Nowe przygody Pana Samochodzika

Nowe przygody Pana Samochodzika

Autorzy: Zbigniew Nienacki

Wydawnictwo: Liber Novus

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 23.61 zł

Piękne mazurskie jezioro, zatopione podczas wojny dzieła sztuki i wiele osób ogarniętych żądzą odnalezienia cennych eksponatów i przeżycia emocjonującej przygody. Wśród nich znajdują się niezastąpiony poszukiwacz skarbów: pan Tomasz, znany lepiej jako Pan Samochodzik, i jego nieodłączni towarzysze: harcerze Wilhelm Tell, Baśka i Krogulec. Czy i tym razem uda im się dopiąć celu? Czy przyjaciołom nie przeszkodzi w tym rozwydrzona banda Czarnego Franka albo groźny Człowiek z Blizną? I choć ostatnie, to najważniejsze pytanie: kim jest tajemniczy Kapitan Nemo?

Powieść w wydaniu elektronicznym nie zawiera ilustracji.

Zbigniew Nienacki

Nowe przygody Pana Samochodzika

Próbka

Zbigniew Nienacki

Nowe przygody Pana Samochodzika

Wydanie I

Próbka

Liber Novus 2012

Redaktor naczelny • Marcin Nowak

Korekta • Artur Marcin Laskowski, Marcin Nowak

Skład i łamanie • Artur Marcin Laskowski

Projekt okładki • Maciej Łazowski

Wydawnictwo

Liber Novus Marcin Nowak

ul. Łaska 43

95–050 Konstantynów Łódzki

www.libernovus.pl

info@libernovus.pl

Copyright © • Helena Nowicka

Copyright © for electronic version • Liber Novus

Konstantynów Łódzki 2012

ISBN • 978–83–7741–038–7-demo

Liber Novus 2012

ROZDZIAŁ PIERWSZY

SPOTKANIE U PRZEPRAWY • PAN, KTÓRY ZNA SIĘ NA WSZYSTKIM • PIERWSZA PRZYGODA • GANG CZARNEGO FRANKA • TCHÓRZ • BIAŁY JACHT • JEGO WYSOKOŚĆ KSIĄŻĘ SPINNINGU • TAJEMNICZY LIST • KIM JEST KAPITAN NEMO • SZARY ŚLIZGACZ

Na początku lipca w pachnącej skwaśniałym piwem gospodzie ludowej „Nad Jeziorakiem” zebrało się bardzo liczne towarzystwo. Prom, który na drugą stronę, dość wąskiego w tym miejscu, jeziora przewoził samochody i podróżnych, był właśnie zepsuty i obiecywano go uruchomić nie wcześniej niż za godzinę, więc kto tylko nadjechał albo natychmiast wracał, decydując się nadrabiać czterdzieści kilometrów drogi wokół jeziora, albo też pozostawał, czekając na naprawę. W chłodnym wnętrzu gospody pił piwo lub oranżadę, jadł kiełbasę z musztardą, nic bowiem innego do picia i do jedzenia tam nie było.

Mój wehikuł zajmował drugie miejsce w niezbyt długim rzędzie samochodów stojących na podjeździe do promu. Wyprzedzała mnie stara, zdezelowana ciężarówka z jakiegoś mazurskiego pegeeru, którą przyjechała dwunastoosobowa grupa chłopców i dziewcząt. Z początku sądziłem, że młodzież ta jedzie do prac polowych, ale po chwili widząc jak zdejmują z samochodu plecaki, pogniecione menażki i poobtłukiwane kociołki, zorientowałem się, że grupa ta przyjechała autostopem na wyraj nad Jeziorak. Zapewne dopiero co rozpoczęli swoją letnią włóczęgę, bo mieli jeszcze pieniądze; obsiedli jeden wielki stół w gospodzie i obficie raczyli się piwem, hałasując przy tym i używając niewybrednego słownika uliczników.

Tuż po mnie nadjechały dwa osobowe samochody: syrena i wartburg z warszawskimi rejestracjami. Przykręcony do dachu syreny bagażnik aż uginał się pod ciężarem sprzętu kempingowego: worków ze śpiworami, namiotami, nadmuchiwanymi materacami. Wartburg zaś ciągnął za sobą dwukółkę, na której spoczywała nieduża łódka. Mimo przebytej drogi samochody lśniły czystością, a łódka wyglądała na jeszcze nie używaną. Z syreny wysiadła para w średnim wieku: on — szczupły, szpakowaty, z zaaferowaną, a jednocześnie dumną miną „niedzielnego kierowcy”, który po raz pierwszy w życiu odbył własnym samochodem aż tak wielką trasę: z Warszawy na Mazury, ona — wysoka, chuda, w okularach, przypominająca starą Angielkę z filmowych komedii. Z wartburga wytoczyła się korpulentna pani, a zza kierownicy wysiadł gruby starszy pan z wąsikami i straszliwym marsem na czole.

Jego widok mógł wywołać paroksyzm śmiechu u każdego obieżyświata. Nosił bluzę, jaką nabyć można w zagranicznych sklepach rybackich, upstrzoną dziesiątkami mniejszych i większych kieszonek. Podobnie bogate w kieszenie miał spodnie. A ponieważ wszystkie kieszenie były wypchane, wydawało się, że osobnik ten jest jakby miniaturą wielkiego domu towarowego; można by się u niego zaopatrzyć nie tylko w szpulę nici żądanego koloru, ale i w igłę żądanej grubości, każdy rodzaj haczyka do wędki, kamienie do zapalniczek, sznurki, żyłki, składane wieszaki do ubrania, sprężynki do spinningu, nożyczki, sznurowadła do butów, tasiemki, agrafki i tym podobne akcesoria, łącznie z zapasowymi śledziami do namiotu.

Miałem niemal pewność, że pan ten przez dwa tygodnie przygotowywał się starannie do urlopu, uwzględniając każdą sytuację, jaka mu się może przydarzyć na kempingu. A więc w lewej górnej kieszeni nosił na pewno zapalniczkę na benzynę wraz z zapasowymi kamieniami. Na wypadek gdy benzyna się wyczerpie, w prawej dolnej kieszeni trzymał zapalniczkę na gaz. A gdyby i ona przestała działać, w prawej górnej kieszeni krył pudełeczko zapałek. Byłem też przekonany, że gdy już rozbije swój namiot, okaże się, że właśnie zapomniał zabrać czegoś niezwykle ważnego i nieodzownego.

U szerokiego pasa wisiał mu przyrząd stanowiący skrzyżowanie toporka z piłą, saperką, młotkiem i nożem fińskim. U drugiego boku kołysał się na łańcuszku ogromny scyzoryk o kilku ostrzach i jakiś składany aparat, którego przeznaczenia nie znali chyba sami producenci. Na przegubie lewej ręki nosił zegarek, a na przegubie prawej tkwiła busola. Na nogach miał papucie wełniane ręcznej roboty ze specjalnie przyszytymi podeszwami.

Gdy tylko wysiadł z wozu, żona podała mu buty. Pan spojrzał najpierw na zegarek, potem na busolę.

— Jedziemy w prawidłowym kierunku — rzekł do pary z drugiego wozu. A potem zdjął papucie i wzuł trzewiki.

— Uważam — rzucił pod adresem szpakowatego pana, zapewne swego przyjaciela — że twoja żona również powinna ci uszyć podobne papucie. Gdy prowadzisz samochód i trzymasz nogę na gazie, nie męczy ci się stopa. O nogi należy dbać podczas podróży. Pamiętaj: na kempingu noga rzecz najważniejsza. Na obolałych nogach niczego nie zdziałasz.

Mówił to takim tonem, jakby przyszedł tu z Warszawy pieszo, a nie przyjechał samochodem.

Gdy dowiedział się, że prom będzie czynny nie wcześniej niż za godzinę, srogi mars na jego czole jeszcze bardziej się pogłębił. Wspólnie ze swoją małą gromadką wkroczył do gospody ludowej, głośno przemawiając do przyjaciela:

— Pamiętaj, Kaziu, że podczas upału nie wolno pić piwa ani oranżady, gdyż to tylko wzmaga pragnienie. Należy pić albo czarną kawę, albo gorzką, mocną herbatę.

Urwał, zobaczył bowiem mnie, siedzącego przy stole i zapijającego oranżadą kiełbasę z musztardą.

— O, właśnie — wskazał mnie palcem — ten pan nie ma doświadczenia turystycznego. Będzie przez cały dzień odczuwał narastające pragnienie.

Bezradnie rozłożyłem ręce.

— Niestety, szanowny panie, w tej gospodzie nie ma ani czarnej kawy, ani gorącej herbaty.

Oko grubego pana błysnęło triumfująco.

— Słyszycie? — zawołał do swej gromadki. — Oto przykład braku doświadczenia turystycznego. Co bowiem cechuje prawdziwego turystę? Otóż cechuje go przezorność. Prawdziwy turysta wozi ze sobą w jednym termosie czarną kawę, a w drugim gorącą herbatę. Miła Myszko — zwrócił się do żony — czy możesz nas poczęstować herbatą?

Z uznaniem pokiwałem głową i uśmiechnąłem się życzliwie do „doświadczonego turysty”. Uważam ten gatunek ludzi za dość denerwujący, ale dla przyrody są oni zupełnie nieszkodliwi. Jeszcze się nie zdarzyło, aby taki pedantyczny i dokładny turysta pozostawił na swym kempingu nie zakopane puszki po konserwach albo zaprószył ogień w lesie.

Pan Anatol — takim imieniem zwali go żona i przyjaciele — zagarnął swoją gromadkę do sąsiadującego z moim stołu i począł raczyć ich napitkiem z termosu. A ponieważ życzliwie odniosłem się do jego słów, nawet przede mną postawił plastykowy kubeczek z herbatą.

— To chyba pański samochód stoi przed gospodą? — zapytał mnie uprzejmie i nie czekając na odpowiedź oświadczył: — Sam pan go zbudował, prawda? Od razu, na pierwszy rzut oka widać, że zrobiony został na silniku motocyklowym. Szybkość zapewne ma bardzo ograniczoną, ale zawsze to cztery kółka i na rybki można się wybrać.

Nie zaprzeczyłem. Nie chciałem pozbawić go wrażenia, że jest znawcą motoryzacji. Stanowił klasyczny typ „besserwissera”, wdać się z nim w dysputę, znaczyło — obrazić go śmiertelnie.

Od dalszej rozmowy z panem Anatolem uratowało mnie wejście siedemnastoletniej dziewczyny, która przed gospodę zajechała na rowerze. Była to ładna, szczupła blondynka z grubym, jasnym warkoczem na plecach. Do bagażnika roweru przytroczoną miała odrapaną walizkę. Wyglądała na osóbkę, która pierwszy raz w życiu samodzielnie wyruszyła na wczasy.

Jej wejście powitał ryk popijających piwo wyrostków.

— O, nowa laleczka! — wrzeszczeli. — Dzieweczko, chodź do nas. Przysiądź się do wesołej kompanii. Z nami nie zginiesz, laleczko! Chodź do nas, Czarny Franek cię zaprasza.

Na ustach dziewczyny pojawił się pogardliwy grymas, jej twarz spochmurniała. W odpowiedzi na wrzaski wyrostków wzruszyła ramionami i skierowała się do mojego stołu, jedynego zresztą z wolnymi miejscami.

— Czy mogę się przysiąść? — zapytała.

A kiedy skinąłem głową, usiadła na brzeżku krzesełka. Z przewieszonej przez ramię torby wyjęła dwie kanapki owinięte w bibułki, rozłożyła posiłek na stole i podeszła do bufetu, aby zamówić coś do picia.

Banda wyrostków ciągle nie dawała jej spokoju, gestami i wrzaskiem zapraszając dziewczynę do swego stołu. Nie reagowała na ich zaczepki, wzięła od bufetowej butelkę oranżady i wróciła z nią do mego stołu.

— To pani znajomi? — zagadnąłem ją.

Spojrzała na mnie zdumiona.

— Nie znam ich w ogóle.

Chciałem zapytać, z jakiego miasta przyjechała, ale w tym momencie od stołu wyrostków podniósł się chłopak z ogromną czarną czupryną, która upodabniała go do kruka z rozpostartymi skrzydłami. To był chyba ów Czarny Franek.

Podszedł do nas, kołysząc się jak marynarz, z rękami głęboko wsuniętymi w kieszenie brudnych dżinsów.

— Czemu nie słuchasz naszych głosów, laleczko? — zagadnął dziewczynę pochylając się ku niej. — Jest nas trzynaście osób, a trzynastka, jak wiesz, to feralna liczba. Ty byłabyś czternasta.

— Nie życzę sobie waszego towarzystwa — burknęła dziewczyna.

Czarny Franek aż wyprostował się, jakby go ktoś dźgnął w plecy.

— Tylko nie podskakuj — warknął. — Chyba słyszałaś o gangu Czarnego Franka?

— Nie słyszałam — odpaliła.

Z ubolewaniem pokiwał głową.

— Znaczy się, panienka gazet nie czytuje, niewykształcona osóbka. Bo w „Ekspresiaku” duży artykuł wydrukowali o gangu Czarnego Franka z Ochoty. Że niby spokoju przez nas nie ma w całej dzielnicy. To ja jestem Czarny Franek, rok poprawczaka mam za sobą — powiedział z taką dumą, jak żołnierz o bojowych odznaczeniach.

Dziewczyna znowu lekceważąco wzruszyła ramionami, co mocno ubodło chłopaka, tym bardziej że cała banda przysłuchiwała się ich głośnej rozmowie.

Śliczna ruda dziewczyna w bluzeczce o palącej jak ogień czerwieni z niezadowoloną miną obserwowała zachowanie się Czarnego Franka. Teraz pogardliwie wzdęła wargi i krzyknęła:

— Daj jej spokój! Czy nie widzisz, że to prowincjonalna gęś?

Chłopak roześmiał się, do wtóru zabrzmiał ryk jego bandy.

— A więc panienka jest prowincjonalną gęsią? Ale teraz panienka już wie, kto ja jestem. A skoro grzecznie zapraszam, to należy słuchać. No, jazda! — krzyknął i mocno chwycił dziewczynę za ramię.

Podniosłem się od stołu.

— Stop, młody człowieku. Maszeruj na swoje miejsce i zostaw tę panią w spokoju.

Czarny Franek poczerwieniał z gniewu.

W gospodzie zapadła taka cisza, że usłyszałem szept pani Anatolowej:

— Błagam was, nie wtrącajcie się. To są chuligani...

Pan Anatol rozejrzał się dookoła bezradnie. Widać było, że ma wielką ochotę dać folgę swoim przyzwyczajeniom do pouczania wszystkich. Teraz była ku temu szczególna i może właściwa okazja. Ale zobaczył ponure, zacięte miny wyrostków i chyba tchórz go obleciał.

Odwrócił się do mnie plecami, jakby dając wszystkim do zrozumienia, że on się do niczego nie wtrąca.

„Tchórz” — pomyślałem o nim z pogardą. I natychmiast straciłem całą sympatię dla niego i jego nauk.

A dziewczyna? Zauważyłem, że przybladła. Później zerknęła na mnie, rzuciła spojrzenie na Czarnego Franka. I raptem zrobiła coś, co wprawiło mnie w bezbrzeżne zdumienie. Wstała od stołu i powiedziała do chłopaka:

— Ostatecznie mogę się do was przysiąść. Nawet ciekawa jestem, co z was za kompania...

I poszła do ich stołu, gdzie cała banda przywitała ją nieludzkim wrzaskiem. Czarny Franek skrzywił twarz w grymasie pogardy i odchodząc za dziewczyną, rzucił w moją stronę:

— No i po co pan się wtrąca, panie starszy?

Poczerwieniałem.

— Taka jest ta dzisiejsza młodzież — mruknął głośno pan Anatol.

Drobnym truchcikiem przydreptała do mnie bufetowa w brudnym fartuchu.

— O Boże, jaki pan nieostrożny — złożyła modlitewnie ręce i oparła je na wydatnym brzuchu. — Przecież mogła z tego wyniknąć straszna awantura. Ja ich znam, tę bandę Czarnego Franka. Oni tu już byli w ubiegłe lato, cały miesiąc grasowali nad Jeziorakiem, zanim ich milicja nie uspokoiła. A co szkód narobili! Kilka łódek ukradli i rozwlekli po całym jeziorze, wybierali rybakom ryby z sieci. A tak przy tym sprytnie to robili, że milicja nie potrafiła im niczego udowodnić i nie mogli ich zamknąć w kryminale. Teraz znowu tu wrócili. O, niewesołe się nam lato zapowiada. Wystraszą turystów i zarobki będą mniejsze.

Uważniej niż dotąd popatrzyłem na wrzeszczącą gromadę. A więc nie była to po prostu banda rozwydrzonych chłopaków i dziewcząt, ale już przestępcy. Gang łobuzów i chuliganów, a nawet złodziejaszków. A przecież żaden z nich nie miał więcej niż siedemnaście lat. Czarny Franek wyglądał nawet trochę młodziej.

„Co skłoniło chłopaka do wkroczenia na taką drogę?” — zastanawiałem się. Albo ta ruda dziewczyna w czerwonej bluzeczce. Prezentowała bardzo subtelny typ urody, dłonie miała delikatne, włosy starannie uczesane, nosiła eleganckie sztruksowe spodnie. Wyglądała, jak to się kiedyś mówiło, na „panienkę z dobrego domu”. I skąd ona znalazła się wśród tego wilczego stada?

Wrzask wyrostków nagle ucichł. Któryś z chłopaków zobaczył przez okno, że do brzegu przybija duży, biały jacht. Cała banda natychmiast wypadła z gospody. Blondynka z warkoczem także wyszła z nimi na brzeg. Wyglądało na to, że świetnie się czuje w nowej kompanii.

— Uff — głośno, z ogromną ulgą odsapnął pan Anatol. I zaraz obudziła się w nim ochota do pouczeń.

— Najlepiej trzymać się od nich z daleka — odezwał się do mnie. — Na szczęście Jeziorak to bardzo duże jezioro i można będzie jakoś unikać spotkania z nimi. A swoją drogą, dlaczego milicja nie zrobi porządku z takimi łobuzami?

Rozgniewało mnie to gadanie. Byłem na niego zły za tchórzostwo.

— Najbliższy posterunek milicji jest, o ile wiem, o piętnaście kilometrów stąd. A zresztą milicja nie może być wszędzie i nie trzeba jej wzywać w wypadku każdego grubiaństwa. Wystarczy, jeśli obywatele właściwie zareagują w odpowiednim momencie, zamiast odwracać się plecami, gdy widzą zło.

Obraził się. Jego żona pośpieszyła mu z odsieczą.

— Uważamy — powiedziała — że każdy powinien pilnować swojego nosa. Co pana obchodziła ta dziewczyna? Wtrącił się pan i kto wie, czy nie doszłoby do bójki. A ta dziewczyna okazała się nie lepsza od tamtych.

Wzruszyłem ramionami. Uważałem, że postąpiłem słusznie, niezależnie od tego, jak zachowała się blondynka z warkoczem. Ale nie miało sensu przedłużanie dyskusji z panią Anatolową. Udałem, że i mnie zainteresował jacht przybijający do brzegu i przesiadłem się bliżej okna.

Jacht był piękny — biały, wysmukły. Motorowo-żaglowy. W tej chwili przypłynął na motorze. Półnagi, brodaty mężczyzna zarzucił cumę na pal, a młoda kobieta wysunęła z jachtu drewniany trap. Potem z kabiny wyszedł młodzian mający na oko około dwudziestu dwóch lat — chudy, blady, wymoczkowaty. W jego sylwetce nie było nic ze sportowca-wodniaka, choć na głowie nosił czapkę jacht-klubu i był chyba kapitanem jachtu.

Te trzy osoby stanowiły całą załogę jachciku. Po trapie przemaszerowali na brzeg i skierowali się do gospody. Banda wyrostków przyglądała się przybyszom w niemym zachwycie, zapewne ów jacht bardzo im zaimponował. Wymoczkowaty młodzian dostrzegł ten zachwyt, wyprostował się dumnie i odtąd starał się iść rozkołysanym krokiem starego wilka morskiego.

Do gospody wkroczyli gęsiego. Na przedzie wymoczek, za nim młoda kobieta, na końcu zaś półnagi Brodacz. Młoda kobieta nie odznaczała się urodą, ale nosiła piękny kostium kąpielowy. Skórę miała opaloną, kontrastowały z nią utlenione na biało włosy. Lecz mimo, że przypłynęła na jachcie, dałbym sobie głowę uciąć, że jej opalenizna powstała od promieni solluxu. Wyglądała, jakby dopiero wczoraj wsiadła na jacht. Upewniłem się co do tego jeszcze bardziej, gdy zobaczyłem jej straszliwie długie i starannie wymalowane paznokcie. Z takimi paznokciami nie rozpina się żagla ani nawet nie gotuje posiłków na wodniackim szlaku.

Tylko półnagi Brodacz robił wrażenie sportowca-wodniaka, choć nie nosił białej czapki, lecz wyszarzałą od słońca dżokejkę. Przez opalone, prawie czarne ramię przewieszoną miał kamerę filmową, z którą zdawał się nigdy nie rozstawać, jak operator kroniki filmowej.

Razem z nimi powróciła do gospody banda wyrostków. Dziewczęta i chłopcy opanowali już swój zachwyt dla jachtu i zaczęli się prześcigać w zaczepkach wobec przybyłych. Nie były to jednak ordynarne okrzyki, a po prostu bardzo smarkaczowskie zawołania w rodzaju: „Panie, niech mnie pan sfilmuje”! „Ile kosztuje taki statek?” „Jak szybko się na nim płynie?” „Może nas państwo ze sobą zabiorą?”.

Przybyli nie reagowali na te zaczepki. Wymoczkowaty kapitan podszedł do bufetu i obwieścił gromko:

— Chcemy kupić dwie skrzynki piwa. Zapłacę za butelki i za skrzynki. Zabierzemy je na jacht, jest taki upał, że nawet na wodzie można ducha wyzionąć z pragnienia.

Bufetowa miała na składzie tylko jedną skrzynkę z butelkami pełnymi piwa. Przyniosła ją z zaplecza i postawiła przed kapitanem. Ten skinął na Brodacza, aby odniósł skrzynkę. Zapewne Brodacz odgrywał na jachcie rolę służącego.

Gdy cała trójka ruszyła już w stronę drzwi, pan Anatol poderwał się nagle od stołu.

— Już wiem, skąd ja pana znam! — zawołał głośno w stronę wymoczkowatego kapitana. — Widziałem w gazecie pana zdjęcie. Pan jest „królem spinningu”.

— Tylko księciem, drogi panie. Tylko księciem — łaskawie skinął mu głową wymoczkowaty kapitan.

— Nie, nie. Pan jest prawdziwym królem — zaaferowany pan Anatol już spieszył w jego stronę. — To pan schwytał na spinning sandacza o wadze jedenastu kilogramów. Czy wolno mi, skromnemu rycerzowi spinningu, uścisnąć pana prawicę?

„Jego Wysokość” łaskawie podał mu swoją dłoń, ale skromność znowu kazała mu sprostować poglądy entuzjasty wędkarstwa.

— Złowiłem nie sandacza, lecz szczupaka o wadze trzynastu kilogramów, za co otrzymałem tylko srebrny medal, drogi panie. Stosując więc pana określenia, mam chyba prawo jedynie do tytułu „księcia spinningu”. Rekordzistką Polski w ubiegłym roku, a zarazem zdobywczynią złotego medalu jest jakaś dziewczyna, która tu właśnie, na Jezioraku, schwytała na spinning suma o wadze trzydziestu ośmiu kilogramów. Ona została „królową spinningu”, choć niektórzy kwestionowali jej prawo do tytułu. Bo niech pan sobie wyobrazi: młoda dziewczyna i ogromny sum o wadze trzydziestu dziewięciu kilogramów. To przecież nieprawdopodobne.

Pan Anatol aż złapał się za głowę.

— Słyszysz, Myszko? — zawołał do żony. — Szczupak o wadze trzynastu kilogramów. Sum o wadze trzydziestu dziewięciu kilogramów. Jakież wspaniałe wyniki osiągają niektórzy, łowiąc na spinning. Patrz, Kaziu, na pana! — krzyknął do przyjaciela. — Oto jest książę spinningu. Podziwiaj, ucz się, jak łowić ryby. Może i ty kiedyś zostaniesz księciem?

„Jego Wysokość” znowu łaskawie skinął głową, a entuzjazm pana Anatola doszedł do zenitu.

— Mości książę — rzekł do wymoczkowatego kapitana — czy wolno mi wiedzieć, w jakim celu przybył pan nad Jeziorak? Domyślam się, że będzie pan tutaj próbował łowić. Lecz czy wolno mi zaspokoić swoją ciekawość: na jaką rybę zamierza pan polować i w jakim miejscu?

Entuzjazm pana Anatola, a przede wszystkim jego uniżone ukłony wyglądały tak zabawnie, że wywołały nową falą drwin u bandy wyrostków. Ruda dziewczyna z błazeńską miną podeszła do księcia i złożyła przed nim dworski ukłon.

— O, jakże jestem zaszczycona, mości książę, przebywając w tak wybitnym towarzystwie — powiedziała kpiąco.

Czarny Franek splunął na podłogę i burknął głośno:

— Co za arystokracja, psiakość! Królowie i książęta, panowie magnaci. A ja kicham na wasze arystokratyczne tytuły, na wasze spinningi. Łowię ryby, kiedy mi się podoba i jak mi się podoba. Zresztą — jeszcze raz splunął pogardliwie — pan nie jest żaden książę. Nazywają pana w Warszawie Wacek Krawacik, bo pana matka ma sklepik z krawatami w pawilonach na Marszałkowskiej. Kupiła panu ten jacht, którym się pan teraz rozbija po jeziorach.

Na te słowa wróciła do gospody blondynka z warkoczem. Dłużej niż inni podziwiała biały jacht. Usłyszała wypowiedziane przez Czarnego Franka przezwisko właściciela jachtu i roześmiała się głośno. A Czarny Franek — jak gdyby zazdrosny o sławę Wacka Krawacika — perorował dalej:

— Ryby głosu nie mają, więc nie powiedzą, co myślą o pana rekordach i medalach. Może mamusia kupiła na Targówku dużego szczupaka i ten medal ma pan od niej, tak jak i jachcik? Kicham na książęce tytuły. I zapewniam pana, że to ja będę królował na Jezioraku, a nie pan, panie Krawacik.

Choć nie uważam się za psychologa, pomyślałem: „Zdaje się, że wiem, co tego chłopaka sprowadziło na złą drogę. Jest w nim przeogromna chęć imponowania innym. Nie potrafi im imponować w dobrym, robi to w złym”.

Łaskawość zniknęła z oblicza księcia. Zacisnął usta i burknął do Brodacza:

— Zabieraj tę skrzynkę z piwem i wracamy na jacht.

Udając, że nie dostrzega wyrostków, zwrócił się wyłącznie do pana Anatola. To jednak co mówił, skierowane było wyraźnie do Czarnego Franka.

— Pytał mnie pan o moje plany rybackie. Drogi panie, będę próbował na Jezioraku polować na sandacze. A mój przyjaciel — wskazał Brodacza — który jest filmowcem-amatorem, zamierza zrobić film o moich rzutach spinningiem. Nakręci krótki oświatowy film o tym, w jaki sposób łowię za pomocą błyszczki. Potem wyświetlimy ten film w naszym kole Polskiego Związku Wędkarskiego.

— Gdzie? Gdzie pan będzie łowić? — zapytał pan Anatol. — Chciałbym choć raz zobaczyć pana słynne rzuty. A może miejsce swoich łowisk okrywa pan tajemnicą?

Łaskawość znowu zagościła na obliczu księcia.

— Będę łowił koło Przylądka Sandacza — odparł.

— Nie mam pojęcia, gdzie to jest — zmartwił się rycerz spinningu. — Czytałem dokładnie przewodnik po Jezioraku, ale takiego przylądka tam nie było.

— Być może — przytaknął pan Krawacik. — Od pewnego znawcy Jezioraka kupiłem mapę z zaznaczonymi na niej łowiskami różnego rodzaju ryb. Ten znawca jeziora wykorzystał nazwy używane przez okoliczną ludność. Januszku — obrócił się do Brodacza — czy nie mógłbyś przynieść z jachtu naszej mapy? Wskażemy panu, gdzie jest Przylądek Sandacza. Tego pana interesują moje rzuty...

Brodacz zbuntował się.

— Sam sobie przynieś tę mapę — burknął. — A zresztą, zdaje się, zapomnieliśmy zabrać ją z domu.

To powiedziawszy wziął z podłogi skrzynkę z piwem i mrucząc gniewnie pod nosem wyniósł się z gospody.

Autorytet księcia znowu uległ zachwianiu. Postanowił więc szybko zakończyć rozmowę.

— Przylądek Sandacza leży w północnej części Jezioraka. Tam mnie pan znajdzie. Mój jacht nietrudno zauważyć — dodał. I na pożegnanie wyciągnął rękę do pana Anatola, który uścisnął ją z ogromną uniżonością. A wtedy książę i jego dama skierowali się do wyjścia.

W tym czasie do gospody wbiegł bosy wiejski chłopak i podał Czarnemu Frankowi jakąś kartkę. Zanim Czarny Franek zdążył ją przeczytać, chłopak już czmychnął z gospody.

Biały jacht odbijał od brzegu. Ale nikt z wyrostków tego nie oglądał. Czarny Franek wyszedł na środek gospody i wrzasnął na swoją bandę:

— Cicho hołota! Tu mi jakąś kartkę przyniesiono.

I przeczytał:

Jesteście bandą opryszków. Jeśli znów w tym roku spróbujecie grasować nad Jeziorakiem, pożałujecie tego. Rozprawię się z wami.

Kapitan Nemo.

Gospodę wypełniły okrzyki wyrostków:

— Kto przyniósł tę kartkę?

— Kto nam tak grozi?

Któryś z chłopaków wyskoczył na dwór, żeby odnaleźć bosego malca, lecz powrócił samotnie. Chłopca już nie było ani w pobliżu gospody, ani na brzegu jeziora.

Czarny Franek głośno wykrzykiwał:

— Słyszycie? Grozi nam. Już my się z nim rozprawimy. Chciałbym jednak wiedzieć, co to za kapitan Nemo?

Odezwałem się:

— Nie czytaliście książek Verne'a: 20.000 mil podmorskiej żeglugi i Tajemniczej wyspy?

Czarny Franek wzruszył ramionami.

— Pewnie, że czytałem te książki. Ale pan chyba nie myśli, że to kapitan Nemo mieszka nad Jeziorakiem?

Ruda dziewczyna pogroziła pięścią w stronę okna i widocznego przez nie jeziora.

— Patrzcie, państwo, bohater z książki ożył i zaczyna nas straszyć. Niech no się on nam pokaże...

W tym momencie, jakby w odpowiedzi na rzucone wyzwanie, na jeziorze głucho, zahuczał mały holownik mijający się z białym jachtem Wacka Krawacika. Holownik ciągnął za sobą nowiutki, szary ślizgacz. Ujrzeliśmy wymalowaną na burcie ślizgacza nazwę: Kapitan Nemo.

ROZDZIAŁ DRUGI

WEZWANIE NA MILICJĘ • FAŁSZYWE IKONY I BURSZTYNOWA WENUS • HISTORIA BURSZTYNOWEJ FIGURKI • CZŁOWIEK Z BLIZNĄ NA PRAWYM POLICZKU • GDZIE JEST ZATOPIONA CIĘŻARÓWKA • UCIECZKA POD BOMBAMI • PODRÓŻ PALCEM PO MAPIE • PODEJMUJĘ RYZYKOWNE PRZEDSIĘWZIĘCIE

Historia mego przybycia nad Jeziorak miała swój początek jeszcze w zimie... W lutym otrzymałem wezwanie do Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej. Wyjaśniono mi telefonicznie, że milicji zależy na mojej opinii dotyczącej jakichś starych dzieł sztuki i zabytków. Nie zaskoczyło mnie to, ponieważ od czasu, gdy podjąłem pracę na stanowisku referenta do specjalnych zadań w Naczelnym Zarządzie Muzeów w Ministerstwie Kultury i Sztuki, często zdarzało mi się współpracować z organami ścigania. Z ramienia ministerstwa zajmowałem się poszukiwaniami zaginionych podczas wojny zbiorów muzealnych i prywatnych kolekcji, wojowałem z handlarzami antyków, fałszerzami dzieł sztuki, a także zwykłymi rabusiami przedmiotów cennych dla naszej kultury narodowej, nic więc dziwnego, że nierzadko odwoływałem się do pomocy milicji lub milicja odwoływała się do mojej pomocy, prosząc o dokonanie ekspertyzy jakiegoś dzieła sztuki, odnalezionego u złodzieja czy przemytnika.

Zaprowadzono mnie do pokoju kapitana Jóźwiaka, trzydziestoletniego szczupłego blondyna o wesołych, zielonkawych oczach i sympatycznym uśmiechu. Posadził mnie wygodnie za swoim biurkiem, z kasy ogniotrwałej wyjął dwie ikony malowane na desce i jakąś niedużą figurkę zrobioną z bursztynu. Wszystkie te przedmioty położył przede mną na biurku i powiedział:

— Interesuje nas, co pan sądzi o tych rzeczach.

Miałem ze sobą teczkę, którą zazwyczaj zabierałem na konsultacje. W teczce nosiłem lupę i kilka buteleczek z różnymi chemikaliami przydatnymi niekiedy do dokonania szybkich analiz. Umożliwiały one stwierdzenie, czy obraz jest autentycznie stary. Ale tym razem w ogóle nawet nie musiałem otwierać teczki. Już na pierwszy rzut oka zauważyłem, że obrazy na desce są imitacją starych łemkowskich ikon. Wykonano je z dużym talentem, lecz ten, kto je malował, nawet specjalnie nie silił się, żeby ukryć fakt imitacji. Po prostu były to współczesne malowidła na deskach, dobrze wzorowane na bardzo starych i pięknych ikonach.

Odsunąłem je więc na bok i zająłem się bursztynową figurką, zrobiono ją bardzo dawno, może przed tysiącem albo dwoma tysiącami lat, z dużego kawałka bursztynu, bo figurka miała prawie dwadzieścia centymetrów wysokości. Był to prymitywny, schematyczny zarys kobiecej postaci, jakby rzeźbiarzowi nie zależało na upodobnieniu jej do kogoś konkretnego, lecz wyobrażeniu kobiety w ogóle, kobiety-symbolu. Moim zdaniem przedstawiała boginię płodności. Że była to rzeźba kultowa służąca do obrzędów religijnych, potwierdzałby fakt, iż wykonano ją z bursztynu, który w odległych wiekach ceniono bardziej niż złoto. Chociaż, być może, zrobił ją ktoś, kto miał pod dostatkiem tego materiału i dlatego — zamiast wykonać setki tak cennych w dawnych latach paciorków bursztynowych — wyrzeźbił postać kobiety.

I gdy tak o tym pomyślałem, przypomniałem sobie coś. Zerwałem się z krzesła.

— Czy pozwoli pan, że na chwilę pojadę do domu i przywiozę stary katalog zabytków? — zapytałem.

Kapitan Jóźwiak, który przez cały czas, gdy oglądałem rozłożone na biurku przedmioty, przyglądał mi się z taką uwagą i napięciem, jakby chciał odgadnąć tok moich myśli, wskazał palcem bursztynową postać kobiety.

— A więc jednak to ona pana zainteresowała — stwierdził. I dodał z zadowoleniem: — Wiedziałem, że pan będzie nam mógł pomóc w rozwiązaniu tej zagadki. Bo jeśli chodzi o te ikony, eksperci z Zakładu Kryminalistyki natychmiast orzekli, że są to współcześnie malowane obrazy. Co zaś się tyczy tej figurki z bursztynu, stwierdzili tylko, że jest stara. A dla mnie to za mało. Dlatego zdecydowałem się zwrócić o pomoc do pana.

— Czy mógłbym wiedzieć, w jakich okolicznościach znaleziono tę bursztynową panią?

— Nazwałem ją Bursztynową Wenus — roześmiał się kapitan Jóźwiak. — I taki kryptonim nadałem prowadzonej przeze mnie sprawie kryminalnej.

— Bursztynowa Wenus? — zawołałem. I w mej głowie otworzył się sezam pamięci.

Usiadłem za biurkiem. Powiedziałem:

— Nie muszę jechać po katalog. Przypomniałem sobie wszystko, co wiem o tej figurce.

Na twarzy kapitana Jóźwiaka widać było napięcie.

— Naprawdę udzieli mi pan informacji o Bursztynowej Wenus?

— Nazwał pan figurkę Bursztynową Wenus, a ja przypomniałem sobie, że zetknąłem się już z tą nazwą. Dotyczyła ona identycznej figurki z bursztynu.

Wyciągnął z kieszeni gruby notatnik. Usiadł obok mnie przy biurku.

— Słucham więc, panie Tomaszu...

Tym razem to ja uśmiechnąłem się i powiedziałem z odrobiną zażenowania:

— Czy nie obrazi się pan, jeśli wysunę pewną propozycję? Ja powiem panu, co wiem o Bursztynowej Wenus, a pan zdradzi mi, w jakich okolicznościach została ona odnaleziona. Nie pytam zresztą przez zwykłą ciekawość, tylko z obowiązku, jako muzealnik.

— Zgoda — kiwnął głową. — Informując pana, nie postąpię wbrew przepisom, gdyż w pewnym sensie uważamy tę sprawę za zakończoną.

Wziąłem do ręki bursztynową figurkę.

— Pochodzi ona najprawdopodobniej z Sambii, a odkryto ją w grobie z tak zwanego okresu rzymskiego, a więc w początkach naszej ery. Do końca czterdziestego czwartego roku znajdowała się ona w muzeum w E. i podczas działań wojennych zginęła wraz z całymi niemal zbiorami. Sądziliśmy, że zbiory muzeum wywieziono do Niemiec. Niestety, poszukiwania nasze na terenie Niemiec nie dały rezultatu. I to już chyba wszystko, co mogę panu powiedzieć na ten temat — zakończyłem i spojrzałem pytająco na kapitana Jóźwiaka.

— Dwie fałszywe ikony i Bursztynową Wenus — zaczął kapitan celnicy odebrali na granicy pewnemu cudzoziemcowi, gdy chciał te przedmioty wywieźć bez zezwolenia władz. Nie ma chyba dla pana znaczenia, jak się nazywa ten cudzoziemiec i z jakiego pochodzi kraju, znajduje się on już zresztą w swojej ojczyźnie. Ze względu na to, że ikony okazały się fałszywe, zdecydowano się umorzyć śledztwo, cudzoziemca ukarano tylko grzywną, a przedmioty, które chciał wywieźć, zatrzymano w depozycie. Cudzoziemiec złożył jednak zeznania przed milicją i one mogą mieć dla pana pewną wartość, ponieważ, jak się zorientowałem z pana słów, odkrycie tej bursztynowej figurki rzuca nowe światło na sprawę zaginionych zbiorów.

— Właśnie. To bardzo ważna sprawa.

— Cudzoziemiec kupił obrazy od człowieka, którego przypadkowo poznał w sklepie „Desy” w Warszawie. Mamy rysopis tego człowieka; sądzimy, że to jakiś plastyk, który dorabia sobie fałszując ikony i sprzedając je obcokrajowcom. Przez tego właśnie plastyka cudzoziemiec zetknął się z innym, nazwijmy go umownie Człowiekiem z Blizną, bo cudzoziemiec mówił, że ów osobnik ma bliznę na prawym policzku. Człowiek z Blizną zaoferował cudzoziemcowi Bursztynową Wenus i zaproponował zrobienie wielkiego interesu. Na czym polegał ów interes? Człowiek z Blizną stwierdził, że zna jezioro na Mazurach, gdzie podczas działań wojennych wpadła pod lód hitlerowska ciężarówka, wywożąca jakieś bardzo cenne przedmioty. Ciężarówka leży na dnie jeziora. Człowiekowi z Blizną udało się do niej dotrzeć i wydobyć bursztynową figurkę, lecz twierdzi, że innych przedmiotów nie uda się wydostać z ciężarówki bez aparatów do nurkowania. Namawiał więc cudzoziemca, aby wszedł z nim w spółkę. Cudzoziemiec miał wyłożyć pieniądze, za które Człowiek z Blizną nauczyłby się podwodnego nurkowania i zakupił sprzęt podwodny. Po wydobyciu skarbów podzieliliby się nimi po połowie. Cudzoziemiec jednak nie miał zaufania do Człowieka z Blizną i nie chciał z nim wchodzić w żadne spółki. Poprzestał na kupnie Bursztynowej Wenus, którą, jak pan wie, odebrano mu na granicy.

Ręce mi drżały, gdy sięgnąłem do kieszeni po fajkę.

— Kiedy się to wszystko zdarzyło? — zapytałem.

— Przed dwoma tygodniami.

— Cudzoziemiec nie zgodził się finansować poczynań Człowieka z Blizną. Ale może się znalazł ktoś, kto zaryzykował trochę pieniędzy? I w tej chwili Człowiek z Blizną na którymś z warszawskich basenów być może uczy się podwodnego nurkowania. A za pół roku przystąpi do wydobywania skarbów.

— Tak, to bardzo prawdopodobne — skinął głową kapitan Jóźwiak.

— Trzeba tego człowieka aresztować. Musimy odzyskać te skarby! — krzyknąłem.

— Nie można aresztować człowieka tylko dlatego, że uczy się nurkowania. W Warszawie jest kilka klubów płetwonurków i wiele ludzi uprawia ten sport. A może Człowiek z Blizną nie jest z Warszawy tylko, na przykład, z Olsztyna lub Wrocławia?

— Ale może zaryzykować ekspedycję i wydobyć zbiory z zatopionej ciężarówki.

Wzruszył ramionami.

— Mazury nazywają Krainą Tysiąca Jezior. Które jezioro z tego tysiąca jest tym, gdzie zatonęła ciężarówka?

— Gdyby odnaleźć Człowieka z Blizną — powiedziałem — i otoczyć go dyskretną obserwacją, to już on sam, latem, zaprowadziłby nas na miejsce zatopionej ciężarówki.

Znowu uśmiechnął się wyrozumiale.

— Czy zdaje sobie pan sprawę, ilu ludzi trzeba by zatrudnić w tym celu? Nie mamy gwarancji, że cudzoziemiec powiedział prawdę. A może skłamał i Człowiek z Blizną? Może po prostu chciał wyłudzić pieniądze od cudzoziemca i historia zatopionej ciężarówki jest tylko jego wymysłem? Lecz jeśli nawet przyjmiemy, że cała sprawa jest prawdziwa i rzeczywiście istnieje jezioro z zatopioną ciężarówką, czy sądzi pan, że Człowiek z Blizną, zrażony odmową ze strony cudzoziemca, będzie nadal poszukiwał finansowego poparcia dla wydobycia zbiorów? Prościej by mu było zwrócić się do jakiegoś płetwonurka i zaproponować mu spółkę na zasadach: ja ci wskażę miejsce, ty wydobędziesz zbiory, a skarbami podzielimy się.

— Więc co robić? Jaka jest rada?

— Nie umiem panu nic powiedzieć — odrzekł kapitan Jóźwiak. — Cieszy mnie zaufanie, jakie ma pan do nas, ale muszę stwierdzić: nie jesteśmy towarzystwem jasnowidzów, nie wiemy, gdzie znajduje się jezioro z zatopioną ciężarówką. Wyniki śledztwa oraz Bursztynową Wenus przekażemy Naczelnemu Zarządowi Muzeów w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Na tym nasza rola zostaje zakończona. Nie znaczy to oczywiście, że zupełnie przestaniemy interesować się tą sprawą. Jeśli otrzymamy sygnał, iż ktoś usiłuje wydobyć skarby, stanowiące własność naszego narodu, może pan być pewny, że wtrącimy swoje trzy grosze.

Zrozumiałem, że to jest koniec rozmowy. Pożegnałem kapitana Jóźwiaka i powróciłem do swych codziennych zajęć. Próbowałem zapomnieć o sprawie Bursztynowej Wenus, ale w majakach sennych zwidywały mi się postacie płetwonurków, wydobywających z głębin jeziora niezliczoną ilość bursztynowych figurek. We śnie starałem się im je odebrać i budziłem się zmęczony walką, zlany potem.

W tydzień później zjawiłem się w archiwum Muzeum Narodowego i w starych szpargałach zacząłem szukać teczki z zapiskami, które kiedyś sporządziłem. Byłem wtedy studentem historii sztuki, a że studiowałem w pierwszych powojennych latach, gdy dla muzealistów polskich pierwszoplanowym zadaniem stało się odnalezienie i rewindykowanie polskich zbiorów zrabowanych przez hitlerowców, na praktyce wakacyjnej powierzono mi sprawę, którą raczej winien się był zająć detektyw niż historyk sztuki. Ale ja właśnie miałem żyłkę detektywistyczną i zajęcie to przypadło mi do gustu. Moim zadaniem było ustalenie trasy, którą prawdopodobnie uciekały samochody hitlerowskie ze zbiorami muzeum w E.

Zadanie okazało się trudne i przerosło moje możliwości badawcze. Wprawdzie dzięki pomocy autochtonicznej ludności polskiej, zamieszkującej obszar Mazur i Powiśla, zdołałem nakreślić pewien odcinek drogi, którą ciężarówka z napisem „Muzeum w E.” uciekała przed nacierającymi oddziałami Armii Czerwonej, jednak szlak urywał się w pewnym miejscu. I mimo wielu usiłowań nie zdołałem odnaleźć zagubionego tropu.

Pamiętam, że kiedy kierownictwu Muzeum Narodowego przedstawiłem wykreśloną na mapie trasę uciekającej ciężarówki, poddano w wątpliwość wartość mych badań, tak była fantastycznie kręta i sprzeczna z logiką. Wynikało z niej bowiem, że zbiory wywożono nie na zachód, ale na południe, co wydawało się bzdurą. Dlatego wyniki moich badań odłożono do archiwum.

Po dwudziestu latach z prawdziwym wzruszeniem wziąłem do ręki zżółkła teczkę i otworzywszy ją, na nowo odczytałem zrobione przeze mnie kiedyś zapiski. Mapka z zaznaczoną na niej trasą wskazywała, że zbiory wieziono na Pasłęk, a potem do miejscowości o nazwie Matyty. W tym miejscu ciężarówka skręciła na drogę do miasteczka, które zwie się obecnie Zalewo. Tu właśnie, w Zalewie, urywał się trop uciekającej ciężarówki.

Zalewo wówczas płonęło, zbombardowane przez samoloty radzieckie. Rynek pełen był cofającego się w popłochu hitlerowskiego wojska. Jeden z dawnych mieszkańców Zalewa przypomniał sobie, że wielotonową ciężarówkę z napisem „Muzeum w E.” widział stojącą na rozstaju dróg, przy wjeździe do miasteczka. Było to w czasie kolejnego nalotu i kierowca ciężarówki zjechał trochę z szosy, szosa bowiem stanowiła główny cel nadlatujących samolotów. Mieszkaniec ów ukrył się przed nalotem w piwnicy, a gdy uspokoiło się trochę i opuścił piwnicę, ciężarówki już nie zobaczył. Prawdopodobnie odjechała. Albo szosą na Stary Dzierzgoń, albo drogą do Jerzwałdu i Susza.

W Starym Dzierzgoniu — pamiętam — spędziłem bezowocnie aż dwa dni, wypytując ówczesnych mieszkańców miasteczka o ciężarówkę z napisem „Muzeum w E.”. Nie zauważył też jej nikt w miejscowościach położonych na tej samej trasie. Pozostawała więc tylko droga: na Dobrzyki, Jerzwałd i Susz, przez który można było dojechać dalej: do Prabut, Kwidzyna lub Malborka i jeszcze dalej na zachód — do Niemiec.

Niestety, również i na tej trasie nikt nie zapamiętał poszukiwanego przeze mnie samochodu.

Na tym stwierdzeniu zakończyłem wtedy swoje badania. Ale teraz byłem nieco mądrzejszy niż przed laty. Mądrzejszy o jedną informację. Ciężarówka nie odjechała do Niemiec, utonęła w jakimś jeziorze.

Przyniosłem pożółkłą teczkę do domu i rozłożyłem mapę województwa olsztyńskiego.

Zbiory nie mogły pojechać w kierunku Iławy, bo tam już były radzieckie czołgi. Nie widziano ciężarówki w Starym Dzierzgoniu, więc i tę trasę trzeba odrzucić. Pozostaje tylko droga na Susz, lecz i w Suszu jej nie widziano...

Przy drodze do Starego Dzierzgonia nie ma żadnego jeziora. A przy trasie Zalewo-Susz rozlewa się długi Jeziorak. Skoro w Suszu nie widziano ciężarówki, znaczy to chyba, że między Zalewem a Suszem kierowca nagle skręcił na jakąś polną drogę i usiłował przedostać się przez zamarznięte w owym czasie jezioro.

Ale w którym to nastąpiło miejscu? Czy w Dobrzykach? A może bardziej na południe? Może między Dobrzykami a Jerzwałdem odkrył boczną drogę na Matyty i jechał dalej aż do końca długiego półwyspu, wrzynającego się w Jeziorak? Może przez wąski przesmyk łączący Jeziorak z Jeziorem Płaskim usiłował przedostać się do drogi, która umożliwiała powrót na trasę do Susza?

Milczała rozłożona przede mną mapa, pocięta czerwono-żółtymi nitkami dróg i szos. Sprawę należało dalej badać już na miejscu, nad Jeziorakiem.

I w tym celu poszedłem do Ministerstwa Kultury i Sztuki, do dyrektora Marczaka.

Na biurku dyrektora zobaczyłem rozpieczętowaną paczkę, w której leżała Bursztynowa Wenus. Dyrektor kończył właśnie czytanie informacji, jaką milicja dołączyła do zabytkowej figurki.

— Zdaje mi się, że wiem, czemu zawdzięczam pańską wizytę — odezwał się do mnie dyrektor Marczak.

— Przyszedłem w sprawie zaginionych zbiorów muzeum w E.

Rozłożył ręce.

— Raduje mnie fakt, że część tych zbiorów prawdopodobnie jest gdzieś na naszych ziemiach. Niestety, milicji nie udało się ustalić, w którym miejscu spoczywa zatopiona ciężarówka.

— Wydaje mi się, że w Jezioraku — wtrąciłem.

— Tak? Jest pan tego pewien? — zapytał ironicznie. — Z ręką na sercu może pan przysiąc, że to Jeziorak? A jeśli nawet tak jest, to co z tego?

— Należy wszcząć poszukiwania...

— Co takiego? Do kogo pan to mówi, panie Tomaszu? Do starego kajakarza, który zwiedził niemal wszystkie mazurskie jeziora? A może pan nigdy nie był w tamtych stronach? Jeziorak jest trzecim co do wielkości mazurskim jeziorem. Ma trzydzieści kilometrów długości, proszę pana, i wiele ogromnych zatok, wiele wysp, wysepek, półwyspów. Wystarczy zajrzeć do przewodnika — to mówiąc sięgnął do szuflady i wyjął czerwono-biały Przewodnik po Polsce — aby przekonać się, że Jeziorak ma ponad trzy tysiące hektarów lustra wody. Na takiej przestrzeni chciałby pan odnaleźć zatopioną ciężarówkę? Miałby pan mniejszą szansę niż szukając igły w stogu siana.

Rozłożyłem na biurku mapę, z pożółkłej teczki wyciągnąłem swoje stare raporty.

— Sądzę, że ciężarówka zatonęła przy tym półwyspie, a w każdym razie w północnej części Jezioraka. Tylko tędy mogła uciekać przed radzieckimi czołgami.

Wzruszył ramionami i stwierdził:

— Mam do pana zaufanie, panie Tomaszu, bo już niejedną zagadkę pan rozwiązał i niejedną korzyść oddał pan polskiemu muzealnictwu. Ale ta sprawa przerasta pana możliwości. I nasze również. Chyba że pan wskaże miejsce z dokładnością do... trzystu metrów. No, powiedzmy... nawet pół kilometra! Wtedy na koszt ministerstwa możemy zorganizować ekipę płetwonurków i rozpocząć poszukiwania.

Z kolei ja bezradnie rozłożyłem ręce.

— Nawet z dokładnością do pięciu kilometrów nie wskażę miejsca. Przecież nie jestem pewien, czy to w ogóle chodzi o Jeziorak. Pozostaje więc jedno: wykorzystam swój urlop w lipcu na szukanie zbiorów. Pojadę nad Jeziorak, postaram się spotkać tam człowieka z blizną na prawym policzku, człowieka który najprawdopodobniej będzie już zaopatrzony w aparat do nurkowania lub przy pomocy jakiegoś płetwonurka spróbuje wydobyć skarby z zatopionej ciężarówki. Ten człowiek wskaże mi miejsce, gdzie są zatopione zbiory. Wówczas zawiadomię milicję i odzyskamy je. Na podstawie starych katalogów przypuszczać można, że jest to kolekcja wyrobów z bursztynu, którą posiadało muzeum w E.

Dyrektor Marczak aż się rozpromienił.

— Tak pan postanowił? To wspaniale. Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć panu sukcesów.

A w dwa tygodnie później na ulicy spotkałem przypadkowo kapitana Jóźwiaka. Podszedł do mnie, przywitał się i zapytał:

— Czy to prawda, że w tym roku wybiera się pan na urlop nad Jeziorak? Mówił mi o tym dyrektor Marczak...

— Tak. Urlop spędzę nad Jeziorakiem — uśmiechnąłem się. Przecież chyba domyślał się, dlaczego właśnie tam chcę się wybrać.

— To bardzo duże jezioro — rzekł.

— Zamierzam spędzić urlop nad północną częścią Jezioraka — odpowiedziałem.

— Ach tak — zastanowił się chwilę, a potem dodał żegnając się ze mną: — Życzę powodzenia. Ale ostrzegam, że waży się pan na trudne przedsięwzięcie.

Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Więcej książek

Zbigniewa Nienackiego

znajdziesz na stronie

www.nienacki.pl

Wydanie I

Copyright © • Helena Nowicka

Copyright © for electronic version • Liber Novus

Konstantynów Łódzki 2012

ISBN • 978–83–7741–038–7-demo

Liber Novus 2012

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Raz w roku w Skiroławkach. Tom 2 Mężczyzna czterdziestoletni Raz w roku w Skiroławkach (Tom 1) Sumienie Ja, Dago Władca Ja, Dago Piastun 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę