Białe słonie

Białe słonie

Autorzy: Jerzy Opoka

Wydawnictwo: Świat Książki

Kategorie: Podróżnicze

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 200

cena od: 22.00 zł

Opisana tu prywatna wyprawa do Tajlandii i Birmy w niczym nie przypomina zwykłej wycieczki turystycznej...

Opowieść o egzotycznej podróży - spełnieniu marzeń autora i jego żony. Zorganizowali swój wyjazd nie mając doświadczenia i znając jedynie podstawowy angielski. Odwiedzili Bangkok - prawdziwą, tętniącą życiem, egzotyczną azjatycką metropolię, stolicę dawnego Syjamu, oraz Birmę, dziś zwaną Myanmarem. Książka opisuje to, co widzieli, a czego nie ma w folderach turystycznych i to, co przeżyli, a co nie zawsze dało się przewidzieć. Dużo praktycznych informacji, piękne zdjęcia.

Projekt graficzny książki i okładki

Jerzy Opoka

Zdjęcia

Jerzy Opoka

Redakcja

Maria Lipowska

Redakcja techniczna

Julita Czachorowska

Korekta

Ewa Grafowska

Marzenna Kłos

Copyright © by Jerzy Opoka, 2011

Copyright © by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2011

Copyright © for the ebook edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2011

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Świat Książki

Warszawa 2011

Świat Książki Sp. z o.o.

ul. Hankiewicza 2

02-103 Warszawa

ISBN 978-83-7799-269-2

Nr 90451527

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Spis treści

CZĘŚĆ I CHĘĆ POZNANIA Dlaczego Bangkok?

Dlaczego Birma?

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

CZĘŚĆ I

CHĘĆ POZNANIA

Figura w Wat Phra Kaeo

Kto podróżuje – ten dwa razy żyje

Hans Christian Andersen

Raz się żyje, a miniony czas już nigdy nie powróci. Zawsze ma się różne obowiązki, wydatki, napotyka przeciwności. Tym razem jednak postanowiłem się wykazać brakiem odpowiedzialności i pozwoliłem sobie na odrobinę zdrowego egoizmu. Spełnię jedno ze swoich marzeń – wyjadę w prawdziwą podróż. Może nie będzie to ekspedycja czy wyprawa z rodzaju tych sprzed kilkuset lat, ale nie będzie to też kolejny urlop kupiony w pakiecie z wycieczkami fakultatywnymi. Dosyć mam ograniczeń wynikających z grupowego zwiedzania „na akord”. Tym razem zorganizuję wszystko według własnych upodobań i zachcianek. W ten plan wciągnąłem również swoją żonę Bożenkę, pod pretekstem podróży poślubnej – bardzo pooo…ślubnej, bo od czasu tego sakramentalnego „tak” minęło już ładne parę lat.

Gdzie pojechać? Afryka odpada ze względu na bezpieczeństwo. Europa – za mało egzotyczna. Ameryka – jakoś mnie nie pociąga. Australia i Oceania – za daleko. Pozostaje Azja, której już miałem okazję raz zakosztować wiosną 2008 roku. Początkowo za kraj docelowy wybrałem Tajlandię, choć po wstępnym zagłębieniu się w temacie zmodyfikowałem trochę plany. Odwiedzimy Bangkok – prawdziwą, tętniącą życiem, egzotyczną, azjatycką metropolię, stolicę dawnego Syjamu, oraz Birmę, dziś zwaną Myanmarem, kraj u nas praktycznie nieznany, gdzie obcokrajowcy (turyści, których nadal jest tam stosunkowo niewielu) są wpuszczani dopiero od kilkunastu lat. Ponieważ nasze doświadczenia w tego typu indywidualnych podróżach są znikome, a dodatkowo znamy ledwie podstawy angielskiego, więc podróż ta będzie czymś w rodzaju survivalu – skokiem na głęboką wodę.

Pozłacane detale elewacji Wat Phra Kaeo

Najpierw naszkicowałem ogólny plan i wstępnie policzyłem wszystkie koszty. W tym celu musiałem spędzić sporo czasu na przeglądaniu wielu stron w internecie. Przeczytałem też wszystko, co wpadło mi w ręce, a wiązało się z naszą wyprawą. Początkowo planowałem wyjazd niskobudżetowy, jednak im większą zdobywałem wiedzę, tym bardziej budżet się rozrastał. Ograniczenia wynikające z długości urlopu też nie obniżały kosztów (podróż lądem po Birmie zajmuje ze względu na jakość dróg nieporównywalnie więcej czasu niż po Europie, ale za to jest bardzo tania). Ostatecznie postanowiłem, że największe odległości pokonamy samolotem, natomiast krótsze trasy transportem lokalnym lub wynajętym samochodem czy łodzią. Nie chciałem też zbytnio oszczędzać na atrakcjach. W końcu nie po to wybieramy się prawie na drugi koniec świata, żeby ominęły nas różne lokalne ciekawostki, zwłaszcza że będą już w zasięgu ręki.

Nigdy nie potrafiłem oszczędzać. Zawsze łatwiej było mi spłacać dług niż odkładać. I choć mam pełną świadomość wad tego systemu, to notorycznie mu ulegam. Ze względu na barierę językową oraz brak doświadczenia, o czym wspomniałem wcześniej, postanowiłem nawet najdrobniejsze szczegóły ustalić przed wyjazdem. Nieoceniony okazał się oczywiście internet, ale także książki oraz moje osobiste spostrzeżenia z wcześniejszego pobytu w Tajlandii. Te ustalenia zajęły mi ponad miesiąc, ale udało się stworzyć całkiem niezły plan podróży, uwzględniający praktycznie wszystkie koszty, terminy, środki transportu, miejscowe realia oraz atrakcje, z których mamy zamiar skorzystać. A przy okazji trochę się podszkoliłem w historii regionu i panujących tam zwyczajach.

Fragment malowidła w Wat Phra Kaeo

Pozostało nam tylko czekać na dzień wylotu. Życie zaś zweryfikuje mój plan i nasze oczekiwania.

Inkrustowane masą perłową drzwi w Wat Phra Kaeo

Specjały tajskiej ulicy

Dlaczego Bangkok?

Mangostany • Rambutany

Głównie przez sentyment oraz niedosyt. Ważnym powodem była też chęć pokazania go mojej żonie, która nie towarzyszyła mi w poprzedniej podróży, a z którą bardzo chciałem podzielić się wszystkimi doznaniami. Zdjęcia, choćby najlepsze, czy też najbarwniejsze opisy nie są w stanie oddać tego niepowtarzalnego wrażenia, jakie na Europejczyku wywiera prawdziwa egzotyka. Nasze wyobrażenia najczęściej mają się nijak do stanu faktycznego. Choćby taki Phat Pong, chyba jedno z najbardziej znanych miejsc w Bangkoku, które przyczyniło się do stworzenia stereotypu światowej stolicy seksturystyki. W rzeczywistości to tylko dwie równoległe uliczki, wielkością przypominające warszawski deptak na ulicy Chmielnej. Za dnia są stosunkowo ciche, puste i przejezdne – ot, takie zwykłe boczne uliczki z nielicznymi sklepami. Ale późnym popołudniem zostają zamknięte dla ruchu kołowego. W błyskawicznym tempie, jak grzyby po deszczu, wyrastają uliczne kramy, głównie z tekstyliami, różnego rodzaju podróbkami markowych torebek i zegarków (zdecydowanie kiepskiej jakości) oraz pamiątkami, które przeważnie produkowane są w krajach ościennych, Birmie, Laosie czy Chinach, gdzie rękodzieło oraz produkty niewymagające wyszukanych technologii ani rygorystycznej kontroli jakości są dużo tańsze.

Tajlandia to jeden z bogatszych krajów w regionie. Na obrzeżach Phat Pongu ustawiają się liczne przenośne stragany z egzotycznymi przekąskami i wszelkimi uciechami dla podniebienia każdego smakosza. Można tu znaleźć takie smakołyki jak grillowane owoce morza, pieczone kasztany, suszone wodorosty (przysmak Azjatów), różnego rodzaju kiełbaski, pyszne słodkości zręcznie zapakowane w liście bananowca, szaszłyki z… kurzych kuprów, grillowane kurze żeberka (pięknie pachną, ale chyba są odmianą mięsnego lizaka, no bo co tu jeść?), a przy odrobinie szczęścia można też trafić na różnego rodzaju owady, przeważnie smażone (szarańcza jest naprawdę dobra). Spodziewałem się większej ilości owoców. Owszem, były sławne kolczaste duriany, za których smakiem podobno albo się przepada, albo się go nienawidzi, i których nie można spożywać w pomieszczeniach zamkniętych właśnie ze względu na okropny zapach zbliżony do padliny. Miejscowi uważają ten owoc za skuteczny środek na „męskość”. Niestety, można powiedzieć, że nie zrobiły na mnie większego wrażenia; ani ich nie znienawidziłem, ani nie polubiłem. „Męskość” też nie krzyczała z wrażenia. Co więcej, nikt mnie nie zaczepił, gdy wchodziłem z nimi do hotelu (trzygwiazdkowego). Ale zapach rzeczywiście jest nieprzyjemny, choć bez przesady – zdecydowanie gorsze można na co dzień spotkać na warszawskim Dworcu Centralnym. Natomiast zachwyciłem się smakiem mangostanów, ciemnofioletowych owoców kształtem i wielkością zbliżonych do pomidorów, kryjących w sobie pyszny, delikatny, biały miąższ (czasami można znaleźć je w polskich sklepach, ale to już nie ta świeżość). Polubiłem także malutkie przesłodkie banany. Stragany oferują także coś do picia, głównie są to dwa napoje: ze świeżych kokosów oraz sok z pomarańczy. Oba nie do zdobycia w Polsce. Z kokosami rzecz wydaje się oczywista, ale pomarańcze? Otóż tajskie pomarańcze z zewnątrz wyglądają jak trochę większe limonki, które przeszły drogę przez mękę w transporcie i magazynach, słowem, jak z wyprzedaży w supermarkecie.

Ale to tylko pozory, podobnie jak w przypadku naszych kostropatych, niepozornych jabłuszek z małego babcinego ogrodu. Sekret kryje się we wnętrzu. Pomarańcze mają niesamowicie intensywny kolor miąższu i są nieporównywalnie słodsze od pozostałych gatunków spotykanych na świecie. Początkowo nawet myślałem, że sprzedawcy dosładzają soki, dopóki nie zobaczyłem, jak są na miejscu wyciskane z tych niepozornych „psiarek”. Ale to nie kramy są największą atrakcją Phat Pongu. Główna z ulic, bardziej oblegana przez turystów i sprzedawców, to skupisko barów gogo oraz lokalików specjalizujących się w ping pong show. W pierwszych spotyka się piękne Tajki, które przy bliższym poznaniu mogą okazać się Tajami, tzw. lady boy. W drugich kobiety są mniej atrakcyjne z wyglądu, ale mają niesamowite umiejętności do wykorzystywania w pokazach wszelkich przedmiotów w połączeniu z wyćwiczonymi mięśniami Kegla. Strzelają z piłeczek pingpongowych (stąd nazwa), aplikują sobie łańcuchy z powiązanych żyletek czy też gwoździ, wystrzeliwują banany na kilka metrów, dziurawią balony wydmuchiwanymi lotkami, otwierają butelki i wiele, wiele innych dziwnych rzeczy. Ograniczenia bardziej chyba wynikają z praw fizyki i hydrauliki niż anatomii. Nawet jeśli większość stanowią triki, to i tak trzeba obiektywnie przyznać, że od strony technicznej robią wrażenie. Urok obu miejsc łatwiej docenić po wypiciu miejscowego piwa Singha lub innego alkoholu, w przeciwnym razie zbyt widać, że lokale są obskurne, a kostiumy dziewcząt tandetne.

Mniej uczęszczany Phat Pong to kluby wyspecjalizowane tematycznie, między innymi sado-maso lub specjalnie przeznaczone dla turystów z Japonii, którzy często tam zaglądają w ramach wyjazdów integracyjnych ze swoich rodzimych firm. Główna różnica między klubem dla białego turysty a tym dla Japończyka polega na wyglądzie dziewczyn. W klubach odwiedzanych przez białych dziewczyny występują przeważnie w różnego rodzaju bikini, natomiast Japończycy lubią bardziej wyszukane przebieranki, na przykład strój uczennicy, czyli podkolanówki, krótka plisowana spódniczka, biała bluzeczka i koniecznie kucyki. We wszystkich lokalach można podobno robić wszystko z każdym, bez względu na stanowisko, które akurat zajmuje. Jeżeli czegoś nie można robić na miejscu, to bez problemu znajdzie się odpowiednie lokum – przeważnie hotel klienta. Nieopodal jest jeszcze jedna ulica z klubami nastawionymi na gejów, ale o niej niewiele wiem.

Przenośny bar szybkiej obsługi • Tuk-tuk na ulicy Bangkoku

Walking Street i okolice w Pattaya – kolebka seksturystki w Tajlandii

nych przez białych dziewczyny występują przeważnie w różnego rodzaju bikini, natomiast Japończycy lubią bardziej wyszukane przebieranki, na przykład strój uczennicy, czyli podkolanówki, krótka plisowana spódniczka, biała bluzeczka i koniecznie kucyki. We wszystkich lokalach można podobno robić wszystko z każdym, bez względu na stanowisko, które akurat zajmuje. Jeżeli czegoś nie można robić na miejscu, to bez problemu znajdzie się odpowiednie lokum – przeważnie hotel klienta. Nieopodal jest jeszcze jedna ulica z klubami nastawionymi na gejów, ale o niej niewiele wiem.

Wracając jednak do stereotypu stolicy światowej seksturystyki. Rzeczywiście w Tajlandii można sobie zafundować wszystko, na co ma się ochotę, od najbardziej klasycznych zachcianek po te zakazane przez prawo na całym świecie. Od czarnookich filigranowych Azjatek po wysokie, długonogie blondynki z Ukrainy i czarnoskóre piękności z Afryki. To tylko kwestia ceny i to niewygórowanej. Dostępność wszelkich cielesnych uciech jest niewyobrażalna dla przeciętnego Europejczyka, a co dopiero dla kogoś z byłego bloku wschodniego. Pewnie też z tego powodu prawie wszyscy biali mężczyźni, których tam spotkałem, byli tacy radośni. A im gorsza aparycja, tym turysta szczęśliwszy. Bo czy w rodzimej Anglii bądź Szwecji mocno otyły, łysiejący, spocony pięćdziesięciolatek z mizernej grubości portfela mógłby liczyć na „uwielbienie” ze strony nastolatek? Pisząc „uwielbienie”, specjalnie użyłem tego słowa. Dziewczęta zajmują się swoim potencjalnym sponsorem bardzo troskliwie i choć w rzeczywistości naciągają faranga (farang po tajsku „obcy”), to robią to z umiarem i/lub po odpowiedniej ilości drinków, dzięki czemu jest on w siódmym niebie.

Policjant w Pattaya • Dziewczyna z Ko Chang

Jak powszechne jest korzystanie z usług tajskich dziewcząt, niech świadczy to, co mnie spotkało podczas pierwszego tam pobytu. Otóż po trzech dniach w tym przepięknym kraju nasza przewodniczka bardzo się zaniepokoiła, że jeszcze nie miałem ani jednej Tajki. Uznała początkowo, że chyba jestem chory, i chciała zabrać mnie do lekarza. Po stanowczym zapewnieniu, że wszystko jest w porządku, pomyślała pewnie, że problem tkwi w mojej niedyspozycji, a raczej niemocy. Próbowała wzbogacić moje menu o składniki mające, w jej mniemaniu, zbawienny wpływ na walkę z impotencją (główka świeżego, surowego czosnku). Ale i tutaj nie dałem się przekonać. W końcu uznała, że pewnie mam nietypowe zachcianki, i zapytała bezpośrednio, czy chcę chłopca, a może… kobietę z jakimś zwierzakiem?

PRZYPŁYW – ODPŁYW

Przyzwyczajeni do zachowań naszego rodzimego Bałtyku, często zapominamy bądź nie zdajemy sobie sprawy z wielkości pływów występujących na innych, bardziej otwartych akwenach. Może to później skutkować sporym rozczarowaniem, gdy po przyjeździe na upragnione wakacje okaże się, że szeroka plaża, którą widzieliśmy w folderze, w rzeczywistości przez większą część dnia jest wąskim paskiem. Jak duże mogą być różnice, widać na zdjęciach powyżej, przedstawiających zatokę i plażę w Pattaya o różnych porach tego samego dnia. Pamiętajmy też, że zjawiskom tym towarzyszą dodatkowo dosyć silne prądy, które w przybrzeżnym Bałtyku raczej są nieodczuwalne.

Wyspa Ko Chang – dawna siedziba azjatyckich piratów

TROCHĘ STATYSTYKI

Wediug oficjalnych danych z 2008 roku okoio 40% pracowników branży turystycznej w Pattaya byio nosicielami wirusa HIV.

Wyspa Ko Chang – można tu znaleźć oazę ciszy i spokoju

A gdy i tym razem nie dostała spodziewanej odpowiedzi, poddała się – choć chyba nadal nie mogła zrozumieć, dlaczego farang w Tajlandii bez żony u boku tak dziwnie się zachowuje.

Innym razem, gdy gościłem na wyspie Ko Chang, tamtejsza przewodniczka zaproponowała, żebym wybrał sobie dziewczynę, ale nie z jakiegoś klubu nocnego czy innego tego typu przybytku (których na tej wyspie raczej nie ma), lecz dowolną, która mi się spodoba na ulicy, w sklepie czy jakimkolwiek innym miejscu. Kiedyś byłem też świadkiem, jak w biały dzień na ruchliwej ulicy w Pattaya dorosła Tajka przyprowadziła starszemu turyście dziewczynkę w wieku ośmiu, dwunastu lat. Dziecko na migi pokazało klientowi, żeby szedł za nim… „Klientowi”, bo z mimiki i gestów, choć starali się być w miarę dyskretni, sprawa wydawała się oczywista. Ale może to tylko moja interpretacja tej scenki. W końcu jak się tyle człowiek nasłucha, to podświadomie wszystko kojarzy mu się z jednym. Całą tę sytuację obserwował też miejscowy policjant, ale nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Później dowiedziałem się, że ten rejon Pattaya słynie z pedofilii. A więc widać, że seksturystyka tu kwitnie. A skutki? Może być miło (jeśli nie złapie się HIV), a może być też strasznie.

Popularna ozdoba hotelowych ogrodów

Przy próbie oceniania tego zjawiska trzeba pamiętać, że większość dziewczyn nie robi tego dla przyjemności, ale pozwala im to na utrzymanie całych rodzin mieszkających na prowincji. Mimo wszystko napędza też turystykę, która stanowi pokaźny procent dochodu kraju. A Tajowie mają pełną świadomość, że bez turystów mogą skończyć tak jak sąsiednie kraje. Co nie znaczy, że oficjalnie rząd nie stara się zmniejszyć tego zjawiska, a w każdym razie zmienić wizerunku kraju kojarzonego właśnie jako jedno z głównych miejsc na świecie na seksualne wojaże. A przy okazji – miejscowi duuużo częściej korzystają z usług płatnej miłości niż przyjezdni, ale robią to bardziej dyskretniej.

Bangkok, podobnie jak cały kraj, słynie z masaży. Usługa ta świadczona jest właściwie wszędzie i przez całą dobę: w większości hoteli, salonach, w niektórych świątyniach. To jakby „sport” narodowy Tajów. Oferta w przeciętnym salonie wygląda jak menu w naszej restauracji – tyle jest jej wariantów. Od leczniczych poprzez relaksacyjne do erotycznych. Od kompleksowych do masaży poszczególnych części ciała. Od klasycznych po różnego rodzaju aromaterapie. A wszystko to w bardzo atrakcyjnej cenie, minimum cztery razy niższej niż w Polsce. I jakby tego było mało, to standardowy czas zabiegu wynosi dwie godziny. Efekty każdego masażu są rewelacyjne; znika zmęczenie i stres.

Najpopularniejszy wśród turystów jest klasyczny masaż tajski, któremu i ja się poddałem. Ubrano mnie w olbrzymie, luźne pantalony. Po czym filigranowej postury masażystka (może być też masażysta) zaczęła rozciągać na różne sposoby wszystkie części mojego ciała. Robiła to tak skutecznie, że pierwsze, co przyszło mi do głowy w trakcie tych „męczarni”, to pytanie, jak taka wątła osóbka może zadać tyle bólu rosłemu facetowi. Bo tajski masaż na początku nie należy do przyjemności. Ale po pierwszym „rozruszaniu kości” jest już tylko lepiej. Efekty poczułem zaraz po zabiegu. Zauważyłem, że jak chce się mieć bardziej fachowo zrobiony masaż, to należy wybierać starszy personel. Oczywiście nie wtedy, gdy ma to być masaż o podtekście erotycznym. Najtańsze są najprostsze masaże, na przykład stóp. Tak naprawdę obejmuje on nogi od kolan w dół. Przed zabiegiem masażystka (akurat trafiłem na taką śliczną, która okazała się lady boyem) umyła mi stopy, szczoteczką wyczyściła paznokcie, a następnie tak cudownie masowała gołymi rękami, że miałem wrażenie, jakby dysponowała superspecjalistycznym sprzętem.

China Town w Bangkoku • Dzwony w świątyni • Mnisi buddyjscy

Podczas pobytu w Bangkoku odwiedziłem również jedno z licznych centrów handlowych MBK. Można tam kupić zarówno oryginalne markowe ubrania w bardzo atrakcyjnych cenach, jak i wszelkiego rodzaju podróbki. Ceny są zwykle dużo niższe od proponowanych na straganach Phat Pongu. Nie planowałem zakupów, ale z ciekawości odwiedziłem to centrum, traktując wizytę w nim jako swego rodzaju atrakcję, przy której nasze krajowe galerie handlowe to niewielkie osiedlowe sklepiki.

Wprawdzie Bangkok jak na europejskie realia nie jest starym miastem, bo został założony pod koniec osiemnastego wieku, przeistaczając się z wioski nad rzeką Chao Praya w siedzibę królewską, ale obfituje w liczne, bogato zdobione świątynie zwane tu watami oraz pałace. Można też zobaczyć resztki kanałów (klongów), którymi jeszcze nie tak dawno było poprzecinane całe miasto. Nic też dziwnego, że wśród Europejczyków zyskało miano Wenecji Azji Południowo-Wschodniej. Dzisiejsza, używana głównie na potrzeby obcokrajowców, nazwa Bangkok pochodzi od nazwy owej wioski, która brzmiała Bang Makok, co znaczy „wieś drzew oliwnych”. Tajowie swoją stolicę nazywają Krung Thep. Jest to skrót od pełnej nazwy miasta, która po polsku brzmi mniej więcej tak (w zależności od tłumaczenia): „Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobyte miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce, gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Vishnukarna”.

Od początków jego istnienia na rozwój Bangkoku duży wpływ miała coraz liczniej napływająca mniejszość chińska. Najbardziej widocznym tego skutkiem jest oczywiście Sampheng – chińska dzielnica, stanowiąca jakby państwo w państwie. Po przejściu przez charakterystyczną bramę symbolizującą początek China Town zaczynają dominować chińskie znaki, tak jakbyśmy przekroczyli granicę państwa. Tu wszystko wyraźnie różni się od pozostałej części miasta. Na straganach jest bardziej udziwniony (z naszego punktu widzenia) asortyment, szczególnie produktów spożywczych. To tutaj jadłem najsmaczniejszą przekąskę, której nazwy ani składu nie znam – coś jak białe biszkopty o smaku kokosowo-czosnkowym. Brzmi dziwnie, ale smakowało wybornie!

Fragment jednej ze stup Shwe In Tain

Jest coś jeszcze, co charakteryzuje Syjam. To oczywiście bardzo życzliwi ludzie, pogodnie nastawieni do życia mimo wielu trudności. Ich spokój, grzeczność i szacunek robią niesamowite wrażenie na przybyszach z Zachodu, chociaż trochę to psuje oschłe zachowanie celników na lotnisku (podczas naszej podróży więcej z takim zachowaniem się nie spotkaliśmy). W szczególne osłupienie wprawił mnie, ale także każdego faranga, sposób, w jaki Tajowie okazują sobie szacunek. Witając się czy dziękując, na wysokości twarzy składają ręce jak do modlitwy i wykonują delikatny, wdzięczny ukłon. Coś niespotykanego u nas. Myślałem, że oddają mi szczególny hołd, czułem się, jakbym był kimś naprawdę wyjątkowym, lecz w rzeczywistości jest to tak powszechny gest jak u nas słowo „dziękuję”. Raz w nocnym klubie widziałem tancerki gogo, które plotkując na wybiegu podczas prezentowania swoich atutów, przeplatały rozmowę tym właśnie gestem. Przyznam, że początkowo takie połączenie

Sanktuarium Shwe In Tain • Kapelusz z prowinqi Shan

wyglądało dziwnie; półnagie tancerki + muzyka clubbingowa + wyszukane gesty grzecznościowe. Ale w Tajlandii jest wiele dziwnych połączeń. W tym samym klubie (praktycznie w każdym innym też) na ścianie wisiał wizerunek panującego króla. Króla, który jest tu powszechnie czczony i szczerze lubiany.

Dlaczego Birma?

Trochę przez przypadek. Nigdy jakoś specjalnie nie interesowałem się tym krajem. Pomysł podsunął mi brat, który byi w tym rejonie kilkadziesiąt razy i odwiedzał Birmę. Z jego opowieści wynikało, że spełnia ona wszystkie moje oczekiwania związane z egzotycznym, ekscytującym wyjazdem. Szukałem bowiem kraju, w którym miejscowa ludność jeszcze nie uległa zachodniej komercjalizacji i nie jest zepsuta przez napływ obcych, niebędących Azjatami. A gdy w internecie zobaczyłem zdjęcia Baganu, średniowiecznej opuszczonej stolicy, gdzie po horyzont wznosi się prawie dwa tysiące ruin buddyjskich i hinduistycznych świątyń, gdy przeczytałem relacje i opinie ludzi, którzy już tam byli, wiedziałem, że właśnie ten kawałek świata chcemy odwiedzić.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Białe słonie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wspinaczka