Dobry omen

Dobry omen

Autorzy: Neil Gaiman Terry Pratchett

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 414

Cena książki papierowej: 29.90 zł

cena od: 18.92 zł

Zgodnie z Przenikliwym i Trafnym Proroctwem Agnes Nutter - jedynej całkowicie wiarygodnej wróżki - świat skończy się w sobotę. Dokładnie mówiąc: w najbliższą sobotę. Jeszcze dokładniej: zaraz po kolacji. A wieczorem zerwą się armie Nieba i Piekła. Zapłoną morza ognia. Księżyc okryje się krwawym całunem. I to jest główny problem Crowleya (byłego węża, dziś agenta Piekła) i jego przeciwnika, a zarazem starego przyjaciela Azirafala (autentycznego anioła). Bo oni chcą być tu na dole (lub na górze, z punktu widzenia Crowleya). Nie mają więc wyboru - muszą zatrzymać Czterech Motocyklistów Apokalipsy. Ponad wszystko (zdaniem Azirafala: poniżej) najważniejsze jest, by zabić Antychrysta. Kłopot w tym, że ma on dopiero 11 lat, kocha swego piekielnego ogara i jest miłym chłopcem, z którego rodzice mogą być dumni.

TERRY PRATCHETT

NEIL GAIMAN

DOBRY

OMEN

Fragment

Przełożyli

Juliusz Wilczur Garztecki

Jacek Gałązka

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

DRAMATIS PERSONAE

Opowiadanie o pewnych zdarzeniach z ostatnich jedenastu lat historii ludzkości oparte na solidnej podstawie, co niebawem zostanie wykazane.

Przistoynych i akuratnych profecyi Agnes Nutter zebranych, zredagowanych i opatrzonych wielce pouczającymi przypisami, tudzież naukami dla mądrych tego świata przez Neila Gaimana i Terry’ego Pratchetta.

DRAMATIS PERSONAE

ISTOTY NIEZIEMSKIE

Bóg (Bóg)

Metatron (głos Boga)

Azirafal (anioł i antykwariusz na pół etatu)

Szatan (anioł upadły, Wielki Adwersarz)

Belzebub (anioł równie upadły, książę, następca tronu Piekieł)

Hastur (upadły anioł, książę Piekieł)

Ligur (także upadły anioł i książę Piekieł)

Crowley (anioł, który może nie upadł, lecz zsunął się odrobinę za nisko)

JEŹDŹCY APOKALIPSY

ŚMIERĆ (Śmierć)

Wojna (Wojna)

Głód (Głód)

Powietrze (Powietrze, przeważnie morowe)

LUDZIE

Nie-Cudzołóż Pulsifer (tropiciel wiedźm)

Agness Nuter (prorokini)

Newton Pulsifer (referent działu płac i szeregowy tropiciel wiedźm)

Anathema Device (okultystka praktykująca i profesjonalna spadkobierczyni)

Shadwel (sierżant, tropiciel wiedźm)

Madame Tracy (Podmalowana Jezebel [przyjmuje rano oraz w czwartki po telefonicznym uzgodnieniu] i medium)

Siostra Mary Złotousta (czarna zakonnica według reguły św. Berylii)

Mr Young (ojciec)

Mr Tyler (prezes Stowarzyszenia Rezydentów)

Posłanniec

ONI

Adam (Antychryst)

Pepper (dziewczynka)

Wensleydale (chłopiec)

Brian (chłopiec)

Chór Tybetańczyków, Obcych, Amerykanów, Atlantów oraz innych rzadkich a dziwacznych stworów dni ostatnich

a także

Pies (diaboliczne psisko i postrach okolicznych kotów)

NA POCZĄTKU...

Dzień był piękny.

Jak wszystkie do tej pory. Upłynęło ich aż siedem, a przy tym nikt jeszcze nie wymyślił deszczu. Niestety na wschód od Edenu już zbierały się chmury zwiastujące nadejście pierwszej prawdziwej burzy z piorunami.

Anioł – Strażnik Bramy Wschodniej rozpiął skrzydła nad głową, chroniąc włosy przed przybierającym na sile deszczem.

– Przepraszam, ale nie dosłyszałem. Czy zechciałbyś powtórzyć? – zaproponował wężowi.

– Mówiłem, że i ten ostatni też na nic. Klops. Klapa.

– Ach tak... – mruknął anioł imieniem Azirafal.

– Moim skromnym zdaniem, trochę przedobrzyliście – ciągnął wąż. – Wiesz, chodzi o ten pierwszy raz, no, pierwsza przepustka... etc. Swoją drogą zupełnie nie rozumiem, co też może być złego w tym, że ktoś chce poznać różnicę między dobrem i złem.

– Musi coś być... Na pewno coś jest... – odparł Azirafal tonem niedwuznacznie wskazującym, iż on sam nie ma bladego pojęcia, co może być złego w chęci poznania, ba, że sprawa ta wyraźnie go niepokoi. – W przeciwnym razie ty wcale nie byłbyś w to zamieszany.

– Powiedzieli mi tylko: Zrób trochę bigosu, tam... wiesz... – wyznał wąż, znany też pod nazwiskiem Crowley, które, notabene, planował zmienić w niedalekiej przyszłości. Crowley zupełnie do niego nie pasowało.

– Tak, z tym, że ty jesteś diabłem. Sam nie wiem, czy ty w ogóle potrafisz zrobić coś dobrego. Masz a priori podłą naturę. I to nie jest żadna osobista insynuacja.

– Muszę jednak przyznać, że czasem przesadzacie z pantomimą w jasełkach – odparł Crowley. – Po co wskazywać paluchem na Drzewo z tabliczką „Nie dotykać eksponatów”. To trochę niedelikatne, prawda? A nie prościej przeflancować DRZEWO na jakąś, bo ja wiem, niedostępną wyspę albo tam, gdzie nawet diabeł nie mówi „dobranoc”, bo za daleko? Czasem zastanawiam się, o co JEMU naprawdę chodzi.

– Daruj sobie spekulacje. Nie wysilaj się na poznanie niepoznawalnego, bo to może być niezdrowe. Ja na ten przykład powtarzam sobie, że jest DOBRO i jest ZŁO. Jeśli czynisz zło, gdy nakazano ci czynić dobro, zasługujesz na karę, hę?

Zapadło kłopotliwe milczenie. Rozmówcy patrzyli w zamyśleniu, jak pierwsze większe krople deszczu nabijają pierwsze guzy pierwszym kwiatom. Ciszę przerwał Crowley.

– Nie miałeś przy sobie ognistego miecza?

– No... jakby to powiedzieć... – zaczął anioł z miną przyłapanego na gorącym uczynku.

– Nie miałeś, zgadza się? – powtórzył z naciskiem Crowley. – A taki był ognisty i obrotny...

– No więc...

– I robił niezłe wrażenie.

– Tak, ale widzisz...

– Zgubiłeś go, prawda?

– Skądże znowu! Niezupełnie zgubiłem, raczej...

– Raczej co?

Azirafal zrobił żałosną minę.

– Skoro już ci na tym zależy – z trudem ukrywał rozdrażnienie – to wiedz, że go dałem w prezencie.

Crowley wytrzeszczył oczy ze zdumienia.

– No widzisz, musiałem... wiesz... – ciągnął anioł, nie bardzo wiedząc, co robić z rękami. – Biedacy, byli tacy zziębnięci, ona już w ciąży, wokół tyle dzikiego zwierza i nawałnica tuż-tuż, więc sobie pomyślałem: a niby co w tym złego? Więc mówię im, że kiedyś, jak zechcą wrócić, to na pewno zrobi się taki huczek, że wszystko zadrży w posadach, ale miecz może wam się przydać. No weźcie go, nie, nie, nie dziękujcie. Zróbcie nam wszystkim przysługę i postarajcie się nie zwalić sobie nieba na głowę. – Spojrzał zmartwiony na Crowleya. – To było chyba najlepsze, co mogłem zrobić, prawda?

– Właściwie to nie wiem, czy w ogóle potrafisz zrobić coś złego – powtórzył Crowley, parodiując niedawno usłyszane zdanie Azirafala, ale ten nie dostrzegł ironii.

– Mam nadzieję, że tak jest naprawdę, a to mi nie dawało spokoju przez całe popołudnie.

Przez chwilę patrzyli, jak pada.

– To może zabrzmi śmiesznie – powiedział Crowley – ale sam zastanawiałem się, i to nie raz, czy sprawy z jabłkiem nie należało rozegrać inaczej. Widzisz, jak diabeł zrobi coś właściwego, coś słusznego i stosownego, to zwykle ma z tego powodu masę kłopotów. – Dał lekkiego kuksańca aniołowi i kontynuował: – Będzie śmiesznie, jak się okaże, że obydwaj pograliśmy nie tak jak trzeba, co? A jeszcze śmieszniej, jak się okaże, że to ja popełniłem uczynek dobry, a ty zły, hę?

– Nie bardzo – odparł Azirafal.

Crowley patrzył na deszcz.

– Dość fantazjowania – powiedział, trzeźwiejąc z urokliwego snu. – To na pewno nie wchodzi w rachubę.

Ciemnoszara zasłona chmur spowiła Eden. Donośny odgłos grzmotu przetoczył się nad wzgórzami. Pierwsze zwierzęta, którym dopiero co nadano imiona, strwożone szukały schronienia przed nawałnicą.

Gdzieś w gąszczu ociekających wodą drzew coś lśniło i migotało.

Nadciągała ciemna, burzliwa noc.

ROZDZIAŁ I

Współczesne teorie powstania wszechświata głoszą, że jeśli w ogóle został stworzony, a nie stał się pewnego dnia sam z siebie, to wszechświat zaistniał około 10 – 20 bilionów lat temu; pomijamy tu teorie głoszące, że w ogóle nie musiał zaistnieć, gdyż istniał zawsze. Staruszka Ziemia, według tej samej teorii, liczy sobie mniej więcej 4,5 biliona lat.

Daty te są oczywiście niedokładne.

We wczesnym średniowieczu żydowscy akademicy ustalili, że stworzenie, czy też początek, miał miejsce w roku 3760 p.n.e. Luminarze ortodoksyjnego kościoła greckokatolickiego przesunęli datę początku do roku 5508 p.n.e.

Obliczenia rzeczonych teologów są niemniej niedokładne.

Arcybiskup James Usher (1580–1656) w 1654 roku wydał drukiem Annales Veteris et Novi Testamenti (Roczniki Starego i Nowego Testamentu), gdzie sugerował, iż Niebo i Ziemia zostały stworzone w roku 4004 p.n.e. Jeden z jego wiernych i pilnych uczniów kontynuował wyliczenia mistrza tak długo, aż triumfalnie obwieścił, że Ziemia została stworzona w niedzielę, 21 października 4004 r. p.n.e., punktualnie o dziewiątej rano, jako że Stwórca lubił pracować rankiem, czując się wtedy rześki i wypoczęty.

Obliczenia te również okazały się niedokładne. Uczeń pomylił się bowiem o cały kwadrans.

Co do skamieniałych szkieletów, należy stwierdzić, że jak dotąd żaden paleontolog nie zrozumiał dowcipu o tym, jak wyginęły dinozaury.

Powyższe rozważania dowodzą, co następuje:

a) Niezbadane są wyroki boskie ani ścieżki, którymi się porusza, choćby w kółko, dla zmylenia. Bóg nie rozgrywa ze wszechświatem trywialnej partyjki domina. On rozgrywa partię gry, którą sam wymyślił, a której słowo nie opisze i umysł nie pojmie. Z punktu widzenia pozostałych graczy[1] przypomina ona wyjątkowo pokrętny wariant pokera tybetańskiego rozgrywany w ciemnościach, że oko wykol, za pomocą kart o nieznanych koszulkach i walorach, bez górnej granicy przebicia i z krupierem, który za żadne skarby nie wyjaśni reguł gry, za to uśmiecha się przez cały czas.

b) Ziemia jest spod znaku Wagi.

Horoskop dla Wagi zamieszczony w rubryce „Gwiazdy i Ty” lokalnej gazety „Advertiser” w Tadfield z dnia, w którym ta historia się zaczyna, brzmi:

WAGA 24 września – 23 października

Silne uczucie zmęczenia i zniechęcenia spowodowane ciągłym dreptaniem w kółko. Paląca potrzeba umiejętnego podejścia do (bardzo) zaognionych problemów domu i rodziny. Unikaj zbędnego ryzyka. Przyjaciel odegra ważną rolę w twoim życiu. Odłóż wszystkie ważniejsze decyzje do czasu,gdy rozwieją się chmury. Dzisiaj twój żołądek stoi w obliczu biegunki, unikaj sałatek i surówek. Pomoc nadejdzie niespodziewanie z innej dzielnicy.

Dopiero powyższa kalkulacja jest dokładna. Absolutnie! W każdym punkcie. No, może z wyjątkiem sałatek.

Noc wcale nie była ciemna i burzliwa.

Chociaż właśnie taka powinna być. Ale jest, jaka jest. Zwykle na jednego szalonego naukowca, którego Opus Magnum w rękopisie przesiąka światłością gromu uderzającego w noc zakończenia szatańskiej pracy, przypada około dwunastu tych, którzy siedzą bezczynnie pod rozgwieżdżonym niebem, a Igor[2] nalicza im overtimy.

Przeciętna spokojna noc jak ta (z okresowymi zamgleniami, przelotnym deszczem i ochłodzeniem do 5°C) daje czasem jakże złudne poczucie większego bezpieczeństwa. Jeśli na dworze jest spokojnie, to w żaden sposób nie należy poddawać się zwodniczej nadziei, że sił ciemności nie ma w pobliżu, bo wyjechały gdzieś do ciepłych krajów. Owszem, tam też są. Wcale nie musiały wyjeżdżać. Ani tam, ani gdzie indziej. Po prostu są wszędzie.

Zawsze. I w tym cała rzecz.

Dwie postacie przemykały chyłkiem między zrujnowanymi grobami. Dwa cienie. Jeden zgarbiony i przysadzisty, drugi chudy i budzący grozę. Mistrzowie olimpijscy w skradaniu się i chodzeniu chyłkiem. Gdyby Bruce Springsteen kiedykolwiek nagrał płytę „Urodzony, by chodzić chyłkiem”, ci dwaj znaleźliby się na okładce. Skradali się tak już od godziny, trzymając odległość i bezbłędnie trafiając na swoje ślady mimo gęstniejącej mgły. I mogliby się skradać dalej, przez całą noc, kiedy to drzemiące w nich złe moce zostaną uwolnione, siejąc grozę ostatniego wielkiego skradania przed świtem.

Po kolejnych dwudziestu minutach myszkowania i skradania jeden z nich odezwał się:

– Świetny kawał, nie ma co. Powinien tu na nas czekać od paru godzin.

Miał na imię HASTUR. Był księciem Piekieł.

Wiele zjawisk zachodzących we współczesnym świecie – wojny, epidemie, kontrole z urzędu skarbowego itp. – zaistniało za sprawą niewidzialnej ręki Szatana sterującej człowiekiem. Jednak najwybitniejszym osiągnięciem w tej dziedzinie, zdaniem większości studentów demonologii stosowanej, jest obwodnica M25 wokół Londynu, która na wystawie diabelskich wynalazków zdobyłaby bezapelacyjnie grand prix.

Wszyscy demonolodzy mylą się. Przeklęta droga wcale nie jest symbolem zła wszelakiego li tylko dlatego, że codziennie pochłania legiony ofiar wypadków i powoduje istne eksplozje gniewu połączonego z frustracją.

W gruncie rzeczy niewielu chodzących po ziemi wie, że kształt obwodnicy M25 przypomina plątaninę linii żywcem wziętych z ideogramu pisma Czarnych Księży w starożytnym Królestwie MU. I znaczy, ni mniej, ni więcej, tylko: Bądź pozdrowion, o Bestio, Pożeraczu świata. Nawet rzesze zmotoryzowanych, którzy przemykają tędy, zostawiając za sobą jedynie swąd spalin, nie decydują o złej mocy drogi, chociaż, trzeba uczciwie przyznać, nacznie wzbogacają smog rozchodzący się po obydwu stronach i zatruwają tym samym metafizyczny klimat w promieniu wielu mil.

Autostrada M25 była jednym z ważniejszych dokonań Crowleya. Realizacja tego przedsięwzięcia trwała wiele lat i wymagała wielu poświęceń włącznie z trzema implantacjami wirusów komputerowych, dwoma karkołomnymi włamaniami do bloku programów i jedną aferą łapówkarską. Gdy jednak zdawało się, że wszystko zawiodło, pewnej deszczowej nocy trzeba było przesunąć paliki o kilka pozornie nieistotnych, ale w gruncie rzeczy bardzo ważnych centymetrów na rozmiękłym polu, gdzie każdemu krokowi towarzyszyło obrzydliwe mlaśnięcie gliniastej ziemi. Oglądając pierwszy oddany do użytku trzydziestopięciomilowy odcinek obwodnicy, Crowley doznał rzadkiego, ale miłego uczucia satysfakcji z solidnie wykonanego kawałka wyjątkowo wrednej roboty.

Wyczynem tym zyskał dobre imię i jeszcze lepszą reputację profesjonalisty.

Crowley jechał teraz szosą na południe od Slougk ze zwykłą dla niego prędkością stu dziesięciu mil na godzinę. Nawet najbystrzejszy wzrok demonologa nie dopatrzyłby się w jego wyglądzie czy manierach żadnych oznak diabelskości, nie mówiąc o rogach czy ogonie. Słuchał co prawda kasety „Best of Queen”, ale nie należy z tego wyciągać żadnych pochopnych wniosków, gdyż dowolna kaseta z nagraniem dowolnie wybranej muzyki po dwu tygodniach intensywnego odtwarzania w jego samochodzie ulegała nieuchronnej metamorfozie w składankę „Best of Queen”. Ponadto obecnie Crowley wcale nie zaprzątał sobie głowy sprawami par excellence demonicznymi. Prawdę powiedziawszy, leniwie rozważał, kim byli MOEY i CHANDON.

Miał ciemne włosy i wydatne kości policzkowe. Nosił buty z wężowej skóry – przynajmniej tak wyglądały – potrafił wyczyniać niesamowite sztuczki językiem. Czasem, kiedy się zapomniał albo przesadził, wydawał atawistyczny syk.

Nie puszczał także szatańskich oczek.

Podróżował obecnie czarnym bentleyem, rocznik 1926, który tylko raz zmienił właściciela. Pierwszym był również Crowley i bardzo dbał o swój wehikuł.

Powodem spóźnienia była wyjątkowa sympatia, jaką Crowley darzył dwudziesty wiek. Czuł się w nim o wiele lepiej niż w wieku siedemnastym i o całe niebo lepiej niż w czternastym. Cenił upływ czasu za to, że pozwalał mu nieustannie oddalać się od niesławnego czternastego stulecia – stu lat cholernej nudy na, przepraszam za wyrażenie, bożym świecie. Za to w dwudziestym stuleciu nie miał czasu na nudę. Zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę, że od pięćdziesięciu sekund we wstecznym lusterku połyskiwały rytmicznie dwa niebieskie światełka, co niedwuznacznie sugerowało, że dwóch śledzących go dżentelmenów bardzo pragnie uatrakcyjnić i tak bogate życie Crowleya.

Spojrzał na zegarek. Był to chronometr przeznaczony do prac podwodnych na dużych głębokościach. Pokazywał dokładny czas w dwudziestu jeden najważniejszych stolicach, gdy jego właściciel brnął w niezbadane głębie[3].

Z piskiem opon skręcił w boczną dróżkę pokrytą świeżo spadłymi liśćmi. Niebieskie światełka nie zrezygnowały.

Westchnął, zdjął jedną rękę z kierownicy i w dość akrobatycznym półobrocie wykonał serię skomplikowanych gestów za plecami.

Światełka przygasły i zniknęły w oddali. Wóz policyjny stanął, ku zdziwieniu jego dwóch pasażerów. Ale naprawdę obydwaj otworzą oczy ze zdumienia, dopiero gdy podniosą maskę i zobaczą, w co zamienił się silnik.

Na cmentarzu Hastur, diabeł chudy, przekazał prowadzenie Ligurowi, diabłu krępemu i bieglejszemu w sztuce skradania się.

– Widzę światła – powiedział. – Nareszcie jest, sukinkot.

– Czym on jedzie? Co to jest? – zapytał Ligur.

– Samochód. Pojazd bezkonny – wyjaśnił Hastur. – Zdaje się, że nie używali tego, kiedy byłeś tu ostatni raz. Przynajmniej nie, jak mówią, powszechnie.

– Wtedy z przodu siedział facet z czerwoną chorągiewką.

– Wygląda na to, że poszli ostro do przodu – skomentował Hastur.

– Jaki jest ten Crowley?

Hastur splunął.

– Za długo tu siedzi. Od samego początku. Po mojemu to się całkiem znaturalizował. Jeździ samochodem z telefonem.

Ligur wpadł w zadumę. Jak większość demonów miał bardzo mgliste pojęcie o nowoczesnej technice i już otwierał usta, żeby powiedzieć coś w rodzaju: zakład, że to zużywa strasznie dużo drutu, gdy spostrzegł, że czarny bentley zatrzymał się przed bramą.

– I nosi ciemne okulary – prychnął szyderczo Hastur. – Nawet kiedy wcale nie ma potrzeby. – Nieco głośniej dodał: – Niech będzie pochwalony Szatan.

– Niech będzie pochwalony Szatan – powtórzył jak echo Ligur.

– Cześć. – Crowley machnął ręką na powitanie. – Przepraszam za spóźnienie, ale sami rozumiecie, że o tej porze są straszne korki na A40 przy Denham. Chciałem pojechać skrótem przez Chorley Wood i wtedy...

– Ale teraz jesteśmy już w komplecie – powiedział Hastur tonem dającym sporo do myślenia. – Czas podsumować Dokonania Dnia Dzisiejszego.

– No tak. Dokonania – potwierdził Crowley z miną, jakby trafił na mszę po ładnych paru latach przerwy i nieco odwykł od ministrantury.

Hastur odchrząknął.

– Kusiłem księdza – powiedział – kiedy szedł ulicą i ujrzał piękne dziewczęta w letnich sukienkach. Sprawiłem, że w jego umyśle zagościło ZWĄTPIENIE. Zostałby świętym, gdyby nie to, że za dziesięć lat będzie nasz.

– Nieźle – mruknął zachęcająco Crowley.

– Przekupiłem jednego polityka – oznajmił Ligur. – Dzięki moim podszeptom doszedł do wniosku, że mała łapóweczka raz na jakiś czas nie zaszkodzi. Za rok będzie nasz.

Skończył i obaj spojrzeli na Crowleya. Odpowiedział im szerokim uśmiechem.

– To wam się na pewno spodoba – powiedział i poszerzył uśmiech jak stary, wytrawny konspirator. – Zablokowałem wszystkie przenośne telefony w City i West Endzie na czterdzieści pięć minut w porze lunchu.

Zapadła cisza. Z oddali dobiegał szum samochodów na autostradzie.

– Tak? – Hastur nie krył zdziwienia – i co dalej?

– Słuchajcie, to wcale nie było takie proste – bronił się Crowley.

– I to wszystko?

– Ale, słuchajcie, koledzy...

– Może zechcesz wyjaśnić dokładniej, w jaki sposób to zagwarantuje ciągłość dostaw dla naszego Pana? – zapytał Hastur.

Crowley zebrał się w sobie.

Jak im to wytłumaczyć? Że co najmniej dwadzieścia tysięcy ludzi dostało piany. Że tysiąc gardeł zabulgotało z wściekłości, że potem ocean szału wylał się na sekretarki, policję drogową i każdego, kto akurat się nawinął i nieopatrznie pozostał w zasięgu głosu – czytaj: ryku rozszalałego szefa. Że wszyscy mścili się na wszystkich, wymyślając coraz to nowe i bardziej wyrafinowane podłości, byle tylko kogoś zgnębić? Trwało to tylko jeden dzień, do północy, a usunięcie skutków zajmie ładnych parę lat. I wcale nie trzeba było ich do tego namawiać. Dziesiątki tysięcy ludzi skutecznie sobie nawrzucało, a tak zwany diabeł wcale się przy tym nie napracował.

Niestety, średniowieczne mózgi Hastura i Ligura nie zrozumieją tego nigdy. Uparcie polują całymi latami na jedną duszę. Nie ulega wątpliwości, że są profesjonalistami w swojej dziedzinie, ale dzisiaj potrzeba innego myślenia. Detaliści odchodzą, czas na hurtowników. Myślenie z rozmachem, na wielką skalę. Mając do dyspozycji prawie pięć milionów ludzi, nie wolno angażować swoich sił do selekcji jednostek, trzeba umiejętnie rozłożyć te siły w czasie i przestrzeni. Cóż, kiedy ci dwaj nawet nie chcą o tym słyszeć. Nigdy w życiu nie pokusiliby się o stworzenie na przykład telewizji z programem w języku celtyckim. Albo podatku od wartości dodanej VAT. Albo Manchesteru.

Manchester. To była prawdziwa przyjemność.

– Następca Wielkiej Mocy był raczej zadowolony – odparł nareszcie Crowley. – Czasy się zmieniają. No więc, o co chodzi tym razem?

Hastur schylił się, szukając czegoś za grobowcem.

– O to – powiedział.

Crowley wpatrywał się w koszyk.

– O, nie!

– Ależ tak – odparł Hastur i wykrzywił twarz w półuśmiechu.

– Już?

– I... e... to ja mam...?

– Ty i nikt inny. – Hastur nie ukrywał złośliwego rozbawienia.

– Ale dlaczego znowu ja? – zapytał zrozpaczony Crowley. – Przecież znasz mnie, Hastur. Wiesz, że to nie jest mój numer...

– Ależ jest, zapewniam cię – ciągnął Hastur. – To twój numer. Twoja życiowa rola. Bierz ją. Czasy się zmieniają.

– No pewnie – wtrącił kąśliwie Ligur. – Na początku trzeba przede wszystkim powiedzieć, że koniec już się zbliża.

– Ale dlaczego właśnie ja?

– Widocznie masz wejścia – powiedział złowrogo Hastur. – Ligur na przykład z chęcią oddałby prawą rękę, żeby tylko dostąpić takiego wyróżnienia!

– Właśnie! – przytaknął skwapliwie Ligur. No, może niekoniecznie swoją. Tyle prawych rąk dokoła. Jest z czego wybierać, nie tracąc dobrej prawej ręki.

Hastur wyciągnął z pomiętego prochowca kołonotatnik.

– Podpisz. Tutaj – powiedział, robiąc aż trzy „brzemienne” pauzy.

Crowley leniwym ruchem wyjął z kieszeni czarne pióro, które zalśniło jak szlachetny kamień w pięknej oprawie.

– Niezłe cacko – pochwalił Ligur.

– Pisze nawet pod wodą – mruknął Crowley.

– Ciekawe, co jeszcze wymyślą – zastanawiał się głośno Ligur.

– To bez znaczenia, ale lepiej niech wymyślą to zaraz – odpowiedział Hastur. – O, nie. Nie A. J. Crowley. Prawdziwym nazwiskiem.

Crowley skinął głową posępnie i narysował na arkuszu serię poplątanych zawijasów. Przez chwilę napis jarzył się czerwonawym światłem, po czym zgasł. – Co mam z tym zrobić? – zapytał.

– Dostaniesz instrukcje. – Hastur spojrzał gniewnie. – Nie denerwuj się, Crowley. Nadchodzi chwila, do której przygotowywaliśmy się przez te wszystkie lata. Od samego początku.

– Tak... Pewnie – powiedział Crowley. W niczym nie przypominał gibkiego osobnika, który parę minut temu wyśliznął się jak wąż z wnętrza czarnego bentleya. Miał minę zaszczutego zwierzaka. – Czeka nas ostateczne zwycięstwo.

– Tak... Ostateczne... – powtórzył Crowley.

– A ty będziesz narzędziem, które pozwoli, by spełniło się przeznaczenie.

– Narzędziem... No pewnie – mruknął Crowley i podniósł koszyk, tak jakby ten miał eksplodować lada chwila, co, nawiasem mówiąc, i tak wkrótce miało nastąpić. – No, dobra – powiedział. – To ja, ee... znikam. Mogę? Żeby załatwić się z tym jak najprędzej. Nie, nie, wcale nie chodzi o to, że coś mi się nie podoba – dodał pospiesznie, zdając sobie doskonale sprawę, jak bardzo mogłoby zaważyć na jego dalszych losach niezbyt pochlebne sprawozdanie Hastura. – Wiecie przecież, że u mnie zawsze wszystko na błysk!

Starsze diabły milczały.

– To ja się zmywam! – bełkotał Crowley. – Czołem chłopaki, do miłego... ee... Bomba. Świetnie. Buźka. Ciao.

Gdy czarny bentley zniknął w ciemności, Ligur zapytał:

– A to co znaczy?

– To po włosku – odparł Hastur. – Zdaje mi się, że coś do jedzenia, chyba „ciacho”.

– Śmiesznie się żegnają ci Włosi. Ufasz mu? – zapytał Ligur, odprowadzając wzrokiem znikające w oddali tylne światła bentleya.

– Nie.

– I słusznie – powiedział Ligur. Nasunęła mu się pewna refleksja: gdyby diabły zaczęły sobie ufać, ten stary świat byłby naprawdę zabawny.

Na zachód od Amersham czarny bentley mknął przez noc, robiąc właściwy użytek z tego, co miał pod maską.

Crowley wziął pierwsze z brzegu pudełko i manipulując jedną ręką, wyjął kasetę. Drugą ręką starał się utrzymać samochód na szosie. W poświacie reflektorów przeczytał, że taśma zawiera nagranie „Czterech pór roku” Vivaldiego. Bardzo potrzebował teraz kojącej muzyki.

Włożył kasetę do odtwarzacza.

– O, cholera! Niech to najjaśniejsza cholera! Dlaczego akurat teraz! I dlaczego znowu ja? – wymamrotał pod nosem, gdy z głośników spłynęły doskonale znane pierwsze takty „Bohemian Rapsody”.

Ni stąd, ni zowąd, Freddie Mercury przemówił bezpośrednio do niego.

– BOŚ NA TO ZAPRACOWAŁ, CROWLEY.

Crowley nie mógł powstrzymać cichego „błogosławieństwa”. To właśnie on podsunął Dołowi pomysł skorzystania ze zdobyczy współczesnej elektroniki w utrzymywaniu łączności, ale jak to bywa, przełożeni zrozumieli go na opak, wprowadzili poprawki i oszczędności, których skutki odczuwał na własnej skórze. Początkowo miał nadzieję, że podłączą go do sieci telefonów komórkowych „Cellnet”. Niestety, centrala wchodziła na linię, kiedy tylko włączał magnetofon, nie licząc się z tym, że wystawia na poważną próbę jego cierpliwość melomana.

Przełknął głośno.

– Bardzo dziękuję, panie.

– WIERZYMY W CIEBIE, CROWLEY.

– Dziękuję, panie.

– TO BARDZO WAŻNE, CROWLEY.

– Wiem i rozumiem, panie.

– ZADANIE PIERWSZOPLANOWE I PRIORYTETOWE, CROWLEY.

– Zrobię, co w mojej mocy, panie.

– NATURALNIE, ŻE ZROBISZ, CROWLEY. A JEŚLI COŚ SIĘ NIE UDA, WSZYSCY WYKONAWCY DOSTANĄ CIĘGI. NAWET TY, CROWLEY. ZWŁASZCZA TY.

– Zrozumiałem, panie.

– OTO INSTRUKCJE, CROWLEY.

Nagle poczuł, że wie wszystko. Szczerze nienawidził tej metody. Przecież równie łatwo mogli mu po prostu powiedzieć, a nie sączyć chłodnym strumykiem zestaw instrukcji wprost do jego pamięci. Miał dotrzeć do pewnego szpitala.

– Będę tam za pięć minut, panie.

– DOBRZE. I see a little silhouetto of a men scaramouche scaramouche will you do the fandango.

Pewnie zacisnął ręce na kierownicy. Od kilku stuleci wszystko szło jak z płatka i nic nie wymknęło mu się z rąk. Ale, jak to zwykle bywa, zdaje ci się, że osiągnąłeś wszystko, zdobyłeś ostatni nie zdobyty szczyt, aż tu nagle spuszczają ci na głowę sam Armageddon. Największa wojna. Ostatnie starcie. Niebo kontra piekło, trzy rundy, ostatni UPADEK, zwycięzca bierze wszystko. Tak miało być. I nie ma świata, nie ma nic. To właśnie jest koniec świata. Wieczne Niebo albo Wieczne Piekło, zależy, kto wygra. Nie bardzo wiedział, co gorsze.

W zasadzie Piekło – to wynika z definicji. Ale od razu przypomniał sobie, jak to kiedyś było w Niebie i dostrzegł kilka zastanawiających podobieństw. Na przykład ani tu, ani tam nie można było dostać porządnego drinka. Poza tym nuda w Niebie była równie potworna jak nadmiar rozrywek w Piekle.

Odejście na własną prośbę też nie wchodziło w rachubę. Nie można jednocześnie być diabłem i mieć wolną wolę.

Bismillah no, I will not let you go (let him go).

Na szczęście, ostatecznego rozstrzygnięcia nie przewidziano na ten rok. Zostanie sporo czasu, by załatwić parę spraw, ot choćby rozładunek zapasów długoterminowych.

Przez chwilę zastanawiał się, co też mogłoby się stać, gdyby zatrzymał się tu, na pustej, wilgotnej szosie, w mroku nocy, wyjął koszyk, zakręcił nim potężnego młynka nad głową i...

Na pewno coś strasznego.

Kiedyś był aniołem, wcale nie miał zamiaru UPADAĆ. Po prostu przyłączył się do niewłaściwej partii.

Czarny bentley nadal przecinał mrok, chociaż strzałka paliwomierza stała na zerze. Stała tak od sześćdziesięciu lat. Być diabłem to wcale nie takie złe. Na przykład nie musisz ciągle kupować benzyny. Ostatni i jedyny raz Crowley pojechał zatankować w 1967. Chciał się przekonać, co czuł James Bond, gdy snajper przedziurawił przednią szybę dokładnie na wysokości głowy kierowcy, kiedy ten schylił się, by sięgnąć po ukrytego pod siedzeniem Waltera PPK. Wówczas bardzo lubił ten serial.

Zawartość koszyka na tylnym siedzeniu zaczęła płakać. Przypominało to wycie syreny ogłaszającej alarm przeciwlotniczy. Czasem tak drą się noworodki. Dźwięk był wysoki i stary jak świat.

Mr Young ocenił, że szpitalowi niczego nie brakowało, a byłby naprawdę cichym, kojącym zakątkiem, gdyby nie zakonnice.

Nawet je lubił, ale wcale nie dlatego, żeby był jakimś protestanckim neofitą-malkontentem. Co do unikania kościoła, to jedynym, do którego nie chodził z przekonania, ale też bez zbędnych emocji, był kościół św. Cecylii i Aniołów Pańskich (wcale nie anglikański). W życiu nawet nie myślał o unikaniu innego kościoła, gdyż wszystkie pachniały tak samo – atmosfera w każdym z nich była zanadto przesiąknięta kombinacją zapachów pasty do podłóg dla snobów i płynu na denaturacie do mycia szyb. Gdzieś w zakamarkach obitego skórą fotela kontemplacyjnego dla swojej duszy Mr Young wyraźnie czuł, że Pan Bóg jest z tego powodu wyraźnie zakłopotany.

Lubił patrzeć na krzątaninę zakonnic, tak jak lubił oglądać defilady Armii Zbawienia. Doznawał uczucia, że właśnie tak ma być i że ktoś starannie dogląda, by świat się nie wykoleił nie w porę.

Po raz pierwszy miał do czynienia z Siostrami Trajkotkami od Świętej Berylii[4]. Deirdre natknęła się na nie podczas akcji, chyba społecznej, której celem było doprowadzenie do zawieszenia broni między gangiem brzydkich Latynosów a gangiem wstrętnych Latynosów. Dla dobra sprawy należy wtrącić tutaj, że miejscowi księża poświęcali znacznie więcej czasu i energii szczuciu jednych przeciwko drugim niż sumiennemu wypełnianiu posług im przypisanych, jak na przykład ustaleniu przemyślanego grafiku kolejności ścierania kurzu w zakrystii.

Rzecz w tym, że zakonnice powinny jeśli nie milczeć, to przynajmniej być cicho. Miały do tego odpowiednie kształty i stroje, których pewne części – Mr Young wiedział to na pewno – znakomicie nadawałyby się na magazyn części zamiennych ekipy konserwującej komory akustyczne albo podręcznego zestawu rekwizytów do spektaklu pod tytułem „Marzenia szalonego elektroakustyka”. Ale przede wszystkim nie powinny nadawać dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Nabił fajkę tytoniem – to znaczy czymś, co nazywa się „tytoń”, ale daleko mu do dawniejszego tytoniu, panie – i pogrążył się w zadumie. Ciekawe, co by się stało, gdyby zapytał zakonnice o pomieszczenie z „trójkącikiem” na drzwiach, pewnie papież udzieliłby mu nagany na piśmie. Niezgrabnie zmienił pozycję i spojrzał na zegarek.

I jeszcze jedno: zakonnice kategorycznie odrzuciły propozycję, by asystował przy porodzie. Rzecz jasna, był to pomysł Deirdre. Świetny, nie ma co. Znowu gdzieś coś czytała, ale nie doczytała do końca. Mieli już jedno dziecko, a teraz zaczęła wygadywać coś, że niby ten poród będzie najpiękniejszym i najradośniejszym wspólnym doznaniem dwojga istot ludzkich. Oto do czego dochodzi, jak pozwolisz żonie prenumerować pisma dla kobiet. Mr Young nie uwierzył w ani jedno słowo, które wydrukowano w kolumnach „Moda”, „Opinie” i „Opcje”.

Nie miał nic przeciwko radosnym wspólnym doznaniom. Radosne wspólne doznania bardzo mu odpowiadały. Świat, zdaje się, potrzebował coraz więcej radosnych wspólnych doznań. W krytycznej chwili wygłosił porywającą orację, która chyba przekonała Deirdre, że akurat tego radosnego wspólnego doznania powinna doświadczyć bez towarzystwa męża.

Zakonnice poparły go całkowicie. Ich zdaniem nie było absolutnie żadnej potrzeby angażowania przyszłego ojca w charakterze dodatkowej akuszerki. Sposób, w jaki to wyraziły, niedwuznacznie sugerował, że ojcowie w ogóle nie powinni się angażować w te ani inne sprawy.

Ubił kciukiem namiastkę tytoniu w cybuchu i tupnął groźnie na wiszącą w poczekalni tabliczkę informującą go, że dla swej własnej wygody nie powinien palić. Wobec tego i dla własnej wygody wstał i ruszył na ganek. Gdybyż jeszcze okazało się, że w pobliżu wyrosły krzaki albo miękki trawnik, gdzie mógłby wygodnie poleniuchować.

Idąc pustym korytarzem, dotarł do drzwi prowadzących na podwórze. Rzęsisty deszcz dudnił miarowo o dostojne kosze na śmieci.

Wzdrygnął się i osłonił cybuch, by przypalić fajkę.

Na każdą żonę przychodzi ta chwila. Po dwudziestu pięciu nienagannie przeżytych latach nagle coś im strzela do głowy, zakładają różowe skarpetki, wbijają się w dżinsy i zaczynają wypominać człowiekowi, że nigdy w życiu nic nie zrobił dla domu. Pewnie to przez te hormony.

Wielki czarny samochód z piskiem opon zatrzymał się przy koszach. Młody mężczyzna w ciemnych okularach zgrabnie wyśliznął się z wnętrza wprost w strugi deszczu, trzymając w ręku przedmiot podobny do przenośnego wózka dla niemowląt i kocim krokiem skierował się do wejścia.

Mr Young wyjął fajkę z ust.

– Nie zapomniał pan o światłach? – powiedział uprzejmie.

Mężczyzna spojrzał na niego pustym wzrokiem człowieka, dla którego nie zgaszone światła są ostatnim powodem zmartwienia i niedbale machnął ręką w stronę bentleya. Światła zgasły.

– Zmyślne – powiedział Mr Young. – Na pewno podczerwień.

Był nieco zaskoczony, że tamten wcale nie zmókł, a także tym, że nosidełko nie było puste.

– Zaczęło się? – zapytał mężczyzna.

Nie bez dumy Mr Young stwierdził, że już na pierwszy rzut oka rozpoznano w nim przyszłego ojca.

– Tak. Kazali mi wyjść – dodał z wdzięcznością w głosie.

– Już? A ile mamy do końca?

My – pomyślał Mr Young. Pewnie znowu jakiś doktorek-propagator koncepcji wspólnych porodów.

– Chyba już niedługo. Idzie dobrze – odpowiedział Mr Young.

– W którym pokoju? – pośpiesznie zapytał tamten.

– Numer 3 – odparł i pogładził ręką kieszeń, w której w pogniecionym pudełku, zgodnie z tradycją, spoczywały cygara.

– A może doznamy wspólnie radosnego uczucia zaciągnięcia się cygarem urodzinowym?

Mężczyzna zniknął.

Mr Young wsunął pudełko z powrotem do kieszeni. Ach, ci lekarze. Stale zapędzeni. Każdą chwilę daną od Najwyższego wypełniają pracą.

Jest taka stara sztuczka z trzema kubkami i ziarenkiem piachu. Ziarenko wędruje z jednego do drugiego tak szybko, że nawet najbystrzejsze oko nie dostrzega kiedy i którędy.

Podobna sztuczka z nieoczekiwaną zamianą miejsc zostanie przedstawiona za chwilę, z tym, że przemieszczający się obiekt jest znacznie większy od ziarenka grochu.

Teraz zwolnimy nieco tempo narracji, by wreszcie choć raz przyjrzeć się dokładnie rzekomej sztuczce.

Pani Deirdre Young właśnie rodzi w sali porodowej nr 3. Na świat przychodzi złotowłose niemowlę płci męskiej, które oznaczymy: Niemowlę A.

Małżonka attaché kulturalnego ambasady USA, pani Hariet Dowling, rodzi w sali nr 4. Także złotowłose niemowlę płci męskiej, które oznaczymy: Niemowlę B.

Siostra Mary Złotousta wiernie służy Szatanowi od urodzenia. W szkółce sabatowej wyróżniała się w kaligrafii i przyrządzaniu wątróbki na gorąco. Kiedy nakazano jej wstąpić do zakonu trajkoczącego, uczyniła to posłusznie, w pełni świadoma swoich przyrodzonych zdolności w tej materii, jak też i tego, że nareszcie trafi do swoich. Być może w sprzyjających okolicznościach odkryłaby także inne funkcje mózgu, na przykład zdolność myślenia i logicznego wnioskowania, ale już dawno temu przekonała się, że ptasim móżdżkom tudzież trzpiotkom, jak sama się określała, wiedzie się znacznie lepiej. W tej chwili siostra Mary odbiera świeżo dostarczone złotowłose niemowlę płci męskiej, które nazwiemy Wielkim Adwersarzem, Pogromcą Królów, Aniołem Bezdennej Otchłani, Bestią zwaną Smokiem, Panem Tego Świata, Szatańskim Pomiotem i Księciem Ciemności.

Proszę o skupienie. Zaczynamy pokaz.

– Czy to on? Myślałam, że będzie miał jakieś śmieszne oczy. Czerwone albo zielone kopyciąteczka. I ogonek – mówiąc to, siostra Mary oglądała niemowlę ze wszystkich stron. Rogów też nie znalazła. Potomek Szatana wyglądał zadziwiająco normalnie.

– Tak, to on – odparł Crowley.

– Proszę, proszę. Patrzcie państwo. Oto mam w rękach samego Antychrysta – trajkotała. – A zaraz wykąpiemy Antychryściątko. I policzymy paluszki.

Wpatrywała się w niemowlę i trajkotała, tak jakby była gdzie indziej i przemawiała do sobie tylko znanej istoty. Crowley przesunął ręką przed jej oczami.

– Siostro? Halo, siostro Mary! Siostro?!

– Najmocniej przepraszam. Jest taki słodki. Ciekawe, czy podobny do tatusia? Ależ na pewno. Jesteś podobny do swojego dziubdziusia-tatusia, prawda?

– Nie – powiedział stanowczo Crowley. – A na miejscu siostry byłbym już dawno na porodówce.

– Jak pan myśli, czy będzie mnie pamiętał, gdy dorośnie? – zapytała tęsknym głosem i odpłynęła korytarzem.

– Módl się, żeby nie – odparł Crowley i zniknął.

Siostra Mary z dumą niosła Wielkiego Adwersarza, Pogromcę Królów, Anioła Bezdennej Otchłani, Księcia Ciemności, Ojca Kłamstwa, Szatański Pomiot i Bestię zwaną Smokiem przez szpitalne korytarze, po czym położyła go w pierwszym wolnym wózku.

Zaczął gaworzyć. Połaskotała go delikatnie.

W uchylonych drzwiach pojawiła się głowa przełożonej i przemówiła:

– Co tu robisz, siostro Mary? Dzisiaj masz dyżur w sali numer 4.

– Pan Crowley powiedział...

– Zmykaj na miejsce, siostrzyczko. Nie widziałaś po drodze męża rodzącej? Nie ma go w poczekalni.

– Widziałam tylko pana Crowleya i powiedział mi, że...

– No pewno, że ci powiedział – odparła stanowczo siostra Grace Złotousta. – Chyba najlepiej będzie, jak sama odszukam niegrzecznego tatuśka. Wejdź tutaj i pilnuj jej. Jest trochę rozkojarzona, ale z dzieckiem wszystko w porządku. – Zrobiła znaczącą pauzę. – Dlaczego puszczasz do mnie oczka? Co to ma znaczyć? Jakiś tik?

– Przecież wiesz, matko przełożona – syknęła siostra Mary. – Niemowlęta. Zamiana...

– Ależ naturalnie. Wszystko w swoim czasie. Niech tylko ten tatuś sobie pójdzie. On nam raczej nie pomoże, a mógłby coś niechcący zobaczyć. Na razie siedź tu i pilnuj dziecka, złociutka.

To powiedziawszy, siostra Grace odpłynęła lśniącym korytarzem. Siostra Mary weszła do sali porodowej, popychając przed sobą wózek.

Pani Young była nie tylko rozkojarzona, ale spała w najlepsze jak ktoś, kto zrobił co do niego należało, a teraz uprzejmie zezwala pozostałym domownikom pilnować interesu. Zważone i wykąpane Niemowlę A spało obok. Sprawująca opiekę siostra Mary zdjęła niemowlęciu identyfikator i zręcznie sporządziła duplikat, który natychmiast założyła niemowlęciu oddanemu jej pod opiekę.

Bobasy były bardzo podobne do siebie. Oba małe, pulchne, obsypane potówkami, o buziach Winstona Churchilla.

Siostra Mary pomyślała, że przydałaby się jej teraz filiżanka gorącej herbaty.

Większość zakonnic była satanistkami w starym stylu, tak jak ich ojcowie, dziadkowie i pradziadkowie. Wychowano ich na satanistów, ale gdyby przyjrzeć się im dokładnie, to wcale nie byli aż tacy źli. Ludzie przeważnie nie są źli. Po prostu czasem dają się porwać jakiejś idei. Wtedy przebierają się w mundury i strzelają do siebie. Albo zakładają białe habity, białe kaptury z wycięciem na oczy, zapalają krzyż i idą kogoś zlinczować. Bywa, że wkładają sprane dżinsy w kolorze indygo i katują innych heavymetalową kakofonią. Wystarczy podsunąć im nowe wyznanie w atrakcyjnej postaci, a pójdą jak w dym, oddadzą duszę nawet diabłu. Wychowanie w duchu satanizmu immanentnie łagodziło efekty powyższych zjawisk, w wyniku czego satanista wiódł błogi i szczęśliwy żywot jak każdy przeciętny zjadacz frytek i smakosz herbaty serwowanej o siedemnastej. Należy ponadto jasno powiedzieć, że siostra Mary była pielęgniarką, a pielęgniarki, jak wiadomo, są przede wszystkim pielęgniarkami. W ich naturze leży noszenie zegarka do góry nogami, zachowanie kamiennego spokoju w krytycznych sytuacjach i odwieczna tęsknota za filiżanką herbaty. Siostra Mary miała nadzieję, że ktoś wreszcie ją zmieni. Solidnie wykonała bardzo ważną część planu i bardzo chciało jej się pić.

Tym, co być może pozwoli lepiej zrozumieć istotę poczynań ludzkości sensu largo niech będzie fakt, że wszystkie triumfy i katastrofy tego świata ludzie powodują nie dlatego, że są z gruntu źli albo z gruntu dobrzy, lecz dlatego, że są z gruntu ludźmi.

Rozległo się pukanie do drzwi. Siostra Mary otworzyła i ujrzała Mr Younga, który zapytał:

– Czy już? Jestem ojcem. To znaczy, chciałem powiedzieć, mężem. Zresztą, wszystko jedno. I ojcem, i mężem.

Siostra Mary oczekiwała, że amerykański attaché kulturalny będzie wyglądał co najmniej jak Blake Carrington albo J. R. Ewing. Mr Young nie był ani trochę podobny do Amerykanów, których widziała w telewizji (no, może z wyjątkiem tego szeryfa z twarzą dobrego wujaszka z kiepskiego kryminału[5]). Mąż i ojciec w jednej osobie rozczarował ją. W dodatku pulower zupełnie nie pasował do krawata.

Przełknęła ślinę; rozczarowanie nie ustępowało.

– Tak, naturalnie. Proszę przyjąć moje gratulacje. Małżonka szanownego pana właśnie zasnęła.

Mr Young spojrzał przez ramię pielęgniarki.

– Bliźniaki? – Sięgnął do kieszeni po fajkę. Zatrzymał rękę w pół drogi i po chwili dokończył wymowny gest. – Bliźniaki? Nie było mowy o bliźniakach.

– Ależ skądże! – pospieszyła z wyjaśnieniem siostra Mary. – To jest pana potomek. Ten drugi jest... kogoś innego. Ja tylko trzymam dozór, dopóki nie wróci siostra Grace. To jest syn szanownego pana – dodała defensywnie, wskazując na Adwersarza, Pogromcę Królów, Anioła Bezdennej Otchłani, Bestię zwaną Smokiem, Księcia Tego Świata, Ojca Kłamstwa, Pomiot Szatana i Władcę Ciemności w jednej osobie. – Ten obok, tak. Z całą pewnością. Od stóp aż do różków... których nie ma – zakończyła pospiesznie i trochę nerwowo.

Mr Young przenikliwie spojrzał w dół.

– No, tak. – W jego głosie zabrzmiały nutki wątpliwości. – Widzę znaczne podobieństwo rysów do rodziny z mojej strony. Rozumiem, że wszystko... ma... hm, na swoim miejscu?

– Oczywiście. To normalne zdrowe niemowlę. Bardzo normalne.

Przez chwilę milczeli, wpatrując się w śpiącego noworodka.

– Łaskawy pan ma zupełnie normalną wymowę. Bez naleciałości i akcentu – stwierdziła siostra Mary. – Czy przebywa pan tu od dawna?

– Od dziesięciu lat – odparł z lekka zaintrygowany Mr Young. – Firma zmieniła adres, a ja, z konieczności, razem z nią.

– Ma pan bardzo ciekawą pracę – powiedziała siostra Mary.

Mr Young obdarzył ją spojrzeniem wyrażającym niezwykłą wdzięczność. W końcu niewielu spotkanych dotychczas ludzi odniosło się z niekłamanym podziwem i szacunkiem do jakże, jego zdaniem, twórczego potencjału rachmistrza-kosztorysanta.

– Poprzednie miejsce było zupełnie inne niż obecne – kontynuowała pielęgniarka.

– Tak sądzę – odpowiedział Mr Young, który na dobrą sprawę nigdy się nad tym nie zastanawiał. W Luton było prawie tak samo jak w Tadfield. Tak samo przycięte żywopłoty między domem a stacją kolejową. Ludzie też tacy sami.

– Po pierwsze, o wiele wyższe zabudowania – siostra Mary, bliska załamania, spróbowała pociągnąć rozmowę. Mr Young spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami. Jeśli dobrze pamiętał, to jedynym budynkiem wyższym niż pozostałe był biurowiec Alliance of Leicester.

– Domyślam się, że często bywa pan na garden party.

Nareszcie. Poczuł pewniejszy grunt. Deirdre była wielką amatorką rozrywek tego typu.

– Bardzo często – odparł z uczuciem. – Moja Deirdre robi świetne konfitury. A ja białego słonia[6].

Siostra Mary nigdy nie słyszała o tym punkcie programu przyjęć dla socjety z pałacu Buckingham. Mimo to natychmiast przyznała w myślach, że chociaż zwierzę jest gruboskórne, to znakomicie pasuje do surowej etykiety dworskiej.

– Czytałam, że właśnie do niego zagraniczni potentaci składają ofiary dla niej.

– Pardon?

– Widzi pan, jestem wielką miłośniczką rodziny królewskiej.

– Ja także – stwierdził Mr Young, przeskakując z wdzięcznością na nieco większą i wygodniejszą krę unoszoną przez zatrważający strumień świadomości. Był nieźle zorientowany w galerii arystokratów. Przynajmniej tych normalnych, którzy nie oszczędzali się, powiewając do upadłego chusteczkami na wzruszających otwarciach kolejnych mostów i sierocińców. Nie interesowali go odmieńcy szalejący w nocnych lokalach i dyskotekach, a potem uzewnętrzniający treści żołądkowe po paparazzi[7].

– Miło mi to usłyszeć – powiedziała siostra Mary. Sądziłam bowiem, że za oceanem nie kochacie ich zbytnio, bowiem wywołaliście rewolucję i wrzuciliście cały transport herbaty wprost do rzeki.

Trajkotała bez przerwy, skutecznie zachęcana regułą zakonu, by mówić o wszystkim, co przyjdzie do głowy, a łaskawa ślina przyniesie na język. Mr Young poczuł się zbity z tropu, ale był zbyt wyczerpany, by się przejmować takim drobiazgiem. Zapewne życie w ścisłej regule zakonnej sprawiło, że ludzie dziwaczeli. Pragnął, by jego żona obudziła się. Po chwili w monotonnym potoku słów płynących z ust siostry Mary zabrzmiała nutka nadziei.

– Czy byłoby dużym nietaktem z mojej strony, gdybym zapytał o istnienie możliwości wypicia filiżanki herbaty? – odważył się.

– Och, mój... – pielęgniarka zakryła usta dłonią. A o czymże innym myślała w tej chwili?

Mr Young nie skomentował.

– Zaraz się tym zajmę – dodała. – A może jednak życzy pan sobie kawy? Piętro wyżej mamy maszynkę do parzenia.

– Proszę o herbatę.

– Słowo daję, pan się całkiem znaturalizował, nieprawdaż? – powiedziała radośnie i wybiegła, szeleszcząc fartuszkiem.

Pozostawiony sam ze śpiącą żoną i dwójką noworodków Mr Young opadł ciężko na krzesło. No tak. Długie godziny na klęczniku i pobudki skoro świt robią swoje. Miłe są te siostry, ale chyba nie całkiem compost mentis. Jak w tym filmie Kena Russela. Zakonnice też tam były, ale w ich zachowaniu trudno było dostrzec choćby najmniejsze podobieństwo do tego, co działo się w tym szpitalu. Mówią, że nie ma dymu bez ognia, cóż.

Westchnął.

W tej chwili Niemowlę A obudziło się i rozpoczęło ryczytal co się zowie.

Mr Young od wielu lat nie uspokajał płaczącego noworodka. Zacznijmy od tego, że w ogóle nie umiał sobie z tym poradzić, a pieczętowanie różowej pupy ulubionym gestem sir Winstona Churchilla nie było godne polecenia.

– Witamy na ziemskim padole – powiedział znużonym głosem. – Wkrótce przywykniesz.

Niemowlę zamilkło i wpatrzyło się w Mr Younga jak w krnąbrnego generała.

Siostra Mary wybrała właśnie ów moment, by wkroczyć z herbatą. Nie bacząc, iż jest satanistką, przyniosła talerz lukrowanych ciasteczek zwykle podawanych do herbaty tylko specjalnym gościom. Mr Young wziął ciastko w polewie o takim samym odcieniu różu jak niektóre narzędzia chirurgiczne po operacji. Z polewy wystawał lukrowy bałwanek.

– Są inne niż te podawane u was – powiedziała siostra Mary. – U was nazywa się je kruchymi ciasteczkami. U nas to biszkopty.

Mr Young już otwierał usta do potwierdzenia, że owszem, tak nazywał je on, a nawet jego sąsiedzi w Luton, gdy do pokoju wbiegła druga zakonnica, z trudem łapiąc powietrze.

Spojrzała na siostrę Mary, zorientowała się, że Mr Young w życiu nie miał do czynienia z wnętrzem pentagramu i ograniczyła wypowiedzi do wskazania na Niemowlę A i puszczenia „oczka”.

Siostra Mary skinęła głową i odpowiedziała mrugnięciem.

Przybyła zabrała wózek z Niemowlęciem A.

Mruganie i puszczanie oczek są jednym z wielu sposobów porozumiewania. Jedno mrugnięcie potrafi czasem dużo powiedzieć. Na przykład w mrugnięciu nowo przybyłej zawarte było, co następuje:

Gdzie się podziewałaś, do diabła? Urodziło się Niemowlę B, jesteśmy gotowi do zamiany, a ty gaworzysz sobie jak gdyby nigdy nic w obecności Wielkiego Adwersarza, Pogromcy Królów, Anioła Bezdennej Otchłani, Bestii zwanej Smokiem, Księcia Tego Świata, Ojca Kłamstwa, Szatańskiego Pomiotu i Władcy Ciemności przy herbatce? Czy zdajesz sobie sprawę, że omal nie zostałam zastrzelona?

Mrugnięcie siostry Mary w odpowiedzi na powyższe pytania znaczyło mniej więcej tyle:

Oto Wielki Adwersarz, Pogromca Królów, Anioł Bezdennej Otchłani,Bestia zwana Smokiem, Książę Tego Świata, Ojciec Kłamstwa, Pomiot Szatana i Władca Ciemności. Nie mogę teraz mówić, bo wśród nas jest obcy.

Aliści siostra Mary zrozumiała mrugnięcie przełożonej tak:

Dobrze się sprawiłaś, siostro Mary. Sama zamieniłaś noworodki – to doskonale. Wskaż mi teraz nadprogramowego noworodka. Ja zabiorę go stąd, a ty będziesz mogła dopić herbatę w towarzystwie Jego Ekscelencji Kultury Amerykańskiej.

Wobec czego jej mrugająca odpowiedź brzmiała:

Oto Niemowlę B, kochaniutka. Weź je teraz sobie i nie przeszkadzaj w herbacie z Jego Ekscelencją. Zawsze chciałam zapytać, po co stawiają te wysokie budynki wykładane na zewnątrz lustrami.

Powyższe niuanse i subtelności dialogu mruganego zupełnie nie mieściły się w zakresie rozumnego postrzegania Mr Younga, tak że obserwując wymianę konspiracyjnych uprzejmości, poczuł się bardzo zakłopotany i pomyślał, co następuje: Ten Russel... on to wiedział, co mówi. Bez dwu zdań.

Pomyłka siostry Mary mogłaby zostać dostrzeżona w porę przez nowo przybyłą zakonnicę, gdyby nie fakt, że tę ostatnią w pokoju bacznie obserwował facet z Secret Service, Mr Dowling, i nie próbował nawet ukryć wzbierającego w nim niepokoju. Ów rosnący niepokój był pośrednim skutkiem ćwiczenia określonych reakcji na widok ludzi w długich, luźnych szatach, a zwłaszcza w czepcach oraz stanów, gdy – jak w tej chwili – do zmysłów przedmiotu treningu docierały sprzeczne sygnały. Osobnicy cierpiący na niedowład zdolności kategoryzowania bodźców zewnętrznych nie powinni nosić broni palnej, zwłaszcza gdy polecono im asystować przy naturalnym porodzie, który był najwyższą ilustracją tego, jak bardzo nieamerykański jest sposób przychodzenia nowych obywateli na świat. Ponadto wiadomo, że w zakonnych szpitalach są brewiarze.

Mr Young wzdrygnął się.

– Czy wybrał pan już imię? – zapytała figlarnie siostra Mary.

– Hę? Nie, jeszcze nie. Dziewczynce dalibyśmy imię po mojej matce. Lucinda. Albo Germaine. Tak chciała Deirdre.

– Asmodeusz brzmi bardzo ładnie – powiedziała siostra Mary, przypomniawszy sobie o powołaniu. – Albo Damien. Damien jest ostatnio bardzo popularny.

Anathema Device miała osiem i pół roku. Imię wybrała dla niej matka, kobieta słabo zorientowana w zawiłościach teologicznych. Pewnego dnia gdzieś przeczytała słowo, które przypadło jej do gustu tak bardzo, że postanowiła ochrzcić córkę takim imieniem. Córka zaś wykazywała wielkie zainteresowanie Księgą. Pochłaniała ją w tajemnicy przed matką nocą, pod kołdrą i przy latarce.

Rówieśnicy Anathemy uczyli się ze zwykłych elementarzy bogato ilustrowanych jabłuszkami, piłeczkami, karaluszkami itd. Rodzina Device całkowicie odrzucała takie metody. Ich córka ćwiczyła czytanie z Księgi.

W Księdze nie było żadnych jabłuszek ani piłeczek, za to poczesne miejsce zajmował osiemnastowieczny drzeworyt przedstawiający spalenie na stosie niejakiej Agnes Nutter, która sprawiała wrażenie zadowolonej ze swego losu.

Pierwszym słowem, które Anathema samodzielnie przeczytała było słowo „przistoyny”. Niewielu spośród nas w wieku ośmiu lat zdawało sobie sprawę z tego, że przistoyny czasem znaczy akuratny, lecz Anathema wiedziała to od początku.

Drugim słowem było właśnie „akuratny”.

Pierwsze samodzielnie przeczytane zdanie brzmiało:

Oto mówię do ciebie, a zważ Słowa moje. Nadjedzie Czterech, a Czterech Nadjedzie, a Trzech Nadjedzie z Niebios, a Jeden Nadjedzie w płomieniach i nikt, i nic ich nie zatrzymie – ani ryby, ani dżdża, ani bicz, ani Anioł, ani Diabeł. I ty będziesz z niemi, Anathemo.

Anathema lubiła czytać o sobie.

(Ostatnio troskliwi rodzice czytający tygodniki w niedzielne popołudnia, mogli nabyć książeczki, gdzie bohaterowie nosili imiona ich dzieci. W zamyśle autorów miało to wzbudzić większe zainteresowanie książką u dzieci. W przypadku Anathemy zaś, w jej ukochanej Księdze występowała nie tylko ona sama, lecz także jej rodzice, dziadkowie i pradziadkowie aż do siedemnastego wieku. Ona sama była wciąż małym wielkim egocentrykiem i nie przejmowała się nazbyt, że w Księdze nie wspomniano o jej dzieciach, zaś fabuła wybiegała naprzód tylko jedenaście lat. Kiedy ma się osiem i pół roku, jedenaście lat to prawie wieczność, a jeśli wierzyć Księdze, to rzeczywiście cała wieczność).

Była bardzo inteligentnym dzieckiem o bladawej cerze, czarnych oczach i takichże włosach. Sprawiała, że wszyscy czuli się skrępowani w jej towarzystwie – zdolność tę, jak również szkodliwy dla zdrowia nadmiar cech metapsychicznych odziedziczyła po swej prapraprapraprababce.

Była nad wiek rozwinięta i opanowana. Jedynie nauczyciele kaligrafii strofowali ją. Nic w tym dziwnego, gdyż pismo ośmioletniej dziewczynki na pewno nie rzucałoby się w oczy trzysta lat temu.

Ani ochrona, ani nawet małżonka attaché nie zorientowali się, że Niemowlę A, które wyjechało z sali poporodowej (och, to tylko chwila, zważymy, zmierzymy – takie są przepisy, kochani państwo), gdy niedługo później wróciło, było już Niemowlęciem B.

Mr Thaddeus J. Dowling, attaché kulturalny i szczęśliwy ojciec w jednej osobie, został pilnie wezwany do Waszyngtonu kilka dni wcześniej, lecz pozostał w stałym kontakcie telefonicznym z rodzącą, ze swojego gabinetu pomagając jej przeć i dyktując tempo oddechów między skurczami.

Nie przeszkadzało mu to wcale w rozmowie, którą równocześnie z innego aparatu prowadził z doradcą do spraw inwestycji. Raz, co prawda, zmuszony był zrobić dwudziestominutową przerwę między wdechem a wydechem żony, ale to przecież nic ważnego.

Narodziny dziecka to jedyne w swoim rodzaju wspólne doznania dwojga ludzi. Nic dziwnego, że nie chciał opuścić nawet ułamka sekundy z tego wydarzenia.

Jeden z ochroniarzy zarejestrował cały poród na taśmie video.

Powszechnie wiadomo, że licho nie śpi, wobec czego nie rozumie, dlaczego inni muszą sypiać. Crowley jednak lubił spać. Sen był jedną z niewielu przyjemności tego świata, której oddawał się z rozkoszą, zwłaszcza po sutym obiedzie. Przespał prawie całe dziewiętnaste stulecie, nie dlatego, że potrzebował snu, lecz dlatego, że po prostu – sprawiło mu to autentyczną przyjemność[8].

Przyjemności tego świata. Cóż, będzie lepiej, jeśli zacznie się im oddawać teraz, kiedy ma jeszcze trochę czasu.

Bentley pędził przez noc z rykiem silnika, kierując się na wschód.

Trzeba przyznać, że Crowley popierał Armageddon. Na pytanie, dlaczego od tysięcy lat próbował coś zmajstrować w ludzkich poczynaniach, odpowiadał odruchowo: Ależ tylko po to, by nastał Armageddon, a Piekło zatriumfowało. Ale co innego majstrować przy bombie, a co innego być świadkiem wybuchu. Wiedział od dawna, że nie ominie go widok końca świata. Był przecież nieśmiertelny, nie miał zatem wyboru. Jednak cały czas miał nadzieję, że do tego jeszcze bardzo daleko.

Bo zdążył polubić ludzi. A to poważnie osłabiało diabelską naturę.

Rzecz jasna, robił co w jego mocy dla uprzykrzenia życia wszystkim ludziom – w końcu było to jego powołanie, ale nawet największa podłość z jego strony wydawała się dziecinnym psikusem wobec tego, co ludzie wyczyniali ze sobą. Mieli prawdziwy talent do czynienia zła, jakby zaprojektowano w nich wadę fabryczną. Przychodzili na świat, który od początku był im na tysiące sposobów nieprzyjazny, a potem usilnie starali się, by stał się ich wrogiem. Coraz trudniej było wymyślić coś tak diabelskiego, co by przyćmiło powszechną i wrodzoną złośliwość ludzi. W zeszłym tysiącleciu Crowley kilka razy miał ochotę powiedzieć tym na Dole: Słuchajcie, możemy sobie odpuścić już teraz, zamknąć kramik z Dis i Pandemonium i przenieść się tutaj. Skończyło się zapotrzebowanie na nasze usługi. Sami wymyślili rzeczy, o których się nawet w Piekle nie śniło, a nawet używają elektrowstrząsów. Mają to, czego u nas brakuje. Mają wyobraźnię. No i elektryczność.

Jeden z nich napisał, że... zaraz... Piekło opustoszało, wszystkie diabły są tutaj, na ziemi.

Swego czasu Crowley chwalił sobie świętą inkwizycję w Hiszpanii. Był tam osobiście, spędzając miłe chwile w tawernach i domach rozrywki w błogiej nieświadomości tego, co się dzieje w lochach. Ze stosownymi listami polecającymi poszedł się rozejrzeć tu i tam, wrócił i przez tydzień pił na umór.

Ależ dziwak z tego Hieronima Boscha.

A kiedy dochodził do wniosku, że nawet w Piekle nie ma tyle zajadłości co w ludziach, spotykał się, co prawda rzadko, z dobrocią, o jakiej Niebo może tylko śnić. Często u tego samego osobnika. To zdaje się sprawa tej... wolnej woli. Co kto woli.

Azirafal próbował mu to kiedyś wyjaśnić. Było to około 1020, kiedy strony zawarły tak zwany Mały Układ. Rzecz w tym, mówił, że osobnik ludzki jest dobry lub zły dlatego, że taki chce być. Za to ty, Crowley, no i ja, zaczynamy według ustalonego schematu. Człowiek nie może zostać prawdziwym świętym, jeśli równoważnie nie stwarza się okazji, by stał się wcielonym diabłem.

Crowley rozważył to dokładnie i około roku 1023 powiedział Azirafalowi: Momencik, kolego. Tak jest, to by się zgadzało, ale tylko przy równych szansach na starcie, nie? A gdzie masz na starcie równe szanse? Ktoś zaczyna na strychu chlewu, w samym środku wojennej pożogi, a ty spodziewasz się, że pójdzie mu tak dobrze jak temu, co się urodził na zamku w piernatach?

Azirafal odparł, że to właśnie zaleta w danej sytuacji, bo im niżej zaczynasz, tym większy wybór przed tobą.

Crowley stwierdził, że to po prostu obłęd.

Azirafal, że nie ma sposobu, by to wyjaśnić dokładniej.

Azirafal to wróg. Ale wróg po sześciu tysiącach lat staje się kimś w rodzaju przyjaciela.

Crowley sięgnął do telefonu.

Diabły z natury nie dysponują wolną wolą, lecz przez sześć tysięcy lat obcowania z ludźmi nie sposób nie nauczyć się tego i owego.

Imiona Damien i Wormwood nie zachwyciły Mr Younga.

Nie przypadły mu też do gustu inne proponowane przez siostrę Mary. W połowie przypominały spis alfabetyczny dyspozycyjnych diabłów, a reszta najdziksze wymysły ze złotych lat Hollywoodu.

– Nie widzę nic zdrożnego w imieniu Errol – powiedziała wreszcie dotknięta do żywego pielęgniarka. – A może Cary? To bardzo ładne imię. I takie amerykańskie.

– Wolałbym coś bardziej, hm, tradycyjnego – stwierdził Mr Young. – W naszej rodzinie kultywujemy tradycję skromnych, prostych imion.

– O, jaka to godna tradycja – rozpromieniła się siostra Mary. – Moim zdaniem najlepiej brzmią tradycyjne, proste imiona.

– Dobre chrześcijańskie imię jak z Biblii. Na przykład Mateusz, Marek, Łukasz albo Jan... – powiedział z filozoficzną zadumą, zaś siostra Mary zadrżała – nie przekonują mnie. Brzmią jak imiona kowbojów albo piłkarzy.

– Saul brzmi pięknie, prawda? – zaproponowała szybko siostra Mary, korzystając z chwili wahania rozmówcy.

– Nazbyt tradycyjne.

– Zatem Kain. Brzmi ładnie nawet dzisiaj – nie rezygnowała zakonnica.

Mr Young mruknął powątpiewająco.

– Przecież zawsze jest... no więc, zawsze jest Adam – powiedziała, myśląc, że tak będzie najbezpieczniej.

– Adam?

Czyż nie byłoby miło pomyśleć, że zręczne zakonnice satanistki postarały się dyskretnie o adopcję nadwyżki niemowląt w postaci Niemowlęcia B oraz że stało się ono normalnym szczęśliwym dzieckiem, ruchliwym i tryskającym zdrowiem ku radości rodziców, po czym wyrosło na standardowego obywatela, przeciętnie zadowolonego z życia.

Być może tak się właśnie stało.

Wyobraźcie sobie, jak zdobywa laury w szkolnym konkursie ortograficznym, rozwija swoje zainteresowania w klubie „Wiewiórka”, bez większych kłopotów, ale też bez wybitnych osiągnięć kończy studia, podejmuje pracę w dziale rachuby spółki budowlanej Tadfield i Norton i żeni się ze śliczną dziewczyną. Może nawet radzi bylibyście ujrzeć go wśród gromadki dzieci albo gdy oddaje się jakiemuś hobby, na przykład składaniu wiekowych pompek do rowerów lub hodowli tropikalnych rybek akwariowych.

Tyle że wcale nie jesteście ciekawi, jak mogłyby się potoczyć losy Niemowlęcia B.

Popieramy wasze stanowisko.

Prawdopodobnie wygrywa konkursy akwarystyczne.

W pokoju dziecinnym skromnego domku w Dorkling, okręg Surrey, paliło się światło.

Chudy okularnik, Newton Pulsifer, lat dwanaście, powinien spać od kilku godzin.

Jednak mama, która głęboko wierzyła w geniusz syna, pozwalała mu eksperymentować w swoim pokoju do późna.

Obecnie eksperymentował na starym radiu, które dostał do zabawy, a w którym postanowił wymienić wtyczkę. Siedział przy warsztacie składającym się z rozchwianego stołu, kłębków drutu, baterii, żarówek oraz detektora kryształkowego, który nigdy nie działał. Nie udało mu się zreperować radia i nic nie wskazywało, że kiedykolwiek uda mu się ta sztuka.

Na sznurkach pod sufitem wisiały trzy osobliwe modele samolotów. Od razu rzucało się w oczy, że zostały złożone skrupulatnie i pedantycznie przez osobę nie mającą zielonego pojęcia o modelarstwie, a o modelarstwie lotniczym w szczególności. Newton był z nich bardzo dumny, nawet ze Spitfire’a, w którym pozamieniał miejscami skrzydła i stateczniki poziome.

Poprawił okulary, spojrzał na wtyczkę i odłożył śrubokręt.

Tym razem miał prawie stuprocentową pewność, że się uda. Wykonał wszystko według instrukcji wymiany wtyczek ze strony piątej samouczka „Mały elektryk, czyli 10l bezpiecznych i kształcących zabaw z prądem”. Podłączył przewody do zacisków o tym samym kolorze, sprawdził bezpiecznik, przeliczył natężenia i skręcił wtyczkę. Jak na razie szło nieźle.

Wetknął wtyczkę do gniazda i przekręcił wyłącznik.

W całym domu zgasło światło.

Newton pokraśniał z dumy. Jest coraz lepiej. Podczas poprzedniego eksperymentu całe Dorkling pogrążyło się w ciemnościach, a rano mama miała bardzo niemiłą rozmowę z elektrownią.

Uwielbiał wszystko związane z elektrycznością, ale ta ostatnia nie odwzajemniała jego uczuć. W szkole był komputer. Sześciu kolegów Newtona bawiło się kartami perforowanymi na zajęciach pozalekcyjnych. Kiedy po wielodniowych błaganiach opiekun grupy pozwolił Newtonowi uczestniczyć w zajęciach, ten zdołał przygotować tylko jedną kartę, a gdy wsunął ją do czytnika, maszyna wydała z siebie dźwięk podobny do kaszlu, z trudem wypluła przeżuty kartonik i zamilkła na amen.

Newton wierzył, że komputery to przyszłość, a gdy nadejdzie czas, on stanie w awangardzie nowej techniki.

Przyszłość miała jednak swoje zdanie na ten temat. A wszystko było w Księdze.

Adam, myślał Mr Young. Wymówił głośno, chcąc się przekonać, jak brzmi. Hm.

Spojrzał na złociste loki Wielkiego Adwersarza, Pogromcy Królów, Anioła Bezdennej Otchłani, Bestii zwanej Smokiem, Księcia Tego Świata, Ojca Kłamstwa, Szatańskiego Pomiotu i Pana Ciemności. Po dłuższej chwili zakonkludował:

– Wie pani, Adam pasuje jak ulał i to w niejednym miejscu.

Noc nie była ani zbyt ciemna ani burzliwa.

Prawdziwie ciemna i burzliwa noc nadeszła dwa dni później, a dokładnie cztery godziny po opuszczeniu szpitala przez obie szczęśliwe matki oraz dwoje niemowląt płci męskiej. Tej nocy, wyjątkowo ciemnej i burzliwej, z wybiciem dwunastej, gdy żywioł rozszalał się na dobre, piorun uderzył w refektarz klasztoru sióstr trajkotek.

Wybuchł pożar, który nie pochłonął żadnych istot ludzkich, ale obrócił w perzynę znaczną część majątku trwałego.

Osobnik, za sprawą którego pożar wybuchł, przemykał chyłkiem po zboczu pobliskiego wzgórza. Był wysoki i chudy i tytułowano go Księciem Piekieł. Zrobił, co do niego należało i mógł wrócić do siebie.

Crowley załatwi resztę.

Hastur ruszył w drogę powrotną.

* * *

[1] Znaczy nas wszystkich

[2] Asystent i służący dr Frankensteina w filmie „Młody Frankenstein” (przyp. tłum.)

[3] Zegarek ów wykonano na jednym mikroprocesorze zbudowanym specjalnie dla Crowleya. Trochę go to kosztowało, ale nie można całe życie mieć węża w kieszeni. Chronometr wskazywał dokładny czas w dwudziestu stolicach świata oraz czas w stolicy innego świata, gdzie w zasadzie wszystkie zegary pokazywały jedną godzinę – to znaczy, że za pięć dwunasta było dziesięć minut temu.

[4] Święta Berylia Artykulantka (Beryl Articulata) z Krakowa. Panuje przekonanie, że zeszła z tego świata śmiercią męczeńską w połowie piątego wieku. Legenda głosi, iż Berylia – jako młoda i nadobna niewiasta – została wbrew swej woli poślubiona pewnemu poganinowi, ale księciu, imieniem Kazimierz. W noc poślubną modliła się tak żarliwie, by Pan wstawił się za nią, że aż jej wargi trajkotały. Oczekiwała, że za chwilę pojawi się cudowna broda – nawiasem mówiąc, trzymała w gotowości niepozorną brzytwę oprawioną w kość słoniową, tak zwaną damską brzytwę – na wypadek, gdyby broda jednak się pojawiła. Zamiast brody Stwórca zesłał na Berylię łaskę trajkotania o wszystkim, co przyszło jej do głowy przez całe dnie, bez przerwy na posiłek.

Jedna z wersji legendy podaje, że książę Kazimierz udusił Berylię własnoręcznie trzy tygodnie po ślubie, a małżeństwo nie zostało skonsumowane. Oddała ducha, będąc dziewicą i męczennicą, która trajkotała aż do ostatniego tchnienia.

Według innej wersji tejże legendy książę Kazimierz zaraz po ślubie kazał sporządzić dla siebie zestaw korków, tamponów i zatyczek do uszu, zaś Berylia zmarła śmiercią naturalną w łóżku, dożywszy sześćdziesięciu dwóch lat.

Siostry Trajkotki pod wezwaniem Św. Berylii to zakon o ostrej regule nakazującej, by każda mniszka stale, o każdej porze dnia i nocy co najmniej dorównywała w trajkotaniu swojej patronce. Wyjątkiem są wtorkowe popołudnia, kiedy to mniszkom wolno zamilknąć na pół godziny, a jeśli czują taką potrzebę, mogą pograć sobie w ping-ponga.

[5] Występowała tam również leciwa niewiasta jako synogarlica, a pościgi samochodów przypominały końcówkę maratonu zaspanych żółwi.

[6] Koktajl – czasem mleczny.

[7] Tu chyba warto wspomnieć, że Mr Young wciąż był przekonany, iż paparazzi* to jedna z kolejnych odmian włoskiego linoleum.

* [Fotoreporterzy (szalejący) (przyp. tłum.)]

[8] Raz tylko musiał wstać, w 1832, i pójść do toalety.

ROZDZIAŁ II

Ciąg dalszy w wersji pełnej

ROZDZIAŁ III

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ IV

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ V

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VI

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ VIII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ IX

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ X

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XI

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XIII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XIV

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XV

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XVI

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XVII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XVIII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XIX

Dostępne w wersji pełnej

DOBRY OMEN

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

DRAMATIS PERSONAE

NA POCZĄTKU...

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ XI

ROZDZIAŁ XII

ROZDZIAŁ XIII

ROZDZIAŁ XIV

ROZDZIAŁ XV

ROZDZIAŁ XVI

ROZDZIAŁ XVII

ROZDZIAŁ XVIII

ROZDZIAŁ XIX

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału:

GOOD OMENS

Copyright © 1990 by Terry Pratchett & Neil Gaiman

All Rights Reserved

Projekt graficzny serii:

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce:

Josh Kirby / via Thomas Schlück GmbH

Redakcja:

Dorota Malinowska

Korekta:

Teresa Pajdzińska

Redakcja techniczna:

Barbara Wójcik

ISBN 978-83-7648-865-3

Fantastyka

Wydawca:

Prószyński i S-ka SA

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.proszynski.pl

www.woblink.com

Plik opracowany przez Woblink i eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Chłopaki Anansiego. Wydanie II Księga cmentarna Mitologia nordycka Nigdziebądź (wydanie 8) Drażliwe tematy Ocean na końcu drogi 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów