Biała bluzka. Najpiękniejsze opowiadania

Biała bluzka. Najpiękniejsze opowiadania

Autorzy: Agnieszka Osiecka

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 480

Cena książki papierowej: 49.00 zł

cena od: 32.79 zł

Komoda to mebel z szufladami. Z trzema, czterema potężnymi szufladami. Muszę powiedzieć, że ogromnie lubię komody. Właściwie wszelkie szufladkowce. Potężne sekretery z mnóstwem rozmaitych zakamarków, sekretarzyki, biureczka, a nawet zwykłe skrzynie z nieoczekiwanymi "schowkami". Nie wiem, co państwo trzymacie w swoim szufladkowcu. Tradycyjnie byłyby to serwety, obrusy, czasem szkło

// w ciężkim solidnym szufladzisku mam chusteczki do nosa, a także całą górę kretonowych i jedwabnych bluzek. Wśród nich moja ulubiona biała bluzka, która swego czasu nabrała dla mnie na tyle symbolicznego znaczenia, że napisałam o niej małą powieść pod tytułem - właśnie "Biała bluzka". Po roku czy dwóch przysposobiła ją dla telewizji Magda Umer, a wystąpiła w niej Krystyna Janda.


Tak przedstawiała "Białą bluzkę" sama Autorka. Ale w szufladach Jej komody oprócz kartek i serwetek zapisanych wierszami były także krótsze i dłuższe opowiadania prozą. Zebraliśmy je dla Państwa w jednym tomie. Oprócz znanych, ale już od dawna niewznawianych utworów, takich jak tytułowa "Biała bluzka", jest tu jej dalszy ciąg pt. "Ćma", a także bardzo osobiste opowiadanie "Zabiłam ptaka w locie". Znajdziemy tu także utwór dla młodych panien - "Salon gier" oraz nigdy dotąd niepublikowaną zabawną opowiastkę kryminalną (!) pt. "Mimi Mahometanka".

Agnieszka Osiecka

Biała Bluzka

Fragment

Prószyński i S-ka

Biała bluzka

Kochana moja, pamiętaj!

1) Kartki (!).

2) Zaświadczenie z miejsca pracy.

3) Bilety na kolej.

PS Nie chciałam Cię budzić, byłaś chyba trochę pijana. Pralnię załatwię sama, wracam koło 18.00.

K

Kochana moja,

jaka ty jesteś kochana. O wszystkim musisz pamiętać, a Ja, co Ja? Tyle co kot napłakał. Wczoraj rzeczywiście popadłam w alfonserkę. Zaczęło się od ponczowych ciastek z A.M., ale po tych idiotycznych „ponczkach” tak się pić chce, że Mnie zaprowadziło do „Forum”. Poprosiłam o tonik, ale mieli tylko dżin czy odwrotnie. Dżyn, dżyn, dżyn, hajda trojka śnieg puszystyj. Pamiętasz: „Buria mgłoju niebo krojet, wichry snieżnyje krutia”? O Matko Święta, jeszcze nie jest ze mną dobrze. Szkoda, że pani przy tym nie było. Poncz bez ciebie jest tylko ponczem. Sącz bez ciebie jest tylko sączem, nie pomaga alkohol i tytoń, choć od rana cinzano sączę i wesoła jestem niby to. Skończyło się z jakimś Arabem, który okazał się Chińczykiem. Malutka moja, to się już nigdy więcej nie powtórzy. Nawet kiedy się puszczam, to ciebie nie opuszczam.

Nie złość się. Twój poetyczny liścik noszę na sercu. Załatwiłabym wszystko za jednym zamachem, ale obudzili Mnie jacyś ludzie z tygrysem czy coś w tym sensie. Położyłam się dosłownie na chwileczkę, ale wpadłam w czarny tunel, wszystko Mnie wyprzedzało i kiedy się obudziłam, dochodziła trzecia. Czy jest sens coś zaczynać o tej porze? Jutro od rana wezmę się do tych spraw, powiedz mi tylko łaskawie, czy pisze się „wykształcenie niepełne średnie”, czy „wykształcenie częściowo średnie”.

Pa, pa. Dzisiaj już będę tylko spała i oglądała telewizję. Jest „Hrabina z Hongkongu”, bardzo odpowiedni film dla Mnie. Jeżeli możesz, zrób Mi szczawiową zupę. Marzę o szczawiu. Szczaw. Szczawk, Hawk. Grey Owl, Szara Sowa, niepełna średnia. Był tu jakiś dysydent z brodą, pytał o ciebie, powiedziałam, że śpisz, bo się upiłaś z Chińczykami. Prawda, jaka jestem śmieszna?

E

PS Kwit do pralni zostawiłam na małym stoliku.

Droga E!

Zapomniałaś mi zostawić kwit do pralni. Chciałam sprawdzić w twojej żółtej torbie, ale nie mogłam jej znaleźć. Zgubiłaś torebkę?? Poszukaj.

Krystyna

Drogi Kuratorku.

Drogi kuratorku, szukam cię od wtorku. Tak, tak. Ty jesteś mój mały domowy kurator-prokurator, a Ja jestem trudna młodzież. Trudna młodzież niszczy odzież. Prokurator Kura. Prokurator Tortura. Kurator Orator. Tor. Nie rób miny w podkówkę, bo sama wiesz, że mi się naraziłaś. Ciężki miałam dzień. Cholernie ciężki. Nie wiedziałam o tym, Kuro, nie? Czyżby? O świcie zerwawszy się, poleciałam do rady narodowej po kartki. Już na schodach czekało miłe preludium w czapce z daszkiem. „Same dziwki i emerytki, tylko dziwki i emerytki” – syczał pod nosem ten syfon. Syf (to jest ten syf, na który mnie narażasz). No nic, dziwki i emerytki, komplement jak dla Mnie. Miły jesteś, powiedziałam, i zaprosiliśmy się na piwo. Zgubiłam go w „Tip-Topie” i wróciłam na miejsce straceń. Tam urzędniczka urzędulska urzędująca w miejscu pracy. Usta czerwone, usmarowane po sam nos. Zęby czerwone jak we krwi. Kriss ukochana, wiesz doskonale, jaki jest mój stosunek do szminki na zębach: potworny. Potwornie histeryczny. Na paszczękę tę patrzeć nie mogłam. W dodatku urzędulska zaczęła paszczą poruszać, bułkę czerwoną pożerać. Tego już było dla Mnie za wiele, tego ode Mnie nie możesz wymagać, są pewne granice tolerancji. Uciekłam do parku tamtejszego; park tam siwy, popielaty, opiekuńczy; wrony syberyjskie dostojnie tam kroczą, głowami kiwają, bardzo przyjemna atmosfera. Oddycha się białym powietrzem, jakby się mleko piło. Przyszłam do domu czysta i pachnąca, chciałam, żebyś mnie pocałowała. Na razie ciebie nie było, więc zaczęłam robić jakieś plany. Nerwowa myśl na temat A.M. przeleciała mi przez głowę. Przeistoczyło się to w lekki straszek. Miałam chęć wypić kropelkę, zajrzałam na półkę za niebieskiego Hemingwaya i z całą stanowczością stwierdziłam, żeś Mi ukradła butelkę. Słuchaj, kuratorku. Nie rób Mi takich numerów! Zapamiętaj sobie, że Ja nie mam żadnej sprawki z wódką, nie mam i nie będę miała. Ale ci nie wybaczę, że Mi nachodzisz moje sekretne miejsca. Jestem rozdrażniona, mam chęć szorować kamieniem po szybie, a najbardziej bym chciała, żebyś to ty tą szybą była. Ty szybo, ty!

Teraz muszę wyjść. Nie mam pojęcia, kiedy wrócę. Nie chcę się do niczego zobowiązywać. Idę na miasto, przyniosę ciasto.

PS Nie histeryzuj przez te kartki, opanuj się, jutro zrobię drugie podejście. Co do żółtej torby, to podarowałam ją wspaniałemu człowiekowi. Wspanialszemu niż ty i Ja.

Twoja na wieki E

Elżbieta!

Musisz odnaleźć torebkę. Jeżeli nie, to pamiętaj, że trzeba wyrobić nowy dowód, bo nie dostaniesz kartek. Zgłoś zgubę na komendę! Nasza komenda jest na Szaniawskiego 1.

K

Wiesz, że jesteś menda. Menda komenda.

Elżunia

Kochana.

Pralnię załatwiłam bez kwitu, bo była ta blondynka. Proszę cię, zrób coś z tym dowodem. Nie możesz chodzić bez dokumentów, zwłaszcza w nocy.

Krystyna

Cudo moje.

Cudny dzień był dzisiaj. Wysoki, przejrzysty jak kościół. Drzewa wysokie, przejrzyste. Ja sama wysoka, przejrzysta. Brylantowy dzień, wymarzony na leśne spacery. W drodze do Puszczy Białowieskiej wstąpiłam do kawiarni „Różanka”. Przyczepiłam się do jakiegoś poczciwca, który wyglądał, jakby obchodził pięćdziesiąte urodziny. „Wszystkiego dobrego, kochanie” – powiedziałam wesoło i okazało się, że trafiłam w dziesiątkę. Zaczęłam udawać nawróconą córę Koryntu, ponieważ miałam większą ochotę na gadanie niż na cokolwiek innego. Zaczęliśmy łazić, poszliśmy aż za tory, rozkleił się kompletnie. Uczony biochemik. Pisze się „bio”, wymawia się „bijo”. Bijochemik, bijocentryk, bijoegocentryk. Jestem sławnym uczonym, mówił, bijochemikiem, ale żona mnie nie rozumie. Chciałbym nawet mieć nową żonę, jakąś inną. Kiedyś jako uczony byłem w Australii. Gościli mnie, fetowali do szaleństwa, wszyscy profesorowie, a także prezydent i temu podobni. Utyłem z przejedzenia. Któregoś dnia prosto z koktajlu zawieźli mnie służbowym samolotem aż do buszu… Zainteresowała mnie kwestia misiów koala.

Owszem, są. Widział, jak wisiały na drzewach.

– Czy pozwolisz, że będę cię nazywała Koalą?

Koala ciężko reagował na żarty. W Australii, ciągnął epicko, znajdują się wielkie tereny, wprost olbrzymie. Całe połacie. I otóż jedną z tych połaci obsadzono topolami. Topole i topole, po sam horyzont („tu pole i tam pole”. Nic. Ściana). Wielkie bogactwo drzewostanu. Niestety. Tragedia narodowa w skali całej Australii: nie wiadomo skąd zakradła się sówka chojnówka. Miliardy sówek chojnówek. Ciem takich (ćma, ćmy, ciem). No i oni, wszyscy ci farmerzy i profesorowie, grzecznie poprosili, czy mógłbym jako uczony światowej sławy coś im poradzić na ten swoisty kataklizm.

Owszem, powiedziałem, i poczułem coś w rodzaju patriotycznego skupienia, owszem, skupiony wytężyłem się i poradziłem im zapalić wielkie ognisko. Posłuchali mnie, wykopali takie rowki, nalali do nich ropy, podpalili i wszystkie ćmy potonęły w ogniu. Potopiły się. Żona jednak w dalszym ciągu mnie nie rozumie i chciałbym mieć jakąś inną, choćby taką jak ty, blondynkę, czy nawet rudą, krótko ostrzyżoną, z pięknymi nogami jak u klaczy; proszę się nie obrażać, bo w ustach bijologa to jest komplement. I dlatego, czy mógłbym prosić o adres czy ewentualnie telefon. Zaczęłam się okropnie śmiać, a wtedy on wyskoczył z jakimiś aluzjami, że zapłacił za siedem budafoków i nic z tego nie ma.

– To ty gminny jesteś, mój Koalo – rzekłam wytwornie, ale on strasznie posmutniał i coś tam zaczął mamrotać.

– Nie gminny, nie gminny, tylko praktyczny.

Poszliśmy się przepraszać do „Gościnnego” i dałam mu na pociechę twój telefon. Nogi masz w porządku, a poza tym też jesteś praktyczna. Sama wiesz, jesteś jeż. Na pewno będziecie z Koalą szczęśliwi, już to widzę. Przyślijcie mi jakąś sówkę. W łóżku jest trochę leniwy, ale ty też jesteś bardziej śpioch niż cokolwiek innego. Tylko miły masz ten puszek za uchem i za to cię wszyscy kochamy. Błagam cię, nie budź mnie, jak przyjdziesz, i nie trzaskaj drzwiami od lodówki. Ugotuj Mi jakiś budyń, marzę o cytrynowym budyniu. Jak przyjdą ci ludzie z tygrysem, wyrzuć ich na zbity pysk. Potem ci wszystko wyjaśnię, dobranoc, pchły na noc.

Twoja na zawsze Kleopatra Egipska

Elu.

Była jakaś kobieta, przyniosła twój dowód, znalazła go na Dworcu Wschodnim. Pamiętaj teraz załatwić kartki. Punkt drugi: zaświadczenie z miejsca pracy, punkt trzeci: bilety na kolej.

PS Dlaczego powiedziałaś Andrzejowi, że się upiłam z Chińczykami? Nie rób Mi tak, kocham go, to boli.

K

My nie z soli, tylko z roli. Boli. Oj, jak boli.

AndrzejBoboli.ZnamjategożżżżżżAndrzeja. „Jesteś moim wszechświatem”, a potem „zdzwonimy się”. Daj spokój, głupiątko. Rozejrzyj się po świecie. Patrz, jaki przyjemny wieczór, temat dla świerszcza, obrazek znad kominka, migdałek pieczony. Maleńki kieliszek wiśniówki, gorąca herbata i spać.

E

1) Kartki (!).

2) Bilety na kolej.

3) Zaświadczenie z m.p. (byłam w zakładach, przyjmą cię chyba na pewno, ale jakąś podkładkę musisz mieć).

PS Proszę Cię, nie rozmawiaj nigdy z Andrzejem w ten sposób. Boję się.

K

Kochana kurko-kuratorko.

Otóż zostaję ślusarzem. Pewne jak dwa razy trzy. Spotkałam mężczyznę mojego życia, i to jest warunek sine qua non. Młody Rimbaud o urodzie drwala („Dwie młode jeszcze damy w ogromnym lesie same – uwaga na pończochy – bardzo sękaty drwal” – pamiętasz?). Kim on już nie był? Nikim nie był, matka go pchała na filologię klasyczną, skończył politechnikę, ma rozgrzebany doktorat z półprzewodników cieplnych, ale kiedyś usłyszał szczygła na dachu, zrozumiał, że nie tędy droga, rzucił to wszystko, zadłużył się przepotwornie i teraz otwiera fabrykę nawozów sztucznych opartą na formule DDT. W momencie kiedy wejdą zagraniczne kapitały, wypłyniemy na szerokie wody. Zobaczysz, zobaczysz. Kupimy ci żywe norki i futro ze Zdzisia. Pół nocy jeździliśmy traktorem na zaoranym ugorze i rozmawialiśmy o tobie. Kiedy skończyły się nam papierosy, ssaliśmy te trawki z żubrówki i kochaliśmy się w bruździe jak kocięta. To wszystko jest w sferze projektów, ale kiedy się słucha Rimbaudodrwala, to wygląda niesłychanie konkretnie. Chodzi tylko o to, żebym Ja ukończyła kurs ślusarski, bo on ma tylko uprawnienia na tę część chemiczną, a nie ma na maszyny. Dziś całą noc będę spać, a jutro – do roboty. Proszę, upierz mi białą bluzkę. Jutro dzień wesoły, idzie się do szkoły. Cześć.

Z harcerskim pozdrowieniem

Elżunia

E!

Możesz przedstawić w zakładach zaświadczenie z kursu ślusarskiego zamiast z b. miejsca pracy. Pozostałe dwa punkty nadal aktualne. Będę od 16.00 do 18.00, bluzka uprasowana leży na krześle.

K

Kochana moja dobrodziejko.

Dobrodziejko! Życie jest piękne. Rębot miał taki pomysł, żeby spać całą noc, a rano wyskoczyć po świeże bułki i tak dalej, i marsz na kurs. Ale Ja miałam pomysł jeszcze lepszy, żeby wypić to, co jest do wypicia, czyli winiak lubuski marki „Lubuski” i pójść na kurs z marszu. Tak też się stało. Wybacz, że nie wstąpiłam po białą bluzkę. Maskarada odbędzie się jutro. Dziś były ciasno zaplecione warkoczyki, lico wyszorowane szczotką, na szyi czarna siemionówka[1].Pierwsza była matematyka, braliśmy zaokrąglanie ułamków. Przez cały czas czułam się wewnętrznie rozradowana, jak prawiczek przed komunią świętą. Rębot uczęszcza na razie razem ze mną, jakoś nie możemy się oderwać. Siedzimy w jednej ławce z nobliwym starcem o spracowanych dłoniach, mógłby grać króla Zygmunta na obrazach Matejki. Profilem do Mnie siedzi młody wąsacz, typ szlachetnego woźnicy ratującego dziecko przed sforą wilków. W pierwszej ławce siedzi prymus, inżynier po AGH (udaje, że był ekspedientem w sklepie z rowerami). Ach, rowery, te krzaki, te śmieszki, och, rowerze, erotyko naszej młodości! Kochana, wierz mi, są to wspaniali ludzie, dzielni, prostolinijni, uparci. Możesz na nich liczyć. Umiemy już dzielić do trzeciego miejsca po przecinku. Jutro mamy wycieczkę do Zakładów Kasprzaka. Pa, pa, całusów sto dwa. W wolnej chwili wpadnę po bluzkę.

E.G., mechanik precyzyjny, skrawanie metali

E!

Pierwsze, drugie, trzecie – bez zmian. PS Andrzej chciałby z tobą porozmawiać.

K

Dzisiaj z Rębotem uprawialiśmy jogging.

Niepowtarzalne przeżycia, aksamitne powietrze, wsie i osiedla migotały nam przed oczami, do nóg łasiła się przyroda naszych pól i lasów, szkoda, że pani przy tym nie było. Pierwsza seta smakowała potem jak napar z leśnych fiołków. Rębot wróżył Mi z ręki (że nie ma na świecie takiej drugiej panienki). Och, zostaw Mi, zostaw na krześle. Czysta biała bluzeczka to jest dokładnie to, o co chodzi.

Całuję cię wszędzie tam, gdzie nie lubisz.

Twój pajacyk z miejsca pracy. E

1) Zaświadczenie z kursów.

2) Kartki (ostatni moment).

3) Bilety.

PS Bluzka leży tam gdzie zawsze. Musisz uprasować kołnierzyk.

K

Och, Kriss.

Miałaś rację! To jest jednak drań. Drań i tępol. Zranił Mnie tępym nożem, zranił Mnie, rozumiesz? Jeszcze mu to ślusarstwo bokiem wyjdzie. Ciemna masa. Gogolowska hołota. Gołota umysłowa i fizyczna. Och, kolanko Mnie boli… Przytul mnie, całuj i pieść. Jeść Mi się chce… Zrobiłaś mi kaszki… Prawda, że Ja lubiłam kaszkę, jak byłam mała?

Gdyby ten łobuz dzwonił, nie wpuszczaj go do słuchawki. Wiesz, co Mi drań zrobił?

… Co mi zrobił? Taak? Jeszcze się pytasz? Och, przepraszam cię, jestem taka niespokojna. Ale wiesz, trzy godziny! Trzy cholerne godziny siedziałam koło tego cholernego drania na tych cholernych lekcjach w idiotycznym jakimś baraku. Cyrkiel i ekierkę kazali przynieść, kpiny po prostu. „Czy można zapalić?”, zapytałam grzecznie.

Nic. Cisza. Belferek bredził coś przy tablicy szemrzącym głosem, a ten mój prymusek nic. Drewno. Jakby Mnie nie znał. Trzy godziny bez jednej fajki i nic. Słupy! Słupy. „Chcę zapalić” – rozdarłam się na cały głos. „Wszyscy chcemy zapalić, no nie?”. Starawy socjolog łypnął na Mnie spod oka z miną wystraszonego konia. „Kolega na przykład” – powiedziałam – „kolega na przykład też ma chęć zapalić!” – walczyłam dalej, ale ten już myk, myk i oczami był przy belferku. Drewniak koło mnie drewniaczył się coraz bardziej. Rzeźba ludowa, psiakrew, na, masz, rzeźbo. Kolnęłam go cyrklem w łapę, bo jak kapuściany głąb przykleiła się do stolika…

Ohydna czerwona maź pokazała się na kapuście. Belferek przycichł, a ja w ryk: „Faszyści, wiecie, kto jesteście, faszyści! Ty, belferku, faszystą jesteś, i ty, tchórzu, kochanku kapuściany!”. Coś jakby ruch, ale gdzie tam, ruszek komarzy przeleciał po sali. Myk, myk, złapałam oczy socjologa. „Koledzy, kto ma fajki, ten pali, a kto nie ma, to proszę bardzo, ja częstuję”… Ale gdzie tam. Wszystkie oczy jakby myk, ale zaraz odmyk. I ostro: odmyk, odmyk.

A idźcie do diabla, tchórze, idźcie, bawcie się w swoje nowe życie. Bawcie się, ale beze Mnie. Przyuczajcie się do zawodu. Ha, ha. Do zawodu? Do strachu, do jałowizny się przyuczajcie! Uciekłam stamtąd jak poparzona, but Mi zleciał po drodze, złapałam go i z butem w ręce byle dalej, byle dalej. Tylko ekierkę wzięłam, żebyś miała na pamiątkę. Ale Bogu dzięki, Bogu dzięki, że Mi się oczy otworzyły, nie chcę go znać, drania, i błagam cię, nigdy Mi o nim nie wspominaj. Poszłam do „Zamkowej” się uspokoić, a kiedy już wychodziłam, spotkałam socjologa, jak wchodził. „Jestem socjologiem – powiedział – zasadniczo byłem cały czas po pani stronie, ma pani całkowitą rację, jesteśmy wszyscy dorośli i to jest, proszę pani, absurd, żeby nas traktować jak małe dzieci, to jest, oczywiście, swoisty terror, a także wykorzystywanie sytuacji, ale z drugiej strony ja, jako socjolog, nie mam przyszłości, to znaczy mam obecnie pewną wizję zupełnie innej przyszłości niż dotychczasowa i widzi pani, to jest moja szansa, może już ostatnia, ale zdaję sobie sprawę, że pewne upokorzenia są, proszę pani, nieuniknione i gdyby zechciała pani wypić ze mną kieliszek wódki, to wyjaśniłbym pani, że moja sytuacja jest szczególnie skomplikowana, bo ludzie z wyższym wykształceniem muszą się na tego rodzaju kursach w pewnym sensie ukrywać, to znaczy, gdyby się wydało, że mam dyplom… pani rozumie”…

A idź ty.

Kochana, śliczna moja, przecież Ja się nie mogę z takim czymś pokumać, bo jeszcze wkumałabym się w to i co by wtedy ze Mną było. Ty jesteś taka dobra, taka mądra, co byś ty sobie o Mnie wtedy pomyślała? No co? Nie, Ja nie mogę ci tego zrobić. Cudna moja, czy ty myślisz, że ja nie umiem załatwić wszystkich twoich sprawek? Że one za trudne są? Ależ mylisz się, wróżko złotogęba! Ziębo ty moja, oziębłe masz serduszko. Przecież ja to wszystko raz-dwa pozałatwiam, to są dziecinne rzeczy. Jeżeli do dziś tego nie zrobiłam, to tylko dlatego, że za łatwe one są. Ja bym dla ciebie chciała zrobić coś przecudownego, coś super, pożar dusz na wszechświatową skalę. Ale skoro taka twoja wola, no to marsz do cyrku i za godzinę wracam: kartki, kolej i praca! Tak czy nie? Bądź dobrej myśli.

Twoja Euglena Zielona

Zadzwoń do zakładów i powiedz, że zaświadczenie z kursu nieaktualne. Wystaraj się o wariant nr 1: zaświadczenie z b. miejsca pracy. Andrzej nie dzwonił.

K

K!

Jest mi smutno. Włożyłam pończochy i zdjęłam z powrotem. Nylony z „Baltony”. Pamiętasz, jak byłyśmy małe, to się na każde pończochy mówiło „nylony”. A mama mówiła „gazowe”. A przedtem były takie w prążki, nie pamiętam, jak się nazywały. Dziewczynki nie chciały w tym chodzić, a chłopcom było wszystko jedno. Małe dranie, pamiętasz? Była taka piosenka. A takiego blondynka skurwysynka pamiętasz? Co huśtał białego pieska na framudze drzwi? No, bo myślałam, że już nie pamiętasz. A potem… Potem był obiad z kompotem. A potem mama oddała nas do internatu. Pamiętasz, jak śpiewałyśmy: „Jesteśmy dzieci z RTPD, maszerujemy, aż ziemia drży…”?? Bo myślałam, że już nie pamiętasz. Wiesz, trzęsie Mnie taka leciutka febra, ale to jest nawet miłe. Kołdrę mi kupiłaś za krótką, a może to dzisiaj taki dzień! Też taka piosenka była: „Ktoś ty jest, w nogach śpisz, kołdrę ci ściągają z pleców”… Ależ dzień. Deszcz pada albo nie pada. Przyniosłabym sobie kota z podwórka, położyłoby się drania na kołdrze, nie byłoby źle. Wczoraj kręciły się tu oba, zarówno Kotek Numer Jeden, jak i Kotek Numer Dwa, ale dziś szukaj kota w polu. Życie pastwi się nade Mną z niebywałym okrucieństwem. W słowach też nie znajduję żadnej pociechy ani przytułku. Suche słowa mi się sypią, sypkie, oddzielne. A lubię słowa lekkie, kleiste, nawet za kleiste, układające się w różne figury, wręcz niebezpieczne. Zauważ, moja duszko, że nawet w przyrodzie kleistość jest twórcza (i tfurcza), płód klei się do łona matki, strup do rozbitego kolana, nieboszczyk do ziemi, robak do nieboszczyka i wszyscy są zadowoleni. Uwielbiam obserwować, jak muchy lepią się do lepu. Zgoda, jest to nieco ohydne, ale i przytulne zarazem. Nigdy nie miałam chęci zdjąć muchy z lepu. Przeciwnie, kiedy się wiejski, świetlisty lep zwinie w pokrętną spiralę, to mucha wygląda nawet lepiej. Całość prezentuje się jak cukierek. Jeden mój kolega miał taką historię, że mu owad wyszedł z bursztynu, rozprostował skrzydełka i wychłeptał całą wódkę ze szklanki. Następnie usiadł wygodnie w fotelu, zapalił i opowiedział historię swojego życia, trzy tysiące dwieście lat. Pili obaj do godziny policyjnej i dłużej. Czasem do Mnie wpadają. Chcesz znać nazwisko? Mowy nie ma. Owady, podobnie jak Ja, wolą kleistość niż sypkość. Ileż one zmarnują czasu, wysiłku i pieniędzy, zanim trafią na coś odpowiednio lepkiego. Ale kiedy natrafią na miód, to ha, ha, palce lizać. Toną potem na śmierć, ale z uśmiechem na ustach. Lepsze to niż wędrowanie po suchej, żółtej gazecie zostawionej na plaży. Można się trywialnie zanudzić. Zresztą kto wie, co jest dla kogo lepsze. Pająk na przykład z natury przepada za czystą białą wanną. Mój pająk, imieniem Johnnie Walker, ubóstwia oczywiście Moją Wannę. Zgadłabyś? Zgadłabyś, bo jesteś mądrala. A ileż to pokoleń pająków musiało pracować na tę iluminację: „Hosanna, hosanna, nam odpowiada wanna”.

Ja, z braku odpowiedniej kołdry, lubię oblepić się słowami, ale chętnymi, przylepnymi jak znaczki pocztowe. Żeby Mi pasowały do każdego listu i do Mnie z powrotem. Żeby Mi się wydzielały jak wydzielina i dzieliły na cząstki pierwsze, i kwitły jak dzięcielina. Są takie przypadki, na przykład kokon. Ktoś wydziela z siebie nić i niby nic. Nić jak nić. Wątlutkie to. A jednak u prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki, przędziesz i przędziesz, i w końcu masz tej nici tak dużo, że się w nią opatulasz. Opatulasz się, omatulasz i otatulasz. Jesteś sobie chatką i swatką. O! Proszę, wydaj taki okólnik, żeby ze Słowem Pisanym tak było jak z bimbrem: opatulić się i koniec. Tyle co na własne potrzeby (przynajmniej). Błagam cię, obudź Mnie rano. Zrobimy sobie na śniadanie jakieś małe Boże Narodzenie. Najpierw kakao, potem Makao (mam na myśli wyspę chińską w starym stylu).

Całuję cię E

Elu!

Czekałam do 12.00. Teraz muszę wyjść. Jedzenie zostawiłam na stole. Załatw przynajmniej kartki.

K

K!

Zawsze miałaś dobre pomysły. Nie masz pojęcia, jak to milutko obudzić się rano i zastać na stole zimne kakao pełne obrzydliwych kożuchów. Ale głupstwo, głupstwo. Po wypluciu kakao i umyciu zębów poczułam się jak młody harcerz. Biorę topór i ruszam do miasta pozałatwiać te wszystkie idiotyzmy. Tylko bardzo cię proszę, nie mów do mnie per „przynajmniej”. Nie znoszę tego. Trzy, cztery, prawa, lewa. Uwaga: robię drugie podejście do kartek. Odezwę się, czuwaj.

E

Zapomniałaś dowodu i wkładki, kładę ci je na biurku.

K

Droga Kristesso.

Mijały lata. Młody Holicynder powoli wchodził w wiek dojrzewania, lecz biały paw wciąż paradował po ścieżkach pałacu. Było parno od róż. Wracając zaś do naszych baranów: godzina pierwsza piętnaście, stawiam się w radzie narodowej przy ulicy Białego Pawia łamanej przez coś. Czekam. Godzina pierwsza dwadzieścia, wpuściło Mnie do pokoju urzędującej urzędulskiej, wydającej kartki. Wrażenia? Świetne. Tej z czerwonymi zębami nie było; była jakaś inna, w ogóle bez zębów. Słodka. Niestety: dowodu pani nie ma, wkładki pani nie ma, won, roku przestępczy. Godzina pierwsza trzydzieści: wyrzuciło Mnie za drzwi.

Słuchaj, kochana moja. Czego ty w końcu chcesz od tych kartek, dziewczyno? Przecież Ja właściwie nic nie jem; jeżeli chcesz, mogę się żywić glonami. Glony są bardzo zdrowe dla organizmu, połowa Japonii żywi się glonami. A ty? Czym tyś się powinna żywić, królowo moja? Rzecz jasna, że niebieskimi papużkami, pierniczkami, pieszczoszkami, bałkanaliami różnymi. Więc myśl jak strzyga śmiga: wyprawa na czarny rynek. Hej, na czarny rynek po białego pawia. Oto zajeżdża tramwaj. Oto jego numer: 25. Oto jestem na miejscu. Oto bazar. Baaazar praski. Oto baba. Babiszon. Babsko. Stop, tu nasze miejsce, tylko tu klijentką Ja być mogę, twoja paziówna i podnóżka. Masz babo indyka? Mam. A pokaż. Jezu Chryste, indyk cudowny, przebogaty, kunsztowny, na martwym swym bracie, na martwych swych braciach i siostrach, oskubanych już, piętrzy się, trwa jak pomnik, w przerażeniu strasznym i w strasznej godności i piękności! Ile chcesz, babo, za indyka, a chcę, no to ile, no to pięć tysięcy. Pięć tysięcy? Proszę bardzo, jest pięć (chcesz wiedzieć, skąd mam tyle pieniędzy, to spotkaj się ze Mną najprędzej). Już biorę, już idę, już maszerujemy oboje z indykiem do kochanki mojej.

W przelocie smycz mu kupiłam, niedrogą, nic sobie nie myśląc, ot, dla krotochwili, idziemy, nucimy, do kochanki mojej miłej się prowadzimy. Nagle patrzę: młody, brodaty, podobny do A.M., ale inny, bo wystraszony, kurtka zielona, torba zielona, olbrzymia, a nad torbą milicjant, natrząsa się i papierami potrząsa, i na młodego łypie, a to jeszcze dowód, a legitymacja, a co tam macie, obywatelu, a tam, a papiery, no to pokażcie. A Ja, Ja, co na pamięć takie torby i takie ręce, i takie oczy znam, Ja zaraz do akcji: a tak, a tak, panie władzo, z takimi to trzeba ostro; na bazarze to ich pełno, po kompletach, po kompotach tajnych to ich pełno, ale w domu to nie usiedzą, o niee, Ja, panie władzo, co się przez takiego nacierpiałam, w czwartym miesiącu ciąży Mnie zostawił, z bliźniakami w brzuchu, chłopiec i dziewczynka… Co pani, co pani tutaj… Jak to zostawił? Plącze się Władek. A tamten nic, stoi, dowód swój ku Mnie teraz wyciąga, jakoby mi komunię świętą podawał. A Ja dalej i dalej, jak na bębnach, byle prędko: a tak, a tak, tacy są najgorsi, ekstrema, a robić się nie chce, starą matkę do ogonka pośle, a sam z torbą na miasto leci, z torbą gna, żeby innych ludzi otorbiać… Zaraz, zaraz, co mi pani… A to co? – indykiem się W. zainteresował. Jak to co, Azor. Jak to Azor? Takem nazwała! Pijana? Nie pijana? A dowodzik? A adres? A ptak skąd? A miejsce pracy? Stroszymy się, nawijamy, indyk się puszy, ludzi się zebrało jak na przystanku, a ekstrema stoi jak wół, kopnęłam go w kostkę, syknął, a Ja spływaj, giń, ekstremo, jazda, żeby cię moje oczy nie widziały, a W. pragnie za nim w nogi gnać, ale tu znowu indyk, tłumek i moje oczy przepiękne. A Ja mówię tak: Władku, nie ekscytuj się. Opowiem ci bajkę o pewnej wytwornej damie. Ta dama nazywała się Władza. I pewnego dnia tak mówi do znajomego: wiesz co, ty jesteś ze wsi, ja jestem ze wsi, możesz mi mówić Władziu. I odtąd się bardzo kochali… Ptaka gdzie nabyła? Nie powiem. Za ile? Nie powiem. Gdzie mieszka? Nie powiem. Dla kogo ptak? Dla kochanki. No to my na komendę pójdziemy. Cha, cha, pójdziemy, ale nie na komendę! Mnie się pański romantyczny lok podoba i Ja się z panem tym indorem podzielę. Podzieli się? A tak. Tak? Tak. A to inna rozmowa, rozejdźcie się, obywatele. Tłumek się rozszedł, a my na razie do jego znajomych, żeby coś wypić na zgodę i na ten mróz, no bo mróz straszny, mrróz, zamróz. Pijemy, gawędzimy, wiele wspólnych tematów znajdujemy, poza tym przyjemnie Mi, że tamten zielony-torbowy na wolności już jest! Raz i drugi fakt ten jak UFO przez głowę Mi przelatuje. A indyk nieludzko nieszczęśliwy, skuty, nawet napić się nie może. Wiesz co, Władek, mówię. Ja jestem dziewczyna czysta, leczona i wyleczona, ty jesteś nadzwyczajnie inteligentny, pójdźmy do łóżka i oddajmy temu tu obywatelowi Azorowi wolność. Po co go ćwiartkować, kiedy on na to nie ma najmniejszej ochoty. Ty będziesz miał swoją przyjemność i Ja będę miała; więc poszliśmy do pobliskiego aresztu, położyliśmy się na kozetce jeszcze ciepłej po jakimś spekulancie (chesterfieldy palił), kochaliśmy się w natchnieniu jak tygrysy i następnie, zgodnie z umową, otworzyliśmy okno. Boże ty mój, cóż to był za widok, cóż to był za indyk! Czarodziejski dywan by uciągnął i Mnie, i ciebie, i twojego królewicza z bajki. Frunął nad Targową ulicą jak po fiołkowym niebie Argentyny. Mówię ci. Ciężkawy i z lekka tylko pozłacany, trochę purpurowy, a trochę czarny, frunął ciężko i dostojnie, jak kiedyś fruwały upiory. Druhno ty moja. Wszak kiedyś niebo nasze pełne było miłych potworów, dynozaurów i pterogreków, które tylko dlatego wyginęły, że nie miały na to wszystko siły. A Ja mam, a Ja mam. Wypuściłam dziś na wolność dwa ptaszki i wcale nie muszę jeść kaszki. Przyniosę ci chleba z serem, bo Władek oddał mi drugie śniadanie. Ma żonę na Targówku, którą bardzo kocha. Tak więc jedną sprawę mamy załatwioną. Mam trochę w czubie, ale bardzo cię lubię. Idę spać. Gdyby w międzyczasie okazało się, że A.M. szaleje za Mną, poślij go po metrykę do Baku.

Twoja Kuku

E!

Pamiętaj, są dwie sprawy: zaświadczenie z m.p. i bilety. Andrzej nie dzwonił. Twoje kartki udało Mi się odebrać dzięki uprzejmości nowej urzędniczki.

K

PS Czy znasz tego milicjanta z Targówka? Jej syn będzie miał kolegium.

K

Czyś ty oszalała? Tyś chyba oszalała. Ja się szmacę, żeby nie pełzać. A ty? Chcesz zostać płazem?

E

Zgoda, załatwię tę sprawę na własną rękę. Pamiętaj o zaśw.

K

Droga Koleżanko.

Dziś cudowny dzień: środa. Mój ulubiony dzień. Wymarzony dzień. Wymarzony dzień na załatwianie różnych rzeczy. Zwłaszcza zaświadczeń. Zwłaszcza z b. miejsca pracy. Ubóstwiam takie interesy. Dyskretny czar wytwornych gabinetów, szmer paproci, szepty jak kadzidełka. I ten język! „Zaświadcza się, że okaziciel niniejszego dokumentu dysponuje odpowiednimi kwalifikacjami do prowadzenia roweru”. Ba. A raczej: ha! Jedźmy, jedźmy: jadę. Już przekraczam rzekę. Na skraju wiślanej łachy tkwi wędkarz, łowi. Przyczajony jak zając w czujnym bezruchu. Za mostem wsiadają trzy harcerki. Jedna cudna, usiana piegami jak piegża, świeżuteńka. Chciałoby się jej te piegi zlizać. Za mostem wsiadają następne trzy harcerki. Przy KC – jeszcze cztery, wszystkie piegowate. O, nie, stanowczo nie. Jestem już przejedzona piegami. Obok Mnie chudy wyrostek imponuje koledze: „Są dwa rodzaje pumy. Czarna i płowa”. Autobus kołysze się biodrzasto na boki jak stara baba. Wszystko nabiera ślamazarności. Nie mogę z tą ślamazarnością wytrzymać, czuję straszny niepokój, wyskoczyłabym najchętniej przez okno. Gdzieś tu był bar „Kubuś”, diabli go wzięli. Zapuściłabym sobie nawet coś weselszego, ale po primo nie cierpię zastrzyków, po drugie przepadam za własnym towarzystwem i nie chciałabym odjechać zbyt daleko. No, jakimś cudem dotarłam do byłego miejsca pracy. Szkoła imienia Czwartego Pułku Ułanów wyrasta przede mną jak żywa. Ta sama woźna karlica sterczy, paląc fajki pod szatnią. Ta sama szatnia z drucianej siatki. Taż biblioteka, gdzie Mi upłynęło rozkosznych dziesięć miesięcy; można było słonia urodzić. Zaglądam z ciekawości. Siedzi tam inna jakaś męczennica, coś tłumaczy dzieciakowi w podartej czapce. Jeszcze się doigra. Oboje się doigrają. Mknę do sekretariatu. Oczywiście. Jest ten sam ćpun co zawsze. Trzymają to tu przez protekcję. Ćpun nie poznaje Mnie. Mówię tak i tak, potrzebne zaświadczenie z byłego miejsca pracy. Ćpun wkręca papier w maszynę, nawet mu to idzie, i dalejże poprawiać sobie samopoczucie. Nazwisko i imię, urodzona, wykształcenie, obecne miejsce pracy. – Nie mam. – Jak to? – Nie mam. – Jak to? – Nie posiadam. – To dla kogo zaświadczenie? – Dla nikogo! – Co znaczy dla nikogo? – No, staram się o robotę, no to tam. A także ogólnie. – Jak ogólnie? – Bo siostra sobie życzy… Ćpun zmęczył się; wydał papier: Taka i taka, pracowała w charakterze bibliotekarki szkolnej od dnia tego do tego, wydalona dnia tego i tego z powodu braku odpowiednich kompetencji”…

A niech cię wszyscy diabli, ćpunie! Niech was wszyscy diabli, ciebie też, koleżanko. Wszyscy jesteście dobrzy; na pewno Bóg wie, co ci tam nagadali, a tyś tylko kiwała tą grzeczną główką. A taak, a taak, siostra jest nietypowa, no właśnie, macie państwo rację, nieodpowiedzialna…

Ech, ty chodząca komisjo dyscyplinarna. Podrę Ja to zaświadczenie na drobne kawałeczki i otruję nim twojego kota. Wił się będzie na mękach. O, nie. Nie takiego papierka Ja się spodziewałam. Może Ja byłam czasem nerwowa, może potrafiłam się spóźnić, ale niekompetentna?? Ja??

Słuchaj, krowo. Cały świat się awanturował, żeby bibliotekarki kupowały książki do bibliotek. No to kupowałam. I jeszcze jakie. Same rarytasy. Któregoś dnia, kiedy spacerowałam nad Wisłą koło elektrowni, spotkałam czcigodnego starca, który podobnie jak Ja przechadzał się sobie. Zaczęliśmy gawędzić i okazało się, że starzec jest właścicielem jednej z najrzadszych ksiąg świata: „Księgi Żółtego Cesarza”. Jest to zabytek literatury chińskiej, rzadkość nad rzadkościami, biały kruk, czyli żółty kruk, pierwsza na świecie książka na temat medycyny, farmacji i psychologii, oczywiście napisana przez cesarza. Było dla mnie jasne, że starzec nie zechce „Księgi” sprzedać ani nawet wypożyczyć. Jednocześnie, jakaż by to była strata dla dzieci, gdyby się nie zetknęły z „Księgą Żółtego Cesarza”. Od słowa do słowa umówiliśmy się, że czcigodny starzec będzie nas od czasu do czasu odwiedzał i recytował „Księgę” z pamięci (nauczył się jej już, kiedy jako młody pacholak zmuszony był spędzić ponad dwa lata w mandżurskiej ziemiance). No i słuchaj, beznadziejo ty moja. Starzec spotkany nad rzeką dotrzymał słowa. Co czwartek czy nawet co piątek stawał na progu biblioteki, a czujna gromadka (wciąż większa) prowadziła go ku Mnie już od bramy. Starzec przemawiał, odchylając głowę do tyłu i przymykając oczy, a my słuchaliśmy jego jak zaczadzeni. Któregoś dnia wtargnęła do nas świetliczanka. – A to kto? – warknęła bezczelnie. – To Żółty Cesarz – powiedziały nasze dzieci z uszanowaniem. – Tak, to Żółty Cesarz – potwierdziłam całą prawdę. Wiesz, co mogliśmy wtedy zrobić? Mogliśmy ją nawet zdematerializować, bowiem te właśnie metody opanowaliśmy, studiując wolumin piąty. Nie uczyniliśmy tego jednak. Świetliczanka powąchała tylko to, co mam w szklance, wyleciała na korytarz, a na drugi dzień (jeśli jesteś łaskawa pamiętać) rozpoczęła piekło z piekła rodem. A to, że włóczęgów do szkoły sprowadzam, a to, że zboczeńców, a to, że sama piję, a to, że dzieci rozpijam. Fakty są takie, że istotnie w ww. szklance herbaty znajdowała się domieszka koniaku. Ale nie jestem przecież idiotką, nie będę koniakiem dzieci częstować! Niektóre po małym piwie chodzą po ścianach. Koniaczek trzymałam za „Krzyżakami” tylko i wyłącznie na użytek Żółtego Cesarza. Człowiek ten przybywał do nas zdrożony długą drogą. Był to ponadto człowiek cierpiący na niezwykle tajemniczą chorobę: nie mógł wsiadać do żadnych pojazdów. Autobus, tramwaj, nawet lektyka, wszystko to było dla niego zabójcze. Mógł się tylko i wyłącznie poruszać piechotą. Czy rozumiesz, nędzo życiowa, że brnął do nas przez pluchy i ślizgawice, przemierzał kilometry nudy warszawskiej, pustynny odcinek między Nowotki a Marchlewskiego, tramwajowe pętliska i slumsy pawilonów, wszystko po to, żeby nam, właśnie nam, powierzać tajemnice Żółtego Cesarza! To chyba jest jasne, że musiał się wzmocnić. Nie? Nie??

O, nie. Nie dostaniecie ode mnie żadnych zaświadczeń w tej sprawie, boście nas zranili, i to głęboko. To jest zamknięty okres mojego życia, nie wracajmy do tego.

Och, Cesarzu, Żółty Cesarzu, gdzież są nasze słoneczniki?

E

Dzwoniłam do zakładów. Bez zaświadczenia z b.m.p. posada nieaktualna. Są instytucje, gdzie nie wymagają referencji. Adres Biura Pośrednictwa Pracy: ul. Marco Polo 5/7/9. Był Andrzej. Chciał mówić z tobą, nie ze mną.

K

Był Andrzej? Niee? Był Andrzej! Za chwilę serce mi pęknie.

E

1) Są dwa ciekawe ogłoszenia: „Do pieczarkarni – kobietę” i „Zatrudnię kobiety w ogrodnictwie”.

2) Bilety!!

K

Śliczna moja.

Tak mnie coś boli. Strasznie Mnie boli, cały dekolt. Gdybym umarła, rozdaj moje brylanty biednym. Och, natrzyj Mi nóżki, jak przyjedziesz, takie mam zimne nóżki, natrzyj Mi je kamforą, połóż Mnie na rozmarynie. Wypiłam dziś strasznie dużo rosołów z ufoludkami.

E

Miałaś zapaść. Był lekarz. Zaleca ci kontakt z przyrodą.

K

O mamo! Mam omamy. Spotkałam Andrzeja na ulicy… łapy w kieszeniach.

A: – Roboty podobno szukasz. Ja: – Czy my się znamy?

– Mówiła mi Krystyna, że szukasz roboty.

– Czy my się znamy z łóżka?

– … Łapy w kieszeniach.

– Jest robota, chodź.

– Andrzej, przytul mnie mocno.

– Chodź, spieszę się.

Poszliśmy Krakowskim Przedmieściem. Chlapa, czarny śnieg, nogi do kostek w błocie. Łapy w kieszeni.

– Kiedyś w nocy mówiłeś coś o studni. Ściskałeś Mnie z całej siły i przez sen ująłeś Mnie w taki koszyczek… Raczej objąłeś… ująłeś…

– Chodź już.

Starówka, na Starówce płaska kamienica, wejście jak do klasztoru, podwórze jakieś, podobne do dekoracji… I znów – jakby klasztor. Mniszka telefony przyjmuje. Habit czarny, telefon czarny, wszędzie czarno i ptasio. Andrzej przywitał się z mniszką jak z koleżanką. Drzwi pchnął jakieś niby-zamknięte, ale półotwarte, a z drzwi zaraz ktoś usłużny, andrzejopodobny wyskoczył; coś mu Andrzej szepnął i obaj Mnie w tunel niewyraźny pchnęli… Tunel czy nie tunel? Jakby pokój czy korytarz, paczki, zapach piwnicy, paczki, napisy na paczkach zagraniczne, kłęby sznurka, coś jakby statek czy magazyn. A ten Usłużny Grzeczny do komórki jakiejś Mnie popycha, tam światełka, uśmiechy i rozmówka jak na koktajlu, tu pani Hania, tu pani Ania, tu pani doktór, a tu właśnie jest Elżbieta. Paczki dla rodzin, paczki dla więźniów, tu sznurek, tu lekarstwo, tu pani doktór…

– A Andrzej gdzie? Gdzie Andrzej??

– Jaki Andrzej?

Pani Hania nic nie wie, pani Ania nic nie wie, pani doktór odzywa się cicho jak na lotnisku.

– Podobno chcesz z nami pracować?

A ja: – Gdzie jest Andrzej, do cholery?

Młody Usłużny uśmiecha się wrednie, choć niby-anielsko. Robi minę pt. „Znam życie”. Wszystkie Anie i Hanie przyglądają Mi się anielsko, lekarka przygląda Mi się anielsko, paczki, sznurki, neski i witaminy przyglądają mi się anielsko. A to pindy głupie – przelatuje Mi przez głowę – zazdrosne pindy, schowały go przede Mną, siedzi ukryty w tunelu, łapy w kieszeniach i wilczym swoim uśmieszkiem do nich się szczerzy. Tymczasem Usłużny Grzeczny szepce coś jakiejś starszej na ucho: „Acha, acha – odszeptuje ta mądrala. – Wszystko rozumiem… rozumiem”. Dociera jeszcze do Mnie słówko „opiekować się” czy też „zaopiekować się”…

… Podrzucił Mnie, rozumiesz? Podrzucił Mnie jak w średniowieczu! Do kruchty i w nogi.

Nawet im słowa nie powiedziałam. Popędziłam przez te korytarze czarne, między pudłami kanciastymi, tylko słyszałam, że Mnie wściekła jakaś, oszalała blaszanka goni, puszka wielka z kompotem, ale hucząca jak rozklekotana drezyna. Jakiś inny usłużny, przebrany za powstańca Anno 44, otworzył Mi drzwi. – Ty jesteś Elżbieta? Andrzej poszedł na wykład, bardzo się spieszył…

… Och, ty…! Och, ty…!!

Łamiąc nogi, uciekłam z kruchty. Przy wyjściu unurzana w kałuży leżała jego zmięta brązowa rękawiczka. Wyglądała jakby piła wodę. Podniosłam i zaczęłam gryźć te wstrętne wzgardliwe palce, aż skręcały się z bólu. Jutro, kiedy się mój pan obudzi przy panience przyprowadzonej z wykładu; jutro, kiedy się panienka przy koledze obudzi, to aż piśnie zdziwiona:

– No wiesz, tyś chyba całą noc paznokcie obgryzał…!

Krew wbrew. Och, wy, och, ty, och i ty, Kristesso, jak ja was wszystkich nienawidzę! Za to, że nie umiecie kochać, że żyjecie jak stąd dotąd, że kłamiecie tak potwornie. Och, ty łapo w kieszeni…

E

Elu.

1) Wycięłam ci ciekawe ogłoszenie z „Życia Warszawy” dotyczące pracy.

2) Pamiętaj o biletach na kolej.

3) Andrzej ma swoje problemy.

K

1) Ciekawe ogłoszenie jest nieciekawe. Nie lubię kurcząt, ferm, szklarni itp., poza tym nie wiem, czy wiesz, że z każdego kurczątka wyrasta kiedyś kura, a tego nie cierpię najbardziej na świecie.

2) Pamiętam.

3) Problemy ekstremy.

E

Był akwizytor z ubezp., zostawił telefon. Podobno chciałaś się ubezpieczyć na życie.

K

Na życie jak w Madrycie.

Słuchaj, mamusia wcale nie była taka zła. Jak byłam mała, mama pojechała ze Mną do Makowa i codziennie chodziłyśmy na sanki. Któregoś dnia wpadłyśmy do takiego strumyka. Mama napiła się wódki z malinami i nic jej nie było, ale Mnie było. Kaszlałam całą noc i mamusia nic nie mogła na to poradzić. Nie zmrużyła oka, tylko bez końca paliła światło i podawała Mi najpierw syrop żółty, potem syrop biały, potem syrop sosnowy, potem wodę z cukrem, potem gorące mleko, a potem nic Mi nie podawała, tylko przyszła do Mnie do łóżka i kołysała Mnie luli, luli. A kiedy dalej nic nie pomagało, to ustawiła poduszki w taką piramidę i mówiła, że najlepiej jest, kiedy dziecko ma wysoko. I mówiła, że jestem śliczna, bo mam rozpalone policzki i świecące oczy, i jestem gorąca jak bułka prosto z pieca. Bardzo Mi się to wszystko podobało, był to wielki koncert mamusi. Śpiewała mi, że na całych jeziorach coś tam, i że visy na tygrysy, i katuj, tratuj. A na drugi dzień już siedziałyśmy w saniach, a na trzeci w samolocie, a na czwarty dzień mamusia opowiadała przy brydżu, że mieć dzieci to jest cudowna sprawa, ale nie teraz, tylko w dawnych czasach, kiedy się miało służbę i tak dalej. Wszyscy mamusi bardzo współczuli, że nie miała służby i była tak delikatnego zdrowia, i marnowała się, co było oczywiste, i spętany miała cały swój dowcip i talent, i w ogóle mieszkałyśmy w maleńkim kątku przerobionym ze sklepu i na noc zamykało się drzwi na kłódkę, i na górze mieszkał jeden emeryt, co kiedyś pracował w cyrku, i nie mógł się odzwyczaić, i po nocach tresował sześć piesków, które strasznie nam tupały po suficie, a w podwórzu mieszkał drugi emeryt z cyrku i też nie mógł się odzwyczaić, i trzymał żywą niedźwiedzicę w popsutej ciężarówce, ale któregoś dnia ktoś na niego doniósł, bo trzymanie niedźwiedzi było wówczas niedozwolone, i przyjechali z Urzędu, i zabrali całość, a emeryt nie mógł się przyzwyczaić i zaraz umarł; a mamusi wszyscy współczuli, że ma takie trudne warunki i pomogli jej wyrobić papiery, że te warunki ma doprawdy bardzo trudne i z najwyższym poświęceniem mamusia umieściła nas obie w domu dziecka (bo wtedy ty już byłaś na świecie) i odtąd nigdy nie brakowało nam brązowych grubych rajstop ani nowych piosenek. Maszerowałyśmy po alejkach wielkiego parku, śpiewając „Dzieci z RTPD” i „Nie papież nam Wybrzeże dał”, i jedna pani, literatka, powiedziała, że powinnam pójść do szkoły teatralnej, a nasz kierownik powiedział, że mam wszędzie loczki i że mogę pójść do niego do mieszkania, a nie koniecznie mieszkać na ogólnej sali. U niego w mieszkaniu był taki pralniany zapach jak z balii oraz wielka baba, jak te, co w rosyjskim sklepie siedzą na imbrykach, a kierownik pokazał Mi książkę na temat, jak to robią motylki, i miał taki pomysł, żeby Mnie zerżnąć przez pończochę, ale Mnie udało się zwiać przez taką dziurę w parkanie, przespać się w jamie na terenie Zamku Książąt Mazowieckich w Czersku, a następnie wylądować w następnym domu dziecka. W ogóle miałam sporo szczęścia w życiu.

Wiesz, nigdy nie kochałam Andrzeja mniej. Zawsze tak. Kiedyś było lato. Był ten strajk autobusów na rondzie. Stanęłam koło niego jak przyklejona. Jakaś kobieta wyszła z kuchni hotelu „Forum” i zaczęła roznosić zupę dla szoferów. Do ludzi właściwie nie podchodziła, ale do nas podeszła, nalała pełen talerz po wręby i powiedziała: „Jedzcie, jedzcie, widać, żeście dawno nie jedli”. Potem kochaliśmy się u Andrzeja w tym dużym mieszkaniu w Alejach, w pokoju pełnym książek, jakby to była jakaś czytelnia. Ach, te książki. Ledwie usnęłam, zaczęły na Mnie nacierać jak armia butów. Nie książki, ale buciory, sfatygowane, spracowane buciory o agresywnych dziobach. Zdziwione jak Kaczory Donaldy! Marksy, Engelsy i młode Hegle, Sokraty i Platony z lekceważącym uśmiechem czaiły się do marszu i gapiły się gdzieś dalej, mimo Mnie. Niektóre kręciły na Mnie nosem. Paniczyk. Dlaczego on nigdy Mnie od niczego nie wolał, dlaczego Mnie nigdy nie wybrał, dlaczego nie cisnął tego wszystkiego za okno, dlaczego szedłby za swoimi książkami jak pasterz za stadem. A Ja?… A Mnie? Wcześnie zrobiło się widno. Podniosłam się na łokciu jak nad książką i czytałam sobie tę twarz płowobrodą z lekkim niebieskim cieniem pod oczami. Było cichusieńko. Pora na ptaka. Ale nie jeszcze. Aleje spały. Nagle A.M. otworzył oczy, gwałtownie i przytomnie jak na pobudkę, i powiedział: „Ojciec kaszle”. Było cichusieńko jak przedtem. Cały się zwarł w nasłuchiwaniu. Po dobrej chwili usłyszałam z daleka coś jakby szelest, chrobot chrustu, szczeknięcie myszy. „Ojciec kaszle” – powtórzył tak, jak się mówi „dzień dobry”, zerwał się zwinnie i uciekł, unosząc ze sobą srebrną łyżkę, taką jak dzieci dostają do chrztu. Skurczyłam się, książki zatupotały wrednie, wszystko przyczaiło się przeciwko Mnie. Chrobot w dalekim pokoju odezwał się jeszcze raz i drugi, a potem nic. Cisza. Żadnego luli, luli, żadnych występów. Spokój i piękno oceanu. Andrzej wrócił do łóżka i po chwili obaj spali spokojnie. Och, jak Ja was wszystkich nienawidzę. Jak Ja nienawidzę tych waszych numerów. Ja ci radzę, lepiej się ubezpiecz na życie w Madrycie!

E

Dzwonił pan P.D. Telefon 10-41-16 do 19. Po godzinie 17.00.

K

Wiesz, za żadne skarby nie chciałabym być motorniczym ani motorniczą. Przecież to fatalne: nie móc ani na chwilę skręcić. Choćby mały skok w bok już zadowala prostego człowieka. Weź na przykład taką sytuację: jadę gdzieś, powiedzmy z Ochoty w stronę mostu, mijam „Metropol”, no i miałabym chęć zanurzyć się w Kruczą. Mylisz się, jeżeli uważasz, że na Kruczej nic nie ma. To kiedyś tak było. Kamienne biurowce, kamienna pustynia i tak dalej. Było, minęło. Nie zasklepiaj się po swojemu, już prawie na rogu jest sklep z hawańskimi cygarami, których chwilowo nie ma, tylko są enerdowskie budziki. Bardzo zabawne. Po drugiej stronie: urządzenia do polowań, obroże dla małych psów, granaty i armaty oraz kulomioty. Możesz tam sobie kupić całe poroże. Z porożem posuwasz się naprzód i na samym rogu masz urząd paszportowy. Wynurzają się stamtąd szykowne dupeczki w plastikowych botkach. Te już wiedzą, że jadą. Udają Amerykanki. Palą na ulicy. Bardzo przyjemne miejsce, jeżeli chodzi o fajki. W momentach kompletnej bryndzy przesiaduję tam godzinami. „Bardzo przepraszam, czy mogłaby Mnie pani poczęstować papierosem? Brata mam umierającego w Kanadzie, powinnam być pojutrze w Montrealu” i tak dalej… Częstują, pocieszają oczywiście, a palą nieziemskie rzeczy. Jeden pół-Holender z roztargnienia skręcił mi skręta na kilometr.

Holendrowaliśmy do szóstej rano. Nie o to jednak chodzi, naprawdę przyjemne miejsce to jest barek na dole w „Grandzie”, gdzie podają zimne piwo w cienkim szkle przy cicho szemrzącym telewizorku, wśród miłych pind i bezszelestnych wind. Oczywiście twojej motorniczej może to nie interesować, ponieważ kosztuje bajońskie sumy, ale tak nie mów. Motornicza motorniczej nierówna. W każdym razie: posada odpada. W poszukiwaniu ciekawej pracy wałęsam się tedy po mieście. W nowe życie z nowym „Życiem”. Mam tylko tę słabość, że nie cierpię czytać gazet o szóstej rano przy chrupiących bułeczkach. Lubię przerzucać sobie stronice magazynów wieczorkiem, kiedy pracująca masa kąpie już dzieci w zlewach albo kolebie się przy dziesiątym piwie. À propos: ludu mój, bądź łaskawa wyprasować Mi bluzkę, bo przy tamtym podejściu wpadła Mi pod szafę. A więc w „Życiu Warszawy” intrygujący anons: „Kulturalna pani do dziecka potrzebna od czasu do czasu”. Cudne. Zwłaszcza od czasu do czasu. Jadę. Domek na przedmieściu w Pięknych Dzielnicach. Raczej wila (nie popraw Mi na „willa”). A może raczej bunkier: chyba przez Szkota budowany, bo wszędzie kratki: Na oknach, na drzwiach, na dachu i tak dalej. We wrotach wdowiec w sandałach na ciepłych skarpetach. Jak ja to lubię. Rozmowa: „Więc tak a tak, jestem wdowcem, a także udziałowcem, dom jest ubezpieczony, a także zabezpieczony, ale jednak, jednak są różni ludzie, kręcą się, mogą i psa otruć, i zamek wysadzić cichobieżnym dynamitem, poza tym dziecko dostaje kompleksów, kiedy się samo tłucze po dwunastu pokojach. Wchodzi dziecko, na oko dziesięcioletnie, nadęte, warkocze długie do pasa. „To chłopiec czy dziewczynka?” – zapuszczam sondę grzecznie. Nic. Nieruchome czoło, morze martwe. „No więc tak i tak, ja czasem wyjeżdżam w interesach na czas nieokreślony, bywa, że i w nocy mnie nie ma, gosposia wychodzi, a dziecko nie rozwija się umysłowo, wprost przeciwnie, dochodzi do tego podwórko i nieodpowiednie towarzystwo”…

– Kiedy miałabym zacząć pracę?

– A choćby od zaraz, ponieważ wychodzę na dwie do trzech godzin, czekam tylko na kierowcę z warsztatu. Może tymczasem pani obejrzy moją kolekcję.

– To może Mi dziecko kolekcję pokaże, to się zaznajomimy – wtrącam, przechodząc na francuski.

– O nie! – wrzeszczy dziecko. – O nie, mam tego dosyć! – Woła psa wielkiego jak krowa, wskakują jedno na drugie i zaczynają się ujeżdżać. Ja oglądam kolekcję: tu to, tu tamto, tam Matejko, ale jeszcze niepewny, jutro przychodzi hrabina do ekspertyzy. Ramy złote, ale nie tylko. „Ramy są, proszę pani, strasznie ważne. Nie chodzi o snobizm ani o lokatę kapitału, tylko o kulturę. A najważniejsze, żeby się dziecko kulturalnie rozwijało. Bo jeżeli my nie przekażemy dzieciom tej kultury, to kto im przekaże. Szkoła na pewno nie, w szkole wszystkie ubikacje są zatkane i dzieci się brzydzą. O, przyjechał kierowca z warsztatu, to ja już panią przeproszę. Pani pozwoli, że zamknę salon na klucz, bo strzeżonego pan Bóg strzeże, poza tym chodzi o to, żeby pies na dywan nie zrobił, bo to pers”.

– Pies – Pers?

– Dywan – pers.

Aha. Poszedł wdowiec. Pojechał. Siadłyśmy z dzieckiem na chodniku w pokoiku. Oj, nudno. Pies przy nas, śmieszny, nawet łaciaty za uchem, zegar z kukułką, dziecko zadowolone, że stary wyszedł, ale nudno. Wpół do piątej. Patrzenie po pokoiku, dziecko loteryjkę wyciąga, ale dopiero pięć po wpół do piątej. Oj, bardzo nudno. I nerwy zaczynają się trzepać. „Dziecko – mówię – gdzie tu może być łazienka?”. – To już ci Belfegor pokaże. – Rzeczywiście, wstał pies, łazienkę pokazał. Podłoga z różowego marmuru, sufit czarny jak po pożarze. Pies czujny niesamowicie. Odprawiłam psa drania i odnalazłam drogę do kuchni. Pod ścianą lodówka jak szafa. W lodówce – raj. I campari, i brandy jakieś himalajskie podejrzane, i przede wszystkim whisky, jeszcze ciepła. Musiał pić na podwieczorek, bo i oczki czerwone, ni to zaspane, ni to maślane, i trep na skarpetę ledwo naciągnięty. No nic. W tym momencie wdzięczność Mnie ogarnęła, a nawet rozczulenie. Oj, Trepie, Trepie, sam nie wiesz, jaki dobry uczynek Mi uczyniłeś. Może ty jesteś w ogóle zacny Trep od dobrych uczynków? Biedny ty przecież jesteś w sumie. Żona ci umarła albo nie umarła, a ta kolekcja kto wie, czy nie fałszywa. Może i dziecko nie twoje. O, właśnie. Przypomniałam sobie o dziecku. Rozłożyłyśmy sobie loteryjkę na podłodze i nawet fajno się grało. Ona na przykład ma numer 75 i Ja mam 75. Ale Ja wołam pierwsza „Mam” i już ona przegrywa. Albo odwrotnie, Ja mam 25 i ona ma 25, i Ja wołam „Mam, mam”. Szkoda, że pies nie mógł z nami zagrać, bo szalenie inteligentny. A i dziecko miłe. „Jak masz na imię”? „Marysia”. No i bardzo dobrze. Nagle strasznie Mnie kolnęło. „Andrzej – wrzasnęło we Mnie – Andrzej, jak ty śmiesz Mi to wszystko odbierać! Patrz, jak tu cudnie: dziecko, pies, kominek, dlaczego ty, sukinkocie, od tego się wykręcasz, no nie widzisz, jak jest cudnie? A bombki, a choinka, a Święty Mikołaj, do dziecka gdy przyjdzie, a pies, gdy się w Wigilię odezwie? A ty gdzie wtedy będziesz, w łóżku u dysydentki??”. Tak się strasznie zdenerwowałam, że znów znaną drogą udałam się do lodówki. Ledwo do stajenki wróciłam, już Trep w drzwiach stanął. „Ależ tu mile czas u państwa upływa…” – odezwałam się grzecznie. Ale Trep w marnym humorze do domu wrócił. „Szwajcar – mruczy – i to się spóźnić potrafi”. „Widocznie nie na szwajcarskich częściach. Szwajcar, a nie na częściach. Trzeba sprawdzić, czy ma prawidłowe dziurki w serze”. Trep wściekły tą wściekłością lekką, przyduszoną, przyklejoną do tej kultury z bawialnego. Proszę panią to, proszę panią tamto – ustami mamrocze, a sandałem po loteryjce jeździ. Dziecko wciąż zadowolone. A to cholera mu w bok, że zadowolone! Jeszcze gorzej, że zadowolone, kiedy człowiek na Szwajcara wściekły! Przed wojną to był Szwajcar do otwierania drzwi, a teraz byle Żydek to jest paszportowo Szwajcar. – Zawał, proszę pana, to jest tłumiona wściekłość… Nic nie dociera, już Trep dłużej nie może, już Trep trepa przed się wysuwa i bach-bach brudnym dziobem w loteryjkę naszą. Dziecko w ryk, pies w skok, paszła kultura z dymem pożarów. No nic, nic, w sieni się Trep opamiętał, a to, a to, wrażenie na ogół dobre, niech pani o mnie nie myśli, bo ja o pani sobie przyjemnie myślę, w ogóle chodzi o kulturę i kulturalne… eee… beee. Kiedym kalosze twoje wkładała, to tak Mnie obciął, aż Mi się lewy na prawy nasadził. No i do widzenia, do widzenia. Stelefonujemy się, będziemy wpadać i telefonować, a potem taka prośba ewentualnie do pani, żeby pani z dzieckiem na zimowe ferie się do Zakopanego udała”.

– Z miłą chęcią, rzecz jasna, że z miłą chęcią – znów przeskoczyłam na francuski. Wtedy Trep sięgnął do tej kieszonki na drobne i wydał mi pięć tysięcy w jednym banknocie, w kolorze półseledynowym: cacko. Osiągnięcie sztuki drukarskiej. Sama pani rozumie: pieniądze na bilet, wsiąść do pociągu lada jakiego i tak dalej. Helloouu!

Twoja Daisy

1) Opowiadałaś Mi to dwa tygodnie temu. Gdzie są te pieniądze? Przedsprzedaż w „Orbisie” jest czynna na 90 dni naprzód. Idź do oddziału na Brackiej albo na placu Konstytucji.

2) Dzwonił pan P.D. dwa razy.

K

Kochana Mario Konopko.

To co, że ci opowiadałam tę historię już dwa razy. Co z tego? Może wracam do niej, abyś ją sobie utrwaliła? A może uprawiam eksperyment literacki wariacki? A ewentualny morał to co? Pies? Pers? Z pieniędzmi sytuacja jest niejasna. Może odpłynęły do ciepłych krajów? A może znajdują się w moim portfelu z cielęcej skóry? Kto wie, who knows. Jestem tragik, ale magik. Błagam cię, nie wpuszczaj tych z tygrysami, a wszystko się między nami ułoży. Po powrocie z Łodzi zajmę się twoimi sprawami.

Szczerze oddany Dżems Dżojs

E!

Był ślusarz, z którym chodziłaś na kurs. Przyniósł twoją metrykę, mówi, że jesteś mu winna 1400 zł, przyjdzie w piątek.

K

Droga Psinko.

Nie ślusarz to, ale chemik. Powiedz mu, że szmal wyparował, to są w przyrodzie znane zjawiska. Poza tym pamiętam jak dziś, że były akurat moje urodziny. Któż wymawia kobiecie wydatki związane z tak wesołą uroczystością? Cesarz chiński z dynastii Jung dostał na swoje sto drugie urodziny złotą lektykę zaprzężoną w gadające wielbłądy, smoka o siedmiu głowach i tort malinowy wielkości Włocławka.

A czy znasz listę podarków, które otrzymał Józef Wissarionowicz Stalin, kiedy ukończył sześćdziesiąt lat? Cytuję w porządku alfabetycznym: angora perska wysadzana diamentami wykonana przez robotników tulskich, balon o wadze dwustu tysięcy kilogramów wykonany w całości z jednego kawałka drewna, ciupaga szmaragdowa służąca do jedzenia kawioru w warunkach górskich, dywanik pod łóżko o wymiarach czterdziestu hektarów utkany przez robotnice republik nadbałtyckich, wazonik szklany połączony z lusterkiem, gwarantowany motocykl z kryształu, Halina z Brześcia, ikona inkrustowana przez gruzińskie bliźniaczki z naszej paczki, jońskie morze, korona zapinana z tyłu na suwak mechaniczny, lapsus z lapis-lazuli, łabędź włoski na sześciu łapach całkowicie wykonany przez osiedleńców mandżurskich, mapa świata wielkości szpilki do kapelusza, Nabuchodonozor żywy nadziewany truflami, ornat Karola Drugiego wykonany w całości przez wdzięcznych robotników, peruka z kruka, ryś nakręcany na gumce, sowa – ssak, tundra plastikowa naturalnej wielkości, urynał platynowy, waciak ze złotogłowiu całkowicie wykonany przez osadników rumuńskich, kserograf Fryderyka Drugiego, yeti w czapce, całkowicie wypchany przez kołchoźników okręgu tumskiego, Zadora Duncan, zdetronizowana, pozbawiona „I” oraz kropki nad ,,i”, żywa żaba, źrebię o dwóch głowach.

Czing-Czang!

Twoja E

1) Pieniądze pana P.D.!

2) Bilety do Zakopanego.

K

PS Jeśli nie masz już tych pięciu tysięcy, musisz się postarać o zapomogę. Zapytaj w b. miejscu pracy. Przedłuż (koniecznie) książeczkę zdrowia.

Krystyna

Droga Piczko Zasadniczko.

Miła z ciebie dziewczyna, ale wachlarz tematów, to trzeba przyznać, masz wąski. Miń bruzdę, skocz w horyzont. Otóż tak. Jadę do Łodzi. Cała młódź rusza pod Łódź. Jadę do Łodzi, ale wysiadam w Andrzejowie. Tak mi polecił jeden pan, który Mię zaprosił. Wysiadam zatem. Na dworcu oczekuje mnie bryczka zasadniczka, zaprzężona w dwa konie. Jeden biały, drugi brązowy, jak twoje koty sieroty. Z pierwszej klasy wysiada pan. Nie ten, który Mnie zaprosił. O, zupełnie nie ten. Pan. Panisko. Popielata flanela, koc, wąs, nos, neseser. Och, jak Ja lubię takie stare pieniądze. Niestety, pan wysiada w swoim majątku, Ja jadę do swojego. Szarówka, szare ptaszki. Drzewka. Za zakrętem – wybuch dźwięków, huk jak z dyskoteki. Maniana, maniana od samego rana. Oto i dom. Dwa domy. Oto garaż. Dwa garaże. Drzwi na wysoki połysk. Jedne zamknięte, na nich napis: „Wójcik Service”. Drugie otwarte, z nich huk. Przed nimi opel koloru wściekłej sałaty. Z opla: wesołe towarzystwo. Dwie panienki, jedna wiochna, druga z teatrologii, dwóch panów, jeden łysy, stypendysta zagraniczny, drugi reżyser, kiedyś znany, twarz wymyta ryżową szczotką, znam z fotografii. Wtaczamy się: jest gospodarz, Zdziś, mężczyzna jak wieża, oko zielone, przepaściste, w ruchach końska rączość. Jest ten pan, co Mnie zaprosił. Szepce: „O, ten Zdziś… O, Zdziś to ma… Zdziś, to zna… O, Zdzisiem być…”. Gręplarnia? Zdzisia. Service? Zdzisia. Jedenaście klaczy wrzących? Też Zdzisia.

Zaczynamy gręplować. Trzy gatunki whisky, sześć gatunków koniaków, żyto i wszystko poniewiera się po szklanych stolikach. Trawa dla amatorów. Z kuchni zapaszki. Z garażu: warkot maszyn. Zdziś pląsa samotnie po środku pokoju. Ja powolutku rozbieram się z tym panem, co Mnie zaprosił. Wchodzi robotnik, dwa metry i siedem centymetrów wzrostu, i pyta z pokłonem: „Zrobilim pięćdziesiąt, tłuc dalej?”. „Tłuczcie, tłuczcie” – odpowiada łaskawie Zdziś. Zaczynają się pląsy, potem dąsy, potem kaczki w malinach. Łysy, młody, chudy, zaczyna falować nozdrzami. Nastroszył się jak cietrzew. „Będzie happening!”. „Co?”. „Pstro!”. Dwukółką nadjeżdża jeszcze trochę ludzi. Młode rzemiosło, a z nimi pani z telewizji. Zmarnowana jakaś. Wyciąga aparat i chustkę do nosa. Gdzie jej tam do tych dawnych pań z telewizji. Te młodsze wróciły na Śląsk, tam mają przynajmniej domek po rodzicach, a te starsze co? Mieszkanko nad Dolinką i drugi mąż, jeszcze nierozwiedziony z tą pierwszą panią z radia. Ta moja nie mówi już „firma” i „urokliwy”, tylko „ciepłe” i „jakieś takie ciepłe”, i „ciepełko”, i „kontrowersyjny”. Będzie happening? Będzie. Oj, ale czy nie jakiś kontrowersyjny? Oj, może i tak. Już się stypendysta łysy rozebrał do rosołu. Od razu widać, że zagraniczny. Kolczyki, broszki, gatki, sztruksy, wszystko w pierwszym gatunku. Tylko jeden klips w lewym uchu zostawił. O ciszę gestem rytualnym prosi. Następnie o strzykawkę! Strzykawkę oną (brr) w żyłę sam sobie wbija i krew krwistą przezroczystą sam z siebie toczy. Pan domu, piękny Zdziś, przybliża się nieustraszony. Podłącza do stypendysty rurkę. Stypendysta, diabolicznie skupiony, przez rurkę jak przez łodyżkę wlewa swą krew do kieliszków. Jeden, drugi, trzeci, o matko, wojna będzie. Zaczem panna cudna po teatrologii przybliża się ku kieliszkom i do każdego, precyzyjnie, wkłada po jednej białej róży. „To dla pań, tylko dla pań” – szepce ten mój, obeznany. Stypendysta kołysze się nagi i wiotki jak brzoza, jak brzoza wiatrem oszołomiony. „Dziewczyny, teraz dziewczyny” – szepce spod stołu reżyser, niegdyś znany. Już więc ta z teatrologii rozbiera się jak fryga i drugą, wiochnę, pogania. Już i wiochna goła łydy spierzchnięte, oko martwe jak u kury, ale uparte. Wszystko jedno, i tak jej taniej wypadnie niż hotel. Każdy jest trudny. Dziewczyny na czworakach powolną rundkę koło stypendysty czynią, potem stop, potem muzyka, zaczadzona bossa nova, dziewczyny groźnie czają się dookoła łysego, leniwie przesuwają dłonie po jego udach, wspinają się. A reżyser spod stołu: „Teraz łagodnie kołyszcie jego genitaliami. Nie szczypać. Łagodnie… On tego nie lubi”. Mgli Mnie. Pani z telewizji odkłada aparat, łapie się za chustkę: „Oj, kontrowersyjne…”. Nic nie szkodzi, najlepiej się napić. Pijemy. Kto może, wczołguje się pod stół do reżysera. W rytm zaczadzonej bossa novy kłębi się pod stołem kłębowisko. W pewnej chwili stół unosi się w górę i wędruje po salonie jak wielonogi, wieloręki ślimak. Wtem trzask, blask, Cud-Amazonka wielkiej piękności pośrodku pokoju staje, srebrne błyski od niej biją jak tysiąc sztucznych ogni. „Kto ona? Ach, tak, to ona, kochanica Zdzisia, gwiazda gwiazd”. Już blask jak bat, my wszyscy na płask, a Zdziś skok, już w oficerkach salutuje. „Jesteś, królowo, jesteś” – bełkoce, a ona barytonem, fenomenalnie seksualnie odpowiada: „Jam nie królowa. Jam tylko dwunasta klacz z twojej stajni”. „O, ssss…” – skowycze stypendysta, wszyscy skowyczymy. Zdziś w dzwony bić każe, gręplowania zaprzestać i do sypialni królewskiej klacz tę niebywałą ciągnie. Niestety, ha, ha, rzuca ona w tłum niesamowitym jakimś zdławionym głosem i już mazdy purpurowej dosiada, i już w cwał, i już tylko pył i gil w nosie, i szukaj wiatru w polu. Aż tu Zdziś jedenaście klaczy siodłać każe i dalejże w cwał, ale w las, ale hen, w bór! A za Zdzisiem robotnik 2 m i 7 cm wzrostu, za robotnikiem gręplarze, reżyser i wiochna, i pani z telewizji: „Strzelał się będzie. Strzelał. Naboje podmienić!”. I wszyscy oni w pęd, w las. Mgli Mnie. Wsiadam do kolei. Wracam. W kolei – staruszka spod Łowicza. Miła, moralna, prosta. Prawdziwy człowiek. „A gdzie to pani jedzie?”. „Do miasta, do dentysty”. „A czemuż to pani nikt nie odprowadza?”. „Och, syn w polu, córka w polu, zięć w polu”. „A któż tam w Warszawie panią przywita?”. „Ano nikt, wnuk w pracy, wnuczka w pracy, brat w szpitalu…”. Ależ ludzie to są! Strasznie Mnie serce ścisnęło. Gdzie Ja mam oczy. Gdzie ja się bez sensu szwendam! Tu jest moje miejsce, przy człowieku dobrym, spracowanym, przez Boga i ludzi opuszczonym. Wzięłam ją natychmiast do domu, umyłam, nakarmiłam, oddałam jej własne łóżko (tak). Zaraz jutro zaprowadzę ją do doktora Szumskiego, koszta nie grają roli, albo jestem człowiekiem, albo nie jestem. Bądź łaskawa zrobić porządek w łazience i przyszykuj mi białą bluzkę.

Elżbieta

1) Sprawa pięciu tysięcy.

2) Odnowić książeczkę zdrowia.

K

PS W przedpokoju siedzi jakaś kobieta z Łowicza i pyta o ciebie.

Krystyna

… Nerwowa proza. Koza u parowoza, neuroza. Nerwy, strzępy, nerwy w strzępach. Nie widziałam Andrzeja od trzech tygodni. Może umarł. Och, jakby to dobrze było. Koniec kozy, koniec powroza. Przytul Mnie, wytul, ucałuj, może ostatni już raz, a co wypiłam, nie żałuj i odkręć gaz. Pas.

E

1) Książeczka zdrowia – przedł.

2) Pieniądze.

3) Bilety (b. pilne).

4) Kobieta z Łowicza.

K

Piło.

Ależ ty jesteś piła. Dąjże Mi spokój z tą wycinanką łowicką, wiesz, że nie cierpię pasków, pasiaków, pawiaków, zresztą krat, kratek też nie. Żadnych wzorków. Tylko gładkie. Gładka tafla wafla. Spotkałam efeba, idę do nieba, spotkamy się na tamtym świecie. Zapisuję ci mój order, podwiązki, książki, stroje, kufry i babcię z Łowicza. Możesz z nią robić, co ci się żywnie podoba, jest przyzwyczajona.

Twoja Elżbieta II, Hałda Węgierska

Pieniądze

K

Listopad to marny miesiąc. Kiedyś myślałam, że to ma coś wspólnego z pocztą: list opadł (a nie: „liść opadł”). Na przykład pewien roztargniony listonosz szedł drogą i zgubił list, na który, niestety, czekała pewna smutna panienka, która, jak wszystkie panienki, spodziewała się ważnych wiadomości z Paryża, które, jak wszystkie wiadomości, nie nadeszły. Pytałam kiedyś mamę, jak to jest z tymi listopadami. Dopiero ona wyjaśniła mi całą sprawę, to znaczy, że chodzi o liście i tak dalej. Mama była dla Mnie bardzo dobra i kiedyś, kiedy byłam chora, przyszła do Mnie do łóżka i całą noc trzymała Mnie w ramionach. W takie zimno jak teraz lubię zajść do Pałacu Kultury. Lubię te bezsensowne korytarze, ni to gablotki, ni to biura, bez żadnego zapachu, ale ciepłe. Można się komuś wkręcić na kolację do „Trojki”, można się ogrzać w parze buchającej z basenu albo przytulić do grubej windziarki w windzie. Otóż w tej windzie spotkałam efeba. Był cudnie opalony. Nie jak jakiś naturysta wytarzany w brudnym piachu, tylko jak młoda kaczka w piekarniku, złoty i chrupiący. W ogóle za to kochamy blondynów, że mają włosy leciutko jaśniejsze od skóry. Strasznie płakał, kiedy mu to powiedziałam, bo wszyscy mu to mówią. Tymczasem on by wolał, żeby z nim mówić bardziej wewnętrznie, bo on miał strasznego pecha w życiu. Już na chrzcie ojciec zrobił mu kawał, bo wybrał mu imię Józef i wszystkie dzieci w szkole się z niego wyśmiewały, dopiero mama wymyśliła, żeby go nazwać Żozef; potem go dali do szkoły baletowej, tak że od maleńkości miał stopy i ruchy ułożone i grał Kapturka w „Czerwonym Kapturku” na pokazie w Domu Nauczyciela, ale miał kontuzję barku, nie może ćwiczyć, a na skutek słabego zdrowia nie może też wykonywać żadnej ciężkiej roboty, w dodatku ojciec zrobił mu drugi kawał, bo umarł i nie załatwił jak trzeba papierów do renty i gdyby nie mama, toby ładnie wyglądali, ale mama wzięła chałupnictwo do domu i tak sobie z tym świetnie daje radę, że nawet on, który czytał „Czarodziejską górę”, czasem jej w tym wszystkim pomaga i patrzy na jej spracowane dłonie. Z tego wszystkiego zrobiła się szósta. Zgłodnieliśmy i zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie będziemy mieszkać, bo pokochaliśmy się nad życie. Pojechaliśmy na bazar do jego znajomych Cyganów. Cygan był niestary, kudłaty, bykowaty w karku i sprzedawał patelnie. Prawym okiem łypał jak zbój, a lewe miał normalne. Pracował z dziewczynką, najpiękniejszą na świecie, może dwunastoletnią, ubraną w przezroczystą, olbrzymią pelerynę, pewnie po matce. Wyglądała jak ważka. Przyjrzałam się czujnie efebowi, to znaczy Józkowi, czy nie miał jakiejś sprawki z tą małą, ale nie, raczej coś go łączyło ze starym. Duża serdeczność, jakieś sekrety, przez chwilę nawet zdawało mi się, że mówią po węgiersku i że Józek też ma jedno oko takie, a drugie takie. W każdym razie Zbój dał nam dwie patelnie do sprzedania i klucz do takiej budki, którą mu znajomi zostawili na zimę. Potem poszedł na razie, a ta mała pofrunęła za nim na skrzydłach. Spytałam Józka, czy śpi z Cyganem, ale nie miał chęci rozmawiać, raczej coś wypić. Sprzedaliśmy obie patelnie w dziesięć minut i poszliśmy do takiej kawiarenki na tyłach kina „Praha”. Napotkaliśmy tam likier „Róża”, który kiedyś był bułgarski, a teraz jest polski, co Mnie bardzo zainteresowało. Raczyliśmy się tym likierem do zmierzchu i upiliśmy się jak koty. Ktokolwiek się chciał przysiąść po kinie czy z dzieckiem, to mówiłam: „Bardzo przepraszam, tu się mówi po węgiersku”. Potem spotkaliśmy moją znajomą prostytutkę Ninę, którą znam jeszcze ze szkoły, i poszliśmy razem coś zjeść. Bardzo było wesoło i wszyscy zastanawialiśmy się, czyby nie przejść zawodowo na kurewstwo, ale w końcu Ninka musiała wracać do pracy, a nam się zamarzyła ciepła, biała pościel, więc już nie poszliśmy do tej budki, tylko pojechaliśmy do Józka matki, na Żoliborz. Powiedzieliśmy jej, żeśmy się rano ożenili i że Ja jestem tą dziewczyną, o której jej tyle opowiadał, tą, którą spotkał w sanatorium w Ciechocinku, której matka umarła przy brydżu, a ojciec w wojsku. Ta jego matka, siwa i szara jak mysz, ale niestara, przestraszyła się bardzo, ale udała nieprzestraszoną, zrobiła Mi herbaty i obejrzała moje buty bardzo, bardzo uważnie. Zaraz też posłała nam łóżko, wielkie i rozchlapane jak stara barka rzeczna, a sama powiedziała, że się prześpi na amerykance w małym pokoiku, a jutro się wszystko ułoży. Poszła i rozłożyła swoje chałupnictwo, które polegało na dorabianiu drucików do bombek na choinkę. Słychać było blaszki i jakieś bla-bla pojękiwanie. Józek powiedział: „To mama śpiewa”. Niedługo jednak to wszystko trwało, bo ledwośmy się rozebrali, przyszła do nas, powiedziała, że jej się amerykanka nie chce otworzyć i położyła się na otomanie w kątku naszego pokoju, tak że miała nas jak na scenie. Na szczęście zaraz zgasiła światło. Właściwie Mnie to nie bardzo przeszkadzało, czułam się po likierze pełna jak róża i kochałam mego młodziutkiego męża nad życie. Jest gładziutki jak welurowa sukienka i ma ruchy leniwe i pewne jak wielkie zwierzęta, kiedy się niczego nie boją. Można też przytulić go w nocy i pieścić jak dziewczynę, a on udaje, że śpi albo że drzemie, i jest półnieobecny, jak na wielkiej pustej plaży. Albo ten Cygan był jego mistrzem w miłości, albo to wielkie uczucie czyni cuda. Rano była wcześnie pobudka, przyszła pani z chałupnictwa, matka rozłożyła się z bombkami pośrodku pokoju, Żozef poszedł sprzedawać znaczki do rady narodowej, a ja zabrałam się do gotowania rosołu. Mijały lata. Robiliśmy bombki, sprzedawaliśmy znaczki i zmienialiśmy prześcieradła pachnące likierem różanym i nadmorską plażą. Amerykanka ani rusz nie chciała się otworzyć. Nad ranem budziłam się zlana potem i żal Mi było młodej mężatki. Oto mąż, wiotki i słaby, sparaliżowany czujnym spojrzeniem mamy. Oto jego matka, moja teściowa, pod wpływem ewolucji i rewolucji wyrabia sobie tak zwane kocie oczy, czyli aparat, który widzi w nocy tak samo dobrze jak w dzień. Patrzy więc coraz żarłoczniej. Ja patrzę, że ona patrzy, widzę, że ona widzi, i dostaję kompleksów. Rodzę chore dziecko z uszkodzeniem neurologicznym, oddaję je do żłobka, mąż się rozpija, bije Mnie i matkę, obie młode staruszki lądujemy w Domu Aktora w Skolimowie, który widziałam, jak byłam w domu dziecka, przez siatkę, i słyszałam, jak jedna pani w kapeluszu śpiewała „Morze, nasze morze” i kłaniała Mi się uprzejmie. W każdym razie, nie wiem czemu, sny miałam długie i ciekawe, a tymczasem tamta matka nie zasypiała gruszek w popiele. Wiedziałam już, że chce Mnie wypędzić, ale szukała dobrego sposobu na Józka. Próbowała coś mówić na Moją Mamę, że Mnie nie wychowała, ale to nie wypaliło, więc próbowała zrobić ze Mnie brudasa. Podkreślała każdy włos w zupie, a nawet czarne paznokcie jak w szkole. Któregoś dnia Józek był chory i zaproponowała, żebyśmy mu wspólnie natarły plecy kamforą. Bardzo to nawet było miłe, bo jego plecy, mokre i pachnące nowym zapachem, rozgrzały się prędko i pociągały Mnie gorącem i lepkością jak świeży chleb. Chciałoby się zobaczyć, co tam jest w środku, a jednocześnie żal ugryźć, szkoda psuć przylepki. Ta matka jednak przerzuciła uwagę na ręce: że ona ma pańskie i białe, mimo roboty ciężkiej, a Ja szorstkie, odmrożone po sierocińcu. Niech jej będzie, ale trochę Mnie już to zaczęło nudzić. Następnego dnia miałam okres. U nich w domu to jest koszmar, bo nie ma się gdzie dziewczyna z tą sprawą obrócić. Ta matka wyciąga moje podpaski ze śmieci, choćby najsprytniej ukryte, i rzuca w widocznym miejscu, żeby Józek pomyślał, że jestem flądra. To już jest mocniejszy numer, tylko nie na niego, ale na Mnie. On Mi każe na nią mówić „mamo”, ale ja mówię „niech mama”. „Niech mama sobie wyobrazi, że jestem w ciąży. Nie będzie mama za Mną musiała chodzić i sprzątać, to jest zawsze jakaś ulga, nieprawdaż?”.

Straszny powstał wrzask i lament. Zupełnie przestała udawać damę, wyszła sprawa z tym ślubem, że się od początku orientowała, i że ojciec, gdyby żył, toby nie pozwolił i tak dalej. Żozef w tym wszystkim kompletnie zamilkł, zrobił się larwalny i tak przezroczysty jak facet, który stoi w aparacie do prześwietleń: wchodzi żywy człowiek, nieraz nawet grubas, a tam, spłaszczony w pudełku, cienieje niczym kartka i na naszych oczach robi się opłatek, aż dochodzi do płaskiego kawałka celuloidu. To samo zrobiło się z Józkiem, pocieniał i stał się przezroczysty i miękki jak celofan, mogłyśmy sobie przez niego do woli skakać do oczu, po prostu mysz przez ser, Kaczor Donald przez papierową ścianę. Trudno. No trudno.

Kochana moja, odnajdź Mi gdzieś tę białą bluzkę z kołnierzykiem, będzie Mi b. potrzebna. Całuję, zaraz wracam.

Elżunia

PS Może pójdę do jakiejś szkoły.

… Postaraj się pożyczyć pieniądze od Andrzeja.

K

… Ani się waż! Ani się waż!

E

1) Telefon do pana P.D.

2) Książeczka.

K

Jestem potwornie rozdrażniona. Czyś ty może już z Andrzejem o tych pieniądzach rozmawiała? Wiesz, swoją drogą, że Ja ciebie nie rozumiem. Czy ty jesteś głucha i ślepa? Nie pamiętasz, na co te pieniądze poszły? Nie? No przecież na indyka, dla ciebie! Nie pamiętasz, jak żeś się po tym indyku oblizywała…? No, teraz może mi powiesz, że była to uczta cokolwiek symboliczna, ale ciekawa jestem, jaka miała właściwie być? Przecież to obiad, objadanie się, starodawna obiata. Wolnością się objadłaś! Gdybym go zamordowała, upiekła i okrwawionego borówkami pod nos ci przyniosła, to dopiero byś urządziła scenę, dopiero by ci się broda trzęsła, już Ja ciebie znam, histeryczko. Dobrze, dobrze, teraz mi powiesz, że to nie moje pieniądze poszły, tylko Trepa. Ale zaraz, kochana. Czy ktoś tu mówi, że Ja te pieniądze zabrałam? A może Ja je tylko pożyczyłam? Do Gwiazdki, na razie, daleko. Barbara po lodzie, święta po wodzie. W ogóle, jeżeli komuś zależy, to zarobić pieniądze jest bardzo łatwo. Na samym rozwożeniu kwiatów mogę zarobić kokosy. Co dopiero na rozwożeniu kokosów. Chryste, jak mnie trzęsie. Muszę coś zrobić, muszę natychmiast złapać Andrzeja i sprawdzić, czy nie zrobiłaś Mi jakiegoś świństwa.

… Od południa urywam telefony. U ojca w Alejach – głucho, u tej jakiejś Rózi, co mu papiery porządkuje, ni czorta, a pod tym telefonem „Gdyby Coś Się Stało” – sygnał, że zły numer. Tu Mi się coś kojarzy. Może go zatrzymało na czterdzieści osiem godzin? Tylko tego brakowało, lecę do ojca w Aleje, drzwi otwarte na oścież, papiery, klucze na stole, książka jeszcze ciepła, wszystko dla mnie jasne. Ale i mętne. Trzeba się spytać u babci w konfesjonale. Wiesz u której? U tej z kiosku. Pergaminowa twarz, święta cierpliwość do ludzi. Wszyscy jej się zwierzają, wszyscy się radzą, najwięcej ten kretyn ze szkoły specjalnej. Chłop jak klon, a móżdżek ptasi. Twój przypadek. Biegnę, jakbym igły miała, nie obcasy. Panika! Prawie tańczę. Jest kiosk. Jest klon. Klown.

– Bła, bła, bła.

– Masz rację, synu, „Radar” już był.

– Bła, bła.

– Nie denerwuj się. „Karuzelę” dowiozą.

– Bła.

– Zaraz matka przyjdzie, tylko…

– Teraz Ja, teraz Ja. Chodzi o to, czy mogli go zatrzymać na czterdzieści osiem godzin?

– No nie wiem, dziecko, chyba nie, teraz to chyba musi być sprawa. Bez sprawy to nie. Chyba że zatrzymają.

Oj, bła, bła, dziękuję, lecę do milicjanta w szklanej budce, co ambasady pilnuje. Mogli czy nie mogli? – A w jakiej sprawie? – A nie ma sprawy? – Jak nie ma sprawy, to nie mogli. Najpierw musi być sprawa.

No, ładna historia. Serce Mi wali jak w kuźni, lecę z powrotem do ojca, widzę, co widziałam, chce mi się gdzieś zadzwonić, a tu przy telefonie kartka, ojca drżącą dłonią skreślona: „Dzwoniła Helenka, prosiła, żebyś wpadł”. A niech ją, a niech was wszystkich wszyscy. Słyszę chrobot myszy w sąsiednim pokoju. Ojciec kaszle? Wchodzę. Śpi. Chudy bardzo, bardzo czarny. Do gawrona podobny. Usta otwarte, jakby koleją jechał. Dotknęłabym, ale się boję. Obok łyżka leży, srebrna, znajoma. Jak dla niemowlaka. Zabieram tę łyżkę Ja jemu. Jeszcze nie wiem, co z nią zrobię. Ale mam. Macie za swoje.

E

E!

Koniecznie załatw przedł. książ. zdrowia. To plus zaświadczenie z poprzedniego pobytu w szpitalu. Może na tej podstawie dostaniesz jakiś zasiłek, sprawdź!

K

Dlaczego właściwie nie ma u nas żadnych gejsz? Przecież jeżeli przyjeżdża do nas jakaś sławna osobistość, pisarz albo uczony, albo dyplomata, no to trudno, żeby zwiedzał stolicę z wycieczką PTTK. Natomiast te panie z Ministerstwa Hutnictwa i tym podobne może nie mają dosyć fantazji, żeby pokazać mu coś naprawdę ciekawego. Uważam, że taka naprawdę nowoczesna gejsza powinna mieć swój styl, dobrany do niej i do tego pana. Wrażliwcowi z Wysp Brytyjskich pokazałabym hodowlę storczyków w Nowym Dworze, a infantyłkowi z Ameryki – wesołe miasteczko na prowincji. Takiemu, co się lubi zwierzać, pokazałabym Szpital Przemienienia, gdzie mi wycięto migdały, a każdemu obowiązkowo – niedźwiedzie przy trasie tramwajowej. Wszędzie na świecie, nawet w takiej małej Szwajcarii, robią koło swoich niedźwiedzi wielkie halo, tylko my nic nie umiemy sprzedać, nawet takiego faktu, że u nas widać misie z tramwaju. Po zwiedzaniu można by coś wypić i zjeść w „Węgierskiej”, a potem dla kawału dać się pobić w „Oazie” albo zresztą, czy Ja wiem, wylądować na jakiejś łasze z butelką Wędrowniczką. Można by bimbrownie mieszkaniową pokazać, jeżeli ktoś lubi folklor, albo to przedszkole eksperymentalne, gdzie nie naklejają pasków na twarz (bo u nas, jak ktoś za dużo gadał, to zaklejali mu usta plastrem). No a potem wszystkie kwiaty i prezenty oddawałabym tobie, moja ty rezolutna żonko. „Ciebie jedną tylko mam i tylko ciebie nie mam…”. Pamiętasz taką pieśń? W każdym razie mogłabym zorganizować kurs dla supernowoczesnych gejsz, gdzieś na przykład przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych, tam też mogłabym pobrać z góry zaliczkę. Jeżeli jest to pomysł, to zaraz jutro tam pójdę i uszy do góry, biała bluzka, kokarda, na razie ten styl.

Elżbieta Druga

Elu.

Kiedy wyszłaś, była u nas pani Czesława Urbaniak, matka Józefa Urbaniaka, Żozefa. Bardzo płakała. Spędziła u nas czas od 16.00 do 18.00. Ona mówi, że od pierwszej chwili, kiedy jej syn przyprowadził cię do domu, orientowała się, że nie jesteście małżeństwem, ale nie chciała burzyć jego szczęścia. Bardzo go kocha, ale to nie jest jej prawdziwy syn, tylko adoptowany. Ona się boi, że kiedy on będzie miał stały meldunek w Warszawie, to może ją zamordować. Słyszała od sąsiadów, że w adoptowanych dzieciach wybuchają złe instynkty i jedna kobieta na tej samej ulicy została uduszona męskim szalikiem zupełnie bez śladu. Dlatego też ona go nie zameldowała na wszelki wypadek u siebie tylko u rodziny na wsi i ta sprawa za każdym razem odżywa, kiedy trzeba coś załatwić. Najgorzej było ze szkołą, ale to jej się udało załatwić przez znajomą, która miała znajomości w Teatrze Wielkim, więc dostali to miejsce w szkole baletowej. Kiedy ty się sprowadziłaś, p. Czesława zaczęła się jeszcze bardziej bać, bo myślała, że jesteś energiczniejsza od niego i że załatwisz mu ten meldunek przez upór, a w końcu i sobie. Słyszała od sąsiadów, że adoptowani synowie są dla matek gorsi niż prawdziwi i był taki wypadek na sąsiedniej ulicy, że syn z synową otruli matkę, wpuszczając małe dawki cyjanku do herbaty, co nie pozostawiło żadnego śladu. Więc bardzo było dla niej ważne, żebyś ty się wyprowadziła. Kwestia tego meldunku całkowicie zburzyła jej sen, była nawet w tej sprawie u wróżki. Teraz jednak, kiedy widzi, jak ten syn cierpi, zgadza się, żebyś wróciła i żebyś wzięła z nim ślub. Ma tylko taką prośbę, żebyś w obecności świadków i najlepiej kogoś z milicji złożyła podpis, że nigdy się u niej nie zameldujecie. Jeżeli ci to odpowiada, to ona nawet jest gotowa dać ci dziesięć tysięcy na pierwsze dni. Przede wszystkim chodzi o buty, bo w tych, co masz, nie możesz iść do urzędu ani do kościoła. Ta pani czeka na twoją odpowiedź i przyjdzie jutro o godzinie 16.00. Józef wstydził się przyjść, bo uważa, że zachował się wobec ciebie nie po męsku, ale przysyła ci widokówkę, którą kiedyś razem kupiliście, i prosi, żebyś mu na niej tylko napisała „tak” albo „nie”.

Co do mnie, to bardzo mi się pani Czesława podobała. On też, sądząc po zdjęciu, jest miły i przystojny. Gdybyś dostała te dziesięć tysięcy, mogłabyś oddać panu P.D. pięć tysięcy, a za resztę kupić sobie pantofle i kwiaty do kościoła.

PS On mógłby się ewentualnie zameldować u nas.

K

Krystyno!

„Hawaju czar, okrutny, słodki czar Hawaju…”. Ciekawe, skąd tej starej miotle przyszło do głowy, że Ja nie mam butów? Przecież Ja mam prześliczne czarne szpilki jak stąd do nieba. Wiesz, jak się w nich fenomenalnie tańczy? Phantastico! Widokówka owszem, owszem. „Gdy się króliki pierdolą, będziem was witać chlebem i solą”. Powiedz temu małemu, że ma pupcię jak zajączek. Słuchaj, Kristesso, są jednak ludzie na świecie, którzy mają genialne pomysły: dyskoteka dla dzieci. W pierwszej chwili myślałam, że śnię. Listopad, śnieg z deszczem, deszcz z deszczem, deszcz ze śniegiem, a tu ogłoszenie jak słońce: dyskoteka dla dzieci. Od razu doznałam olśnienia i popędziłam na Sadybę do Trepa. A, to pani, bardzo miło, hę, hę, może herbatki, może kawki, właśnie miałem telefonować. Mam nadzieję, że się pani z Marysią nie nudzi, ach, skąd, ach, skąd, właśnie żem przyszła, żeby się dziecko trochę rozerwało. A to świetnie, świetnie, bom ją właśnie na tenisa ziemnego zapisał. Ziemnego? Ziemnego, proszę pani, taka hala, to jest coś cudownego, w sercu Warszawy, a po prostu Europa.

Och, Christine! Szkoda, że pani przy tym nie było. Hala jak lala, tylko że koniec świata, żadnego baru ani nic. Po lewej stronie Powązki, po drugiej magazyny wojskowe, dalej przecznice, bocznice, stare traktory, gdzie tu iść? Piłki skaczą tam i z powrotem z dziwnym skutkiem, jakby ktoś echo obciął, czas się guzdrze. Kobieta jakaś ładna, opięta, zrobiona na blond, też na dziecko czeka i coś jakby korek jej z torby wystaje. Niestety, czarna porzeczka dla małego. Kobieta krzyżówkę rozwiązuje, mówi: „Tylko mi się ryba i unia nie zgadza. A mała wyspa Archipelagu Sundajskiego mi się zgadza”. Panowie się z wolna schodzą, przy krzyżówce pomagają, ale z zegarkiem złe rzeczy się dzieją, czas stoi, a piłki stukają szalenie denerwująco i nie białe są, tylko cytrynowe. A tam, do diabła! Dyskoteka czeka. Dosyć tego. Chodź, mówię, dziecko, bo się spocisz, nauczysz się innym razem. Dzisiaj są nasze urodziny, mamy pięćset złotych na taksówkę i młode życie przed sobą. A tutaj nuda, cmentarz, cytryny i marne towarzystwo. Między rybą a unią nie mamy czego szukać. Znasz taki wierszyk: „Mam dość tych mord – powiedział lord – zbudował własny kort i zaczął uprawiać golf”. No. Wypiliśmy po małym piwie i jedziemy. Koniec świata, ale nic nie szkodzi. Z daleka już słychać „Beduini na pustyni”, lampki się świecą jak na choince, w dole Wisła, czy może już nawet Odra, jest i buda, jednym słowem cały komplet. Dziecko aż nogami ze szczęścia przebiera. Wchodzimy, płacę za bilety, a tu bramkarz ciach, ciach, zamiast nam numerki dać, to nam normalnie wybija je na rękach! „Co to jest, co pan wyprawia? Gdzie ja jestem? W Ravensbrück? W tajlandzkim burdelu??”. Miałam chęć przyskoczyć do niego z pazurami, ale on był szybszy i śmignął mnie na skos przez twarz jakimś śmigłem. Co to było? Przezroczysta witka? Plastik czy roślina? Bardzo interesująco teraz wyglądam, mam na lewym policzku śliczną łodyżkę, nad którą jak kwiat unosi się moje lewe oko. A tam! Zaraz mi przeszło. Tańczyłyśmy jak szalone. Motyle po prostu! Po sześciu czy siedmiu kawałkach takie byłyśmy zziajane, żeśmy wyszły polatać nad Wisłę, małośmy się w bagnie nie utopiły. Wracamy, bramkarz pyta: „Które to?”. A my: Panny Ravensbrück. I już był nasz. Wróciłyśmy po dziesiątej, ale Trep był cały zachwycony. Więc do widzenia, do prędkiego zobaczenia i prawie buzi, dopiero u wrót pytanie: „À propos – a co z biletami na kolej? Czy się mylę, czy dawno są już kupione?”.

Kupione, kupione, co się będę przejmować na zapas, nie?

Twój człowiek w Małkini – E2

Elżbieta!

Musimy porozmawiać poważnie. Nie możesz bez końca przeciągać tej sytuacji. Masz dwa wyjścia. Albo powiesz temu panu, że nie masz tych pieniędzy i zobowiążesz się oddawać je np. w ratach, albo postarasz się np. o zasiłek. W przeciwnym wypadku ten pan może zwrócić się o pomoc do władz i zostaniesz ukarana. Zresztą jak długo można bujać w obłokach? Owszem, jeżeli twoje nerwy nie pozwalają ci w tej chwili podjąć stałej pracy lub nauki, to bardzo proszę, jedź do sanatorium. Kiedyś już byłaś i mówiłaś, że bardzo ci pomogło. W takim wypadku musisz zgłosić się do b. miejsca pracy albo do rady narodowej i z przedłużoną książeczką udać się do rejonu. Jest 2 XII godzina 19.00, a bilety na linie dalekobieżne sprzedają na 90 dni naprzód. No to policz sobie. W ogóle czasem warto sobie zrobić rachunek.

Twoja oddana K

Słuchaj, chameczko!

Co tu się w ogóle dzieje? Jaki rachunek, jakie „policz sobie”, jakie „poważnie”? Z kim poważnie? O czym? I co to jest za ton, co za fochy, jaka pycha! Czy ty myślisz, że Ja nie rozumiem, co tu jest grane? Że wisi ci na wargach cudne słówko „nieprzystosowana”? A do kogóż Ja mam być przystosowana? Do ciebie, do pana Józka, do jego oszalałej ze strachu matki? Do przepisów z piekła rodem? Czy ja po to zeszłam z drzewa, żeby grać w komórki do wynajęcia? Żeby się mieścić w jakimś Stąd-Dotąd? A może Ja chcę dokonać czegoś wspaniałego, może Ja nie mam zbyt wiele czasu, może ja muszę się liczyć ze stratami? Może Ja dla ciebie, kuratorku, tak prę i pożądam, i znowu rwę, i znowu prę i pożądam, przecież swoim kosztem, swoim! Przecież nie taszczę się pod Łódź tylko po to, żeby zobaczyć, jak wygląda butelka wódki, ale sprawdzam na własnej skórze, czy ziemia jest okrągła, czy płaska, robię tysiące odkryć i tysiące błędów, o których nie masz pojęcia. O, ja wiem, że wy wszyscy wolicie moją gorszą część… Że kiedy eksperymentuję, rwiecie włosy z głowy, a kiedy schodzę do pozycji płaza, mówicie: „Nareszcie jest z nami, jest jedną z nas!”. Co ty myślisz, co ty sobie myślisz? Że Moje wyprawy to są jakieś wycieczki? Giganty? Cugi? A może to są podróże Magellana? Wyprawy Cooka? Świetne omyłki Kolumba…?

A cóż by szkodziło w końcu takiemu panu P.D. podejść do biednej dziewczyny i powiedzieć, jak święty Franciszek do zwierzęcia: „Masz, dziewczyno, weź sobie te głupie pięć tysięcy, wiem, że jutro musisz płynąć do Indii”… A cóż by szkodziło lekarzowi z rejonu przyjąć Mnie bez stempelka? Co? Myślisz, że by Mnie nie przyjął? A właśnie że przyjąłby Mnie, chciałby Mnie przyjąć, tylko by Mnie się bał! Myślałby, oho, przyjąłem ją bez stempelka, teraz ona wie, że jestem mięczak i przy okazji trzaśnie mnie w miękkie podbrzusze. O, te stempelki toście sami przeciwko sobie wymyślili, żeby się trzymać w szachu. A tak, żeby się w szachu trzymać wzajemnie i samego siebie w szachu trzymać, i samemu sobie samopoczucie poprawiać i szyku stempelkom zadawać. Tak, tak. Tam gdzie was nawet o stempelek nie pytają, to wy jeden przez drugiego się wyrywacie „mam stempelek, mam stempelek” i podskakujecie na jednej nóżce. A wolną rączką nas pokazujecie pod ścianą stojących albo właśnie niebem frunących bezstempelkowców. O, mówił, mówił do was kiedyś poeta „pospolitość skrzeczy”, aleś ty go słuchać nie chciała. A teraz co? Nie skrzeczy ona? Skrzeczy, skrzeczy, tylko że teraz jest to skrzek uświęcony, przebrany i wyświęcony. Skrzek przerobiony na pieśń, na hymn, na mowę niby-pańską, a bezpańską, na doktorat he, he, he. Skrzek. Skrzek! Skrzek o mocy paragrafu. Baczność, w lewo patrz, w prawo patrz, patrz i równaj do skrzeku. A kto nie w skrzek, to osioł. Tak, tak. Dumna jesteś, że należysz do skrzeku. Zamiast się wić w kompleksach, że nie jesteś Magellanem, to ty dumna jesteś, ba, pyszna, ba, w pysze zasiedziała, że czym? Że skrzekiem jesteś. A Ja? Co Ja robię? Ja, oczywiście, wprowadzam dezorganizację. A czy ty nie pomyślisz przez chwilę, że Ja przez dezorganizację zmierzam do organizacji wyższego rzędu…??? Że co? Że co będzie, jeżeli nie zdążę? Nic nie będzie, będzie to, co było, będą następni podróżnicy i będą następne skrzeki, co tu kryć, takie są koszty eksperymentu, przynajmniej człowiek sobą nie gardzi… Coo? Że to się kupy nie trzyma…? Noo, kochana. A tamto się trzyma? Nie żartuj. Weź mikroskop i spojrzyj na żabi skrzek. Potem porozmawiamy.

E

E!

We czwartek – pogrzeb ojca Andrzeja. Godzina 10.45, kościół Świętego Karola Boromeusza.

K

A dajże mi spokój z waszymi środowiskowymi pogrzebami, dobrze? Na pamięć to znam: Nawa. Nawa główna. Muzyka. Anielskie śpiewy. Razem z tutejszym chórem śpiewa pewna tajemnicza zakwefiona mniszka. Któż to, ach, któż? Ach to primadonna z operetki, która chce zachować swoje incognito. Pośrodku sceny (przepraszam) w ozdobnym pudełku – nasz honorowy gość, chciałoby się powiedzieć gospodarz imprezy, gdyby nie Pan Bóg, który podobno lubi wtrącić swoje trzy grosze przy takich okazjach. Nasz bohater, odtwórca głównej roli, odpoczywa po ostatnim bankiecie. Jeszcze nie wie, że umarł. Pierwszy raz wybrał się do miasta ubrany na czarno. U jego stóp – burza fiołków i lilij. W pierwszej ławce, oplatana welonem – ta czarna lisica, jego matka, znana gwiazda kina niemego. Przez całe życie nie mogła na niego patrzeć, że nie jest taki jak tamten, co wyjechał do Honolulu, albo ten jeszcze milszy, którego nie donosiła. Teraz stoi dumnie oparta o tego pana, który z nią jest. Ten pan od lat nie może na nią patrzeć, ale też i oderwać się nie może, bo zawdzięcza jej rolę Myszki Miki w dubbingu. Dalej horda panienek. Ta, z którą pił jeszcze wczoraj, ta, do której się wprowadził, kiedy się wyprowadził ten architekt, co się zabił na Saharze, ta, która chce, żeby jej nie widziano, i ta, z którą się rozwiódł, kiedy miał dziesięć lat. Przerwa w śpiewach, głos zabiera ksiądz, też malarz i aktor, poza tym poeta. Jest z tobą na ty. Mówi, że to Matka Boska go zabrała. Byli umówieni na podwieczorek, ponieważ to jasne: dziś są jej imieniny. Jest właśnie ósmy. Piętnasty. Drugi. Prawda? Umiem lekcję? Kaczorku?

E

Ojciec Andrzeja miał osiemdziesiąt cztery lata.

K.

To się tak mówi…! Och, znasz taką piosenkę: „Sama nie wiem, czego mi dzisiaj brak, sama nie wiem, na co mam dzisiaj smak…” i dalej „… Spotkałam na molo Chińczyka, uparcie uśmiechał się do mnie, uparcie…”, … już nie wiem… w każdym razie mam dzisiaj ochotę mieć długie pazurki i wbijać je w groszek ptysiowy. Mam też ochotę na jakieś longdrinki czy landrynki, chyba pójdą na to nasze lonżinki. Co byś powiedziała na takiego Czarnego Jacka? Albo Różę Hongkongu? Albo na Małego Figla? Ech, życie, życie, jak ty mnie tarmosisz za wąsy. No trudno. Zaprowadziło mnie do baru „Bistro” na placu Zbawiciela. Zaczęłam od koloru różowego. Przyczepił się do mnie jakiś obywatel ze wsi. Że on jest ze wsi i żebym mu pokazała stolicę. Pokazałamu mu „Kaukaską”, kino radzieckie „Oka” o trzech wymiarach (po wódce to jest cudo, kolorowe ryby łaskoczą cię po uszach), a następnie, ustaliwszy, że się przeprowadzimy do Karpacza, udaliśmy się do pobliskiej „Kongresowej”. Poprosiłam go, żeby wrzucił do fontanny tysiąc złotych na szczęście, a sama wykonałam „Jezioro łabędzie” w dwóch aktach. W przerwie kelner zwrócił się o pomoc do władz porządkowych, żeby Mnie zdjęto z fontanny, ale mój ziemianin stawiał całość. Ponieważ jednak o czwartej rano byłam umówiona ze znajomymi do kina, pożegnałam się z arcyksięciem Karpacza i po wyłowieniu tysiąca złotych chwilowo odzyskałam niezależność.

Udałam się na dworzec do sklepu nocnego. Było mi smutno. Kupiłam bułkę z kruszonką za dwadzieścia dwa złote i poszłam na peron jeżdżący do Poznania. Byłam pewna, że spotkam tego myszowatego, co sprzedaje piwo z teczki, i spotkałam. Strasznie jest zaszczuty, szczują go psami, które czują piwo. Jakoś bez sensu było tak się żegnać, kiedyśmy się dopiero przywitali. Wzięliśmy tramwaj i pojechaliśmy do baru „Maciek” przy Komunalnym. Tam już go zgubiłam.

Ciemno było bardzo. Nakupiłam gazet i zapałek, i taką sobie z tego zrobiłam pochodnię. Poszedł ze mną kot bardzo chudy. Przy mogiłce taty Andrzeja pełno jeszcze było kwiatów i wstążek, wszystko pachniało jesienią i starą szafą. Nakruszyłam mu okruszyn z tej bułki, niemało. Jadł i jadł. Potem wyjęłam z kieszeni tę łyżkę, co Mi ją pożyczył, i długo karmiłam go piwem przez ziemię. Pił i pił. Widzisz, dziadku, widzisz, byli goście i poszli, tak to jest z gośćmi. Ale grunt, że syna masz dobrego, prawda? Grunt to dobry syn. Wyjęliśmy z kota budzik enerdowski, nastawiliśmy na ósmą, postawiliśmy przy głowie. Niech się wyśpi…

Zmarzłam jak pies, złapałam sto dwadzieścia dwa, ale to było co innego, przywiozło mnie tylko do placu Defilad; przedefilowałam do „Europy”, ale mnie nie wpuściło. Buty miałam ubłocone, wyglądałam jak ciotka żółwia. Zresztą jestem ciotką. Każdy jest czyjąś ciotką, nikt się od tego nie uchroni, bowiem wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami. Ten cieć, co Mnie wypchnął z „Europy”, też jest ciotką chociaż w liberii. Szturchnął mnie, ale i Ja go szturchnęłam, wtedy on Mi się tak odszturchnął, że wpadłam na ruchome drzwi jak w paszczę hipopotama. Ugryzł Mnie w łokieć. Powlokłam się bez sensu. Chciało Mi się zapalić, ale nie miałam ognia. Przy Grobie Nieznanego Żołnierza spytałam chłopców, czy nie mają ognia. Nie mieli albo mieli, tylko nie chcieli dać. Spytałam nieznanego żołnierza, czy nie ma ognia. Miał. Przysiadłam sobie przy nim i zapaliłam papierosa od takiego kaganka. Strasznie Mi smakowało, dawno nie paliłam, poczułam w głowie miły męt i zaczęłam się coraz bardziej osuwać i obniżać ku Nieznanemu. Przypomniały mi się straszne i słodkie bajki o wędrowcach, którzy zamarzli na śmierć, ale przedtem, tuż przedtem czuli prawdziwą słodycz na języku. Nabrałam nagle ochoty, żeby też tak cicho i łagodnie umrzeć z tym miłym zamętem i z tą nieznaną słodyczą w ustach. Tak trwaliśmy sobie, cicho i bezgrzesznie, a wszyscy parami: papieros ze swoim wujem kagankiem, wartownik z wartownikiem i Ja z moim małomównym ukochanym. Wtem starzec nadszedł, straszny i z laską. I w kapeluszu. I w okularach. I butach czarnych, czysto wyczyszczonych. – Proszę natychmiast wstać – powiedział. – Mój pradziad walczył w powstaniu styczniowym i poległ jako jeden z pierwszych, mój dziad bił się w Legionach, mój ojciec stracił życie w obronie Warszawy, ja sam mam trzy żelazne żebra i nigdy nie pozwolę, żeby dziwka, pijana dziwka, poniewierała się po moich pamiątkach narodowych. Nigdy. Ja nie pozwalam. Nigdy. Zamachnął się na mnie lagą. Zapiał. Papieros wyleciał Mi na ziemię. Odetchnął na razie. Odszedł, szeleszcząc żelaznymi żebrami.

– Ej, ty – zachrypiałam za nim – przyjaciel mój dzisiaj umarł. Święty człowiek. Święty…

Nie dosłyszał. Odchodził w pustą jamę Królewskiej jak król.

Za dziesięć minut był radiowóz. Jechaliśmy niedługo. Muszę ci powiedzieć, piesku, że jak Mną cisnęło o ścianę, kiedy Mnie panowie wprowadzali do celi, to do dziś masz tam cudowny odlew moich pleców. Jeżeli bywasz na strzelnicy i pragniesz wziąć udział w zawodach pt. „Strzał do biegnącej sylwetki”, to polecam ci przedtem numer cztery: trening, wyżywienie i ciekawa rozmowa – wszystko jak znalazł.

E

Załatwić do dziesiątego grudnia:

1) Kartki na grudzień.

2) Zaświadczenie o stanie zdrowia, ponieważ…

Uwaga, uwaga, rozbieram się do naga. Wcale nie zamierzam tego czynić. Drę i zjadam w całości.

E

Rób, jak uważasz.

K

Jak myślisz? Może Ja się powinnam ubezpieczyć? A może wystarać się o pracę w ubezpieczalni? Zima idzie, a w biurach ciepło. Herbaty nigdzie nie ma, a urzędniczki mają. I to chyba dobrą jakąś, bo tak się napawają jak w palarni opium, ach, uch, jaka pyszna herbatka, aż całe okienko zaparowane. A jeżeli w torebkach, to może też wystarczyć i na drugą, dla Mnie. No więc jak? Zawsze to słońce w płynie.

Elizawieta Samowarowna Czapajew

Rób, jak uważasz.

K

To już mnie nie kochasz?

E

Rób, jak uważasz.

K

Piesku… Pieeesiu… Czy ty się na Mnie aby nie gniewasz? Gniewasz się, paskudo? Oj, Pies, jak ty się na Mnie pogniewasz, to już wszystko będzie ze Mną pogniewane. Czy ty myślisz, że Ja nie wiem, że ty jesteś święta kobieta? Że Ja nic nie pamiętam? No coś ty. A kto łapę przewiązał, kiedy spadłam z czwartego piętra? Kto Mnie uśpić nie pozwolił, kiedy wszyscy naokoło swoje usypiali? Kto Mi dał koszyk do spania i mleko do picia? Kto Mnie z pułapki na szczury wyciągał, sam się przy tym krwawiąc i niszcząc nową sukienkę? Kto Mnie łobuzom do worka nie dał? Kto Mnie do łóżka przyjął i nóżki Mi ogrzał, i oczy wycałował? Kto Mi drzazgę z ucha wyjął wielką jak bagnet? Kto, no powiedz, kto?

Pozdrawiam cię z upalnej Alabamy i całuję wszystkie twoje pierścionki i nietoperze na pierścionkach.

Elżunia

Dzwonił Andrzej, prosił, żebyś przyszła do niego na Różaną. Biała bluzka leży na stole.

K

Krystyno!

Nie jest łatwo być synem. Są różne problemy, nieznajomość rzeczy, dochodzi też skrępowanie. Najpierw ojciec krępuje syna, a potem nieraz syn czuje się skrępowany z powodu ojca. Jedzie, powiedzmy, z ojcem koleją, ojciec dement, usmarkał się do pasa jak małe dziecko. Naprzeciwko siedzi dziewczyna. Piękna i z miasta. Syn, przez ojca skrępowany, próbuje ojca odwiązać, udaje, że to nie jego ojciec albo nie jego sprawa, albo w każdym razie nie jego smarki. Smarkacz z tego ojca i smarkacz z syna. Ale Andrzej? Dla Andrzeja to w ogóle nie jest żadna sprawa. Normalnie ojcu by gile utarł, a do dziewczyny: „Chodź, przejdziemy się do bufetu, może jest herbata. Ojcu też by się coś gorącego przydało…”. Tak by powiedział. Dziewczyna chętna, spokojna, że nie cham. A on w bufecie: – Dokąd jedziesz? – Do Skarżyska. – A to zabawne, ojciec był przed wojną kierownikiem szkoły w Skarżysku. – Mój jeździ w Pekaesie. – Uważaj, gorąca szklanka…

Ejjj, co ty taki ważny jesteś, co? Że ojca miałeś? Co z tego? Ja czterech ojców miałam. Takie Mi misie dawali z kokardami, żeś ty takiego misia w życiu nie widział. A czekolady? A broszki? W życiu! W życiu nie widziałeś. Patrz. Paatrz na Mnie. Paatrz!

Mój jeden przyjaciel miał taką historię z ojcem. Jeszcze jak był mały w Zielonej Górze, przestraszył się czegoś i miał chęć porozmawiać z ojcem, ale zaraz. A ten ojciec był jakimś kimś i miał własne biuro. Nieblisko to było, ale ten mały znalazł jakoś drogę i dojechał. Wszedł po szerokich schodach, dopukał się do drzwi; tam przyjęła go sekretarka. Tak a tak, za drzwi nie wyrzuciła, ale kazała czekać. Im dłużej czekał, tym bardziej się czuł jak petent. W końcu po dywanie do ojca wszedł i też jak petent czy jak palant na palantowym miejscu usiadł. Poczuł, że ma pusto w głowie i coraz mu się gorzej robiło. Zaczął jakąś taką gadkę szmatkę, jak się z obcymi ludźmi rozmawia, a to, a tamto, ręce spocone, głowa rozpaczliwie szuka tematu. O czym by tu, o czym by tu.

A ten jego ojciec, może prawdopodobnie wzruszony, że mały przyszedł, też się jakoś gubić w tym zaczął. Nieprzyzwyczajony syna na palantowym miejscu widzieć. Przyzwyczajony widzieć petenta; a gdy petent nudny – palcami po biurku bębnić, a kiedy kurdupel, to jeszcze bardziej bębnić i z góry kosę spojrzenia rzucać. No a synek to z jednej strony synek, ale z drugiej i petent, i kurdupel. Jakoś więc się temu ojcu palce same po stole rozbębniły, małemu temat z głowy uciekł i w końcu do ciekawej rozmowy ani do ciekawego życia nie doszło. A Andrzej? Dla Andrzeja to w ogóle nie jest sprawa. Normalnie wchodzi do gabinetu i mówi: tato, miałem okropną historię, bawiłem się piłką, wpadła mi pod tramwaj, pobiegłem za nią, tramwaj przejechał tuż-tuż, nic mi się nie stało, ale poczułem straszny strach…

– Czego się przestraszyłeś? – Chyba śmierci, tato… – Śmierci, powiadasz synu? Ha, śmierci…? Chodź no tu do mnie. – I posadził go sobie na kolanach, ugłaskał i obaj usnęli spokojnie pod paprocią. Wszystko w porządku, wszystko syropem polane, był kaszel, nie ma kaszlu. Waga wszystko zważyła.

Ejjjj, co ty taki ważny jesteś? Że ci ojciec umarł, co? A mnie to mało ojców umarło? Mało? Wszyscy mi umarli, a żaden Mnie na pogrzeb nie zaprosił. Myślisz, że się przejmowałam? Wcale się nie przejmowałam. Przynajmniej mi się kwiaty nie zmarnowały. Widzisz mój wianek z małży? Właśnie, małżeństwo z małżami! Mało ci jeszcze?

Ty małżowino uszna, bezduszna! Myślisz, że Ja jestem szczygłem z twojej biografii? A może to ty jesteś szczygłem z Mojej biografii? Coo? Paatrz na mnie, paatrz. Jeżeli nie możesz, to pogderaj. Gderać też nie jest łatwo. Tak samo jak grać i rwać. Spytaj, kogo chcesz. Aktorstwo to ciężka harówka, cięższa niż kopanie kartofli. Same miny, jaka to potworna robota! Twarz się rozciąga od min jak guma. Do tego dochodzi odpowiedzialność przed całym narodem, a także małpia pamięć. Jeden narzeczony, co go miałam na dwóch narzeczonych przed Andrzejem, był z zawodu aktorem. Artystą scen. Ten znajomy miał taką historię, że rano grał jasełka, a wieczorem Szekspira. Któregoś dnia zdrzemnął się na scenie po jasełkach, bo strasznie był niewyspany jeszcze z sylwestra, i obudziły go dopiero te ryki rannych łosi. Pojmuje, że teraz kolej na niego, ale mu się sztuki poplątały i jak nie huknie: „Jestem król Herod, odwołać mi cały przewrót!”… czy coś w tym sensie. Ale małpia pamięć to jest jeszcze głupstwo. Najważniejsza rzecz na scenie to jest umieć się dobrze przewrócić. Małpiej pamięci czy na przykład osobowości to się można nauczyć od kolegi albo ci sufler podpowie. Ale dobrze upaść to jest sztuka! Po tym, jak kto pada na scenie, można odróżnić fachowca od amatora. Aktor musi tak upaść, jakby w ogóle nie miał kości: spontanicznie jak jabłko od jabłoni i kunsztownie jak zjawa w chińskim cyrku. I cicho, na litość boską, cicho!

Dla Andrzeja to jest żadna sprawa. Powiedzmy, że go ktoś dźgnął szpadą i że to jest trzecia scena czwartego aktu i nie ma żartów. On pada jak kloc albo wali się jak wór kartofli, albo wcale nie pada, tylko siada sobie gdzieś w kącie. A publiczność wstaje z miejsc i wyje: „Brawo, bravissimo, to jest dopiero artysta!”. Bo go kochają, bo ufają mu, mogliby tej sztuki wcale nie oglądać i tak by wiedzieli, że on wszystko dobrze zrobi, tenksiążęduński, tenksiążęzduński i pacanowski. Patrz na Mnie, paatrz! Już kiedyś miałam taką lalkę, co się nie chciała na Mnie patrzeć, to tak jej głowę przekręciłam, że wszystkie guziki miała z tyłu. A dlaczego wy wszyscy najpierw mówicie – najpiękniej jest leżeć między nogami dziewczyny, a już na drugi dzień wspinacie się po murze pychy i ambicji? Dlaczegoś Mnie nie upilnował, Poloniuszu? Teraz! Teraz przychodzi do Mnie ten ananas i jęczy: „Ach, czemuż ja ciebie porzuciłem, Ofelio, jakiż ja głupi byłem. I to wszystko przez kogo, przez co, przez intrygę polityczną…!! Och, wróć do mnie, moja maleńka miss! Wróć… wróć…”. Taak, teraz Mi to mówi, teraz, kiedy płynę już setną rzeką, płynę w wianku z małży i śpiewam sobie pitu-pitu, a twarzyczkę mam czarną jak Murzyn. Murzynem być też nie jest łatwo, ale dla Andrzeja to by nie był żaden problem. Dzień dobry państwu, jestem Murzynem. Państwo pozwolą, że usiądę sobie koło białej kobiety i opowiem państwu historię mojego nieszczęśliwego narodu. Krakowiaczek jeden miał koników siedem, siedemnaście lat miałam, kiedy Mi mama powiedziała: „Starzejesz się, masz rzadsze włosy niż ja, powinnaś sobie kupić szczotkę z końskiego włosia”. Włosiennicę mam nałożyć, taak? Pana Boga przepraszać, Panu Bogu dziękować, żeś ty na Mnie spojrzeć raczył? No to paatrz na Mnie, paatrz! Taki zdolny jesteś do wszystkiego, a w oczy patrzeć nie umiesz. Dawniej było łatwiej patrzeć niż teraz. Szedł sobie człowiek po ulicy, patrzył, rozglądał się, aż wypatrzył jakiś fakt. Więc zaraz o tym fakcie coś sobie pomyślał. I znowu: fakt. I znowu: myśl. A potem drugi człowiek i jeszcze jakiś fakt, i znowu myśl. A potem: Wymiana myśli. Fakt. Wymiana myśli. Wymiana. Fakt. Ale teraz to nie jest takie proste, zegarki pognały do przodu, fakty runęły przed siebie, myśli ruszyły z kopyta, wszystko się przemieszało, wszystko szumi jednocześnie albo są same fakty i nie ma żadnych myśli, albo myśli ciurkiem lecą jedna po drugiej jak autobusy i na to wygląda, że jest pożar w kurniku i wyścigi stylem dowolnym. Z tego pośpiechu masę osób pisze pamiętniki albo jakieś półdzienniki. Nie to, żeby nie mogli dogonić szybko pędzących faktów, tylko sami siebie nie mogą dogonić, siebie wobec faktów. Nawet jak ktoś przy sobie lusterko nosi, to najwyżej kieszonkowe, a tu tymczasem fakt wielki jak pożar albo jak śmierć, albo jak drugi człowiek, a ty przed faktem tym jak baran. Nie to, żeby ludzie nie umieli pisać, dlaczego nie, to jest tania rozrywka, wystarczy czyste sumienie i trochę wigoru, a przecinków teraz uczą w szkole. Marnie, bo marnie, ale uczą. Jeżeli ktoś ma trochę wyobraźni, to może z przecinków utkać arcydzieło w siedmiu aktach. Ja ci mogę z przecinkami porobić, żeby zdanie brzmiało jak trąba anielska, albo tak, żeby się mieniło jak jazzowa orkiestra, albo żeby kuśtykało jak dziad na bezpańskich schodach. Jeśli chodzi o Andrzeja, to on z tym nie ma żadnego problemu, pisze tak, jak mówi. W końcu o co chodzi? Żeby człowiek wydawał czysty dźwięk. Paatrz na mnie, patrz, nie odkręcaj głowy; widzisz? To są moje zielone oczy, możesz je sobie wziąć na zawsze, ale paatrz, patrz. Patrzcie państwo, jak to się patrzy! Jakby to pierwszy raz. Już? Już.

Najpierw miałam taki pomysł, że przyjdę do Andrzeja zupełnie trzeźwa. Mijały godziny, a Ja wciąż nie piłam. Pomyślałam: wstąpię po drodze do „Hawany”, może kupię jakieś pączki. Siadłam, wzięłam tonic, patrzyłam, jak inni ludzie piją. Jedna matka chytrze wlała sobie szklaneczkę winiaku do herbaty. Ten mały Indianin nawet się nie spostrzegł. Dobrze się czujesz? Dobrze. Bo gdybyś się źle czuła, to się napij. Lepiej, żebyś się napiła, niż wiesz… Niż gdybyś się miała źle czuć. Nie, nie. Proszę bardzo. No bo rzeczywiście, czułam się nieźle. Może trochę za zimno. I za lekko. Trochę tak, jakbym siedziała na papierowym krześle. Zdecydowanie za lekko, za ptaszkowato. Prażynka krewetkowa. Przydałby się jakiś ciężarek. Odważnik. Odwagi więcej. Jestem „waga”? Czy życiowa łamaga? Oj, znam to mieszkanie na Różanej, to już chyba siódme jest. Stale on te mieszkania zmienia. Ukrywa się. Przed czym? To zależy. Przed złymi ludźmi, przed świństwem, przed łobuzami, przed kobietą. Czasem to jest jedna i ta sama sprawa. Nie chce się w nic wdawać, w żadne układy. Ale już jak u kogoś mieszka, to tak trochę tym kimś przesiąka jak babka rumem. Babce wnuczka pohuśta, stolarzowi piłę nareperuje, śpiewakowi nuty potrzyma, lekarzowi świeczkę, a diabłu ogarek. Podobno rentgen piersi kobiecej jest cudowny jak sękacz. Baumkuchen. W Poznaniu to Ja byłam, jak byłam mała. Matka całą noc Mnie tuliła, bo miałam gorączkę. Dla Andrzeja to by nie był żaden problem. Przeprowadzka: proszę bardzo. Żeglarska torba na ramię, buława w plecaku, papierosy są, szczoteczka do zębów jest, o co chodzi. Jeszcze pet. Wędrowny pet, pet wędrownika. I dal. Ochędowszczyzna. Bujawy, Hohenhaga. Gdzie oczy poniosą? Nie, nie, to nie Andrzej, nie wciągaj go w gitarę. On nie taki, żeby się trelami-morelami oszałamiać. Sprawa! Sprawa to jest jego kawa i ława. Kawa na ławę.

Ejj, co ty taki ważny jesteś? Że masz sprawę do załatwienia? Każdy ma. Co do mnie, to jednak nie. Nie za dobrze się czułam. Wróciłam do tej „Hawany”, kupiłam ćwiartkę od portiera. Skąd on to miał? Taka mała małpka jak sprzed tamtej wojny. Nie pociągnęłam ani łyka. Schowałam do torebki, ot, tak, żelazna porcja. W razie pożaru.

Weszłam i szczęście. Staliśmy w oknie przytuleni i tuliliśmy się. Serce czuliło Mi się nieprzytomnie. Starałam się rozpłaszczyć nos o szary, szorstki sweter Andrzeja pachnący ekstramocnymi. Na swetrze była mała czerwona plamka. U kogo on teraz mieszka? U malarza. Pewno pokoje malują. Jedna moja znajoma mówi, że powinni malarzom pracownie zabierać i podciągać pod pustostan. Ale co tam, co tam. Zamknęłam oczy i czuliłam się. Andrzej jest beznadziejny w łóżku w porównaniu z takim na przykład Urbaniakiem. A może to ja jestem beznadziejna? Tak zawsze się na początku boję, tak się boję, że on gdzieś pójdzie, a potem rano tak się strasznie boję, że nie wróci. Co tam. Co tam! Otworzyłam oczy!

Przede mną stała siwa czterdziestoletnia kobieta. W ręce – pince-nez, jak w teatrze. Sztywna, szara, ubrana w coś jakby habit. Z gatunku tych, co się kręcą koło młodych pedałów, myśląc, że im coś skapnie. – Hej – powiedziała do Andrzeja. I on powiedział: Hej. Potem wszedł młody z czarną brodą i powiedział: Hej. Andrzej mu odpowiedział: Hej, witaj. Potem weszli bardzo młodzi z dzieckiem, potem sekta zen z fajkami w zębach, potem dziewczynka w ciąży, potem ksiądz, potem chłop ze wsi, potem wypłosz z psem i wszyscy powiedzieli „hej” albo „cześć”, a Andrzej im odpowiadał wszystkim „hej” albo „hej, witaj”.

Siedli na podłodze. Ja też, ale byłam wściekła. Oparłam się o czerwony stołek. Zrobił mi plamę. Widocznie meble malują, nie ściany. – Andrzej – powiedziałam – pobrudziłam się, widzisz? Przez ten stołek. – Hej, witaj – odpowiedział. Pociągnęłam z flaszki. Sekta zen rozłożyła się koło mnie. Chcesz fajkę? Nie chcę. Przewinęła się ta sitwa. Chcesz herbaty? Nie chcę. Ksiądz się rozsiadł jak kobieta. Chcesz ciastko? Nie chcę. Co wy wszyscy tacy klawi jesteście, co jest, hej? Pociągnęłam z flaszki. Chcesz trawy? Szczeniaka chcesz od tego psa, chcesz szczeniaka, chcesz adres, chcesz posłuchać… Nie chcę, nie chcę, hej.

Pociągnęłam z flaszki. Po kątach brzęczały różne tematy: młody Hegel, Żydzi, taktyka… Nagle cicho się zrobiło, jak w szkole. Usłyszałam głos Andrzeja, zacinający się lekko: głos ucznia przy tablicy.

– Dobry wieczór państwu. Na początek zastanówmy się nad kwestią: Czym była Polska Mieszka Pierwszego na mapie politycznej Europy…

No nie! To już jest bezczelność. A może ja chcę dziecko mieć? A może Ja jestem w ciąży? – Ty Mieszku Pierwszy, może ja chcę dziecko mieć, nie zastanawiałeś się nad tym? – Kopnęłam stołek. Trzasnęło księdza w plecy. Ruszyli na mnie. Przyleciała ta siwa opiekować się. Już bez okulara. A Andrzej odwrócony. Nie ma go. – Łajdak, słyszysz? Łajdak jak wszyscy. A co? A co? A może Ja nie byłam aktorką? Nie grałam Elektry w „Elektrze”? „Dlaczego nie chcesz? Boisz się? Ja nie popchnęłam Orestesa”… Stał nieruchomy. Pociągnęłam z flaszki. Proszę państwa, a czemuż nie wspomnimy na początek o teatrzykach studenckich? To one rozetliły żagiew… Starawy zen poruszył się w kącie: – Co to jest w końcu za emploi – balonik w „Bim-Bomie”… – parsknął ironicznie. Rzuciłam się za Andrzejem do okna. Umknął Mi. Rozwarłam na oścież, rozdarłam się na całą ulicę: „Halo, halo, pójdźcie ludzie, cuda w tej budzie! Głodnych nakarmimy, biednych napoimy, jest panna Nika, co koziołka fika. Kochani, jest taka sprawa, że jeden pan zaprosił mnie na oświadczyny. Przyszłam. Ba! Przybiegłam z wielkiej miłości, w drogocennym welonie, a tu nie oświadczyny, tylko imieniny. Aha! Jak imieniny, to imieniny. Prosimy do środeczka”.

Zaczęło się schodzić tałatajstwo. Gruba w czerwonym. Czerwony w grubym. Proszę, proszę, będzie i gorące. O, tutaj mamy taką małą drukarenkę, ale można przerobić na bimbrownię. Prawda, kochanie, że to się da przerobić? Sznurki. Sznurry, same sznurry z dołu do górry. Sznury, rury, a może i węże, bo strasznie piekące. Może kijanki. Kije. Łupu-cupu we dwa kije. O, jest i Holender, bardzo miło, język angielski znam jak własną matkę… Bęc. Jakiś człowiek mocno uderzył Mnie w twarz. Czarno. Płatno. Płatki czarne. Dalej szarpię te węże. Głos grubej: „Pani da spokój, to jest adapter”. I już czarno. Całkiem. Ten sam tunel, co zawsze.

Kiedym się ocknęła, siedziałam w łazience. Ręce miałam przytroczone do krzesła jak włamywacz. Włamali się do Mnie? Czy wyłamali Mnie? Nie, nie, to tylko ręce. A ta łazienka… Czy nie łazienka? Składzik jakiś. Wiaderko farby czerwonej, prawie już skończone. Pędzle. Dykty jakieś. Krany. Krany tak, są. Żyletki, szczotki, żyletki, to już mówiłam. Wata. Wata we łbie. Flesz. Błysk. O nie. Przypomnienie. O nie! Tylko nie to. Nie przypomnienie. Mnie nie. Błagam. Mnie-nie. Ale jest: przypomnienie. O Chryste, nie. Nie zniosę tego. Pomysł. Musi być pomysł. Och, jak boli. Ręce ratuj. Ręce wyswobódź, będzie pomysł. Swobódź. Łódź. Młódź. Knuć. Nie, nie. Mnie-nie, nie przypomnienie, nie. Już. Puść, no puść Mnie! Puścił Mnie przeklęty sznur. Nie gryź Mnie. Ugryź Mnie. Tak, tak, zagryź Mnie. Zagryź Mnie na śmierć. Nie chcę, mam dość. Mam. Mam i pomysł. Jeszcze chwila. Namysł. Pomysł i namysł. Jest. Bryzga. Tylko ta! Brawo. Skończyć ze sobą, skończyć z tobą, tylko tak. Lecę, bryzgając, po pokoju. Bryzg, bryzg, po wszystkich. Tam już tylko malarz i Andrzej, i siwa. Tylko tak. Bryzg, bryzg. Siwa w skowyt, malarz hyc, a Ja, taak, taak, panie malarz, ręce, żyły, żyletki jak z operetki, mieliście, panowie, mało farby, to teraz się wymiesza. Będzie ładniej. I modniej. Bryzg, bryzg. Krew z farbą, farba z krwią, paatrz, kochanku mój, paatrz, paatrz i opowiadaj wnukom, bo to było łatwe. Ty lubisz łatwe. Niee? Nie lubisz? A to dlaczego zawsze łatwiejsze wybierasz? Sześćdziesiąt dni dookoła świata, zemsta kosmosu, konspiracja: demonstracja, monstrancja, wszystko po to, żeby się od najtrudniejszego wymigać – żeby się co dzień przy tej samej kobiecie nie budzić, za mlekiem nie stać, w ogonie nie trwać… o o o… ogonie… o o o… ogon… – Ja: „O o o ogień”, a oni: „Krew, ręce, bandaż”… A ja: „Krew z farbą, panie malarzu”. A Andrzej: „Bandaż, bandaż”. Biały. A wtedy ja w ryk, w chich! Przecież to farba. Tam i tu farba. Na rękach farba i we wiadrze farba. Tam i tu farba. Nie krew z krwią, ale farba z farbą. Uha, ha, trzymajcie mnie! Farba z farbą. Błahaha. U ha, ha. Farba z farbą. Śmiech i chich.

Twój Kich

1) Twoje grudniowe kartki wydadzą mi na podstawie druku L4.

2) Józek ci zrobił czapkę na drutach.

3) Doktór będzie o 19.15.

K

Oj, Piesku, źle się dzieje starej Wojciechowej, główka boli, czuję się jak po bańkach. Nigdy więcej nie będę piła, chyba że Mnie będziesz zmuszać. Albo burbona, gdybym akurat była w Ameryce. Buty mi się śniły, ale letnie. Czeka mnie daleka droga, pewno wyjadę do ciepłych krajów. Jak byłam jeszcze w szkole, to mama Mi kupiła sandałki, takie wąskie kajaczki na złotych rzemykach. Straszna to była lipa, rozleciały się po pierwszym praniu. Wyrzuciłam kajaki i chodziłam w samych złotych rzemykach owiniętych dookoła kostki. Tak przebrana wybrałam się na Bal Przeglądu i od razu byłam najważniejsza. Do złotych pantofli dobrałam sobie złotego blondyna, tego co później namalował dla Mnie obraz pt. „Zupa nic”. Londyn Blondyn. Wszystkie te twoje żmije postanowiły Mnie zmałpować w przyszłym karnawale i uszyły sobie złote rzemyki i umyły nogi, a tu figa z makiem, cała robota na nic, bo na następny rok nie było już ani Przeglądu, ani karnawału. Oj, kochana, ten twój doktorek doprowadza mnie do szału. Co on taki rozmowny jest? Och, bandażu, biały bandażu, czarne mam życie w tym kałamarzu. Żeby chociaż przystojny, ale nie, łysy. Podobno okazja z przodu jest łysa, ale po co Mi takie okazje małmazje. W centralnej Azji braknie małmazji, ale fantazji nie, ach, nie. Znasz to? Ja też nie. No to co się pytasz?

– Muszę przyznać, że pani jest bardzo cierpliwą pacjentką, doprawdy.

– Doprawdy?

– Proszę mi wierzyć. Niewiasty, wbrew pozorom, wcale nie są cierpliwe. Ani opanowane. Już bardziej panowie.

– Panowie opanowani?

– Znacznie bardziej niż panie. A szczególnie Anglicy, doprawdy.

– Doprawdy?

– Proszę mi wierzyć. Anglicy są najbardziej opanowanymi ludźmi na świecie. Miałem okazję to sprawdzić na własne oczy, gdy byłem w Wielkiej Brytanii. A pani? Czy zna pani może Wielką Brytanię?

– Wielką to nie.

– A ja, proszę pani, jestem w miarę możności obieżyświatem. Zaniosło mnie aż na drugą półkulę. Była pani może?

– Jasne.

– Czy zauważyła pani, jak szalenie Amerykanie przypominają Rosjan?

– I odwrotnie.

– No właśnie. Na przykład niech pani weźmie to zamiłowanie do dużych rzeczy.

– Szczotki do zębów?

– To nie, ale niech pani weźmie na przykład okręty.

– Już brałam.

– Cieszę się, że mamy wiele wspólnych zainteresowań. Uważam, że wspólne zainteresowania są szalenie ważne.

– Ach, tak?

– Tak, proszę pani, może nawet ważniejsze niż dobór seksualny, stwierdzam to jako lekarz i jako mężczyzna.

– Oryginalna myśl.

– Proszę zauważyć, że będąc, powiedzmy, w średnim wieku, dotąd się nie ożeniłem. Dlaczego? Właśnie przez brak wspólnych zainteresowań, niejednokrotnie.

– Pech.

– Raczej zdolność przewidywania. Zresztą muszę przyznać, że jestem pod względem seksualnym strasznie wymagający. Wymagam od kobiet pewnych specyficznych cech, a także pewnych… hm… specyficznych zachowań.

– Szalenie ciekawe.

– Jak mam to rozumieć? Jako zachętę?

– Kto wie, kotku.

– No to może umówimy się na kawkę? Może u mnie? Mam całkiem przytulne gniazdko.

– Mam prośbę.

– Proszę mówić, tylko szczerze.

– Pan mi pożyczy pięć tysięcy!

Niestety, niestety… Przed pierwszym… Jako podatnik podatku wywrotowego… I tak dalej, nędzna kreatura. Pięć stopni poniżej Celsjusza, sprawdź, uderz w kamerton. Kamerdyner: palto! Mam chęć przejść się do biblioteki, poczytać stare kryminały. Co mnie zniechęca do czytelni publicznych, to szatnia. Z grubsza polega ona na tym, że jest napis „szatnia bezpłatna”, ale nigdy nie ma szatniarki, bo poszła zjeść zupę. Czekasz, czekasz, a kiedy zdecydujesz się przemknąć w ubraniu, spotykasz ją grubą na schodach, a ona na ciebie z pyskiem: „Dokąd to, halo, szatnia obowiązkowa”. A jednak mam chęć na Agathę Christie. Mój znajomy miał taką historię, że posadziło go na przyjęciu koło Agathy Christie, ale on nie wiedział, że to jest Agatha Christie, tylko myślał, że jakaś prywatna staruszka i nic się do niej nie odzywał, a ona tylko go spytała, czy nie uważa, że to jest dziwne, że indyk po angielsku nazywa się turek. Dopiero przy deserach przesadziło go w inne miejsce i wszyscy się dopytywali, jaka ona jest i co mówiła, ta Agatha, a on odpowiadał, że nic. Och, szukam osoby zrównoważonej do zaprzyjaźnienia się typu kobieta-kobieta, bo ty to, wiesz, jesteś jeż. Przy twojej nieposkromionej zmysłowości sprowadzisz mnie jeszcze na złą drogę. Good bye.

Maj

Rób, jak uważasz.

K

Kochana żono modna.

No więc jest taki pomysł, że jadę z dzieckiem w góry autostopem. Oczywiście Trep nic nie wie. Przepraszam, że cię nie zawiadomiłam wcześniej, ale to wypadło nagle po diable. Nic się nie martw. To jest dla dzieci bardzo zdrowe i rozwijające. Tak mi doradziła matka dwóch bliźniaczek. Chyba wie, co jest dobre dla Marysi, skoro ma w domu dwie takie same? Nie? No więc.

Pierwszy dzień był fan-tas-tyczny. Stanęłyśmy pod Łomiankami w kopnym śniegu i zrobiłyśmy sobie taki napis: „Amerykanki”. Dziecko przebierało nogami ze szczęścia. Już pierwszy z brzegu cichobieżny ford zabrał nas jak swoje. Powiedziałam mu, że jestem wnuczką Hemingwaya z bocznej linii i przyjechałam do Polski adoptować dziecko. Mąż koniecznie chciał wziąć żółte, bo tam teraz chorują na żółte, ale ja mu to wybiłam z głowy. Od żółtego można się zarazić żółtaczką, oczywiście, jeżeli ktoś nie jest szczepiony. Mąż mój szczepić się nie chciał, bo potwornie się boi zastrzyków. Zresztą od zastrzyków można się zarazić żółtaczką. Zresztą to Jim tak mówi, bo ja osobiście w zarazki w ogóle nie wierzę, to jest dobre dla dzieci, jak mają odrę. W każdym razie zdecydowaliśmy się na polskie dziecko, bo ja szalenie Polskę kocham. Waszego języka nauczyła mnie piastunka, księżna z pochodzenia. Jej rodzina miała majątek na Podolu, ale wszystko im Niemcy rozkradli, nawet zegarki i całość. Tak że księżna uciekła z pożogi, unosząc tylko Biblię. Później się okazało, że przez pomyłkę zamiast Biblii wzięła książkę kucharską i dlatego ja znam wiele waszych ciekawych potraw, mogę panu zrobić kurczaki w orzechach na pięćdziesiąt osób.

Dziecko wciąż przebierało nogami za szczęścia. Co do mnie, to jadę do Zakopanego spotkać się z przyjaciółmi. Sami Amerykanie, potwornie bogaci. Płacą za hotel bajońskie sumy, ale za to kolejka linowa przywozi wprost do sypialni. Bardzo proszę, niech pan jedzie z nami, serdecznie zapraszamy. I invite you. Dam panu na gwiazdkę Amerykankę. Nie był zachwycony. Powiedział, że amerykankę już ma, a na lodówkę jest zapisany na luty. Kazał nam wysiąść w Kielcach. W Kielcach było fan-tas-tycznie. Phantastico! Pół dnia latałyśmy jak opętane po Kadzielni. Nie wiesz, co to jest Kadzielnia. Oszalałaś chyba. Góra w mieście, skały w grotach, groty w skałach, białe jak dla pazia. Uważam, że nie ma sensu wyjeżdżać z Kielc.

Ciemnawo. Błotko, ale miłe. Dziecko wciąż przebiera nogami ze szczęścia. Przyjęłyśmy po małym piwie; dla dziecka z sokiem. Nie ma żartów, zaczyna się Galicja, inny zabór, inne obyczaje. Wojsko w błękitnych mundurach, mkną po szynach niebieskie tramwaje… Przepraszam, coś Mi się pomyliło. Ale co ty wiesz, jak ty wciąż siedzisz w lustrze. „Wojtuś”. Teatrzyk dla dzieci „Wojtuś”. Coś dla Mnie. Idziemy.

– Jak się nazywasz – Marysia. No i bardzo dobrze. Światło myk, myk, kurtyna, no i… tego się spodziewałam! Tekturowy zając. Jakieś Baby-Jagi na łyżwach, ludziki, hormonki, potem śpiewy z szeleszczącej taśmy. Nuda. Strach, paniczka lekka. Potem już nielekka. Nie, nie dam rady.

– Marysia, Ja muszę na chwilę… No wiesz.

Oczy olbrzymie, palce zaciśnięte na torebce malinowych cukierków, pełen zachwyt.

Wychodzę na korytarz. Ciemnawo. Trochę szpital. Małe światełko. Szpital albo sleeping. Jest pokoik: „Dyrektor”. Pokoik, drzwi, a potem drugie drzwi w pokoiku. Szukam. Jest coś à la kredens, ale teraz przez te grupy operacyjne to trzeba zupełnie inaczej szukać. Dopiero gdzieś w jakiejś skrzyni z małpami wymacałam szkło, nawet jarzębiak, jak w szkole. Nagle, rany boskie. Drzwi. Cholera, zapomniałam zamknąć drzwi! W drzwiach dyrektor, srogi.

– Jestem lalkarką – usłyszałam, jak mówię.

Okazało się, że jestem lalkarką. Od pół roku nie mogę znaleźć żadnej roboty. Miałam, ale straciłam, wszystko przez zemstę.

Zakochał się we mnie kierownik zdjęć, to znaczy reżyser-lalkarz, a jego żona, też lalka, zrobiła mu taki numer, ża aż nie warto powtarzać. Dopiero mi koleżanki powiedziały, że tu w Kielcach jest jeden dobry człowiek na świecie, to znaczy pan, i właśnie chciałam kartkę panu zostawić, i oto szukam czegoś do pisania. Ach, do pisania. No tak. No to zobaczymy, co się da zrobić. No to zobaczymy, bo jestem samotną wdową z dzieckiem i już sama nie wiem, jak się obrócić.

– A to chłopiec czy dziewczynka?

– Dziewczynka.

– A, dziewczynka. A to dobrze.

Wypiliśmy ten jarzębiak na winiaku i poleciałam po dziecko, bo coś strasznie zaczęło huczeć, a potem ludzie zaklaskali i poszli. Zdaje się, że królika czołg przejechał czy odwrotnie. Dyrektor strasznie się do dziecka zapalił: jak się nazywasz, Marysia, a włosy, cudowne włosy, kasztanowe i prawie do pasa, a lalki, czy chce obejrzeć lalki, a scena, czy chce obejrzeć scenę, chcę, chcę, chcę.

Miał jeszcze drugie pół litra w jakiejś trumnie po śpiącej królewnie, a dla dziecka pączki z bufetu. Potem powiedział, że tam jest taka kanapka i że możemy się przespać. Potem, i to było potworne, zaczął się jakoś jąkać i przytulać, i coś pleść jak małe dziecko, a potem powiedział, że nigdzie nie pójdzie i że on jest nasze małe baby, i żeby go pogłaskać, to on zaraz uśnie. I położył się koło nas, i plótł, ple, ple, ble, ble, i wciąż z łapami, i nie tyle do Mnie, ile do dziecka. A Ja – co ty, no co ty, to jest dziewczynka. A on – no właśnie, no właśnie, dziewczynka. Strasznie się z nim naszarpałam, ale w końcu się obraził i poszedł, tak że się właściwie wyspałyśmy i miałyśmy zaraz bufet na śniadanie. Mała obudziła się, ściskając tę torebkę z cukierkami, psiakość, trochę puściło i zrobiła się jej taka mała plamka. Wiesz, jakby miała okres. Sprałam to pod zlewem. Tamta matka… Ta matka Józefa kradła mi ligninę i kładła sobie do majtek, i była od tego młodsza. Nie broń jej. Nie broń jej. Broniu. Broń Boże. Ale w ogóle, to widzisz, jak jest przyjemnie. I uważam, że z pożytkiem dla dziecka! Słuchaj. Zwiedziła groty, a ostatecznie nawet te lalki to też sztuka. Ale stop, hola, w góry, w góry, miły bracie, pani Jola czeka na cię. Ja wiem. Ty pewnie myślisz, że ja go teraz kocham mniej. Nieprawda. Ale to jest szczygieł! Mówię ci, to szczygieł. A strach ma małe oczy, dwie ciasne szparki, przez które wysyła sztylety, straszne szpile laserowe prosto w serce. Wiem, bom tam była. Byłam, byłam, miód i wino piłam.

Twoja zacna bona i nonbona. E

Dzwonił pan P.D., że dzwonił do tamtego pensjonatu. Zadzwoń do niego.

K

Hej,

Bez sensu. Wiatr. Wichura. Nic nie jedzie. Szosa, wygwizdów jakiś. Kupa koksu i figura. I tyle. Jak się nazywasz? Marysia, Marysia i Marysia.

– Wiesz co, Marysiu, straszny tu wygwizdów. I ciemno się robi, wilcy wyją. Weźmy sobie po kawałku węgla, ale żeby był miękki…

– A po co?

– Buzie wysmarujemy, żeby nas bolszewicy nie zgwałcili.

– A co to są bolszewicy?

– Głupstwo. Głupstwo. Smarujemy się, błaznujemy, lżej nam i wnet się ciężarowy nawinął.

Och, Kriss, na moją zgubę…

Więc ciężarówa. Olbrzymia landara jakaś. Wsiadamy. Chłop cham, ale na razie w porządku. Obie do szoferki wziął. Dokąd jedziecie? Byle dalej. To dobrze, to po drodze. Ciemno, ślisko, wiatr wzdyma żagle, wjeżdżamy w trąbę śnieżną. Nagle, co to – dzik, nie dzik, jeden, drugi, przez szosę przelatują. Dzik, a może żbik. Zerkamy na siebie z dzieckiem; chłop też ciekawy, na Mnie zerka, i o Jezu… Ależ się przeraził. Niesamowicie. Przeraził się i z przerażenia zawył. Aż mu kierownicą obróciło, aż nami w obie strony trzepnęło, o mało w przepaść nie spadliśmy. Mazidło! Mazidło na twarzy, mazidło czarne z pyska niezdjęte! A chłop: „Tfu, tfu… Błaźnice… zdziry przeklęte… Małom przez was życia nie postradał… Won, won mi z wozu!”. Nie chciał nic słuchać, prawie że w biegu na mróz wygnał. Idziemy, wleczemy się. Ciemno. Dziecko ryczy wniebogłosy. Trąba śnieżna, nieśmieszna. Coś dziecku opowiadam, baję:

– Wiesz. Moja mama przed wojną w cyrku pracowała. Ale przed wojną w cyrku, to wiesz… było inaczej niż teraz. Jak w pałacu. A mama moja kostiumy szyła. Krawcowa… Ale przed wojną, wiesz, krawcowa to była wielka pani. A materiały, złotogłowie, amaranty, cekiny… Mama po swoje materiały z tamtą panią do Paryża jeździła… Ta pani, żona dyrektora, to była wielka dama. Latem po wsiach karetą jeździła i kupowała od ludzi karzełki. Jakie karzełki? No wiesz, liliputy, przed wojną jeden liliput kosztował tysiąc pięćset złotych. Ale wiesz, przed wojną tysiąc pięćset złotych to było nie tak jak teraz… Dla liliputa buty uszyć, to jest wielka sztuka, jubilerska robota… A wiesz, oni się żenią tylko między sobą. Jeden pan, rzeźnik z Krakowa, strasznie się w liliputce zakochał. Odkupił ją z cyrku po ogromnej cenie, ożenił się z nią i posadził za kasą, na haftowanej poduszce. A ona, wiesz co? Tylko płakała. I w nocy do cyrku uciekła, do swoich.

… No, nareszcie. Światełko, chata, człowiek w chatce. Siedzi przy piecu i płacze. Na nasz widok zrywa się i na powrót w szloch, ale radosny:

– Sam Pan Bóg, to chyba sam Pan Bóg mi was zsyła, dziewczyny, siadajcie, rozbierzcie się, posłuchajcie mojej historii. – Och, Krysiu, Krysiu, posłuchaj i ty, a tak go zaraz pokochasz, jak myśmy go pokochały. Wychował się sam, w starej chatce, bo mu ojca i matkę spekulanci zamordowali, a brat do Ameryki wyjechał. Ot, zima, lato, konik i krówka, codzienna harówka. Jedną miał istotę na świecie, którą kochał jak siebie samego, babkę staruszkę. A gdzie ona? A w drugim pokoju na stole leży. Jak to, jak to. Ano tak to. Żyła w czystości jak polny kwiatek i umarła dziewicą. Ludzie pamiętają, że była z niej kiedyś piękna kobieta, ale co z tego, poprzysięgła wierność chłopcu, co do lasu poszedł. Nawet nie wiadomo, czy jak wilk samotny zginął, czy w partyzantce, czy od pioruna. Odtąd babka zawsze w czarnych sukniach, w czarnych pantoflach i cicha, i jakby na to całe życie za dobra, a do tamtego jeszcze niegotowa. Dopiero teraz od dwóch dni na stole leży, a gospodarz płacze i nie wie, co robić.

No bo słuchaj, Kriss. Oni pochodzą z takich stron, gdzie się zmarłego sam na sam z czterema ścianami nie zostawia. Płaczki przy nim być muszą. Być, płakać i śpiewać. I świece palić, i duchy odpędzać. Przecież pewnie: każdy by tak chciał. No więc propozycja jest taka: on, gospodarz, po trumnę do Słomnik pojedzie, a my z babką zostaniemy i płakać będziemy. Nie przystałabyś? Na pewno byś przystała. Ledwośmy przystały, zaraz konia zaprzągł i pojechał. Prosiłam tylko, żeby Mi coś do picia na nerwy zostawił, a dla dziecka coś do jedzenia i jakieś owoce.

Miła moja. Co to za podróż! Widzisz, co to za podróż?

Twój Marco Polo

Elu.

Błagam cię, zadzwoń do P.D. On mówi, że da znać na milicję. Jeżeli już nie dał.

K

Kochana Siostro.

Trzy dni i trzy noce minęły jak sen. Najpierw Marysia trochę się babki bała. Ba. Bardzo szara ona, długa, a ręce ma jak ze srebra. W nocy marznie, przykrywamy ją kołdrą, wygląda wtedy jak królowa w katedrze. Czego tu się bać, dziecko, czego? W życiu różne rzeczy się zdarzają, tak samo po tej stronie, jak po tamtej. To jest jak przekręcić kanał w telewizji, pstryk, i masz już inny świat, raj delfinów zamiast wytwórni parasoli. A może już jej się znudziło tą babką być? Tą babką dziewicą. Może ona już muszelką jest, zasłuchaną w morski śpiew, albo osiołkiem, albo cesarzową Indii…

– A dużo razy tak można próbować?

– Bardzo. Bardzo dużo. Dusza się wciąż odradza jak śnieg.

– I ja też będę mogła?

– No jasne.

– A czy będę mogła zabrać swój rower?

Bóg raczy wiedzieć. Ja też nie wiem wszystkiego, ważne, żeby do pieca dołożyć. Dokładałyśmy, płakałyśmy, śpiewałyśmy. Jedne pieśni układałam Ja, inne dziecko. „Płaczmy nad tobą dziewicą, płaczmy, żeś nie miała gwiazdki”… Trochę spałyśmy, trochę nudziłyśmy się, jak to w święta. Kiedy nam się skończył gąsiorek z nalewką, zjadłyśmy te wiśnie z dna, czarne jak granaty, a potem zaczęłyśmy się bawić w różne zabawy. Otwierałyśmy skrzynie i szafy, i komody, i przebierałyśmy się. Różne tam były stroiki, nawet podejrzewam, że węgierskie. Któregoś dnia znalazłam taki czerwony tiul jak na firanki. Ale dlaczego czerwony? Może ktoś przedobrzył z farbą. Och, ty byś sobie zaraz z tego sukienkę uszyła. Znam ja ten twój guścik. Powiedz, dlaczego ubierasz się w te jakieś bluzeczki od siatkówki? Ty, która powinnaś nosić futro z pawia, nosisz na grzbiecie jakieś łachy. Pamiętasz, jak ci spaliłam w piecu taką ohydną nylonową spódnicę w kwiaty? Aleś ty miała minę! Jeszcze Mi się teraz śmiać chce. Ale do tego tiulu tośmy się obie z dzieckiem zapaliły. Marysia upięła Mi go na głowie jak welon. Hi, hi. Wyglądałam jak panna młoda. Panna młoda w czerwonym welonie. Jak będę miała na znaczki, włożę ci go do paczki razem ze skalpem. Wiesz, że chciałam kiedyś Andrzejowi podarować mój skalp? Ale on jest Grey Owl, Szara Sowa, Sejdżio i jej bobry. On jest dla Mnie bardzo niedobry, kochanie, gardzi Mną i porzucił Mnie jak podrzutka, ale ty go bronisz, bo ty jesteś przyzwyczajona. Przyzwyczajona do pogardy. Przebierańce, łamańce. Akurat byłam w welonie, gdy usłyszałam na podwórzu szczęk motocykla. Wybiegłam przed dom, bom myślała, że to gospodarz, ale to już byli oni po Mnie.

Ależ musieliśmy wyglądać, ależ musiało to wyglądać! Śnieżne połacie, między połaciami ludzkie chudoby, u my z sierżantem ciasno objęci na niebotycznym motorze. Nie, bo tykali Mnie wszyscy! I siebie tykali: „Ty, ty, patrz, wariatkę wiozą”. Czerwony welon furkotał za mną bez sensu, aż w końcu odfrunął i poległ bezpańsko pod lasem, oszczędzając Mi wstydu na komendzie.

Twój oddany numer 12/13

Mów im prawdę. Nie kłam. Skup się i mów prawdę.

K

No więc jest tak: mój klawisz, pan Henio, ożeni się ze mną zaraz po wyroku; człowiek anielskiej dobroci, zastępuje Mi mamkę. Żeby się ze mną ożenić, będzie musiał abdykować, ale on jest absolutnie zdecydowany. Och, cudnie. Jeszcze nikt dla mnie nie abdykował, a zdaje się, że to o to chodzi. Henryk mówi, że dostanę piętnaście lat za uprowadzenie dziecka, piątkę za piątkę i dożywocie za ciebie. A tak, tak! Mówią, że ciebie zamordowałam. To jest pewne, jak amen w pacierzu, tylko jeszcze nie mają zwłok. Tak czy inaczej całuję twoje loki i zwłoki.

Ella Mistella

PS Znaleźli twoje listy.

Kochanie.

Andrzej był u tego człowieka. Chodzi o to, żeby wycofał oskarżenie prywatne. Na razie nie chce o niczym słyszeć, mówi, że dziecko jest w szoku. Uważaj, co do ciebie mówią, skup się.

K

Kriss.

O Chryste. Czuję się jak wór fasoli. Wiesz, pytali Mnie o A.M. Czy go znam i tak dalej. A przede wszystkim, czy mogę podać adres. A bardzo chętnie, bardzo chętnie. Okrężna 5/8, trzecie piętro, dwa razy dzwonić.

Wieczorem przyszli znowu i powiedzieli, że w tym miejscu jest Jeziorko Czerniakowskie. Powiedziałam trudno, widocznie wpuścił końce w wodę, zawsze Mi tak robił. Może zresztą pojechał kupić meble do dziecinnego pokoju. Powiedzieli, żebym nie była taka bezczelna, bo Mi pokażą. Och, kotku, czy bardzo jest źle ze Mną?

Twoja Chandra Unyńska

Droga E!

Dziewczynka powoli przychodzi do siebie, może coś da się zrobić. Uważaj, co mówisz.

K

Droga koleżanko z Warszawy!

Słuchaj, mała, teraz ci powiem, co jest najważniejsze na świecie. Są tylko cztery przykazania, wszystkie moje:

1) Po pierwsze primo: kochaj swoją matkę.

2) Po drugie primo: tak się urządź, żeby twoja matka ciebie kochała. To jest szalenie ważne, takiej niewykochanej nikt nie weźmie, mężczyźni znają się na tym.

3) Po trzecie primo: Naucz się kłamać. Każdemu mów tak: Moja mama? Pan pyta o moją mamę? Szalała za mną, suszyła mi krówki na piecu, przerzuciła mnie przez mur własną piersią. I tak dalej.

4) Po czwarte primo: słuchaj uważnie osiołka: Trzeba mieć zawsze wysoką gorączkę. Trzeba kochać i nienawidzić. I niech ciebie kochają i nienawidzą. To jest sine qua non. Inaczej będziesz jak ta cała hałastra. Żabi skrzek. Ostygniesz, jak ta pani tutaj. Pocałuj panią w rączkę. No, nuże, pocałuj.

… Zdaje się, że przeholowałam. Ta mała zaczęła się drzeć, a potem zemdlała, czy coś w tym rodzaju. Może obie umarły? Na wszelki wypadek zaczęłam je obie okadzać szmatami. Może nawet wybuchł pożar? Coś bardzo huczało w uszach. Wtedy mnie zwinęli. Myślałam, że jak zawsze do wariatowa, ale nie: na komendę. Chcesz wiedzieć ptaszku, czy mnie bili? Nic z tego. To fizyka. Ważna jest metafizyka. Małe pomieszczenie bez żadnych mebli, tylko ty, Pan Bóg i kibel.

Henryk mówi, że wcale nie jest ze Mną tak źle. Ten główny jest po Mojej stronie i mówi, że jak tylko znajdą twoje zwłoki, to zamkną mnie do wariatkowa. A stamtąd można, wiesz! Adieu, Fruziu. Napiłabym się kompotu z gruszek, a najbardziej chciałabym mieć anginę. I żeby mama Mi czytała „Chatę wuja Toma”. Na razie śpiewam sobie: „Przyleciał do mnie na kraty przecudny gołąb skrzydlaty”. Znasz?

Twoja dozgonna E

Elżbieta, broń się, powiedz, żeby ci dali dojść do słowa.

K

Nie dali.

E

Ratuj się, walcz. Powiedz, żeby ci dali dojść do słowa. Powiedz, żeby cię wysłuchali. Powiedz im prawdę: że Krystyna nie istnieje; ja nie istnieję. Przyznaj się, na litość Boską, że pisałaś te listy sama do siebie. Powiedz im, że nie jesteś wariatką. Spytaj ich, czy nigdy im się nie zdarzało zapisać na kartce albo w notesie „iść do krawca” albo „oddać pieniądze”, albo „przyznać się”. Spytaj, czy im się nie zdarzyło stanąć przed lustrem i powiedzieć na cały głos: „No to doigrałeś się, ty ośle” albo „Jak ty wyglądasz”, albo „Wiem, że umrę”. Spytaj ich o to wszystko, nie zapomnij. A kiedy już ten jeden jedyny powie w końcu, że też tak miał, to przyduś go i spytaj, czy mu się nigdy nie zdarzyło, że ten drugi on, ten z lustra, odezwał się nagle i powiedział: „Uważaj na siebie” albo „Nie będziesz już więcej pił”, albo „Kanalia z ciebie”. A kiedy już ten jedyny odpowie ci, że powiedzmy, załóżmy, kiedyś mu się to przytrafiło, to ty wtedy weź ich wszystkich w garść i wyznaj, że tobie właśnie zdarza się to nagminnie. Nagminnie i notorycznie. Twoje lustro zrodziło lustrzaka: Mnie! A może twoja samotność wyłoniła lustrzaka? A może lustrzak sam siebie wyłonił? Może z czasem stał się twoim jedynym kolegą i koleżanką? Wyrocznią? Deską ratunku? Boją morską? Rozumiesz? Boją też. Ale mów dalej: jeżeli to jest niedozwolone, to ty się przestaniesz trzymać tej boi i podryfujesz w dowolnym kierunku. Albo – powiedz – podryfujesz we wskazanym kierunku. Przez nich wskazanym kierunku! Tak im powiedz, walcz, ratuj się!

Krystyna

Dobra, dobra, tylko że oni mają czarno na białym, że widywano ciebie na schodach.

E

Bzdura. To nie byłam ja, to byłaś ty.

K

Oni mówią, że to ty.

E

To byłaś ty, tylko w białej bluzce. Niech zrobią wizję lokalną. Błagam cię, weź się w garść.

K

Kriss!

To ty weź się w garść. Ostatecznie co może mi grozić za zabicie lustrzaka, góra rok! Rok nie wyrok. Przyślij mi bandaż, bo Mi się coś robi na lewej ręce, może będę świętą.

E

E!

Nie dajesz sobie rady. Wzięłam adwokata. Boję się.

K

K!

Ależ ty jesteś uparta. Nie wiedziałam, że cię stać na taką ptaszęcą tkliwość. Inne lustrzaki w zasadzie milczą. Przecież to Ja przeglądam się w tobie. Ty nie przeglądasz się we Mnie. I nie rób tego, nie radzę ci. Co to znaczy „boję się”? To jest poza rolą. Och, Kriss, tak bym chciała, żebyś Mi zrobiła budyń. Nie bądź wstrętna. Przecież wiesz, że poza tobą nikt Mnie nie kocha, nie lubi, nie dba, nie szanuje. Nie chcę tej piątki od Andrzeja, już wolę, żeby król Henryk wyjął z książeczki. Dlaczego mnie tak strasznie męczycie? Dlaczego chcesz zniknąć?

Twoja Marmolada w Proszku

Wszystko idzie ku lepszemu. Tylko nie pisz do Mnie. Ani ja do ciebie. Nie wolno.

K

Hej, kuratorku!

Masz rację, nie znaleźli twoich zwłok i otworzyli Mi bramę na wielki przeciąg świata. Och, ty, ty… Nic ci Mnie nie żal? Czyż nie jest ta chwila zbyt szara i zbyt mysia, kiedy ci o szóstej rano zgrzyt klucza mówi: „Jesteś wolna”. Jesteś wolna, tylko tyle… Ale trudno! Sama chciałaś. Pac, kończę z tobą jednym pociągnięciem pióra. Byłaś keksem, jesteś kleksem. Żegnaj, Polihymnio, żegnaj, poligamio, witaj, pojedynko, witaj, polityko. Wąska złota furtka zamyka się za Mną, a czarna szeroka brama jak jama się otwiera. Nogi nierozchodzone, ale się rozchodzą. Jak wyjdę na wolność, naszykuję sobie czystą białą bluzkę.

Ale co to? Ach tak, porucznik Colombo wraca od drzwi. My też znamy te metody. Przed wyjściem mam co? Podpisać kartę zdrowia? Jaa? Że niby co? Że nigdy nie będę wysyłać tych kartek? Nawet pustych? A bardzo proszę, bardzo proszę, panie doktorze. Naprawdę, nic nie szkodzi…

Uch, gęś przeszła mi po grobie. Żegnaj, Kristesso, witaj, Elżuniu. Wiesz, jak wyjdę na wolność, upiorę sobie tamtą białą bluzkę, tylko że, jeżeli

E!

1) Pamiętaj o kartkach na styczeń.

Posłowie liryczne

TRAMWAJOWI LUDZIE

Tramwajowi ludzie

są bardziej zmęczeni, znudzeni

niż ludzie z liliowych lotnisk,

tramwajowi ludzie

podobni do cieni,

tylko że bardziej samotni.

Bo na końcowych przystankach

ranek ma szary smak,

noce są

zawsze za zimne,

a łzy za

gorące, tak, tak…

Tramwajowi ludzie –

ci niewyspani, spóźnieni –

dźwigają spłowiałe siatki,

tramwajowi ludzie

tak mało szaleni –

dzieci, ojcowie, matki.

Bo na końcowych przystankach

ranek ma szary smak,

noce są

zawsze za zimne,

a łzy za

gorące, tak, tak…

Są też takie pętle…

Są pętle piękniejsze niż inne,

gdzie szumi z daleka rzeka…

Tam zajeżdża tramwaj

nadziei niewinnej

i na ten tramwaj… ktoś czeka.

ZABAWKI PANA BOGA

Ta dziewczyna, co tak płacze,

że sukienka nazbyt droga,

ten wodzirej, co wciąż skacze,

choć się skończył bal…

To zabawki Pana Boga,

to zabawki Pana Boga,

których trochę żal…

Tą kolędą z pretensjami

chcę Ci, Panie, dopiec,

bo też Ty się bawisz nami

jak niegrzeczny chłopiec.

Ta kobieta, która nie śpi,

bo ją dręczy ciemna trwoga,

ten mężczyzna udręczony,

co hartował stal…

To zabawki Pana Boga,

to zabawki Pana Boga,

których trochę żal…

Tą kolędą z pretensjami

chcę Ci, Panie, dopiec,

bo też Ty się bawisz nami

jak niegrzeczny chłopiec.

Ten podróżny, co spostrzega,

że się nagle gmatwa droga,

ta tancerka, którą dusi

muślinowy szal…

To zabawki Pana Boga,

to zabawki Pana Boga,

których jednak żal…

Warszawa, 1987

* * *

[1] Siemionówka – czarna aksamitka wiązana pod szyją zamiast krawata.

Od Autorki

Dostępne w wersji pełnej

Ćma

Dostępne w wersji pełnej

Zabiłam ptaka w locie

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 1

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 2

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 3

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 4

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 5

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 6

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 7

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 8

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 9

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 10

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 11

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 12

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 13

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 14

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 15

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 16

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 17

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 18

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 19

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 20

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 21

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 22

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 23

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 24

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 25

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 26

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 27

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 28

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 29

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 30

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 31

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 32

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 33

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 34

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 35

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 36

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 37

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 38

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 39

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 40

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 41

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 42

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 43

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 44

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 45

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 46

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 47

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 48

Dostępne w wersji pełnej

SCENA 49

Dostępne w wersji pełnej

Czarna wiewiórka

Dostępne w wersji pełnej

Deszcz

Dostępne w wersji pełnej

Macoszka

Dostępne w wersji pełnej

Kotka bez godności

Dostępne w wersji pełnej

Czysty, klarowny rosół

Dostępne w wersji pełnej

Amerykańskie doświadczenie

Dostępne w wersji pełnej

Pewien rodzaj niebieskości

Dostępne w wersji pełnej

Szkoła obcinania paznokci

Dostępne w wersji pełnej

Czarna wiewiórka

Dostępne w wersji pełnej

„Od Dwa”

Dostępne w wersji pełnej

Pierwszy seans

Dostępne w wersji pełnej

Paź królowej

Dostępne w wersji pełnej

Ciemnia

Dostępne w wersji pełnej

Płat pamięci

Dostępne w wersji pełnej

Chemia wielkich uczuć

Dostępne w wersji pełnej

Ta jedna, jedyna twarz

Dostępne w wersji pełnej

Prezent dla znajomej

Dostępne w wersji pełnej

Siewcy maku

Dostępne w wersji pełnej

Śmiacz

Dostępne w wersji pełnej

Występ w nowej roli

Dostępne w wersji pełnej

Skutki wiatru

Dostępne w wersji pełnej

Kilka różnych kotów

Dostępne w wersji pełnej

Świętowanie

Dostępne w wersji pełnej

Chomik

Dostępne w wersji pełnej

Zapach jabłek w podmiejskiej willi

Dostępne w wersji pełnej

Program powtórek

Dostępne w wersji pełnej

Papierowe lustra

Dostępne w wersji pełnej

Australijski pies dingo

Dostępne w wersji pełnej

Krzyk dzikich gęsi

Dostępne w wersji pełnej

Strona techniczna

Dostępne w wersji pełnej

Drzewo uwolnione

Dostępne w wersji pełnej

Ten ostatni skrawek nocy

Dostępne w wersji pełnej

Kwestia palenia

Dostępne w wersji pełnej

Kilka listów

Dostępne w wersji pełnej

Miniaturowa powieść sensacyjno-kryminalna pt. Mimi Mahometanka

Dostępne w wersji pełnej

Odcinek I

Dostępne w wersji pełnej

Odcinek II

Dostępne w wersji pełnej

Odcinek III

Dostępne w wersji pełnej

Odcinek IV

Dostępne w wersji pełnej

Odcinek V

Dostępne w wersji pełnej

Odcinek VI

Dostępne w wersji pełnej

Odcinek VII

Dostępne w wersji pełnej

Odcinek VIII

Dostępne w wersji pełnej

Salon gier

Dostępne w wersji pełnej

I

Dostępne w wersji pełnej

II

Dostępne w wersji pełnej

III

Dostępne w wersji pełnej

IV

Dostępne w wersji pełnej

V

Dostępne w wersji pełnej

VI

Dostępne w wersji pełnej

VII

Dostępne w wersji pełnej

VIII

Dostępne w wersji pełnej

IX

Dostępne w wersji pełnej

X

Dostępne w wersji pełnej

XI

Dostępne w wersji pełnej

XII

Dostępne w wersji pełnej

XIII

Dostępne w wersji pełnej

XIV

Dostępne w wersji pełnej

XV

Dostępne w wersji pełnej

XVI

Dostępne w wersji pełnej

XVII

Dostępne w wersji pełnej

XVIII

Dostępne w wersji pełnej

XIX

Dostępne w wersji pełnej

XX

Dostępne w wersji pełnej

XXI

Dostępne w wersji pełnej

Śniło mi się, że moja łódź tonie...

Dostępne w wersji pełnej

Albańska noga, czyli matka i córka

Dostępne w wersji pełnej

Retro

Dostępne w wersji pełnej

Nota wydawnicza

Dostępne w wersji pełnej

Biała Bluzka

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Biała bluzka

Posłowie liryczne

TRAMWAJOWI LUDZIE

ZABAWKI PANA BOGA

Od Autorki

Ćma

Zabiłam ptaka w locie

SCENA 1

SCENA 2

SCENA 3

SCENA 4

SCENA 5

SCENA 6

SCENA 7

SCENA 8

SCENA 9

SCENA 10

SCENA 11

SCENA 12

SCENA 13

SCENA 14

SCENA 15

SCENA 16

SCENA 17

SCENA 18

SCENA 19

SCENA 20

SCENA 21

SCENA 22

SCENA 23

SCENA 24

SCENA 25

SCENA 26

SCENA 27

SCENA 28

SCENA 29

SCENA 30

SCENA 31

SCENA 32

SCENA 33

SCENA 34

SCENA 35

SCENA 36

SCENA 37

SCENA 38

SCENA 39

SCENA 40

SCENA 41

SCENA 42

SCENA 43

SCENA 44

SCENA 45

SCENA 46

SCENA 47

SCENA 48

SCENA 49

Czarna wiewiórka

Deszcz

Macoszka

Kotka bez godności

Czysty, klarowny rosół

Amerykańskie doświadczenie

Pewien rodzaj niebieskości

Szkoła obcinania paznokci

Czarna wiewiórka

„Od Dwa”

Pierwszy seans

Paź królowej

Ciemnia

Płat pamięci

Chemia wielkich uczuć

Ta jedna, jedyna twarz

Prezent dla znajomej

Siewcy maku

Śmiacz

Występ w nowej roli

Skutki wiatru

Kilka różnych kotów

Świętowanie

Chomik

Zapach jabłek w podmiejskiej willi

Program powtórek

Papierowe lustra

Australijski pies dingo

Krzyk dzikich gęsi

Strona techniczna

Drzewo uwolnione

Ten ostatni skrawek nocy

Kwestia palenia

Kilka listów

Miniaturowa powieść sensacyjno-kryminalna pt. Mimi Mahometanka

Odcinek I

Odcinek II

Odcinek III

Odcinek IV

Odcinek V

Odcinek VI

Odcinek VII

Odcinek VIII

Salon gier

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

Śniło mi się, że moja łódź tonie...

Albańska noga, czyli matka i córka

Retro

Nota wydawnicza

Karta redakcyjna

Copyright © Agata Passent, 2010

Projekt graficzny serii

Andrzej Barecki

Projekt okładki

Maciej Trzebiecki

Zdjęcie na okładce

© Marek A. Karewicz/FORUM

Ilustracje w książce

Archiwum Fundacji Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej

Redakcja

Marta Dobromirska-Passent

Korekta

Jolanta Tyczyńska

Anna Jackowska

Książka powstała we współpracy

z Fundacją Okularnicy

im. Agnieszki Osieckiej

ISBN 978-83-7648-557-7

Warszawa 2010

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.proszynski.pl

www.woblink.com

Plik EPUB przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

http://eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dzienniki 1953 Lubię farbować wróble Neponset Dzienniki 1952 Dzienniki 1951 Zabawy poufne 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bodo wśród gwiazd. Opowieść o losach twórców przedwojennych kabaretów Na drugie Stanisław