Barça. Za kulisami najlepszej drużyny świata

Barça. Za kulisami najlepszej drużyny świata

Autorzy: Graham Hunter

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 24.68 zł

FC Barcelona jest najlepszym zespołem na świecie w swoim pokoleniu i być może najlepszym w całej historii.

Przed Wami nieznana opowieść o tym, jak ten wspaniały i uwielbiany przez miliony zespół napisał zupełnie nową definicję piłki nożnej.

Zaczynamy finałem Ligi Mistrzów na Wembley, który zakończył debatę o tym, czy Barça jest rzeczywiście najlepszą drużyną na świecie, a rozpoczął nową dyskusję: czy są najlepsi w historii? Poznamy tajemnice szatni zwycięskiej drużyny i wnikniemy wewnątrz trenerskiego umysłu Pepa Guardioli. Skupiając się na sztandarowych osobowościach zespołu, opowiadając historię pokolenia wybitnych piłkarzy, od jego początków w latach 80-tych ubiegłego wieku, aż po koronację w Londynie: przed Wami Pep Guardiola; jego mentor Johan Cruyff; Xavi, Andrés Iniesta i Lionel Messi, prawdopodobnie najlepszy piłkarz wszech czasów.

Książka Grahama Huntera przypomina nam wszystkim jak piękna może być piłka. Jego podziw dla Barçy jest autentyczny; jego wiedza olbrzymia. Potrafił po mistrzowsku skrócić dystans pomiędzy czytelnikiem, a opowiadaną historią. Sprawia, że kibicujemy nie tylko Guardioli i Messiemu, ale każdemu, kto miał swój udział w tworzeniu najlepszej drużyny na świecie.

Graham Hunter

Barça:

za kulisami najlepszej

drużyny świata

tłumaczenie

Michał Pol

Piotr Czernicki-Sochal

NA TRONIE BARÇY

Spoglądanie za kulisy wielkich spraw zawsze jest bardzo kuszące. Wielką sprawą, kto wie czy nie największą w futbolu, niewątpliwie jest Barcelona, więc uchylenie rąbka tajemnicy kusi podwójnie. Na co dzień widzimy Barçę raz, dwa razy w tygodniu. W środowo-wtorkowe spotkania Ligi Mistrzów i weekendowe mecze ligowe. Klub musi jednak funkcjonować bez przerwy. Codziennie treningi największych gwiazd to tylko wierzchołek góry lodowej, prawdziwa Barça kryje się głębiej. Głębiej nawet niż zacisza gabinetów prezydenta i jego doradców, decydujących o transferach i osobie trenera.

Wyobraźmy sobie Barcelonę jako wielki organizm, w którym trener jest mózgiem, decydującym o taktyce, piłkarze są nogami, strzelającymi najważniejsze gole, przynoszące trofea, a prezydenci to ręce, budujące wielkie, bordowo-granatowe przedsięwzięcie. Sercem tłoczącym krew do tych wszystkich organów jest jednak La Masía, wspaniała szkółka wychowująca kolejne pokolenia najlepszych piłkarzy. To właśnie na sporej grupie trenerów wszystkich grup młodzieżowych spoczywa olbrzymia odpowiedzialność za ciągłość filozofii zaszczepionej dawno temu przez holenderski lek na całe zło – Johana Cruyffa. Tylko oni wiedzą, jak wiele trzeba włożyć pracy, przelać krwi i potu na boisku, żeby mieć szansę skosztowania występów w pierwszej drużynie. To oni widzą proces kształtowania się największych piłkarzy. I choć wydaje się to całkiem wiarygodne, Messi nie urwał się z nieba, by niczym anioł tchnąć boską cząstkę w katalońską drużynę.

Zerknięcie „za kulisy” Barcelony pozwoli sprawdzić działanie tej magii od środka. To trochę jak podejrzeć pracę iluzjonisty, bo przecież piłkarze Barçy nie czarują, wbrew opinii wielu kibiców, naprawdę. Ich też obowiązują prawa fizyki. Po prostu nauczyli się je wykorzystywać do granic możliwości, tak jak David Copperfield zmysły publiczności. I choć można narzekać, że w ten sposób pozbawia się tej aury tajemniczości, zabawa jest przednia. Zresztą mimo obnażenia całej prawdy i tak chcemy wierzyć, że stoi za tym coś ponadnaturalnego. Ba, wierzymy! Trzeba zdać sobie jednak sprawę, że obecne sukcesy Barcelony to nie przypadek, kwestia chwili, że wszystko nagle zaskoczyło za dotknięciem różdżki Pepa, Leo czy Franka Rijkaarda. To wynik wielu lat pracy całej grupy ludzi, wierności systemowi Dream Teamu, a przede wszystkim wytrwałości w dążeniu do celu. Zdarzały się lata słabsze, żeby nie powiedzieć fatalne. Wystarczyła chwila, jedna decyzja, a cała wizja zostałaby wyrwana z korzeniami zanim zdążyłaby zakwitnąć. Dziś nie pamiętamy, że posada Rijkaarda wisiała na włosku w 2003 roku, po bardzo słabym początku sezonu. Rozważano zastąpienie go Luizem Felipe Scolarim i powierzenie mu zadania stworzenia zespołu złożonego z wysokich i silnych zawodników. Podobnie było w roku 2008, kiedy fatalnie zaczął pracę niezastąpiony dziś Guardiola. Nikt by go nie żałował. Za każdym razem ufano jednak zmysłowi Cruyffa, który twierdził, że cierpliwość się opłaci.

Opłaciła, i to jak. Trudno nawet zliczyć liczbę trofeów, które przyniosły obie, słuszne decyzje. Barcelona od pięciu lat dochodzi przynajmniej do półfinału Ligi Mistrzów, a trzykrotnie to trofeum zdobyła; ligę hiszpańską wygrywała dwa razy za kadencji Rijkaarda i trzy za Guardioli (a kto wie, czy nie wygra po raz czwarty), zwyciężała w Pucharze Króla, Klubowych Mistrzostwach Świata, Superpucharach Europy i Hiszpanii… Miejsce na trofea w muzeum na Camp Nou musiało być pewnie w trybie nagłym powiększone.

Można się sprzeczać o to, czy Barcelona już jest najlepszą drużyną w historii czy dopiero będzie, a może w ogóle nie ma na to szans. Ale trzeba przyznać, że gra piłkę urzekającą każdego miłośnika tego sportu. Wymiana futbolówki w polu karnym między kilkoma zawodnikami na pięciu metrach, w gąszczu nóg przeciwnika, to w ostatnich latach specjalność zakładu. Nawet jeśli wielu narzeka na niezliczoną ilość nudnych podań w środku pola, w końcu przyzna, że to rozsądna cena za pokaz w finalnej fazie akcji.

Pep Guardiola zdaje się „projektować” nowe schematy dla swojej drużyny w piłkarskich grach komputerowych, i to na najniższym poziomie trudności. Nie jest jednak trudno o takie wrażenie, gdy do swojej dyspozycji ma tak inteligentnych graczy jak Xavi, Iniesta, Fàbregas czy Messi. Gdy to oni decydują o kierunku lotu piłki, wszystko wydaje się banalnie proste – wystarczy przyłożyć nogę, o tak. Przypomina to trochę dziecięcą fascynację grą na podwórku, gdzie wynik jest co prawda ważny, ale w gruncie rzeczy chodzi o zabawę. Zdajemy sobie jednak sprawę, że im wyższy koń, na którym się siedzi, tym boleśniejszy będzie upadek. Porażka jest nieunikniona i zapewne kiedyś znów nadejdzie, ale póki co cieszmy się chwilą jak małe dziecko. Nie warto zaprzątać sobie głowy tak przyziemnymi sprawami jak konflikt z odwiecznym rywalem ze stolicy, bo sami piłkarze pokazali, że są ponad tym. Najważniejsza jest radość płynąca z oglądania wielkiej drużyny grającej cudowną piłkę. A Barcelona już udowadniała, że jest wierna swoim zasadom nawet w chudych latach. Oglądanie porażek zawsze boli, ale kiedy nadchodzą, trzeba je po prostu przetrzymać. Tak jak burzowe przedwiośnie zwiastujące gorące lato.

O obecnej drużynie Barcelony będzie się mówiło bardzo długo. Większość z nas na własne oczy widziała, i wciąż obserwuje, cały proces tworzenia się drużyny Barçy, wchodzenie Messiego do zespołu, jego rozwój i objęcie tronu najlepszego piłkarza świata. Rozkoszujmy się zatem myślą, że kiedyś będziemy mogli opowiadać wnukom o wyczynach Argentyńczyka. Los jest dla nas łaskawy i pozwala nam być świadkami fenomenu FC Barcelona. W 113-letniej historii klubu to właśnie my i to właśnie dziś mamy przywilej podziwiać tych, którzy za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat będą ogłoszeni bogami futbolu.

A kto po nich? W najniższych grupach wiekowych być może kopie piłkę kilkulatek, który w końcu oczaruje piłkarski świat. Tron Barçy jest dziedziczny. Wydawało się, że nikt nie będzie w stanie dorównać Romario. Potem pojawił się jednak Ronaldo. A po nim Ronaldinho, Messi… Myśl o tym, kto będzie następny, już przyprawia o gęsią skórkę.

TOMASZ LASOTA

Prezes Polskiej Penyi FC Barcelona

Fan Club Barça Polska

WSTĘP

Na początek trzeba powiedzieć, że zbieranie materiałów i pisanie tej książki było o wiele trudniejsze niż się kiedykolwiek spodziewałem... Jest jednak kilka spraw, które podtrzymywały mnie na duchu.

Po pierwsze – naprawdę wierzę, że obecna era FC Barcelona, jej styl gry i filozofia, dały nam coś, z czym za mojego życia nikt nie będzie mógł konkurować. O dorównaniu nie wspominając.

Poczynając od Ronaldinho i Eto’o w ich szczytowej formie, kończąc na magicznych kombinacjach układanych przez Iniestę, Xaviego i Messiego. Miałem przywilej pracowania na stadionach piłkarskich w całej Europie, gdzie gra Barçy była szokująco dobra.

Być może mogliśmy dać tej książce tytuł „Najlepszy zespół w historii”, ale po co? Niektórzy ważni ludzie w futbolu już tak uważają. Moje zdanie ma mniejsze znaczenie. Do mnie należy sporządzenie kroniki, która opowie jak ta drużyna, pod wodzą świetnego człowieka, Pepa Guardioli, pomiędzy 2008 rokiem a publikacją książki w 2012 roku udowodniła swoją jakość.

Debata o najlepszych w historii prawie zawsze opiera się na opiniach i ugruntowanym zdaniu. Podejrzewam, że jesteśmy świadkami czegoś bliskiego ideału, ale to do innych, w tym Ciebie, należy decyzja, czy sprawy wyjaśnione w tej książce oraz wydarzenia, których wszyscy byliśmy świadkami, przekonują Cię o wyjątkowości tego zespołu.

Faktem, będącym poza dyskusją nawet dla tych drużyn, które padły ofiarą piłkarzy Guardioli, jest to, że Barça regularnie prezentuje futbol podnoszący na duchu. Ta jedna z rzeczy, które wzmacniały we mnie chęć stworzenia tej książki.

Mam nadzieję, i chyba wierzę, że liga hiszpańska, którą telewizja Sky pokazywała przez ostatnie 15 lat, choć częściowo wpłynie na utalentowanych młodych piłkarzy w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Chcę, by oni i ich trenerzy mówili: „Nie, nie będę stosował oklepanych pomysłów o wzroście, sile, dalekich podaniach” itp. Technika, przyjęcie piłki, obsesja na punkcie utrzymania się przy niej, swobodna wymiana podań i pozycji, gra na pół kontaktu – chcę, żeby to wszystko podziałało na młodych chłopców i młode dziewczynki, którzy najpierw grają, a potem nauczają futbolu, tak aby taki styl gry stał się normą (pomimo naszej wrodzonej potrzeby, by grać agresywnie), a piłkarscy bandyci zejdą w cień.

Po drugie – wciąż zaskakuje mnie pasja, z jaką cały świat, nie tylko Katalończycy przywiązani do Barcelony, podchodzą do tej drużyny.

Futbol pokazał wiele twarzy, odkąd zacząłem go z tatą oglądać na stadionie Aberdeen w późnych latach 60., ale jego zdolność do inspirowania i ekscytowania rzadko, o ile kiedykolwiek, oczarowywała wszystkich tak, jak udało się to Barcelonie...

GRAHAM HUNTER

Barcelona, styczeń 2012

1 – DROGA NA WEMBLEY

„Nikt jeszcze nie sprawił nam takiego lania, ale Barça na to zasłużyła. To najlepszy zespół, z jakim graliśmy podczas mojej pracy na stanowisku menedżera”.

— sir Alex Ferguson

Wembley, Londyn. 28 maja 2011

Sir Alex Ferguson ściska dłoń Pepa Guardioli; jego język ciała mówi, że zaakceptował porażkę swojego Manchesteru United i jest pod wrażeniem wielkiego triumfu Barcelony.

Éric Abidal, który wykurował się po operacji nowotworu wątroby i zaczął grać trzy miesiące przed terminem przewidywanym przez lekarzy, niespodziewanie otrzymuje opaskę od kapitana Barcelony, Carlesa Puyola. Ma odebrać puchar.

Gerard Piqué zbiera malutki oddział konspiratorów. Ich zadaniem jest wycięcie siatki z bramki na Wembley.

Cały skład i sztab szkoleniowy Barçy trzyma się za ręce i tańczy wokół środkowego pola boiska. Puchar za zwycięstwo w Lidze Mistrzów jest owinięty flagą Katalonii i ustawiony na samym środku; wszystko wygląda jak pogańskie obchody czczące „Puchar z Wielkimi Uszami”.

Na tę historyczną chwilę złożyły się gole zdobyte przez Pedro, Wayne’a Rooney’a, Leo Messiego i Davida Villę.

Później z ust najwspanialszych ludzi w futbolu wydobywa się niepohamowany potok pochwał. Reakcja na arcydzieło wykonane przez niezwykłą Barcelonę Guardioli zaczyna rywalizować z samym meczem finałowym i niezwykłymi scenami, których dostarczył.

– Nikt jeszcze nie sprawił nam takiego lania, ale Barça na to zasłużyła. To najlepszy zespół, z jakim graliśmy podczas mojej pracy na stanowisku menedżera – powiedział Ferguson, który zdobył ponad 40 pucharów. – Grają w piękny sposób i cieszą się tym. Ich podania są hipnotyzujące, nie udało nam się kontrolować Messiego. Te słowa mówiło jednak już przede mną wielu...

Terry Venables, który zainspirował swoich piłkarzy do kilku wielkich meczów na Wembley i poprowadził Barcelonę do mistrzostwa Hiszpanii i finału Pucharu Europy w połowie lat 80. powiedział mi: – United zostali stłamszeni. Dostali lekcję. Fergie przeżył koszmar. Musiał stanąć przed kamerami i powiedzieć „Byli świetni”, ponieważ Barça nie tylko ich pokonała, ale pokazała, co jest w futbolu możliwe. Myślę, że wszyscy powinni stać i klaskać.

Graeme Souness był częścią wielkiej drużyny Liverpoolu z przełomu lat 70. i 80. XX wieku, która trzy razy wygrała Puchar Europy. – Młodzi chłopcy interesujący się futbolem oglądają nie tylko najlepszego piłkarza wszech czasów [Messiego], ale być może również najlepszy zespół w historii – powiedział. – Powinni zobaczyć każde nagranie, siedzieć i patrzeć na nich za każdym razem, gdy są w telewizji, bo to unikalna grupa zawodników.

Jednym z nielicznych, którzy przed meczem z Barceloną nie dawali Manchesterowi United żadnych szans, był Ossie Ardiles, zdobywca Pucharu Świata z Argentyną w 1978 roku. Po ostatnim gwizdku stwierdził: – Przez jakiś czas myślałem, że Diego Maradona nigdy nie zostanie prześcignięty, podobnie jak Pelé. Teraz powiedziałbym, że Lionel Messi przejdzie do historii jako piłkarz numer jeden – najlepszy, jaki kiedykolwiek się pojawił. A ta Barça to najlepsza drużyna wszech czasów.

Bixente Lizarazu, triumfator mistrzostw świata, Europy oraz Ligi Mistrzów z reprezentacją Francji i Bayernem Monachium, powiedział o Messim: – Kiedy widzisz go ubranego w zwykły, codzienny strój, wygląda jak dzieciak w drodze do szkoły. Kiedy jednak zobaczysz go w spodenkach na boisku, wszyscy pozostali wyglądają jak uczniowie przed obliczem mistrza.

Gary Neville, który niedawno zakończył niezwykle udaną, zapełnioną pucharami karierę w Manchesterze United, dodał: – Siedmiu piłkarzy Barcelony, których dzisiaj oglądaliśmy, przeszło przez młodzieżowe szczeble klubu; to sprawia, że są nie do zatrzymania. Trzeba im to przyznać, są fantastyczni, a Messi był absolutnie genialny. To jeden z najlepszych piłkarzy, jakich widzieliśmy. Przez ostatnie dwie dekady w piłce nożnej liczyła się siła fizyczna i atletyzm. Teraz Barcelona zabiera nas z powrotem do czasów wielkich drużyn brazylijskich. Futbol totalny.

Roy Keane, były kapitan United, którego przywództwo jest idealnym przykładem wielkiej pracy, jaką Ferguson wykonał na stanowisku menedżera, powiedział, że Barcelona jest „najlepszym zespołem, jaki widział”: – Są na innym poziomie. Może dzięki temu porażka United będzie łatwiejsza do przyjęcia. ManU nie przyniosło dziś wstydu. Po prostu mierzyło się z najlepszą drużyną wszech czasów.

Ottmar Hitzfeld poprowadził Borussię Dortmund i Bayern Monachium do zwycięstwa w Lidze Mistrzów. – Ta Barcelona to najbardziej inteligentna ekipa w historii – stwierdził. – Mają złotą generację, która w kolejnych latach wciąż będzie siłą w Lidze Mistrzów. Nie mam pojęcia, kiedy znów zobaczymy zespół tak perfekcyjny technicznie.

Marcelo Lippi, trener ze złotymi medalami za zwycięstwo w Lidze Mistrzów i Pucharze Świata, powiedział: – W historii piłki nożnej nie było jeszcze drużyny, która grała w ten sposób. Obecna Barcelona ma wszystkie cechy, by uważać ją za najsilniejszą w dziejach. Oglądamy unikalny fenomen.

Aby dodać trochę kontekstu historycznego, naszym następnym świadkiem będzie 78-letni Just Fontaine, czwarty na liście najlepszych strzelców w historii Pucharu Świata (w samym 1958 roku zdobył dla Francji 13 bramek). – Żaden zespół nie kontrolował piłki lepiej od tej Barcelony. Brazylia była niesamowita w 1958 i 1970 roku, tak jak Ajax Cruyffa i Real Madryt – zdobywca pięciu Pucharów Europy, ale to Barcelona stanowi ideał. A jeśli chodzi o Messiego, to zawsze uważałem, że najlepszy był Pelé – gwiazda swojego klubu i zdobywca trzech Pucharów Świata. Di Stéfano też był klasowym piłkarzem. Messi jest jednak od nich lepszy.

Stadion Mestalla, Walencja. 20 kwietnia 2011

38 dni wcześniej piłkarze tej lśniącej blaskiem drużyny siedzieli na boisku Valencii, stadionie Mestalla. Zmęczeni, pokonani, źli i obolali. Patrzyli, jak Real Madryt świętował zwycięstwo w finale Pucharu Króla. Gracze Guardioli mieli puste spojrzenia. To one są po wielkich meczach znakiem rozpoznawczym przegranych. Otępiały wzrok, oczy skierowane tysiące metrów poza stadion. Ból.

To było drugie El Clásico w ciągu trzech dni. Wcześniej, pomimo dominacji Barcelony i prowadzenia 1:0, mecz ligowy na Bernabeu zakończył się remisem 1:1. Natomiast epicki, stresujący finał Pucharu Króla został przegrany po wspaniałej główce Cristiano Ronaldo w dogrywce.

Wyglądało na to, że „sztorm doskonały” pochłania Barcelonę w odmęty. Pierwsza pucharowa porażka ery Guardioli była trudnym doświadczeniem dla zmęczonych żołnierzy Barçy. Większość z nich grała i święciła triumfy przez trzy poprzednie sezony, również latem, gdy nie odbywały się rozgrywki klubowe. Euro 2008, Puchar Konfederacji, potem mistrzostwa świata w 2010 roku – dość wyczerpujący sposób na spędzenie urlopu. Przez trzy lata Real Madryt był groźnym prześladowcą. Ta świadomość była dla Barcelony bardziej męcząca, niż możemy to sobie wyobrazić.

Czy porażka może ugodzić w morale i pewność siebie, a nawet otworzyć tamę, która zabezpiecza Barçę przed zmęczeniem?

Zespoły czekało jeszcze trzecie El Clásico w ciągu siedmiu dni. Z pewnością były to najważniejsze derby całego sezonu. Pierwszy mecz półfinału Ligi Mistrzów od początku zapowiadał się na brutalny sprawdzian umiejętności Barcelony. Real miał przewagę psychologiczną, był głodniejszy sukcesu. Postawił Barcelonie trudne, fizyczne wymagania, którym zespół Guardioli nie potrafił sprostać.

Podejście Realu najlepiej podsumował Emmanuel Adebayor, gdy rozmawiałem z nim w strefie mieszanej – tam piłkarze spotykają się z przedstawicielami mediów – na korytarzach stadionu Mestalla. – Mourinho powiedział nam, że Barça nie jest Robokopem. To jeden z najlepszych zespołów na świecie, ale składa się ze zwykłych ludzi, takich jak my, co oznacza, że jeśli spróbujemy zagrać w swoim stylu, przyciśniemy ich, na pewno zaczną popełniać błędy, będą tracić piłkę. Dlatego ruszyliśmy na nich jak lwy i tygrysy – wyjaśniał. – Real Madryt bardziej pragnął zwycięstwa, dlatego wygraliśmy.

Piłkarze Barcelony i Realu, którzy występowali razem w reprezentacji Hiszpanii, wprowadzili niepisaną zasadę, która mówiła, że niezależnie od spięć podczas El Clásico nie wolno im zapomnieć o więzi łączącej ich w kadrze narodowej. Umowę tę można by opisać słowami „walczcie do absolutnego maksimum, ale nie dalej”. Słusznie lub niesłusznie, niektórzy piłkarze Barçy czuli, że w finale Pucharu Króla pewne granice zostały przekroczone; znajomości ucierpiały.

Sędzia Undiano Mallenco przyznał 26 fauli przeciwko Realowi i 24 przeciwko Barcelonie, pokazując 5 kartek zwycięzcom i 3 przegranym – różnice nie są zbyt rażące. Arbiter pozwalał mimo wszystko na bardzo wiele. W pierwszej połowie Alvaro Arbeloa najpierw stanął na Villi, by błyskawicznie, na spółkę z Sergio Ramosem, chwycić go i postawić z powrotem na nogi, powodując wściekłość u piłkarzy Barçy. Doszło do wielu incydentów, w których gracze Realu nie zachowywali się jak bandyci, ale przekraczali dopuszczalną granicę, a sędzia nie widział powodów, by temu zapobiegać.

Stawka meczu była ogromna. Piłkarze zmarnowali mnóstwo okazji, w których górą był albo golkiper, albo obramowanie bramki. Iker Casillas i José Pinto wyczyniali cuda.

Wieczór został zwieńczony nagraniem, na którym Ramos upuszcza trofeum z dachu autokaru zmierzającego na plac Los Cibeles, gdzie kibice Realu świętują sukcesy. Zniszczony puchar po chwili wydobyto spod kół, a filmik obiegł cały świat. To była metafora tego, jak czuła się Barça.

Pojawiały się doniesienia, że niesprawiedliwe działania ochrony i słabe planowanie hiszpańskiej federacji piłkarskiej sprawiły, iż wściekli gracze Guardioli musieli się błąkać po boisku, gdy Real zmierzał po odbiór trofeum i aplauz podekscytowanych kibiców.

Nieprawda. Doradca Guardioli, Manel Estiarte, będzie jednym z naszych głównych przewodników po niezwykłych wydarzeniach końcówki sezonu 2010/11. Jest multiolimpijczykiem, zdobywcą złotego medalu i przez długi czas najlepszym piłkarzem wodnym na świecie. Był pierwszym człowiekiem zatrudnionym przez Guardiolę. Doradca, przyjaciel, obrońca – Estiarte widzi wiele, ale mówi bardzo mało. Dał mi jednak rzadki wgląd w podróż Barçy z Mestalli na Wembley.

– Na Mestalli sami zdecydowaliśmy, by zostać na boisku – mówi Estiarte. – W 2009 roku widzieliśmy ból Manchesteru United w Rzymie i płaczących piłkarzy Athletiku Bilbao na Mestalli po finale Pucharu Króla [finał w 2009 roku, który Barcelona wygrała 4:1]. Podziwialiśmy ich godność i dumę, więc uznaliśmy, że w razie porażki też zostaniemy na murawie. Nikt nas do tego nie zmusił.

Tito Vilanova, asystent Guardioli, powiedział mi: – Nie lubię przegrywać, ale bardzo wcześnie się nauczyłem, że nie da się zawsze wygrywać. Jeśli wiesz, że zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy i miałeś swoje szanse, to zaakceptujesz przegrywanie jako część futbolu. Przyjmujesz porażkę po męsku i starasz się poprawić. Okazujesz szacunek drugiej drużynie, tak jak zrobiliśmy to na Mestalli.

Gerard Piqué podszedł do każdego piłkarza Realu Madryt, by uścisnąć dłoń i złożyć gratulacje. – Porażka w finale jest trudna, bo wiesz, jak wielu ludzi zasmuciłeś i współczujesz kolegom z zespołu, którzy dali z siebie wszystko. Czasami jednak przychodzi kolej, żeby przegrać – opowiada. – Myślę, że ta drużyna wywalczyła sobie prawo do okazjonalnych porażek. Przynajmniej dopóki pokazujemy takie nastawienie i styl gry, jak na Mestalli.

Po porażce zdawało mi się, że być może Messi cofał się zbyt głęboko w poszukiwaniu przestrzeni wolnej od nękającego i faulującego go Pepe. Zwyczajowa pozycja Leo została nazwana „fałszywą dziewiątką”, ponieważ teoretycznie jest środkowym napastnikiem, ale ma pozwolenie na penetrowanie przestrzeni, w które zwykły napastnik lub „nr 10” się nie zapuszcza. Rozwiązanie, które jako pierwszy przetestował Frank Rijkaard w meczu z Sevillą w 2008 roku, doprowadziło do eksplozji formy Argentyńczyka w wygranym 6:2 starciu z Realem. Guardiola, po objęciu sterów w 2008 roku, podjął genialną decyzję i przydzielił mu tę rolę na stałe, co miało ogromny wpływ na rosnącą skuteczność Messiego. Jednakże tym razem najważniejszy piłkarz Barçy wracał aż na przedsionek własnego pola karnego, by już tam dostać podanie od Sergio Busquetsa lub Piqué.

Czy Leo pomógł w ten sposób Realowi Madryt? Było to też przypomnienie planu Mourinho sprzed roku, gdy jego Interowi udało się uciszyć Messiego w obu meczach półfinału Ligi Mistrzów.

Zadałem to pytanie trenerowi Barçy. Guardiola odpowiedział: – Poprosiłem Leo, żeby był kimś więcej niż tylko strzelcem goli. Jego rola wymaga pełnego udziału w meczu. Może biec w te strefy boiska, gdzie uważa, że się przyda. Nasz pomysł zakłada, że bierze udział w każdym aspekcie gry o wiele częściej niż ktoś, kto zajmuje się tylko wykańczaniem akcji. Messi jest piłkarzem, który podejmuje najważniejsze decyzje.

Nie byłem wtedy pewien, czy miało to realne przełożenie na to, co widziałem w dwóch kolejnych El Clásico, ale siedem dni później słowa Guardioli znalazły potwierdzenie, a mój sceptycyzm zniknął.

Po zwycięstwie Mourinho wyglądał na wycieńczonego. – W drugiej połowie piłkarze Barcelony byli zmęczeni we własnych głowach, bo są przyzwyczajeni do tego, że mają przewagę – mówił. – Niektórzy ludzie twierdzą, że aby grać wielki futbol, musisz długo przetrzymywać piłkę, ale ja myślę, że kontrataki i dominacja w określonych sektorach boiska również przyczyniają się do świetnego widowiska. Nie uważamy się za lepszych od Barçy tylko dlatego, że wygraliśmy, a jednocześnie oni nie są gorsi z powodu porażki. Każdy mecz jest inny.

Po zakończeniu spotkania padła jedna łagodna uwaga, która stała się bardzo ważna. Prawdopodobnie ukształtowała przyszłe wydarzenia tamtego sezonu...

Oto 20 minut przed końcem regulaminowego czasu gry wyglądało na to, że Pedro strzelił wspaniałego gola, który zrodził się z jednego z najlepszych dryblingów Messiego, jakie widziałem. Skrzydłowy Barçy był jednak na spalonym i bramka została anulowana. Decyzja arbitra dotyczyła centymetrów, a raport na stronie Barcelony przyznał mu rację. „Sędzia Undiano słusznie nie uznał gola” napisano. Mimo to spokojna reakcja Guardioli na to wydarzenie doprowadziła do wybuchu makiawelistycznej wyobraźni Mourinho.

Guardiola rozpoczął swoją konferencję prasową od pochwał: – Gratulacje dla Realu Madryt, zagrali doskonały mecz.

Nie chciał krytykować sędziego, ale stwierdził, że losy spotkania zmieniały się w zależności od detali. – Dwucentymetrowa decyzja dobrze ustawionego sędziego liniowego wykluczyła bramkę Pedro – tak brzmiały słowa Guardioli. Nic więcej... Zapamiętajcie je przez najbliższą stronę lub dwie.

Camp Nou. 23 kwietnia 2011. Barcelona kontra Osasuna

Droga Barcelony zamieniła się w pole minowe jeszcze zanim wybrała się do Madrytu na pierwszy mecz półfinału Ligi Mistrzów.

Zespół Guardioli wygrał dwa poprzednie sezony La Ligi, za każdym razem po pasjonującej walce z Realem. Nikt nie rozważał kapitulacji w lidze, by zwiększyć szanse na awans do finału Ligi Mistrzów. Tylko raz w historii klubu Barça zdobyła mistrzostwo więcej niż dwa razy z rzędu – dokonał tego Dream Team Johana Cruyffa.

– Był okres, gdy wszyscy czuli się potwornie zmęczeni, fizycznie i psychicznie, ale nie mieliśmy czasu na użalanie się nad sobą – mówi Vilanova. – Jeśli jesteś naprawdę wielkim zawodnikiem, to wiesz jak ważne jest podniesienie się po porażce i właśnie to zrobili nasi piłkarze.

Przed spotkaniem 33. kolejki z Osasuną Barça miała 8 punktów przewagi nad Królewskimi. Do zgarnięcia pozostawało 18. Pozycja na szczycie tabeli była komfortowa, ale nie do końca pewna. Guardiola błagał kibiców o przyjście na stadion i wsparcie drużyny. Na konferencji mówił: – Jeżeli są jacyś piłkarze smutni lub rozbici po porażce w finale Pucharu Króla, cóż, sprawcie, żeby zaczęli ciężko pracować! Moi podopieczni muszą zareagować, ponieważ to jest ich praca i ich odpowiedzialność. Smutek da się zostawić za sobą, jeśli ciężko pracujesz i walczysz na boisku. Jeśli ktokolwiek będzie przybity porażką, usiądzie na ławce rezerwowych albo na trybunach.

„Campeones, campeones!” śpiewali w tamtą sobotę fani na Camp Nou, gdy przeciętnie dysponowana Osasuna przegrywała 0:2. Pierwszy gol Davida Villi od 12 meczów i późne trafienie Messiego (jego 50. bramka w sezonie) były dobrą odpowiedzią na wymagania Guardioli.

Tego samego wieczoru Real wybrał się na wyjazdowy mecz z Valencią, strzelił ekipie Unaia Emery’ego 6 goli i w obliczu zbliżającego się półfinału Ligi Mistrzów wciąż wyglądał na groźniejszą drużynę od Barcelony. Barca utrzymała 8-punktową przewagę, ale Real mógł do końca sezonu zdobyć ich jeszcze 15.

Kilka miesięcy później Guardiola przyznał się przed nami, że mecz z Osasuną był „straszny”, ale w tym czasie trzeba było ustalić stan zespołu, także zmęczenie fizyczne i psychiczne. Mogło dojść do pogorszenia nastrojów, wywołanego zwyczajnym przemęczeniem.

Madryt. Wtorek, 26 kwietnia 2011. Konferencja prasowa przed meczem Ligi Mistrzów

Real Madryt zorganizował konferencję jako pierwszy. Zaczęła się o 14:25 w ich centrum treningowym Valdebebas blisko lotniska Barajas. Barcelona miała odbyć trening na Santiago Bernabeu (pomocne, zwłaszcza biorąc pod uwagę wzburzoną dyskusję na temat stanu murawy), po którym, o 20:00, Javier Mascherano (nazywany teraz „Szefuńciem”) i Josep Guardiola mieli stawić się na konferencji prasowej.

Zbliżało się trzeci z czterech El Clásico w ciągu 16 dni – fani piłki nożnej i dziennikarze z całego świata byli bardzo przejęci.

Jeszcze zanim usiadł na krześle, Guardiola był gotów do uderzenia nas trwającym 2 minuty i 27 sekund piorunem kontrolowanej agresji i oburzenia, które były zaplanowane przynajmniej równie dobrze, co taktyka jego drużyny na zbliżający się mecz.

Wcześniej tamtego popołudnia menedżer Realu Madryt popełnił błąd. Diatryba Mourinho przeciwko Guardioli podczas konferencji prasowej była na przemian złośliwa, ekstrawagancka, barwna i ociekająca sarkazmem. Wszystko dotyczyło niewinnych słów Guardioli o „dwucentymetrowej decyzji”, wypowiedzianych w kontekście nieuznanego gola Pedro w finale Pucharu Króla.

– Do teraz trenerzy mogli być podzieleni na dwie grupy – zaczął Mourinho, zachwycony zbliżającą się kpiną. – Mała składa się z tych, którzy w ogóle nie mówią o sędziach, a inna, potężna, do której sam należę, zbudowana jest z ludzi krytykujących ich, jeśli popełnią poważne błędy. Nie potrafimy kontrolować naszej frustracji, gdy się pomylą, ale gratulujemy im, kiedy podejmują słuszne decyzje. Teraz jednak pojawiła się trzecia grupa, z zaledwie jednym członkiem – Pepem! To nowa era, o której świat jeszcze nie usłyszał – ktoś krytykuje sędziego za dobrą decyzję! Wyjaśnienie jest takie, że podczas swojego pierwszego sezonu w roli trenera Barcelony Guardiola był świadkiem skandalicznego sędziowania w meczu z Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów i od tej pory jest nieszczęśliwy, gdy arbiter ma rację.

Mourinho nie odniósł się nawet jednym słowem do gratulacji, które Guardiola złożył Realowi za zasłużone zwycięstwo, nie zauważył, że Pep ani nie skrytykował sędziów, ani nawet nie sugerował, że bramka jego druzyny została zdobyta w zgodzie z przepisami. Pepowi wystarczyło zwyczajnie wspomnieć o golu ze spalonego i arbitrze liniowym, by wysłać Portugalczyka z powrotem do jego ponurego wszechświata.

Mourinho sądzi, że „mecz zaczyna się w sali prasowej dzień przed pierwszym gwizdkiem”. Dzięki zaplanowanym wypowiedziom odniósł już kilka sukcesów. Opuszczając konferencję i śliniących się po jego występie przedstawicieli mediów z całego świata mógł więc klepnąć się w ramię, szeroko się uśmiechnąć i szepnąć: „Trabalho bem feito...”. Dobra robota.

Okazało się jednak, że źle ocenił Guardiolę. Dopiero wieczorem w sali prasowej na Santiago Bernabeu zrobiło się naprawdę interesująco. Trener Barcelony, podobnie jak większość jego piłkarzy, oglądał popołudniową konferencję Mourinho w telewizji. Była nadawana na żywo.

Andoni Zubizarreta, dyrektor Barçy do spraw futbolu i bezpośredni przełożony trenera, grał z Guardiolą w jednej drużynie podczas ery Cruyffa. – Musimy rozmawiać wyłącznie o futbolu. Teraz jest to ważniejsze niż kiedykolwiek – ostrzegł kolegę „Zubi”, gdy Mourinho skończył swoje nędzne przedstawienie. Były bramkarz Barcelony i reprezentacji Hiszpanii wiedział, że przekroczono granicę. Po dwóch brutalnych El Clásico przyszedł czas, by zerwać się z łańcucha. Do tej pory Guardiola robił wszystko, by udobruchać kumpla z dawnej drużyny, ale uznał, że ma dość.

Konferencja zaczęła się od wypowiedzi Mascherano, który był jak zawsze elokwentny, skupiony na futbolu, oddalający się od debaty o stanie murawy na Bernabeu. Guardiola skinął głową, klepnął go w ramię i powiedział: „Dobra robota, kolego”. Trener Barçy nie potrzebował nikogo, kto zastąpiłby go w wykonaniu jego pracy. Był gotowy, by samemu nacisnąć na spust.

Później wszystko zaczęło nagle przyspieszać. Oficer prasowy Barcelony, Chemi Teres, pozwolił zadać pierwsze pytanie dziennikarzowi z ciekawym nazwiskiem, Davidowi Bernabeu. Barça jest klubem z Katalonii, jednak kilkudziesięciu Katalończyków pracujących w gazetach, stacjach radiowych i telewizyjnych zostało zignorowanych na rzecz Hiszpana z madryckiej telewizji. David musiał wcześnie oddać swój materiał i poprosił, by to rozważyć, ale takie rozwiązanie pasowało również Guardioli. Występ, który przygotował, był skierowany do kastylijskiej widowni: maksimum napięcia, pełna demaskacja.

Dziennikarz spytał: – Nie wiem czy ktoś powiadomił pana o słowach pana Mourinho podczas popołudniowej konferencji, ale zanotowałem dla pana kilka cytatów. Zdziwiło go, że skrytykował pan sędziego za podjęcie słusznej decyzji – mowa o spalonym Pedro w finale Pucharu Króla w zeszłym tygodniu. Spytał wręcz, jak może pan żyć po skandalu w półfinale z Chelsea dwa lata temu i czy z tego powodu jest pan przyzwyczajony do arbitrów, którzy faworyzują Barcę. Ma pan jakąś odpowiedź dla Mourinho na 24 godziny przed wielkim meczem?

Wypowiedzenie poniższych słów zajęło Guardioli dokładnie 2 minuty i 27 sekund.

– Cóż, po pierwsze: dobry wieczór. Ze względu na to, że pan Mourinho mówił do mnie na „ty” i podczas swojej konferencji odnosił się do mnie per „Pep”, będę dziś mówił o nim „Jose”. Nie wiem, która kamera tutaj jest jego [Guardiola nie patrzy na dziennikarzy, spogląda na kamery znajdujące się z tyłu sali], pewnie wszystkie. Jutro na kwadrans przed dziewiątą zagramy mecz piłkarski na boisku, które się tu znajduje. Poza boiskiem on już wygrał, wygrywał cały rok, cały sezon i będzie wygrywał w przyszłości. Z radością wręczam mu puchar Ligi Mistrzów za dokonania pozaboiskowe. Może zabrać go do domu i rozkoszować się nim oraz resztą swoich rzeczy.

– Jeśli chodzi o nas, my po prostu gramy. Może wygramy, może przegramy. On zazwyczaj wygrywa, można spojrzeć w jego CV. Nam wystarczą nasze „mniejsze” zwycięstwa, które wywołują podziw na całym świecie i przynoszą nam wielką dumę. Mógłbym przygotować dla was listę podobnych zarzutów, ale wtedy nigdy byśmy nie skończyli.

– Mówił o Stamford Bridge i wydaje mi się, że moglibyśmy sporządzić dwieście pięćdziesiąt tysięcy własnych zarzutów, ale nie mamy w sztabie sekretarzy i byłych sędziów lub dyrektorów, których zadaniem jest notowanie błędów arbitrów. Zostaje nam tylko jedno – wyjść na murawę jutro o 20:45 i spróbować wygrać, grając taki futbol, jaki najlepiej nam wychodzi.

– W tej konkretnej sali prasowej on jest pieprzonym szefem, wielkim pieprzonym szefem. Wie, jak działa świat, lepiej od kogokolwiek innego. Nie chcę rywalizować z nim na tym polu choćby przez chwilę. Mogę mu tylko przypomnieć, że przez cztery lata byliśmy razem, on i ja [w FC Barcelona w późnych latach 90.]. On zna mnie, a ja znam jego. To mi wystarczy. Jeśli po finale Pucharu Króla woli artykuły i stwierdzenia dziennikarzy zaprzyjaźnionych z Florentino [Perezem] i przykłada do tego większą wagę niż do naszej przyjaźni… nie, nie do końca przyjaźni, ale znajomości zawodowej, którą wtedy zawarliśmy – to w porządku.

– Może dalej czytać Alberta [Einsteina – Mourinho twierdzi, że stosował cytaty z jego wypowiedzi podczas przemów do piłkarzy]. Nie ograniczajcie go, niech robi to wszystko, niech czyta przemyślenia dziennikarzy ssących cycek Florentino Pereza i wyciąga z nich takie wnioski, jakie mu się podobają.

– Nie poświęcę nawet sekundy na usprawiedliwienie moich słów. Powiedziałem, że zostaliśmy pokonani przez szczegół, dzięki bystrym oczom sędziego liniowego, który miał rację. Tamtego wieczoru zwyczajnie pogratulowałem Realowi Madryt zasłużonego zdobycia pucharu, wywalczonego na boisku przeciwko dobrej drużynie, którą mam przyjemność trenować.

– Tak więc, Jose, nie wiem, która kamera jest twoja [przebiega wzrokiem po końcu sali], ale… To by było na tyle.

Na coć takiego zanosiło się od długiego czasu...

Pracowałem u boku reprezentacji Hiszpanii podczas mistrzostw świata w 2010 roku. Kontyngent barceloński miał dość pytań o zatrudnienie Mourinho w Realu jeszcze zanim kadra zdążyła wrócić do ojczyzny ze zdobytym pucharem. Wystarczyło, że Portugalczyk kaszlnął lub podniósł brwi, by katalońskie media, nie mówiąc o reszcie Hiszpanii, denerwowały piłkarzy Barçy pytaniami o „The Special One”.

Pierwszy wywiad nowego sezonu przeprowadziłem z Gerardem Piqué. Spytałem, czy miał dość słyszenia nazwiska tego człowieka. Piqué odpowiedział: – Naprawdę trudno jest iść na każdy wywiad czy konferencję prasową i słuchać pytań o „nim”. Rozumiem, że jest tu nowy i został trenerem Realu Madryt, ale nic więcej! Myślę, że powinniśmy rozmawiać o nas – o Barcelonie! O tym, jak gramy w tym roku. Powinniśmy zapomnieć o Realu Madryt i Mourinho. Zdobyliśmy wiele szacunku i tytułów, pokazując światu nasz styl gry. W tym sezonie spróbujemy pójść tą samą drogą.

W ciągu roku piłkarze Barcelony czuli ze strony Mourinho narastający brak szacunku, nawet po zwycięstwie 5:0 w listopadzie. Mourinho stwierdził, że inne kluby „podarowały” Barcelonie mistrzostwo, ponieważ nie przyjeżdżały na Camp Nou, by wygrać, ale jedynie zminimalizować straty. Mourinho nieustannie powtarzał, że Barcelona jest mocno faworyzowana przez sędziów, by wtedy, dzień przed półfinałem, dodać, że Guardiola nie potrafi znieść arbitrów, którzy nie dają mu dodatkowej przewagi.

Piłkarze Barçy w dużej mierze przestrzegali zasad ustalonych przez klub i nie atakowali Realu, nie wchodzili w pułapki zastawiane na nich przez Mourinho. Mówimy przecież jednak o wojownikach, a nie przestraszonych chłoptasiach. Czekali bardzo długo, by się odgryźć. Wreszcie osobiście urażony poczuł się sam Guardiola. Tamtego wieczoru postanowił wyzwolić trochę złości i frustracji, która skumulowała się w nim oraz jego graczach i sztabie.

Piłkarze byli zachwyceni. Guardiola wyrzucił wściekłość, gotujacą się w każdym z nich. To nastawiło ich na grę w piłkę; nie musieli już wchodzić w polemikę o faulach, symulacjach i boiskowych spięciach.

Estiarte zdradza nam sekret: – Drużyna wracała z treningu do hotelu, gdy telefony zaczęły wariować – głównie esemesy w stylu: „Tym razem trener zaczął coś naprawdę dużego”. W hotelu piłkarze urządzili mu potężną owację. To był jeden z najbardziej wyjątkowych wieczorów ostatnich trzech lat.

Na tym nie skończyło się ciepłe uczucie, towarzyszące zazwyczaj wyczekiwaniu na pierwszą gwiazdkę. Po obiedzie w hotelowej sali przyciemniono światła. Większość zawodników spodziewała się kolejnego inspirującego i motywującego filmiku Pepa, choć zwykle pokazywał je dopiero w dniu meczu. Zamiast tego zaserwowano im inną ucztę – Victor Valdes przygotował DVD, na którym imituje szeroki zakres postaci ze składu Barçy i hiszpańskiego futbolu. Jego koledzy byli w siódmym niebie. Boki zrywali szczególnie Messi, Mascherano i Milito, którzy przyjęli swoje karykatury w wielkim stylu.

Nie chodziło jednak wyłącznie o pobudzenie tłumu – był w tym wszystkim określony plan. Estiarte kontynuuje: – Nie mówię, że Pep jest geniuszem, ale jeśli chodzi o piłkę nożną, to bardzo utalentowany człowiek. Chodzę na wszystkie wykłady taktyczne i na początku nie wiedziałem zbyt wiele o futbolu. Stoi tam, a obok niego wielki ekran i 25-minutowy materiał. Mówi: „Panowie, wygramy, ponieważ wszyscy tu jesteście”. Po spotkaniu czują się, jakby już zagrali ten mecz, ponieważ instrukcje są tak ściśle dopasowane. Pep pokazuje im słabości przeciwników i mówi: „To stanie się tutaj i tutaj”. Nie mówi „Musicie strzelić gola w taki i taki sposób”. To brzmi raczej jak „Jeśli możemy otworzyć tę przestrzeń, możemy łatwo się przedostać”.

Publicznie Guardiola wciąż utrzymywał, że nie widzi związku pomiędzy porażką w finale Pucharu Króla a szansami Barçy na awans do finału Ligi Mistrzów. – Gramy ten półfinał z przekonaniem, że różnice pomiędzy nami a Realem są minimalne – powiedział. – Wszystko jest przeciwko nam i niewielu ludzi nas wspiera. Wygląda na to, że według opinii publicznej wygra Real, ale nie możemy doczekać się tego meczu. Jesteśmy podekscytowani i entuzjastyczni.

W międzyczasie kontuzjowany kapitan Barcelony, Carles Puyol, prowadził wyścig z czasem. Dało się odczuć, że to bardzo istotne. W tym sezonie Piqué i Puyol zagrali wspólnie 18 meczów. 15 z nich Barça wygrała, 3 zremisowała, ani jednego nie przegrała. Ostatnia porażka duetu Piqué – Puyol przypadała na poprzedni półfinał Ligi Mistrzów z prowadzonym przez Mourinho Interem.

32-latek musiał polegać na swym rozległym doświadczeniu i chęci rywalizacji. Dokończył sezon, występując w zaledwie czterech z 30 spotkań. Pełne 90 minut rozegrał tylko dwukrotnie – za każdym razem w zaciekłych starciach z Realem. Jego poświęcenie i odwaga są godne podziwu. Nie był w pełni zdrowy i gdyby w grę wchodził inny mecz niż El Clásico, zapewne obejrzałby go z trybun.

Tito Vilanova: – To fakt. Prawdopodobnie nikt inny nie zrobiłby tego, co Carles. Zasługuje na wielkie pochwały, ponieważ przechodził bardzo trudny okres i zagrał w półfinale z Realem, mimo że nie praktycznie wcale nie trenował. Nie byliśmy pewni czy mu się uda, czy uraz sprawi mu jakieś problemy. Wyczyn Carlesa z zeszłego roku jest jedną z najwspanialszych rzeczy, jakie widziałem w futbolu. Właśnie dlatego wszyscy czuliśmy się fatalnie, gdy okazało się, że nie może zacząć finału w pierwszym składzie.

Chodziły pogłoski, że mecz na Bernabeu poprowadzi Wolfgang Stark. Początkowo pracownicy Barcelony, którzy analizują takie informacje, nie byli szczególnie zadowoleni. Niemiec sędziował spotkanie Barcelony z Celtikiem w Pucharze UEFA w sezonie 2003/04 i wyrzucił z boiska Thiago Mottę i Javiera Saviolę. Z kolei w pierwszym meczu półfinału Ligi Mistrzów z Chelsea w 2009 roku na Camp Nou piłkarze Guardioli mieli wrażenie, że Stark jest arbitrem, któremu nie przeszkadza twardy, brytyjski styl gry. Barça wygrała tylko jedno z pięciu spotkań sędziowanych jej do tej pory przez Starka.

Największymi zmartwieniami 3 590 kibiców Barcy, którzy przyjechali do Madrytu – prawdopodobnie dziesięć razy więcej niż na ligowym El Clásico – były więc zdrowie Puyola i obecność Starka. Ponadto z obsady wypadł Andres Iniesta. Kontuzja pozbawiła go możliwości występu tak jak w poprzednim roku, gdy Mourinho i jego Inter pokonali Barçę też w półfinale LM. Znaki, znaki… Wydawało się, że droga na Wembley jest bardzo daleka...

Jednak wieczór okazał się cudowny!

Santiago Bernabeu. Środa, 27 kwietnia 2011. Półfinał Ligi Mistrzów

Mourinho ustawił Pepe w środku defensywnie usposobionej linii pomocy, którą uzupełniali Lassana Diarra i Xabi Alonso. Jego zadanie było jasne: miał być „Terminatorem” Messiego.

Real pozwolił urosnąć murawie do trzech centymetrów; to trzykrotnie więcej niż na Camp Nou. Piłkarze Barcelony traktują ten temat bardzo poważnie. Trawa gładka jak pupa niemowlaka pozwala piłce na przemierzanie boiska z szybkością krążka hokejowego, a to daje przewagę drużynom złożonym z szybkich, grających technicznie zawodników. Murawa, która przypomina długie frędzle z zamszowych kurtek noszonych w westernach, sprawia, że futbolówka zwalnia, a to uszczęśliwia piłkarskich oprawców i pozwala na wdrażanie okropnego, defensywnego stylu gry, który jest najczęstszym pomysłem na zatrzymanie Messiego, Iniesty i Xaviego.

Xavi skomentował to w ten sposób: – Wielka szkoda, że nie ma przepisów dotyczących murawy. Jest 2011 rok, mamy zasady o kolczykach, mediach, naszych koszulkach, ale nikt nie zajmuje się trawą, która potrafi podnieść atrakcyjność meczu lub, z drugiej strony, doprowadzić do kontuzji.

W półfinale Ligi Mistrzów Real Madryt, 9-krotny zdobywca Pucharu Europy, przed swoją publicznością utrzymywał się przy piłce tylko 26% czasu. Częściowo był to skutek gry gości, a częściowo – plan taktyczny Mourinho.

„El Pais” to popularna hiszpańska gazeta – nie faworyzuje żadnego klubu. Ich czołowy dziennikarz, Jose Samano, tak opisał wydarzenia na boisku: „Z Pepe Real odmawiał gry. Bez Pepe Real nie potrafił grać. Mourinho nakazał swojej drużynie przejście na ciemną stronę mocy. Najpierw zrobił to w meczu ligowym, a wczoraj wieczorem w Lidze Mistrzów. Żadne z tych spotkań nie zakończyło się dla niego dobrym wynikiem, a tylko to stanowiłoby powód do usprawiedliwienia takiego stylu gry.”

„Bez Pepe” odnosi się do czerwonej kartki, którą sędzia pokazał Portugalczykowi za zaatakowanie Daniego Alvesa wyprostowaną nogą na wysokości kolan. Uszłoby mu to na sucho tylko w finale Pucharu Anglii z 1970 roku pomiędzy Leeds a Chelsea, gdzie piłkarze mogli robić wszystko – polecam obejrzeć to spotkanie w internecie.

Czerwoną kartkę zobaczył też Mourinho. Trener Realu kpił z arbitrów za decyzję o wyrzuceniu jego piłkarza.

Gdy Pepe nie mógł go już niepokoić, Messi miał wolną rękę. Jego pierwszy gol padł po podaniu od Ibrahima Afellaya, który najpierw minął Marcelo jak tyczkę, a potem dośrodkował w pole karne. Tam czekał niepilnowany Messi.

Druga bramka Argentyńczyka to jedno z najpięniejszych trafień w historii Ligi Mistrzów. W okolicach połowy boiska piłkę podał mu Busquets. Messi minął czterech piłkarzy Realu, wlekąc ich za sobą jak złowione ryby, by wreszcie przerzucić piłkę obok Casillasa.

Gordon Strachan, były pomocnik Aberdeen, Manchesteru United i reprezentacji Szkocji, był tego wieczoru na Bernabeu i nazwał tego gola „jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek zobaczymy w wykonaniu, moim zdaniem, najlepszego zawodnika w historii tej dyscypliny”.

Tito Vilanova wygłosił sprytny komentarz, gdy z nim rozmawiałem. Uważałem, że czerwona kartka dla Pepe była kluczowym momentem spotkania. On miał inne zdanie: – Jeżeli Messi przedryblował sześciu piłkarzy, to nie ma znaczenia czy przeciwnik ma dziesięciu, czy jedenastu zawodników na boisku – ważne jest to, że Messi przedryblował sześciu rywali.

Działo się o wiele więcej, ale to były najważniejsze chwile. Pośród hałasu i furii panującej na Bernabeu niewielu zauważyło, że Guardiola użył tego wieczoru ośmiu wychowanków FC Barcelona, a najmłodszy z nich, wprowadzony z ławki rezerwowych 19-letni Sergi Roberto, był dziewiętnastym canterano (junior wytrenowany przez klubową akademię), któremu Guardiola podarował debiut w pierwszym zespole odkąd został trenerem w czerwcu 2008 roku. W ciągu mniej niż trzech lat do drużyny gwiazd wprowadzono 19 nowych dzieciaków! Całkowicie niespotykane.

Muszę ze smutkiem odnotować, że w stronę ciemnoskórych piłkarzy Barcelony krzyczano ohydne rasistowskie hasła. Moi znajomi, którzy tydzień później zasiedli na trybunach Camp Nou podczas półfinałowego rewanżu, przekazali mi, że tam również doszło do tych haniebnych zachowań. Rasizm jest zmorą całego futbolu, a Hiszpania nie walczy z nim w należyty sposób.

Po meczu Mourinho dorównał beznadziei zaprezentowanej przez jego piłkarzy na boisku. „Por qué?” pytał, raz za razem. Dlaczego? Choć z ust nie leciała mu piana, to wyglądał na lekko rozjuszonego: – Gdybym powiedział UEFA i sędziom, o czym myślę, to dziś skończyłaby się moja kariera.

Potem wyliczał arbitrów, których najwyraźniej obwiniał o faworyzowanie Barcelony w poprzednich meczach: – Ovrebo, De Bleeckere, Busacca, Frisk, Stark… por qué?

Mourinho przygotował listę decyzji, które w jego mniemaniu pomogły Barcelonie – zazwyczaj w spotkaniach z jego drużynami. Tom Henning Ovrebo nie podyktował Chelsea kilku rzutów karnych, o które domagali się jej piłkarze w półfinale Ligi Mistrzów z 2009 roku; Frank De Bleeckere pokazał czerwoną kartkę Thiago Motcie z Interu w półfinale rok później; Massimo Busacca wyrzucił z boiska występującego w Arsenalu Robina van Persiego w 1/8 finału w 2011 roku; historia Andersa Friska sięga aż 2005 roku, gdy w meczu Chelsea z Barcą wysłał do szatni Didiera Drogbę.

Potem Mourinho znów skupił się na Starku i spotkaniu zakończonym chwilę wcześniej zwycięstwem Barcy:

– Pojedziemy na rewanż bez Pepe, który nic nie zrobił, bez Ramosa [przekroczył limit żółtych kartek i został zawieszony], który nic nie zrobił. Bez trenera. Zadaję wam tylko jedno pytanie. Może któregoś dnia dostanę odpowiedź. Por qué? Nie wiem, może chodzi o rozgłos dla UNICEF-u. Nie rozumiem działań Ovrebo sprzed dwóch lat i tego, co się stało dzisiaj. Nie rozumiem także cudu, którego doznał Inter w ubiegłym sezonie.

– Znów nas zabili. Dzisiaj zademonstrowano, że nie mamy żadnych szans. Mieliśmy plan na ten mecz, ale sędzia nie pozwolił nam go wprowadzić w życie. Nie wiem czemu. Ten piłkarski świat sprawia, że czasami czuję się zbrukany. Dzisiaj widzieliśmy, że to nie jest trudne, ale po prostu niemożliwe. A jeśli w jakiś sposób wyjdziemy na prowadzenie na Camp Nou i sprawimy, że kwestia awansu będzie otwarta... – cóż, znów nas zabiją.

– Czułbym się zażenowany, gdybym wygrywał mecze tak, jak Pep Guardiola. Podobno czuł się urażony, że mówiłem do niego wczoraj po imieniu. Ten gość to fantastyczny trener, ale wygrał swoją pierwszą Ligę Mistrzów po skandalu na Stamford Bridge. Byłbym zażenowany takim zwycięstwem. Jeśli w tym roku wygra kolejną, stanie się to dzięki skandalowi na Bernabeu. Jest wielkim trenerem i wielkim człowiekiem, więc mam nadzieję, że pewnego dnia uda mu się zdobyć taki puchar, który nie jest splamiony.

Dla porządku prezentuję również reakcję Guardioli: – Drużyna z dziewięcioma Pucharami Europy w gablocie nigdy się nie podda. Oglądałem grę Realu tysiące razy, już kiedy byłem dzieckiem, i wiem, do czego są zdolni. Przeciwko każdemu innemu zespołowi zwycięstwo 2:0 w pierwszym meczu dawałoby nam spokój. Przeciwko tej konkretnej drużynie sprawy wyglądają inaczej. Graliśmy dobrze już wtedy, gdy mieli jedenastu piłkarzy. Oczywiście po czerwonej kartce było łatwiej, ale już wcześniej kontrolowaliśmy sytuację.

Piqué dodał: – Przez pierwsze sześćdziesiąt minut wcale nie atakowali, a grali przecież u siebie. Jeśli twój futbol polega na stosowaniu przemocy, to nie może się dla ciebie dobrze skończyć.

Głosy krytyki nie pochodziły wyłącznie z Barcelony. Guti, arcy-madridista, występujący wtedy w Turcji, stanął nie po stronie rozżalonego Mourinho, lecz Guardioli: – Pep jest gwiazdą. Mogę o nim mówić wyłącznie z szacunkiem i podziwem, zarówno dla jego pracy w roli trenera, jak i stylu, z jakim grał w piłkę.

Potem był Cristiano Ronaldo. Przez pierwszy kwadrans na Bernabeu próbował naciskać Barcelonę, ale żaden z jego kolegów mu nie pomógł. Kierując ręce ku niebu, próbował przekonać ich, by podejść do obrońców Barcelony – ale oni mieli swoje rozkazy.

Po meczu Ronaldo został spytany o strategię ustaloną przez Mourinho:

– Jesteś usposobiony ofensywnie, lubisz styl gry swojego zespołu?

– Nie, nie lubię, ale muszę się dostosować, bo tak to wygląda.

Tydzień wcześniej jego gol dał Realowi triumf w Pucharze Króla, ale w Lidze Mistrzów Mourinho – a nie Wolfgang Stark – odciął go od piłek. Za swoje słowa Ronaldo nie zagrał przeciwko Saragossie (aczkolwiek trener stwierdził, że Ronaldo był zmęczony, bo grał zbyt długo dziesięciu na jedenastu w półfinale z Barceloną – 29 minut). Real przegrał tamto spotkanie 2:3, co pozwoliło Barcelonie na odpoczynek dla Puyola, Iniesty, Valdesa, Villi i Pedro w meczu z Realem Sociedad, przegranym 1:2.

Wszystko sprowadzało się do tego, że przed rewanżowym meczem półfinału Ligi Mistrzów oba zespoły złożyły zażalenia do UEFA. Katalończycy mieli 8 punktów przewagi w La Liga, a do końca sezonu pozostawały 4 kolejki (12 pkt.).

Camp Nou. Wtorek, 3 maja 2011. Rewanżowy mecz półfinału Ligi Mistrzów

Przed rewanżem nad Camp Nou otworzyły się niebiosa. Rzęsisty deszcz mógł symbolizować współczucie dla starego, biednego Mourinho, miłosierdzie dla Érika Abidala, który wracał do gry po wycięciu zagrażającego życiu guza wątroby, lub też radość ze sposobu, w jaki Barcelona zakwalifikowała się do finału na Wembley. W każdym razie ulewa sprawiła, że boisko było w fatalnym stanie.

Real zagrał z ambicją, ryzykownie i agresywnie. Fakt, że Diarra, Ramos i zwłaszcza Marcelo nie zostali wyrzuceni z boiska, jest trudny do wytłumaczenia.

Pedro strzelił cudownego gola i podwyższył prowadzenie Barcelony w dwumeczu na 3:0. Marcelo częściowo zrehabilitował się za błędy przy wszystkich trzech półfinałowych bramkach Barçy, trafiając na 1:1, a Gonzalo Higuaín został pozbawiony całkowicie prawidłowo zdobytej bramki za faul Ronaldo na Mascherano, do którego wcale nie doszło. Mogłoby być o wiele ciekawiej, gdyby tamto trafienie zaliczono.

95 tysięcy fanów – Real nie sprzedał wszystkich biletów dla swoich kibiców – roznosiło po oblanych deszczem trybunach pieśń zadedykowaną wyłącznie Mourinho. Do melodii „Oe oe oe oe” krzyczeli „Por qué, por qué, por qué, por qué!”, choć „The Special One” oglądał spotkanie z apartamentu w hotelu „Rey Juan Carlos”, gdzie spotkałem go po raz pierwszy w 1997 roku. Był teraz zawieszony za czerwoną kartkę z pierwszego meczu. Przepisy UEFA nie pozwalały mu siedzieć na ławce rezerwowych ani instruować zawodników.

Abidal zagrał tylko minutę lub dwie, ale kibice po prostu oszaleli. Po operacji w sobie tylko znany sposób wrócił do formy meczowej kilka miesięcy przed prognozami lekarzy. Jego wejście z ławki rezerwowych było niewiarygodnie wzruszające. Nie potrafię powiedzieć, czy chirurdzy byli zadowoleni z widoku ich pacjenta podrzucanego w powietrze przez świętujących kolegów z drużyny. Nie mogłem na to patrzeć. „Proszę, nie upuśćcie go” modliłem się po cichu, otoczony wszechobecnym hałasem.

Guardiola oraz jego piłkarze i współpracownicy złączyli ramiona i tańczyli wokół środkowego koła boiska w swojej wersji tradycyjnej katalońskiej sardany – dokładnie tak, jak zrobili to w Rzymie po wygraniu Ligi Mistrzów w maju 2009 roku. W drodze do tunelu sztab szkoleniowy uformował małą gwardię honorową. Niebieskie kołnierzyki Barçy poklepywały gwiezdnych herosów, gdy wracali do szatni.

Guardiola powiedział po meczu: – To był jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Chciałbym pogratulować Realowi za to, że tu przyjechali i postawili przed nami wyzwanie. Chciałbym pogratulować każdemu, kto przyszedł obejrzeć ten mecz, a także moim piłkarzom, ponieważ gdy remisowaliśmy, mogli zacząć się bronić, ale oni wciąż chcieli grać w piłkę. Jestem im niezmiernie wdzięczny.

Walencja. Środa, 11 maja 2011. Levante kontra Barcelona

Decydujący mecz Ligi Mistrzów miał się odbyć 28 maja. Guardiola, który poleciał wraz z Manelem Estiarte na Old Trafford, by zobaczyć jak Manchester United pokonuje Schalke i awansuje do finału, chciał, żeby jego drużyna potraktowała najbliższe spotkania ligowe poważnie i jak najszybciej zdobyła mistrzostwo. Zwycięstwo 2:0 w derbach Katalonii z Espanyolem, po golach Iniesty i Piqué, oznaczało, że Barcelonie wystarczył remis w rozgrywanym w Walencji spotkaniu z Levante, by sięgnąć po trzeci tytuł z rzędu.

Jednakże życie daje i zabiera. Powrót Abidala podniósł wszystkich na duchu, ale śmierć Seve’a Ballesterosa była potężnym ciosem. Dzień przed meczem z Espanyolem, w zdecydowanie za młodym wieku 54 lat, rak mózgu zakończył jego nadzwyczajne życie. Potrafił genialnie grać w golfa i był przesympatycznym człowiekiem, ale przede wszystkim przeszedł do historii jako legendarny kibic Barcy. W 1992 roku klub zaprosił go do loży królewskiej na Wembley, by stamtąd zobaczył pierwszy triumf drużyny Cruyffa w Pucharze Europy. Nie ma takiego piłkarza Barcelony, który nie poznał i nie uwielbiał tego charyzmatycznego człowieka.

Zespół Barçy po raz ostatni spotkał się z Sevem w sierpniu 2010 roku w Santander, rodzinnym mieście Ballestrosa. Guardiola i jego piłkarze przyjechali na mecz z tamtejszym Racingiem i wygrali 3:0. Potem Seve, który coraz wyraźniej przegrywał walkę z rakiem, ku wielkiej uciesze graczy zszedł z trybun do szatni. Przywitali go, skacząc z radości i wywołując spontaniczny, trwający grubo ponad minutę aplauz. Seve płakał i domyślam się, że wszyscy zdawali sobie sprawę, że to ich ostatnie spotkanie... Darzyłem go ogromną sympatią. Żałuję, że nie wytrzymał choć chwili dłużej – tak, by mógł zobaczyć jak Barça znów podbija Wembley.

Gol Seydou Keity dał Barcelonie remis 1:1 w meczu z dzielnie broniącym się Levante. Sześć lat wcześniej na tym samym stadionie inny Afrykańczyk, Samuel Eto’o, doprowadził do identycznego wyniku, który też oznaczał dla Katalończyków mistrzostwo.

Tamtego wieczoru Pep Guardiola siedział na kanapie w domu w Barcelonie i oglądał pierwsze od sześciu lat mistrzostwo „swojego” zespołu, prowadzonego wówczas przez Franka Rijkaarda. Niedawno wrócił z Kataru i upłynęło jeszcze kilka miesięcy, zanim rozpoczął edukację szkoleniową. Pokonał długą drogę od 2005 roku aż do trzeciego tytułu z rzędu i finału na Wembley w 2011.

Mistrzostwo wywołało szaleństwo. W piątek wieczorem prawie pół miliona ludzi wyszło na ulice Barcelony, a dziesiątki tysięcy zapełniły Camp Nou – wejście było tego dnia darmowe. W końcu autokar przywiózł piłkarzy mistrza kraju na wielką fiestę.

Trener, druzyna i wszyscy współpracownicy stali na murawie w towarzystwie swoich rodzin. Rozciągały się nad nimi zachwycone trybuny Camp Nou; brali kąpiel w morzu uwielbienia.

Stadion krzyczał „Por qué, por qué, por qué?!” tak długo, jak pozwalały na to gardła kibiców. Potem David Villa chwycił za mikrofon i zaprezentował swoją wersję „My Way”.

Jeden po drugim obiecywali, że po 28 maja wrócą z kolejnym trofeum do świętowania. Jeden po drugim wyjaśniali, jak wiele to dla nich znaczy.

Guardiola: – Dziękuję za wasze wsparcie, zawsze będę wdzięczny tym piłkarzom. Dzięki chłopaki, uwielbiam was.

Puyol: – Atakowali nas ze wszystkich stron i nadal będą to robić, ale my dalej będziemy robić to, co do nas należy, czyli dobrze grać w piłkę.

Xavi: – Powiem wam jedno: nie warto myśleć o tych, którzy są dookoła nas. Po prostu skupcie się na Barcelonie, najlepszej drużynie świata.

Abidal: – Dziękuję wszystkim kolegom z zespołu i wszystkim trenerom: daliście mi siłę.

Prawdopodobnie najgłośniejsza była wypowiedź Pinto: – Jeśli ktoś chce wiedzieć dlaczego [por qué] tu jesteśmy i to robimy, to mu powiem. Por qué somos los mejores [ponieważ jesteśmy najlepsi].

Messi wybrał inny ton. Dwa lata wcześniej, gdy Barcelona świętowała mistrzostwo za sezon 2008/09, był zawstydzony. Przestraszyła go perspektywa przemawiania do wypchanego po brzegi Camp Nou. Kilka dni później Barça wygrała finał Ligi Mistrzów w Rzymie i wróciła na Camp Nou, by znów świętować. Koledzy przekonali Messiego, żeby tym razem w drodze na stadion wziął kilka łyków piwa. Zanim autokar zaprezentował kibicom zgromadzonym na ulicach Barcelony zdobyty w Rzymie puchar, Messi był, cóż… co najmniej podpity. – Czeeeeeeeeść, kocham was wszystkich. Niedługo jeszcze raz wygramy to wszystko – ogłosił łamanym głosem, ku wielkiemu rozbawieniu stojących za nim kolegów z drużyny.

Tym razem mówił krótko i zwięźle. – Na tę chwilę nie mam nic do powiedzenia. Będę mógł mówić 29 maja, bo wtedy tu wrócimy – rzucił. W jego przekonaniu finał Ligi Mistrzów był formalnością.

A Pep Guardiola znów zrobił odstępstwo od normy. Tak jak po zdobyciu tytułu w maju 2009 roku, trener Barçy zalecił podopiecznym pić, tańczyć, śpiewać i zapomnieć o futbolu. Dwa tygodnie przed finałem na Wembley mistrzowie Hiszpanii zostali wysłani na wielką imprezę.

Po ostatnim meczu ligowym sezonu 2008/09 świętowali w najlepszych miejscach A Coruñi – restauracji „Coral” i klubie „Twenty Century Rock”. W 2011 roku wszystko zaczęło się w nowo wybudowanym hotelu „W” przy plaży Barceloneta. Na ulokowanym na 26. piętrze klubie „Eclipse” znalazło się miejsce na jedzenie, tańce i karaoke (z drobną pomocą Shakiry). Później najwytrwalsi imprezowicze wyszli z hotelu i skierowali się do dyskoteki „Luz de Gas”.

Pomysł Victora Valdesa na imitowanie gwiazd, który był hitem przed półfinałem w Madrycie, przeżywał renesans. Na celownik brano poszczególnych piłkarzy Barcelony, jak również dyrektora generalnego Realu Madryt Jorge Valdano oraz Fernando Alonso, Mourinho i piosenkarza Joaquina Sabinę.

Guardiola, podobnie jak niektórzy jego podopieczni, wybrał powrót do własnego pokoju. Z okien pięciogwiazdkowego hotelu, wybudowanego w kształcie ogromnego żagla, można zobaczyć hotel „Arts”, gdzie w 1999 roku Manchester United świętował dramatyczne zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Pep był wtedy kluczowym zawodnikiem Barcelony, a Sergio Busquets miał 10 lat.

Organizacją wieczoru (na specjalne zaproszenie Guardioli zjawił się Eto’o) i pozostałych atrakcji zaplanowanych na kolejne dni, zajmował się Manel Estiarte: – Zdobyliśmy mistrzostwo, a do meczu na Wembley zostały dwa tygodnie. Pep powiedział: „Chcę przerwę złożoną z trzech días de locos [szalonych dni]”. Mieliśmy imprezę za imprezą, kolację za kolacją, piłkarze wychodzili na miasto, mogli cieszyć się chwilą i pić do upadłego. Pep był bardzo specyficzny. Często mówił „trzydniowa przerwa”, mając na myśli odpoczynek piłkarzy z ich rodzinami lub dziewczynami, ale tutaj chodziło o trzy dni wspólnego świętowania. Chciał docenić sukces drużyny i upewnić się, że piłkarze nie będą psychicznie i fizycznie wykończeni. Pep ma intuicję.

Te kilka dni stanowiło pierwszą fazę przygotowań do finału Ligi Mistrzów. Nie było co prawda ofiar w ludziach, ale na własne oczy widziałem, jak piłkarze wlewają w siebie litr za litrem wody podczas porannego sobotniego treningu – kac nie był tego dnia nikomu obcy, a paru graczy zdecydowanie jeszcze nie wytrzeźwiało.

Tego samego dnia wieczorem Camp Nou znów miało powód do świętowania. Po bezbramkowym remisie z Deportivo Pep powiedział zawodnikom: – Teraz macie kolejne trzy dni urlopu, nie chcę was widzieć. Spotkajcie się z rodziną i przyjaciółmi, którzy nie mają nic wspólnego z tym klubem. Macie się wyłączyć. W środę rano wracamy do pracy na pełnych obrotach i zaczynamy drogę na Wembley.

Droga na Wembley

Kibice odczuwali już meczową gorączkę. Po 24 360 biletów na finał Ligi Mistrzów zgłosiło się dokładnie 96 267 kibiców Barcy. Nagle pojawił się jednak potencjalnie większy problem...

Barcelona zarezerwowała dla siebie hotel – 42 z 154 apartamentów w pięciogwiazdkowym „Wyndham Grand” w porcie Chelsea. Zorganizowano też miejsce na pomeczowe przyjęcie – Muzeum Historii Naturalnej w South Kensington. Uroczystość była ważna, a miejsce kluczowe, ponieważ wielu członków kierownictwa klubu uważa, że najpiękniejszy moment wymaga obecności całej rodziny FC Barcelona – pracowników sztabu, piłkarzy, dyrektorów oraz rodziców, dziewczyn, żon, dzieci i specjalnych gości. Dopiero w tym gronie można uczcić rok ciężkiej pracy. Dla niektórych, na przykład Vilanovy, to wspaniałe poczucie jedności jest prawie ważniejsze od zdobycia trofeum.

UEFA pozwoliła na grę Sergio Busquetsowi, oskarżonemu przez Real Madryt o obrzucanie Marcelo rasistowskimi obelgami. Wszyscy oprócz Afellaya byli zdrowi; kwestia mistrzostwa kraju została rozstrzygnięta. Na horyzoncie nie było kolejnych rendez-vous z Mourinho. Barça załadowała magazynki i była gotowa do walki.

Wtedy zainterweniowała Matka Natura. Rok wcześniej Barelona musiała zagrać derby z Espanyolem, a potem przebyć autokarem wyniszczającą drogę do Mediolanu, ponieważ pył wulkaniczny z islandzkiego Eyjafjallajökull doprowadził do zamknięcia europejskiej przestrzeni powietrznej. Teraz, z brutalnym wyczuciem czasu, obudził się kolejny wulkan: tym razem Grimsvötn. Nie było jasne, kiedy może dojść do zawieszenia lotów. Jeżeli w biurach na Camp Nou ta informacja wywołała pomruk niezadowolenia, to po chwili zastąpiły go odgłosy krzątaniny podejmujących zdecydowane działania pracowników klubu. Nie można było popełnić kolejnych błędów. Kadra Barcelony poleciała do Londynu dwa dni wcześniej. Hotel „Wyndham” nie mógł jej przyjąć, więc tymczasowo zamieszkała w „Grove” i dzięki uprzejmości Arsenalu trenowała w ośrodku w podmiejskim London Colney. Nie przeszkodził w tym fakt, że miesiąc wcześniej Barça wyeliminowała Kanonierów w kontrowersyjnych okolicznościach. Banda Guardioli przybyła do Londynu.

– Pojawiliśmy się w Londynie dobre kilka dni wcześniej, poczuliśmy się tam jak w domu i podeszliśmy do meczu w naprawdę dobrym stanie – powiedział Guardiola. – Takie rzeczy często są pomijane, ale to one stanowią różnicę pomiędzy drużynami w wielkich meczach.

Kolejny problem. Puyol, który miał zagwarantowane miejsce w pierwszym składzie, poczuł ból w kolanie i wkrótce potem potrzebował operacji. Dopiero tuż przed meczem miało się okazać czy będzie w stanie wyjść na boisko, czy zastąpi go Abidal.

Dwa tygodnie wcześniej przeprowadziłem długi wywiad z Mascherano, który przed podpisaniem kontraktu z Barceloną zgodził się na obniżenie pensji o 7-cyfrową kwotę. Zrobił to dlatego, że – podobnie jak Alves, Ibrahimović, Fabregas i Abidal – był zdeterminowany, by zostać częścią tej cudownej piłkarskiej filozofii. Ten klub do nich przemawia. Pieniądze są przyjemne, ale zadowolenie z wykonywanego zawodu występuje znacznie rzadziej.

W Anglii sądzono, że Mascherano nie będzie pasował do Barcelony. Waleczność, którą pokazywał w Liverpoolu, zaciemniła coś, co piłkarze Barçy odkryli praktycznie natychmiast. Mascherano nie tylko potrafi grać w piłkę, ma też piłkarską inteligencję.

Nasza pogadanka była lekko komiczna. Gdy wspomniałem o Wembley, Argentyńczyk przeniósł się do 1966 roku, sir Alfa Ramsey’a, Antonio Rattina i niechlubnego zarówno w Anglii, jak i Argentynie ćwierćfinału mistrzostw świata. – Nie było mnie jeszcze na świecie, ale wszyscy wiedzą, że nas okradziono – stwierdził Mascherano, oddalając nas trochę od tematu rozmowy.

Byłem przekonany, że powiedzie mu się na Camp Nou, gdy tylko usłyszałem, jak Xavi chwali jego umiejętność podawania piłki i wyróżnia za instynktowne zrozumienie filozofii gry Barçy. Myślę, że w niedalekiej przyszłości Xavi będzie trenował Barcelonę i jeśli on twierdzi, że piłkarz coś „łapie”, to znaczy, że na pewno tak jest.

A więc Mascherano w pierwszym składzie. Puyol na ławce. Abidal na lewej obronie. Finałowi towarzyszyło tak wiele kontekstów, że narastała wokół niego olbrzymia bańka. W 2009 roku Manchester i Barcelona rozegrali ekscytujący, ale ostatecznie jednostronny finał Ligi Mistrzów. W przeszłości oba kluby zdobyły na Wembley swoje pierwsze medale klubowych mistrzów Europy. Teraz na finał przybyli bohaterowie tamtych historycznych wydarzeń.

Dzień przed meczem miałem ogromny zaszczyt spędzenia kilku wartościowych godzin na antenie radia BBC z fantastycznym człowiekiem futbolu, Patem Crerandem, który grał w linii pomocy Manchesteru United prowadzonego przez sir Matta Busby’ego w 1968 roku. Był niezwykle lojalny wobec United, ale wiedział, że ewentualna porażka nie stanie się dla jego klubu ujmą na honorze, szczególnie jeśli przeciwnik będzie w szczytowej formie.

Ronald Koeman, Christo Stoiczkow, Johan Cruyff, Charly Rexach – każdego z nich można było spotkać w okolicach hotelu UEFA, najlepszych lokalnych restauracjach, a wreszcie na samym Wembley.

W piątek spotkałem się i przeprowadziłem wywiad z Gio van Bronckhorstem – doskonałym piłkarzem, który w 2006 roku dodał szczyptę agresji i inteligencji do triumfującej w Lidze Mistrzów drużyny Ronaldinho, Eto’o i Henrika Larssona. Nie jest kontrowersyjnym człowiekiem, ale po jego analitycznych rozważaniach widać było, że widzi tylko jednego zwycięzcę finału.

Dalej był czynnik Fergusonów. Zarówno sir Alex, jak i jego brat Martin oglądali spotkanie nazywane często najlepszym finałem europejskich rozgrywek w dziejach: Real Madryt – Eintracht Frankfurt 7:3 na Hampden Park w 1960 roku.

Sir Alex kilkukrotnie odrzucał możliwość trenowania Barcelony. Gdyby Pep Guardiola odszedł w 2010 roku wraz z końcem prezesury Joana Laporty, Sandro Rosell mógłby skierować kroki do Fergusona; długo zastanawiał się, czy zdołałby przekonać go do łabędziego śpiewu na Camp Nou – szkolenia Xaviego, Piqué, Iniesty i Messiego.

Na sobotni poranek, dzień finału, zaplanowałem spotkanie z Martinem Fergusonem, szefem skautingu United na terenie Europy. Mieliśmy wypić herbatę i odbyć małą pogawędkę, poczuć nastrój zbliżającego się meczu. Jesteśmy przyjaciółmi od ponad dziesięciu lat i zdradził mi, że dobrze życzy bratu i jego piłkarzom, ale wie, że czeka ich starcie z Barceloną, która jest jeszcze silniejsza niż w 2009 roku, gdy pokonała United.

Ostatni czynnik również dotyczył Fergusonów. Sir Alex był menedżerem zespołu z mojego miasta, Aberdeen, i poprowadził go do sukcesów w europejskich pucharach. Z przyczyn osobistych jego zwycięstwo oraz zwycięstwo Darrena Fletchera, mojego przyjaciela, byłoby powodem do świętowania.

Przed meczem Messi został spytany o statystyczną anomalię – nigdy nie strzelił gola na angielskiej ziemi. Odpowiedział: – To nic więcej niż zbieg okoliczności. Będę próbował zdobyć bramkę na Wembley, ale obchodzi mnie tylko to, żeby Barça zdobyła trofeum.

O fenomenalnych poczynaniach strzeleckich, dzięki którym po raz drugi z rzędu został królem strzelców Ligi Mistrzów, nr 10 Barçy powiedział: – Każdego roku zbieram kolejne doświadczenia i to pomaga mi w podejmowaniu dobrych decyzji. Wiem dokładnie, co mogę, a czego nie mogę zrobić w danej sytuacji. Podczas meczu przychodzą mi do głowy różne pomysły. Skutek jest taki, że z czasem coraz śmielej wprowadzam je w życie.

Guardiola ostrzegał: – Nie da się być faworytem w meczu z kimś takim jak United. Chłopcy muszą się skoncentrować, ciężko pracować i nie myśleć o tym, że to ich drugi finał w ciągu trzech lat. Musi w nich być odpowiednia doza strachu przed tym, że zespół może nie awansować do kolejnego finału przez następne dwadzieścia lat. Powinniście traktować to jako unikalną szansę na wygranie pucharu.

Barcelona prezentowała nie tylko cichą pewność siebie; piłkarze byli wręcz przeświadczeni, że jeśli dostosują się do wskazówek trenera i zagrają na swoim optymalnym poziomie, nie pokona ich nikt na świecie.

Estiarte stara się wyjaśnić ewolucję nienaruszalnego przekonania graczy Barçy o ich umiejętnościach:

– Po pierwsze mamy najlepszego zawodnika na świecie. To niezaprzeczalne. Rozumie, na czym polega gra w Barcelonie. Katalońscy piłkarze zrobili wszystko, żeby go uświadomić. Messi jest pokorny, można to zobaczyć na boisku. Wie, że bijącym sercem klubu jest cała grupa ludzi, która stanowi rdzeń. Jednocześnie jego koledzy z przyjemnością uznają go za najlepszego na świecie. Nie ma żadnej zazdrości – to bardzo trudne do osiągnięcia.

– Byłem najlepszym piłkarzem [waterpolo] na świecie i przez wiele lat nie miałem w ogóle zdolności przywódczych. Byłem arogancki, nie rozumiałem wystarczająco wiele, myślałem, że wszystko kręci się wokół mnie. Często można to zauważyć u najlepszych sportowców. Masz swoje ambicje i pewien poziom egoizmu, ale potem nabierasz lat, dorastasz, powoli zbliżasz się do kolegów z zespołu. Nie jest to jednak coś, o czym musieliśmy myśleć w związku z Messim. Leo nawet przez chwilę nie uważał, że jego koledzy przyznali mu autorytet. Wszystko dzieje się zupełnie naturalnie – i to jest prawdziwy cud. Nie musieliśmy nic wymyślać, niczego wymuszać. To daje nam przewagę. Nie ma interesu jednostki. To nie pochodzi ze strachu. Mamy do czynienia z potężną kombinacją: najlepszy piłkarz na świecie, który czuje się komfortowo, pracując u boku zwartej grupy innych piłkarzy, odczuwających silny emocjonalny związek i rozumiejący znaczenie gry dla FC Barcelona.

Asystent Guardioli, Tito Vilanova, wyjaśnił, jak wyglądało sprawozdanie przed meczem z United. – Do każdego spotkania próbujemy przygotowywać się w ten sam sposób. Nie ma wielkiego znaczenia czy gramy z Hospitalet, czy finał na Wembley. Pracujemy nad taktyką i strategią w ten sam sposób i podajemy zawodnikom tę samą ilość informacji. Jeśli chodzi o mecze ligowe, to chłopcy grali z tymi drużynami po dwadzieścia razy, więc znają je na wylot. O zespołach z zagranicy otrzymują trochę więcej materiałów, żeby wiedzieli, kto na nich czeka.

Estiarte opisuje sposób, w jaki Guardiola wrzuca najwyższy bieg w kulminacyjnym punkcie sezonu:

– Pep ma na ten temat bardzo ugruntowane zdanie i uważa, że dobra gra jest przepisem na zwycięstwo. Pogląd, że liczy się tylko wygrana jest wrodzony. On mówi: „Chcę wygrać i zamierzam przekazać tę chęć mojej drużynie”, ale jeśli przegrają, jest pierwszym, który powie: „Nie martwcie się, zacznijmy myśleć o następnym meczu”. Jednak pomiędzy kwietniem a majem Pep się zmienia, jego wiadomość zmienia się w: „Musimy wygrać. Wygramy”.

– W tym zespole gra najlepszy zawodnik świata, który myśli wyłącznie o wygrywaniu. Jego świat obraca się wokół piłki i zwycięstw. To jest jednak drużyna, w której panuje duża rywalizacja. Mamy trzech czy czterech niezwykłych graczy. Trzech czy czterech, którzy mają naturalną zdolność do wielkich występów przy wielkich okazjach. Wiesz, że zawsze możesz na nich liczyć.

– Każdy piłkarz daje z siebie wszystko, ale niektórzy mają pewną cechę, która wykracza poza sport, omija prostą dyskusję o wygrywaniu i przegrywaniu. Chodzi o zawodników utrzymujących ciągłość, będących poza zasięgiem presji i stresu. To symbioza ich piłkarskiego zmysłu i ludzkiego ducha, dzięki której są zawsze „obecni”. Tylko bardzo niewielu sportowców ma tę cechę. To sport w najczystszej formie. Jest wielu piłkarzy, którzy szybko się ekscytują, ale idą zbyt daleko i tracą głowę, aż w końcu robią głupie rzeczy. Walczą z sędzią albo innymi piłkarzami. W naszym zespole tego nie ma.

Wembley, Londyn. 28 maja 2011

United byli o wiele lepsi niż w Rzymie, ale trwało to tylko do gola Pedro. Wtedy Xavi i Iniesta zaczęli hipnotyzować linię pomocy rywala. Podejrzewam, że gdy Pep Guardiola zobaczył kartkę ze składem United, był zachwycony nieobecnością Fletchera, który nie zdążył wyleczyć choroby. To zmusiło Fergusona do ustawienia Ryana Giggsa i Michaela Carricka w środku pola, którzy, jak się okazało, z biegiem czasu tracili siły i zostawiali coraz więcej miejsca niezwykle aktywnym piłkarzom Barcy.

Gol United był sensacyjny. Rooney zagrał dojrzale i zasługiwał na więcej, ale nawet przy stanie 1:1 każdy, kto regularnie oglądał występy Barçy wiedział, że jeśli mają dobry dzień, to dla przeciwnika nie ma żadnego ratunku. Myślę, że nie tylko ci z nas, którzy w ostatnich latach poświęcili się poznawaniu Barçy od podszewki, wiedzieli z absolutną pewnością, że wynik mówił „równość”, ale przebieg gry krzyczał „wyższość”.

Przede wszystkim zmieniła się sytuacja na boisku. Pressing United zaczął przygasać, więc Barcelona miała więcej miejsca w pomocy. Powstawały coraz poważniejsze luki, a Xavi lub Iniesta coraz częściej i coraz regularniej z nich korzystali. Po drugie jeszcze przed jego bramką było jasne, że tego wieczoru Messi aż kipi energią.

United zaczęli wyglądać ociężale, co było skutkiem błyskawicznie szybkiej wymiany podań w drużynie Guardioli. Edwin van der Sar nie nie był bardzo zajęty, ale mimo to musiał ciężko pracować. Ostatni mecz jego wybitnej kariery nie był szczęśliwy. Wybuchowa natura strzału Messiego, który dał Barcelonie drugą bramkę, obnażyła złe ustawienie bramkarza United. Spójrzcie jednak, jak i gdzie Messi przejmuje piłkę – ten gol musiał paść. Jeśli chcesz postawić zasłonę przeciwko piłkarzom Guardioli, musi być bardzo ruchliwa i bardzo inteligentna. Podczas akcji bramkowej Barça ma czas i miejsce na spokojne rozgrywanie piłki, by wreszcie oddać ją Messiemu, który porzucił na chwilę pozycję napastnika i cofnął się głębiej w stronę środka boiska. Argentyńczyk dostał od rywali całą masę wolnej przestrzeni i nie wahał się z niej skorzystać, przyspieszając w kierunku bramki.

Wyśmienity zwód Messiego, dzięki któremu minął Naniego i doprowadził do wspaniałego gola Villi, to była oznaka gracza żądającego pełnej kontroli nad grą i przeniesienia boiskowej wyższości na liczbę bramek. Messi chciał dopilnować interesu. Gdy piłka podkręcona przez Villę przeleciała obok Van der Sara, Messi padł na kolana. Wiedział, tak jak my, że Barcelona zagrała wyjątkowo.

Abidal odebrał puchar; świętowanie kompletnie go wycieńczyło. Nic dziwnego, że piłkarze Barçy zrobili jego chirurgowi, doktorowi Josepowi Fusterowi, owację na stojąco, gdy zobaczyli go po raz pierwszy po operacji raka Francuza.

Zwycięstwo było kulminacją trzech lat ciężkiej pracy. System Barcelony został przeprojektowany, a utalentowani piłkarze rozkwitli w geniuszy. Z całego świata na Camp Nou spływała fala uznania.

Po olśniewającym finale trener zdradził, że nie jest pewien, czy jego gracze mogą utrzymać ten sam poziom w następnym sezonie. – Nie mieliśmy pojęcia, co stanie się z zespołem po tak wielu sukcesach, wliczając zwycięstwo w Pucharze Świata – mówił Guardiola.

Miał na myśli wpływ mundialu w 1982 roku na drużynę Juventusu i barceloński Dream Team, którego dominacja skończyła się po rozgrywanych w palącym słońcu MŚ w Stanach Zjednoczonych w 1994 roku. Przed finałem MŚ 2010 Guardiola zdecydował się zamieszkać w tym samym hotelu, co reprezentacja Hiszpanii, „Sandtonie”. Chciał porozmawiać z piłkarzami, którzy wkrótce mieli wybrać się na krótkie wakacje. Streścił im plany przygotowań na przyszły sezon i był w szoku, że wszyscy jego podopieczni chcieli koniecznie zagrać w superpucharowym starciu z Sevillą, zaplanowanym na sierpień 2010 roku. Zasługiwali na dłuższą regenerację, ale Puyol, Xavi, Iniesta, Villa i pozostali powiedzieli mu: „Zapomnij o tym, szefie”. Głód gry nigdy ich nie opuścił.

Teraz Guardiola powiedział: – Po tak wielu osiągnięciach czymś normalnym jest groźba spoczęcia na laurach i utracenia ducha rywalizacji, ale oni nawet na chwilę nie obniżyli swoich standardów. Byli na każdym stadionie w Hiszpanii i wszędzie dawali z siebie wszystko. Nie potrafię opisać słowami jak dużo osiągnęli i jak bardzo jestem z nich dumny. Są nadzwyczajnym przykładem postawy fair-play i pasji, jaką można darzyć futbol.

Estiarte może dobrze ocenić, co tryplet z 2011 roku mówi nam o osiągnięciach jego przyjaciela Guardioli oraz opisać jak sukcesy wpłynęły na grupę zebranych przez niego piłkarzy. Spytałem go czy istnieje sekret, który pozwoliłby ludziom z zewnątrz lepiej to zrozumieć. Poprosiłem go, żeby zabrał nas do ośrodka treningowego. Powiedział mi:

– Rozmawiamy o wyjątkowym zespole. Dużo już w życiu widziałem, mam za sobą długą karierę sportową, ale przez ostatnie trzy i pół roku byłem świadkiem czegoś niebywałego, zarówno w kwestii sportowej, jak i ludzkiej. A co jest w tym najlepsze? Przez ponad trzy lata w szatni nie było nawet jednej kłótni. Można by to nawet uznać za coś niedobrego. Jeżeli masz taką 22-osobową grupę, to okazjonalne sprzeczki są zupełnie naturalne. Najpierw ktoś mówi komuś, żeby spier…, a następnego dnia przeprasza. To by było normalne. Takie sytuacje zdarzają się w każdym klubie na świecie. Jednak przez cały ten czas nie było tu nawet jednego incydentu dotyczącego konfliktu osobowości, napięć religijnych czy kłótni pomiędzy zawodnikami różnych grup wiekowych. Sądzę, że to zasługa rdzenia drużyny, o którym stanowią wychowankowie.

– Bardzo, bardzo niewiele zespołów ma tę samą sytuację, co Barça – może Manchester United. Nasz klub czerpie wyjątkową siłę dzięki Katalończykom, Hiszpanom i ludziom, którzy urodzili się gdzie indziej, ale wychowali się tutaj. Zawsze mieliśmy w składzie Holendrów, Argentyńczyków czy Brazylijczyków – wielkich zawodników, ale nie tubylców. Holendrzy to świetni profesjonaliści. Podobnie Brytyjczycy – Mark Hughes, Steve Archibald. Nie chodzi o to, że byli mniej ważni od miejscowych piłkarzy, ale to ci drudzy są z nami emocjonalnie związani. Klub jest w ich sercach i to zmienia postać rzeczy, a nie mówimy przecież o tylko kilku zawodnikach.

– Są Xavi, Busquets, Valdes, Messi, Iniesta, Piqué, Puyol, Pedro, Fabregas, Thiago, Fontas, Cuenca i całe tuziny dzieciaków poza pierwszym zespołem. Kapitanowie pochodzą stąd, są Katalończykami. To oni pokazują innym piłkarzom poświęcenie dla klubu. To oni pokazują pozostałym z jakim profesjonalizmem i podejściem należy pracować. Xavi i jemu podobni mogą przychodzić codziennie do pracy i z dumą stwierdzić: „Jestem z Barcelony, a to jest mój klub”. Ludzie tacy jak on są dumni ze swojego kraju, Katalonii.

– Tylko nieliczne kluby mają taki napęd. Nie lekceważcie tego.

Wszystko w pigułce – umiejętności, przewodnictwo, zabawa, dryg, ciężka praca i duma z klubu, który należy do grających w nim piłkarzy. To kluczowe elementy największej drużyny wszech czasów. Sprawdźmy jak do tego doszli.

David Villa: El Guaje [Dzieciak]

Lubię Davida Villę, ponieważ jest staromodny. Reprezentuje starą szkołę zdobywania bramek, podejścia do treningu, szacunku i profesjonalizmu. Niezależnie od tego, czy jesteś przeciwnikiem, trenerem, kibicem lub dziennikarzem, jeśli zdobędziesz jego szacunek, okaże się również staromodnie słowny, bezpośredni i szczery. Można dostrzec to również na boisku.

Villa jest znany z goli, ale żeby poznać go w całości, trzeba spojrzeć szerzej, skorzystać z opinii jego kolegów z Barcelony i reprezentacji Hiszpanii. Wiedzą, że mogą na nim polegać. Nigdy nie brakowało mu piłkarskiej inteligencji ani motywacji do ciężkiej, sportowej pracy.

Teoretycznie goleadorzy powinni być samolubni, ale David Villa potrafił wpłynąć na wyniki Barcelony i stać się najlepszym strzelcem reprezentacji Hiszpanii, mimo że z chęcią przejmował obowiązki innych zawodników, grał na lewym boku i zaakceptował cenę, jaką trzeba zapłacić za przywilej partnerowania najlepszemu futboliście świata, Lionelowi Messiemu.

Villa, syn asturyjskiego górnika (jego przydomek, El Guaje, w języku asturyjskim oznacza „Dzieciak”), jest twardy. Opowiada historię o tym, jak w młodości złamał nogę, a potem grał w piłkę tak często i tak intensywnie, że jego słabsza lewa noga stała się równie dobra, co prawa – opatrzona gipsem. Z tego doświadczenia skorzystał w późniejszym etapie kariery, po kolejnym złamaniu, którego doznał podczas Klubowych Mistrzostw Świata w grudniu 2011 roku.

Jest też trochę beztroski. Widziałem, jak zdecydował się przejechać dwuosobowym bolidem Formuły 1 na trasie Montmeló w Katalonii. Wysiadł z nogami z galarety. Nie wiem, czy jego ówczesny klub, Valencia, byłby z tego zachwycony... Kilka tygodni później został królem strzelców Euro 2008 i poprowadził Hiszpanię do pierwszego tytułu od 44 lat.

Udało mi się z nim porozmawiać w wieczór poprzedzający upalny finał z Holandią na mistrzostwach świata w RPA. – Nigdy w życiu nie rozpłakałem się na boisku – i nie zamierzam. Jeśli jednak musi nadejść taka chwila, to niech lepiej nadejdzie jutro – powiedział. Lubię takie podejście.

Przez kilka lat zapewniałem, że Villa jest wart swojej ceny i byłby najlepszym transferem, jakiego mógłby dokonać którykolwiek klub angielskiej Premier League. Nie było w tych stwierdzeniach nic odkrywczego. Biorąc pod uwagę jego wiek, umiejętności i dostępność na rynku, było oczywiste, że powinien zostać kupiony. Barcelona długo nie chciała zapłacić za tego wyjątkowego, wszechstronnego napastnika ceny, której żądała Valencia, ostatecznie sprowadzając go dopiero rok później. Dla Villi i Pepa Guardioli wspomnienie frustracji z tamtego okresu stanowi przypomnienie, że droga do zbudowania najlepszej drużyny świata nie jest usłana różami.

Jeśli styl i wynik finału Ligi Mistrzów na Wembley w 2011 roku stanowił wisienkę na torcie Pepa Guardioli, to piękna bramka Villi na 3:1 była królową wisienek maraschino. David ma wszystko: inteligencję, siłę, postawę i umiejętności. Ciężko pracuje, jest obunożny i zabójczy pod bramką rywala – strzela z rzutów wolnych, rzutów karnych, głową, z bliska, z dystansu. Do cholery, czego chcieć więcej?!

Pokłońmy się El Guaje. Albo nie, wystarczy, zaśpiewać: ¡Villa, Villa, maravilla!

Książka została wydana

we współpracy ze stowarzyszeniem

Fan Club Barça Polska

www.FCBP.pl

Kraków 2012

Tytuł oryginału:

BARÇA. The making of the greatest team in the world

Copyright © Graham Hunter 2012

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Sine Qua Non 2012

Copyright © for the translation by Michał Pol & Piotr Czernicki-Sochal 2012

Korekta

Kamil Misiek, Tomasz Wolfke

Redakcja

Tomasz Lasota, Michał Rędziak, Przemek Romański

Skład

Radosław Dobosz

Okładka

Paweł Szczepanik

Cover photographs: Getty Images

Other photographs inside the book: Flash Press Media / Getty Images / BEW / Tomasz Lasota / Michał Rędziak / Agnieszka Gołąbek

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN: 978-83-63248-27-7

www.wsqn.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSQN

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Gerard Pique. Urodzony na Camp Nou Carles Puyol. Kapitan o sercu w kolorze blaugrana Barça. Za kulisami najlepszej drużyny świata 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila