Ile kroków do domu

Ile kroków do domu

Autorzy: Dominik Rutkowski

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 336

Cena książki papierowej: 29.99 zł

cena od: 23.99 zł

* zainspirowana faktami, trzymająca w napięciu do ostatniej strony, historia trzech ucieczek z PRL-u
* bogaty w szczegóły portret polskiej siermiężnej rzeczywistości epoki Gomułki i Gierka
* powieść o prawdziwej przyjaźni czterech chłopaków z Powiśla, ich dzikich przygodach, szczeniackich wygłupach, pierwszych miłościach i wielkich marzeniach

Andrzej Kochański, zwany Kochanem, przywódca podwórkowy z Powiśla, jako nastolatek wyjeżdża do Francji, do matki. Po trzech latach - jest rok 1968 - wraca, by odbyć w Polsce służbę wojskową, bo sądzi, że wywiązanie się z tego obywatelskiego obowiązku pozwoli mu w przyszłości bez problemu wyjeżdżać z kraju. Niestety, władze uznają, że wszedł w posiadanie tajemnic wojskowych i co najmniej przez dwa lata nie może złożyć wniosku o wydanie paszportu. Andrzej nie chce tak długo czekać i razem z dawnymi kumplami z podwórka podejmuje pierwszą próbę ucieczki za zieloną granicę...

Dominik Rutkowski

Ile kroków do domu

***

fragment

Projekt okładki: Karolina Michałowska-Filipowicz

Redakcja: Aleksandra Jakubowska

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta: Irma Iwaszko

Tekst ten, choć inspirowany autentycznym wydarzeniem, jest fikcją literacką, a wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób i zdarzeń jest niezamierzone i przypadkowe.

© by Dominik Rutkowski

© for this Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2012

ISBN 978-83-7758-222-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2012

Wydanie I

Część I

GRANICE

1

Uniósł ręce wysoko nad głowę, pragnąc zyskać nieco na czasie, i przeciągnął się szeroko, aż wierzchem zgrabiałej dłoni dotknął zimnej metalowej żerdzi ogrodzenia zamkniętej o tej porze roku Jutrzenki; odwrócił się powoli, położył łokcie na oparciu parkowej ławki, na której siedział, i zajrzał do wnętrza letniego kina. Pierwszy śnieg przykrył cienkim całunem długie rzędy drewnianych ławek, a stada gawronów przechadzających się sennie w poszukiwaniu ostatniego posiłku ryły w świeżej bieli ostre ślady. Przyglądał się przez chwilę ptakom i zanim spojrzał w prawo na brukowaną, biegnącą w górę skarpy w kierunku sejmu alejkę, rzucił jeszcze okiem na kamienny wewnętrzny płot, wymalowany zwietrzałymi zapowiedziami zachodnich filmów (większość z nich oglądał we Francji ponad trzy lata temu), a następnie, wzruszając ramionami, przeniósł wzrok na siedzących naprzeciw, na drugiej ławce, kumpli. Czekali w napięciu na to, co powie.

– W kółko pytacie, jak TAM jest? No jak? – Ponownie wzruszył ramionami, wyrwał Sysemu alpagę i zanim przytknął butelkę do ust, dodał jeszcze: – Przecież już wam mówiłem, że trudno jest to wytłumaczyć komuś, kto TAM nie był. Widzieliście Fantomas wraca? – Wskazał kciukiem za siebie w stronę plakatów.

– Jasne. Super – powiedzieli niemal jednocześnie.

– Kiedy?

– Jakoś tak w czerwcu, chyba – próbował sobie przypomnieć Sysy.

– Właśnie, a ja tę chałę widziałem TAM już trzy lata temu.

– Ale to o niczym nie świadczy, to francuski film – bronił się Sysy.

– Dobra, a Majora Dundee? Amerykański.

– Pewnie. Świetny western.

– Ja go oglądałem TAM dwa lata temu i nie była to wtedy żadna nowość, kapujecie?

Chłopaki pokiwali głowami, ale czy kapowali? Do tej pory nie znali nikogo, kto byłby TAM chociaż przez kilka dni, a teraz Kochan po trzech latach wrócił z Francji i opowiadał dziwne rzeczy. Od małego razem biegali po podwórku, grali w piłkę, w kapsle, przesiadywali na trzepaku, łazili po drzewach, razem w krzakach jałowca niedaleko fontanny pili pierwsze wino i palili pierwsze podkradane rodzicom papierosy. To był ich park, ich ławka, ich kino. Potem była szkoła i znów razem w jednej klasie. Zawsze, wszędzie razem, we czterech: Kochan, Sysy, Szczota i Maniek; aż nagle w 1965 Kochan wyjechał do Francji, do matki, która siedziała na Zachodzie już od pewnego czasu, ściągnięta tam przez brata, wojskowego krawca, szyjącego mundury najpierw dla armii Andersa, a potem, po demobilizacji, już we Francji dla legii cudzoziemskiej, w niewielkiej fabryczce, którą otworzył razem z poznanym jeszcze w 1944 we Włoszech francuskim wspólnikiem. Bez Kochana nic nie było już takie samo; to on zawsze miał najwięcej szalonych pomysłów, jak wtedy, gdy namówił ich do przeskoczenia wczesnym wieczorem płotu w Muzeum Wojska Polskiego i po odkręceniu drutu kolczastego, którym zabezpieczony był właz do czołgu, wejścia do wnętrza pojazdu. Przez chwilę, do czasu, kiedy zobaczyli w peryskopie sylwetkę sadzącego w ich kierunku wielkimi susami ciecia, czuli się jak pancerni. Później był wyścig w kierunku wysokiego parkanu i to Kochan, pomimo że najszybciej z nich wszystkich biegał, dostał się w potężne łapska odzianego w beret z antenką, kufajkę i gumofilce stróża. Podejrzewali, że zrobił to specjalnie, by ich ochronić przed twardymi razami drewnianej lagi, jakie spadły tylko na jego grzbiet, ale także po to, aby móc z mołojecką dumą chwalić się swoją odwagą i obnosić z sińcami. Bo to Kochan był ich szefem. To on najlepiej z nich grał w piłkę, miał najwięcej wyobraźni, charyzmy, ale i tego łobuzerskiego uroku, dzięki któremu wiele mu uchodziło – a przy okazji i pozostałym – na sucho. Po wyjeździe Kochana chudy Sysy, który ciągle stał tuż za przywódcą, w naturalny sposób przejął po nim schedę, ale to już nie było to samo, bo chociaż Sysemu zawsze najbardziej zależało na zajęciu miejsca na czele, to jego pomysłom brakowało jednak tej naturalnej lotności, szelmowskiego wdzięku cechującego Kochana. A Kochan, tak jak obiecał, pisał. Wprawdzie rzadko i nieregularnie, ale pisał. Tylko te listy jakieś dziwne były, jakby ktoś w nich grzebał, jakby czegoś w nich brakowało, jakby brakowało w nich Kochana, tego, którego znali i za którym tęsknili. Teraz, po trzech latach, przyjechał i opowiadał, jak TAM jest, a wszystko, co mówił, brzmiało nierealnie jak bajka.

– Ty, Kochan, a dziewczyny, jakie TAM są? Łatwe pewnie, co? – Mańkowi zaświeciły się oczy.

Kochan nie miał wielkiego doświadczenia w tej materii. Do małej mieściny, w której mieszkał we Francji, nie dotarł jeszcze nawet strumyczek z wartkiej fali rewolucji seksualnej, jaka przetoczyła się z impetem przez zachodnią Europę pod koniec lat sześćdziesiątych. W załatwionej przez wuja szkole częściej niż spódniczki widział czarne sutanny, ponieważ placówka prowadzona była przez księży, a po lekcjach, zamiast włóczyć się po barach i parkach, kopał piłkę w miejscowym klubie, do czego zresztą przejawiał wyjątkową smykałkę. Jędrność kobiecych piersi, ciepło ud i kędzierzawą wilgoć tego, co kryło się pomiędzy nimi, poznał dopiero podczas zasadniczej służby wojskowej, ale było to już w Polsce i na pewno nie o takie dziewczyny Maniek się dopytywał. O francuskich kobietach pojęcie miał raczej mgliste i dlatego pytanie wprawiło go w nie lada zakłopotanie. Nie dał jednak tego po sobie poznać; wydął buńczucznie wargi, przymknął zawadiacko lewe oko.

– Wiesz, Maniek, Francuzki to Francuzki, nie ma o czym mówić, możesz się sam domyślić – powiedział, cmokając i robiąc nad głową niedbały gest zmarzniętą dłonią.

– Ale po francusku robią, co? – dopytywał, rozgrzewając się na samą myśl, Maniek.

– No pewnie, jeszcze jak.

– O kurwa! Ty to zawsze potrafisz się ustawić.

Kochan przytknął szybko butelkę do ust, aby uniknąć dalszych pytań na ten śliski temat, i pociągnął kilka głębokich haustów. Sysy przyglądał mu się z niepokojem, odmierzając jednocześnie w duchu ilość wypitego przez Kochana taniego wina. Ten spojrzał na niego znad niemal pustej alpagi.

– Nic się nie bój, następną flachę ja stawiam. – Puścił butelkę w obieg.

– Oczywiście, byle tylko było gdzie kupić – burknął Sysy.

– I to jest kolejna różnica! – triumfował Kochan. – TAM zawsze wszystko można kupić. O każdej porze. I niczego nigdy nie zabraknie. Nie czekasz na dostawę, nie chwytasz tego, co akurat rzucą na półki, tylko chodzisz i wybierasz. Nie zastanawiasz się, czy na święta zdąży dotrzeć statek z Kuby z pomarańczami. Idziesz i kupujesz. – Wstał z ławki, zamachnął się i rzucił pustą butelką. Leciała szerokim łukiem i zanim wpadła w śnieg, nad głowami chłopców zerwał się mroźny podmuch wiatru, który poruszył ogołocone z liści, strzeliste topole; drzewa zaskrzypiały, a na ziemię poleciało kilka drobnych gałązek. Kochan wsadził zgrabiałe ręce do kieszeni brązowej ortalionowej kurtki, przytupnął i krzyknął:

– Dobra, koniec pierdolenia, chodźcie do sklepu! – Jego głos poniósł się po ciemnym, cichym parku.

– Do jakiego sklepu? – dopytywał się Sysy.

– Po butelkę.

– Kochan, pogięło cię, o tej porze już wszystko pozamykane.

– Teraz to najwyżej na metę możemy pójść – powiedział wolno Szczota – ale tam wina nie kupimy, a wódka będzie dwa razy droższa niż w sklepie, ze stówę trzeba będzie wybulić.

– Nic się nie bójta, chłopy, ja stawiam – rzucił wesoło Kochan i chłopcy, powłócząc zziębniętymi nogami, ruszyli w stronę ciągnących się wzdłuż Rozbratu kamiennych fontann. Szli przez okolicę ich dziecięcych zabaw, teraz pogrążoną w wieczornej ciszy. Z przystanku na Rozbrat doleciał syk zamykanych drzwi autobusowych, potem ostry zgrzyt wrzucanego biegu i za moment w prześwitach tui rosnących szpalerem wzdłuż ulicy zobaczyli przemykającą obłą sylwetkę czerwonego „ogórka” linii 166, który nawet nie przyhamowując, z impetem skręcił w Górnośląską. Chłopcy bez słowa okrążyli Jutrzenkę, zasłuchani w skrzypiące na śniegu własne kroki. Na końcu alejki nad szerokimi schodami górował masywny przedwojenny gmach z białej cegły, w którym mieścił się zespół szkół budowlanych. Światła w budynku były wygaszone, a w parku nie paliła się żadna latarnia.

Kochan wciągnął nosem mroźne rześkie powietrze, wypuścił ustami kłąb pary i spojrzał z ukosa na idących w milczeniu, zamyślonych kolegów. Najbliższy zawsze był mu Sysy, z nim rywalizował o pierwszeństwo na podwórku, we wszystkim; w grach, wpływie na pozostałych, w tym, kto wyżej wejdzie na drzewo… – i z reguły wygrywał. Sysemu na pozór trudno było pogodzić się z rolą drugiego. Wyższy od Kochana, szczupły, z opadającą na oczy blond grzywką, uśmiechał się zawsze wyłącznie prawą stroną ust, a mówiąc, wciągał powietrze przez krzywe zęby, próbując powstrzymać wypływającą ślinę. Był ambitny i inteligentny, ale pozbawiony uroku i sprytu, i dlatego skazany na pozostawanie w cieniu pełnego fantazji Kochana, którym zresztą – tak jak pozostali – był całkowicie zafascynowany i któremu po każdej przegranej rywalizacji poddawał się z pełną rezygnacji ulgą. Bo chociaż jego ambitna natura nie pozwalała mu oddawać pola bez walki, to przywództwo Kochana przyjmował jako stan naturalny i gdyby role miały się odwrócić, byłby zażenowany i czułby ogromny dyskomfort. Obok Sysego jak zwykle ze spuszczoną głową człapał Szczota. Wielki i silny jak tur, wpatrzony w Kochana niczym w święty obraz. Ksywkę zawdzięczał twardej czuprynie porastającej mu gęsto czaszkę, każdy sztywny jak drut włosek sterczał w innym kierunku, nie pozwalając się okiełznać żadnemu grzebieniowi czy szczotce; mimo to Szczota próbował wciąż przygładzać na czole niepoddające się jego zabiegom, niesforne kłaki i dlatego zawsze patrzył spode łba. Myślał i działał powoli, kochał jedynie Kochana i młodszą siostrę, dla których gotów był do każdego poświęcenia, Mańka i Sysego darzył sympatią, na resztę świata patrzył z obojętnością, dlatego nie ulegał żadnym wpływom, żadnym złym podszeptom. W przeciwieństwie do małego Mańka, który był jak drobna skacząca iskierka – wszędzie było go pełno, nie usiedział ani chwili na miejscu, cały czas w ruchu, dowcipny, skory do żartów, łatwo poddawał się urokowi zakazanych owoców, jeśli tylko ktoś umiejętnie mu je podsunął. I ta skłonność wpędziła go w kłopoty; Maniek ostatni rok przed pełnoletnością spędził w poprawczaku. Pozbawiony szalonych pomysłów Kochana zaczął się nudzić; jak wybawienie przyjął propozycję przygodnie – w Rybitwie przy piwie – poznanego nieznajomego, by wziąć udział w nocnej tajemniczej eskapadzie w miasto; miał stać na rogu ulic i patrzeć, czy nikt nie nadchodzi, a pech chciał, że nadszedł… patrol milicji, i to w chwili, kiedy do uszu Mańka (i milicjantów także, niestety) doleciał brzęk tłuczonej w kiosku Ruchu szyby. Chłopak zdążył tylko wykrzyczeć ostrzeżenie, a po chwili, leżąc na chodniku twarzą do ziemi, czuł na grzbiecie piekące razy milicyjnych pałek. W czasie rozprawy nikogo nie wydał, chociaż nie z poczucia lojalności, tylko dlatego że naprawdę nie znał żadnego z członków szajki. Jednak zdaniem prokuratora uparcie krył wspólników, drwił z sądu (rzeczywiście Mańkowi, jak zawsze, także na sali sądowej, trudno było zachować powagę) i nie współpracował z organami socjalistycznej sprawiedliwości. Rok w poprawczaku ciągnął się w nieskończoność.

Minęli Rozbrat i szli w milczeniu całą szerokością chodnika ulicy Górnośląskiej, rozchlapując topniejący śnieg. Nagle Maniek przystanął.

– Ty, Kochan, skoro TAM jest tak cudownie, to po kiego chuja wracałeś, co? – powiedział to, o czym wszyscy myśleli przez całą drogę od Jutrzenki.

– Ja nie wróciłem – odpowiedział Kochan, patrząc po kolei na każdego z kolegów. – Przyjechałem odwalić wojo i zaraz wyjeżdżam z powrotem.

Konsylium rodzinne, które zebrało się dziewięć miesięcy wcześniej w przestronnym salonie francuskiej „rezydencji” rodziny Andrzeja Kochańskiego, miało do rozstrzygnięcia ważką kwestię przyszłego obywatelstwa Kochana. Andrzej, pomimo że świetnie czuł się na francuskiej ziemi, zawsze z bijącym sercem czekał na wiadomości z Polski. Pisała do niego siostra, pisał ojciec, pisali koledzy, pisał wreszcie starszy brat, i to właśnie list od Zbigniewa Kochańskiego wywołał nerwową naradę w domu Stefana Moczydły, wuja Andrzeja; brat zawiadamiał w nim, że w skrzynce pocztowej warszawskiego mieszkania Kochańskich znalazł urzędowe pismo, podkreślające pośrednio pełnoletność jego młodszego brata, bo oto ojczyzna upominała się o poborowego Andrzeja Kochańskiego i za nic miała, że ten wolał kopać piłkę na ciepłym słońcu pod francuskim niebem. Do tej pory Andrzej posługiwał się paszportem konsularnym, wydanym przez polską ambasadę w Paryżu, i nie zawracał sobie głowy tym, jak długo taki stan będzie trwał. Było dobrze, jak było. List Zbigniewa niszczył ten kruchy stan równowagi i stawiał Andrzeja oraz jego zatroskaną rodzinę przed trudnym dylematem. Usadowieni w głębokich klubowych fotelach matka i wuj rozważali różne opcje; odmowa powrotu wiązała się z utratą na zawsze polskiego obywatelstwa i – być może – stałą rozłąką z warszawską częścią rodziny, powrót z kolei powodował przerwanie na dłuższy czas nauki, która i tak przychodziła Andrzejowi z trudem. Chłopak, namawiany przez francuskich kolegów, trenera, księży nauczycieli, a nawet posterunkowego, znajomego wuja, skłaniał się raczej do wystąpienia o azyl, przyjęcia obcego obywatelstwa i pozostania we Francji.

– Andrzejku, ja też jestem za tym, żebyś skończył szkołę, sam ci ją przecież, panie, załatwiłem – przekonywał Stefan Moczydło – ale pomyśl: jak wystąpisz o azyl, to komuchy, panie, przez wiele lat, a być może nigdy, nie wpuszczą cię do Polski. Przecież sam widzisz, panie, jak ja strasznie tęsknię za krajem i nie mogę tam pojechać. Brata, panie, nie widziałem od wojny, ale moje uczucia Gomułki, panie, nie interesują.

– Wiem, wuju. Ale ojciec mógłby mnie odwiedzić tutaj.

– Zapomnij o tym, panie. Komuchy doskonale wiedzą, że twoja matka do Polski już nie wróci. Twoi rodzice, panie, są rozwiedzeni, a rodzeństwo pełnoletnie. Ty mogłeś tu przyjechać, bo jesteś, panie, najmłodszy i kiedy matka cię ściągała, byłeś niepełnoletni. Nawet komuchy nie mogły, panie, zabronić ci wyjechać do matki, a i tak ile było z tym problemów.

– Synku, pojedź. Odsłużysz wojsko i wrócisz tutaj – prosiła Marianna Kochańska. – Dwa lata zlecą szybko. Wuj dogada się z księżmi, po powrocie skończysz szkołę.

– Akurat szkołą najmniej się przejmuję.

– A powinieneś, bo orłem, panie, nie jesteś – powiedział surowo wuj i potarł wąsa.

– No dobrze, a jaką mam gwarancję, że komuchy – jak ich wuj nazywa – nie będą mi robiły problemów z ponownym wyjazdem?

– Gwarancji, panie, oczywiście nie ma, bo z nimi, cholerka, to w ogóle brak jakichkolwiek gwarancji. – Stefan uderzył się dłonią w kolano. – Ale z drugiej strony – dodał po krótkiej pauzie – dlaczego mieliby ci robić kłopoty. Skoro już raz cię, panie, wypuścili… Andrzejku – argumentował dalej wuj – mężczyzna, panie, do wojska pójść musi, nie ma o czym gadać, bo to i krzepy, panie, nabierzesz, i zawodu się wyuczysz. Popatrz tylko, panie, na mnie, gdzie ja się szyć mundury nauczyłem? Przecież, że we wojsku. I patrz, co teraz mam. – Zatoczył ręką dokoła. Potem zniżył głos i dodał: – Postrzelasz sobie, panie. A może i do tanków cię wezmą, ho, ho. A skoro masz mundur, panie, nosić, to lepiej, żeby, panie, on polski był, nawet i komunistyczny, niż obcy jakiś.

– Nie obcy, tylko przez wuja szyty.

– A nawet i przeze mnie, to, panie, bez orzełka.

Dyskusja ciągnęła się późno w noc, a decyzja, która zapadła, miała zaważyć na całym dalszym życiu Kochana. W końcu myśl, że już nigdy mógłby nie zobaczyć ojca, rodzeństwa, Warszawy i kumpli, przeważyła. Andrzej na swoje nieszczęście postanowił wrócić. W kwietniu wysiadł z pociągu na zakurzonym dworcu Warszawa Główna Osobowa, a już w pierwszomajowe święto Anno Domini 1968 odstrojony w gustowne moro zamiatał chodniki w jednostce w Trześnikowie pod Szczecinem.

– Tak, chłopaki, wojsko już odsłużyłem, ku chwale ojczyzny, a pojutrze odbieram paszport, kupuję bilet i spier-da-lam.

Zapadła cisza. Tego żaden z nich się nie spodziewał. Kiedy siedem miesięcy temu Kochan niespodziewanie wrócił, wydawało się, że wszystko znów będzie jak dawniej; kiedy zaraz potem poszedł do wojska, wiedzieli, że będą musieli poczekać na przyjaciela dwa lata; a gdy już po pół roku zwolniono go z armii, swoją radość celebrowali ogromnymi ilościami wypitego taniego wina. Tak miało już pozostać. Myśli, że Kochan może z powrotem wyjechać do Francji, w ogóle do siebie nie dopuszczali. Teraz byli w szoku.

– No, nie stójcie tak z rozdziawionymi gębami. Może kiedyś mnie TAM odwiedzicie – zawołał wesoło Kochan, po czym nabrał z parapetu okna Ośrodka Sportu i Rekreacji pełną garść mokrego, klejącego się śniegu, wrzucił go Szczocie za kołnierz kraciastej marynarki i zaczął uciekać w stronę Wisły. Chłopcy otrząsnęli się z niemiłego wrażenia, jakie wywarły na nich słowa przyjaciela, i rzucili się za nim w pogoń, co chwila tracąc równowagę na śliskim chodniku. Biegnąc, wśród śmiechów i pokrzykiwań, zauważyli nagle żarzący się pomarańczowy punkcik w oczodole ciemnej bramy odartej z tynku przedwojennej ceglanej kamienicy, która wciąż nosiła na sobie znaczone dziurami po pociskach i odłamkach, niezabliźnione wojenne rany. Zatrzymali się. W tej samej chwili pociągnięty papieros rozżarzył się mocniej i oświetlił twarz opartego o ścianę niskiego typka o mętnych oczach i czerwonym, przekrzywionym po złamaniu nosie.

– Kochan, to gdzieś tu – szepnął Sysy.

– Koledzy sobie życzom? – zapytał typek ochrypłym głosem, przeciągając „l”, strzelił kciukiem i środkowym palcem niedopałkiem sporta na ulicę, wypluł na chodnik drobinkę tytoniu, która została mu na języku, odkleił się od brudnej ściany kamienicy i zrobił kilka chwiejnych kroków w stronę chłopaków. Owionął ich mdlący zapach zabójczej mieszanki alkoholu, czosnku, papierosów i niemytych od lat zębów.

– Wódkę chcieliśmy kupić.

– A sie rozumie, jeżely tak, to chwileczkie. – Wyciągnął przed siebie otwartą dłoń, jakby zatrzymywał pędzącą taksówkę, i kiwnął głową. – Panowie pozwolom za mnom. – Obrócił się na pięcie, machnął ręką, wskazując kierunek, i wszedł w bramę prowadzącą na nieoświetlone podwórko studnię. Chłopcy ruszyli w ciemną czeluść, w nozdrzach poczuli kwaśny odór moczu. Typek zatrzymał się przed wyłamanymi, wiszącymi na jednym zawiasie drewnianymi pokrytymi łuszczącą się farbą drzwiami, które prowadziły na pomalowaną olejną lamperią, cuchnącą pleśnią klatkę schodową i wyciągnął przed siebie rękę.

– Uprzejmie pieniążki prosze – powiedział z pijacką galanterią.

– Kochan, zwariowałeś? – Maniek złapał za przegub dłoni sięgającego do kieszeni Andrzeja. – Nie zobaczysz więcej ani wódki, ani kasy.

– A! Jak nie, to nie. Same sobie radźcie – wychrypiał obrażony typ, wyciągnął z kieszeni wymiętoszoną paczkę sportów i zaczął w niej szperać żółtymi paluchami.

– Spokojnie, Maniuś. Ludziom trzeba ufać, nie, szefie? – powiedział uśmiechnięty Kochan i puścił do typa oko, wręczając mu dwieście złotych. – Dwie, proszę, starczy?

– Sie wie, kerowniku, za chwileczkie jezdem z powrotem – ucieszył się typ i chwiejnym kłusem wbiegł w mrok klatki.

Chłopcy zostali sami na pogrążonym w ciemności, cuchnącym szczynami podwórku; gdzieś przy śmietniku rozdarł się kot, przerywając na moment ciszę. Szczota postąpił krok w stronę Kochana.

– Andrzej, a ty musisz tam wracać? Tak od razu? – zapytał powoli.

– Muszę, Waldziu, muszę. Tu mnie nic nie trzyma. Co ja tu mam? W dwóch pokojach z kuchnią ojca, z którym nie mam o czym gadać, siostrę z nową rodziną – mężem i małym dzieckiem – i brata wracającego nad ranem, zawsze na cyku, z nocnej szychty w hucie?

– Ale może byś został troszkę dłużej, rozejrzał się? – namawiał Szczota.

– Nie, nie. – Kochan pokiwał przecząco głową. – Co mnie tu czeka? Mam skończoną ledwie podstawówkę i żadnych perspektyw. A tam wujo załatwił mi szkołę, która wprawdzie nie bardzo mi się podoba, ale jak będę się uczył, to wujo, który sam nie ma dzieci, zostawi mi zakład. A to już jest coś. Poza tym, co tu jest za życie? Rozejrzyjcie się…

– Ech, Kochan! Gdybym tylko miał taką możliwość, też bym pierdolnął to wszystko i wyjechał na Zachód. Ale nie mam jak. – Szczota powiedział to, co czuli również pozostali, którzy w milczeniu pokiwali aprobująco głowami.

– Waldziu, chłopaki, jak już urządzę się TAM po swojemu, to was zaproszę. Słowo – obiecał, obejmując czule Szczotę. – Może was wypuszczą. Przyjedziecie i sami zobaczycie, jak tam jest i czy miałem rację, nie chcąc zostawać w tym syfie.

Na klatce, przed którą stali, zadudniły drewniane schody, a po chwili wytoczył się na podwórko typek.

– Wszystko pyjane śpi. Ale… załatwyłem he, he – rzucił swoim charakterystycznym chrapliwym dyszkantem. Spojrzał na chłopców triumfująco i wyciągnął ze spodni dwie butelki żytniej, unosząc je wysoko nad głowę. – Chiba jakaś premia mie sie należy, kerowniku? – dodał w kierunku Kochana.

Andrzej sięgnął ponownie do kieszeni.

– Nie, nie, nie – zaprzeczył szybko typek, potrząsając butelką, po czym wskazał znacząco wzrokiem na flaszkę.

– Jasne, bon appétit – zażartował Kochan.

– Że jak? – zapytał typek groźnie.

– Nie, nic. Szef się częstuje.

Zadowolony typek wszedł do bramy i mocnym, szybkim uderzeniem łokcia w dno butelki zerwał banderolkę, zdjął nakrętkę i przytknął flaszkę do ust. Jego grdyka poruszała się miarowo, a kiedy oddał wódkę Kochanowi, ocierając gębę zatłuszczonym rękawem, butelka była w trzeciej części opróżniona. Chłopcy spojrzeli na niego z podziwem. Typek ponownie sięgnął do paczki sportów.

– Może szef zapali mojego? – Kochan podetknął mu pod krzywy nos kupioną w dewizowym sklepie paczkę cameli.

– E, nie, perfumów nie palę.

– To może klubowego? – zaproponował Maniek.

– Z filtrem – skrzywił się typek. – No dobra, dawaj.

Oderwał ustnik i wsadził papierosa pomiędzy spękane usta. Trzasnęła zapałka, którą przypalił kolejno wszystkim, na koniec sobie.

– To my już polecimy, szefie. – Kochan zaciągnął się dewizowym camelem.

– Siemanko, chłopacy.

Typek oparł się o poszarpaną odłamkami ceglaną ścianę. Oglądając się, odchodzący przyjaciele zobaczyli jedynie pomarańczowy, żarzący się punkcik w oczodole ciemnej bramy.

– To co? Do parku na ławkę? – rzucił Kochan, rozcierając zziębnięte dłonie.

2

Pogrążony w czarnych myślach Kochan siedział bez ruchu już czwartą godzinę na twardej ławce Poczty Głównej, gdzie zamówił rozmowę międzynarodową z Francją, i próbował ogarnąć niewesołą sytuację, w jakiej się znalazł. Pani z okienka wywoływała kolejne numerki do kabin, podając jednocześnie kierunek połączenia, ale to wszystko przelatywało jakby obok Andrzeja – jemu pięć godzin temu świat zwalił się na głowę. Stał wtedy oparty o filar w poczekalni warszawskiego wydziału paszportów przy ulicy Kruczej, obserwując twarze wychodzących z pokoju interesantów, szczęśliwe i dumne, należące do tych, którym udało się wejść w posiadanie wymarzonego dokumentu uprawniającego do przekroczenia granicy PRL, i smutne, zawiedzione, wręcz zszokowane tych, którym odmówiono prawa do opuszczenia – choć na krótką chwilę – ukochanej ojczyzny. Dochodził do wniosku, że radość jest nudna, znacznie ciekawsze wydawały mu się oblicza i reakcje petentów załatwionych odmownie. Był tu cały wachlarz zachowań: od pełnego rezygnacji żalu, łez, spuszczonych wstydliwie głów i oczu, po zawzięte rozczarowanie, złość, mówione półgębkiem lub wykrzykiwane pełną piersią wymyślne przekleństwa. Kochan mógł sobie pozwolić na dystans i poniekąd cyniczne rozbawienie towarzyszące tym obserwacjom, ponieważ jego pozycja wydawała się prosta, wręcz oczywista; tydzień temu złożył wniosek, który został przyjęty bez żadnych zastrzeżeń, do dokumentu dołączył podanie wyjaśniające dokładnie jego sytuację rodzinną i podkreślające obywatelską – patriotyczną nawet – postawę wobec kraju, a wyrozumiała urzędniczka wyznaczyła mu iście ekspresowy termin odbioru paszportu. Chociaż odczuwał już solidne zmęczenie ponad pięciogodzinnym oczekiwaniem w długiej kolejce na audiencję u funkcjonariusza wydziału paszportów, to zachowywał spokój i z rozbawieniem, ale i odrobiną nostalgii wspominał, jak trzy i pół roku temu, jako piętnastoletni chłopak, przyszedł z ojcem w to samo miejsce złożyć wniosek o wydanie paszportu, wsparty zaproszeniem od matki, a potem kolejną wizytę, kiedy z bijącym sercem oczekiwał na decyzję władz.

Drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich niewysoki, starszy mężczyzna w za ciepłym jak na pogodę kożuszku, zaciskający na piersi pięść w geście zwycięstwa. „Kolejny szczęśliwiec – ziewnął Kochan – no, zaraz ja”, pomyślał jeszcze. Do pokoju weszła czekająca w kolejce przed nim młoda kobieta. „Pewnie ją odstrzelą – rozważał dalej – ten juhas w kożuchu to już drugi z rzędu załatwiony pozytywnie, czas na gilotynę”. Żal mu się zrobiło dziewczyny, która podczas wielogodzinnego oczekiwania opowiadała współkolejkowiczom o rodzinie w Wiedniu i studiach na wydziale historii sztuki, jakie miała nadzieję rozpocząć po przyjeździe do stolicy Austrii. Podejrzanie szybko drzwi ponownie się otworzyły i dziewczyna pewnym krokiem opuściła pomieszczenie, a cała jej postać – przede wszystkim roześmiane ciemne oczy – wyrażała wielką radość. Minęła Kochana, unosząc w górę kciuk i puszczając do niego oko. „Urzędasy mają chyba godzinę litości dla zwierząt. To już trzecia, ja będę czwarty, odkąd tu jestem, takiej pomyślnej serii nie było”, myślał Andrzej, przekraczając próg pokoju.

Za biurkiem siedział niski, ostrzyżony na jeża brunet w błękitnej koszuli z odstającymi małymi uszami i poruszał krótko przyciętymi wąsikami. „Wołodyjowski, kurwa mać”, uśmiechnął się w duchu Kochan.

– Andrzej Kochański po odbiór paszportu – zameldował wesoło.

– Przecież wiem, że nie marynarki z pralni, he, he – zaśmiał się, chrumkając niczym wieprz, urzędnik. – Tak, mam tu was – dodał już poważnie, przeglądając teczkę z dokumentami. – I przychodzicie sobie po odbiór, a nie odbierzecie, bo dokumentu uprawniającego do opuszczenia naszego kraju nie otrzymacie. Jest odmowa wydania.

– Jak to odmowa?

– No tak, tu, widzicie, pisze, że właśnie wyszliście z wojska.

– Bo ja właśnie, żeby wojsko odsłużyć, przyjechałem z Francji od matki i teraz chcę z powrotem. Tam wszystko wyjaśniłem. – Pokazał na teczkę z podaniem, z którego jeszcze przed chwilą był tak dumny.

– Słuchajcie no, obywatelu Kochański, nie bądźcie dzieckiem. Że przyjechaliście spełnić swój obowiązek wobec ojczyzny, to wam się chwali. Ale, jak sami słyszycie, jest to wasz o-bo-wią-zek i nikt za to orderu wam nie przyzna. Nie liczcie na to. A teraz chcecie wyjechać do kraju kapitalistycznego. Wrogiego nam kraju kapitalistycznego, dodam. Dajmy na to, członka NATO. I wy w tym wrogim nam kraju kapitalistycznym, nawet nieświadomie, nawet nie wiedząc, że zdradzacie tajemnice wojskowe, takie sekrety dotyczące naszej armii moglibyście przypadkiem wyjawić. Ichnie służby już mają swoje sposoby, żeby wszystko, co je interesuje, z takich jak wy wyciągnąć. Nawet nie będziecie wiedzieć, kiedy. A my naszych tajemnic umiemy strzec i dlatego paszportu na razie wam nie damy.

Kochan z rozdziawionymi ustami opadł na krzesło i z osłupieniem wlepił szeroko otwarte oczy w urzędnika. „O czym on bredzi, jakie tajemnice? Przecież to całe wojsko było jedną wielką farsą”, myślał.

Zaledwie pół roku po wcieleniu poborowego Andrzeja Kochańskiego do Ludowego Wojska Polskiego jak co rano kapral Mroczek stanął w progu sali, w której spał Kochan, przekręcił kontakt i z właściwym sobie wdziękiem wrzasnął:

– Pobudka, koty jebane!!! Do umywalni, ruszać się!!! Wylegiwać się z kutasem w garści będzie tu jeden z drugim!!!

Zaspany Andrzej próbował zebrać wyciągnięte z szafki przybory toaletowe, które po kolei leciały mu z rąk. Nagle zorientował się, że Mroczek stoi tuż za jego plecami, odwrócił się pospiesznie i starając się opanować dygot (sala mimo listopadowych chłodów nie była ogrzana), wyprężył się w postawie zasadniczej. Kapral zbliżył ospowatą twarz do twarzy Andrzeja i spojrzał mu prosto w oczy.

– A ty, Kochański, kocie, już żeś się, kurwa twoja mać, nawojował – syknął. – Zbieraj się i do oficera dyżurnego wypierdalaj. Do cywila wychodzisz, łajzo.

Od samego początku zasadniczej służby wojskowej w ludowym wojsku nic nie przebiegało zgodnie z wyobrażeniami Andrzeja. Mundurowi dysponenci na komisji wojskowej uznali po krótkiej rozmowie, że poborowy, który po trzyletnim pobycie na Zachodzie przyjeżdża z Francji specjalnie po to, żeby odsłużyć wojsko w socjalistycznej armii, jest co najmniej podejrzany i jako element niepewny, w najlepszym razie jedynie skażony wrogimi ideami przywleczonymi z zagranicy (a niewykluczone, że – być może – przekabacony na służbę obcemu wywiadowi), powinien być wysłany do jakiejś peryferyjnej jednostki, gdzieś, gdzie, jak stwierdził odpowiedzialny za przydział major, „psy dupami szczekają”, i wyznaczony do nieistotnych z punku widzenia obronności kraju zajęć. Wybór padł na jednostkę piechoty w Trześnikowie koło Szczecina, a dyspozycja była wyraźna: Andrzejowi Kochańskiemu broni nie powierzać, ze sprzętem wojskowym go nie obznajamiać i najlepiej trzymać z daleka od wszystkiego, co mogłoby być interesujące dla wrogiego wywiadu, jednocześnie dać szkołę, po której serdecznie odechce mu się wszelkiego węszenia. Z początku wojskowi zwierzchnicy Andrzeja gorliwie stosowali się do poleceń przełożonych i Kochan, rozpoczynając służbę, dostał solidnie w kość, na przemian ćwicząc musztrę i będąc wyznaczanym – zawsze poza kolejnością – do najbardziej niewdzięcznych prac porządkowych w jednostce. Z czasem jednak oficerowie doszli do wniosku, że szeregowy Kochański znalazł się w polskiej armii na skutek nieszczęśliwych dla niego zbiegów okoliczności i z powodu zbyt prostolinijnie pojętego poczucia obowiązku, a nie w jakichś wrogich ojczyźnie zamiarach, i zaczęli uważać go za niegroźnego wariata i fantastę, a nie niebezpiecznego szpiega, obróbkę zaś, którą podoficerowie wobec Andrzeja w dalszym ciągu stosowali, tolerowali bardziej jako potrzebny kompanii wentyl bezpieczeństwa niż sposób na odwrócenie uwagi agenta od jego wrogiej działalności.

Potem, już po przysiędze, na którą do większości żołnierzy przyjechały ich dziewczyny, a do Kochana jedynie ojciec i starsza siostra (o której rzekomych możliwościach seksualnych nasłuchał się później sporo niewybrednych komentarzy), nacisk na Andrzeja zelżał i wojskowa egzystencja stała się dla poborowego całkiem znośna. Wkrótce razem z całą kompanią został przydzielony do prac polowych w pobliskim PGR-ze.

Kwaterowali w ogromnych, rozbitych w szczerym polu brezentowych namiotach, ogrodzonych drutem kolczastym. Wewnątrz zaduch był straszliwy, wodę musieli nabierać w budynkach biurowych PGR-u i donosić w wiadrach, a jedyną możliwość kąpieli dawało niedalekie jezioro, w którym woda była mętna, ale ponoć czysta, mimo że na powierzchni unosiły się podejrzane sine glony. Prace w polu okazały się dla Andrzeja równie ciekawym, co trudnym doświadczeniem. Urodzony i wychowany w Warszawie, do tej pory wieś znał jedynie z okien autokaru czy pociągu. Na wsi nie miał żadnej rodziny, widły kojarzyły mu się z diabelskim atrybutem, a z kosą przychodziła śmierć, ewentualnie biegali z nią kosynierzy Kościuszki. Jedzenie znajdował na talerzu i nie zaprzątał sobie głowy pytaniami, skąd się na nim wzięło (wiedział tylko, że w Polsce smaczny kąsek należało z mozołem zdobyć, a we Francji wystarczyło sięgnąć po niego na sklepową półkę). Po pierwszych dniach pracy na dłoniach porobiły mu się twarde odciski, do których dość długo nie mógł się przyzwyczaić, w końcu jednak nabrał doświadczenia i zasmakował w ciężkiej fizycznej robocie. Andrzej zmężniał i powoli stawał się mężczyzną. I to w każdym calu, bo wieczorami młodzi żołnierze wymykali się z obozu nad jezioro i do PGR-owskich stodół pić tanie wino, rzadziej wódkę, z niedomytymi, roztaczającymi wokół siebie kwaśną woń potu robotnicami rolnymi, z którymi umawiali się w ciągu dnia, by potem – po wypiciu alkoholu – w szybkim, gwałtownym akcie, na mchu czy sianie, bez choćby odrobiny czułości, spuszczać się pomiędzy ich brudne uda, nie myśląc o konsekwencjach. Wymykał się też Kochan, a jego wesoły sposób bycia sprawiał, że pegeerówki oddawały mu się nad wyraz chętnie.

Miesiące mijały i po pracach związanych ze żniwami, zwózką ziarna i słomy z pól, podorywkami i sianiem poplonu przyszła pora na wykopki. Słoneczna do tej pory pogoda popsuła się, a chłód i deszcz w połączeniu z lepką gliniastą ziemią, z której zgięci wpół żołnierze wydłubywali drobne ziemniaki, dawały się Andrzejowi mocno we znaki. Dni stawały się coraz krótsze, a dziewczyny we wsi coraz bardziej rozdrażnione. Kochan nie tracił mimo to dobrego humoru – do czasu jednak. Kapral Mroczek rzadko uczestniczył w nocnych eskapadach nad jezioro i do stodoły, i to nie dlatego, że nie miał ochoty – wręcz przeciwnie – ale dlatego, że jego paskudna ospowata twarz w połączeniu z zawsze zawziętą miną i wyjątkowo chamskim, nawet jak na niewygórowane przecież pegeerowskie standardy, sposobem bycia odrzucała wiejskie robotnice, które specjalnie wybredne przecież nie były. Coraz bardziej sfrustrowany kapral upatrzył sobie młodziutką dojarkę Jolkę i bezskutecznie smalił do niej cholewki; łaził za nią, nagabywał, czynił propozycje – bez skutku. Raz kompletnie zalany przez pół nocy, dopóki znużony nie zasnął pod płotem, wyśpiewywał pod jej chałupą piosenki i wykrzykiwał miłosne zaklęcia, a nawet ponoć próbował się oświadczyć. Ta nieszczęśliwa kapralska miłość była powodem żartów w całym rozbitym w polu obozie. Andrzej wiedziony bezmyślną przewrotnością i charakterystyczną dla siebie skłonnością do ryzyka, podpuszczony przez kolegów, na oczach aż gotującego się ze złości kaprala umówił się z Jolką nad jeziorem, gdzie bez specjalnych ceregieli przeleciał ją szybko na mokrych liściach, obijając sobie przy okazji łokcie i kolana o świeże żołędzie, którymi usiana była wilgotna ziemia. I może nie wyniknęłaby z tego żadna afera, gdyby nie to, że dziewczyna oprócz krótkiej chwili przyjemności obdarzyła Andrzeja całym rojem gryzących bez litości mend. Wściekły na nią, na siebie, a najbardziej chyba na Mroczka, zamiast, jak podpowiadał mu instynkt, podzielić się tą niemiłą nowiną wyłącznie z obozowym felczerem, mszcząc się na kapralu, opowiedział szczegółowo o całej historii wszystkim, którzy byli skłonni go wysłuchać. Wysłuchał też Mroczek, a doznanego upokorzenia nigdy już Andrzejowi nie wybaczył.

Od tej pory skończyły się dla szeregowego Kochańskiego spokojne dni. Kapral z mściwą, sadystyczną przyjemnością odgrywał się na nim na każdym kroku. Kiedy w październiku kompania powróciła do koszar, Mroczek nasilił ataki, a jego postępowanie stało się wręcz niebezpieczne dla życia Andrzeja i zaczęło wywoływać zgorszenie nie tylko u zwykłych żołnierzy, ale i coraz bardziej zaniepokojonej rozwojem sytuacji kadry oficerskiej. Na nic zdały się rozmowy mediacyjne, które oficerowie próbowali przeprowadzać, kapral nie chciał albo po prostu nie potrafił odpuścić. Starszyzna zaczęła rozważać różne opcje; przenosić Mroczka do innej jednostki nie chciała, bo z jej punktu widzenia był to dobry, doświadczony i cenny podoficer, z kolei wystąpienie o przeniesienie szeregowego Andrzeja Kochańskiego byłoby przyznaniem się do niekompetencji i niewypełnieniem cichych dyspozycji przełożonych. W końcu postanowiono, że najrozsądniejszym rozwiązaniem będzie uznanie szeregowego za niezdolnego do dalszej służby w Ludowym Wojsku Polskim i przeniesienie go do cywila, z tajną notatką w aktach informującą, że dla dobra kraju Andrzej Kochański, jako jednostka niepewna i politycznie podejrzana, powinien być trzymany jak najdalej od wszelkich struktur wojskowych.

Kochan wszystkich tych niuansów oczywiście nie znał, dlatego słowa wywrzeszczane przez kaprala Mroczka o zwolnieniu do cywila przyjął z niedowierzaniem i węszył w nich podstęp. Wizyta u oficera dyżurnego przekonała go jednak, że tak nie jest, i już w listopadzie z kartą zwolnienia w ręku podróżował ospałym pociągiem osobowym relacji Szczecin–Warszawa do domu.

Siedzący z rozdziawionymi ustami na wprost urzędnika Kochan wciąż rozważał, jakie to tajemnice wojskowe mógłby wywieźć na Zachód, szczegóły akcji żniwnej na Pomorzu Zachodnim czy może dyslokacji wialni i młockarni na Ziemiach Odzyskanych, kiedy dotarł do niego zniecierpliwiony głos:

– No, co tak jeszcze siedzicie?

– Proszę pana, ale ja w tym wojsku to tylko kartofle kopałem.

– Widzisz, chłopcze – urzędnik zniżył głos i pochylił się w stronę Andrzeja – ja to cię nawet rozumiem i tak prywatnie jest mi cię po prostu żal. Osobiście to ja bym cię puścił, ale takie są przepisy. A przepisy to przepisy. Bezpośrednio po wyjściu z wojska paszportu wydać ci nie mogę i nic nie poradzimy… Tak więc, obywatelu Kochański – cofnął się i wrócił do dawnego tonu – znajdźcie sobie jakąś ciekawą pracę, uzbrójcie się w cierpliwość i przyjdźcie do nas za dwa lata. A może przez ten czas zrozumiecie, gdzie wasze miejsce, gdzie wam będzie lepiej, i za żadną zagranicę już wyjeżdżać nie będziecie chcieli. Serwus. – Pokręcił głową i wsadził nos w dokumenty.

Andrzej powoli wstał z krzesła i powlókł się w stronę drzwi, otworzył je, stanął w progu i spojrzał na hol pełen oczekujących na swoją kolej petentów, którzy jak na komendę odwrócili od niego wzrok, tak jakby samo spojrzenie jego zawiedzionych oczu mogło zarażać nieszczęściem niczym ospa. Zawstydzony swoją wcześniejszą, bezpodstawną, jak się okazało, pewnością siebie, przeszedł w szpalerze milczących ludzi, a przez głowę przeleciała mu myśl, że teraz to on jest obiektem obserwacji jakiegoś aroganckiego bubka – o nie, radość jednak nie jest taka nudna, jak uprzednio sądził – wściekły pchnął drzwi i wyszedł na ulicę. Ostre światło oślepiło go, jak na złość wróciła piękna jesień, po przedwczorajszym mokrym śniegu nie pozostało już śladu, a ulice tonęły w promieniach grzejącego nieśmiało słońca. Nie rozglądając się na boki, przeciął Kruczą w miejscu niedozwolonym na wprost biurowca Mostostalu – na szczęście nigdzie w pobliżu nie czaił się z gwizdkiem czujny milicjant – i ruszył w kierunku przystanku. W wąskim, znaczonym rzędem niskich młodych akacji wąwozie ulicy Pięknej, gdzieś na wysokości willi Raua, dostrzegł zbliżającą się w jego kierunku szczupłą sylwetkę trolejbusu z pałąkami niczym zajęcze uszy, sunącymi po nisko zawieszonych przewodach elektrycznych. Po chwili wsiadł do pojazdu i nie kasując biletu, stanął przy oknie. Trolejbus skręcił w prawo, w Kruczą, a Kochan zobaczył wymalowaną na całej powierzchni szczytowej ściany czteropiętrowej przedwojennej, ceglanej kamienicy ogromną sylwetkę czarnego, stojącego na tylnych łapach kota, ściskającego w przednich jeszcze większy żółty but. Była to stara reklama pasty do butów. Malunek wprawdzie troszeczkę wyblakł, ale poza tym nie miał żadnych śladów zniszczenia. „Ciekawe, jak on się tu w powstaniu uchował? – pomyślał Andrzej. – Swoją drogą, jakie to miasto musiało być kiedyś kolorowe”. Ruch o tej porze był niewielki, trolejbus minął Aleje Jerozolimskie, potem odcinający się od szarego tła szklaną, lekką, nowoczesną sylwetką Centralny Dom Towarowy i potoczył się ulicą Szpitalną. Na placu Powstańców Kochan wysiadł na przystanku przy ciągnącej się od lat budowie gmachu banku narodowego i pomaszerował Świętokrzyską obok masywnego prostopadłościanu przedwojennego drapacza chmur, hotelu Warszawa, w kierunku Poczty Głównej. W okienku hali rozmów międzymiastowych i międzynarodowych zamówił połączenie z Francją, odebrał kwitek z dalekim numerkiem, usiadł w kącie na twardej drewnianej ławce i pogrążył się w czarnych myślach.

Siedział tak bez ruchu ze wzrokiem wbitym w jeden punkt już czwartą godzinę, nie zważając na przelewający się obok tłum, ostre głosy gwałtownych kłótni, wywoływanych przez czekających w nieskończoność na połączenie rozmówców, i zapadający za oknem zmierzch, kiedy z odrętwienia wyrwał go jazgotliwy kontralt wydobywający się zza szyby okienka:

– Numerek siedemdziesiąt dziewięć, międzynarodowa do Francji, kabina trzecia! Ile razy mam powtarzać?!

Kochan drgnął i spojrzał na ścienny zegar, dochodziła osiemnasta. Poczuł ostre ukłucia w zdrętwiałej nodze, wstał i kulejąc, powlókł się do rozmównicy. Podniósł bakelitową słuchawkę, usłyszał trzask, a potem kobiecy głos.

– Mamusia?… Nie dali mi paszportu… Niech się mamusia nic nie martwi… Coś wymyślę… Obiecuję mamusi, że na Boże Narodzenie będziemy już razem…

***

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

MUZA SA

00-590 Warszawa

ul. Marszałkowska 8

tel. 22 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Konwersja do formatu EPUB: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szturman Zadry Pozostał gniew Ile kroków do domu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter