Dym i lustra

Dym i lustra

Autorzy: Neil Gaiman

Wydawnictwo: Nowa Proza

Kategorie: Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 384

cena od: 14.47 zł

Nowe, rozszerzone wydanie zbioru historii z krain `po drugiej stronie lustra`. Opowiadają o wydarzeniach zabawnych, wzruszających, budzących grozę lub po prostu cudownych, łączy je niezwykła sugestywność i oryginalność kreowanych wizji.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Epigraf

Wróżąc z wnętrzności: Rondo

Wstęp

Rycerskość

Mikołaj był...

Cena

Trollowy most

Nie pytaj diabła

Złote rybki i inne historie

Pożarty (Sceny z filmu)

Biała droga

Królowa noży

Fakty w sprawie zniknięcia panny Finch

Zmiany

Córka sów

Kufelek Starego Shoggotha

Wirus

Szukając dziewczyny

Tylko kolejny koniec świata, nic więcej

Bay Wolf

Piętnaście malowanych kart z wampirzego tarota

Załatwimy ich panu hurtowo

Jedno życie, urządzone w stylu wczesnego Moorcocka

Zimne barwy

Zamiatacz Snów

Poczucie obcości

Wampirza sestyna

Mysz

Zmienne morze

Jak myślisz, jakie to uczucie?

O tym, jak pojechaliśmy obejrzeć koniec świata, autorstwa Dawnie Morningside, lat 11 i 1/4

Pustynny wiatr

Uczta

Gdy nastał koniec

Dziecizna

Morderstwa i tajemnice

Szkło, śnieg i jabłka

Neil Gaiman

Dym i lustra

Opowiadania i złudzenia

Przełożyła Paulina Braiter

Wydawnictwo MAG

Warszawa 2012

Tytuł oryginału:

Smoke and Mirrors: Short fictions and illusions

Copyright © 1988 by Neil Gaiman

Copyright for the Polish translation © 2012 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Ilustracja i opracowanie graficzne okładki: Irek Konior

Skład i łamanie własne

Konwersja do formatu epub:

pan@drewnianyrower.com

ISBN 978-83-7480-312-0

Wydanie IV

Wydawcy:

Nowa Proza sp. z o.o.

ul. F. Znanieckiego 16a m. 9, 03-980 Warszawa

tel. 22 251 03 71

www.nowaproza.eu

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 22 813 47 43

e-mail: kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Dla Ellen Datlow i Steve’a Jonesa

Gdzie jednak jest potwór,

znajdzie się i cud.

– Ogden Nash, Dragons Are Too Seldom

Wróżąc z wnętrzności: Rondo

– Chcę przez to powiedzieć – powiedziała – że jedno jest nie do uniknięcia: to, że się rośnie.

– Jedno jest nie do uniknięcia, ale dwoje może tego uniknąć – powiedział Humpty Dumpty. – Przy odpowiedniej współpracy z kimś mogłabyś poprzestać na siódmym roku życia.

– Lewis Carroll: O tym, co Alicja odkryła po Drugiej Stronie Lustra, przeł. Maciej Słomczyński.

Nazwą to szczęściem, przypadkiem bądź Losem,

Karty i gwiazdy, co wieszczą do woli.

Jutrzejszy dzień nastaje, co swawoli

Dzisiejszych grzeszków cenę nam przynosi.

Chcesz poznać przyszłość, miła? Czekaj, proszę,

Odpowiem na pytania twe, powoli,

Nazwą to szczęściem, przypadkiem bądź Losem,

Karty i gwiazdy, co wieszczą do woli.

Przyjdę do ciebie nocą, miła, bosy,

Ty mnie nie dojrzysz, choć chłód cię zaboli,

Zaśniesz, a ja się nasycę do woli,

I na talerzu przyszłość ci przyniosę,

Nazwą to szczęściem, przypadkiem bądź Losem.

Wstęp

Pisanie to latanie we śnie.

Kiedy je sobie przypomnisz. Kiedy to potrafisz. Kiedy się udaje.

To takie łatwe.

– Notatnik pisarza, luty 1992.

Wszystko to dzięki lustrom. Rzecz jasna, to utarty banał, ale też i prawda. Iluzjoniści wykorzystują lusterka, zwykle ustawione pod kątem czterdziestu pięciu stopni, od czasów epoki wiktoriańskiej, gdy ponad sto lat temu rozpoczęto masową produkcję wiernych, czystych zwierciadeł. Zaczęło się od Johna Nevila Maskelyne w 1862 r. i od szafy, która dzięki przemyślnie umieszczonemu lustru skrywała więcej, niż ujawniała.

Lustra to rzecz cudowna. Wydaje nam się, że mówią prawdę, ukazują nasze życie. Jeśli jednak ustawi się je właściwie, zaczną kłamać tak przekonująco, iż uwierzymy, że coś rozpłynęło się w powietrzu. Pudełko pełne gołębi, chorągiewek i pająków staje się puste, a ludzie ukryci w bocznych kulisach bądź budce suflera przemieniają się w płynące w powietrzu zjawy. Wystarczy odpowiedni kąt, by lustro zmieniło się w magiczną ramę, ukazującą wszystko, co umiemy sobie wyobrazić, a nawet kilka rzeczy, których nie potrafimy.

(Dym zaciera ostre kontury).

Opowiadania w pewnym sensie także są lustrami. Dzięki nim wyjaśniamy sobie, jak działa nasz świat, albo też, jak nie działa. Niczym lustra, opowiadania przygotowują nas na następne dni, odwodzą naszą uwagę od istot ukrytych w ciemności.

Fantastyka – a cała literatura pod takim czy innym względem jest właśnie fantastyką – to lustro. Krzywe, owszem, czasem skrywające prawdę, ustawione pod kątem czterdziestu pięciu stopni wobec rzeczywistości, niemniej jednak lustro, dzięki któremu możemy opowiadać sobie rzeczy niewidoczne w inny sposób. (Bajki, jak powiedział kiedyś G.K. Chesterton, są bardziej niż prawdziwe. Nie dlatego, że twierdzą, iż smoki istnieją, ale ponieważ mówią, że smoka da się pokonać).

Dziś właśnie zaczęła się zima. Niebo poszarzało. Zaczął padać śnieg i ustał dopiero po zmroku. Siedziałem w ciemności, patrząc na spadające płatki, migoczące i połyskujące w smugach światła, i zastanawiałem się, skąd się biorą historie.

Człowiek często zastanawia się nad takimi sprawami, jeśli zarabia na życie, wymyślając różne opowieści. Nie jestem do końca przekonany, czy to właściwe zajęcie dla dorosłego, ale już za późno: całkiem nieźle z tego żyję, świetnie się bawię i nie muszę zbyt wcześnie wstawać rano. (Kiedy byłem mały, dorośli ostrzegali mnie, bym nie wymyślał niestworzonych historii, bo w przeciwnym razie spotka mnie coś okropnego. Jak dotąd, okropieństwa te polegają na częstych wyjazdach za granicę i późnym wstawaniu).

Większość historii zebranych w tej książce powstała na zamówienie przeróżnych redaktorów, proszących o teksty do antologii („To antologia opowiadań o świętym Graalu”, „...o seksie”, „...bajek w wersjach dla dorosłych”, „...o seksie i grozie”, „...o zemście”, „...o przesądach”, „...i znów o seksie”). Kilka z nich napisałem wyłącznie dla siebie, po to, by pozbyć się pomysłu bądź obrazu, który utkwił w mej głowie, i przelać go bezpiecznie na papier – prawdę mówiąc, to świetny powód do pisania: uwalnianie demonów, wypuszczanie ich na swobodę – inne to zwykłe kaprysy, ciekawostki, które wymknęły się spod kontroli.

Kiedyś wymyśliłem historię, która miała stać się prezentem ślubnym dla przyjaciół. Traktowała o parze, która w prezencie ślubnym otrzymała opowiadanie. Sama historia nie była zbyt pocieszająca, i kiedy już ją wymyśliłem, uznałem, że raczej woleliby toster. Kupiłem im więc toster i do dziś dnia nie zapisałem swojej opowieści. Wciąż tkwi w mojej głowie, czekając na kolejną parę, która by ją doceniła.

W tej chwili (piszę ten wstęp ciemnogranatowym atramentem, wiecznym piórem, w notatniku w czarnej oprawie; mówię to na wypadek, gdyby interesowały was takie szczegóły) przyszło mi do głowy, że choć większość zebranych tu historii traktuje o miłości pod różną postacią, nie ma wśród nich zbyt wielu radosnych tekstów, opowiadających o miłości odwzajemnionej, i nie równoważą one innych opowieści, które tu znajdziecie. Poza tym istnieją też ludzie, którzy nie czytają wstępów, a zresztą, kto wie, może część z was któregoś dnia także stanie na ślubnym kobiercu? Zatem dla wszystkich, którzy czytają wstępy, oto historia, której nie napisałem (a jeśli nie spodoba mi się po zapisaniu, zawsze mogę skreślić ten akapit i nigdy się nie dowiecie, że przerwałem pisanie wstępu, by zająć się opowiadaniem).

Prezent ślubny

Gdy mieli już za sobą radości i kłopoty, związane ze ślubem, otaczające go szaleństwo i magię (oraz zdrową dawkę wstydu, z jakim przyjęli przemówienie weselne ojca Belindy, uzupełnione pokazem rodzinnych slajdów), gdy ich miesiąc miodowy dobiegł końca (dosłownie, choć nie w przenośni), a nowa opalenizna jeszcze nie zaczęła blaknąć w deszczach angielskiej jesieni, Belinda i Gordon zabrali się do odpakowywania ślubnych prezentów i pisania listów z podziękowaniami za każdy ręcznik i toster, sokowirówkę i maszynkę do robienia chleba, sztućce i talerze, łyżeczkę do parzenia herbaty, a także zasłony.

– W porządku – rzekł Gordon. – Duże prezenty załatwione. Co zostało?

– Te w kopertach – odparła Belinda. – Mam nadzieję, że to czeki.

Rzeczywiście, znaleźli kilka czeków, sporo bonów towarowych, a nawet bon książkowy za dziesięć funtów od ciotki Gordona, Marie, biednej jak mysz kościelna, lecz kochanej staruszki; Gordon wyjaśnił, że odkąd pamięta, na każde urodziny dostawał od niej bon książkowy. I wreszcie, na samym dole stosu natknęli się na dużą, brązową kopertę.

– Co to? – spytała Belinda.

Gordon otworzył kopertę i wyjął kartkę papieru barwy dwudniowej śmietanki, poszarpaną u góry i dołu i zapisaną z jednej strony na maszynie. Była to wyraźnie zwykła, maszyna do pisania, coś, czego Gordon nie oglądał od kilku lat. Powoli odczytał tekst.

– Co to jest? – dopytywała się Belinda. – Od kogo?

– Nie wiem – odparł Gordon. – Od kogoś, kto wciąż ma u siebie maszynę do pisania. Nie jest podpisany.

– To list?

– Niezupełnie – rzekł, po czym podrapał się po nosie i ponownie przeczytał maszynopis.

– I co? – spytała z irytacją. (Tak naprawdę nie była zirytowana, lecz szczęśliwa. Budziła się rankiem i sprawdzała, czy nadal jest tak szczęśliwa jak wówczas, gdy zasypiała poprzedniej nocy, albo gdy Gordon ją obudził, ocierając się o nią, czy też kiedy ona obudziła jego. I była). – Co to jest?

– Najwyraźniej opis naszego ślubu – powiedział. – Bardzo ładny. Proszę. – Wręczył jej przesyłkę.

Przebiegła po niej wzrokiem.

Był piękny wczesnopaździernikowy dzień, gdy Gordon Robert Johnson i Belinda Karen Abingdon przysięgli sobie, że będą się kochać, wspierać i szanować, aż do końca życia. Panna młoda była urocza i promienna, pan młody zdenerwowany, lecz niewątpliwie dumny i rozradowany.

Tak wyglądał początek. Dalej nieznajomy nadawca opisywał mszę i przyjęcie weselne, prostym, jasnym, zabawnym językiem.

– Urocze – westchnęła. – Co jest napisane na kopercie?

– „Ślub Gordona i Belindy” – odczytał Gordon.

– Nie ma nazwiska? Niczego, co wskazywałoby, od kogo to dostaliśmy?

– Mhm.

– Cóż, to bardzo urocze. Bardzo piękny gest – uznała. – Niezależnie od nadawcy.

Zajrzała do koperty, sprawdzając, czy czegoś nie przeoczyli, czy może nie kryje się tam liścik od jednego z jej przyjaciół (albo jego, czy wspólnych). Ale nie. Toteż z lekką ulgą na myśl, że nie musi pisać kolejnego listu z podziękowaniem, wsunęła kremową kartkę z powrotem na miejsce i schowała do pudełka wraz z kopią weselnego jadłospisu, zaproszeniami, stykówkami zdjęć weselnych i jedną białą różą z bukietu panny młodej.

Gordon był architektem, Belinda weterynarzem. Przy wyborze zawodu kierowali się nie rozsądkiem, lecz powołaniem. Oboje niedawno skończyli dwadzieścia lat. Żadne nie było nigdy wcześniej poważnie związane z kimś innym. Poznali się, gdy Gordon przyprowadził do gabinetu Belindy swego trzynastoletniego złotego retrievera, Goldiego – na wpół sparaliżowanego, o posiwiałym pysku – prosząc, by go uśpiła. Miał tego psa od czasów dzieciństwa, toteż nalegał, że będzie mu towarzyszył aż do końca. Gdy się rozpłakał, Belinda ujęła go za rękę, a potem, nagle i nieprofesjonalnie, uścisnęła go mocno, jakby w ten sposób mogła uwolnić go od bólu, poczucia straty i żalu. Jedno z nich spytało drugie, czy mogliby spotkać się tego wieczoru w miejscowym pubie na drinku. Później nie byli pewni, kto pierwszy zaproponował randkę.

O pierwszych latach ich małżeństwa trzeba wiedzieć tylko jedno: byli szczęśliwi. Od czasu do czasu sprzeczali się. Kilka razy doszło do ognistej kłótni o zupełnie nieważne sprawy. Potem jednak zawsze godzili się we łzach, kochali, całowali i szeptali sobie do ucha szczere słowa przeprosin. Pod koniec drugiego roku, sześć miesięcy po tym, jak przestała zażywać pigułki, Belinda odkryła, że jest w ciąży.

Gordon kupił jej bransoletkę, wysadzaną maleńkimi rubinami, i przerobił gościnną sypialnię na pokój dziecinny. Sam go wytapetował. Na tapecie widniały postaci z wierszyków dla dzieci: mała Bo Peep, Humpty Dumpty i Talerz uciekający z Łyżką. Ich podobizny powtarzały się raz po raz na całych ścianach.

Belinda wróciła ze szpitala z małą Melanie w nosidełku. Przez pierwszy tydzień mieszkała u nich matka Belindy, sypiając na kanapie w salonie.

Trzeciego dnia po powrocie Belinda wyjęła pudełko ze ślubnymi pamiątkami, by pokazać je matce i powspominać. Ślub wydawał się bardzo odległy. Uśmiechnęły się na widok brązowego badyla, niegdyś będącego białą różą. Cmokały głośno nad jadłospisem i zaproszeniami. Na samym dnie pudełka leżała duża, brązowa koperta.

– „Małżeństwo Gordona i Belindy” – przeczytała matka Belindy.

– To opis naszego ślubu – wyjaśniła Belinda. – Bardzo uroczy. Wspomina nawet o slajdach taty.

Otworzyła kopertę i wyciągnęła kartkę kremowego papieru. Odczytała wypisany na maszynie tekst, po czym skrzywiła się i schowała go bez słowa.

– Mogę to obejrzeć, kochanie? – spytała matka.

– Gordon zrobił mi chyba dowcip – odparła Belinda. – I to niesmaczny, naprawdę.

Tej nocy Belinda, siedząc na łóżku i karmiąc piersią Melanie, powiedziała do Gordona, obserwującego z uśmiechem żonę i maleńką córeczkę:

– Kochanie, czemu napisałeś coś takiego?

– Ale co?

– W liście. Tym o ślubie. No wiesz.

– Nie wiem.

– To nie było zabawne.

Westchnął.

– O czym ty mówisz?

Belinda wskazała przyniesione z góry pudełko, które ustawiła na toaletce. Gordon otworzył je i wyjął kopertę.

– Czy napis na kopercie zawsze tak wyglądał? – spytał. – Sądziłem, że wspominał o naszym ślubie. – Wyjął poszarpaną kartkę i odczytał tekst. Zmarszczył czoło.

– Ja tego nie napisałem.

Odwrócił w rękach kartkę, spoglądając na pusty papier na odwrocie, jakby oczekiwał, że zobaczy tam coś, co pomoże wyjaśnić tajemnicę.

– Nie napisałeś tego? – spytała. – Naprawdę?

Gordon potrząsnął głową. Belinda wytarła umazaną mlekiem bródkę dziecka.

– Wierzę ci – rzekła. – Myślałam, że to ty. Ale nie.

– Nie.

– Pokaż mi to – poprosiła. Podał jej kartkę. – To takie dziwaczne. Wcale nie jest zabawne i na pewno nieprawdziwe.

Na kartce znajdował się krótki opis ostatnich dwóch lat życia Gordona i Belindy. Według opisu nie były to najlepsze lata. W sześć miesięcy po ślubie badany przez Belindę pekińczyk ugryzł ją w policzek tak mocno, że trzeba było szyć ranę, po której pozostała blizna. Co gorsza, zęby uszkodziły także nerw i Belinda zaczęła pić, być może po to, by stłumić ból. Podejrzewała, że jej twarz budzi w Gordonie wstręt. Dziecko stanowiło rozpaczliwą próbę ponownego zbliżenia pary.

– Czemu mieliby pisać takie rzeczy? – spytała.

– Oni?

– Ktokolwiek jest autorem tego okropieństwa.

Przesunęła palcem po policzku, gładkim i nietkniętym. Była piękną młodą kobietą, choć w tej chwili sprawiała wrażenie kruchej i zmęczonej.

– Skąd wiesz, że to oni?

– Nie wiem. – Przełożyła dziecko do lewej piersi. – Po prostu takie mam wrażenie. Że ktoś to napisał, podmienił stary tekst i czekał, żeby któreś z nas go przeczytało... No już, maleńka. Bierz się do roboty. Brawo, grzeczna dziewczynka...

– Mam to wyrzucić?

– Tak. Nie. Nie wiem. Może... – Pogładziła czoło dziecka. – Zatrzymaj to – zdecydowała w końcu. – Może będziemy potrzebowali dowodu. Zastanawiam się, czy nie zorganizował tego przypadkiem Al. – Al był młodszym bratem Gordona.

Gordon schował kartkę do koperty, umieścił kopertę z powrotem w pudełku, a te następnie wsunął pod łóżko. Tkwiło tam, w zasadzie zapomniane.

Przez następne kilka miesięcy mocno nie dosypiali z powodu nocnych karmień i ciągłego płaczu dziecka, bo Melanie miała skłonności do kolek. Pudełko wciąż stało pod łóżkiem. A potem Gordonowi zaproponowano posadę w Preston, kilkaset mil na północ. Ponieważ zaś Belinda była na urlopie macierzyńskim i nie zamierzała natychmiast wracać do pracy, spodobał jej się ten pomysł. Toteż się przeprowadzili.

Czekał na nich piętrowy dom na brukowanej ulicy – wysoki, stary i przestronny. Belinda od czasu do czasu brała dyżury w miejscowej klinice weterynaryjnej. Zajmowała się małymi zwierzętami. Gdy Melanie skończyła półtora roku, Belinda urodziła syna. Nazwali go Kevin, na pamiątkę nieżyjącego dziadka Gordona.

Gordon został pełnoprawnym wspólnikiem w firmie architektonicznej. Kiedy Kevin poszedł do przedszkola, Belinda wróciła do pracy.

Pudełko nie zniknęło. Stało w jednym z wolnych pokojów na górze, pod chwiejnym stosem Magazynu Architektów i Przeglądu Architektonicznego. Od czasu do czasu Belinda myślała o nim i jego zawartości. Pewnego wieczoru, gdy Gordon wyjechał do Szkocji na konsultację w sprawie przebudowy starego dworu, zrobiła coś więcej.

Dzieci już spały. Wspięła się po schodach do nie odnowionej części domu. Przełożyła pisma i otworzyła pudełko, które (w miejscach gdzie nie sięgały pisma) pokrywał nietknięty dwuletni kurz. Napis na kopercie nadal głosił: „Małżeństwo Gordona i Belindy”. Nie potrafiła orzec, czy kiedykolwiek brzmiał inaczej.

Wyjęła kartkę z koperty i przeczytała ją. Potem schowała tekst i usiadła na ziemi, wstrząśnięta, oszołomiona.

Według starannie wypisanej na maszynie historii związku Kevin, młodsze dziecko, w ogóle się nie urodził. Poroniła w piątym miesięcy ciąży. Od tego czasu Belinda cierpiała na częste ataki głębokiej, mrocznej depresji. Gordon rzadko przebywał w domu, ponieważ miał romans z drugą wspólniczką w firmie, uderzająco piękną, lecz nerwową kobietą, starszą od niego o dziesięć lat. Belinda coraz więcej piła. Nosiła wysokie kołnierze i apaszki, aby ukryć pajęczą bliznę na policzku. Prawie nie odzywali się do siebie z mężem. Od czasu do czasu sprzeczali się tylko, tak jak czynią to ludzie, którzy lękają się poważniejszych kłótni, wiedząc, że mogą w nich powiedzieć coś, co nieodwracalnie zniszczy im życie.

Belinda nie wspomniała Gordonowi ani słowem o najnowszej wersji „Małżeństwa Gordona i Belindy”. On jednak także ją przeczytał, czy też wersję bliską poprzedniej, kilka miesięcy później, gdy matka Belindy zachorowała i jego żona wyjechała na tydzień na południe, by się nią zaopiekować. Na kartce papieru, którą Gordon wyjął z koperty, widniał portret małżeństwa, podobny do znalezionego przez Belindę, tyle że jego romans z szefową zakończył się źle i groziła mu utrata pracy.

Gordon lubił nawet swoją szefową, nie wyobrażał sobie jednak, że mógłby się z nią związać. Przepadał za swą pracą, czasem jednak pragnął czegoś, co stanowiłoby większe wyzwanie.

Stan matki Belindy poprawił się. Po tygodniu Belinda wróciła do domu. Jej widok niezmiernie ucieszył męża i dzieci.

Dopiero w Wigilię Gordon wspomniał jej o kopercie.

– Też to czytałaś?

Wcześniej tego wieczoru zakradli się do sypialni dzieci, napełniając wiszące na łóżkach gwiazdkowe pończochy. Krążąc po domu, stojąc przy łóżkach dzieci, Gordon czuł się doskonale szczęśliwy, lecz jego euforię zabarwiał głęboki smutek, świadomość, iż podobne chwile absolutnego szczęścia nie mogą trwać wiecznie, że nie da się zatrzymać czasu.

Belinda natychmiast zgadła o co chodzi.

– Tak – odparła. – Czytałam.

– I co o tym sądzisz?

– Cóż – rzekła. – Nie uważam już, że to dowcip. Nawet złośliwy.

– Mhm – przytaknął. – A zatem co?

Siedzieli w salonie, przygasiwszy światło. Na kominku wśród rozżarzonych węgli płonęła kłoda drewna. Ogień rozświetlał pokój migotliwym pomarańczowożółtym blaskiem.

– Myślę, że to naprawdę ślubny prezent – oświadczyła. – To małżeństwo, którego uniknęliśmy. Złe rzeczy spotykają nas tam, na papierze, nie tu, w naszym życiu. Zamiast to przeżywać, czytam o tym, wiedząc, że wszystko mogło się tak ułożyć i że tego uniknęliśmy.

– Twierdzisz zatem, że to magia? – Normalnie nie powiedziałby czegoś takiego głośno, ale w końcu była Wigilia i siedzieli przy zgaszonym świetle.

– Nie wierzę w magię – odparła stanowczo. – To prezent ślubny. I uważam, że powinniśmy go schować w bezpiecznym miejscu.

W drugi dzień świąt zabrała kopertę z pudła i ukryła w zamykanej na kluczyk szufladzie z biżuterią. Koperta spoczęła pod naszyjnikami i pierścionkami Belindy, jej bransoletkami i broszkami.

Wiosna zamieniła się w lato. Zima w wiosnę.

Gordon był wykończony. Dniami pracował dla klientów, projektując i współpracując z firmami budowlanymi. Nocami siedział do późna, pracując dla siebie, projektując na konkursy muzea, galerie i budynki publiczne. Czasami jego projekty otrzymywały honorowe wyróżnienia i trafiały do pism architektonicznych.

Belinda zajmowała się teraz dużymi zwierzętami. Uwielbiała to. Odwiedzała rolników, badała i leczyła konie, owce i krowy. Czasami zabierała ze sobą dzieci.

Pewnego dnia, gdy stała właśnie na ogrodzonym pastwisku, próbując zbadać ciężarną kozę, która, jak się jednak okazało, nie przejawiała najmniejszej ochoty do współpracy, zadzwoniła jej komórka. Belinda wycofała się z walki, pozostawiając kozę, patrzącą na nią zwycięsko z drugiej strony łąki, i odebrała telefonu.

– Halo?

– Zgadnij, co się stało?

– Witaj, kochany. Hmm. Wygrałeś na loterii?

– Nie, ale blisko. Mój projekt Muzeum Dziedzictwa Brytyjskiego przeszedł do drugiego etapu. Mam groźnych konkurentów, ale jestem w drugim etapie.

– To cudowne.

– Rozmawiałem już z panią Fullbright. Przyśle dziś Sonję, żeby zajęła się dziećmi.

– Cudownie. Kocham cię – rzekła. – A teraz muszę już wracać do kozy.

Podczas uroczystego obiadu wypili stanowczo za wiele szampana. Tej nocy w sypialni, zdejmując kolczyki, Belinda spytała:

– Sprawdzimy, co jest napisane w ślubnym prezencie?

Spojrzał na nią z powagą z łóżka. Miał na sobie tylko skarpetki.

– Raczej nie. To wyjątkowa noc. Po co ją sobie psuć?

Schowała kolczyki w szufladzie i zamknęła ją na kluczyk. Potem zdjęła pończochy.

– Chyba masz rację. Zresztą i tak już to sobie wyobrażam. Jestem pijana, cierpię na depresję, a ty stałeś się nieszczęśliwym nieudacznikiem, gdy tymczasem... No, prawdę mówiąc, jestem nieco wstawiona, ale nie o to chodzi. Ten tekst tkwi w szufladzie, niczym obraz na strychu w Portrecie Doriana Graya.

– „I poznali go tylko dzięki pierścieniom”? Tak, pamiętam. Czytaliśmy to w szkole.

– Tak naprawdę tego właśnie się boję – oznajmiła, naciągając bawełnianą nocną koszulę. – Że historia na papierze to prawdziwy portret naszego małżeństwa, a to, co widzimy, to tylko upiększona wersja. Tamta jest prawdą. My nie istniejemy. To znaczy... – mówiła teraz z przejęciem właściwym ludziom, którzy nadużyli alkoholu. – Nie myślisz sobie czasami, że wszystko jest zbyt piękne, by było prawdziwe?

Skinął głową.

– Czasami. Na przykład dzisiaj.

Zadrżała.

– Może rzeczywiście jestem pijaczką z blizną na policzku, ty dupczysz wszystko, co się rusza, a Kevin się nigdy nie urodził. Może wszystkie te okropieństwa są prawdziwe.

Wstał, podszedł do niej i objął ją mocno.

– Ale tak nie jest – przypomniał. – Ty jesteś prawdziwa. Ja jestem prawdziwy. Ten ślubny list to tylko zwykła historia. Jedynie słowa.

Ucałował ją i przytulił. Tej nocy niewiele już mówili.

Minęło sześć długich miesięcy, nim projekt Muzeum Dziedzictwa Brytyjskiego autorstwa Gordona został ogłoszony zwycięzcą, choć w The Timesie zmieszano go z błotem jako „agresywnie nowoczesnego”, w różnych pismach architektonicznych uznano za zbyt staroświeckiego, a jeden z jurorów w wywiadzie w Sunday Telegraph określił go jako „kandydata kompromisowego – u wszystkich zajmującego drugie miejsce”.

Przeprowadzili się do Londynu. Dom w Preston wynajęli malarzowi z rodziną; Belinda nie zgodziła się, by Gordon go sprzedał. Gordon z radością całkowicie poświęcił się pracy nad projektem muzeum. Kevin miał sześć lat, Melanie osiem. Londyn przytłoczył Melanie, Kevin natomiast od razu pokochał miasto. Dzieci niechętnie rozstały się z przyjaciółmi i szkołami. Belinda znalazła sobie pracę na pół etatu w maleńkiej klinice weterynaryjnej w Camden. Dyżurowała trzy popołudnia w tygodniu. Tęskniła za swymi krowami.

Dni w Londynie zamieniały się w miesiące i lata. Mimo pojawiających się od czasu do czasu problemów budżetowych Gordon był coraz bardziej podekscytowany. Zbliżał się dzień rozpoczęcia budowy muzeum.

Pewnej nocy Belinda ocknęła się nad ranem. W żółtym blasku latarni za oknem sypialni spojrzała na śpiącego męża. Miał coraz wyższe czoło. Włosy z tyłu głowy wyraźnie się przerzedziły. Zastanowiła się, jak to będzie być żoną łysego mężczyzny, i uznała, że tak samo jak dotąd. Dalej będzie dobrze, w miarę dobrze. Będą szczęśliwi, w miarę szczęśliwi.

Zastanawiała się, co się dzieje z nimi w kopercie. Czuła jej obecność. Ciężką, przytłaczającą. Przyczajoną w kącie sypialni, bezpiecznie zamkniętą. Nagle zrobiło się jej żal Belindy i Gordona, uwięzionych w kopercie na kartce papieru, nienawidzących siebie nawzajem i całej reszty świata.

Gordon zaczął chrapać. Ucałowała go czule w policzek, mówiąc: Ciii. Poruszył się i umilkł, ale się nie obudził. Przytuliła się do niego i wkrótce znów zasnęła.

Następnego dnia po lunchu, podczas rozmowy z importerem toskańskich marmurów, Gordon spojrzał nagle ze zdumieniem przed siebie i uniósł dłoń do piersi.

– Okropnie mi przykro – powiedział. A potem ugięły się pod nim kolana i runął na podłogę. Wezwali karetkę, ale gdy przyjechała, Gordon już nie żył. Miał trzydzieści sześć lat.

Podczas sekcji stwierdzono, że cierpiał na wrodzoną wadę serca. Śmierć mogła nastąpić w każdej chwili.

Przez pierwsze trzy dni po jego śmierci Belinda nic nie czuła. Jedynie pustkę. Absolutną pustkę. Pocieszała dzieci. Rozmawiała z przyjaciółmi, swoimi i Gordona, ze swoją i jego rodziną, przyjmując kondolencje z wdzięcznością i taktem, jak ktoś przyjmujący niechciane prezenty. Słuchała, jak ludzie opłakują Gordona. Sama jeszcze tego nie zrobiła. Mówiła to, co należało, i zupełnie nic nie czuła.

Melanie, która skończyła jedenaście lat, znosiła to całkiem dobrze. Kevin porzucił swe książki i gry komputerowe i siedział w sypialni, patrząc w okno. Nie miał ochoty rozmawiać.

W dzień po pogrzebie jej rodzice wrócili na wieś, zabierając ze sobą dzieci. Belinda odmówiła wyjazdu. Oznajmiła, że ma zbyt wiele spraw do załatwienia.

Czwartego dnia po pogrzebie słała właśnie podwójne łóżko, w którym sypiali we dwoje z Gordonem, gdy nagle zaczęła płakać. Szlochanie wstrząsnęło jej ciałem w gwałtownych spazmach. Łzy popłynęły z oczu na kapę, z nosa ściekał śluz. Gwałtownie usiadła na podłodze, niczym marionetka, której przecięto sznurki, i płakała prawie godzinę. Pojęła bowiem, że nigdy więcej już go nie zobaczy.

W końcu otarła twarz. Potem otworzyła szufladę z biżuterią, wyjęła kopertę i ją otwarła. Wyciągnęła kremową kartkę papieru, przebiegając wzrokiem po starannie wypisanych na maszynie słowach. Belinda na papierze rozbiła po pijanemu samochód. Miała właśnie stracić prawo jazdy. Od wielu dni nie odzywali się do siebie z Gordonem, który półtora roku wcześniej stracił pracę i obecnie większość czasu spędzał, tkwiąc bezczynnie w ich domu w Salford. Utrzymywali się wyłącznie z pensji Belindy. Rodzice zupełnie nie panowali nad Melanie. Kiedyś, sprzątając w pokoju córki, Belinda natknęła się na plik pięcio- i dziesięciofuntowych banknotów. Melanie nie wyjaśniła, skąd jedenastoletnia dziewczynka wzięła pieniądze. Po prostu uciekła do pokoju, patrząc na nich gniewnie i zaciskając usta. Gordon i Belinda nie dopytywali się więcej, przerażeni tym, co mogliby odkryć. Dom w Salford był brudny i wilgotny. Z sufitu wielkimi płatami odpadał tynk. Cała trójka nieustannie głośno kaszlała.

Belindzie było ich żal.

Schowała kartkę do koperty. Zastanawiała się, jak by to było nienawidzić Gordona, jak by się czuła, gdyby on nienawidził jej. Jak wyglądałoby jej życie bez Kevina, bez jego rysunków samolotów i cudownie fałszujących wersji popularnych piosenek. Zastanawiała się, skąd Melanie – tamta Melanie, nie jej Melanie, lecz zbuntowana, nieposkromiona Melanie – wzięła pieniądze. Z ulgą pomyślała, że jej córkę interesuje głównie balet oraz książki dla dziewczynek.

Tak bardzo brakowało jej Gordona. Miała wrażenie, że ktoś wbija jej w pierś coś ostrego, potężny gwóźdź albo sopel lodu, powstały z chłodu, samotności i świadomości, że na tym świecie już go nie ujrzy.

Zabrała kopertę na dół, do salonu. Na kominku płonęły węgle. Gordon uwielbiał ogień. Twierdził, że tchnie on życie w całe pomieszczenie. Belinda nie przepadała za ogniem na kominku. Tego wieczoru jednak rozpaliła go z przyzwyczajenia, a także dlatego, że w przeciwnym razie przyznałaby przed samą sobą, na pewnym niezaprzeczalnym poziomie, że mąż już nigdy nie wróci do domu.

Jakiś czas wpatrywała się w płomienie, rozmyślając o tym, co zdobyła w życiu i z czego zrezygnowała. Czy gorzej jest kochać kogoś, kogo już nie ma, czy też nie kochać kogoś, kto jest.

A potem, niemal od niechcenia, cisnęła kopertę w głąb paleniska. Patrzyła, jak papier zwija się, czernieje i zajmuje ogniem, wśród roztańczonych płomieni, żółtych i niebieskich.

Wkrótce prezent ślubny zamienił się w czarne płatki popiołu, które pofrunęły w górę i uleciały kominem w noc, niczym dziecięcy list do świętego Mikołaja.

Belinda usiadła w fotelu i zamknęła oczy, czekając, aż na jej policzku rozkwitnie blizna.

* * *

Oto opowiadanie, którego nie napisałem na ślub przyjaciół, choć oczywiście nie jest to to samo opowiadanie, nie jest to też opowiadanie, do którego pisania się zabrałem kilka stron wcześniej. Tamto było znacznie krótsze, bardziej przypominało przypowieść i kończyło się inaczej (nie wiem już sam, jak kończyło się w wersji pierwotniej. Wymyśliłem jakieś zakończenie, ale gdy zabrałem się do pracy, prawdziwe zakończenie objawiło mi się nagle i wydało nieuniknione).

Większość historii zawartych w tym tomie ma jedną wspólną cechę: ich ostateczny kształt nie przypomina wcale tego, którego oczekiwałem, gdy siadałem do pisania. Czasami orientowałem się, że historia dobiegła końca, tylko dzięki temu, że brakowało mi już słów, które mogłem przelać na papier.

Wróżąc z wnętrzności: Rondo

Redaktorzy, którzy proszą o historie „o czymkolwiek zechcesz. Słowo daję, jest mi absolutnie wszystko jedno. Po prostu napisz coś, co zawsze chciałeś napisać”, rzadko cokolwiek dostają.

W tym przypadku Lawrence Schmel napisał do mnie, prosząc o wiersz, który otwierałby antologię opowieści o przepowiadaniu przyszłości. Zażyczył sobie wiersza o powtarzających się wersach, czegoś w stylu vilanelli albo pantumu. Miało to obrazować nieuniknione nadejście przyszłości.

Napisałem mu zatem rondo, traktujące o radościach i niebezpieczeństwach związanych z przepowiadaniem przyszłości, i zamiast motta opatrzyłem najbardziej ponurym żartem z O tym, co Alicja odkryła po Drugiej Stronie Lustra. Uznałem, że to niezły początek dla książki.

Rycerskość

Miałem bardzo ciężki dzień. Scenariusz, nad którym powinienem pracować, zupełnie mi nie szedł. Całymi dniami wpatrywałem się w pusty ekran, od czasu do czasu pisząc nieważne słówko, patrząc na nie przez godzinę, a potem powoli, literka po literce, kasując i pisząc zamiast tego „i” albo „lub”. Potem wychodziłem z programu bez zapisywania. Zadzwonił Ed Kramer i przypomniał mi, że jestem mu winien opowiadanie do antologii historii o świętym Graalu; przygotowywał ją wraz ze wszechobecnym Martym Greenbergiem. A ponieważ nic innego mi nie wychodziło, a historia ta żyła już gdzieś w mym umyśle, odparłem: Jasne.

Napisałem ją w ciągu weekendu. To prawdziwy dar bogów. Szło mi naprawdę świetnie, zupełnie jakbym narodził się na nowo. Śmiałem się w obliczu niebezpieczeństwa i plułem na buty blokady twórczej. A potem, przez następny tydzień, siedziałem i wpatrywałem się ponuro w pusty ekran, bo bogowie mają złośliwe poczucie humoru.

Kilka lat temu, podczas serii spotkań autorskich, ktoś wręczył mi odbitkę rozprawy akademickiej z dziedziny feministycznej teorii języka, porównującą i kontrastującą „Rycerskość”, „Damę z Shalott” Tennnysona i piosenkę Madonny. Mam nadzieję pewnego dnia napisać opowiadanie zatytułowane „Wilkołak pani Whitaker”. Zastanawiam się, jakie prace mogą powstać na jego podstawie.

Kiedy czytam swoje teksty przed publicznością, zwykle zaczynam od właśnie tego opowiadania. Jest bardzo przyjazne. Lubię czytać je głośno.

Mikołaj był...

W każde święta dostaję kartki od malarzy i rysowników. Tworzą je sami. To prawdziwe arcydziełka, pomniki twórczego talentu.

W każde święta czuję się nieważny, zawstydzony, pozbawiony wszelkich zdolności.

Toteż pewnego roku napisałem tę historyjkę. Dave McKean wykaligrafował ją elegancko, a ja rozesłałem wszystkim, którzy przyszli mi na myśl. Oto moja kartka.

Liczy sobie dokładnie dziewięćdziesiąt słów (dziewięćdziesiąt dwa, jeśli brać pod uwagę tytuł). Po raz pierwszy ukazała się drukiem w Drabble II, zbiorze najwyżej stuwyrazowych opowiadań. Wciąż zamierzam napisać kolejne opowiadanie na kartkę świąteczną, ale zwykle przypominam o tym sobie około piętnastego grudnia i odkładam na następny rok.

Cena

Moja agentka, Merrilee Heifetz z Nowego Jorku, to jedna z najlepszych osób, jakie znam. Za mojej pamięci tylko raz zasugerowała mi, żebym napisał coś na z góry ustalony temat. Działo się to jakiś czas temu.

– Posłuchaj – rzekła. – W dzisiejszych czasach w modzie są anioły, a ludzie lubią książki o kotach. Pomyślałam zatem, że byłoby fajnie, gdyby ktoś napisał książkę o kocie, który jest aniołem, albo aniele, który jest kotem, albo coś w tym stylu.

Ja zaś zgodziłem się, że to rzeczywiście świetny pomysł handlowy i że się nad nim zastanowię. Niestety, kiedy skończyłem się zastanawiać, książki o aniołach akurat wyszły z mody. Jednakże zalążek pomysłu tkwił w mojej głowie i któregoś dnia napisałem to opowiadanie.

(Dla zainteresowanych: po jakimś czasie pewna młoda dama zakochała się w Czarnym Kocie, który z nią zamieszkał. Gdy widziałem go po raz ostatni, wielkością przypominał małą pumę, i z tego, co wiem, wciąż rośnie. Dwa tygodnie po odejściu Czarnego Kota na werandę wprowadził się pasiasty rudzielec. W chwili, gdy to piszę, śpi na oparciu kanapy parę metrów ode mnie).

A skoro już przy tym jesteśmy, to chciałbym skorzystać ze sposobności i podziękować mojej rodzinie za to, że pozwoliła mi wykorzystać się w opowiadaniu i, co ważniejsze, zarówno dawała mi spokój, pozwalając, bym pisał bez przeszkód, jak i czasami upierała się, bym zostawił pracę i wyszedł na świat.

Trollowy most

Opowiadanie to zostało nominowane do Światowej Nagrody Fantasy za rok 1994. Nie wygrało. Napisałem je do książki Snow White, Blood Red, pod redakcją Ellen Daltow i Terri Windling, antologii bajek dla dorosłych. Wybrałem bajkę o trzech koziołkach. Gdyby Gene Wolfe, jeden z moich ulubionych autorów (i, co uświadamiam sobie w tej chwili, kolejny pisarz, który ukrył we wstępie opowiadanie) nie zajął tego tytułu wiele lat wcześniej, nazwałbym je „Trip Trap”.

Nie pytaj diabła

Lisa Snellings to niezwykła rzeźbiarka. Napisałem to opowiadanie dzięki jej rzeźbie, z którą się zetknąłem i którą natychmiast pokochałem: demonicznemu diabłu w pudełku. Dostałem od niej kopię rzeźby; obiecała, że w testamencie zapisze mi oryginał. Każda z jej rzeźb jest niczym opowieść utrwalona w drewnie bądź gipsie. (Na moim kominku stoi jedna z nich, przedstawiająca skrzydlatą dziewczynę w klatce, podającą przechodniowi pióro ze skrzydeł, podczas gdy jej strażnik smacznie śpi. Podejrzewam, że kryje się w niej cała powieść. Zobaczymy).

Złote rybki i inne opowiadania

Fascynuje mnie mechanika pisania. Opowiadanie to zacząłem w 1991 roku. Napisałem trzy strony, a potem, czując się zbyt osobiście związany z tematem, porzuciłem je. W końcu w 1994 postanowiłem skończyć tekst, z przeznaczeniem do antologii pod redakcją Janet Berliner i Davida Copperfielda. Pisałem chaotycznie na wysłużonym palmtopie Atari Portfolio, w samochodach, samolotach i pokojach hotelowych, kawałkami, bez ładu i składu, zapisując dialogi i wymyślone spotkania. W końcu uznałem, że napisałem dosyć. Wówczas uporządkowałem materiał, którym dysponowałem, i ze zdumieniem i radością odkryłem, że to działa.

Część tego opowiadania opiera się na faktach.

Tryptyk, Pożarty (sceny z filmu), Biała droga, Królowa noży

Kilka lat temu w ciągu kilkunastu miesięcy napisałem trzy poematy narracyjne. Pierwszy: „Pożarty (sceny z filmu)” zrodził się w mej głowie w maju 1993 roku jako seria luźnych przemyśleń o tym, jak ludzie traktują innych ludzi, o filmie, granicach i języku filmu, o pornografii i niskim poziomie pornografii, o języku scenopisów i scenariuszy, a także o związku pomiędzy jedzeniem i seksem. A może tak naprawdę narodził się pewnej nocy w 1984 roku, gdy nawiedził mnie koszmar, w którym stara czarownica pożerała mnie żywcem? Zatrzymała mnie, by móc się pożywiać, a ja niczym zombi wędrowałem w ślad za nią. Z lewej ręki i dłoni pozostały mi tylko kości i niedojedzone skrawki poszarpanego mięsa. Wówczas napisałem o tym opowiadanie, lecz fragmenty snu pozostały we mnie i zaczęły powoli gromadzić wokół siebie inną historię. Narastała, warstwa po warstwie, niczym macica perłowa, układająca się wokół czegoś, czego wolałbym w sobie nie przechowywać.

Gdy czytuję scenariusze i gdy sam je pisuję, zawsze wymawiam w myślach Int i Ext, tak jak je napisano, nie Interior (wnętrze) i Exterior (plener). Kiedy pokazałem ten wiersz pierwszym czytelnikom, ze zdumieniem odkryłem, iż inni ludzie tego nie robią. „Pożarty” to jednak bardzo dosłowny utwór i skróty te należy wymawiać tak, jak ja to czynię.

Drugi wiersz stanowił przeróbkę kilku starych ludowych baśni i nosił tytuł „Biała droga”. Był równie drastyczny jak historie, na których go oparłem. Trzeci opowiadał o moich dziadkach ze strony matki i o sztuczkach iluzji. Był mniej drastyczny, lecz, mam nadzieję, równie niepokojący jak dwa poprzednie z serii. Jestem z nich wszystkich bardzo dumny. Specyfika świata wydawniczego sprawiła, że ukazały się w ciągu kilku lat, toteż każdy z nich trafił do antologii najlepszych tekstów roku (wszystkie trzy zostały wybrane do amerykańskiego Year’s Best Fantasy And Horror, jeden do brytyjskiego Year’s Best Horror, a jeden, ku memu zdumieniu, do międzynarodowego zbioru najlepszych tekstów erotycznych).

Biała droga

Istnieją dwie historie, które od lat mnie prześladują i budzą mój niepokój, pociągają i odpychają, już od czasów dzieciństwa, gdy zetknąłem się z nimi po raz pierwszy. Jedna z nich to dzieje Sweeneya Todda „upiornego fryzjera z Fleet Street”, druga to opowieść o Panu Lisie, angielska wersja legendy o Sinobrodym.

Wersje wykorzystane w tym wierszu zostały zainspirowane przez historie, które znalazłem w The Penguin Book of English Folktales pod redakcją Neila Philipa: „Opowieść o Panu Lisie” oraz następujące po niej przypisy, a także inną wersję, zatytułowaną „Pan Foster”, w której znalazłem wizję białej drogi i tego, jak zalotnik zaznaczał szlak wiodący do swego potwornego domu.

W „Opowieści o Panu Lisie” refren – Nie tak to było, nie tak było, i niech Bóg broni, by tak się zdarzyło – powtarza się niczym litania podczas kolejnych opisów straszliwych rzeczy, które, jak twierdzi narzeczona pana Lisa, oglądała we śnie. Pod koniec dziewczyna ciska na podłogę zakrwawiony palec albo dłoń, zabraną z domu, udowadniając, że wszystko, co opisała, jest prawdą. Tak właśnie kończy się ta historia.

Wiersz ten został zainspirowany także przez niesamowite opowieści z Chin i Japonii, w których w ostatecznym rozrachunku wszystko sprowadza się do lisów.

Królowa noży

Ta opowieść, podobnie jak moja powieść obrazkowa Mr Punch, tak bardzo zbliża się do prawdy, że od czasu do czasu musiałem wyjaśniać krewnym, iż coś takiego nigdy się nie wydarzyło, a przynajmniej nie do końca w ten sposób.

Fakty w sprawie zniknięcia panny Finch

Kiedyś pokazano mi obraz Franka Frazetty i poproszono, bym napisał towarzyszące mu opowiadanie. Nie potrafiłem wymyślić żadnej historii, zamiast tego więc opowiedziałem o tym, co się zdarzyło pannie Finch.

Zmiany

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Lisa Tuttle, prosząc o opowiadanie do przygotowywanej przez nią antologii o płci. Zawsze uwielbiałem SF. Gdy byłem młody, święcie wierzyłem, że zostanę pisarzem science fiction. Nigdy do tego nie doszło. Kiedy pierwszy raz wpadł mi do głowy pomysł na to opowiadanie (niemal dziesięć lat temu), ujrzałem w myślach serię połączonych króciutkich tekstów, tworzących powieść, zgłębiającą świat relacji i problemów płciowych. Nigdy jednak nie napisałem żadnego z tych opowiadań. Kiedy Lisa zadzwoniła, przyszło mi nagle do głowy, że mógłbym wykorzystać wymyślony przeze mnie świat i opowiedzieć jego historię w ten sam sposób, w jaki Eduardo Galeano opowiedział historię Ameryki w swojej trylogii Memory of Fire.

Po skończeniu opowiadania pokazałem je przyjaciółce, która oznajmiła, że ma wrażenie, jakby czytała plan powieści. Mogłem jedynie pogratulować jej przenikliwości, lecz Lisie Tuttle spodobało się to opowiadanie. Podobnie mnie.

Córka sów

John Aubrey, siedemnastowieczny kolekcjoner legend i historyk, to jeden z moich ulubionych pisarzy. W jego dziełach znajduję niezwykłą mieszankę wiarygodności i erudycji, gawęd, wspomnień i wymysłów. Podczas lektury tekstów Aubreya czytelnik ma wrażenie, że autor przemawia do niego z przeszłości poprzez granice stuleci: niezwykle czarujący, interesujący rozmówca. Poza tym podoba mi się jego pisownia. Próbowałem napisać tę historię na kilka różnych sposobów, ale żaden mi nie odpowiadał. I wtedy przyszło mi do głowy, by napisać ją w stylu Aubreya.

Kufelek starego Shoggota

Nocny pociąg z Londynu do Glasgow przyjeżdża na miejsce o piątej rano. Gdy z niego wysiadłem, ruszyłem do hotelu. Wszedłem do środka. Zamierzałem udać się do recepcji, wynająć pokój, przespać się, a kiedy wszyscy wstaną, następnych kilka dni spędzić na organizowanym w hotelu konwencie science fiction. Oficjalnie miałem napisać z niego relację dla ogólnokrajowej gazety.

Kiedy zmierzałem holem w stronę recepcji, minąłem bar. Był prawie pusty. Pozostał w nim tylko rozbawiony barman i angielski fan, John Jarrold, który, jako gość honorowy konwentu, miał w barze otwarty rachunek i wykorzystywał go, podczas gdy inni spali.

Przystanąłem zatem, by pogadać z Johnem, i w ogóle nie dotarłem do recepcji. Przez następnych czterdzieści osiem godzin gawędziliśmy, wymieniając się historyjkami i dowcipami. Następnego dnia nad ranem, gdy bar znów zaczynał pustoszeć, z entuzjazmem zabraliśmy się do masakrowania zapamiętanych przez nas fragmentów Guys and Dolls. W pewnym momencie w tym samym barze odbyłem rozmowę z nieżyjącym już Richardem Evansem, angielskim redaktorem SF. Sześć lat później rozmowa ta stała się zalążkiem Nigdziebądź.

Nie pamiętam już, dlaczego zaczęliśmy rozmawiać o Cthulhu głosami Petera Cooka i Dudleya Moore, ani dlaczego zacząłem wybrzydzać na styl pisania H.P. Lovecrafta. Podejrzewam, że miało to coś wspólnego z niewyspaniem.

Obecnie John Jarrold to szanowany redaktor i ostoja brytyjskiego przemysłu wydawniczego. Niektóre fragmenty ze środka tego opowiadania zrodziły się właśnie w tamtym barze, gdy John i ja odgrywaliśmy stwory z książek Lovecrafta głosami Pete’a i Duda. Mike Ashley to redaktor, który namówił mnie do przerobienia owych kawałków na opowiadanie.

Wirus

Wiersz ten powstał do zbioru Digital Dreams Davida Barreta, antologii opowiadań komputerowych. Nie grywam już w gry komputerowe. Kiedy to robiłem, zauważyłem, że zajmują one zbyt wiele miejsca w mym umyśle. Kładłem się spać i widziałem pod powiekami spadające klocki albo małych ludzików, podskakujących i biegnących naprzód. Nawet grając w umyśle, zwykle przegrywałem. Stąd ten tekst.

Szukając dziewczyny

Opowiadanie to zamówiła redakcja Penthouse’a do styczniowego numeru w 1985, w dwudziestą rocznicę pisma. Kilka lat wcześniej ledwo wiązałem koniec z końcem jako młody dziennikarz na ulicach Londynu, przeprowadzając wywiady ze znanymi ludźmi dla Penthouse’a i Knave’a, dwóch angielskich pism z panienkami, znacznie łagodniejszych niż ich amerykańskie odpowiedniki. Była to niezła szkoła życia.

Spytałem kiedyś pewną modelką, czy czuje się wykorzystywana.

– Ja? – spytała. Miała na imię Marie. – Świetnie mi za to płacą, mój drogi. To lepsze niż harówka na nocnej zmianie w zakładach cukierniczych w Bradford. Powiem ci, kto jest naprawdę wykorzystywany. Faceci, którzy kupują te pisma i co miesiąc walą konia na mój widok. To oni są wykorzystywani.

Myślę, że z tej właśnie rozmowy zrodziło się opowiadanie.

Kiedy je napisałem, byłem naprawdę zadowolony – oto pierwszy kawałek prozy, który wydawał się naprawdę moim dziełem, nie naśladownictwem kogoś innego. Zbliżałem się do osiągnięciem własnego stylu. Przygotowując się do pisania, odwiedziłem redakcję Penthouse’a w dokach londyńskich, przerzucając dwadzieścia roczników oprawionych pism. W pierwszym Penthousie znalazłem zdjęcie mojej przyjaciółki, Dean Smith. Dean zajmowała się makijażem dla Knave’a. Okazało się, że w sześćdziesiątym piątym roku była pierwszym Kociakiem Roku Penthouse’a. Podpis pod zdjęciem Charlotte podwędziłem wprost spod podpisu pod Dean – nowo narodzona indywidualistka itd. Później słyszałem, że Penthouse poszukiwał Dean, pragnąc, by wzięła udział w obchodach dwudziestopięciolecia pisma, ona jednak jakby zapadła się pod ziemię. Pisali o tym we wszystkich gazetach.

I kiedy tak przeglądałem dwadzieścia roczników magazynu Penthouse, przyszło mi do głowy, że tego typu pisma nie mają nic wspólnego z kobietami, za to absolutnie wszystko ze zdjęciami kobiet. To było drugie ziarno, z którego zrodziło się to opowiadanie.

Tylko kolejny koniec świata, nic więcej

Ze Steve’em Jonesem przyjaźnimy się od piętnastu lat. Przygotowaliśmy nawet razem zbiór niegrzecznych wierszyków dla dzieci. To oznacza, że Steve może do mnie zadzwonić i oznajmić: „Przygotowuję antologię opowiadań dziejących się w fikcyjnym mieście H.P. Lovecrafta, Innsmouth. Napisz mi tekst”.

Opowiadanie to powstało dzięki połączeniu kilku różnych rzeczy (oto, skąd my, pisarze, Bierzemy Swoje Pomysły, na wypadek gdybyście się zastanawiali). Jedną z nich była książka nieżyjącego już Rogera Zelazny’ego A Night in the Lonesome October, cudownie i zabawnie wykorzystująca liczne sztampowe postacie grozy i fantasy. Roger podarował mi egzemplarz kilka miesięcy przed napisaniem tego opowiadania i świetnie bawiłem się podczas lektury. Mniej więcej w tym samym czasie czytałem pochodzącą sprzed trzystu lat relację z procesu francuskiego wilkołaka. Czytając zeznania jednego ze świadków, uświadomiłem sobie, że stała się ona natchnieniem dla cudownego opowiadania Sakiego, „Gabriel Ernest”, a także dla krótkiej powieści Jamesa Brancha Cabella „The White Robe”. Lecz zarówno Saki, jak i Cabell okazali się za dobrze wychowani, by wykorzystać motyw z wymiotowaniem palców, kluczowy dowód w procesie. Co oznaczało, że ja muszę to zrobić.

Larry Talbot to imię i nazwisko pierwszego wilkołaka, tego który spotyka Abbota i Costello.

Bay Wolf

I znów wracamy do Steve’a Jonesa. „Chcę, żebyś napisał dla mnie jedno ze swoich wierszowanych opowiadań. To musi być historia detektywistyczna, dziejąca się w niedalekiej przyszłości. Może mógłbyś wykorzystać postać Larry’ego Talbota z Tylko kolejny koniec świata, nic więcej.

Tuż przedtem skończyłem współpracę nad ekranową adaptacją Beowulfa, staroangielskiego poematu. Nieco zdumiało mnie, jak wielu ludzi nie dosłyszało tytułu i uznało, że napisałem właśnie odcinek serialu Baywatch – Słoneczny Patrol. Zacząłem zatem opowiadać od nowa Beowulfa jako futurystyczny odcinek Baywatcha, z przeznaczeniem do antologii opowieści detektywistycznych. Było to jedyne rozsądne wyjście. Posłuchajcie, ja nie naśmiewam się z waszych pomysłów.

Piętnaście malowanych kart z wampirzego tarota

Pewnego dnia być może dokończę wielkie arkana. Zostało jeszcze siedem kart i siedem krótkich opowieści. A potem czas na mniejsze arkana. Sami możecie nakreślić własne obrazy.

Załatwimy ich panu hurtowo

Gdyby historie w tej książce zostały ułożone chronologicznie, a nie w osobliwy, chaotyczny sposób, wedle mojego widzimisię, to opowiadanie byłoby pierwsze. Pewnego wieczoru w 1983 roku przysnąłem, słuchając radia. Gdy zasypiałem, rozmawiano w nim o kupowaniu w ilościach hurtowych, kiedy się obudziłem – o mordercach do wynajęcia. Stąd wzięło się to opowiadanie.

Tuż przed jego napisaniem czytałem mnóstwo opowiadań Johna Colliera. Przy ponownej lekturze kilka lat temu uświadomiłem sobie, że to historia w stylu Johna Colliera. Nie tak dobra, jak jego teksty, znacznie gorzej napisana, wciąż jednak pozostaje opowieścią collierowską. Nie zauważyłem tego, gdy ją pisałem.

Jedno życie, urządzone w stylu wczesnego Moorcocka

Gdy poproszono mnie o napisania tekstu do zbioru opowiadań o Elryku Michaela Moorcocka, zdecydowałem się na opowieść o chłopcu, bardzo podobnym do tego, jakim byłem w dzieciństwie, i jego związkach ze światem literatury. Wątpiłem, bym zdołał powiedzieć o Elryku cokolwiek, co nie byłoby pastiszem. Jednak gdy miałem dwanaście lat, postaci Moorcocka wydawały mi się równie rzeczywiste, jak moje codzienne życie, i znacznie bardziej rzeczywiste niż na przykład lekcje geografii.

– Ze wszystkich tekstów antologii najbardziej spodobał mi się twój i Tada Williamsa – oznajmił Michael Moorcock, gdy natknąłem się na niego w Nowym Orleanie kilka miesięcy po skończeniu opowiadania. – Ale jego tekst podobał mi się bardziej, bo występował w nim Jimi Hendrix.

Tytuł ukradłem z opowiadania Harlana Ellisona.

Zimne barwy

W swoim czasie pracowałem dla różnych mediów. Czasami ludzie pytają, skąd wiem, do którego z nich pasuje dany pomysł. Zwykle z pomysłów rodzą się różne rzeczy – komiksy, filmy, wiersze, proza, powieści, opowiadania. Od razu wiem, co piszę.

To natomiast był wyłącznie pomysł. Chciałem powiedzieć coś o komputerach, owych piekielnych maszynach, o czarnej magii i Londynie, który oglądałem pod koniec lat osiemdziesiątych, w okresie szaleństw finansowych i upadku moralnego. Nie wydawało mi się, by pomysł ten pasował do opowiadania bądź powieści, toteż spróbowałem wykorzystać go w wierszu, co udało się doskonale.

Do zbioru The Time Out Book of London Short Stories przerobiłem tekst na prozę. Wielu czytelników przyjęło to ze zdumieniem.

Zamiatacz snów

To opowiadanie zaczęło się od rzeźby Lisy Snellings, przedstawiającej mężczyznę opartego na szczotce, sprzątacza bądź dozorcę. Zastanawiałem się, jaki to sprzątacz? Stąd ta historia.

Poczucie obcości

To kolejne wczesne opowiadanie. Napisałem je w 1984 roku. Ostateczna wersja (pospieszna warstwa farby, wyrównanie najgorszych pęknięć) pochodzi z roku 1989. W osiemdziesiątym czwartym roku nie mogłem sprzedać tego teksu. Pismom SF nie spodobał się seks, pismom o seksie nie spodobała się choroba. W osiemdziesiątym siódmym spytano mnie, czy sprzedam go do antologii seksualnych opowiadań SF. Odmówiłem. W osiemdziesiątym czwartym pisałem o chorobie wenerycznej; w osiemdziesiątym siódmym to samo opowiadanie zdawało się nabierać zupełnie innego znaczenia. Sama historia nie uległa zmianie, zmienił się jednak otaczający ją krajobraz. Mówię tu o AIDS. Podobnie jak, czy chciałem tego, czy nie, moje opowiadanie. Jeśli miałem przerobić tekst, musiałem wziąć w nim pod uwagę AIDS, a nie mogłem. Był to temat zbyt rozległy, zbyt obcy, zbyt trudny do ogarnięcia. Lecz w roku 1989 krajobraz kulturalny ponownie uległ zmianie, do tego stopnia, że choć nadal nie czułem się do końca pewnie, to jednak mogłem już wydobyć moją opowieść na światło dzienne, wyszykować, zetrzeć brud z jej twarzy i posłać na spotkanie miłych ludzi. Kiedy zatem redaktor Steve Niles spytał, czy nie mam czegoś nie opublikowanego do jego antologii Words Without Pictures, dałem mu ten tekst.

Mógłbym powiedzieć, że to nie jest opowiadanie o AIDS. Ale skłamałbym, przynajmniej częściowo. W dzisiejszych czasach AIDS stało się, na dobre czy na złe, jeszcze jedną chorobą w arsenale Wenery.

Tak naprawdę sądzę, że głównym tematem opowiadania jest samotność i tożsamość, a także być może radość, jaką niesie samodzielne radzenie sobie ze światem.

Wampirza sestyna

Moja jedyna udana sestyna (wiersz, w którym ostatnie słowa pierwszych sześciu wersów powtarzają się w stale zmiennej sekwencji w następnych zwrotkach i trzywersowym zakończeniu), po raz pierwszy opublikowana w Fantasy Tales, przedrukowana w Mammoth Book of Vampires Steve’a Jonesa. Przez lata był to jedyny tekst, jaki napisałem o wampirach.

Mysz

Napisałem to opowiadanie do Touch Wood, pod redakcją Pete’a Crowthera, antologii dotyczącej przesądów. Zawsze chciałem napisać opowiadanie w stylu Raymonda Carvera. Jego teksty wydawały się takie proste i łatwe. Pisanie tej historii nauczyło mnie, że tak nie jest.

To straszne, ale rzeczywiście słuchałem audycji radiowej opisanej w opowiadaniu.

Zmienne morze

Napisałem ten wiersz w mieszkaniu na ostatnim piętrze małego domku na Earl’s Court. Natchnieniem stała się rzeźba Lisy Snellings i wspomnienie plaży w Portsmouth, gdy byłem małym chłopcem: nieustannego łoskotu fal rozbijających się o zasypany niezliczonymi kamykami brzeg. W owym czasie pisałem ostatnią część Sandmana, zatytułowaną „Burza”. W moim umyśle nieustannie rozbłyskały cytaty ze sztuki Szekspira. Pojawiają się one także w tym wierszu.

Jak myślisz, jakie to uczucie?

Zgodziłem się napisać tekst do antologii opowiadań o gargulcach. Choć termin zbliżał się szybkimi krokami, wciąż nie miałem pomysłu.

W końcu przyszło mi do głowy, że gargulce umieszczano na kościołach i katedrach, by ich strzegły. Zastanawiałem się, czy gargulec mógłby strzec czegoś innego. Na przykład serca...

„O tym, jak pojechaliśmy obejrzeć koniec świata, autorstwa Dawnie Morningside, lat 11 i 1/4”

Alan Moore (jeden z najlepszych pisarzy i najlepszych ludzi, jakich znam) podszedł do mnie kiedyś w Northampton i zaczęliśmy rozmawiać o tym, że warto by stworzyć miejsce, w którym chcielibyśmy umieścić akcję naszych opowiadań. W tym kawałku pojawia się właśnie to miejsce. Pewnego dnia szacowni mieszczanie i uczciwi kupcy z Northampton spalą Alana na stosie. Będzie to wielka strata dla całego świata.

Pustynny wiatr

Dostałem kiedyś kasetę od Robina Andersa, najbardziej znanego jako perkusista Boiled in Lead. Do kasety dołączono liścik z informacją, że Robin chciałby, bym napisał coś o jednym z utworów na taśmie. Nosił tytuł „Pustynny wiatr”. Oto, co napisałem.

Uczta

To opowiadanie pisałem przez cztery lata. Nie dlatego że starannie szlifowałem każdy przymiotnik, ale dlatego że się wstydziłem. Pisałem akapit, potem zostawiałem opowiadanie w spokoju, póki z policzków nie zniknął mi rumieniec. Po czterech, pięciu miesiącach wracałem do tekstu i pisałem kolejny akapit. Pierwotnie zacząłem pisać ten tekst z przeznaczeniem do Off Limits: Tales of Alien Sex Ellen Datlow, antologii erotycznych opowiadań SF. Przekroczyłem jednak termin i pisałem dalej, z przeznaczeniem do części drugiej. Nim upłynął kolejny termin, zdołałem napisać całą stronę. Gdzieś w trakcie pisania zadzwoniłem do Ellen Datlow i ostrzegłem ją, że w razie mojej przedwczesnej śmierci, na moim twardym dysku, w katalogu zatytułowanym Datlow, tkwi na wpół skończone opowiadanie pornograficzne. Dodałem, że to nic osobistego. Minęły dwa kolejne terminy antologii. Cztery lata od pierwszego akapitu skończyłem w końcu tekst. Ellen Datlow i jej wspólniczka zbrodni, Terri Windling, zakupiły go do Sirens, zbioru erotycznych opowiadań fantasy.

Historia ta w większości wzięła się z tego, że zastanawiałem się, czemu w książkach ludzie nigdy ze sobą nie rozmawiają, gdy uprawiają miłość albo nawet seks. Nie uważam, by to było erotyczne opowiadanie. Ale kiedy wreszcie je skończyłem, przestałem czuć wstyd.

Gdy nastał koniec

Próbowałem sobie wyobrazić ostatnią księgę Biblii.

A jeśli chodzi o nazywanie zwierząt, przyznam, że z głębokim zachwytem odkryłem niedawno, iż słowo yeti znaczy w dosłownym tłumaczeniu „to coś, o tam”.

(„– Szybko, dzielny himalajski przewodniku. Co to jest to coś, o tam?

– Yeti.

– O rany, naprawdę?”).

Dziecizna

Przypowieść napisana do książki, z której dochód miał zasilić Organizację Na Rzecz Etycznego Traktowania Zwierząt (PETA). Uważam, że zdołałem w niej przekazać wszystko, co zamierzałem. To jedyny mój tekst, który wzbudził we mnie niepokój. W zeszłym roku zszedłem na dół i znalazłem mojego syna, Michaela, słuchającego płyty Warning: Contains Language, którą sam nagrałem. W tym momencie zaczęła się „Dziecizna” i niezmiernie zaskoczył mnie dźwięk głosu, ledwie przypominającego mój własny, czytającego moje opowiadanie.

Dla większej jasności: noszę skórzaną kurtkę, jem mięso, ale dobrze sobie radzę z dziećmi.

Morderstwa i tajemnice

Kiedy pierwszy raz wpadłem na pomysł tej historii, nosiła ona tytuł „Miasto aniołów”, lecz gdy zacząłem przelewać pomysły na papier, pojawiło się nowe przedstawienie broadwayowskie o tym samym tytule. Musiałem zatem przechrzcić moją historię.

„Morderstwa i tajemnice” napisałem dla Jessie Horsting z pisma Midnight Graffiti z przeznaczeniem do antologii, cóż za przypadek, także noszącej tytuł Midnight Graffiti. Pete Atkins, któremu przesyłałem faksem kolejne wersje tekstu, okazał się niezrównanym komentatorem, okazem cierpliwości i dobrego humoru.

Starałem się uczciwie podejść do detektywistycznej warstwy opowieści. Wszędzie rozsiane są wskazówki. Jedna z nich zakradła się nawet do tytułu.

Szkło, śnieg i jabłka

Oto kolejna historia, która rozpoczęła życie w The Penguin Book of English Folktales Neila Philipa. Czytałem tę książkę w łazience i natrafiłem na bajkę, którą z pewnością czytałem już co najmniej tysiąc razy (wciąż mam jej ilustrowaną edycję; należała do mnie, gdy miałem trzy latka), lecz tysiąc i pierwsza lektura okazała się prawdziwym objawieniem. Zacząłem o niej rozmyślać, przestawiając wszystkie elementy, sprawdzając, jak się zazębiają. Historia tkwiła mi w głowie kilka tygodni, a potem, w samolocie, zacząłem zapisywać ją ręcznie. Gdy wylądowaliśmy, opowiadanie było skończone w trzech czwartych, toteż zameldowałem się w hotelu, usiadłem na krześle w kącie pokoju i pisałem dalej, póki nie dobrnąłem do końca.

Gotowy tekst opublikował Dream Haven Press, w książeczce o limitowanym nakładzie, z której zyski miał czerpać Fundusz Obrony Prawnej Komiksów (organizacja broniąca wynikających z Pierwszej Poprawki praw twórców, wydawców i dystrybutorów komiksów). Poppy Z. Brite przedrukowała go w antologii Love in Vein II.

Często myślę o tym opowiadaniu jak o wirusie. Gdy już raz się je przeczyta, nigdy się nie zdoła odczytać pierwotnej wersji opowieści w ten sam sposób.

* * *

Chciałem podziękować Gregowi Ketterowi, którego Dream Haven Press opublikował kilka przedrukowanych tu tekstów w Angels and Visitations, niskonakładowym zbiorze tekstów literackich, recenzji książkowych, dziennikarstwa i głupot, które napisałem, a także dwie popularne broszurki, z których dochód miał być przeznaczony na Fundusz Obrony Prawnej Komiksów.

Chciałbym podziękować istnemu rojowi redaktorów, którzy zamawiali, przyjmowali i przedrukowywali najróżniejsze opowiadania z tej książki, a także moim królikom doświadczalnym (wiecie, o kim mowa), znoszącym cierpliwie to, że ich maltretowałem, zajmowałem im czas, przesyłałem faksem bądź e-mailem opowiadania, za to, że zgadzali się czytać moje teksty i nie znoszącym sprzeciwu tonem wskazywali, co powinienem w nich zmienić. Chcę podziękować im wszystkim. Jennifer Hershey doglądała tej książki od stadium pomysłu, aż do rzeczywistości. Czyniła to z cierpliwością, urokiem i wieczną mądrością. Z pewnością nie zdołam się jej odwdzięczyć.

Każdy z tych tekstów stanowi odzwierciedlenie czegoś; nie jest bardziej rzeczywisty niż wypuszczony z ust kłąb dymu. To przekazy z krainy Po Drugiej Stronie Lustra, obrazy w żeglujących po morzu chmurach. Dym i lusterka – oto, czym są. Ale ja świetnie się bawiłem przy ich pisaniu. Przypuszczam, że dla odmiany one ucieszyłyby się z odkrycia, że są prawdziwe.

Miłej lektury.

Neil Gaiman

Grudzień 1997

Rycerskość

Pani Whitaker znalazła świętego Graala; leżał pod starym futrem.

Każdego czwartkowego popołudnia, choć jej nogi nie były już tak sprawne jak kiedyś, pani Whitaker wybierała się na spacer na pocztę. Tam odbierała emeryturę. W drodze powrotnej wpadała do sklepu Oxfam.

W sklepie Oxfam sprzedawano stare ubrania, drobiazgi, bibeloty, najróżniejsze różności oraz mnóstwo starych książek. Wszystkie zostały oddane za darmo; śmieci z drugiej ręki, często pochodzące z domów zmarłych. Wszelkie zyski przekazywano na cele dobroczynne.

W sklepie pracowali wyłącznie ochotnicy. Tego dnia za ladą stała Marie, siedemnastolatka z lekką nadwagą, ubrana w workowatą liliową bluzę, wyglądającą, jakby także pochodziła ze sklepowych półek.

Marie siedziała przy kasie; przed sobą rozłożyła pismo Nowoczesna kobieta. Wypełniała właśnie test „Odkryj swoją ukrytą osobowość”. Od czasu do czasu zaglądała na koniec i sprawdzała punktację przypisaną do odpowiedzi A, B lub C, dopiero potem podejmując decyzję, którą z nich wybrać.

Pani Whitaker dreptała po sklepie.

Zauważyła, że wciąż nie sprzedali wypchanej kobry. Czekała tu już pół roku, obrastając kurzem. Jej szklane oczy spoglądały gniewnie na wieszaki z ubraniami, a także szafę pełną obtłuczonej porcelany i pogryzionych zabawek.

Pani Whitaker pogłaskała ją w przelocie po głowie.

Z półki z książkami wybrała dwie powieści wydawnictwa Mills & Boon – Jej wzburzoną duszę i Jej drżące serce, każdą po szylingu. Z namysłem przyjrzała się pustej butelce po Mateus Rosé nakrytej ozdobnym abażurem, w końcu jednak uznała, że nie miałaby jej gdzie postawić.

Przysunęła wyleniałe futro, ostro śmierdzące naftaliną. Pod futrem leżała laska i poplamiony wodą egzemplarz książki Romanse i legendy rycerskie A.R. Hope Moncrieffa, wyceniony na pięć pensów. Obok książki spoczywał na boku święty Graal. Na spodzie podstawki umieszczono okrągłą nalepkę, na której flamastrem wypisano cenę: 30 pensów.

Pani Whitaker podniosła zakurzony srebrny kielich i przyjrzała mu się uważnie przez grube szkła okularów.

– Ładny – zawołała do Marie.

Marie wzruszyła ramionami.

– Wyglądałby ładnie na kominku.

Ponowne wzruszenie ramion.

Pani Whitaker podała Marie pięćdziesiąt pensów i otrzymała dziesięć pensów reszty oraz brązową papierową torbę, do której schowała książki i świętego Graala. Ruszyła do rzeźnika, gdzie kupiła ładny kawałek wątróbki. Potem wróciła do domu.

Wnętrze kielicha pokrywała gruba warstwa czerwonobrązowego kurzu. Pani Whitaker umyła go ostrożnie, po czym na godzinę pozostawiła w zlewie, w ciepłej wodzie z odrobiną octu.

Następnie wypolerowała kielich pastą do metalu, a gdy zaczął lśnić, postawiła go na kominku w salonie, pomiędzy małym melancholijnym bassetem z porcelany i zdjęciem nieżyjącego męża, Henry’ego, na plaży we Frinton w 1953 roku.

Miała rację: wyglądał ładnie.

Tego dnia na obiad zjadła panierowaną wątróbkę z cebulką. Była pyszna.

Następnego dnia wypadał piątek. W co drugi piątek panie Whitaker i Greenberg odwiedzały się nawzajem. Dziś przypadała kolej pani Greenberg. Usiadły w salonie, sącząc herbatę i chrupiąc makaroniki. Pani Whitaker wrzuciła do herbaty kostkę cukru. Pani Greenberg używała słodzika. Zawsze nosiła go w torebce w małym plastikowym pudełku.

– Ładny – zauważyła pani Greenberg, wskazując Graala. – Co to?

– Święty Graal – odparła pani Whitaker. – To kielich, z którego Jezus pił podczas Ostatniej Wieczerzy. Później, przy ukrzyżowaniu, zebrano weń Jego cudowną krew, gdy centurion przebił Mu bok.

Pani Greenberg pociągnęła pogardliwie nosem. Była Żydówką; nie znosiła wszystkiego, co niehigieniczne.

– No nie wiem – rzekła. – Ale kielich jest naprawdę bardzo ładny. Nasz Myron dostał podobny, kiedy wygrał zawody pływackie, tyle że na tamtym wygrawerowano jego nazwisko.

– Wciąż spotyka się z tą miłą dziewczyną? Fryzjerką?

– Bernice? O, tak. Planują nawet zaręczyny – oznajmiła pani Greenberg.

– To miłe – odparła pani Whitaker, sięgając po makaronik.

Pani Greenberg sama piekła makaroniki i przynosiła je co drugi piątek: małe, słodkie, jasnobrązowe ciasteczka posypane migdałami.

Rozmawiały o Myronie i Bernice, a także siostrzeńcu pani Whitaker, Rolandzie (pani Whitaker nie miała dzieci), oraz o przyjaciółce, pani Perkins, która złamała biodro i leżała w szpitalu, biedactwo.

W południe pani Greenberg pożegnała się. Pani Whitaker przyrządziła sobie na lunch grzankę z serem, a potem zażyła pigułki – białą, czerwoną i dwie małe, pomarańczowe.

Zadźwięczał dzwonek.

Pani Whitaker otwarła drzwi. Za progiem stał młody mężczyzna z sięgającymi ramion włosami, tak jasnymi, że zdawały się niemal białe. Miał na sobie lśniącą srebrną zbroję i biały płaszcz.

– Witam – rzekł.

– Witam – odparła pani Whitaker.

– Jestem w trakcie wyprawy.

– To miło – mruknęła nonszalancko pani Whitaker.

– Mogę wejść? – spytał.

Pani Whitaker pokręciła głową.

– Przykro mi, ale raczej nie.

– Poszukuję świętego Graala – powiedział młodzieniec. – Jest może tutaj?

– Ma pan przy sobie jakiś dokument? – Pani Whitaker wiedziała, że nie należy wpuszczać do domu obcych, gdy jest się starszą osobą i mieszka samotnie. Mogło to się skończyć opróżnieniem torebki albo czymś znacznie gorszym.

Młodzieniec cofnął się parę kroków ogrodową ścieżką. Jego wierzchowiec, potężny szary ogier, wielki jak perszeron, z wysoko uniesioną głową i lśniącymi, bystrymi oczami, stał przywiązany do furtki pani Whitaker. Rycerz pogrzebał w torbie przy siodle i powrócił, niosąc w dłoni zwój.

Podpisał go Artur, król Brytanii. Pismo informowało wszelkie osobistości, niezależnie od ich tytułu i rangi, że ten oto Galaad to Rycerz Okrągłego Stołu, który wyruszył na Prawą, Szlachetną Wyprawę. Poniżej widniał rysunek przedstawiający młodego mężczyznę. Był całkiem podobny.

Pani Whitaker skinęła głową. Oczekiwała raczej małej karty ze zdjęciem, ale to było znacznie bardziej imponujące.

– Chyba może pan wejść – rzekła.

Przeszli do kuchni. Nalała Galaadowi filiżankę herbaty, po czym zaprowadziła go do salonu.

Galaad ujrzał Graala, stojącego na kominku, i natychmiast ukląkł na jedno kolano. Starannie odstawił filiżankę na rdzawy dywan. Przenikający przez firanki promień słońca zalał jego twarz złotym blaskiem. Jasne włosy lśniły niczym srebrzysta aureola.

– Zaprawdę, to on, Sangraal – rzekł cicho. Trzykrotnie zamrugał, bardzo szybko, jakby chciał zdusić łzy zbierające się w jego jasnoniebieskich oczach.

Pochylił głowę w milczącej modlitwie.

Potem wstał i odwrócił się do pani Whitaker.

– Szlachetna pani, powierniczko Najświętszej Świętości, pozwól mi odejść stąd z błogosławionym kielichem, bym mógł zakończyć poszukiwania i wypełnić me zadanie.

– Słucham? – zdziwiła się pani Whitaker.

Galaad podszedł do kobiety i ujął jej stare dłonie.

– Moja wyprawa zakończona – rzekł. – W końcu odnalazłem Sangraala.

Pani Whitaker ściągnęła wargi.

– Zechcesz podnieść filiżankę i spodeczek?

Galaad z przepraszającą miną posłuchał.

– Nie. Raczej nie – oznajmiła pani Whitaker. – Podoba mi się tam, gdzie jest. Idealnie pasuje pomiędzy psem i zdjęciem mojego Henry’ego.

– Azaliż pragniesz złota? Czy tak? Pani, mogę ci przynieść złoto...

– Nie – rzekła pani Whitaker. – Dziękuję, nie chcę żadnego złota. To mnie nie interesuje.

Odprowadziła Galaada do frontowych drzwi.

– Miło cię było poznać.

Koń przechylał głowę nad ogrodzeniem, skubiąc płatki gladioli. Tuż obok na chodniku stała grupka dzieci z sąsiedztwa.

Galaad wyjął z torby kilka bryłek cukru i zademonstrował najodważniejszym dzieciom, jak się karmi konia. Dzieci zachichotały, kolejno unosząc wyprostowane dłonie. Jedna z dziewczynek pogładziła końskie chrapy.

Galaad jednym płynnym ruchem wskoczył na siodło. Obaj – koń i rycerz – odjechali uliczką Hawthorne Crescent.

Pani Whitaker odprowadziła ich wzrokiem. Potem westchnęła i wróciła do domu.

Weekend upłynął jej spokojnie.

W sobotę pojechała autobusem do Maresfield, by odwiedzić swego siostrzeńca Ronalda, jego żonę Euphonię i ich córki, Clarissę i Dillian. Zawiozła im ciasto z porzeczkami, domowej roboty.

W niedzielę rano pani Whitaker poszła do kościoła. Kościół parafialny Świętego Jakuba Młodszego był jak na jej gust nieco zanadto w stylu: „nie myśl o tym budynku jak o kościele, lecz jak o miejscu, w którym możesz spotykać się z podobnymi sobie przyjaciółmi”. Lubiła jednak proboszcza, wielebnego Bartholomew, jeśli tylko nie grał akurat na gitarze. Po mszy przez chwilę miała ochotę wspomnieć, że w jej salonie stoi Święty Graal, ale po namyśle zrezygnowała.

W poniedziałek rano pani Whitaker pracowała właśnie w ogrodzie na tyłach domu, na grządce z ziołami. Była z niej niezmiernie dumna: koperek, werbena, mięta, rozmaryn, tymianek i cały zagon pietruszki. Klęczała właśnie na ziemi i plewiła w grubych, zielonych ogrodowych rękawicach. Zbierała też pomrowy i wkładała do plastikowego worka. Jeśli chodzi o pomrowy, pani Whitaker miała niezmiernie miękkie serce. Zanosiła je na sam tył ogrodu, graniczący z linią kolejową, i przerzucała przez siatkę.

Ścięła nieco pietruszki na sałatkę. W tym momencie usłyszała czyjeś kaszlnięcie. Tuż za nią stał Galaad: wysoki i piękny. Jego zbroja lśniła w porannym słońcu. W dłoniach trzymał długą paczkę, owiniętą w natłuszczoną skórę.

– Wróciłem – rzekł.

– Witaj – odparła pani Whitaker. Wstała powoli i zdjęła rękawice. – Cóż – dodała – skoro już tu jesteś, mógłbyś mi pomóc.

Wręczyła mu worek pełen pomrowów i poleciła przerzucić je przez ogrodzenie.

Posłuchał.

Potem ruszyli do kuchni.

– Herbaty czy lemoniady?

– To samo co pani – odparł Galaad.

Pani Whitaker wyjęła z lodówki dzbanek domowej lemoniady i wysłała Galaada, by zerwał gałązkę mięty. Wybrała dwie wysokie szklanki. Starannie umyła miętę, włożyła kilka liści do każdej szklanki i nalała lemoniady.

– Czy twój koń czeka na zewnątrz?

– O, tak. Nazywa się Grizzel.

– I przypuszczam, że przybywasz z daleka?

– Z bardzo daleka.

– Rozumiem – mruknęła pani Whitaker. Wyjęła spod zlewu błękitną plastikową miskę. Do połowy napełniła ją wodą. Galaad wyniósł miskę Grizzelowi. Odczekał, aż koń się napije, i oddał pani Whitaker pustą miskę.

– A zatem – rzekła – przypuszczam, że wciąż szukasz Graala?

– Zaprawdę, nadal szukam Sangraala. – Galaad wziął z podłogi skórzany pakunek, położył go na stoliku deserowym i rozwinął. – W zamian oferuję ci, pani, to.

To był miecz. Jego klinga liczyła sobie niemal cztery stopy długości. Wyryto na niej słowa i eleganckie symbole. Rękojeść miał srebrno-złotą, zwieńczoną wielkim szlachetnym kamieniem.

– Bardzo ładny – powiedziała z powątpiewaniem pani Whitaker.

– Oto miecz Balmung – oznajmił Galaad – wykuty przez kowala Waylanda u zarania dziejów. Jego bliźniaczy brat to Flamberge. Ten, kto go nosi, jest niepokonany w bitwie, niezwyciężony, niezdolny do czynów tchórzliwych i nikczemnych. W rękojeści osadzono sardonyks Bircone, chroniący właściciela przed trucizną, wrzuconą do wina bądź piwa, i przed zdradą przyjaciół.

Pani Whitaker zerknęła na miecz.

– Musi być bardzo ostry – mruknęła po chwili.

– Może przeciąć na pół spadający włos. Więcej, nawet promień słońca – oznajmił z dumą Galaad.

– Może zatem lepiej by było, gdybyś go odłożył – zaproponowała pani Whitaker.

– Nie chcesz go, pani? – Galaad był wyraźnie zawiedziony.

– Nie, dziękuję – odparła pani Whitaker. Nagle pomyślała, że jej nieżyjącemu mężowi, Henry’emu, miecz mógłby się spodobać. Powiesiłby go na ścianie w gabinecie obok wypchanego karpia, którego złapał w Szkocji, i pokazywałby gościom.

Galaad ponownie okrył ostrze Balmunga natłuszczoną skórą i obwiązał białym sznurem. Siedział bez ruchu, niepocieszony.

Pani Whitaker zrobiła mu na drogę kanapki z serem topionym i ogórkiem. Zawinęła je w pergamin. Dorzuciła jabłko dla Grizzela. Galaad sprawiał wrażenie zadowolonego z prezentu.

Pomachała im na do widzenia.

Tego popołudnia wsiadła do autobusu i pojechała do szpitala spotkać się z panią Perkins, która wciąż leżała w łóżku z chorym biodrem. Biedactwo. Pani Whitaker przyniosła jej domowy keks, choć wyeliminowała z przepisu orzechy. Zęby pani Perkins nie były już tak mocne, jak kiedyś.

Wieczorem pooglądała przez krótką chwilę telewizję. Wcześnie położyła się spać.

We wtorek zadzwonił listonosz. Pani Whitaker sprzątała właśnie w składziku na strychu. I choć zeszła na dół, jej powolne, ostrożne kroki sprawiły, że nie zdążyła. Listonosz zostawił wiadomość, głoszącą, iż próbował dostarczyć paczkę, ale nikogo nie zastał.

Pani Whitaker westchnęła.

Włożyła awizo do torebki i ruszyła na pocztę.

Paczkę nadała jej siostrzenica, Shirelle, mieszkająca w Sydney w Australii. W środku były zdjęcia jej męża Wallace’a i dwóch córek, Dixie i Violet, oraz owinięta w watę muszla.

Pani Whitaker miała w sypialni kilka ozdobnych muszel. Na jej ulubionej wymalowano emalią widoczek z Bahamów. Dostała ją w prezencie od siostry Ethel, która zmarła w 1983 roku.

Schowała muszlę i zdjęcia do torby na zakupy, a że była już w okolicy, po drodze do domu zajrzała do sklepu Oxfam.

– Dzień dobry, pani W. – powitała ją Marie.

Pani Whitaker przyjrzała się jej. Marie miała usta pomalowane szminką (co prawda odcień niezupełnie jej pasował, a sama szminka nie została zbyt fachowo nałożona, ale – pomyślała pani Whitaker – to już jakiś początek) i elegancką spódnicę. Efekt był powalający.

– Witaj, moja droga – powiedziała pani Whitaker.

– W zeszłym tygodniu był u nas mężczyzna i pytał o ten drobiazg, który pani kupiła. Tamten metalowy kielich. Powiedziałam, gdzie mógłby panią znaleźć. Nie ma pani nic przeciw temu, prawda?

– Nie, moja droga – odparła pani Whitaker. – Już mnie znalazł.

– Był super. Naprawdę super – westchnęła z żalem Marie. – Strasznie mi się podobał. Miał też wielkiego, siwego konia i w ogóle – dokończyła. Pani Whitaker zauważyła z aprobatą, że dziewczyna trzyma się bardziej prosto.

Na półce znalazła nowy romans wydawnictwa Mills & Boon – Jej porywająca namiętność. Zabrała go, choć nie skończyła jeszcze dwóch poprzednich.

Podniosła też Romanse i legendy rycerskie i otworzyła. Książka pachniała pleśnią. Na pierwszej stronie czerwonym atramentem wypisano starannie: EX LIBRIS RYBAK.

Pani Whitaker odłożyła książkę.

Gdy wróciła do domu, Galaad już na nią czekał. Woził kolejno dzieci z sąsiedztwa na grzbiecie Grizzela.

– Cieszę się, że cię widzę – oznajmiła. – Mam kilka pudeł, które trzeba przesunąć.

Zaprowadziła go do schowka na poddaszu. Galaad posłusznie przesunął stare walizki, aby mogła dostać się do stojącej z tyłu szafy.

Wszystko wokół pokrywała gruba warstwa kurzu.

Pani Whitaker zatrzymała go tam przez większość popołudnia. Przesuwał rzeczy, podczas gdy ona ścierała kurz.

Na jednym policzku miał ranę. Nieco sztywno poruszał ręką.

Podczas porządków rozmawiali. Pani Whitaker opowiedziała mu o swym nieżyjącym mężu, Henrym. O tym, że spłaciła dom z ubezpieczenia i że ma mnóstwo rzeczy, ale nikogo, komu mogłaby je zostawić, chyba że Ronaldowi i jego żonie, ale oni lubią wyłącznie nowoczesne przedmioty. Opowiedziała, jak poznała męża podczas wojny, gdy Henry służył w ochotniczej służbie przeciwlotniczej, a ona nie dość szczelnie zaciągnęła zasłony w kuchni podczas zaciemnienia. Mówiła o potańcówkach za sześć pensów, o tym, jak wybrali się razem do Londynu, gdy skończyła się wojna, i jak pierwszy raz skosztowała wina.

Galaad opowiedział pani Whitaker o swej matce Elaine, niestałej i szalonej, a do tego czarownicy. O dziadku, królu Pellesie, dobrym, lecz nieco rozkojarzonym, i o młodości spędzonej w zamku Bliant na Wyspie Radości. A także o ojcu, w owym czasie kompletnie szalonym, którego znał pod przydomkiem „Le Chevalier Mal Fet”. W rzeczywistości był to Lancelot z Jeziora, największy z rycerzy, przebrany i pozbawiony rozumu. Mówił też o czasach, które spędził jako giermek w Camelocie.

O piątej po południu pani Whitaker rozejrzała się po schowku i uznała, iż panujący w nim porządek zasługuje na jej aprobatę. Otworzyła okno, by przewietrzyć pomieszczenie, po czym razem zeszli na dół do kuchni, gdzie nastawiła wodę.

Galaad usiadł za stołem.

Rozwiązał wiszącą u pasa skórzaną sakwę i wyjął z niej okrągły, biały kamień wielkości kuli do krykieta.

– Pani – rzekł. – To dla ciebie, jeśli oddasz mi Sangraala.

Pani Whitaker podniosła kamień. Był cięższy, niż na to wyglądał. Uniosła go do światła. W mlecznobiałym, półprzezroczystym wnętrzu połyskiwały srebrne iskierki, odbijające promienie popołudniowego słońca. Kamień wydawał się ciepły w dotyku.

Gdy go tak trzymała, ogarnęło ją dziwne uczucie. W głębi ducha poczuła wszechogarniający spokój. Pokój ducha – oto właściwe określenie. Czuła ukojenie.

Niechętnie odłożyła kamień na stół.

– Bardzo ładny – mruknęła.

– To Kamień Filozoficzny, który nasz praojciec Noe zawiesił na Arce, by rzucał światło w chwilach najgłębszego mroku. Kamień ów potrafi przemieniać zwykłe metale w złoto. Ma też inne cechy – oświadczył z dumą Galaad. – A to nie wszystko. Mam jeszcze coś. Proszę. – Wyjął z sakwy jajko i wręczył jej.

Jajko było wielkości jaja gęsiego: lśniąco czarne, pokryte szkarłatnymi i białymi cętkami. Gdy pani Whitaker go dotknęła, włoski na jej karku zjeżyły się nagle. Natychmiast poczuła ogarniające ją ciepło i poczucie wolności. Usłyszała trzask odległych płomieni. Przez ułamek sekundy wydało się jej, że szybuje nad światem, wznosi się i opada na ognistych skrzydłach.

Odłożyła jajko na stół obok Kamienia Filozoficznego.

– To Jajo Feniksa – rzekł Galaad. – Pochodzi z odległej Arabii. Pewnego dnia wykluje się z niego Feniks. A gdy nadejdzie czas, ptak zbuduje sobie płomienne gniazdo, złoży jajko i umrze, by odrodzić się w ogniu w późniejszej erze świata.

– Tak mi się właśnie zdawało – powiedziała pani Whitaker.

– I wreszcie, o pani – dodał Galaad – przyniosłem ci to.

Wyjął coś z sakwy i wręczył jej. To było jabłko, najwyraźniej wyrzeźbione z jednego wielkiego rubinu, z bursztynowym ogonkiem.

Nieco nerwowo ujęła je w dłoń. Zdawało się miękkie, złudnie delikatne. Jej palce naruszyły rubinową powierzchnię. Krwistoczerwony sok spłynął po dłoni pani Whitaker.

W kuchni rozszedł się niemal niedostrzegalny, magiczny zapach letnich owoców: malin, brzoskwiń, truskawek i czerwonych porzeczek. Jakby z daleka doszły ją głosy nucące pieśń do wtóru odległej muzyki.

– To jedno z jabłek Hesperyd – powiedział cicho Galaad. – Jeden kęs uleczy każdą chorobę bądź ranę, nieważne jak głęboką. Drugi przywraca młodość i urodę. Trzeci daje życie wieczne.

Pani Whitaker oblizała lepki sok z palców. Smakował niczym najlepsze wino.

W jednym momencie powróciła do niej przeszłość. Przypomniała sobie, jak to jest być młodą, mieć jędrne, szczupłe ciało, słuchające wszelkich poleceń. Biec wiejską dróżką z radością niegodną damy. Dostrzegać uśmiechy mężczyzn pozdrawiających ją, bo jest szczęśliwa, jest sobą.

Pani Whitaker spojrzała na sir Galaada, najszanowniejszego z rycerzy, siedzącego w jej kuchni w całym swym splendorze.

Westchnęła.

– To wszystko, co ci przyniosłem, pani – oznajmił Galaad. – Niełatwo było mi to zdobyć.

Pani Whitaker odłożyła rubinowy owoc na stół. Przyjrzała się uważnie Kamieniowi Filozoficznemu, Jaju Feniksa i Jabłku Życia.

Potem podreptała do salonu i spojrzała na kominek, na małego porcelanowego basseta, świętego Graala i zdjęcie nieżyjącego męża Henry’ego, z nagim torsem, uśmiechniętego, pałaszującego lody w czerni i bieli, niemal czterdzieści lat wcześniej.

Wróciła do kuchni. Czajnik zaczął już gwizdać. Nalała do imbryka odrobinę parującej wody, przepłukała go i wylała wrzątek. Następnie wsypała dwie łyżeczki herbaty i dodatkowo jedną do imbryka. Wlała resztkę wody. Wszystko to robiła w milczeniu.

W końcu odwróciła się do Galaada i spojrzała na niego.

– Schowaj to jabłko – poleciła stanowczo. – Nie powinieneś przynosić podobnych rzeczy starszym paniom. To niestosowne. – Na moment zawiesiła głos. – Resztę wezmę – dodała po chwili namysłu. – Będą ładnie wyglądały na kominku. Dwa za jeden, to uczciwa wymiana, jeśli chcesz znać moje zdanie.

Galaad rozpromienił się. Schował rubinowe jabłko do sakwy, ukląkł na podłodze i ucałował dłoń pani Whitaker.

– Przestań – poleciła. Rozlała herbatę do filiżanek. Na tę okazję wyjęła swą najlepszą, odświętną porcelanę.

Siedzieli w milczeniu, pijąc herbatę.

Gdy skończyli, przeszli do salonu. Galaad przeżegnał się i podniósł Graala.

Pani Whitaker ustawiła na jego miejscu Jajko i Kamień. Jajko cały czas przewracało się na bok. W końcu podparła je małym, porcelanowym pieskiem.

– Wyglądają bardzo ładnie – rzekła.

– O, tak – zgodził się Galaad – bardzo ładnie.

– Czy mogłabym dać ci coś do jedzenia? – spytała.

Pokręcił głową.

– Kawałek keksu – zdecydowała. – W tej chwili możesz myśleć, że ci się nie przyda, ale za kilka godzin podziękujesz mi za niego. Powinieneś też chyba skorzystać z toalety. Daj mi go, zapakuję ci.

Pokazała mu drogę do niewielkiej łazienki na końcu korytarza i pomaszerowała do kuchni, trzymając w ręku Graala. W spiżarni przechowywała świąteczny papier. Zapakowała weń Graala i przewiązała paczkę sznurkiem. Potem odcięła gruby kawał keksu i schowała do brązowej, papierowej torby wraz z bananem i kawałkiem topionego sera.

Galaad wrócił do niej. Wręczyła mu torbę i świętego Graala. Potem stanęła na palcach i ucałowała go w policzek.

– Miły z ciebie chłopiec – rzekła. – Uważaj na siebie.

Uścisnął ją, a ona wyprowadziła go z kuchni i zatrzasnęła za nim tylne drzwi. Nalała sobie kolejną filiżankę herbaty i zaczęła cicho płakać, ocierając oczy papierową chusteczką. Tętent kopyt oddalał się w głąb Hawthorne Crescent.

W środę pani Whitaker nie wychodziła z domu.

W czwartek wybrała się na pocztę, by odebrać emeryturę. Potem wpadła do sklepu Oxfam.

Nie znała stojącej za ladą kobiety.

– Gdzie Marie? – spytała.

Kobieta przy kasie – siwe włosy zabarwione błękitną płukanką, niebieskie okulary z brylancikami w kącikach – potrząsnęła głową i wzruszyła ramionami.

– Wyjechała z młodym mężczyzną – oznajmiła. – Na koniu. Coś takiego. Dziś powinnam pracować w sklepie w Heathfield. Musiałam prosić Johnny’ego, żeby mnie tu przywiózł, póki nie znajdziemy kogoś na zastępstwo.

– Ach tak – mruknęła pani Whitaker. – To miłe, że znalazła sobie młodzieńca.

– Dla niej może miłe – odparła kobieta przy kasie. – Ale niektórzy z nas powinni być dziś w Heathfield.

Na półce w głębi sklepu pani Whitaker znalazła zaśniedziały srebrny przedmiot z długim dzióbkiem. Wyceniono go na sześćdziesiąt pensów; tak przynajmniej głosiła mała papierowa nalepka. Przedmiot przypominał spłaszczony, wydłużony imbryk.

Wzięła też nową powieść, której nie czytała, zatytułowaną Jej niezwykła miłość. Położyła obie rzeczy przed kobietą.

– Sześćdziesiąt pięć pensów, moja droga – oznajmiła tamta, podnosząc srebrny bibelot. – Zabawny drobiazg, prawda? Dostaliśmy go dziś rano. – Jedną ściankę przedmiotu pokrywały wygrawerowane chińskie znaki. Miał też elegancki wygięty uchwyt. – To chyba pojemnik na oliwę?

– Nie, to nie pojemnik na oliwę – odparła pani Whitaker, która dokładnie wiedziała, z czym ma do czynienia. – To lampa.

Do uchwytu lampy brązowym sznurkiem przywiązano mały metalowy pierścień.

– Po zastanowieniu – dodała pani Whitaker – wezmę chyba tylko książkę.

Zapłaciła pięć pensów i odstawiła lampę tam, gdzie ją znalazła. Ostatecznie, pomyślała pani Whitaker w drodze do domu, i tak nie miałabym jej gdzie postawić.

Mikołaj był...

starszy od grzechu, a jego broda nie mogła już bardziej posiwieć. Chciał umrzeć.

Krasnale, żyjące w jaskiniach Arktyki nie znały jego języka, rozmawiały jednak we własnej szczebiotliwej mowie, i kiedy nie pracowały w fabrykach, odprawiały niezrozumiałe rytuały.

Każdego roku zmuszały go, mimo protestów i płaczu, do wyjścia w Wieczną Noc. Podczas swoich podróży zatrzymywał się obok każdego dziecka na świecie i zostawiał mu przy łóżku niewidzialny krasnoludzki prezent. Dzieci spały, uwięzione w czasie.

Zazdrościł Prometeuszowi i Lokiemu, Syzyfowi i Judaszowi. Jego kara była cięższa.

Ho.

Ho.

Ho.

Cena

Włóczędzy i wagabundzi mają swoje znaki, które zostawiają na słupach bram, drzewach i drzwiach, informując pobratymców o tym, jacy ludzie mieszkają w domach i na farmach. Podejrzewam, że koty także muszą stosować podobne znaki. Jak inaczej wyjaśnić, czemu tak wiele z nich zjawia się w ciągu roku pod naszymi drzwiami, wygłodniałych, zapchlonych i porzuconych?

Przyjmujemy je, pozbywamy się pcheł i kleszczy, karmimy i zabieramy do weterynarza. Płacimy za szczepienia i, o hańbo, każemy je kastrować.

One zaś zostają z nami: kilka miesięcy, rok, a czasem na zawsze.

Większość zjawia się w lecie. Mieszkamy na wsi, dokładnie w takiej odległości od miasta, by jego mieszkańcy porzucali zwierzęta akurat w naszej okolicy.

Nigdy nie zdarzyło się nam mieć więcej niż osiem kotów, rzadko miewamy mniej niż trzy. Aktualna kocia populacja w naszym domu wygląda następująco: Hermiona i Strączek, bura i czarna, szalone siostry, mieszkające w mym gabinecie na strychu i nie zadające się z resztą pospólstwa; Śnieżynka, błękitnooka długowłosa biała kotka, która całe lata żyła na swobodzie w lesie, nim w końcu zrezygnowała z wolności, przedkładając nad nią miękkie kanapy i łóżka; i wreszcie ostatnia, ale i największa, Mufka, przypominająca poduszkę, długowłosa szylkretowa córka Śnieżynki, pomarańczowo-czarno-biała, którą znalazłem jako maleńkie kociątko w naszym garażu, podduszoną i niemal martwą, z głową wsuniętą w starą siatkę do badmintona, i która zaskoczyła nas, nie umierając, lecz wyrastając na najpoczciwszego kota, jakiego zdarzyło mi się poznać.

No i jest jeszcze czarny kot, który nie ma innego imienia. Nazywamy go Czarnym Kotem. Zjawił się u nas niecały miesiąc temu. Z początku nie zorientowaliśmy się, że zamierza u nas zamieszkać. Wyglądał zbyt dobrze jak na bezpańskie zwierzę, był zbyt stary i żwawy jak na porzuconego. Przypominał małą panterę. Poruszał się niczym plama ciemności.

Pewnego dnia, latem, dostrzegłem go przyczajonego na zrujnowanej werandzie: na oko ośmio- lub dziewięcioletniego kocura o zielonozłotych oczach, bardzo przyjaznego i bardzo spokojnego. Uznałem, że pewnie należy do jakiegoś rolnika bądź rodziny z sąsiedztwa.

Wyjechałem na kilka tygodni, aby skończyć książkę, a kiedy wróciłem, on nadal siedział na werandzie, na starym kocim posłaniu, które znalazło mu jedno z dzieci. Zmienił się jednak niemal nie do poznania. Coś wyszarpało mu całe kępki futra, szarą skórę pokrywały głębokie zadrapania. Czubek jednego ucha miał odgryziony, pod okiem ziała głęboka rana, stracił też kawałek wargi. Wyglądał na zmęczonego i wychudzonego.

Zabraliśmy Czarnego Kota do weterynarza, która wypisała receptę na antybiotyki. Podawaliśmy mu je co wieczór wraz z miękkim kocim jedzeniem.

Zastanawialiśmy się, z czym walczył. Ze Śnieżynką, naszą piękną, drapieżną, białą królową? Z szopami? Oposem o ostrych zębach i szczurzym ogonie?

Co noc zadrapania stawały się coraz poważniejsze – jednego dnia bok kota pokryły świeże ukąszenia, następnego brzuch przecinały krwawe ślady szponów.

Wtedy zabrałem go do piwnicy, aby doszedł do siebie obok pieca i stosu kartonów. Był zdumiewająco ciężki, kiedy podniosłem go i zataszczyłem na dół wraz z koszykiem i kuwetą oraz wodą i jedzeniem. Zamknąłem za sobą drzwi. Gdy wyszedłem z piwnicy, musiałem obmyć zakrwawione ręce.

Został tam cztery dni. Z początku był zbyt słaby, żeby jeść. Rana pod okiem niemal go oślepiła. Kuśtykał i wlókł się powoli; ze skaleczonej wargi ściekała żółta ropa.

Schodziłem tam każdego ranka i wieczoru. Karmiłem go i podawałem mu antybiotyki zmieszane z karmą z puszki. Przemywałem najgorsze rany i przemawiałem do niego. Miał rozwolnienie i choć co dzień zmieniałem mu żwirek, w piwnicy cuchnęło pod niebiosa.

Cztery dni, które Czarny Kot spędził w piwnicy, były dla nas niedobrym okresem: najmłodsze dziecko pośliznęło się w wannie, uderzyło w głowę i o mało nie utonęło. Dowiedziałem się, że projekt, który bardzo mnie interesował – adaptacja powieści „Lud in the Mist” Hope Mirrlees dla BBC – został skreślony, i pojąłem, iż brak mi sił, by od początku proponować go innym sieciom bądź mediom. Córka wyjechała na letni obóz i natychmiast zaczęła przysyłać do domu serię rozdzierających serce listów i kartek, pięć, sześć dziennie, błagając, abyśmy ją zabrali. Syn pokłócił się z najlepszym przyjacielem, do tego stopnia, że w ogóle nie odzywali się do siebie. A któregoś wieczoru, wracając do domu, żona wpadła na sarnę, która wybiegła na drogę. Sarna zginęła, samochód nadawał się do generalnego remontu, a żona skaleczyła się w skroń nad okiem.

Czwartego dnia kot krążył niecierpliwie po piwnicy, stąpając ostrożnie pomiędzy stosami książek i komiksów, pudłami listów i kaset, obrazkami, prezentami i stertami śmieci. Zamiauczał, żądając, by go wypuścić, i w końcu zrobiłem to niechętnie.

Natychmiast wrócił na werandę i przespał tam resztę dnia.

Następnego ranka jego boki pokrywały nowe głębokie zadrapania. Na drewnianej podłodze werandy leżały rozrzucone kępki czarnego kociego futra – jego futra.

Tego dnia otrzymaliśmy list od córki, w którym pisała, że obóz nie jest taki zły i chyba przetrwa tam kilka dni. Syn i jego przyjaciel pogodzili się, choć nigdy nie dowiedziałem się, o co im poszło – karty kolekcjonerskie, gry komputerowe, Gwiezdne Wojny, czy może dziewczynę. Dyrektor z BBC, który zawetował mój projekt, został oskarżony o przyjmowanie łapówek (no, „podejrzanych pożyczek”) od niezależnej firmy producenckiej i odesłany do domu na stałe zwolnienie. Jego następczynią, co odkryłem z radością, otrzymawszy od niej faks, była kobieta, która jako pierwsza zaproponowała mi tę adaptację.

Zastanawiałem się, czy znów nie zanieść Czarnego Kota do piwnicy, ale postanowiłem, że zamiast tego spróbuję odkryć, jakie to zwierzę co noc odwiedza nasz dom, a potem ustalić plan działania – może ustawić pułapki?

Moja rodzina na każde święta i urodziny obdarowuje mnie najróżniejszymi gadżetami, kosztownymi zabawkami, które mile łechczą mą próżność, lecz potem rzadko opuszczają pudła. Między innymi można wśród nich znaleźć urządzenie do liofilizacji żywności, elektryczny nóż, maszynę do pieczenia chleba i zeszłoroczny prezent: noktowizyjną lornetkę. W Boże Narodzenie włożyłem do niej baterie i, zbyt niecierpliwy, by czekać na nadejście nocy, zacząłem krążyć w mroku po piwnicy, ścigając grupkę wyimaginowanych Clarice Starling (ostrzeżono cię, byś nie zapalał światła; mogłoby to uszkodzić noktowizor, i być może także twoje oczy). Potem schowałem urządzenie z powrotem do pudełka i teraz wciąż tkwiło w gabinecie obok kartonu pełnego kabli komputerowych i zapomnianych drobiazgów.

Pomyślałem, że jeśli owo stworzenie, pies, kot, szop czy co tam jeszcze, zobaczy mnie siedzącego na werandzie, być może nie podejdzie bliżej, toteż zabrałem krzesło do garderoby, nieco tylko większej od szafy i wyglądającej wprost na werandę, i kiedy wszyscy w domu usnęli, wyszedłem na dwór, by pożegnać się z Czarnym Kotem.

Ten Kot, powiedziała moja żona, kiedy zjawił się u nas po raz pierwszy, to prawdziwa osoba. I rzeczywiście, w jego wielkim lwim pysku kryło się coś ludzkiego: w jego szerokim czarnym nosie, zielonożółtych oczach, zębatej, lecz przyjaznej mordce (z prawego kącika wciąż ściekała bursztynowa ropa).

Pogłaskałem go po głowie, podrapałem pod brodą i życzyłem dobrej nocy. Potem wróciłem do środka i zgasiłem światło na werandzie.

Siedziałem w fotelu, w pogrążonym w ciemności domu z noktowizyjną lornetką na kolanach. Włączyłem już noktowizor i z jego okularu dobywała się wąska smużka zielonego światła.

Czas mijał w ciemności.

Eksperymentowałem z lornetką, przyzwyczajając się do oglądania świata w odcieniach zieleni. Ze zgrozą odkryłem, jak wiele owadów kłębi się w nocnym powietrzu – zupełnie jakby świat nocy był czymś w rodzaju koszmarnej zupy, pełnej życia. Potem opuściłem latarkę i spojrzałem na głębokie czernie i granaty nocy, puste, spokojne i ciche.

Mijał czas. Z trudem powstrzymywałem się przed zaśnięciem, odpychając marzenia o kawie i papierosach, mych dwóch porzuconych nałogach. Każdy z nich pomógłby mi teraz. Jednakże, nim osunąłem się dość głęboko w świat snów i marzeń, ocknąłem się gwałtownie na dźwięk donośnego skowytu z ogrodu. Gwałtownie uniosłem lornetkę i przeżyłem zawód: to była tylko Śnieżynka, biała kotka, śmigająca przez ogród niczym promień zielonkawobiałego światła. Po sekundzie zniknęła w lesie po lewej stronie domu.

Właśnie miałem ponownie usadowić się wygodnie w fotelu, gdy przyszło mi do głowy, że warto by sprawdzić, co tak spłoszyło kotkę. Zacząłem więc uważnie badać wzrokiem okolicę w poszukiwaniu dużego szopa, psa albo złośliwego oposa. I rzeczywiście, coś zbliżało się drogą w stronę domu. Widziałem to wyraźnie przez lornetkę, jasno jak w dzień.

To był diabeł.

Nigdy dotąd nie oglądałem diabła i choć w przeszłości pisałem o nim, to gdyby ktoś pytał, musiałbym przyznać, że w niego nie wierzyłem. Był dla mnie wymyśloną postacią, tragiczną i miltonowską. Jednakże stwór zbliżający się drogą nie przypominał Lucyfera Miltona. To był diabeł.

Serce zaczęło walić mi w piersi tak mocno, że aż bolało. Miałem nadzieję, że mnie nie widać, że jestem dobrze ukryty w domu, za szybą.

Postać maszerująca drogą zamigotała i uległa zmianie. W jednej chwili była mroczna i rosła jak minotaur, w następnej szczupła i kobieca, w kolejnej stała się pokrytym bliznami kotem, wielkim, szarozielonym dzikim kotem, którego pysk wykrzywiała wściekłość.

Na moją werandę prowadzą schody, cztery białe drewniane stopnie, które już dawno powinienem był pomalować (wiedziałem, że są białe, choć przez moją lornetkę wydawały się zielone, podobnie jak wszystko, co je otaczało). U stóp owych stopni diabeł przystanął i zawołał coś, czego nie zrozumiałem, trzy, może cztery słowa w jękliwym skowyczącym języku, z pewnością starym i zapomnianym już w czasach, gdy Babilon był jeszcze młody. A choć go nie zrozumiałem, poczułem, że na ów dźwięk włosy jeżą mi się na karku.

I wtedy usłyszałem, stłumiony przez szklaną zaporę, lecz wciąż słyszalny, niski pomruk, wyzwanie. Czarna postać zeszła chwiejnie po schodach, oddalając się ode mnie w stronę diabła. W tych dniach Czarny Kot nie poruszał się już jak pantera; potykał się i kołysał niczym marynarz, który niedawno zszedł na ląd.

Diabeł był teraz kobietą. Odezwała się do kota, mówiąc łagodnie, kojąco, w języku przypominającym francuski, i wyciągnęła ku niemu rękę. Natychmiast zatopił w niej zęby. Jej wargi wykrzywiły się i splunęła na niego.

I wtedy kobieta zerknęła na mnie. Jeśli nawet do tej pory wątpiłem, czy naprawdę jest diabłem, zyskałem pewność. Jej oczy błysnęły czerwonym ogniem, a przecież przez noktowizor nie można ujrzeć czerwieni, jedynie odcienie zieleni. Diabeł dostrzegł mnie przez okno. Zobaczył mnie. Ani przez moment w to nie wątpiłem.

Diabeł poruszył się, jego ciało zamigotało. Teraz przypominał szakala, stwora o płaskim pysku, wielkiej głowie i byczym karku, coś pośredniego pomiędzy hieną a dingo. W jego sparszywiałym futrze wiły się robaki. Powoli zaczął wspinać się po schodach.

Czarny Kot skoczył na niego i po sekundzie tarzali się już po ziemi, tworząc jedną splątaną masę, poruszającą się szybciej, niż potrafiło dostrzec moje oko.

Wszystko to działo się w ciszy.

A potem rozległ się ledwie słyszalny ryk – w dali, po wiejskiej drodze u wylotu podjazdu z grzmotem przetoczyła się ciężarówka. Przez szkła noktowizora jej reflektory płonęły jasno niczym zielone słońca. Powoli opuściłem lornetkę i ujrzałem tylko ciemność oraz łagodny żółty blask świateł, a potem czerwień świateł stopu, które znów zniknęły w nicości.

Kiedy ponownie uniosłem noktowizor, nie miałem już czego oglądać. Na schodach pozostał tylko Czarny Kot, patrzący w niebo. Skierowałem lornetkę w górę i ujrzałem, jak coś odlatuje, może sęp albo orzeł. A potem wleciało między drzewa i zniknęło.

Wyszedłem na werandę, podniosłem Czarnego Kota i zacząłem go głaskać, mówiąc łagodne kojące słowa. Gdy się zbliżyłem, miauknął żałośnie, po chwili jednak zasnął mi na kolanach, a ja ułożyłem go w koszyku i wróciłem na górę do łóżka, by także położyć się spać. Rankiem ujrzałem, że moją koszulkę i dżinsy pokrywa zaschnięta krew.

Było to tydzień temu.

Istota, która przychodzi do mojego domu, nie zjawia się każdej nocy. Przychodzi jednak bardzo często. Można to poznać po pokrywających kota ranach i bólu, jaki dostrzegam w jego lwich oczach. Stracił już władzę w lewej przedniej łapie, jego prawe oko zamknęło się na dobre.

Zastanawiam się, czym sobie zasłużyliśmy na Czarnego Kota. Zastanawiam się, kto go przysłał. I, przerażony i samolubny, zastanawiam się też, jak wiele jeszcze zniesie.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Chłopaki Anansiego. Wydanie II Księga cmentarna Mitologia nordycka Nigdziebądź (wydanie 8) Drażliwe tematy Ocean na końcu drogi 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Sześć światów Hain