tek Di-Gel o sma­ku po­ma­rań­czo­wym. Ta trój­ka przy­po­mi­na wy­glą­dem ró­żo­we świn­ki skar­bon­ki, tyle że we­wnątrz nich za­miast drob­nia­ków znaj­du­ją się pi­guł­ki.

Dru­ga pół­ka to ob­szer­ny prze­gląd wi­ta­min – są tam wi­ta­mi­ny E, C i C for­te, B-sim­ple i B-com­plex, jak rów­nież B-12. Li­zy­na ma coś zro­bić z two­ją skó­rą, z któ­rą sta­le masz pro­ble­my, i le­cy­ty­na, ma­ją­ca za­po­biec nie­po­ko­ją­ce­mu wzro­sto­wi cho­le­ste­ro­lu i ura­to­wać two­ją „wiel­ką pom­pę”. Znaj­du­ją się tam róż­ne ze­sta­wy wi­ta­min, my­adec, cen­trum. A na ho­no­ro­wym miej­scu po­śród nich wid­nie­je ol­brzy­mia bu­te­lecz­ka ge­ri­to­lu.

Prze­glą­da­jąc trze­cią pół­kę ap­tecz­ki Ed­die­go Ka­sp­bra­ka, na­tra­fi­my na spo­rej wiel­ko­ści pla­cyk za­re­zer­wo­wa­ny dla me­dy­ka­men­tów uży­wa­nych przy róż­nych oka­zjach. Ex-lax, car­ter’s pills, ma­ją­ce utrzy­mać w nor­mie jego układ wy­dal­ni­czy. Gdy­by wy­da­la­nie było zbyt bo­le­sne albo za­cho­dzi­ło nie­zbyt szyb­ko, opo­dal cze­ka­ły już ka­opec­ta­te, pep­to-bi­smol i pre­pa­rat H. Jest tu też parę tuck­sów w za­krę­ca­nym sło­iku, for­mu­ła 44 na ka­szel, ny­qu­il i dri­stan na prze­zię­bie­nia oraz spo­ra bu­te­lecz­ka olej­ku kam­fo­ro­we­go. W ra­zie gdy­by Ed­die miał cho­re gar­dło, w ap­tecz­ce cze­ka­ją bla­sza­ny po­jem­ni­czek su­crets i czte­ry ro­dza­je pły­nów do płu­ka­nia ust: chlo­ra­sep­tic, ce­pa­col, ce­pe­stat (w sprayu) i do­bra sta­ra li­ste­ry­na, któ­rą czę­sto pod­ra­bia­no, ale żad­na imi­ta­cja nie mo­gła do­rów­nać ory­gi­na­ło­wi. Vi­si­ne i mu­ri­ne do oczu. Cor­ta­id i maść neo­spo­rin (do skó­ry), sta­no­wią­ce dru­gą li­nię obro­ny, gdy­by li­zy­na nie oka­za­ła się do­sta­tecz­nie sku­tecz­na; tub­ka oxy-5 i pla­sti­ko­wa bu­tel­ka oxy wash (prze­zor­ny za­wsze ubez­pie­czo­ny, a Ed­die za­wsze wo­lał wy­dać pięć cen­tów wię­cej, niż po­tem tego ża­ło­wać), jak rów­nież nie­wie­le pi­gu­łek te­tra­cy­kli­ny.

Nie­co z boku, jak grup­ka zgorzk­nia­łych kon­spi­ra­to­rów, sto­ją trzy bu­tel­ki szam­po­nu lecz­ni­cze­go. Dol­na pół­ka jest pra­wie pu­sta, ale to, co na niej stoi, to so­lid­na por­cja pro­chów. Gdy­byś ją łyk­nął, mógł­byś prze­żyć cał­kiem nie­zły od­jazd. Miał­byś lep­szy lot niż Ben Han­scom na po­kła­dzie swe­go od­rzu­tow­ca i lą­do­wa­nie tward­sze niż Thur­man Mun­son3. Znaj­du­ją się tam va­lium, per­co­dan, ela­vil i da­rvon com­plex. Na niż­szej pół­ce stoi jesz­cze jed­no pu­de­łecz­ko su­cret­sów, ale po otwar­ciu go nie znaj­dziesz w nim ani jed­ne­go. Jego za­war­tość sta­no­wi sześć qu­aalu­des.

Ed­die Ka­sp­brak wie­rzył w skau­tow­skie mot­to. Wcho­dząc do ła­zien­ki, wy­ma­chi­wał raź­no trzy­ma­ną w ręku tor­bą. Po­sta­wił ją na umy­wal­ce, otwo­rzył su­wak, a po­tem drżą­cy­mi rę­ko­ma za­czął wrzu­cać do niej bu­tel­ki, sło­iki, po­jem­ni­ki i tub­ki. W in­nych oko­licz­no­ściach wkła­dał­by je do środ­ka z praw­dzi­wym pie­ty­zmem i na­masz­cze­niem, ale te­raz nie miał cza­su na ta­kie ce­re­gie­le. Ed­die miał tyl­ko je­den wy­bór – rów­nie pro­sty jak bru­tal­ny – mu­siał ru­szać w dro­gę, i to tak szyb­ko, żeby nie mieć cza­su na za­sta­na­wia­nie, bo gdy­by za­czął się za­sta­na­wiać, prze­ra­że­nie, któ­re na­ro­dzi­ło­by się wraz z my­śla­mi, po pro­stu by go za­bi­ło.

– Ed­die? – do­biegł z dołu głos Myry. – Ed­die, co ty ro­bisz?

Ed­die wrzu­cił do tor­by pu­deł­ko su­cret­sów, za­wie­ra­ją­ce ze­staw qu­aalu­des. Ap­tecz­ka była już te­raz pra­wie pu­sta – po­zo­sta­ły w niej tyl­ko mi­dol Myry i mała, nie­mal cał­kiem zu­ży­ta, tub­ka bli­stek­su. Za­trzy­mał się na chwi­lę, a po­tem zgar­nął rów­nież bli­stex. Miał już za­mknąć su­wak tor­by, kie­dy po chwi­li na­my­słu zde­cy­do­wał się wziąć też mi­dol. Za­wsze mo­gła so­bie ku­pić nowy.

– Ed­die? – Myra była te­raz w po­ło­wie scho­dów.

Ed­die za­piął su­wak tor­by do koń­ca, a po­tem wy­szedł z ła­zien­ki, ma­cha­jąc tor­bą. Był ni­skim męż­czy­zną o nie­śmia­łej twa­rzy przy­po­mi­na­ją­cej pysz­czek kró­li­ka. Stra­cił już więk­szość wło­sów; z ły­si­ny na gło­wie ster­cza­ły tu i ów­dzie moc­no prze­rze­dzo­ne kęp­ki.

Cię­żar tor­by spra­wiał, że prze­chy­lał się wy­raź­nie na jed­ną stro­nę. Nie­zwy­kle po­tęż­na ko­bie­ta wcho­dzi­ła wol­no na pię­tro. Ed­die sły­szał, jak de­ski skrzy­pią pod jej cię­ża­rem.

– Co ty tam ro­oobisz?

Ed­die nie po­trze­bo­wał psy­chia­try, aby wie­dzieć, że pod pew­nym wzglę­dem wziął ślub z wła­sną mat­ką. Myra Ka­sp­brak była po­tęż­ną ko­bie­tą. Była duża, kie­dy Ed­die po­ślu­bił ją przed pię­ciu laty, ale cza­sa­mi czuł pod­świa­do­mie, że ona się roz­ra­sta. Ist­ny ko­los.

A kie­dy we­szła na po­dest pię­tra, wy­da­wa­ła mu się ol­brzy­mia jak nig­dy do­tąd. Mia­ła na so­bie bia­łą ko­szu­lę noc­ną, na­brzmia­łą i opię­tą na wy­so­ko­ści brzu­cha i bio­der. Jej po­zba­wio­na ma­ki­ja­żu twarz była bia­ła i błysz­czą­ca. Myra spra­wia­ła wra­że­nie śmier­tel­nie prze­ra­żo­nej.

– Mu­szę wy­je­chać na pe­wien czas – oznaj­mił Ed­die.

– Co to zna­czy, że mu­sisz wy­je­chać? Co to był za te­le­fon?

– Nic ta­kie­go – od­rzekł i zbiegł szyb­ko na dół, by po­dejść do sza­fy w przed­po­ko­ju. Po­sta­wił tor­bę na zie­mi, otwo­rzył roz­su­wa­ne drzwi sza­fy i prze­su­nął na bok pół tu­zi­na iden­tycz­nych czar­nych gar­ni­tu­rów, któ­re tam wi­sia­ły ni­czym zło­wiesz­cza gra­do­wa chmu­ra po­śród resz­ty bar­dziej ko­lo­ro­wych rze­czy. W pra­cy za­wsze no­sił je­den z tych gar­ni­tu­rów. Po­chy­lił się, w noz­drza ude­rzył go za­pach naf­ta­li­ny i weł­ny, a po­tem wy­cią­gnął z sza­fy wa­liz­kę. Otwo­rzył ją i za­czął pa­ko­wać do niej rze­czy. Cień Myry padł na nie­go.

– O co tu cho­dzi, Ed­die? Do­kąd się wy­bie­rasz? Po­wiedz mi!

– Nie mogę ci po­wie­dzieć.

Sta­ła tam, pa­trząc na nie­go i za­sta­na­wia­jąc się, co po­win­na po­wie­dzieć i zro­bić w tej sy­tu­acji. Przy­szło jej na myśl, aby po pro­stu wrzu­cić go do sza­fy, za­trza­snąć drzwi, za­przeć się o nie ple­ca­mi i trzy­mać go w środ­ku tak dłu­go, aż sza­leń­stwo, ja­kie go opę­ta­ło, mi­nie, ale nie po­tra­fi­ła się na to zdo­być, choć na pew­no da­ła­by radę.

O tak. Na pew­no. Była o trzy cale wyż­sza od Ed­die­go i sto fun­tów cięż­sza.

Nie po­tra­fi­ła my­śleć ani dzia­łać, bo jego dzi­siej­sze za­cho­wa­nie sta­no­wi­ło coś zu­peł­nie no­we­go. Nie by­ła­by bar­dziej zdzi­wio­na i prze­ra­żo­na, gdy­by we­szła do po­ko­ju i zo­ba­czy­ła, że ich te­le­wi­zor uno­si się w po­wie­trzu.

– Nie mo­żesz wy­je­chać – usły­sza­ła swój głos. – Przy­rze­kłeś, że za­ła­twisz dla mnie au­to­graf Ala Pa­ci­no. – To było ab­sur­dal­ne wy­tłu­ma­cze­nie, ale na­tu­ral­nie lep­sze ta­kie niż żad­ne.

– Do­sta­niesz go – po­wie­dział Ed­die. – Po pro­stu bę­dziesz mu­sia­ła za­wieźć go sama.

Mę­tlik w jej gło­wie po­głę­bi­ło uczu­cie na­ra­sta­ją­ce­go prze­ra­że­nia. Krzyk­nę­ła ci­cho.

– Ja… nie mogę… ja… nig­dy…

– Bę­dziesz mu­sia­ła. – Te­raz Ed­die prze­glą­dał swo­je buty. – Nie ma ni­ko­go in­ne­go.

– Nie wci­snę się w ża­den z mo­ich uni­for­mów! Są zbyt cia­sne w biu­ście!

– De­lo­res na pew­no ja­koś to za­ła­twi – od­parł nie­prze­jed­na­nym to­nem.

Wrzu­cił dwie pary bu­tów do sza­fy, zna­lazł pu­ste pu­deł­ko na buty i wło­żył do nie­go trze­cią parę. Do­bre, czar­ne buty, mógł w nich jesz­cze dłu­go po­cho­dzić, ale nie nada­wa­ły się już, żeby wkła­dać je do pra­cy. Kie­dy ży­jesz z ob­wo­że­nia po No­wym Jor­ku bo­ga­tych lu­dzi, po­śród któ­rych jest wie­le sław, wszyst­ko musi być do­pię­te na ostat­ni gu­zik. Te buty nie wy­glą­da­ły już zbyt do­brze… ale przy­pusz­czał, że tam, do­kąd się wy­bie­rał, będą jak zna­lazł. I do za­da­nia, któ­re go tam cze­ka­ło. Może Ri­chie To­zier mógł­by…

I wte­dy ogar­nął go mrok, po­czuł, że jego gar­dło za­czę­ło się za­my­kać. Ed­die z nie­skry­wa­ną pa­ni­ką zdał so­bie spra­wę, że za­pa­ko­wał już całą swo­ją ap­tecz­kę, a za­po­mniał o naj­waż­niej­szym – aspi­ra­to­rze – któ­ry zo­sta­wił na szaf­ce ze sprzę­tem ste­reo, na dole.

Za­mknął wa­liz­kę, obej­rzał się na Myrę, któ­ra sta­ła w ko­ry­ta­rzu z dło­nią przy­ci­śnię­tą do szyi, jak­by to ona cier­pia­ła na ast­mę. Pa­trzy­ła na nie­go, a na jej twa­rzy ma­lo­wa­ły się zdu­mie­nie i zgro­za. Gdy­by sam nie był prze­ra­żo­ny, praw­do­po­dob­nie by­ło­by mu jej szko­da.

– Co się sta­ło, Ed­die? Kto dzwo­nił? Masz ja­kieś kło­po­ty? Masz, praw­da? O co cho­dzi? Co to za kło­po­ty?

Pod­szedł do niej z tor­bą w jed­nej i wa­liz­ką w dru­giej ręce. Te­raz, trzy­ma­jąc w obu dło­niach nie­omal rów­nie cięż­kie przed­mio­ty, pra­wie się nie prze­krzy­wiał na bok. Sta­nę­ła na wprost nie­go, blo­ku­jąc mu przej­ście, i przy­szło mu na myśl, że go nie wy­pu­ści. I wte­dy, na­gle, kie­dy jego gło­wa mia­ła z im­pe­tem wbić się w mięk­ką za­po­rę jej pier­si, ustą­pi­ła…

Ze­szła mu z dro­gi prze­ję­ta bez­brzeż­ną trwo­gą. Kie­dy mi­nął ją, nie zwal­nia­jąc ani na chwi­lę, wy­bu­chła pła­czem.

– Nie mogę wo­zić Ala Pa­ci­no! – za­szlo­cha­ła. – Roz­wa­lę się na zna­ku dro­go­wym albo wpa­ku­ję się na ko­goś. Wiem, że tak bę­dzie! Wiem! I boję się, Ed­die! Bo­ooję się!

Spoj­rzał na ze­ga­rek sto­ją­cy na sto­le przy schod­kach. Dwu­dzie­sta pierw­sza dwa­dzie­ścia. Pra­cow­nik li­nii lot­ni­czych Del­ta, o gło­sie me­ta­licz­nym i brzmią­cym, jak­by mó­wił, trzy­ma­jąc przy ustach pusz­kę, po­in­for­mo­wał go, że spóź­nił się już na ostat­ni sa­mo­lot na pół­noc – do Ma­ine – któ­ry od­la­ty­wał z La Gu­ar­dii o dwu­dzie­stej dwa­dzie­ścia pięć. Za­dzwo­nił do Am­tra­ka i do­wie­dział się, że ostat­ni po­ciąg do Bo­sto­nu od­cho­dził z Penn Sta­tion o dwu­dzie­stej trze­ciej trzy­dzie­ści. Do­trze nim na So­uth Sta­tion, a tam bę­dzie mógł zła­pać tak­sów­kę, któ­rą do­je­dzie na Ar­ling­ton Stre­et, gdzie miesz­czą się biu­ra Cape Cod Li­mo­usi­ne. Cape Cod i Roy­al Crest, spół­ka, w któ­rej pra­co­wał Ed­die, były za­przy­jaź­nio­ne od lat. Je­den te­le­fon do But­cha Car­ring­to­na w Bo­sto­nie wy­star­czył, by ten za­jął się spra­wą jego środ­ka trans­por­tu. Butch po­wie­dział, że za­tan­ko­wa­na i go­to­wa do od­jaz­du li­mu­zy­na bę­dzie już na nie­go cze­ka­ła. Na­resz­cie po­je­dzie z kla­są i bez wrzo­du na tył­ku w po­sta­ci klien­ta roz­par­te­go na tyl­nym sie­dze­niu, za­tru­wa­ją­ce­go po­wie­trze dy­mem z wiel­kie­go cy­ga­ra i py­ta­ją­ce­go Ed­die­go, czy wie, gdzie moż­na za­rwać ja­kąś nie­złą dupę albo zdo­być tro­chę koki – a zwy­kle cho­dzi­ło o jed­no i dru­gie.

Jaz­da z kla­są, o tak, po­my­ślał, z więk­szą kla­są mógł­byś je­chać chy­ba tyl­ko ka­ra­wa­nem, ale nie martw się, Ed­die, bo praw­do­po­dob­nie wła­śnie tak stam­tąd wró­cisz, a ra­czej cię przy­wio­zą. Je­że­li bę­dzie jesz­cze co zbie­rać, ma się ro­zu­mieć.

– Ed­die?

Dwu­dzie­sta pierw­sza dwa­dzie­ścia. Do­syć cza­su, aby z nią po­roz­ma­wiać, aby ją uła­go­dzić. Rzecz ja­sna by­ło­by le­piej, gdy­by tego wie­czo­ru mia­ła ko­lej­ną umó­wio­ną par­tyj­kę wi­sta, dzię­ki cze­mu mógł­by wy­mknąć się ci­cha­czem, zo­sta­wia­jąc kart­kę pod ma­gne­sem na drzwiach lo­dów­ki (za­wsze zo­sta­wiał kart­ki dla Myry na drzwiach lo­dów­ki, bo w ten spo­sób miał pew­ność, że ona ich nie prze­oczy). Tego typu wy­jazd – a ra­czej uciecz­ka – był­by nie­zbyt do­brym wyj­ściem, ale z pew­no­ścią lep­szym niż to, z czym miał te­raz do czy­nie­nia. To tak jak­by mu­siał opusz­czać dom raz po raz – a jest to ta­kie trud­ne i w do­dat­ku ro­bił to trzy­krot­nie.

Cza­sa­mi dom jest tam, gdzie ser­ce two­je, po­my­ślał w du­chu Ed­die. Wie­rzę w to, sta­ry. Bob­by Frost po­wie­dział, że dom to ta­kie miej­sce, któ­re gdy tam przy­je­dziesz, za­wsze cię przyj­mie. Nie­ste­ty, jest to rów­nież miej­sce, któ­re gdy już tam za­wi­tasz, nie ma ocho­ty cię wy­pu­ścić.

Stał przy scho­dach, utra­ciw­szy chwi­lo­wo za­pał do dzia­ła­nia i prze­peł­nio­ny stra­chem. Od­dy­chał chra­pli­wie i pa­trzył na szlo­cha­ją­cą żonę.

– Chodź ze mną na dół, to po­wiem ci tyle, ile będę mógł.

Ed­die po­sta­wił tor­bę z le­kar­stwa­mi i wa­liz­kę z ubra­nia­mi w ko­ry­ta­rzu przy drzwiach wyj­ścio­wych. I wte­dy przy­po­mniał so­bie coś… a ra­czej duch jego mat­ki, któ­ra nie żyła już od wie­lu lat, przy­po­mniał mu o tym.

Wiesz, że kie­dy prze­mo­czysz nogi, to za­wsze masz go­rącz­kę, Ed­die. Nie je­steś taki jak inni lu­dzie, masz bar­dzo sła­by układ od­por­no­ścio­wy, mu­sisz być ostroż­ny. I dla­te­go za­wsze, kie­dy pada, mu­sisz no­sić ka­lo­sze.

W Der­ry czę­sto pa­da­ło.

Ed­die otwo­rzył drzwicz­ki sza­fy, zdjął z ha­czy­ka pla­sti­ko­wą to­reb­kę z ka­lo­sza­mi i wło­żył ją do wa­liz­ki z ubra­nia­mi.

Do­bry z cie­bie chło­piec, Ed­die.

On i Myra wła­śnie oglą­da­li te­le­wi­zję, kie­dy za­czął się ten kosz­mar. Ed­die wszedł do po­ko­ju te­le­wi­zyj­ne­go i włą­czył gu­zik, któ­ry zmniej­szał ekran od­bior­ni­ka Mu­ral/Vi­sion. Ekran był tak duży, że Fre­eman McNe­il wy­glą­dał na nim jak gość z Brob­din­gna­gu. Wziął do ręki słu­chaw­kę te­le­fo­nu i za­dzwo­nił po tak­sów­kę. Przyj­mu­ją­cy zgło­sze­nie po­wie­dział mu, że wóz zo­sta­nie pod­sta­wio­ny za pięt­na­ście mi­nut. Ed­die od­parł, że nie ma spra­wy.

Odło­żył słu­chaw­kę i zdjął swój aspi­ra­tor z szaf­ki, na któ­rej stał ich dro­gi od­twa­rzacz kom­pak­tów mar­ki Sony.

Wy­da­łem ty­siąc pięć­set do­lców, ku­pu­jąc ten sprzęt, żeby Myra nie uro­ni­ła ani jed­nej zło­tej nuty z płyt swe­go ulu­bień­ca, Bar­ry’ego Ma­ni­lo­wa, i ze­sta­wów „naj­wspa­nial­szych prze­bo­jów”, po­my­ślał i na­gle ogar­nę­ło go po­czu­cie winy. To nie było fair i do­brze zda­wał so­bie z tego spra­wę. Myra by­ła­by rów­nie szczę­śli­wa, ma­jąc ze­staw sta­rych po­ry­so­wa­nych płyt, wca­le nie po­trze­bo­wa­ła no­wiut­kich, lśnią­cych krąż­ków kom­pak­to­wych, po­dob­nie jak by­ła­by szczę­śli­wa, gdy­by aż do sta­ro­ści przy­szło im miesz­kać w tym ma­łym czte­ro­po­ko­jo­wym dom­ku w Qu­eens.

Ed­die ku­pił apa­ra­tu­rę ste­reo z tych sa­mych po­wo­dów co wiel­ki pię­tro­wy dom na Long Is­land, we­wnątrz któ­re­go grze­cho­ta­li jak dwa małe zia­ren­ka fa­so­li w bla­sza­nej pusz­ce – po pierw­sze dla­te­go, że było go na to stać, a po dru­gie, ze wzglę­du na mięk­ki, pe­łen zgro­zy, a nie­kie­dy zdu­mie­nia, za­wsze nie­prze­jed­na­ny głos jego mat­ki. Zda­wa­ło się, że w ten spo­sób mówi: Zro­bi­łem to, mamo! Do­ko­na­łem tego! Spójrz tyl­ko, mamo! Czy te­raz bę­dziesz ła­ska­wa za­mknąć się na ja­kiś czas?

Ed­die wło­żył aspi­ra­tor do ust i jak czło­wiek, któ­ry na­śla­du­je po­peł­nia­nie sa­mo­bój­stwa, na­ci­snął spust. Obrzy­dli­wie słod­ka chmu­ra wpa­dła mu do ust. Spły­nę­ła do gar­dła. Ed­die ode­tchnął głę­bo­ko. Czuł, jak jego krtań, któ­ra była już pra­wie za­ci­śnię­ta, zno­wu za­czy­na się otwie­rać. Uczu­cie uci­sku w pier­siach ze­lża­ło i na­gle usły­szał w my­ślach gło­sy du­chów.

– Czy do­stał pan ode mnie wia­do­mość?

– Do­sta­łem, pani Ka­sp­brak, ale…

– W ra­zie gdy­by pan nie umiał czy­tać, tre­ne­rze Black, prze­czy­tam ją panu oso­bi­ście. Jest pan go­to­wy?

– Pani Ka­sp­brak…

– Świet­nie. No to za­czy­nam. Niech pan słu­cha uważ­nie. Go­to­wy? Mój Ed­die nie może upra­wiać ćwi­czeń fi­zycz­nych. Po­wta­rzam, nie może upra­wiać ćwi­czeń fi­zycz­nych. Jest bar­dzo de­li­kat­ny i jak bie­ga… albo ska­cze…

– Pani Ka­sp­brak, mam w ak­tach w moim biu­rze wy­ni­ki ostat­nich te­stów Ed­die­go, wszyst­ko zgod­nie z za­le­ce­nia­mi. Wy­ni­ka z nich, że Ed­die jest może tro­chę zbyt ni­ski jak na swój wiek, ale pod in­ny­mi wzglę­da­mi cał­kiem nor­mal­ny. Wła­śnie dla­te­go za­dzwo­ni­łem do pani le­ka­rza, aby się upew­nić, że…

– Twier­dzi pan, że kła­mię, tre­ne­rze Black? Czy tak? No to pro­szę. Oto on. Ed­die stoi tu, obok mnie! Sły­szy pan, jak on od­dy­cha? Sły­szy pan?

– Mamo… pro­szę… czu­ję się do­brze.

– Ed­die, prze­cież wiesz, jak jest. Na­uczy­łam cię, nie na­le­ży prze­szka­dzać star­szym.

– Sły­szę go, pani Ka­sp­brak, ale…

– Sły­szy pan? Do­brze! Bo my­śla­łam, że może pan ogłuchł! Jego od­dech przy­po­mi­na sa­pa­nie cię­ża­rów­ki su­ną­cej pod górę na pierw­szym bie­gu, czyż nie? A je­że­li to nie jest ast­ma…

– Mamo, ja…

– Ci­cho bądź, Ed­die, nie prze­ry­waj mi po­now­nie. Je­że­li to nie jest ast­ma, tre­ne­rze Black, to ja je­stem kró­lo­wą Elż­bie­tą!

– Pani Ka­sp­brak. Ed­die na za­ję­ciach WF-u spra­wia wra­że­nie ra­do­sne­go, zdro­we­go i szczę­śli­we­go chłop­ca. Uwiel­bia gry i za­ba­wy i na­praw­dę szyb­ko bie­ga. W mo­jej roz­mo­wie z dok­to­rem Bay­ne­sem pa­dło okre­śle­nie „za­bu­rze­nia psy­cho­so­ma­tycz­ne”. Za­sta­na­wiam się, czy bra­ła pani pod uwa­gę, że…

– …że mój syn jest wa­ria­tem? Czy to sta­ra się pan po­wie­dzieć? Czy pró­bu­je pan w ten spo­sób po­wie­dzieć, że mój syn jest wa­ria­tem?

– Nie, ale…

– Jest de­li­kat­ny.

– Pani Ka­sp­brak…

– Mój syn jest bar­dzo de­li­kat­ny.

– Pani Ka­sp­brak. Dok­tor Bay­nes po­twier­dził, że nie od­naj­du­je u nie­go żad­nych…

…fi­zycz­nych ano­ma­lii czy ob­ja­wów cho­ro­by, do­koń­czył w my­ślach Ed­die. Po raz pierw­szy od lat przy­po­mniał so­bie upo­ka­rza­ją­ce spo­tka­nie w sali gim­na­stycz­nej, kie­dy to jego mat­ka wy­dzie­ra­ła się na tre­ne­ra Blac­ka, a on ku­lił się w so­bie i po­wo­li prze­ły­kał śli­nę, pod­czas gdy inne dzie­cia­ki ze­bra­ły się pod jed­nym z ko­szy i przy­glą­da­ły się im z uwa­gą. Nie było to je­dy­ne wspo­mnie­nie, któ­re oży­wił te­le­fon Mike’a Han­lo­na. Wie­dział o tym. Czuł, że cała masa in­nych tyl­ko cze­ka, aby się ujaw­nić, skry­ta gdzieś w głę­bi­nach jego umy­słu. I wie­dział, że to nie­ba­wem na­stą­pi. Był o tym prze­ko­na­ny. Jaką cenę przyj­dzie mu za to za­pła­cić? Cenę nor­mal­no­ści? Być może. Po­ło­wę… ceny. Szko­dy spo­wo­do­wa­ne przez wodę i dym. Wszyst­ko mi­nie.

– Żad­nych fi­zycz­nych ano­ma­lii czy ob­ja­wów cho­ro­by – po­wtó­rzył, wziął głę­bo­ki od­dech, wzdry­gnął się i wło­żył aspi­ra­tor do kie­sze­ni.

– Ed­die – po­wie­dzia­ła Myra. – Pro­szę, po­wiedz mi, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

Na jej ru­mia­nych po­licz­kach lśni­ły śla­dy łez. Jej dło­nie za­ci­ska­ły się bez prze­rwy jak para ba­wią­cych się, ró­żo­wych, bez­wło­sych zwie­rząt. Raz na krót­ko przed tym, jak się po­bra­li, otrzy­mał od Myry zdję­cie i po­sta­wił je tuż obok zdję­cia swo­jej mat­ki, któ­ra zmar­ła na udar ser­ca w wie­ku sześć­dzie­się­ciu czte­rech lat. W chwi­li śmier­ci mat­ka Ed­die­go wa­ży­ła po­nad czte­ry­sta fun­tów – ści­śle rzecz bio­rąc, czte­ry­sta sześć. Sta­ła się wów­czas czymś w ro­dza­ju po­two­ra, jej cia­ło sta­no­wi­ły głów­nie pier­si, po­ślad­ki i brzuch, po­nad któ­ry­mi wid­nia­ło bla­de, nie­ustan­nie wy­krzy­wio­ne prze­ra­że­niem ob­li­cze. Ale jej zdję­cie, któ­re po­sta­wił obok zdję­cia Myry, zo­sta­ło zro­bio­ne w 1944 roku, na dwa lata przed jego uro­dze­niem („By­łeś bar­dzo cho­ro­wi­tym dziec­kiem – wy­szep­tał mu jej duch pro­sto do ucha – wie­le razy roz­pa­cza­li­śmy nad two­im ży­ciem…”). W 1944 roku jego mat­ka wa­ży­ła względ­nie mało, czy­li oko­ło stu osiem­dzie­się­ciu fun­tów. Uczy­nił to po­rów­na­nie, któ­re jak przy­pusz­czał, mia­ło być jego ostat­nią pró­bą po­wstrzy­ma­nia się przed po­peł­nie­niem psy­cho­lo­gicz­ne­go ka­zi­rodz­twa. Spoj­rzał na mat­kę, po­tem na Myrę, a na­stęp­nie zno­wu na mat­kę. Mo­gły być sio­stra­mi. Po­do­bień­stwo wprost rzu­ca­ło się w oczy.

Ed­die po­pa­trzył na dwa nie­mal iden­tycz­ne zdję­cia i przy­rzekł so­bie, że nie zro­bi ni­cze­go głu­pie­go. Wie­dział, że chło­pa­ki z pra­cy za­czę­li już opo­wia­dać ka­wa­ły o Jac­ku Spra­cie i jego żo­nie, ale nie zna­li na­wet po­ło­wy praw­dy. Żar­ty i do­cin­ki jesz­cze by zniósł, ale czy chciał być klow­nem w ta­kim freu­dow­skim cyr­ku? Nie. Nie chciał. Rzu­ci Myrę. Zo­sta­wi ją i zro­bi to de­li­kat­nie, bo ona na­praw­dę była bar­dzo słod­ką osób­ką i mia­ła jesz­cze mniej do­świad­cze­nia z męż­czy­zna­mi niż on z ko­bie­ta­mi. A po­tem, kie­dy ta ko­bie­ta znik­nie wresz­cie z jego ży­cia, za­cznie po­bie­rać lek­cje te­ni­sa, o któ­rych my­ślał już od daw­na („Ed­die na za­ję­ciach WF-u spra­wia wra­że­nie ra­do­sne­go, zdro­we­go i szczę­śli­we­go chłop­ca”), albo za­ła­twi so­bie wej­ściów­kę na ba­se­ny w ho­te­lu Pla­za („Ed­die uwiel­bia gry i za­ba­wy”), nie mó­wiąc już o klu­bie fit­ness, któ­ry otwar­to przy Trze­ciej Alei, na­prze­ciw jego ga­ra­żu.

„Ed­die bie­ga cał­kiem szyb­ko, bie­ga szyb­ko, kie­dy nie ma pani w po­bli­żu, bie­ga szyb­ko, kie­dy w po­bli­żu nie ma ni­ko­go, kto przy­po­mniał­by mu, jaki jest de­li­kat­ny! Wi­dzę w jego twa­rzy, pani Ka­sp­brak, że on wie, na­wet te­raz, w wie­ku dzie­wię­ciu lat, wie, że naj­więk­szą przy­słu­gą, jaką mógł­by so­bie wy­świad­czyć, by­ła­by uciecz­ka, uciecz­ka tam, do­kąd pani, pani Ka­sp­brak, nie chce go pu­ścić, a on po­wi­nien tam po­biec, po­pę­dzić tam ile sił w no­gach, naj­szyb­ciej, jak tyl­ko po­tra­fi”.

W koń­cu i tak oże­nił się z Myrą. Sta­ry styl i sta­re na­wy­ki oka­za­ły się po pro­stu zbyt sil­ne. Dom był miej­scem, do któ­re­go – kie­dy się już tam zna­la­złeś – przy­ku­wa­no cię jak psa łań­cu­cho­we­go. O tak, mógł po­ko­nać du­cha swo­jej mat­ki. To trud­ne, ale wie­dział, że zdo­ła tego do­ko­nać, gdy­by to roz­wią­zy­wa­ło całą spra­wę. Ale nie roz­wią­zy­wa­ło. To Myra za­czę­ła wol­niut­ko, krok za kro­kiem, po­zba­wiać go nie­za­leż­no­ści. To ona oto­czy­ła go ko­ko­nem tro­ski, przy­bi­ła gwoź­dzia­mi opie­ki i za­ku­ła w kaj­da­ny słod­kiej nie­wo­li. Myra jak jego mat­ka zgłę­bi­ła osta­tecz­nie taj­ni­ki jego cha­rak­te­ru (z opła­ka­nym skut­kiem dla nie­go sa­me­go). Ed­die był bar­dziej de­li­kat­ny, bo cza­sa­mi przy­pusz­czał, że w ogó­le nie był de­li­kat­ny. Ed­die po­trze­bo­wał ochro­ny przed wła­sną bra­wu­rą, któ­ra nie­kie­dy, jak się zda­wa­ło, bra­ła nad nim górę.

W desz­czo­we dni Myra za­wsze wyj­mo­wa­ła jego ka­lo­sze z pla­sti­ko­wej to­reb­ki w sza­fie i sta­wia­ła je pod wie­sza­kiem przy drzwiach. Obok jego ta­le­rza z psze­nicz­nym to­stem (bez ma­sła) każ­de­go ran­ka znaj­do­wa­ła się mi­secz­ka cze­goś, co mo­gło w pierw­szej chwi­li być wzię­te za wie­lo­ko­lo­ro­wą owsian­kę, ale co po do­kład­nym przyj­rze­niu się oka­zy­wa­ło się całą gamą wi­ta­min. Myra, po­dob­nie jak jego mat­ka, ro­zu­mia­ła go, tak że nie wi­dział dla sie­bie naj­mniej­szej szan­sy. Jako mło­dy ka­wa­ler trzy­krot­nie zo­sta­wiał mat­kę i trzy­krot­nie po­wra­cał do domu. Do niej. A tak­że póź­niej, czte­ry lata po tym, jak jego mat­ka wy­zio­nę­ła du­cha w ko­ry­ta­rzu swe­go apar­ta­men­tu w Qu­eens, blo­ku­jąc drzwi fron­to­we tak do­kład­nie swo­im po­tęż­nym cia­łem, że pie­lę­gnia­rze z po­go­to­wia (we­zwa­ni przez lu­dzi z dołu za­alar­mo­wa­nych hu­kiem, spo­wo­do­wa­nym przez upa­dek pani Ka­sp­brak na de­ski, gdzie ocze­ki­wa­ła osta­tecz­ne­go roz­li­cze­nia) mu­sie­li wła­mać się przez za­mknię­te drzwi po­mię­dzy kuch­nią a scho­da­mi prze­ciw­po­ża­ro­wy­mi. Wte­dy wie­rzył, że wró­cił do domu po raz ostat­ni – zno­wu w domu, zno­wu w domu, wresz­cie zno­wu je­stem w domu. Myra była po­tęż­ną, gru­bą ko­bie­tą, ale mia­ła w so­bie to coś, była słod­ka i rze­czy­wi­ście nie miał już naj­mniej­szej szan­sy. Przy­cią­ga­ła go do sie­bie tym fa­tal­nym, hip­no­ty­zu­ją­cym wę­żo­wym okiem zro­zu­mie­nia. Wte­dy my­ślał, że po­wró­cił do domu już na za­wsze.

Ale może się my­li­łem, po­my­ślał. Może tu nie jest dom, może nig­dy nim nie był. Może dom to miej­sce, do któ­re­go mu­szę udać się dzi­siej­sze­go wie­czo­ru. Dom to miej­sce, w któ­rym – kie­dy już się tam znaj­dziesz – mu­sisz wresz­cie sta­wić czo­ło isto­cie cza­ją­cej się w ciem­no­ści.

Wzdry­gnął się bez­rad­nie, jak­by wy­szedł na deszcz bez ka­lo­szy i zła­pał pa­skud­ną gry­pę.

– Ed­die, pro­szę!

Zno­wu za­czę­ła pła­kać. Łzy były jej ostat­nią li­nią obro­ny, po­dob­nie jak u jego mat­ki. Sta­no­wi­ły ła­god­ną broń o dzia­ła­niu pa­ra­li­żu­ją­cym, któ­ra za po­mo­cą ła­god­no­ści i tkli­wo­ści wy­ku­wa szcze­li­nę w naj­tward­szym pan­ce­rzu. Nie żeby kie­dy­kol­wiek przy­wdzie­wał pan­cerz. Zbro­ja nie­ustę­pli­we­go nig­dy do nie­go nie pa­so­wa­ła.

Dla jego mat­ki łzy były czymś wię­cej niż tyl­ko spo­so­bem obro­ny – sta­no­wi­ły rów­nież broń. Myra rzad­ko uży­wa­ła swo­ich łez rów­nie cy­nicz­nie… ale cy­nicz­nie czy nie, zdał so­bie spra­wę, że wła­śnie te­raz pró­bo­wa­ła wy­ko­rzy­stać je w ten spo­sób… i to z po­wo­dze­niem.

Nie mógł jej na to po­zwo­lić. Zbyt ła­two so­bie uświa­da­miał, jaki bę­dzie się czuł sa­mot­ny, sie­dząc w po­cią­gu ja­dą­cym po­przez mrok nocy do Bo­sto­nu, ma­jąc na pół­ce nad gło­wą wa­liz­kę z rze­cza­mi, pod no­ga­mi tor­bę z całą masą le­karstw, a na pier­si cię­żar w po­sta­ci nie­wi­dzial­ne­go brze­mie­nia stra­chu. Zbyt ła­two by­ło­by pod­dać się My­rze, dać się za­pro­wa­dzić na pię­tro i po­zwo­lić, by udo­wod­ni­ła, jak bar­dzo go ko­cha, ser­wu­jąc mu aspi­ry­nę i na­cie­ra­jąc ple­cy spi­ry­tu­sem. A po­tem po­ło­ży­ła­by go do łóż­ka, gdzie mo­gła­by (lub też nie) dać mu nie­co inny, bar­dziej kon­kret­ny do­wód mi­ło­ści.

Ale on prze­cież obie­cał. Przy­rzekł.

– Myro, po­słu­chaj – po­wie­dział, si­ląc się na oschły i rze­czo­wy ton.

Spoj­rza­ła na nie­go wil­got­ny­mi, bez­bron­ny­mi, prze­ra­żo­ny­mi oczy­ma.

Po­sta­no­wił, że te­raz spró­bu­je jej wszyst­ko wy­ja­śnić, naj­le­piej, jak tyl­ko po­tra­fi; opo­wie jej o tym, jak za­dzwo­nił do nie­go Mike Han­lon i po­wie­dział, że To się zno­wu za­czę­ło i że – był o tym prze­ko­na­ny – po­zo­sta­li rów­nież przy­ja­dą na jego we­zwa­nie.

Ale to, co pa­dło z jego ust, było nie­co bar­dziej ra­cjo­nal­ną wer­sją.

– Rano przede wszyst­kim idź do biu­ra. Po­ga­daj z Phi­lem. Po­wiedz mu, że mu­sia­łem wy­je­chać i że ty bę­dziesz jeź­dzić z Pa­ci­nem.

– Ed­die, ale­ja nie mogę! – jęk­nę­ła. – To wiel­ki gwiaz­dor! Jak się zgu­bię, za­cznie się na mnie wy­dzie­rać… wiem, że tak bę­dzie, bę­dzie na mnie krzy­czał, bo wszy­scy za­czy­na­ją krzy­czeć, kie­dy kie­row­ca się gubi, a… a ja za­cznę pła­kać… spo­wo­du­ję wy­pa­dek… na pew­no spo­wo­du­ję wy­pa­dek… Ed­die… Ed­die… mu­sisz zo­stać w domu…

– Na mi­łość bo­ską, prze­stań! – krzyk­nął.

Jego ostre sło­wa spra­wi­ły jej ból. Cof­nę­ła się o krok. Ed­die się­gnął ręką po aspi­ra­tor, ale nie przy­ło­żył go do ust. Uzna­ła­by to za wy­ko­rzy­sty­wa­nie prze­ciw­ko niej wła­snej sła­bo­ści, a nie chciał po­stę­po­wać tak jak ona.

Boże, je­że­li tam je­steś, pro­szę, uwierz mi, kie­dy mó­wię, że nie chcę zra­nić Myry. Nie chcę jej zra­nić ani skrzyw­dzić. Nie chcę, by przy­da­rzy­ło się jej coś złe­go. Ale przy­rze­ka­łem, wszy­scy zło­ży­li­śmy przy­rze­cze­nie, przy­się­gę krwi, pro­szę, Boże, po­móż mi, bo mu­szę to zro­bić…

– Nie cier­pię, kie­dy na mnie krzy­czysz, Ed­die – wy­szep­ta­ła.

– Myro, ja też tego nie cier­pię, zwłasz­cza gdy mnie do tego zmu­szasz.

Skrzy­wi­ła się. No wła­śnie, Ed­die. Znów spra­wi­łeś jej ból. Cze­mu po pro­stu nie rąb­niesz jej parę razy pię­ścią? To pew­nie by­ło­by ła­god­niej­sze roz­wią­za­nie. I szyb­sze.

Na­gle, praw­do­po­dob­nie spra­wi­ła to myśl o wpra­wie­niu w ruch pię­ści, w jego my­ślach po­ja­wi­ła się wi­zja – zo­ba­czył twarz Hen­ry’ego Bo­wer­sa. Po raz pierw­szy od lat po­my­ślał o Hen­rym Bo­wer­sie i nie wpły­nę­ło to ko­ją­co na cha­os w jego umy­śle. Ależ skąd. Za­mknął oczy na chwi­lę, po czym otwo­rzył je i po­wie­dział:

– Nie zgu­bisz się, a on nie bę­dzie na cie­bie krzy­czał. Pan Pa­ci­no to bar­dzo miły i wy­ro­zu­mia­ły czło­wiek.

Nig­dy do­tąd nie wo­ził Ala Pa­ci­no, a to, co po­wie­dział, było wy­ni­kiem jego we­wnętrz­nych prze­my­śleń, bio­rą­cych się z do­świad­cze­nia, ja­kie na­był pod­czas swej dłu­go­let­niej pra­cy w za­wo­dzie kie­row­cy. Zgod­nie z utar­ty­mi mi­ta­mi więk­szość gwiaz­do­rów sta­no­wi­ła ban­dę tę­pych, gru­bo­skór­nych sno­bów, ale Ed­die sie­dział do­sta­tecz­nie dłu­go za kół­kiem, by wie­dzieć, że rzad­ko kie­dy oka­zy­wa­ło się to praw­dą. Rzecz ja­sna, zda­rza­ły się rów­nież wy­jąt­ki od re­gu­ły – i te wy­jąt­ki były na­praw­dę okrop­ne – jed­nak­że Ed­die miał w głę­bi du­szy na­dzie­ję, że Pa­ci­no do nich nie na­le­żał.

– Na­praw­dę jest taki? – spy­ta­ła trwoż­li­wie.

– Tak, na­praw­dę.

– Skąd wiesz?

– De­me­trios jeź­dził z nim dwa czy trzy razy, kie­dy pra­co­wał dla Man­hat­tan Li­mo­usi­ne – od­parł płyn­nie Ed­die. Do­dał też, że Pa­ci­no za­wsze daje co naj­mniej pięć­dzie­siąt do­la­rów na­piw­ku.

– Mógł­by dać i pięć­dzie­siąt cen­tów, aby tyl­ko nie za­czął na mnie krzy­czeć.

– Myro, two­je za­da­nie jest bar­dzo pro­ste. Masz do zro­bie­nia trzy rze­czy: po pierw­sze, od­bie­rasz klien­ta w Sa­int Re­gis ju­tro o siód­mej wie­czo­rem i za­bie­rasz go do bu­dyn­ku ABC. Mają tam na­gry­wać ostat­ni akt sztu­ki, w któ­rej gra Pa­ci­no. Nosi ty­tuł, je­śli do­brze pa­mię­tam, Ame­ri­can Buf­fa­lo. Po dru­gie, od­wo­zisz go z po­wro­tem do Sa­int Re­gis oko­ło je­de­na­stej. Po trze­cie, wra­casz do ga­ra­żu, zda­jesz wóz i od­faj­ko­wu­jesz przy­jazd w gra­fi­ku.

– To wszyst­ko?

– Wszyst­ko. Mo­gła­byś to zro­bić, sto­jąc na gło­wie, Mar­ty.

Zwy­kle chi­cho­ta­ła, gdy ją tak na­zy­wał, ale te­raz tyl­ko spoj­rza­ła na nie­go z bo­le­sną, dzie­cin­ną po­wa­gą.

– A je­że­li za­miast wró­cić do ho­te­lu, bę­dzie chciał po­je­chać gdzieś na ko­la­cję? Albo do ja­kiejś knaj­py? Albo na dan­cing?

– Nie są­dzę, aby się na to zde­cy­do­wał, ale je­śli na­wet, to po pro­stu go tam za­wie­ziesz. Gdy­by za­po­wia­da­ło się, że za­mie­rza ba­lo­wać całą noc, po pół­no­cy mo­żesz skon­tak­to­wać się z Phi­lem Tho­ma­sem. Przy­śle kie­row­cę, żeby cię za­stą­pił. Gdy­bym miał ko­goś wol­ne­go, nig­dy bym cię o to nie pro­sił, ale De­me­trios jest na urlo­pie, a wszy­scy inni są za­wa­le­ni ro­bo­tą. Naj­póź­niej o pierw­szej bę­dziesz już w łóż­ku, Mar­ty. Naj­póź­niej o pierw­szej. Gwa­ran­tu­ję ci to so­len­nie.

I tym ra­zem jego gier­ka słow­na nie do­cze­ka­ła się ra­do­sne­go od­ze­wu z jej stro­ny.

Chrząk­nął i po­chy­lił się, opie­ra­jąc łok­cie na ko­la­nach. W tej sa­mej chwi­li duch jego mat­ki wy­szep­tał: „Ed­die. Nie sia­daj w ten spo­sób, Ed­die. To źle wpły­wa na two­ją­po­sta­wę i uci­ska two­je płu­ca. A ty masz bar­dzo de­li­kat­ne płu­ca”.

Po­now­nie się wy­pro­sto­wał, nie­mal nie­świa­do­mie.

– Mam na­dzie­ję, że tyl­ko ten raz przyj­dzie mi usiąść za kół­kiem – jęk­nę­ła ci­chut­ko. – Bar­dzo się roz­ty­łam. Przez ostat­nie dwa lata roz­ty­łam się jak świ­nia. Mój uni­form wy­glą­da po pro­stu fa­tal­nie.

– Tyl­ko ten raz. Przy­się­gam.

Jak­by na za­wo­ła­nie dwa pro­mie­nie świa­tła prze­su­nę­ły się po ścia­nie. Kie­dy sa­mo­chód wjeż­dżał na pod­jazd, dał się sły­szeć po­je­dyn­czy sy­gnał klak­so­nu. Ogar­nę­ła go ulga. Przez całe pięt­na­ście mi­nut mó­wił o Pa­ci­nie za­miast o Der­ry, Mike’u Han­lo­nie i Hen­rym Bo­wer­sie. W su­mie do­brze, że tak się sta­ło. Do­brze za­rów­no dla Myry, jak i dla nie­go. Nie chciał po­świę­cić ani chwi­li na my­śle­nie czy roz­mo­wę na ten te­mat, do­pó­ki nie bę­dzie mu­siał tego zro­bić.

Ed­die wstał.

– To moja tak­sów­ka.

Pod­nio­sła się tak szyb­ko, że po­tknę­ła się o skraj swo­jej ko­szu­li noc­nej i ru­nę­ła do przo­du. Ed­die zła­pał ją, ale przez chwi­lę miał wra­że­nie, że jego wy­sił­ki nic nie da­dzą – wszak była od nie­go cięż­sza o całe sto fun­tów. I po­now­nie za­czę­ła za­wo­dzić.

– Ed­die, mu­sisz mi po­wie­dzieć!

– Nie mogę. Nie mam cza­su.

– Nig­dy nic przede mną nie ukry­wa­łeś, Ed­die – za­pła­ka­ła.

– Te­raz też nie ukry­wam. Na­praw­dę. Po pro­stu nic nie pa­mię­tam. W każ­dym ra­zie, przy­najm­niej jak do­tąd, nie po­tra­fię so­bie ni­cze­go przy­po­mnieć. Wiem tyl­ko, że fa­cet, któ­ry do mnie za­dzwo­nił, to mój do­bry, sta­ry przy­ja­ciel. On…

– Roz­cho­ru­jesz się – rzu­ci­ła z roz­pa­czą w gło­sie, idąc za nim do ko­ry­ta­rza przy drzwiach. – Wiem, że to się tak skoń­czy. Po­zwól mi się tobą za­jąć, Ed­die, pro­szę. Zaj­mę się tobą, a Pa­ci­no może so­bie wy­na­jąć tak­sów­kę albo sko­rzy­stać z usług in­nej fir­my, nic mu się nie sta­nie. Po­ja­dę z tobą, co ty na to?

Mó­wi­ła pod­nie­sio­nym gło­sem, była na gra­ni­cy roz­pa­czy i ku prze­ra­że­niu Ed­die­go co­raz bar­dziej przy­po­mi­na­ła mu mat­kę – taką, jaka była w ostat­nich mie­sią­cach przed śmier­cią – sta­rą, gru­bą, sza­lo­ną ko­bie­tę.

– Będę na­cie­ra­ła ci ple­cy i pil­no­wa­ła, że­byś brał swo­je pi­guł­ki… ja… ja ci po­mo­gę… nie ode­zwę się, je­że­li nie ze­chcesz, ale pro­szę, że­byś opo­wie­dział mi o wszyst­kim. Ed­die… Ed­die, pro­szę, nie od­chodź, Ed­die, pro­szę, pro­ooszę!

Szedł pew­nym, nie­ustę­pli­wym kro­kiem w stro­nę drzwi wyj­ścio­wych, szedł na oślep z po­chy­lo­ną gło­wą, jak czło­wiek po­ko­nu­ją­cy atak gwał­tow­nej wi­chu­ry. Po­now­nie miał świsz­czą­cy od­dech. Kie­dy pod­niósł tor­by, zda­wa­ło mu się, że każ­da z nich waży dwie­ście fun­tów. Czuł na so­bie do­tyk tłu­stych ró­żo­wych dło­ni – pal­ce Myry za­ci­ska­ły się na jego ra­mie­niu, ale sła­bo. Je­dy­ną bro­nią, jaką te­raz dys­po­no­wa­ła, były bez­rad­ność i łzy za­tro­ska­nia. Tyl­ko w ten spo­sób mo­gła go po­wstrzy­mać i sta­ra­ła się tego do­ko­nać.

Nie uda mi się, po­my­ślał z go­ry­czą. Jego ast­ma co­raz bar­dziej mu do­ku­cza­ła, czuł się go­rzej niż kie­dy­kol­wiek do­tąd. Nig­dy nie było z nim tak źle. Na­wet kie­dy był dziec­kiem. Się­gnął dło­nią do klam­ki, ale ta jak­by się od nie­go od­su­wa­ła, nik­nąc w ciem­no­ści pa­nu­ją­cej na ze­wnątrz.

– Jak zo­sta­niesz, zro­bię ci tort ka­wo­wy ze śmie­ta­ną – wy­mam­ro­ta­ła. – Zro­bi­my so­bie pra­żo­ną ku­ku­ry­dzę… Przy­rzą­dzę dla cie­bie naj­wspa­nial­sze­go in­dy­ka… Je­że­li ze­chcesz, zro­bię ci to wszyst­ko ju­tro na śnia­da­nie… Za­cznę już… za­raz… – A po­tem do­da­ła po­nu­rym, nie­omal gro­bo­wym to­nem: – Ed­die, pro­szę, tak się boję, tak mnie prze­ra­żasz… boję się!!!

Zła­pa­ła go za koł­nierz i po­cią­gnę­ła do tyłu, jak tłu­sty gli­niarz chwy­ta­ją­cy po­dej­rza­ne­go typa, któ­ry usi­ło­wał zbiec. Ed­die mimo to szedł da­lej, ale jego opór za­czął słab­nąć… i kie­dy nie­mal zu­peł­nie opadł już z sił i w głę­bi du­szy za­czął się za­sta­na­wiać, czy nie po­wi­nien się pod­dać, po­czuł, że jej pal­ce roz­war­ły się wol­niut­ko.

Pu­ści­ła go. Jęk­nę­ła. Ostat­ni raz.

Jego pal­ce za­ci­snę­ły się na klam­ce; była tak cu­dow­nie chłod­na. Otwo­rzył drzwi i zo­ba­czył sto­ją­cą na pod­jeź­dzie tak­sów­kę – am­ba­sa­do­ra z kra­iny zdro­we­go roz­sąd­ku. Noc była czy­sta. Na nie­bie błysz­cza­ły ja­sne, mi­go­tli­we gwiaz­dy.

Od­wró­cił się ple­ca­mi do Myry. Miał przy­spie­szo­ny, świsz­czą­cy od­dech.

– Mu­sisz zro­zu­mieć, że to nie jest coś, co chcę zro­bić – po­wie­dział. – Gdy­bym miał moż­li­wość wy­bo­ru, ba, gdy­bym w ogó­le miał ja­ki­kol­wiek wy­bór, nie po­je­chał­bym. Pro­szę, zro­zum to, Mar­ty, wy­jeż­dżam, ale wró­cę. – W głę­bi du­szy czuł jed­nak, że kła­mie.

– Kie­dy? Jak dłu­go cię nie bę­dzie?

– Ty­dzień. Może dzie­sięć dni. Na pew­no nie dłu­żej.

– Ty­dzień! – wrza­snę­ła, chwy­ta­jąc się za brzuch, jak diwa w kiep­skiej ope­rze. – Ty­dzień! Dzie­sięć dni! Pro­szę, Ed­die. Pro-oo…!

– Mar­ty, prze­stań. Do­brze? Po pro­stu prze­stań.

Ku jego zdu­mie­niu umil­kła i tyl­ko sta­ła nie­ru­cho­mo, pa­trząc na nie­go wil­got­ny­mi pod­krą­żo­ny­mi oczy­ma. Nie była na nie­go wście­kła, bała się o nie­go i – rzecz nie­zwy­kła – rów­nież o sie­bie. Wła­śnie wte­dy, być może po raz pierw­szy od lat, od­kąd ją znał, po­czuł, że po­tra­fi da­rzyć ją praw­dzi­wą mi­ło­ścią. Czy od­czu­wał to dla­te­go, że wy­jeż­dżał? Być może. Nie. Skre­ślić „być może”. Wie­dział, że tak było. I czuł się jak coś, co żyje na nie­wła­ści­wym koń­cu te­le­sko­pu.

Ale może do­brze, że tak się sta­ło. Czy to uczu­cie było wła­ści­we? Czy do­brze zro­bił, po­zwa­la­jąc so­bie na uświa­do­mie­nie fak­tu, że mi­łość do niej wy­da­wa­ła się cał­kiem wła­ści­wa? Na­wet je­śli kie­dyś wy­glą­da­ła jak jego mat­ka, na­wet je­śli ja­dła w łóż­ku cze­ko­la­do­we cia­stecz­ka, oglą­da­jąc Hard­ca­stle and McCor­mick albo Fal­con Crest, przy czym na­tu­ral­nie okru­chy za­wsze lą­do­wa­ły po jego stro­nie, na­wet je­śli nie była zbyt by­stra i z uwa­gi na to, że jego me­dy­ka­men­ty zaj­mo­wa­ły nie­mal całą ap­tecz­kę, swo­je prze­cho­wy­wa­ła w lo­dów­ce?

A może… Czy to moż­li­we?…

Tego typu my­śli przy­cho­dzi­ły mu do gło­wy w róż­nych chwi­lach i okre­sach jego po­gma­twa­ne­go ży­cia, na po­szcze­gól­nych jego eta­pach, pod­czas któ­rych awan­so­wał od syna przez ko­chan­ka aż do sta­no­wi­ska męża. Te­raz, kie­dy opusz­czał dom, czu­jąc w głę­bi du­szy, że robi to po raz ostat­ni, przy­szła mu do gło­wy cał­kiem nowa ewen­tu­al­ność i po­wiew zdzi­wie­nia omiótł jego my­śli ni­czym mu­śnię­cie skrzy­dła ja­kie­goś wiel­kie­go pta­ka.

Czy to moż­li­we, aby Myra była bar­dziej prze­ra­żo­na niż on? Czy to moż­li­we, aby tak samo było w przy­pad­ku jego mat­ki?

Ko­lej­ne wspo­mnie­nie z Der­ry wy­bu­chło w jego pod­świa­do­mo­ści ni­czym ja­skra­wy skwier­czą­cy fa­jer­werk. Na Cen­ter Stre­et znaj­do­wał się sklep obuw­ni­czy Sho­ebo­at. Mat­ka za­bra­ła go tam pew­ne­go dnia – wy­da­wa­ło mu się, że miał wów­czas ja­kieś pięć czy sześć lat – i po­wie­dzia­ła, aby sie­dział spo­koj­nie i był grzecz­ny, pod­czas gdy ona ku­po­wa­ła bia­łe pan­to­fel­ki na uro­czy­stość ślub­ną.

No i sie­dział grzecz­nie i spo­koj­nie, a jego mat­ka roz­ma­wia­ła z pa­nem Gar­de­ne­rem, jed­nym z tam­tej­szych sprze­daw­ców, ale był tyl­ko ma­łym, pię­cio-, może sze­ścio­let­nim chłop­cem i kie­dy mat­ka od­rzu­ci­ła trze­cią parę bia­łych pan­to­fli, któ­re za­pre­zen­to­wał jej pan Gar­de­ner, Ed­die po­czuł się znu­dzo­ny i pod­szedł do rogu skle­pu, gdzie za­uwa­żył coś, co go za­cie­ka­wi­ło.

W pierw­szej chwi­li wy­da­wa­ło mu się, że jest to ol­brzy­mia skrzy­nia po­sta­wio­na na jed­nym z ro­gów. Jed­nak kie­dy pod­szedł bli­żej, uznał, że to mu­siał być ja­kiś pul­pit. Ale z pew­no­ścią był to naj­dziw­niej­szy pul­pit czy stół, jaki kie­dy­kol­wiek wi­dział. Był taki wą­ski! Zro­bio­no go z po­la­kie­ro­wa­ne­go drew­na z całą masą in­kru­sto­wa­nych krę­tych li­nii i ozdob­nych wy­cięć wy­ko­na­nych na gład­kiej po­wierzch­ni.

Poza tym, aby do nie­go do­trzeć, trze­ba było wejść po trzech schod­kach, a on nig­dy nie wi­dział sto­łu ze schod­ka­mi.

Kie­dy zna­lazł się tuż obok nie­go, zo­ba­czył, że w pul­pi­to­po­dob­nym przed­mio­cie u dołu wid­niał sze­ro­ki otwór, a z boku znaj­do­wał się przy­cisk, na gó­rze zaś – za­chwy­ca­ją­ce! – coś, co przy­po­mi­na­ło ko­smicz­ny te­le­skop Ka­pi­ta­na Wi­deo.

Ed­die ob­szedł pul­pit do­oko­ła i zo­ba­czył ta­blicz­kę. Mu­siał mieć co naj­mniej sześć lat, bo zdo­łał prze­czy­tać, co było na niej na­pi­sa­ne, wy­szep­tu­jąc na głos każ­de sło­wo: „Czy two­je buty pa­su­ją? Sprawdź i zo­bacz!”.

Za­wró­cił, wszedł po trzech schod­kach na małą plat­for­mę, a po­tem wło­żył sto­pę w otwór urzą­dze­nia. Czy jego but pa­so­wał? Ed­die nie wie­dział, ale miał wiel­ką ocho­tę spraw­dzić i zo­ba­czyć. Przy­ło­żył oko do gu­mo­wa­ne­go oku­la­ru i na­ci­snął gu­zik. Zie­lo­ne świa­tło za­la­ło jego oczy. Ed­die wstrzy­mał od­dech. Wi­dział swo­ją sto­pę pły­wa­ją­cą we­wnątrz buta wy­peł­nio­ne­go zie­lo­nym dy­mem. Po­ru­szał pal­ca­mi i na­gle zdał so­bie spra­wę, że wi­dzi nie tyl­ko swo­je pal­ce, ale rów­nież ko­ści! Ko­ści swo­jej sto­py! Skrzy­żo­wał wiel­ki pa­lec z dru­gim (jak­by się przed czymś za­że­gny­wał) i nie­ziem­skie ko­ści w obiek­ty­wie lu­ne­ty uło­ży­ły się w X, któ­ry jed­nak nie był bia­ły, ale zie­lo­ny. Wi­dział… I wte­dy jego mat­ka krzyk­nę­ła, to był na­ra­sta­ją­cy okrzyk pa­ni­ki, któ­ry prze­ciął ci­szę pa­nu­ją­cą w skle­pie jak ryk kom­baj­nu, jak pio­run ku­li­sty albo zew nad­cią­ga­ją­ce­go po nie­bie Jeźdź­ca Apo­ka­lip­sy. Od­su­nął się gwał­tow­nie od pul­pi­tu, za­sko­czo­ny, ob­ró­cił się i zo­ba­czył, jak gna­ła ku nie­mu w sa­mych tyl­ko poń­czo­chach, z su­kien­ką po­wie­wa­ją­cą wo­kół niej jak poły płasz­cza na wie­trze. Prze­wró­ci­ła krze­sło i jed­no z urzą­dzeń do mie­rze­nia obu­wia po­szy­bo­wa­ło w górę. Jej brzuch prze­le­wał się cięż­ko. Usta otwar­te na kształt szkar­łat­ne­go O od­zwier­cie­dla­ły wy­raz bez­gra­nicz­ne­go prze­ra­że­nia. Twa­rze klien­tów od­wra­ca­ły się w jej stro­nę, kie­dy bie­gła przez sklep. „Ed­die, odejdź stam­tąd! – wrza­snę­ła.

– Odejdź stam­tąd! Przez te ma­szy­ny na­ba­wisz się raka! Złaź stam­tąd! Ed­die! Ed­die­ee!”. Cof­nął się, jak­by w tej sa­mej chwi­li ma­szy­na roz­grza­ła się do czer­wo­no­ści. Ogar­nię­ty pa­ni­ką za­po­mniał o znaj­du­ją­cych się tuż za nim scho­dach. Jego pię­ty ob­su­nę­ły się z pierw­sze­go stop­nia i za­czął spa­dać – wol­no upa­dał do tyłu, wy­ma­chu­jąc opę­tań­czo rę­ka­mi, pró­bu­jąc w ten spo­sób od­zy­skać utra­co­ną rów­no­wa­gę. I czy w tej chwi­li w jego umy­śle nie po­ja­wi­ła się sza­leń­cza, acz ra­do­sna myśl: „Spa­dam! Za­raz się do­wiem, jak to jest, kie­dy się upa­da i roz­wa­la so­bie łeb. Do­brze mi tak…!”? Czy nie my­ślał wte­dy w ten spo­sób? A może to były tyl­ko jego do­ro­słe prze­my­śle­nia na te­mat tego, co dzia­ło się wów­czas w umy­śle ma­łe­go chłop­ca, któ­re po­ja­wi­ły się wraz z na wpół za­ma­za­ny­mi ob­ra­za­mi (po­zba­wio­ny­mi sen­su w swej nie­sa­mo­wi­tej wy­ra­zi­sto­ści), czy rze­czy­wi­ście tak wte­dy my­ślał, czy też tak mu się tyl­ko zda­wa­ło?

W grun­cie rze­czy było to re­to­rycz­ne py­ta­nie. Nie upadł. Mat­ka zna­la­zła się przy nim na czas. Zła­pa­ła go. Wy­buch­nął pła­czem, ale nie upadł. Wszy­scy na nich pa­trzy­li. Pa­mię­tał to. Pa­mię­tał, jak pan Gar­de­ner pod­niósł prze­wró­co­ny sto­jak do mie­rze­nia bu­tów i spraw­dził, czy wszyst­kie znaj­du­ją­ce się na nim po­krę­tła i su­wa­ki dzia­ła­ją, jak na­le­ży, pod­czas gdy inny sprze­daw­ca po­sta­wił na swo­im miej­scu krze­sło i nim przy­jął ty­po­wą pozę do­bro­tli­we­go i usłuż­ne­go pra­cow­ni­ka skle­pu, wzru­szył ra­mio­na­mi w ge­ście ra­do­sne­go obrzy­dze­nia. Przede wszyst­kim jed­nak Ed­die przy­po­mniał so­bie wil­got­ny po­li­czek mat­ki i jej go­rą­cy, kwa­śny od­dech. Pa­mię­tał, jak szep­ta­ła mu do ucha raz po raz: „Nig­dy wię­cej tego nie rób, nig­dy wię­cej…”. W ten spo­sób jego mat­ka sta­ra­ła się za­że­gnać wszel­kie kło­po­ty. Po­wta­rza­ła te sło­wa rok wcze­śniej, kie­dy od­kry­ła, że któ­re­goś go­rą­ce­go let­nie­go dnia opie­kun­ka do dziec­ka za­bra­ła Ed­die­go na ba­sen w Der­ry Park – było to w okre­sie, gdy za­gro­że­nie cho­ro­bą He­ine­go i Me­di­na, ja­kie na­sta­ło z po­cząt­kiem lat pięć­dzie­sią­tych, za­czę­ło z wol­na prze­mi­jać. Wy­cią­gnę­ła go z ba­se­nu, po­wta­rza­jąc, że nig­dy, nig­dy, nig­dy wię­cej nie wol­no mu tego ro­bić, a wszyst­kie dzie­cia­ki, tak jak te­raz klien­ci i pra­cow­ni­cy skle­pu, pa­trzy­ły na nich. Jej od­dech wów­czas miał taki sam kwa­śny po­smak. Wy­pro­wa­dzi­ła go ze skle­pu, krzy­cząc na sprze­daw­ców, że je­że­li coś złe­go sta­ło się jej ma­łe­mu chłop­cu, to wnie­sie prze­ciw­ko nim wszyst­kim po­zew do sądu. Ed­die pła­kał przez cały dzień, a jego ast­ma po­now­nie dała o so­bie znać ze zdwo­jo­ną siłą. To był fa­tal­ny dzień. Tej nocy przez wie­le go­dzin nie mógł za­snąć, za­sta­na­wia­jąc się, co to wła­ści­wie ta­kie­go ten rak, czy był gor­szy niż cho­ro­ba He­ine­go i Me­di­na, czy był śmier­tel­ny, a je­że­li tak, to jak dłu­go trwa­ło umie­ra­nie i jak bar­dzo się cier­pia­ło przed wy­zio­nię­ciem du­cha.

Za­sta­na­wiał się też, czy gdy­by umarł na raka, to tym sa­mym po­szedł­by do pie­kła.

Wie­dział jed­no – za­gro­że­nie było na­praw­dę po­waż­ne.

Ona tak bar­dzo się bała. Wie­dział o tym. Czuł to. I dla­te­go wie­dział. Była prze­ra­żo­na.

– Mar­ty – po­wie­dział, po­ko­nu­jąc ba­rie­rę cza­so­wą – czy mo­gła­byś mnie po­ca­ło­wać?

Po­ca­ło­wa­ła go i ro­biąc to, ob­ję­ła go tak moc­no, że jego krę­go­słup jęk­nął prze­cią­gle. Gdy­by­śmy byli w wo­dzie, po­my­ślał, uto­pi­ła­by nas obo­je.

– Nie bój się – wy­szep­tał jej do ucha.

– Nie mogę nic na to po­ra­dzić.

– Wiem – po­wie­dział i zdał so­bie spra­wę, że cho­ciaż ści­ska­ła go tak moc­no, jego ast­ma wy­raź­nie osła­bła. Nie miał już świsz­czą­ce­go od­de­chu. – Wiem, Mar­ty.

Tak­sów­karz po­now­nie na­ci­snął klak­son.

– Za­dzwo­nisz? – spy­ta­ła drżą­co.

– Je­że­li będę mógł.

– Ed­die, pro­szę, czy nie mógł­byś mi po­wie­dzieć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi?

Przy­pu­ść­my, że zro­bił­by to? Czy to by ją uspo­ko­iło?

Mar­ty, mia­łem dziś te­le­fon od Mike’a Han­lo­na. Roz­ma­wia­li­śmy przez chwi­lę, ale ogól­nie rzecz bio­rąc, wszyst­ko spro­wa­dza się do dwóch rze­czy: „To się zno­wu za­czę­ło – po­wie­dział Mike. – Przy­je­dziesz?”. A te­raz pło­nę z go­rącz­ki, Mar­ty, tyle że tej go­rącz­ki nie ule­czysz aspi­ry­ną; po­dob­nie jak mo­jej ast­my nie uda się ule­czyć za po­mo­cą tego cho­ler­ne­go aspi­ra­to­ra. Bo te kło­po­ty z od­de­chem nie bio­rą się z krta­ni czy płuc, ale z oko­lic ser­ca. Wró­cę, je­że­li będę mógł, Mar­ty, ale czu­ję się jak czło­wiek sto­ją­cy u wy­lo­tu szy­bu sta­rej ko­pal­ni, któ­ra w każ­dej chwi­li gro­zi za­wa­le­niem, sto­ję tam i cze­kam, aby wejść do środ­ka, a tym sa­mym raz na za­wsze po­że­gnać się z tym świa­tem.

Tak, na Boga, tak! To na pew­no by ją pod­bu­do­wa­ło i uspo­ko­iło!

– Nie – rzekł. – Chy­ba nie mogę ci tego po­wie­dzieć.

I za­nim zdą­ży­ła coś do­dać, za­nim zdą­ży­ła po­now­nie otwo­rzyć usta („Ed­die, wy­siądź z tak­sów­ki, na­ba­wisz się raka!”), za­czął iść przed sie­bie, od­da­la­jąc się od niej co­raz szyb­ciej i szyb­ciej. Za­nim do­tarł do tak­sów­ki, pra­wie biegł.

A ona wciąż sta­ła w drzwiach, pod­czas gdy tak­sów­ka wy­je­cha­ła na uli­cę, cią­gle tam sta­ła, kie­dy wóz ru­szył w stro­nę mia­sta – wiel­ki czar­ny cień ko­bie­ty wy­cię­ty ze świa­tła pa­da­ją­ce­go z wnę­trza ich domu. Po­ma­chał jej i wy­da­wa­ło mu się, że zo­ba­czył, jak unio­sła rękę w od­po­wie­dzi.

– Do­kąd pru­je­my, przy­ja­cie­lu? – spy­tał tak­siarz.

– Penn Sta­tion – po­wie­dział Ed­die i jego dłoń za­mknę­ła się na aspi­ra­to­rze. Ast­ma wy­co­fa­ła się do swo­jej kry­jów­ki.

Czuł się… pra­wie do­brze.

Ale czte­ry go­dzi­ny póź­niej po­trze­bo­wał swe­go aspi­ra­to­ra bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek, gdyż prze­bu­dził się z lek­kiej drzem­ki gwał­tow­nym spa­zma­tycz­nym szarp­nię­ciem, któ­re spra­wi­ło, że sie­dzą­cy na­prze­ciw nie­go fa­cet w gar­ni­tu­rze opu­ścił trzy­ma­ną w dło­ni ga­ze­tę i spoj­rzał na nie­go z za­cie­ka­wie­niem, nie­mniej prze­mie­sza­nym z nie­po­ko­jem.

Wró­ci­łam, Ed­die! – za­wo­ła­ła ra­do­śnie ast­ma. Wró­ci­łam i kto wie, może tym ra­zem cię za­bi­ję! Cze­mu nie? Wiesz, że to i tak na­stą­pi prę­dzej czy póź­niej. Nie mogę się z tobą cac­kać w nie­skoń­czo­ność! Klat­ka pier­sio­wa Ed­die­go uno­si­ła się i opa­da­ła. Się­gnął po in­ha­la­tor, zna­lazł go; wło­żył ko­niec do ust i po­cią­gnął za spust. Po­tem siadł sztyw­no w wy­so­kim fo­te­lu Am­tra­ka, trzę­sąc się jak osi­ka, cze­ka­jąc, aż ból prze­mi­nie, i my­śląc o śnie, z któ­re­go się wła­śnie obu­dził. Śnie? Chry­ste, je­że­li to było tyl­ko to. Oba­wiał się, że na­wie­dzi­ło go ra­czej wspo­mnie­nie. Było w nim zie­lo­ne świa­tło, jak to we­wnątrz ma­szy­ny do zdjęć rent­ge­now­skich w skle­pie obuw­ni­czym, i trę­do­wa­ty o gni­ją­cym cie­le, ści­ga­ją­cy krzy­czą­ce­go chłop­ca – Ed­die­go Ka­sp­bra­ka – przez ciąg pod­ziem­nych tu­ne­li. Biegł i biegł (on bie­ga do­syć szyb­ko, jak po­wie­dział tre­ner Black jego mat­ce, i biegł na­praw­dę szyb­ko, ma­jąc za ple­ca­mi tę gni­ją­cą rzecz, o tak, mo­żesz się za­ło­żyć o swo­je fu­tro, że tak było) w tym śnie, w któ­rym miał je­de­na­ście lat, a po­tem po­czuł coś jak woń śmier­ci i ktoś za­pa­lił za­pał­kę, a on spoj­rzał w dół i zo­ba­czył roz­kła­da­ją­cą się twarz Pa­tric­ka Hock­stet­te­ra, chłop­ca, któ­ry znik­nął w lip­cu 1958 roku, ro­ba­ki kłę­bią­ce się zbi­tą masą w dziu­rach jego po­licz­ków, po­czuł okrop­ny smród bi­ją­cy z wnę­trza cia­ła tru­pa, ale to nie ko­niec, bo w tym śnie, któ­ry był bar­dziej wspo­mnie­niem niż snem, spu­ścił wzrok i do­strzegł dwa pod­ręcz­ni­ki szkol­ne, gru­be od wil­go­ci i po­kry­te zie­lo­ną war­stew­ką ple­śni: Ro­ads to Eve­ry­whe­re i Un­der­stan­ding Our Ame­ri­ca. Ich kiep­ski stan na­le­ża­ło tłu­ma­czyć obrzy­dli­wą wil­go­cią, jaka pa­no­wa­ła tu, na dole (te­mat pra­cy Pa­tric­ka Hock­stet­te­ra: „Jak spę­dzi­łem let­nie wa­ka­cje”. „Spę­dzi­łem je mar­twy w tu­ne­lu! Mech i pleśń po­kry­ły moje książ­ki, tak że każ­da z nich na­pu­chła do roz­mia­rów ka­ta­lo­gów Se­ar­sa”). Ed­die otwo­rzył usta do krzy­ku i wła­śnie wów­czas szorst­kie pal­ce trę­do­wa­te­go mu­snę­ły po jego po­licz­kach i wsu­nę­ły mu się do ust, a on do­kład­nie w tej chwi­li się obu­dził i ze zdzi­wie­niem uświa­do­mił so­bie, że wca­le nie znaj­du­je się w ka­na­łach pod Der­ry, w sta­nie Ma­ine, tyl­ko w wa­go­nie po­cią­gu li­nii Am­trak, su­ną­cym przez Rho­de Is­land pod czar­nym nie­bem roz­świe­tlo­nym bla­dą tar­czą księ­ży­ca. Męż­czy­zna sie­dzą­cy na­prze­ciw nie­go jak­by przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, co ma po­wie­dzieć, aż wresz­cie wy­du­sił z sie­bie:

– Do­brze się pan czu­je?

– Tak – od­parł Ed­die. – Usną­łem i mia­łem zły sen. Zno­wu od­zy­wa się moja ast­ma.

– Ro­zu­miem. – Ga­ze­ta po­now­nie się unio­sła. Ed­die zo­ba­czył, że była to ga­ze­ta, któ­rą jego mat­ka okre­śla­ła cza­sa­mi jako „Żydo-York Ti­mes”. Ed­die wyj­rzał przez okno, na śpią­cą oko­li­cę ską­pa­ną w bla­sku ba­jecz­ne­go księ­ży­ca. Tu i ów­dzie do­strze­gał ja­kiś dom – cza­sa­mi kil­ka – w więk­szo­ści z nich było ciem­no, w kil­ku wciąż jesz­cze pa­li­ły się świa­tła. Ale te świa­tła były ni­czym w po­rów­na­niu z upior­ną po­świa­tą księ­ży­ca.

Wy­da­wa­ło mu się, że księ­życ do nie­go prze­ma­wiał. Hen­ry Bo­wers. Boże. Był taki sza­lo­ny. Ed­die za­sta­na­wiał się, gdzie był te­raz ten su­kin­syn. Może nie żył. A może sie­dział w wię­zie­niu lub, kto wie, prze­mie­rzał wy­lud­nio­ne rów­ni­ny w cen­trum kra­ju, jak wi­rus, któ­re­go nie spo­sób ule­czyć, na­pa­da­jąc no­ca­mi na skle­py Se­ven-Ele­ven przy dro­gach albo za­bi­ja­jąc dla mar­nych paru do­lców lu­dzi, któ­rzy byli na tyle głu­pi, że wi­dząc go sto­ją­ce­go na szo­sie z wy­cią­gnię­tą w bok ręką i unie­sio­nym kciu­kiem, za­trzy­my­wa­li się, aby go pod­wieźć.

To nie­wy­klu­czo­ne.

A może był pa­cjen­tem któ­re­goś ze szpi­ta­li psy­chia­trycz­nych? Czy pa­trzył w nie­bo na tar­czę księ­ży­ca zbli­ża­ją­ce­go się do peł­ni? Czy prze­ma­wiał do nie­go i słu­chał od­po­wie­dzi, któ­rych nikt prócz nie­go nie sły­szał?

Ed­die uznał, że to było jesz­cze bliż­sze praw­dy. Wzdry­gnął się. Wresz­cie za­czy­nam so­bie przy­po­mi­nać dzie­ciń­stwo, po­my­ślał. Za­czy­nam so­bie przy­po­mi­nać, jak spę­dzi­łem let­nie wa­ka­cje w tym upior­nym 1958 roku. Czuł, że te­raz, gdy­by chciał, przy­po­mniał­by so­bie każ­dą sce­nę, jaka ro­ze­gra­ła się owe­go lata, ale on tego nie chciał!

O Boże, gdy­bym tyl­ko mógł to wszyst­ko jesz­cze raz za­po­mnieć! Oparł się czo­łem o brud­ną szy­bę okna, trzy­ma­jąc luź­no w dło­ni swój aspi­ra­tor, i pa­trzył, jak pę­dzą­cy po­ciąg roz­pra­sza ota­cza­ją­cą go noc. Jadę na pół­noc. Ale to nie było tak. Nie jadę na pół­noc. Bo to nie jest po­ciąg. To we­hi­kuł cza­su. Nie jadę na pół­noc. Ra­czej co­fam się w cza­sie. I na­gle od­niósł wra­że­nie, że usły­szał szept księ­ży­ca. Ed­die Ka­sp­brak za­ci­snął pal­ce na swo­im aspi­ra­to­rze i za­mknął oczy. Po­czuł na­gły za­wrót gło­wy.

5

Be­ver­ly Ro­gan do­sta­je la­nie

Tom już pra­wie usnął, kie­dy roz­dzwo­nił się te­le­fon. Pod­niósł się na łóż­ku, po­chy­lił w stro­nę apa­ra­tu i w tej sa­mej chwi­li po­czuł, jak jed­na z pier­si Be­ver­ly przy­wie­ra do jego ra­mie­nia, kie­dy jego żona pod­nio­sła słu­chaw­kę. Opadł z po­wro­tem na po­dusz­kę, za­sta­na­wia­jąc się w du­chu, kto mógł o tej po­rze dzwo­nić pod ten za­strze­żo­ny nu­mer. Usły­szał, jak Be­ver­ly po­wie­dzia­ła „cześć”, a po­tem po­now­nie po­grą­żył się w drzem­ce.

Pod­czas me­czu ba­se­bal­lo­we­go opróż­nił pra­wie osiem­na­ście pu­szek piwa i był nie­źle wsta­wio­ny. Na­gle usły­szał ostry, pe­łen za­cie­ka­wie­nia głos Be­ver­ly: „Co­oooo?”, któ­ry prze­szył jego ucho jak ko­lec do lodu, i po­now­nie otwo­rzył oczy. Pró­bo­wał usiąść i sznur te­le­fo­nu wpił się w jego gru­bą szy­ję.

– Zdej­mij ze mnie to ku­re­stwo, Be­ver­ly – po­wie­dział, a ona szyb­ko wsta­ła i obe­szła łóż­ko, trzy­ma­jąc prze­wód te­le­fo­nu w zdrę­twia­łych pal­cach. Mia­ła ciem­no­ru­de wło­sy, któ­re opa­da­ły fa­la­mi na jej ko­szu­lę noc­ną i się­ga­ły jej nie­mal do pasa. Wło­sy kur­wy. Nie spoj­rza­ła na jego twarz, by wy­czy­tać, w ja­kim jest na­stro­ju, a To­mo­wi Ro­ga­no­wi to się nie po­do­ba­ło. Usiadł. Za­czę­ła go bo­leć gło­wa. Cho­le­ra, praw­do­po­dob­nie gło­wa już go bo­la­ła, tyle że drze­miąc, nie zda­wał so­bie z tego spra­wy.

Po­szedł do ła­zien­ki i od­lał się. Miał wra­że­nie, że ta czyn­ność za­bra­ła mu do­bre trzy go­dzi­ny, więc uznał, że może so­bie po­zwo­lić na jesz­cze jed­no piwo i spró­bo­wać w ten spo­sób za­bić tego cho­ler­ne­go kaca.

Idąc przez sy­pial­nię w stro­nę scho­dów, fa­cet w bia­łych bok­ser­kach spoden­kach, któ­re ło­po­ta­ły jak ża­gle pod li­nią jego po­kaź­ne­go brzusz­ka, z ra­mio­na­mi jak me­ta­lo­we szta­by (przy­po­mi­nał bar­dziej osił­ka z do­ków niż prze­wod­ni­czą­ce­go i głów­ne­go kie­row­ni­ka Be­ver­ly Fa­shions Inc.), obej­rzał się przez ra­mię i za­wo­łał gniew­nie:

– Je­śli to ta kre­tyn­ka Le­sley, to jej po­wiedz, żeby się od­pier­do­li­ła i dała nam po­spać!

Be­ver­ly unio­sła na chwi­lę wzrok, po­krę­ci­ła gło­wą, by dać mu do zro­zu­mie­nia, że to nie była Le­sley, a po­tem na po­wrót za­ję­ła się roz­mo­wą.

Tom po­czuł, że mię­śnie jego kar­ku za­czę­ły się na­pi­nać. Ode­brał ten gest tak, jak­by chcia­ła go zbyć. Wiel­ka dama zby­wa na­trę­ta. Pier­do­lo­na mi­la­dy. Wy­glą­da­ło na to, że bę­dzie mu­siał zro­bić coś w tej spra­wie. Być może Be­ver­ly po­trze­bo­wa­ła krót­kie­go przy­po­mnie­nia, kto rzą­dzi w tym domu. Nie­wy­klu­czo­ne. Cza­sa­mi aż się o to pro­si­ła. Nie była zbyt po­jęt­ną uczen­ni­cą.

Zszedł na dół i prze­szedł przez hol do kuch­ni, jak­by od nie­chce­nia wy­cią­ga­jąc koń­ca­mi pal­ców ma­te­riał swo­ich spode­nek, któ­ry wsu­nął się zbyt głę­bo­ko w szcze­li­nę po­mię­dzy po­ślad­ka­mi, i otwo­rzył lo­dów­kę.

Jed­nak w środ­ku znaj­do­wał się tyl­ko nie­bie­ski pół­mi­sek z reszt­ką ro­ma­nof­fa. Piwa już nie było. Opróż­nił na­wet pusz­kę, któ­rą zwy­kle prze­cho­wy­wał z tyłu na czar­ną go­dzi­nę (po­dob­nie jak na wszel­ki wy­pa­dek prze­cho­wy­wał za­wsze dwu­dzie­sto­do­la­ro­wy bank­not ukry­ty za opraw­ką pra­wa jaz­dy). Gra była za­cię­ta, ale i tak wszyst­ko na nic. Whi­te Sox prze­gra­li. Skiep­ści­li się w tym roku, pa­ta­ła­chy.

Jego wzrok po­wę­dro­wał ku bu­tel­kom moc­niej­szych trun­ków, sto­ją­cym na prze­szklo­nej pół­ce nad ku­chen­nym bar­kiem, i przez chwi­lę zo­ba­czył sie­bie, na­le­wa­ją­ce­go so­bie do szkla­necz­ki z pa­ro­ma kost­ka­mi lodu por­cyj­kę jima be­ama. Po­tem pod­szedł w stro­nę scho­dów – wie­dział, że ko­lej­ny drink tyl­ko wzmógł­by do­skwie­ra­ją­cy mu ból gło­wy. Spoj­rzał na tar­czę sta­re­go ze­ga­ra z wa­ha­dłem, sto­ją­ce­go przy scho­dach, i zo­ba­czył, że było już po pół­no­cy. Ta in­for­ma­cja by­najm­niej nie po­pra­wi­ła mu sa­mo­po­czu­cia, któ­re nig­dy, na­wet w naj­wspa­nial­szych chwi­lach, nie było naj­lep­sze.

Wszedł po scho­dach wol­no, z roz­wa­gą, świa­do­my – aż za­nad­to – jak cięż­ko pra­co­wa­ło jego ser­ce. Ba-bach, ba-bach, ba-bach, ba-bach. Kie­dy czuł każ­de ude­rze­nie ser­ca w uszach, nad­garst­kach i klat­ce pier­sio­wej, za­wsze na­ra­sta­ło w nim zde­ner­wo­wa­nie.

Cza­sa­mi, kie­dy tak się dzia­ło, wy­obra­żał so­bie, że jego ser­ce nie było za­ci­ska­ją­cym się i roz­wie­ra­ją­cym ryt­micz­nie mię­śniem, tyl­ko wiel­ką tar­czą z igłą prze­su­wa­ją­cą się nie­bez­piecz­nie w stro­nę czer­wo­ne­go pola. Nie lu­bił tego gów­na. Nie po­trze­bo­wał tego gów­na. Po­trze­bo­wał je­dy­nie so­lid­nej por­cji snu. Ale ta głu­pia, tępa cipa, z któ­rą się oże­nił, wciąż jesz­cze wi­sia­ła na te­le­fo­nie.

– Ro­zu­miem to, Mike… tak… tak… oczy­wi­ście… wiem… ale…

Dłuż­sza pau­za.

– Bill Den­bro­ugh?! – wy­krzyk­nę­ła i ten prze­klę­ty ko­lec do lodu wbił się po­now­nie w ucho Toma.

Stał przed drzwia­mi sy­pial­ni, do­pó­ki od­dech mu się nie unor­mo­wał. Jego ser­ce znów ude­rzy­ło w rytm – ba-bach, ba-bach, ba-bach. Dud­nie­nie usta­ło. Wy­obra­ził so­bie, jak igła cofa się z czer­wo­ne­go pola, a po­tem bły­ska­wicz­nie ode­gnał od sie­bie tę wi­zję.

Był męż­czy­zną, na mi­łość bo­ską, i to cho­ler­nie do­brym męż­czy­zną, nie ja­kąś ma­szy­ną ze spie­przo­nym ter­mo­sta­tem. Był w świet­nej for­mie. Fa­cet z że­la­za. I gdy­by mu­siał jej o tym przy­po­mnieć, zro­bił­by to z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią.

Już miał wejść do sy­pial­ni, kie­dy coś go po­wstrzy­ma­ło. Stał jesz­cze przez chwi­lę w drzwiach, słu­cha­jąc jej słów; nie ob­cho­dzi­ło go, z kim roz­ma­wia­ła ani o czym, po pro­stu na­słu­chi­wał to wzno­szą­ce­go się, to opa­da­ją­ce­go tonu jej gło­su. I po­czuł, że po­now­nie za­czy­na go ogar­niać zna­jo­me uczu­cie tę­pej, nie­po­ha­mo­wa­nej wście­kło­ści.

Spo­tkał ją w ba­rze dla sa­mot­nych, w śród­mie­ściu Chi­ca­go, przed czte­re­ma laty. Roz­mo­wa ra­czej się kle­iła, bo obo­je pra­co­wa­li w bu­dyn­ku Stan­dard Brands, mie­li paru wspól­nych zna­jo­mych. Tom pra­co­wał dla King & Lan­dry w dzia­le kon­tak­tów z klien­ta­mi, na czter­dzie­stym dru­gim pię­trze. Be­ver­ly, któ­ra no­si­ła jesz­cze wte­dy na­zwi­sko Marsh, była asy­stent­ką pro­jek­tant­ki w De­lia Fa­shion na dwu­na­stym. De­lia, któ­rą po­tem uzna­no za naj­skrom­niej­szy dom mody na Środ­ko­wym Za­cho­dzie, za­spo­ka­ja­ła po­trze­by lu­dzi mło­dych; spodnie, bluz­ki, sza­li­ki i su­kien­ki sprze­da­wa­no hur­to­wo do skle­pów, któ­re De­lia Ca­stle­man na­zy­wa­ła „skle­pa­mi mło­dzie­ży”, a Tom Ro­gan – „chła­mo­wy­mi bu­ti­ka­mi”. Tom Ro­gan pra­wie na­tych­miast do­wie­dział się dwóch rze­czy o Be­ver­ly Marsh – była war­ta grze­chu i ła­twa do zdo­by­cia. W nie­ca­ły mie­siąc do­wie­dział się jesz­cze trze­ciej rze­czy – ta dziew­czy­na mia­ła ta­lent. Ol­brzy­mi ta­lent. W wy­ko­na­nych przez nią pro­jek­tach zwy­czaj­nych su­kie­nek i blu­zek do­strzegł nie­omal nie­wy­czer­pa­ną żyłę zło­ta. Be­ver­ly Marsh była nie­wy­ko­rzy­sta­ną ma­szy­ną do ro­bie­nia pie­nię­dzy. I mar­nu­je swój ta­lent dla chła­mo­wych bu­ti­ków, po­my­ślał, ale nie po­wie­dział tego na głos (w każ­dym ra­zie wte­dy). Ko­niec z mar­nym oświe­tle­niem i po­ka­za­mi na za­ple­czu do­mów to­wa­ro­wych, mię­dzy ar­ty­ku­ła­mi pierw­szej po­trze­by a pod­ko­szul­ka­mi ze­spo­łów roc­ko­wych. Niech się tym gów­nem zaj­mu­ją ma­lucz­cy i nie­udacz­ni­cy.

Wie­dział o niej spo­ro, nim jesz­cze Bev zdą­ży­ła się zo­rien­to­wać, że się nią in­te­re­so­wał, ale tak wła­śnie chciał to prze­pro­wa­dzić Tom Ro­gan. Od lat szu­kał ko­goś ta­kie­go jak Be­ver­ly Marsh i rzu­cił się na nią jak wy­gło­dzo­ny lew na po­wa­lo­ną an­ty­lo­pę. Co praw­da, z wy­glą­du Be­ver­ly Marsh wca­le nie spra­wia­ła wra­że­nia ła­twe­go łupu. Była pięk­ną, szczu­płą, do­brze zbu­do­wa­ną ko­bie­tą. Nie mia­ła zbyt ład­nych bio­der, ale mo­gła się po­szczy­cić na­praw­dę fan­ta­stycz­nym tył­kiem i naj­wspa­nial­szym biu­stem, jaki Ro­gan kie­dy­kol­wiek wi­dział. Tom za­wsze lu­bił pier­sia­ste dziew­czy­ny, ale te wy­so­kie zwy­kle roz­cza­ro­wy­wa­ły. No­si­ły cien­kie bluz­ki i wi­docz­ne przez nie sut­ki do­pro­wa­dza­ły cię do sza­leń­stwa, ale kie­dy już zdją­łeś z nich wierzch­nie odzie­nie, oka­zy­wa­ło się, że te sut­ki były wszyst­kim, czym dziew­czy­ny mo­gły się po­chwa­lić. Przy­po­mi­na­ły małe krót­kie wa­łecz­ki wy­sta­ją­ce z szu­fla­dy biur­ka, za któ­re się ją wy­cią­ga­ło.

„Aby było co wziąć do ręki. Wię­cej to już zwy­kłe mar­no­traw­stwo” – twier­dził za­wsze jego kum­pel z col­le­ge’u, z któ­rym miesz­kał w jed­nym po­ko­ju, ale Tom uwa­żał, że tam­ten zna się na bab­kach jak kura na pie­przu.

Tak, ta dziew­czy­na była dia­blo atrak­cyj­na – na­praw­dę, z tym cu­dow­nym, po­nęt­nym cia­łem i ka­ska­dą opa­da­ją­cych na ple­cy ru­dych wło­sów. Ale była mięk­ka… w jej wnę­trzu kry­ła się ja­kaś sła­bość.

To tak, jak­by wy­sy­ła­ła sy­gna­ły ra­dio­we, któ­re tyl­ko on umiał ode­brać. Świad­czy­ły o tym pew­ne oczy­wi­ste fak­ty – dużo pa­li­ła (choć pra­wie ją z tego wy­le­czył) oraz nie­mal nig­dy nie spo­glą­da­ła w oczy lu­dziom, któ­rzy do niej mó­wi­li, po­pa­try­wa­ła na nich tyl­ko od cza­su do cza­su, a po­tem od­wra­ca­ła wzrok, mru­ga­jąc ner­wo­wo; prze­ma­wiał za tym jej na­wyk za­cie­ra­nia dłoń­mi łok­ci, kie­dy się de­ner­wo­wa­ła, i przy­glą­da­nia się wła­snym pa­znok­ciom, któ­re przy­ci­na­ła za­wsze sta­ran­nie i bar­dzo krót­ko. Tom za­uwa­żył ten dru­gi szcze­gół już pod­czas pierw­sze­go spo­tka­nia. Pod­nio­sła kie­li­szek bia­łe­go wina, a on zwró­cił uwa­gę na jej pa­znok­cie i po­my­ślał, że ob­ci­na je tak krót­ko, bo po pro­stu lubi je ob­gry­zać.

Lwy może i nie my­ślą – w każ­dym ra­zie w taki spo­sób jak lu­dzie – ale po­tra­fią ob­ser­wo­wać. A kie­dy an­ty­lo­py zry­wa­ją się od wo­do­po­ju za­alar­mo­wa­ne wo­nią zbli­ża­ją­cej się śmier­ci, wiel­kie koty ob­ser­wu­ją zwy­kle, któ­re ze zwie­rząt od­sta­je od resz­ty sta­da i po­zo­sta­je w tyle – czy to z po­wo­du zra­nio­nej nogi, na­tu­ral­nej po­wol­no­ści… czy też sła­biej roz­wi­nię­te­go in­stynk­tu sa­mo­za­cho­waw­cze­go, któ­ry nie po­zwo­lił na szyb­sze zlo­ka­li­zo­wa­nie za­gro­że­nia. Być może rów­nież nie­któ­re an­ty­lo­py… i nie­któ­re ko­bie­ty chcia­ły zo­stać schwy­ta­ne. Na­gle usły­szał dźwięk, któ­ry rap­tow­nie wy­rwał go z za­my­śle­nia – trzask jej za­pal­nicz­ki.

Po­now­nie ogar­nął go gniew. Jego wnę­trze wy­peł­ni­ło się cie­płem, któ­re nie było cał­kiem nie­mi­łe. Pa­li­ła. Ona pa­li­ła. Od­by­li parę spe­cjal­nych se­mi­na­riów Toma Ro­ga­na na ten te­mat. I mimo to zro­bi­ła to po­now­nie. Nie na­le­ża­ła do po­jęt­nych uczen­nic, ale na usłu­gi tej szcze­gól­nie krnąbr­nej osób­ki był już spe­cjal­ny na­uczy­ciel, sko­ry do udzie­le­nia jej ko­lej­nej lek­cji.

– Tak – po­wie­dzia­ła te­raz. – W po­rząd­ku. Tak… – Na­słu­chi­wa­ła przez chwi­lę, po czym wy­buch­nę­ła dziw­nym, ury­wa­nym śmie­chem, ja­kie­go nig­dy do­tąd nie sły­szał. – Sko­ro py­tasz, mam do cie­bie dwie spra­wy… za­re­zer­wuj dla mnie po­kój i módl się za mnie. Tak. W po­rząd­ku… uhm… ja też. Do­bra­noc.

Od­kła­da­ła słu­chaw­kę, kie­dy wszedł do po­ko­ju. Chciał wejść do środ­ka ostro, wrzesz­cząc, żeby na­tych­miast skoń­czy­ła tę roz­mo­wę, nie za chwi­lę, tyl­ko za­raz, te­raz, już! Ale kie­dy ją zo­ba­czył, sło­wa uwię­zły mu w gar­dle. Tyl­ko trzy razy wcze­śniej wi­dział ją w ta­kim sta­nie. Raz przed ich wiel­kim show, raz przed ich pierw­szym pry­wat­nym po­ka­zem ko­lek­cji dla na­byw­ców z ca­łe­go kra­ju i raz, kie­dy po­je­cha­li do No­we­go Jor­ku na uro­czy­stość wrę­cze­nia na­gród dla naj­lep­szych pro­jek­tan­tów mody z ca­łe­go świa­ta (In­ter­na­tio­nal De­sign Awards).

Prze­szła przez sy­pial­nię dłu­gi­mi kro­ka­mi, bia­ła ko­szu­la noc­na owi­nę­ła się wo­kół jej kształt­ne­go cia­ła; przed­ni­mi zę­ba­mi trzy­ma­ła za­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa (Boże, nie cier­piał, kie­dy pa­li­ła, wy­glą­da­ła wte­dy okrop­nie), a uno­szą­cą się zeń sza­rą smuż­kę wy­dmu­chi­wa­ła za sie­bie, po­nad le­wym ra­mie­niem, jak lo­ko­mo­ty­wy.

To wi­dok jej twa­rzy spra­wił, że Tom Ro­gan sta­nął jak ska­mie­nia­ły i na krót­ką chwi­lę onie­miał. Jego ser­ce za­dud­ni­ło w pier­si i skrzy­wił się, mó­wiąc so­bie w du­chu, że to, co czuł, to nie był strach, lecz za­sko­cze­nie i zdzi­wie­nie wy­wo­ła­ne jej dzi­wacz­nym sta­nem.

Była ko­bie­tą pra­cu­ją­cą za­wsze na peł­nych ob­ro­tach, ży­cie ozna­cza­ło dla niej cią­głą wal­kę i nie­ustan­ne pię­cie się w górę. Kie­dy wcze­śniej prze­ży­wa­ła po­dob­ne kry­zy­sy, było to, rzecz ja­sna, zwią­za­ne z jej ka­rie­rą. Wi­dział w niej wte­dy cał­kiem inną ko­bie­tę niż tę, któ­rą znał na co dzień – ko­bie­tę, któ­rej ra­dar an­ty­stre­so­wy zo­stał spie­przo­ny przez nie­spo­dzie­wa­ne za­kłó­ce­nia na­pły­wa­ją­ce dzi­ki­mi, nie­okieł­zna­ny­mi fa­la­mi. Ko­bie­tę, któ­rą sta­wa­ła się w chwi­lach za­ła­ma­nia; była sil­na, ale prze­wraż­li­wio­na, nie­ustra­szo­na, a za­ra­zem nie­obli­czal­na.

Po­licz­ki Bev były ró­żo­we z na­tu­ry, ale oczy mia­ła roz­sze­rzo­ne i iskrzą­ce. Nie wy­glą­da­ła na nie­wy­spa­ną. Ależ skąd. Wło­sy opa­da­ły jej ru­do­czer­wo­ną falą na twarz, ra­mio­na i ple­cy. I… o, spójrz­cie tyl­ko, przy­ja­cie­le i są­sie­dzi! Spójrz­cie tyl­ko tu­taj! Czy ona wła­śnie wyj­mu­je z sza­fy wa­liz­kę? Wa­liz­kę? Na Boga, tak! „Za­re­zer­wuj dla mnie po­kój i módl się za mnie…”.

Cóż, w naj­bliż­szej przy­szło­ści mała Be­ver­ly Ro­gan nie bę­dzie po­trze­bo­wa­ła po­ko­ju w żad­nym ho­te­lu, bo nie ru­szy się stąd na­wet na krok, nie opu­ści tego domu i, o tak, przez na­stęp­ne trzy czy czte­ry dni bę­dzie ja­da­ła po­sił­ki na sto­ją­co. A co się ty­czy­ło zdro­wa­siek – miał wra­że­nie, że mo­gła tego po­trze­bo­wać, za­nim z nią skoń­czy.

Ci­snę­ła wa­liz­kę przed łóż­kiem i po­de­szła do ko­mo­dy. Otwo­rzy­ła gór­ną szu­fla­dę i wy­ję­ła z niej dwie pary dżin­sów i parę sztruk­sów. Wrzu­ca­ła je do wa­liz­ki. Po­tem znów po­de­szła do ko­mo­dy, wy­dmu­chu­jąc dym po­nad ra­mie­niem. Wy­ję­ła swe­ter, parę pod­ko­szul­ków, sta­rą bluz­kę (Ship ’n Sho­re), któ­ra wy­glą­da­ła idio­tycz­nie, ale któ­rą mimo to wzię­ła. Kto­kol­wiek do niej za­dzwo­nił, naj­wy­raź­niej nie przy­wią­zy­wał wagi do ubio­ru. Wy­glą­da­ło na to, że Bev szy­ku­je się do upoj­ne­go week­en­du.

Nie ob­cho­dzi­ło go, kto do niej dzwo­nił ani do­kąd się wy­bie­ra­ła, bo do­brze wie­dział, że nig­dzie nie po­je­dzie. Nie to drę­czy­ło jego otę­pia­ły i obo­la­ły od nad­mia­ru piwa i nie­do­stat­ku snu umysł. To ten pa­pie­ros.

Był prze­ko­na­ny, że wy­rzu­ci­ła wszyst­kie. Ale wi­dać się my­lił. Na­ma­cal­ny do­wód tkwił te­raz w jej ustach. I po­nie­waż nadal nie za­uwa­ży­ła, że stał w drzwiach, z przy­jem­no­ścią przy­po­mniał so­bie dwa wie­czo­ry, pod­czas któ­rych zu­peł­nie prze­jął nad nią kon­tro­lę.

– Nie chcę, że­byś kie­dy­kol­wiek przy mnie pa­li­ła – po­wie­dział jej, kie­dy wra­ca­li z przy­ję­cia w Lake Fo­rest. To było w paź­dzier­ni­ku.

– Mu­szę du­sić się tym par­szy­wym dy­mem na przy­ję­ciach, ale nie mu­szę tego wdy­chać, kie­dy je­stem z tobą. Wiesz, z czym mi się to ko­ja­rzy? Po­wiem ci praw­dę. Jest nie­zbyt przy­jem­ne, ale to praw­da. Czu­ję się tak, jak­bym zże­rał czy­jeś smar­ki.

Wy­da­wa­ło mu się, że za­pro­te­stu­je, po­wie coś, ale ona tyl­ko spoj­rza­ła na nie­go w ten swój nie­win­ny, mi­lut­ki spo­sób. Jej głos był ci­chy, po­słusz­ny i pe­łen po­ko­ry.

– W po­rząd­ku, Tom.

– No to go wy­rzuć.

Zro­bi­ła to. Przez resz­tę wie­czo­ru Tom był w świet­nym hu­mo­rze.

Parę ty­go­dni póź­niej, gdy wy­cho­dzi­ła z kina, bez­wied­nie za­pa­li­ła w holu pa­pie­ro­sa i le­ni­wie wy­dmu­chi­wa­ła dym, kie­dy szli przez par­king do sto­ją­ce­go tam sa­mo­cho­du. To był chłod­ny, li­sto­pa­do­wy wie­czór, wiatr chło­stał jak sza­lo­ny każ­dy od­sło­nię­ty skra­wek cia­ła, jaki uda­ło mu się zna­leźć. Tom przy­po­mniał so­bie, że czuł wte­dy w noz­drzach za­pach je­zio­ra (jak to cza­sa­mi bywa w zim­ne noce). To był pła­ski za­pach, woń ryb, ale cze­goś mu bra­ko­wa­ło. Po­zwo­lił jej wy­pa­lić pa­pie­ro­sa. Na­wet otwo­rzył jej drzwicz­ki, kie­dy do­szli do sa­mo­cho­du. Siadł za kie­row­ni­cą, za­mknął drzwicz­ki po swo­jej stro­nie, a po­tem po­wie­dział:

– Bev?

Wy­ję­ła pa­pie­ro­sa z ust i od­wró­ci­ła się do nie­go z py­ta­ją­cym wzro­kiem, a wte­dy przy­rżnął jej w twarz – jego twar­da otwar­ta ręka zdzie­li­ła ją w po­li­czek tak moc­no, że aż po­czuł w niej lo­do­wa­te mrów­ki, a gło­wa Be­ver­ly od­sko­czy­ła w tył, od­bi­ja­jąc się od za­głów­ka. Jej oczy roz­sze­rzy­ły się ze zdzi­wie­nia i bólu… i cze­goś jesz­cze. Unio­sła dłoń do po­licz­ka, któ­ry pul­so­wał i nie­przy­jem­nie mro­wił.

– Auuu, Tom!

Spoj­rzał na nią, mru­żąc oczy i uśmiech­nął się. Cze­kał. Chciał się do­wie­dzieć, co bę­dzie da­lej – jak Be­ver­ly za­re­agu­je. Czło­nek w jego spodniach za­czął sztyw­nieć, ale on pra­wie nie zwró­cił na to uwa­gi. To mo­gło po­cze­kać. Te­raz mu­siał dać jej lek­cję. Zro­bił po­wtór­kę z tego, co się przed chwi­lą wy­da­rzy­ło. Jej twarz. Co to było, ten trze­ci gry­mas, jaki wy­kwitł na jej ob­li­czu, na uła­mek se­kun­dy, by za­raz po­tem znik­nąć? Naj­pierw zdzi­wie­nie. Po­tem ból. A jesz­cze póź­niej… to przy­po­mi­na­ło wspo­mnie­nie. Ja­kieś wspo­mnie­nie. Trwa­ło nie dłu­żej niż chwil­kę. Wąt­pił, czy w ogó­le zda­wa­ła so­bie spra­wę, że ten gry­mas po­ja­wił się na jej twa­rzy. Wąt­pił, aby po­tra­fi­ła wy­chwy­cić to ulot­ne wra­że­nie, ja­kie za­go­ści­ło w jej umy­śle przez ten uła­mek se­kun­dy.

Chwi­lecz­kę, chwi­lecz­kę. To wszyst­ko mo­gło się za­wrzeć w sło­wach, któ­rych jed­nak nie wy­po­wie­dzia­ła.

Wie­dział o tym do­brze. To nie było: „Ty su­kin­sy­nu!” czy: „Zo­ba­czy­my się póź­niej, Ma­cho City!” lub: „By­waj zdrów, Tom”.

Ona tyl­ko na nie­go spoj­rza­ła pod­krą­żo­ny­mi, peł­ny­mi bólu oczy­ma i po­wie­dzia­ła:

– Dla­cze­go to zro­bi­łeś? – Po­tem chcia­ła coś do­dać, ale za­miast tego wy­buch­nę­ła pła­czem.

– Wy­rzuć to.

– Co? Co, Tom? – Ma­ki­jaż spły­wał jej po twa­rzy brud­ny­mi struż­ka­mi. Nie zwra­cał na to uwa­gi. Lu­bił, kie­dy tak wy­glą­da­ła. Zmy­sło­wy nie­ład. Było w tym coś, co go pod­nie­ca­ło.

– Pa­pie­ros, wy­rzuć go.

Zro­zu­mia­ła. A wraz z tym zro­zu­mie­niem po­ja­wi­ło się po­czu­cie winy.

– Po pro­stu za­po­mnia­łam! – krzyk­nę­ła. – To wszyst­ko!

– Wy­rzuć go, Be­ver­ly. Bo dam ci w mor­dę dru­gi raz.

Opu­ści­ła szy­bę i wy­rzu­ci­ła pa­pie­ro­sa. Po­tem od­wró­ci­ła się do nie­go prze­ra­żo­na, z po­bla­dłą twa­rzą, a mimo wszyst­ko jak­by po­god­na.

– Nie mo­żesz… nie po­wi­nie­neś mnie bić, to mar­na pod­sta­wa… trwa­łe­go związ­ku.

Pró­bo­wa­ła od­na­leźć wła­ści­wy ton i do­ro­sły rytm mó­wie­nia, ale jej się to nie uda­ło. Spo­wo­do­wał u niej re­gre­sję. Był w tym sa­mo­cho­dzie z dziec­kiem. Zmy­sło­wym i sek­sow­nym, ale mimo wszyst­ko dziec­kiem.

– „Nie po­wi­nie­nem” i „nie mogę” to dwie róż­ne spra­wy, mała – od­parł spo­koj­nie, ale we­wnątrz aż ki­piał z wście­kło­ści. – I to ja za­de­cy­du­ję, co spa­ja dłu­go­trwa­ły zwią­zek, a co nie. Je­śli umiesz się z tym po­go­dzić, to do­brze. Je­śli nie, dro­ga wol­na. Nie będę cię za­trzy­my­wał. Może na od­chod­ne kop­nę cię w dupę, ale nie będę cię za­trzy­my­wał. To wol­ny kraj. Cóż wię­cej mogę po­wie­dzieć?

– Może już po­wie­dzia­łeś zbyt wie­le – wy­szep­ta­ła i ude­rzył ją po­wtór­nie, tym ra­zem in­a­czej niż po­przed­nio, bo nikt nig­dy nie miał pra­wa na­igra­wać się z Toma Ro­ga­na. Do­pie­przył­by na­wet sa­mej kró­lo­wej An­glii, gdy­by za­czę­ła stro­ić z nie­go żar­ty.

Rąb­nę­ła po­licz­kiem w mięk­kie obi­cie de­ski roz­dziel­czej. Jej dłoń się­gnę­ła w stro­nę klam­ki, a po­tem opa­dła. Be­ver­ly sku­li­ła się w ką­cie wozu jak kró­lik, z jed­ną ręką przy ustach i prze­ra­żo­ny­mi, roz­sze­rzo­ny­mi, wil­got­ny­mi od łez oczy­ma. Tom pa­trzył na nią przez chwi­lę, a po­tem wy­szedł i ob­szedł sa­mo­chód. Otwo­rzył drzwicz­ki po jej stro­nie. Z ust bu­cha­ła mu para w ten czar­ny, wietrz­ny li­sto­pa­do­wy wie­czór, a za­pach je­zio­ra był bar­dzo wy­raź­ny.

– Chcesz wy­siąść, Bev? Wi­dzia­łem, jak się­ga­łaś do klam­ki, więc chcia­łaś wy­siąść. W po­rząd­ku. Do­brze. Pro­si­łem cię, abyś coś zro­bi­ła. I po­wie­dzia­łaś, że to zro­bisz. Ale nie do­trzy­ma­łaś sło­wa. I co, chcesz wy­siąść? No to jaz­da. Wy­su­waj. W czym pro­blem? Wy­no­cha! Chcesz wy­siąść?

– Nie – wy­szep­ta­ła.

– Co? Nie sły­szę cię.

– Nie. Nie chcę wy­siąść – rze­kła, tym ra­zem nie­co gło­śniej.

– Co? Pa­pie­ro­sy tak ci za­szko­dzi­ły, że już nie mo­żesz nic po­wie­dzieć? Sko­ro tak, to ci, kur­wa, ku­pię me­ga­fon. To two­ja ostat­nia szan­sa, Be­ver­ly. Mów tak, że­bym cię usły­szał. Chcesz wy­siąść z sa­mo­cho­du czy wró­cić ze mną?

– Chcę wró­cić z tobą – po­wie­dzia­ła i za­ci­snę­ła dło­nie na spód­ni­cy jak mała dziew­czyn­ka. Nie spoj­rza­ła na nie­go. Łzy ście­ka­ły jej po po­licz­kach.

– W po­rząd­ku – rzekł. – Ale naj­pierw po­wiedz to, Bev, zrób to dla mnie. Po­wiedz: „Za­po­mnia­łam, że nie po­win­nam przy to­bie pa­lić, Tom”.

Od­wró­ci­ła się do nie­go. W jej oczach były ból i nie­me bła­ga­nie. Jej oczy mó­wi­ły: „Mo­żesz mnie do tego zmu­sić, ale nie rób tego. Nie rób tego. Ko­cham cię. Czy mógł­byś wresz­cie prze­stać?”.

Nie. Nie mógł. Bo nie tyl­ko o to jej cho­dzi­ło i obo­je zda­wa­li so­bie z tego spra­wę.

– Po­wiedz to.

– Za­po­mnia­łam, że nie po­win­nam przy to­bie pa­lić, Tom.

– Do­brze, a te­raz po­wiedz: „prze­pra­szam”.

– Prze­pra­szam – po­wtó­rzy­ła otę­pia­łym to­nem.

Dy­mią­cy pa­pie­ros le­żał na chod­ni­ku jak od­cię­ty ka­wa­łek lon­tu. Lu­dzie wy­cho­dzą­cy z kina pa­trzy­li na nich, męż­czy­znę sto­ją­ce­go przy otwar­tych drzwicz­kach naj­now­sze­go mo­de­lu vegi i ko­bie­tę sie­dzą­cą we­wnątrz z dłoń­mi zło­żo­ny­mi zgrab­nie na po­doł­ku i spusz­czo­ną gło­wą, a świa­tło su­fi­to­wej lamp­ki osnu­wa­ło jej wło­sy zło­ta­wą po­świa­tą. Zgniótł pa­pie­ro­sa bu­tem i roz­ma­zał na chod­ni­ku.

– A te­raz po­wiedz: „Nig­dy wię­cej nie zro­bię tego bez two­jej zgo­dy. Nig­dy…”.

Za­czę­ła się za­ci­nać:

– …nig­dy… ni-ni-ni…

– Po­wiedz to, Be­ver­ly.

– …Nig­dy wię-wię­cej tego nie zro­bię. Bez two­jej zgo­dy.

Kie­dy to po­wie­dzia­ła, za­trza­snął drzwicz­ki i po­now­nie za­jął swo­je miej­sce. Usiadł za kół­kiem. Po­je­cha­li do ich apar­ta­men­tu w śród­mie­ściu. Żad­ne z nich nie ode­zwa­ło się choć­by sło­wem. Po­ło­wę łą­czą­cych ich sto­sun­ków uzgod­nio­no na par­kin­gu, dru­gą po­ło­wę czter­dzie­ści mi­nut póź­niej w łóż­ku Toma. Po­wie­dzia­ła, że nie ma ocho­ty się ko­chać. Jed­nak w jej oczach i uło­że­niu nóg zo­ba­czył coś zu­peł­nie in­ne­go i kie­dy zdję­ła bluz­kę, uka­zu­jąc na­gie pier­si, do­znał na­praw­dę po­tęż­ne­go wzwo­du. Jęk­nę­ła, kie­dy za­czął pie­ścić jej sut­ki, i krzyk­nę­ła ci­cho, kie­dy wziął do ust naj­pierw pierw­szy, a po­tem dru­gi, mię­to­sząc przy tym bez prze­rwy pal­ca­mi jej ob­fi­te krą­głe pier­si. Uję­ła go za rękę i wło­ży­ła ją so­bie mię­dzy nogi.

– My­śla­łem, że nie chcia­łaś – po­wie­dział… a ona od­wró­ci­ła twarz… ale nie pu­ści­ła jego ręki i ko­ły­szą­cy rytm bio­der stał się nie­co szyb­szy. Po­pchnął ją na łóż­ko… i tym ra­zem był de­li­kat­ny, nie ze­rwał z niej bie­li­zny, tyl­ko zsu­nął ją z niej ła­god­nie, z roz­wa­gą, nie­mal tkli­wie. Wszedł w nią tak, jak­by była do­brze na­oli­wio­na.

Po­ru­szał się wraz z nią, rżnął ją, ale tak samo ona rżnę­ła jego i chy­ba po raz pierw­szy obo­je do­szli jed­no­cze­śnie, a kie­dy to się sta­ło, Be­ver­ly krzyk­nę­ła i roz­dar­ła mu pa­znok­cia­mi skó­rę na ple­cach. Póź­niej zwol­ni­li tem­po, ale nie prze­sta­wa­li i w któ­rymś mo­men­cie od­niósł wra­że­nie, że Bev prze­ży­ła dru­gi or­gazm. Tom po­wo­li za­czął do­cho­dzić, a w jego my­ślach po­ja­wi­ły się sta­ty­sty­ki ude­rzeń za­da­nych pod­czas me­czu przez Whi­te Sok­sów, wspo­mnie­nie ko­goś, kto pró­bo­wał go sprze­dać Che­sley­owi, a po­tem ogar­nę­ło go prze­świad­cze­nie, że w koń­cu wszyst­ko zno­wu bę­dzie do­brze. Spoj­rzał na jej twarz, roz­ma­za­ny tusz, przez któ­ry jej oczy przy­po­mi­na­ły oczy szo­pa, śla­dy szmin­ki wo­kół ust, i po­czuł pew­ne ozna­ki zbli­ża­ją­ce­go się jak bu­rza or­ga­zmu.

Za­dzie­ra­ła bio­dra co­raz wy­żej i wy­żej – w tam­tych cza­sach nie dzie­lił ich jesz­cze jego kał­dun (wy­nik nad­uży­wa­nia piwa) – i ich brzu­chy zde­rza­ły się z sobą z gło­śnym pla­śnię­ciem. Pod ko­niec krzyk­nę­ła, a po­tem ugry­zła go w ra­mię swy­mi ma­ły­mi rów­ny­mi zę­ba­mi.

– Ile razy mia­łaś or­gazm? – spy­tał, kie­dy obo­je wzię­li prysz­nic.

Od­wró­ci­ła twarz, a kie­dy się ode­zwa­ła, mó­wi­ła tak ci­cho, że pra­wie jej nie sły­szał.

– Nie po­wi­nie­neś o to py­tać.

– Nie? A kto ci to po­wie­dział?

Ujął ją za twarz jed­ną ręką, wbi­ja­jąc kciuk głę­bo­ko w je­den z jej po­licz­ków, a resz­tę pal­ców w dru­gi, obej­mu­jąc wnę­trzem dło­ni jej bro­dę.

– Po­wiedz To­mo­wi. Sły­szysz mnie, Bev? Po­wiedz ta­tu­sio­wi.

– Trzy razy – od­par­ła z wa­ha­niem.

– Do­brze – po­wie­dział. – Mo­żesz za­pa­lić pa­pie­ro­sa.

Spoj­rza­ła na nie­go nie­uf­nie, jej rude wło­sy były roz­sy­pa­ne na po­dusz­ce. Prócz ku­sych maj­te­czek nie mia­ła na so­bie nic. Już samo pa­trze­nie na nią wy­star­cza­ło, aby jego mo­tor za­grał po­now­nie rów­nym ryt­mem. Ski­nął gło­wą.

– No, jaz­da. Po­zwa­lam ci.

Trzy mie­sią­ce póź­niej wzię­li ślub cy­wil­ny. Zja­wi­ło się tam dwóch jego kum­pli i jed­na jej przy­ja­ciół­ka, Kay McCall, któ­rą Tom okre­ślił mia­nem „cy­ca­tej cipy”.

Wszyst­kie te wspo­mnie­nia po­ja­wi­ły się w umy­śle Toma Ro­ga­na w cią­gu za­le­d­wie paru se­kund, jak film pusz­czo­ny na przy­spie­szo­nych ob­ro­tach, gdy tak stał nie­ru­cho­mo w drzwiach i pa­trzył na Be­ver­ly w mil­cze­niu. Sku­pi­ła się te­raz na wy­gar­nia­niu rze­czy z dol­nej szu­fla­dy cze­goś, co na­zy­wa­ła „week­en­do­wą ko­mo­dą”, i wrzu­ca­ła do wa­liz­ki bie­li­znę; nie bra­ła bie­li­zny, za któ­rą tak prze­pa­dał, sa­ty­no­wych i je­dwab­nych sek­sow­nych ciusz­ków, tyl­ko same ba­weł­nia­ne rze­czy, któ­re no­szą zwy­kle mło­de dziew­czy­ny. Więk­szość tych ciu­chów była już moc­no wy­bla­kła, gum­ki i pa­ski po­wy­cią­ga­ne i po­fał­do­wa­ne na brze­gach. Ba­weł­nia­na ko­szul­ka noc­na, któ­ra wy­glą­da­ła jak żyw­cem wy­ję­ta z Dom­ku na pre­rii. Wy­su­nę­ła szu­fla­dę do koń­ca, żeby spraw­dzić, co mo­gło się tam jesz­cze cza­ić.

W tym cza­sie Tom Ro­gan prze­szedł po ko­sma­tym dy­wa­nie w stro­nę swo­jej sza­fy. Był boso i po­ru­szał się bez­sze­lest­nie. To ten pa­pie­ros. To on do­pro­wa­dził go do ta­kie­go sza­łu. Mi­nę­ło spo­ro cza­su, od­kąd za­po­mnia­ła pierw­szą lek­cję. Po­tem było wie­le in­nych lek­cji, bar­dzo wie­le, i cza­sem na­wet w go­rą­ce let­nie dni mu­sia­ła no­sić bluz­ki z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi albo gru­be swe­try za­pi­na­ne pod samą szy­ję. Były dni sza­ru­gi, kie­dy no­si­ła oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne. Ale ta pierw­sza lek­cja była tak gwał­tow­na i pod­sta­wo­wa…

Za­po­mniał już o te­le­fo­nie, któ­ry wy­rwał go z po­głę­bia­ją­cej się drzem­ki. To był ten pa­pie­ros. Je­że­li te­raz pa­li­ła, to zna­czy­ło, że za­po­mnia­ła o To­mie Ro­ga­nie. Rzecz ja­sna chwi­lo­wo, tyl­ko chwi­lo­wo, ale na­wet ta chwi­la to było dla nie­go zbyt dłu­go. Nie­waż­ne, co spra­wi­ło, że o nim za­po­mnia­ła. Ta­kie rze­czy nie po­win­ny się zda­rzać w jego domu, nie­za­leż­nie od po­wo­du.

Z haka, po we­wnętrz­nej stro­nie drzwi sza­fy, zwi­sał sze­ro­ki czar­ny pas skó­ry. Nie było przy nim sprzącz­ki – zdjął ją już daw­no temu. W miej­scu, gdzie kie­dyś była sprzącz­ka, znaj­do­wa­ła się te­raz skó­rza­na pę­tla i Tom Ro­gan wło­żył w nią rękę.

„Tom, by­łeś nie­grzecz­ny!”, ma­wia­ła cza­sa­mi jego mat­ka; no, może słów­ko „cza­sa­mi” jest tu nie na miej­scu – ra­czej trze­ba by po­wie­dzieć „czę­sto”. Tak, „czę­sto” było bar­dziej ade­kwat­nym okre­śle­niem. „Chodź no tu, Tom­my! Mu­sisz do­stać la­nie”. Jego dzie­ciń­stwo było po­prze­dzie­la­ne ko­lej­ny­mi por­cja­mi la­nia. Na koń­cu uda­ło mu się czmych­nąć do sta­no­we­go col­le­ge’u Wi­chi­ta, ale naj­wy­raź­niej nie było dla nie­go szans na cał­ko­wi­tą uciecz­kę przed mat­ką, bo do dziś w snach sły­szał cza­sa­mi jej głos. „Chodź no tu, Tom­my, mu­sisz do­stać la­nie, la­nie…”.

Był naj­star­szy z ca­łej czwór­ki. Trzy mie­sią­ce po tym, jak przy­szedł na świat naj­młod­szy, Ralph Ro­gan umarł – cóż, może „umarł” nie było naj­wła­ściw­szym sło­wem, ra­czej po­win­no się to okre­ślić zwro­tem „po­peł­nił sa­mo­bój­stwo”, jako że któ­re­goś dnia za­mknął się w ła­zien­ce, na­lał so­bie do szklan­ki hoj­ną por­cyj­kę ługu z gi­nem i wy­pił ów dia­bel­ski tru­nek do dna.

Pani Ro­gan zna­la­zła pra­cę w fa­bry­ce For­da. Tom, choć miał do­pie­ro je­de­na­ście lat, stał się gło­wą ro­dzi­ny. I je­śli cze­go­kol­wiek nie do­pil­no­wał – kie­dy oka­zy­wa­ło się, że po wyj­ściu z domu opie­kun­ki dzie­ciak za­bru­dził pie­lu­chy i do po­wro­tu mat­ki nie zo­sta­ły zmie­nio­ne albo je­śli Tom nie ode­brał Me­gan z przed­szko­la, a wścib­ska pani Gant go za­ka­po­wa­ła, albo gdy przy­pad­kiem za­ga­pił się na Ame­ri­can Band­stand, pod­czas gdy w tym sa­mym mo­men­cie Joey ro­bił w kuch­ni ba­ła­gan – je­że­li zda­rzy­ła się jed­na z po­wyż­szych i ty­sią­ce in­nych po­dob­nych sy­tu­acji… to kie­dy małe dzie­ci zo­sta­ły już po­ło­żo­ne do łó­żek, mat­ka wyj­mo­wa­ła ró­zgę i za­czy­na­ła swo­ją in­wo­ka­cję. „Chodź no tu, Tom­my. Mu­sisz do­stać la­nie”.

Le­piej być bi­ją­cym niż bi­tym. Je­że­li cze­go­kol­wiek na­uczy­ło go ży­cie, to wła­śnie tego. Znał tę praw­dę od lat. Dla­te­go też owi­nął so­bie luź­ny pa­sek wo­kół ręki i za­cie­śnił pę­tlę. Po­tem za­ci­snął moc­no pię­ści. Czuł się do­brze. Czuł się na­praw­dę do­ro­sły. Skó­rza­ny pas zwi­sał z jego za­ci­śnię­tej pię­ści jak mar­twy wąż. Ból gło­wy znik­nął.

Be­ver­ly zna­la­zła z tyłu w szu­fla­dzie ostat­nią rzecz, któ­rej szu­ka­ła – to był sta­ry, bia­ły ba­weł­nia­ny, usztyw­nio­ny sta­nik. W jego gło­wie przez chwi­lę po­ja­wi­ła się myśl, że być może czło­wiek, któ­ry do niej dzwo­nił, był jej ko­chan­kiem, ale za­raz od­rzu­cił od sie­bie te przy­pusz­cze­nia. To było idio­tycz­ne. Ko­bie­ta wy­bie­ra­ją­ca się na rand­kę z ko­chan­kiem nie za­bra­ła­by z sobą sta­rej, wy­pło­wia­łej bluz­ki i ba­weł­nia­nej bie­li­zny z po­na­cią­ga­ny­mi gum­ka­mi i ra­miącz­ka­mi. Poza tym nie ośmie­li­ła­by się tego zro­bić.

– Be­ver­ly – po­wie­dział ła­god­nie, a ona od­wró­ci­ła się bły­ska­wicz­nie, za­sko­czo­na; jej oczy roz­sze­rzy­ły się, a wło­sy omio­tły twarz i ra­mio­na. Pas za­wa­hał się… opadł nie­znacz­nie. Tom spoj­rzał na nią i po­now­nie po­czuł przy­pływ nie­zde­cy­do­wa­nia. Tak. Wy­glą­da­ła tak samo jak przed ja­ki­miś waż­ny­mi wy­da­rze­nia­mi, a w ta­kich sy­tu­acjach wo­lał nie wcho­dzić jej w dro­gę, bo wie­dział, że jej wnę­trze wy­peł­nia­ła wów­czas za­bój­cza mie­szan­ka stra­chu i agre­sji, tak jak­by do jej gło­wy na­pom­po­wa­no ja­kie­goś gazu. Wy­star­czy­ła­by jed­na iskier­ka, aby spo­wo­do­wać wy­buch.

Dla niej wiel­kie po­ka­zy nie sta­no­wi­ły szan­sy ode­rwa­nia się od De­lia Fa­shions, aby mo­gła żyć – albo na­wet zbić for­tu­nę – na wła­sną rękę. By­ło­by do­brze, gdy­by tak się sta­ło. Ale wów­czas z pew­no­ścią nie by­ła­by rów­nie uta­len­to­wa­ną pro­jek­tant­ką. Dla niej po­ka­zy sta­no­wi­ły coś w ro­dza­ju eg­za­mi­nu mi­strzow­skie­go prze­pro­wa­dza­ne­go pod okiem wy­jąt­ko­wo su­ro­wych pro­fe­so­rów. W ta­kich sy­tu­acjach za­wsze wi­dzia­ła przed sobą po­two­ra bez twa­rzy. Ta isto­ta nie mia­ła twa­rzy, ale mia­ła na­zwę – wła­dza.

Na twa­rzy Bev, w jej roz­sze­rzo­nych oczach wy­raź­nie było wi­dać ozna­ki zde­ner­wo­wa­nia, ale nie tyl­ko. Ota­cza­ła ją nie­omal na­ma­cal­na aura na­pię­cia, dzię­ki któ­rej wy­da­wa­ła mu się jesz­cze bar­dziej po­nęt­na i nie­bez­piecz­na niż kie­dy­kol­wiek. Już od lat taka nie była. Bał się, bo była tu, cia­łem i du­szą, praw­dzi­wa ona – jak­że inna od tej, któ­rej chciał Tom Ro­gan i jaką zdo­łał ją uczy­nić.

Be­ver­ly spra­wia­ła wra­że­nie zszo­ko­wa­nej i prze­ra­żo­nej. A tak­że odro­bi­nę roz­ba­wio­nej. Jej po­licz­ki były ró­żo­we, choć tuż pod dol­ny­mi po­wie­ka­mi wid­nia­ły bia­łe plac­ki, przy­po­mi­na­ją­ce dru­gie oczy. Na­kre­mo­wa­ne błysz­czą­ce czo­ło kon­tra­sto­wa­ło z jej ogól­nym wy­glą­dem. I nadal trzy­ma­ła w ustach pa­pie­ro­sa – tym ra­zem ster­czał on z ką­ci­ka ust, nie­co ku gó­rze, jak­by ta głu­pia cipa uwa­ża­ła się za pie­przo­ne­go Fran­kli­na De­la­no Ro­ose­vel­ta. Pa­pie­ros! Już samo pa­trze­nie na nie­go spra­wia­ło, że ogar­nia­ła go fala wście­kło­ści. W my­ślach ko­ła­ta­ło mu wspo­mnie­nie, jak któ­rejś nocy, kie­dy le­że­li ra­zem w łóż­ku, z ciem­no­ści do­biegł go jej przy­tłu­mio­ny, jak­by zdu­szo­ny głos: „Któ­re­goś dnia mnie za­bi­jesz, Tom. Wiesz o tym? Któ­re­goś dnia po pro­stu po­su­niesz się za da­le­ko i to bę­dzie ko­niec. Prze­gniesz pałę”. Od­po­wie­dział: „Rób, co ci mó­wię, Be­ver­ly, a ten dzień nig­dy nie na­dej­dzie”.

Te­raz, za­nim gniew przy­ćmił wszyst­ko inne, przy­szło mu na myśl, że być może ten dzień wła­śnie nad­szedł. Pa­pie­ros. Do dia­bła z te­le­fo­nem, pa­ko­wa­niem się i dziw­nym wy­ra­zem jej twa­rzy. Wszyst­kie­mu wi­nien był pa­pie­ros. Po­wie jej, co o tym my­śli. A po­tem ją ze­rżnie. A jesz­cze póź­niej roz­mó­wią się na te­mat po­zo­sta­łych spraw. Może do tej pory to go za­cie­ka­wi.

– Tom – po­wie­dzia­ła. – Tom, mu­szę wy…

– Pa­lisz – rzu­cił oschle. Jego głos zda­wał się od­le­gły, jak­by do­bie­gał z gło­śni­ka do­bre­go ra­dia. – Wy­glą­da na to, że za­po­mnia­łaś, mała. Gdzie je cho­wa­łaś?

– Spójrz. Już go ga­szę – od­par­ła i po­de­szła do drzwi ła­zien­ki. Wrzu­ci­ła pa­pie­ro­sa do musz­li klo­ze­to­wej, na­wet z tej od­le­gło­ści wi­dział na fil­trze śla­dy jej zę­bów. Psss. Wy­szła z ła­zien­ki. – Tom, to był sta­ry przy­ja­ciel… bar­dzo sta­ry przy­ja­ciel. Mu­szę…

– Mu­sisz się za­mknąć i nic poza tym! – ryk­nął. – Po pro­stu stul dziób!

Na jej twa­rzy nie do­strzegł jed­nak tego, na co cze­kał – czy­li oznak stra­chu. Stra­chu przed nim. Nie bała się go, lecz oba­wia­ła się cze­goś, cze­go do­wie­dzia­ła się od swe­go ta­jem­ni­cze­go roz­mów­cy. Nie spo­dzie­wał się tego. Zu­peł­nie jak­by nie wi­dzia­ła pasa ani jego i Tom po­czuł pod ser­cem uczu­cie nie­po­ko­ju. Czy on tu był? To głu­pie py­ta­nie, ale czy on w ogó­le był tu­taj?

Py­ta­nie było prze­ra­ża­ją­ce i ele­men­tar­ne; w pierw­szej chwi­li po­czuł, że ko­rze­nie jego jaź­ni za­czy­na­ją opusz­czać grunt, w któ­rym się znaj­do­wa­ły; bał się, że lada chwi­la cze­ka go los krze­wu szar­ła­tu pę­dzo­ne­go w dal gwał­tow­ny­mi po­dmu­cha­mi wia­tru. W koń­cu jed­nak zdo­łał wziąć się w garść. Prze­cież był tu­taj i uznał, że jak na je­den wie­czór miał już dość tej miał­kiej psy­cho­lo­gicz­nej gad­ki. Był tu­taj, był To­mem Ro­ga­nem. Wy­brań­cem Boga, a je­śli ta głu­pia cipa w cią­gu na­stęp­nych trzy­dzie­stu se­kund nie wy­pro­stu­je się i nie za­cznie za­cho­wy­wać, jak na­le­ży, to tak ją prze­fa­so­nu­je, że jej ro­dzo­na mat­ka nie po­zna.

– Mu­sisz do­stać la­nie – oznaj­mił. – Przy­kro mi z tego po­wo­du, mała. – Wi­dział już wcze­śniej tę mie­szan­kę stra­chu i agre­sji. Jed­nak po raz pierw­szy za­ser­wo­wa­ła mu ją tak otwar­cie.

– Odłóż to – po­wie­dzia­ła. – Mu­szę do­trzeć na O’Hare jak naj­szyb­ciej.

Je­steś tu, Tom? Je­steś tu?

Ode­gnał od sie­bie tę myśl. Skó­rza­ny rze­mień, któ­ry kie­dyś był pa­sem, ko­ły­sał się przed nim ni­czym wa­ha­dło. Tom mru­gnął, po czym wbił wzrok w jej twarz.

– Po­słu­chaj mnie, Tom. W moim ro­dzin­nym mie­ście były kie­dyś kło­po­ty, na­praw­dę bar­dzo po­waż­na spra­wa. Mia­łam wte­dy przy­ja­cie­la. My­ślę, że mógł być na­wet moim chło­pa­kiem, tyl­ko że my wte­dy jesz­cze do tego nie do­ro­śli­śmy. Miał wów­czas je­de­na­ście lat i strasz­nie się ją­kał. Te­raz jest pi­sa­rzem. Wy­da­je mi się, że czy­ta­łeś chy­ba kie­dyś jed­ną z jego ksią­żek… Black Ra­pids, je­śli się nie mylę?

Przy­glą­da­ła się jego twa­rzy, ale nie wy­czy­ta­ła z niej ni­cze­go. I tyl­ko skó­rza­ny pas ko­ły­sał się jak wa­ha­dło w przód i w tył, w przód i w tył. Tom stał z nie­znacz­nie po­chy­lo­ną gło­wą i w lek­kim roz­kro­ku. A ona od nie­chce­nia prze­cze­sa­ła ręką wło­sy, jak­by mia­ła całą masę spraw do prze­my­śle­nia i w ogó­le nie za­uwa­ża­ła trzy­ma­ne­go przez nie­go pasa. W jego gło­wie zaś bez­u­stan­nie po­brzmie­wa­ło py­ta­nie za­da­wa­ne przez nie­zmor­do­wa­ny głos: Je­steś tam? Je­steś pe­wien?

– Ta książ­ka le­ża­ła tu od wie­lu ty­go­dni, ale nig­dy so­bie tego nie mo­głam sko­ja­rzyć. Może po­win­nam, ale wszy­scy tak bar­dzo się po­sta­rze­li­śmy, a ja już od wie­lu, bar­dzo wie­lu lat nie my­śla­łam o Der­ry. W każ­dym ra­zie Bill miał bra­ta Geo­r­ge’a, któ­ry zo­stał za­bi­ty, za­nim jesz­cze po­zna­łam Bil­la. Za­mor­do­wa­no go. A po­tem, na­stęp­ne­go lata…

Ale Tom miał już dość tej głu­piej gad­ki. Miał dość gło­su Be­ver­ly i tego, któ­ry od­zy­wał się w jego wnę­trzu. Spadł na nią jak dra­pież­ny ptak, uno­sząc wy­so­ko pra­we ra­mię i od­rzu­ca­jąc je do tyłu jak oszczep­nik szy­ku­ją­cy się do rzu­tu.

Skó­rza­ny pas ze świ­stem prze­ciął po­wie­trze. Be­ver­ly zo­ba­czy­ła, jak się zbli­żał w jej stro­nę, i pró­bo­wa­ła się uchy­lić, ale ude­rzy­ła pra­wym ra­mie­niem w drzwi ła­zien­ki i chwi­lę po­tem roz­le­gło się gło­śne pla­śnię­cie, kie­dy pas tra­fił ją w lewe przed­ra­mię, zo­sta­wia­jąc na nim czer­wo­ny ślad.

– Dam ci bobu! Tak ci przy­le­ję, że po­pa­mię­tasz – po­wie­dział Tom. Mó­wił spo­koj­nym to­nem, na­wet z odro­bi­ną żalu w gło­sie, a wy­po­wia­da­jąc te sło­wa, uśmie­chał się lo­do­wa­to, uka­zu­jąc przy tym bia­łe zęby. Chciał zo­ba­czyć to spoj­rze­nie peł­ne stra­chu, zgro­zy i wsty­du, spoj­rze­nie, któ­re mó­wi­ło: „Tak, masz ra­cję, za­słu­ży­łam na to”. Spoj­rze­nie, któ­re mó­wi­ło: „Tak. Masz ra­cję, czu­ję two­ją­o­bec­ność”. Wraz z nim wró­ci mi­łość i po­win­no tak być, bo on na­praw­dę ją ko­cha. Je­że­li tego chcia­ła, po­mó­wi z nią o tym te­le­fo­nie i do­wie się, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Ale to bę­dzie mu­sia­ło jesz­cze tro­chę po­cze­kać. Na ra­zie trze­ba udzie­lić jej lek­cji. Sta­ra za­sa­da. Naj­pierw obo­wiąz­ki, a po­tem przy­jem­no­ści. I pie­prze­nie.

– Przy­kro mi, mała.

Książ­kę tę za­czą­łem pi­sać w Ban­gor w sta­nie Ma­ine, 9 wrze­śnia 1981 r. i skoń­czy­łem w Ban­gor w sta­nie Ma­ine, 28 grud­nia 1985 r.

* * *

1 Plum (śliw­ka) – slan­go­we okre­śle­nie wa­gi­ny.

2 Bar­rens – zie­mia ja­ło­wa.

3 Sław­ny ba­se­bal­li­sta, któ­ry gdy miał 32 lata, roz­bił się ze swo­ją ces­sną. Wy­pa­dek zda­rzył się 2 sierp­nia 1979 roku i był efek­tem błę­du pi­lo­ta.

4 Com­ber (ang.) grzy­wacz – Bill myli to sło­wo ze śpiącz­ką, ang. coma.

5 Bo­ha­ter krót­kiej kre­sków­ki ame­ry­kań­skiej z 1938 roku.

6 Belch (ang.) – bek­nię­cie.

7 Chic­ken (ang.) ozna­cza rów­nież tchó­rza.

8 W slan­gu – ku­tas.

9 Za­ło­żo­ne w 1915 roku sto­wa­rzy­sze­nie, któ­re­go sta­tu­to­wym ce­lem była dzia­łal­ność do­bro­czyn­na.

10 Bo­ha­ter fa­mi­lij­ne­go se­ria­lu ko­me­dio­we­go Le­ave It to Be­aver.

11 Ka­nuk – Ka­na­dyj­czyk fran­cu­skie­go po­cho­dze­nia. Zwy­kle okre­śle­nia tego uży­wa się w sen­sie pe­jo­ra­tyw­nym.

12 In­dia­nin, po­moc­nik i przy­ja­ciel głów­ne­go bo­ha­te­ra se­ria­lu The Lone Ran­ger. Miał ko­nia o imie­niu Si­lver, któ­re­go po­pę­dzał, wo­ła­jąc: „No, da­lej, Si­lver, na­przód!”.

13 Sieć skle­pów ofe­ru­ją­cych klien­tom ubra­nia, buty, do­dat­ki do stro­jów, bi­żu­te­rię itd.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Śpiące królewny To. Wydanie filmowe Mroczna Wieża. Tom 1. Roland (wydanie filmowe) Wszystko jest względne. 14 mrocznych opowieści Wielki marsz Szkieletowa załoga 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione