Rzeczy ulotne

Rzeczy ulotne

Autorzy: Neil Gaiman

Wydawnictwo: Mag

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 346

Cena książki papierowej: 29.99 zł

cena od: 13.35 zł

31 perełek . Marzycielski Gaiman odkrywa przed nami swoje senne poetyckie marzenia już po raz kolejny.

Podobnie jak pierwsze dwa zbiory krótkich nieilustrowanych tekstów Gaimana (który przecież ma w swym dorobku także zbiory komiksowe), Rzeczy ulotne ukazują jeden z wielu aspektów jego talentu. Adventures in the Dream Trade to zbiór najróżniejszych wspomnień zawodowego fantasty. Parodia - w postaci rozgrywającego się w świecie alternatywnym pastiszu Sherlocka Holmesa Studium w szmaragdzie i wyimaginowanej ostatniej ksiegi Biblii - oraz wspomnienia (dwa przedruki z Adventures i co najmniej jedno opowiadanie, Pora zamykania, które, jak przyznaje Gaiman, pełne jest prawdziwych osób i wydarzeń) także pojawiają się w tej książce, lecz większość tekstów, również wspomnieniowe, promieniuje tym samym romantyzmem, często mocno erotycznym, który wcześniej, mimo mrocznej atmosfery i surowości jego pierwszych dwóch książek, Nigdziebądź i Gwiezdnego pyłu, uczynił z nich niezwykle fascynujące lektury.

W sumie 31 perełek, plus dodatkowa trzydziesta druga, ukryta w odautorskim wstępie. Zapraszamy…

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

Studium w szmaragdzie

Magiczny tan

Październik w fotelu

Ukryta komora

Zbłąkane oblubienice złowieszczych oprawców w bezimiennym domu nocy potwornego pożądania

Kamyki z alei wspomnień

Pora zamykania

Zmiana w wodwo

Smak goryczy

To inni

Pamiątki i skarby

Na grzecznych chłopców czekają dary

Fakty w sprawie zniknięcia panny Finch

Dziwne dziewczynki

Arlekin i walentynki

Zamki

Problem Zuzanny

Instrukcja

Jak myślisz, jakie to uczucie?

Moje życie

Piętnaście malowanych kart z wampirzego tarota

Karmiący i karmieni

Krup chorobotwórców

Gdy nastał koniec

Goliat

Kartki z pamiętnika znalezionego w pudełku po butach w autobusie rejsowym gdzieś między Tulsą w stanie Oklahoma i Louisville w Kentucky

Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach

Dzień, w którym przybyły spodki

Ptak słońca

Wymyślanie Aladyna

Władca górskiej doliny

Tego autora

NEIL GAIMAN

RZECZY ULOTNE

CUDA I ZMYŚLENIA

Przełożyła Paulina Braiter

Wydawnictwo MAG

Warszawa 2012

Tytuł oryginału:

Fragile Things. Short Fictions and Wonders

Copyright © 2006 by Neil Gaiman

Copyright for the Polish translation © 2006 by Wydawnictwo MAG

Redakcja:

Joanna Figlewska

Korekta:

Urszula Okrzeja

Ilustracja na okładce:

Piotr Wyskok

Opracowanie graficzne okładki:

Jarosław Musiał

Projekt typograficzny, skład i łamanie:

Tomek Laisar Fruń

Konwersja do formatu epub:

pan@drewnianyrower.com

ISBN 83-7480-315-1

Wydanie I

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 22 813 47 43

e-mail: kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Dla Raya Bradbury’ego i Harlana Ellisona

Wstęp

„Myślę, że... wolałbym raczej wspominać życie zmarnowane na ściganiu rzeczy ulotnych niż poświęcone unikaniu moralnych zobowiązań”. Słowa te pojawiły się w moim śnie i gdy się ocknąłem, zapisałem je, niepewny co znaczą ani do kogo się odnoszą.

Pierwotnie planując tę książkę jakieś osiem lat temu, zamierzałem stworzyć zbiór opowiadań, który nazwałbym Ci ludzie powinni wiedzieć kim jesteśmy i uprzedzić, że jesteśmy tutaj. Był to cytat z dymku z niedzielnej wersji komiksu Little Nemo (o dziwo, obecnie można znaleźć piękną reprodukcję owej strony w książce Arta Spiegelmana In the Shadow of No Towers). Wszystkie historie miały być opowiadane w pierwszej osobie przez najróżniejszych podejrzanych, niegodnych zaufania narratorów. Narratorzy owi kolejno opisywaliby swoje życie, opowiadali nam, kim są i że oni także byli kiedyś tutaj. Tuzin ludzi, tuzin historii. Taki miałem pomysł, a potem życie jak zwykle wszystko zepsuło. Gdy zacząłem pisać opowiadania, które znajdziecie w tym zbiorze, przybrały one formę taką, jakiej wymagały, i choć niektóre pozostały skrawkami życia w pierwszej osobie, inne bardzo się zmieniły. Jedna z historii w ogóle nie dała się napisać, dopóki nie powierzyłem jej do opowiedzenia miesiącom roku; inna bardzo skutecznie namieszała w swojej tożsamości, co oznaczało, że musiałem ją napisać w trzeciej osobie.

W końcu zacząłem zbierać materiały do książki, zastanawiając się, jak mam ją nazwać, skoro poprzedni tytuł już nie pasował. I wtedy właśnie dotarła do mnie płyta One Ring Zero As Smart As We Are, usłyszałem, jak śpiewają tekst zapamiętany ze snu, i zacząłem się zastanawiać, o co właściwie mi chodziło z rzeczami ulotnymi.

Uznałem, że to dobry tytuł dla zbioru opowiadań. Ostatecznie jest tak wiele rzeczy ulotnych. Ludzie są tak nietrwali. Podobnie sny i serca.

Studium w szmaragdzie

Tekst ten powstał do antologii Shadows Over Baker Street, którą mój przyjaciel Michael Reaves przygotował z Johnem Pelanem. Notka od Michaela brzmiała: „Chciałbym dostać opowiadanie, w którym Sherlock Holmes trafia do świata H.P. Lovecrafta”. Zgodziłem się je napisać, uważałem jednak, że samo założenie brzmi wyjątkowo mało obiecująco: świat Sherlocka Holmesa jest przecież całkowicie racjonalny, liczą się w nim rozwiązania, a tymczasem fikcyjne dzieła Lovecrafta były zdecydowanie nieracjonalne i ludzkość, by przetrwać, potrzebowała tajemnic. Skoro miałem opowiedzieć historię łączącą oba te elementy, musiałem znaleźć jakiś ciekawy łącznik, pozwalający zachować się fair zarówno wobec Lovecrafta, jak i bohaterów sir Arthura Conan Doyle’a.

W dzieciństwie uwielbiałem historie Philipa Jose Farmera z cyklu Wold Newton, w których dziesiątki postaci literackich pojawiają się w jednym spójnym świecie. Kibicowałem też z całych sił moim przyjaciołom, Kimowi Newmanowi i Alanowi Moore’owi, gdy budowali swe własne światy w tym stylu, odpowiednio w cyklu Anno Dracula i Lidze Niezwykłych Dżentelmenów. Wyglądało to na fajną zabawę. Zastanowiłem się, czy mógłbym spróbować czegoś podobnego.

Składniki opowieści, które pojawiły się w mej głowie, połączyły się w całość znacznie lepszą, niż z początku liczyłem. (Pisanie bardzo przypomina gotowanie – czasami ciasto nie chce urosnąć, nieważne co zrobisz, a od czasu do czasu smakuje lepiej, niż mógłbyś marzyć).

W sierpniu 2004 Studium w szmaragdzie zdobyło nagrodę Hugo dla najlepszego opowiadania. To coś, z czego do dziś jestem ogromnie dumny. Między innymi dzięki niemu także rok później zostałem z tajemniczych przyczyn wprowadzony do grona Baker Street Irregulars.

Magiczny tan

Nic wielkiego. Ot, wiersz, ale świetnie się go czyta na głos.

Październik w fotelu

Napisany dla Petera Strauba do niezwykłej antologii Conjunctions, którą gościnnie przygotowywał, tekst ten sięga korzeniami konwentu w Madison, na którym Harlan Ellison zaproponował, żebyśmy wspólnie napisali opowiadanie. Umieszczono nas za barierką, Harlana z maszyną do pisania, mnie z moim laptopem. Nim jednak zdążyliśmy zacząć, Harlan musiał skończyć wstęp, i podczas gdy go kończył, ja zacząłem tę historię i pokazałem mu ją. „To czysto gaimanowskie opowiadanie”, orzekł. (Odłożyłem je zatem i zacząłem kolejne, nad którym pracujemy z Harlanem już od paru lat. O dziwo, za każdym razem, gdy się spotykamy i bierzemy do pracy, staje się coraz krótsze). Miałem zatem na twardym dysku fragment opowiadania. Parę lat później, kiedy Peter zaprosił mnie do Conjunctions, postanowiłem napisać historię o martwym i żywym chłopcu, coś w rodzaju ćwiczenia przed stworzeniem książki dla dzieci, którą miałem w planach (nosi tytuł The Graveyard Book i piszę ją w tej chwili). Potrzebowałem trochę czasu, by ustalić, jak układa się historia, a kiedy ją skończyłem, zadedykowałem tekst Rayowi Bradbury’emu, który napisałby go znacznie lepiej niż ja.

Październik... zdobył nagrodę Locusa dla najlepszego opowiadania roku 2003.

Ukryta komora

Z początku dwie redaktorki, obie noszące imię Nancy, Kilpatrick i Holder, poprosiły żebym napisał coś „gotyckiego” do ich antologii Outsiders. Uznałem, że historia Sinobrodego i jej warianty to najbardziej gotycka ze wszystkich historii, toteż napisałem wiersz dziejący się niemal w pustym domu, w którym akurat mieszkałem. „Niepokują” to coś, co Humpty-Dumpty nazwał „słowem-walizką”, coś pośredniego między „niepokoją” i „denerwują”.

Zbłąkane oblubienice złowieszczych oprawców w bezimiennym domu nocy potwornego pożądania

Zacząłem pisać tę historię ołówkiem pewnego zimowego wieczoru w poczekalni między peronami piątym i szóstym dworca kolejowego East Croydon. Miałem dwadzieścia dwa, prawie dwadzieścia trzy lata. Kiedy skończyłem, przepisałem tekst i pokazałem paru znajomym redaktorom. Jeden prychnął, oznajmił, że to nie dla niego i wątpi, by w ogóle był dla kogokolwiek. Drugi przeczytał, spojrzał na mnie ze współczuciem i oddał mi opowiadanie, oświadczając, że nikt go nigdy nie wydrukuje, bo to radosna bzdura. Odłożyłem zatem tekst, ciesząc się, że uniknąłem publicznej kompromitacji, która z pewnością by mnie spotkała, gdyby więcej osób przeczytało go i znielubiło.

Opowiadanie pozostało nieprzeczytane, migrując z teczki do pudełka i do kontenerka, z gabinetu do piwnicy i na strych, i jeśli nawet przez następne dwadzieścia lat o nim myślałem, to wyłącznie z ulgą, że nie ukazało się drukiem. A potem poproszono mnie o opowiadanie do antologii zatytułowanej Gothic! i przypomniałem sobie maszynopis na strychu. Poszedłem go poszukać i sprawdzić, czy znajdzie się w nim coś wartego uratowania.

Zacząłem czytać Zbłąkane oblubienice i podczas lektury uśmiechnąłem się. Uznałem, że to całkiem zabawny i inteligentny tekst; niezła historia. Wszystkie niezręczności należały do tych, jakie zazwyczaj znajduje się w młodzieńczej prozie, i łatwo można było je naprawić. Wyjąłem komputer i po dwudziestu latach przygotowałem kolejną wersję historii, skróciłem tytuł do dzisiejszej postaci i wysłałem do redaktora. Co najmniej jeden recenzent uznał to za radosną bzdurę, ale opinia większości wyglądała inaczej i Zbłąkane oblubienice zostały wybrane do kilku antologii najlepszych w roku oraz zdobyły tytuł najlepszego opowiadania w głosowaniu 2005 Locus Awards.

Sam nie wiem jaka wynika z tego dla nas nauka. Czasami po prostu pokazujemy opowiadania nie tym ludziom co trzeba i nie ma czegoś, co spodoba się wszystkim. Czasem zastanawiam się, co jeszcze kryje się w pudłach na strychu.

Na grzecznych chłopców czekają dary

Kamyki z alei wspomnień

Inspiracją do jednego z tych tekstów stał się posążek Lisy Snellings, przedstawiający mężczyznę z kontrabasem, takim samym na jakim grałem w dzieciństwie; druga powstała do antologii prawdziwych opowieści o duchach. Większość pozostałych autorów stworzyła historie bardziej zadowalające od mojej, choć moja ma tę niezbyt satysfakcjonującą przewagę, że jest w stu procentach prawdziwa. Historie te pojawiły się najpierw w tomiku Adventures in the Dream Trade, zbiorku opublikowanym przez NESFA Press w 2002 roku, gromadzącym mnóstwo wstępów, notek i różnych takich.

Pora zamykania

Michael Chabon przygotowywał zbiór opowiadań fantastycznych mających zademonstrować, jaką radość może dać lektura, a także pomóc zebrać fundusze na 826 Valencia (pomagającą dzieciom pisać). (Książka ukazała się pod tytułem McSweeney’s Mammoth Treasury of Thrilling Tales). Poprosił mnie o opowiadanie, spytałem więc, czy brakuje mu jakiegoś gatunku. Owszem – chciał historię o duchach w stylu M.R. Jamesa.

Zabrałem się zatem do pisania prawdziwej opowieści o duchach, lecz ukończony tekst zawdzięcza znacznie więcej mojemu umiłowaniu „osobliwych historii” Roberta Aickmana niż Jamesowi (choć po ukończeniu okazał się także opowiadaniem klubowym, załatwiając dwa podgatunki za cenę jednego). Następnie trafił do kilku antologii najlepszych w roku i zdobył przyznawany przez pismo Locus tytuł najlepszego opowiadania roku 2004.

Wszystkie miejsca opisane w tej historii są prawdziwe, choć zmieniłem parę nazw – przykładowo Klub Diogenes to w istocie Klub Troja przy Hanway Street. Część ludzi i wydarzeń także jest autentyczna, bardziej niż można by przypuszczać. W chwili, gdy to piszę, zastanawiam się, czy domek do zabaw wciąż istnieje, czy też zburzyli go i w miejscu, gdzie czekał, zbudowali budynki mieszkalne. Przyznaję jednak, że zupełnie nie mam ochoty pojechać tam i sprawdzić.

Zmiana w wodwo

Wodwo, czy wodwose, to dziki człowiek z lasów. Tekst powstał dla antologii Green Man przygotowanej przez Windling i Datlow.

Smak goryczy

W 2002 napisałem cztery opowiadania. Podejrzewam, że to jest z nich najlepsze, choć nie zdobyło żadnych nagród. Pisałem je z myślą o antologii mojej przyjaciółki Nalo Hopkinson Mojo: Conjure Stories.

To inni

Nie pamiętam, gdzie byłem ani kiedy, gdy przyszła mi do głowy ta krótka moebiusowska historia. Pamiętam, że zanotowałem pomysł i pierwszą linijkę. Potem zwątpiłem, czy są oryginalne. Może przypominałem sobie jak przez mgłę przeczytane kiedyś w dzieciństwie opowiadanie Fredrica Browna albo Henry’ego Kuttnera? Historia robiła wrażenie nie mojej, obcej. Pomysł wydawał się zbyt ironiczny i kompletny, i podszedłem do niego nieufnie.

Jakiś rok później, nudząc się w samolocie, natrafiłem na notatkę dotyczącą opowiadania, a że przeczytałem już gazetę, po prostu je napisałem – skończyłem jeszcze przed lądowaniem. Potem zadzwoniłem do paru znających się na rzeczy przyjaciół i odczytałem im tekst, pytając, czy wydaje się im znajomy, czy ktokolwiek czytał coś takiego wcześniej. Odparli, że nie. Zazwyczaj pisuję opowiadania, bo ktoś je u mnie zamawia. Teraz jednak pierwszy raz w życiu miałem opowiadanie, na które absolutnie nikt nie czekał. Posłałem je do Gordona z The Magazine of Fantasy and Science Fiction, a on przyjął tekst i zmienił mu tytuł. To zupełnie mi nie przeszkadzało. (Ja sam podczas pisania zatytułowałem je Zaświaty).

Często pisuję w samolotach. Gdy zacząłem pracę nad Amerykańskimi bogami, w samolocie do Nowego Jorku napisałem historię, która, byłem tego pewien, trafi do książki. Nie znalazłem jednak miejsca, do którego by pasowała. Wreszcie, gdy ukończyłem powieść i historia się w niej nie znalazła, przerobiłem ją na kartkę świąteczną, rozesłałem i kompletnie o niej zapomniałem. Parę lat później wydawnictwo Hill House Press, publikujące niezwykle piękne limitowane edycje moich książek, wysłało ją prenumeratorom jako własną kartkę świąteczną.

Historia ta nigdy nie miała tytułu. Nazwijmy ją:

Mapy

Historie opisuje się najlepiej, opowiadając historie. Widzicie? Kiedy ktoś opisuje opowieść sobie bądź światu, czyni to poprzez jej odwiedzenie. To akt równowagi, sen. Im dokładniejsza mapa, tym bardziej przypomina teren. Najdokładniejsza mapa sama byłaby terenem. W ten sposób stałaby się idealnie dokładna i całkowicie bezużyteczna.

Opowieść to mapa, która jest terenem.

Musicie o tym pamiętać.

Niemal dwa tysiące lat Chinami władał cesarz, mający obsesję na punkcie sporządzenia map krainy, którą przyszło mu rządzić. Na wyspie zbudowanej wielkim kosztem, przypadkiem także ludzkiego życia (bo woda była głęboka i zimna), na jeziorze kompleksu pałacowego rozkazał odtworzyć w miniaturze całe Chiny. Każda góra stała się kopczykiem, każda rzeka wąską strużką. Cesarz potrzebował pół godziny, by obejść swą wyspę.

Każdego ranka o brzasku setka ludzi płynęła na wyspę, po czym naprawiała wszystkie elementy, które uszkodziła natura bądź dzikie ptactwo albo pochłonęło jezioro. Następnie usuwali i przerabiali te części ziem cesarskich, które naprawdę nawiedziły powodzie, trzęsienia ziemi bądź lawiny. Chodziło o to, żeby mapa jeszcze lepiej odzwierciedlała świat.

Cesarzowi wystarczyło to niemal przez rok, potem jednak dostrzegł w sobie rosnące niezadowolenie z wyspy i zaczął w chwilach przed snem planować stworzenie kolejnej mapy, jednej setnej wielkości jego ziem. Każda chata, dom i dwór, każde drzewo, wzgórze i zwierzę zostałyby odtworzone w jednej setnej swej wielkości.

Był to wspaniały plan, którego realizacja wyczerpałaby do szczętu skarbiec cesarski. Wymagała też udziału liczby ludzi większej, niż potrafił ogarnąć umysł: kartografów i badaczy, mierniczych, urzędników, malarzy. Należałoby zatrudnić konstruktorów modeli, garncarzy, budowniczych i rzemieślników, oraz sześciuset zawodowych śniących, by ujawnili naturę rzeczy ukrytych pod korzeniami drzew i w najgłębszych górskich jaskiniach, a także w głębinach morza, bo mapa warta cokolwiek musiałaby obejmować zarówno cesarstwo widoczne, jak i niewidoczne.

Taki był plan cesarza.

Tego wieczoru pierwszy z ministrów i prawa ręka cesarza próbował odwieść go od tego pomysłu. Spacerowali razem po pałacowych ogrodach pod wielkim złocistym księżycem.

– Wasza cesarska wysokość musi wiedzieć – rzekł pierwszy z ministrów – iż to, co zamierza, jest...

W tym momencie zabrakło mu odwagi i umilkł. Jasnołuski karp wynurzył się nad wodę, roztrzaskując odbicie złotego księżyca na setki tańczących odłamków, a każdy z nich sam przypominał maleńki księżyc. Potem tarcza znów zlała się w jeden nietknięty krąg odbitego światła, złoto w wodzie barwy nocnego nieba, tak ciemnofioletowego, że nikt nigdy nie wziąłby go za czarne.

– ...Niemożliwe? – spytał łagodnie cesarz.

Właśnie wtedy, gdy cesarze i królowie zachowują się najłagodniej, są najniebezpieczniejsi.

– Nic, czego życzy sobie cesarska wysokość, nie mogło być uznane za niemożliwe – odparł pierwszy z ministrów. – Będzie to jednak kosztowne. Stworzenie tej mapy opróżni skarb cesarski. Znikną miasta i wioski, robiąc miejsce dla twej mapy. Pozostawisz po sobie kraj, którym twoi następcy nie będą mogli dłużej władać, bo nie będzie ich na to stać. Jako twój doradca sprzeniewierzyłbym się obowiązkom, gdybym ci o tym nie powiedział.

– Może masz rację – rzekł cesarz. – Może. Gdybym jednak miał cię posłuchać i zapomnieć o tej mapie świata, pozostawić ją niezrealizowaną, jej wizja dręczyłaby mój umysł i na zawsze psuła smak jadła na języku i wina w ustach.

Gdzieś z daleka, z głębi ogrodu, dobiegł ich śpiew słowika.

– Lecz ta kraina-mapa – wyznał cesarz – to wciąż jedynie początek. Już w trakcie jej budowy będę tęsknić i planować moje arcydzieło.

– A cóż to będzie? – spytał łagodnie pierwszy z ministrów.

– Mapa – oświadczył cesarz – wszystkich cesarskich dominiów, na której każdy dom przedstawiać będzie dom naturalnej wielkości, każdą górę góra, każde drzewo drzewo tych samych rozmiarów i gatunku, każdą rzekę rzeka, a każdego człowieka człowiek.

Pierwszy z ministrów skłonił się nisko w blasku księżyca i zatopiony w myślach wrócił z powrotem do cesarskiego pałacu, trzymając się z szacunkiem kilka kroków za cesarzem.

W kronikach zapisano, że cesarz zmarł we śnie, i istotnie, odpowiada to prawdzie – choć można by dodać, że jego śmierć nie była całkiem naturalna, a najstarszy syn, który zastąpił go na tronie cesarskim, zupełnie nie interesował się mapami i ich sporządzaniem.

Wyspa na jeziorze stała się ostoją dzikich ptaków i wszelkich gatunków wodnego ptactwa, które pod nieobecność płoszących je ludzi rozdziobały małe kopczyki gór, by zbudować gniazda. Wody jeziora zaczęły podmywać brzegi wyspy, aż z czasem wszyscy o niej zapomnieli i pozostało tylko jezioro.

Mapa odeszła, podobnie jej twórca, lecz kraina żyła dalej.

Pamiątki i skarby

Historia ta, nosząca podtytuł Historia miłosna, rozpoczęła życie, przynajmniej częściowo, jako komiks pisany do zbioru noir Oscara Zarate It’s Dark In London i ilustrowany przez Warrena Pleece’a. Warren świetnie się spisał, nie byłem jednak zadowolony z tekstu i zacząłem się zastanawiać, co uczyniło z mężczyzny, który nazywał się Smithem, człowieka, którym się stał. Al Sarrantonio poprosił mnie o opowiadanie do antologii 999 i uznałem, że ciekawie byłoby złożyć ponowną wizytę Smithowi i panu Alice oraz ich historii. Obaj pojawiają się także w innym opowiadaniu w tym zbiorze.

Myślę, że pozostało do opowiedzenia jeszcze więcej historii o nieprzyjemnym panu Smisie, zwłaszcza ta traktująca o jego rozstaniu z panem Alice.

Fakty w sprawie zniknięcia panny Finch

Kiedyś pokazano mi obraz Franka Frazetty i poproszono, bym napisał towarzyszące mu opowiadanie. Nie potrafiłem wymyślić żadnej historii, zamiast tego więc opowiedziałem o tym, co się zdarzyło pannie Finch.

Dziwne dziewczynki

...To w istocie dwanaście bardzo krótkich historyjek napisanych jako uzupełnienie płyty Tori Amos Strange Little Girls. Zainspirowana przez Cindy Sherman i same piosenki, Tori stworzyła postaci do każdej z nich, a ja napisałem ich historie. Nigdy jeszcze nie ukazały się w żadnym zbiorze, choć wydano je w broszurze z trasy koncertowej, a cytaty z historii pojawiały się na płycie.

Arlekin i walentynki

Lisa Snellings to rzeźbiarka i artystka, której dzieła uwielbiam od lat. Na podstawie jej rzeźby diabelskiego młyna powstała książka Strange Attractions. Wielu świetnych autorów napisało opowiadania traktujące o pasażerach w koszach. Mnie spytano, czy chciałbym napisać historię zainspirowaną przez postać sprzedawcy biletów, uśmiechniętego arlekina.

I napisałem.

Zazwyczaj historie nie piszą się same, ale jeśli chodzi o tę, pamiętam, że wymyśliłem tylko pierwsze zdanie. Potem przypominało to wpisywanie dyktowanego tekstu, podczas gdy arlekin radośnie tańczył i podskakiwał, świętując swoje walentynki.

Arlekin to postać hultaja z commedia dell’arte, niewidzialny psotnik wyposażony w maskę i magiczny kij i ubrany w kostium o wzorze w romby. Kochał Kolombinę i poszukiwał jej wśród kolejnych atrakcji, natykając się na tak klasyczne postaci Doktora i Klowna, i czasami odmieniając każdego, kogo napotkał na swej drodze.

Zamki

Złotowłosa i trzy misie to bajka poety Southeya. No, niezupełnie – jego wersja opowiada o staruszce i trzech niedźwiedziach. Kształt historii i to, co się w niej działo, były jak należy, lecz ludzie szybko zrozumieli, że bohaterką powinna zostać dziewczynka, nie stara kobieta, i gdy ją powtarzali, dokonali stosownej zmiany.

Oczywiście bajki łatwo się roznoszą, można je złapać, zarazić się nimi. To wspólna waluta – nasza i tych, którzy wędrowali po świecie, nim się na nim zjawiliśmy. (Opowiadanie moim dzieciom historii, które z kolei usłyszałem od moich rodziców i dziadków, sprawia, że czuję się częścią czegoś niezwykłego i wyjątkowego, częścią nieustającego strumienia życia).

Kiedy pisałem to dla mojej córki Maddy, miała dwa lata. Teraz ma jedenaście i wciąż dzielimy się historiami, tyle że pokazywanymi w telewizji bądź na filmach. Czytamy te same książki i rozmawiamy o nich, ale nie czytam jej już na głos, zresztą nawet to stanowiło kiepski substytut opowiadania historii z głowy.

Uważam, że opowiadanie historii to coś, co jesteśmy sobie winni. Jeśli w ogóle mam czy będę miał jakieś credo, to właśnie takie.

Problem Zuzanny

Lekarz, którego wezwała do mnie obsługa hotelowa, oznajmił, iż kark dolega mi tak bardzo, wymiotuję, mam zawroty głowy i wszystko mnie boli dlatego, że złapałem grypę. Zaczął wymieniać środki przeciwbólowe i rozluźniające, które mogłyby mi pomóc. Wybrałem z listy lek przeciwbólowy i wróciłem chwiejnie do pokoju, gdzie zemdlałem, niezdolny się ruszyć, myśleć ani unieść głowy. Trzeciego dnia zadzwonił mój własny domowy lekarz, zaalarmowany przez moją asystentkę Lorraine, i po krótkiej rozmowie oświadczył: „Nie lubię stawiać diagnoz przez telefon, ale według mnie to zapalenie opon mózgowych”. Miał rację. Faktycznie, to było zapalenie opon mózgowych.

Minęło kilka miesięcy, nim znów zacząłem myśleć dość jasno, by pisać, i opowiadanie to jest pierwszym tekstem, jaki wówczas powstał. Czułem się, jakbym na nowo uczył się chodzić. Zamówił je u mnie Al Sarrantonio do antologii Flights, zbioru opowiadań fantasy.

W dzieciństwie setki razy czytałem książki o Narnii, jako dorosły wracałem do nich dwukrotnie, czytając na głos moim dzieciom. Jest w nich tak wiele rzeczy, które kocham, lecz za każdym razem nieodmiennie irytuje mnie to, jak autor potraktował Zuzannę, i wydaje mi się to problematyczne. Chciałem chyba napisać opowiadanie równie problematyczne i równie irytujące, choć z innej perspektywy, a także powiedzieć parę słów o niezwykłej mocy literatury dziecięcej.

Instrukcja

Choć w moim ostatnim zbiorze Dym i lustra umieściłem kilka wierszy, pierwotnie planowałem, że w tej książce znajdzie się wyłącznie proza. W końcu jednak się złamałem, głównie dlatego, że bardzo podoba mi się wiersz. Jeśli należycie do ludzi, którzy nie lubią poezji, możecie pocieszyć się myślą, że podobnie jak ten wstęp, są one za darmo. Książka kosztowałaby tyle samo z nimi czy bez nich i nikt nie zapłacił mi więcej za dodanie ich. Czasami miło jest mieć coś krótkiego, co można przeczytać i odłożyć, tak jak czasem warto dowiedzieć się czegoś na temat historii powstawania jakiegoś tekstu, choć oczywiście tego także nie trzeba czytać. (I mimo że wiele tygodni biłem się z myślami, radośnie ustalając kolejność tekstów, ich kształt i porządek, Wy oczywiście możecie – i powinniście – czytać je w takiej kolejności, jaka najbardziej Wam odpowiada).

To całkiem dosłownie instrukcja co robić, jeśli nagle znajdziecie się w baśni.

Jak myślisz, jakie to uczucie?

Zgodziłem się napisać tekst do antologii opowiadań o gargulcach. Choć termin zbliżał się szybkimi krokami, wciąż nie miałem pomysłu.

W końcu przyszło mi do głowy, że gargulce umieszczano na kościołach i katedrach, by ich strzegły. Zastanawiałem się, czy gargulec mógłby strzec czegoś innego. Na przykład serca...

Moje życie

Ten krótki dziwaczny monolog miał towarzyszyć zdjęciu skarpetkowej małpki w albumie dwustu fotografii skarpetkowych małpek zatytułowanym niezbyt zaskakująco Sock Monkeys i przygotowanym przez fotografa Arne Svensona. Małpka na moim zdjęciu wyglądała, jakby miała za sobą ciężkie, lecz ciekawe życie.

Moja przyjaciółka zaczęła właśnie pisać do Weekly World News i świetnie się bawiłem, wymyślając dla niej różne historie. (Przestała dla nich pisać, gdy odkryła, że co prawda podpisują jej teksty nazwiskiem, ale jej za nie nie płacą).

Zacząłem się zastanawiać, czy gdzieś na świecie istnieje ktoś, kogo życie przypomina Weekly World News. W albumie Sock Monkeys tekst został wydrukowany jako proza, ale bardziej mi się podoba podzielony na wersy. Nie wątpię, że przy dostatecznym dopływie alkoholu i chętnych słuchaczach mógłby ciągnąć się bez końca. (Od czasu do czasu ludzie piszą do mnie na adres strony z pytaniem, czy miałbym coś przeciw temu, gdyby wykorzystali ten bądź inne moje teksty podczas przesłuchań. Nie mam).

Piętnaście malowanych kart z wampirzego tarota

Pewnego dnia być może dokończę wielkie arkana. Zostało jeszcze siedem kart i siedem krótkich opowieści. A potem czas na mniejsze arkana. Sami możecie nakreślić własne obrazy.

Karmiący i karmieni

To koszmarny sen, który nawiedził mnie, kiedy miałem dwadzieścia kilka lat.

Uwielbiam sny. Wiem o nich dość, by się orientować, że logika snu nie przypomina zwyczajnej logiki i że rzadko można oddać sen w formie opowieści. Po przebudzeniu złoto zamienia się w liście, jedwabie w pajęczyny. Istnieją jednak rzeczy, które można sprowadzić ze sobą ze snu: atmosfera, chwile, ludzie, temat. To jednak jedyny przypadek, jaki pamiętam, kiedy obudziłem się z całą historią.

Najpierw napisałem ją w formie komiksu, ilustrowanego przez obdarzonego wieloma talentami Marka Buckinghama. Później próbowałem przerobić na szkic pornograficznego filmu grozy, którego nigdy nie nakręcę (historii zatytułowanej Pożarty: sceny z filmu). Parę lat temu redaktor Steve Jones spytał, czy nie chciałbym wskrzesić jakiejś niesprawiedliwie zapomnianej historii do antologii Keep Out the Night. Przypomniałem sobie wówczas ten tekst, zakasałem rękawy i zacząłem pisać.

Czernidłaki kołpakowate to faktycznie przepyszne grzyby, tyle że wkrótce po zerwaniu rozpływają się w czarną ohydną atramentowatą maź i dlatego nie widuje się ich w sklepach.

Krup chorobotwórców

Poproszono mnie, żebym napisał coś do książki o wymyślonych chorobach (The Thackery T. Lambshead Pocket Guide to Eccentric and Discredited Diseases pod redakcją Jeffa Vandermeera i Tima Lebbona), i uznałem, że wymyślona choroba związana z tworzeniem wymyślonych chorób to ciekawy pomysł. Pisząc ten tekst, używałem dawno zapomnianego programu komputerowego Babble oraz zakurzonego, oprawnego w skórę poradnika dla lekarzy domowych.

Gdy nastał koniec

Próbowałem sobie wyobrazić ostatnią księgę Biblii.

A jeśli chodzi o nazywanie zwierząt, przyznam, że z głębokim zachwytem odkryłem niedawno, iż słowo „yeti” znaczy w dosłownym tłumaczeniu „to coś, o tam”.

(– Szybko, dzielny himalajski przewodniku. Co to jest to coś, o tam?

– Yeti.

– O rany, naprawdę?).

Goliat

„Chcą, żebyś napisał opowiadanie”, oznajmiła moja agentka kilka lat temu. „Ma trafić na stronę sieciową filmu, który jeszcze nie wszedł na ekrany kin, zatytułowanego Matrix. Przyślą ci scenariusz”.

Z zainteresowaniem przeczytałem scenariusz i napisałem historię, która trafiła na stronę krótko przed premierą.

Kartki z pamiętnika znalezionego w pudełku po butach w autobusie rejsowym gdzieś między Tulsą w stanie Oklahoma i Louisville w Kentucky

Tekst ten powstał kilka lat temu na potrzeby trasy koncertowej Scarlet’s Walk mojej przyjaciółki Tori Amos i niezwykle się ucieszyłem, gdy wybrano go do antologii najlepszych opowiadań roku. To historia zainspirowana luźno muzyką ze Scarlet’s Walk. Chciałem napisać coś na temat tożsamości, podróży i Ameryki. Niewielki tekst uzupełniający do Amerykańskich bogów, w którym wszystko, łącznie z jakimkolwiek rozwiązaniem, pozostaje tuż poza zasięgiem.

Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach

Proces pisania historii fascynuje mnie równie mocno, jak jego owoce. Ta historia, na przykład, rozpoczęła życie jako dwie różne (nieudane) próby napisania relacji z turystycznej wycieczki na Ziemię, przeznaczone do przygotowywanej przez australijskiego krytyka i redaktora, Jonathana Strahana, antologii The Starry Rift. (Nie znajdziecie w niej tego opowiadania. Po raz pierwszy ukazuje się drukiem. Mam nadzieję, że do książki Jonathana napiszę co innego). Historia, którą zaplanowałem, zupełnie mi nie wyszła; pozostało tylko kilka fragmentów wiodących donikąd. Nie dałem rady. Zacząłem wysyłać e-maile do Jonathana, informując, że nie dostanie opowiadania, przynajmniej ode mnie. Odpowiedział, że właśnie otrzymał świetny tekst od autorki, którą szczerze podziwiam, i że napisała go w dwadzieścia cztery godziny.

Wziąłem zatem pusty notes i pióro, poszedłem do altany na końcu ogrodu i w ciągu jednego popołudnia napisałem to opowiadanie. Po raz pierwszy przeczytałem je na głos kilka tygodni później na imprezie charytatywnej w CBGBs. To chyba najlepsze możliwe miejsce do czytania historii traktujących o punku i roku 1977, toteż występ sprawił mi ogromną przyjemność.

Dzień, w którym przybyły spodki

Napisane w nowojorskim pokoju hotelowym w tygodniu, gdy nagrywałem wersję audio mojej powieści Gwiezdny pył, podczas czekania na samochód, dla redaktorki i poetki Rain Graves, która poprosiła mnie o parę wierszy na swą stronę www.spiderwords.com. Bardzo ucieszyło mnie odkrycie, że świetnie się sprawdza czytany na głos przed publicznością.

Ptak słońca

Moja najstarsza córka Holly powiedziała dokładnie, co chciałaby dostać na osiemnaste urodziny. „Chciałabym coś, czego nie może mi dać nikt inny, tato. Chcę, żebyś napisał dla mnie opowiadanie”. A potem, ponieważ zna mnie dobrze, dodała: „Wiem, że zawsze się spóźniasz. Nie chcę cię stresować ani nic takiego, toteż jeśli dostanę je do dziewiętnastych urodzin, będzie super”.

Pewien nieżyjący już pisarz z Tulsa w stanie Oklahoma (zmarł w 2002 roku) przez pewien czas pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych był najlepszym autorem opowiadań na świecie. Nazywał się R.A. Lafferty, a jego historie są niezwykłe, wyjątkowe i nie poddają się żadnym klasyfikacjom – wystarczy jedno zdanie, by wiedzieć, że czyta się opowiadanie Lafferty’ego. Gdy byłem młody, napisałem do niego, a on odpisał.

Ptak słońca to moja próba stworzenia historii w stylu Lafferty’ego. Nauczył mnie mnóstwa rzeczy, głównie tego, że są one znacznie trudniejsze, niż się wydaje. Holly dostała je dopiero, gdy skończyła dziewiętnaście i pół roku. Byłem wtedy w połowie pisania Chłopaków Anansiego i stwierdziłem, że jeśli nie skończę czegoś pisać – czegokolwiek – to chyba oszaleję. Za zgodą córki opowiadanie ukazało się w książce o niezwykle długim tytule, często skracanym do Noisy Outlaws, Unfriendly Blobs and some Other Things That Aren’t As Scary... z której wpływy zasiliły program wspierania czytelnictwa 826 New York.

Nawet jeśli kupiliście mój zbiór, być może zechcecie kupić książkę o niezwykle długim tytule, ponieważ znajdziecie w niej opowiadanie Clementa Freuda Grimble.

Wymyślanie Aladyna

Jedną z rzeczy, które mnie zadziwiają (i użyłem tu słowa „zadziwiają” w sensie: naprawdę, naprawdę wkurzają) są wypowiedzi naukowców w książkach traktujących o baśniach i folklorze – a czasem zdarza mi się czytać podobne książki – wyjaśniające, dlaczego nikt ich nie napisał, i podkreślające, że szukanie autora opowieści ludowych to czcze zajęcie. Książki te, bądź artykuły, starają się dowieść, iż ludzie natrafili sami z siebie na wszystkie historie, czy też w najlepszym razie lekko je zmienili, a ja myślę wówczas: owszem, ale każda z nich musiała gdzieś mieć swój początek, w czyjejś głowie. Ponieważ historie zaczynają się w umysłach. To nie artefakty ani zjawiska naturalne.

Pewna książka naukowa tłumaczyła, że wszystkie baśnie, w których bohater zasypia, bez wątpienia rozpoczęły swój żywot jako sny zrelacjonowane po przebudzeniu przez ludzi prymitywnych, nieumiejących odróżnić snów od rzeczywistości. I właśnie owe sny stały się zalążkiem naszych baśni. Teorię tę od początku uważam za dziurawą, bo w historiach, które trwają i są powtarzane, obowiązuje logika narracji, nie logika snu.

Historie tworzą ludzie, którzy je wymyślają. Jeśli się podobają, są opowiadane na nowo. Oto prawdziwa magia.

Szeherezada jako narrator była fikcją, podobnie jej siostra i krwiożerczy król, którego musiały co noc ugłaskiwać. Same Baśnie z tysiąca i jednej nocy to konstrukcja sztuczna, złożona z elementów pochodzących z najróżniejszych kultur, a baśń o Aladynie powstała stosunkowo późno i została dołączona do Baśni z tysiąca i jednej nocy przez Francuzów zaledwie paręset lat temu. Co oznacza, że kiedy powstała, z całą pewnością nie wyglądała tak, jak ją opisuję. A jednak. A przecież.

Władca górskiej doliny

Historia, która powstała i istnieje z powodu miłości, jaką darzę odległe zakątki Szkocji, gdzie pod brudnobiałym niebem widać kości ziemi, a wszystko jest zdumiewająco piękne i wydaje się tak odległe, jak to tylko możliwe. Dobrze było ponownie spotkać się z Cieniem dwa lata po wydarzeniach opisanych w mojej powieści Amerykańscy bogowie.

Robert Silverberg poprosił mnie o dłuższe opowiadania do drugiego tomu antologii Legendy. Nie obchodziło go, czy napiszę opowiadanie ze świata Nigdziebądź, czy też Amerykańskich bogów. Opowiadanie z Nigdziebądź, które zacząłem, natrafiło na problemy techniczne (nosiło tytuł Jak Markiz odzyskał swój płaszcz i któregoś dnia pewnie je skończę). Władcę górskiej doliny zacząłem pisać w mieszkaniu w Notting Hill; reżyserowałem tam krótkometrażowy film A Short Film about John Bolton. Dokończyłem je podczas jednego długiego zimowego maratonu w domku nad jeziorem, w którym obecnie piszę ten wstęp. Moja przyjaciółka, Iselin Evensen z Norwegii, po raz pierwszy opowiedziała mi legendy o hulder i poprawiła mój norweski. Podobnie jak w Bay Wolfie z Dymu i luster w opowiadaniu tym widać wpływy Beowulfa, a w czasie, gdy powstawało, byłem pewien, iż scenariusz Beowulfa, który pisałem dla i z Rogerem Avarym, nigdy nie zostanie sfilmowany. Oczywiście się myliłem, podoba mi się jednak przepaść pomiędzy matką Grendela sportretowaną przez Angelinę Jolie w filmie Roberta Zemeckisa i wersją tej samej postaci, o której możecie przeczytać tutaj.

***

Chciałbym podziękować wszystkim redaktorom najróżniejszych zbiorów, w których po raz pierwszy ukazywały się niniejsze opowiadania, a zwłaszcza Jennifer Brehl i Jane Morpeth, moim redaktorkom w Stanach i w Wielkiej Brytanii, za ich pomoc i wsparcie, a przede wszystkim cierpliwość, oraz mojej agentce literackiej, srogiej Merrilee Heifetz, i jej bandzie działającej na całym świecie.

Pisząc to, pomyślałem sobie właśnie, że osobliwą cechą większości rzeczy, które uważamy za ulotne, jest ich niezwykła trwałość. W dzieciństwie zabawialiśmy się sztuczkami z jajkami, pokazującymi, jak wielką mają moc owe maleńkie kuliste fortece, kryjące w sobie skarb; a naukowcy twierdzą, że uderzenie skrzydełek motyla w odpowiednim miejscu może wywołać huragan nad oceanem. Serce można złamać, lecz jednocześnie serce to najsilniejszy z mięśni, kurczący się rytmicznie przez całe życie, siedemdziesiąt razy na minutę i bardzo rzadko zawodzący. Nawet sny, najdelikatniejsze i najbardziej ulotne ze wszystkiego, czasami niezwykle trudno zabić.

Historie, podobnie jak ludzie, motyle, jajeczka dzikich ptaków, ludzkie serca i sny to także rzeczy ulotne. Składa się na nie zaledwie dwadzieścia sześć liter alfabetu i garść znaków przestankowych. Albo słowa rozbrzmiewające w powietrzu, złożone z dźwięków i idei – abstrakcyjne, niewidzialne, które znikają, gdy tylko zostają wypowiedziane. Czy może być coś bardziej ulotnego? Lecz niektóre historie, krótkie, proste, opowiadające o przygodach i ludziach dokonujących niezwykłych wyczynów, historie o cudach i potworach przetrwały wszystkich, którzy je opowiadali, a niektóre nawet krainy, w których powstały.

I choć wątpię, by stało się tak z którąkolwiek z historii zgromadzonych w tym tomie, miło jest zebrać je razem i znaleźć dla nich dom, gdzie będą mogły być czytane i pamiętane. Mam nadzieję, że czeka Was przyjemna lektura.

Neil Gaiman

Pierwszego dnia wiosny 2006 roku

Studium w szmaragdzie

1. Nowy znajomy

Świeżo po Serii Niewiarygodnych Europejskich Występów, podczas której grali przed obliczami kilku KORONOWANYCH GŁÓW EUROPY, zyskując poklask i uznanie dla wspaniałych spektakli dramatycznych, łączących w sobie KOMEDIĘ i TRAGEDIĘ, Strand Players informują niniejszym, iż w kwietniu dadzą ograniczoną liczbę spektakli w Teatrze Królewskim przy Drury Lane. Przedstawią tam sztuki Mój brat bliźniaczy Tom!, Dziewczynka z fiołkami i Przybycie Wielkich Przedwiecznych (ów ostatni spektakl to historyczna Tragedia Epicka, pełna Rozmachu i Uroku); trzy pełne jednoaktowe historie! Bilety dostępne w kasie.

To ów ogrom. Olbrzymie rozmiary tego co ukryte. Ciemność panująca w snach.

Ale widzę, że zbaczam z tematu. Wybaczcie, nie jestem człowiekiem pióra.

Potrzebowałem kwatery. Tak właśnie go poznałem. Szukałem kogoś, z kim podzieliłbym się kosztami pokojów. Przedstawił nas sobie wspólny znajomy w laboratoriach chemicznych u Świętego Barta.

– Widzę, że był pan w Afganistanie – powiedział do mnie nieznajomy w białym kitlu laboratoryjnym, a ja spojrzałem na niego zadziwiony, ze zdumienia otwierając usta.

– Niewiarygodne – rzekłem.

– Ależ nie – odparł człowiek, który miał stać się moim przyjacielem. – Z tego, jak unosi pan rękę, wnioskuję, że został pan ranny, i to w szczególny sposób. Jest pan też mocno opalony, ma postawę wojskowego. A w Imperium nie znajdzie się zbyt wiele miejsc, gdzie wojskowy mógł jednocześnie się opalić i, biorąc pod uwagę naturę obrażeń pańskiego ramienia i tradycje mieszkańców Afganistanu, zostać poddany torturom.

Kiedy ujął to w ten sposób, jego wnioski wydały mi się absurdalnie proste, ale też zawsze tak wyglądały. Byłem spalony na brąz. I istotnie, jak słusznie zauważył, torturowano mnie.

Bogowie i lud afgański to stado dzikusów, nieskorych poddać się władzy Whitehallu, Berlina czy nawet Moskwy, nieumiejących rozsądnie spojrzeć na świat. Wysłano mnie na tamte wzgórza wraz z ___tym regimentem. I dopóki walka ograniczała się do wzgórz i gór, biliśmy się jak równy z równym. Gdy potyczki sięgnęły jaskiń i zalegających w nich ciemności, natrafiliśmy na coś, z czym nie potrafiliśmy sobie poradzić. Nigdy nie zapomnę lustrzanej tafli podziemnego jeziora, ani tego, co z niego wychynęło. Oczy tego czegoś otwierały się i zamykały, a gdy powstawało, słyszałem śpiewne szepty krążące wokół niego niczym brzęczenie much większych niż światy.

To, że przetrwałem, zakrawało na cud, lecz ów cud nastąpił i powróciłem do Anglii z nerwami w strzępach. Miejsce, w którym dotknęła mnie przywodząca na myśl pijawkę paszcza, pozostało na zawsze wytatuowane na skórze mego uschniętego ramienia: plama biała jak żabi brzuch. Kiedyś byłem świetnym strzelcem, teraz nie miałem nic prócz bliskiego panice strachu przed światem ukrytym pod naszym światem, sprawiającego, że wolałem płacić z mej niewielkiej wojskowej renty sześć pensów za dorożkę niźli pensa za jazdę metrem.

Mimo wszystko mgły i mroki Londynu dodały mi otuchy. Pierwsze dwie kwatery straciłem, bo krzyczałem nocami. Kiedyś byłem w Afganistanie, ale teraz już nie.

– Krzyczę w nocy – uprzedziłem.

– Mnie mówiono, że chrapię – odparł. – Pracuję też w dziwnych godzinach i często ćwiczę strzelanie do przedmiotów na kominku. W salonie przyjmuję klientów. Jestem samolubny, skryty i łatwo się nudzę. Czy to panu przeszkadza?

Uśmiechnąłem się, pokręciłem głową i wyciągnąłem rękę. Uścisnęliśmy sobie dłonie.

Pokoje, które dla nas znalazł przy Baker Street, okazały się więcej niż wystarczające dla dwóch kawalerów. Pamiętając, co mój przyjaciel powiedział o swej skrytości, powstrzymałem się od pytania, w jaki sposób zarabia na życie, jednak wiele wydarzeń podsycało moją ciekawość. Goście odwiedzali go o różnych porach dnia i nocy, a gdy to czynili, opuszczałem salon i udawałem się do swojej sypialni, zastanawiając się, co mogą mieć wspólnego z moim przyjacielem: blada kobieta o zasnutym bielmem, białym jak kość oku, drobny mężczyzna przypominający komiwojażera, tęgi dandys w aksamitnym surducie i inni. Niektórzy odwiedzali go często, wielu jednak zjawiało się tylko raz, rozmawiało z nim i znikało – jedni wyraźnie zadowoleni, inni niespokojni.

Był dla mnie tajemnicą.

Pewnego ranka posilaliśmy się jednym ze wspaniałych śniadań naszej gospodyni, gdy mój przyjaciel zadzwonił, wzywając ową zacną niewiastę.

– Za jakieś cztery minuty dołączy do nas pewien dżentelmen – oznajmił. – Prosimy o jeszcze jedno nakrycie.

– Oczywiście – odparła. – Położę na ruszcie dodatkowe kiełbaski.

Mój przyjaciel wrócił do lektury porannej gazety. Z rosnącym zniecierpliwieniem czekałem na wyjaśnienia. W końcu nie mogłem już dłużej wytrzymać.

– Nie rozumiem. Skąd wiesz, że za cztery minuty zjawi się gość? Nie przyszedł przecież telegram, nie dostałeś żadnej wiadomości.

Uśmiechnął się lekko.

– Nie słyszałeś terkotu kół powozu parę minut temu? Przejeżdżając koło nas zwolnił. Woźnica najwyraźniej zidentyfikował nasze drzwi, po czym przyspieszył i pojechał dalej, aż do Marylebone Road. Przy dworcu kolejowym i gabinecie figur woskowych zatrzymuje się tak wiele dorożek i pojazdów, że ktoś, kto chce wysiąść niepostrzeżenie, może zrobić to z łatwością. Spacer stamtąd do nas zajmuje cztery minuty...

Zerknął na zegarek kieszonkowy i w tym momencie usłyszałem kroki na schodach.

– Wejdź, Lestrade! – zawołał mój przyjaciel. – Drzwi są otwarte, a twoje kiełbaski dochodzą właśnie na ruszcie.

Przybysz, który jak zrozumiałem nazywał się Lestrade, otworzył drzwi i zamknął je za sobą starannie.

– Nie powinienem – powiedział – lecz prawdę mówiąc, dziś rano nie miałem szansy się posilić i chętnie skosztuję kilku waszych kiełbasek.

Był to niski mężczyzna, którego widziałem kilka razy wcześniej; wyglądał na handlarza gumowymi zabawkami bądź patentowanymi medykamentami.

Mój przyjaciel odczekał, aż gospodyni opuści pokój.

– Oczywiście, zakładam, że to sprawa wagi państwowej – rzekł.

– Na wszystkie gwiazdy! – Lestrade zbladł. – Z pewnością wieści jeszcze się nie rozeszły. Powiedz mi, że nie. – Hojnie nałożył sobie kiełbasek, śledzi, ryżu z rybą i jajkami, i grzanek, lecz ręce trzęsły mu się lekko.

– Oczywista, że nie – odparł mój przyjaciel. – Znamy się jednak dość długo, bym rozpoznawał skrzypienie kół twojego powozu: wibrujące wysokie G. A jeśli inspektor Lestrade ze Scotland Yardu, nie mogąc otwarcie odwiedzić salonu jedynego londyńskiego detektywa doradcy, i tak przyjeżdża, i to bez śniadania, niewątpliwie nie chodzi o sprawę rutynową. Ergo, dotyczy ona tych, którzy stoją ponad nami i jest to sprawa wagi państwowej.

Lestrade starł serwetką z brody odrobinę żółtka. Przyjrzałem mu się uważnie. Według mnie nie wyglądał jak inspektor policji, ale też mój przyjaciel nie wyglądał na detektywa doradcę – cokolwiek to miało znaczyć.

– Może powinniśmy pomówić o tym w cztery oczy? – zasugerował Lestrade, zerkając na mnie.

Mój przyjaciel uśmiechnął się figlarnie; jego głowa zakołysała się jak wtedy, gdy śmiał się z jakiegoś prywatnego żartu.

– Bzdura. Co dwie głowy, to nie jedna, a to, co powiesz jednemu z nas, możesz powiedzieć obu.

– Jeżeli przeszkadzam... – zacząłem szorstko, on jednak uciszył mnie gestem.

Lestrade wzruszył ramionami.

– Dla mnie to bez znaczenia – powiedział po chwili. – Jeżeli rozwiążesz tę sprawę, dalej będę miał pracę, jeżeli nie, stracę ją. Użyj swych metod, powiadam. Gorzej i tak już nie będzie.

– Jeśli historia nauczyła nas czegokolwiek, to tego, że zawsze może być gorzej – nie zgodził się mój przyjaciel. – Kiedy wyruszymy do Shoreditch?

Lestrade upuścił widelec.

– To niegodne! – wykrzyknął. – Żartujesz tu sobie ze mnie, a przecież wiesz już o całej sprawie! Powinieneś się wstydzić...

– Nikt niczego mi nie mówił. Kiedy jednak inspektor policji wchodzi do mego pokoju i widzę na jego nogawkach i butach świeże plamy błota owej osobliwej musztardowożółtej barwy, z pewnością wolno mi założyć, że niedawno znalazł się obok wykopów przy Hobbs Lane w Shoreditch, bo to jedyne miejsce w Londynie, w którym można znaleźć podobnie ubarwione błoto.

Inspektor Lestrade z zakłopotaniem odwrócił wzrok.

– Teraz, gdy tak to ująłeś, wydaje się to oczywiste – rzekł.

Mój przyjaciel odsunął talerz.

– Niewątpliwie – powiedział z lekką irytacją.

Na East End pojechaliśmy dorożką. Inspektor Lestrade wrócił na Marylebone Road do swego powozu i zostawił nas samych.

– Naprawdę jesteś detektywem doradcą? – spytałem.

– Jedynym w Londynie, może nawet na całym świecie – odparł mój przyjaciel. – Nie przyjmuję spraw. Zamiast tego doradzam. Inni przynoszą mi nierozwiązane problemy, opisują je, a ja czasami znajduję rozwiązanie.

– Zatem ci ludzie, którzy cię odwiedzają...

– To głównie policjanci albo detektywi, owszem.

Był piękny poranek, jednakże dorożka akurat, trzęsąc się, przejeżdżała skrajem Katowni Świętego Idziego, gniazda złodziei i morderców, szpecącego oblicze Londynu niczym narośl rakowa twarz pięknej kwiaciarki, i przez okno do środka wpadało tylko słabe przyćmione światło.

– Na pewno chcesz, bym pojechał z tobą?

W odpowiedzi mój przyjaciel spojrzał na mnie bez mrugnięcia.

– Mam dziwne uczucie – rzekł. – Przeczucie, że przeznaczone jest nam być razem, że walczyliśmy już u swego boku w przeszłości bądź przyszłości. Jestem człowiekiem racjonalnym, już dawno jednak nauczyłem się doceniać wartość dobrego kompana, a od chwili, gdy padł na ciebie mój wzrok, wiedziałem, że mogę ci zaufać tak jak samemu sobie. Owszem. Chcę, żebyś pojechał ze mną.

Zarumieniłem się, może powiedziałem coś niemądrego. Po raz pierwszy od Afganistanu poczułem, że jestem cokolwiek wart.

2. Pokój

„Vitae” Wiktora! Fluid elektryczny! Czy twoim członkom i dolnym partiom ciała brak życia? Czy z zazdrością wspominasz czasy swej młodości? Czy zapomniałeś już o rozkoszach cielesnych? „Vitae” Wiktora przywróci życie temu, co dawno je utraciło! Nawet najstarsza chabeta znów przeistoczy się w dumnego ogiera! Nowe życie dla martwych: połączenie starej rodzinnej receptury i najnowszych osiągnięć naukowych. Aby otrzymać pisemne świadectwo skuteczności „Vitae” Wiktora, napisz do Kompanii W. von F., 1b Cheap Street, Londyn.

To była tania kamienica czynszowa w Shoreditch. Przy drzwiach frontowych pełnił straż policjant. Lestrade pozdrowił go po nazwisku i gestem zaprosił nas do środka. Już miałem wejść, lecz mój przyjaciel przykucnął na progu i wyciągnął z kieszeni płaszcza szkło powiększające. Uważnie zbadał błoto na skrobaczce z kutego żelaza, trącając je palcem. Dopiero wtedy pozwolił nam wejść.

Ruszyliśmy na górę. Natychmiast się zorientowałem, w którym pomieszczeniu doszło do zbrodni, przy wejściu czuwało bowiem dwóch rosłych konstabli.

Lestrade skinął im głową i odsunęli się na bok. Weszliśmy.

Jak już wspominałem, nie jestem człowiekiem pióra i waham się przed opisem owego miejsca, gdyż wiem, że moje słowa nie oddadzą tego, co widziałem. Skoro już jednak zacząłem tę opowieść, lękam się, że muszę kontynuować. W niewielkim mieszkaniu popełniono morderstwo. Ciało, czy też to, co z niego zostało, wciąż leżało na podłodze. Ujrzałem je, lecz z początku z jakichś powodów go nie dostrzegłem. Zamiast tego zobaczyłem to, co wytrysnęło i wypłynęło z gardła i piersi ofiary: całą gamę odcieni, od żółtawego seledynu po soczystą trawiastą zieleń. Płyn ów wsiąknął w wytarty dywan i rozbryznął się po tapecie. Przez sekundę wydało mi się, że to dzieło piekielnego artysty, który postanowił stworzyć studium w szmaragdzie.

Po chwili, trwającej, jak się zdawało, sto lat, spojrzałem w dół na ciało, wypatroszone niczym królik u rzeźnika, i próbowałem pojąć, co widzę. Zdjąłem kapelusz; mój przyjaciel uczynił to samo.

Ukląkł i zbadał ciało, oglądając uważnie rany i skaleczenia. Potem znów wyjął lupę i podszedł do ściany, przyglądając się rozbryzgowi zasychającej posoki.

– Już to zrobiliśmy – oznajmił inspektor Lestrade.

– Ach tak – odparł mój przyjaciel. – Co zatem o tym myślicie? To przecież słowo.

Lestrade podszedł do miejsca, w którym stał mój przyjaciel, i spojrzał w górę. Na wyblakłej żółtej tapecie, nieco nad głową inspektora, istotnie widniało słowo, wypisane drukowanymi literami w zielonej krwi.

– Rache...? – Lestrade przeliterował. – Niewątpliwie miał zamiar napisać Rachela, ale przerwano mu. Zatem szukamy kobiety.

Mój przyjaciel milczał. Wrócił do nieboszczyka i podniósł kolejno jego dłonie. Na czubkach palców nie znalazł śladów posoki.

– Myślę, że dowodzi to jasno, że słowa nie napisał jego Królewska Wysokość.

– Skąd, do diabła, wiesz...?

– Mój drogi Lestrade. Proszę, nie odmawiaj mi choćby odrobiny rozumu. Zwłoki bez wątpienia nie należą do człowieka: kolor krwi, liczba członków, oczy, umiejscowienie twarzy, wszystko to świadczy o królewskim pochodzeniu. Choć nie potrafię stwierdzić, do której należy linii, domyślam się, że to być może następca... nie, drugi w kolejce do tronu... jednej z prowincji niemieckich.

– Niesamowite! – Lestrade zawahał się przez moment. – To książę Franz Drago z Bohemii. Przebywał u nas w Albionie na zaproszenie Jej Wysokości Wiktorii. Pragnął rozrywek i zmiany otoczenia...

– Czyli teatrów, dziwek i salonów hazardu.

– Skoro tak twierdzisz. – Lestrade sprawiał wrażenie urażonego. – W każdym razie, podsunąłeś nam świetny trop. Rachela. Choć nie wątpię, że sami także byśmy go znaleźli.

– Z pewnością – przytaknął mój przyjaciel.

Wrócił do oględzin pokoju, kilka razy rzucając cierpkie uwagi na temat policjantów, którzy butami zatarli ślady stóp i przesunęli przedmioty mogące posłużyć do rekonstrukcji wydarzeń z poprzedniej nocy. Mimo wszystko jednak zainteresowała go niewielka plama błota znaleziona za drzwiami.

Przy kominku natrafił na coś, co przypominało kurz albo popiół.

– Widziałeś to? – spytał Lestrade’a.

– Policji Jej Królewskiej Mości – odparł Lestrade – nie fascynuje widok popiołu w palenisku. Tam właśnie zwykle się go znajduje. – Zaśmiał się.

Mój przyjaciel wziął szczyptę popiołu, roztarł go między palcami i powąchał. W końcu zgarnął resztę do szklanej fiolki, którą starannie zamknął korkiem i schował do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Potem wstał.

– A ciało?

– Pałac przyśle swoich ludzi – wyjaśnił Lestrade.

Przyjaciel skinął na mnie; razem ruszyliśmy do drzwi. Westchnął.

– Inspektorze, pańskie poszukiwania panny Racheli mogą okazać się bezowocne. Rache to także niemieckie słowo. Oznacza zemstę. Proszę sprawdzić w słowniku. Ma również inne znaczenia.

Dotarliśmy na dół i wyszliśmy na ulicę.

– Nigdy wcześniej nie widziałeś członka rodu królewskiego, prawda? – spytał.

Pokręciłem głową.

– Jeśli nie jesteś nań wcześniej przygotowany, widok ów może wstrząsnąć człowiekiem. Ależ, mój przyjacielu, ty drżysz.

– Wybacz. Za chwilę dojdę do siebie.

– Może miałbyś ochotę się przejść? – spytał, a ja zgodziłem się, pewien, że jeśli nie ruszę się z miejsca, zacznę krzyczeć.

– W takim razie na zachód.

Mój przyjaciel wskazał ręką ciemną wieżę pałacu. Ruszyliśmy naprzód.

– A zatem – rzekł po jakimś czasie – nigdy nie spotkałeś osobiście żadnej z koronowanych głów Europy?

– Nie.

– Chyba mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że spotkasz. I tym razem nie będzie to trup. Wkrótce.

– Mój drogi druhu, skąd to przekonanie?

W odpowiedzi wskazał czarny powóz, który zatrzymał się pięćdziesiąt jardów przed nami. Przy drzwiach stał człowiek w czarnym cylindrze i płaszczu. Otworzył drzwiczki i czekał w milczeniu. Złotą farbą wymalowano na nich herb znany każdemu dziecku Albionu.

– Pewnych zaproszeń się nie odrzuca – oznajmił mój przyjaciel.

Uchylił kapelusza przed lokajem. Odniosłem wrażenie, że uśmiechnął się, wsiadając do zamkniętego powozu i sadowiąc się wygodnie na miękkiej skórzanej kanapie.

Gdy w czasie jazdy do pałacu próbowałem go zagadnąć, przyłożył palec do ust. Potem zamknął oczy i pogrążył się w myślach. Ja tymczasem próbowałem sobie przypomnieć, co mi wiadomo o niemieckich rodach królewskich. Jednakże prócz tego, że małżonek królowej, książę Albert, jest Niemcem, nie wiedziałem zbyt wiele.

Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem garstkę monet – z brązu i srebra, czarnych i zaśniedziałych. Przyjrzałem się wybitemu na nich portretowi naszej królowej i poczułem patriotyczną dumę i jednocześnie niewyobrażalną grozę. Powiedziałem sobie, że byłem przecież wojskowym i nie znałem strachu; pamiętałem czasy, gdy tak było w istocie. Przez chwilę wspominałem, że kiedyś byłem świetnym strzelcem, może wręcz wyborowym, lecz moja prawa ręka zadygotała niczym w ataku choroby, monety zabrzęczały, a ja poczułem wyłącznie żal.

3. Pałac

Nareszcie! Doktor Henry Jekyll z dumą ogłasza wprowadzenie do powszechnej sprzedaży cieszących się światową sławą Proszków Jekylla. Dostępne już nie tylko dla garstki wybrańców. Uwolnij swoje Wewnętrzne Ja! Daje Oczyszczenie Wewnętrzne i Zewnętrzne! ZBYT WIELU LUDZI, tak mężów jak i niewiast, cierpi na ZATWARDZENIE DUSZY! Ulga jest natychmiastowa i tania – dzięki Proszkom Jekylla! (Do wyboru receptura waniliowa i oryginalna mentolowa).

Książę małżonek Albert był rosłym mężczyzną o imponująco sumiastym wąsie i nader wysokim czole; był też niewątpliwie i całkowicie człowiekiem. Wyszedł po nas na korytarz, skinieniem głowy pozdrowił mojego przyjaciela i mnie, nie spytał o nasze nazwiska i nie zaproponował uścisku dłoni.

– Królowa jest wielce zasmucona – oznajmił. Miał wyraźny cudzoziemski akcent. S wymawiał jak z: Jezd. Zazmucona. – Franz był jednym z jej ulubieńców. Ma wielu siostrzeńców i bratanków, on jednak niezwykle ją rozśmieszał. Znajdziecie tych, którzy mu to zrobili.

– Zrobię co w mojej mocy – odparł mój przyjaciel.

– Czytałem pańskie monografie – powiedział książę Albert. – To ja kazałem im zwrócić się do pana. Mam nadzieję, że uczyniłem słusznie.

– Ja także – rzekł mój przyjaciel.

W tym momencie wielkie drzwi otwarły się i wprowadzono nas w mrok przed oblicze królowej.

Nazywają ją Wiktorią, bo siedemset lat temu pokonała nas w bitwie. Nazywają ją też Glorianą, bo jest wspaniała, a także Królową, gdyż ludzkie usta niezdolne są wymówić jej prawdziwe imię. Była wielka, większa niż sobie wyobrażałem. Przycupnęła nieruchomo wśród cieni, patrząc na nas z góry.

„Muzszicie to rozzswiązsać”.

Jej słowa zabrzmiały pośród cieni.

– Tak jest, pani – odparł mój przyjaciel.

Macka poruszyła się i wskazała mnie.

„Wyzzstąp napzrzód”.

Chciałem posłuchać. Moje nogi się nie poruszyły.

Uratował mnie przyjaciel. Ujął mnie za łokieć i podprowadził ku Jej Wysokości.

„Nie baćź zzsię. Byćź godnym. Byćź towarzyzszem”. To właśnie do mnie powiedziała. Przemawiała przejmująco słodkim kontraltem, w którym pobrzmiewało odległe bzyczenie. A potem macka rozwinęła się, wyprostowała i dotknęła mojego ramienia. Przez moment, ale tylko moment, poczułem ból głębszy i bardziej przejmujący niż cokolwiek, czego doświadczyłem w życiu. Potem zniknął, zastąpiony niezwykłym wrażeniem zdrowia. Poczułem, jak mięśnie mego ramienia się rozluźniają, i po raz pierwszy od czasów Afganistanu ból zniknął.

Wówczas mój przyjaciel wystąpił naprzód. Wiktoria przemówiła do niego, ale nie słyszałem jej słów. Zastanawiałem się, czy w jakiś sposób nie trafiają wprost z jej umysłu do jego głowy. Czy tak właśnie wygląda Rada Królewska, o której czytałem w dziełach historycznych?

– Oczywiście, pani – odpowiedział głośno. – Już teraz mogę powiedzieć, że tamtej nocy w pokoju w Shoreditch twojemu bratankowi towarzyszyło dwóch mężczyzn. Ślady, choć zatarte, wskazują to wyraźnie. – A potem dodał: – Tak. Rozumiem... Myślę, że tak... Tak.

Gdy wyszliśmy z pałacu, milczał, nie odzywał się też podczas jazdy powrotnej na Baker Street.

Na dworze było już ciemno. Zastanawiałem się, ile czasu spędziliśmy w pałacu.

Ulice i niebo zasnuwały macki gęstej czarnej mgły.

Po powrocie na Baker Street, spoglądając w lustro w moim pokoju, stwierdziłem, że biała jak żabi brzuch skóra na mym ramieniu nabrała różowego odcienia. Miałem nadzieję, że nie wyobrażam sobie tego, że nie sprawia tego tylko blask księżyca wpadający przez okno.

4. Występ

KŁOPOTY Z WĄTROBĄ?! ATAKI ŻÓŁCI?! PROBLEMY NEURASTENICZNE?! PLĄSAWICA?! ARTRETYZM?! To tylko garstka dolegliwości, na które odpowiedź może stanowić profesjonalne WYKRWAWIENIE. W naszych siedzibach mamy dziesiątki potwierdzonych RELACJI, z którymi każdy może zapoznać się wedle woli. Nie składajcie zdrowia w ręce amatorów! Nasza firma zajmuje się tym od bardzo dawna. V. TEPES – ZAWODOWY WYKRWAWICIEL (Pamiętajcie! Wymawia się to Tzsep-pesz!). Rumunia, Paryż, Londyn, Whitby. Gdy reszta zawiedzie, POMOŻEMY W BIEDZIE!!

Fakt, iż mój przyjaciel okazał się mistrzem maskowania, nie powinien mnie zaskoczyć, a jednak tak się stało. Przez następne dziesięć dni nasz próg przy Baker Street przekraczała osobliwa ludzka zbieranina – starszawy Chińczyk, młody rzezimieszek, gruba rudowłosa kobieta, której dawna profesja nie pozostawiała cienia wątpliwości, oraz szacowny stary dureń, o stopie opuchniętej i zabandażowanej z powodu podagry. Każde z nich wchodziło do pokoju mego przyjaciela, po czym, po krótkiej chwili, godnej najlepszego z music-hallowych „mistrzów szybkiego przebierania”, wychodził mój przyjaciel.

Nie rozmawiał ze mną o tym, co robił podczas swych wycieczek. Wolał odpocząć, wpatrując się w przestrzeń. Od czasu do czasu czynił notatki na skrawkach papieru. Szczerze przyznam, iż nie rozumiałem z nich ani słowa. Wydawał się całkowicie zaabsorbowany pracą – do tego stopnia, że zacząłem się martwić o jego zdrowie. Wreszcie, pewnym późnym popołudniem wrócił do domu we własnej skórze, pogodnie uśmiechnięty, i spytał, czy interesuję się teatrem.

– Tak jak każdy – odparłem.

– Zatem weź swoją lornetkę – polecił. – Ruszamy na Drury Lane.

Spodziewałem się opery komicznej czy czegoś w tym rodzaju, zamiast tego jednak znaleźliśmy się w najgorszym chyba teatrze przy Drury Lane, chociaż noszącym dumne miano królewskiego. Szczerze mówiąc, teatr ów właściwie nie mieścił się przy Drury Lane: stał na samym końcu ulicy, przy Shaftesbury Avenue, w miejscu w którym aleja zbliża się do Katowni Świętego Idziego. Za radą przyjaciela ukryłem portfel i idąc za jego przykładem, zabrałem porządną laskę.

Gdy zasiedliśmy już w loży (za trzy pensy kupiłem pomarańczę od jednej z uroczych młodych niewiast, które sprzedawały je widzom, i czekając na spektakl, delektowałem się soczystym owocem), mój przyjaciel powiedział cicho:

– Masz szczęście, że nie musiałeś towarzyszyć mi do jaskiń hazardu ani do domów rozpusty, czy też domu wariatów, kolejnego miejsca, które, jak odkryłem, uwielbiał odwiedzać książę Franz. Ale nigdzie nie chodził więcej niż raz. Nigdzie oprócz...

Orkiestra odegrała fanfarę i kurtyna się uniosła. Mój przyjaciel umilkł.

Na swój sposób było to całkiem niezłe przedstawienie. Obejrzeliśmy trzy jednoaktowe sztuki. Pomiędzy aktami aktorzy śpiewali komiczne pieśni. Główny amant był wysoki, szczupły i obdarzony niezłym głosem. Amantka zachwycała elegancją, a jej głos docierał do najdalszych zakątków teatru. Komik doskonale zabawiał publiczność.

Pierwsza sztuka była ludyczną komedią pomyłek. Amant grał parę identycznych bliźniaków, którzy, w ogóle się nie znając, zdołali dzięki serii pociesznych przypadków zaręczyć się z tą samą młodą panną, która, jakże zabawnie, uważała, że jest zaręczona tylko z jednym mężczyzną. Drzwi otwierały się i zamykały, gdy aktor zmieniał kostiumy.

W drugim akcie obejrzeliśmy rozdzierającą serce opowieść o młodej sierocie, która głodowała w śniegu, sprzedając cieplarniane fiołki. W końcu poznała ją babka i przysięgła, że to dziecię skradzione dziesięć lat temu przez bandytów. Było już jednak za późno i mały zamarznięty aniołek wydał swe ostatnie tchnienie. Muszę przyznać, iż podczas tej części więcej niż raz ocierałem ukradkiem oczy lnianą chustką.

Na zakończenie aktorzy przedstawili poruszającą historyczną opowieść. Cała trupa zagrała mężów i niewiasty z wioski na brzegu oceanu siedemset lat przed dzisiejszymi czasami. Wieśniacy ujrzeli w dali postaci wynurzające się z morza. Bohater radośnie oświadczył całej wiosce, że to Wielcy Przedwieczni, którzy zgodnie z przepowiednią powracają z R’lyeh i z mrocznej Carcosy, a także z równin Leng, gdzie spali, bądź czekali w stanie bliskim śmierci. Komik odparł, iż pozostali wieśniacy zjedli za dużo placków i wypili zbyt wiele piwa, a teraz po prostu wyobrażają sobie owe postaci. Tęgi dżentelmen grający księdza rzymskiego Boga ogłosił wszem wobec, iż postaci w morzu to potwory i demony, i że trzeba je zniszczyć.

Punkt kulminacyjny stanowiła bójka, podczas której bohater zatłukł księdza na śmierć jego własnym krucyfiksem i przygotował się do powitania Ich, gdy tylko przybędą. Bohaterka odśpiewała poruszającą arię. Jednocześnie obejrzeliśmy zdumiewający pokaz latarni magicznej, która sprawiła, że zdawało się nam, że dostrzegamy Ich cienie na niebie z tyłu sceny: Królową Albionu w Jej własnej osobie, Czarnego Władcę Egiptu (o postaci niemal przypominającej człowieka), za nimi Pradawną Kozę, Matkę Tysiąca Młodych, Cesarza Wszechchin i Niewypowiedzianego Cara, a także Tego, Który Prezydiuje Ponad Nowym Światem i Białą Panią Antarktycznych Pustkowi oraz pozostałych. A gdy każdy kolejny cień przechodził przez scenę, czy też sprawiał wrażenie, że przechodzi, z gardeł wszystkich widzów zgromadzonych na galerii dobywało się donośne chóralne „Huzzah!”, aż w końcu samo powietrze zdawało się wibrować. Na malowane niebo wypłynął księżyc, po czym, w ostatnim pokazie teatralnej magii, bladożółtą tarczę, o której wspominają dawne opowieści, zastąpiło ciepłe szkarłatne oblicze księżyca, który dziś świeci na naszym niebie.

Członkowie trupy wyszli na proscenium i ukłonili się, witani oklaskami i wiwatami, a potem kurtyna opadła po raz ostatni i przedstawienie dobiegło końca.

– No proszę – rzekł mój przyjaciel. – Co o tym myślisz?

– Znakomite, doprawdy znakomite.

Ręce bolały mnie od klaskania.

– Mój poczciwy druhu – przyjaciel uśmiechnął się – chodźmy za kulisy.

Wyszliśmy na dwór i skręciliśmy w alejkę biegnącą obok teatru do tylnych drzwi, gdzie chuda kobieta z torbielą na policzku zawzięcie dziergała na drutach. Mój przyjaciel pokazał jej bilet wizytowy i wpuściła nas do budynku, prowadząc schodami w górę do niewielkiej wspólnej garderoby. Przed brudnymi lustrami migotały płomyki świec i lamp naftowych. Mężczyźni i kobiety zmywali szminkę i zdejmowali kostiumy, nie zważając na nakazy obyczajności. Odwróciłem wzrok. Mój przyjaciel nie wyglądał na poruszonego.

– Czy mógłbym pomówić z panem Vernetem? – spytał głośno.

Młoda kobieta grająca najlepszą przyjaciółkę bohaterki pierwszej sztuki i zmysłową córkę oberżysty w ostatniej, wskazała nam kąt pomieszczenia.

– Sherry! Sherry Vernet! – zawołała.

Młodzian, który wstał na te słowa, był wysoki i chudy, mniej konwencjonalnie przystojny, niż wydawało się w światłach rampy. Spojrzał na nas pytająco.

– Nie wydaje mi się, bym miał przyjemność...

– Nazywam się Henry Camberley – oznajmił mój przyjaciel, nieco przeciągając sylaby. – Być może pan o mnie słyszał.

– Muszę wyznać, że nie miałem tego zaszczytu – odparł Vernet.

Mój przyjaciel wręczył mu elegancki bilet wizytowy.

Młodzian przyjrzał się mu z nieskrywanym zainteresowaniem.

– Promotor teatralny? Z Nowego Świata? No, no. A to jest...? – Spojrzał na mnie.

– Mój przyjaciel, pan Sebastian. Nie pracuje w tym fachu.

Wymamrotałem coś o tym, jak ogromnie podobało mi się przedstawienie, i uścisnąłem dłoń aktora.

– Odwiedził pan kiedyś Nowy Świat? – spytał mój przyjaciel.

– Jak dotąd nie miałem tego zaszczytu – przyznał Vernet – choć zawsze o tym marzyłem.

– Cóż, dobry człowieku – rzekł mój przyjaciel z serdecznością i nonszalancją typową dla Nowego Świata. – Może twoje marzenie się spełni? Ta ostatnia sztuka... Nigdy nie oglądałem niczego podobnego. Ty ją napisałeś?

– Niestety, nie. Autor to mój dobry przyjaciel. Ja natomiast skonstruowałem mechanizm latarni magicznej. Nie znajdzie pan dziś na scenie lepszego.

– Zechcesz podać mi nazwisko autora sztuki? Może winienem pomówić bezpośrednio z tym twoim przyjacielem.

Vernet pokręcił głową.

– Lękam się, że to nie będzie możliwe. Dżentelmen ów pracuje w szanowanym zawodzie i nie chce rozgłaszać swych związków ze sceną.

– Rozumiem. – Mój przyjaciel wyjął z kieszeni fajkę i wsunął do ust. Zaczął klepać się po kieszeniach. – Przepraszam, zapomniałem zabrać kapciuch z tytoniem.

– Palę mocną czarną mieszankę – odparł młody aktor. – Jeśli jednak nie ma pan nic przeciwko temu...

– Ależ nie. – Mój przyjaciel uśmiechnął się szeroko. – Tak się składa, że ja też palę mocną czarną mieszankę.

Nabił fajkę tytoniem aktora i obaj zaczęli pykać, podczas gdy mój przyjaciel opisywał wizję sztuki, która mogłaby podbić sceny Nowego Świata, od wyspy Manhattan, aż po najdalszy kraniec kontynentu na odległym południu. Pierwszy akt stanowiłaby ostatnia oglądana przez nas sztuka, dalej być może opowiadałaby o władzy Wielkich Przedwiecznych nad ludzkością i jej bogami, a może o tym, co mogłoby się stać, gdyby ludzie nie mieli opieki rodzin królewskich, o świecie ciemności i barbarzyńców.

– Lecz to twój tajemniczy przyjaciel byłby autorem tej sztuki i to on zdecydowałby o wszystkim – zakończył mój przyjaciel. – Dramat spocząłby w jego rękach, gwarantuję jednak publiczność tak wielką, że nie zdołacie jej sobie wyobrazić, i znaczący udział we wpływach. Powiedzmy pięćdziesiąt procent.

– Cóż za porywająca perspektywa – mruknął Vernet. – Mam nadzieję, że nie okaże się zwykłym fajkowym gadaniem.

– O nie, mój panie, z pewnością się nie okaże – oświadczył mój przyjaciel, pykając z fajki i śmiejąc się z dowcipu rozmówcy. – Przyjdź, proszę, do mych pokojów przy Baker Street jutro rano po śniadaniu, powiedzmy o dziesiątej, w towarzystwie przyjaciela autora, a kontrakty będą już czekały.

Słysząc to, aktor wspiął się na krzesło i klasnął w dłonie, nakazując innym ciszę.

– Panie i panowie z naszej trupy, chcę wam coś ogłosić. – Jego donośny głos wypełnił całe pomieszczenie. – Obecny tu dżentelmen to Henry Camberley, promotor teatralny, który proponuje, że zabierze nas na drugą stronę Oceanu Atlantyckiego, gdzie czeka sława i bogactwa!

Odpowiedziało mu kilka wiwatów.

– Cóż – rzucił komik – to miła odmiana od śledzi i kiszonej kapusty.

Cały zespół wybuchnął śmiechem.

I wśród uśmiechów zgromadzonych wyszliśmy z teatru i dalej, na zasnutą mgłą ulicę.

– Mój drogi druhu... – zacząłem. – Co ty...

– Ani słowa więcej – uciął mój przyjaciel. – W mieście jest wiele uszu.

I faktycznie, nie odezwaliśmy się nawet słowem, póki nie wsiedliśmy do dorożki, która ruszyła z turkotem wzdłuż Charing Cross Road.

Nawet wtedy, nim cokolwiek powiedział, mój przyjaciel najpierw wyjął z ust fajkę i opróżnił na wpół wypaloną zawartość do niewielkiej puszki. Zamknął ją szczelnie i wsunął do kieszeni.

– Dam głowę, że znaleźliśmy naszego Wysokiego Człowieka. Jeśli nie, możesz nazwać mnie kpem. Teraz pozostaje nam liczyć na to, że chciwość i ciekawość Kulawego Doktora okażą się dość mocne, by sprowadzić go do nas jutro rano.

– Kulawego Doktora?

Mój przyjaciel prychnął.

– Tak go nazywam. Kiedy ujrzeliśmy martwego księcia, ślady stóp i wiele innych wskazówek jasno dowodziły, że tamtej nocy w pokoju było jeszcze dwóch mężczyzn. Jeden wysoki – jego, jeśli się nie mylę, poznaliśmy przed chwilą – i drugi, niższy, kulejący, który wypatroszył księcia z fachowością sugerującą wykształcenie medyczne.

– Doktor?

– Istotnie. Przykro mi to mówić, lecz doświadczenie podpowiada mi, że jeśli doktor schodzi na złą drogę, staje się zbrodniarzem ohydniejszym i groźniejszym niż najgorszy rzezimieszek. Wystarczy wspomnieć Hustona od kąpieli w kwasie i Campbella, który sprowadził do Ealing łoże madejowe... – Kontynuował ten temat przez resztę drogi.

Dorożka zatrzymała się przy krawężniku.

– Należy się jedenaście pensów – oznajmił dorożkarz.

Mój przyjaciel rzucił mu florena. Tamten złapał go i uchylił obszarpanego cylindra.

– Bardzo dziękuję szanownym panom! – zawołał, odjeżdżając w mgłę.

Podeszliśmy do drzwi frontowych. Wsunąłem klucz w zamek.

– Dziwne – rzekł mój przyjaciel. – Nasz dorożkarz właśnie minął jegomości na rogu.

– Czasem robią tak pod koniec zmiany – przypomniałem.

– W rzeczy samej – mruknął mój przyjaciel.

Tej nocy śniły mi się cienie, olbrzymie cienie przesłaniające słońce. Krzyczałem do nich z rozpaczą, one jednak nie słuchały.

5. Skórka i pestka

W tym roku wkrocz w wiosnę z wiosennym zapałem! KUBA! Buty, pantofle, kamasze. Zadbaj o życiową stopę! Obcasy to nasza specjalność! KUBA! Nie zapomnijcie też odwiedzić naszego nowego salonu krawieckiego na East Endzie, w którym znajdziecie, Państwo, najróżniejsze stroje wieczorowe, kapelusze, ozdoby, laski zwykłe i ze szpadami &c. KUBA Z PICCADILLY. Witamy wiosennie!

Jako pierwszy zjawił się inspektor Lestrade.

– Rozstawił pan swoich ludzi na ulicy? – spytał mój przyjaciel.

– Owszem – odparł Lestrade. – I wydałem ścisłe rozkazy, by wpuszczali wszystkich i aresztowali każdego, kto próbuje stąd wyjść.

– Ma pan przy sobie kajdanki?

W odpowiedzi Lestrade wsunął rękę do kieszeni i z ponurą miną zabrzęczał dwiema parami kajdanek.

– A teraz – rzekł – skoro i tak czekamy, może zechce pan powiedzieć mi, na co?

Mój przyjaciel wyjął z kieszenie fajkę. Nie wsunął jej do ust, lecz położył przed sobą na stole. Następnie wyciągnął puszkę z poprzedniego wieczoru i szklaną fiolkę, użytą wcześniej owego dnia w pokoju w Shoreditch.

– Proszę. Oto, jak mam nadzieję dowieść, gwóźdź do trumny naszego pana Verneta – zawiesił głos. Wyjął z kieszonki zegarek i położył delikatnie na stole. – Mamy jeszcze kilka minut do ich przybycia. – Odwrócił się do mnie. – Co ci wiadomo o restauracjonistach?

– Nic a nic – odparłem.

Lestrade zakasłał.

– Jeśli mówi pan o tym o czym myślę, to może powinniśmy zostawić ten temat. Istnieją pewne granice.

– Już na to za późno – oznajmił mój przyjaciel. – Są bowiem tacy, którzy nie wierzą, że nadejście Wielkich Przedwiecznych było tak szczęśliwym wydarzeniem jak wszyscy wiemy. Anarchiści, co do jednego, pragną przywrócenia dawnych porządków. Oddania ludzkości władzy nad nią samą.

– Nie chcę tego słuchać. Sama rozmowa o tym to zdrada stanu – rzucił Lestrade. – Muszę pana ostrzec...

– Ja muszę pana ostrzec, by nie zachowywał się pan jak głupiec – przerwał mu mój przyjaciel. – Ponieważ to restauracjoniści zabili księcia Franza Drago. Mordują, zabijają, na próżno próbując zmusić naszych władców, by pozostawili nas samych w ciemności. Książę to ofiara Rache. W dawnych czasach tak nazywano ogary myśliwskie, inspektorze, odkryje pan to sięgając do słownika. Słowo to oznacza również zemstę, a myśliwy pozostawił podpis na tapecie w miejscu zbrodni, tak jak artysta podpisujący swe płótno. Ale to nie on zabił księcia.

– Kulawy Doktor! – wykrzyknąłem.

– Znakomicie. Owej nocy był tam wysoki mężczyzna: potrafiłem to stwierdzić, bo słowo na ścianie nakreślił na wysokości oczu. Palił fajkę, w kominku pozostała grudka popiołu. Z łatwością opróżnił swoją fajkę, stukając o obramowanie kominka, co z trudem przyszłoby komuś niskiego wzrostu. Tytoń był nietypową, grubo krojoną mocną mieszanką. Pańscy ludzie zatarli co prawda większość śladów stóp w pokoju, lecz znalazłem kilka wyraźnych za drzwiami i pod oknem. Ktoś tam czekał – sądząc po długości kroków, niższy mężczyzna, nadmiernie obciążający prawą nogę. Na ścieżce na zewnątrz także znalazłem kilka wyraźnych śladów, a różne barwy gliny na skrobaczce pod drzwiami dostarczyły mi dodatkowych informacji o wysokim mężczyźnie, który towarzyszył księciu do tych pokojów, a później wyszedł. W środku czekał na ich przybycie człowiek, który tak imponująco zaszlachtował księcia.

Lestrade wydał z siebie zduszony jęk, z którego nie zrodziło się żadne słowo.

– Przez wiele dni odtwarzałem wszystkie poruszenia Jego Wysokości. Odwiedziłem jaskinie hazardu, dom uciech, okrytą niesławą gospodę i dom wariatów, szukając naszego palacza fajki i jego przyjaciela. Nie poczyniłem żadnych postępów, póki nie wpadłem na pomysł, by przejrzeć gazety wydawane w Bohemii w poszukiwaniu wskazówek co do tego, co niedawno robił książę. Z nich to dowiedziałem się, że w zeszłym miesiącu Pragę odwiedziła angielska trupa teatralna i wystąpiła przed księciem Franzem Drago...

– Wielkie nieba! – wtrąciłem. – Zatem ten jegomość Sherry Vernet to...

– Restauracjonista. Zgadza się.

Kręciłem właśnie głową z podziwu dla inteligencji i zdolności obserwacji mojego przyjaciela, gdy usłyszeliśmy pukanie do drzwi.

– Oto nasza zwierzyna – rzekł mój przyjaciel. – Teraz ostrożnie.

Lestrade wepchnął rękę głęboko do kieszeni; bez wątpienia trzymał w niej pistolet. Nerwowo przełknął ślinę.

– Proszę wejść! – zawołał mój przyjaciel.

Drzwi się otwarły. Nie stanął w nich Vernet ani Kulawy Doktor, lecz jeden z młodych uliczników zatrudnionych u panów „Twardego Bruku i Chyżej Stopy”, jak mawialiśmy za czasów mojej młodości. Zarabiał na życie, dostarczając drobne przesyłki.

– Przepraszam – rzekł. – Czy jest tu pan Henry Camberley? Pewien dżentelmen prosił mnie o dostarczenie mu liściku.

– To ja – oznajmił mój przyjaciel. – I dam ci sześć pensów, jeśli powiesz mi coś więcej o owym dżentelmenie.

Młody urwis, który przedstawił się nam jako Wiggins, sprawdził zębami sześciopensówkę, po czym schował ją i oświadczył, że jegomość, który wręczył mu liścik, był raczej wysoki, miał ciemne włosy i, dodał chłopak, palił fajkę.

Mam tu ów liścik i pozwolę sobie go przytoczyć.

Szanowny Panie,

Nie nazwę Pana Henrym Camberleyem, nie jest to bowiem Pańskie nazwisko. Dziwię się, że nie przedstawił się Pan własnym mianem, cieszy się ono wszak szacunkiem i uznaniem, i przynosi Panu zaszczyt. Czytałem kilka Pańskich rozpraw, które udało mi się zdobyć. W istocie, dwa lata temu korespondowałem z Panem niezmiernie zajmująco na temat pewnych teoretycznych anomalii w Pańskiej pracy o dynamice asteroidy.

Nasze wczorajsze spotkanie wielce mnie rozbawiło. Oto kilka wskazówek, które mogą się przydać Panu w przyszłości, jeśli zechce Pan dalej uprawiać swój obecny zawód. Po pierwsze, fajczarz może mieć w kieszeni nowiutką i nieużywaną fajkę i zapomnieć tytoniu, lecz jest to niezwykle nieprawdopodobne – co najmniej równie nieprawdopodobne jak promotor teatralny niemający pojęcia o zwyczajowych stawkach i honorariach za występy, któremu w dodatku towarzyszy milczący emerytowany oficer (o ile dobrze zgaduję, po służbie w Afganistanie). A przy okazji dodam, że choć słusznie zauważył Pan, iż ulice Londynu mają uszy, w przyszłości jednak radziłbym nie wsiadać do pierwszej pojawiającej się dorożki. Dorożkarze również mają uszy i czasem z nich korzystają.

Zdecydowanie nie myli się Pan w swych domysłach. Istotnie, to ja zwabiłem owego półkrwi mieszańca do pokoju w Shoreditch. Jeśli to Pana pocieszy, dowiedziawszy się nieco o jego predylekcjach, powiedziałem, że zdobyłem dla niego dziewczynę porwaną z klasztoru w Kornwalii, młode dziewczę, które nigdy nie widziało mężczyzny. Jego dotyk i widok twarzy miał wystarczyć, by na zawsze popadła w idealny obłęd.

Gdyby istniała, posiadłby ją, napawając się jej szaleństwem niczym człowiek wysysający miąższ dojrzałej brzoskwini i pozostawiający jedynie skórkę i pestkę. Widziałem, jak czynili takie rzeczy. Widziałem też rzeczy znacznie gorsze i nie jest to cena, którą warto zapłacić za pokój i pomyślność. Koszt jest zbyt wysoki.

Poczciwy doktor – który podziela moje przekonania i w istocie napisał też nasze sztuki, ma bowiem dar zabawiania tłumów – czekał na nas z nożami.

Wysyłam ten list nie po to, by zakpić z Pana i rzucić Mu wyzwanie, zniknęliśmy już bowiem z szacownym doktorem i nie znajdzie nas Pan, lecz by powiedzieć, że dobrze było poczuć choćby przez chwilę, że mam godnego przeciwnika – dużo godniejszego niż nieludzkie istoty spoza Otchłani.

Lękam się, że Strand Players będą musieli poszukać sobie nowego amanta. Nie podpiszę się nazwiskiem Vernet i póki łowy nie dobiegną końca, a nasz świat nie zostanie nam zwrócony, upraszam, by myślał Pan o mnie wyłącznie jako o

Rache

Inspektor Lestrade wybiegł z mieszkania, wzywając swych ludzi. Kazali młodemu Wigginsowi zaprowadzić się w miejsce, w którym ów człek wręczył mu liścik, jakby sądzili, że aktor Vernet będzie tam na nich czekał, paląc swoją fajkę. Wraz z moim przyjacielem odprowadziliśmy ich wzrokiem i pokręciliśmy głowami.

– Zatrzymają i przeszukają wszystkie pociągi opuszczające Londyn, wszystkie statki odpływające z Albionu do Europy i Nowego Świata – powiedział mój przyjaciel. – Będą szukali wysokiego mężczyzny i jego towarzysza, niższego, tęższego, lekko kulejącego medyka. Zamkną porty, zablokują wszystkie drogi wyjazdu z kraju.

– Sądzisz, że go schwytają?

Mój przyjaciel pokręcił głową.

– Być może się mylę – rzekł – ale gotów jestem pójść o zakład, że wraz z towarzyszem przebywają w tej chwili zaledwie milę stąd w Katowni Świętego Idziego, gdzie policja nie ośmieli się zapuścić, chyba że dużym oddziałem. Pozostaną tam ukryci, póki nie ucichnie wrzawa, a potem wrócą do swych zajęć.

– Czemu tak twierdzisz?

– Ponieważ, gdybyśmy zamienili się rolami, tak właśnie bym uczynił. A przy okazji, powinieneś spalić ten liścik.

Zmarszczyłem brwi.

– Ale to przecież dowód – przypomniałem.

– To zdradzieckie bzdury – odparł.

Faktycznie powinienem był go spalić. W istocie, kiedy Lestrade wrócił, powiedziałem, że tak właśnie zrobiłem, a on pogratulował mi zdrowego rozsądku. Lestrade zachował posadę, a książę Albert napisał do mego przyjaciela, gratulując mu błyskotliwej dedukcji i wyrażając żal, że sprawca wciąż nie został ujęty.

Jak dotąd, nie złapali jeszcze Sherry’ego Verneta, czy jak naprawdę się nazywa. Nie znaleźli też nawet śladu jego okrutnego wspólnika, wstępnie zidentyfikowanego jako były chirurg wojskowy John (czy może James) Watson. Co interesujące, okazało się, że on także służył w Afganistanie. Ciekaw jestem, czy kiedykolwiek się spotkaliśmy.

Stan mojego ramienia dotkniętego przez Królową polepsza się z każdym dniem. Ręka wypełnia się ciałem, blizna znika. Wkrótce znów będę świetnym strzelcem.

Pewnego wieczoru, parę miesięcy temu, gdy byliśmy sami, spytałem mego przyjaciela, czy pamięta korespondencję, o której wspomniał w liście człowiek podpisujący się Rache. Mój przyjaciel odparł, że pamięta ją doskonale i że „Sigerson” (tak bowiem wówczas nazywał się aktor, twierdząc, iż pochodzi z Islandii), zainspirowany jednym z równań mego przyjaciela zasugerował mu szalone teorie dotyczące związków pomiędzy masą, energią i hipotetyczną prędkością światła.

– Oczywiście to bzdura – dodał bez uśmiechu. – Lecz bzdura natchniona i niebezpieczna.

Pałac przysłał w końcu wiadomość, że Królowa jest zadowolona z osiągnięć mego przyjaciela i uważa sprawę za zamkniętą. Wątpię jednak, by mój przyjaciel tak ją pozostawił. Łowy nie dobiegną końca, póki jeden z nich nie zabije drugiego.

Zatrzymałem liścik. W relacji tej opowiedziałem o wydarzeniach, o których nie powinienem był wspominać. Gdybym był rozsądniejszy, spaliłbym te stronice, ale też, jak nauczył mnie mój przyjaciel, nawet popioły potrafią zdradzać swe sekrety. Zamiast tego umieszczę te kartki w skrytce w moim banku i polecę, by nie otwarto jej, póki nie umrą wszyscy, którzy dziś żyją. Choć w świetle niedawnych wydarzeń w Rosji lękam się, że ów dzień może być bliższy, niż wszyscy sądzimy.

S................ M............., major (emerytowany)

Baker Street, Londyn, Nowy Albion, 1881

Magiczny tan

Ach, gdybym młody znów mógł być, nie myśleć, że hen śmierć

i sny,

Nie rozdzieliłbym duszy swej, by pół zostało w świecie tym.

Połowa w domu tkwiła więc, w marzeniach widząc magii kraj,

Tymczasem reszta raźno szła, gdzie wąska dróżka, traktu skraj,

Gdzie elfia panna czeka, co uśmiech mi da, całusy trzy,

Co orły w locie schwyta, mnie przybije zaś do gromów pni

A gdyby serce chciało me wymknąć się jej i zniknąć jej,

Owinie je kokonem gniazd, by już na zawsze było jej,

A gdy się znudzi, weźmie je, z niesmakiem w palce weźmie je,

Na brzeg strumienia ognia, gdzie brązowi chłopcy znajdą je,

Zabiorą je, rozciągną je w blasku okrutnych krwistych łun,

Na czworo potną je i wnet na skrzypcach napną zamiast strun.

Każdego dnia i w każdą noc na sercu mym pieśń będą grać

Bolesną, dziką, dziwną tak, że nikt nie zdoła przy niej stać

Tańczyli tak, skakali w rytm, w pląsach, jak każe skrzypek głos,

Aż rozpadali w tańcu się w ogniście złotych monet stos.

Ale nie jestem młody już, sześćdziesiąt lat i jeden dzień

Serce me straszną pieśń tę gra w krainie, gdzie zalega cień.

Zazdrośnie patrzę na tych, co, nietkniętych dusz tchórzliwy klan,

Nie czują wiatru spoza gwiazd, nie wzrusza ich Magiczny Tan.

Gdyś głuchy na Magiczny Tan, nie skradną ci twojego tchu.

W młodości głupcem byłem. Dziś śmierć mnie owija w całun

snu.

Październik w fotelu

W fotelu zasiadał Październik, toteż wieczór był chłodny, a rdzawe i czerwone liście opadały z drzew otaczających polanę. Cała dwunastka siedziała wokół ogniska, opiekając na patykach grube kiełbaski, które syczały i trzaskały, gdy tłuszcz ściekał na płonące jabłoniowe drewno. Popijali je świeżym cydrem jabłkowym, pozostawiającym w ustach cierpki, ostry smak.

Kwiecień nadgryzła elegancko swą kiełbaskę, która rozpękła się, obryzgując jej brodę gorącym sosem.

– Piekło i gówniani szatani! – zaklęła.

Siedzący obok przysadzisty Marzec zaśmiał się cicho, wulgarnie, po czym wyciągnął wielką brudną chustkę.

– Proszę – rzekł.

Kwiecień wytarła brodę.

– Dzięki. Ta przeklęta kupa flaków mnie poparzyła. Jutro będę tam mieć pęcherz.

Wrzesień ziewnął.

– Straszna z ciebie hipochondryczka – rzekł z drugiej strony ogniska. – I co za język.

Miał cieniutki wąsik i łysiał na przodzie głowy, dzięki czemu jego czoło wydawało się bardzo wysokie i mądre.

– Odczep się od niej – rzuciła Maj. Ciemnowłosa, krótko ostrzyżona, nosiła wygodne buty i paliła małą brązową cygaretkę pachnącą mocno goździkami. – Jest bardzo wrażliwa.

– Och, proszę – mruknął Wrzesień. – Daruj sobie.

Październik, świadom swej pozycji w fotelu, pociągnął łyk cydru i odchrząknął.

– W porządku – powiedział. – Kto chce zacząć?

Fotel, w którym zasiadał, wyrzeźbiono z jednego wielkiego bloku dębiny i ozdobiono intarsjami z jesionu, cedru i wiśni. Pozostała jedenastka siedziała na pniakach drzew ustawionych w różnych odstępach wokół niewielkiego ogniska. Po latach użytkowania pniaki były gładkie i bardzo wygodne.

– A co z protokołem? – spytał Styczeń. – Kiedy ja zasiadam w fotelu, zawsze spisujemy protokół.

– Ale teraz nie siedzisz w fotelu, prawda, mój drogi? – rzekł Wrzesień, elegancki jak zawsze w swej udawanej trosce.

– Co z protokołem? – powtórzył Styczeń. – Nie możemy go zlekceważyć.

– Mały zasraniec sam się sobą zajmie. – Kwiecień przeczesała palcami długie jasne włosy. – I uważam, że Wrzesień powinien mówić pierwszy.

Wrzesień nadął się i przytaknął.

– Z rozkoszą.

– Hej! – zaprotestował Luty. – Hej, hej, hej, hej, hej, hej! Nie słyszałem, żeby przewodniczący zatwierdził tę decyzję. Nikt nie zacznie, póki Październik nie wskaże, kto ma zacząć, a potem nikt inny nie powinien się odzywać. Czy moglibyśmy zadbać o choćby pozory porządku? – Spojrzał na nich z ukosa, drobny, blady, od stóp do głów odziany w błękity i szarości.

– Nic się nie stało – powiedział Październik. Jego broda mieniła się wszystkimi barwami niczym kępa jesiennych drzew – ciemnym brązem, ognistym oranżem, winną czerwienią. Niestrzyżonym gąszczem pokrywała dolną część twarzy. Policzki miał rumiane niczym jabłka. Wyglądał jak przyjaciel, jak ktoś, kogo znamy całe życie. – Wrzesień może mówić pierwszy. Zacznijmy już.

Wrzesień wsunął do ust końcówkę kiełbaski, nadgryzł ostrożnie i wysączył resztkę cydru z kubka. Potem wstał, skłonił się przed zebranymi i zaczął mówić.

– Laurent DeLisle był najlepszym szefem kuchni w całym Seattle, przynajmniej sam tak uważał, a gwiazdka Michelina na drzwiach utwierdzała go w tej opinii. Istotnie, był wspaniałym kucharzem – jego brioszki z mieloną baraniną zdobyły kilka nagród, a ravioli z wędzonymi przepiórkami i białymi truflami opisano w piśmie „Gastronom” jako „dziesiąty cud świata”. Lecz piwnica win... Ach, piwnica win... To ona była jego prawdziwą namiętnością i stanowiła źródło dumy.

Rozumiem to dobrze. We mnie właśnie zbiera się ostatnie białe winogrona i większość czerwonych: doceniam dobre wina, ich aromat, zapach, smak, jaki pozostawiają w ustach.

Laurent DeLisle kupował swe wina na aukcjach od prywatnych miłośników i uznanych pośredników; za każdym razem upierał się przy certyfikacie, fałszerstwa win bowiem są aż nazbyt częste, gdy za butelkę płaci się pięć, dziesięć, sto tysięcy dolarów, funtów czy euro.

Jego skarbem – klejnotem – najrzadszym z rzadkich okazów i ne plus ultra piwnicy o dokładnie kontrolowanej temperaturze była butelka Chateau Lafitte rocznik 1902. Figurowała w karcie win z ceną stu dwudziestu tysięcy dolarów, choć w istocie, jako ostatnia w swoim rodzaju, była bezcenna.

– Przepraszam – wtrącił uprzejmie Sierpień. Był z nich najgrubszy, kosmyki rzadkich, jasnych włosów zaczesywał na bok, próbując ukryć łysinę.

Wrzesień spojrzał niechętnie na swego sąsiada.

– Tak?

– Czy to historia, w której jakiś bogaty facet kupuje wino do obiadu, szef kuchni uznaje, że obiad, który bogaty facet zamówił, nie jest dość dobry dla tego wina, toteż posyła mu co innego, a gość zjada jeden kęs, dostaje rzadkiej alergii i pada trupem, wino zaś pozostaje niewypite?

Wrzesień nie odpowiedział, jego wzrok był dostatecznie wymowny.

– Bo jeśli tak, to już ją opowiadałeś. Wiele lat temu. Była głupia wtedy i jest głupia teraz. – Sierpień uśmiechnął się, jego różowe policzki połyskiwały w blasku ognia.

– Najwyraźniej patos i kultura nie wszystkim przypadają do smaku – oznajmił Wrzesień. – Niektórzy wolą grill i piwo, podczas gdy inni...

– Przykro mi to mówić – przerwał mu Luty – ale on ma sporo racji. Historia musi być nowa.

Wrzesień uniósł brwi i ściągnął usta.

– Skończyłem – oznajmił gwałtownie i usiadł na pieńku.

Spojrzeli po sobie ponad ogniem, wszystkie miesiące roku.

Czerwiec, czyściutka i nieśmiała, podniosła rękę.

– Ja mam historię o strażniczce przy maszynie do prześwietlania bagażu na lotnisku LaGuardia, która potrafiła odczytać wszystko o ludziach z samych kształtów ich bagaży na ekranie i pewnego dnia ujrzała prześwietlenie tak piękne, że zakochała się w jego właścicielu. Próbowała ustalić, do której osoby w kolejce należał bagaż, ale nie potrafiła i tęskniła całymi miesiącami. A gdy ta osoba znów się zjawiła, tym razem strażniczka wiedziała. To był mężczyzna, pomarszczony stary Hindus, a ona była śliczna i czarna, i miała najwyżej dwadzieścia pięć lat, i wiedziała, że nigdy im się nie uda, więc pozwoliła mu odejść, bo z kształtów jego toreb na ekranie wyczytała też, że on wkrótce umrze.

– Doskonale, młoda panno – rzekł Październik. – Opowiedz nam tę historię.

Czerwiec spojrzała na niego niczym spłoszone zwierzątko.

– Właśnie to zrobiłam.

Październik przytaknął.

– Istotnie – rzekł, nim ktokolwiek inny zdążył się odezwać, a potem spytał: – Czy zatem mam przejść do mojej historii?

Luty pociągnął nosem.

– To nie twoja kolejka, staruszku. Ten, kto zasiada w fotelu, opowiada swoją historię dopiero gdy reszta z nas skończy. Nie możemy przejść od razu do głównego punktu programu.

Maj wrzuciła właśnie tuzin kasztanów na kratę ponad ogniem. Manewrując szczypcami, układała je w różne wzory.

– Pozwólmy mu opowiedzieć od razu, skoro chce. Bóg mi świadkiem, jego historia nie może być gorsza niż ta o winie, a ja mam sporo pilnych spraw, do których muszę wracać. Kwiaty nie rozkwitają same z siebie. Kto jest za?

– Zamierzasz to poddać pod oficjalne głosowanie? – zdziwił się Luty. – Niewiarygodne. Nie wierzę, że to się dzieje. – Otarł czoło garścią papierowych chusteczek, które wyciągnął z rękawa.

Siedem rąk powędrowało w górę. Cztery osoby nie zagłosowały – Luty, Wrzesień, Styczeń i Lipiec (– To nic osobistego – wyjaśnił przepraszająco Lipiec – kwestia czysto proceduralna. Nie powinniśmy ustanawiać precedensów).

– A zatem ustalone – oznajmił Październik. – Nim zacznę, czy ktoś chciałby coś powiedzieć?

– Uhm. Tak. Czasami – rzekła Czerwiec. – Czasami wydaje mi się, że ktoś obserwuje nas z lasu, ale potem patrzę i nikogo tam nie ma. Ciągle jednak o tym myślę.

– To dlatego, że jesteś szalona – wyjaśniła Kwiecień.

– Mhm – mruknął Wrzesień do wszystkich i nikogo w szczególności. – Oto cała Kwiecień. Wrażliwa, lecz jednocześnie najokrutniejsza z nas wszystkich.

– Dosyć – uciął Październik.

Przeciągnął się w fotelu, zmiażdżył w zębach orzech laskowy, wyciągnął orzeszek i wypluł kawałki łupiny w ogień, gdzie z trzaskiem i sykiem zajęły się płomieniami, po czym zaczął mówić.

***

– Był sobie chłopiec – rzekł Październik – który czuł się okropnie nieszczęśliwy, choć w domu nikt go nie bił. Po prostu nie pasował ani do swej rodziny, ani do miasta, ani nawet do własnego życia. Miał dwóch braci, starszych od siebie bliźniaków, którzy dokuczali mu bądź go ignorowali, a sami byli powszechnie lubiani. Grali w piłkę; czasem w meczu jeden z bliźniaków zdobywał więcej punktów niż drugi i był bohaterem, czasem drugi. Ich młodszy braciszek nie grał. Wymyślili mu przezwisko. Nazywali go Szczeniakiem.

Przezwali go tak jeszcze w dzieciństwie. Z początku matka i ojciec upominali ich za to.

– Ale on naprawdę jest jak najmniejszy szczeniak w miocie – odparli bliźniacy. – Spójrzcie na niego i spójrzcie na nas.

Gdy to powiedzieli, mieli sześć lat i rodzice uznali, że to urocze. Przezwisko takie jak Szczeniak bywa zaraźliwe i wkrótce jedyną osobą nazywającą go Donaldem pozostała babcia, kiedy dzwoniła z życzeniami urodzinowymi, oraz ludzie, którzy go nie znali.

I być może, ponieważ imiona mają moc, rzeczywiście przypominał szczeniaka – chudego, drobnego, nerwowego. Urodził się z katarem, który nie opuścił go przez dziesięć lat. Podczas posiłków, jeśli bliźniakom smakowało jedzenie, podkradali mu je, jeżeli nie, ukradkiem podrzucali na jego talerz, tak że dostawał burę za to, że nie tknął obiadu.

Ich ojciec nigdy nie opuścił żadnego meczu, a potem kupował loda bliźniakowi, który zdobył więcej punktów, i drugiego na pocieszenie temu, który spisał się gorzej. Matka uważała się za dziennikarkę, choć głównie sprzedawała przestrzeń reklamową i prenumeraty. Gdy bliźniacy byli dość duzi, by się sobą zająć, wróciła do pracy na pełny etat.

Inne dzieci z klasy chłopca podziwiały bliźniaków. Z początku przez pierwsze tygodnie koledzy mówili do niego Donald, potem jednak rozeszła się wieść, że bracia nazywają go Szczeniakiem. Nauczyciele rzadko zwracali się do niego jakimkolwiek imieniem, choć czasami między sobą wspominali, że to wielka szkoda, że najmłodszemu chłopakowi Covayów brak śmiałości, wyobraźni i energii jego braci.

Sam Szczeniak nie potrafił powiedzieć, kiedy po raz pierwszy pomyślał o ucieczce ani kiedy jego marzenia przekroczyły granice i stały się planami. Gdy przyznał się sam przed sobą, że ucieka, miał już w garażu ukryty pod płachtą folii duży plastikowy pojemnik, zawierający trzy batoniki Mars, dwa Milky Way, torebkę orzeszków, niewielkie opakowanie lukrecji, latarkę, kilka komiksów, nową paczuszkę suszonej wołowiny i trzydzieści siedem dolarów, głównie w ćwierćdolarówkach. Nie przepadał za suszoną wołowiną, ale czytał, że badacze i podróżnicy potrafili przeżyć wyłącznie na niej całe tygodnie; i właśnie w chwili, gdy wsadził paczuszkę wołowiny do pojemnika i z trzaskiem zamknął wieczko, zrozumiał, że zamierza uciec.

Czytał książki, gazety i pisma. Wiedział, że kiedy się ucieka, czasami spotyka się złych ludzi, którzy krzywdzą innych. Ale czytał również bajki i wiedział, że na świecie obok potworów żyją też ludzie dobrzy.

Szczeniak był chudym dziesięciolatkiem, drobnym, zakatarzonym i nieciekawym. Gdybyście spróbowali wybrać go z grupy chłopców, na pewno byście się pomylili. Byłby tym drugim. Tym z boku. Tym, którego nie dostrzegamy.

Przez cały wrzesień odkładał ucieczkę. Trzeba było dopiero naprawdę paskudnego piątku, kiedy to obaj bracia usiedli na nim (a ten, który siedział na twarzy, pierdnął i wybuchnął gromkim śmiechem), by Szczeniak uznał, że raczej zaryzykuje spotkanie z czekającymi na świecie potworami. Może nawet je woli.

W sobotę bracia mieli się nim opiekować, wkrótce jednak poszli do miasta, do dziewczyny, która im się podobała. Szczeniak pobiegł do garażu na tyłach, wyciągnął spod płachty pojemnik i zaniósł do sypialni. Wysypał na łóżko zawartość szkolnej torby, napełnił ją słodyczami, komiksami, ćwierćdolarówkami i suszoną wołowiną. Do pustej butelki po coli nalał wody.

Potem ruszył do miasteczka i wsiadł do autobusu. Pojechał na zachód z biletem za dziesięć dolarów w ćwierćdolarówkach, w miejsce, którego nie znał. Uznał to za dobry początek. Wysiadł z autobusu i ruszył dalej pieszo. Tu nie było już chodnika, kiedy zatem mijały go samochody, dla bezpieczeństwa ukrywał się w rowie.

Słońce świeciło wysoko na niebie. Poczuł głód, toteż pogrzebał w torbie i wyciągnął marsa. Gdy go zjadł, odkrył, że chce mu się pić, i niemal do połowy opróżnił butelkę, nim uświadomił sobie, że będzie musiał racjonować wodę. Wcześniej sądził, że kiedy opuści miasto, będzie napotykał mnóstwo źródeł z czystą, słodką wodą. Okazało się jednak, że żadnego nie znalazł. Natknął się natomiast na rzekę płynącą pod szerokim mostem.

Szczeniak zatrzymał się w połowie mostu i zapatrzył w brązową wodę. Przypomniał sobie coś, czego uczono go w szkole: że w końcu wszystkie rzeki wpadają do morza. Nigdy nie był nad morzem. Zsunął się niezgrabnie na brzeg i ruszył z prądem. Wzdłuż rzeki biegła błotnista ścieżka, od czasu do czasu natykał się na puszkę po piwie albo plastikowe opakowanie świadczące o tym, że przed nim byli tu jacyś ludzie. Nikogo jednak nie spotkał.

Dopił swoją wodę.

Zastanawiał się, czy już go szukają. Wyobraził sobie radiowozy, helikoptery i psy, wszystkich ludzi próbujących go znaleźć. Wymknie im się. Dotrze do morza.

Rzeka z szumem i pluskiem rwała wśród kamieni. Dostrzegł czaplę modrą, szybującą na rozłożystych skrzydłach. W powietrzu krążyły ostatnie samotne ważki i niewielkie roje meszek, korzystające z ostatnich dni babiego lata. A potem błękitne niebo zaczęło szarzeć i ciemnieć. Z góry śmignął polujący na owady nietoperz. Szczeniak zastanawiał się, gdzie spędzi noc.

Wkrótce ścieżka się rozgałęziła; skręcił w dróżkę odchodzącą od rzeki, licząc na to, że doprowadzi go do domu albo na farmę z pustą stodołą. Jakiś czas maszerował szybko, a tymczasem mrok gęstniał. W końcu Szczeniak ujrzał przed sobą na wpół zrujnowany, odpychający dom. Okrążył go z narastającą pewnością, że nic nie zmusiłoby go do wejścia do środka, po czym wdrapał się na połamane ogrodzenie i położył wśród wysokich traw opuszczonego pastwiska, zamiast poduszki wsuwając pod głowę torbę.

Leżał na wznak, w ubraniu, i wpatrywał się w niebo. W ogóle nie czuł senności.

„Do tej pory zauważyli już, że mnie nie ma”, rzekł do siebie. „Będą się martwić”.

Wyobraził sobie, jak za kilka lat wraca do domu, radość na twarzach całej rodziny, gdy ujrzą go na podjeździe. Ich powitania. Ich miłość...

Obudził się parę godzin później. Blady księżyc świecił mu prosto w twarz. Szczeniak widział cały świat – jasny jak w dzień, jak w bajkach, lecz wyblakły, pozbawiony kolorów. Widział nad sobą księżyc w pełni, czy prawie w pełni, i wyobraził sobie spoglądającą na niego przyjazną twarz ukrytą pośród cieni i kształtów księżycowej powierzchni.

– Skąd jesteś? – usłyszał czyjś głos.

Szczeniak usiadł. Nie czuł strachu, jeszcze nie. Rozejrzał się szybko. Drzewa. Wysokie trawy.

– Gdzie jesteś? Nie widzę cię.

Coś, co wcześniej brał za cień obok drzewa na skraju pastwiska, poruszyło się i ujrzał chłopca w jego wieku.

– Uciekam z domu – oznajmił Szczeniak.

– Rany – mruknął chłopak. – Trzeba być diablo odważnym.

Szczeniak uśmiechnął się z dumą; nie wiedział co powiedzieć.

– Przejdziesz się kawałek? – spytał chłopak.

– Jasne. – Szczeniak położył torbę obok jednego ze słupków ogrodzenia, by jej nie zgubić.

Ruszyli razem w dół zbocza, okrążając szerokim łukiem stary dom na farmie.

– Żyją tu jacyś ludzie? – spytał Szczeniak.

– Nie – odparł chłopak. Miał jasne, bardzo cienkie włosy, które w blasku księżyca wydawały się niemal białe. – Kiedyś, dawno temu próbowali, ale nie spodobało im się i odeszli. Potem wprowadzili się inni, ale teraz nie ma tam żywej duszy. Jak się nazywasz?

– Donald – odparł Szczeniak, po czym dodał: – Ale mówią na mnie Szczeniak. A ty?

Chłopak zawahał się.

– Zgasł – rzekł.

– Super imię.

– Kiedyś miałem inne, ale nie potrafię już go odczytać.

Przecisnęli się przez wielką żelazną bramę, uchyloną i zardzewiałą na amen, i znaleźli się na niewielkiej łące u stóp zbocza.

– Ekstra miejsce – mruknął Szczeniak.

Na łące stały dziesiątki kamiennych płyt, wysokich, wyższych niż obaj chłopcy, i małych, świetnie nadających się na siedzisko. Było też trochę połamanych. Szczeniak wiedział, co to za miejsce, ale nie czuł strachu. Przepełniała je miłość.

– Kto tu leży? – spytał.

– Głównie mili ludzie – odparł Zgasł. – Kiedyś tam, za tamtymi drzewami było miasteczko, a potem pojawiła się kolej. Zbudowali stację w sąsiednim mieście i nasze tak jakby wyschło, rozpadło się. Teraz w miejscu, gdzie stało, rosną krzaki i drzewa. Można schować się wśród drzew i znaleźć w środku starego domu.

– Czy są takie jak ten dom na górze? – Szczeniak wiedział, że jeśli tak, to nie ma ochoty ich odwiedzić.

– Nie – wyjaśnił Zgasł. – Nikt tam nie bywa oprócz mnie i czasami zwierząt. Jestem tu jedynym dzieckiem.

– Domyśliłem się – mruknął Szczeniak.

– Może moglibyśmy tam pójść i się pobawić? – zaproponował Zgasł.

– Brzmi super – przytaknął Szczeniak.

Była idealna wczesnopaździernikowa noc, niemal tak ciepła jak w lecie, z wielkim księżycem płonącym na niebie. Widzieli wszystko.

– Który jest twój? – spytał Szczeniak.

Zgasł wyprostował się z dumą i wziął go za rękę. Poprowadził Szczeniaka w zarośnięty kąt łąki. Obaj chłopcy rozgarnęli wysoką trawę. Kamień leżał płasko, wpuszczony w ziemię; wyrzeźbiono na nim daty sprzed stu lat. Większość napisów już się zatarła, lecz pod datami pozostały jeszcze słowa.

ZGASŁ PRZEDWCZEŚNIE.

POZOSTANIE W NASZEJ PA

– Założę się, że pamięci – oznajmił Zgasł.

– Też tak przypuszczam – potwierdził Szczeniak.

Wyszli za bramę i pobiegli w dół niewielkim jarem. Wkrótce znaleźli się w tym, co pozostało ze starego miasteczka. Z domów wyrastały drzewa, niektóre budynki się zawaliły, nie wyglądały jednak strasznie. Bawili się w chowanego. Zwiedzali. Zgasł pokazał Szczeniakowi parę świetnych miejsc, między innymi jednoizbowy domek, który, jak twierdził, był najstarszym budynkiem w tej części hrabstwa. Biorąc pod uwagę jego wiek, zachował się w całkiem dobrym stanie.

– W świetle księżyca widzę całkiem nieźle, nawet w środku. Nie wiedziałem, że to takie łatwe.

– O, tak – potwierdził Zgasł. – A po jakimś czasie uczysz się widzieć nawet kiedy księżyc nie świeci.

Szczeniak poczuł zazdrość.

– Muszę do łazienki – oznajmił. – Jest tu gdzieś łazienka?

Zgasł zastanawiał się przez moment.

– Nie wiem – przyznał. – Ja już tego nie robię. Zostało parę wygódek, ale mogą nie być bezpieczne. Lepiej po prostu zrób to w lesie.

– Jak niedźwiedź – mruknął Szczeniak.

Okrążył domek i wbiegł do lasu napierającego na starą ścianę. Schował się za drzewem. Nigdy wcześniej nie załatwiał się na dworze i poczuł się jak dzikie zwierzę. Kiedy skończył, podtarł się suchymi liśćmi. Potem wrócił przed dom. Zgasł siedział w kręgu księżycowego światła, czekając na niego.

– Jak umarłeś? – spytał Szczeniak.

– Zachorowałem. Moja mamcia bardzo płakała i krzyczała aż bolały uszy. A potem umarłem.

– Gdybym został tu z tobą, czy też musiałbym umrzeć?

– Może – rzekł Zgasł. – Chyba tak. Tak myślę.

– Jak to jest? No wiesz, nie żyć.

– Nie najgorzej – przyznał Zgasł. – Chociaż przeszkadza mi to, że nie mam się z kim bawić.

– Ale przecież na łące musi leżeć mnóstwo ludzi. Nie bawią się z tobą?

– Nie – mruknął Zgasł. – Głównie śpią, a nawet kiedy wstają, nie mają ochoty oglądać żadnych rzeczy ani nic takiego. Nie mają ochoty zadawać się ze mną. Widzisz to drzewo?

To był buk, jego gładka, szara kora popękała ze starości. Rósł w miejscu, w którym dziewięćdziesiąt lat wcześniej znajdował się rynek.

– Tak – potwierdził Szczeniak.

– Chciałbyś się na nie wdrapać?

– Wydaje się dość wysokie.

– Bo jest. Bardzo wysokie. Ale łatwo się wspina, pokażę ci.

Faktycznie, wspinało się łatwo. W korze było mnóstwo uchwytów i chłopcy wdrapali się na wielki buk niczym para małpek, piratów bądź wojowników. Ze szczytu drzewa widzieli cały świat. Niebo na wschodzie zaczynało odrobinę jaśnieć.

Wszystko czekało. Noc dobiegała końca. Świat wstrzymywał oddech, gotów do nowego początku.

– To był najlepszy dzień, jaki pamiętam – oznajmił Szczeniak.

– Dla mnie też – odparł Zgasł. – Co teraz zrobisz?

– Nie wiem – przyznał Szczeniak.

Wyobraził sobie, jak wędruje na drugi koniec świata, aż do morza. Wyobraził sobie, jak rośnie i dorasta, sam się utrzymuje, uczy. Gdzieś w trakcie zdobędzie bajeczne bogactwa. A potem wróci do bliźniaków, podjedzie pod dom swoim cudownym samochodem albo może zjawi się na meczu (w jego wyobraźni bliźniacy nie wyrośli ani nie dojrzeli) i spojrzy na nich przyjaźnie. Zaprosi ich wszystkich – bliźniaków, rodziców – na obiad w najlepszej restauracji w mieście, a oni powiedzą mu, jak bardzo go nie rozumieli i źle traktowali. Przeproszą go i zapłaczą, a on cały czas będzie milczał, pozwalając, by przeprosiny po nim spłynęły. A potem wręczy każdemu prezent i znów ich opuści, tym razem na dobre.

To było piękne marzenie.

W rzeczywistości wiedział, że będzie szedł dalej, a jutro lub pojutrze ktoś go znajdzie i odeśle do domu, gdzie rodzice nawrzeszczą na niego, po czym wszystko potoczy się dawnym znajomym torem, a on dzień za dniem, godzina za godziną, aż po kres czasu pozostanie Szczeniakiem, tyle że będą na niego wściekli, bo odważył się odejść.

– Niedługo muszę się położyć – oznajmił Zgasł.

Zaczął się zsuwać z bukowego pnia.

Szczeniak przekonał się, że schodzenie z drzewa jest trudniejsze. Człowiek nie widzi, gdzie stawia nogi, i musi macać w poszukiwaniu oparcia. Kilka razy zaczął się ześlizgiwać, ale Zgasł, który poszedł pierwszy, podpowiadał mu „odrobinę w prawo” i obaj bezpiecznie dotarli na ziemię.

Niebo wciąż jaśniało, a księżyc gasł powoli. Wspięli się z powrotem jarem. Chwilami Szczeniak nie miał pewności, czy Zgasł wciąż z nim jest, ale gdy dotarł na szczyt, ujrzał czekającego nań chłopca.

Nie mówili wiele podczas marszu na łąkę pełną kamieni. Szczeniak objął ramieniem przyjaciela; razem wspinali się po zboczu.

– No to... – zaczął Zgasł. – Dzięki, że przyszedłeś.

– Świetnie się bawiłem – oznajmił Szczeniak.

– Tak – odparł Zgasł. – Ja też.

Gdzieś w dole w lesie zaśpiewał ptak.

– A gdybym chciał zostać...? – spytał nagle Szczeniak.

Może już nigdy nie będę miał szansy, by to zmienić, pomyślał. Nigdy nie dotrze do morza. Nie pozwolą mu.

Zgasł milczał bardzo długo. Świat szarzał, kolejne ptaki dołączały do chóru.

– Ja nie mógłbym tego zrobić – powiedział w końcu. – Ale oni mogą.

– Kto?

– Ci tam. – Jasnowłosy chłopiec wskazał ręką zrujnowany dom na farmie z ciemnymi plamami wybitych okien, rysujący się ostro na tle jaśniejącego nieba. Szare światło nie poprawiło jego wyglądu.

Szczeniak zadrżał.

– Tam są ludzie? – zdziwił się. – Mówiłeś chyba, że jest pusty.

– Nie jest pusty – wyjaśnił Zgasł. – Mówiłem, że nikt tam nie żyje. A to co innego. – Spojrzał na niebo. – Muszę już iść.

Uścisnął dłoń Szczeniaka, a potem po prostu zniknął.

Szczeniak stał samotnie na niewielkim cmentarzu, słuchając porannych ptasich trelów. A potem ruszył dalej w górę zbocza. Samemu szło mu się trudniej.

Zabrał torbę z miejsca, w którym ją zostawił. Zjadł swój ostatni baton Milky Way i zapatrzył się w zrujnowany budynek. Puste okna przypominały oczy. Obserwowały go.

Wewnątrz było ciemniej. Ciemniej niż gdziekolwiek.

Z trudem przeszedł przez gęsto zachwaszczone podwórko. Z drzwi pozostały jedynie resztki. Zatrzymał się w progu z wahaniem, niepewny, czy to mądry pomysł. Czuł woń wilgoci, zgnilizny i czegoś jeszcze głębiej. Wydało mu się, że słyszy, jak coś się porusza w głębi domu, może w piwnicy czy na strychu. Czymś szura. Albo skacze. Trudno było powiedzieć.

W końcu wszedł do środka.

***

Nikt się nie odzywał. Październik, skończywszy, napełnił cydrem drewniany kubek, wypił jednym haustem i znów napełnił.

– Mocna historia – rzekł Grudzień. – Muszę przyznać.

Potarł pięścią jasnobłękitne oczy. Ogień niemal już zgasł.

– Co było dalej? – spytała nerwowo Czerwiec. – Kiedy już wszedł do domu?

Siedząca obok Maj położyła jej dłoń na ramieniu.

– Lepiej o tym nie myśleć.

– Ktoś jeszcze chce coś powiedzieć? – spytał Sierpień. Odpowiedziała mu cisza. – A zatem chyba skończyliśmy.

– To wymaga oficjalnego zgłoszenia – przypomniał Luty.

– Kto jest za? – spytał Październik. Odpowiedziało mu chóralne „tak”. – Przeciw? – Cisza. – Ogłaszam zamknięcie spotkania.

Zebrani zaczęli kolejno wstawać ze swych miejsc, przeciągać się, ziewać i odchodzić w las, samotnie, dwójkami i trójkami, aż w końcu pozostał tylko Październik i jego sąsiad.

– Następnym razem ty zasiądziesz w fotelu – oznajmił Październik.

– Wiem – odparł Listopad. Był blady, miał wąskie usta. Pomógł Październikowi wstać z drewnianego krzesła. – Lubię twoje historie. Moje są zawsze zbyt mroczne.

– Ja tak nie uważam – powiedział Październik. – Po prostu twoje noce są dłuższe. I nie jesteś taki ciepły.

– Kiedy tak to ujmujesz, czuję się lepiej – rzekł Listopad. – Chyba nie możemy nic poradzić na to, kim jesteśmy.

– I tak trzymać – dodał jego brat.

A potem, trzymając się za ręce, odeszli od dogasającego pomarańczowego ogniska, zabierając ze sobą swe historie z powrotem w mrok.

Dla Raya Bradbury’ego

DYM I LUSTRA

Neil Gaiman

Zebrane w tej książce historie pochodzą z niezliczonych krain „Po drugiej stronie lustra”. Są wytworem bujnej wyobraźni Neila Gaimana – jednego z największych współczesnych mistrzów literatury fantastycznej. Opowiadają o wydarzeniach zabawnych, wzruszających, budzących grozę lub po prostu cudownych. Łączy je nie tylko osoba autora, znanego również z powieści „Nigdziebądź”, „Gwiezdny Pył” i „Dobry Omen”, napisanej wspólnie z Terrym Pratchettem, ale przede wszystkim niezwykła sugestywność i oryginalność kreowanych wizji.

AMERYKAŃSCY BOGOWIE

Neil Gaiman

Amerykańscy bogowie to opowieść przejmująca, chwilami straszna, chwilami magiczna, głęboka, mądra, szlachetna i bogata – prawdziwe dzieło mistrza.

Peter Straub

Oryginalna, wciągająca i niezwykle pomysłowa pikarejska podróż po Ameryce, w której podróżni są dziwniejsi nawet od najdziwniejszych atrakcji turystycznych.

George R.R. Martin

Amerykańscy bogowie to prawdziwy cud. Gaiman opowiada w nich całkowicie nieprawdopodobną historię, historię iście mityczną w sposób przejmujący i wiarygodny. To bardzo ważna książka. Pablo Neruda powiedział coś podobnego o innej klasycznej powieści: nie przeczytać jej, to tak jak nigdy nie skosztować pomarańczy.

Jonathan Carroll

Oto współczesne magiczne Przygody Hucka... na każdej stronie kryją się nowe niespodzianki, a przecież czytając wierzymy w każde słowo. Będziecie siedzieć nad nią do rana i żałować, że już się skończyła.

Tim Powers

Neil Gaiman, autor o niezwykłych zdolnościach i niewyczerpanej fantazji, od dawna był narodowym skarbem Anglików. Teraz stał się także skarbem amerykańskim.

William Gibson

CHŁOPAKI ANANSIEGO

Neil Gaiman

Bezczelnie śmiała i oryginalna nowa powieść, traktująca o mrocznym proroctwie, dysfunkcjonalnych rodzinach i tajemniczych podstępach (oraz o pewnej limonce).

„Chłopaki Anansiego” to najnowsze dzieło literackiego maga Neila Gaimana, ulubieńca popkultury. Autor powraca do mitycznych krain, opisanych jakże błyskotliwie w bestsellerowych „Amerykańskich bogach”. Czytelnicy z Ameryki i całego świata po raz pierwszy poznali pana Nancy’ego (Anansiego), pajęczego boga, właśnie tam. „Chłopaki Anansiego” to historia o jego dwóch synach, Grubym Charliem i Spiderze. Gdy ojciec Grubego Charliego raz nadał czemuś nazwę, przyczepiała się na dobre. Na przykład kiedy nazwał Grubego Charliego „Grubym Charliem”. Nawet teraz, w dwadzieścia lat później, Gruby Charlie nie może uwolnić się od tego przydomku, krępującego prezentu od ojca – który tymczasem pada martwy podczas występu karaoke i rujnuje Grubemu Charliemu życie. Pan Nancy pozostawił Grubemu Charliemu w spadku różne rzeczy. A wśród nich wysokiego, przystojnego nieznajomego, który zjawia się pewnego dnia przed drzwiami i twierdzi, że jest jego utraconym bratem. Bratem tak różnym od Grubego Charliego, jak noc różni się od dnia, bratem, który zamierza pokazać Charliemu, jak się wyluzować i zabawić... tak jak kiedyś ojciec. I nagle życie Grubego Charliego staje się aż nazbyt interesujące. Bo widzicie, jego ojciec nie był takim zwykłym ojcem, lecz Anansim, bogiem-oszustem. Anansim, buntowniczym duchem, zmieniającym porządek świata, tworzącym bogactwa z niczego i płatającym figle diabłu. Niektórzy twierdzili, że potrafił oszukać nawet Śmierć.

„Chłopaki Anansiego” to szalona przygoda, popis biegłości literackiej i urocza, zwariowana farsa, opowiadająca o tym, skąd pochodza bogowie – i jak przeżyć we własnej rodzinie.

NIGDZIEBĄDŹ

Neil Gaiman

Bardzo straszna.

Bardzo śmieszna.

Bardzo osobliwa.

Najlepsza humorystyczna powieść fantasy lat dziewięćdziesiątych.

Pełna niezwykłych przygód, barwnych postaci i niesamowitych zdarzeń.

Neil Gaiman, laureat World Fantasy Award, jest znany w Polsce z powieści „Dobry Omen”, napisanej wspólnie z Terrym Pratchettem.

GWIEZDNY PYŁ

Neil Gaiman

Najwspanialsza baśniowa fantasy XX wieku.

Fascynująca wyprawa do krainy wyobraźni.

Dla czytelników kochających niesamowite przygody i zdrowy, czarny humor.

Książka nagrodzona Mythopeic Fantasy Award.

Neil Gaiman, laureat World Fantasy Award, jest znany w Polsce z powieści „Nigdziebądź”, oraz „Dobry Omen”, napisanej wspólnie z Terrym Pratchettem.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Chłopaki Anansiego. Wydanie II Księga cmentarna Mitologia nordycka Nigdziebądź (wydanie 8) Drażliwe tematy Ocean na końcu drogi 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów