Polskie pytania

Polskie pytania

Autorzy: Adam Michnik

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 302

Cena książki papierowej: 24.99 zł

cena od: 15.43 zł

Za podstawę do przygotowania tego wydania Polskich pytań posłużyła edycja Niezależnej Oficyny Wydawniczej, Warszawa 1993. Eseje tworzące tę książkę powstawały w latach 1980-86.
Większość (wśród nich głośne List do generała Kiszczaka oraz Przed wyrokiem), Adam Michnik napisał podczas pobytu w peerelowskich aresztach i więzieniach. Ogłaszane były w rozmaitych wydawnictwach obiegu emigracyjnego, podziemnego lub oficjalnego: Don Kichot i wyzwiska: „Tygodnik Powszechny" 1986, nr 8; Nienawidzę fatalizmu - o Bolesławie Micińskim: „Zeszyty Literackie" 1984, nr 5; Czytając: „Zeszyty Literackie" 1986, nr 13; Pan Antoni - w piątą rocznicę śmierci: „Niezależność" 1981, nr 82 i AS 1981, nr 25; Korespondencja z połowy wieku: Niezłomny z Londynu i inne eseje (lektury więzienne), NOWA, Warszawa 1984, pt. Korespondencja; Blask Tocqueville'a, cień Metternicha: „Zeszyty Literackie" 1984, nr 6; My, ludzie „Solidarności": „Aneks" 1985, nr 37; Książę i żebrak: „Zeszyty Literackie" 1986, nr 14; Powstanie listopadowe - polskie pytania: Niezłomny z Londynu i inne eseje (lektury więzienne) NOWA, Warszawa 1984; Ginąć odświętnie: „Aneks" 1984, nr 33; Rudin - człowiek zbyteczny: „Zeszyty Literackie" 1984, nr 7; Puszkin i Rosjanie: „Krytyka" 1983, nr 16; Białoruska ballada: „Zeszyty Literackie" 1985, nr 11.
DZIEŁA WYBRANE • TOM 3

Adam Michnik

Polskie pytania

BIBLIOTEKA GAZETY WYBORCZEJ

WARSZAWA 2011

Spis treści

Polskie pytania

Don Kichot i wyzwiska

„Nienawidzę totalizmu...” – o Bolesławie Micińskim

Czytając

„Niezłomny” z Londynu

Korespondencja z połowy wieku

Pan Antoni – w piątą rocznicę śmierci

Blask Tocqueville’a, cień Metternicha

My, ludzie „Solidarności”

Książę i żebrak

Powstanie listopadowe – polskie pytania

Tematy rosyjskie

Czerwona nić

Ginąć odświętnie

Rudin – człowiek zbyteczny

Puszkin i Rosjanie

Białoruska ballada

Zamiast ostatniego słowa

List do generała Kiszczaka

Przed wyrokiem

Nota od wydawcy

Przypisy

Zawartość kolekcji

Metryczka książki

Polskie pytania

Stanisławowi Barańczakowi

Don Kichot i wyzwiska

I

W lutym 1986 r. minęło pięćdziesiąt lat od chwili, gdy pewien niemiecki emigrant opublikował w nowojorskiej prasie list otwarty, którym postawił się poza obrębem oficjalnego życia Niemiec. Jego krytycy orzekli wręcz, że postawił się poza niemieckim narodem. Dowodzili oni: cóż wart pisarz, który opuszcza swój naród w chwili przełomu? Cóż wart pisarz atakujący w obcej, nieprzyjaznej prasie państwo niemieckie, a więc uczestniczący w antyniemieckiej propagandzie, a więc finansowany przez wrogów Niemiec? Czy taki literat przyznający sobie po megalomańsku tytuł do rządu dusz w Niemczech ma prawo oczekiwać zgody na rozpowszechnianie swych książek? Nie! Naród niemiecki nie zniesie tych zaprzańców rozpowszechniających oszczerstwa o „brunatnym terrorze” w kraju, który małodusznie opuścili. Szkalują oni Niemcy, by zasłużyć się u swoich cudzoziemskich mocodawców. Cudzoziemcom solą w oku jest narodowa rewolucja i odrodzenie Niemiec – dlatego atakują nowy ład i jego przywódców. Niech wszelako nie łudzą się – naród niemiecki pozostanie głuchy na kalumnie i apele renegatów i wywrotowców; naród niemiecki nie pozwoli oczerniać swych najlepszych synów, przywódców partii narodowosocjalistycznej, którzy sprawują legalną władzę i prowadzą politykę stabilizacji. Niemcy rządzone przez Adolfa Hitlera nie chcą wojny – chcą ładu i pokojowej współpracy. Niemcy dobrze pamiętają epokę weimarskiej anarchii, awantur i strajków, bezrobocia i widma głodu. Nie ma i nie będzie powrotu do tych czasów. W Niemczech następuje normalizacja. Wywrotowcy są izolowani.

Mimo tych bijących w oczy faktów, międzynarodowe koła wielkiej finansjery, głównie żydowskiej, a także masoneria i bolszewiccy agitatorzy próbują zakłócić ład i rozpętać antysemicką kampanię w zagranicznej prasie. Wykorzystują do tego renegatów, uciekinierów z Niemiec uprawiających Greuelpropagande o rzekomych prześladowaniach w Niemczech. Tymczasem – dowodzą tego fakty – nikt nie jest w Niemczech represjonowany za swoje przekonania. Przekonania każdy może mieć takie, jak mu się podoba. Karani są natomiast poszczególni – zresztą nieliczni – mąciciele porządku publicznego i wichrzyciele, którzy łamią prawo. Tak dzieje się w każdym kraju. Ataki na naród niemiecki są obłudą – żaden rząd zachodni nie zezwala na podpalanie swoich Reichstagów, na szpiegostwo, na działalność dywersyjną i spiskową. Co się zaś tyczy pełnych hipokryzji apeli w obronie rzekomego pisarza Carla von Ossietzky’ego, to jest on winien wyjątkowo uporczywego łamania prawa w działaniach na szkodę państwa. Jego nieproszeni obrońcy winni raczej zająć się stanem praworządności we własnych krajach: naród niemiecki nie potrzebuje ingerencji takich obłudnych adwokatów w swoje wewnętrzne sprawy. Każdy kraj suwerennie rozstrzyga problemy polityki karnej i naród niemiecki nie pozwoli pogwałcić swojej suwerenności.

Prześladowania Żydów? To kolejne kłamstwo: Żydzi nie są prześladowani. Zostali tylko pozbawieni władzy nad narodem niemieckim. Żaden naród nie może tolerować, by rządziła nim obca mniejszość narodowa, która w dodatku rozpowszechnia teraz kłamstwa o „niemieckim antysemityzmie”.

Prześladowania Kościoła katolickiego? Wyjątkowo podły wymysł. Podpisany został przecież konkordat. Każdy niemiecki katolik cieszy się pełnią praw. Natomiast naród niemiecki nie dopuści do dominacji kleru nad narodowosocjalistycznym państwem i prawem.

I tak jest ze wszystkimi oszczerstwami. Wyniki wyborów i badania opinii publicznej wskazują na pełne poparcie społeczne dla narodowego socjalizmu. Jakże pożałowania godni są ci spośród literatów emigrantów, którzy zamknęli oczy na rzeczywistość, odwrócili się plecami do Niemiec i chcą skierować wstecz koło historii... Jakże pożałowania godny jest ten literat, który mieszkając w Szwajcarii, miał pełną możliwość publikowania swoich książek w Niemczech, a teraz odpłacił państwu niemieckiemu złośliwą niewdzięcznością. Literat ów, mocno zresztą przereklamowany, wykorzystując pewien rozgłos, który przyniosła mu tzw. Nagroda Nobla (wyróżnienie przyznawane przez przedstawicieli określonych kół zachodniej plutokracji), przyłączył swój głos renegacki do akcji szkalujących naród niemiecki. Wypowiedział on absurdalną tezę o „wyprowadzeniu literatury niemieckiej za granicę” – tak wszedł na zawsze w krąg zdrajców narodu niemieckiego.

Ci zdrajcy w swych ohydnych wypocinach obwieszczają światu, że czym innym jest państwo niemieckie, a czym innym naród, z którym rzekomo czują się związani... Zaprzańcy! Nie chcą widzieć Niemiec silnych i stabilnych; chcą widzieć Niemcy znów skłócone i słabe, podzielone i wynędzniałe; Niemcy – ofiarę żydowskich machinacji z epoki traktatu wersalskiego!

Mówią też, ci sezonowi patrioci, że państwo niemieckie zagraża pokojowi. Trudno o bardziej wierutne kłamstwo. Niemcy – Kanclerz Rzeszy Adolf Hitler wielokrotnie to deklarował – chcą pokoju ze wszystkimi. Obca jest Niemcom myśl o ekspansji. Musi to być jednak pokój sprawiedliwy, wolny od dyktatu i ingerencji w wewnętrzne sprawy. Dlatego zerwać należy z ideologizacją polityki międzynarodowej, z próbą blokady Niemiec, ze zbrodniczymi planami popierania wewnętrznych wrogów państwa niemieckiego czy zdradzieckich emigrantów. Na gruncie ingerencji w wewnętrzne sprawy Niemiec żadne porozumienia nie są możliwe.

II

Tomasz Mann, laureat literackiej Nagrody Nobla, znał dobrze język tych argumentów. Nie znosił nazizmu i jeszcze w latach wcześniejszych – w słynnym eseju Goethe i Tołstoj – określił go z całą dosadnością. „Nie warto – pisał – tracić słów na temat niemieckiego faszyzmu. (...) Wystarczy stwierdzenie, że jest on religią etniczną, która nienawidzi nie tylko międzynarodowego żydostwa, ale wyraźnie tak samo odnosi się do chrześcijaństwa jako siły wspólnej wszystkim ludziom, a kapłani tej nowej religii nie traktują w sposób bardziej przychylny naszej literatury klasycznej, jest to ludowe pogaństwo, kult Wotana i – mówiąc wrogo (chcemy wyrazić się wrogo) – romantyczne barbarzyństwo. Faszyzm postępuje z nienaganną konsekwencją, gdy w zakresie kultury i pedagogiki chce pognębić wykształcenie klasyczne na korzyść pierwotnej niemieckości”.[1]

Mann przeciwnie. Bronił tradycji humanistycznej i klasyczności, tej przekazanej przez przeszłość duchowej formy życia. Jednak, śledząc ze Szwajcarii kolejne ekscesy nazistów, rozumiał, że reakcji nie da się zredukować do lekceważącego wzruszenia ramion. Ta propaganda mogła liczyć na skuteczność wśród niemieckiego społeczeństwa; mogła także liczyć na pewną chwytliwość wśród zdezorientowanych cudzoziemców. Nie były to wszakże dlań jedyne powody do troski. Zdawał sobie sprawę, że status emigranta – zwłaszcza w obrębie tradycji niemieckiej – kryje w sobie coś dwuznacznego: oznacza zerwanie wspólnoty narodowego losu, wybór drogi odrębnej i specyficznej. Taka decyzja jest zawsze trudna i zawsze kosztowna. Czy to dlatego nie od razu zdecydował się na emigrancki status?

Przypomnijmy: na obczyźnie znalazł się przypadkowo. W lutym 1933 r. wyjechał z żoną na cykl odczytów. W trakcie wojażu zawadził o Szwajcarię. Tam doszła go wieść o objęciu władzy przez Hitlera. Do totalitarnych Niemiec powrócić nie mógł i nie chciał. („Nie będę mógł oddychać tym powietrzem” – pisał). Chciał jednak być obecny w Niemczech swymi książkami. I oto – gdy inni uchodźcy, także jego dzieci i brat Henryk, angażowali się w antynazistowską działalność polityczną – on, laureat Nagrody Nobla, największe nazwisko współczesnej literatury niemieckiej – milczał.

Dlaczego milczał? – zastanawiali się niemieccy emigranci. Nieraz zadawano mu to pytanie. Jeden z krytyków literackich dopatrywał się w tym typowej dla formacji liberalnej „niezdolności do decyzji i rozstrzygnięć” w obliczu „irracjonalnych i antyintelektualnych prądów epoki”. Tomasz Mann protestował (w prywatnym liście) przeciw takiej interpretacji. Pisał: „Poświęciłem dwie trzecie moich dóbr doczesnych, by móc żyć na wolności, poza granicami Niemiec, i tą nieobecnością demonstruję nieustannie przeciwko temu, co się dzisiaj w Niemczech i na szkodę Niemiec wyrabia, chociaż nie ciskam gromów na Trzecią Rzeszę w namiętnych polemikach. Przywiązuję wielką wagę do utrzymania kontaktu z niemiecką publicznością, która zgodnie ze swą naturą i wychowaniem znajduje się dzisiaj w opozycji i w której może kiedyś zbudzić się bunt przeciwko panującemu obecnie systemowi; a kontakt ten uległby natychmiast zerwaniu, to znaczy moje książki, które dotychczas wolno tam czytać, zostałyby natychmiast zakazane, gdybym bardziej zdecydowanie (...) dobył miecza z pochwy”.

Gdy w sześćdziesiątą rocznicę swych urodzin (1935) otrzymał wiele listów z Niemiec, był uszczęśliwiony. „Nigdy jeszcze – pisał – nie otrzymywałem takich listów. (...) Tak, tak, Niemcy pisali setki listów, i to jakich! Z podaniem adresu, niektóre nawet z obozów Arbeitsdienstu. Potrzeba zademonstrowania wewnętrznej wolności musi być silna i powszechna, jeśli tak skwapliwie skorzystano z tej okazji”.

Wszelako te autointerpretacje przyjmowano nie bez sceptycyzmu. Zarzucano Mannowi, że pozwala, by jego milczenie wykorzystywała półoficjalna propaganda nazistów. Szydzono z troski pisarza o honoraria otrzymywane od krajowych wydawców, o ocalenie domu w Monachium i innych dóbr materialnych. Nie były to sądy całkiem bezzasadne. Każdy człowiek – także tak wybitny jak Tomasz Mann – podlega pokusom nie tylko duchowym, ale i tym zupełnie prozaicznym: autor Czarodziejskiej góry nie czynił z tego sekretu. W liście do przyjaciela-emigranta (z kwietnia 1934 r.) pisał: „Moja odraza do panujących w kraju stosunków i gorące pragnienie, aby rządzącą tam bandę możliwie szybko w jakikolwiek sposób diabli wzięli, nie uległy najmniejszej zmianie; coraz poważniej jednak zastanawiam się nad tym, z jakiej racji miałbym przez tych idiotów rezygnować z życia w tym kraju lub choćby tylko zrzekać się na ich korzyść swego mienia, domu i ruchomości. Nie zamierzam rezygnować z próby wyrwania tego wszystkiego z rąk monachijskich łajdaków, fakt, że również w czasie ostatniej akcji, ku rozczarowaniu tychże łajdaków, nie zostałem pozbawiony obywatelstwa, świadczy, że istnieją naprawdę pewne widoki na odzyskanie dobytku w niedługim czasie. Posiadanie własnych mebli obniżyłoby znacznie nasz czynsz za mieszkanie, a widok przedmiotów związanych z dawnym życiem byłby ukojeniem dla duszy. Przede wszystkim jednak: osiągnięcie takie stanowiłoby triumf nad monachijskimi władcami, a zgodnie z kryterium zdrowego rozsądku wiązałoby się w jakimś stopniu z przedłużeniem mojego paszportu. Mógłbym wtedy przynajmniej przejechać przez Niemcy, by dotrzeć do naszego domu na Mierzei Kurońskiej. Roszczę sobie pretensje do takiej swobody ruchu i odmówienie mi jej uznałbym wręcz za nieprzyzwoite! Czy takie stanowisko nie jest również do przyjęcia? Proszę mi powiedzieć, czy uważa je Pan za zdradzieckie i świadczące o braku charakteru!”.

Tak miotał się wśród pokus i pragnień. Łudził się zresztą: nic nie odzyskał. Czy można mieć mu za złe te kalkulacje i złudzenia? Czy w owym „za złe” nie kryje się jakiś brzydki rys charakteru, który pozwala żądać od innych, by żyli jak święci, i to wyłącznie według naszych wyobrażeń?

Skłonny jestem odpowiedzieć twierdząco na to pytanie. Skłonny jestem przypuszczać, że w utajonej łatwości, z jaką dajemy wiarę najbardziej wstrętnym pomówieniom na temat emigrantów i – szerzej – na temat zdominowania cudzej świadomości przez widmo materialnych gratyfikacji, tkwi jedna ze szczelin, którymi sączą się w ludzkie dusze totalitarne dyktatury. Rozbudzona zawiść wobec wygnańców ma pogodzić nas z oprawcami. Jakież to smutne...

Mann czuł się wzięty w dwa ognie. Nowo utworzony Związek Pisarzy Rzeszy zażądał odeń deklaracji, że będzie służył literaturze w duchu „władzy narodowej”. Emigranci oczekiwali demonstracyjnego zerwania. Wszyscy mieli mu za złe niezdecydowanie. A on milczał; nie chciał zdecydować się na cokolwiek. Dlaczego?

Poza wymienionymi już przyczynami, wstrzemięźliwość jego kryła także i inne, niewyjawione. Mann – sądzę – bał się ujednoznacznienia poprzez politykę. Przez tyle lat bronił swego statusu „człowieka apolitycznego”, pisarza niezależnego od partii i doktryn, chroniącego się w ironię przed prostactwem, brudem i manicheizmem świata polityki, że – wolno przypuszczać – dobrze wiedział, czym grozi twórcy redukcja do politycznego medium. Pisał właśnie Józefa i jego braci – chciał tę książkę ofiarować swoim niemieckim czytelnikom. Mógł to uczynić tylko za cenę milczenia. Czy miał do tego prawo?

III

Sam się nad tym zastanawiał. Pisał o swoich wahaniach w prywatnych listach. Ich całość składa się na niezwykłe, choć niezaplanowane dzieło literackie, na fascynujący rozdział tej powieści edukacyjnej, którą stanowiło jego życie. Pisał (w sierpniu 1934): „Aktualne wydarzenia, wypadki w Niemczech, wprawiają moje moralno-krytyczne sumienie w stan takiego niepokoju, że praca nad trzecim tomem zupełnie utknęła i myślę o tym, by ją w ogóle przerwać i poświęcić się pisaniu polityczno-polemicznych wyznań; chcę w sposób bezwzględny wypowiedzieć wszystko, co mi leży na sercu, wziąć rewanż za doznawane przez półtora roku krzywdy moralne, a może uda mi się również zadać dotkliwy cios reżimowi. Oczywiście, żal mi serdecznie powieści (...) i czuję, jak wiele przemawia przeciwko takiemu inwestowaniu czasu i sił. Czy w ogóle warto wdawać się w polemikę z tą zgrają i zaniedbywać dla niej piękniejsze obowiązki? A z drugiej strony, czy nie jest to właśnie moim obowiązkiem, za którego spełnienie świat będzie mi kiedyś wdzięczny? Tak więc waham się ciągle i nie wiem, co mam robić – obrzydliwy to stan”.

Pisał też: „Co mnie obchodzi »historia świata« – powinienem powiedzieć sobie – dopóki pozwala mi żyć i pracować? Ale ja nie umiem sobie tak powiedzieć. Moje moralno-krytyczne sumienie jest w stanie ustawicznego podniecenia i coraz trudniej mi będzie oddawać się nadal szczytnej być może zabawie, jaką jest pisanie mojej powieści, dopóki nie »zdam sprawy«, nie wypowiem wszystkiego, co mi leży na sercu – wszystkich trosk, dręczących doświadczeń i przeżyć, a także nienawiści i pogardy. (...) Wydaje mi się, że już czas najwyższy, bym wypowiedział to, co mam do powiedzenia, i wkrótce może nadejść chwila, kiedy pożałuję, że zbyt długo trwałem w wyczekującym milczeniu”.

Pisał też – ważna to uwaga – że kryzys świata odczuwa jako kryzys własnego życia i twórczości – tak załamywał się w nim główny konflikt epoki. Jakby tłumaczył się przed nami... A my? Powiadamy nieraz, że powinnością intelektualisty jest „dawać świadectwo wartościom”. I powiadamy też, że realizm, skuteczność, winny wyznaczać kształt wszelkich publicznych poczynań. Najpewniej oba te postulaty są słuszne. Wszelako formułując je łącznie, beztrosko zdajemy się zapominać, że ta życiowa strategia „złotego środka” pozwala na harmonijną egzystencję tam tylko, gdzie funkcjonują demokratyczne normy współżycia, gdzie pluralizm i zasada dialogu są naturalnym środowiskiem ludzkich słów i gestów. Istota totalitaryzmu polega na dewastacji tego naturalnego środowiska. Gdy ład pluralizmu zamiera – zamierają wraz z nim reguły i kryteria normalnej egzystencji. Kto żyje po staremu i nie przyjmuje – lub też udaje, że nie przyjmuje – zaistniałej zmiany do wiadomości, kto chce w totalitarnym systemie żyć według reguł uformowanych przez ład demokratycznego pluralizmu, ten jest albo świętym gotowym do męczeństwa, albo zakłamanym konformistą gotowym do zdrady. Jest świętym, gdy wypowiada głośno słowa, których naturalną konsekwencją jest obóz koncentracyjny; jest serwilistą, gdy dokonując gestów z pozoru apolitycznych, zgłasza akces do totalitarnych instytucji.

W listach Manna jest zapis zerwanej na tym tle przyjaźni. Gdy w 1918 r. odbyły się chrzciny najmłodszej z jego córek, Elżbiety Weroniki, chrztu udzielał pastor Kuno Fiedler, zaś ojcem chrzestnym był Ernst Bertram, przyjaciel pisarza, eseista i historyk literatury, autor głośnej książki o Nietzschem. Po dojściu nazistów do władzy Kuno Fiedler „odnalazł się” w więzieniu, zaś Ernst Bertram – w „nowej rzeczywistości”. Los dwóch przyjaciół Manna to symbol alternatywy epoki: między więzienną celą a umysłową samoniewolą.

Ernst Bertram próbował (w listopadzie 1933 r.) przekonać Manna, by nie ulegał propagandzie emigrantów, którzy oczerniają Niemcy w świecie; by odrzucił „zniekształcające szkła” i spojrzał na „nowe Niemcy” z wiarą w ich przyszłość; by pamiętał, że pewne przykre nadużycia są po prostu nieuchronną ceną „narodowej rewolucji”, bowiem „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”. Słowem Bertram zapewniał, że „wszystko jest normalnie”.

Mann odpowiedział przyjacielowi listem ze stycznia 1934 r. Pisał z wielką rewerencją, ale i takąż stanowczością. Podziękował za „trud epistolarny”, tę „wielkoduszną ofiarę z czasu i sił”, po czym oznajmił: „Nie będę się wdawał w polemikę i sprostowania, które siłą rzeczy do niczego by nie doprowadziły. Zbyt wiele nas już dzieli i wszelkie dyskusje pogłębiłyby jedynie obustronne przygnębienie”.

Zapewnił, że propaganda hitlerowska demonizuje emigrantów, a wyobrażenie Bertrama o ich roli i wpływach jest znacznie przesadzone. „Jeśli więc nie wszędzie jeszcze na świecie – dorzucał ironicznie – uroki i godność Pańskiej Rzeszy znajdują odpowiednie zrozumienie, to nie ma w tym ani winy, ani zasługi emigracji pozbawionej jakichkolwiek wpływów. Byłoby wskazane, aby Pan zwalczał wśród swoich ziomków odmienne przekonanie, które jest na niczym nieopartym przesądem”.

Wyjaśniając swój punkt widzenia, pisał: „Nie, nie patrzę na nowe Niemcy (jeśli można je nazwać nowymi; po prostu siły, pod których naciskiem i groźbą żyjemy od lat przeszło dziesięciu, zdobyły teraz bezwzględną hegemonię) przez jakieś zniekształcające szkła, ale tak, jak zwykłem patrzeć na wszystko – a więc własnymi oczyma. Znam myśli i dzieła współczesnych Niemiec, znam ich styl w mowie i piśmie, ich pod każdym względem błędną niemczyznę, ich poziom moralny i intelektualny objawiany z tak zdumiewającą otwartością – i to mi wystarcza. Jestem głęboko przekonany, że i Pana ów poziom nierzadko wprawia w zakłopotanie, chociaż Pan tak gorliwie temu zaprzecza. Używam tu, rzecz jasna, słów zbyt lekkich w odniesieniu do spraw śmiertelnie poważnych”.

Namawiał wreszcie Bertrama na wycieczkę do Szwajcarii: „Będziemy mogli z należytym męskim opanowaniem porozmawiać o »kataklizmie stulecia«”. Do spotkania jednak nie doszło. Bertram nad rozmowy z Mannem przedłożył wygłaszanie odczytów w duchu „nowych Niemiec” i „narodowej rewolucji”. Pisał Mann po kilku miesiącach do jednego z przyjaciół: „Mój stary przyjaciel Bertram wygłosił ostatnio w Weimarze mowę ku czci Schillera, w której nazwał go »człowiekiem dorycko-germańsko-fryderycjańskim«. Ci ludzie zupełnie stracili rozum. Aż korci, żeby ich ostrzec: »Dzieci, zastanówcie się, jak to będzie wyglądało za parę lat«”.

Do Bertrama zaś napisał już z całą otwartością: „Czytam Pańskie rozprawy z całą sympatią, jaką zawsze budziła we mnie Pańska żarliwa, zmysłowo-uduchowiona niemieckość. Fakt, że Pan potrafi mylić tę niemieckość z jej najdziwniejszą trawestacją, a najbardziej odrażającego błazna, jakiego wydała historia świata, uznać za »wybawiciela«, o którym mówi Pański poeta – napawa mnie nieustanną troską, która często gotowa jest przekształcić się w przeciwieństwo tego, czego ostatecznie jest przecież wyrazem. Na pewno nie będzie w tym przesady ani patosu, jeśli powiem wyraźnie: gdybym uległ Pańskim przyjacielskim radom i naleganiom, już bym dzisiaj prawdopodobnie, a raczej na pewno, nie żył. Cóż by to znaczyło – powie Pan – wobec toczącego się »procesu dziejowego«! Z pewnością nic! Ale jednak, znając Pana naturę, myślę czasami, że owa pewność powinna nieco zmienić Pański nabożnie uległy stosunek do władz, przed którym uchronił mnie łaskawy los. »Zobaczymy« – pisałem kiedyś do Pana, a Pan odpowiedział mi przekornie: »Oczywiście, zobaczymy«. Czy Pan zaczął już widzieć? Nie, ponieważ krwawe ręce zasłaniają Panu oczy, a Pan chętnie poddaje się tej »osłonie«. Niemieccy intelektualiści – proszę mi wybaczyć ten termin, użyty w znaczeniu czysto rzeczowym – zaczną widzieć ostatni, zbyt głęboko bowiem, zbyt haniebnie zaangażowali się i obnażyli”.

Trzeba znać prozę i eseistykę Tomasza Manna, trzeba wciąż pamiętać o jego wyrafinowanej kulturze i powściągliwości uczuć, o jego fascynacji niemiecką duchowością i żarliwym patriotyzmie z epoki I wojny, aby wiedzieć, jak wiele te słowa musiały go kosztować.

Jak inaczej opowiadał o dobrych nowinach! W późniejszym o dwa lata liście do brata Henryka opowiadał o cudownym spotkaniu: „Z domu, niby duch, wyszedł nam naprzeciw dr Fiedler. Uciekł z więzienia policyjnego w Würzburgu, przeskoczył przez dwa mury, sam nie wie, jak tego dokonał; jakiś dzielny Tell przewiózł go łódką przez jezioro. (...) Teraz chuchamy i dmuchamy na niego”.

Na nazistów nie chuchał ani przez moment...

IV

Wyzwiska obecne w listach Tomasza Manna z tych lat mówią najwięcej o jego samopoczuciu. Ten wzór nieskazitelnych manier posługiwał się w charakterystyce nazistów szeroką gamą zgoła nieparlamentarnych epitetów. Pisał o „rządzącej bandzie”, o „idiotach” i „zgrai”, o „odrażającym błaźnie” i „nędznej kreaturze”, o „ohydzie” i „łajdakach”, o „obskurnym kretynizmie” i „ponurej szopce”, o „niewolniczej służalczości” i „duchowej kastracji”. Dlaczego tak stracił panowanie nad swoim językiem?

Można odpowiedzieć najprościej: bo wpadł w gniew, bo obrażono jego poczucie moralne, bo skrzywdzono jego bliskich. Ta formuła jednak nie zadowala. Nie wyjaśnia, dlaczego na kataklizm stulecia jakiś głos wewnętrzny kazał mu odpowiedzieć kataklizmem języka prywatnej korespondencji. Powtórzmy: dlaczego o legalnym rządzie państwa niemieckiego, uznanym przez wszystkie zagraniczne stolice, pisał językiem karczemnej awantury – on, wcielenie manier niemieckiego patrycjuszostwa?

Powiedzieliśmy, że Tomasz Mann był patriotą niemieckiego państwa. Przeciwnie niż jego brat Henryk, zawsze dystansował się od formuł internacjonalnej lewicy. Obcy był mu duch rewolucyjnej krytyki w imię wartości ponadpaństwowych. Podążał śladami Lutra i Goethego, co oznaczało dlań programową lojalność wobec prawa i ironicznego dystansowania się od naporu historycznych zdarzeń. Ten „człowiek apolityczny” wyraźnie bał się wessania przez żywioł polityki z jego jednowymiarowością i nieuchronnym fanatyzmem. Także przez język polityki, w którym argumenty zastępowano wyzwiskami. Dlaczego tedy sięgał po wyzwiska?

Był pisarzem, który znał dwuznaczność ludzkiego losu. Wiedział, że każda racja ma swoją kontrrację, że każda konkluzja jest zubożeniem, że przyrodzoną i wspaniałą cechą człowieczej egzystencji jest otwartość, wieloznaczność i wielowartościowość. Wiedział, że tylko język ironii i życzliwy osąd wszystkich formułowanych racji pozwala na harmonijne uczestnictwo w kulturze. Wiedział o tym najlepiej ze wszystkich niemieckich pisarzy. Dlaczego tedy sięgał po wyzwiska?

Kochał swój naród i swoje państwo. Umiał życzliwym okiem spojrzeć na szlachtę, mieszczaństwo i buntowników, na cesarzy i na Bismarcka, na generałów i na socjaldemokratów. W każdej z tych postaw duchowych umiał zobaczyć rzeczywiste wartości. Tylko z nazistami było inaczej. Tu rezygnował z dyskursywnego języka, z życzliwego oglądu, z dialogu w imię rozumienia. Tu sięgał po wyzwiska. Dlaczego?

Próbujemy zrozumieć, dlaczego polemikę z nazistami uznał za niemożliwą.

Do przyjaciela pisał: „Tak zwany narodowy socjalizm nie mieści się w żadnych europejskich normach obyczajowych, jest zaprzeczeniem nie tylko »liberalizmu« i »zachodniej demokracji«, ale w ogóle wszelkiej cywilizacji...”.

Tak kwitował dewastację naturalnego środowiska pluralizmu. Znaczyło to, że człowiek w Niemczech poddany ciśnieniu terroru i totalitarnej propagandy utracił umiejętność odróżnienia dobra od zła, prawdy od fałszu; utracił moc elementarnego rozpoznawania konturów rzeczywistości i rządzących nią związków przyczynowych. Taki człowiek nie może być partnerem dialogu, bowiem dialog jest ze swej natury przywilejem ludzi wolnych. Niemiec powtarzający za Goebbelsem formuły o wszechwładzy Żydów jest równie podatny na argumenty jak fanatyczny wyznawca przekonania, że dwa plus dwa równa się pięć. Samoodurzenie i samozaślepienie powodują – taka była intuicja Manna – bezskuteczność rozumowych perswazji. Tu potrzebny jest ostry, przenikliwy krzyk, tu potrzebne są słowa brutalne, które zakłócić mogą ład wewnętrzny samozaślepionego umysłu.

Szło przecież o sprawy najważniejsze – o duszę narodu niemieckiego. Tomasz Mann miał jasną świadomość stawki w tej walce. Oceniał nazizm jako barbarzyństwo i angażował swój autorytet w obronie ładu demokratycznego i słabnącego z dnia na dzień kruchego humanizmu. W cytowanym już eseju Goethe i Tołstoj pisał: „Dziś zostało postawione pytanie, czy śródziemnomorska tradycja klasyczno-humanistyczna jest sprawą ludzkości, a zatem wieczną jak człowiek, czy też była to tylko forma duchowa i składnik jednej epoki, epoki mieszczańsko-liberalnej, i może z nią umrzeć. Wydaje się, że Europa odpowiedziała już na to pytanie: tendencje antyliberalne są bardziej niż oczywiste, aż jaskrawe. Politycznie wyraża je pełen wzgardy odwrót od demokracji i parlamentaryzmu oraz realizowana z ponurym zmarszczeniem brwi ewolucja ku dyktaturze i terrorowi”.

Tak pisał w epoce republiki weimarskiej. Wśród wrzasków hitlerowskich Parteitagów humanizm przegrywał ostatecznie. Wraz z nim przegrywał niemiecki naród i on – niemiecki pisarz. Widział to jasno – barbarzyństwo miało zatriumfować na długie lata. Co gorsza, triumf ten nie był li tylko zwycięstwem przemocy – był też zaprowadzeniem nowych zasad. Nazizm uznany został przez Niemców, przez europejskie demokracje. Hitlerowska Rzesza stawała się pełnoprawnym członkiem Europy.

A on był bezsilny. On, laureat Nagrody Nobla, rozmówca premierów i prezydentów, ozdoba najbardziej ekskluzywnych europejskich elit – czuł się kompletnie bezradny. I właśnie ta bezradność tytana niemieckiej literatury nadała jego dziełu – Listom – tak niekonwencjonalny rozmach etyczny. Dlatego sięgał po wyzwiska: z bezsilności i bólu jasnowidzenia.

V

Bowiem widział jasno i może dlatego pisał o Niemcach w sposób mogący dziś jeszcze wywoływać niesmak estetów. Nie wystarczyło mu odróżnienie nazistowskiego reżimu od niemieckiego narodu („Niemcy zredukowane do tego wyobrażenia, jakie sobie wytworzyli ci głupcy! Co za absurd!”); atakował brutalnie również niemiecką uległość wobec nazistów. „Niemcy – pisał – muszą się najpierw pozbyć tej rozpanoszonej zgrai, aby mogło powstać coś nadającego się do współżycia z ludźmi i światem”. Z masochistycznym upodobaniem cytował słowa Aleksandra von Villersa z 1870 r.: „Mam już tak dość tego rozśpiewanego, młócącego frazesy narodu, że z obrzydzeniem zerwałem tysiączne więzy łączące moją duszę z Niemcami”. I dodawał od siebie: „Tak, tak”.

„Nieszczęsny, nieszczęsny naród! – pisał do Bertrama. – Dawno już doszedłem do tego, że błagam ducha świata, aby uwolnił ten naród od polityki, aby go rozpędził, rozproszył po nowym świecie jak Żydów, z którymi łączy go tyle podobnego tragizmu”.

Formułując swe myśli w tak ostrych słowach, nie mógł wątpić, że od rodaków spotka go zarzut pogardy dla ludzi, traktowania ich jak „błota”. Wszelako wiedział, czemu tak bardzo lęka się niemieckiej zgody na nazizm. Wiedział, że warunkiem skuteczności nazistowskiego terroru jest duchowa kapitulacja terroryzowanych. Szło tu o wewnętrzny gest sprzeciwu (zewnętrzny był heroizmem), o jakiś psychiczny protest wobec barbarzyństwa. Z nadzieją łowił każdy sygnał oporu, jednak nie krył pesymizmu. Pisał w liście z kwietnia 1934 r.: „Naród niemiecki umie jednak znieść wiele, a ponieważ nie lubi wolności, którą uważa za stan rozprzężenia – będzie się więc czuł, mimo ciężkich rozczarowań, lepiej i bardziej w swoim żywiole przy nowej drakońskiej konstytucji, będzie z nią na pewno »szczęśliwszy« niż w czasach Republiki. Przyczyniają się do tego stosowane przez reżim metody bezgranicznego okłamywania, mydlenia oczu i ogłupiania. Poziom intelektualny i moralny dawno już obniżył się tak bardzo, że brak jakiegokolwiek polotu, bez którego nie ma mowy o prawdziwym oburzeniu. A przy tym, mimo upadku, panuje tam dumne przekonanie, że reprezentują oni nowy świat – który jest właśnie światem upadku. My jesteśmy w nim intruzami”.

Jak mógł czuć się intruzem, czytając niemieckie gazety wypełnione umysłową ekwilibrystyką niemieckich intelektualistów?

„To, że niemieccy pisarze – pisał do Ferdynanda Liona (wrzesień 1934 r.) – rzeczywiście nie są mądrzejsi, niż im tam być wolno, jest dla nich szczęściem, dzięki temu bowiem nie odczuwają swego skrępowania. (...) Sprawia to pojęcie »naród«, będące ośrodkiem i wspólnym mianownikiem różnych kierunków myślenia i sztuki, jak to głosił Hellpach na kongresie filozofów w Pradze – co wywołało oczywiście oburzenie kongresu; gazety szwajcarskie bronią jednak Hellpacha, ponieważ zawsze był rzekomo »demokratą«. Czy można uwierzyć w podobną głupotę? Jak gdyby dzisiaj gadanie o »narodzie« było przejawem »demokratyzmu«, a nie – w znacznie większym stopniu – służalczości i nędznego zaprzaństwa. Nawiązuję tu do Pańskiego zdania, że »nigdy nie byliśmy w tak małym stopniu narodem«. Ten fałsz, to szachrajstwo doprowadza człowieka do takiej pasji, że go omal szlag nie trafia”.

Na ślepotę zachodnich demokracji spoglądał Mann z nie mniejszym przerażeniem. W liście z grudnia 1933 r., rozważając plotki o hitlerowskich planach wobec Austrii, napisał: „Czyżby doprawdy świat miał dopuścić do jej wcielenia? Chociaż kto wie, słabość i bezradność jest powszechna i najbardziej martwi mnie to, że ta banda zamierza zagarnąć Europę w sposób »legalny« i »demokratyczny«, a więc bez wojny. Istotnie, dzisiejsza haniebna propaganda pacyfistyczna odgrywa w polityce międzynarodowej tę samą rolę, co w polityce wewnętrznej zasada legalności, za pomocą której zdobyto władzę w kraju. Nie pozostaje nam nic innego, jak uzbroić się w cyniczny humor na wypadek, gdyby im się powiodło!”.

Tymczasem „im” wiodło się znakomicie: metodą prośby i groźby, kija i marchewki, szantaży wojennych i pokojowych deklaracji ludzie Hitlera ogłupiali Europę. Wyzyskiwali hałas neutralności i tą drogą uzyskiwali tolerancję dla swych poczynań. Wyłuskiwali jednego przeciwnika po drugim i wyniszczali pojedynczo, przy milczącej aprobacie reszty świata, która wierzyła, że kolejna ofiara ocala już na zawsze pokój na kontynencie. „Górą są dziś »naiwni« – pisał w sierpniu 1936 r. – to znaczy ci, którzy bezwstydnie przyznają pierwszeństwo interesom, nie licząc się z jakimikolwiek względami moralnymi”. Nawet brutalność nazistów wzbudzała fascynację – coraz więcej było osobistości sympatyzujących z Hitlerem. „Cóż to za niepojęte chamstwo!” – pisał Mann o prohitlerowskich deklaracjach Knuta Hamsuna. O, tak! Naziści byli zręczni i perfidni.

„Tacy już oni są – pisał (listopad 1935 r.) – Wysyłają pół-Żyda Lehwalda do Zurychu, żeby wygłosił tam wzniośle humanitarną mowę propagandową na rzecz olimpiady, pełną frazesów o godności ludzkiej, braterstwie narodów (...) itp. – w imieniu III Rzeszy! Tacy oni są. Nie ma pod słońcem bardziej nikczemnych świń!”.

Podczas odwiedzin Wiednia przez Tomasza Manna (lato 1936 r.) naziści rzucali bomby cuchnące do opery, by pisarzowi uprzyjemnić pobyt. Cuchnęło potwornie, aktorzy wymiotowali podczas spektaklu. „Trzeba było zaznać również i tego – pisał do brata – przynajmniej wiemy teraz dokładnie, jak pachnie narodowy socjalizm: przepocone skarpetki do entej potęgi”.

Biedny Tomasz Mann.

VI

Cóż w tym dziwnego, że normalny Europejczyk przyjmował bez gniewu wieści o normalizacji w Niemczech? Któż lubi zatruwać sobie moralny spokój informacjami o cudzej niedoli? Czyż może dziwić, że ów Europejczyk z zadowoleniem ufał w pokojowe deklaracje Adolfa Hitlera? Któż lubi myśleć o nieuchronnej wojnie, jej okrucieństwach i ofiarach? Któż nie pragnie wieczystego pokoju, póki nie spojrzy mu w oczy brama obozu koncentracyjnego?

Czy Tomasz Mann pragnął wojny? Na tak sformułowane pytanie odpowiedzieć niepodobna. Sama jego konstrukcja kryje w sobie styl rozumowania właściwy ludziom pokroju dra Goebbelsa. Nie, Mann nie tęsknił do wojny, do nieszczęść, mordów i łez. On tylko rozumiał, że jeśli naziści nie zostaną odsunięci od władzy, wojna jest nieuchronna. Dlatego powtarzał: „Obecnym władcom i niszczycielom kraju pomóc nie można i nawet nie wolno”. W jeden tylko sposób można pomóc Niemcom – dopomagając im w pozbyciu się nazistowskiej dyktatury. Stąd brała się też jego skrajnie negatywna ocena pacyfizmu, który – często wbrew swej intencji – czynił europejskie demokracje bezbronnymi wobec brunatnego totalitaryzmu.

Wyzwiska w jego ustach stawały się symbolem. Dokumentowały przekonanie, że – w relacjach z nazistami – postępowanie oparte na wzorach kultury demokratycznej jest aktem samobójczym. Były rozpaczliwą przestrogą formułowaną wobec Niemców i wobec świata. Pewien nazistowski publicysta ocenił wypowiedzi Manna jako „widok z pozycji przewróconego”. Mimo podłej intencji, nie była to formuła fałszywa. Istotnie. Mann był obrońcą przegrywającego humanizmu. Z tej perspektywy przepowiadał Niemcom, że obecni władcy doprowadzą ich do ruiny. Wypowiadał opinię, że naród, który aprobuje rządy bandytów wyposażonych w nacjonalistyczną ideologię, dokonuje aktu samodegradacji.

Były więc wyzwiska sposobem wypowiedzenia lojalności przez tego najbardziej niemieckiego spośród niemieckich pisarzy swemu narodowemu środowisku. Państwo niemieckie – zdawał się mówić Tomasz Mann – przestało istnieć. Państwo nazistów – „żałosne więzienie”, „idiotyczny obóz wojenny zwany Niemcami” – nie zasługuje na nazwę „państwa” w europejskim rozumieniu tego słowa (tak jak na nazwę prawnej organizacji nie zasługuje bandycki gang). Wobec gangsterów lojalność nie obowiązuje. („Rewolty się nie boję, raczej jej pragnę; bo wszystko jest lepsze od obecnego stanu rzeczy” – pisał). O kompromisach z nazistami nie może być mowy. Kompromis możliwy jest tylko jako efekt jasnego określenia pola porozumień – wymaga światła dziennego. Inaczej nazizm: „Gwiazdy Hitlera świecą tylko tam, gdzie panuje głęboka noc”.

Obowiązkiem obywatelskim i niemieckim jest przeto bezwzględny opór przeciwko nazizmowi. Trzeba tej „narodowej rewolucji” życzyć klęski. Kto zaś określa taką postawę mianem zdrady „sprawy narodu” czy „sprawy pokoju”, ten dopuszcza się zdrady sprawy ludzkości. Bowiem ta niemiecka mieszanka „sentymentalizmu i siły” przynieść może Niemcom i światu jedynie katastrofę.

„Jestem z natury zbyt dobrym Niemcem – pisał do Alberta Einsteina – aby perspektywa trwałego wygnania mogła nie być dla mnie bardzo ciężkim przeżyciem. (...) Stan ten nie odpowiada zupełnie mojej naturze zdeterminowanej przez goethowsko-reprezentatywne elementy tradycji i bynajmniej nie stworzonej do martyrologii. Tylko wyjątkowe zło i fałsz mogły mi narzucić tę rolę; bo też według mego najgłębszego przekonania cała ta »niemiecka rewolucja« jest z gruntu zła i fałszywa. (...) W całej swej istocie jest nie »odrodzeniem« – cokolwiek by o tym mówili i wrzeszczeli jej wyznawcy – lecz nienawiścią, zemstą, pospolitą żądzą mordu i drobnomieszczańską małostkowością. Nie uwierzę nigdy, by mogło z tego wyniknąć coś dobrego czy to dla Niemiec, czy dla świata”.

Miał świadomość, że zgłaszając kandydaturę uwięzionego Carla von Ossietzky’ego do Pokojowej Nagrody Nobla, rzuca swój pisarski autorytet na polityczną szalę. Gdy mu wytknięto, że porzuca swą pisarską etykę ironii i dystansu, odpowiadał, iż „obrońca Czystej Literatury wydaje się sam sobie niemal żałosny”, zaś „walka polityczna w obecnych warunkach” bywa chwilami ważniejsza, bardziej decydująca i godna uznania „niż cała poezja”. Tak dosłownie napisał do Eduarda Korrodiego w liście otwartym, o którym była mowa na wstępie tych rozważań.

VII

Poszło właściwie o drobiazg. Korrodi publicznie zaatakował niemieckiego publicystę emigranta za stwierdzenie, że „cała niemiecka literatura przeniosła się za granicę”. Nie poprzestał wszakże na wytknięciu przesady. Napisał też, że za granicą znaleźli się – z nielicznymi wyjątkami literaccy grafomani skądinąd – w swej większości – Żydzi.

Mann zgodził się, że twierdzenie o „całej literaturze” jest przesadą i uproszczeniem. „Nie chcę zwracać na nikogo uwagi gestapo – pisał – ale wydaje mi się, że w wielu przypadkach decydującą rolę odegrały względy nie tyle psychologiczne, ile (...) techniczne; toteż niełatwo jest ustalić granicę między niemiecką literaturą emigracyjną i nieemigracyjną: granica przebiegająca w świadomości nie zawsze będzie tu jednoznaczna z granicą państwową”.

Wprowadzając do dyskusji o literaturze termin „gestapo”, ustalał Tomasz Mann jej ideowy horyzont. Mógł przeto przyznać, że przesadne stwierdzenie o „całej literaturze” mogło „doprowadzić do pasji takiego neutrała” jak Korrodi. „Jednakże neutralność jest rzeczą trudną – dodawał. – Jakże łatwo człowiek neutralny, zwalczając jedną niesprawiedliwość, popada w inną!”. Bo też Korrodi oburzył się nie tyle na błąd, ile na fakt, że „popełnił go pisarz żydowski”. „Z faktu tego – pisał Mann – wyciąga Pan wniosek, że – potwierdzając stary ojczysty zarzut – utożsamiano tu znowu literaturę żydowskiej proweniencji z literaturą niemiecką, równocześnie stawia Pan sam znak równania między literaturą emigracyjną a żydowską”.

W odpowiedzi wymienił Mann długą listę – „nigdy bym z własnej inicjatywy nie wpadł na pomysł zestawienia takowej” – nazwisk pisarzy „rdzennie” niemieckich. Wyjaśnił, że obecność „elementu żydowskiego” wśród emigrantów to wynik „nieubłaganej rasistowskiej polityki narodowych socjalistów” oraz „szczególnego lęku, jaki w żydowskiej umysłowości i psychice budzą pewne państwowe instytucje naszych czasów”.

Czy jednak prawdziwa jest teza, że twórczość pisarzy określonych mianem „żydowskich” nie przynależy – ze względu na swe pierwiastki internacjonalne – do literatury niemieckiej? Mann był innego zdania: „»Internacjonalne« pierwiastki umysłowości żydowskiej – pisał – to pierwiastki śródziemnomorsko--europejskie, a te wchodzą również w skład kultury niemieckiej; bez nich Niemcy nie byłyby dziś Niemcami, lecz trwałyby w gnuśnym nieróbstwie. W obronie tych właśnie wartości staje dziś Kościół katolicki, któremu opresja, w jakiej się w Niemczech znajduje, dodaje znowu majestatu w oczach wychowanka kultury protestanckiej; dopiero dzięki przyjęciu chrześcijaństwa – oświadcza on – Niemcy weszły do rodziny przodujących kulturalnie narodów”.

Wspólny antyhumanistyczny plan antysemityzmu i antychrześcijaństwa nazistów ujawnił Mann z precyzją i konsekwencją. Pokazywał także jego antyniemieckie ostrze: „Nie wystarczy być »narodowym« – wyjaśniał Korrodiemu – by być Niemcem. Niemiecki antysemityzm, a raczej antysemityzm niemieckich władców, gdy się nań spojrzy z filozoficznego punktu widzenia, nie dotyczy wcale Żydów, a przynajmniej nie tylko ich: dotyczy Europy i wszelkich wyższych przejawów niemieckiego ducha; dotyczy, jak się ujawnia coraz wyraźniej, chrześcijańsko-antycznych podwalin zachodniej kultury; jest próbą zerwania więzów łączących Niemcy z cywilizacją zachodnią, próbą, której symbolem stało się wystąpienie Niemiec z Ligi Narodów i która doprowadzić może do straszliwej, brzemiennej w tragiczne skutki izolacji ojczyzny Goethego od reszty świata”.

Po czym konkludował: „Jestem najgłębiej przekonany, że teraźniejszy niemiecki reżim nie może przynieść nic dobrego ani Niemcom, ani światu; to przekonanie, w którym utwierdzają mnie codziennie tysiące ludzkich, moralnych i estetycznych spostrzeżeń i wrażeń, kazało mi opuścić kraj, mimo iż w jego tradycji kulturalnej tkwię korzeniami głębiej niż ci, którzy od trzech lat nie mogą się zdecydować, czy mają w obliczu całego świata odmówić mi niemieckości”.

Po liście do Korrodiego naziści się zdecydowali – Tomasz Mann został pozbawiony obywatelstwa Rzeszy Niemieckiej.

Dlaczego pisarz odkrył przyłbicę w tym właśnie momencie, gdy wcześniej było tyle bardziej doniosłych zdarzeń? Nie sposób na to odpowiedzieć. Czasem kropla przelewa kielich. Pisał Mann wkrótce potem: „Musiałem wreszcie powiedzieć, co myślę; uczyniłem to w momencie, gdy usiłowano mnie w sposób tendencyjny odsunąć od emigracji, i w poczuciu, że część opinii światowej w sposób nieprzyjemnie dwuznaczny wyobraża sobie mój stosunek do Trzeciej Rzeszy; a poza tym zdecydowałem się na ten krok z wewnętrznych, psychologicznych pobudek. Był to w znacznej mierze odruch, utrwalona reakcja na ten codzienny napór obrażających i oburzających wiadomości, głębokie, szczere przekonanie, że te ekscesy, jeśli nie ustaną, grożą całemu naszemu kontynentowi niewątpliwą katastrofą”.

VIII

Powtórzmy wszelako – daleki był Mann od optymizmu. Zdawał sobie sprawę, że jego gest ma w sobie coś z donkiszoterii. W świecie nazizmu chciał być jednak Don Kichotem. Taką obrał strategię duchową. Chciał być solidarny z ofiarami, czuł się jedną z ofiar. Pisał w prywatnym liście do Korrodiego (listopad 1935 r.), że emigrację niemiecką jedno łączy: „wszyscy jej uczestnicy są ofiarami tego reżimu (jest to zaszczyt, z którym nie każdemu do twarzy) i (...) nie mogę zrozumieć jakiejś (...) odrazy, która daje się wyraźnie wyczuć w Pańskim stosunku do tej kategorii ludzi. Czy w zdaniu: »Człowiek, który poróżnił się ze swym rządem, to jednostka budząca grozę w ludziach uczciwych« – nie kryje się pewna małostkowość i czy nie należałoby jej skorygować? O jakiż tu bowiem rząd chodzi? Miano politycznego emigranta było zaszczytnym tytułem w czasach, które dawały do tego znacznie mniej moralnych powodów niż dzisiejsze! Co się stało z tym światem!”.

Trwoga Manna wolna była od retoryki – wiedział, że w „tym świecie” może być zaprzańcem lub Don Kichotem. Rozglądał się z przerażeniem: „Komuś, kto sam ma faszystowskie skłonności – pisał – łatwiej jest zachować spokój i z odrazą odnosić się do rozpaczliwej nienawiści emigrantów. W ogóle świat nie jest właściwie zdolny zrozumieć tego, co dzisiaj w Niemczech spotyka ludzi, i to niezrozumienie pomaga mu zachować flegmę i bezstronność. Nieraz już obserwowałem to zdumiewające zjawisko. Ludzie nie rozumieją tego, co się dzieje, i jeśli nawet ganią, to w głębi duszy pozostają obojętni, ponieważ brak im autentycznego przeżycia. A oddanie tego słowami nie jest właściwie możliwe. To wszystko wybiega daleko poza politykę. Faszyzm, rządy plebsu, dyktatura – żaden z tych terminów nie określa tej nieprawdopodobnej ohydy, jaka tam panuje”.

Jeden tylko – angielski biskup – użył słów, które wydały się Mannowi odpowiednie. Powiedział on, że „wściekłość go oślepia”, kiedy myśli o Niemcach. Także Manna – intruza w epoce nazizmu, który sam siebie uznał za „relikt minionej epoki kulturalnej” – oślepiała wściekłość. Powtarzał sobie wszelako, że „nie ma nic piękniejszego niż chwalebne potyczki staczane podczas odwrotu”.

Gdy późną wiosną 1934 r. popłynął do Stanów Zjednoczonych po odbiór honorowego doktoratu z Harvardu, zabrał ze sobą na drogę starą powieść Cervantesa. Dzięki temu zakochał się od nowa w hiszpańskim błędnym rycerzu. Przegrywający Don Kichot miał pełną sympatię Manna – stał się dlań skrótem myślowym własnych dylematów. Główny z nich brzmiał: jak zwaloryzować „reliktowość” samego siebie? „Relikt” przegrywa, tak jak i Don Kichot dostaje się pod „koła rozpędzonego pojazdu historii”. Ale cóż z tego? Czy lepiej wyrzec się dzielności i porzucić szlachetność? Jak wtedy wyglądałby Don Kichot „antyidealistyczny, ponury, ziejący pesymizmem i wiarą w przemoc, Don Kichot brutalny, będący wciąż jeszcze Don Kichotem?”.

Nie! „Takie niespokojne czasy jak nasze – notował w swym okrętowym dzienniku – skłonne nie dostrzegać różnicy między tym, co jest właściwe jakiejś epoce, a tym, co trwa wiecznie (np. między liberalizmem a wolnością) (...) zmuszają ludzi bardziej poważnych i wolnych, nie będących chorągiewkami na wietrze, by schodzili ku fundamentom, uświadamiali je sobie od nowa i z gestem odmowy wyznaczali przy nich swoje miejsce”.

Nie wolno – twierdził – schlebiać epoce, której łaskę zdobywa się za cenę podeptania „rozumu i cywilizacji”. „Kto chce przygotowywać przyszłość, musi nie tylko nadążać za swoim czasem w sensie aktualnego ruchu, w którym może uczestniczyć każdy osioł, dumnie i pogardliwie traktujący zacofanych liberałów, byle wiedział coś więcej niż oni”. Trzeba mieć w sobie całą epokę, z jej złożonością i sprzecznościami; trzeba własny kryzys umieć odczytać jako fragment kryzysu świata. Jest to jedyna droga do wolności: „Wolność dopiero wtedy ma wartość, przynosi zaszczyt, kiedy jest zwycięstwem nad niewolą, kiedy oznacza wyzwolenie”. Taka walka o wolność, która łączy w sobie „straszliwie poniżającą śmieszność ze wzruszającą wzniosłością”, jest donkiszoterią – wyzwaniem rzuconym światu.

Don Kichot epoki nazizmu ma kilka zasad godnych przytoczenia.

Po pierwsze: „nie troszczyć się o przyszłość – to dziś jedyna możliwa taktyka życiowa”.

Po wtóre: „zatopić się w niewinnej i wewnętrznie pogodnej twórczości – to jedyne, co może nam pomóc w uporaniu się z tym koszmarem”. Wśród „wstrząsów, przewrotów i grozy” ze spokojem i wytrwałością tworzyć swoje dzieło.

Po trzecie: „tam, gdzie nie ma już żadnych drogowskazów, być samemu sobie drogowskazem”.

Po czwarte: umieć „przeczekać i przetrwać”; umieć w „smutnych, złych, bezpłodnie opornych czasach” tworzyć dzieła uczciwe.

Po piąte: „zachować odwagę i ową cierpliwość, którą Schopenhauer tak pięknie utożsamia z męstwem”.

Po szóste: nazywać „podłe – podłym”.

IX

Tuż po pozbawieniu obywatelstwa pisał do przyjaciela: „Nie wierzę po prostu, by to mogło potrwać długo”. Przekazywał też plotki z Niemiec, że „nazizm wkroczył w stadium końcowe”, że to już kwestia tygodni lub miesięcy. „Mówię sobie, że albo za półtora do dwóch lat wybuchnie wojna, albo też w tym samym czasie nastąpią takie zmiany, że nasze książki będą znowu dozwolone w Niemczech”.

Wojna wybuchła po trzech latach – o rok tylko pomylił się w obliczeniach.

Czytając te listy po czterdziestu latach, zastanawiasz się, polski czytelniku, czy ich autor mógł wybrać inaczej. Czy mógł powrócić do Niemiec i swą obecnością, choćby milczącą, legalizować rząd totalitarny? Czy mógł – jak tylu innych – uczestniczyć w akademiach i jeździć na międzynarodowe kongresy jako reprezentant kultury III Rzeszy? Czy mógł – za cenę tolerancji dla swych książek – służyć za argument dla propagandowych tez o „normalizacji w Niemczech”? Czy mógł – w imię chwalebnej neutralności i obiektywizmu – odnotowywać publicznie swe uznanie dla politycznych sukcesów, których przecież nie brakowało? Czy mógł wmawiać sobie, że wybiera realizm uczestnictwa przeciw pięknoduchostwu odmowy emigrantów?

To prawda, pytania takie nie mają wielkiego sensu dla rozumienia historii. Pomagają jednak odczytać jej moralne korzenie. Nam, którzy kochamy książki autora Czarodziejskiej góry i szukamy w nich sposobu na stawienie czoła losowi, serce nakazuje powiedzieć: nie, nie mógł inaczej postąpić. Wszelako rozum każe postawić znak zapytania. Przygody biograficzne intelektualistów XX wieku nie pozwalają przecież na jednoznaczność odpowiedzi.

Życie Tomasza Manna – zapisane w Listach – określiłem mianem powieści edukacyjnej. Czego chciałem nauczyć się z tej powieści? Rekonstruując jeden z jej rozdziałów, nie miałem bynajmniej ambicji opowiedzieć o stosunku pisarza do nazizmu – ten fascynujący temat odkładam na inną okazję. Interesował mnie jeden tylko temat: chciałem zrozumieć to nadrzędne uczucie dyktujące mu najbardziej ryzykowne życiowe decyzje. I chyba zrozumiałem – było to uczucie wstrętu.

Stosunek Manna do nazizmu nasycony był instynktownym wstrętem – dopiero potem powstały przenikliwe analizy diabła ukrytego w dziedzictwie niemieckiej kultury. To estetyczny wstręt, a nie intelektualny namysł, nakazał Mannowi wybór postawy integralnego sprzeciwu. To wstręt pozwolił mu od pierwszej chwili zobaczyć tak ostro to wszystko, co inni dostrzec mieli dopiero podczas wojny. Albo powiedzmy inaczej: życie Manna to efektowny skrót dziejów najnowszych europejskiego humanizmu, jego osamotnienia w obliczu totalitarnych potęg. Bezradność niemieckiego pisarza uchodźcy stała się zapowiedzią losu Europy, której kolejne fragmenty miały wnet padać „pod obcych potęg uzbrojone stopy”. Totalitarne państwo Hitlera stosowało tę samą technikę wobec osamotnionych ludzi i osamotnionych narodów: brutalną przemoc osłaniały pozory legalizmu i paragrafy nieludzkich kodeksów karnych. Wyzwiska i obelgi w listach Manna były rozpaczliwą próbą złamania konwencji, w ramach której nazizm traktowano jako „interesujący eksperyment”. („Szkolarskie, niedostrzegające rzeczywistości apoteozowanie niemieckich wydarzeń – to niezły kawał dla kogoś, kto na własnej skórze doświadczył dobrodziejstw tego »ducha«. To nie dla mnie!”). Ileż w tej postawie donkiszoterii z obelgami przeciw gestapo. A jednak...

Wartość edukacyjna listów z lat 1933-1936 dziś odczytywanych to także świadomość puenty, której Mann znać nie mógł, gdy decydował się na zerwanie z państwem niemieckim. Ty, polski czytelniku, znasz finał: płonący Berlin, proces w Norymberdze, podział Niemiec. Wiesz tedy, że ten niemiecki Don Kichot okazał się bardziej dalekowzrocznym realistą niż ofiarni funkcjonariusze brutalnej propagandy; że ów samotny, bezsilnie miotający wyzwiska emigrant okazał się silniejszy od potężnego totalitarnego reżimu. Czy może być bardziej krzepiący argument na rzecz przekonania, że ponosząc klęskę – jak Mann przed czterdziestu laty – można zarazem zwyciężyć? Pewnie tak właśnie myślisz, polski czytelniku, i trudno temu odmówić racjonalności. Wszelako nie jest to historia aż tak optymistyczna, jak chciałbyś i jak chciałby autor tego eseju. Tomasz Mann zapłacił najwyższą cenę za swą decyzję – cenę obcości. Tej obcości, która pozwoliła mu później przemówić do Niemców przez amerykańskie radio i napisać Doktora Faustusa, ale nie pozwoliła mu po wojnie powrócić do ojczyzny.

Bowiem ojczyzna nie bardzo lubi tych, którzy przedwcześnie mieli słuszność przeciwniej, i nigdy im do końca tej przedwczesnej słuszności nie wybacza. O tym także zechciej pamiętać, polski czytelniku, odczytując dziś starą korespondencję Tomasza Manna. Albowiem – i to jest ważny morał z lektury Listów – wielki pisarz jest nam niedostępny tylko wtedy, gdy obcujemy z jego dziełem. Tylko wtedy przebywa on w gwiezdnych regionach, zamkniętych dla nas, zwykłych śmiertelników. Wszelako, gdy wstaje od biurka i odkłada pióro – jest znów jednym z nas; słabym i pełnym wahań, zalęknionym i jakże podatnym na pokusy praktyczności. I, jak każdy z nas, niechętnie zrywa z przyzwyczajeniami, z wygodą, z poczuciem bezpieczeństwa. Aliści życie w prawdzie i godności, choć trudne i mnożące kłopoty, ma w sobie coś z pokusy prawdziwie narkotycznej. Kto raz tego zakosztował, temu trudno odzwyczaić się od takich zgubnych nałogów.

Dlatego berliński „ukaz” o banicji podziałał na Manna pokrzepiająco. Coś się skończyło, coś się zaczynało. Kończył się czas dwuznaczności. Zaczynały się dni, w których publiczne wyzwiska Tomasza Manna ratowały honor Niemiec, a stać się miały świadectwem sumienia i suwerennego dostojeństwa wielkiej niemieckiej kultury. Mann pisał: „Byłbym takim samym łajdakiem jak sprawcy tego »ukazu«, gdybym czegokolwiek żałował. Bóg mi świadkiem, że nie jestem stworzony do nienawiści, ale tych morderców i krwiożerczych głupców nienawidzę serdecznie i z całej duszy życzę im tak okropnego końca, na jaki zasłużyli”.

Ty zaś, polski czytelniku, dobrze zapamiętaj te słowa, bowiem Tomasz Mann sformułował w nich moralne zobowiązanie – także dla ciebie. Jeśli czujesz więź z czymś na kształt międzynarodowej republiki humanistów, musisz mieć świadomość takiego wyboru. Mianowicie: kiedy będziesz czytał, słuchał lub mówił, że na twojej ojczystej ziemi Niemcy ogłosili się nadludźmi i upowszechniali architekturę obozów koncentracyjnych, grabili i mordowali, niszczyli ludzkie ciała i deprawowali ludzkie dusze w imię tysiącletniej Rzeszy, ty, polski czytelniku, masz powinność pamiętać i powtarzać, że był pewien niemiecki Don Kichot, bezsilny pisarz, który dławiony wstrętem życzył klęski nazistowskim oprawcom, zanim jeszcze napadli na twój kraj; który nad plemienną dyscyplinę w imię nacjonalistycznych doktryn przedłożył ludzką wspólnotę w humanistycznych wartościach.

Kiedy będziesz więc rozpamiętywał, polski czytelniku, los pisarzy polskich i profesorów uniwersytetów wywożonych do obozów śmierci i rozstrzeliwanych w ulicznych egzekucjach, masz przez zaciśnięte zęby – na znak wspólnoty i pojednania w bólu – powtarzać uparcie: Tomasz Mann, Tomasz Mann, Tomasz Mann...

[Więzienie karne,

Barczewo, styczeń 1986]

„Nienawidzę totalizmu...”

– o Bolesławie Micińskim

Mój drogi,

...pozwól, że przypomnę Ci inną naszą rozmowę, jedną z wielu, w których znów powrócił temat relacji między literaturą i polityką w zetknięciu z ustrojem totalitarnym. Żegnaliśmy wtedy B., która odjeżdżała do Paryża. Warszawa huczała od wiadomości o strajkach, a w tym małym żoliborskim miasteczku też wszyscy o tym rozmawiali. Skryci w jakimś kącie, wracaliśmy do dyskusji nad „Zniewolonym umysłem”, analizowaliśmy postawę umysłową Miłosza, Herlinga-Grudzińskiego, Herberta. Powiedziałem wtedy, że warto by napisać coś na kształt „Anty-Zniewolonego umysłu”, studium postaw pisarzy, którzy nie ulegli pokusie ideologicznej Ketmanu. Powiedziałeś wtedy: „Napisz to...”.

Nasz czas znaczony jest przez doświadczenie totalizmu. Kiedy zastanawiam się, który z polskich pisarzy zakreślił kontur problemów ery totalitarnej i określił jego podstawowe wątki, wciąż przychodzi mi na myśl osoba Bolesława Micińskiego. Miłosz proroka widział w Witkacym. Tak, to był prorok. Miciński był natomiast jednym z pierwszych diagnostów. Witkacy odebrał sobie życie 17 września 1939 roku, gdy wysłannicy dwóch bestii totalizmu spotkać się mieli na Bugu. Miciński przedostał się do Francji. Tam spróbował intelektualnie stawić czoło totalitarnej rzeczywistości, nakreślić plan wojny i zarysować pole duchowej bitwy. Z tym samym planem, na tym samym polu, przeciw temu samemu wrogowi skieruje swoje pióro Zbigniew Herbert.

Nie wiem, czy autor Struny światła czytał eseje Micińskiego, ale nie to jest chyba najważniejsze. W istocie rzeczy podobnie odczytywali sens swojego czasu i kształt swej ludzkiej, pisarskiej powinności. Dlatego uważna lektura Micińskiego pomogła mi głębiej odczytać wiersze Herberta. Myślę, że te eseje pozwalają lepiej zrozumieć istotę sporu o naturę totalizmu i o postawę wobec totalizmu; sporu, który sytuuje się w centrum polskiego doświadczenia.

Kiedy przed czterdziestu laty pod Grenoble Miciński umierał na gruźlicę, miał dopiero 32 lata. Niewiele zdążył napisać, a jeszcze mniej opublikować. Debiutował jako poeta, jednak prawdziwe mistrzostwo osiągnął w esejach. Napisał ich tylko kilka, ale jest to kilka arcydzieł. Cały niemal jego dorobek zebrany został w tomie Pism opublikowanym przed kilkunastu laty przez krakowskie wydawnictwo Znak. Na tej książce oparłem się, kreśląc poniższe refleksje.

Należał do pokolenia Miłosza i Andrzejewskiego, Wyki i Rudnickiego, Krońskiego i Gombrowicza. Urodził się w 1911 roku i bardzo wcześnie trafił do elity intelektualnej swojej generacji. Interesowała go literatura i filozofia; zastanawiał się nad pięknem artystycznej kreacji i sensem ludzkiego istnienia. Od polityki był odległy. To spowodowało, że mógł się związać z tygodnikiem „Prosto z mostu”, świetnie i żywo redagowanym przez Stanisława Piaseckiego pismem społeczno-literackim obozu nacjonalistycznej prawicy. Pisywał tam o literaturze, estetyce i psychoanalizie, spotykając się na tych łamach z Jerzym Andrzejewskim, Konstantym I. Gałczyńskim i innymi z czołówki intelektualnej tego pokolenia. Czemu tam trafił? Piasecki redagował pismo z wielkim rozmachem i talentem, wykorzystując niechęć młodych literatów do Grydzewskiego, „Skamandra” i „Wiadomości Literackich”, zostawiając im dużo swobody i rachując, że przesiąkną z czasem ideologią nacjonalistyczną. Co do niektórych rachuby jego okazały się trafne. Pomylił się co do Micińskiego.

Ten wyrafinowany esteta miał jednak niezwykłe wyczucie otaczającej go rzeczywistości. Już jego Podróż do piekieł – filozoficzno-literacki esej o historii i teorii kultury – kryła w sobie konkluzje daleko wykraczające poza sferę estetycznych spekulacji. Interpretując dzieje wielkiej literatury europejskiej w kategoriach nieprzerwanej „wędrówki do piekieł”, obnażając złudność poszczególnych rozwiązań egzystencjalnych, tych wpisanych w los Odyseusza i Pickwicka, Robinsona Crusoe i Eneasza, zatrzymał się przy Kartezjuszu i w jego pisarstwie począł szukać trwałego punktu oparcia.

Kreśląc portret Kartezjusza, notował: „Wiedział, że rozmawiać z ludźmi innych wieków jest to poniekąd to samo, co podróżować. Ale kiedy człowiek obraca zbyt wiele czasu na podróżowanie, staje się wreszcie obcym w swoim kraju”.

Przytaczał Kartezjusza: „Przypuszczam, że wszystko, co widzę, jest fałszem: wierzę, że nigdy nie istniało nic z tego, co mi przedstawia kłamliwa pamięć, że nie ma żadnych zmysłów, że ciało, kształt, rozciągłość, ruch i miejsce są to chimery. Cóż więc będzie prawdą? Może to, że nie ma nic pewnego”.

Ten głos Kartezjusza jest konkluzją z dziennika pokładowego okrętu, którym Miciński podróżował do piekieł. Niepewność Kartezjusza jest i jego niepewnością. Kartezjański wysiłek przezwyciężenia niepewności jest i jego wysiłkiem.

Niepewność – powiada Miciński – jest uzasadniona w sferze refleksji naukowych: „Słowa i cyfry odznaczają się tym, że nie cierpią, nie prowadzą wojen, nie szarpią się w pajęczynach, nie umierają. (...) Wymierne teorie fizyczne nie zmieniają świata materialnego. Niezależnie od teorii Ptolemeusza Ziemia krążyła wokół Słońca”. Inaczej teoria etyczna – „nie jest ona bowiem opisem świata, ale pewną konstrukcją życia: narzucona na całość życia umysłowego przekształca rzeczywistość, która jest jej przedmiotem. Stąd (...) musi się liczyć z aktualnym stanem rzeczy, czyli mówiąc po prostu, z powszechnym mniemaniem”. Miciński – dla scharakteryzowania reguł tej etyki – trzykrotnie oddaje głos Kartezjuszowi. Po pierwsze: „Być posłusznym prawom i obyczajom mego kraju, dzierżąc się stale religii, w której Bóg dozwolił mi łaskawie wzrosnąć od dzieciństwa. We wszelkiej innej rzeczy prowadzić się wedle mniemań najbardziej umiarkowanych i najbardziej oddalonych od wszelkiego wybryku oraz powszechnie przyjętych w praktyce przez najroztropniejszych między tymi, z którymi żyć wypadnie... A że mogą się zapewne znajdować ludzie równie rozsądni wśród Persów lub Chińczyków, co wśród nas, zdawało mi się, że najużyteczniejszym będzie prowadzić się wedle tych, z którymi żyć mi wypadło... postanowiłem baczyć raczej na to, co czynią, niż na to, co mówią...”.

Po wtóre: „Być możliwie najbardziej stałym i niewzruszonym w postępkach i trzymać się mniemań nawet najbardziej wątpliwych – skoro już raz do nich przystąpię – niemniej pewnie, co gdyby były ugruntowane... Choćbyśmy nawet nie widzieli więcej prawdopodobieństwa w jednych niż w drugich, winniśmy się wszelako przechylać ku niektórym i uważać je później, w odniesieniu do praktyki, już niejako wątpliwe, ale jak o zupełnie prawdziwe i pewne”.

Po trzecie: „Starać się raczej zwyciężać siebie niż los i raczej odmienić własne pragnienia niż porządek świata, i na ogół przyzwyczaić się do przeświadczenia, iż nie masz nic, co by było zupełnie w naszej mocy, prócz myśli”. Oto zasady kartezjańskiej Etyki Tymczasowej, które Miciński uznał za swoje. Pisał o Kartezjuszu: „Wątpił, ale nie wątpił w to, że zwątpienienie rozgrzesza i że nie wolno być chwiejnym w czynnościach przez czas, przez który rozum zmusza być chwiejnym w sądach. I w tym wyłączeniu elementarnych zagadnień etycznych z wszelkich wątpliwości leży wielkość moralna Kartezjusza. Świat jako przedmiot teorii poznania w jednej z faz jej rozwoju był fikcją utkaną z sennych marzeń – świat, jako przedmiot etyki, był niezmiennie światem rzeczywistym, światem rąk, oczu, mięsa i krwi. (...) Wybierał prawdy najumiarkowańsze, »aby mniej odwracać się od prawdziwej drogi, gdyby pobłądził«. W życiu prawdom względnym, umownym, nadawał wartość absolutną, »aby uniknąć żalów i wyrzutów dręczących zazwyczaj sumienie duchów słabych i chwiejnych«”.

Łamał siebie raczej niż los i wdrożył się do przeświadczenia, iż tylko myśl jest w jego mocy, aby móc wstąpić na drogę, „na której w przekonaniu, iż posiada pewność nabycia wszystkich wiadomości..., miał też pewność nabycia tym samym środkiem wszystkich prawdziwych dóbr...”. Kartezjusz rozumował jak Sokrates: dobrze sądzić to znaczy dobrze czynić. W ten sposób odnalazł niebo.

W liście do Jarosława Iwaszkiewicza napisał Miciński o swojej książce: „Ona po to powstała, żeby doprowadzić poprzez negacje (nic) do jednego TAK, do elementarnych zasad życiowych, do »świata oczu, mięsa i krwi«. Donieba”. W ten sposób Miciński uciekał od piekieł nihilizmu. „Chciałem stamtąd uciekać, bo mój instynkt ptasi / Mówi co dla mnie dobre, a co humor kwasi” – napisał kiedyś Miłosz, a ów „instynkt ptasi” łatwo dostrzec – dziś, po latach – w przedwojennym eseju Micińskiego. Opublikował go nakładem „Prosto z mostu”, co – być może – zaciemniło nieco jego wymowę. Np. Iwaszkiewicz w swej recenzji całkiem nie dostrzegł – ale czy sam autor był świadom? – że przesłanie Podróży do piekieł kryło w sobie zasadniczy zrąb etycznej postawy będącej odpowiedzią na czas totalitarnego barbarzyństwa i kapitulującej przed totalizmem liberalnej demokracji.

Uwagi Micińskiego o kartezjańskiej Etyce Tymczasowej najpełniej mi wytłumaczyły racje, dla których Zbigniew Herbert nazwał bohatera swych wierszy „Panem Cogito”. Powtarzam: nie wiem, czy Herbert czytał esej Micińskiego. Z pewnością jednak czytał Kartezjusza i przeczytał go w ten sam sposób co Miciński. Człowiek tak odczytujący kartezjańskie posłanie i publikujący w „Prosto z mostu” – trudno o bardziej jaskrawą ilustrację chaosu życia intelektualnego II Rzeczypspolitej. Ale paradoks ten nie miał – i chyba nie mógł mieć – nazbyt długiego żywota. Książka ukazała się w 1937 roku. Już z początkiem roku następnego Miciński zwierzał się Iwaszkiewiczowi w liście: „Piszesz mi o wiadomościach z Polski. Może wolałbym ich nie mieć. Będę musiał zerwać zupełnie współpracę z »Prosto z mostu«. Pisałem już o tym do Piaseckiego – ciężko mi to przychodzi, bo przywiązałem się, ale wolę tych, którzy biją, od tych, którzy tworzą teorię bicia i usprawiedliwiają bydlactwo przy pomocy świętego Tomasza, który ostatnimi czasy paraduje w prasie narodowej jako policjant. Dziwna rola. Nasi polityczni teolodzy tyle tylko o nim wiedzą, że pozwalał bić. No, na to nie trzeba świętego Tomasza, psiakrew! (...) Jeżeli zwiążą sznurami Gałczyńskiego, który jednym tchem pobekuje o Matce Boskiej i Ordonce, jeżeli wypędzą Łaszowskiego, jeżeli przestaną szczekać na wszystkich i wszystko, jeżeli przestaną pisać o »zgniłej kulturze«, jeżeli przestaną wydawać numery żydowskie (...) jeżeli – jednym słowem – odżydzą się, bo zupełnie zżydzieli – to będę znów pisał. Ale ja to między bajki włożę...”.

Ten esteta umiał stosować Etykę Tymczasową do oceny zjawisk politycznych. Choć sam się tej swojej wrażliwości dziwił. „Jestem w byczej formie – pisał z końcem 1937 roku do Kazimierza Golanki – i jeśli coś mnie martwi, to tzw. sytuacja polityczna, w której tkwimy – nie przypuszczałem, że jestem tak silnie związany ze sprawami społecznymi... Już nie mogę patrzeć na bicie sankcjonowane bredniami, na podlenie charakterów. To dobrze, że wyjeżdżamy do Francji, ja mam takie wrażenie, jakbym wiał stąd, taki tu smród, a z drugiej strony przestałem »wytrzymywać« – w sprawach politycznych nie rachuję się ze słowami, obrażam ludzi, na których mi zależy, i gdybym tu siedział ciągle, to nie wiem, co by z tego wyszło. Najgorsza ta samotność – ci, co idą, to bydło, ci, co ustępują, to jałowi impotenci. (...) A wie Pan, co najgorzej boli? Nie bicie, nie dzikość, ale słowa wstrętne, plugawe teorie, które to sankcjonują”.

W świetle tych listów wybór kartezjańskiej Etyki Tymczasowej jest oczywistą odpowiedzią na „teorie bicia”. Udzielał tej odpowiedzi pisarz i filozof zafascynowany zakamarkami ludzkiego wnętrza i sekretem piękna, który starał się unikać polityki, dopóki ta nie zastukała do jego drzwi, najpierw ONR-owskim kastetem, potem hitlerowską agresją. I oto on, wielbiciel Homera i Kanta, autor szkiców o psychoanalizie Freuda i filozofii Cousina, już wiedział i widział: nadchodzi czas ostateczny, czas nienawiści, okrucieństwa i abstrakcji. Czas totalizmu. Kiedy po klęsce wrześniowej znalazł się we Francji, przystąpił do rozprawy z totalizmem. Towarzyszył temu obrachunek z czasem, który minął. Obrachunek nie był niczym wyjątkowym. Dzienniki Zofii Nałkowskiej i Marii Dąbrowskiej, wiersze Słonimskiego i Tuwima dają wymowne świadectwo ówczesnym nastrojom. Ludwik Landau zanotował w swym okupacyjnym dzienniku: „Jedno tylko ludność w tym momencie zrozumiała – może nawet bardziej poczuła, niż zrozumiała – jak była stale oszukiwana i okłamywana, jak się mało z jej losem liczyli ci, w których rękach były rządy, rządy wykonywane przecież tak bezwzględnie, z taką pewnością siebie! I uczuciem, z jakim ludność Warszawy żegnała dawne rządy, było przede wszystkim uczucie wielkiego, głębokiego rozgoryczenia, zawarte w nim było niewątpliwie zdecydowane postanowienie, że w zmienionych warunkach ci ludzie i te systemy wrócić już do Polski nie będą mogły”. W tym samym czasie Miciński pisał:

„Żegnamy się dziś z przeszłością. Dostrzeżemy ją po latach wyraźniej, ocenimy sprawiedliwiej, ale że optymistyczna skłonność pamięci zwykła idealizować czas miniony, historycy ocenią lata międzywojenne z pobłażliwością, na którą nas nie stać.

Tout comprendre c’est tout pardonner. Ile niebezpieczeństw w tej maksymie, nie tyle z chrześcijaństwem związanej, ile z intelektualizmem etycznym starożytnych... Jeśli wybaczać – to w imię miłości, a nie w imię zrozumienia „motywów”. Każdy czyn ma swoje motywy implicite zawarte w strukturze dokonanego czynu. Nie wynika z tego, aby każdy czyn był dobry czy zasługiwał na pobłażanie. Gdybyśmy wszystko nawet mogli zrozumieć – to nie wszystko zechcemy wybaczyć. Szczególnie dziś, »na gorąco«, w stanie »afektu«. Jest zapewne w tym skłonność do szybkich, zbyt szybkich osądów, ale jest też w afekcie ta sama jasność widzenia, z którą oceniamy bliskie niebezpieczeństwo. Po chwili dopiero – z gasnącym afektem, z minionym niebezpieczeństwem – pojawia się rezonerstwo i rozumowanie, które wprowadza do sądów i działań szereg trafnych korektyw, dobroczynnych dla myśli jak zielone szkła dla znużonego wzroku. Ale gaśnie z tą chwilą precyzja i szybka selekcja w ocenie faktów, którym czas użycza łagodnej barwy śniedzi. (...) Jeśli gniew mąci jasność spojrzenia i sprawiedliwość ocen, to w tym samym stopniu gniew pozwoli dostrzec to, co przeoczy pobłażliwe jutro”.

Miciński dotrzymał słowa: pisał z gniewem. „Trudno wyrazić, jak głęboko, jak bezgranicznie nienawidzę czasów przedwojennych”. Pisał o „epoce przedwojennej, epoce ohydnej”.

Twierdził, że to nihilizm utorował drogę totalizmowi, że „ludzkość cierpi na tak zwany complexe spectaculaire. Że podgląda świat z ciekawością smarkacza, który przez dziurkę od klucza w nocy zagląda do pokoju rodziców i podpatruje tajemnicę miłości i istnienia. Podglądanierostwo wydaje mi się znamienną cechą naszego czasu. (...) Ohyda naszych czasów: przeświadczenie, że wystarczy komuś wleźć do kuchni, aby wszystko zrozumieć. (...) Mieć przed sobą człowieka i zaglądać mu w tyłek, to tyle co znać Wersal z tego, że w Wersalu nie było klozetów. (...) Myszkować, węszyć, spreparować Sofoklesa à la Cocteau, zaludnić świat wszami (nieparzystokopytnymi!), które zaludniają świat Prousta, rysować kolumny greckie falistą linią. W muzyce dzisiejszej wykpiono sam fakt składania dźwięków. To jest megalomania, nikczemność, światopogląd naturalistów, spojrzenie na świat rojący się od wszy. Żadnego wysiłku w kierunku odnalezienia jakiejś hierarchii wartości. Zniszczenie poczucia wielkości. (...) Myszkować, podglądać po strychu zakurzonym, myszkować, szczurzyć różowymi łapkami szczurzymi po strychach, po kurzu, w kurzu szukać prawdy. Skończyły się wyprawy à la recherche de la verité. Kurz! Kurz! Wszy! Czytałem w »Wiadomościach« o zbrodniarzu, który robił witraże z pluskiew i to zasuszonych. Pisano z uznaniem: »ciekaaawe – z pluskiew!«. (...) Ciekawość widza jest najohydniejszą formą kapitalizmu: pozwala partycypować w tragicznych dziejach świata bez poważnego wkładu uczuciowego i bez poczucia odpowiedzialności. Jest to rentierstwo psychiczne, które streszcza się w odcinaniu kuponów od rzeczywistości”.

Oskarżał „widza” o niepoważny stosunek do śmierci: „Infantylizm nie może się z faktem śmierci pojednać. (...) Lekkomyślny stosunek do śmierci jest jednocześnie powierzchownym pojmowaniem życia. (...) Nie chcieliśmy się ze śmiercią pogodzić, zubożyliśmy więc życie i staliśmy się ofiarami lęku przed śmiercią”.

Oskarżył pacyfizm: „Lęk przed śmiercią, który tak potężnie wyraził się w pacyfizmie, rozbroił nie tylko moralnie, ale i materialnie społeczeństwa zachodnie trawione wiarą w wartość (...) infantylnego sylogizmu, który z życia wyłączyć chce śmierć.

Pacyfizm – podobnie jak ciekawość spektatora, który staje poza życiem – przekreśla pojęcie wartości i ich hierarchii. Jest w doktrynie integralnego pacyfizmu sprzeczność, która obezecnia doktrynę: pokój za wszelką cenę, nawet za cenę wyrzeczenia się doktryny, której nie chce w imię pokoju bronić.

Pacyfizm sprzedaje wszystkie wartości za cenę życia. A jakąż mogą mieć wartość zasady, w których obronie życia nie stawia się w grę? Tak są marne, jak życie nie zubożone przez śmierć.

Jedna jest tylko śmierć haniebna, która życie urywa jak Parka! Śmierć ze wstydu”.

Wiązał to z „osłabieniem poczucia rzeczywistości”. „Słabe poczucie rzeczywistości – cecha infantylizmu – wydaje się być głównym zniekształceniem uczuciowym, które w przyszłości stanie się przedmiotem współczucia i śmiechu. Słowo »rzeczywistość« miało ostatnio szczególne wzięcie i było ostateczną intencją we wszelkich sporach. Zwykło się np. mówić o jednym z mężów stanu jako o »wielkim realiście«, zakładając tym samym, że rzeczywistość jest niczym innym jak umiejętnością oszustwa. Popularna w stolicach Europy piosenka »za trzy grosze«: bifteck d’abord et la morale après – sprowadzała rzeczywistość do kawałka wołowiny. Wyniki takiego pojmowania rzeczywistości nie dały na siebie czekać długo: zabrakło befsztyków i moralności, której się w imię befsztyka wyrzeczono”.

Nie znosił profesjonalnych polityków, zwłaszcza dyplomatów: „Człowiek złośliwy mógłby (...) wskazać na (...) podobieństwo: dyplomatę łączy z artystą właściwe ludziom sztuki oderwanie od rzeczywistości”.

Pisząc o dyplomatach, identyfikował się z przeciętnym „czytelnikiem gazet” i sięgał po morderczą broń ironii: „Zaniepokojony i wypędzony przez dzieje ze swego pokoju czytelnik gazet zapytuje siebie, czy przypadkiem dyplomaci nie są po prostu artystami, którzy niezależnie od Hitlera, malarza pokojowego i Stalina konstruują piękne formy, godne najlepszych mistrzów baroku”. Biedny, bity przez wszystkich – ironizował Miciński – czytelnik gazet powie tak: „Niech żyje wiedza dyplomatyczna i jej dzieje – jest to sztuka piękna i pouczająca, ale na dyplomatę weźcie proszę tego, który mieszka pod drugim, koło zlewu, jest to bowiem człowiek przebiegły i choć trzy razy okradł sąsiadów, nigdy jeszcze nie siedział. Jest tu także w naszej kamienicy były technik hydraulik, który teraz jest »podróżującym od wina«, jest to bardzo dobry dyplomata i choć nikomu jeszcze nie oddał pożyczonej złotówki, wszyscy mu pożyczają”.

Nie wierzył w polityków, ale wierzył w swój naród i siłę tradycji. Wszakże lękał się o skutki totalizmu dla Polski. „Podłość – pisał latem 1940 roku do Jerzego Stempowskiego – jest zaraźliwa, tak jak np. tyfus. Trzeba uważać, uprawiać »profilaktykę«, wzmacniać mechanizmy obronne, stąd – zmiany. Jeśli nienawidzę pewnych ludzi, społeczeństw czy ustrojów, to przede wszystkim dlatego, że zniekształcają dusze tych, którzy chcą się im przeciwstawić. Nienawiść do zła jest – zapewne – uczuciem »słusznym« i sprawiedliwym, ale czy można bezkarnie wyzwolić w sobie słuszną nawet nienawiść? Uczucia »potępione sprawiedliwie«, uczucia złe, stłumione, zepchnięte, wypływają »obok« słusznej nienawiści, która dostała »wizę sumienia«. Nienawidzę tych, którzy nauczyli mnie nienawiści”.

W eseju O nienawiści, okrucieństwie i abstrakcji precyzował: „Nienawidzę totalizmu i za to także, że nauczył mnie nienawiści. (...) Tragizm leży w tym, że nienawidzę, że jestem zatruty, że cierpię nad tym – i że dumny jestem z nienawiści, która chroni mnie od grzechu »letniości«. (...)

Ci, co z rąk gniewnej bogini przyjęli chrzęszczący oręż, ci, co walczą, wolni są od grzechu nienawiści. Sublimują ją w walce. Ale jakże straszny jest los jednostek i narodów skazanych na bezczynność. Niesublimowane uczucia zniekształcają osobowość, deprawują i zaprawiają sadyzmem wyobraźnię. Prawo do nienawiści wyzwala sadyzm i drapuje go w togę kodyfikatora”.

Patronów totalizmu widział Miciński we francuskich konserwatystach, dla których jednostka była fikcją, a jedyną rzeczywistością – zbiorowość; którzy głoszą pochwałę kata, jedynego ratownika przed immanentnym złem natury ludzkiej; którzy opowiadają się za instynktem przeciw intelektowi; którzy wierzą, że „człowiek jest zły i dlatego trzeba nim rządzić żelaznym drągiem”. To było jedno źródło tradycji totalizmu. Drugim był jakobiński nurt Oświecenia z jego optymistycznym złudzeniem w ocenie jednostki. „Człowiek »z natury« dobry i zdolny do stanowienia o sobie, olśniony rolą prawodawcy zajął się nie sobą, ale sumieniem bliźnich i z dziecinną radością pociągnął za sznurek od gilotyny”.

Nie znosił Hegla i historyzmu: „W argumentach historyzmu czai się okrucieństwo. Relatywistyczny historyzm prowadzi często do zimnego pięknoduchostwa. Historyzm racjonalistyczny typu Hegla prowadzi do okrucieństwa. Nie Tamerlan, nie markiz de Sade, ale Hegel był największym okrutnikiem, jakiego znają dzieje. Hegel ze swoim abstrakcjonizmem, ze swoją bezosobową konstrukcją dialektycznego rozwoju. Jednostka to tylko kurz osadzający się na wypolerowanych trybach historycznego arytmometru. To tylko kurz, który się zmiata niedbałym ruchem ręki. »Nic nie wysusza serca tak jak abstrakcje« (Napoleon). A w wojnie dzisiejszej ściera się właśnie abstrakcja zbiorowości z rzeczywistością jednostki”.

Hegel ze swoją koncepcją historii był dla Micińskiego wcieleniem Tamerlana z jego partią szachów, który „zwycięzcę ścinał za zuchwałość, a pokonanego za nieudolność”. Nie znosił fatalizmu historii: „Fatalizm nie przeprowadza hierarchii wartości i cnót, i na tym polega jego niemoralność”. Fatalizm w imię siły depcze wolność. Nie wierzył w siłę. Wierzył w siłę kultury: „Słowa pisane mieczem nie są trwałe. Pióro i zeszyt to prawdziwe fundamenty prawdziwego mocarstwa”. Nie wierzył w przyszłość totalizmu. „Obrzydliwy pośpiech – pisał do Stempowskiego – tak znamienny dla społeczeństw totalistycznych nie jest – jak sądzę – wyrazem »młodości« czy »dynamizmu«, jest to pośpiech umierającego, który wie, że ma mało czasu”. Symbolami totalizmu byli dlań kat i diabeł.

Przywoływał portret kata nakreślonego przez de Maistre’a, ideologa francuskich konserwatystów, który mawiał: „Zabawne słowo »człowiek«! Nie spotkałem nigdy człowieka. Spotkałem tylko Włochów, Rosjan czy Francuzów”. De Maistre pisał o kacie: „Nie jest zbrodniarzem, a przecież żaden język nie potrafi powiedzieć, że jest cnotliwy, uczciwy, godny szacunku. Żadnej moralnej pochwały nie można by znaleźć, bo każda pochwała zakłada jakieś stosunki z ludźmi – kat nie ma żadnych. A jednak wszelka wielkość, wszelka władza, wszelka dyscyplina wspierają się na oprawcy. On jest grozą i więzią społeczeństwa. Odbierzcie światu tego niepojętego wykonawcę sprawiedliwości, a chaos zajmie miejsce ładu, zwalą się trony i runie społeczeństwo”.

„Gdy tłumaczyłem tę »Pochwałę kata« – wyznawał Miciński – miałem wrażenie, że mam palce poplamione krwią. (...) Trzeba przeczytać ten fragment tak, jak się czyta wiersz, trzeba go analizować stylistycznie, by dotrzeć do źródeł twórczości de Maistre’a. Tym źródłem jest sadyzm. (...) Spoza maski tzw. wyższych racji, spoza konstrukcji pojęciowej teoretyka racjonalizmu wyłania się twarz sadysty. Teraz już rozumiem, dlaczego de Maistre pisał gdzie indziej o przeróżnych metodach chłosty i niezrównanych zaletach rosyjskiego knuta: dla de Maistre’a jednostka była fikcją”.

Kat, oprawca – opoka władzy totalitarnej – to narzędzie diabła.

„Kultura zachodnioeuropejska naszych czasów – pisał Miciński – odpowiedzialna jest za wojnę czy za wejście diabła na ziemię. Chrystus zstąpił na ziemię, diabeł wszedł, wdrapał się po pajęczynie surrealistów, po drabinie splecionej z banału, po witrażach z pluskiew. Człowiek ma potrzebę wielkości – odebrano mu, sparszywiono, zawszono, spodlono, zakurzono poczucie wielkości nieempirycznej, niewymiernej – i na tym wjechali diabli jak na łysej suce, jak na apokaliptycznej maciorze. Człowiek pragnie wielkości. Odebrano mu poczucie wielkości i imiona własne (Bóg y compris) zaczęto pisać małą literą. Zamiast walki o stworzenie hierarchii wartości – niwelacja. Więc człowiek oszalał z zachwytu, kiedy mu pokazano duży stadion, dużo ludzi. Ale człowiek nie zdał sobie sprawy, że wielkość transcendentną, niewymierną zastąpiono wielkością wymierną, empiryczną. Szatan wszedł na ziemię tą drogą”.

Ta myśl go dręczyła. Wracał do niej. „Pozbawiony pokory, miłości, nadziei i wiary w ostateczną sprawiedliwość i cel istnienia – czas nasz dał się uwieść wielkościom wymiernym, małym, które narzucił mu totalizm – w rozmiarach stadionów, w rozciągłości autostrad i chamstwa. I tak jakby na świni ogromnej, siedząc okrakiem na pozłacanym bydlęciu bestii apokaliptycznej – wjechali wodzowie, kopnięciem buta rozwalając wrota przyszłości”.

Diabeł totalizmu włoskiego pojawia się w Odpowiedzi na list Francesca, obywatela rzymskiego. Kusi on Włochów wizją powrotu do potęgi Imperium Rzymskiego. Ale złudna to wizja. „Nie ma drogi powrotnej do Imperium Rzymskiego. Idąc przez wieki wstecz do cesarstwa, które było, nie można ominąć św. Pawła – nie spojrzeć w straszliwą twarz skazańca. Struga krwi – pisał Miciński do młodziutkiego Francesca – która ścieka z jego obciętej głowy, wyznaczyła nieprzekraczalną granicę w dziejach Twojej ojczyzny. Gdybyś chciał lekkomyślnie przekroczyć kałużę krwi, zastanów się: droga, na którą byś wstąpił, prowadzi do piekła. (...) Tragedia diabła leży w tym, że diabeł nie tworzy – diabeł tylko naśladuje. To on, zagrożony osamotnieniem w swojej bezsile twórczej, chce ludzkość prowadzić wstecz przez wieki do stanu grzechu. To on zaludnia wyobraźnię zbiorową wizjami brodatych germańskich bogów, to on wciska pomiędzy palce władców miedziany posążek z zatartym wizerunkiem cesarza rzymskiego – mówi: »Spójrz! spójrz w pieniążek miedziany jak lustro... jakże jesteś do niego podobny... twój zarys nosa... twój mocny podbródek... twoje oczy... To ty! Bądź tym, który był. Chodź! Zakryję ci oczy, abyś nie patrzył w twarz rzymskiego skazańca, św. Pawła. Naprzód dwa są sposoby walki – prawem lub siłą. Pierwszy był właściwy ludziom, drugi – zwierzętom: ponieważ pierwszy nie zawsze wystarcza, musimy uciec się do drugiego. Działaj jak zwierzę!... [władca musi działać wbrew uczuciom ludzkim, wbrew litości, wbrew religii...]

Idź! Idź krokiem rzymskim przez kałużę krwi, która przedzieliła historię Twego narodu!«.

Diabeł ma zapadłe policzki, smutne niespokojne oczy i zmierzwioną brodę. (...) Spójrz na Twoją ojczyznę, Francesco, spójrz na magiczny bunt: diabeł ostrogi przypina do zielonych, w morskiej pianie skąpanych obcasów – diabeł obcasami trzaska, kurz bitewny wzbija nad ziemią, ziemię rzymskim krokiem depcze, hałasuje po zaświatach i płoszy cienie Twoich przodków. Diabeł w magicznym bucie idzie do bram niebieskich i rozdziera ostrogą błękitne sklepienie”.

Bał się skutków diabelskich poczynań. Bał się przyszłości. „Przeciętny czytelnik gazet, który marzy o przyszłości, o Warszawie, ze zgrozą widzi lęgnący się w czasach, które idą – z kurzu zlepiony, groźny cień powszechnej nieufności”. Towarzyszyć jej będzie deformacja uczuciowa – wynik rozpętanej nienawiści.

Szukając twardego oparcia dla nadziei, zwracał wzrok ku tradycji antyku. Kochał tę tradycję. Przed wojną jeszcze, określając swą tożsamość narodową, miał powiedzieć: jestem Latyn i Polak. Tak powiedział, w tej kolejności... Lubił cytować list od Stempowskiego: „Niech się Pan troszczy o przyszłość kultury, bo ludzkość nie może znaleźć szczęścia bez znajomości łacińskiej gramatyki. Przyjdzie taki czas, gdy westchną władcy: tylu ludzi zabiliśmy, tylu ludzi zamknęliśmy w obozach koncentracyjnych, a nie smakuje nam kawa po obiedzie, bo nie znamy łacińskiej gramatyki”.

Sam pisał do Francesca: „Poznaj zawiłość zdań czasowych. (...) A przede wszystkim zapoznaj się ze strukturą zdań warunkowych, aby w nich nie było miejsca na oszustwa, na szantaż, na kłamstwo”.

Do starożytnej Grecji miał stosunek szczególny. Widział w jej kulturze „ideę normatywną naszego smaku i zmysłu moralnego”; widział w niej dobro, piękno i heroizm. Dla nas „zły” – twierdził – znaczy: „sprzeczny z kodeksem moralnym Sokratesa”. Wiedział wszakże – i pamiętał – że starożytna Grecja była kolebką najważniejszego sporu ludzkości: sporu wartości z nihilizmem, Sokratesa z Kalliklesem. Sokrates sądził, że „dobrze sądzić to znaczy dobrze czynić”, że „wiedza i cnota to jedno”. Dla Kalliklesa cnota to „bujne, szerokie życie bez hamulców i pana nad sobą”, zaś „intelekt to broń słabych”, a „słabych kopie się i depce”. Człowiek – dla Kalliklesa – to po prostu rodzaj zwierzęcia.

Dzieje ludzkości to dzieje tego sporu. Ten spór wciąż trwa. Wtedy wszelako, w Grecji, zwyciężył Sokrates, choć to on właśnie wypił cykutę. Ale Grecy poszli za nim. „Nieobcy im był lęk i ekstatyczna namiętność, którą umieli ujarzmić w formach tak zrygoryzowanych, w tak niezłomnych proporcjach. Stworzyli, wypracowali i pogodę, i ład dlatego właśnie, że znali namiętność i trwogę. Stworzyli życie tak, jak się tworzy dzieło – opus – i dlatego jest w obrazie ich życia doskonałość Partenonu. Umiar jest przezwyciężeniem namiętności, podobnie jak pogoda jest zwycięstwem nad rozpaczą”. To był dlań istotny układ odniesienia. Widział w tym szansę i dla innych, bowiem – powtarzał – „klasycyzm rygoryzuje człowieka”.

Kultura była jego światem i żywiołem. Swoje najistotniejsze prawdy życiowe wypowiadał w języku jej symboli. Gdy chciał opowiedzieć o tragedii Warszawy zdobytej przez Niemców – cytował Eneidę; gdy przedstawiał swą wizję ładu politycznego opartego na „zdrowym rozsądku i uczuciu ludzkości – humanitas ” – przywoływał Don Kichota i Sancza; gdy chciał zobrazować upiorny racjonalizm państw totalitarnych – sięgał do Guliwera. Pisał przejrzyście, tak jak przejrzyste bywają wiersze: chętnie sięgał po metaforę, operował wielkimi skrótami myślowymi.

Gdy chciał opowiedzieć się po stronie wartości moralnych, szkicował portret Kanta w Królewcu, a aksjologię skrywał w samym języku swej opowieści: języku wyznania lirycznego wśród rozlegających się wokół donośnych wojskowych komend.

Zastanawiam się, czy był człowiekiem religijnym? Uważał, że tym, co określa człowieka, jego konstytutywną cechą jest zdolność do modlitwy. Zarazem pisał w jednym z listów: „Widzi Pan – człowiek jest szczęśliwy wtedy, kiedy wie, że zrobił wszystko, co mógł i powinien był zrobić. Nie wiem, jak tam będzie z doliną Jozafata, w której ważyć się będą nasze uczynki. Co do mnie, to nie bardzo w to wierzę i dlatego nie chcę wystawiać weksli na fikcyjne konto. Jestem na tyle skrupulatny (a może i dumny, i zarozumiały), że chcę regulować moje powinności już tu, w ziemskiej dolinie Jozafata, która zresztą wiele ma uroku”. W osobistym notatniku zapisał jednak: „Trudno powiedzieć, jak przeżywam każdą myśl – ile bólu! To, co mnie obchodzi – to zbawienie. Mam obsesję piekła”. Tak napisać – myślę – mógł tylko człowiek głęboko religijny, choć niekoniecznie mieszczący się w kanonach ortodoksji.

On nie mieścił się zresztą w żadnej ortodoksji. Sokrates i Don Kichot, Kant i Kartezjusz – oto uzbrojenie, z którym przystępował do swej wojny z totalizmem. I jeszcze jego dziadek z Podola, którego testament często przywoływał: „Żyjcie czujnie, kochajcie druh druha, pomagajcie tym, którzy są w potrzebie”.

No i Romuald Traugutt. Miciński przywołał postać ostatniego dyktatora powstania styczniowego w finale swych Uwag o polityce. Rozważał tam relację zachodzącą pomiędzy światem zwierząt a człowiekiem. Świat natury, świat dżungli jawił mu się jako zorganizowany z pełnym okrucieństwa racjonalizmem. W Portrecie Kanta opowiadał, że kiedy topole wyrastające pod oknem królewieckiego filozofa zaczęły wieszczyć mu koniec życia, Kant – nie godząc się z tym prawem natury – kazał ściąć prawdomówne drzewa. Miciński był po stronie Kanta, przeciw topolom. By uzasadnić swą opcję, przywoływał Kiplinga. „Dżunglą rządzi prawo na wskroś racjonalne – to człowiek z ogniem w ręku i łzami w oczach jest irracjonalny i drwi z prawa dżungli; dlatego też dżungla spuszczała oczy przed Mowglim. Ale i kochała go za to, kochała Mowgliego, który był tylko małą żabką, nagim, bezsilnym tworem z czerwonym kwiatem-płomieniem w ręku. (...) Asymetryczny, targany przez namiętności Pascal mieszka w zalęknionej, osnutej dymami wiosce przycupniętej do ziemi na skraju ogromnej dżungli. Pascal, który w kulminacyjnym punkcie życia streścił swój znany testament w jednym słowie: feu! feu! Ten sam ogień, którym powiewał Mowgli, naga żabka, na wilczym sejmie”.

Ogień, „Ten sam ogień – pisał Miciński – który wyróżnia człowieka od świata zwierząt, zapłonął na stokach warszawskiej Cytadeli po upadku styczniowego powstania. Rozpaliły go ascetyczne dłonie polskiego dyktatora Romualda Traugutta – prawdziwego polityka, który w szaleńczej akcji zbrojnej, wbrew wszelkim wskazaniom fachowych polityków-kolaboracjonistów, uratował polską niepodległość. Gdy w przeddzień oddania Warszawy paliliśmy nasze sztandary w obramowaniu czerwonych murów Cytadeli – płonęły one w ogniu szubienicy, której drewniany szkielet wznosił się nad szeroko rozlaną Wisłą rozrzuconymi krzyżami bezimiennych świętych. Pochylał się nad tym płomieniem wątły cień polskiego dyktatora, który oparł zasady prawdziwej, trwałej polityki na ogniu wiary, nadziei i miłości”.

Cenił tradycję polską, lubił anachronizm, starocie. Chętnie wracał myślą do XIX wieku, „kiedy słowo humanitas nie było obelgą”. „Piękne to były czasy – pisał do Stempowskiego – ale z dystansu tyle w nich uroku, co grozy. Wtedy to – obok pięknych – wyzwolono te uczucia i namiętności, które przekształciły nasze istnienie w półegzystencję duchów i upiorów. (...) W produkcji XIX wieku było coś z rozrzutności (a może i bezmyślności) przyrody, która obok tworów »nieprzystosowanych« do warunków wypuściła szereg tworów przystosowanych wprawdzie do życia, ale... nieprzystosowanych wzajemnie do siebie. Podobnie jak Grecja – ojczyzna nie tylko Sokratesa, ale i Anitosa – wiek XIX ma obok swej humanitas kredyt obciążony nazwiskami Hegla, Marksa i Bonalda. Wtedy nieszkodliwi – zatruwają nam dziś życie. I tego nie mogę wybaczyć dobrotliwym ludziom w cylindrach na wyrost”.

Swoim współczesnym, pisarzom z kręgu „Wiadomości Literackich”, nie mógł wybaczyć anachronizmu. Wobec totalizmu, formuły Lechonia czy Pawlikowskiej wydawały mu się czymś nieadekwatnym do rzeczywistości, nie wytrzymującym napięcia epoki. „W »Wiadomościach« – pisał do Stempowskiego – częstochowskie rymy Lechonia ozdobione winietą w stylu Wedla – rozpaczliwe. Te osły niczego się nie nauczyły. Lechoń chodzi teraz w chodakach Lenartowicza, a Pawlikowska w sandałach Omara. Kudaż ty priosz diadia !”.

Choć odrzucał pesymistyczną koncepcję natury ludzkiej, daleki był od optymizmu. Współczesność rysowała mu się w czarnych barwach. Pisał do Stempowskiego o swojej małej córeczce: „Bawi się teraz gumową świnką, którą kupiłem jej, aby w ten sposób z wolna przyzwyczajać ją do ludzi”.

Myślę, że w świadomości Micińskiego wpisane było dramatyczne rozdarcie epoki, która oglądała klęskę społeczeństw liberalnych zadawaną przez ruchy ideologiczne w łonie tych społeczeństw poczęte. Przyznawał się przecież do wiary w ludzką dobroć, w umiar, w humanizm; wiedział, że władza deprawuje. „Człowiek, który odnajdzie przyjemność w rządzeniu innymi ludźmi, jest złym władcą: i jeśli nie jest niedołęgą – będzie despotą”. „Jakże byłoby dobrze – marzył – żyć pod władzą człowieka, który gardzi władzą!”. Można widzieć w tym – zasadnie – akt wiary w wartości polityczne liberalizmu. Zarazem jednak oskarżał liberalizm o przygotowanie gruntu dla ustrojów totalitarnych. Nie on jeden szamotał się w tej sprzeczności.

Jeszcze przed wojną (w grudniu 1937 r.) uzasadniał w liście do dra Goloczki swe sympatie do konserwatyzmu. „Młodzi – okropnie są młodzi, są przede wszystkim nieuki, takie zarozumiałe, chamowate i totalistyczne. (...) Więc co robić, jak nie »konserwatywnieć« – niech mi pan wierzy, że za pięć lat zwolennicy psychoanalizy będą uważani za konserwatystów, »starych dziadów, którzy nie rozumieją potężnego głosu zbiorowości, płynącego z podglebia poprzez realizację wartości totalnych ku lepszemu jutru«... Tak, oczywiście, co napisałem, to zbiór słów bez sensu, ale niech mi Pan wierzy, że takie zbiory słów bez sensu za pięć lat będą alfą i omegą”.

Była w tej „konserwatywnej” postawie raczej psychiczna, estetyczna skłonność niż polityczna opcja. Nie wierzył w politykę, polityków i polityczne ideologie. Na wieść, że przyjaciołom jego, Felicji i Kazimierzowi Krancom, urodził się syn, Miciński napisał: „Narodziny Andrzeja są zjawiskiem niezmiernie radosnym i to (...) »w skali ogólnoludzkiej«. (...) Nie wierzę w zmianę świata na drodze uchwał, wojen, postanowień i komitetów. Właśnie przemiany robią się »sposobem domowym«: trochę Andrzejów, a życie sposobem naturalnym zacznie się układać pomyślnie i pogodnie”.

Tego był równie pewien jak zasad Etyki Tymczasowej. Poza tym kroczył w mroku i miał tego świadomość. „Przerażające – pisał do Stempowskiego – jak ludzie nie chcą rozumieć i z jaką troskliwością oszczędzają swoje nerwy. We wrześniu, październiku, listopadzie widziałem gniew, nienawiść, pogardę, wstyd i choć to były dni straszne – niech mi Pan wierzy – tęsknię do tych dni: spotykało się wtedy ludzi, wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z tajemniczym, nieznanym światem tak zwanego ludu – został mi z tych dni obraz pełen ponurej wielkości”.

To dość nieoczekiwane spostrzeżenie – typowe wszakże dla szerszych środowisk inteligencji polskiej – nie stało się jednak źródłem żadnej politycznej nadziei. Nie identyfikował się z żadnym z obozów politycznych. Na wieść o możliwości powrotu do okupowanego kraju napisał do Stempowskiego, że to niemożliwe, że należy do tych ludzi „starszych”, którzy nie posiadają „należytej giętkości”. Widział czarno. Nadziei szukał u Sokratesa i Don Kichota, w kartezjańskiej Etyce Tymczasowej i w kaniowskich gwiazdach; nie mógł przecież szukać jej w gazetach.

Rozpacz wciąż go dusiła, a on wciąż ją przezwyciężał. Wiedział przecież, że ta wojna toczy się o wartości fundamentalne: o wolność, a przeciw fatalizmowi konieczności historycznych, o prawo do optymizmu, a przeciw pesymistycznej wizji człowieka, o intelekt, a przeciw ciemnym instynktom; o kulturę i godność, a przeciw chamstwu i pogardzie. Wiedział, że nie jest to wojna o naftę, lecz o pogląd na świat. „Jesteśmy uwikłani w wojnę, która toczy się między rzeczywistością i abstrakcją – między jednostką a zbiorowością. I dlatego ta wojna jest tak okrutna. I dlatego tak ważna. Bo tylko jednostka jest rzeczywista, tylko jednostka jest nieśmiertelna – tylko przed nią otwarta jest wieczność. Zbiorowość – rasa, naród, klasa – może być długowieczna, nigdy nie wieczna. Dzieje każdej zbiorowości kończą się u wrót doliny Jozafata”.

Czy wierzył w zwycięstwo? Pisał: „Dziwny twór wylęgnie się z popiołów i ruin naszego czasu” (do Stempowskiego). Pisał: „Wierzę głęboko w zwycięstwo NASZE, ale ze smutkiem myślę o tym, że konający wróg zatruje nas swoim jadem – jadem rozkładającego się ciała. To będzie zemsta zza grobu. I dlatego jestem na pewien dystans pesymistą: – zwyciężymy, ale to, co w nas dobre, będzie anemiczne, wyczerpane, niezdolne do akcji – silni przetrwają ci, którzy podejmą złamane, przezwyciężone hasła” (do Felicji i Kazimierza Kranców). Pisał: „Rozmowy z sową w starym domu są bardzo pouczające i pozwalają zrozumieć starego Kanta, który radził przyrodę pytać »tak jak sędzia podsądnego«. Kiedy nadejdzie dzień zapłaty, będziemy tak pytać podsądnych, którzy chcieli wnieść w nasze ludzkie życie racjonalne prawo losu. Pełnoprawnym jest – jak wiadomo – w tym świecie tylko ten, który stoi na czterech łapach. W tym dniu słabi, kalecy, przyrodniczo niedoskonali, ale z tajemnicą łez, śmiechu i ironii zasiądą za stołem sędziowskim. Wierzę, że będziemy siedzieć za tym stołem”.

Chciał w to wierzyć, bo chciał przezwyciężyć rozpacz. Nie chciał jednak żyć w świecie iluzji i karmić umysłu złudzeniami. „Jeśli wrócimy – pisał – nie wrócimy ani dla radości, ani dla wesela. Przeciętnemu czytelnikowi gazet trudno uwierzyć, aby Polska umiała święcić, do głębi przejęta, rocznice Trzeciego Maja. Narodowym świętem Polski stanie się na czas długi Dzień Zaduszny. W tym dniu p. Teofil Piecyk z Targówka, mimo wrodzonej przezorności i skąpstwa, zapali wiele świec na ulicach Warszawy i ochraniać będzie płomień niezgrabną ręką, krótkimi palcami. Pan Piecyk, niepozbawiony zdolności przewidywania, nie wie tym razem, że osłaniając grubą ręką płomień nagrobny świecy, osłania płomień, który znaczy miejsce głęboko zakopanych złudzeń”.

***

Dzieło Micińskiego to obraz uporczywego drążenia prawdy o sobie, o świecie, o swoim miejscu w świecie. To autoportret pisarza, który rozumie, że jedyne wartości autentyczne i godne obrony to te zrodzone z bólu. Kto chce w tym świecie – tym, jaki nam przypadł w udziale – uniknąć bólu, ten wyrzeka się wartości; kto wyrzeka się wartości – otwiera wrota naszego domu fatalizmowi.

Tych kilka esejów, kilkanaście recenzji i kilkadziesiąt listów to nie tylko dzieło literatury. To również intelektualna panorama polskiego losu, to także katalog problemów i wątków, które podejmie polska myśl, by odpowiedzieć na wyzwanie totalitarnych ideologii. Rozliczenie z epoką międzywojenną, refleksja nad naturą totalizmu, poszukiwanie w antyku remedium na totalitarne zniewolenie, spór z Sokratesem i o Sokratesa, spór z Kartezjuszem i o Kartezjusza, spór z Heglem i o Hegla, wiara w kanon europejskiej kultury i w polskie cnoty elementarne, spór o „tajemniczą naturę ludu” i o sens postawy Traugutta – wszystko to będą wnet wiodące tematy polskiej literatury „wysokiego brzegu”. Miciński pierwszy je skatalogował. Nie rozwiązał ich, gdyż zgodnie z jego własną definicją „esej nie rozwiązuje problemów, ale je stawia”. Stawiał je przeto, jak malarz stawia ukończony obraz.

Fascynująca jest dla mnie ta malarska wizja Zaduszek. W tym krótkim obrazie Miciński zobaczył przyszłość: narodowy obrzęd, który stał się losem, i narodowy los, który stał się obrzędem. Bez tego obrazu niepodobna zrozumieć naszej literatury: Tadeusza Konwickiego i Jana Józefa Szczepańskiego, Mieczysława Jastruna i Tadeusza Różewicza, Czesława Miłosza i Zbigniewa Herberta. Bez zrozumienia tego losu i obrzędu nie zrozumiemy samych siebie chodzących na cmentarz i zapalających świeczki na grobach.

Po co tam chodzimy? By chodząc wśród grobów, pomyśleć o tym, co ofiarowali nam zmarli, jaki sens – swym dziełem i świadectwem – nadali naszemu życiu. Pomyślmy przez chwilę i o zmarłym na obczyźnie przed 40 laty Bolesławie Micińskim. I w Dzień Zaduszny, dzień polskiego święta, zapalmy świeczkę temu intelektualiście wielkiego formatu i przenikliwej diagnozy. I chrońmy jej płomyk. To płomyk wartości, w których niezniszczalność musimy wierzyć.

Miciński cytował w jednym z listów takie zdanie Conrada: „Umarli mogą żyć tylko ściśle intensywnością i jakością życia, jaka udzielana im jest przez żywych”. To przesłanie zza grobu ma coś z wyzwania. Przypomina o naszej powinności.

To przesłanie jest wciąż obecnym i powracającym motywem powinności moralnej formułowanej w wierszach Zbigniewa Herberta.

Herbert prosi: „nie dajmy umrzeć poległym...”.

Nie dajmy umrzeć temu pisarzowi, który wiosną 1942 roku, w jakimś niezwykłym jasnowidzeniu, nakreślił wciąż aktualne motto każdego polskiego listu: „Życie jest tu niewymownie smutne, parszywe. Żyjemy w atmosferze kolejowej poczekalni, ale jest w tym niepokoju szczególny nonsens – nie ma pociągów. Żeby choć odrobina ruchu, jakikolwiek przejaw życia! Nic! Wszystko śpi, a sny są niespokojne i męczące. Nawet koty i psy są nieufne i senne. Trzeba zużywać resztki skromnych sił na to tylko, żeby nie zdziwaczeć i nie ulec pokusom zakłamania”.

[Areszt śledczy – więzienie mokotowskie,

Warszawa, sierpień 1983]

Przypisy

[1] Tłum. Maria Kłos-Gwizdalska (T. Mann, Eseje, PIW, 1964). Cytaty z listów w przekładzie Wandy Jedlickiej (T. Mann, Listy 1889-1936, Czytelnik, 1966).

Seria „Dzieła Wybrane Adama Michnika” obejmuje następujące pozycje:

TOM 1. „Kościół, lewica, dialog”

TOM 2. „Szanse polskiej demokracji”

TOM 3. „Polskie pytania”

TOM 4. „Diabeł naszego czasu”

oraz teksty rozproszone z lat 1981-2009 – po raz pierwszy zebrane w formie książkowej:

TOM 5. „Takie czasy...”

TOM 6. „Dwie dekady wolności”

TOM 7. „Wśród mądrych ludzi”

Redaktor serii: DARIUSZ FEDOR

Korekta: TERESA KRUSZONA

Projekt okładki: KRYSTIAN ROSIŃSKI

Opracowanie graficzne: CEZARY BOCIANOWSKI

Producenci wydawniczy: ROBERT KIJAK, MAŁGORZATA SKOWROŃSKA

Koordynacja projektu: JOANNA BATORSKA

© Copyright by Adam Michnik 2009

© Copyright for this edition by AGORA SA 2009

Wszystkie prawa zastrzeżone

Wydanie I elektroniczne

Warszawa 2011

ISBN 978-83-268-0190-7

Konwersja i edycja publikacji

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Między Panem a Plebanem Z dziejów honoru w Polsce i inne szkice Dialogi Rozmowy w Awinionie Wśród mądrych ludzi Dwie dekady wolności 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Magnes Góra Tajget Sześć światów Hain