Człowiek - istota społeczna

Człowiek - istota społeczna

Autorzy: Elliot Aronson

Wydawnictwo: DW PWN

Kategorie: Psychologia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 483

cena od: 38.08 zł

Ciągłe zmiany w świadomości społecznej i nowe zjawiska psychospołeczne stały się inspiracją dla wybitnego psychologa społecznego, Elliota Aronsona do nowych badań, znajdujących swe odzwierciedlenie w prezentowanej pozycji. W najnowszym, zmienionym i zaktualizowanym wydaniu jego znanej na całym świecie książki została znacznie rozwinięta i rozszerzona problematyka toksycznego wpływu środków masowego przekazu, propagandy, stosowanych obecnie w mediach sposobów przekonywania, a także zagadnienie stereotypów i uprzedzeń. Każdy rozdział pracy zawiera uzupełnienia i zmiany odpowiadające rozwojowi wiedzy w danym zakresie. Chociaż książka polecana jest szczególnie studentom psychologii, pedagogiki, politologii, socjologii może stanowić ciekawą lekturę dla wszystkich interesujących się odkrywaniem tajemnic życia społecznego. Celem tej książki jest ukazanie bez osłonek, jakie znaczenie mogą mieć badania z zakresu psychologii społecznej w odniesieniu do niektórych problemów dręczących współczesne społeczeństwo, takich jak: uprzedzenia, propaganda, wojna, alienacja, agresja, zamieszki i wstrząsy polityczne. [...\ U jej podstaw tkwi moje przekonanie, że psychologowie społeczni mogą odegrać znaczącą rolę w uczynieniu świata miejscem bardziej nadającym się do życia [...\ a to dzięki coraz lepszemu poznawaniu i rozumieniu takich zjawisk jak: konformizm, przekonywanie, uprzedzenia, miłość i agresja. (Od Autora)

Dane oryginału

The Social Animal, Tenth Edition

First published in the United States by

Worth Publishers, New York and Basingstoke

Copyright © 2008 by Worth Publishers

All rights reserved

* * *

Wydanie pierwsze w USA

Worth Publishers, Nowy York i Basingstoke

Wszystkie prawa zastrzeżone

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Angerman

Ilustracja na okładce

Juan Ferreras/epa/Corbis

Redaktorzy inicjujący

Katarzyna Kaczmarek

Monika Pujdak-Brzezinka

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Naukowego PWN

Katarzyna Rek / Woblink

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Naukowe PWN SA

Warszawa 2009

ISBN 978-83-01-20395-5

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2009 r. (wyd. I)

Warszawa 2018

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

tel. 22 69 54 321, faks 22 69 54 288

infolinia 801 33 33 88

e-mail: pwn@pwn.com.pl; reklama@pwn.pl

www.pwn.pl

Spis treści

Dlaczego napisałem tę książkę?

Podziękowania

Człowiek – istota społeczna

ROZDZIAŁ 1. Co to jest psychologia społeczna? Definicja

Ludzie, którzy postępują anormalnie, niekoniecznie muszą być szaleńcami

ROZDZIAŁ 2. Konformizm Co to jest konformizm?

Czynniki powodujące nasilenie lub osłabienie konformizmu

Przynależność a uzyskiwanie informacji

Reakcje na wpływ społeczny

Posłuszeństwo jako forma uległości

„Niezainteresowany” świadek jako konformista

Uwagi w kwestiach etycznych

ROZDZIAŁ 3. Środki masowego przekazu, propaganda i przekonywanie Zakażenie przez środki masowego przekazu

Politycy jako artyści estradowi

Skuteczność oddziaływania środków masowego przekazu

Kształcenie czy propaganda?

Dwa główne sposoby przekonywania

Źródło przekazu

Charakter przekazu

Cechy charakteryzujące odbiorców przekazu

Opisane zasady a sytuacje rzeczywiste

ROZDZIAŁ 4. Poznanie społeczne Jak nadajemy sens światu?

Wpływ kontekstu na ocenę społeczną

Heurystyki oceniania

Kategoryzacja i stereotypy społeczne

Twórcze przewidywania i odtwórcza pamięć

Pamięć autobiograficzna

Jak dalece konserwatywne jest ludzkie poznanie?

Jak postawy i przekonania kierują zachowaniem?

Trzy możliwe błędy w wyjaśnianiu zdarzeń społecznych

ROZDZIAŁ 5. Uzasadnianie własnego postępowania Redukcja dysonansu a zachowanie racjonalne

Dysonans jako następstwo podjęcia decyzji

Parę historycznych przykładów psychologicznych następstw podjęcia decyzji

Doniosłe znaczenie nieodwołalności decyzji

Psychologiczne następstwa niedostatecznego uzasadnienia własnego postępowania

Uzasadnianie wysiłku

Uzasadnianie okrucieństwa

Psychologiczne następstwa nieuchronności zdarzeń

Doniosłe znaczenie samooceny

Dyskomfort czy autopercepcja?

Fizjologiczne i motywacyjne skutki dysonansu

Praktyczne zastosowania teorii dysonansu

Redukcja dysonansu a kultura

Sam brak dysonansu nie wystarcza człowiekowi

ROZDZIAŁ 6. Agresja u człowieka Definicja agresji

Czy agresywność ma charakter instynktowny?

Czy agresja jest użyteczna?

Przyczyny agresji

Jak redukować przemoc?

ROZDZIAŁ 7. Uprzedzenia Co to jest uprzedzenie?

Przyczyny uprzedzeń

Redukowanie uprzedzeń

Wzajemna współzależność jako możliwe rozwiązanie

ROZDZIAŁ 8. Sympatia, miłość i wrażliwość interpersonalna Wpływ pochwał i przysług

Cechy osobiste

Podobieństwo poglądów a sympatia

Wzajemna sympatia a samoocena

Zyskiwanie i utrata uznania

Miłość i bliskość

Bliskość, autentyczność i komunikowanie się

Cechy efektywnego komunikowania się

ROZDZIAŁ 9. Psychologia społeczna jako nauka Co to jest metoda naukowa?

Od spekulacji do eksperymentowania

Doniosłe znaczenie losowego podziału na grupy

Problemy związane z eksperymentowaniem w psychologii społecznej

Problemy etyczne

Moralna odpowiedzialność za odkrycia

Słownik

Przypisy

Dlaczego napisałem tę książkę?

W roku akademickim 1970/1971 zostałem zaproszony na roczny pobyt do Ośrodka Badawczego Nauk Behawioralnych w Stanford w Kalifornii. W tym czasie udzielano mi wszelkiej pomocy i zachęty, pozwolono mi robić wszystko, na co bym miał ochotę, i zapewniono, że nie będę odpowiedzialny za nic przed nikim. Tam właśnie, na pięknym wzgórzu położonym w odległości ok. 50 km od San Francisco (mojego ulubionego miasta), mając przed sobą cały rok, aby robić to, czego dusza zapragnie, postanowiłem napisać tę książkę. Dlaczego, przebywając w tak pięknej okolicy i tak blisko pokus San Francisco, zamknąłem się w czterech ścianach i pisałem książkę? Nie dlatego chyba, abym był pomylony, i nie dlatego również, że potrzebowałem pieniędzy. Jeśli istniał jakiś konkretny powód, który skłonił mnie do napisania tej książki, to był nim zapewne fakt, że pewnego razu uderzyły mnie moje własne słowa, wypowiedziane do dużej grupy studentów II roku – że psychologia społeczna jest nauką młodą; słowa te sprawiły, iż poczułem się nagle podobny do tchórza.

Postaram się to wyjaśnić. My, psychologowie społeczni, lubimy mówić, że psychologia społeczna jest nauką młodą – i rzeczywiście jest to młoda nauka. Oczywiście, już co najmniej od czasów Arystotelesa wnikliwi obserwatorzy dzielili się interesującymi spostrzeżeniami i wysuwali fascynujące hipotezy w odniesieniu do zjawisk społecznych, lecz owe spostrzeżenia i hipotezy nie były poważnie i naukowo sprawdzane aż do XX w. O ile mi wiadomo, pierwszy eksperyment z zakresu psychologii społecznej przeprowadził Triplett w 1897 r. (badał on wpływ współzawodnictwa na wykonanie danej czynności), lecz eksperymentalna psychologia społeczna wystartowała naprawdę dopiero pod koniec lat 30. ubiegłego stulecia, głównie z inspiracji Kurta Lewina i jego utalentowanych uczniów. Interesujące jest również, że chociaż Arystoteles jako pierwszy sformułował ok. 350 r. p.n.e. niektóre podstawowe zasady społecznego oddziaływania i przekonywania, to jednak dopiero w połowie XX w. zasady te sprawdził eksperymentalnie Carl Hovland wraz ze swymi współpracownikami.

Jednakże z drugiej strony stwierdzenie, że psychologia społeczna jest nauką młodą, stanowi coś w rodzaju wykrętu: jest to pewien sposób usprawiedliwiania się przed ludźmi, aby nie oczekiwali od nas zbyt wiele. Może to być zwłaszcza z naszej strony sposób uchylania się od przyjęcia odpowiedzialności w zakresie stosowania naszej wiedzy do rozwiązywania problemów świata, w którym żyjemy, i nieodłącznie związanego z tym ryzyka. W tym sensie oświadczenie, że psychologia społeczna jest nauką młodą, może być niedalekie od stwierdzenia, że nie jesteśmy jeszcze gotowi, aby powiedzieć coś ważnego, użytecznego czy (jeśli czytelnik wybaczy mi posłużenie się tym nadużywanym słowem) istotnego.

Celem tej książki jest ukazanie bez osłonek (choć czynię to z pewnym niepokojem), jakie znaczenie mogą mieć badania z zakresu psychologii społecznej w odniesieniu do niektórych problemów dręczących współczesne społeczeństwo. Większość danych omawianych w tym tomie oparłem na wynikach eksperymentów, natomiast większość ilustracji i przykładów zaczerpnąłem z problemów społecznych aktualnie występujących w Stanach Zjednoczonych – takich jak uprzedzenia, propaganda, wojna, alienacja, agresja, zamieszki i wstrząsy polityczne. Ta dwoistość odzwierciedla dwa moje osobiste przeświadczenia – przeświadczenia, które troskliwie pielęgnuję. Pierwsze – że metoda eksperymentalna jest najlepszym sposobem zrozumienia złożonego zjawiska. Jest truizmem w nauce stwierdzenie, że jedyna droga wiodąca do prawdziwego poznania świata polega na odtworzeniu go – innymi słowy, aby naprawdę zrozumieć „co powoduje co”, nie możemy ograniczać się do samej tylko obserwacji, lecz musimy wytworzyć pierwsze „co”, jeśli chcemy być pewni, że naprawdę spowodowało ono drugie „co”. Zgodnie z drugim moim przeświadczeniem, jedynym sposobem zdobycia pewności, że związki przyczynowe odkryte w laboratorium są prawdziwe, jest przeniesienie ich z laboratorium do świata realnego. Jako naukowiec lubię więc pracować w laboratorium; jednakże jako obywatel lubię także mieć okna, przez które mogę wyjrzeć na świat. Okna, oczywiście, funkcjonujące w obu kierunkach: często hipotezy wyprowadzamy właśnie z życia codziennego. Najlepiej można sprawdzać te hipotezy w sterylnych warunkach laboratorium; aby zaś uchronić nasze idee od wyjałowienia, staramy się nasze odkrycia laboratoryjne „wyprowadzać” z powrotem przez to okno na zewnątrz, aby przekonać się, czy dadzą się one utrzymać w świecie rzeczywistym.

U podstaw tego wszystkiego tkwi moje przekonanie, iż psychologia społeczna jest niezwykle ważną nauką i że psychologowie społeczni mogą odegrać znaczącą rolę w uczynieniu świata miejscem bardziej nadającym się do życia. Istotnie, w bardziej podniosłych momentach skłonny jestem żywić w skrytości przekonanie, iż psychologowie społeczni znajdują się w szczególnie uprzywilejowanej pozycji pod względem możliwości wywierania głębokiego i korzystnego wpływu na nasze życie, a to dzięki coraz lepszemu poznawaniu i rozumieniu takich ważnych zjawisk, jak konformizm, przekonywanie, uprzedzenia, miłość i agresja. Teraz, kiedy moje pielęgnowane w skrytości przekonanie przestało już być tajemnicą, mogę tylko obiecać, że nie będę starał się „wciskać” go czytelnikowi na kolejnych stronicach książki. Przeciwnie, czytelnikowi pozostawię rozstrzygnięcie, po przestudiowaniu tego tomu, czy psychologowie społeczni odkryli lub mogą kiedykolwiek odkryć coś użytecznego – nie mówiąc już o czymś niezwykle ważnym.

W porównaniu z innymi podręcznikami psychologii społecznej nie jest to gruby tom – i nie jest takim celowo. Książka ta ma być krótkim wprowadzeniem do świata psychologii społecznej, nie zaś encyklopedycznym katalogiem badań i teorii. Ponieważ zdecydowałem, iż nie będzie nazbyt obszerna, musiałem dokonywać wyboru materiału. Pewnych tradycyjnych tematów postanowiłem więc w ogóle nie uwzględniać, a ponadto nie wchodziłem zbyt drobiazgowo w te tematy, które zdecydowałem się omówić. Z tego powodu książka była trudna do napisania. Musiałem być w niej bardziej „komentatorem” niż „sprawozdawcą”. Na przykład wielu sporów nie opisałem w całej ich rozciągłości, lecz wyrażałem raczej własną o nich opinię. Dokonałem oceny (mam nadzieję w sposób uczciwy) tego, co najwierniej obrazuje obecny stan rozważanej gałęzi wiedzy i przedstawiłem to tak jasno, jak tylko umiałem.

Decyzję taką podjąłem z myślą o studentach – dla nich bowiem napisana została ta książka, nie zaś dla moich kolegów. Jeśli przez prawie czterdzieści lat prowadzenia wykładów nie nauczyłem się niczego innego, to w każdym razie nauczyłem się tego, że chociaż szczegółowa prezentacja wszystkich stanowisk jest użyteczna (a niekiedy nawet fascynująca) dla kolegów wykładowców, to jednak nie potrafi ona rozpalić studentów. Studenci pytają nas, która godzina, a my na to pokazujemy im mapę przedstawiającą różne strefy czasu na całym świecie, zapoznajemy ich z historią pomiaru czasu od zegara słonecznego do najnowszych, skomputeryzowanych urządzeń pomiarowych, wreszcie szczegółowo opisujemy budowę staroświeckiego zegara stojącego. Zanim skończymy, znika już całe ich zainteresowanie tą sprawą. Nie ma nic bezpieczniejszego od przedstawienia wszystkich stron wszelkich zagadnień, lecz niewiele jest rzeczy nudniejszych. Chociaż więc omawiałem zagadnienia kontrowersyjne, nie wahałem się wyciągać wniosków. Krótko mówiąc, starałem się być zwięzłym, nie będąc stronniczym i próbowałem przedstawić złożone zagadnienia prosto i jasno, jednak bez nadmiernych uproszczeń. Tylko czytelnik może rozstrzygnąć, w jakiej mierze udało mi się osiągnąć każdy z tych celów.

Kiedy w 1972 r. skończyłem pisać tę książkę, pomyślałem, że „mam ją z głowy”. Jakże byłem naiwny! Na początku 1975 r. po raz pierwszy zdecydowałem się, z pewną niechęcią, dokonać aktualizacji tej książki. Przez trzy lata wiele się wydarzyło. Od tego momentu w zimie 1972 r., kiedy na bloku żółtego papieru listowego nagryzmoliłem ostatnie słowo tekstu pierwszego wydania, nie tylko dokonano nowych odkryć w dziedzinie psychologii społecznej, lecz ponadto, co jeszcze istotniejsze, na świecie nastąpiło kilka poważnych zmian. Wymienię chociaż parę najważniejszych wydarzeń: brutalna, wyczerpująca i skłócająca naród wojna w Wietnamie zakończyła się; wiceprezydent i prezydent Stanów Zjednoczonych wskutek kompromitacji zostali zmuszeni do ustąpienia; ruch wyzwolenia kobiet zaczął wywierać znaczny wpływ na świadomość narodu. Były to wydarzenia psychospołeczne o największej doniosłości. Leniwy patałach, jaki siedzi we mnie, zdał sobie sprawę (z ciężkim westchnieniem), że każda książka, która ma być o nas i o naszym życiu, musi nadążać za duchem czasu.

Nie skończyło się, niestety, na tej jednej modyfikacji. Okazało się, że nieustanny bieg wydarzeń zmuszał mnie do aktualizowania tej książki co trzy lub cztery lata. I znów nie tylko zjawiska społeczne ulegały szybkim zmianom, lecz także psychologia społeczna, jako nauka pełna życia i wigoru, nadal produkowała nowe, interesujące koncepcje i badania. Wyświadczyłbym złą przysługę solidnym studentom, gdybym nie uwzględnił tych badań. Trzeba tu jednak zachować pewną ostrożność. Autorzy podręczników pragną być ogromnie nowocześni i wykazują skłonność do pomijania całkowicie godnych uwagi badań tylko dlatego, że przypadkiem mają one więcej niż 10 lat.

Dochodzi do tego w sposób następujący: chcemy zachować klasyków i chcemy dołączyć badania, jakie pojawiły się od czasu ostatniej edycji podręcznika. Nie chcemy jednak, żeby książka stała się zbyt gruba. Coś trzeba wyrzucić; usuwa się więc mnóstwo badań, niekoniecznie dlatego, że zastępuje się je czymś lepszym, lecz jedynie czymś nowszym. Stwarza to złudzenie, że w tej dziedzinie brak ciągłości: tzn., że są badania klasyczne i badania współczesne, a między nimi – bardzo niewiele. Wrażenie to jest zwykle bardzo mylące.

W ciągu ostatnich czterdziestu lat starałem się uporać z tym problemem, konsekwentnie unikając zastępowania świetnych badań „w średnim wieku” nowszymi na ten sam temat, jeśli te nowsze nie wzbogacają naszej wiedzy o danym zjawisku o coś ważnego. W niniejszym, dziesiątym wydaniu opisałem wiele nowych badań, które zostały przeprowadzone w ciągu ostatnich pięciu lat. Spieszę jednak dodać, że te badania są naprawdę nowe, a nie tylko niedawno przeprowadzone. Mam nadzieję, że ta zmodernizowana wersja podręcznika zachowuje wdzięk zwięzłości oryginału, a jednak nadal pozostaje aktualna bez eliminowania czy skracania wspaniałych badań z niedawnej przeszłości.

Podziękowania

Na tytułowej stronie figuruje moje nazwisko jako jedynego autora tej książki. Z pewnością jest prawdą, że to ja napisałem wszystkie zawarte w niej słowa i wykonałem większość pracy myślowej przy ich produkowaniu. Jeśli więc są w książce jakieś głupstwa, to pochodzą one ode mnie; a jeśli coś, co przeczytasz na tych stronach, rozgniewa cię, to ja właśnie jestem osobą, którą powinieneś zwymyślać. Jednocześnie chcę wyznać, że nigdy nie robię niczego zupełnie samodzielnie: wielu ludzi wniosło swą wiedzę i swoje myśli do mej fabryki słów, chciałbym więc skorzystać z tej sposobności, aby podziękować im za ich szczodrą pomoc.

Szczególną pomoc przy opracowywaniu pierwszego wydania tego podręcznika okazały mi Vera Aronson (moja żona) i Ellen Berscheid (jedna z najwybitniejszych moich dawnych studentek). Starannie przejrzały rękopis, strona po stronie i wiersz po wierszu, czyniąc liczne uwagi i sugestie, które miały znaczny wpływ na ostateczny kształt tej książki. Co więcej, ich entuzjazm dla całego przedsięwzięcia był zaraźliwy i pomagał mi wygrzebywać się z licznych nawrotów „pisarskiej desperacji”.

Wielu ludzi wniosło do tej książki wartościowe idee i sugestie. Trudno byłoby wymienić wszystkich, lecz ci, których wkład był największy, to: Nancy Aston, Leonard Berkowitz, David Bradford, John Darley, Richard Easterlin, Jonathan Freedman, James Freel, Robert Helmreich, Judy Hilton, Michael Kahn, John Kaplan, Judson Mills i Jev Sikes.

Większą część tej książki napisałem wówczas, gdy gościłem w Ośrodku Badawczym Nauk Behawioralnych (Center for Advanced Study in the Behavioral Sciences) w Stanford w Kalifornii i jestem głęboko wdzięczny pracownikom tej wspaniałej instytucji za zapewnienie mi wolnego czasu oraz wszelkich udogodnień.

Na koniec miło mi stwierdzić, że mój przyjaciel i mistrz, Leon Festinger, nie miał bezpośrednio do czynienia z tym rękopisem. Nigdy go nie przeczytał, i o ile wiem, nie wiedział nawet, że nad nim pracuję. Jest on jednak odpowiedzialny za powstanie tej książki. Leon był cudownym nauczycielem i stawiającym wysokie wymagania wzorem pełnienia tej roli. Mógłbym powiedzieć, że nauczył mnie wszystkiego, co wiem o psychologii społecznej, lecz powiedziałbym wtedy o wiele za mało. Nauczył on mnie czegoś znacznie bardziej wartościowego, a mianowicie jak odkrywać rzeczy, o których istnieniu nie wiedziałem ani ja, ani zapewne nikt inny.

Marzec 1972

To już dziesiąte wydanie tej książki. Można by powiedzieć, że postarzałem się, aktualizując ją. Z mieszanymi uczuciami śledziłem upływ czasu, obserwując, jak moja twarz staje się coraz bardziej pomarszczona i siwobroda. Jak wynika z zamieszczonych wcześniej podziękowań, kiedy po raz pierwszy opublikowałem tę książkę, pragnąłem wyrazić swą wdzięczność mojemu przyjacielowi i mistrzowi, Leonowi Festingerowi. Rozumie się samo przez się, że nadal żywię wdzięczność i serdeczną przyjaźń dla tego dobrego i wielkiego człowieka. Uczucia te nasiliły się jeszcze z upływem lat. Cieszyłem się, że jestem jego uczniem – i przypuszczam, że nigdy nim być nie przestanę. W 1989 r. Leon zmarł, co oznaczało koniec ważnej ery w psychologii społecznej. Dotkliwie odczuwamy jego brak – nie tylko ci z nas, którzy go znali i kochali, lecz także wszyscy będący pod wpływem jego badań i teorii, a do tych należy prawie każdy, kto kiedykolwiek studiował psychologię społeczną.

Ponadto, w miarę jak ta książka i ja sam stawaliśmy się coraz starsi, zacząłem lepiej zdawać sobie sprawę z długu wdzięczności, jaki mam wobec moich uczniów. Co cztery lata, gdy zaczynam wprowadzać zmiany do tekstu tej książki, uświadamiam sobie, że nie są to tylko moje koncepcje, że są to koncepcje, które rozwinąłem we współpracy z moimi uczniami. W ciągu minionych dziesiątków lat miałem szczęście pracować z bardzo wieloma wyróżniającymi się uczniami, zaczynając od moich pierwszych asystentów badawczych (a byli nimi w 1960 r. Merrill Carlsmith, Tony Greenwald i John M. Darley). Dużo mnie oni nauczyli i z przyjemnością przyznaję, że jestem dłużnikiem ich wszystkich. Skorzystałem też wiele, rozmawiając z niektórymi niezwykle utalentowanymi kolegami i czerpiąc od nich pomysły. Zwłaszcza dwoje z nich, Anthony Pratkanis i Carol Tarvis, wniosło duży wkład w ciągłe ulepszanie i aktualizowanie tej książki. Miło mi wyrazić wdzięczność za ich wielkoduszność. Chcę również podziękować Chuckowi Schaefferowi za przydatne sugestie dotyczące tego wydania i wartościową pomoc w zakresie bibliografii. Wyrazy głębokiej wdzięczności przekazuję także Erikowi Gilgowi, mojemu redaktorowi, i Marii Vlasak, mojej adiustatorce, których mozolna praca nad tym dziesiątym wydaniem podręcznika sprawiła, że przygotowanie go było przyjemnością.

W pewnym sensie książka ta jest też po części przedsięwzięciem rodzinnym. Dotyczy to szczególnie ostatnich dwudziestu lat, w których doświadczałem ogromnej satysfakcji wynikającej stąd, że głęboki wpływ wywierały na mnie moje dorosłe dzieci – każde na własny sposób. Mój najmłodszy syn, Joshua Aronson (który sam jest znakomitym psychologiem społecznym), uwielbia dbać o to, żebym był należycie zorientowany w ostatnich nowościach metodologicznych i teoretycznych. W szczególności był dla mnie źródłem bezcennych spostrzeżeń i wskazówek dotyczących zmian, jakie należałoby wprowadzić w dziewiątym i dziesiątym wydaniu tego podręcznika oraz uczestniczył w przygotowywaniu nowego materiału i integrowaniu go z całością. Najstarszy syn, Hal Aronson (który jest socjologiem środowiskowym), pomaga mi w utrzymywaniu zakresu zainteresowań szerszego niż granice laboratorium. A moje średnie dzieci, Neal Aronson (który jest strażakiem w centralnej dzielnicy Santa Cruz) i Jullie Aronson (która przeprowadza badania pedagogiczne i ocenia skuteczność nauczania), służą ludziom każdego dnia, przypominając mi swoim przykładem, że w gruncie rzeczy psychologia społeczna musi usilnie starać się o to, aby była użyteczna dla ludzi w ich codziennym życiu.

Jak może zauważyłeś, czytelniku, książka ta jest dedykowana „Verze, oczywiście”. Vera, o której tu mowa, to Vera Aronson, która jest moim najlepszym przyjacielem i ulubioną konsultantką od ponad pięćdziesięciu lat, i która (ku mojemu ogromnemu szczęściu) jest przypadkiem także moją żoną. Dla każdego, kto zna nas dobrze, słowo „oczywiście” w tej dedykacji jest zbędne. A ponieważ nadmiar słów jest w nauczaniu ryzykiem zawodowym, muszę się przyznać – z rumieńcem – że prawie na pewno nie jest to ostatnie niepotrzebne słowo, jakie będziesz musiał znieść.

Marzec 2007

Elliot Aronson

Człowiek – istota społeczna

„Człowiek jest z natury istotą społeczną; jednostka, która z natury, a nie przez przypadek, żyje poza społecznością, jest albo kimś niegodnym naszej uwagi, albo istotą nadludzką. Społeczność jest w naturze czymś, co ma pierwszeństwo przed jednostką. Każdy, kto albo nie potrafi żyć we wspólnocie, albo jest tak samowystarczalny, że jej nie potrzebuje, i dlatego nie uczestniczy w życiu społeczności, jest albo zwierzęciem, albo bogiem”.

Arystoteles, Polityka,

ok. 328 r. przed Chrystusem

ROZDZIAŁ 1

Co to jest psychologia społeczna?

O ile nam wiadomo, Arystoteles jako pierwszy sformułował podstawowe zasady społecznego oddziaływania i przekonywania. Prawdopodobnie jednak nie on pierwszy zauważył, że człowiek jest zwierzęciem społecznym czy istotą społeczną, ani też nie był pierwszym, którego zadziwiła prawdziwość tego twierdzenia, zaskakującego jednocześnie swą banalnością i płytkością. Chociaż z pewnością jest prawdą, że człowiek jest istotą społeczną, to samo dotyczy przecież mnóstwa innych stworzeń, od mrówek i pszczół aż do różnych gatunków małp. Co więc oznacza stwierdzenie, że człowiek jest „istotą społeczną”? Przypatrzmy się kilku konkretnym przykładom.

Student imieniem Sam i jego czterej koledzy oglądają w telewizji kandydata na prezydenta, wygłaszającego przemówienie wyborcze. Kandydat ten wywarł na Samie korzystne wrażenie; ze względu na swą szczerość podoba mu się bardziej niż kandydat przeciwnej partii. Po skończeniu przemówienia jeden z kolegów stwierdza, że zraził się do tego kandydata – uważa go za pełnego fałszu oraz zakłamania i woli jego rywala. Wszyscy pozostali koledzy chętnie przyznają mu rację. Sam wygląda na zaskoczonego i trochę zaniepokojonego. W końcu mamrocze do swych znajomych: „Sądzę, że nie okazał się on tak szczery, jak można się było po nim spodziewać”.

W II klasie szkoły podstawowej nauczycielka pyta: „Ile to będzie – sześć dodać dziewięć dodać cztery dodać jedenaście?” Dziewczynka w trzecim rzędzie zastanawia się nad pytaniem przez kilka sekund, waha się, podnosi niezdecydowanie rękę, a wywołana do odpowiedzi mówi niepewnie: „Trzydzieści?” Nauczycielka potakuje, uśmiecha się i mówi: „Bardzo dobrze, Kasiu” i przykleja jej złotą gwiazdę na czole. Następnie pyta klasę: „Ile to będzie – siedem dodać cztery dodać osiem dodać trzy dodać dziesięć?” Nie czekając ani chwili, Kasia zrywa się z miejsca i woła: „Trzydzieści dwa!”

Czteroletni chłopczyk dostał na urodziny bębenek. Pobawił się nim przez kilka minut, po czym odłożył zabawkę na bok i przez kilka tygodni wcale nie zwracał na nią uwagi. Pewnego dnia przyszedł w odwiedziny kolega i wziął bębenek, chcąc się nim pobawić. Nagle mały „właściciel” wyrywa bębenek z rąk swojego kolegi i zaczyna bębnić zapamiętale, tak jakby to zawsze była jego ulubiona zabawka.

Dziesięcioletnia dziewczynka co dzień pochłania dwa talerze płatków owsianych, ponieważ na ich opakowaniu mistrzyni olimpijska w gimnastyce zachwala ten produkt, informując, że swoje sukcesy sportowe zawdzięcza po części spożywaniu owsianki właśnie tej marki.

Właściciel sklepu, który przez całe swoje życie mieszka w małym miasteczku w Montanie, nigdy nie miał żadnej styczności z prawdziwymi, żywymi Murzynami, ale „wie”, że są oni niezaradni, leniwi i rozpustni.

Charlie, uczeń ostatniej klasy szkoły średniej, przeprowadził się niedawno do innego miasta. Przedtem był całkiem popularny, teraz już nie jest. Chociaż w nowej szkole ludzie są wobec niego uprzejmi, to jednak nie są szczególnie przyjaźni. Czuje się samotny, niepewny i nieatrakcyjny. Pewnego dnia, podczas przerwy na lunch, przy tym samym stoliku co on zajmują miejsce dwie koleżanki z jego klasy. Jedna z nich jest atrakcyjna, olśniewająca, serdeczna i ożywiona; Charlie od dawna zachwycał się nią i marzył o niej. Przez kilka tygodni gorąco pragnął znaleźć sposobność porozmawiania z nią. Druga dziewczyna nie jest wcale tak pociągająca. Charlie ignoruje pełną życia dziewczynę swych marzeń i zaczyna poważną rozmowę z jej towarzyszką.

Debbie, studentka college’u, dostaje od swojego chłopaka, z którym od dawna byli razem, list zawiadamiający o zerwaniu. Chociaż Debbie zawsze była dumna z siebie, że potrafi utrzymać formę i odżywiać się rozsądnie, to jednak odrzucenie sprawia, iż oddaje się obżarstwu, pochłaniając w ciągu weekendu kilka pudełek markiz czekoladowych z masą waniliową, pralinek i ciasteczek figowych. Ponadto, chociaż jest studentką piątkową, niemal najlepszą na swoim roku na wydziale inżynieryjnym, oblewa egzamin z rachunku różniczkowego i całkowego, który normalnie zdałaby śpiewająco.

Podczas wojny wietnamskiej paręset studentów uniwersytetu stanowego w Kent demonstrowało przeciw tej wojnie – częste wydarzenie na kampusach uniwersyteckich w tym niespokojnym okresie amerykańskiej historii. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu funkcjonariusze Gwardii Narodowej stanu Ohio, wyznaczeni do utrzymywania spokoju na tym kampusie, otworzyli ogień, zabijając czworo studentów. Po tej tragedii nauczycielka szkoły średniej w Kent stwierdziła, że zabici studenci zasłużyli na śmierć – chociaż dobrze zdawała sobie sprawę z faktu, że co najmniej dwoje z nich nie brało udziału w demonstracji, lecz szło spokojnie przez teren uniwersytetu w czasie, gdy rozpoczęła się strzelanina. „Każdy, kto na ulicach miasta takiego jak Kent pojawia się z długimi włosami, w brudnej odzieży lub boso, zasługuje na to, żeby go zastrzelono”[1].

Kiedy wielebny Jim Jones ogłosił alarm, zgromadziło się przed nim ponad 900 mieszkańców położonej w głębi Gujany osady wyznawców Świątyni Ludu. Wiedział już, że niektórzy członkowie powołanej przez Kongres ekipy dochodzeniowej zostali zamordowani i że wkrótce święte odosobnienie Jonestown („Miasta Jonesa”) zostanie pogwałcone. Jones ogłosił, że nadszedł czas, by umrzeć. Przygotowano pojemniki z trucizną i wśród jedynie nielicznych krzyków protestu czy aktów oporu matki i ojcowie podawali zabójczą miksturę swym niemowlętom i dzieciom, pili ją sami i kładli się obok siebie ramię w ramię, czekając na śmierć.

W dniu 20 kwietnia 1999 r. korytarze i klasy szkoły średniej (Columbine High School) w Littleton w stanie Kolorado rozbrzmiewały hukiem wystrzałów. Dwóch uczniów, uzbrojonych w broń szturmową i materiały wybuchowe, siało zniszczenie, zabijając nauczyciela i kilkunastu swoich kolegów. Następnie zwrócili oni broń przeciw sobie. Gdy dym się rozwiał, 15 osób było martwych (w tym obaj sprawcy), a 23 zostały hospitalizowane, wiele z poważnymi ranami.

Mary skończyła właśnie 9 lat. Na urodziny dostała w prezencie „Zosię Gosposię” – komplet przyborów do pieczenia i gotowania wraz „z własną małą kuchenką”. Rodzice Mary wybrali ten prezent, ponieważ dziewczynka zdaje się bardzo interesować sprawami kulinarnymi i zawsze pomaga mamie nakrywać do stołu, przygotowywać posiłki i sprzątać mieszkanie. „Czy to nie cudowne – powiedział ojciec Mary – że ona, mając 9 lat, interesuje się już prowadzeniem domu? Małe dziewczynki muszą chyba mieć gospodarowanie zaprogramowane w genach. Ci zwolennicy ruchu wyzwolenia kobiet sami nie wiedzą, co mówią”.

Mój przyjaciel z lat chłopięcych, George Woods, jest Amerykaninem pochodzenia afrykańskiego. Gdy w latach 40. XX w. dorastaliśmy obaj w pewnej miejscowości w stanie Massachusetts, uważał on siebie za „kolorowego” chłopca, za kogoś gorszego od swych białych kolegów[2]. Było wiele powodów takiego samopoczucia. Fakt, że biała społeczność traktowała George’a jako gorszego, miał oczywiście bezpośredni wpływ na chłopca; poza tym wiele innych czynników oddziaływało na niego w sposób bardziej pośredni. W tym czasie George, gdy chciał się zrelaksować, mógł włączyć radio i słuchać „Amosa i Andy’ego”; w tym niezwykle popularnym słuchowisku dorośli Murzyni byli przedstawiani jako naiwne dzieci, głupie, leniwe i niepiśmienne, choć dość sprytne – w sumie niezbyt różniące się od zaprzyjaźnionych zwierząt domowych. Role Murzynów grali, oczywiście, biali aktorzy. W kinie George mógł zobaczyć tylko stereotypowych „kolorowych ludzi”, zwykle szoferów lub służących. Typowa fabuła filmów była następująca: „Kolorowy człowiek” towarzyszy białemu bohaterowi w nawiedzanym przez duchy domu, gdzie słyszą dziwne i złowieszcze odgłosy. Kamera pokazuje zbliżenie twarzy „kolorowego”; oczy z przerażenia wychodzą mu na wierzch, krzyczy: „O moje nogi, ratujcie mnie!”, po czym rzuca się w drzwi, nie tracąc czasu na uprzednie ich otwarcie. Możemy tylko domyślać się, co czuł George, gdy oglądał te filmy w towarzystwie swych białych kolegów.

Jednakże zachodzą zmiany. Na przykład, chociaż dyskryminacja i niesprawiedliwość jeszcze w bardzo dużym stopniu cechują nasze społeczeństwo, to jednak wnuki George’a Woodsa, dorastające w XXI w., nie mają takich samych zmartwień, jak niegdyś George. Środki masowego przekazu pokazują obecnie Murzynów w rolach, które nie są wyłącznie służebne. Pod koniec XX w. zrodziła się duma z przynależności do czarnej rasy, afroamerykańska historia i kultura zaczęły zaś wzbudzać zainteresowanie i entuzjazm. Społeczeństwo oddziałuje na wnuki George’a w sposób zupełnie odmienny niż kiedyś na niego samego.

Aczkolwiek sytuacja rzeczywiście ulega zmianie, to jednak nie powinniśmy żywić błogiego przekonania, że zmienia się ona zawsze w kierunku większego humanitaryzmu. W czasie wojny domowej w Hiszpanii, 30 sierpnia 1936 r., jeden samolot zbombardował Madryt. Było kilku poszkodowanych, lecz nikt nie został zabity. Wiadomość, że gęsto zaludnione miasto zostało zaatakowane z powietrza, wstrząsnęła światem do głębi. Artykuły wstępne w gazetach na całym świecie dawały wyraz powszechnej zgrozie i oburzeniu obywateli. Zaledwie dziewięć lat później amerykańskie samoloty zrzuciły bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. Ponad sto tysięcy ludzi zostało zabitych, a niezliczone tysiące odniosły ciężkie obrażenia. Wkrótce potem badania ankietowe wykazały, że tylko 4,5% Amerykanów uważało, iż nie należało użyć tej broni; jest natomiast zdumiewające, że aż 22,7% sądziło, iż Stany Zjednoczone powinny były użyć znacznie więcej tego typu bomb, zanim dano Japonii szansę poddania się[3]. Najwyraźniej w ciągu tych dziewięciu lat zdarzyło się coś, co wpłynęło na opinię publiczną.

Definicja

Co to jest psychologia społeczna? Zamiast przytaczać niektóre z istniejących definicji, lepiej może określić tę dziedzinę nauki, przedstawiając jej przedmiot. Wszystkie przykłady podane na poprzednich stronach ilustrują właśnie sytuacje, którymi zajmuje się psychologia społeczna. Chociaż sytuacje te są bardzo różnorodne, to jednak we wszystkich występuje jeden wspólny czynnik: wpływ społeczny. Opinia kolegów Sama o cechach kandydata na prezydenta wpłynęła na ocenę tego kandydata przez Sama (lub przynajmniej na publiczne sformułowanie tej oceny). Nagrody przydzielane przez nauczycielkę wpłynęły na szybkość i intensywność reakcji Kasi w klasie szkolnej. Jak się wydaje, bębenek stał się bardziej atrakcyjny dla czterolatka wskutek niezamierzonego wpływu, jaki wywarło na niego zainteresowanie kolegi tą zabawką. Zarazem strony, wpływ mistrzyni olimpijskiej na dziewczynkę spożywającą płatki owsiane bynajmniej nie był niezamierzony; przeciwnie, był celowo zaplanowany, po to aby dziewczynka namawiała swą matkę do kupowania płatków właśnie tej marki. Właściciel sklepu w Montanie z pewnością nie przyszedł na świat z niepochlebnym stereotypem Murzyna w głowie; ktoś w jakiś sposób musiał mu ten stereotyp „wcisnąć”. Obżarstwo Debbie i oblanie przez nią egzaminu miały coś wspólnego z tym, że została odrzucona – ale na czym właściwie polega związek między tymi faktami? To, że Charlie zignorował kobietę swoich marzeń, prawie na pewno ma coś wspólnego z jego obawą przed odrzuceniem, jego sposobem myślenia o sobie samym oraz jego ukrytym założeniem co do względnego prawdopodobieństwa, że zostanie odrzucony przez pierwszą lub drugą dziewczynę. Spotkanie się z odrzuceniem może mieć daleko idące konsekwencje, jak wskazuje zachowanie Debbie. Odrzucenie i poniżanie mogły też odegrać pewną rolę w szale zabijania, do jakiego doszło w Columbine High School. W jaki właściwie sposób nauczycielka szkoły średniej z Kent w stanie Ohio doszła do przekonania, że niewinni ludzie zasłużyli na śmierć – oto pytanie fascynujące, a zarazem przerażające; tymczasem powiedzmy po prostu, że na przekonanie to prawdopodobnie wpłynął jej własny pośredni udział w tragicznych wydarzeniach w uniwersytecie. Jeszcze bardziej niepokojące pytanie wynika z wydarzeń w Jonestown i w Columbine: jakie siły mogły skłonić rodziców do otrucia swoich dzieci, a następnie do odebrania sobie życia? Co skłania nastolatków do zabijania swoich kolegów z klasy? Jest to także skomplikowany problem, jednak mam nadzieję, że w dalszych rozdziałach dostarczę nieco częściowych odpowiedzi i wyjaśnień umożliwiających jego zrozumienie.

Co się tyczy Mary i „Zosi Gosposi”, to nie jest wykluczone, że skłonność do prowadzenia gospodarstwa domowego jest – zgodnie ze słowami ojca Mary – cechą genetyczną; jest jednak znacznie bardziej prawdopodobne, że od lat niemowlęcych nagradzano Mary i zachęcano ją za każdym razem, gdy wyrażała zainteresowanie takimi „kobiecymi” sprawami, jak gotowanie, szycie, bawienie się lalkami – w większym stopniu niż gdyby przejawiała zainteresowanie piłką nożną, boksem czy chemią. Można również przypuszczać, że gdyby braciszek Mary wykazał zainteresowanie gospodarstwem domowym, nie otrzymałby on „Zosi Gosposi” na swoje urodziny. Ponadto, podobnie jak w przypadku małego George’a Woodsa, który czuł się gorszy od swych rówieśników, obraz siebie samej mógł zostać ukształtowany u Mary przez środki masowego przekazu, pokazujące zwykle kobiety w rolach, do których wypełniania są one zachęcane w naszym kręgu kulturowym – a więc w rolach gospodyń domowych, sekretarek, pielęgniarek, nauczycielek; środki masowego przekazu rzadko przedstawiają kobiety w roli biochemiczek, profesorek wyższych uczelni czy dyrektorek przedsiębiorstw. Jeśli porównamy małego George’a Woodsa z jego wnukami, przekonamy się, że obraz samego siebie u członków grupy mniejszościowej może się zmieniać; istnieje wzajemna zależność, obustronne oddziaływanie między tymi zmianami a zmianami zachodzącymi w środkach masowego przekazu i w postawach ogółu społeczeństwa. W obrazowy sposób ilustrują to opinie Amerykanów o użyciu bomby atomowej w 1945 r.

Kluczowym pojęciem, jakie rozważaliśmy w poprzednim akapicie, jest wpływ społeczny. Posłuży też ono do sformułowania naszej roboczej definicji psychologii społecznej; przedmiotem tej nauki jest wpływ, jaki wywierają ludzie na przekonania, uczucia i zachowanie innych ludzi. Posługując się tą definicją, będziemy się starali zrozumieć wiele zjawisk opisanych w poprzednich przykładach. W jaki sposób inni ludzie wywierają wpływ na daną osobę? Dlaczego akceptuje ona ten wpływ – czyli, inaczej mówiąc, co jej to daje? Jakie czynniki zwiększają lub zmniejszają efektywność wpływu społecznego? Czy taki wpływ ma trwały skutek, czy też tylko przemijający? Jakie czynniki zwiększają lub zmniejszają trwałość skutków wpływu społecznego? Czy te same zasady można stosować zarówno do postaw nauczycielki szkoły średniej w Kent w stanie Ohio, jak i do atrakcyjności zabawek dla małych dzieci? Jak to się dzieje, że człowiek zaczyna lubić drugiego człowieka? Czy te same procesy zachodzą wówczas, gdy zaczyna on lubić swój nowy wóz sportowy lub pewną odmianę płatków owsianych? W jaki sposób u człowieka powstają uprzedzenia wobec jakiejś grupy etnicznej lub rasowej? Czy dzieje się to podobnie jak w przypadku powstania sympatii, tylko na odwrót, czy też wchodzi tu w grę zupełnie inny zespół procesów psychicznych?

Większość ludzi interesuje się zagadnieniami tego rodzaju; większość ludzi jest więc w pewnym sensie psychologami społecznymi. Ponieważ większość z nas spędza wiele czasu na kontaktach z innymi ludźmi – my oddziałujemy na nich, oni wpływają na nas, radują nas, śmieszą, zasmucają i złoszczą – jest rzeczą naturalną, że tworzymy hipotezy dotyczące zachowań społecznych. Aczkolwiek większość psychologów społecznych-amatorów sprawdza swoje hipotezy dla własnej satysfakcji, jednak „testom” tym brak ścisłości i bezstronności cechujących starannie zaplanowane i przeprowadzone badania naukowe. Często wyniki badania naukowego są identyczne z tym, co „wie” większość ludzi. Nic w tym dziwnego – wiedza potoczna zwykle oparta jest na wnikliwej obserwacji, która wytrzymała próbę czasu.

Istotnie, kiedy będziesz czytał zawarte w tej książce opisy eksperymentów, możesz czasem przyłapać się na myśli: „To oczywiste – dlaczego oni tracą czas i pieniądze, żeby ustalić coś takiego?” Jest kilka powodów, które skłaniają nas do przeprowadzania eksperymentów, chociaż ich wyniki często wydają się bynajmniej niezaskakujące. Wszyscy jesteśmy podatni na wpływ tzw. tendencji do przewidywania wstecz (hindsight bias), co oznacza, że jesteśmy skłonni przeceniać naszą zdolność przewidywania, kiedy już znamy wynik danego wydarzenia. Na przykład, badania wykazały, że kiedy następnego dnia po wyborach pytano ludzi, których kandydatów typowaliby na zwycięzców, to niemal wszyscy byli przekonani, że wytypowaliby rzeczywistych zwycięzców – chociaż w dniu poprzedzającym wybory ich przewidywania nie były wcale tak dokładne[4]. Podobnie wynik eksperymentu prawie zawsze wydaje się łatwiejszy do przewidzenia wtedy, gdy znamy już rezultaty, niż gdyby poproszono nas o odgadnięcie tego wyniku bez możliwości korzystania z „przewidywania wstecz”.

Ponadto badania – nawet jeżeli ich wyniki wydają się oczywiste – mają duże znaczenie, ponieważ wiele rzeczy, o których „wiemy”, że są prawdziwe, okazuje się fałszywymi, gdy się je dokładnie zbada. Chociaż na przykład rozsądne wydaje się przypuszczenie, że ludzie, którym grozi się poważną karą za pewien sposób zachowania się, mogą w końcu nauczyć się gardzić tym zachowaniem, to jednak, gdy zagadnienie zbadano w sposób naukowy, okazało się, iż jest akurat odwrotnie: u ludzi, którym grozi umiarkowana kara, wytwarza się niechęć do zakazanego zachowania, natomiast ludzie zagrożeni surową karą wykazują nawet niewielki wzrost pozytywnego nastawienia wobec zakazanego zachowania. Podobnie większość z nas, na podstawie własnego doświadczenia, przypuszczałaby, że gdybyśmy przypadkiem usłyszeli, iż ktoś mówi o nas miłe rzeczy, nie wiedząc o naszej obecności, to skłonni bylibyśmy lubić tę osobę – jeśli wszystkie inne czynniki pozostają bez zmiany. Jak się okazuje, jest to prawda. Lecz jest również prawdą, że jesteśmy skłonni lubić tę osobę jeszcze bardziej, jeśli niektóre z podsłuchanych uwag o nas nie są bynajmniej miłe. O zjawiskach tych powiemy obszerniej w kolejnych rozdziałach.

W swym dążeniu do zrozumienia zachowania społecznego ludzi zawodowy psycholog społeczny ma dużą przewagę nad większością psychologów-amatorów. Chociaż, podobnie jak amator, zaczyna on zwykle od dokładnej obserwacji, to jednak może wyjść daleko poza nią. Nie musi czekać na wystąpienie pewnych sytuacji, aby móc zaobserwować, jak ludzie reagują; w rzeczy samej może on powodować powstawanie tych sytuacji. Może więc przeprowadzić eksperyment, w którym wielu ludzi zostaje poddanych oddziaływaniu określonych warunków (takich jak np. poważne zagrożenie lub zagrożenie umiarkowane, usłyszenie „przypadkiem” miłych rzeczy o sobie lub pewnej kombinacji rzeczy miłych i nieprzyjemnych). Ponadto może to zrobić w sytuacjach, w których wszystkie czynniki udaje się utrzymać bez zmiany, z wyjątkiem określonych warunków będących przedmiotem badania. Może zatem wyciągać wnioski na podstawie danych znacznie dokładniejszych i bardziej licznych niż dane dostępne dla psychologa społecznego-amatora, który musi opierać się na obserwacjach zdarzeń zachodzących przypadkowo i w złożonych okolicznościach.

Niemal wszystkie dane przedstawione w tej książce są oparte na eksperymentalnym materiale dowodowym. Z tego względu ważne jest, aby czytelnik rozumiał, na czym polega eksperyment w psychologii społecznej, i aby zdawał sobie sprawę z zalet, wad, problemów etycznych; ekscytacji, kłopotów i zmartwień związanych z tego rodzaju przedsięwzięciem. Aczkolwiek zrozumienie metody eksperymentalnej jest ważne, to nie jest bynajmniej niezbędne do zrozumienia prezentowanych tu zagadnień merytorycznych. Dlatego też rozdział „Psychologia społeczna jako nauka” zamyka tę książkę. Czytelnik może przestudiować ten rozdział teraz, przed przystąpieniem do dalszej lektury (jeśli woli zapoznać się z problemami technicznymi przed zagłębieniem się w materiał merytoryczny), lub też może go przeczytać w każdym momencie zapoznawania się z tą książką, gdy tylko problemy te wzbudzą jego zainteresowanie.

Ludzie, którzy postępują anormalnie, niekoniecznie muszą być szaleńcami

Psycholog społeczny bada sytuacje społeczne, które wpływają na zachowanie się ludzi. Niekiedy te naturalne sytuacje wytwarzają nacisk tak wielki, że pod jego wpływem ludzie zachowują się w sposób, który łatwo można sklasyfikować jako anormalny. Gdy mówię „ludzie”, mam na myśli bardzo wielką liczbę ludzi. Moim zdaniem, określenie tych ludzi jako psychotyków nie przyczyni się do lepszego zrozumienia zachowania ludzkiego. Znacznie bardziej pożyteczne będzie podjęcie próby zrozumienia natury sytuacji i procesów, które wywołały to zachowanie. Prowadzi nas to do pierwszego prawa Aronsona:

Ludzie, którzy postępują anormalnie, niekoniecznie muszą być szaleńcami.

Weźmy jako przykład nauczycielkę ze stanu Ohio, która stwierdziła, że czworo studentów uniwersytetu stanowego w Kent zasłużyło na śmierć. Nie sądzę, aby była ona osamotniona w tym przekonaniu; a chociaż wszyscy ludzie, którzy wyznają taki pogląd, mogą być psychotykami, poważnie w to wątpię i wątpię także, czy sklasyfikowanie ich w ten sposób przyczyni się w jakimś stopniu do wzbogacenia naszej wiedzy. Po tragicznych wydarzeniach w Kent rozeszła się pogłoska, że zabite dziewczęta były w ciąży – a więc całe szczęście, że zginęły – a ponadto wszyscy czworo byli brudni i tak zawszeni, że personel kostnicy nie mógł opanować mdłości przy oględzinach zwłok. Oczywiście, pogłoski te były całkowicie fałszywe, jednakże – jak podaje James Michener[5] – szerzyły się one lotem błyskawicy. Czy wszyscy ludzie, którzy wierzyli w te pogłoski i je rozpowszechniali, byli szaleni? Na dalszych stronach tej książki rozpatrzymy procesy prowadzące do zachowań tego rodzaju – procesy, na które w większości okazujemy się podatni w odpowiednich warunkach społeczno-psychologicznych.

Jedna z moich dawnych studentek, Ellen Berscheid[6], zaobserwowała, że ludzie są skłonni wyjaśniać nieprzyjemne zachowania w ten sposób, że postępującego tak człowieka obdarzają jakąś „etykietką” („szaleniec”, „sadysta” itd.), wyłączając go przez to z grona „nas, porządnych ludzi”. Dzięki temu nie musimy już troszczyć się o jego zachowanie, ponieważ nie ma ono nic wspólnego z zachowaniem porządnych ludzi. Według Berscheid, niebezpieczeństwo tego typu myślenia polega na tym, że czyni nas skłonnymi do nadmiernej pewności siebie, jeśli chodzi o naszą własną podatność na naciski sytuacyjne wywołujące nieprzyjemne zachowanie, a to prowadzi do stosowania dość naiwnego podejścia w rozwiązywaniu problemów społecznych. W szczególności takie naiwne rozwiązanie mogłoby przewidywać opracowanie zestawu testów diagnostycznych służących do ustalenia, kto jest kłamcą, kto sadystą, kto łapownikiem, a kto szaleńcem; społeczne działanie mogłoby następnie polegać na zidentyfikowaniu tych ludzi i przekazaniu ich do odpowiednich zakładów. Oczywiście, nie chcę przez to powiedzieć, iż psychoza nie istnieje, ani też, że psychotyków nie powinno się kierować do zakładów leczniczych. Nie twierdzę również, iż wszyscy ludzie są tacy sami i że reagują w równie zwariowany sposób na te same intensywne naciski społeczne. Stwierdzam natomiast raz jeszcze, że pewne zmienne sytuacyjne mogą spowodować, iż duża część spośród nas, „normalnych” osób dorosłych, będzie się zachowywać w sposób bardzo niesympatyczny. Jest sprawą najwyższej wagi, abyśmy starali się zrozumieć te czynniki i procesy, które prowadzą do nieprzyjemnych zachowań.

Może się tu przydać pewien przykład. Wyobraźmy sobie więzienie. Pomyślmy o strażnikach więziennych. Jacy oni są? Jest prawdopodobne, że większość osób wyobrazi sobie strażników więziennych jako ludzi twardych, gruboskórnych i nieczułych. Niektórzy mogliby nawet uznać ich za osobników okrutnych, o skłonnościach tyrańskich i sadystycznych. Ci, którzy przyjmują tego rodzaju dyspozycyjny pogląd na świat, mogliby wskazywać, że ludzie zostają strażnikami właśnie po to, aby mieć sposobność wyładowywania swych skłonności do okrucieństwa względnie bezkarnie. A teraz wyobraźmy sobie więźniów. Jacy oni są? Buntowniczy? Potulni? Wszystko jedno, jakie specyficzne obrazy znajdują się w naszych umysłach, istotne jest natomiast to, że takie obrazy w ogóle istnieją – i że większość z nas żywi przekonanie, iż więźniowie i strażnicy całkowicie różnią się od nas samych pod względem cech charakteru i osobowości.

Może to być prawdą, lecz nie bądźmy zbyt pewni. Philip Zimbardo przeprowadził dramatyczny eksperyment, tworząc namiastkę więzienia w podziemiach Wydziału Psychologii Uniwersytetu w Stanford. W tym „więzieniu” umieścił on grupę normalnych, dojrzałych, zrównoważonych, inteligentnych młodych ludzi. Rzucając monetą, Zimbardo mianował połowę z nich strażnikami, a połowę więźniami, po czym przebywali oni w tym charakterze przez sześć dni w tak zaimprowizowanym „więzieniu”. I co się wydarzyło? Pozwólmy, aby Zimbardo opowiedział nam o tym własnymi słowami.

Po upływie zaledwie sześciu dni musieliśmy zlikwidować nasze niby-więzienie, gdyż to, co ujrzeliśmy, było przerażające. Nie było już jasne ani dla nas, ani dla większości badanych, gdzie jeszcze są oni sobą, a gdzie zaczynają się ich role. Większość istotnie stała się „więźniami” lub „strażnikami” niezdolnymi już do wyraźnego rozróżnienia między odgrywaną rolą a samym sobą. Wystąpiły dramatyczne zmiany w prawie każdym aspekcie ich zachowania, myślenia i odczuwania. W czasie krótszym niż tydzień doświadczenia związane z pobytem w „więzieniu” przekreśliły (na pewien czas) to, czego badani nauczyli się przez całe życie; wartości ludzkie uległy zawieszeniu, obraz samego siebie został podważony, ujawniła się najbrzydsza, najnikczemniejsza, patologiczna strona natury ludzkiej. Byliśmy wstrząśnięci, gdyż widzieliśmy, że niektórzy chłopcy („strażnicy”) traktują pozostałych jak nędzne zwierzęta, znajdując przyjemność w okrucieństwie, podczas gdy inni chłopcy („więźniowie”) stali się służalczymi, odczłowieczonymi robotami, myślącymi jedynie o ucieczce, o własnym, indywidualnym przetrwaniu i o swej wzrastającej nienawiści do strażników[7].

ROZDZIAŁ 2

Konformizm

Jedną z konsekwencji faktu, że człowiek jest istotą społeczną, stanowi to, iż żyje on w stanie napięcia między wartościami związanymi z indywidualnością a wartościami związanymi z konformizmem. James Thurber uchwycił atmosferę pewnego rodzaju konformizmu w następującym opisie:

Nagle ktoś zaczął biec. Może po prostu przypomniał sobie w tym momencie, że umówił się na spotkanie z żoną, i stwierdził, że jest straszliwie późno. Cokolwiek by to było, człowiek ten biegł ulicą Szeroką w kierunku wschodnim (prawdopodobnie do restauracji Maranor, ulubionego miejsca spotkań mężów ze swymi żonami). Ktoś inny, prawdopodobnie gazeciarz w dobrym humorze, też zaczął biec. Następny mężczyzna, zażywny dżentelmen z teczką, puścił się kłusem. Nie minęło 10 minut, a biegł już każdy, kto znajdował się na ulicy Wysokiej, od dworca aż do gmachu sądu. Głośny pomruk stopniowo krystalizował się w przerażające słowa: „Tama!” „Tama przerwana!” Strach został wyrażony słowami przez staruszkę w czarnej sukni, przez policjanta na skrzyżowaniu ulic lub przez małego chłopca: nikt nie wiedział, kto pierwszy wyrzekł to zdanie, zresztą nie miało to teraz wielkiego znaczenia. Dwa tysiące ludzi biegło w panicznej ucieczce. „Uciekajmy na wschód!” Podniósł się krzyk – na wschód, aby dalej od rzeki, na wschód, w bezpieczne miejsce. „Uciekajmy na wschód! Uciekajmy na wschód!” Wysoka, chuda niewiasta o surowych oczach i energicznym podbródku przebiegła obok mnie środkiem jezdni. Nie miałem jeszcze pewności, o co chodzi, mimo wszystkich rozlegających się okrzyków. Zrównałem się z tą niewiastą nie bez wysiłku, bo choć zbliżała się do sześćdziesiątki, to jednak biegła pięknym, swobodnym stylem i zdawała się być w doskonałej formie. „Co się stało?” – wysapałem. Rzuciła na mnie szybkie spojrzenie, po czym znów przeniosła wzrok ku przodowi, zwiększając jeszcze trochę tempo. „Nie pytaj mnie, zapytaj Boga!” – odpowiedziała[1].

Ten fragment opowiadania Thurbera, chociaż ma charakter komiczny, jest doskonałą ilustracją ludzkiego konformizmu. Jedna czy dwie osoby zaczynają biec, mając po temu swe powody; wkrótce biegną wszyscy. Dlaczego? Ponieważ biegną inni. W opowiadaniu Thurbera, w momencie gdy biegnący ludzie zdali sobie sprawę, że tama mimo wszystko nie została przerwana, czuli się dość głupio. Jednakże o ile głupiej by się czuli, gdyby nie dostosowali się do innych, a tama rzeczywiście zostałaby zerwana? Czy konformizm jest dobry, czy zły? Pytanie to w swym najprostszym sensie jest absurdalne. Słowa jednak przenoszą także znaczenie oceniające – określić więc kogoś jako indywidualistę czy nonkonformistę, to dzięki konotacjom tyle samo, co nazwać go kimś „dobrym”; określenie to wywołuje obraz słynnego pioniera amerykańskiego z okresu zdobywania Dzikiego Zachodu – Daniela Boone’a, stojącego na szczycie górskim ze strzelbą przewieszoną przez ramię, z rozwianymi na wietrze włosami, na tle zachodzącego słońca. Nazwać natomiast kogoś konformistą, to w naszej kulturze równa się niemal określeniu go jako człowieka „nieodpowiedniego”: słowo to wywołuje obraz wielu biurokratów w szarych flanelowych garniturach, z identycznymi czarnymi walizeczkami w ręku, wyglądających tak, jakby zostali stworzeni według jednego szablonu.

Możemy jednak posłużyć się synonimami, które przekazują całkiem inne obrazy. Zamiast „indywidualista” czy „nonkonformista” możemy powiedzieć „dewiant”, zamiast zaś „konformista” – „dobry członek zespołu”. Słowo „dewiant” nie wywołuje jakoś obrazu Daniela Boone’a na szczycie górskim, a określenie „dobry członek zespołu” wcale nie przywodzi na myśl szablonowego biurokraty.

Gdy rozpatrzymy to zagadnienie nieco dokładniej, dostrzeżemy pewną niekonsekwencję w poglądach społeczeństwa amerykańskiego na konformizm i nonkonformizm. Na przykład, jednym z wielkich bestsellerów lat 50. ubiegłego wieku była książka Johna F. Kennedy’ego Profiles in Courage (Wizerunki odważnych), w której autor chwalił różnych polityków za odwagę, jaką wykazali, opierając się silnym naciskom i odmawiając podporządkowania się. Innymi słowy, Kennedy wysławiał ludzi, którzy nie chcieli być dobrymi członkami zespołu, którzy nie zgadzali się głosować lub działać zgodnie z oczekiwaniami swych partii lub wyborców. Chociaż ich postępowanie po wielu latach zasłużyło sobie na pochwałę Kennedy’ego, jednak bezpośrednie reakcje ich kolegów nie były bynajmniej pozytywne. Nonkonformista, po upływie dłuższego czasu od swego nonkonformistycznego czynu, może zbierać pochwały historyków lub stać się bożyszczem literatury i filmu, lecz doraźnie nie cieszy się zazwyczaj poważaniem tych, do których wymagań nie chce się zastosować. Obserwacja ta znalazła potwierdzenie w wielu eksperymentach z zakresu psychologii społecznej. Na przykład, w klasycznym eksperymencie Stanleya Schachtera[2] brało udział kilka grup studentów. Każda grupa zbierała się dla przedyskutowania historii przypadku nieletniego przestępcy – Johnny’ego Rocco, którą każdy z członków grupy dostawał uprzednio do przeczytania. Po przeczytaniu materiałów polecano każdej grupie przedyskutować je i zalecić sposób postępowania wobec Johnny’ego, przy zastosowaniu skali od traktowania „bardzo łagodnego” do „bardzo surowego”. W skład typowej grupy wchodziło ok. dziewięciu uczestników, przy czym sześciu z nich było prawdziwymi studentami, a trzech – płatnymi pomocnikami eksperymentatora. Każdy z pomocników odgrywał jedną z trzech ról, starannie wyuczonych zawczasu: osoby „modalnej”, która zajmowała stanowisko zgodne z przeciętnym stanowiskiem prawdziwych studentów; „dewianta”, który zajmował stanowisko diametralnie przeciwne w stosunku do ogólnej orientacji grupy; oraz osoby „nawróconej”, która początkowo zajmowała podobne stanowisko jak „dewiant”, lecz w trakcie dyskusji stopniowo przechodziła na stanowisko przeciętne, zgodnie z poglądami większości grupy. Wyniki wykazały wyraźnie, że osobą najbardziej lubianą była osoba „modalna”, która stosowała się do norm grupy; najmniej lubiany był „dewiant”. W nowszym eksperymencie Arie Kruglansky i Donna Webster[3] stwierdzili, że kiedy nonkonformiści wyrażali odmienną opinię blisko ostatecznego terminu zamknięcia dyskusji (gdy grupy odczuwały potrzebę jej zakończenia), wówczas byli odrzucani jeszcze bardziej niż wtedy, gdy wypowiadali taką opinię we wcześniejszej fazie dyskusji.

Dane te wskazują więc, że establishment, czyli grupa modalna, skłonny jest bardziej lubić konformistów niż nonkonformistów. Oczywiście, istnieją sytuacje, w których konformizm jest wysoce pożądany, a nonkonformizm mógłby doprowadzić do prawdziwej katastrofy. Przypuśćmy na przykład, że nagle doszedłem do wniosku, iż znudziło mi się być konformistą. Wobec tego wskakuję do swego samochodu i zaczynam pędzić lewą stroną jezdni, aby zademonstrować swój bezkompromisowy indywidualizm – zachowanie takie byłoby niezbyt adaptacyjne ani niezbyt uczciwe względem ciebie, jeśli wypadłoby ci jechać naprzeciw mnie (w stylu konformistycznym) tą samą ulicą. Podobnie przedstawia się sprawa w przypadku zbuntowanej nastolatki, która pali papierosy, późno wraca do domu, każe sobie zrobić tatuaż, czy chodzi z pewnym chłopcem tylko dlatego, że wie, iż jej rodzice to potępiają. Przejawia ona nie tyle niezależność, ile antykonformizm (anticonformity), nie myśląc samodzielnie, lecz automatycznie przeciwstawiając się pragnieniom czy oczekiwaniom innych.

Nie zamierzam jednak sugerować, że konformizm jest zawsze przystosowawczy, a nonkonformizm – zawsze nieprzystosowawczy. Są dramatyczne sytuacje, w których konformizm może mieć zgubne i tragiczne konsekwencje. Co więcej, nawet osoby doświadczone i biegłe w podejmowaniu decyzji mogą ulec szczególnym naciskom, które przy grupowym podejmowaniu decyzji nakłaniają do konformizmu. Rozpatrzmy następujące przykłady: Albert Speer, jeden z głównych doradców Hitlera, opisuje w swych wspomnieniach otoczenie führera jako całkowicie konformistyczne: żadne odchylenia nie były dozwolone. W takiej atmosferze nawet najbardziej barbarzyńskie poczynania wydawały się racjonalne, gdyż brak różnicy zdań stwarzał złudzenie jednomyślności, przez co każdemu o wiele trudniej było wziąć pod uwagę istnienie innych możliwości.

W normalnych warunkach ludzie, którzy odwracają się plecami do rzeczywistości, szybko zostają przywołani do porządku przez kpiny i krytykę ze strony otoczenia. W Trzeciej Rzeszy nie było takich środków korekcyjnych. Przeciwnie, każde samookłamywanie się było zwielokrotniane jak w gabinecie krzywych zwierciadeł, stając się wielokroć potwierdzonym obrazem fantastycznego świata snów, który stracił jakikolwiek związek z ponurym światem zewnętrznym. W tych zwierciadłach nie mogłem dostrzec niczego poza własną twarzą odbitą wiele razy [4].

Bardziej znany, choć może mniej dramatyczny przykład dotyczy niektórych osób zamieszanych w aferę Watergate wraz z Richardem Nixonem i jego „gwardią pałacową”. Ludzie na wysokich stanowiskach państwowych – wielu z nich było prawnikami – dopuszczali się krzywoprzysięstwa, niszczyli materiały dowodowe i proponowali łapówki, na pozór zupełnie bez zastanowienia. Przynajmniej w części było to spowodowane tym, że we wczesnych latach 70. minionego stulecia prezydent Nixon był otoczony ścisłym kręgiem ludzi myślących zupełnie tak samo. Ta jednomyślność sprawiała, że wszelkie „wychylenia się”, czyli dewiacje, były czymś niemal nie do pomyślenia – aż do czasu rozbicia tego kręgu. Gdy już został rozbity, kilka osób (np. Jeb Stuart Magruder, Richard Kleindienst i Patrick Grey) zdawało się patrzeć na swe nielegalne działania ze zdumieniem, jakby były one dokonywane w jakimś złym śnie. John Dean ujął to następująco:

Tak czy owak, kiedy brałeś rano gazetę i czytałeś nową bujdę, która zastępowała wczorajszą bujdę, to zaczynałeś wierzyć, że dzisiejsza wiadomość jest prawdziwa. Proces ten wytworzył w Białym Domu atmosferę nierealności, która panowała tam do samego końca... Jeśli mówiłeś coś dostatecznie często, stawało się to prawdą. Na przykład, kiedy reporterzy i pracownicy Białego Domu przekazali do prasy informacje o podsłuchach, a stanowcze zaprzeczenia zawiodły, wysunięto twierdzenie, że to kwestia bezpieczeństwa narodowego. Jestem pewny, że wielu ludzi było przekonanych, iż te podsłuchy miały na względzie bezpieczeństwo narodowe. Nie miały – wymyślono to po fakcie jako usprawiedliwienie. Kiedy jednak mówili o tym, rozumiecie, oni naprawdę w to wierzyli[5].

Dwudziestego ósmego stycznia 1986 r. wahadłowiec kosmiczny „Challenger” eksplodował po upływie kilku sekund od startu. Siedmioro astronautów, w tym jedna pasażerka – nauczycielka, zginęło w ognistej kuli z dymu i płomieni. Podjęto decyzję, żeby nie zwlekać ze startem, mimo że we wcześniejszym locie „Challengera” w 1983 r. omal nie doszło do katastrofy, i na przekór późniejszym usilnym sprzeciwom i ostrzeżeniom ze strony znających się na rzeczy inżynierów, którzy zwracali uwagę na wadliwe pierścienie uszczelniające w złączach pomocniczych silników rakietowych. Czy dyrektorzy NASA nie wiedzieli o niebezpieczeństwie lub lekceważyli sobie życie astronautów? Wątpię.

Bardziej prawdopodobne wyjaśnienie wiąże się z wieloma czynnikami, które łącznie stały się przyczyną błędów w procesie podejmowania decyzji przez NASA. Po pierwsze, NASA przeprowadziło już dwadzieścia kilka udanych startów w zasadzie z tym samym sprzętem. Dyrektorzy NASA, których pewność siebie umocniła się pod wpływem wcześniejszych sukcesów, byli nastawieni na podjęcie decyzji startu. Po drugie, urzędnicy NASA, podobnie jak ogół społeczeństwa, entuzjazmowali się wysłaniem w kosmos pierwszej cywilnej pasażerki (nauczycielki Christy McAuliffe).

Ponadto, zgodnie z wnikliwą analizą dokonaną przez Kruglanskiego[6], były dodatkowe praktyczne powody, które przyczyniły się do tego, że kierownictwo NASA padło ofiarą własnego życzeniowego sposobu myślenia (wishful thinking). Mianowicie, biorąc pod uwagę, że instytucja ta musi wykazać się efektywnością i wydajnością, aby uzyskać fundusze od Kongresu, że pragnie zademonstrować swoje możliwości techniczne, a także zważywszy ogromne zainteresowanie społeczeństwa programem „nauczycielka w kosmosie”, „... start [wahadłowca] był oczywiście decyzją bardziej pożądaną niż odroczenie startu... Każda wzmianka o możliwej awarii systemu sugerowałaby potrzebę wydania większej ilości pieniędzy, a do tego rodzaju wniosków NASA była nastawiona niechętnie, ze względu na konieczność dbania o efektywność kosztów i oszczędność”.

W końcu, w tej atmosferze entuzjazmu i zewnętrznych nacisków, nikt w NASA nie chciał, żeby im przypominano o możliwości jakiegokolwiek wypadku – więc im nie przypominano. W przeciwieństwie do dyrektorów NASA, inżynierowie z „Morton Thiokol” (towarzystwo produkujące pomocnicze silniki rakietowe na paliwo stałe) nie byli zainteresowani politycznymi, ekonomicznymi czy społecznymi implikacjami decyzji dotyczącej startu. Troszczyli się tylko o to, czy to cholerne urządzenie będzie funkcjonowało – a biorąc pod uwagę ujemne temperatury w miejscu startu, przeciwstawiali się usilnie tej decyzji.

Jednakże kierownictwo firmy „Morton Thiokol” nie było w tak korzystnej sytuacji. Dla nich stawką w grze był nie tylko udany start. Jako inżynierowie byli wrażliwi na opinię swojego personelu technicznego. Zarazem jako członkowie zarządu byli zależni od NASA ze względu na kontrakt wartości 400 milionów dolarów rocznie, dlatego też byli skłonni podzielać troski dyrektorów NASA. Robert Lund, wiceprezes „Thiokolu” do spraw technicznych, zeznał przed prezydencką komisją śledczą, że początkowo sprzeciwiał się startowi wahadłowca, lecz zmienił stanowisko, kiedy mu powiedziano, żeby „zdjął swoją inżynierską czapkę, a nałożył kapelusz reprezentanta zarządu”. W jaki sposób członkowie zarządu „Morton Thiokol”, tacy jak Lund, radzili sobie z tym konfliktem? Przed swą ostatnią konferencją z dyrektorami NASA przeprowadzili głosowanie wśród tych pracowników „Thiokolu”, którzy zajmowali kierownicze stanowiska, lecz nie byli inżynierami – głosowali oni za podjęciem decyzji startu. Na konferencji z udziałem wysokich urzędników NASA i kierownictwa „Thiokolu”, która odbyła się w wieczór poprzedzający fatalny start, jej uczestnicy umacniali się więc nawzajem w swym postanowieniu przystąpienia do akcji.

Wracając do przytoczonych tu trzech przykładów: co miały ze sobą wspólnego najbliższe otoczenie Hitlera, „gwardia pałacowa” Nixona i kierownictwo NASA, poza tym, że podejmowały tragiczne decyzje? Były to względnie spójne grupy, odizolowane od odmiennych punktów widzenia. Gdy grupy takie muszą podejmować decyzje, często stają się ofiarą tego, co psycholog społeczny Irving Janis nazywa myśleniem grupowym[7]. Według Janisa, myślenie grupowe jest to „taki sposób myślenia, do którego ludzie uciekają się wtedy, gdy w spójnej grupie własnej (ingroup) dążenie do jednomyślności staje się tak dominujące, że prowadzi do lekceważenia realistycznej oceny alternatywnych kierunków działania”. Grupy stosujące tę nieprzystosowawczą strategię podejmowania decyzji na ogół uważają się za nienaruszalne – są zaślepione optymizmem. A optymizm ten utrwala się, gdy nie dopuszcza się do różnicy zdań. Pod wpływem nacisków nakłaniających do konformizmu poszczególni członkowie grupy zaczynają mieć wątpliwości co do słuszności swoich zastrzeżeń i powstrzymują się od wypowiadania odmiennych opinii. Dążenie do jednomyślności jest tak ważne, że niektórzy członkowie grupy stają się niekiedy „strażnikami umysłów” – osobami, które cenzurują napływające kłopotliwe informacje, jak to czynili kierownicy „Morton Thiokol”.

Przytaczając te przykłady nie zamierzam sugerować, że ludzie, którzy podejmują głupie, katastrofalne w skutkach decyzje, nie są za nie odpowiedzialni. Pragnę natomiast podkreślić, że dużo łatwiej jest przeprowadzić śledztwo i znaleźć winnych, niż zrozumieć procesy psychologiczne stanowiące podłoże podejmowania błędnych decyzji. Jednakże tylko wtedy, gdy będziemy dokładniej badali te procesy i starali się je zrozumieć, możemy mieć nadzieję, że uda się nam ulepszyć podejmowanie decyzji i w ten sposób zmniejszyć w przyszłości ilość decyzji katastrofalnych.

Co to jest konformizm?

Konformizm można zdefiniować jako zmianę zachowania lub opinii danej osoby spowodowaną rzeczywistym lub wyobrażonym naciskiem ze strony jakiejś osoby lub grupy ludzi. W większości przypadków sytuacja nie jest aż tak skrajna, jak w przykładach przytoczonych wcześniej. Spróbujemy przeanalizować zjawisko konformizmu, zaczynając od mniej skrajnego (i zapewne prostszego) przykładu. Wróćmy do naszego znajomego Sama, hipotetycznego studenta, z którym spotkaliśmy się w rozdziale 1. Jak pamiętamy, Sam oglądał w telewizji wystąpienie kandydata na prezydenta, którego szczerość wywarła na nim pozytywne wrażenie. Jednakże, wobec jednomyślnej opinii swych przyjaciół, według których kandydat ten był nieszczery, Sam przychylił się – przynajmniej werbalnie – do ich zdania.

Można wysunąć wiele pytań dotyczących sytuacji tego typu: (1) Co powoduje, że ulegamy naciskowi grupy? W konkretnym przypadku, jakie znaczenie miał ten nacisk dla Sama? (2) Jaka była natura nacisku grupy? Co robili koledzy Sama, aby nakłonić go do konformizmu? (3) Czy Sam zmienił swoją opinię o kandydacie w ciągu tego krótkiego, lecz okropnego okresu, mianowicie gdy dowiedział się, że żaden z kolegów nie podziela jego zdania? Czy też Sam pozostał przy swej pierwotnej opinii, modyfikując jedynie to, co powiedział o kandydacie? Jeśli nastąpiła zmiana opinii, to czy była trwała, czy też jedynie przejściowa?

Niestety, nie potrafimy powiedzieć ściśle i dokładnie, co działo się w tym czasie w umyśle Sama, ponieważ w sytuacji tej jest wiele czynników, których nie znamy. Na przykład nie wiemy, jak pewny był Sam swej pierwotnej opinii; nie wiemy, jak bardzo lubił ludzi, z którymi oglądał wystąpienie kandydata; nie wiemy, czy Sam uważa, że potrafi dobrze ocenić szczerość innych, ani też, czy sądzi, iż jego koledzy potrafią dokonać tego samego; nie wiemy, czy Sam ma w ogóle silną osobowość, czy też jest raczej miękki itd. Możemy natomiast stworzyć sytuację eksperymentalną nieco podobną do tej, w której znalazł się Sam, oraz kontrolować i zmieniać czynniki, które, naszym zdaniem, mogą być ważne. Taką podstawową sytuację zastosował Solomon Asch[8] w swej klasycznej serii eksperymentów. Wyobraź sobie, że bierzesz w nich udział. Zgłosiłeś się na ochotnika, by uczestniczyć w eksperymencie badającym spostrzeganie. Wchodzisz do pokoju razem z czterema innymi uczestnikami. Eksperymentator pokazuje wszystkim narysowany odcinek linii prostej (odcinek X). Jednocześnie pokazuje wam dla porównania trzy inne odcinki (A, B i C). Wasze zadanie polega na ocenieniu, który z tych trzech odcinków jest najbardziej zbliżony pod względem długości do odcinka X. Jesteś zaskoczony, gdyż zadanie to jest bardzo łatwe.

Nie masz żadnych wątpliwości, że poprawną odpowiedzią jest B i gdy przyjdzie twoja kolej, powiesz oczywiście, że chodzi tu o odcinek B. Jednakże jako pierwszy odpowiadasz nie ty, lecz inny uczestnik, który przygląda się z namysłem odcinkom i mówi „Odcinek A”. Otwierasz usta ze zdumienia i patrzysz na niego kpiąco. „Jak on może myśleć, że to A, skoro każdy głupiec zauważyłby, że to B?” – zadajesz sobie pytanie. „Musi być albo ślepy, albo pomylony”. Teraz przychodzi kolej na drugiego uczestnika; on także wybiera odcinek A. Zaczynasz się czuć jak Alicja w Krainie Czarów. „Jak to może być?” – pytasz sam siebie. „Czy obaj ci ludzie są albo ślepi, albo pomyleni?” Po nich jednak odpowiada następna osoba i także mówi: „Odcinek A”. Przypatrujesz się jeszcze raz tym odcinkom. „Może to właśnie ja tracę rozum” – mamroczesz bezgłośnie do siebie. Teraz czwarta osoba tak samo jak jej poprzednicy ocenia, że odpowiednim odcinkiem jest odcinek A. Zimny pot występuje ci na czoło. Wreszcie przychodzi twoja kolej. „To jest oczywiście odcinek A” – stwierdzasz. „Wiedziałem to od razu”.

Jest to właśnie taki rodzaj konfliktu, jaki wzbudzano w studentach biorących udział w eksperymencie Ascha. Jak można się domyślać, osoby, które odpowiadały jako pierwsze i podawały niepoprawną odpowiedź, były pomocnikami eksperymentatora i czyniły to zgodnie z jego instrukcją. Sama ocena była niewiarygodnie łatwa. Była tak łatwa, że gdy badanych nie poddawano naciskowi grupy, lecz pozwalano im w pojedynkę dokonywać ocen wielu odcinków różnej długości, błędnych odpowiedzi nie było prawie wcale. Istotnie, zadanie było tak łatwe, a rzeczywistość fizyczna tak wyraźna, że sam Asch był mocno przekonany, iż jeśli nawet część badanych ulegnie naciskowi grupy, to będzie ich bardzo niewielu. Okazało się jednak, że nie miał racji. Gdy większość współuczestników zgodnie podawała te same niepoprawne odpowiedzi w serii dwunastu ocen, to mniej więcej trzy czwarte badanych przynajmniej raz dostosowało się do większości, odpowiadając niepoprawnie. Biorąc pod uwagę wszystkie odpowiedzi, stwierdzono, że przeciętnie 35% ogółu odpowiedzi było zgodnych z niepoprawnymi ocenami podawanymi przez wspólników Ascha.

Solomon Asch przeprowadził swój klasyczny eksperyment ponad 50 lat temu. Chociaż wyniki były bardzo przekonujące, istnieje pokusa, by odrzucić jego wnioski na tej podstawie, że studenci uczelni amerykańskich są obecnie zupełnie inni. W szczególności można by sądzić, że z pojawieniem się komputerów i internetu staliśmy się bardziej wyrobieni intelektualnie, a zatem dużo mniej podatni na ten rodzaj nacisku ze strony grupy. Tak nie jest. W ciągu minionych lat eksperyment Ascha powtarzano z powodzeniem wielokrotnie. Zaledwie parę lat temu Anthony Pratkanis[9] w niezwykle efektownej demonstracji w państwowej telewizji powtórzył eksperyment Ascha dokładnie tak samo, jak przeprowadził go Asch pięćdziesiąt lat wcześniej. Uczestnikami eksperymentu Pratkanisa byli szczególnie wyrobieni intelektualnie studenci, przy czym większość z nich uważała się za nonkonformistów. Jest uderzające, że uzyskane rezultaty były niemal identyczne z wynikami Ascha.

Opieranie się naciskom grupy jest bardzo trudne, co uwidacznia się nie tylko na twarzach uczestników, lecz także w aktywności neurologicznej ich mózgów. W przeprowadzonym niedawno eksperymencie Gregory Berns i jego współpracownicy [10] powtórzyli procedury Ascha, jednocześnie monitorując aktywność neuronową mózgów uczestników przy zastosowaniu funkcjonalnego obrazowania za pomocą rezonansu magnetycznego (fMRI). Te obrazy tomograficzne (scans) wykazały poważną różnicę między uczestnikami, którzy podporządkowywali się grupie, a tymi, którzy oparli się jej naciskowi. U osób badanych, które się oparły, występowała duża aktywność w ciałach migdałowatych (amygdala), okolicy mózgu związanej z bólem i cierpieniem emocjonalnym. Przeciwstawienie się grupie jest bolesne.

Sytuacja stworzona przez te eksperymenty jest szczególnie intrygująca, ponieważ w przeciwieństwie do wielu sytuacji, w których możemy mieć skłonność do konformizmu, nie było tu żadnego wyraźnego ograniczenia indywidualności. W wielu sytuacjach sankcje przeciw nonkonformizmowi są wyraźne i jednoznaczne. Ja na przykład nie cierpię nosić krawata i w większości sytuacji to niewielkie dziwactwo uchodzi mi na sucho. Z jednym wyjątkiem: często zatrzymują mnie u wejścia do restauracji i grzecznie (lecz stanowczo) informują, że jeśli nie zgodzę się włożyć krawata oferowanego mi przez starszego kelnera, nie będę mógł zjeść obiadu w tej restauracji. Mogę albo włożyć krawat i zjeść obiad, albo wyjść, swobodny i z rozpiętym kołnierzykiem, ale głodny. Negatywne następstwa nonkonformizmu występują tu bardzo wyraźnie.

W eksperymencie Ascha natomiast (i w hipotetycznym przykładzie Sama oglądającego w telewizji wystąpienie kandydata na prezydenta) sytuacja była znacznie bardziej subtelna. W obu tych sytuacjach nie było żadnych wyraźnych nagród za konformizm, ani żadnych wyraźnych kar za dewiację. Dlaczego więc i Sam, i badani przez Ascha dostosowywali się do zdania większości? Wchodzą tu w grę dwie główne możliwości: albo doszli do przekonania, wobec jednomyślnego poglądu większości, że ich własne opinie były niezgodne z prawdą, albo też „poszli za tłumem” (mimo wewnętrznego przeświadczenia, że ich własne oceny są słuszne) dla pozyskania sympatii większości lub dla uniknięcia nieprzychylności grupy, co mogłoby być konsekwencją niezgadzania się z jej zdaniem.

Krótko mówiąc, sugerujemy, że osoby te miały przed sobą dwa ważne cele: postąpić właściwie oraz zachować życzliwość innych ludzi przez dostosowanie się do ich oczekiwań. W wielu okolicznościach oba te cele można zrealizować w jednym prostym działaniu. Prowadzenie samochodu prawą stroną jezdni jest postępowaniem właściwym, a zarazem spełnia oczekiwania innych ludzi; tak samo jak wtedy, gdy ofiarowujemy kwiaty matce w dniu Święta Matki, gdy udzielamy właściwych wskazówek przechodniowi pytającemu o drogę lub gdy uczymy się pilnie, aby dobrze zdać egzamin. Podobnie, gdyby inni odpowiadali zgodnie z twoją oceną długości odcinków, mógłbyś zrealizować oba cele, podając szczerze własną ocenę. Jednakże w eksperymencie Ascha wytworzono konflikt między tymi dwoma celami. Gdybyś był w tym eksperymencie osobą badaną i gdybyś żywił początkowo przekonanie, że właściwą odpowiedzią jest wskazanie odcinka B, wówczas odpowiedź taka mogłaby zaspokoić twoje pragnienie, aby postąpić właściwie – lecz mogłaby także kolidować z oczekiwaniami twoich współtowarzyszy, którzy skłonni byliby pomyśleć, że jesteś nieco „dziwny”. Zarazem wybór odcinka A mógłby pozyskać ci akceptację innych, jeśli jednak nie zostałeś przekonany o słuszności ich ocen, to byłby on sprzeczny z twoim pragnieniem, aby podać właściwą odpowiedź.

Większość ludzi sądzi, że im samym chodzi głównie o to, aby postąpić właściwie, podczas gdy innym zależy przede wszystkim na tym, żeby zachować życzliwość otoczenia. Na przykład osoby, które obserwowały z ukrycia eksperyment podobny do eksperymentu Ascha nad konformizmem, przewidywały na ogół, że badani będą dostosowywali się do zdania większości częściej, niż to czynili w rzeczywistości[11]. Jest dość interesujące, iż ci sami ukryci obserwatorzy przewidywali, że oni będą dostosowywać się rzadziej, niż wystąpiło to w rzeczywistości wśród osób podobnych do nich. Inaczej mówiąc, wiemy, że inni ludzie dostosowują się do większości, nie doceniamy natomiast naszej własnej skłonności do podporządkowania się grupie.

Czy koledzy przekonali Sama, że preferowany przez niego kandydat na prezydenta jest nieszczery, czy też Sam po prostu zgodził się z oceną kolegów, aby uzyskać ich akceptację, nadal jednak wierząc w szczerość swego kandydata? Nie wiem; ponieważ Sam jest osobą hipotetyczną, nie możemy dać definitywnej odpowiedzi na to pytanie. Czy badani, którzy w eksperymencie Ascha dostosowali się do większości, byli przekonani, że ich pierwotna ocena była niepoprawna, a jednomyślna ocena innych – słuszna? Wywiady, które Asch przeprowadził ze swymi badanymi, sugerują wyraźnie, że ich konformizm był jedynie na użytek publiczny; zgadzali się po to, aby utrzymać dobre relacje z innymi.

Czynniki powodujące nasilenie lub osłabienie konformizmu

Jednomyślność. W sytuacjach podobnych do tych, które badał Asch, jednomyślność opinii większości jest jednym z czynników mających decydujący wpływ na prawdopodobieństwo, że badany dostosuje swoją ocenę do tej opinii. Badany, jeśli spotka chociaż jednego sprzymierzeńca, podziela jego stanowisko i jest o wiele mniej skłonny dostosować się do błędnej oceny większości[12]. Co więcej, nawet wtedy, gdy jednomyślność zostaje przełamana przez kogoś, kto właściwie nie jest sprzymierzeńcem osoby badanej, siła oddziaływania grupy ulega poważnemu osłabieniu[13]. Innymi słowy, jeśli jeden z pozostałych członków grupy podaje niepoprawną odpowiedź, która jednak różni się od błędu popełnianego przez większość (mówi, że poprawny jest odcinek C, podczas gdy reszta grupy wymienia odcinek A), to obecność drugiego odszczepieńca radykalnie zmniejsza nacisk skłaniający do konformizmu i osoba badana często podaje odpowiedź poprawną: odcinek B. Taki kolega-dysydent wywiera potężne działanie uwalniające spod wpływu większości. Jeśli jednak jednomyślność istnieje, to liczebność tej jednomyślnej większości nie musi być nawet zbyt duża, aby móc nakłonić osobę badaną do maksymalnego konformizmu. Tendencja do podporządkowania się naciskowi grupy jest mniej więcej tak samo wielka wtedy, gdy jednomyślna większość składa się tylko z trzech osób, jak i wtedy, gdy składa się ona z szesnastu osób.

Zaangażowanie. Jeden ze sposobów zmniejszenia skłonności do ulegania naciskowi grupy polega na spowodowaniu, żeby dana jednostka czuła się jakoś zaangażowana w swą pierwotną ocenę. Wyobraź sobie, że sędziujesz pierwszoligowy mecz baseballu. Toczy się zacięta walka przy pierwszej bazie, a ty usuwasz z gry runnera – w obecności 50 tysięcy kibiców. Po meczu podchodzi do ciebie trzech innych sędziów i każdy z nich mówi, że jego zdaniem runner prawidłowo dobiegł do bazy. Jakie jest prawdopodobieństwo, że zmienisz swoją decyzję? Porównaj to z sytuacją (podobną do sytuacji w eksperymencie Ascha), w której każdy z trzech sędziów oznajmia, że runner prawidłowo dobiegł do bazy, a potem ty z kolei masz podjąć decyzję. Takie porównanie przeprowadzono w eksperymencie Mortona Deutscha i Harolda Gerarda[14], którzy posłużyli się paradygmatem Ascha i stwierdzili, że gdy nie było wcześniejszego zaangażowania (podobnie jak w eksperymencie Ascha), 24,7% odpowiedzi dostosowało się do błędnej opinii większości. Kiedy jednak wcześniej osoby badane zaangażowały się publicznie przed usłyszeniem decyzji innych „sędziów”, tylko 5,7% ich nowych decyzji miało charakter konformistyczny.

Odpowiedzialność (accountability). Przypuśćmy, że stwierdziłeś, iż grupa wywiera na ciebie nacisk w czasie, gdy starasz się podjąć decyzję. Ponadto przypuśćmy, że wiesz, iż pod koniec posiedzenia będziesz musiał uzasadnić swoją decyzję wobec innych członków grupy. Jak sądzisz, jaki wpływ mogłoby to mieć na twoją decyzję? Badania wykazały, że ten rodzaj odpowiedzialności wobec grupy w większości warunków przyczynia się do zwiększenia konformizmu[15]. Co się jednak stanie, jeśli otrzymasz także instrukcję wskazującą, że jest dla ciebie ważne, abyś podjął jak najtrafniejszą decyzję? Aby odpowiedzieć na to pytanie, Andrew Quinn i Barry Schlenker[16] poddawali osoby badane procedurze mającej na celu nakłonienie ich do konformizmu wobec niewłaściwej decyzji. Zanim rozpoczęła się ta część eksperymentu (polegająca na nakłanianiu do konformizmu), badacze wykonywali dwa działania: (1) połowie uczestników polecali pomyśleć o tym, jak ważne jest podjęcie najtrafniejszej decyzji, a drugiej połowie – o tym, jak ważne jest współdziałanie; oraz (2) w każdym z tych dwóch warunków eksperymentalnych informowali połowę uczestników, że po podjęciu decyzji będą musieli powiedzieć swoim partnerom o podjętej przez siebie decyzji i uzasadnić, dlaczego ją podjęli. Rezultaty były jednoznaczne. Ci uczestnicy wykazali największą niezależność i podjęli najlepsze decyzje, którzy byli nastawieni na trafność i musieli wyjaśnić swój nonkonformizm tym właśnie osobom, których wpływowi się oparli. Jest interesujące, że w tym warunku eksperymentalnym uczestnicy zachowywali się w sposób bardziej niezależny niż ci uczestnicy, którzy także byli nastawieni na trafność decyzji, lecz nie zostali zobowiązani do zdania z niej sprawy. To sugeruje, że większość ludzi będzie się zgadzać z innymi, aby utrzymać z nimi dobre relacje, o ile nie wiedzą, że zostaną rozliczeni z jakiejś głupiej, konformistycznej decyzji.

Osoba i kultura. Innym ważnym czynnikiem wpływającym na konformizm są pewne cechy osoby badanej. Osoby, które w ogóle mają o sobie niskie mniemanie znacznie łatwiej ulegają naciskowi grupy niż osoby o wysokiej samoocenie. Ponadto ważną rolę w tym procesie odgrywa samoocena dotycząca określonego zadania. Jeśli ludzi przekona się, że mają niewielkie zdolności do wykonania otrzymanego zadania lub że nie mają ich wcale, to ich skłonność do konformizmu wzrasta. Podobnie osoby, którym uprzednio umożliwiono odniesienie sukcesów w takim zadaniu jak ocenianie długości odcinków, są daleko mniej skłonne do konformizmu niż osoby, które nie miały takiego przygotowania[17].

Następnym ważnym czynnikiem jest to, jak bezpiecznie dana osoba czuje się w określonej grupie. Na przykład, wracając do naszego poprzedniego przykładu, gdyby Sam był pewny, że jego znajomi lubią go i akceptują, to byłby bardziej skłonny wyrazić odmienny pogląd niż w sytuacji niepewności. Twierdzenie to zostało poparte wynikami badań eksperymentalnych Jamesa Dittesa i Harolda Kelleya[18], w których to badaniach zachęcano studentów college’u, aby przyłączyli się do atrakcyjnej i cieszącej się prestiżem grupy, a następnie podawano im informacje o tym, jak pewna jest ich pozycja w tej grupie. Mianowicie, wszystkich członków grupy informowano, że w każdej chwili grupa może usunąć każdego z nich dla zwiększenia efektywności swojego funkcjonowania. Następnie rozpoczynano w grupie dyskusję nad przestępczością nieletnich. Co pewien czas dyskusję przerywano i proszono uczestników, aby każdy z osobna ocenił wszystkich pozostałych członków ze względu na ich wartość dla grupy. Po dyskusji informowano każdego, jak oceniali go inni; w rzeczywistości podawano przygotowane zawczasu, nieprawdziwe informacje. U niektórych członków grupy wytwarzano przekonanie, że są dobrze widziani, u innych zaś – że nie są zbyt popularni. Konformizm każdego członka grupy mierzono na podstawie opinii, jakie wyrażał on następnie w trakcie dyskusji nad przestępczością nieletnich, a także na podstawie jego uległości wobec nacisku grupy podczas wykonywania prostego zadania percepcyjnego. Wyniki wykazały, co następuje: ci spośród badanych ceniących sobie przynależność do grupy, u których wytworzono przekonanie, że są jedynie umiarkowanie akceptowani, częściej dostosowywali się do norm i standardów ustanawianych przez grupę niż ci, których poinformowano, iż są w pełni akceptowani. Innymi słowy, jednostce mającej ustaloną pozycję w grupie łatwiej jest wyrażać poglądy odmienne w stosunku do grupy.

Istnieją także ważne różnice kulturowe, które dobrze ilustruje różnica między dwoma przysłowiami, będącymi wyrazem mądrości ludowej: w Ameryce „skrzypiące koło dostaje smar”; w Japonii „wystający gwóźdź zostaje wbity”. Ten ogólny pogląd znalazł potwierdzenie w pracy Roda Bonda i Petera Smitha. Analizując 133 eksperymenty przeprowadzone w 17 różnych krajach przy zastosowaniu procedury Ascha, stwierdzili oni, że konformizm występuje częściej w społeczeństwach kolektywnych (takich jak Norwegia, Chiny, Japonia) niż w społeczeństwach indywidualistycznych (jak Stany Zjednoczone i Francja)[19]. Wydaje się, że istnieje także niewielka, lecz występująca regularnie różnica między płciami, przy czym kobiety ulegają naciskowi większości bardziej niż mężczyźni[20]. Należy jednak podkreślić, że ta różnica między płciami była największa wtedy, gdy badacz był mężczyzną, lub gdy zadanie grupowe miało charakter odpowiadający mężczyznom[21].

Grupa wywierająca nacisk. Drugą stroną medalu jest, oczywiście, skład grupy wywierającej nacisk na jednostkę. Grupa skuteczniej skłania do konformizmu, jeśli: (1) składa się ze specjalistów, (2) jej członkowie (indywidualnie lub zbiorowo) są dla danej jednostki osobami znaczącymi, lub (3) członkowie grupy (indywidualnie lub zbiorowo) są pod pewnym względem podobni do tej jednostki. A zatem, wracając do naszego hipotetycznego studenta Sama, oczekiwalibyśmy, że łatwiej ulegnie on naciskowi swych znajomych, jeśli uważa ich za specjalistów w zakresie polityki i w ocenianiu stosunków międzyludzkich. Ponadto, gdyby ludzie ci byli dla niego ważni jako potencjalni przyjaciele, jego podporządkowanie się byłoby bardziej prawdopodobne niż wtedy, gdyby to były dla niego osoby obojętne. I wreszcie fakt, iż znajomi Sama są podobnie jak on studentami, sprawia, że ich ocena ma większy wpływ na jego zachowanie niż, powiedzmy, opinia grupy dziesięciolatków, grupy robotników budowlanych czy też grupy portugalskich biochemików.

Czynniki wpływające na konformizm są podobne także wtedy, gdy źródłem oddziaływania społecznego jest jednostka, a nie grupa. Jest więc bardziej prawdopodobne, że dostosujemy się do zachowań lub opinii jednostki, która jest do nas podobna, ma dla nas duże znaczenie lub jest ekspertem czy autorytetem w danej sytuacji. Na przykład badania wykazały, że ludzie są bardziej skłonni zastosować się do żądania osoby noszącej mundur niż kogoś w ubraniu cywilnym – nawet gdy chodzi o sprawy stosunkowo błahe. W jednym z badań[22] proszono pieszych, żeby dali trochę niepotrzebnych drobnych pieniędzy kierowcy (w rzeczywistości jednemu z eksperymentatorów) parkującemu przy taksometrze wskazującym, że opłacony czas już minął. Gdy do osób badanych podchodziła umundurowana kobieta pilnująca parkingu, wtedy spełniali oni jej prośbę znacznie częściej niż wówczas, gdy miała ona na sobie bądź dość niechlujny ubiór, bądź profesjonalny, urzędowy strój. Wygląd sugerujący autorytet czy władzę – których przekonującym symbolem jest mundur – może więc nadać prawomocność żądaniu, dzięki czemu uzyskuje się wysoki wskaźnik uległości.

Na poziomie bardziej ogólnym, popularny pisarz Malcolm Gladwell[23] sugeruje, że ważne trendy społeczne często zmieniają się w sposób radykalny i nagły pod wpływem tego konformistycznego mechanizmu, gdy zdarzy się tak, że pewne kategorie poważanych ludzi znajdą się na właściwym miejscu we właściwym czasie. Tę nagłą przemianę, kiedy jakaś poważna zmiana osiąga masę krytyczną, Gladwell nazywa „punktem przechyłu” (tipping point), a ludzi, którzy wywołują takie przemiany „łącznikami” (connectors). „Łącznicy” ci potrafią za pomocą samych tylko wypowiadanych przez siebie słów w ciągu kilku tygodni przekształcić restaurację z trudem walczącą o klientów w popularny, przepełniony lokal lub wziąć się za jakąś słabą tendencję (przejawiającą się na przykład w liczbie kobiet zgłaszających się regularnie na mammografię) i przekształcić ją w swego rodzaju epidemię. Według Gladwella, „łącznicy” nie muszą być ekspertami; są to po prostu ludzie, którzy wydają się „dobrze poinformowani” i mówią o właściwych sprawach we właściwych miejscach. W jaki sposób osoby, które nie są specjalistami w dziedzinie medycyny, mogą nakłonić wielką liczbę kobiet do regularnego zgłaszania się na mammografię? Ważne jest miejsce. W tym przypadku „punkt przechyłu” występował w tych miejscach, gdzie kobiety (i tylko kobiety) gromadzą się nieformalnie i mają czas, by rozmawiać ze sobą i słuchać siebie nawzajem. Tymi miejscami były salony piękności, a „łącznikami” były kosmetyczki.

Przynależność a uzyskiwanie informacji

Ludzie mają silną potrzebę przynależności. Akceptacja i odrzucenie należą do nagród i kar najsilniej działających na istoty społeczne, ponieważ w naszej historii ewolucyjnej wykluczenie społeczne mogło mieć fatalne konsekwencje – a mianowicie odcięcie od zasobów grupy i pozbawienie ochrony, jaką dawała ona w niebezpiecznym świecie. A zatem swoje geny przekazywali ci ludzie, którzy mieli silną skłonność do przystosowania się do grupy. Dziedzictwem tej historii jest to, że większość nas zada sobie wiele trudu, żeby uniknąć wykluczenia społecznego[24]. Jak wskazałem wcześniej, istnieją dwa możliwe powody, dla których ludzie podobni do nas mogą dostosowywać się do zdania innych. Po pierwsze, zachowanie innych mogło przekonać nas, że nasza pierwotna ocena była błędna; po drugie, konformizm często zabezpiecza nasze miejsce w grupie. Zachowanie osób badanych w eksperymencie Ascha i w innych podobnych eksperymentach zdaje się wynikać głównie z dążenia do uniknięcia wykluczenia. Świadczy o tym fakt, że konformizm badanych był bardzo nieznaczny, gdy pozwolono im odpowiadać na osobności.

Zarazem istnieje wiele sytuacji, w których dostosowujemy się do zachowania innych, ponieważ ich zachowanie jest dla nas jedyną wskazówką co do właściwego sposobu działania. Krótko mówiąc, inni ludzie często służą nam do określenia rzeczywistości. Przytoczony na początku tego rozdziału fragment opowiadania Thurbera stanowi przykład tego typu konformizmu. Według Leona Festingera[25], gdy rzeczywistość fizyczna staje się coraz bardziej niepewna, ludzie polegają w coraz większym stopniu na „rzeczywistości społecznej” – tzn. są bardziej skłonni dostosować się do tego, co robią inni ludzie, nie dlatego, że boją się kary, lecz dlatego, że zachowanie grupy dostarcza im wartościowej informacji, pozwalającej ustalić, czego się od nich oczekuje. Rozróżnienie to łatwiej będzie wyjaśnić za pomocą przykładu. Przypuśćmy, że w nieznanym sobie budynku musisz skorzystać z toalety. Pod napisem „Toalety” jest dwoje drzwi, lecz, niestety, jakiś wandal usunął z nich oznaczenia i nie wiesz, która toaleta jest „Dla Pań”, a która „Dla Panów”. Oto prawdziwy dylemat! Obawiasz się otworzyć którekolwiek drzwi, żeby nie narazić się na zakłopotanie lub nie wprowadzić w zakłopotanie innych. Gdy tak się męczysz, przestępując z nogi na nogę, drzwi po lewej stronie otwierają się i wychodzi z nich dżentelmen o dystyngowanym wyglądzie. Z westchnieniem ulgi ruszasz naprzód, upewniony, że toaleta z lewej strony jest dla mężczyzn, z prawej zaś – dla kobiet. Skąd ta pewność? Jak wiemy, badania wykazały, że im większe zaufanie ma dana jednostka do wiedzy i solidności drugiej osoby, tym bardziej jest skłonna pójść za jej przykładem i dostosować się do jej zachowania. Jest więc niemal pewne, że pójdzie za przykładem dystyngowanie wyglądającego dżentelmena, o wiele pewniejsze, niż gdyby to był na przykład obdarty facet z dziko błyszczącymi oczyma i rozsiewający nieprzyjemną woń.

Istotnie, badania nad nieprawidłowym przechodzeniem przez jezdnię dowodzą, że ludzie częściej będą naśladować zachowanie osoby, która zdaje się mieć wysoką pozycję społeczną niż kogoś, kto wygląda na mniej godnego szacunku czy mniej zamożnego. W kilku badaniach stwierdzono, że w obecności modela powstrzymującego się od niezgodnego z przepisami wkroczenia na jezdnię, inni przechodnie częściej rezygnują z zamiaru zrobienia tego samego niż badani z grupy kontrolnej, którzy nie są poddani oddziaływaniu modela. To zjawisko dostosowania się występuje jednak znacznie wyraźniej, gdy osoba modelująca zachowanie jest schludna i dobrze ubrana, a nie rozczochrana i w wyświechtanej odzieży[26].

O marnowaniu wody i śmieceniu. Zróbmy teraz następny krok. Różne instytucje często domagają się od nas pewnych zachowań, nie formułując wprost swych żądań. Na przykład, w pomieszczeniu z natryskami dla mężczyzn w hali sportowej mojego uniwersytetu znajduje się tabliczka z obrazkiem wzywającym do oszczędności przez zakręcanie wody na czas namydlania się. Ponieważ postępowanie takie jest trochę niedogodne, nie byłem zdziwiony, gdy przeprowadzone przez nas systematyczne obserwacje ujawniły, że tylko 6% studentów stosowało się do tej prośby. Następnie Michael O’Leary i ja przeprowadziliśmy prosty eksperyment, który miał nakłonić większą liczbę ludzi do oszczędzania wody i energii potrzebnej do jej podgrzania[27]. Doszliśmy do wniosku, że ludzie częściej wyłączaliby natrysk podczas namydlania się, gdyby byli przekonani, że inni studenci traktują tę prośbę poważnie. Wobec tego zapewniliśmy sobie pomoc paru studentów, którzy po prostu mieli spełniać rolę modelów pożądanego zachowania. Nie chcieliśmy jednak, żeby ludzie dostosowywali się z obawy przed naganą czy karą, i dlatego zaplanowaliśmy eksperyment w sposób następujący: nasz model wchodził do pomieszczenia z natryskami (nie było w nim kabin czy przegródek, tylko osiem natrysków rozmieszczonych w równych odstępach), kiedy nie było w nim nikogo, szedł w odległy kąt, odwracał się plecami do wejścia i włączał prysznic. Gdy tylko usłyszał, że ktoś wchodzi, wyłączał natrysk, mydlił się, włączał go znowu, szybko spłukiwał pianę i wychodził z pomieszczenia, nie spojrzawszy nawet na studenta, który wszedł przed chwilą. Po jego wyjściu, wchodził inny student (nasz obserwator) i niepostrzeżenie notował, czy osoba badana zakręciła kurek na czas mydlenia. Stwierdziliśmy, że 49% studentów poszło za jego przykładem! Co więcej, kiedy dwaj studenci jednocześnie modelowali pożądane zachowanie, odsetek osób stosujących się do prośby przedstawionej na tabliczce wzrósł do 67. W niejednoznacznej sytuacji inni ludzie mogą więc skłonić nas do konformizmu, dostarczając nam po prostu informacji wskazujących, co inni ludzie na ogół czynią w danej sytuacji.

Przypatrzmy się normie kulturowej zakazującej śmiecenia. Większości ludzi śmiecenie nie wydaje się sprawą poważną – i na tym po części polega problem: większość osób nie zastanawia się, zostawiając trochę śmieci tu i tam; jednakże te małe ilości śmieci z czasem narastają, zanieczyszczają nasze środowisko i kosztują podatników mnóstwo pieniędzy. W samej Kalifornii koszt sprzątania śmieci z poboczy dróg przekracza obecnie 120 milionów dolarów rocznie. Przypuśćmy, że podchodząc do swojego samochodu na parkingu przed biblioteką widzisz, że ktoś ci wetknął pod wycieraczkę przedniej szyby jedną z tych irytujących ulotek reklamowych. Usuwasz ją więc i niewiele myśląc zgniatasz w ręku. Teraz zasadnicze pytanie: czy rzucasz ją na ziemię, czy wkładasz do kieszeni, żeby później wyrzucić do kosza na śmieci? Odpowiedź: w dużej mierze zależy to od tego, co robią inni ludzie. W pomysłowym eksperymencie Robert Cialdini i jego współpracownicy[28] wkładali ulotki reklamowe pod wycieraczki samochodów, po czym czekali, aby zaobserwować, co zrobi każdy z kierowców, gdy zauważy ulotkę. Koło niektórych osób, kiedy tylko wyszły one z biblioteki, przechodził pomocnik eksperymentatorów, zatrzymywał się, podnosił leżące na ziemi opakowanie po „szybkim daniu” (fast food) i wrzucał je do kosza na śmieci. W warunkach kontrolnych na ziemi nie leżało żadne opakowanie, a pomocnik eksperymentatorów po prostu przechodził koło osób badanych. Kiedy osoby zaliczone do grupy kontrolnej podchodziły do swego samochodu i spostrzegały ulotkę, 37% rzucało ją na ziemię. W grupie „modelowania” tylko 7% osób badanych rzuciło ulotkę na ziemię.

W podobnym eksperymencie Cialdini i jego współpracownicy[29] zastosowali subtelniejszą technikę wpływania za pomocą informacji. Wyeliminowali modela w postaci człowieka i zamiast tego manipulowali wyglądem parkingu. Mianowicie, kiedy eksperymentatorzy uprzednio zaśmiecili parking ulotkami reklamowymi, większość kierowców naśladowała ich – prawdopodobnie myśląc: „Ostatecznie, jeśli nikt nie dba o czystość parkingu, to dlaczego ja miałbym dbać?” Jest dość interesujące, że ludzie znacznie rzadziej śmiecili wtedy, gdy jeden śmieć leżał w pobliżu na ziemi, niż wtedy, gdy na parkingu wcale nie było śmieci. Jest to spowodowane tym, że widok jednego śmiecia przypomina nam o śmieciach – a zarazem informuje nas, że ogromna większość ludzi przestrzega tej normy. Jeśli na parkingu wcale nie ma śmieci, to większość ludzi przypuszczalnie nie pomyśli nawet o tej normie, a zatem jest bardziej prawdopodobne, że będą śmiecić bezmyślnie.

W eksperymentach z natryskami i na parkingu konformizm wywoływano za pomocą informacji, a nie strachu. Nie zawsze jednak łatwo jest rozróżnić te dwa typy konformizmu. Zachowanie często jest identyczne; kluczowym elementem odróżniającym oba te procesy jest obecność lub brak czynnika karzącego. Wyobraź sobie, że w mitycznym państwie Fredonii dobre wychowanie wymaga, aby gość po posiłku czkał, okazując w ten sposób gospodarzowi, że jedzenie mu smakowało. Przypuśćmy, że nie wiedząc o tym zwyczaju jesteś z wizytą w domu pewnego fredońskiego dygnitarza w towarzystwie paru dyplomatów z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Jeśli po posiłku dżentelmeni ci zaczną czkać, to prawdopodobnie ty również zaczniesz wydawać te same odgłosy. Twoi współbiesiadnicy dostarczyli ci wartościowej informacji. Zarazem gdybyś znalazł się w tym samym domu w towarzystwie grupy zapaśników z fredońskiej drużyny olimpijskiej i gdyby te osiłki zaczęły czkać po obiedzie, to przypuszczam, że unikałbyś naśladowania ich, tj. uznałbyś prawdopodobnie ich zachowanie za przejaw złych manier. Gdyby jednak twoi towarzysze, widząc, że nie bierzesz z nich przykładu, spiorunowali cię wzrokiem, mógłbyś również zacząć czkać – nie dlatego, że dostarczyli ci właściwej informacji, lecz z powodu obawy przed odrzuceniem czy odwetem za to, że nie okazałeś się dobrym kolegą i nie chciałeś naśladować ich prostackiego zachowania.

Chciałbym podkreślić, że konformizm wynikający z obserwowania innych w celu uzyskania informacji o właściwym sposobie zachowania ma zwykle poważniejsze następstwa niż konformizm zmierzający do uzyskania akceptacji lub do uniknięcia kary. Skłonny byłbym twierdzić, że jeśli dana osoba znajduje się w niejasnej sytuacji, w której musi posłużyć się zachowaniem innych ludzi jako wzorem dla własnego zachowania, to później w podobnych okolicznościach, gdy zabraknie tego rodzaju wskazówek, prawdopodobnie powtórzy swe nowo wyuczone zachowanie. Oczywiście, postąpi w ten sposób, o ile do tego czasu nie uzyska wyraźnych dowodów, że jej działania były niewłaściwe czy niesłuszne. Zatem, wracając do naszego przykładu, przypuśćmy, że ów fredoński dygnitarz ponownie zaprosił cię do swego domu na obiad. Tym razem jednak jesteś jedynym jego gościem. Czy będziesz czkał po jedzeniu, czy też nie? Chwila zastanowienia i odpowiedź nie nastręcza już wątpliwości: gdybyś w czasie pierwszej wizyty w domu tego dygnitarza czkał po posiłku dlatego, że uświadomiłeś sobie, iż jest to właściwy sposób postępowania (jak byłoby w przypadku spożywania obiadu w towarzystwie dyplomatów), to prawdopodobnie czkałbyś również, spożywając obiad tylko z gospodarzem domu. Gdybyś jednak za pierwszym razem czkał z obawy przed odrzuceniem lub karą (jak byłoby w przypadku wizyty w towarzystwie zapaśników), to będąc jedynym gościem nie czkałbyś prawie na pewno. Wracając do Sama i do kandydata na prezydenta, łatwo teraz zrozumiesz jeden z głównych powodów, dla których trudno byłoby nam przewidzieć, jak Sam rzeczywiście głosowałby w wyborach. Jeśli podporządkował się grupie jedynie w celu uniknięcia kary lub pozyskania akceptacji, to w zapewniającej tajność kabinie wyborczej głosowałby zapewne w sposób niezgodny z poglądem wyrażonym przez jego kolegów. Jeśli natomiast Sam potraktował tę grupę jako źródło informacji, to prawie na pewno głosowałby przeciw kandydatowi, który początkowo mu się podobał.

Wpływ społeczny a emocje. Powtórzmy jeszcze raz: gdy rzeczywistość jest niejasna, inni ludzie stają się głównym źródłem informacji. Ogólność tego zjawiska dobrze ilustrują badania przeprowadzone przez Stanleya Schachtera i Jerome’a Singera, które wykazały, że ludzie dostosowują się do innych nawet przy ocenie czegoś tak osobistego, jak treść własnych emocji[30]. Zanim opiszemy te badania, musimy najpierw wyjaśnić, co rozumiemy przez „emocje”. Według Williama Jamesa[31], emocja ma zarówno treść „uczuciową”, jak i treść poznawczą. Jego „dwuczęściową” koncepcję emocji można porównać do procesu odtwarzania piosenki za pomocą szafy grającej: najpierw trzeba uruchomić mechanizm, wrzucając monetę, potem wybrać piosenkę, jakiej chcemy posłuchać, przez naciśnięcie właściwych guzików. Emocja także wymaga zarówno pobudzenia fizjologicznego, jak i jakiegoś czynnika umożliwiającego jej zidentyfikowanie. Jeśli na przykład przechadzając się po lesie, napotkamy dzikiego, zgłodniałego niedźwiedzia, to zachodzą w nas zmiany fizjologiczne. Zmiany te wywołują podniecenie – z fizjologicznego punktu widzenia jest to reakcja współczulnego układu nerwowego, podobna do tej, jaką mogłoby wywołać spotkanie osoby, na którą się gniewamy. Reakcję tę interpretujemy jako strach (nie zaś jako gniew czy euforię) tylko wtedy, gdy uświadamiamy sobie obecność bodźca wywołującego strach (dzikiego niedźwiedzia). Co jednak działoby się, gdybyśmy odczuwali fizjologiczne pobudzenie w nieobecności odpowiedniego bodźca? Na przykład, co by było, gdyby ktoś ukradkiem wrzucił do naszej szklanki z napojem substancję chemiczną powodującą tę samą reakcję fizjologiczną? Czy odczuwalibyśmy strach? William James powiedziałby prawdopodobnie, że nie – o ile w naszym otoczeniu nie występuje odpowiedni bodziec.

Teraz możemy przystąpić do opisania badań Schachtera i Singera. W jednym z eksperymentów badanym wstrzykiwano albo epinefrynę – syntetyczną postać adrenaliny, która wywołuje fizjologiczne pobudzenie – albo nieszkodliwe placebo. Wszystkim badanym powiedziano, że otrzymali preparat witaminowy o nazwie „suproxin”. Spośród badanych, którym wstrzyknięto epinefrynę, część poinformowano o tym, że wystąpią u nich pewne objawy uboczne, m.in. kołatanie serca i drżenie rąk. Są to, istotnie, niektóre z efektów podawania epinefryny. Toteż, gdy u badanych tych wystąpiły wspomniane objawy, mieli oni odpowiednie wyjaśnienie. Mogli powiedzieć sobie: „Serce mi bije i ręce mi się trzęsą z powodu otrzymanego zastrzyku, nie zaś z jakichś innych przyczyn”. Innych badanych jednak nie powiadomiono zawczasu o tych symptomach. Gdy więc serce zaczęło tłuc się im w piersi i ręce poczęły drżeć, w jaki sposób to odczuwali? Odpowiedź jest następująca: W taki sposób, w jaki odczuwali to ludzie w ich otoczeniu. Mianowicie, w sytuacji tej pojawiała się także osoba podstawiona, a badanych informowano, że ona również otrzymała zastrzyk suproxiny. W jednej sytuacji ten pomocnik eksperymentatora, zgodnie z otrzymaną instrukcją, zachowywał się w sposób euforyczny; w innej sytuacji polecono mu przejawiać silny gniew. Wyobraź sobie, że sam jesteś w takiej sytuacji: znajdujesz się w pokoju z drugą osobą, której rzekomo wstrzyknięto ten sam lek, co tobie. Człowiek ów podskakuje sobie z ożywieniem, z uszczęśliwioną miną ugniata kulki z papieru i zaczyna ćwiczyć nimi rzuty do kosza na śmieci. Wyraźnie jest on w stanie euforii. Stopniowo środek, który ci wstrzyknięto, zaczyna działać, czujesz, że serce bije ci mocniej, że ręce drżą itd. Jaką odczuwasz emocję? W tej sytuacji większość badanych podawała, że odczuwają euforię – i faktycznie zachowywali się tak, jak gdyby byli uszczęśliwieni. Teraz dla odmiany wyobraź sobie, że zamiast wyznaczyć ci towarzystwo euforycznego osobnika, umieszczono cię w pokoju z podstawioną osobą tak „zaprogramowaną”, by zachowywała się w sposób gniewny: narzeka ona na kwestionariusz, który obaj właśnie wypełniacie, aż w końcu, w napadzie skrajnego rozdrażnienia, drze kwestionariusz i z gniewem ciska go do kosza na śmieci. U ciebie tymczasem zaczynają występować objawy wywołane przez epinefrynę: czujesz, że serce bije ci gwałtownie, a ręce zaczynają drżeć. Co odczuwasz? W tej sytuacji większość badanych odczuwała gniew i zachowywała się w sposób gniewny.

Należy podkreślić, że jeśli badanym podano placebo (tzn. wstrzyknięto im nieszkodliwy roztwór, nie wywołujący żadnych objawów) lub jeśli ostrzeżono ich, jakie objawy wywołuje podawany im środek, to wówczas błazeństwa osoby podstawionej miały na nich względnie niewielki wpływ. Zreasumujmy wyniki tego eksperymentu. Gdy rzeczywistość fizyczna była jasno określona i wytłumaczalna, wówczas zachowanie innych ludzi nie miało dużego wpływu na emocje badanych – gdy jednak odczuwali oni silną reakcję fizjologiczną, której przyczyny były niejasne, to wtedy interpretowali swe uczucia jako gniew albo jako euforię, zależnie od zachowania innych ludzi, którzy rzekomo byli pod działaniem tego samego środka chemicznego.

Przypisy

Rozdział 1. Co to jest psychologia społeczna?

[1] J. Michener, Kent State: What happened and why, Random House, New York 1971.

[2] K. Clark, M. Clark, Racial identification and preference in Negro children. W: T. M. Newcomb, E. L. Hartley (red.), Readings in social psychology, Holt, New York 1947, s. 169–178.

[3] J. Harris, Hiroshima. A study in science, politics, and the ethics of war, Addison-Wesley, Menlo Park, CA 1970.

[4] J. L. Powell, A test of the knew-it-all-along effect in the 1984 presidential and statewide elections, „Journal of Applied Social Psychology” 1988, 18, s. 760–773.

[5] J. Michener, Kent State: What happened and why, Random House, New York 1971.

[6] E. Berscheid, informacja ustna.

[7] P. Zimbardo, The psychological power and pathology of imprisonment. Statement prepared for the U.S. House of Representatives Committee on the Judiciary; Subcommittee nr 3: Hearings on Prison Reform, San Francisco, 25 listopada 1971, s. 3.

Rozdział 2. Konformizm

[1] J. Thurber, The day the dam broke. W: My life and hard times, Harper, New York 1933, s. 41, 47. Pierwotnie opublikowane w „The New Yorker”. Copyright 1933, 1961 by James Thurber.

[2] S. Schachter, Deviation, rejection, and communication, „Journal of Abnormal and Social Psychology” 1951, 46, s. 190–207.

[3] A. W. Kruglanski, D. W. Webster, Group Member’s reaction to opinion deviates and conformists at varying degrees of proximity to decision deadline and of environmental noise, „Journal of Personality and Social Psychology” 1991, 61, s. 212–225.

[4] A. Speer, Inside the Third Reich. Memoirs, tłum. R. Winston, C. Winston, Macmillan, New York 1970.

[5] „Playboy” 1975, styczeń, s. 78.

[6] A. W. Kruglanski, Freeze-think and the Challenger, „Psychology Today” 1986, sierpień, s. 48–49.

[7] I. L. Janis, Groupthink, „Psychology Today” 1971, listopad, s. 43–46; I. L. Janis, Counteracting the adverse effects of concurrence-seeking in policy-planning groups. W: J. H. Davis, G. Stocker-Kreichgauer (red.), Group decision making, H. Brandstatter, Academic Press, New York 1984; T. Kameda, S. Sugimori, Psychological entrapment in group decision making: An assigned decision rule and a groupthink phenomenon, „Journal of Personality and Social Psychology” 1993, 65, s. 282–292.

[8] S. Asch, Effects of group pressure upon the modification and distortion of judgment. W: M. H. Guetzkow (red.), Groups, leadership and men, Carnegie, Pittsburgh 1951, s. 117–190; S. Asch, Studies of independence and conformity. A minority of one against a unanimous majority, „Psychological Monographs” 1956, 70 (9, cały nr 416).

[9] Andi Gitow, Fred Rothenberg (producenci), Dateline NBC: Follow the leader. Rozpowszechniane przez NBC News, 1997, 10 sierpnia.

[10] G. S. Berns, J. Chappelow, C. F. Zink, G. Pagnoni, M. E. Martin-Skurski, J. Richards, Neurobiological correlates of social conformity and independence during mental rotation, „Biological Psychiatry” 2005, 58, s. 245–253.

[11] R. Wolosin, S. Sherman, A. Cann, Predictions of own and other’s conformity, „Journal of Personality” 1975, 43, s. 357–378.

[12] S. Asch, Opinions and social pressure, „Scientific American” 1955, 193(5), s. 31–35; W. Morris, R. Miller, The effects of consensus-breaking and consensus-preempting partners on reduction of conformity, „Journal of Experimental Social Psychology” 1975, 11, s. 215–223; E. Boyanowsky, V. Allen, B. Bragg, J. Lepinski, Generalization of independence created by social support, „Psychological Record” 1981, 31, s. 475–488.

[13] V. Allen, J. Levine, Social support and conformity. The role of independent assessment of reality, „Journal of Experimental Social Psychology” 1971, 7, s. 48–58.

[14] M. Deutsch, H. Gerard, A study of normative and informational social influence upon individual judgment, „Journal of Abnormal and Social Psychology” 1955, 51, s. 629–636.

[15] J. Pennington, B. R. Schlenker, Accountability for consequential decisions: Justifying ethical judgments to audiences, „Personality and Social Psychology Bulletin” 1999, 25, s. 1067–1981.

[16] A. Quinn, B. R. Schlenker, Can accountability produce independence? Goals as determinants of the impact of accountability on conformity, „Personality and Social Psychology Bulletin” 2002, 28, s. 472–483.

[17] B. Mausner, The effects of prior reinforcement of the interaction of observed pairs, „Journal of Abnormal and Social Psychology” 1954, 49, s. 65–68; B. Mausner, The effect on one’s partner’s success in a relevant task on the interaction of observed pairs, „Journal of Abnormal and Social Psychology” 1954, 49, s. 557–560; S. Goldberg, A. Lubin, Influence as a function of perceived judgment error, „Human Relations” 1958, 11, s. 275–281; D. Wiesenthal, N. Endler, T. Coward, J. Edwards, Reversibility of relative competence as a determinant of conformity across different perceptual tasks, „Representative Research in Social Psychology” 1976, 7, s. 35–43.

[18] J. Dittes, H. Kelley, Effects of different conditions of acceptance upon conformity to group norms, „Journal of Abnormal and Social Psychology” 1956, 53, s. 100–107.

[19] R. Bond, P. Smith, Culture and conformity. A meta analysis of studies using Asch’s (1952, 1956) line judgment task, „Psychological Bulletin” 1996, 119, s. 111–137; R. Frager, Conformity and anticonformity in Japan, „Journal of Personality and Social Psychology” 1970, 15, s. 203–210. Zobacz też: H. C. Triandis, Cross-cultural studies of individualism and collectivism. W: J. J. Herman (red.), „Nebraska Symposium on Motivation” 1990, 37, 41–133.

[20] E. Maccoby, C. Jacklin, The psychology of sex differences, Stanford University Press, Stanford, CA 1974, s. 268–272; H. Cooper, Statistically combining independent studies. A meta-analysis of sex differences in conformity research, „Journal of Personality and Social Psychology” 1979, 37, s. 131–146.

[21] A. Eagly, L. Carli, Sex of researchers and sex–typed communications as determinants of sex differences in influenceability. A meta-analysis of social influence studies, „Psychological Bulletin” 1981, 90, s. 1–20; G. Javornisky, Task content and sex differences in conformity, „Journal of Social Psychology” 1979, 108, s. 213–220; S. Feldman-Summers, D. Montano, D. Kasprzyk, B. Wagner, Influence attempts when competing views are genderrelated. Sex as credibility, „Psychology of Women Quarterly” 1980, 5, s. 311–320.

[22] B. J. Bushman, The effects of apparel on compliance. A field experiment with a female authority figure, „Personality and Social Psychology Bulletin” 1988, 14, s. 459–467.

[23] M. Gladwell, The tipping point, Little Brown, New York 2000.

[24] R. F. Baumeister, M. R. Leary, The need to belong: Desire for interpersonal attachments as a fundamental human motivation, „Psychological Bulletin” 1995, 117, s. 497–529; K. E. Buckley, R. E. Winkel, M. R. Leary, Reactions to acceptance and rejection: Effects of level and sequence of relational evaluation, „Journal of Experimental Social Psychology” 2004, 40, s. 14–28.

[25] L. Festinger, A theory of social comparison processes, „Human Relations” 1954, 7, s. 117–140.

[26] B. Mullen, C. Cooper, J. E. Driskell, Jaywalking as a function of model behavior, „Personality and Social Psychology Bulletin” 1990, 16(2), s. 320–330.

[27] E. Aronson, M. O’Leary, The relative effectiveness of models and prompts on energy conservation. A field experiment in a shower room, „Journal of Environmental Systems” 1982–1983, 12, s. 219–224.

[28] R. B. Cialdini, R. R. Reno, C. A. Kallgren, A focus theory of normative conduct. Recycling the concept of norms to reduce littering in public places, „Journal of Personality and Social Psychology” 1990, 58, s. 1015–1029.

[29] R. Reno, R. Cialdini, C. A. Kallgren, The trans-situational influence of social norms, „Journal of Personality and Social Psychology” 1993, 64, s. 104–112

[30] S. Schachter, J. Singer, Cognitive, social, and physiological determinants of emotional state, „Psychological Review” 1962, 69, s. 379–399.

[31] W. James, Principles of psychology, Smith, New York 1890.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Człowiek - istota społeczna Błądzą wszyscy (ale nie ja). Dlaczego usprawiedliwiamy głupie poglądy, złe decyzje i szkodliwe działania Przygody Rózi i chłopca o imieniu Dziadek 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Wybieraj wystarczająco dobrze Seks się liczy. Od seksu do nadświadomości To tylko dzieci