Niewierni

Niewierni

Autorzy: Vincent V. Severski

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 864

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 26.73 zł

"Niewierni" to druga po "Nielegalnych" część trylogii szpiegowskiej Vincenta V. Severskiego. Kiedy agenci polskiego wywiadu z zespołu Konrada Wolskiego namierzają przez przypadek dziwne spotkanie w hotelu Marriot, nie spodziewają się, że zaalarmuje ono także brytyjskie i rosyjskie służby. Nowe, tajemnicze zagrożenie terrorystyczne uruchamia lawinę wydarzeń od szczytów Kaukazu po Irlandię. Nieuchwytny as-Salam, Polak w szeregach Al Kaidy, jest gotowy do decydującej misji. Wszystkie tropy prowadzą do Szwecji, gdzie uwagę służb przykuwa genialny haker-antyglobalista...

"Niewierni" to trzymający w napięciu, wielowątkowy thriller, w którym powracają bohaterowie znani czytelnikom "Nielegalnych". Autor, były oficer wywiadu, stworzył kolejną pasjonującą opowieść inspirowaną autentycznymi wydarzeniami.

Vincent V. Severski - ukrywający się pod pseudonimem pułkownik polskiego wywiadu. Ukończył Ośrodek Kształcenia Kadr Wywiadowczych i został skierowany do najważniejszego wydziału polskiego wywiadu, tak zwanej dywersji. W 1990 roku został pozytywnie zweryfikowany. Uczestniczył w około 140 misjach w blisko 50 krajach. Odszedł ze służby na własną prośbę w 2007 roku. Był wielokrotnie odznaczany i wyróżniany przez najwyższe władze RP. Otrzymał również Legię Zasługi od prezydenta Baracka Obamy. W 2011 roku wydał pierwszą powieść - "Nielegalni", opowiadającą o tajnikach polskich służb specjalnych. "Niewierni" to jego druga książka.
Redakcja

Mirosław Grabowski

Korekta

Maciej Korbasiński

Anna Zaremba

Projekt okładki

Magda Kuc

Zdjęcia na okładce

Kobieta w czerni (modelka – Elżbieta Kwinta) © Magda Kuc

Modern ocean liner © Melissa Madia/Shutterstock

Persian and Medean Guards, Persepolis, Iran © Danita Delimont/Gallo Images/Getty Images/Flash Press Media

Skład

Dariusz Piskulak

Text © copyright by Vincent V. Severski

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2012

Wydanie I

ISBN 978-83-7554-130-4

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

e-mail: wydawnictwo@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51

Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:

www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

15

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

1

Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa nie wyróżniała się tego roku niczym specjalnym. Może tylko pogoda była ładniejsza i zrobiło się bardzo ciepło, ale dla Marii Krynickiej to i tak nie miało większego znaczenia.

Po powrocie z kościoła jak zwykle wzięła się do szykowania obiadu. Jej mąż Marian, od lat bez pracy, zaległ z butelką piwa w dłoni przed telewizorem. Z drugiego pokoju dochodziły głosy chłopca i dziewczynki walczących o dostęp do komputera. Całe mieszkanie z ciemną kuchnią miało ledwie czterdzieści metrów kwadratowych, a sprawiało wrażenie jeszcze mniejszego. Tak zostało zaprojektowane w latach sześćdziesiątych.

Zanim Maria Krynicka przygotowała obiad, Marian zdążył już wypić trzy piwa i wypalić pięć papierosów. Nie usłyszała, jak zachrzęściła zakrętka od dwusetki żołądkowej gorzkiej schowanej pod starym fotelem przykrytym narzutą. Po chwili z balkonu drugiego piętra domu przy ulicy Orzyckiej w Warszawie poszybowała w krzaki pusta buteleczka.

Papierosów i piwa Krynicki używał w nadmiarze kosztem dwójki dzieci. I to właśnie najbardziej bolało Marię. Kiedyś próbowała protestować, walczyć, ale pięści Mariana szybko kończyły dyskusję.

Odkąd dostała pracę sprzątaczki w hotelu Marriott, nie mogła sobie pozwolić na widoczne sińce, bo to ona utrzymywała dom, Mariana i coraz bardziej wymagające dzieci.

Instynkt samozachowawczy Krynicki miał rozwinięty nadzwyczaj dobrze, ale nie tak dobrze aby hamować popęd seksualny i upodobanie do brutalności. Dlatego Maria wiedziała doskonale, czym jest gwałt połączony z okrucieństwem. Pozbawiona wyboru godziła się na takie życie, czekając nie wiadomo na co. Czasami nawet żal jej było Mariana i szczerze mu współczuła, bo nie mogła inaczej. Brak współczucia to też okrucieństwo – podpowiadał jej ksiądz.

Nie bała się Mariana, bała się konsekwencji, których właściwie nie potrafiła określić. Ale najbardziej bała się pójść do ginekologa, choć organizm od dawna już sygnalizował, że może być za późno. A może dlatego, że było za późno, uważała, iż nie ma już po co iść do lekarza.

Kiedyś starała się zatrzymywać dzieci w domu, bo tylko w ten sposób mogła uniknąć natarczywości Mariana. Ale z czasem nauczył się wykorzystywać każdą okazję i uznała, że lepiej, by dzieci były wtedy poza domem.

W hotelu pracowała na zmiany, więc przy stale obecnym w domu mężu jej los był naznaczony cierpieniem, większym, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Z czasem jednak uznała, że muszą być przecież kobiety, które cierpią bardziej od niej. O wiele bardziej! Bo cierpienie nie ma granic – uważała Maria Krynicka wsłuchująca się uważnie w Pismo Święte.

Do pracy szła dopiero w poniedziałek na ósmą rano i od tego dnia, dzięki jej spostrzegawczości i odpowiedzialności, miał się trochę zmienić świat. Ale nie ten w ciasnym mieszkaniu na drugim piętrze przy ulicy Orzyckiej w Warszawie.

2

Minęło już ponad siedem miesięcy, odkąd wysłał do Zuzy maila z Kijowa. Odpowiedziała mu dopiero po trzech tygodniach. Później przesyłała wiadomości co dwa dni. Przeglądał swoją skrzynkę możliwie często. Ale nie mógł odpisać, bo wokół niego działy się dziwne rzeczy i obawiał się, że może być śledzony przez rosyjską FSB albo Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. Doskonale wiedział, że rosyjskie służby mają swoje wtyczki w Al-Takfir, ale sprawa, którą miał załatwić, warta była tego ryzyka.

Rozmowy były tajne i spotkania odbywały się za każdym razem gdzie indziej, w różnych wsiach i chutorach, od Symferopola do Jałty, więc Karol nie miał swobodnego dostępu do Internetu i musiał polegać na przygodnych kawiarenkach. Telefonu również nie mógł używać. Numer, który podał Zuzie we Lwowie, był już nieaktualny.

Od rozstania na lwowskim peronie nie mógł przestać o niej myśleć. Jej obraz w oknie pociągu i smutne, oddalające się spojrzenie utkwiły w jego pamięci z siłą, jakiej dotąd nie znał.

Chwilami wydawało mu się, że popadł w jakiś obłęd, że to wszystko jest bez sensu. Skłamał przecież, że nazywa się Aleksander Kurtz, i opowiedział jej o sobie zmyślone historie. Zuza poznała kogoś innego, więc jak mógł nawet pomyśleć, że będzie chciała się z nim spotykać, jeżeli się zorientuje, że ją okłamał. Była na tyle inteligentną dziennikarką, że prędzej czy później by się domyśliła, że nie jest tym, za kogo pragnął uchodzić.

Jednak ta na pozór tak oczywista myśl nie mogła zniszczyć marzenia, że mógłby jej wytłumaczyć sens swojej misji. Gdyby zrozumiała, że poświęcił się walce o lepsze jutro, mogłaby się do niego przyłączyć. We dwoje, razem, mieliby większą szansę przybliżyć tę wizję.

Dlatego kiedy wrócił z Krymu do Polski, postanowił przygotować się do tej rozmowy. Najpierw musiał ustalić, gdzie mieszka Zuzanna Wilska.

Karol wynajmował na obrzeżach Iwicznej solidny, murowany domek z lat siedemdziesiątych. Przeciętny, niewyróżniający się niczym szczególnym, dobrany jednak bardzo starannie, tak by spełniał wszystkie jego nietypowe potrzeby.

Teren posesji i dom były zabezpieczone minikamerami połączonymi z komputerem ukrytym pod podłogą w kuchni. Tam też miał skrytkę, w której trzymał broń, dokumenty, pieniądze, zestaw notebooków, iPhone’ów, BlackBerrych, zdobytych w różnych zakątkach świata. Dom zabezpieczony był dodatkowo ładunkami wybuchowymi.

W garażu Karol trzymał motor Kawasaki KX 450F, na którym regularnie, co tydzień ćwiczył jazdę terenową. Opanował ją w stopniu doskonałym i miał prawo wierzyć, że kiedy po niego przyjdą, to nie broń, nie ładunki wybuchowe, ale właśnie ten motor go uratuje.

Spędzał tutaj ledwie kilka miesięcy w roku, lecz uważał ten dom za swoje miejsce na ziemi, bo czuł się Polakiem.

W domu korzystał z Internetu tylko w sprawach, które nie były związane z jego działalnością w Bazie. Sprawy organizacyjne załatwiał wyłącznie w sieciach WiFi w centrach handlowych.

Nieustannie studiował technologie informatyczne, szczególnie te wojownicze, lecz nie tylko po to, by podnieść własne umiejętności, ale również po to, by nawiązywać kontakty z osobami zatrudnionymi w miejscach, które mogą być przydatne dla Bazy.

Dlatego nie miał najmniejszych trudności ze zdobyciem adresu IP Zuzy Wilskiej, choć zajęło mu to trochę czasu. Jej komputer znajdował się w mieszkaniu na trzecim piętrze przy placu Wilsona 2, nad kinem Wisła.

Wcześniej przejrzał w Internecie wszystkie informacje na temat Zuzanny Wilskiej. Osoby o tym imieniu i nazwisku pojawiały się wielokrotnie, jednak żadna nie pasowała do jej profilu. Nic też nie wyszło, kiedy połączył jej nazwisko z hasłem „Ukraina”. Wydało mu się dziwne, że dziennikarka specjalizująca się w tym temacie nie ma w Internecie żadnych publikacji. Jej nazwisko nie pojawiło się na żadnym blogu, forum ani czacie. Sprawdzał to długo i systematycznie. Zupełnie nic!

Freelancer musi przecież gdzieś istnieć, gdzieś publikować – zastanawiał się aż do chwili, kiedy zrozumiał, że Zuza publikuje pod pseudonimem. Skoro jeździ tak często na Ukrainę, woli pewnie pozostać anonimowa. Ta myśl stała się nagle dla niego tak oczywista, że zaprzestał dalszego śledztwa.

Teraz, gdy znał już jej adres, postanowił sprawdzić, czy rzeczywiście tam mieszka.

Wielokrotnie wyobrażał sobie, że po prostu dzwoni do jej drzwi, wchodzi z wielkim bukietem kwiatów i bez słowa ją całuje. Od tego momentu wszystko zacznie się od nowa. Im dłużej układał sobie w głowie słowa i myśli, tym mocniej dochodził do przekonania, że ktoś taki jak ona musi go zrozumieć i zaakceptować.

A jeżeli tak się nie stanie?! – myślał z niepokojem i zaraz sam sobie odpowiadał: Nie! Nie… Oszalałeś, człowieku! Nie! Na pewno się zgodzi!

Przesłała mu mailem trzydzieści siedem obszernych wiadomości, w których dawała wyraźne sygnały, że tak właśnie może być, że jej uczucie jest silne i trwałe, a wrażliwość na krzywdę świata nie mniejsza niż u niego. Tyle razy już napisał „Kocham Cię!”, lecz nie mógł się zdobyć na uderzenie w klawisz Enter. Teraz trochę żałował.

Od dwóch miesięcy nie miał od niej żadnej wiadomości i poczuł się zagrożony. Musiał się pospieszyć i jak najszybciej zrobić to, co sobie zaplanował.

Wcześniej, zanim ją poznał, miał chwilami wrażenie, że walka w Bazie przemieniła go w bezdusznego, pozbawionego uczuć wojownika. Zuza tchnęła w niego tak wiele optymizmu, nadziei, że znów poczuł się człowiekiem pełnym życia, rewolucjonistą. Jej aura sprawiła, że powrót Mahdiego stawał się realny i bliski.

Teraz najważniejsze było sprawdzić, czy Zuza jest wolna, czy nie ma przy niej kogoś, czy wciąż mieszka sama. Nawet nie dopuszczał do siebie innej myśli. Wydawała mu się tak irracjonalna, nieprawdopodobna, że chwilami się zastanawiał, czy zamiast sprawdzać wszystko i przygotowywać się jak do akcji bojowej, nie powinien wejść po prostu na trzecie piętro i zadzwonić do drzwi.

Jednak instynkt wojownika nie pozwalał mu ryzykować życia. Od niego zależało nie tylko powodzenie rewolucji i bezpieczeństwo wielu braci, lecz także coś znacznie ważniejszego.

Na pewno się do mnie przyłączy! Nie będzie miała wyboru, kiedy zrozumie, o co trzeba walczyć! – powtarzał sobie uporczywie i z głębokim przekonaniem, że tak właśnie będzie.

Postanowił jednak, że zanim się z nią spotka, porozmawia z profesorem Ahmedem. Czuł, że odkąd ją poznał, tak mocno zawładnęły nim emocje, że chwilami traci samokontrolę, błądzi i coraz częściej się myli. Uznał więc, że nie powinien sam podejmować decyzji. Nie mógł przecież sprzeniewierzyć się przysiędze. Są sprawy ważniejsze niż życie, śmierć czy nawet miłość.

Do domu wchodziło się od tyłu. Pod wysokimi drzewami stały zaparkowane samochody lokatorów. Była jedenasta rano i Karol miał nadzieję, że Zuzy nie ma w domu. Dla pewności jednak nacisnął na domofonie numer jej mieszkania. Tak jak się spodziewał, odpowiedziało mu milczenie.

O tej porze, w dzień powszedni, prawie każdy ma coś do załatwienia w mieście albo jest w pracy. W domach są tylko emeryci, renciści, bezrobotni, matki z dziećmi, więc wcisnął dowolny numer. Odezwała się starsza kobieta i na hasło „listonosz” otworzyła drzwi klatki numer 2.

Przypiął sobie podrobiony identyfikator z logo PGNiG ze swoim zdjęciem. Wziął duży zeszyt i detektor gazu, który kupił w Internecie, i zadzwonił do drzwi piętro niżej.

Dopiero po trzecim dzwonku otworzył mu nieogolony mężczyzna po czterdziestce, w majtkach i brudnym podkoszulku.

– Dzień dobry panu. Jestem z gazowni. Prowadzimy kontrolę instalacji – pewnym siebie głosem zaczął Karol Hamond. – Można?

– Wchodź pan! – wyrzucił z siebie mężczyzna wraz z alkoholowym odorem.

Karol przeszedł bokiem, bo jedynie tyle mu zostawił miejsca. Już z przedpokoju było widać, że umeblowanie pochodzi z lat siedemdziesiątych, a ostatni remont robiono tu pewnie jeszcze wcześniej. Mieszkanie składało się z dwóch dużych pokoi i sporej kuchni. Mogło mieć jakieś sześćdziesiąt metrów.

Wszedł do kuchni i włączył detektor gazu przy starej kuchence. Choć miała to być zwykła przykrywka do sprawdzenia rozkładu mieszkania i krótkiej rozmowy, ku jego zaskoczeniu detektor zaczął głośno piszczeć.

– Ma pan silny upływ gazu. To bardzo niebezpieczne! – stwierdził zgodnie z prawdą Karol i bez pytania usiadł przy stole, rozłożył zeszyt i coś w nim zapisał. – Przyślę dzisiaj do pana gazowników, żeby to uszczelnili. Sprawia pan zagrożenie dla wszystkich lokatorów – powiedział i pomyślał, że Zuza nawet nie wie, na jakiej bombie mieszka. – Zrozumiał pan? W przeciwnym razie grozi panu sąd grodzki…

– Dobra! Dobra! – odezwał się nagle mężczyzna. – Załatwimy sprawę, kurwa!

– Nie wie pan, kiedy można zastać tego lokatora nad panem? – zapytał Karol, wciąż coś pisząc w zeszycie. – Pan tu podpisze! – powiedział po chwili, dał mężczyźnie długopis i podsunął zeszyt.

– Jaki lokator?! Panie! Dupa, i to jaka! – ożywił się tamten.

– To może przyjdę, jak nie będzie męża – odparł Karol z udawaną ironią.

– Gdzie tam, panie! Sama mieszka! Wysoka blondyna, ale żadnego fiuta z nią nie widziałem… No… tego… łóżko też nie wali po nocy.

– Długo tu mieszka?

– Parę lat… nie pamiętam. Kupiła to mieszkanie ze trzy albo cztery lata temu. I zaraz mi, kurwa, zalała całą kuchnię. Tynk odszedł z sufitu. Patrz pan! – Karol spojrzał na zagrzybiony sufit. – Potem robiła remont. Wszystko wypierdoliła na śmieci… Ma cipa kasę, ma… Co ja z nią miałem, panie!

– Kiedy ją najlepiej zastać?

– Nie wiem. Często wyjeżdża… wraca raczej późno…

– Dobrze. Dziękuję panu. Niech pan czeka na gazowników!

– Dobra. Dobra – zakończył mężczyzna tym samym tonem, jakim zaczął.

Karol wyszedł na klatkę schodową z dziwnym uczuciem, że chętnie pchnąłby nożem tego obślinionego pijaka, ale jednocześnie był mu wdzięczny, bo usłyszał to, co chciał, i były to dobre wiadomości. Na tyle dobre, że nie musiał się zastanawiać, dlaczego w tym mieszkaniu zameldowana jest jakaś Sara Kaliska. Można było to łatwo wyjaśnić na sto sposobów. Wiedział o tym aż nadto dobrze.

Następnego dnia o siódmej rano ustawił samochód w miejscu, z którego miał doskonały widok na drzwi klatki numer 2.

Było dosyć ciepło i sucho. Wiedział, że rozpozna ją z łatwością. Jej obraz tkwił w jego pamięci, jakby był utrwalony w miejscu wybranym wyłącznie dla niej.

O siódmej trzydzieści zamknęło się okno sypialni, co oznaczało, że Zuza wkrótce będzie wychodzić. Pomyślał, że jeżeli codziennie wychodzi o tej porze, to z pewnością musi gdzieś pracować i pewno nie jest już freelancerem. Wolał, żeby była wolnym człowiekiem, tak jak mówiła we Lwowie.

Po chwili otworzyły się drzwi i wyszła Zuza. Karol instynktownie pochylił się w fotelu. Rozpoznał ją od razu. Słomkowozłote włosy miała spięte wysoko z tyłu głowy, identycznie jak wtedy, gdy widział ją ostatni raz w oknie pociągu do Kijowa.

Zatrzymała się na moment przed wejściem, jakby chciała się upewnić, jaka jest pogoda. Podniosła kołnierz granatowego żakietu w marynarskim stylu, ze złotymi guzikami. Była w dżinsach i czarnych butach na płaskiej podeszwie. Na ramieniu miała dużą czarną torbę sportową. Kompozycja stroju była trochę męska, dosyć prosta, a jednak dobrana z kobiecym smakiem i stylem, wzmocniona urodą Zuzy i harmonijnymi ruchami jej ciała.

Pamiętał ją trochę inną, w wakacyjnym otoczeniu, ale teraz, gdy patrzył, jak idzie szybkim, pewnym krokiem, a spięte włosy kołyszą się w takt jej ruchów, poczuł, jakby coś ścisnęło go za gardło, jakby niespodziewanie zamarzł i stracił kontrolę nad własnym ciałem. Nigdy wcześniej nie doświadczył podobnego doznania. Ale to było przyjemne.

Potrzebował chwili, by się opanować. Dopiero teraz się zorientował, że Zuza nie będzie jechać samochodem i prawdopodobnie zmierza w kierunku metra albo tramwaju. Postawił kołnierz kurtki, założył okulary i naciągnął głębiej czarną czapkę. Wyskoczył z samochodu, gdy Zuza znikała już za zakrętem.

Na placu Wilsona było już sporo porannych przechodniów zmierzających w różnych kierunkach. Jemu jednak się wydawało, że w Warszawie jest teraz tylko ich dwoje.

Weszła do metra. Karol musiał skrócić dystans, ale zachował bezpieczną odległość. Nie był gotowy na przypadkowe spotkanie, nie w takich warunkach.

Kupił bilet w automacie, przeszedł przez bramkę i zobaczył ją stojącą na peronie przy torze w kierunku Centrum. Było dużo ludzi i łatwo mógł się ukryć. Stanął na końcu peronu. Rzadko jeździł komunikacją miejską w Warszawie, bo bał się, że ktoś mógłby go rozpoznać.

Zuza stała bliżej początku peronu, zatem gdy wysiądzie, pójdzie do przedniego wyjścia – pomyślał.

Po chwili nadjechał pociąg. Karol odczekał, aż Zuza wejdzie do jednego z pierwszych wagonów, przepuścił wszystkich pasażerów i wsiadł ostatni do końcowego wagonu.

Wysiadał na każdej stacji, przepuszczając pasażerów, i wracał ostatni. Manewr ten wymagał od niego sporo zdecydowania i siły, jednak Karol radził sobie dobrze. Ta prosta technika pozwalała mu kontrolować, czy Zuza nadal jest w pociągu. Wysiadła z tłumem ludzi na stacji Centrum.

Jej jasne włosy prowadziły go bezbłędnie. Był bardzo blisko i wydawało mu się, że ona wyczuje jego obecność, odwróci się i spojrzy prosto na niego.

Gdy wyszli na zewnątrz, zwiększył dystans. Zuza skręciła w prawo i ruszyła w kierunku Dworca Centralnego.

Widział doskonale, jak przeszła na drugą stronę ulicy Emilii Plater i po chwili zniknęła w jednym z wieżowców. Wszedł za nią wraz z ludźmi spieszącymi do pracy.

Wrócił do domu w Iwicznej i od razu włączył Internet. W budynku, do którego weszła Zuza, było około czterdziestu instytucji. Skonstatował, że prawdopodobnie musi teraz pracować dla jakiejś firmy handlowej albo konsultingowej. Poczuł lekkie rozczarowanie i mocno zatrzasnął pokrywę komputera.

Oparł się na fotelu i założył ręce za głowę. Przez chwilę trwał w bezruchu. Dotarło do niego, że po tym wszystkim, co go dziś spotkało, potrzebuje wewnętrznej równowagi i wymiany energii. Postanowił, że pójdzie do siłowni w garażu i przez godzinę nad sobą popracuje, a potem za domem poćwiczy Falun Dafa. Zrobi dzisiaj pełny zestaw ćwiczeń, ale skupi się na Falun Zhou Tian Fa i Shen Tong Jia Chi Fa.

Gdy już będzie odnowiony i gotowy, zasiądzie znowu przy komputerze i spróbuje ustalić, w której firmie pracuje Zuza.

3

Konrad Wolski, naczelnik Wydziału Specjalnego „Q” Agencji Wywiadu, siedział w swoim pokoju na dwudziestym piętrze warszawskiego wieżowca i czekał. Przed nim na biurku stał zimny już kubek ze złotym symbolem CIA, nieduże drewniane pudełko o pięknym ciemnobrązowym wzorze i leżał iPhone 4S.

Minęły już ponad dwie godziny. Nie odbierał telefonów i zabronił sekretarce Ewie wpuszczania kogokolwiek aż do odwołania. Czas dłużył mu się niemiłosiernie, a czarne lusterko telefonu wciąż było martwe.

– Co się dzieje? – wymamrotał ze złością i przygryzł dolną wargę. Wziął do ręki telefon i wcisnął przycisk, jakby chciał się upewnić, czy przypadkiem nie przeoczył połączenia. Dobrze wiedział, że to bezsensowna reakcja, ale robił tak czasami, gdy denerwował się bardziej niż zwykle.

Popatrzył na pamiątkowy kubek z okazji pięćdziesięciolecia CIA, który kiedyś podarował mu warszawski rezydent, i pomyślał, że był to chyba dziesiąty kubek, jaki dostał od Amerykanów. Wszystkie oprócz tego jednego rozdał pracownikom, ale ci nigdy ich nie używali do picia kawy, jakby uważali, że nie może ona smakować z czegoś takiego, i przechowywali w nich przybory biurowe.

Konrad jednak używał go zgodnie z przeznaczeniem, bo odpowiadała mu powiększona pojemność i wygodny uchwyt.

Przeniósł wzrok na pudełko. Przekręcił srebrny kluczyk. Wewnątrz, pod spodem, umieszczona była mosiężna tabliczka z wygrawerowanym napisem: To Konrad with best wishes from your friends in Israel. January 1998.

Dostał je od Dawida Awnera, starszego od niego o siedemnaście lat oficera Mosadu, z którym współpracował przez wiele lat. Realizowali razem operację „Condor” w Iranie.

Dawid był prawdziwym przyjacielem i to on nauczył Konrada, czym jest świat islamu i kim są Izraelczycy. Ale nauczył go też czegoś znacznie ważniejszego: moralności, jaką powinien się cechować oficer wywiadu.

Zmarł pięć lat temu po wypaleniu miliona papierosów i wypiciu dwustu pięćdziesięciu hektolitrów arabskiej kawy. Konradowi bardzo brakowało jego prostej szpiegowskiej mądrości. Nikt tak jak Dawid nie potrafił wytłumaczyć spraw trudnych do zrozumienia dla wszystkich tych, którzy nie przeżyli Holokaustu.

Zawsze zachowywał zimną krew i znajdował słuszne rozwiązanie. Cierpliwość tracił jedynie wtedy, gdy zaczynali rozmawiać o ortodoksyjnych żydach, których uważał za zakałę i prawdziwe nieszczęście narodu izraelskiego. Sam był żydem reformowanym, urodzonym w Sosnowcu.

Pudełko zostało zrobione przez Izraela Białego, mosadowskiego arcymistrza wyrobów ręcznych, z dwóch dużych kawałków drzewa oliwnego, które po tysiącu lat owocowania uschło któregoś dnia na dziedzińcu jakiegoś starego domu w Jaffie. „Z jego drewna wytworzono przedmioty, które otrzymali sprawdzeni przyjaciele Izraela – mówił Awner, wręczając pudełko Konradowi. – W tym świętym drzewie, które przez setki lat rodziło owoce i które zawsze ktoś otaczał czułością, zaklęta była istota człowieczeństwa. To drzewo równie żarliwie kochali Żydzi, jak i Arabowie”. Tak mówił Dawid, który Arabów nazywał braćmi, a Persów uważał za przyjaciół.

Gdy wręczał Konradowi to pudełko, przestrzegał go, by dobrze się zastanowił, co w nim będzie przechowywał. Nie mogły to być jednak pieniądze. Do dzisiaj Konrad nic w nim nie trzyma. Nie znalazł jeszcze niczego takiego, co byłoby godne je wypełnić.

Otworzyły się drzwi i do pokoju weszła Sara. Od razu ciężko usiadła w fotelu, zapaliła papierosa i gestem pełnym złości uderzyła zapalniczką Zippo o ławę.

– No! Mów! – zaczął Konrad.

– Prokurator zapowiedział, że najprawdopodobniej będzie musiał przedstawić mi zarzut przekroczenia uprawnień. Wyobrażasz sobie?! Przekroczenia uprawnień! On nic nie rozumie! Co on może wiedzieć o pracy wywiadu… To nie jest normalny kraj…

– Jak to możliwe?! – Konrad był mocno poruszony.

– To młody prokurator… może chce na tym zrobić karierę… sama już nie wiem…

– Fuck! Może to jakiś oddany wyznawca sekty Zielińskiego!

– Najgorsze, że jak dostanę zarzuty, to Szef będzie musiał mnie zawiesić w czynnościach.

– Kiedy to może być?

– Nie wcześniej niż za miesiąc, półtora. Tak go przynajmniej zrozumiałam.

Po powrocie do Polski i zakończeniu sprawy archiwum NKWD „Travis” złożył raport o zwolnieniu ze służby w Agencji Wywiadu i szczegółowo opisał, jak doszło do zabójstwa pułkownika Stepanowycza z białoruskiego KGB.

Aresztowanie Rupertów, ojca i syna, wstrząsnęło sceną polityczną w Polsce i wymiotło prezydenta Zielińskiego, który nawet nie próbował ubiegać się o reelekcję. Ku zaskoczeniu wszystkich wybory wygrał Adam Poławski, kandydat Zjednoczonej Centrolewicy. Wkrótce nastąpiły też przedterminowe wybory parlamentarne i dotychczasowa koalicja rządowa ledwo utrzymała się w Sejmie. Opozycja przy wsparciu mediów doprowadziła do głębokiej wymiany elit w Polsce i jeszcze przed końcem roku szybka przebudowa sceny politycznej była zakończona. Powstał chimeryczno-hybrydowy centrolewicowy rząd, w którym lewica miała iluzoryczną władzę opartą na licznych trzeciorzędnych stanowiskach.

Jednak odchodząca ekipa, zgodnie ze swoimi ideałami, zostawiła szereg pułapek, w które naiwnie wpadali nowi politycy. Tak czy inaczej, albo ich nie widzieli, albo nie potrafili sobie z nimi poradzić.

Nie inaczej było w Agencji Wywiadu na Miłobędzkiej, gdzie generał brygady Zdzisław Pęk i jego zastępcy, jeszcze przed odejściem, złożyli pięć zawiadomień do prokuratury o popełnieniu przestępstw przez oficerów. Oczywiście starannie wyselekcjonowanych. Sprawa oficera o pseudonimie „Travis” była wręcz idealna, by odpowiednio zapłacić Konradowi Wolskiemu za wtrącanie się do polityki, jak uważał generał Pęk.

Przeliczyli się jednak, bo prokuratura wprawdzie wszczęła postępowanie, lecz nikomu nie postawiła zarzutów i wciąż prowadziła dochodzenie. Konrad bardzo przeżywał to, co się stało, ponieważ ostrze prokuratury skierowało się głównie przeciwko Sarze, która wyszkoliła i obsługiwała „Travisa”.

Pęk nie znał się na pracy wywiadowczej, ale przez lata po mistrzowsku opanował prostą zasadę – „dziel i rządź”. Doskonale wiedział, że prędzej czy później prokuratura skupi się na Sarze Korskiej, zastępczyni Konrada. I o to chodziło! Bo Konrad był odporny na własny ból czy upokorzenie, ale nie był przygotowany na jakiekolwiek oskarżenie wymierzone w jego współpracowników, a szczególnie w Sarę.

Dlatego Wydział Bezpieczeństwa Wewnętrznego tak skonstruował zawiadomienie, by odpowiedzialność przede wszystkim spadła na Sarę. Mimo rozpaczliwych ruchów Konrada prokuratura nie umiała albo nie chciała zrozumieć, że to on jest odpowiedzialny za sprawę „Travisa”. Pęk i jego zastępca „Ciężki”, informowani regularnie przez Marka Belika, zastępcę Konrada, wiedzieli aż nadto dobrze, że to, co zaboli twardą Sarę, dziesięciokroć mocniej zrani wrażliwego i trochę naiwnego Konrada.

Zawiadomienie o sprawie „Travisa” i Stepanowycza było oczywiste, bo takie jest prawo. Jednak uzasadnienie, jakie przekazała Agencja Wywiadu, wskazywało na możliwość popełnienia przestępstwa. Konrad i Sara byli dodatkowo sfrustrowani zaistniałą sytuacją, bo był to pierwszy przypadek, kiedy Agencja oskarżała własnych oficerów. A przecież „Travis” działał w stanie wyższej konieczności.

Po akcji w twierdzy brzeskiej i sprawie Rupertów Pęk nie przyjął raportu Konrada o zwolnienie, bo uznał, że musi mieć go na oku, a może dokładniej – w zasięgu ręki. Przynajmniej do czasu wyborów.

Po wyborach nowe kierownictwo Agencji Wywiadu zapewniało Konrada, Sarę i „Travisa”, że zrobi wszystko, by sprawa jak najszybciej została wyjaśniona, wyrażało sympatię i pełne poparcie, ale gołym okiem było widać, że nikt nie chce się w to angażować, by nie padło na niego jakiekolwiek podejrzenie. Po aferze Ruperta nowy premier był wyjątkowo przewrażliwiony i najpierw dokonywał egzekucji na swoich współpracownikach, a dopiero potem badał sprawę.

„Travis” brał na siebie całą odpowiedzialność i był gotowy ponieść karę, nie mógł więc zrozumieć, dlaczego prokurator wciąż traktuje go jak broń, narzędzie, którym miała się posłużyć Sara.

– Co będzie, to będzie! Nie ma sensu teraz się tym zamartwiać – stwierdziła Sara, bo nie chciała już o tym myśleć.

– Widziałaś Marcina?

– Nie.

– Nie widziałaś jego nowego wcielenia?

Sara spojrzała z zainteresowaniem na Konrada, bo Marcin zawsze dostarczał im dużo radości i czasami trosk. Nie wyobrażali sobie, by Wydział Specjalny „Q” mógł bez niego istnieć.

– Już nie ma tego dawnego Marcina z pomadą na włosach, syntezy macho-żigolo… tych jego ciemnych okularków, podkoszulków i koszul à la Bahama…

– Chory? – z lekką ironią wtrąciła Sara.

– Sama idź i zobacz. – Konrad ruchem głowy wskazał na drzwi. – Dziś jego pierwszy dzień w nowej skórze. Dosłownie… nowej skórze. Poczekaj… – przerwał na moment. – Zawołam go. – Wcisnął interkom. – Ewa! Niech przyjdzie do mnie Marcin. I… dwie kawy.

Po jakiejś półminucie do gabinetu Konrada wszedł Marcin, ale Sara, siedząc w fotelu, w pierwszej chwili go nie poznała. Wstała, podeszła bliżej i z niedowierzaniem obejrzała go od stóp do głów. Konrad przysiadł na biurku i oglądał tę scenę z rozbawieniem.

– To ty? Marcin! Uszczypnij mnie Konrad. – Sara z coraz większym rozbawieniem lustrowała wzrokiem Marcina. – Tak będziesz chodził codziennie? To… – dotknęła go ręką – to… jest wygodne? Jestem naprawdę… naprawdę bardzo zaskoczona. Ale… skąd ta niespodziewana zmiana?

– Taaak… – z wyraźnym ociąganiem i udawaną flegmą zareagował Marcin. – Teraz dopiero jestem sobą.

– Nooo… ja… nic nie mówię… więcej… muszę powiedzieć, że mi się podoba.

Marcin zrobił poważną minę, podciągnął nogawkę czarnych skórzanych spodni i pokazał wysoką cholewkę kowbojskich butów.

– Tysiąc! – zakomunikował.

– Skąd masz takie przetarte skórzane spodnie? – zapytał Konrad.

– No… kupiłem od jednego kolesia…

– A po co ci te rzemienie na bokach? To tak ma być?

– Nooo… jeszcze dobrze nie wiem, ale są cool.

– Podnieś tę kamizelkę… Frędzelki takie trochę nie tego… niemęskie – z lekką ironią zauważyła Sara.

– Czaszka ze skrzydłami w jakichś płomieniach. Ciekawe! Co to znaczy? – zapytał Konrad, oglądając czarną koszulkę Marcina, który kiwał tylko z politowaniem głową nad ignorancją szefa.

Stroju dopełniał srebrny sygnet na palcu, koraliki na szyi, dwudniowy zarost i zaczesane do tyłu włosy.

– Mam nadzieję, że nie masz tatuaży. Wiesz, że to u nas niedozwolone! – dorzucił Konrad. – Nooo… i nie jesteś chyba w żadnym gangu?

– Szefie, kurczę, szpieg też potrzebuje trochę wolności! Zawsze chciałem mieć motor… no… taki Easy Rider. Każdy prawdziwy mężczyzna mnie zrozumie… Ja dzisiaj tak tylko. Wczoraj zdałem prawo jazdy na motor…

– Jaki masz motor?

– Kupiłem od kolesia czarnego harleya-davidsona V-Rod VRSC z dwa tysiące piątego roku – ożywił się natychmiast Marcin i wyjął zdjęcie. – Oto cacuszko! Pojemność tysiąc sto, sto pięć koni… i niech szef patrzy… wydech Screaming Eagle, to znaczy słyszysz, a nie widzisz… Kupiłem go już trzy miesiące temu i wiernie na mnie czekał, aż się nauczę jeździć!

– Podoba mi się twoja metamorfoza – wtrąciła Sara. – Będziesz teraz musiał zabrać mnie na wycieczkę albo na jakiś zjazd… Goście na takich motorach są sexy. Liczę jednak, że masz też pod ręką nasz strój służbowy?!

– Czuję, że teraz używasz wody po goleniu Harley-Davidson. – Konrad przybliżył się do Marcina i pociągnął nosem.

– Szef to ma węch!

– Okay! Obejrzymy twój motor później – oznajmił Konrad. – Teraz odszukaj mi raport z naszej wizyty w Säpo we wrześniu… ten, który dotyczył nielegała Jorgensena. Pamiętasz?

– Jakże mógłbym zapomnieć?! Szefie! To moja sprawa… najlepsza… A co? Coś nowego?

– Przynieś i już!

Marcin wykręcił gwałtownie na wysokim, podciętym obcasie i o mało się nie przewrócił.

– Coś nowego? – zapytała Sara.

– Przyszła depesza od Olafa Svenssona. Ustalili, dlaczego Rosjanie chcieli zlikwidować Hansa Jorgensena i oszczędzili jego syna Carla. To może być ciekawe! Chcą jednak rozmawiać w cztery oczy i zapraszają nas do Sztokholmu.

– Świetnie! – zareagowała entuzjastycznie Sara. – Ta Linda Lund bardzo mi przypadła do serca. Profesjonalistka, przy tym wrażliwa. Ma dziewczyna głowę… i seksapil… nie?

– Podobna do ciebie. Macie coś wspólnego, chociaż to ty bardziej wyglądasz na Szwedkę niż ona. Masz, przeczytaj sobie całą depeszę ze Sztokholmu.

– Kiedy jedziemy? Bierzemy Marcina, jak poprzednio?

– Gdyby się dowiedział, że pojechaliśmy rozmawiać o Jorgensenie bez niego, mógłby być dla siebie niebezpieczny, nie mówiąc już o nas – zażartował Konrad. – Czekaj! – Nagle jakby coś sobie przypomniał. – Pamiętasz tego Hasana Mardana z dredami… no, tego arabskiego przystojniaczka od Olafa… nie pamiętasz?

– Jasne, że pamiętam! Co się tak dopytujesz? Żadna dziewczyna nie zapomni takiego faceta!

– Olaf mówił mi, że to też harleyowiec…

W tym momencie wszedł Marcin i położył na biurku Konrada raport. Miał już wyjść, kiedy zatrzymała go Sara.

– Jedziemy do Sztokholmu… w przyszłym tygodniu. – Spojrzała na Konrada, który potwierdził skinieniem głowy. – Zajmij się wszystkimi przygotowaniami. Jedziesz z nami, więc odśwież sobie sprawę Jorgensena…

– Pamiętasz Hasana Mardana? – zapytał Konrad.

– Tak.

– To ten oficer Säpo, pół Irańczyk, pół Irakijczyk…

– Pamiętam.

– On też podobno jest harleyowcem.

– Wiem.

– Skąd?

– Bo te spodnie i motor kupiłem od niego – odparł Marcin trochę niepewnym głosem.

Sara i Konrad popatrzyli na siebie ze zdumieniem, bo Marcin ani słowem nie zdradził, że utrzymuje kontakt z Mardanem, na co powinien mieć formalną zgodę przełożonych.

– Hasan to mój najlepszy przyjaciel. Muszę prosić o zgodę na przyjaciela? – zapytał z rozbrajającą miną.

Odpowiedziało mu wymowne milczenie obojga przełożonych, pokonanych jego szczerością.

– Nie masz wrażenia, że Marcin czasami czyta w twoich myślach? – zapytał Konrad, gdy zostali sami, ale Sara tylko wzruszyła ramionami i też wyszła z pokoju.

4

Swoje plemię zaczął zbierać prawie jedenaście lat temu. W najśmielszych myślach nie przypuszczał, że stanie się ono tak potężnym orężem.

Karol przewodził w Zatoce Psów Niewiernych jako Mirmillo i nikt spośród dziesięciu braci nie znał jego prawdziwej tożsamości. Wybrał najlepszych, najwaleczniejszych i najwierniejszych.

Każdy z nich miał zdolności i osobiste doświadczenie porównywalne z bliznami weteranów Delta Force, lecz zdobyte w świecie cyberwojny. Dziesięciu hakerów zjednoczonych w plemieniu, którego jedynym celem było odnaleźć świętego Graala, by z niego czerpać nieograniczoną niczym wolność i prawdę. I oddać je w służbę ludzkości.

Oni nie wierzyli, oni wiedzieli, że świadomość to jedyna droga do pokoju i pomyślności skłóconego i podzielonego świata, że wolność jest pełna albo jej w ogóle nie ma.

Wiedzieli, że poszukiwanie nie jest łatwe i będzie wymagać ofiar. Byli na to przygotowani. Oddani sobie bezgranicznie, pozbawieni jakichkolwiek wątpliwości i strachu.

Zatoka Psów Niewiernych była plemieniem wyjątkowym. Idea wolności i świadomości człowieka łączyła ich tak mocno, że dawała siłę nieporównywalną z niczym, co powstało dotąd w sieci. Najważniejsze było jednak wzajemne zaufanie i służba, a nie pieniądze, które miały znaczenie jedynie techniczne. Były właściwie złem koniecznym i powinny kiedyś zniknąć.

Nie znali takich pojęć jak wiara, Bóg, ojczyzna, honor. Ich zawołaniem było zapomniane już Wolność, Równość, Braterstwo, Wszystkiego, Wszystkich i Wszędzie. Albo Śmierć – jak z pełnym przekonaniem dodawał w duchu Karol.

Karol jako Mirmillo był nie tylko twórcą Zatoki i niekwestionowanym wodzem. Był też jej bankierem i księgowym. To dzięki wierności i wzajemnemu zaufaniu plemię przez tyle lat, niezauważone przez nikogo, mogło walczyć o swój cel, choć największe potęgi współczesnego świata z pewnością chciałyby je zniszczyć. Nie było na świecie państwa, stolicy, służby czy koncernu, które świadome możliwości Zatoki Psów Niewiernych nie zrobiłyby wszystkiego, by wypalić ją do żywego, zniszczyć, wymazać albo najlepiej zaprząc do własnego rydwanu.

Być może nie było to jedyne takie plemię na świecie, ale z pewnością najpotężniejsze. Oni sami wiedzieli o tym doskonale i dodawało im to jeszcze sił, tak jak poczucie, że efekt ich walki jest coraz lepiej widoczny i – wraz z nieustannym rozwojem świadomości nadchodzących pokoleń – niemożliwy już do powstrzymania. Każdy dzień przynosił postęp technologiczny ponad podziałami cywilizacyjnymi i rozszerzał świat Wolności, Równości i Braterstwa.

Dla Karola dżihad i Zatoka to było jedno. Dwie idealnie uzupełniające się części. Nie wiedział o tym też profesor Ahmed al-Husajn, który od lat prowadził Hamonda przez świat. Więcej, to właśnie Ahmed zainspirował go do założenia Zatoki, choć o tym nie wiedział.

Profesor uważał, że ideały rewolucji francuskiej są dzisiaj największym sojusznikiem islamu i dzięki nim Francja jest obecnie ojczyzną ośmiu milionów muzułmanów. Choć twórcy Deklaracji praw człowieka i obywatela w 1789 roku wcale nie myśleli o Arabach, którzy mieszkają teraz na przedmieściach, na ulicach, w poprawczakach i więzieniach. Te same ideały przyświecały setki lat wcześniej Hasanowi ibn Sabbahowi, który wołał: „Misjonarze dla ludu i mordercy dla przywódców!” – twierdził profesor i Safir podążał za jego wskazaniem, pełny wiary i oddania.

Ani Sajed, ani tym bardziej Raszid nie byliby w stanie tego pojąć. Odrzucali wszystko, czego nie rozumieli, bo widzieli w tym zagrożenie. Nawet Sajed, który świat Zachodni znał bardzo dobrze, uważał, że ideały plemion cyberprzestrzeni są przedłużeniem żydowsko-krzyżowej konkwisty i z założenia muszą być wrogie islamowi. „I żaden imam prorok jeszcze się nie narodził” – zwykł mówić z pewną dozą ironii, ale z Internetu korzystał często i sprawnie. Dlatego Karol trzymał sprawę Zatoki Psów Niewiernych w tajemnicy przed kierownictwem Al-Kaidy, a ono na szczęście nigdy nie pytało, skąd się bierze ta jego nadzwyczajna efektywność.

Spośród braci najważniejszy i najstarszy jest Retiarius. Przekonany libertarianin, obywatel Nowego Jorku. Kiedyś był współpracownikiem Erica Stevena Raymonda w programie Open Source i miał swój wkład w powstanie Linuxa. Drugie miejsce w Wielkiej Radzie zajmuje Provocator, Amerykanin z Seattle, który wsławił się wyciągnięciem z Microsoftu dokumentu Halloween Memo. Wielu uważa, że był ojcem przełomowego momentu w wyzwoleniu się społeczności hakerskiej. Mirmillo cenił go jednak najbardziej za walkę partyzancką z koncernem IBM.

Pozostali jeźdźcy nie mają takiego doświadczenia i nie byli legendami środowiska. Byli za to niezwykle utalentowani w żeglowaniu między chmurami i mają nadzwyczaj ważne i użyteczne kontakty. Wszyscy to typowe geeki. Gal w Sztokholmie – genialny informatyk i były współpracownik WikiLeaks, Andabata w Londynie – pracownik serwisu bezpieczeństwa w Citibank, i Bestiarius w Hajfie – inwalida, były oficer Szin Bet. W sumie w Zatoce było dwóch Amerykanów, Niemiec, Szwed, Anglik, Izraelczyk, Arab – najlepszy phreaker, Chińczyk i Polak – wyjątkowe black haty, i Rosjanin wyspecjalizowany w wyszukiwaniu samurajów i kontaktach z rosyjską mafią karderską.

Zatoka była zacumowana na anonimowym serwerze w Katarze. Obsługiwał i zabezpieczał go Gal. System komunikacji i język opracował Retiarius przy pomocy nieświadomego niczego pracownika naukowego NSA.

O tym wszystkim wiedział tylko Mirmillo. Natomiast dla braci liczył się tylko cel, wolność i zaufanie. Nic więcej! W Zatoce nie było granic, państw, narodowości, ras, religii ani płci. I mało kto na świecie, oprócz nich, mógłby to zrozumieć. Ich śmiertelnymi wrogami byli zarówno wszyscy ci, którzy nie uznawali wolności totalnej, czyli wojsko, służby specjalne, politycy, jak i wszystko to, co sankcjonowało ich prawny i finansowy byt.

Miejsce szczególne w ich sercu zajmowały Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, żandarm świata i gwarant globalnego pax americana w wydaniu irackim, afgańskim, kubańskim i setkach innych. Największy wróg wolności.

5

Wyszedł spod prysznica i owinął się spranym, poszarpanym ręcznikiem frotté.

Dzień jak co dzień… od dwóch miesięcy – pomyślał, stojąc przed lustrem w łazience służbowego mieszkania na ulicy Krasnodarskiej w moskiewskiej dzielnicy Lublino.

Przetarł ręką zaparowane szkło, ale jego odbicie wciąż było nieostre. Otworzył szeroko drzwi i po chwili lustra nabrały wyrazu.

Delikatnie dotknął policzka, gdzie jeszcze niedawno od nosa do ucha ciągnęła się szeroka, szarpana blizna. Przyzwyczaił się do niej przez osiem lat. Nawet więcej. Polubił ją! Była jak jego znak firmowy. Dodawała mu wiary w siebie i bojowego uroku.

Poprowadził palcem po bliźnie cienkiej jak cięcie skalpela i nie wyczuł żadnych zgrubień. Opuchlizna zeszła już zupełnie. Twarz nabrała teraz dziwnej symetrii. Pojawiło się zupełnie nowe oblicze Andrieja Trubowa.

Jednak to nie była jedyna ważna odmiana w jego życiu.

Wszystko zaczęło się od tego, że któregoś dnia Trubow postanowił zrobić sobie tatuaż. Tatuaże nosili wszyscy jego koledzy ze specnazu, ale jemu najbardziej podobały się rysunki na ciele Gali, co miała farbowane na zielono włosy i paliła camele. Gala była niedrogą studentką Akademii Sztuk Pięknych, nigdy się nie spieszyła, nie targowała i można było z nią pogadać. I wyraźnie lubiła go bardziej niż innych klientów.

On też lubił ją bardziej niż inne dziewczyny, z którymi dotąd obcował. Mimo zielonych włosów Gala wyglądała niemal jak idealna kopia Mii Wallace. Może miała zbyt duży nos i za krótkie nogi, ale nigdy wcześniej nie spotkał kobiety tak bliskiej ideału Mii. Vincent Vega był też jedynym zagranicznym wzorem, który mógł zaakceptować. W Rosji podobnych do Vincenta macho było pełno, nawet znacznie lepszych, ale Gala w roli Mii była jedyna. Tytuł filmu, w którym widział Mię i Vincenta, nic mu nie mówił, więc nawet nie próbował go zapamiętać.

Od Gali dowiedział się sporo o malarstwie. Dotąd malarstwo łączyło się dla niego nierozerwalnie z nazwiskiem Ajwazowski, a nazwisko Ajwazowski z malarstwem, ale teraz wiedział dużo więcej.

Kiedy po raz pierwszy zobaczył Galę nagą, od razu pozazdrościł jej pięknej żyrafy z wielką grzywą wykłutej na widocznej skoliozie, między lekko wystającymi łopatkami, i krzywego zegara przyklejonego do ramienia niczym ciepły blin. Nie podobało mu się jedynie sporych rozmiarów jajko tuż nad wzgórkiem Wenery. Dlatego od razu zadzwonił z rekomendacji pewnego kolegi do samego Głogowa, artysty wyjątkowego na skalę Federacji, który miał dom na Rublowce. Przedstawił mu swój pomysł, a ten przygotował rysunek. Drogo to kosztowało, ale efekt był tak imponujący, że gdyby Głogow zażądał za swoją pracę trzy razy więcej, Trubow też by się nie zawahał zapłacić. Dałby nawet i cztery razy więcej!

Artysta sam był tak zachwycony swoim dziełem, że nie mógł pozwolić, by klient poszedł do pierwszego lepszego salonu. A że było to dzieło sygnowane, polecił Trubowa swojemu przyjacielowi, artyście, mistrzowi tatuażu z salonu Prizim Tatoo na Lublinskiej 171.

Dzieło zrobiło równie duże wrażenie na mistrzu tatuażu. Był głęboko przejęty jego rozmiarem, szczegółowością i dramatyzmem. Obliczył, iż potrzeba będzie na nie przynajmniej ośmiu, dziesięciu sesji. Trubow jednak wolał zapłacić więcej i zakończyć pracę w ciągu czterech spotkań. Mistrz wątpił, czy klient wytrzyma taki ból, ale skoro on sam tego sobie życzył, nie mógł mu odmówić. W głębi duszy wiedział, że i tak nie wytrzyma.

Oczywiście się pomylił! Trubow nie tylko wytrzymał, ale chwilami nawet przysypiał, chociaż nie był pijany jak wielu innych klientów. Ale zdziwiłby się mistrz jeszcze bardziej, gdyby wiedział, że tatuowanie sprawiało mu nawet przyjemność.

Trubow postanowił, że obejrzy dzieło dopiero, kiedy będzie gotowe, i przez te wszystkie dni spał w domu na brzuchu, bo, nie wiadomo dlaczego, bał się, że może je uszkodzić.

Tego dnia, gdy było już skończone, kupił cztery duże lustra i zawiesił je w łazience. To był ważny dzień, więc kupił też butelkę wódki i wyłączył telefon komórkowy.

Tydzień później, nim wszedł do łazienki, przygotował się psychicznie i wypił z gwinta pół butelki. Odczekał chwilę, aż wyostrzą mu się zmysły, i ruszył. Wszedł do pomieszczenia, które wypełniło się jego odbiciami. Wyglądało, jakby do małej łazienki wszedł pluton dorodnych spadochroniarzy.

Powoli rozebrał się do naga, składając każdą część garderoby na taborecie. Robił to z uwagą i w ściśle określonym porządku. Nie potrafił znaleźć na to właściwego określenia, ale czuł, że właśnie dzieje się coś niezwykłego i pięknego zarazem.

Zamknął oczy, nabrał głęboko powietrza, podniósł w górę ręce i wyprężył się tak mocno, jak tylko mógł. Trwał w tej pozycji minutę i pięć sekund, po czym powoli wypuścił powietrze i otworzył oczy. Najpierw nieśmiało, potem coraz odważniej oglądał swoje plecy, które początkowo sprawiały wrażenie, jakby wcale nie były jego. Jakby do łazienki wszedł z nim ktoś obcy.

Na całych jego plecach widniał symetrycznie rozplanowany dwugłowy, skrzydlaty smok wyprężony w śmiertelnym starciu z niewidzialnym wrogiem. Osłaniał się od ciosów potężnymi skrzydłami, a zakrzywione ostre dzioby zionęły ogniem. Nic jednak nie dodawało mu grozy w równym stopniu co przerażające oczy podkreślone czerwoną i zieloną barwą.

Szczegółowość rysunku i fantazja kompozycji mogły wzbudzać nie tylko szacunek, uznanie czy podziw. Ten smok z powodzeniem może budzić także strach i zmusza do pokory – uznał z dumą Jagan.

Na samym dole kompozycji ptasie szpony smoka schodziły aż na pośladki i dotykały dwóch niedużych blizn. W jednym szponie smok trzymał obciętą, krwawiącą brodatą głowę z zamkniętymi oczami, a w drugiej duży zakrwawiony nóż Kizlyar z dedykacją Putina.

Zarówno artysta Głogow, jak i mistrz tatuażu uznali, że głowa Jana Chrzciciela w szponach smoka ma dużą siłę wyrazu i szczególne znaczenie dla wszystkich wiernych na Rusi, toteż umieszczenie jej właśnie na pośladku było trochę kontrowersyjne. Jednak Trubow niewiele wiedział o Janie Chrzcicielu, a obcięta brodata głowa należała do kogoś zupełnie innego, bardziej realnego, bo wciąż żywego. Niemniej pomysł artysty Głogowa dotyczący Jana Chrzciciela bardzo mu się spodobał, bo dodawał mistycznej siły przesłaniu, jakie chciał w tych symbolach zawrzeć.

Narodził się smok, którego mógłby ktoś przyrównać do bizantyjskiego orła, ale to był jednak smok. Prawdziwy, pięknie wytatuowany na szerokich, umięśnionych męskich plecach! Nie jakiś chiński dragon, jakich pełno na tłustych rękach, nogach, anorektycznych plecach i dupach różnych socjopatów i frustratów na całym świecie.

To był najprawdziwszy rosyjski smok na rosyjskim zdrowym, silnym ciele. Więc wszystkie spotkania z Galą odbywały się teraz w łazience pełnej luster i zapalonych świec. Trubow nigdy wcześniej nie przypuszczał, że obserwowanie smoka w lustrach, jak się wije, wykrzywia, drży, dostarczy mu tak niezwykłych doznań i wyzwoli z niego siłę, jakiej chyba nie ma nikt.

Potem zawsze długo stał pod zimnym prysznicem, bo czuł, że rozpalony do ostateczności, spragniony smok właśnie tego potrzebuje, by się uspokoić. Nikt jednak, oprócz Gali, nie wiedział o smoku i demonicznej sile, jaką wyzwalał w Trubowie.

Jagan stał teraz wyprostowany przed lustrem w towarzystwie kilku swoich kopii i pomyślał, że może powinien odmienić się także duchowo.

– Odmienić? To znaczy, co? Zapuściłem włosy. Zrobiłem smoka. W zasadzie niby dlaczego miałbym się zmieniać… z powodu usunięcia tej blizny? To chyba wystarczy… – powiedział na głos, spojrzał sobie prosto w oczy i po chwili dodał niepewnie: – Przecież nawet nie wiem… nie pamiętam, co się stało… skąd się wzięła. – I poczuł, jak smok się porusza, zaniepokojony dreszczem. – Właściwie to ja już się odmieniłem… i duchowo, i fizycznie – rzucił zdecydowanie i pokiwał głową.

Wspomnienie letniej nocy w zburzonym domu na Kaukazie tkwiło w nim niezłomnie przez te wszystkie lata, bo to był najważniejszy dzień w jego życiu. Teraz miał smoka i nie był już sam. Miał z kim dzielić sprawę czeczeńskiego diabelskiego rodzeństwa.

Amina, Rustam i bliźniacy Szamil i Asłan… Bladź! Nigdy nie zapomnę! – pomyślał w przypływie złości. – Bladź! Nie zapomnę! Jedenaście lat temu to były małe potworki, jak mówił kapral Zorin, co nie miał oczu… Teraz to już pewnie dorosłe diabły. Któregoś dnia dopadnę ich… tego Rustama. To on ma mój nóż! Blizna to blizna, to akurat mógłbym im darować, ale Zorina…

Zakończył obdukcję swojego nowego oblicza, ostatni raz rzucił okiem na smoka i zgasił światło. Wziął z taboretu złożone w kostkę ubranie i wyszedł z łazienki.

Jego dziwna przypadłość uniemożliwiająca zapamiętywanie twarzy jakoś dziwnie nie dotyczyła czeczeńskiego rodzeństwa. Ich twarze utrwaliły mu się w pamięci, jakby były wyryte w płytce ze stali nierdzewnej. Kiedy więc poprosił Galę, żeby odtworzyła ich portrety, wynik był zadziwiający.

Wyglądało to tak, jakby Gala po prostu skopiowała tę stalową płytkę z jego pamięci i powstały trzy wizerunki, jak żywe. Trzy, bo Asłan i Szamil jako bliźniacy niczym się od siebie nie różnili. Teraz wisiały w pokoju, gdzie spał, i w kuchni, i w przedpokoju, niemal wszędzie. Oczywiście miał je też w swoim telefonie.

Wciąż owinięty w ręcznik, podszedł do okna i wyjrzał z dziesiątego piętra na daleki rosyjski krajobraz. Tarcza słońca wisiała gdzieś nad Uralem. Dochodziła szósta trzydzieści. W mieszkaniu było już jasno.

Słońce od kilku godzin wędrowało nad Rosją, budząc kolejne miasta i wsie, i było w tym coś nielogicznego, że jednocześnie każdy Rosjanin jest w innym momencie swojego życia. Czasami Trubow myślał, że to niesprawiedliwe, jakby ktoś kogoś oszukiwał.

Zwinął z podłogi materac, na którym ćwiczył, i włączył najnowszy album Lube, Swoi, który od kilku miesięcy puszczał niemal nieustannie.

Była szósta trzydzieści cztery, gdy zadzwoniła jego służbowa komórka. Odebrał bez słowa i czekał. Ci, którzy znali jego numer, wiedzieli, że Jagan ma taki zwyczaj. Nie ufał nawet telefonom.

– Jedziemy! – usłyszał rozradowany głos w słuchawce.

– To dlaczego dzwonisz dopiero dzisiaj? – zapytał.

– Chwilę temu dzwonił do mnie Zaricki – odparł spokojnie głos. – Dlaczego rano…? Czort jego znajet! Ma swoje powody!

– Kiedy jedziemy?

– Jeszcze nie wiem. Mamy dzisiaj o dziewiątej spotkanie z Zarickim i Gruzowem, więc bierz dupę w troki i pędem melduj się u mnie! – Głos nie brzmiał groźnie, raczej wesoło.

– Wiesz co, Jura? – rzucił Jagan, wpatrując się w atramentowe niebo. Czuł, jak rozpiera go coś między euforią a satysfakcją. – Jeżeli nie jedziemy dzisiaj, to musimy to oblać… ja muszę… to dla mnie dobra wiadomość, czekałem na nią jedenaście lat!

– Wchodzę, Andriusza! – zdecydowanie zapewnił głos i wyłączył się.

Trubow stał jeszcze przy oknie. Nie mógł się oderwać od widoku, który teraz, po tym, co usłyszał, uważał za najpiękniejszy, jaki widział. Wiadomość od partnera, Jury Kosowa, była tym, na co czekał od dawna.

Zaricki z GRU i Gruzow z FSB byli wyjątkowo zdolnymi oficerami rosyjskich służb i nikt w całej Federacji nie wiedział lepiej od nich, co się dzieje na Kaukazie. Nawet sam prezydent! Zaricki i Gruzow prowadzili najlepszą agenturę wewnątrz organizacji islamskich na Kaukazie, i nie tylko.

Wiadomość, na którą czekał, oznaczała, że złapali w końcu kontakt na Muhamedowa, cichego, ale najinteligentniejszego ze wszystkich czeczeńskich komendantów, który zarządzał kontaktami z Al-Kaidą. Był doktorem socjologii i znał kilka języków, czyli znacznie się różnił od innych bojowników czeczeńskich. Wzbudzał zaufanie i szacunek także u swoich wrogów. Jagan też go tak traktował i dlatego perspektywa ujęcia Muhamedowa wykraczała daleko poza sprawę osobistą. Stawała się misją w imieniu Federacji Rosyjskiej i rozliczeniem za tych towarzyszy, którzy padli z jego ręki.

Opinia publiczna nie wiedziała o nim zbyt wiele, bo nie wsławił się żadną akcją terrorystyczną w metrze, teatrze czy szkole. Mało kto również się orientował, że gdyby nie on, to płomień dżihadu na Kaukazie wygasłby już dawno. Muhamedow stał za finansowym wsparciem dla bojowników świata islamu. Ludzi dobierał z niezwykłą wnikliwością i intuicją, więc wprowadzenie konfidenta w jego szeregi było prawie niemożliwe.

Mimo że Zaricki i Gruzow uchodzili za dobrych oficerów, kierownictwo podjęło decyzję, że sprawę Muhamedowa przejmie Służba Wywiadu Zagranicznego. Nie tylko dlatego, że działalność Czeczena wykraczała poza granice byłego Sojuzu, ale przede wszystkim także dlatego, że FSB nie była na tyle szczelna, żeby sprawa miała szansę na pozytywne zakończenie. Wiadomo było od dawna, że Muhamedow ma w tych służbach swoje wtyczki.

Trubow wyraźnie pamiętał szarą, ślepą twarz kaprala Zorina. Wydawało mu się, że to przez te wyłupane oczy. Nie miał pamięci do twarzy ani nazwisk, szczególnie tych, którzy zginęli. Ale te oczy to co innego. Zorin ze swoim cierpieniem w ciemnej komórce pod podłogą uosabiał wszystkich poległych towarzyszy.

Dla Jagana Muhamedow był przede wszystkim środkiem, drogą, drogowskazem, pomysłem na to, jak odnaleźć Aminę, Rustama i bliźniaków. Obiecał sobie kiedyś, że zanim ich zabije, nie z osobistych powodów oczywiście, tylko za Zorina, będzie musiał odzyskać swój nóż i wyjaśnić, co się stało o świcie w zburzonej chacie w czeczeńskich górach osiemnastego lipca 2001 roku.

Brał potem udział w akcji na Dubrowce w październiku 2002 roku i dokładnie obejrzał wszystkie zabite czeczeńskie smiertnice i męskie ścierwo, ale Aminy tam nie było. Ani braciszków. W jakimś sensie był nawet z tego zadowolony, bo to tylko on miał prawo wymierzyć im karę. A tak uniknęliby losu, jaki im zaplanował, i byłoby w tym coś niesprawiedliwego. Do dzisiaj Amina nie weszła do panteonu świętych, podobnie jak żaden z jej braci. Jagan sprawdzał to w FSB za każdym razem, gdy zginął jakiś czeczeński bojownik lub wybuchła smiertnica.

Jeżeli żyją gdzieś na świecie, odnajdę ich. Na pewno! – powtarzał regularnie po cichu i na głos.

6

Zaczęła się już pora deszczowa i nad ostrymi szczytami gór Ajban i Dżabal Nukum otaczających Sanę zbierały się chmury wypiętrzone na kilka kilometrów. Wyglądały, jakby były wykute z solidnego marmuru.

Karol najbardziej lubił przyjeżdżać do Jemenu właśnie w porze deszczowej. Gwałtowne burze jak wodospady oczyszczały wtedy ulice miasta i poprawiały suche zwykle powietrze. Wszyscy nagle nabierali chęci do życia, bo przez następne kilka miesięcy wypalona dotąd ziemia obrodzi wspaniale, w wielu miejscach kraj soczyście się zazieleni i ożywią się ptaki Kaukabanu. Można by sądzić, że na Półwyspie Arabskim tylko Jemeńczycy mogą mówić, że w ich kraju występują dwie pory roku. Karol jednak uważał to stwierdzenie za grubo przesadzone, bo na pustyniach nigdy nie padał deszcz.

Samolot linii Royal Jordanian z Ammanu przyleciał o czasie, chociaż rozkład lotów na tej linii był umowny. Podobnie zresztą jak kodeks drogowy, zwyczajowy i w najwyższym stopniu ogólny. Inaczej mówiąc, zasady ruchu drogowego były formą zalecenia, sugestii, a nie prawa. Mustafa, kierowca taksówki, za dwa tysiące riali szybko dowiózł Karola z lotniska El Rahaba do Bab al-Jaman w północnej części starej Sany. Karol oczywiście nigdy nie pozwoliłby sobie powiedzieć taksówkarzowi, że Koran ma niewiele wspólnego z zasadami ruchu drogowego, ale obecność Allaha z pewnością pomogła im dojechać bezpiecznie.

Ostatni raz był w Jemenie ponad dwa miesiące temu, w górach u Sajeda al-Szariego. Jednak od tego czasu działania Amerykanów nabrały niespodziewanej aktywności, a drony coraz częściej krążyły po niebie, więc szef jemeńskiej Al-Kaidy musiał czasowo zerwać kontakty z otoczeniem.

Dlatego jego łącznikiem w Sanie był teraz Raszid z klanu Sajeda. Odważny młody człowiek, ale tak zaślepiony w walce o sprawę islamu, że Karol miał spore wątpliwości, czy jest odpowiedni do roli, którą mu powierzono. Planował porozmawiać o tym z Sajedem, jak tylko nadarzy się okazja.

Sajed bardzo liczył się ze zdaniem Karola, ale nie dlatego, że był on Europejczykiem i znał kilka języków, tylko przede wszystkim dlatego, że był jedyny i niezastąpiony. Mógł być tym, kim chciał. Żaden z nich nigdy nie zagrałby takiej roli!

Argumentował zawsze prosto, a jego pragmatyzm był czymś zupełnie niepojętym w tym środowisku. Nie uznawał praw klanów i dzięki temu Al-Kaida miała się dobrze i otwierały się przed nią całkiem ciekawe perspektywy. Rozumiał to Sajed, Omar i – co najważniejsze – Ajman, który teraz oficjalnie najlepiej wiedział, co jest dobre dla Bazy.

Wysiadł przy bramie Bab al-Jaman. Po jej drugiej stronie zaczynało się Stare Miasto. U ulicznego sprzedawcy kupił dwa kubki zimnego soku z limonki i przysiadł na kamiennym murku.

Mimo że w Jemenie czuł się jak w domu, tym razem tę harmonię zakłócały nieustanne myśli o Zuzie.

Niestety, nie zdążył przed wyjazdem ustalić, w której firmie pracuje, ale nie miało to większego znaczenia, skoro wiedział, gdzie mieszka. Był już gotowy z nią porozmawiać. Przeprowadzić najważniejszą rozmowę życia. Szykował się do niej przez cały czas. Miał przygotowane odpowiedzi na jej pytania. Miał też swoje pytania, ale jego wyobraźnia biegła uporczywie do chwili, kiedy wejdzie do jej mieszkania i zanim zaczną rozmawiać, będą się kochać. I ta myśl pozbawiała go panowania nad sobą, wyzwalała podniecenie, przez które tracił samokontrolę. Potrzebował potem sporo czasu, by wyzwolić się z uścisku tego marzenia i zacząć myśleć logicznie. Zaczynał się bać sam siebie.

Gdyby nie to, że Sajed polecił mu natychmiastowy przyjazd do Sany, byłby już prawdopodobnie po rozmowie z Zuzą. A kto wie, może byłaby teraz z nim, tu, w jego Arabii.

Było wczesne popołudnie, jakieś dwadzieścia osiem stopni, bezwietrznie, wilgotno, z niewielkim zachmurzeniem. Na niebie dominował słoneczny dysk. Karol lubił taką pogodę. Zimny sok z limonki smakował wyśmienicie. Stare Miasto w Sanie było dla niego kwintesencją wszystkiego co arabskie, pozbawione jakiegokolwiek konformizmu, pełne piękna i prawdy o historii Arabia Felix. Sana miała to, czego nie miało żadne inne arabskie miasto – Żywą Przeszłość! Pogoda, architektura, ludzie… właściwie wszystko razem stanowiło nierozerwalną kompozycję ozdobioną duchem islamu i wonią przypraw. Parzonej po turecku świeżo mielonej kawy z kardamonem, ciemnożółtego curry, bordowego sumaku.

Ruszył wypolerowanymi przez wieki wąskimi brukowanymi uliczkami starej Sany, by dotrzeć do suku Al-Milh, gdzie stragan z sandałami miał Ramadan, który od dwóch lat był jego pierwszym łącznikiem. Wyłącznie jego łącznikiem.

Aden, Sana to były miasta Karola, jego miejsce na ziemi. Lokalne służby specjalne oficjalnie z sukcesami walczyły z Al-Kaidą, ale w rzeczywistości robiły tylko to co niezbędne, byle nie doprowadzić do wojny domowej, jak w Iraku czy Afganistanie. Bojownicy z Jemenu już kilka razy pokazali, do czego są zdolni.

Al-Kaida Półwyspu Arabskiego opiera się na związkach plemiennych i świętym prawie gości, a to są więzy znacznie silniejsze niż jakiekolwiek relacje państwowe. Karol, mimo że czuł się bezpiecznie, musiał przestrzegać zasad konspiracji nawet tutaj, bo był łącznikiem Al-Kaidy. Najważniejszym!

Po sprawie Nigeryjczyka Omara, który spartolił robotę w samolocie Northwest Airlines, Amerykanie mocno się zdenerwowali i zaczęli naciskać na władze jemeńskie, by ostrzej rozprawiły się z miejscową Al-Kaidą.

Zawsze uważał, że najpierw nazywa się Karol Hamond, a dopiero potem Safir as-Salam ibn Butrus. Używał zresztą tak wielu nazwisk i dokumentów, że właściwie było to obojętne, jak się nazywa. Jednak imię Karol nadali mu rodzice, a nazwisko Hamond otrzymał po ojcu i dlatego miały dla niego szczególne znaczenie. Czuł się Polakiem wyznania muzułmańskiego, jak jego przewodnik duchowy Michał Czajkowski herbu Jastrzębiec, a nie jakiś Jusuf Islam.

Choć teraz modlił się i chodził do meczetu stanowczo za rzadko, by zadowolić współbraci, to miał czyste sumienie, bo był przede wszystkim wojownikiem Allaha i ważną postacią dżihadu. Lecz dżihad Karola Hamonda był obliczony nie tylko na szerzenie islamu, lecz również na walkę o wyzwolenie i sprawiedliwość. Skierowaną przeciw kapitalistom, oligarchom, dyktatorom i amerykańskiej demokracji siły, Rosji i Chinom i wszystkim tym, którzy są z nimi. Przeciw globalizacji wedle ich standardów.

Od dawna był przekonany, że musi się poświęcić walce. Na świecie nikt już nie walczył z monopolem na jedyną prawdę judeołacińskiego świata, tylko islam, religia ludzi biednych, okradanych z tożsamości, godności i majątku.

Odkąd wypaliły się komunistyczne ideały, znikła nadzieja światowej rewolucji i upadł Związek Radziecki, a Chiny już tylko formalnie nazywają się Ludową Republiką i bezwzględnie kolonizują świat swoim kapitałem, Koran pozostał ostatnią szansą na wyzwolenie. W Ameryce Południowej dawni rewolucjoniści, czciciele Tupaca Amaru i Che Guevary, zostali demokratycznymi prezydentami i premierami, ale liczba faweli wcale się przez to nie zmniejszyła. Chrystus z karabinem na ramieniu strzeże teraz już tylko pól kokainowych.

Mimo że miał wiele wątpliwości, to gdy zrobił pierwszy krok na tej drodze, wiedział, że nie może się cofnąć. I nigdy tego nie żałował! Nawet przez chwilę! Wiedział, że zginie, lecz nie bał się śmierci, i nie dlatego, że uspokajała go wizja raju i tłumu hurys, ale dlatego, że warto jest walczyć o lepszy świat, lepszego człowieka, oddać życie za wolność i równość, za cierpiących.

Nigdy też nie zaakceptował talibów i wahabitów, bo wiedział, że to nieuniknione zjawisko uboczne trwającej rewolucji. Był przekonany, że islam poradzi sobie z tym problemem później. Jak każda rewolucja. Na razie są potrzebni. Uważał, że kiedy naród odzyska swoje bogactwa naturalne, będzie można edukacją walczyć z zacofaniem w świecie islamu i cywilizacja ta rozkwitnie jak przed wiekami. Pojawi się Mahdi. Znikną talibowie, wahabici, salafici – jak zniknęli albigensi i katarzy – gdy wyznawcy Allaha zaczną czytać także inne książki niż tylko Koran i Sunnę i gdy nie będą im potrzebni pośrednicy, by zrozumieć ten najtrudniejszy przewodnik po życiu człowieka.

O tym, jak Safir pojmował islamską rewolucję, nie wiedział w Bazie nikt. On sam nie dzielił się z nikim swoimi poglądami, chociaż miał je dobrze ukształtowane. Chwilami popadał w zniechęcenie, kiedy widział bezkres wyznawców islamu unikających jakiejkolwiek próby jego zrozumienia i pozbawionych woli odnalezienia w nim nie tylko wiary, lecz także idei i myśli łączącej ludzi. Kiedy jednak patrzył na białą masę wiernych jak mgławica galaktyczna cudownie wirującą w Mekce podczas hadżu, to czuł, że w tym ruchu jest potężna magiczna siła, jakiej nie ma nigdzie na świecie.

Nikt nigdy nie pokona ekstremistów islamskich, nie ma takiej armii na świecie, tylko sami muzułmanie mogą to zrobić. Karol dobrze o tym wiedział i był przekonany, że kiedyś tak będzie.

7

Konrad wyjął z niebieskiej tekturowej teczki kilkustronicowy dokument sporządzony prostą bezszeryfową czcionką. Była to jego własna relacja ze spotkania z partnerami z Säpo, którą sporządził we wrześniu ubiegłego roku po powrocie ze Szwecji.

Teraz musiał przypomnieć sobie szczegóły sprawy Hansa Jorgensena, rosyjskiego nielegała w Szwecji, i wszystko, co się wtedy wydarzyło. Bo chociaż mogło się wydawać, że sprawa zakończyła się wraz z jego śmiercią, to jednak w rzeczywistości tak nie było. Toczyła się dalej z nowym impetem i dostarczała wielu wartościowych informacji. Czasami wprost bezcennych!

Przyniosła też niezamierzone skutki uboczne. Zrodziło się coś szczególnego, więź sympatii między oficerami AW i Säpo, przypieczętowana przez Marcina Dolskiego i Hasana Mardana wspólną miłością do motocykli Harley-Davidson.

Warszawa, 2009.09.09

Ściśle tajne

Egzemplarz pojedynczy

NOTATKA SŁUŻBOWA

dot. wizyty delegacji Wydziału „Q” AW w Szwecji w dniach 02–04 bm.

Skład delegacji AW: naczelnik mjr Konrad Wolski, z-ca naczelnika kpt. Sara Korska i inspektor por. Marcin Dolski.

Strona Säpo: z-ca szefa Säpo Kurt Lövenström, szef Wydziału Rosja KW Olaf Svensson, oficer Linda Lund, oficer Hasan Mardan i oficer KSI Per Gustavsson.

Do Sztokholmu nasza delegacja przyleciała o godz. 9.50. Z lotniska odebrał nas Olaf Svensson, którego poznałem już wcześniej podczas jego wizyty w Warszawie w związku ze sprawą H. Jorgensena. W samochodzie poinformował nas o programie wizyty.

Udaliśmy się minibusem Säpo do hotelu Scandic Sergel Plaza w centrum Sztokholmu. O godzinie 13.00 Olaf Svensson odebrał nas z hotelu i pojechaliśmy samochodem na lunch do restauracji Kungsholmen.

Sashimi było wyborne – pomyślał Konrad. To ciekawe, że taka prosta potrawa może w różnych miejscach różnie smakować… To nie pizza, nie chińszczyzna…

W restauracji oczekiwali nas wszyscy ww. oficerowie szwedzcy.

Oficjalnie przywitał nas Kurt Lövenström w imieniu szefa Säpo Paulssona.

Przedstawiłem członków naszej delegacji, a Lövenström – oficerów Säpo. Następnie poinformował krótko, że po lunchu udamy się do siedziby Säpo, gdzie omówimy wszystkie interesujące nas sprawy.

Lunch przebiegł w nadzwyczaj serdecznej i przyjacielskiej atmosferze. Korzystną okolicznością było to, że, jak już wspominałem, Svensson i Gustavsson byli w Polsce wcześniej i mieliśmy okazję poznać się bliżej. Z uwagi na miejsce rozmowy dotyczyły tematów pozasłużbowych.

O godz. 14.20 udaliśmy się do siedziby Säpo na Polhemsgatan. Rozmowy odbyły się w pomieszczeniu specjalnym.

Rozpoczęły się od wystąpienia Lövenströma, który podziękował AW za informacje dotyczące Jorgensena, a w szczególności za opis jego spotkania z Krzysztofem Rupertem w Sopocie. Miały one decydujące znaczenie dla prowadzenia całego rozpracowania. W nawiązaniu do słów L. poinformowałem, że autorem sprawy był por. Marcin Dolski.

Marcin wyglądał wtedy, jakby miał za chwilę eksplodować z zadęcia – przypomniał sobie z rozbawieniem Konrad. Rzeczywiście! Hasan Mardan podszedł wtedy do niego, żeby mu pogratulować. Tak było!

Następnie Lövenström poinformował, że sprawa Jorgensena nie dość, że się nie zakończyła, to jeszcze nabrała nowej dynamiki i że w ramach szwedzkich służb specjalnych, tj. MUST, KSI, Säpo i FRA, powołany został specjalny, głęboko utajniony zespół. O wynikach jego prac będą sukcesywnie informowane służby partnerskie. Lövenström podkreślił, że ww. służby otrzymają informacje tylko w takim zakresie, jaki nie doprowadzi do dekonspiracji źródła.

Kierownictwo państwa, w tym osobiście premier Szwecji, podjęło decyzję, że w dowód uznania dla naszego wkładu w rozpracowanie H. Jorgensena strona polska (Agencja Wywiadu) w drodze wyjątku otrzyma pełną informację.

Premier rządu szwedzkiego ma wkrótce podziękować osobiście premierowi rządu polskiego za wkład polskich służb specjalnych w umacnianie bezpieczeństwa Szwecji.

Pamiętam, że aż mnie wtedy coś ścisnęło w gardle, bo i ja miałem poinformować Szwedów, że aresztowano nie tylko Ruperta z IPN – pomyślał Konrad. Jak premier Szwecji dowiedział się o tym od Lövenströma, to pewnie stracił ochotę na rozmowę ze swoim polskim kolegą o wzorowej współpracy służb. Minister obrony Rupert przez kilka lat bynajmniej nie umacniał międzynarodowego bezpieczeństwa, w tym i Szwecji. Wręcz odwrotnie!

Następnie K.L. oddał głos Olafowi Svenssonowi, który oświadczył, że wiadomość, jaką nam przekazano za pośrednictwem naszego łącznika w ambasadzie, nie była kompletna. Stwierdził krótko, że Hans Jorgensen nie zginął w swoim domu w Åkersberdze, tak jak wcześniej nas poinformowali. Prosili o zrozumienie, ale sytuacja po tych dramatycznych wydarzeniach była dynamiczna i musieli najpierw uporządkować sytuację u siebie.

Głos zabrała Linda Lund, która wraz z Hasanem Mardanem i O.S. była uczestnikiem akcji.

Lund potwierdziła, że przekazane przez nas informacje pozwoliły Säpo podjąć ofensywne działania operacyjne wobec Hansa Jorgensena i jego syna Carla Jorgensena, oficera wywiadu szwedzkiego KSI.

Następnie przedstawiła chronologicznie przebieg wydarzeń.

W domu letniskowym H.J. w Å., gdzie planowane było spotkanie J. i jego syna Carla, zainstalowana została technika operacyjna, podgląd i podsłuch. Säpo miało przesłanki, żeby przypuszczać, iż będzie w stanie uzyskać tą drogą informacje o działalności wywiadowczej Jorgensenów na rzecz Rosji. Tymczasem zanim pojawił się H.J., kamery zarejestrowały w jego domu nieznanego człowieka z blizną na twarzy, mówiącego po rosyjsku.

Tego samego dnia oficer policji z dzielnicy Solna poinformował Säpo, że w tamtejszym hotelu zatrzymało się dwóch podejrzanych rosyjskojęzycznych mężczyzn. Zameldował się tylko jeden, o nazwisku Garbinow. Posługiwał się paszportem łotewskim. Wieczorem tego samego dnia doszło do strzelaniny, w której zginął policjant i jeden pracownik hotelu, a drugi został ciężko ranny. Później ranny policjant potwierdził, że strzelał do niego mężczyzna z blizną, ujawniony wcześniej w domu J. Wtedy jednakże nasi partnerzy mieli tylko zdjęcie Garbinowa. Policja rozpoczęła akcję poszukiwawczą na terenie całego kraju. W tym momencie sprawa H.J. nie łączyła się jeszcze ze sprawą Garbinowa.

Następnego dnia rano nasi partnerzy otrzymali od SIS informację potwierdzającą, że Garbinow jest odpowiedzialny za dokonane kilka lat wcześniej w Szkocji zabójstwo dwóch rosyjskich nielegałów, którzy przeszli na stronę Brytyjczyków. W tym czasie ustalili również, że człowiek z blizną, którego zauważono w domu H.J., i ten z hotelu to ta sama osoba. Po analizie wszystkich informacji doszli do wniosku, że G. i „Blizna” to rosyjskie komando likwidacyjne, które przyjechało do Szwecji wyeliminować H. Jorgensena i prawdopodobnie jego syna Carla. Dom H.J. został dodatkowo zabezpieczony przez antyterrorystów i ukrytych obserwatorów, a równocześnie w całym kraju trwały intensywne poszukiwania obu Rosjan. Tymczasem do swojego domu przyjechał H.J., a potem przybył jego syn z konkubiną (znaną dziennikarką telewizyjną). Partnerzy sądzili, że do zamachu może dojść w domu H.J. Nie było wiadomo, jakimi motywami mogli kierować się Rosjanie, skoro Jorgensenowie dla nich pracowali.

O godz. 23.20 oficer Hasan Mardan odnalazł w zaroślach ciało zamordowanego oficera z obserwacji. Wkrótce potem okazało się, że Garbinow i „Blizna” są w domu H.J., który wraz z synem przebywał w piwnicy, gdzie, jak partnerzy podejrzewali, miał urządzoną kryjówkę. Napastnicy byli uzbrojeni w automat MP5 i broń krótką. Mieli też granaty. Partnerzy nie mogli dopuścić do zabójstwa Jorgensenów i wywiązała się intensywna strzelanina z oddziałem antyterrorystów. Po pierwszej wymianie ognia dom zaczął się palić. Po analizie nagranego materiału partnerzy doszli do wniosku, że został podpalony w piwnicy. Nastąpiła kolejna wymiana ognia. Napastnicy użyli dwóch granatów błyskowych o wyjątkowej sile rażenia. Dotychczas nieznanych. Wymiana ognia trwała kilka minut i zanim dotarło wsparcie, dom doszczętnie spłonął. Partnerzy zaprezentowali nam kilkuminutowy film nakręcony przez kamery wewnątrz i na zewnątrz domu.

Następnie głos zabrał oficer Hasan Mardan.

W trakcie strzelaniny H.M. przebywał z drugiej strony domu, pod oknem. „Blizna” prawdopodobnie wyskoczył przez okno i spadł na H.M., który stracił przytomność. Gdy już niemal cały drewniany dom obejmowały płomienie, H.M. odzyskał przytomność i zauważył, że z okienka w podpiwniczeniu wysuwa się Hans Jorgensen, a po chwili wyciąga nieprzytomnego Carla. Po kilku minutach dotarł helikopter ze wsparciem i straż pożarna, ale dom praktycznie już spłonął.

Ponownie głos zabrał Olaf Svensson.

Hans i Carl Jorgensenowie nie zginęli. Nie spłonęły też dokumenty. Obaj zostali natychmiast przewiezieni do tajnego ośrodka KSI na wyspie w pobliżu Sztokholmu. Jak się okazało po ich przesłuchaniu, Hans Jorgensen w rzeczywistości nazywa się Andriej Wołkowski. Był rosyjskim nielegałem najpierw w Danii, a następnie w Szwecji. Urodził się przed wojną jako obywatel Polski we wsi Miedwiedki pod Grodnem. Obaj, ojciec i syn, jednoznacznie przyznali, że następnego dnia miał się oddać w ręce władz szwedzkich. Nikt oprócz Carla nie wiedział, że zamierza się ujawnić. Sam Carl nie był współpracownikiem rosyjskich służb. Natomiast Rosjanie prawdopodobnie wiedzieli, że jest on oficerem szwedzkiego wywiadu, i Garbinowowi kategorycznie zakazano jego eliminacji. Sprawa ta jest obecnie przedmiotem szczegółowego badania, ponieważ Carl osobiście prowadził najważniejszą szwedzką agenturę w obwodzie kaliningradzkim. Ma to szczególne znaczenie, gdyż Hans nigdy nie poinformował Moskwy, że jego syn jest oficerem szwedzkiego wywiadu. Wciąż otwarte pozostaje zatem pytanie, dlaczego Rosjanie chcieli zabić Hansa Jorgensena, chociaż nie wiedzieli, że ma zamiar zdezerterować, a postanowili oszczędzić jego syna Carla. Partnerzy poinformowali nas, że nie wykluczają wersji, iż Rosjanie mają agenta wewnątrz szwedzkich służb i zorientowali się, że Hans jest rozpracowywany. W związku z tym Svensson spytał, czy możemy podobną analizę przeprowadzić w naszej służbie.

Poinformowałem wówczas partnerów, że oczywiście takiej analizy dokonamy, jednakże Jorgensenem zainteresowaliśmy się na prośbę strony szwedzkiej. Ponadto aresztowanie agenta Ruperta, z którym się spotkał H.J., nastąpiło już po wydarzeniach w Åkersberdze. Zatem wyciek z naszej strony jest mało prawdopodobny. O sprawie Jorgensena wiedziały w AW trzy osoby. Zapewniłem jednak partnerów, że sprawę zbadamy dogłębnie i o wszystkim ich poinformujemy.

Olaf Svensson ujawnił, że Hans Jorgensen przekazał uratowany z pożaru przy pomocy H. Mardana zbiór bezcennych dokumentów, a w szczególności notatnik, który prowadził skrupulatnie od lat. W notatniku tym, nazwanym „Berlingske-Posten 1953”, H.J. zapisywał wszystkie czynności, które wykonywał. Ponieważ był uplasowany w Urzędzie Imigracyjnym, specjalizował się w przygotowywaniu i legalizowaniu przerzucanych na Zachód radzieckich i rosyjskich nielegałów. Partnerzy prowadzą w tej chwili szczegółową analizę tego dokumentu, ale już wstępnie oceniają, że jest to materiał o ogromnym znaczeniu operacyjnym. Dodatkowo H.J. mimo podeszłego wieku ma doskonałą pamięć i przejawia wolę współpracy.

W związku z tym partnerzy, za zgodą premiera, podjęli decyzję o utajnieniu sprawy Jorgensenów. Następnego dnia zwołana została konferencja prasowa, na której oficjalnie poinformowano o śmierci Hansa Jorgensena, Carla Jorgensena i Igora Garbinowa oraz nadano wydarzeniom w Åkersberdze charakter kryminalny.

Jak się później okazało, Garbinow i „Blizna” dotarli do domu Jorgensena skradzioną łodzią motorową, którą później odnaleziono zatopioną u wybrzeży Wysp Alandzkich. Na tej podstawie partnerzy zakładają, że „Blizna” wydostał się tą łodzią do Rosji przez Finlandię. Brak bliższych danych na temat tego człowieka. Wiadomo, że jest brutalny, bezwzględny i wyjątkowo niebezpieczny. Zdjęcia z kamer są słabe i zniekształcone efektem „rybiego oka”, lecz partnerzy pracują nad stworzeniem portretu „Blizny”. Nie ustalono, który z nich zamordował oficera Säpo. Media zostały poinformowane ogólnikowo, że funkcjonariusz zginął w walce. Formalnie prokuratura umorzyła śledztwo w związku ze śmiercią sprawcy, tj. Garbinowa. W ocenie partnerów to najsłabszy punkt prowadzonej operacji, ponieważ Rosjanie prawdopodobnie wiedzą, że oficer zginął w wyniku podcięcia gardła. „Blizna” wydostał się, ale nie wiadomo, jaką wersję wydarzeń przedstawi swoim przełożonym w Moskwie.

Głos zabrała Linda Lund.

Zapytana, dlaczego Jorgensen zdecydował się przejść na naszą stronę, potwierdziła, że był to wynik jego głębokiej przemiany psychicznej, na którą miało wpływ wiele czynników. Sprawa ta jest przedmiotem głębokiej analizy psychologicznej i faktograficznej. Już teraz jednak widać, jakie były dwa zapewne najważniejsze czynniki. Po pierwsze, H.J. bał się, że Rosjanie się zorientują, kim jest jego syn (pracował przecież na kierunku rosyjskim), i niewykluczone, że tak właśnie się stało. Po drugie, H.J. otrzymał od Ruperta kopię dokumentu (raport profesora Bardy), w którym jest mowa o jego rodzinnej wsi Miedwiedki na Grodzieńszczyźnie. Jorgensen przeczytał w nim, że mordu na mieszkańcach tej wsi dokonało NKWD w przebraniu polskich partyzantów. Zginęła wtedy cała jego rodzina. Nie wiedział o tym i przez całe życie o tę zbrodnię obwiniał Polaków. Na tej osobistej tragedii zbudował całe swoje późniejsze życie, które wiódł i tak pełne wątpliwości aż do dnia, kiedy pojął, co się stało w Miedwiedkach. Zrozumiał, że nazywa się Hans Jorgensen, a nie Andriej Wołkowski.

To zadziwiające, z jaką swobodą Linda poruszała się w temacie – pomyślał Konrad. Szkoda, że tak sucho streściłem to, co mówiła. Piękna dziewczyna! Już gdzieś widziałem ten typ urody… Nawet mówiąc o naszych historycznych sprawach, używała właściwej terminologii… chociaż to Szwedka…

Partnerzy nie wątpią w szczerość Hansa i Carla. Obaj dwukrotnie przeszli badania na wariografie z wynikiem negatywnym. Niemniej jednak w sprawie pozostało tak wiele znaków zapytania, a materiał wywiadowczy jest tak szokujący (właściwie O.S. użył słowa „przerażający”), że jeszcze długo trzeba będzie pracować nad uwiarygodnieniem źródła jego pochodzenia (H.J.). Partnerzy zdają sobie sprawę, że nie są w stanie przeprowadzić tego sami. Nie chcą też na razie angażować Amerykanów ani Anglików, którzy mają wprawdzie duże doświadczenie w pracy na kierunku rosyjskim, ale to właśnie oni byli głównym obiektem zainteresowania H.J.

„Jak zwykle pozwolił pan sobie zabardzo naczelniku!” – Konrad przeczytał na marginesie adnotację generała Pęka, zapewne świadczącą o głębokiej dysleksji.

Może… może nawet miał rację! – pomyślał.

Per Gustavsson (KSI).

Poinformował, że Carl Jorgensen jest wciąż komandorem Szwedzkiej Marynarki Wojennej i oficerem wywiadu. Wszystko to, co się zdarzyło tamtego dnia, było dla niego potężnym wstrząsem. Wciąż jest pod opieką psychologów, podobnie jak jego konkubina Sophie Lundberg. Mimo to radzi sobie nadzwyczaj dobrze. Powstała niezwykła sytuacja, z którą partnerzy nie wiedzą jeszcze, jak sobie poradzić. Carl Jorgensen i Hans właściwie przestali istnieć, gdyż oficjalnie spłonęli w domu w Åkersberdze i zostali pochowani w Jakobsbergu. Jednocześnie Hans Jorgensen nabył swoje nazwisko na drodze przestępstwa popełnionego w Niemczech. Czy zatem Carl Jorgensen nosi to nazwisko zgodnie z prawem? Hans Jorgensen nazywa się Andriej Wołkowski, ale nie ma na to żadnych dowodów, a jego wieś nie istnieje. Jak stwierdził z pewnym rozbawieniem P.G., aby uregulować status Jorgensenów, trzeba by zmienić cztery punkty w konstytucji Szwecji, pięć ustaw i ogromną liczbę innych przepisów. To jest z oczywistych powodów niemożliwe. Partnerzy poszukują prawnych możliwości uregulowania tej kwestii.

Najważniejszym problemem pozostaje wyjaśnienie, dlaczego Rosjanie zdecydowali się na likwidację Hansa Jorgensena, a nie mieli tego samego zamiaru wobec Carla. Dodatkowo przy zwłokach Garbinowa znaleziono urządzenie z nieznanym dotąd szwedzkim specjalistom, co podkreślił G., środkiem chemicznym mogącym wywołać atak serca. Rosjanie mogli przecież wezwać H.J. do Moskwy, mogli też go porwać, a tymczasem zdecydowali się na jego eliminację w tak spektakularnych okolicznościach. Według oceny partnerów pośpiech w ich działaniu wskazywał, że czegoś się obawiali i nie ufali H.J. Ich determinacja musiała być czymś sprowokowana. Najbardziej prawdopodobna jest wersja, że Rosjanie odkryli, iż Carl jest oficerem szwedzkiego wywiadu, i dokonali analizy wszystkich informacji, jakie na jego temat przekazywał H.J. Mogli uznać, że H.J. ukrywał to z powodów osobistych, bo nie chciał narażać syna. Tak czy inaczej Carl nie byłby użyteczny dla Rosjan, gdyby Hans nie powiedział mu o sobie prawdy, a mieli podstawy się obawiać, że Carl nie przeszedłby na ich stronę. Wówczas straciliby ich obu wraz z całą wiedzą, jaką posiadają. Byłoby lepiej, gdyby Hans zmarł na atak serca, bo Rosjanie zabraliby swoje dokumenty i dopiero wtedy przystąpili do kontruderzenia i werbunku Carla, opierając się na materiałach, jakie mieli na jego ojca. Ta wersja oznacza zatem, że Carl był rozpracowywany i któryś z jego agentów w Kaliningradzie jest podstawiony przez Rosjan. A może nawet niejeden. Kolejne pytanie, na które usiłują odpowiedzieć sobie partnerzy, to dlaczego Garbinow i „Blizna”, mimo że zabili policjanta w hotelu i wiedzieli, że postawili w stan gotowości całą Szwecję, podjęli ryzyko dokończenia akcji. Najwyraźniej musieli mieć takie rozkazy. Oznacza to ni mniej, ni więcej, tylko konieczność realizacji zadania dokładnie tego dnia, kiedy Säpo rozpoczęło działania w Åkersberdze. Partnerzy są zatem przekonani, że Rosjanie wiedzieli o planowanych działaniach i chcieli uprzedzić służby szwedzkie. Zatem – Rosjanie mają w ich szeregach swojego informatora. Po „naturalnej” śmierci Jorgensena i wyczyszczeniu jego schowków nie można by mu nic udowodnić. Wówczas i Carl byłby poza podejrzeniem. Ta wersja wskazuje, że Rosjanie najprawdopodobniej nie wiedzieli, że nasza służba (AW) ustaliła tajny kontakt Jorgensena z Rupertem w Sopocie, gdyż inaczej musieliby uznać, że Hans i Carl są spaleni, więc cała operacja w tym kształcie nie ma sensu. Partnerzy stoją na stanowisku, że przeciek nastąpił w Szwecji, a nie w Polsce. Analiza wydarzeń wskazuje też, że informator nie był w grupie bezpośrednio realizującej zadanie, ponieważ nie wiedział, że w domu Jorgensena zamontowano kamery i mikrofony. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że gdyby Rosjanie zostali o tym poinformowani, nie weszliby do domu, tylko zrealizowali inny scenariusz. Czyli – według rozeznania informatora – Säpo nie miało wtedy jeszcze wystarczających dowodów na to, że H.J. pracuje dla Rosjan. W przeciwnym razie ci ostatni nie pokusiliby się o tak ryzykowną akcję.

Linda Lund.

Zgodnie z jej koncepcją, którą popiera kierownictwo Säpo, należy mówić, że mamy do czynienia nie z jednym, ale z co najmniej dwoma informatorami. Pierwszym, który wiedział, że Hans Jorgensen znalazł się w kręgu zainteresowania szwedzkiego wywiadu, gdyż odwiedził altanę w Visby, i drugim, który wiedział, że tego dnia zostaną przeprowadzone działania w Åkersberdze. Zatem Rosjanie prawdopodobnie mieli nawet dwa, niezależne źródła informacji.

Do rozmowy włączył się Hasan Mardan.

Partnerzy uważają tę wersję za najbardziej prawdopodobną i, niestety, najtrudniejszą do rozwikłania, gdyż dotyczy dużej liczby ludzi z różnych jednostek szwedzkich służb i podjęcie próby ustalenia informatorów zostałoby zapewne dostrzeżone przez Rosjan. Tym samym cały pomysł z „uśmierceniem” Jorgensenów nie miałby sensu, a Rosjanie zdążyliby wyczyścić to, co H.J. miałby do przekazania, zanim partnerzy zdążyliby odebrać od niego informacje. Na szczęście Rosjanie nie wiedzą, że H.J. prowadził notatnik „Berlingske-Posten 1953”.

I to jest przyjaciel Marcina? – przypomniał sobie Konrad. Chyba Arab, skoro ma na imię Hasan… Sprawiał dobre wrażenie… nie tylko zawodowe. Muszę porozmawiać teraz z Sarą, żeby mu się nie przyglądała zbyt nachalnie… Trochę mnie to wkur… Ciekawe! Oficer kontrwywiadu, kierunek Wschód, Arab, w garniturze i z dredami. Jak on wkłada kask motocyklowy? Zaraz! – zastanowił się nagle. Jak Marcin powiedział? Najlepszy przyjaciel! Kurczę, czy tu nie rozkwita jakieś uczucie?

Kurt Lövenström.

Podziękował jeszcze raz za pomoc i informację na temat H.J., która zapoczątkowała jedną z największych operacji szwedzkich służb specjalnych. Prosił, byśmy ponownie przejrzeli sprawę Jorgensena. Podkreślił, że przeciek nastąpił najprawdopodobniej w Szwecji, zbadać jednak trzeba wszystkie okoliczności.

Na tym o godz. 18.00 zakończył się pierwszy dzień rozmów ze szwedzkimi partnerami. Wieczorem udaliśmy się do restauracji Den Gyldene Freden w Gamla Stan. Nie poruszaliśmy już tematów służbowych. W kolacji, która przebiegła w serdecznej i przyjacielskiej atmosferze, nie uczestniczył Kurt Lövenström.

Kurczę, „w serdecznej i przyjacielskiej”, tak… ale Marcin i ten Hasan… Cholera! – Konrad wyraźnie się zaniepokoił. Siedzieli obok siebie i rzeczywiście… coś tam… nooo… Kurczę! Niemożliwe! Zauważyłbym wcześniej! Fuck!

Konrad czuł się nieswojo.

A jeżeli nawet, to co? Co mnie to może obchodzić? Nie można się tatuować, ale preferencje… dlaczego nie?! Muszę porozmawiać z Sarą. Tak się wpatrywała w tego Hasana, że pewnie coś by zauważyła.

Następnego dnia o godz. 9.30 odebrał nas z hotelu Hasan Mardan. Udaliśmy się ponownie do siedziby Säpo. Skład partnerów był taki sam jak poprzedniego dnia.

Twardzi są! – pomyślał z rozbawieniem. Nawet nie można było po nich poznać, że kolacja przeciągnęła się do północy, a potem był jeszcze nocny rajd po kilku klubach. Linda przebiła Sarę! To niemożliwe! Najsłabszy był Per… Fajni są! Jesteśmy tacy podobni do siebie…

Ta część rozmów przeznaczona była na prezentację naszych informacji (zgodnie z raportem zatwierdzonym przez gen. Zdzisława Pęka).

Na wstępie w imieniu szefa AW i całego zespołu złożyłem wyrazy ubolewania z powodu śmierci funkcjonariuszy podczas tej trudnej i niebezpiecznej operacji. Zapewniłem też, że dokonamy szczegółowej analizy sprawy pod kątem ewentualnych zagrożeń dla konspiracji prowadzonych działań. W nawiązaniu do naszego wcześniejszego szyfrogramu, w którym donosiliśmy o aresztowaniu Zenona Ruperta pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji, przekazałem partnerom informację, że Z.R. już na początku przesłuchania przyznał się do kontaktu z Jorgensenem w Sopocie, lecz nie miał najmniejszego pojęcia, kim on jest, jak się nazywa, skąd przyjechał i jakiej jest narodowości. Ponadto po spotkaniu z H.J. sprowadził sobie do pokoju hotelowego dwie prostytutki i pił cały następny dzień. Miał w związku z tym poważne zaburzenia pamięci. Ani Rupert, ani Jorgensen nie byli pod obserwacją. Jorgensen sprawdzał się, ale nic nie ustalił. Czyli Rosjanie nie mogli podjąć decyzji o eliminacji Jorgensena na podstawie tego zdarzenia. Tym bardziej że od tego spotkania do wydarzeń w Åkersberdze było zbyt mało czasu na przygotowanie akcji. Także teraz nasi partnerzy nie mają się czego obawiać, bo te sprawy się ze sobą nie łączą, i w naszej ocenie mogą spokojnie kontynuować działania.

Szczegółowo przedstawiłem okoliczności rozpracowania i aresztowania Zenona Ruperta oraz dotychczasowe wyniki jego przesłuchań. Naszych partnerów ciekawiło szczególnie, jakiego charakteru informacje, uzyskiwane z tytułu pracy w Instytucie Pamięci Narodowej, przekazywał Rosjanom. Dlaczego ci ostatni tak wielką wagę przywiązywali do zasobów IPN i jakie negatywne skutki przyniosła interesom Polski penetracja tego ośrodka przez SWZ. Wyjaśniłem partnerom, że wciąż badamy zakres zniszczeń. Jeszcze zbyt wcześnie na obiektywną ocenę, lecz już na tym etapie możemy powiedzieć, że straty dla państwa polskiego są ogromne. Partnerzy pytali, kiedy oficjalnie poinformujemy opinię publiczną o aresztowaniu Ruperta (wydaje się, że zdają sobie sprawę z politycznych konsekwencji ujawnienia tego faktu).

Następnie powiedziałem, że z upoważnienia szefa AW chcę ich powiadomić nieoficjalnie o zdarzeniu, które wkrótce będzie upublicznione, z jednoczesną prośbą o niezwłoczne przekazanie tej informacji kierownictwu państwa szwedzkiego. Chodziło o to, że w kilka dni po aresztowaniu Zenona Ruperta, pracownika IPN, aresztowany został jego ojciec Karol Rupert, minister obrony narodowej RP. Również pod zarzutem współpracy z wywiadem rosyjskim.

Ale mieli miny! – pomyślał bez satysfakcji Konrad. Kto by nie miał? To przecież wstyd! Pewnie pomyśleli sobie, że sprawa Jorgensena to pryszcz przy takiej aferze… a może się mylę. Inteligentni ludzie zdawali sobie sprawę z międzynarodowych konsekwencji takiego numeru.

Po dłuższym wahaniu Kurt Lövenström wyraził głębokie ubolewanie z powodu zaistniałej sytuacji. Stwierdził, że jeszcze dzisiaj poinformuje o niej premiera. Zapytał też, czy nasza służba nie potrzebuje pomocy ze strony Säpo albo innych szwedzkich instytucji. Wyraził pełną gotowość pomocy i współpracy, jeśli tylko zaistnieje taka potrzeba. Stwierdził też, że rozumie sytuację i nie będzie teraz zadawać żadnych pytań. Potwierdziłem, że na razie wstrzymujemy się z przekazywaniem naszym partnerom szczegółowych informacji. Sprawa jest w tej chwili w gestii prokuratury. Jednakże gdy tylko zaistnieją odpowiednie okoliczności, poinformujemy ich o wszystkim…

Konrad właściwie skończył czytać swoją notatkę, ponieważ w dalszej części nie było już niczego istotnego. Doskonale wszystko pamiętał, bo przecież sam był jej autorem, chociaż zapiski podczas rozmów robił Marcin. Atmosfera spotkania załamała się pod ciężarem informacji o ministrze Rupercie, bardziej nawet ze strony Szwedów, którzy prawdopodobnie uważali, że Polacy przeżywają teraz jakąś traumę.

Od tamtej pory Konrad przez trzy miesiące nie miał bezpośredniego kontaktu z kolegami z Säpo, ale co jakiś czas pisali do siebie depesze. Olaf i Linda informowali go o stanie sprawy Jorgensena.

Częstotliwość kontaktów wyraźnie wzrosła, gdy ucichła polityczna burza w Polsce i przygasł międzynarodowy skandal. Olaf nawet dwukrotnie dzwonił do Konrada i zapraszał go na narty do Szwecji. Wynajął z Lindą duży dom w ośrodku sportów alpejskich Åre i było tam miejsce również dla gościa z Polski, ale Konrad nie mógł przyjechać. Czego faktycznie bardzo żałował, bo uwielbiał narty i był prawie wszędzie w Alpach i Karpatach, ale nigdy nie jeździł po stokach Skandynawii.

Za to Marcin w tym czasie rozwinął znajomość z Hasanem Mardanem i teraz ma prawdziwego przyjaciela, też miłośnika H-D.

8

– Salam alejkum, Safir!

– Alejkum salam, Raszid!

Objęli się i dotknęli trzy razy policzkami.

Karol wszedł do mafradżu, dużego pomieszczenia wyłożonego miękkim bordowym dywanem i poduszkami. Nie było w nim żadnych mebli ani telewizora. Nie było też elektroniki.

Pierwsze dziesięć minut poświęcili na rozmowę o rodzinie, przyjaciołach, dzieciach przyjaciół, pogodzie i najnowszych filmach. A ponieważ nie mieli żadnych wspólnych znajomych ani zainteresowań, pytania i odpowiedzi były bardzo ogólnikowe. I o to chodziło w tym niemal obowiązkowym zwyczaju, od którego Arabowie zaczynali spotkanie.

Dopiero po zakończeniu tej części wstępnej Raszid zadał pierwsze konkretne i jakże oczekiwane przez Karola pytanie.

– Zjesz coś?

– Tak – odpowiedział Karol niemal natychmiast.

– Zaraz będzie obiad… Chcesz khatu? – Raszid podsunął mu koszyk z zielonymi liśćmi.

– Nie, dziękuję. Czego Sajed chce ode mnie?

– Nie wiem…

– Gdzie on jest?

– Jeszcze w górach. Będzie tu w nocy.

Karol pokiwał głową i spojrzał na zegarek.

– Kiedy w końcu uderzymy? Wiesz coś? – zapytał Raszid, wyciągając się na dywanie. – Najwyższy czas! Coraz więcej tu Amerykanów… – Poprawił galabiję.

– Nie wiem. To ty jesteś kuzynem Sajeda… powinieneś coś wiedzieć – odparował trochę sarkastycznie Karol.

Było oczywiste, że Raszid nie jest wprowadzony we wszystkie działania Bazy. Karol podejrzewał jednak, że Sajed chowa go po prostu na przynętę dla Amerykanów. W odpowiednim momencie ogłosi, że on, Sajed, dowódca Al-Kaidy w Jemenie, zginął w walce albo podczas ataku drona. Wtedy będzie mógł przeszukać swoje otoczenie i wyłowić zdrajców. Ogłosi Raszida, kuzyna z klanu, następcą i CIA będzie teraz polować na niego, dopóki się nie zorientuje, że Sajed jednak żyje. Amerykanie stracą pieniądze, czas, a co najważniejsze – orientację w sytuacji. Potem może nawet zabiją niezbyt rozgarniętego Raszida, a wtedy on, Sajed, ożyje z woli Allaha i narodzi się kolejna z legend, które tak kochają Arabowie.

Takie jest życie w Bazie. Każdy ma to wkalkulowane w swój los i musi być gotowy oddać życie za wiarę czy lepszą przyszłość. Nikt nikogo do walki nie zmuszał, wszyscy w Bazie są ochotnikami i dlatego pytania, kiedy, skąd i dlaczego przyjdzie śmierć, nie miały większego znaczenia. Raszid z pewnością też tak uważał. Zresztą niewielu bojowników potrafiło powiedzieć, co jest dla nich ważniejsze: życie czy śmierć.

– Musimy uderzyć! Świat powinien o nas usłyszeć! Niedługo będzie już jedenaście lat od ataku na WTC! Co o tym myślisz, Safir?

– Zrozum, Raszid. Nasza walka to nie tylko samoloty, bomby, zamachy… rozumiesz? Odkąd świat niewiernych wypowiedział nam wojnę, staliśmy się podmiotem, a nie przedmiotem światowej gry…

– Nie rozumiem – wtrącił Raszid. – Jakiej gry? Prowadzimy przecież dżihad… aż zetrzemy wszystkich żydów i krzyżowców…

– Prowadzimy, prowadzimy! Spójrz jednak na to tak… na przykład Japonia. Mocarstwo, prawda? Najpierw zaatakowali amerykańskie Pearl Harbor, to było tak jak nasze WTC. Potem była wojna na Pacyfiku, Amerykanie zrzucili dwie bomby atomowe. Każda ze stron traktowała przeciwników jak zwierzęta. Dzieliła ich przepaść cywilizacyjna, kulturowa, no… prawie wszystko. Amerykanie nawet internowali swoich własnych Japończyków. Jednak kiedy stajesz się wrogiem Ameryki, kiedy jej wojska idą się z tobą bić, to następuje twoja nobilitacja, stajesz się podmiotem, liczą się z tobą. Amerykanie są praktyczni: jeżeli widzą, że nie mogą cię pokonać, a koszt walki jest za wysoki, wtedy są gotowi do porozumienia… no wiesz, oni liczą się tylko z silnymi.

– Jakiego porozumienia? Safir! – oburzył się Raszid. – Ich trzeba zniszczyć!

– Tak, tak! Na razie jesteśmy na początku drogi – spokojnie zareagował Karol. Nawet przez moment nie wierzył w siłę swojej perswazji i pomyślał, że tacy ludzie jak Raszid nie posuną sprawy dżihadu naprzód.

Przez chwilę zaległa cisza i obaj się zamyślili, każdy inaczej, nad swoim sposobem pojmowania islamu.

– „A jeśli oni skłonią się do pokoju, to i ty się ku niemu skłoń i zaufaj Bogu”1 – Raszid wyrecytował werset z Koranu.

Słysząc po raz pierwszy z jego ust fragment mówiący o pokoju, Karol aż uniósł brwi. Jednak jego zdziwienie było większe niż kiedykolwiek dotąd, bo wyglądało na to, że Raszid jednak zrozumiał, o co mu chodziło w tej opowieści o Japonii.

Otworzyły się drzwi i do mafradżu wszedł Ismail, służący Raszida. Ustawił na podłodze kilka miseczek z potrawami i dużą tacę z pachnącym, ciepłym jeszcze chlebem czubz. Po chwili przyniósł misę i dzban do mycia rąk.

Od tej chwili Raszid i Karol poświęcali więcej uwagi na jedzenie niż rozmowę. Tym bardziej że warto było, bo falafel i szałarma były doskonałe, chociaż salta już nie i została prawie nieruszona. Z oczywistych względów nie potrafili nawiązać między sobą głębszego dialogu, ale nie można powiedzieć, żeby czuli do siebie jakąś niechęć.

Raszid był bezgranicznie oddany Sajedowi, który wykorzystywał jego lojalność jak bufor z otaczającym go światem. Nie ufał nikomu tak jak Raszidowi, chociaż wcale go nie cenił. Już po krótkiej rozmowie widać było, że jest on ociężały umysłowo, i z punktu widzenia potrzeb Sajeda była to prawdopodobnie jego jedyna zaleta.

Jeżeli Sajed tracił kogoś z pola widzenia choć na jeden dzień, to zakładał, że ten ktoś zdradził. Wyłączeni z tej zasady byli członkowie jego klanu i ci, którzy nie mieli rodzin. Nie byłoby niczym dziwnym, gdyby Sajed wcale nie był w górach, lecz siedział w pomieszczeniu obok i słuchał rozmowy Raszida z Safirem. Uznawszy, że jakiś szczegół mu nie odpowiada, że w zachowaniu Safira jest coś dziwnego, podejrzanego, z pewnością kazałby mu czekać do jutra, a może dłużej. Mógłby go w ogóle nie przyjąć albo po prostu kazać go zabić. Dużo zależało od tego, co w takiej sytuacji podpowie mu Allah.

Nigdy się jednak nie zdarzyło, żeby Karol musiał czekać na niego dłużej, niż było to przyjęte. Sajed zresztą nigdy nie umawiał się na określoną godzinę, nie tylko dlatego, że w Jemenie wydawałoby się to dziwne i niezrozumiałe, ale również dlatego, że był bardzo zajęty sprawami Bazy. Dużo też się modlił, a jako pobożny muzułmanin nigdy modlitwy nie przerywał.

Karol nawet nie wiedział, ile Sajed ma lat. Wyglądał na trzydzieści siedem, może czterdzieści dwa. Jak na jemeńskiego Araba był bardzo wysoki, mierzył ponad metr osiemdziesiąt pięć, i dosyć szczupły. Miał wyjątkowo jasną karnację i ładne, regularne semickie rysy. Czasami można było odnieść wrażenie, że jest nawet jakąś odmianą Osamy.

Sajed był człowiekiem wykształconym i dało się to wyczuć już po kilku chwilach rozmowy. Ukończył socjologię na Uniwersytecie Al-Azhar w Kairze i zrobił doktorat w Oksfordzie. Wiele lat mieszkał w Europie i dużo podróżował. Nigdy nie chodził do żadnej medresy i swoje zrozumienie islamu czerpał z samokształcenia i uważnego wsłuchiwania się w słowa sunnickich duchownych meczetu Al-Dżami al-Kabir w Sanie, chociaż odkąd objął dowództwo jemeńskiej Bazy, rzadko tam bywał i poświęcał się głównie samodzielnej medytacji.

W jaki sposób i kiedy trafił do Bazy, pozostawało tajemnicą, a Karol nigdy nie próbował go o to pytać. Właściwie nawet się nad tym nie zastanawiał, bo wiedział, że myśli człowieka widać w jego spojrzeniu, ruchu, geście i prędzej czy później mógłby powiedzieć o jedno słowo za dużo. O ile w Europie czy Ameryce mało kto zwracał na to uwagę, o tyle pustynni Arabowie potrafili odczytywać ten język bezbłędnie.

Ismail sprawnie sprzątnął z podłogi wszystkie naczynia i znikł tak szybko, jak się pojawił.

– W Polsce są muzułmanie? – zapytał Raszid.

– Oczywiście. Ale nie tak wielu jak na zachodzie Europy czy w Rosji.

– A jak Polacy odnoszą się do islamu?

– Trudno powiedzieć… Nie znam takich badań – odparł zgodnie z prawdą Karol.

– Ale jak ty uważasz? – dopytywał się Raszid.

– Bo ja wiem… Myślę, że w ogóle o islamie wiedzą niewiele, trochę przesądów, stereotypów… W znacznym stopniu opinię kształtują medialne wydarzenia. Sporo w tym hipokryzji, ale jednocześnie to naród głęboko katolicki, więc z szacunkiem podchodzi do pobożności innych. Wśród młodzieży pojawia się zainteresowanie albo zauroczenie islamem, ale jest ono płytkie, typowe dla młodych Europejczyków, którzy buntują się przeciw obecnemu porządkowi świata… dla antyglobalistów, anarchistów… – wyłożył Karol z niewielką nadzieją, że Raszid cokolwiek zrozumie.

– Ale to i tak dobrze! To też jacyś sojusznicy dżihadu! Powinni zabijać Żydów i Amerykanów. Jak dorosną, coś z tego zostanie. Przecież nasza walka trwa pokolenia. – Reakcja Raszida była mieszaniną naiwności i pozornej wnikliwości, czyli dokładnie tym, czego spodziewał się Karol.

– Zobaczymy, co będzie z Palestyną! Młoda Europa i świat solidaryzują się z Palestyńczykami, nie z nami…

– Nie sądzisz chyba, że nasi bracia w Palestynie, nawet jak powstanie niepodległe państwo, pogodzą się kiedykolwiek z istnieniem Izraela, tego amerykańskiego żandarma, psa niewiernego!

– Zobaczymy – powtórzył Karol.

Nie zamierzał szerzej komentować tej powszechnej w Bazie opinii, którą sam uważał za mało elastyczną, wiedząc, że Izraela długo nie będzie można pokonać, o ile w ogóle okaże się to potrzebne. Ale ani Raszid, ani Sajed nie byliby w stanie tego zrozumieć.

– Polacy mają swoje doświadczenie z islamem. – Karol zmienił temat. – Przez kilkaset lat walczyli z Turcją i Tatarami, ale to nie była wojna religijna… no… nie to było w niej najważniejsze… Chodziło o wpływy i panowanie, ekspansję Polski na Ukrainę, a Turcji na Europę. – Raszid zrobił minę, jakby usłyszał o tym po raz pierwszy, co z pewnością było prawdą. – W wojsku polskim też służyli muzułmanie i walczyli ze swoimi braćmi po drugiej stronie…

– Tatarzy to kto?

– Sunnici – wyjaśnił krótko Karol, bo Raszid miałby trudności ze zrozumieniem historii Mongolii i Chin. – Przed drugą wojną światową mieli nawet swoją kawalerię w Wojsku Polskim, a na czapkach półksiężyc…

– Ciekawe! – skomentował Raszid i zaczął upychać w ustach liście khatu. – Z Taizz… hm? – zachęcał niezobowiązująco, zachwalając jakość produktu.

Gdy skończył, wyciągnął się wygodnie na podłodze, podpierając ręką głowę. Nie wykazywał już zainteresowania polskimi Tatarami, skupiony w oczekiwaniu na bliski efekt działania khatu.

W zasadzie żucie tej rośliny powodowało rozluźnienie, pobudzenie i spadek apetytu, jednak w przypadku Raszida miało tylko ten pierwszy efekt. Karol, odkąd przeszedł na islam, nie przyjmował tej używki, bo uważał, podobnie zresztą jak Sajed, że jest to sprzeczne z Koranem. Podchodził jednak do tego tolerancyjnie, bo bez khatu Jemen po prostu by nie istniał.

Kiedyś zapytał profesora Ahmeda al-Husajna, jaki wpływ może mieć odwieczne narkotyzowanie się niemal całego społeczeństwa jemeńskiego na kształt kultury i sztuki, a szczególnie wiary. Profesor odpowiedział w sposób iście salomonowy: sztuka Jemenu, różnorodna, abstrakcyjna i czasami surrealistyczna, jest nieporównywalna z żadną inną, kultura – bogata i niepowtarzalna jak Wadi Hadramaut czy Sana, a wiara w Allaha gorąca i tak bezgraniczna, jak powinna być, choć niepozbawiona pogańskiej wolności. Takie, w jego swobodnej ocenie, mogłaby mieć skutki konsumpcja khatu, sam jednak, jak podkreślał, należał do tej niewielkiej części społeczeństwa, która zachowuje abstynencję, i to z powodów nie tylko religijnych, lecz także osobistych.

Karol często o nim myślał, bo każde jego słowo, które zapamiętał z tamtej rozmowy, tchnęło nie tylko mądrością, ale przede wszystkim prostą prawdą, o którą nie jest łatwo w świecie islamu, a którą jeszcze trudniej przyjąć za swoją, by z przekonaniem za nią podążać. Dlatego profesor Ahmed al-Husajn, starszy od niego o czterdzieści lat nauczyciel historii i języka arabskiego, a nie żaden pobożny mułła czy mędrzec koraniczny, potrafił go przekonać do islamu, a właściwie otworzyć drzwi i pokazać, co jest po drugiej stronie.

Miał wrażenie, jakby to było dzisiaj, gdy szli razem promenadą nad Zatoką Adeńską, wzdłuż szerokiej piaszczystej plaży opodal uniwersytetu, a profesor opowiadał o poezji Kasima asz-Szabbiego. Zdążył wyrecytować słowa poety: „Gdy ludzie chcą żyć, los im da odpowiedź, znikną ciemności i spadną kajdany”, a ciężka ołowiana chmura zasłoniła słońce na błękitnym niebie i gwałtownie wyrzuciła z siebie strumień wody, jakby celowo chciała przerwać ich rozmowę. Ledwie zdążyli skryć się przy wejściu do pobliskiego baru, gdy natura z nową determinacją przybrała na sile i wokół nie było już nic poza ścianą wody i ogłuszającym hukiem ciężkich jak kamienie kropli bijących o plastikowe zadaszenie. Zamilkli oszołomieni bezwzględnością przyrody.

– Masz?! – Karol poczuł lekkie szarpnięcie za ramię. – Przywiozłeś? – Potrzebował chwili, by dojść do siebie. Wydawało mu się, że jeszcze śni, i nie mógł zrozumieć, dlaczego zamiast profesora widzi uśmiechniętego Sajeda.

Dopiero teraz dotarło do niego, że zasnął i został sam w mafradżu. Raszida nie było. Na zewnątrz zapadła już ciemność. Przez szeroko otwarte okno słychać było, jak na tarasie głośno dudni zwrotnikowy deszcz.

– Masz?

Ponowne pytanie Sajeda rozbudziło Karola ostatecznie.

– Mam.

– Dawaj!

Karol rozejrzał się wokół trochę nieprzytomnie, potrząsnął głową i dostrzegł swój plecak w drugim kącie pokoju. Wydawało mu się przez moment, że kiedy przyszedł, położył go w innym miejscu. Wyjął z plecaka płytę CD i wręczył ją Sajedowi.

– Raszid, dawaj radio! – krzyknął ten, zanim jeszcze dotknął płyty.

Wziął ją w obie dłonie i ze skupieniem zaczął przyglądać się okładce. Przez moment nie zwracał uwagi na otoczenie i zdawało się, jakby gdzieś odpłynął.

– Decca… dobra wytwórnia… taka sama okładka jak na filmie… – wymamrotał ni to do siebie, ni to do Karola i natychmiast krzyknął: – Raszid, gdzie to radio?!

Drzwi otworzyły się niemal w tym samym momencie i Raszid wniósł ogromne srebrne radio Sony – model, jaki można kupić tylko na suku w Dubaju.

Sajed rozpakował płytę i z nabożną czcią włożył ją do stacji CD. Raszid usiadł obok Karola. Deszcz na zewnątrz przestał padać, jakby posłuszny życzeniu Sajeda. Po chwili pokój wypełniły dźwięki ledwo słyszalnej muzyki. Z początku nieczytelne, rozpływające się, po minucie zaczęły nabierać wyrazistości. Pojawiło się drżenie arabskich smyczków. Raszid zamknął oczy i najpierw powoli, a po chwili coraz mocniej zaczął się kiwać w przód i w tył.

– To niesamowite! – rzucił po kilku minutach, gdy tylko umilkły dźwięki. – Czwórka to Chant! To najlepszy utwór na tej płycie, chociaż wszystko jest świetne. Dziękuję, Safir! – Uśmiechnął się i przytulił opakowanie CD do piersi jak dziecko misia.

– To prawda! Cała muzyka Zimmera do Helikoptera w ogniu jest niezwykła…

– Dlaczego to cię tak bierze, Sajed? – odezwał się Raszid. – Mało mamy własnej muzyki?

– Kiedyś to zrozumiesz, kuzynie. Widziałeś ten film?

– Widziałem. Amerykańska propaganda…

– To znaczy, że nie widziałeś! – przerwał mu ostro Sajed.

– Obraz i muzyka w tym wypadku to jedno dzieło, ale każde może też żyć oddzielnie – wtrącił pojednawczo Karol, bo zanosiło się na kłótnię między kuzynami, a wiedział dobrze, co o tym filmie sądzi Sajed.

– Zastanów się, Raszid, bo Safirowi nie muszę tego tłumaczyć, co by było, gdyby rangersi musieli walczyć w Sanie… albo nawet w Adenie. Afganistan, Irak i Somalia razem to nic w porównaniu z piekłem, jakie byśmy im tutaj zgotowali, i dzięki Allahowi, że natchnął Ridleya Scotta do zrobienia tego filmu. Teraz zastanowią się dwa razy, zanim zdecydują się wysłać wojsko tutaj.

Sajed sprawiał wrażenie, że traktuje swoje słowa nadzwyczaj poważnie, ale Karol wiedział aż nadto dobrze, że nie jest tak naiwny i że zwyczajnie indoktrynuje Raszida. Bo Sajed w tej dziedzinie był mistrzem, i to nie tylko dlatego, że studiował Koran pilniej niż inni, ale przede wszystkim dlatego, że lepiej go rozumiał. Nie mógł się jednak powstrzymać od indoktrynacji, gdziekolwiek był i z kimkolwiek prowadził rozmowę. Czasami Karol się zastanawiał, czy Sajed, czytając święte pisma, medytuje, uczy się czy też z zamiłowaniem indoktrynuje sam siebie.

– Masz sporo racji, Raszid – przyznał niezobowiązująco Karol, bo rzeczywiście tak uważał. – W kulturze łacińskiej masy nastawione są na bierny odbiór świata. Telewizja, film, radio, billboardy, tadżypao…

– Co to? – wtrącił Raszid.

– Nieważne… – ciągnął Karol. – Świat łaciński, wbrew temu, co mówi oficjalnie, także ustami Kościoła, to świat introwertyczny…

– Jaki? – znów zapytał Raszid, wyraźnie zainteresowany jego słowami, podczas gdy Sajed wciąż studiował okładki płyty. Wyglądało na to, że pożyteczna dociekliwość Raszida nie odgrywa w jego planach żadnej roli. Karol mógł tylko domyślać się dlaczego.

– Ludzie na Zachodzie sądzą, że wojna wygląda tak jak na filmach, że można być nieśmiertelnym albo wbrew prawom fizyki unosić się w powietrzu. Wehikuł czasu, Park Jurajski… Widziałeś?

– Tak…

– I konfrontują to z bajkami z Biblii…

Sajed podniósł wzrok i spojrzał na Karola z mieszaniną zainteresowania i wyczekiwania. Wydawało się, że zestawienie słów „bajka” i „Biblia” nie do końca mu odpowiada.

– I tak mają od dziecka – ciągnął Karol, choć czuł, że powinien kończyć. – Później wierzą, że taki jest świat i że ludzie żyli współcześnie z dinozaurami, a islam, Chiny, Afryka to Atlantyda, która im zagraża i której nie rozumieją. I jest coraz gorzej, chociaż część zachodnich intelektualistów stara się nas zrozumieć… czasem z sympatią… to są nasi sojusznicy… ale decydują ci, którzy rządzą masami przed telewizorem…

– Raszid, idź i powiedz, żeby Ismail przyniósł herbatę – przerwał Sajed ku zaskoczeniu i satysfakcji Karola. – Potem pilnuj, żeby nam nikt nie przeszkadzał – dorzucił zupełnie abstrakcyjnie, bo było oczywiste, że i tak nikt nie mógłby im przeszkodzić.

Karol przyjął pozycję siedzącą, bo wiedział, że zaraz się dowie, po co Sajed ściągnął go tak pilnie do Jemenu. I chociaż spotkania odbywały się zawsze w luźnej i niewymuszonej atmosferze, to jednak Karol znał swoje miejsce w szeregu, a dyscyplinę cenił ponad wszystko. Kiedy czasami odzywała się w nim dusza białego człowieka, nie mógł wyjść ze zdumienia, jak przy braku poszanowania dla dyscypliny Baza może funkcjonować tak sprawnie.

Pokój wciąż wypełniała muzyka z filmu Helikopter w ogniu. Sajed ściszył radio i przybliżył się do Karola na odległość pozwalającą postawić między nimi tacę z szai masbut, turecką słodką herbatą.

Hamond sięgnął do plecaka i wyjął jeszcze jedną płytę CD.

– To prezent ode mnie!

– Co to?

– Zobacz…

– Soundtrack z Afery Thomasa Crowna?

– Tak… Nina Simone… Sinnerman… pamiętasz?

– Pewnie. Do eid jest jeszcze trochę czasu… ale dziękuję!

Sajed schował CD pod poduszkę i przez chwilę wyglądał na lekko zakłopotanego. Wydawać by się mogło, że to trochę nieodpowiednie zachowanie jak na charyzmatycznego przywódcę Bazy w Jemenie. Ale właśnie za to Karol lubił go najbardziej, bo to był taki ludzki odruch, zupełnie inny od tego, co obowiązywało wśród pozostałych braci.

Sajeda poznał cztery lata temu, kiedy ten mieszkał jeszcze w londyńskim Enfield i był odpowiedzialny za struktury w Wielkiej Brytanii. Wynajmował typowy angielski szeregowiec z czerwonej cegły przy Morrison Avenue. Z pewnością znacznie łatwiej byłoby mu mieszkać w Luton czy też w Bury Park, ale nie chciał być postrzegany jako tradycjonalista.

I dom, i ulica były tak typowe, że tylko ktoś o nie lada zdolnościach potrafił odnaleźć je za pierwszym razem. Wtajemniczonym pomagała nieduża chorągiewka Union Jack widoczna już z daleka i oznaczająca, że jest bezpiecznie. Znikała tylko wtedy, gdy Sajed wyjeżdżał na dłużej, ale o tym wiedzieli jedynie najbardziej zaufani.

Karol mieszkał wtedy u niego i nieustannie krążył między Islamabadem a Londynem.

Tamtego pamiętnego dnia samolot spóźnił się niemiłosiernie i Karol dotarł do Enfield w środku nocy. Przez całą drogę się zastanawiał, jak mu to powiedzieć, i w końcu doszedł do wniosku, że to bezsensowny dylemat i że trzeba powiedzieć tak, jak było naprawdę. Jak zginął jego brat Husam i dwadzieścia innych osób. Jak rakieta odpalona z amerykańskiego drona trafiła dokładnie w Husama, tak że jego ciała nie odnaleziono. Pewnie zostało wymieszane ze szczątkami zabitych kobiet i dzieci i pochowane wraz z nimi w jedynym wspólnym grobie.

I o ile śmierć w walce byłaby uznana za męczeńską, o tyle takiej sytuacji Allah nie przewidział. Powstał poważny problem, bo muzułmanin nie otrzymał duszy, jak krzyżowcy czy syjoniści, tylko ciało.

Przez resztę nocy rozpacz Sajeda pogłębiał brak możliwości koranicznego rozwiązania tego dylematu. Nie pomogła nawet butelka whisky Black & White, którą wypili jako karę za swoje nie dość pobożne życie.

Sajed długo się zastanawiał, który imam może mu odpowiedzieć na dręczące go pytania, i kiedy wydawało się, że wypłakał już całą whisky, a w otwartym oknie pojawił się, jak na złość, piękny londyński poranek, usłyszeli nagle skrzeczący głos Niny Simone i jej modlitwę Sinnerman. Znali ją już wcześniej, ale wtedy wydawało im się, że słyszą ją po raz pierwszy. Poczuli, jakby Allah zamówił tę pieśń specjalnie dla nich, na tę okazję, na ten świt, i chciał im wytłumaczyć coś, nad czym warto się zastanowić. Wtedy Sajed oznajmił Karolowi, że nie musi już iść do meczetu i rozmawiać z imamem, a tę pieśń włącza do swojego zikr-e chaffi. Na zawsze!

Karol wiedział, że było to nadzwyczaj ważne i bardzo osobiste wyznanie, bo Nina Simone nijak się nie nadawała na kolejnego proroka islamu.

9

Marian Krynicki jeszcze spał. Dzieci były już po śniadaniu i pakowały plecaki do szkoły. Maria wyjrzała przez okno, żeby sprawdzić, jaka jest pogoda, i zdecydować, jak się ubrać. Okrągły termometr za oknem wskazywał trzynaście stopni mrozu. Tak się kiedyś zatrzymał, chyba zimą 1998 albo może 1999 roku.

Do przystanku tramwajowego na ulicy Marynarskiej miała niewiele ponad trzysta metrów. Był to dopiero trzeci przystanek od pętli, więc o tej porze tramwaj był zazwyczaj pusty. Tym bardziej że przejeżdżał przez tak zwany kiedyś Służewiec Przemysłowy, a teraz „Biurowy”, więc nie było zbyt wielu pasażerów w tę stronę.

Dzięki temu Maria zawsze miała miejsce siedzące w tramwaju linii 10 lub 17 i całkiem poważnie traktowała to jak dodatkowy ważny bonus związany z jej pracą w hotelu Marriott. Przez pół godziny mogła się poświęcić tylko sobie i dzieciom. Tak już było, że w tym czasie pozwalała sobie myśleć wyłącznie o tym, co sprawiało jej radość i przyjemność. Czasami nawet fantazjowała, bo mimo przykrych doświadczeń z Marianem widywała w tramwaju przystojnych mężczyzn, którzy nie musieli być do niego podobni.

W tym tygodniu obsługiwała piętro dwudzieste trzecie. A na nim miała trzydzieści siedem pokoi standardowych i dwa apartamenty.

Przebrała się w pomieszczeniu socjalnym, po czym zaczęła przygotowywać swój wózek. Ręczniki, pościel, mydełka, szampony i wszystko to, co było potrzebne, by uprzątnąć pokój hotelowy i przygotować go dla nowego gościa.

Hotel Marriott ma pięć gwiazdek i uchodzi za jeden z najlepszych w Warszawie, nie oznacza to jednak, że może sobie wybierać gości.

Maria dzieliła pokoje do sprzątania na trzy rodzaje. Pierwszy to takie, w których nikt nie mieszkał, chociaż były opłacone. Drugi to te użyte standardowo, z rozgrzebanym łóżkiem, ręcznikami na podłodze, zabrudzonym sedesem i brakiem zestawu kąpielowego. I trzeci – z butelkami po alkoholu, prezerwatywami w koszu lub obok niego, krótkimi włosami na prześcieradle i wszystkimi innymi śladami, jakie tylko człowiek dowolnej płci może na nim pozostawić.

Doprowadzając taki pokój do porządku, zawsze miała wrażenie, że robi coś bardzo ważnego, co sprawia, że znikają brudy i świat staje się lepszy. Często widywała też na korytarzu gości klasy trzeciej, zajmujących głównie apartamenty, którzy rzadko odpowiadali na standardowe, ale uprzejme „dzień dobry”. Czasami się ich bała, bo widziała kilka razy na filmach, że zamordowanie hotelowej sprzątaczki w celu – na przykład – zdobycia klucza jest dziecinnie proste i nawet nie zwraca niczyjej uwagi.

Dochodziła za kwadrans pierwsza i Maria właśnie skończyła sprzątać pokój odbiegający nieco od jej trzystopniowej skali. Tak ją zaskoczył, że aż postanowiła sprawdzić, kto w nim mieszkał. W koszu na śmieci znalazła obierki z co najmniej dwóch kilogramów ziemniaków i ewidentne ślady, że ktoś musiał je gotować w umywalce za pomocą grzałki.

Nieco rozbawiona tym odkryciem, przepchnęła wózek pod drzwi apartamentu numer 2313 i spojrzała na zegarek. Była dwunasta pięćdziesiąt. Sprawdziła na wykazie. Gość miał opuścić pokój o wpół do pierwszej i nie było żadnych zmian.

Zastukała do drzwi i odczekała kilka sekund. Nie usłyszała żadnego głosu, więc zastukała jeszcze raz. Była prawie pewna, że w środku nikogo nie ma, i odruchowo włożyła swoją kartę do zamka. Bo jeżeli gość chciał się zabezpieczyć, to jest przecież zasuwka – uznała. Pchnęła drzwi do przodu, popychając przed sobą wózek.

Od razu poczuła, że wewnątrz ktoś jest, ale to była tylko jej zawodowa intuicja. Już nie mogła się wycofać. Tym bardziej że z małego korytarzyka nie było widać, co się znajduje w głębi pokoju.

Trwało to może dwie, trzy sekundy, gdy nagle zobaczyła nieruchome twarze wpatrzone w nią w sposób, jakiego nigdy przedtem nie widziała. Ale to, co miała przed sobą, musiało być wycięte z jakiegoś filmu. Tego akurat była pewna, więc przerażona zamarła w miejscu, tak jak stała. Dokładnie w tym momencie mężczyźni gwałtownie pozamykali swoje notatniki, a jeden z nich zrzucił jakieś papiery pod stół.

Maria wstrzymała bezwiednie oddech, spuściła oczy i bez słowa „przepraszam” wycofała się z pokoju.

Zostawiła wózek kilka metrów dalej, po czym poszła szybko do pokoju serwisowego. Wzięła słuchawkę i wybrała numer wewnętrzny szefa ochrony, Jacka Morawca, który podczas cyklicznych szkoleń starał się uwrażliwiać personel hotelu na wszystkie dziwne i podejrzane sytuacje.

Maria nie miała najmniejszych wątpliwości, że to jest właśnie taka sytuacja. Była dokładnie dwunasta pięćdziesiąt cztery.

10

Szwecja ma tysiące wysp i każda jest inna. Wiele jest prywatnych, inne nie. Są duże, małe i bardzo małe, czasami tak małe, że miejsca wystarcza tylko na niewielki domek z dwoma łóżkami i jedno drzewo.

Mają jednak coś wspólnego – skały – są więc niezatapialne. Niezniszczalne. Bo woda i skały to fundament i dusza Szwecji. Najpiękniejsze są ponoć sztokholmskie szkiery, które kiedyś broniły serca kraju i żywiły jego mieszkańców. Każda z setek tysięcy wysp na wschodnim czy na zachodnim wybrzeżu, nawet taka, którą ledwo widać w wietrzną pogodę, jest najprawdziwszą częścią państwa. Chociaż w języku szwedzkim wyspa to tylko jedna litera – ö.

Od dziecka wie o tym każdy Szwed, a może nawet ma to w genach. I nigdy się tym nie chwali przed obcymi, gdzieś w głębi czując niepokój, że ktoś mógłby mu to zabrać. Dwadzieścia cztery tysiące sztokholmskich wysp, zwane dźwięcznie skärgård, nigdy nie startowało w żadnych konkursach na cuda świata, bo jakie są, to widać, a Szwedom nie starcza próżności. Bardziej jednak dlatego, że chcą, by pozostały takie, jakimi są.

Gdy tylko nadchodzi lato, każda szwedzka stacja radiowa, wychodząc naprzeciw potrzebie serca słuchaczy, przypomina piosenkę Teda Gärdestada Sol, vind och vatten. Ktoś, kto nie zna tego kraju, zdziwiłby się, że posłów w Riksdagu do tworzenia prawa napawa natchnieniem nie godło państwowe, lecz ogromnych rozmiarów kompozycja artystyczna przedstawiająca właśnie szkiery.

Linda Lund i Olaf Svensson tak samo kochali słońce, wodę i wiatr jak inni Szwedzi. Spędzali na wyspach każdą wolną chwilę.

Wujek Lindy, komandor Magnus Christian Lund, odszedł ze służby w Szwedzkiej Marynarce Wojennej ponad trzydzieści lat temu. W rodzinie ojca w każdym pokoleniu był ktoś, kto służył zbrojnie ojczyźnie i koronie na wodzie, lądzie lub w powietrzu. Lundowie mogli to z łatwością udowodnić aż do XVI wieku, ale nikt ich nigdy o to nie pytał. Najsłynniejszy żołnierz z rodziny, Daniel, zginął w boju z rąk Rosjan dziesiątego sierpnia 1808 roku pod Kauhajoki. Linda była pierwszym pokoleniem, które nie wydało żadnego wojskowego.

Przez chwilę, po skończeniu studiów prawniczych w Uppsali, myślała nawet, żeby wstąpić do marynarki, ale propozycję pracy w służbie bezpieczeństwa uznała za ciekawszą. Nawet wtedy nie przypuszczała, jak bardzo ją ta praca zmieni. Jak głębokie wywrze na niej piętno.

Po ubiegłorocznych wydarzeniach w Åkersberdze, kiedy zginął oficer Säpo i doszło do strzelaniny z rosyjskim komandem Garbinowa, Linda jeszcze przez miesiąc trzymała się dobrze.

Potem któregoś ranka niespodziewanie powiedziała Olafowi, że nie może się podnieść z łóżka, nakryła się kołdrą i zaczęła płakać. Gdy nieco się uspokoiła, Olaf mógł wyjść do pracy. Dzwonił do niej wielokrotnie i wydawało mu się, że wszystko jest w porządku. Ale kiedy wrócił, zastał ją w łóżku, w tej samej pozycji, wstrząsaną spazmami. Natychmiast wezwał karetkę.

Następne trzy miesiące Linda spędziła na zwolnieniu w domu wuja Magnusa Christiana w Ajkesvik na wyspie Fårö. Mimo usilnych nacisków, a nawet ukrytych gróźb, nie zgodziła się na opiekę psychologa, twierdząc, że poradzi sobie sama ze swoim problemem. Potrzebuje tylko trochę czasu, ciszy i spokoju.

Od razu wiedziała, że chce jechać do domu wuja nad brzegiem morza. Cisza i jesienny spokój na wyspie, która ma szesnaście na dziewiętnaście kilometrów i leży niemal na środku Bałtyku, mogłyby się wydać mało wiarygodne dla kogoś, kto nie jest Szwedem. A jednak rozszalałe morze i wiatr szarpiący karłowatymi sosnami budowały wprost idealną równowagę psychiczną i przynosiły wewnętrzny spokój. Pozwalały się wyciszyć jak nigdzie indziej.

Ponaddziewięćdziesięcioletni komandor przebywał w ośrodku opieki w Visby na sąsiedniej Gotlandii. Chociaż jego syn, wnukowie i prawnukowie rozbiegli się po świecie w nieustannym poszukiwaniu lepszego życia, to jednak pamiętali o starym Magnusie i chcieli go zabrać do siebie. Miłość komandora do wyspy Fårö, gdzie stacjonowała jego nieistniejąca już jednostka artylerii nabrzeżnej Gotlands Kustartilleriregemente, KA 3, była jednak silniejsza i wszyscy doskonale go rozumieli.

Linda postanowiła, że przeniesie się na jakiś czas na wyspę i zaopiekuje wujem. Uznała, że musi to zrobić dla niego i dla siebie. Żaden psycholog nie był potrzebny, bo uważała, że nikt nie może zrozumieć, dlaczego człowiek po dziewięćdziesiątce podejmuje cztery próby samobójcze, a nowoczesna medycyna, jak na złość, nie daje mu umrzeć. Jakby się spieszył na miejsce, które sobie wybrał – na cmentarzu przy jedynym kościele na wyspie. Nikt też poza Magnusem Christianem nie był w stanie jej pomóc.

Zabierała go z ośrodka opieki na każdy weekend, by mógł jak najdłużej się cieszyć swoim nadmorskim domem. Mieli umowę, że w tym czasie nie będzie próbował jej uciec. Mógł za to pić ze spodka swoją ulubioną kawę Gevalia. Wystawiali na taras stół, okrywali się kocami i grali w szachy, wsłuchani w szum morza. Rozmawiali o wszystkim, tylko nie o śmierci, choć ona siedziała obok nich jak sędzia, gość honorowy, który chciwie czeka na zbite figury.

Linda czuła, że Magnus Christian jest jedynym człowiekiem, który rozumie, co to śmierć, i może jej wyjawić tę tajemnicę. I gdy tak spoglądał na nią pochylony nad szachownicą, miała wrażenie, że starzec dobrze wie, o co ona chce go zapytać. Obiecała sobie, że zrobi to, kiedy wygra z nim pierwszą partię, ale żadnej nigdy nie skończyli, bo Magnus wcześniej zasypiał.

Jakież było jej rozczarowanie, gdy podczas ich ostatniego spotkania powiedział, że Boga nie ma! Dowodem na jego brak miał być kształt świata – mówił – składający się wyłącznie z cierpienia. Tak czy inaczej wyszło na to, że Magnus Christian nie wie, co jest po drugiej stronie. Może dlatego tak się tam spieszył.

Mimo gwałtownego oporu Olaf spełnił prośbę Lindy i przez trzy miesiące nie odwiedzał jej ani do niej nie dzwonił.

Wróciła odnowiona i pełna życia. Szczęśliwa jak nigdy dotąd, gotowa do pracy i nowych wyzwań. Olaf momentami miał wrażenie, że to ktoś inny, że to już nie jest jego Puchatka, że za nią nie nadąża. Ale ta odmieniona Linda bardzo mu odpowiadała, w dzień i jeszcze bardziej w nocy.

W Sztokholmie czekała ją miła niespodzianka. Zastępca szefa Säpo, Kurt Lövenström, zebrał cały personel Wydziału Wschodniego w sali konferencyjnej i w imieniu premiera przekazał Lindzie Lund, ubranej w granatowy kostium z dużym dekoltem, wyrazy najwyższego uznania za sprawę Jorgensena. Szczeremu do bólu Kurtowi starczyło piętnaście minut na opisanie wszystkich zalet Lindy. Przy okazji skorzystał też trochę Olaf.

Brawa, jakie się potem rozległy, i uśmiechnięte twarze nie pozostawiały złudzeń, że Linda cieszy się szacunkiem kolegów. Najszerzej uśmiechał się Hasan Mardan albo tak się Lindzie wydawało, bo właściwie patrzyła tylko na niego.

Gdy ucichły brawa, Lövenström zupełnie spokojnie oznajmił, że z dniem pierwszym stycznia Linda Lund zostaje zastępcą naczelnika Wydziału Walki z Ekstremizmem. Szeroko otwarte oczy pracowników, a u niektórych również usta, jasno świadczyły, że decyzja kierownictwa Säpo była prawdziwym zaskoczeniem. Nie dla Olafa oczywiście, ale on jak nikt inny wiedział, że Linda musi przejść do innej jednostki, jeżeli chce pracować w Säpo. Utrzymywał to jednak w tajemnicy przed nią aż do tej chwili.

Po odprawie, gdy wszyscy już wyszli po złożeniu gratulacji, Linda zwróciła się do sympatycznie i szelmowsko uśmiechniętego Kurta.

– Rozumiem, że chcesz mnie zapytać, czy jestem zainteresowana objęciem wspomnianego stanowiska, tak? – odezwała się z surowym wyrazem twarzy.

Kurt zareagował jeszcze szerszym uśmiechem, wyraźnie rozbawiony pełnym ironii i godności pytaniem Lindy.

– Więc odpowiadam ci „tak”. – Zawiesiła głos, a Olafowi wydawało się, że jeszcze nigdy nie była taka piękna, taka dumna i twarda. – Po rozważeniu twojej propozycji doszliśmy z Olafem do wniosku… – znów przerwała i po chwili uśmiech rozjaśnił jej oczy i rozlał się na całą twarz – że przyjmuję propozycję! Mam jednak warunek. – Lövenström uniósł siwe krzaczaste brwi. – Zabieram ze sobą Hasana. Pół Arab, pół Pers, co on robi w kontrwywiadzie?

– Nieźle, Lindo, nieźle! Będzie z ciebie dobry naczelnik. – Kurt był wyraźnie rozbawiony. – Załatwiaj to teraz z Olafem Svenssonem. Tylko się nie pokłóćcie… hm… jestem teraz poważnie zainteresowany waszym zgodnym pożyciem… Psiakrew! Nie pomyślałem o tym wcześniej.

Gdy Kurt wyszedł i zostali sami, Olaf jako ostatni złożył Lindzie gratulacje, po czym chwycił ją oburącz wpół, przyciągnął mocno do siebie i zaczął całować, nie zapominając o żadnym miejscu od szyi wzwyż. Po raz pierwszy całował się w siedzibie szwedzkich służb specjalnych przy Polhemsgatan, chociaż pracował tu już prawie dwadzieścia lat.

Kiedyś Linda za coś takiego z pewnością wymierzyłaby mu solidny cios otwartą dłonią, ale teraz zdecydowanie przejęła inicjatywę i nawet nie zapytała, dlaczego nie powiedział jej wcześniej o awansie.

Było też oczywiste, że Hasan Mardan przejdzie razem z nią.

Późna wiosna tego roku była wyjątkowo piękna. Południowa Szwecja zazieleniła się bardzo intensywnie. Temperatura na Fårö dochodziła do dwudziestu ośmiu stopni, co przy bezwietrznej pogodzie dawało znacznie mocniejszy efekt. Na wyspie pojawiło się tak wielu przyjezdnych, że nawet Lisa i Barbro, córki Sylvii, otworzyły wcześniej swoją jedyną na wyspie piekarnię, a właściwie drugi, obok domu Ingmara Bergmana, ośrodek kultury szwedzkiej.

Linda i Olaf postanowili spędzić tydzień w domu Magnusa Christiana, którego miesiąc wcześniej najbliższa rodzina pożegnała na maleńkim cmentarzu po drugiej stronie wyspy. Tym razem komandor przechytrzył pielęgniarki oraz nowoczesną medycynę i udało mu się uciec. Pastor w swojej mowie pożegnalnej pominął ten fakt milczeniem i cieszył się ze wszystkimi, że Magnus Christian osiągnął w końcu tak upragniony spokój.

– Olaf! Zdecyduj się w końcu! – Linda odłożyła na stolik książkę Dawkinsa Bóg urojony, odczekała jeszcze chwilę i zawołała nieco głośniej: – Nie słyszysz?! Olaf!

– Słyszę – niewyraźnie zabrzmiało z wnętrza domu.

Linda, owinięta w stary koc z wielbłądziej wełny, siedziała na dużym drewnianym tarasie z widokiem na dziką kamienistą plażę i spokojne morze. Słońce zbliżało się do horyzontu i od morza ciągnęło już chłodem.

Olaf przyszedł z narzuconym na ramiona grubym gotlandzkim swetrem. Postawił na stoliku talerzyk z pachnącymi cynamonem kanelbullami, które dopiero co przywiózł z piekarni Sylvis Döttrar, i z kubkiem kawy w dłoni usiadł obok Lindy.

Z wnętrza domu, niezbyt głośno, doleciał ich dźwięczny głos Marie Fredriksson: Jag vill ha ett hus vid havet, där jag kan se på alla båterna, som lägger till…

– Niesamowite! Jakby tu była! Ubóstwiam ją… dobrze wybrałeś – z uniesieniem oznajmiła Linda.

– To piękne, ale wolę Evę Dahlgren… – Olaf chciał coś jeszcze powiedzieć, gdy rozległ się dzwonek jego telefonu. – Nie mogą sobie beze mnie poradzić – rzucił i wszedł do domu.

Wrócił na taras i dopiero wtedy odebrał.

– Witaj, Konrad! – odezwał się po angielsku i po chwili dodał: – Nie… jesteśmy z Lindą na Fårö… w domu jej wuja… – Zamilkł na chwilę, a potem w ciągu prawie dwóch minut powiedział przynajmniej piętnaście razy yes i na zakończenie stwierdził: – Sprawa może jeszcze poczekać, ale mimo wszystko dobrze byłoby pogadać… no i… – Znów na moment przerwał i zaraz zakończył krótko: – Czekamy. Do usłyszenia.

Usiadł na leżaku.

– Nie przyjadą? – Linda zamknęła oczy.

– Mają jakąś pilną robotę. Będą w przyszłym tygodniu.

– Nic im nie mówiłeś, że przeszłam do antyterrorystów?

– Skąd!

– Ale zaprosisz mnie na kolację, jak przyjadą? – zapytała z nutką zadufania.

– Jasne, Puchatko! – Pochylił się i pocałował ją w nos.

– Masz już pomysł, jak się dobrać do aktywów Carla Jorgensena w Kaliningradzie?

Słońce było już nisko nad horyzontem i nabrało ostrości, oświetlając na czerwono twarz Lindy.

– Nie mam! To, co zrobiliśmy dotąd, pachnie amatorszczyzną. Zresztą… – Zamyślił się na moment – Teraz to sprawa KSI i zespołu Pera. Ja mam tylko głos doradczy.

– No to dlaczego ty zapraszasz Polaków? – zainteresowała się Linda i uniosła powieki. – Chyba nie chcesz powiedzieć, że Sara wpadła ci w oko? Olaf! Popatrz na mnie!

Jej głos zabrzmiał zupełnie poważnie, aż Olaf spojrzał na nią z niedowierzaniem.

– Nooo… ona jest rzeczywiście atrakcyjna, ale blondynek mamy dostatek…

– Nie takich!

– W porządku! – odparł natychmiast, jakby chciał już zakończyć temat.

Linda zręcznie podchodziła Olafa, który w takich sytuacjach był zakłopotany, bezradny i taki zabawny. Bez trudu mogła go kontrolować.

– Nie wiem dlaczego, ale sprawa tego nielegała, tej Róży Stefanowicz, nie daje mi spokoju…

– To ze sprawy Jorgensena? – przerwała mu Linda.

– Tak! Notatki Hansa to kopalnia informacji. Stary wiedział, co zapisywać, co jest ważne.

Usiadła wygodniej, jakby oczekiwała, że Olaf powie coś ciekawego. Praktycznie od zakończenia sprawy Jorgensenów w lecie ubiegłego roku nie miała już z nią do czynienia. Najpierw trzymiesięczne zwolnienie lekarskie, a potem nowe zadania odsunęły ją od sprawy, którą sama rozpoczęła. W domu Olaf unikał rozmowy na ten temat, bo bał się, że u Lindy może nastąpić nawrót depresji. Bał się, ale w rzeczywistości to on był słabszą połową tego związku.

– Kto to jest Róża Stefanowicz? – zapytała z zaciekawieniem.

– Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć, ale postać ta w jakiś dziwny sposób przyciąga moją uwagę. Mam wrażenie, że różni się od wszystkich pozostałych, o których opowiedział nam Jorgensen, jest jakaś inna, tajemnicza…

– To znaczy?

– No, nie wiem! Spośród trzydziestu ośmiu nielegałów KGB i SWZ to była jedyna Polka, właściwie to był jedyny nielegał z polską tożsamością czy też pod polską flagą. To była też jedyna kobieta, którą KGB przerzucało samą. Jeżeli pojawiały się kobiety, to zawsze w parze z mężczyzną. W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym pierwszym roku Jorgensen przetrzymywał ją w swojej przechowalni trzy tygodnie. Twierdził, że to była kobieta niezwykła, piękna. Miała wtedy dwadzieścia sześć lat i Jorgensen poczuł do niej coś szczególnego…

– Zauroczenie? Przecież kochał swoją żonę… Ingrid.

– Nic z tych rzeczy! – zdecydowanie odparł Olaf. – Jorgensen ma lekkie odchylenie mistyczne czy coś w tym rodzaju i twierdzi, że Róża Stefanowicz jest teraz gdzieś w pobliżu i odegra jeszcze ważną rolę…

– Gdzie? Co? Jak?! No, rzeczywiście ma odchylenie! – wtrąciła Linda.

– Gdybym ci przytoczył szczegóły tego, co nam powiedział Hans Jorgensen, tobyś nie uwierzyła. Więcej powściągliwości, Puchatko! – Olaf pomyślał przez moment, że Linda może mieć uraz do tej sprawy.

– Niech ci będzie. Co dalej?

– Przyjechała do Szwecji jako Róża Stefanowicz, a wyjechała jako Róża Bielska i wyruszyła gdzieś w świat. Ma teraz sześćdziesiąt jeden lat, czyli jest jeszcze w sile wieku.

Słońce znikło za horyzontem i w dali majaczyło już tylko halo. Zrobiło się nagle zimno. Linda zamilkła i wpatrywała się przez chwilę w morze. Olaf włożył sweter. Siedzieli tak w ciszy kilka minut i wyglądało na to, że oboje myślą o owej tajemniczej Polce.

– Wiesz… może rzeczywiście coś w tym jest – niespodziewanie odezwała się Linda. – To o tym chcesz rozmawiać z Konradem? Może ona była nie radzieckim, tylko polskim nielegałem albo zrobionym w kooperacji z KGB?

– Jorgensen wykluczył to zdecydowanie. Zresztą nielegałów tak się nie robiło – odpowiedział pewnie Olaf. – Tak, chcę o tym porozmawiać z Konradem, bo ta sprawa nie daje mi spokoju. Zaraziłem się od Hansa czy co?

– Popatrz, Olaf, jest tyle różnych wysp na świecie, ale Fårö jest tylko jedna. Przeszywająca swoją atmosferą i tajemnicą. Widziałam tu kiedyś na plaży kroczącą śmierć w czarnym stroju… i tu… straciłam dziewictwo. Uwierzyłbyś? – Olaf spojrzał na nią z lekkim półuśmiechem. – Zimno już! – dodała po chwili, podniosła się z leżaka i wchodząc do domu, rzuciła: – Pójdziemy do sauny? A potem poczytamy Kubusia Puchatka albo obejrzymy Łowcę androidów.

– Mmmm… – zamruczał, wchodząc za nią. – To może najpierw obejrzymy, a potem poczytamy… scenariusze Bergmana.

– Najpierw sauna!

– Trzyyy, cztery…

Zaczęli rozbierać się na wyścigi, rozrzucając po salonie części garderoby. Jego but poszybował tak precyzyjnie, że strącił lampkę ze stolika.

– Zaczekaj! – zawołał Olaf i pobiegł do przedpokoju. Wrócił z kaskiem rowerowym i rzucił go nagiej już Lindzie. – Załóż! Jestem nastawiony dzisiaj bardzo bojowo! – I zaczął niemiłosiernie fałszować Walkirię.

11

– Raszid! – rzucił krótko Sajed i zrobił nieokreślony ruch głową.

Oznaczało to, że chce teraz porozmawiać z Safirem w cztery oczy, a Raszid ma zadbać o ich spokój i bezpieczeństwo.

– Chodź! – Objął gościa ramieniem i wyszli na obszerny taras, z którego rozpościerał się widok na nocną Sanę.

Karola zaskoczyło, że mafradż jest aż tak wysoko. Nigdy nie widział Starego Miasta z góry i teraz poczuł, że jego orientalne piękno w tej księżycowej nocy, tuż po zwrotnikowej burzy, tchnie niebywałym urokiem i pachnie jak cudowny kamienny kwiat. Wydawało mu się, że jeżeli za chwilę rozłoży ręce, to uniesie się i poszybuje nad miastem z tysiąca i jednej nocy.

– Pięknie, prawda? – zapytał Sajed i wziął go za rękę. – Tyle światła i ani jednego neonu Coca-Coli, Nokii czy Forda. Czy to nie jest symboliczne?

– Jest! – odpowiedział Karol z autentycznym przekonaniem. – I niech tak zostanie! Od krzyżowców weźmiemy tyle, ile trzeba. I kiedy trzeba.

– I co trzeba.

Usiedli na miękkich niskich stołkach. Karol nawet nie zauważył, kiedy pojawiły się na tarasie, bo w czasie ulewy z pewnością ich tam nie było.

Zanim rozpoczęli rozmowę, siwy, brodaty Ibrahim w nieświeżej galabii i z patologiczną kifozą postawił na inkrustowanym macicą perłową i mosiądzem stoliku pękate szklaneczki, miseczkę z cukrem i dzbanek z herbatą. Nic więcej.

– Masz pilną robotę, Safir – oznajmił Sajed, gdy tylko zostali sami.

Karol, zajęty mieszaniem herbaty, nawet nie zareagował, bo Sajed zawsze zaczynał rozmowę od tego stwierdzenia.

– Posłuchaj. Są dwie sprawy, które musisz załatwić… natychmiast! Potem przyjedziesz do mnie i zdasz mi relację. – Sajed był rozluźniony, mówił cicho, bez wysiłku i patrzył Safirowi prosto w oczy. – Dzieje się coś dziwnego!

– Co? – zapytał Karol, wyraźnie zaskoczony, bo ostatnie słowa Sajeda zdecydowanie odbiegały od standardu.

– Zapomniałem, jak on się nazywa… – Sajed zmrużył oczy i zaczął nerwowo pocierać palcami.

– Kto?

– Ten Irlandczyk, z którym spotkaliśmy się w Kenii… pamiętasz…

– Oczywiście! Ted Kelly…

– Właśnie! Patrz, Safir, zapomniałem. Chyba dlatego, że od dawna nie mieliśmy z nimi kontaktu. – Sajed zamyślił się na moment. – Z tymi Irlandczykami tak już jest, chodzą własnymi ścieżkami… Jeden Allah wie, co bulgocze w tych tępych irlandzkich łbach… Whisky pewnie.

– Ja ich rozumiem! – wtrącił Karol.

– Nie wątpię. W końcu przez dwa lata byłeś łącznikiem.

– Ted to legenda! Wspaniały człowiek… Kiedyś ci o nim opowiadałem.

– Tak, wy Polacy i Irlandczycy macie coś wspólnego. Odwiecznych wrogów! Oni Anglików, a wy Rosjan. I zamiłowanie do wódki! Kiedyś o tym pogadamy, może jak wrócisz…

– Ale o co chodzi? – Karol się zaniepokoił.

– Kelly przekazał nam przez Hadżiego, że chce się pilnie spotkać w jakiejś nadzwyczaj ważnej sprawie.

– Dlaczego kontaktuje się przez Hadżiego? – Karol uniósł nieco głos. – Miał tego nie robić, ma przecież stały kontakt na Abdula… co jest? Zgubili numer telefonu czy zapomnieli? – Rozłożył ręce.

– No właśnie! Dlatego mówię, że masz dwie sprawy do załatwienia. – Sajed pokiwał głową i pogładził oburącz brodę, co robił tylko wtedy, gdy szukał kontaktu z Allahem.

Karol zastanowił się przez moment.

– Myślisz…? – zapytał w końcu.

– Na to wygląda – odparł Sajed.

– Muszę to rozważyć…

– Safir! – ciągnął Sajed coraz chłodniejszym tonem. – To ty wprowadziłeś Abdula i dałeś mu rekomendację, chociaż wiedziałeś, że nie znoszę Francuzów. Ufam ci jednak bardziej niż komukolwiek i zgodziłem się na tego Tunezyjczyka…

– W porządku, Sajed. W porządku. – Karol poczuł się nieswojo.

Natychmiast zrozumiał, że ma poważny problem do rozwiązania, a Sajed oczekuje od niego konkretnej propozycji. Tu i teraz.

Po raz pierwszy od jedenastu lat coś zazgrzytało.

Na taras wszedł Ibrahim, jakby jeszcze bardziej zgarbiony, i postawił na stoliku daktyle i figi. Zajęło mu to prawie dwie minuty, dokładnie tyle, ile potrzebował Karol, by zastanowić się nad odpowiedzią.

– Od ciebie zależy, którą ścieżką pójdziesz, i niech ci Allah pomoże wybrać tę jedyną, prawdziwą. Masz trudny wybór, ale my też. Rozumiesz? – Sajed skończył i czekał na ruch Safira.

– No dobrze – odparł Karol, kryjąc zaniepokojenie. – Telefon od Kelly’ego do Hadżiego z pominięciem Abdula może świadczyć o tym, że stracili do niego zaufanie i woleli ruszyć kanał, którego nie powinni wykorzystywać do łączności. Znaczy, że woleli zaryzykować, bo jest pewniejszy niż Abdul. – Zamilkł na moment i zobaczył, że Sajed drugi raz tego wieczoru pociera rękami brodę. – Wiedzą, że Abdul zdradził!

– Też tak uważam – odezwał się Sajed.

– Sądzę jednak, że Irlandczycy muszą mieć do nas naprawdę ważną sprawę…

– I pewnie nie chodzi im o Abdula.

– Oczywiście!

– A co z Abdulem? – zapytał Sajed, jakby chciał zignorować ostatnie słowa Safira.

– Przecież nie spotkam się z Irlandczykami, zanim się nie dowiem, o co chodzi z tym Abdulem. To wszystko jest niejasne, podejrzane.

– Safir, bracie! – Sajed położył mu rękę na ramieniu. – Niech cię Allah prowadzi! Wracaj jak najszybciej. – Popatrzył mu prosto w oczy i dodał: – A teraz odpocznij. Ibrahim zaprowadzi cię na kwaterę.

Na korytarzu Karol spotkał Raszida. Powiedział mu, że jutro wyjeżdża, i pożegnali się serdecznie. Raszid, który najwyraźniej szedł do Sajeda, nie zapytał, kiedy znowu przyjedzie, i Karol od razu się domyślił, że wie o sprawie Abdula.

Wszystko wskazywało na to, że musi jak najszybciej porozmawiać z profesorem Ahmedem. Było źle, a mogło być jeszcze gorzej.

12

– Bladź! Nic nie poznaję! – odezwał się Jagan z tylnego siedzenia.

– To dawny prospekt Pobiedy, teraz imienia Władimira Władimirowicza – wyjaśnił beznamiętnie Gruzow, a Jagan od razu pomyślał o swoim kizlyarze i poczuł, jak smok poruszył się nerwowo.

– Dużo się zmieniło. Miasto prawie nie do poznania… wiele się buduje – rzucił Zaricki.

– Moskwa, Kadyrow, mafia… wszyscy inwestują, bo to też jakiś sposób na lepsze jutro dla Czeczenów. Ludzie są zmęczeni, chcą choć trochę normalności – dodał Gruzow.

– Ładnie tu się zrobiło, ale to wciąż Czeczenia – wymamrotał Jagan.

– W Gudermesie byłeś? – zapytał Zaricki.

– W ubiegłym roku… – Jagan obserwował szybko przesuwające się widoki za oknem samochodu. – Ładnie odbudowany. – Po chwili dodał: – Patrzcie, jakimi samochodami tu jeżdżą! Mała Moskwa czy co?

– Co ty, starszyna, Czeczenów nie znasz? – zapytał Zaricki i wyrzucił papierosa przez okno. – Rubelek dla brata, rubelek dla żony, rubelek dla dziadka, rubelek dla miasta i sto dla mnie.

– To prywatyzacja po kaukasku… zresztą u nas jest tak samo. I tak te pieniądze kiedyś gdzieś zainwestują – skomentował Gruzow.

– Pies ich jebał! – rzucił niespodziewanie Jagan. – Nie podoba mi się to. Bladź, przecież my za to płacimy! A za dwa, trzy lata znów to trzeba będzie rozwalać. Gruzow! – Walnął go dłonią w ramię. – Dwie smiertnice wybuchły niedawno w metrze w Moskwie. Oglądaliśmy je. Pamiętasz?

– Pamiętam. No i co?

– To my im budujemy miasta, te ulice i domy, a one przyjeżdżają robić u nas fajerwerki!

– Trubow! Coś ty się z kija urwał? – smętnie, ale konkretnie odparł Gruzow i wszyscy zamilkli.

Jagan był w Groznym ostatni raz w 2003 roku, a i to przejazdem. Nie lubił tego miasta. Lubił za to i znał Gudermes, bo tam stacjonowała kiedyś jego jednostka.

Wynikało to może z tego, że pamiętał, jakie klęski ponieśli Rosjanie w walce z góralami, i to w mieście. Przekroczyli wtedy normalny poziom hańby i na myśl o tym wciąż czuł przypływ wściekłości wymieszanej z bezsilnością. Najgorszy stan ducha, jaki może się przytrafić rosyjskiemu żołnierzowi specnazu. Tylko pawia puścić!

A może Jagan w ogóle nie potrafił sobie wyobrazić, że musiałby walczyć w mieście. Tyle ulic, domów, ludzi… jak mógłby w każdym z nich wyczuć niebezpieczeństwo?

Nie próbował tego dotąd. Wiedział, że jego niezwykły dar demaskacji zagrożenia, ujawnienia planów czyhającej w pobliżu śmierci na nic by się nie zdał w mieście, szczególnie takim jak Grozny.

Dlatego postanowił kiedyś, że w górach musi być lepszy od górali, i nieźle mu się to udawało, chociaż sam pochodził z Omska. Muhamedow szybko poznał sierżanta Andrieja Trubowa z imienia i nazwiska, choć normalnie nie interesowali go podoficerowie.

– Dojeżdżamy! – odezwał się po raz pierwszy od dłuższego czasu Jura Kosow, który prowadził samochód. – Która godzina? – zapytał. – W tym gracie nie działa zegar.

– Osiemnasta dwadzieścia pięć – odpowiedział Jagan, nie patrząc na zegarek.

– To nie żaden grat, tylko dobrze zamaskowany samochód grupy specjalnej połączonych służb specjalnych Federacji Rosyjskiej – zauważył dowcipnie Gruzow, ale nikt nie zareagował na jego słowa.

Jechali szerokim, czystym prospektem między nowymi domami o jasnych elewacjach. Na końcowym odcinku ulica przechodziła w promenadę obsadzoną młodymi drzewami, które rozdzielały oba pasy ruchu. Po chwili wyjechali na ogromny plac zajmowany przez monumentalny meczet.

Zaczęło się już ściemniać i włączone zostało oświetlenie budowli przypominającej Hagia Sofia w Stambule. Cztery wysokie, wyjątkowo smukłe minarety o ostrych szczytach wyrastały na rogach meczetu, jakby miały go bronić przed niewidzialnym wrogiem. Tysiące świateł dodawało świątyni więcej dramatyzmu niż majestatu.

Kosow zwolnił i wszyscy jak zaczarowani wpatrywali się w ten widok. Jagan pomyślał, że minarety stoją wbrew prawom fizyki i każdy z pewnością pięknie by się zwalił od jednego celnego trafienia z RPG.

Skręcili w lewo, w sześciopasmową aleję, i w ciszy minęli meczet po prawej stronie. Po trzystu metrach dojechali do stojącego opodal skrzyżowania nowego dziesięciopiętrowego apartamentowca.

– Jesteśmy na miejscu – zakomunikował Zaricki, blisko czterdziestoletni major. – To ten dom po lewej… najwyższe piętro.

Kosow i Jagan musieli się pochylić, żeby spojrzeć w górę.

– Ostatnie trzy okna po prawej – dodał Zaricki.

– Ciemno – rzucił Kosow.

– Dobrze! Tak miało być!

– No… to co? – wtrącił Gruzow. – Zaczynamy?

– Dowodzi Fiedieralnaja Służba Biezopasnosti. Panowie oficerowie, czekamy na sygnał! – Zaricki przypomniał, że od tej chwili gospodarzem sprawy jest wywiad wojskowy.

– Długo? – zapytał Kosow.

– Wysłałem SMS-a… i czekamy.

Na parkingu przed domem stało kilka samochodów. Dwa SUV-y, kilka bmw, mercedes i dalej w rzędzie inne, nie mniej okazałe pojazdy. Stary opel astra z 1998, najwyżej z 1999 roku wyraźnie się odróżniał. Jagan wyczuł to natychmiast.

– Spierdalamy stąd – rzucił cicho.

– Co jest, Trubow? – odezwał się nieco zaskoczony Gruzow.

– Spierdalamy i już! – powtórzył bardziej zdecydowanie Jagan. – Sto osiem metrów za nami jest budynek administracji miasta. Wyglądamy w tym gruchocie, jakbyśmy chcieli zrobić jakieś bum, jak niedorobieni amatorzy Umarowa z Emiratu Kaukaskiego… Spierdalamy!

– Jagan ma rację. Słyszałeś, Zaricki! – Kosow włączył silnik i wrzucił jedynkę, aż zazgrzytała skrzynia biegów.

– Bez nerwów – spokojnie zareagował Zaricki. – Wszystko jest pod kontrolą. Co ty, kurwa, myślisz, Trubow, że nie wiedzieliśmy, gdzie stoi ten budynek? W tym domu mieszkają ludzie Kadyrowa i Muhamedow wiedział, gdzie zrobić swoją kryjówkę. Pod latarnią najciemniej… nie?!

Gruzow przez całą drogę palił papierosy i wyglądał, jakby denerwował się bardziej od innych.

Smród papierosów Marlboro nie pozostawiał wątpliwości co do źródła ich pochodzenia, ale paradoksalnie to dobrze świadczyło o Gruzowie, który musiał kupować je taniej na bazarze. Oryginalne fajki palili tylko ci oficerowie, których było na nie stać. Dlatego pewnie Gruzow mimo swoich pięćdziesięciu pięciu lat – choć wyglądał na więcej – wciąż był majorem i musiał ryzykować życie, zamiast łowić ryby kijem Megabass Diablo Slant Bridge z kołowrotkiem Stella Shimano.

Gruzow pstryknął niedopałkiem przez okno i o mało nie trafił podjeżdżającego motocyklisty bez kasku, w czarnej skórze, który zatrzymał się cztery metry dalej, pochylił i bez słowa zajrzał do wnętrza samochodu. Po chwili podjechał drugi motocyklista w identycznej czarnej skórze i stanął obok.

Jagan delikatnie, powoli, wciąż patrząc w kierunku motocyklistów, wyjął spod kurtki swojego skorpiona model 61, odbezpieczył go i położył na kolanach.

– Nie rób głupstw – wyszeptał Gruzow. – Schowaj to, bo nie wyjedziemy z Groznego żywi…

– Wy kto? – zapytał twardo po rosyjsku z kaukaskim akcentem pierwszy motocyklista. – Czego tu?

– Daj porozmawiać, przyjacielu! – zaczął Gruzow pojednawczo.

Drugi motocyklista przejechał parę metrów dalej i stanął przed samochodem, najwyraźniej schodząc z możliwej linii strzału.

Zanim Gruzow zdążył otworzyć drzwi samochodu, obaj motocykliści błyskawicznie rozpięli kurtki i sprawnym ruchem wyjęli pistolety.

Mimo że było już ciemno, Jagan dostrzegł, że Czeczeni mają wypasione, najnowsze dziewięciomilimetrowe skorpiony model 91, i od razu pomyślał, że coś jest nie w porządku ze sprawiedliwością na świecie, a w każdym razie sporo jest na tym polu do zrobienia, przynajmniej w Rosji.

– Nooo… Ruski, tylko bez numerów! – krzyknął ten, który stał z przodu. – Bo będziemy strzelać!

– Nie chcemy kłopotów. Jesteśmy z Federalnej Służby Bezpieczeństwa. – Gruzow wysiadł z samochodu i podniósł ręce. – Teraz sięgnę do kieszeni po legitymację, dobrze? – I zaczął powoli opuszczać jedną rękę.

Jagan obserwował Gruzowa i jednocześnie odciągnął zamek, który cicho zadźwięczał. Szybko ocenił, że sytuacja nie jest dobra, bo Gruzow zasłania mu motocyklistę, a drugi Czeczen stoi przed maską, poza zasięgiem strzału.

– Spokojnie! – bardzo cicho powiedział Zaricki.

Motocyklista wciąż uważnie obserwował samochód i Gruzowa. Po chwili dał mu znak automatem, żeby się zbliżył. Gdy ten był już półtora metra przed nim, kazał mu stanąć. Gruzow powoli wyjął swoją legitymację i wręczył motocykliście.

Chciał opuścić ręce, ale nie dostał pozwolenia.

– Zadzwoń do Fiołkina! – zaproponował.

– Nie bądź taki mądry, Ruski! Wiem, co mam robić – odparł sucho pewny siebie Czeczen.

Jedną ręką wyjął krótkofalówkę, nacisnął przycisk i z głośnika odezwał się skrzeczący, niezrozumiały głos. Przez chwilę motocyklista, nie spuszczając wzroku z samochodu i Gruzowa, rozmawiał z kimś po czeczeńsku.

Jagan zrozumiał tylko słowa „opel astra” i „Gruzow”. Upłynęło dokładnie dwie i pół minuty, zanim ponownie odezwała się krótkofalówka. Czeczen powiedział kilka słów, czegoś wysłuchał i w końcu się rozłączył. Oddał legitymację Gruzowowi, a pistolet schował pod kurtkę. Wrzucił nogą bieg i bez słowa odjechał. Po kilku sekundach ruszył za nim drugi motocyklista.

– No i co teraz?! Kurwa! – zaczął Kosow, gdy tylko Gruzow wsiadł do samochodu. – Zaraz pół Groznego będzie wiedziało, że czterech facetów z FSB stoi w tym gracie, i to akurat pod tym domem. Nie sądzisz, że Kadyrowa zainteresuje, co tu robimy? – ciągnął spokojnie i logicznie. – Czy ta nasza akcja ma jeszcze sens? Żaden Czeczen nie ufa drugiemu…

– Robimy tak, jak było zaplanowane! – zdecydowanie przerwał mu Jagan i schował swój automat.

W samochodzie zaległa cisza. Nie było najmniejszej wątpliwości, że wszyscy chcą kontynuować operację, bo namierzenie lokalu konspiracyjnego Muhamedowa kosztowało ich dużo pracy, pieniędzy i czasu. I mogło w końcu doprowadzić do rozbicia tej najniebezpieczniejszej, bo najinteligentniejszej grupy na Kaukazie, a może i w całej Rosji. Nie mówili o tym, ale każdy z nich wiedział, że powodzenie akcji może kiedyś uratować czyjeś życie. Rosyjskie na pewno – pomyślał Jagan.

Jura Kosow też tak myślał, ale był oficerem wywiadu, czyli działał w służbie, w której często forma przerasta treść, i dlatego czasami, w trudnych sytuacjach, stawiał niepotrzebne pytania. Trubow, Zaricki i Gruzow byli inni. Wiedzieli, że to misja bojowa i rozterki Jury, choć może i słuszne, nie popchną sprawy. Oczywiście wzrósł teraz stopień zagrożenia, ale w tej profesji to nie pierwszyzna.

To, co się przed chwilą stało, wyzwoliło w Jaganie znane mu miłe uczucie podniecenia bojowego. Poczuł, że dwugłowy smok na jego plecach drży i lekko się porusza. Odsunął się więc od oparcia, by dać mu więcej miejsca.

– Kazak! Mołodiec Andriej! – Zaricki bez cienia dwuznaczności skomentował decyzję Jagana i było już oczywiste, że Jura Kosow jest w mniejszości. – Czyli co? Zaczynamy!

13

Konrad wrócił ze spotkania z Szefem Agencji na Miłobędzkiej w gorszym nastroju, niż był rano, kiedy tam jechał. Prosił o to spotkanie od kilku dni, bo sprawa pod kryptonimem „Zaraza” nabierała coraz szybszego tempa i nie mógł podejmować wszystkich decyzji sam. Ale Szef wciąż był zajęty, jakby Karol Hamond niemal nic nie znaczył dla Agencji Wywiadu. Jakby wszystko inne miało pierwszeństwo. Konradowi trudno było to zrozumieć, bo po odejściu generała Pęka wydawało się, że może być już tylko lepiej.

Nie była to też kwestia osobistego stosunku nowego Szefa do Konrada, bo znali się od kilku lat i chociaż nie było w tej znajomości ani krzty sympatii, to nie było też niechęci. Właściwie ich drogi zawodowe nigdy się ze sobą nie skrzyżowały. Biegły równolegle, jak drogi wielu innych.

Podczas wyproszonego dwugodzinnego spotkania Szef zadał raptem cztery pytania dotyczące Safira, w tym jedno o jakąś datę. Chwilami można było pomyśleć, że ta sprawa po prostu go nie obchodzi, ale to nie mogło być prawdą.

Najważniejszą od lat, przełomową informację, że partnerzy brytyjscy z SIS pozyskali do współpracy wiedeńskiego łącznika Al-Kaidy, który został włączony do struktur Bazy z rekomendacji Safira i miał być skrzynką kontaktową z Irlandczykami, Szef skwitował pytaniem, kiedy ten człowiek został zwerbowany. Mimo że milczenie Szefa drażniło Konrada do żywego, to jednak mogło być też uznane za błogosławieństwo. Dawało praktycznie wolną rękę w działaniu. Tak czy inaczej Konrad nie był przyzwyczajony do takiego prowadzenia spraw i odczuwał silny dyskomfort.

Ten przykry stan pogłębiła druga część rozmowy, w której Szef niezwykle się ożywił, gdy usłyszał o konieczności powołania Międzywydziałowego Zespołu Analitycznego do spraw Oceny Stanu Zagrożeń Terrorystycznych dla Bezpieczeństwa Publicznego Rzeczypospolitej Polskiej. Nagle się okazało, że świetnie włada językiem polskim i jest nawet swoistym erudytą.

Wydawało się, że to nie ujęcie Safira, lecz oczekiwane przez kierownictwo państwa powołanie zespołu będzie prawdziwym wkładem AW w walkę z międzynarodowym terroryzmem. I tego właśnie Konrad nie mógł zrozumieć. Podejrzewał oczywiście, co może się za tym kryć, ale ta myśl była tak irracjonalna, że nie mogła się przebić przez jego zawodową prostolinijność.

Najgorsza była jednak trzecia część spotkania. Bo o ile dwie pierwsze mieściły się w schemacie dysfunkcji zawodowych, o tyle ostatnia dotykała Konrada osobiście. Po raz kolejny zreferował Szefowi sytuację Sary i Wydziału „Q” w związku z prowadzonym dochodzeniem w sprawie „Travisa”. Wskazywał, że nie może być tak, by trup w szafie generała Pęka niszczył – przy pomocy dyżurnych prokuratorów – najlepszych oficerów.

Początkowo, jak zawsze do tej pory, Szef zadeklarował solidarność, pomoc i wszystko, co mieściło się w jego możliwościach. Tym razem jednak zrobił poważny błąd. Wyraził współczucie. Słowo to, wzmocnione bezbarwnym spojrzeniem, było dla Konrada wręcz krwawo czytelne, bo oznaczało, że Szefowi jest obojętne, co się dalej stanie, i że nie zamierza angażować się w sprawę.

Była za kwadrans pierwsza i Konrad jechał na dwudzieste piętro. Wydawało mu się, że winda porusza się wolniej niż zwykle, jakby ją ciągnęły niedożywione osły. Właściwie nie miał ochoty wracać do Wydziału, bo wiedział, że będzie musiał wszystko opowiedzieć Sarze. A jeśli się z tym spóźni, to Sara będzie miała słuszną pretensję, że jej nie uprzedził, i wyjdzie na to, że jest zbyt miękki.

Konrad zalogował się do kamery, która odczytała biometr jego twarzy, i wszedł do Wydziału. Zanim dotarł do swojego gabinetu, pozaglądał przez oszklone drzwi do pokoi po obu stronach korytarza. Sara siedziała za biurkiem i zawzięcie pisała coś na komputerze. Marcin przechadzał się nerwowo, wymachując jedną ręką, a drugą przyciskając do ucha telefon. U M-Irka były jak zwykle opuszczone żaluzje. W innych pokojach można było dostrzec umiarkowany ruch, jakby wszyscy jeszcze nie przywykli do tego, że dzień pracy już dawno się rozpoczął.

Konradowi wydawało się, że nikt nie zwrócił na niego uwagi. Nawet sekretarka Ewa sprawiała wrażenie nieobecnej. Przez moment pomyślał, że biuro opanował jakiś tajemniczy wirus, a on sam stał się niewidzialny.

Postanowił jednak sprawdzić prawdziwość swoich podejrzeń i nacisnął na intercomie przycisk z napisem „Sara”.

Na jej telefonie wyświetlił się napis „Konrad” i Sara podniosła głowę znad komputera, spojrzała przez szyby na Konrada i równocześnie zapytała jakby nieco zdezorientowana:

– No… co jest?

– Przyjdź do mnie… albo nie, ja przyjdę – rzucił i rozłączył się.

Przeszedł do jej pokoju, usiadł w fotelu i już miał zacząć opowiadać o wizycie na Miłobędzkiej, gdy Sara z głośnym trzaskiem zapaliła papierosa.

– Dlaczego używasz takiej niewygodnej męskiej zapalniczki? To jakiś szpan czy pamiątka po… nim? – Konrad po raz pierwszy zapytał o to, o co chciał ją zapytać od zawsze. Zrobił to tak spontanicznie, że aż się zawstydził. – Mogłabyś rzucić palenie! – dodał świadomy bezsensu tego, co powiedział.

– Co z tobą, Konrad? – Sara uniosła brwi i założyła nogę na nogę. – Coś się stało?

Kurwa! – zaklął w duchu. Że też ona zawsze mnie wyczuje…

– Co się stało?

– Nie, nic! – skłamał, przygryzł dolną wargę i zdecydował, że porozmawia z nią w bardziej sprzyjających okolicznościach.

– Gdybym cię nie znała, to pomyślałabym, że rzuciła cię dziewczyna albo, co gorsza, ktoś ci porysował saaba… 900i… turbo. Tak?

Konrad zmienił zdanie i chciał już wszystko powiedzieć, gdy zadzwonił jej telefon komórkowy. Znał tę melodię – to był jego ulubiony motyw z piosenki Cata Stevensa i Sara o tym wiedziała. Kiedyś nawet miał pewne podejrzenia, dlaczego ściągnęła sobie ten utwór na prywatną komórkę.

Zdążyli wysłuchać sporego kawałka melodii, nim odnalazła telefon w torebce. Konrad chciał już wyjść, ale dała mu ręką znak, żeby został.

Była trzynasta pięćdziesiąt sześć.

– Cześć, Jacek! Kopę lat! – zaczęła Sara, niby uradowana z telefonu.

Konrad od razu zrozumiał, że to Jacek Morawiec, szef ochrony hotelu Marriott, były oficer Wydziału Wschodniego kontrwywiadu ABW i dawny chłopak Sary. Razem byli w szkole wywiadu w Kiejkutach i potem jeszcze przez pół roku ze sobą chodzili. Rozstanie wymusiły alkoholowe problemy Jacka, lecz, jak zawsze twierdziła Sara, pozostali przyjaciółmi. Wkrótce odszedł też z ABW, z tych samych powodów.

– Poczekaj – odezwała się do Jacka i zwróciła do Konrada: – Coś dziwnego dzieje się w Marriotcie. Jacek? Słyszysz mnie dobrze? Jest u mnie Konrad… przełączę na głośniki… mów.

– Dobrze. – Konrad rozpoznał podniecony głos Morawca. – Słuchajcie uważnie. Minutę temu zadzwoniła do mnie jedna ze sprzątaczek. Przez przypadek weszła do pokoju… apartamentu i zobaczyła coś dziwnego. Przy stole siedziało kilku facetów, którzy bardzo się zdenerwowali jej niespodziewanym wtargnięciem i zaczęli chować pod stół jakieś papiery. Ale żeby było dziwniej… trzech facetów to Azjaci. Sprawdziłem. Pokój jest na Szweda, Gustava Winklunda. Oni tam teraz są…

– Może to jacyś biznesmeni? – zapytała zaciekawiona Sara.

– No… może… może nie?! Jednak znam tę sprzątaczkę. Była wyraźnie przerażona…

– Może to mafia? – wtrącił Konrad.

– Słuchajcie! – rzucił wyraźnie podniecony Jacek. – Coś tu nie gra! Ale jak was to nie interesuje…

– Daj spokój – odezwała się Sara. – Oczywiście, że nas interesuje! Co to za Azjaci? Zapytaj tej sprzątaczki. Chińczycy, Japończycy…?

– Na głowę upadłaś! Ona rozróżnia co najwyżej białych, czarnych i żółtych…

– Okay! Weź z recepcji dane tego Szweda i podaj nam datę urodzenia i numer paszportu…

– Czekaj… – Jacek ściszył głos. – Czekaj… – Na chwilę w głośnikach zaległa cisza. – Ty… Sara… oni właśnie wychodzą… Trzech Azjatów w garniturach i dwóch białych… Coś dziwnego! Są mocno zdenerwowani!

– Zrób im zdjęcie – rzucił Konrad.

– Nie mam jak!

– Co się dzieje? Jacek?! – Sara poczuła wyraźne podniecenie.

– Jeden poszedł płacić do recepcji… przeszli obok mnie, jestem w holu.

– Jacek! Słuchaj! Jedź za nimi! Trzymaj telefon włączony…

– Żółci wsiadają do taksówki…

– Zajmij się białym! – Atmosfera w pokoju Sary z sekundy na sekundę stawała się coraz bardziej napięta.

– Biały wyraźnie czeka na tamtego, co płaci… Jest zdenerwowany!

Konrad poderwał się nagle z fotela i pobiegł do pokoju Marcina.

– Motor masz?

– Mam… ale…

Marcin zamarł ze zdziwienia.

– Pędem na motor! Włącz telefon i załóż słuchawki…

Tamten stał, jakby ogłuchł.

– Już! Zasuwaj! Dostaniesz dyspozycje!

Marcin chwycił kask, skórzaną kurtkę i pobiegł w kierunku wyjścia. Konrad wrócił do pokoju Sary, która z wypiekami na twarzy zrelacjonowała mu sytuację:

– Jacek w tej chwili ruszył taksówką za tym młodszym… białym. Stary… ten Szwed… właśnie wsiadł do drugiej taksówki hotelowej. Jacek zna kierowcę. Zaraz zadzwoni do operatora i zapyta, dokąd jadą.

– Marcin na swoim motorze czeka już na dole – powiedział z satysfakcją Konrad.

– Mądry chłopiec! – rzuciła Sara, mocno już pobudzona.

Telefon nie zdążył nawet zagrać pierwszych pięciu nut Morning has broken, kiedy Sara nerwowo nacisnęła zielony przycisk i zaraz przełączyła na głośnik.

– Jadą na lotnisko! Stoją w korku w Alejach – usłyszeli głos Jacka. – Ja jadę za tym młodszym w kierunku Wilanowa.

– Trzymaj się blisko, ale nie daj się złapać – powiedział Konrad, choć Jacek po służbie w kontrwywiadzie powinien znać zasady prowadzenia obserwacji. – Chyba nie zapomniałeś? Bądź cały czas na linii. Nie wyłączaj się!

Wyjął swojego iPhone’a i wybrał numer Marcina.

– Gdzie jesteś?

– Stoję pod naszym budynkiem.

– Zapamiętaj! Taksówka, czarny mercedes 300 z logo hotelu Marriott, numer rejestracyjny WE 195610… Zapamiętałeś?

– Oczywiście, szefie!

Marcin był absolutnie szczęśliwy, bo niczego tak nie lubił jak spontanicznych akcji, a szczególnie teraz, kiedy był na swoim własnym motorze Harley-Davidson. To nasze pierwsze wspólne zadanie – pomyślał całkiem poważnie.

– Ta taksówka stoi teraz gdzieś w Alejach Jerozolimskich i jedzie na Okęcie. W środku jest starszy facet. Musisz być na lotnisku przed nim. Rozumiesz?

– Jasne, szefie!

– Skończ z tym szefem! – wkurzył się Konrad. – Jak przyjedzie, pójdziesz za nim i ustalisz, dokąd leci. Zrozumiałeś?

– Jasne, sz…

– My dzwonimy do Straży Granicznej, żeby go dokładnie przetrzepali przy heimannie. Pójdziesz do nich i sprawdzisz, co ten facet ma przy sobie.

– Czego szukać, szefie? – Marcin mówił głośno, żeby przekrzyczeć warkot motoru.

– Nie mam pojęcia. Czegokolwiek! Po prostu zobacz, co ma ze sobą. – Konrad zorientował się, że dał się ponieść emocjom i zapomniał o elementarnych zasadach pracy operacyjnej.

– Widzę! Widzę taksówkę! – krzyknął Marcin, aż Konradem rzuciło.

– Dobrze. Grzej na lotnisko! Tylko się nie rozłączaj i nie zabij się, na litość boską!

Nagle w pokoju zalega cisza. Konrad i Sara patrzyli na siebie w napięciu. Coś się stało, coś dziwnego, więcej – niezwykłego!

Gdzieś tam, w hotelu Marriott, jakaś niepozorna sprzątaczka zobaczyła na dwudziestym trzecim piętrze coś, czego prawdopodobnie nie powinna była zobaczyć. Potem dziwna siła kazała jej zadzwonić do szefa ochrony i mu o tym opowiedzieć. Mało osób w hotelu wiedziało, że Jacek Morawiec był dobrym oficerem kontrwywiadu, a jeszcze mniej – że przez pół roku chodził z Sarą Korską. A już tylko ona wiedziała, że jak Jacek coś wyniucha, to nie wolno tego lekceważyć.

Konrad zaś ufał Sarze bardziej niż sobie samemu.

Oboje teraz stali i patrzyli sobie w oczy jak w końcowej scenie odcinka wenezuelskiej telenoweli i choć wydawało im się, że upływają minuty, to naprawdę trwało to tylko kilka sekund.

Nie wiedzieli jeszcze, że będzie to najważniejsza sprawa w ich życiu. Na razie czuli tylko lekki dreszcz emocji.

15

Rano Karol wypożyczył białą toyotę corolla, model z przełomu wieków.

Nigdy nie korzystał dwa razy z tej samej wypożyczali, ale teraz miał mało czasu i zdecydował się na garaż U Jusufa przy ulicy Zubairi, z drugiej strony okazałego budynku Banku Islamskiego. Ostatni raz brał tam samochód dwa lata temu, więc ryzyko było minimalne.

Pracownik z niedbale zawiązaną na głowie kefiją, przeraźliwie chudy i z trzydniowym białosinym zarostem, sprawiał wrażenie, jakby nie obchodziło go nic poza khatem, którego potężna porcja wypychała mu policzek. Skserował paszport Karola, nawet go nie przejrzawszy, i gdyby był wystawiony na prezydenta Saliha albo Michelle Obamę, też pewnie by tego nie zauważył. Karol zapłacił za dwa dni sto pięćdziesiąt dolarów.

Dochodziła dziewiąta rano. Do Adenu było ponad trzysta pięćdziesiąt kilometrów i mimo że droga wydawała się całkiem dobra, wiedział, że nie zdąży dojechać na miejsce przed zachodem słońca. I o to mu chodziło.

Dlatego kiedy po kilku kilometrach się zorientował, że klimatyzacja w samochodzie nie działa, od razu zrezygnował z reklamacji. W końcu w Adenie planował spędzić tylko kilka godzin.

Musiał się spotkać z profesorem Ahmedem al-Husajnem. To było ważne. Bardzo ważne!

Samolot powrotny z Sany do Stambułu miał dopiero następnego dnia wieczorem. Nie mógł się jednak spóźnić, bo w Wiedniu musiał załatwić pilną sprawę. Nie zastanawiał się nad tym teraz, bo sądził, że to zadanie jest proste, podobne do wielu innych, jakie dotąd realizował.

Na początku, kiedy wstąpił do Al-Kaidy, był łącznikiem. Z czasem zaczął wykonywać coraz ważniejsze i trudniejsze zadania. Spotkał się kilka razy z Osamą i wielokrotnie z Ajmanem. Wyraźnie przypadł im do gustu, bo od tego czasu całe otoczenie zaczęło go traktować jak świątobliwego imama dżihadu. Zrazu czuł się wyróżniony, potem zaczęło go to śmieszyć. W końcu przestał zwracać na to uwagę. Teraz jednak zachowanie Sajeda, którego przecież znał jak nikogo w Bazie, wskazywało, że choć nadal postrzega otoczenie tak, jak postrzegał, to jednak ono samo się zmieniło. Zdał sobie sprawę, że jest jednym z najstarszych żyjących bojowników, choć nie pełni żadnej funkcji kierowniczej. Od sześciu lat nie był też w Pakistanie ani Afganistanie i od dawna nie miał już bezpośredniego kontaktu z Osamą, który zginął, tak jak oczekiwał, męczeńską śmiercią. Może dlatego Karol wciąż podążał swoją drogą. Niebezpieczeństwo mogło się jednak czaić gdzie indziej.

Sajed mówił o Tunezyjczyku Abdulu, jakby winił Sajeda za wprowadzenie go do Bazy. Ale w grę wchodziła też znacznie gorsza sytuacja: Abdul mógł już wcześniej pracować dla CIA albo Mosadu i było tylko kwestią czasu, kiedy wrogowie uderzą w organizację. Czyli on, Safir as-Salam, może odegrać teraz rolę przynęty. Ta myśl napawała go niepokojem i coraz bardziej dodawał gazu, by jak najszybciej zobaczyć się z profesorem.

To oczywiste, że Sajed może tak myśleć – skonstatował w duchu – skoro i ja w końcu poczułem, że coś tu nie gra. Pewnie gdybym inaczej ocenił sprawę Abdula… próbował go tłumaczyć… nie wyjechałbym już z Sany… Ale skąd o tym wiedzą Irlandczycy?

Nie podejrzewał wcześniej, by Sajed był aż tak przebiegły. Co gorsza, po raz pierwszy zdał sobie sprawę, po jakim kruchym lodzie on sam stąpa. I nie chodziło tu o dżihad, chodziło o sprawy wewnętrzne. Kiedyś tak nie było. Więcej, był przekonany, że to on steruje Sajedem. Dopiero teraz coś zazgrzytało w jego rewolucyjnej misji. Rzeczywiście sprawa Abdula z Wiednia mogła mieć dla Bazy katastrofalne skutki, ale kiedy pomyślał, że mogłaby tym samym zniweczyć jego misję, zaczął wyciskać ze starej toyoty ostatnie siły, wbrew martwemu prędkościomierzowi i charczącej skrzyni biegów.

Nawet przez chwilę nie pomyślał o Zuzie.

Do Adenu zostało niewiele ponad dwadzieścia kilometrów. Zatrzymał samochód na poboczu i wysiadł, żeby chwilę odpocząć.

Na południu było znacznie goręcej niż w Sanie. Karol stał oparty o samochód i obserwował, jak czerwona tarcza słońca powoli znika za poszarpanymi szczytami Dżabal Charaz. Czekał, aż zapadnie zmrok, by wjechać do Adenu. Tu się urodził, to było jego miasto i znało go tutaj wiele osób, musiał więc uważać bardziej niż gdziekolwiek indziej na świecie.

Słońce znikło, pozostawiając po sobie płonące niebo, i Karolowi się wydawało, że skryło się szybciej niż zwykle. Zdjął okulary przeciwsłoneczne i wrzucił je do samochodu. Odszedł parę metrów dalej od drogi, wybrał odpowiednie miejsce i stanął twarzą w kierunku Mekki. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz odmawiał maghrib, ale teraz poczuł silną potrzebę. Znacznie większą niż kiedykolwiek przedtem.

Do Adenu wjechał drogą od północy, gdy było już zupełnie ciemno. Szeroką aleją przez Al-Mansuri, potem minął po prawej meczet Redha w Szeich Othman i dotarł do Damby. Tak nazywała się dwupasmowa droga wybudowana na adeńskiej lagunie. W dzień było stamtąd widać góry otaczające port i stada brodzących flamingów. Karol bardzo lubił ten widok, ale teraz mógł go sobie tylko wyobrazić. Od pięciu lat nie był w Adenie w ciągu dnia.

Jechał, obserwując kolorowe światła miasta, które odbijały się w granatowej wodzie zatoki.

Noc była ciemna o tej porze roku, więc musiał uważać bardziej niż zwykle, bo uliczne latarnie dawały słabe światło i nie wszystkie działały.

Damba miała niewiele ponad sześć kilometrów długości, więc Karol się nie spieszył. Był już u kresu drogi i bał się, by zmęczenie i jakiś fatalny przypadek nie spowodowały niepotrzebnego zagrożenia.

Po kilku minutach dojechał do Chormaksaru. Kiedyś była tu baza brytyjskiego RAF-u i najlepsza dzielnica willowa Adenu, dzisiaj mocno już podupadła. Rodzice Karola przez kilka lat wynajmowali tu dom, lecz po jakimś czasie przenieśli się do nowych bloków w Al-Maali, bliżej portu.

Profesor Ahmed al-Husajn miał siedemdziesiąt dwa lata i był szczupłym, niewysokim mężczyzną o ciemnej karnacji i regularnych rysach. Trudno było jednak nazwać go starcem.

Gęste, kręcone włosy, mocno przeplatane srebrem, nosił krótko obcięte. Karol uważał, że dodają jego twarzy niezwykłego dramatyzmu i dostojeństwa, lecz w gruncie rzeczy profesor był typowym jemeńskim Arabem.

Mieszkał w Chormaksarze, w małym mieszkaniu zniszczonego dwupiętrowego bloku na osiedlu, którego patronem był niegdyś Karol Marks. W czasach istnienia Ludowo-Demokratycznej Republiki Jemenu miał to być wzór i przykład nowej socjalistycznej rzeczywistości. Po epoce nierealnego radzieckiego socjalizmu na skrawku Półwyspu Arabskiego profesorowi pozostało tylko to zniszczone mieszkanie z pięknym widokiem na szeroką plażę w Ibjan i turkusowe wody Zatoki Adeńskiej.

W lipcu 2006 roku w Bejrucie odłamek izraelskiej bomby uszkodził Ahmedowi kręgosłup, powodując częściowy niedowład prawej części ciała i utratę wzroku. Zatem piękny widok z okna pozostał dlań tylko wspomnieniem, wzbogaconym przez szum morza.

Nigdy wcześniej profesor nie był w Bejrucie. Kiedy rozpoczęło się izraelskie bombardowanie, gościł w Libanie po raz pierwszy na zaproszenie Arabskiego Związku Pisarzy. Nie miał żadnej bliskiej rodziny, bo wcześniejsza przygoda z marksizmem wykluczyła go z klanu na zawsze. Tak to wyglądało na zewnątrz, bo w rzeczywistości jego życie toczyło się gdzie indziej.

Mimo kalectwa radził sobie nadzwyczaj dobrze. Wyglądał, jakby utrata wzroku i możliwości pisania nie tylko mu nie przeszkadzała, ale wręcz dodała impetu jego aktywności intelektualnej. Dawni uczniowie i koledzy z uniwersytetu wyposażyli go w dyktafon, radio i łączność satelitarną, więc miał całkiem niezłe możliwości komunikowania się ze światem. Kiedy tylko wyszedł ze szpitala w Damaszku, stwierdził, że nie potrzebuje żadnej rehabilitacji. Nie narzekał też na brak towarzystwa i kontaktów z kolegami, którzy opiekowali się nim solidarnie, tym bardziej że uniwersytet był niedaleko. W ostatnim czasie profesor stał się nawet jeszcze większym autorytetem dla małego grona adeńskich intelektualistów, jakby przez swoje kalectwo odnalazł dostęp do tajemnej wiedzy i mądrości, jaką Allah obdarza wyłącznie ślepców. Karol doskonale wiedział, że profesor dostąpił owej mądrości znacznie wcześniej, zanim został ranny.

Karol Hamond, Safir as-Salam ibn Butrus, był w życiu profesora kimś wyjątkowym. Nieporównywalnym z nikim innym. Jakby wyznaczonym przez Boga Jedynego Wszechmocnego do naprawy świata, budowy jego nowych fundamentów, szerzenia sprawiedliwości i wiedzy. Był kimś więcej niż tylko jego przybranym synem. Ahmed darzył go uczuciem tak silnym, że miłość wydawała się przy nim czymś prostym i śmiesznym. Dlatego okaleczenie uznał za nic nieznaczący wypadek. Wydawało mu się czasem, że izraelski F-16, którego nawet nie widział, nigdy się nie pojawił na błękitnym niebie nad Bejrutem.

Do dziś nie potrafił określić, kim jest dla niego ten młody człowiek, który z jego woli przyjął imię Safir as-Salam ibn Butrus i stał się wojownikiem mądrości Allaha, żołnierzem Mahdiego.

Choć jemeńskie służby specjalne naciskały go co jakiś czas, by sobie przypomniał, gdzie może być Safir, zawsze odpowiadał, że nie wie. A zawsze wiedział, gdzie jest. Tak jak teraz, gdy Karol wszedł do jego mieszkania.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zamęt Niepokorni Jako dowód i wyraz przyjaźni. Reportaże o Pałacu Kultury Trylogia Szpiegowska Nieśmiertelni Niewierni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer