Jak nie być profesjonalnym piłkarzem

Jak nie być profesjonalnym piłkarzem

Autorzy: Paul Merson

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 336

Cena książki papierowej: 33.90 zł

cena od: 25.10 zł

Większość sławnych osób stara się ukazywać swoje życie jako pasmo sukcesów i marginalizować krępujące epizody z przeszłości. Legendarny piłkarz Paul Merson postąpił dokładnie odwrotnie. Szczegółowo przedstawił swoje najmniej chlubne doświadczenia, skupiając się na licznych ekscesach wywołanych uzależnieniem od hazardu, alkoholu i narkotyków. Komiczne opisy pijackich libacji i innych szaleństw Mersona sąsiadują w jego książce z fachowymi uwagami o futbolu i o kulisach gry w angielskiej lidze, a także z zabawnymi portretami jego kolegów z boiska, od Paula Gascoigne?a, "najbardziej popieprzonego piłkarza wszystkich czasów", do perfekcjonisty Davida Beckhama. W ostatecznym rozrachunku bowiem - mimo szaleńczych wyczynów, które niemal zrujnowały jego karierę i życie osobiste - najważniejsza dla Mersona zawsze była, jest i będzie niepohamowana miłość do piłki nożnej.

Paul Merson był zawodowym piłkarzem przez 20 lat. Zadebiutował w Arsenalu w 1986 roku i z tą drużyną dwukrotnie świętował mistrzostwo Anglii oraz zdobył Puchar Anglii, Puchar Ligi i Puchar Zdobywców Pucharów. Po odejściu z Arsenalu w 1997 roku grał m.in. w Middlesbrough, Aston Villi i Portsmouth. Wystąpił 21 razy w reprezentacji Anglii. Po zakończeniu kariery piłkarskiej został stałym komentatorem w kultowym programie Soccer Saturday, nadawanym w kanale Sky Sports.

Paul Merson

Matt Allen

Jak nie być profesjonalnym piłkarzem

Fragment

Przełożył Piotr Kuś

SŁOWO OD AUTORA

Jedna rzecz, zanim zaczniemy: przeprosiny. Usłyszycie je ode mnie wyłącznie na tej stronicy, ponieważ przeczytałem zbyt wiele biografii i w ogóle książek, w których ludzie bezustannie przerywali opowieść, żeby się kajać z powodu wszystkich złych rzeczy, jakie zrobili w życiu. Kiedy napotyka się takie przeprosiny niemal na każdej stronie, to wcale nie brzmią one autentycznie.

Tymczasem na kolejnych stronicach mojej książki przeczytacie mnóstwo złych rzeczy, a niektóre z całą pewnością was zaszokują. I najmniej potrzebujecie miliona i jeszcze więcej przeprosin, więc przeproszę za wszystko tylko ten jeden raz, ale za to szczerze. Przepraszam za wszystkie moje okropne uczynki, przepraszam wszystkich ludzi, których zraniłem i rozczarowałem.

WSTĘP

Ostatnie wyjaśnienia

Powiem wam, jak kiepsko ze mną było. W najgorszej chwili mojego uzależnienia od hazardu, w nocy przed wyjazdowym meczem w barwach Aston Villi, siedziałem na skraju łóżka w jakimś hotelu w Bolton i zastanawiałem się, czy nie połamać sobie palców. Tak bardzo chciałem uniemożliwić sobie podniesienie słuchawki i obstawienie kolejnego zakładu. Do tego momentu w życiu przepuściłem u bukmacherów około siedmiu milionów funciaków i cholernie chciałem z tym skończyć, ale po prostu nie mogłem – każdy zakład był zbyt wielką pokusą. Przytrzaśnięcie palców drzwiami albo zmiażdżenie ich po kolei za pomocą młotka było jedynym znanym mi sposobem wyrwania się z tego kręgu. To było prawdziwe szaleństwo. Ściany zaczynały się coraz ciaśniej zamykać wokół mnie.

Kiedy brałem kokainę, sprzedałem dilerowi moją marynarkę klubową z Arsenalu, ponieważ wydałem pieniądze w pubie, a cholernie chciałem odlecieć. Wszyscy chłopcy z Highbury mieli oficjalne klubowe marynarki, szyte na miarę, z herbem zespołu na piersiach. Były to jakby odznaki honorowe, coś, co dyrektorzy, sztab trenerski i zawodnicy nosili z wielką dumą. Marynarki miały przekazywać wszystkim innym ludziom: „Bycie zawodnikiem Arsenalu to coś nadzwyczajnego”. Dla mnie to jednak nic nie znaczyło, przynajmniej w chwilach największej desperacji. Zabrakło mi gotówki, a w okolicy nie było ani jednego bankomatu, więc wymieniłem ją na żałosny gram narkotyku, warty jakieś 50 funtów. Następnego dnia powiedziałem trenerowi George’owi Grahamowi, że ktoś ukradł marynarkę z tylnego siedzenia mojego samochodu. Cóż, na tym etapie mojego życia zmyślona historia wydawała się bardziej realistyczna niż prawda.

U szczytu zabawy wypijałem więcej jasnych piw niż kibice. Wieczorami wychodziłem w miasto trzy, cztery, pięć razy w tygodniu i piłem piwo za piwem, aż w końcu nie mogłem wlać w siebie nic więcej. Niekiedy nie wracałem do domu. Chciałem zawalić trening, zalać pałę, zasnąć w barze lub dokończyć ostatnie piwo wczesnym rankiem. Zanim zdałem sobie sprawę z tego, co robię, jechałem jednak taksówką na trening, a potem wszystko to przechodziłem od nowa. Przynajmniej jeśli nie przymknęła mnie policja.

Zdarzyło się to raz lub dwa razy. Pewnej nocy, pamiętam, wyszedłem z kumplem do knajpy, żeby wypić kilka piw i zagrać w bilard. Nawaliliśmy się. Kiedy graliśmy, bez przerwy czepiali się nas jacyś kolesie, wykrzykując na cały bar różne dowcipasy, ponieważ mnie rozpoznali. Mój kumpel był dla mnie zagadką, nigdy nie wiedziałem, jak będzie się zachowywał, kiedy się narąbie. Tym razem zaatakował ich kijem bilardowym. Wtedy ktoś rzucił krzesłem w okno, a kumpel rozbił dozowniki. Wszystko wydostało się spod kontroli i polała się krew. Bar wyglądał jak plan filmu z Chuckiem Norrisem.

Pobiegliśmy do domów. Koszulę miałem zakrwawioną, więc wrzuciłem ją do pralki, włączyłem urządzenie i położyłem się do łóżka. Kierowałem się pijacką logiką: uważałem, że problem w magiczny sposób zniknie, jeżeli wsunę głowę pod pościel. Zignorowałem nawet moją – obecnie byłą – żonę, która stała nade mną, zastanawiając się, co się, do cholery, dzieje, gdy ja udawałem, że śpię. Niebawem do drzwi zaczęli dobijać się policjanci. Lorraine ich wpuściła i kiedy wparowali do sypialni, zachowywałem się tak, jakby właśnie mnie obudzili.

– Ooch, słucham, panie władzo – wystękałem, przecierając przekrwione oczy. – O co chodzi?

Gliniarz nie nabrał się na sztuczkę.

– Wstawaj, pieprzony idioto. Jesteś aresztowany.

Wykoleiłem się, ale w tamtych czasach wybryki zazwyczaj uchodziły mi płazem. Nie istniały jeszcze telefony komórkowe z aparatami fotograficznymi, nikt nie stosował testów narkotykowych, a paparazzi nie chodzili za piłkarzami 24 godziny na dobę. Mają czego żałować, bo nieźle by na mnie zarobili.

Grałem w kadrze Anglii i w kilku naprawdę poważnych klubach. Zadebiutowałem w Arsenalu w 1986 roku i skończyłem karierę po 20 latach. Na Highbury dwukrotnie wygrałem First Division (1989, 1991), zdobyłem Puchar Anglii (1993), Puchar Ligi (1993) i Puchar Zdobywców Pucharów (1994). Dwukrotnie przyczyniłem się do wywalczenia awansu do Premiership: z Middlesbrough w 1998 roku i z Portsmouth w 2003 roku. Zagrałem w ostatnim finale Pucharu Anglii na starym Wembley w barwach Aston Villi. 21 razy wystąpiłem w reprezentacji Anglii, zdobywając 3 gole. Mam całkiem niezłe CV.

Ale poza tym byłem koszmarnym facetem, uzależnionym od alkoholu, narkotyków i hazardu. W 1994 roku poszedłem na odwyk, który miał mnie wyleczyć z ciągot do kokainy, nałogowego hazardu i gorzały. Gazety rozpisywały się o moich bijatykach i awanturach, rozwodach i wielkich, wielkich długach. Byłem wymarzonym facetem dla autorów nagłówków prasowych, koszmarem trenerów piłkarskich, ale przeżyłem wszystko, żeby przekazać tę opowieść, co w sumie, jak się przekonacie, wydaje się cholernym cudem.

W tym wszystkim piłka nożna była dla mnie wytchnieniem. Wiedzieli o tym moi trenerzy, moi koledzy z zespołów i w większości także kibice. Dokądkolwiek pojechałem, z kimkolwiek lub przeciwko komukolwiek grałem, fani zawsze byli dla mnie wspaniali. Cóż, może nie fani Spursów, ale na większości stadionów dobrze mnie przyjmowano i tak jest do dziś. Myślę, że ludzie na trybunach, którzy obserwowali mecze, patrzyli na mnie i myśleli: „On jest taki jak my”. Żyłem tak samo, jak oni. Wielu z nich lubiło pić i stawiać zakłady, część z nich zapewne w jakimś okresie brała narkotyki. Wszyscy myśleli o mnie to samo: „Facet gra w piłkę dla forsy, ale jest normalnym gościem”. Mieli rację. Byłem normalnym gościem i to było moim największym problemem. Byłem chłopakiem z sąsiedztwa, który lubił pełne kufle i zabawę. Nie potrafiłem żyć inaczej i w trakcie kariery musiałem nauczyć się wielu trudnych lekcji, ponieważ picie i piłka nożna do siebie nie pasowały – i nadal nie pasują.

Wszystkie moje cholerne przygody opisane są na kartach tej książki, zatem jeśli czytelnik jest przyszłą gwiazdą piłki nożnej, wkrótce dowie się, czego nie powinien robić, kiedy zostanie zawodowym graczem. Niech potraktuje tę książkę jako przewodnik, który pokazuje, jak unikać problemów, ponieważ każdy rozdział jest osobną lekcją. Pozostali czytelnicy będą, mam nadzieję, dobrze się bawić i powtórzą wybrane historie kolegom w barach. Proszę bardzo, nie jestem speszony moimi obciachami, ponieważ rachityzm sprawił, że jestem taki, jaki jestem, a w rzeczywistości obciachy od czasu do czasu zdarzają się każdemu. Mój największy problem polegał na tym, że mnie zdarzały się znacznie częściej niż innym ludziom.

Lekcja 1

Nie chodź do Stringfellows z Charliem Nicholasem

„W której Merse stawia pierwszy zakład, czyta pamiętnik z odwyku i poznaje smak życia playboya”.

Był to początek końca: moja pierwsza zapaść w roli namiętnego hazardzisty. Oto stałem sobie, szesnastoletni dzieciak ze szkółki piłkarskiej Arsenalu, dofinansowywanej przez rząd, z czekiem na 100 funtów w ręce – wszystkie, co do jednego, należały do mnie. Dzisiaj dla piłkarza z dobrego klubu są to drobne pieniądze, ale w 1984 roku była to moja cała miesięczna wypłata i nigdy wcześniej w życiu nie widziałem aż tyle pieniędzy. Ludzie, miałem wrażenie, że chwyciłem byka za rogi.

Był ostatni piątek miesiąca. Właśnie skończyłem trening i razem z innymi chłopakami wykonałem wszystkie zwykłe obowiązki, które trzeba wykonywać, kiedy jest się dzieciakiem w wielkim klubie piłkarskim, to znaczy myć łazienki i toalety na Highbury albo zamiatać szatnie dla pierwszego zespołu przed meczem, przewidzianym na następny dzień. Gdy wszystko skończyliśmy, zjawił się trener zespołu młodzieżowego, Pat Rice, i rozdał każdemu chłopcu po małej brązowej kopercie. W środku znajdowała się pierwsza wypłata dla każdego z nas, a ja nie mogłem już się doczekać, kiedy zamienię czek na gotówkę. Przebrałem się i razem z kumplem, Wesem Reidem, ile sił w nogach pobiegłem do Barclays Bank w Finsbury Park. Przysięgam, że trzęsłem się, kiedy dziewczyna zza kontuaru podawała mi banknoty.

– Co teraz zrobisz, Wes? – zapytałem, gdy obaj policzyliśmy nowiuteńkie banknoty pięciofuntowe i dziesięciofuntowe. Podskakiwałem jak mały dzieciak.

– Idę na drugą stronę, do Williama Hilla – odparł. – Co ty na to?

To właśnie wtedy wszystko się popierdoliło. Nigdy wcześniej nie byłem u bukmachera, ale też ani mi do głowy nie przyszło, żeby zrezygnować z czegoś tak głupiutkiego. Gdybym wówczas znał życie tak jak dzisiaj... Niestety, propozycja Wesa wyznaczyła moment, w którym zszedłem na złą drogę. Następne 15 minut rozwaliło całą resztę mojego życia, tak jak zapałka rozwala laskę dynamitu.

– Pójdę z tobą, czemu nie? – powiedziałem.

Była to zła odpowiedź, a przecież z łatwością mogłem odmówić, bo w końcu Wes wcale nie nalegał, na nic mnie nie naciągał, nic z tych rzeczy. I zaraz potem przepieprzyłem całą moją miesięczną wypłatę na zakłady konne, tak jakbym spuścił czek w toalecie. Myślę, że dysponowałem moimi pieniędzmi zaledwie przez 15 minut, chociaż nie jestem pewien. Nigdy wcześniej nie stawiałem pieniędzy u bukmacherów. Kiedy teraz wspominam te chwile, widzę je jakby przez mgłę. Wyszedłem z kantoru oszołomiony. Zaledwie przed chwilą byłem na szczycie i w ułamku sekundy zostałem nikim. Przez moją głowę przewalała się tylko jedna myśl: „Co ja, kurwa, zrobiłem?”.

W pierwszej chwili zrobiło mi się żal pieniędzy i chciałem się rozpłakać. Zdałem sobie sprawę, że mama i tato zabiją mnie za kretyńskie pozbycie się kasy. I kiedy szedłem ulicą, obiecałem sobie, że to się już nigdy więcej nie zdarzy. Uznałem też, że potrafię wykaraskać się z kłopotów, kiedy mama zacznie zadawać te wszystkie nieuniknione pytania, jak na przykład:

– Dlaczego prosisz o kieszonkowe, skoro właśnie dostałeś wypłatę?

– Dlaczego cię nie stać na spędzenie wieczoru z kolegami?

– Co zrobiłeś ze stoma funciakami, które dostałeś z Arsenalu?

Mama wówczas otrzymywała od klubu 140 funtów za to, że mieszkam w jej domu, co technicznie oznaczało, że klub wynajmował ją, aby mnie wychowywała. Wiedziałem, że zainteresuje się, dlaczego tak niespodziewanie jestem spłukany i nie przepuszczam forsy na płyty Madness albo sweterki od Freda Perry’ego. Nie było mowy, żebym jej wyznał, iż wszystkie moje pieniądze dostał bukmacher; chybaby oszalała. Kiedy już niemal dotarłem do Northolt, gdzie mieszkałem, wymyśliłem bezpieczny wykręt: zostałem okradziony w pociągu.

Arsenal dawał mi bilety miesięczne, co oznaczało, że bez problemu mogłem wracać na nasze osiedle domów komunalnych środkami komunikacji publicznej. Problemem pozostawała jednak moja twarz. Wyglądała świeżo jak stokrotka – nie było na niej żadnych zadrapań ani ran. Patrząc na taką twarz, mama nie mogłaby przecież uwierzyć, że zostałem skopany przez jakichś krzepkich łobuzów, więc kiedy znalazłem się na ostatniej przecznicy przed domem, gdzieś w zacienionym miejscu potarłem twarzą mur. Drobne kamienie porozrywały mi skórę i zadrapały policzki. Kiedy stanąłem w drzwiach naszego domu, krwawiłem. Opowiedziałem o wielkich łajdakach, którzy mnie napadli, o bijatyce i ukradzionych pieniądzach. Rodzice kupili to tym bardziej, że moja twarz była w fatalnym stanie. Udało mi się.

Nikt nie zadawał mi już pytań. Ojciec opatrzył moje rany, żadnemu z rodziców nie przyszło do głowy, żeby wzywać policję. Trochę później mama dała mi 140 funtów, które wypłacił jej Arsenal. Uznałem, że jestem geniuszem. Moja bystrość sprawiła, że uzyskałem właściwy rezultat, nie mogłem jednak wiedzieć, że dopuściłem się dopiero pierwszego spośród miliona kłamstw; każde kolejne miało tuszować moje rosnące uzależnienie od hazardu.

Kiedy tej nocy położyłem się do łóżka, okłamałem sam siebie niemal tak samo gładko, jak okłamałem rodziców:

– Nigdy więcej, stary – powiedziałem szeptem. – Nigdy więcej.

Dziesięć lat po tym, jak postawiłem pieniądze w Finsbury Park, poszedłem na odwyk do Marchwood Priory Hospital w Southampton. Alkohol, kokaina i hazard kompletnie mnie zjadły, kawałek po kawałku. Nigdy niczego nie robiłem połowicznie, a już na pewno nie odstawiałem niedopitych butelek, przez co w wieku 26 lat byłem na kolanach. Ale wszystko rozpoczęło się od uzależnienia od hazardu, które wciąż we mnie tkwi, nawet dzisiaj.

W ramach procesu leczenia lekarze kazali mi napisać w szpitalnym pokoju moją biografię z dzieciństwa. Myślę, że miało mnie to cofnąć do czasu, zanim dopadły mnie uzależnienia, aby wszystko sobie uporządkować. Wciąż mam w domu te zapiski na kartkach w linię formatu A4. Kiedy je teraz czytam, odnoszę wrażenie, że moim jedynym prawdziwym uzależnieniem jako młodego chłopaka była piłka nożna, i przez to także czuję do siebie obrzydzenie.

Byłem takim nerwowym dzieckiem, że moczyłem się w nocy. Miałem defekt wymowy, sepleniłem i musiałem chodzić na specjalną terapię. Kiedy zacząłem grać w piłkę nożną, byłem tak przejęty, że odlatywałem podczas rozgrywek w szkole. Bóg wie skąd to się u mnie wzięło, niemniej w czasie meczów Ligi Niedzielnej dopadały mnie palpitacje i nie mogłem oddychać. Moje serce pędziło z prędkością miliona mil na godzinę i trener musiał mnie ściągać z boiska, ponieważ miałem wrażenie, że umieram. Mama i tato zaprowadzili mnie do lekarza rodzinnego, żeby mi pomógł, i dopiero kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że szalejące serce i problemy z oddychaniem to jedynie przejawy dziwnej paniki, która jednak bardzo szybko mija, trochę się uspokoiłem.

W szkole byłem całkiem dobrym piłkarzem i grałem w reprezentacji jedenastolatków Brent Schools District, mimo że byłem o rok młodszy od pozostałych zawodników. Kiedy miałem 14 lat, zauważono moją niedzielną grę w Kingsbury’s Forest United. Skauci z Arsenalu, Chelsea, Queens Park Rangers i Watford zapragnęli, żebym zaczął treningi w ich klubach. Pojechałem do Watford, gdzie zobaczyłem Kenny’ego Jacketta i Nigela Callaghana (byli zawodnikami Watford, jeśli się nie połapaliście), a potem również do Arsenalu. Myślałem, że większą szansę będę miał w Watford ze względu na moją budowę – wyobrażałem sobie, że tacy mali chłopacy jak ja prędzej dostaną się tam do pierwszej drużyny – ale mój ojciec był kibicem Arsenalu i to dla niego zdecydowałem się właśnie na ten klub. W kwietniu 1982 roku podpisałem na Highbury umowę o współpracy, która oznaczała, że nie będę mógł związać się z żadnym innym klubem, dopóki nie osiągnę wieku 16 lat.

Szanse na to, że zostanę zawodowym piłkarzem, były jednak wtedy bardzo małe. Oczywiście trochę już wówczas umiałem, byłem waleczny, inteligentny na boisku i zdobywałem w drużynach młodzieżowych mnóstwo bramek, ale byłem też strasznie chudy i trenerzy Arsenalu obawiali się, że nie uzyskam sylwetki odpowiedniej dla potencjalnego zdobywcy bramek w First Division. Na pewno nie byłem odważny. Podczas meczów bałem się własnego cienia. Wystarczyło, że w ciągu pierwszych pięciu minut starłem się z dobrze zbudowanym środkowym pomocnikiem, a już sobie odpuszczałem śmielsze zagrania i przez pozostałą część gry co najwyżej kiwałem się bez końca.

Menedżerem na Highbury był Don Howe, który próbował mną dyrygować, i to akurat wyszło mi na dobre. Zauważał błędy w mojej grze i wymagał, żebym je poprawiał. W 1984 roku wezwał mnie do swojego biura, popatrzył na moją kościstą, drobną postać i powiedział:

– Wcale nie chcę z ciebie robić klubowego praktykanta, synu, ale włączę cię do YTS[1]. Otrzymaliśmy od rządu miejsce w programie dla jednego chłopaka, więc muszę zaryzykować, no i postawię na ciebie.

Był tutaj jednak i haczyk.

– Jeżeli nie zrobisz w tym czasie postępów, nie podpiszemy z tobą kontraktu zawodowego – dodał z odpowiednio poważną miną.

To mnie jednak zanadto nie obchodziło, bo na razie byłem w dobrej sytuacji. Modliłem się tylko do Boga, żebym dał radę. W ciągu tygodnia opychałem się jedzeniem i przybierałem na wadze jak mały Rocky Balboa.

W pewnym sensie włączenie mnie do programu szkolenia zawodowego dla młodzieży przypominało sytuację, gdy Charlie znalazł złoty talon do fabryki czekolady Willy’ego Wonki, ponieważ była to jakby loteria. Każdy z dziesiątków chłopaków, którzy trenowali w klubie, mógł dostać to miejsce, a jednak propozycję otrzymałem właśnie ja. Rząd wypłacał mi teraz wynagrodzenie (tę setkę na miesiąc), zatem klub nie musiał pozbywać się na moją rzecz żadnej gotówki. Ja tymczasem grałem w piłkę i oddawałem forsę Maggie Thatcher w postaci podatków od hazardu. I wszyscy byli zadowoleni.

Mimo to wciąż narzekałem. Jako członek programu szkoleniowego czy jako gracz praktykujący w klubie czasami miałem wszystkiego serdecznie dosyć. Musiałem przecinać Londyn z Northolt do Highbury. Każdego poranka wsiadałem do metra i jechałem 16 przystanków do Holborn, po czym przesiadałem się na Picadilly Line i przemierzałem ostatni odcinek do klubu. To była długa droga. Straciłem rachubę, ile razy musiałem wysiadać przy Mable Arch, żeby iść do toalety. Dosłownie wbiegałem po ruchomych schodach, zapieprzałem do pisuaru w McDonaldzie i pędziłem do następnego pociągu.

Kiedy już dotarłem na miejsce, pomagałem innym adeptom zapakować rzeczy do autobusu. Następnie jechaliśmy 50 minut na wieś, kilka godzin trenowaliśmy i wracaliśmy do domów. Byłem nieustannie przemęczony. Podczas powrotu do domu zawsze zasypiałem w metrze. Szczęśliwie dla mnie Northolt znajdowało się w odległości zaledwie kilku przystanków od ostatniej stacji Central Line, więc jeśli zasnąłem na dobre i budziłem się w West Ruislip, droga powrotna nie była zbyt długa.

Nie lepiej mi się wiodło, kiedy dochodziło do meczu. Ze względu na mikrą posturę nigdy nie wychodziłem na boisko w pierwszym składzie, zawsze byłem rezerwowym. Czasami nawet kazano mi biegać po linii z chorągiewką. W czasie sparringu z Manchesterem United przed sezonem byłem liniowym przez cały mecz i miałem ochotę całą tę piłkę nożną po prostu pierdolnąć. Nie pomagał mi fakt, że gdy moi kumple zarabiali po 150 funtów tygodniowo, pracując na budowie, ja dostawałem tylko 25 funtów.

Moja postawa była niewłaściwa. „Nigdy nie zostanę prawdziwym piłkarzem – myślałem. – Co ja właściwie potrafię? Jakie mam szanse?”. Niekiedy chciałem podejść do majstra na najbliższej budowie i powiedzieć: „Niech mi pan da jakąś robotę”. Ojciec powtarzał mi jednak bezustannie: „Trzymaj się, synu”. Prawdę mówiąc, miałem przynajmniej 50 chwil załamania.

Arsenal nie był wówczas najlepszym zespołem. Kiedy oglądałem, jak grają na Highbury, co było obowiązkiem całej klubowej młodzieży, naprawdę mi się nie podobali. Mieli kilku wspaniałych piłkarzy, jak Pat Jennings w bramce, i zawodników kadry narodowej, jak Viv Anderson, Kenny Sansom, Paul Mariner, Graham Rix czy Charlie Nicholas, ale Don nie potrafił sklecić z nich prawdziwej drużyny. Obrywali na lewo i prawo i przez to mieli naprawdę niewielu prawdziwych kibiców. Dzisiaj zdobycie biletu na mecz Arsenalu jest naprawdę cholernie trudne. W 1985 roku zespół grywał przeważnie dla zaledwie 18 tysięcy widzów.

W tym samym czasie zaczynałem rosnąć i nabierać ciała, co dla wszystkich było szokiem, ponieważ mama i tato byli osobami drobnej budowy. Nagle, zasiadając na trybunie północnej, mogłem patrzeć na boisko ponad głowami innych kibiców. Kiedy wybiegłem na boisko, potrafiłem już analizować grę i stałem się zawodnikiem zaliczanym przez trenerów do grona „inteligentnych”. Poza boiskiem byłem tumanem, ale podczas meczu gra otwierała się przede mną jak mądra książka. Potrafiłem sobie wyobrazić, dokąd za chwilę pobiegną poszczególni gracze, z wyprzedzeniem widziałem szanse na strzelenie gola, a takiego daru większość moich partnerów nie posiadała. I miałem szczęście, wielkie szczęście, ponieważ omijały mnie kontuzje.

Widzicie, o jednej rzeczy nie wspomina się dzieciakom, kiedy jest mowa o zawodowej piłce nożnej: przerażająco wiele zależy w tej grze od zwykłego szczęścia. Jeśli chłopak nie zagra dobrze w pierwszym meczu w swojej dzielnicy, skauci z Queens Park Rangers albo Charltonu już na niego więcej nie spojrzą. Jeśli odniesie kontuzję w pierwszym meczu w młodzieżowej drużynie Wolves i straci siedem miesięcy z całego sezonu, raczej nie będzie miał szansy na przedłużenie kontraktu. Miałem szczęście, ponieważ uniknąłem groźnych kontuzji. Jedyną poważną ranę odniosłem, kiedy rozharatałem sobie kolano na kawałku metalu w wieku 12 lat (jeszcze zanim znalazłem się w Arsenalu), co, jak teraz o tym myślę, wygląda na naprawdę wielki kawał szczęścia.

Grałem z kolegami w piłkę na skraju parku niedaleko naszego domu w Northolt. Koniecznie chciałem strzelić gola i kiedy otrzymałem krzyżowe podanie, ruszyłem za piłką, najszybciej jak potrafiłem. Żeby ją dosięgnąć, musiałem wykonać ślizg na trawie. Dookoła wciąż budowano nowe domy i na ziemi walało się mnóstwo śmieci i różnych gówien. Kawałek metalu, który tkwił w gruncie, rozdarł skórę na moim kolanie i dotarł aż do kości.

Trudno było wtedy zgadnąć, kiedy znowu będę mógł grać w piłkę. Lekarze wyposażyli mnie w kolano Robocopa, wykonując 30 szwów wewnątrz i 30 szwów na zewnątrz. Mając dostęp do najnowszych osiągnięć medycyny, pozszywali mnie katgutem, żyłką stosowaną w rakietach Johna McEnroe. Moja prawa noga zyskała jakby dodatkową siłę. Po wypadku nigdy nie musiałem używać kiepskiej lewej nogi, ponieważ potrafiłem bardzo dobrze kopać piłkę zewnętrzną stroną prawej, dzięki nadzwyczajnie wzmocnionemu kolanu. Kiedy grałem dla Aston Villi, nasz francuski skrzydłowy David Ginola powiedział do mnie:

– Merz, w kopaniu zewnętrzną częścią stopy jesteś najlepszym facetem, jakiego widziałem.

W ustach tak wspaniałego piłkarza jak David był to naprawdę komplement, mówię wam.

Trenując w Arsenalu, skręciłem kolano, odniosłem kilka ran, ale to wszystko. W zespole młodzieżowym naprawdę dostałem skrzydeł. Trwało to siedem miesięcy, jednak w miarę jak nabierałem masy, zacząłem regularnie wybiegać na boisko w pierwszej jedenastce. Strzelałem gole i dobrze grałem, a tymczasem chłopacy o rok starsi ode mnie, jak Michael Thomas, David Rocastle, Martin Hades i Tony Adams, zaczynali grać w rezerwach, pukając do drzwi pierwszego zespołu. Zaproponowano mi przedłużenie o kolejny rok kontraktu w ramach YTS i wkrótce zacząłem trenować z pierwszym zespołem. Na razie na wyrost, ale po prostu zacząłem marzyć o naprawdę dobrym kontrakcie zawodowym. Czasami nawet śniło mi się, że oglądam samego siebie w Match of the Day.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

* * *

[1] Youth Training System (YTS) – program szkolenia zawodowego dla młodzieży (przyp. tłum.).

Lekcja 2

Nie wypijaj piętnastu piw i nie wjeżdżaj samochodem w latarnię

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 3

Nie wchodź w drogę Wspaniałemu George’owi

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 4

Nie sraj na balkonie Davida Seamana

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 5

Nie stawiaj na Szkocję w dniu swojego ślubu

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 6

Nie brandzluj się przed meczem reprezentacji Anglii

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 7

Nie łaź do baru dla gejów w Detroit z Paulem Ince’em i Johnem Barnesem

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 8

Nie łaź po nocnych klubach, próbując kupić kokainę

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 9

Nie wpadaj w paranoję, która nie pozwoli ci wyjść z domu

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 10

Nie proś na odwyku o obieraczkę do warzyw

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 11

Nie marnuj rzutu karnego w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 12

Nie opuszczaj Arsenalu, myśląc tylko o zakładach bukmacherskich

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 13

Nie pozwól Gazzie wprowadzić się do twojego domu

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 14

Nie proś Eileen Drewery o ostrzyżenie na krótko

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 15

Nie dawaj Gazzie kluczyków do autokaru drużyny

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 16

Nie mów Harry’emu Redknappowi, że idziesz na odwyk, kiedy zamierzasz balować na Barbadosie

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 17

Nie uśmiechaj się do uzależnionej od seksu dziewczyny o imieniu Candy

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 18

Nie próbuj przechytrzyć Jeffa Stellinga

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 19

Nie przyznawaj się do porażki (w zmaganiach z codziennością)

Dostępne w wersji pełnej

Lekcja 20

Nie próbuj skompletować najlepszej jedenastki na świecie

Dostępne w wersji pełnej

Jak nie być profesjonalnym piłkarzem

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

SŁOWO OD AUTORA

WSTĘP Ostatnie wyjaśnienia

Lekcja 1 Nie chodź do Stringfellows z Charliem Nicholasem

Lekcja 2 Nie wypijaj piętnastu piw i nie wjeżdżaj samochodem w latarnię

Lekcja 3 Nie wchodź w drogę Wspaniałemu George’owi

Lekcja 4 Nie sraj na balkonie Davida Seamana

Lekcja 5 Nie stawiaj na Szkocję w dniu swojego ślubu

Lekcja 6 Nie brandzluj się przed meczem reprezentacji Anglii

Lekcja 7 Nie łaź do baru dla gejów w Detroit z Paulem Ince’em i Johnem Barnesem

Lekcja 8 Nie łaź po nocnych klubach, próbując kupić kokainę

Lekcja 9 Nie wpadaj w paranoję, która nie pozwoli ci wyjść z domu

Lekcja 10 Nie proś na odwyku o obieraczkę do warzyw

Lekcja 11 Nie marnuj rzutu karnego w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów

Lekcja 12 Nie opuszczaj Arsenalu, myśląc tylko o zakładach bukmacherskich

Lekcja 13 Nie pozwól Gazzie wprowadzić się do twojego domu

Lekcja 14 Nie proś Eileen Drewery o ostrzyżenie na krótko

Lekcja 15 Nie dawaj Gazzie kluczyków do autokaru drużyny

Lekcja 16 Nie mów Harry’emu Redknappowi, że idziesz na odwyk, kiedy zamierzasz balować na Barbadosie

Lekcja 17 Nie uśmiechaj się do uzależnionej od seksu dziewczyny o imieniu Candy

Lekcja 18 Nie próbuj przechytrzyć Jeffa Stellinga

Lekcja 19 Nie przyznawaj się do porażki (w zmaganiach z codziennością)

Lekcja 20 Nie próbuj skompletować najlepszej jedenastki na świecie

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: How Not to Be a Professional Footballer

Originally published in the English language by HarperCollins Publishers Ltd. under the title

How Not to Be a Professional Footballer

© Paul Merson 2011

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2012

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Krzysztof Tropiło

Redaktor merytoryczny: Remigiusz Lewandowski

Opracowanie graficzne projekt okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografia na okładce

© Popperfoto/Getty Images/Flash Press Media

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Jak nie być profesjonalnym piłkarzem, wyd. I, Poznań 2012)

ISBN 978-83-7818-108-8

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jak nie być profesjonalnym piłkarzem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia