Drzewo Sprawiedliwości

Drzewo Sprawiedliwości

Autorzy: Monika Warneńska

Wydawnictwo: Axis Mundi

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 296

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 19.90 zł

Drzewo Sprawiedliwości (I wyd. 1991), poruszająca opowieść, która zmusza do zadumy.

Losy wojenne splątały życie dwóch kobiet. Kobieta, która podczas wojny straciła dziecko, ratuje z warszawskiego getta małą dziewczynkę, córkę przedwojennej przyjaciółki. Po wojnie wiatr historii komplikuje ich losy. Ich życie staje się świadectwem niełatwych stosunków polsko-żydowskich.

Spis treści

Motto

PAPIERY ANNY

GÓRA PAMIĘCI

Metryczka książki

...wspólny dom nam zburzono, krew przelana nas brata...

Władysław Broniewski

Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat.

(słowa wyryte na medalu przyznawanym przez Instytut Yad Vashem w Jerozolimie)

PAPIERY ANNY

*

Papiery Anny leżały nietknięte w szufladzie długo, chyba około roku, zanim wreszcie postanowiłam do nich sięgnąć. Tak właśnie myślałam o nich: „papiery Anny”, nie „po Annie”. Trudno mi było bowiem pogodzić się z utratą Anny. Przyjaźniłam się z nią do lat. Stała się dla mnie jak gdyby starszą siostrą. A może nawet kimś więcej niż siostrą? Z prawdziwą siostrą na pewno bowiem nie żyłabym w takiej zgodzie. Leszek zresztą również bardzo się do niej przywiązał. Wydawało mi się, że znam Annę doskonale, wraz z całą jej przeszłością. Teraz dopiero z mimowolnym zdumieniem uświadamiam sobie, jak mało o niej wiedziałam, mimo łączącej nas przyjaźni.

Obydwie pochodziłyśmy z tego samego miasta. Lecz Anna już w latach przedwojennych z Bukowca przeniosła się do Warszawy. Ja byłam wtedy jeszcze małą smarkulą. Dziesięć lat różnicy w młodym wieku – to bardzo wiele.

– Czas kaleczy, czas leczy – pokiwał głową mój ojciec, kiedy Leszek powiedział mu, jak boleśnie przeżyłam śmierć Anny. Przy całej swojej zewnętrznej, dobrodusznej zresztą szorstkości, ojciec wiedział, a może odgadywał, kim była dla mnie Anna. Sam zresztą, podobnie jak moja matka, bardzo polubił odnalezioną po wielu latach swoją uczennicę.

Leszek, chcąc mnie wyrwać z kręgu smutnych rozpamiętywań, powziął wreszcie „męską decyzję”: załatwił pożyczkę w swoim miejscu pracy i dołożywszy ją do naszych oszczędności wykupił dwa miejsca na wycieczkę do Włoch z pobytem w jednym z najpiękniejszych miejsc tego niezwykłego kraju: na Sycylii. Ten wyjazd zrobił mi bardzo dobrze, zarówno pod względem zdrowotnym, jak psychicznym. Ból nieco przycichł. Wróciłam do Warszawy w znacznie lepszej formie.

Wkrótce po naszym przyjeździe odezwał się w telefonie obcy głos kobiecy. Dzwoniła osoba, która przedstawiała się jako Bronisława Bieńko. Skąd znam to nazwisko? – Przypomniałam sobie, że tak brzmiało panieńskie nazwisko Anny. Rozmówczyni wyjaśniła:

– Jestem bratową Anny. Uprawomocnił się jej testament. Przekazała w nim pani niektóre swoje rzeczy na pamiątkę. I papiery... Kiedy pani mogłaby to odebrać?

Umówiłam się na dzień następny. Oboje z Leszkiem pojechaliśmy do znajomego mieszkania, od wielu miesięcy stało puste. Sama wybrać się tam nie potrafiłam. Zresztą nigdy w życiu przedtem nie miałam do czynienia z jakimkolwiek testamentem. Wydawało mi się, że Anna nie przywiązuje wagi do spraw materialnych.

– To bardzo rozsądne – powiedział Leszek. – Zostało przecież po niej mieszkanie i trochę wartościowych rzeczy.

Państwo Bieńkowie, brat Anny i jego żona, przyjęli nas uprzejmie i rzeczowo. Postępowanie spadkowe było – jak poinformowali – niedawno zakończone. Własnościowe mieszkanie, pokój z kuchnią i łazienką, Anna zapisała bratanicy, studentce drugiego roku medycyny. Alicja Bieńko była chrzestną córką Anny. Młodej dziewczynie przypadło również w udziale prawie całe urządzenie mieszkania.

– Trochę fotografii rodzinnych, listów, papierów zachowamy na pamiątkę – powiedział Ludwik Bieńko, jedyny z licznego niegdyś – jak przypomniałam sobie – rodzeństwa Anny.

Dla mnie i dla Leszka, „moich bardzo bliskich i bardzo serdecznych przyjaciół” – wedle stwierdzenia w testamencie, Anna przeznaczyła biureczko-sekretarzyk z czeczotki oraz podobną komódkę, która stała przy jej tapczanie. Wiedziałam, że te dwa stare mebelki, które przetrwały wojnę, kiedyś przed laty odnowione zostały w warsztacie wuja, a zarazem opiekuna Anny.

– I jeszcze to...

Podczas gdy Leszek omawiał z panem Bieńko termin przewiezienia obu mebli, jego żona położyła przede mną pakiet owinięty brązowym papierem, starannie przewiązany sznurkiem i zalakowany. Na wierzchu widniały znajomym ukośnym nieco charakterem pisma nakreślone słowa: Dla Pani Barbary Kruszek-Rogoszewskiej – do rąk własnych.

Wszystko to wydało mi się bardzo osobliwe i niedzisiejsze, jak zeszłowieczny romans. Testament, spadek, zalakowane papiery... Choć byłam ciekawa zawartości pakietu, nie kwapiłam się z jego otwarciem. Wciąż bowiem przyłapywałam się na myśli: – Trzeba to czy tamto powiedzieć Annie. Ręka sama wyciąga się do telefonu. Palce gotowe są odruchowo nakręcić cyfry, tworzące dawny, od lat znajomy numer. I znów uprzytamniam sobie, że człowieka, którego ciepły, przyjazny głos odzywał się przez tyle lat w słuchawce, nie ma i nie będzie.

A jednak Anna przemówiła do mnie. Nastąpiło to w chwili, gdy pokonując wewnętrzne opory, zdecydowałam się przejrzeć zawartość pakietu. Na wierzchu znalazłam kopertę z listem adresowanym również do mnie:

Droga moja Basiu,

Porządkowałam niedawno moje papiery, które są w tych dwóch teczkach. Miałam zamiar – przed wyruszeniem w najdłuższą podróż, z której już się nie wraca – po prostu je spalić. Ale potem zrobiło mi się żal wszystkiego, co jest w nich: przeżyć, wspomnień, nawet cierpień. Powierzam Ci te notatki. Nieraz chciałam Ci opowiedzieć o tym wszystkim, co w nich jest opisane. Zabrakło mi sił. Odkładałam to na potem. A potem było już za późno.

Patrzyłam z bliska przez wiele lat, jak rozwija się Twój talent, jak pracujesz. Byłaś zawsze wierna naszej przyjaźni. Dlatego daję Ci wolną rękę do wykorzystania historii zawartej w tych szpargałach. Z jedną tylko prośbą: zrób to nie wcześniej niż w dziesięć lat po moim odejściu. Do tego czasu, mam nadzieję, wiele trudnych, bolesnych spraw i zadrażnień wyrówna się, ucichnie. Oby to nastąpiło.

Byłaś mi bardzo bliska i bardzo droga. W Was obojgu znalazłam to, czego los mi odmówił: rodzinę z wyboru. Życzę Tobie, Leszkowi i Waszym Dzieciom wszystkiego, co najlepsze, co najlepsze i najpiękniejsze. Pomyślcie czasem o mnie.

Anna

11 X 1967

W pierwszej teczce znajdowały się dwie spore, brązowe koperty ze zdjęciami. Jedna koperta zawierała zdjęcia Anny z różnych okresów jej życia oraz fotografie jej bliskich. Rozpoznawałam ich bezbłędnie. Oto Stefan Wojdyński, wuj i opiekun Anny, zmarły jeszcze przed wojną: krótki wąs, lekko łysiejąca głowa, bystre spojrzenie szczerych oczu. Jego żona, owa ciotka Zosia, którą zdążyłam poznać – dużo młodsza od męża, bardzo ładna w swoim oryginalnym, trochę „śródziemnomorskim” typie urody – smagła, ciemna, czarnooka. Niepodobna – jak mówiła Anna – do nikogo z rodziny. Zdjęcia dwóch młodych mężczyzn w oficerskich mundurach przedstawiały obu mężów Anny, których po kolei zabrała wojna. Anna po jej zakończeniu nie podjęła żadnej próby założenia rodziny. I dwie kolejne fotografie: maleńkie dziecko na rozłożonym kocu. Dziecko na rękach uśmiechniętej Anny. To była na pewno jej córeczka, która zmarła w niemowlęctwie podczas wojny.

Z drugiej koperty wyjrzała znowu twarzyczka dziecka. I to mnie zaskoczyło. Kim była dziewczynka, którą Anna przygarniała do siebie serdecznym, macierzyńskim gestem? Na odwrocie każdego zdjęcia widniała tylko data. Przeczytałam: 1943. Nie mogła to być córeczka Anny. Towarzyszyłam jej bowiem kiedyś w wędrówce na Powązki. Przed Wszystkimi Świętymi moja przyjaciółka odwiedzała rodzinne groby w Bukowcu i mogiłę drugiego męża na wojskowym cmentarzu w okolicach Pily. Potem szła na Powązki, ten najbardziej znany cmentarz warszawski, z ładunkiem zniczy i chryzantem. Pod granitową płytą, obok jej opiekunów, spoczywał syn Stefana Wojdyńskiego, poległy w obronie Warszawy.

U dołu grobowca widniał napis: Joasia Laszkiewiczówna, i dwie daty, które zamykały króciutki okres życia córeczki Anny. Tam spoczęła również ona – obok jedynego dziecka i opiekunów, których nieraz nazywała drugimi rodzicami.

Wracając z Powązek, długo czekałyśmy na taksówkę. – Wpadnij na chwilę do mnie – poprosiła Anna.

– Podczas wojny wydawało mi się, że noszę w sercu jeden wielki cmentarz – westchnęła, gdy już znalazłyśmy się w jej mieszkaniu. – Tylu ludzi odchodziło co dzień – i tylu najbliższych straciłam!

Milczałam. Cóż bowiem można było powiedzieć? Dwie siostry Anny zginęły z rąk Niemców. Brat, zagrożony aresztowaniem, przedostał się na teren ówczesnej Generalnej Guberni. Poległ w partyzantce.

– Potem Joasia... I jeszcze inne sprawy, inne bóle. Tylko że...

Anna przerwała w pół zdania i wyszła do kuchni. Nie pospieszyłam za nią, wiedząc, że w takich chwilach człowiek bardzo często woli być sam.

Powróciłam teraz do zdjęć. To nie mogła być córeczka Anny. Na odwrocie widniała data: 1943.

Kolejne zdjęcie wykonane chyba przez amatora, lecz sprawnego w fotografowaniu: dziecko – zapewne to samo? – stojąc pomiędzy dwojgiem młodych ludzi, trzyma ich za ręce. Mężczyzna zarzucił biały kitel na mundur wojskowy. Anna w jakiejś niezgrabnej kurtce, przypominającej zimową kufajkę. „Rok 1944”. Lublin – domyśliłam się. Wiedziałam, że przez linię frontu Anna dotarła wówczas na tereny wyzwolone, gdzie Lublin pełnił rolę tymczasowej stolicy.

I jeszcze dwa zdjęcia. To samo dziecko stało się już dziewczynką o figlarnym uśmieszku. Na pierwszej z tych dwóch fotografii mała ubrana była w letnią sukienkę. Na drugiej opatrzonej napisem „Łódź 1946” miała na sobie fartuszek przedszkolaka.

Czyżby te zdjęcia miały tworzyć swoistą dokumentację fotograficzną, uzupełniającą treść notatek Anny?

Czytałam je przez cały wieczór i przez całą następną niedzielę. Przybliżyły się wspomnienia czasu, w którym poznałam Annę.

Dwa cykle reportaży, zamieszczone na łamach prasy młodzieżowej, w której dotychczas pracowałam, zwróciły czyjąś uwagę „u góry” – i nieoczekiwanie okazało się, że czeka mnie przeniesienie z „Głosu Młodych” do redakcji „Horyzontu”. Tak zwał się znany i poczytny tygodnik społeczno-kulturalny. Dla mnie, wówczas młodej, nieśmiałej, pełnej kompleksów stanowiło to oczywiście awans. Cieszyłam się nim, lecz zarazem czułam lęk: czy dam sobie radę na nowym gruncie?

– Na pewno – twierdził z optymizmem mój mąż.

W pewien dzień wczesnej jesieni przyszłam po raz pierwszy do „Horyzontu”. Sekretarz redakcji oprowadził mnie po kilku pokojach, prezentując nową, stremowaną przybyszkę dziennikarzom, którzy od dziś mieli być moimi kolegami. Trafiliśmy wreszcie do małej klitki, gdzie przy biurku siedziała nad stertą książek i czasopism ciemnowłosa kobieta, pochłonięta pisaniem.

– Cześć, Aniu! Chciałem ci przedstawić naszą nową koleżankę. – Sekretarz wymienił moje nazwisko.

Nieznajoma podniosła wzrok znad biurka. Stwierdziłam w duchu, że jest ładna i wygląda młodo. Ciemne włosy przetkane nikłymi smugami wczesnej siwizny obejmowały twarz jak rama. Przyjrzała mi się bardzo uważnie, a potem z uśmiechem powiedziała to, co mnie zaskoczyło:

– Ja panią już znam, pani Basiu.

Mocno zmieszana, gorączkowo usiłowałam sobie przypomnieć, kiedy i gdzie spotkałam tę kobietę. Dopomogła mi:

– Proszę się nie trudzić. To dawne czasy. Jest pani córką pana Adama Kruszka? Mieszkała pani kiedyś w Bukowcu, prawda? Potwierdziłam.

– Ja też. Uczyli mnie niegdyś pani rodzice. Co dzień chodziła pani z ojcem na spacery. Zawsze miała pani na głowie dużą, piękną kokardę.

Jak przez odwróconą lornetkę zobaczyłam wyraźnie zatarty we wspomnieniach obraz: idziemy oboje „do miasta”. Trzymając rękę ojca, usiłuję dotrzymać mu kroku. Skaczę przez kałuże lub ślizgam się po zamarzniętym błocie. Ulica jest nieładna, ale wtedy jeszcze nie znałam miast z pięknymi ulicami. Za nami pozostał drewniany most (którego teraz już nie ma), brzydki, jak prawie wszystko w moim rodzinnym mieście. Idziemy do celu owych prawie codziennych spacerów: jest nim najpierw cukiernia, gdzie wstępujemy na pączka (kosztował piętnaście groszy – Boże, jak to jest, że człowiek pamięta takie głupstwa!), a potem księgarnia! Pierwsza księgarnia w moim życiu. Ojciec, kierownik miejscowej szkoły, często załatwiał w księgarni jakieś sprawy z właścicielem, starszym panem, siwym i bardzo godnym. A ja mogłam kręcić się obok półki z książkami dla dzieci – i sięgać łapczywie po coraz to nowy tom Makuszyńskiego, Porazińskiej, Buyno-Arctowej...

Wspomnienie błysnęło, zawirowało i zgasło, pozostawiając ciepły ślad. Z sympatią spojrzałam na nową znajomą.

– A pani rodzice? – spojrzała na mnie wyczekująco.

– Żyją – odparłam. – Mieszkają nadal w Bukowcu. Ojciec był w oflagu. Pracują. I jakoś trzymają się ze zdrowiem.

– Nie wiem, czy mnie pamiętają, ale bardzo proszę, niech ich pani bardzo serdecznie ode mnie pozdrowi. Od Anny Bieńko. Pod tym nazwiskiem może sobie mnie przypomną.

– Anna Bieńko? – ojciec zmarszczył brwi, usiłując przywołać skojarzenie związane z tym nazwiskiem. – Aha, już wiem! Oczywiście, że ją pamiętam. Szczupła, ciemna. Bardzo zdolna.

– Ja też ją sobie przypominam – dorzuciła moja matka. – Anula Bieńko pięknie deklamowała!

– Mówiliśmy nieraz w gronie nauczycielskim, że powinna iść do gimnazjum.

– Wyjechała aż do Warszawy – podjęła matka. – Podobno zaopiekowali się nią jacyś zamożni krewni, którzy własnych dzieci nie mieli.

Pamiętam wkrótce potem święta i sylwestrowy wieczór w redakcji „Horyzontu”. Wspólna kolacja, śmiech, gwar, muzyka i życzenia noworoczne. Anna wyglądała bardzo ładnie w czarnej sukni, ozdobionej srebrzystą koronką, nabytej okazyjnie, jak mi później powiedziała. Wtedy zresztą każdy ubierał się jak mógł i „bale gałganiarzy” nie wyszły jeszcze z mody. U Anny podobał mi się jej szyk, charakterystyczny dla warszawianek, które nawet wśród ruin stolicy i ciężkich warunków codziennego życia potrafiły ubierać się pomysłowo i elegancko. Anna również, choć warszawianką z urodzenia nie była.

Zaproponowała mi wypicie bruderszaftu ze słowami: – Znamy się przecież tak dawno! – Przystałam na to z ochotą.

– Ale jak mam do pani, to znaczy, przepraszam jak mam do ciebie się zwracać? – Spytałam, kiedy już dopełniłyśmy zwyczajowego obrzędu. – Hania?

– Nie! – zaprzeczyła Anna, zaróżowiona i wesoła, jak gdyby nie miały do niej przystępu żadne zmartwienia. – Nikt mnie tak nigdy nie nazywał. Może dlatego, że moja matka miała na imię Hania. Wszyscy najczęściej mówili do mnie: Anula. Czasem: Anka. Ale najbardziej odpowiada mi moje imię bez żadnych skrótów. Po prostu Anna.

Wspomnienia tłoczą się w pamięci, jedno wypiera drugie. Nasza zażyłość utrwaliła się szybko. Anna miała cenną w przyjaźni zaletę: potrafiła się znaleźć blisko, zawsze kiedy była najbardziej potrzebna. Potrafiła radzić i pomagać. Umiała mówić – i słuchać. Przez kilkanaście lat obojgu nam dała bardzo wiele. Przyjechaliśmy z prowincji – i nie było nam łatwo zakorzenić się na warszawskim gruncie. – Ja też kiedyś byłam „nietutejsza”, „pozawarszawska”. I chyba jeszcze ciężej niż tobie szło mi pokonywanie oporów – mawiała z uśmiechem.

– Jeślibyś chciała usłyszeć współczesną wersję bajki o Kopciuszku, to byłyby na pewno właśnie moje losy – nadmieniła kiedyś półżartem, mówiąc o swoim dzieciństwie. – Nie możesz sobie wyobrazić, co czuje taki jedenastoletni „kopciuszek”, kiedy znajdzie swojego królewicza. Moim „królewiczem” była Warszawa.

– Mogę sobie wyobrazić – odparłam. – Mnie też na początku było trudno tu w Warszawie.

– To nie to samo, Basiu. Prawda, że w zrujnowanej Warszawie żyło się znacznie ciężej niż w tej normalnej, przedwojennej. Ty wyszłaś z domu, gdzie było dużo książek, gdzie rodzice ciebie jedną otaczali troską. Ty, choć młoda, byłaś już przecież dorosła. Mój start nastąpił w innych warunkach. Musiałam oswoić się z mnóstwem nowych rzeczy. Tyle że młode drzewko na nowy grunt łatwo przeszczepić.

– Drzewko się przyjęło – zażartowałam. – I wyrosło.

– Jak widać na załączonym obrazku – zaśmiała się Anna. Była o głowę wyższa ode mnie.

Podtrzymywała w nas obojgu ciekawość świata i pasję do podróży, która zresztą ją również cechowała. – Przed wojną zapowiadało się na to, że będę mogła zwiedzić trochę świata za nieduże pieniądze – westchnęła, opowiadając mi kiedyś o swojej pracy w PLL LOT. – Po prostu nie zdążyłam wykorzystać okazji!

Kiedy ogłoszono pierwsze wycieczki morskie, oświadczyła, że pojedzie w taką podróż i nam obojgu pomoże również wziąć w niej udział. Pomocą z jej strony była pożyczka pieniężna, z której skorzystaliśmy nie bez skrupułów. – Spłacicie mi w ratach – oświadczyła Anna tonem niedopuszczającym dyskusji. Tak też się stało. Oprócz pocztówek i folderów, zdjęć i drobiazgów pamiątkowych pozostał nam i jej skarb największy: wspomnienia.

Jeszcze teraz w trudnych momentach wydaje mi się, że słyszę spokojny, znajomy głos: – Ależ, Basiu, dlaczego z góry zakładasz, że nie dasz sobie rady? Potrafisz! I okazuje się, że naprawdę potrafię.

Kiedy uparłam się przy nauce hiszpańskiego, co przed laty nie było tak popularne, jak obecnie, bardzo mnie w tym zamiarze podtrzymywała. Potem okazało się to potrzebne „jak znalazł”: bez znajomości hiszpańskiego nie doszłaby do skutku moja wielka podróż do Meksyku i Gwatemali. Podróż, po której...

– Dlaczego? Dlaczego ona o tym nigdy nie chciała mówić? – pytałam mojego męża, po lekturze notatek Anny.

– Widocznie to było ponad jej siły – odparł Leszek.

Okupacyjna karta Anny, mojej przyjaciółki, była piękna, choć ona sama wspominała o tym raczej niewiele. Ktoś z tych, co znali Annę podczas okupacji, powiedział mi, że brała udział w ratowaniu Żydów. Zagadnęłam ją o to. Potwierdziła, nie wdając się w szczegóły.

– Czy to była „Żegota”?

– Tak i nie – odparła Anna. – Zaczęło się to jeszcze przed „Żegotą”. – Urwała, jak gdyby nie chcąc powiedzieć zbyt wiele.

– A czy... czy miałaś z tego powodu jakieś przykrości? – zaryzykowałam kolejne pytanie. Wiadomo było przecież, że wielu dawnych żołnierzy i działaczy podziemia spotykały w latach stalinizmu niezasłużone krzywdy.

Anna wzruszyła ramionami.

– Przykrości? No, cóż... – Miałam ich trochę. Mniej niż inni ludzie, którzy się w te sprawy angażowali – odparła powściągliwie. – To nie było w moim przypadku najgorsze. Kiedyś ci o tych sprawach opowiem. Ale na to potrzeba czasu i spokoju.

Całą prawdę poznałam dopiero w wiele lat później z jej notatek.

Oczywiście, wiedziałam o wyjazdach Anny do Izraela. Pierwszy raz była tam wkrótce po październiku 1956. Zaproszenie przysłali jej, jak powiedziała, dawni przyjaciele, od pierwszego okresu po wojnie osiadli w Tel Awiwie. W kilka lat później przyszło następne zaproszenie, tym razem urzędowe i oficjalne: Anna została uhonorowana zaszczytnym tytułem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Przyznawano go ludziom, którzy z narażeniem własnego życia ratowali Żydów podczas okupacji. Pojechała do Jerozolimy, aby w miejscu nazywanym „Górą Pamięci” posadzić symboliczne „drzewo sprawiedliwości”. Jedno z wielu takich drzew.

Miałam nadzieję usłyszeć od niej obszerną relację o tej podróży, kiedy w trójkę pojechaliśmy samochodem do Lublina. Leszek miał w tym mieście do załatwienia jakieś sprawy służbowe. Ja Lublina dotychczas nie znałam. Anna od razu przystała bardzo chętnie na propozycję wspólnego wyjazdu.

Minęliśmy Dęblin, gdzie mieszkała niegdyś bardzo krótko po ślubie z pierwszym mężem, porucznikiem-pilotem. Potem zrobiliśmy postój w Puławach, nieskażonych jeszcze wówczas niszczycielskimi wpływami tamtejszej wielkiej chemii. Po Nałęczowie i Kazimierzu był już Lublin. Anna, bardzo ożywiona, pokazywała nam miejsca znajome z dawnych lat, „kiedy Lublin był Warszawą”.

Rzecz zaskakująca: ta „podróż sentymentalna” jak gdyby przyćmiła we wspomnieniach Anny jej niedawną podróż zagraniczną. Z jej wspomnień izraelskich najbardziej zapamiętałam ów moment sadzenia „drzewa sprawiedliwości” na Górze Pamięci i podróż powrotną przez Ateny, gdzie mogła zatrzymać się przez trzy dni. Wyjazd do Grecji wydawał mi się wówczas prawie niemożliwy. I tak się jakoś stało, że Ateny i Akropol we wspomnieniach Anny przysłoniły Jerozolimę.

Kiedy Meksyk stał się dla mnie bliską i realną możliwością, nie zwróciłam uwagi na wygląd Anny, mizernej i zmęczonej. Wreszcie zauważyłam, że coś jej chyba dolega. Machnęła ręką usłyszawszy moje pytanie. – Potrzebny mi urlop, być może sanatorium – odparła niedbale, kierując rozmowę na inny temat. I dopiero tuż przed wyjazdem dowiedziałam się – nie od niej zresztą – że ma iść do szpitala. Zagadnęłam ją o te kłopoty zdrowotne. – To tylko przebadanie – odparła takim tonem, jak poprzednio. – Wiesz, jakieś babskie sprawy. Lepiej poleżeć tydzień, niż biegać ileś tam razy do specjalistycznej przychodni. Nie zawracaj sobie tym głowy!

Uspokoiła mnie owym zapewnieniem. Wyjechałam na prawie trzy miesiące. Wróciłam pełna wrażeń i bardzo szczęśliwa, z zamiarem napisania nie tylko reportaży, lecz także książki. Przed powrotem do kraju w naszej ambasadzie czekały na mnie listy od najbliższych. Pisał Leszek i dzieci, pisali moi rodzice. Przebiegłam również wzrokiem kilkanaście linijek odręcznego pisma Anny. U mnie nic szczególnego. Bardzo czekam na twój powrót i na całą „rzekę wrażeń”, które przywieziesz. Cieszę się, że tyle mogłaś obejrzeć i zwiedzić. Widzisz, jak to dobrze, że w swoim czasie przysiadłaś fałdów nad hiszpańskim?

Leszek z dziećmi oczekiwał mnie na lotnisku. Minęła pierwsza fala burzliwej powitalnej radości. Gdy znaleźliśmy się w domu, spojrzałam na zegarek.

– Chyba jeszcze nie jest za późno, żeby zadzwonić do Anny? Pewnie czeka na mój telefon!

Sięgnęłam po słuchawkę.

– Nie dzwoń, Basiu – Leszek położył dłoń na mojej ręce. – Anny nie ma w domu.

– Wyjechała? Jest w sanatorium?

– Nie, w szpitalu.

– Znów te jakieś badania?!

Leszek unikał spojrzenia mi prosto w oczy.

– Anna jest bardzo chora. Nie chciałem ci nic pisać. Zresztą ona mi zabroniła.

Jeszcze nie docierała do mnie cała okrutna prawda.

– Co jej właściwie jest? Dlaczego mi nie mówisz? Zawsze była zdrowa! Przecież to nie... to nie może być?!...

A jednak to było właśnie to. Bezlitosna, groźna choroba, na którą medycyna dotychczas nie zna stuprocentowo pewnego lekarstwa. – Dawne sprawy, zaniedbane lub zlekceważone przed laty, kiedy jeszcze mogła być nadzieja zażegnania choroby, cofnięcia jej rozwoju – powiedział mi później profesor S. – A ponadto był tam jeszcze jakiś wstrząs czy też silny stres, który na pewno przyczynił się do osłabienia odporności organizmu.

Nazajutrz pospieszyłam do szpitala, gdzie z trudem udało mi się pokonać opór personelu – nie był to bowiem dzień odwiedzin. Okazało się jednak, że Anna pytała o mnie – i prosiła, aby mnie wpuszczono, gdy tylko przyjadę.

Trudno było ją poznać. Wyglądała jak cień samej siebie sprzed kilku miesięcy.

– Jesteś, Basieńko! Nareszcie! Bałam się, że już cię nie zobaczę...

– Co też ty opowiadasz – ofuknęłam ją, siadając obok łóżka. – Po to są szpitale i lekarze, żeby się wygrzebać z choroby!

Anna przymknęła oczy.

– Opowiedz, jak tam było – poprosiła szeptem.

Kilka wizyt szpitalnych, każda coraz bardziej przygnębiająca. Rozmowa z profesorem S., który, jak się okazało, leczył Annę od dawna. Teraz dopiero dowiedziałam się, że zeszłoroczny urlop, rzekomo spędzony w Krynicy, był w rzeczywistości leczeniem szpitalnym.

– Pani Mijanowska dobrze wiedziała, na co jest chora – powiedział profesor. – Bardzo długo nie kapitulowała. I ta jej zaciekła wola życia prawdopodobnie spowodowała kilkakrotne długotrwałe remisje. Ale potem nastąpił nowy, silniejszy nawrót choroby. Przyczynił się do tego, być może, ten jakiś wstrząs psychiczny, który sprawił, że osłabła w niej wola walki o życie.

– Ale jaki wstrząs, panie profesorze? O ile mi wiadomo, Anna nie doznała ostatnio żadnego nieszczęścia.

Profesor wzruszył ramionami, po czym wymownie spojrzał na zegarek. Wstałam, żeby go pożegnać, świadoma, że stan Anny jest beznadziejny.

Gubiłam się w domysłach: co to za szok, o którym przed chwilą wspomniał mój rozmówca? W czasie mojej nieobecności zaszło widocznie coś, o czym nie wiem. Profesor był zbyt poważnym człowiekiem, aby rzucać słowa na wiatr.

Leszek oczekiwał mnie w samochodzie, na parkingu niedaleko szpitala. – Pojedźmy gdzieś... – zaproponował – może do Lasku Bielańskiego. – Jest jeszcze dość wcześnie.

Powtórzyłam mu treść rozmowy z profesorem. Słuchał uważnie. Kiedy znaleźliśmy się wśród parkowej zieleni, powiedział:

– Coś chyba się zdarzyło podczas jej podróży.

– Jakiej podróży?

– Nie wiedziałaś, że pojechała do Tel Awiwu?

– Znowu? Nic o tym nie wiedziałam! Po co?

– Myślałem, że może ci o tym mówiła w szpitalu.

– Nic mi nie mówiła! Czy coś się nagle stało? Miała iść do szpitala na jakieś krótkie badania!

– I poszła – Leszek mówił powoli, z namysłem. – Wróciła, o ile wiem, z zaleceniem dalszej kuracji. To miała być chemioterapia czy coś podobnego. Ale wtedy właśnie przyszła depesza stamtąd.

– Od kogo?

Wzruszył ramionami.

– Nie wypytywałem. Ona ma tam przecież dawnych przyjaciół. Coś tylko bąknąłem, że lepiej byłoby zadbać o zdrowie, że przecież podróż daleka, męcząca, nie mówiąc już o kosztach – wiem, że wydała sporo oszczędności na bilet, bo tam polskie samoloty nie kursują i trzeba wpłacić ekwiwalent dewizowy – więc kiedy to wszystko wyłożyłem, powiedziała mi: – Trudno, chyba to ostatni raz. Chodzi o dziecko.

– Jakie dziecko?! – zdumiałam się. – Przecież to nieprawdopodobne, żeby...

– Oczywiście nie wychodzi w grę jej rodzone dziecko. Ale nie chciałem być natarczywy.

W ciągu trzech miesięcy, jakie spędziłam w Meksyku, Bliski Wschód zaznał burzliwych wstrząsów. Szczegółów dotyczących konfliktu izraelsko-arabskiego dowiedziałam się jednak dopiero po przyjeździe. Prasa polska docierała bowiem do naszej ambasady w Mexico City rzadko i nieregularnie. Nonsensowne było jakiekolwiek przypuszczenie, że Anna mogła bez ważnej przyczyny nagle jechać do odległego i niespokojnego kraju, w którym nie była od lat. Dlaczego świadoma własnych kłopotów ze zdrowiem, zerwała się do nieoczekiwanej, kosztownej podróży? Dla dziecka?! Jakiego?

– Musiało coś się stać podczas tej podróży, bo wróciła jak z krzyża zdjęta – podjął Leszek. – Zadzwoniła z lotniska, prosząc, żebym po nią przyjechał. Oczywiście skoczyłem zaraz na Okęcie. Wiesz, że jej nie poznałem?

– Nie dziwię się. Ja też...

– Odwiozłem ją do domu, zorganizowałem jakąś herbatę i jedzenie. Powiedziała mi, że kiedy trochę odpocznie, porozumie się z lekarzem. Widziałem jednak, że coś ją nęka. Nie tylko podróż jej nie posłużyła, ale... jakby coś w niej podcięła. Następny telefon miałem już ze szpitala. Z onkologii. Też byłem zaskoczony, bo przedtem nic nie wiedziałem. Poprosiła, żeby zawiadomić telefonicznie jej brata, który mieszka w Szczecinie. Jego córka przyjechała wkrótce do Warszawy. Bywa w szpitalu i przywozi wszystko co trzeba. Zresztą Anna właściwie nic nie chce. Często pytała o ciebie, kiedy wracasz.

– A tamto... dziecko?

– Nigdy więcej o tym nie mówiła.

– I nic nie wspomniała o... wojnie?

– Nie. Wróciła zresztą na krótko przed konfliktem. Ta sytuacja na pewno nie wpłynęła na to gwałtowne przyspieszenie rozwoju choroby. Tam musiało się coś jeszcze stać. Chodź, kochanie, jedziemy do domu – rzucił okiem na zegarek. – Nic nie poradzimy. Lekarze robią, co mogą.

Anna nie powiedziała nic przez następny miesiąc. Lecz traciła siły, choć pozostawała przytomna. Po prostu gasła w oczach.

W rzadkich chwilach nieco lepszego samopoczucia pytała mnie o wrażenia z Meksyku, słuchała moich opowieści. Lecz wydawało mi się, że jest nieobecna. Jak gdyby odchodziła daleko. Coraz dalej. O swojej niedawnej podróży nie mówiła nic.

Pewnego dnia, patrząc na bukiet groszku pachnącego, który postawiłam przy jej łóżku, powiedziała:

– Basiu, moja droga, kiedy mnie już nie będzie...

– Przestań! – zaoponowałam. – Wyglądasz całkiem inaczej niż wtedy, kiedy tu przyszłam pierwszy raz. I lekarze mówią...

Urwałam widząc jej wzrok. Wiedziała równie dobrze, jak ja, że wygłaszam litościwe kłamstwa.

– Kiedy mnie już nie będzie – powtórzyła – dostaniesz moje papiery. Wiesz, takie stare szpargały. Notatki nie do druku. Bardzo cię proszę, przeczytaj je. Obiecujesz?

– Oczywiście! Ale...

– Nie przerywaj. Dowiesz się wszystkiego o mnie. O moim życiu. Takie sobie zwykłe życie. Nic nadzwyczajnego. Tylko powikłane. Połamane...

W drzwiach zjawił się lekarz i rozmowa została przerwana. Nie nastąpiła jeszcze jedna „godzina szczerości”. Anna była z każdym dniem coraz słabsza.

Przyszedł wreszcie dzień, w którym widziałam ją po raz ostatni. Pielęgniarka, wpuszczając mnie do separatki, uprzedziła szeptem:

– Bardzo krótko, proszę pani. Najwyżej pięć minut.

Cienie kładły się na twarzy Anny. Włosy jej też były szare od siwizny. Anna, zawsze dbająca o siebie, wyglądająca do niedawna młodo, mimo przekroczonej pięćdziesiątki, stała się starą, schorowaną kobietą.

Początkowo zdawała się nie zwracać na mnie uwagi. Szeptała coś do siebie. Potem spojrzała jaśniejszym nieco wzrokiem i na wargach jej pojawił się nikły uśmiech. Usłyszałam wyraźnie moje imię – To ty, Basiu?... Ale po chwili świadomość jej na nowo uległa zamroczeniu.

Pochyliłam się nad nią. Usłyszałam nieskładne, urywane słowa:

– Wszystko... połamane, zniszczone... Wszystko nie tak... Nic nie zostanie po mnie! Nic – poskarżyła się nagle trochę głośniej.

Chciałam ją pocieszyć. Nie znajdowałam jednak słów. Tymczasem Anna szeptała:

– Węzeł... nie rozplączesz... Nikt nie winien... Ale dlaczego ja? Wszystko przez wojnę... Tamtą i tę... Czy naprawdę tak...

Pielęgniarka wyprosiła mnie stanowczym gestem. Od progu raz jeszcze spojrzałam na Annę. W korytarzu prawie zderzyłam się z jej bratem. Napotkawszy mój pytający wzrok, rozłożył ręce gestem bezradności.

– Nie ma nadziei – rzekł cicho. – Podobno może to jeszcze potrwać parę dni, bo serce, mimo wszystko, silne. Organizm się broni. Ale...

Nie dokończył zdania. Spojrzałam raz jeszcze na biało lakierowane drzwi, które pozostały zamknięte.

Następnego dnia obudziłam się nieswoja i rozbita. Bolała mnie głowa, dokuczało gardło. Termometr wskazywał trzydzieści osiem stopni. Musiałam zostać w domu i nie poszłam ani do redakcji, ani do szpitala. Kiedy po południu, po sporej porcji leków zdrzemnęłam się trochę, obudził mnie ostry dźwięk telefonu, dobiegający z sąsiedniego pokoju. Słyszałam, że mój mąż z kimś rozmawia. Po chwili, odłożywszy słuchawkę, uchylił drzwi, sprawdzając, czy nie śpię. Otwarłam oczy. Podszedł bliżej, usiadł na brzegu tapczanu. Wiedziałam, co chce powiedzieć, zanim się odezwał.

– Ze szpitala?

– Tak. Dzwonił jej brat.

– Kiedy?

– Przed dwoma godzinami. Od wczoraj całkiem straciła przytomność. Podobno dziś już się nie męczyła.

– Nawet się z nią nie pożegnałam!

Leszek pogłaskał mnie po głowie, jak dziecko.

– A może właśnie lepiej, że zapamiętałaś ją żywą?

Nie byłam na pogrzebie Anny. Nasiliła się angina i lekarz stanowczo kazał mi zostać w domu. Antybiotyki działały odurzająco: czułam dziwaczne rozdwojenie. Wiedząc, że Anna nie żyje, wciąż miałam złudzenie jej bliskiej obecności.

Leszek uczestniczył w smutnym obrzędzie, na który zabrał ze sobą nasze dzieci. Opowiedział mi potem o bardzo wielu znajomych i przyjaciołach Anny, którzy towarzyszyli jej w ostatniej drodze. Mówił o udekorowaniu trumny Krzyżem Oficerskim (dlaczegoż nie przyznano jej tego odznaczenia za życia?!), o przemówieniach nad mogiłą, o przypomnieniu najważniejszych kart biografii Anny, zwłaszcza jej uczestnictwa w ratowaniu Żydów, szczególnie zagrożonych przez hitleryzm. Należała do pierwszych Polaków, udekorowanych medalem i tytułem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Publiczne przypomnienie tego faktu na ostrym zakręcie naszych dziejów współczesnych, jakim była wojna siedmiodniowa, czyli ówczesny konflikt izraelsko-arabski, miało swoją wymowę. Podkreślono, że w dalekiej Jerozolimie „drzewo sprawiedliwości” przeżyło Annę Mijanowską, która je zasadziła. To drzewo pozostanie pamiątką jej odwagi i szlachetności.

Słuchałam tego wszystkiego z uczuciem żalu, goryczy – i dotkliwej, nieodwracalnej utraty kogoś bardzo bliskiego.

Po kilku miesiącach trafiły do moich rąk papiery Anny.

Pytałam wielokrotnie samą siebie: czy powinnam treść notatek Anny – nawet po dziesięciu latach – przekazać czytelnikom?

Czas mijał szybko. Przez Bliski Wschód przetaczały się kolejne fale napięć, konfliktów, niepokojów. Nie wiedziałam – i nadal nic nie wiem o ludziach, których losy nierozłącznie sprzęgały się z losami Anny. Być może moje wahania i wątpliwości trwałyby nadal, gdyby nie pewien list i towarzyszące mu zdjęcie. Jedno i drugie, choć nie było dla mnie przeznaczone, otrzymałam z rąk Ludwika Bieńko.

Pewnego wieczora zadzwonił do mnie brat Anny. Okazało się, że jest od kilku lat na emeryturze. Przyjechał ze Szczecina, aby odwiedzić córkę, która po dyplomie pracuje w Warszawie jako lekarka.

Spotkałam się z panem Bieńko w kawiarni Nowy Świat. Powiedział mi, że na dawny adres jego siostry przyszedł zagraniczny list ze zdjęciem. Córka miała odpisać nadawcy, że właściwa adresatka nie żyje. Ale jest bardzo zajęta i jakoś tak jej zeszło. Przypomniała sobie teraz o tym liście i przekazała go ojcu.

– Wyrzucić do kosza szkoda. A odpisać nijako, bo nie znam przecież człowieka i nie wiem, co to za jeden. Więc uradziliśmy, że ten list pani oddamy. Anna panią tak lubiła! Niech pani ten list dołoży do tych papierów, co po niej zostały. Zrobi pani z nim to, co pani będzie uważała...

List wysłany został z Nowego Jorku. Nazwisko autora nic mi nie mówiło. Musiał jednak znać Annę w dawnych latach. Pisał, że był w Jerozolimie bardzo krótko, przejazdem – i nikogo nie zdążył zobaczyć. Odwiedził jednak Górę Pamięci.

Z koperty wysunęło się zdjęcie. Zgadłam, jakie drzewo przedstawia. Oglądałam je, tylko na innej fotografii, zachowanej w papierach Anny. Zasadziła drzewko nikłe jak badyl. Na zdjęciu, przysłanym ze Stanów, zobaczyłam drzewo dorodne, szeroko rozrosłe.

Pamiętasz, jak powątpiewałaś, czy się przyjmie, czy nie uschnie w tym gorącym klimacie. A teraz – spójrz sama, jak wyrosło! Oczywiście, wszystkie drzewa na Górze Pamięci otoczone są troskliwą opieką. Niemniej sądzę, że miałaś, jak to się mówi, dobrą rękę. A nie każdy ją ma...

Podziękowałam, chowając list i zdjęcie. Ludwik Bieńko nie kwapił się jednak z odejściem. Patrząc zamyślonym wzrokiem w okno za moimi plecami, rzekł wreszcie:

Nie poszczęściło się naszej Anuli! A zdawało się, że los był dla niej łaskawy. W Warszawie zamieszkała, na uniwersytet poszła – jedna jedyna z nas wszystkich. Ślub mieli taki piękny! Lotniczy. Tylko że wojna była już wtedy za progiem.

Milczałam. Pan Bieńko westchnął:

– On zginął, ona dziecko straciła. Ale jeszcze wtedy była młoda. W takim wieku, że mogła sobie życie naprawić, ułożyć. Tego drugiego jej męża pani nie znała?

– Nie. Spotkałyśmy się dopiero później.

– Podobno też był dobry, porządny... Żeby nie ta przeklęta wojna!... Ale nawet potem jeszcze mogła kogoś sobie znaleźć!

– Może nie chciała? – podsunęłam ostrożnie.

– Może tak, może nie... Gdyby miała dziecko, byłoby jej chyba lżej. Zawsze to jakaś pociecha w życiu i podpora na stare lata. Pani wie, jak z nią było?

Teraz już wiedziałam.

– Nie przyniosło jej to szczęścia. Może była za dobra!? I co po niej zostało? No, niech pani sama powie!

– Drzewo – odparłam. – To drzewo. Tam, w Jerozolimie.

Machnął ręką.

– E, tam, proszę pani! Obce drzewo na obcej ziemi! Ani brzoza, ani sosna. Kto tam pamięta, że ona...

Wróciłam do domu. Spieszno mi było do papierów Anny. Znalazłam pierwsze zdjęcie „drzewa sprawiedliwości”. Porównałam je ze zdjęciem przysłanym przez nadawcę ze Stanów. Znalazłam w liście egzotycznie brzmiącą nazwę: Har Hazikaron – i przypomniałam sobie, że notatki, w których zawarta została bolesna historia życia mojej przyjaciółki, jej niespełnionych nadziei, jej klęsk i porażek – tworzą również „górę pamięci”. Górę, na którą wstępowałam śladami Anny. Niech ona teraz przemówi tym, co po niej zostało.

AXIS MUNDI: Marta Szelichowska, Basia Basiewicz-Borowska

Projekt okładki: Borys Borowski

Redakcja: Magdalena Swoboda

Zdjęcie na IV stronie okładki: Paweł Kolanowski

Wydanie II

ISBN: 978-83-61432-08-1

ISBN e-book: 978-83-61432-41-8

Copyright ©2010 by Monika Warneńska

Copyright for this edition©2010 by Axis Mundi

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy.

Plik cyfrowy został przygotowany na platformie wydawniczej Inpingo.

Warszawa 2012

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wąż ma groźne oczy Gorzka miłość Drzewo Sprawiedliwości Zaginione królestwo 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie Wielka Księga Armii Krajowej