Drogami klęski

Drogami klęski

Autorzy: Jacques Maritain

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Filozofia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 13.49 zł

„Tak więc znaczenie pracy Maritaina polega dla nas nie tylko na tym, że wyjaśnia ona mechanizm klęski francuskiej, ale również i na poddaniu pewnego rozsądnego tonu rozważaniom o dzisiejszej sytuacji świata. Jedna z najtrudniejszych obecnie rzeczy to zdobyć się na trzeźwe, bezlitosne potępienie win i wad własnego narodu i nie wpaść przez to w zwątpienie o jego wartości. Szczere przyznanie się do win i głęboka wiara w lud francuski u Maritaina budzą wielki szacunek” – fragment wstępu Czesława Miłosza

O Autorze:
JACQUES MARITAIN (1882–1973) – współtwórca personalizmu chrześcijańskiego. Profesor Instytutu Katolickiego w Paryżu, od 1918 roku członek papieskiej Akademii św. Tomasza w Rzymie. Jest uważany za głównego przedstawiciela neotomistycznego personalizmu i neoscholastyki. Początkowo był uczniem Henriego Bergsona. Po przejściu na katolicyzm i krytyce filozofii É. Le Roya przez papieża Piusa X odszedł od bergsonizmu na rzecz neoscholastyki.

Korekta: Teresa Kruszona

Projekt graficzny okładki: Wojtek Kwiecień-Janikowski

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Jacques Maritain

© copyright for polish translation by Czesław Miłosz

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2779-2 (epub), 978-83-268-2780-8 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Zamiast wstępu do wydania z 1983 r.

Od tłumacza

Od autora

I. Francja poniżona

II. Polityka

III. Lud

IV. Wojskowy knock-out

V. Zawieszenie broni

VI. Pokonani Francuzi

VII. Pomimo klęski

ZAMIAST WSTĘPU DO WYDANIA Z 1983 R.

Jacques Maritain – „Drogami klęski”, zwarta, syntetyczna książka znakomitego pisarza i filozofa francuskiego wydana rok temu w Nowym Jorku, daje w kilku rozdziałach pełny obraz życia narodu francuskiego, jego walki, upadku, wreszcie próby odbudowy. Tłumaczenie polskie tej książki ukaże się w ograniczonym nakładzie w styczniu 1942 r. Około 100 stron druku petitem, cena jednego egzemplarza 10 zł.

„Jutro” – tygodnik organizacji Polska Niepodległa, nr 125 z 23 grudnia 1941 r.

Z dokumentów organizacji Polska Niepodległa

Szef Wydziału Prasy i Propagandy P.N. 6 III.1942 r.

Do

Szefa Sztabu Komendy

Głównej P.N.

(...) pkt 8. Omówiłem sprawę z drukarzem, wydrukuje „Pieśń Niepodległą” w ciągu 10 dni, co mnie prawdziwie cieszy. Warunki, jakie stawia, są niewiele wyższe od warunków naszych drukarzy: 3500 zł plus papier (nasi wzięli 3 tysiące), godzi się na to, aby dać mu nasz papier, który możemy otrzymać za połowę rynkowej ceny. W sumie więc wyniesie nas to jeszcze taniej niż Maritain przy lepszym druku, porządnej pracy i szybkiej. Warunek: transakcja gotówkowa, a więc nie prędzej do niego pójdę z rękopisem, jak będę miał pieniądze (ach, te pieniądze!).

(–) Serafin

Szef Wydziału Prasy i Propagandy P.N. 9.III.1942 r.

Do

Szefa Sztabu Komendy Głównej P.N.

Sprawozdanie

(...) pkt 11. W zakresie wydawniczym:

1) Wydałem książkę Maritaina „Drogami klęski” w nakładzie 1640 egz. Jest to pierwsza książka wydawnictwa Oficyna Polska w Warszawie, które uruchomiłem.

2) Przygotowałem następne wydawnictwa Oficyny, pierwszym z nich będzie „Pieśń Niepodległa” – antologia polskiej poezji czasu wojny (...).

(–) Serafin

Szef Wydziału Prasy i Propagandy P.N. 6.IV.1942 r.

Do

Szefa Sztabu Komendy Głównej P.N.

(...) Z Maritaina zostało zaledwie 200 egz., co jest nawet w normalnych stosunkach wydawniczych rekordem, w 1,5 miesiąca 1300 egzemplarzy sprzedać! Ale zostały nam jeszcze długi, bo pieniądze spływają wolno.

(–) Serafin

(...) ściślej użytkowa była ułożona przeze mnie antologia poezji obejmującej wiersze, które krążyły wtedy przepisywane ręcznie, pióra albo poetów krajowych, albo emigracyjnych. Ta antologia „Pieśń Niepodległa” ukazała się w 1942 r. jako ładnie drukowana książeczka i wydawcy uważali ją za sukces podziemnego rynku wydawniczego. W tym samym roku przyjemnie mi było przyczynić się jakoś do obrony imienia Francji, poniżanej i wykpiwanej przez nazistowską propagandę. Cała sprawa stanowi dowód, że totalnym ustrojom bardzo trudno jest walczyć ze słowem, że przenika ono przez granice szybciej i skuteczniej, niż to mogą przypuszczać ludzie z zewnątrz. Jacques Maritain, wydając w Kanadzie swoją pracę wymierzoną przeciwko rządowi w Vichy „A travers le désastre”, nie spodziewał się, że dotrze ona do odległej Polski. Przywiózł ją do Polski pewien kupiec holenderski. W moim tłumaczeniu i z moim profrancuskim wstępem tekst został złożony małą czcionką, tak aby zmieścił się w kieszeni.

Czesław Miłosz – „Rodzinna Europa”, Paryż 1980, Instytut Literacki, Biblioteka „Kultury”, str. 197.

Od czasu pierwszego polskiego wydania książki J. Maritaina „Drogami klęski” upłynęło 41 lat. Zakończyła się II wojna światowa i okupacja niemiecka, minęło 38 lat historii PRL-u. I niewiele się zmieniło. Kultury jako wartości narodowej trzeba bronić podobnie jak w czasach, z których pochodzą powyższe dokumenty.

OD TŁUMACZA

Dając Czytelnikom w przekładzie polskim książkę Jakuba Maritaina, uważamy za wskazane wyjaśnić w paru słowach motywy, które nas do tego skłoniły. Książka ta wyszła pod tytułem „A travers le désastre” w New Yorku w lutym 1941 roku. Pomijając naturalną ciekawość, jaką budzą wszelkie wydawnictwa ukazujące się poza granicami opanowanej przez hitleryzm Europy, rozprawa francuskiego pisarza zwraca uwagę samą doniosłością poruszonego w niej zagadnienia. Jest to bezstronne i spokojne rozważanie przyczyn klęski własnego kraju – rozważanie dalekie od partykularyzmu – przeciwnie, tragedia Francji jest ukazana jako fragment tragedii ogólnej, w której dano i nam brać udział.

Po czerwcu 1940 roku przepłynęła przez Polskę wielka fala rozczarowania i nawet nienawiści do Francji. Zawiedzione nadzieje, zawiedzione rachuby wyładowały się w tym większej niechęci, że wpływ kultury francuskiej był u nas zawsze bardzo silny i od pokoleń przyzwyczajono się uważać Francję za ostoję cywilizacji. Dostrzegając nawet znamiona rozkładu, wierzono, że w decydującej chwili Francja okaże się godna pokładanego w niej zaufania. Cios jej zadany wydawał się ciosem zadanym samej istocie cywilizacji zachodniej. W tym sensie też tłumaczyła wypadki propaganda totalna, starając się wpoić przekonanie, że upadek Francji jest oznaką zbliżającej się zagłady demokracji na całym świecie, że nieudolność, korupcja i rozprzężenie, które zadecydowały o porażce militarnej i oddaniu we władzę niemiecką kontynentu aż po Atlantyk i kanał La Manche, są nieuniknionym następstwem wszelkiego demokratycznego ustroju. Gdy okazało się, że są to w najlepszym razie pobożne życzenia, tym większa stała się uraza do Francji jako do kraju, który nie wytrzymał próby bohaterstwa. Oburzano się na tchórzliwość i kunktatorstwo rządu Pétaina, mnożono przykłady podłości i służalstwa wśród przedstawicieli francuskiej elity, w świecie literatury i sztuki.

Gdy tak wybitny pisarz jak Maritain zabiera głos, mamy prawo oczekiwać wyjaśnień. I w znacznym stopniu te wyjaśnienia otrzymujemy. Maritain bierze powikłany splot wydarzeń, który ogólnie nazywamy klęską, i stara się wydzielić poszczególne włókna, nazwać je, odłączyć przyczyny zasadnicze od przypadkowych. W ten sposób powoli od niesłusznych i budzących panikę uogólnień przechodzimy do określeń bardziej dokładnych, ułożonych w pewien hierarchiczny porządek. Nie jest prawdą, że wady, które zdecydowały o upadku Francji, są wadami związanymi nierozerwalnie z demokracją – to pewnik pierwszy, jaki Maritain ustala. Nie jest też prawdą, że wady te dowodzą dekadencji francuskiego narodu – to pewnik drugi. Wykazując, jak różnorodne przyczyny złożyły się na niepowodzenie, pisarz francuski daje dobry wzór metody przydatnej i dla nas, jeżeli chcemy skutecznie rozproszyć legendy szerzone przez nazistowską propagandę. Propaganda ta lubi posługiwać się ogólnikami, które rozsypują się w pył pod ostrzem chłodnej analizy. Lubi twierdzić, że przeciwnikami hitleryzmu są narody stare, przeżyte, spróchniałe, natomiast po jego stronie idą narody młode, twórcze, niosące „nowy ład”. Francja, ponieważ uległa, jest „stara”. Nietrudno odkryć fałsz podobnego rozumowania. Co byśmy powiedzieli o człowieku, który widząc, że ktoś nie może biegać, twierdził, że to ze starości – podczas gdy powodem mogła być równie dobrze choroba, rana na nodze albo nałożone na nogi pęta.

Tak więc znaczenie pracy Maritaina polega dla nas nie tylko na tym, że wyjaśnia ona mechanizm klęski francuskiej, ale również i na poddaniu pewnego rozsądnego tonu rozważań o dzisiejszej sytuacji świata. Jedna z najtrudniejszych obecnie rzeczy to zdobyć się na trzeźwe, bezlitosne potępienie win i wad własnego narodu i nie wpaść przez to w zwątpienie o jego wartości. Szczere przyznanie się do win i głęboka wiara w lud francuski u Maritaina budzą wielki szacunek.

Wojna obecna jest, jak powiada Maritain, międzynarodową wojną domową. Jest więc jasne, że nie ma dzisiaj spraw ściśle, wewnętrznie narodowych, że każda sprawa ma swoje odpowiedniki i analogie w skali ogólnej. Mimo wszelkich różnic, jakie dzielą Polskę od Francji, pewne określenia dają się zastosować i do naszych stosunków. Nie będziemy tutaj podawali przykładów. Sądzimy, że szczerość francuskiego pisarza godzi w niejeden z błędów ostatniego dwudziestolecia, który był również i naszym błędem. Publiczny rachunek sumienia dokonany przez człowieka zdolnego zachować umiar ma tę dobrą stronę, że ośmiela innych do podobnego rachunku i równocześnie wskazuje, czym różni się rachunek sumienia od wyzwisk, od słów pełnych gniewu i pogardy.

* * *

J. Maritain jest czołowym przedstawicielem współczesnej filozofii katolickiej. Filozofia ta, nawiązując do myśli św. Tomasza z Akwinu, wywiera w ostatnich czasach silny wpływ na umysły, wpływ, któremu ulegają nie tylko katolicy. Nie cofając się przed rozwiązywaniem żadnego z problemów narzucanych przez potrzeby życia społecznego, odpowiada ona powszechnej tęsknocie do jednolitego, szeroko ujętego światopoglądu, jest dowodem żywotności katolicyzmu. Jeżeli tak się stało – niemała w tym zasługa Maritaina. Zjawisko rzadkie: autor religijny, bezkompromisowy w swoim przywiązaniu do Rzymu, zdobywa swoimi dziełami szacunek i miłość nawet wśród ludzi daleko stojących od Kościoła. Na autorytet Maritaina powoływali się pisarze i z prawicy, i z lewicy, żadna poważniejsza próba wyjaśnienia zagadnień ustrojowych, moralnych, artystycznych nie obeszła się bez streszczenia przynajmniej jego poglądów. Nie ulega wątpliwości, że w ostatnich latach przed obecną wojną coraz silniej odzywały się głosy nawołujące do odnowy, do uporządkowania prawdziwej puszczy sprzecznych koncepcji, w jakiej grzęzła myśl współczesnego człowieka. W prądzie tym, przerwanym przez kataklizm, Maritainowi należy się zaszczytne miejsce. Można i należy wierzyć, że ów prąd był zapowiedzią lepszego porządku, jaki nastąpi po wojnie, tak jak wszystko, co cennego potrafiła zdobyć Europa w ciągu dwudziestolecia, było przygotowane przez ruchy ostatnich lat przed rokiem 1914.

Główne dzieła Maritaina to: „Trzej reformatorzy” – portrety Lutra, Rousseau i Kartezjusza (1925), „Sztuka i mądrość” (1926), „Prymat ducha” (1927), „Rozróżniać, aby jednoczyć, czyli stopnie poznania” (1932), „Humanizm integralny” (1936), nie licząc dzieł z zakresu filozofii ścisłej i obszernego dorobku publicystycznego.

Warszawa, w styczniu 1942 roku

Po zakończeniu wojny Jakub Maritain niezwykle czynnie włączył się w intelektualne życie Francji i Kościoła (zwłaszcza w okresie Soboru Watykańskiego II). Pisał książki o filozofii moralnej, o Kościele, o „Pieśni nad pieśniami”. Gdy zmarła jego ukochana żona – Raissa – Maritain zbliżył się do Małych Braci od Jezusa, zgromadzenia założonego przez o. Karola de Foucauld, odbył nowicjat i przywdział ich szary habit. Umarł jako zakonnik 8 kwietnia 1973 roku.

Warszawa, w styczniu 1983 roku

OD AUTORA

Opuściłem Francję w styczniu 1940 roku z zamiarem odbycia wykładów, jakie miewam od wielu lat w Pontifical Institute of Mediaeval Studies w Toronto, i wygłoszenia szeregu odczytów w Stanach Zjednoczonych. Sądziłem, że powrócę do Paryża w końcu czerwca; tragiczne wypadki dni czerwcowych i zawładnięcie moim krajem przez Niemców powstrzymały mnie od tego. Mając, dzięki gościnności amerykańskiej, możność mówienia swobodnie o wielu rzeczach, o których we Francji ludzie zmuszeni są dzisiaj milczeć, sądzę, że nie skorzystać z tej możności oznaczałoby uchylić się od obowiązku. Praca ta została napisana dla publiczności amerykańskiej, aby spróbować jej wytłumaczyć sytuację możliwie najlepiej. Została napisana również dla publiczności francuskiej w tym sensie, że pisząc ją, wciąż przebywałem myślą z przyjaciółmi, od których jestem oddzielony, że zwracałem się do nich, jak gdyby mogli mnie usłyszeć. W każdej chwili odczuwałem obawę, że mogę powiedzieć słowo, które stanowiłoby rozdźwięk z ich bezpośrednim doświadczeniem ostatnich wypadków, ale przyjąłem to nieuniknione ryzyko, gdyż jak mi się zdaje, szersze informacje o sprawach polityki światowej, z których tutaj dane jest korzystać, a których oni są pozbawieni, zdolne są to ryzyko umniejszyć. Mam też nadzieję, że instynkt serca potrafi w pewnym stopniu przezwyciężyć rozłąkę fizyczną i że to, co z trwogą tutaj myślę, odpowiada ich myślom tam, pod obcą przemocą.

Moim jedynym celem jest spróbować dojrzeć i powiedzieć prawdę. Starałem się mówić sprawiedliwie i bezstronnie o rzeczach, które ranią mi serce. Sądzę ponadto, że dokładność i powściągliwość w mowie są najlepszym środkiem do pozostawienia faktom ich wymowy.

Od dawna przyjąłem za zasadę, kierując się troską o własną niezależność filozofa, aby nie przystępować do żadnej grupy politycznej. Nigdy dotychczas nie sprzeniewierzyłem się tej zasadzie i mam nadzieję nigdy się jej nie sprzeniewierzyć. W zupełnej więc niezależności wobec ugrupowań, bez względu na to, jakimi są, mówię to, co uważam za prawdziwe, o przyczynach klęski we Francji, i to, co uważam za prawdziwe o obecnej sytuacji kraju.

Nie mam pretensji, by sporządzać dokładny opis wszystkich przyczyn klęski, próbowałem jedynie rzucić światło na główne z nich. Co do wypadków, które rozwijają się obecnie, są one tak trudne do przewidzenia i zmieniają się tak nagle, że możliwe jest, iż sytuacja dzisiejsza ulegnie głębokiej przemianie pomiędzy chwilą, gdy ta praca zostanie ogłoszona, i chwilą, gdy była pisana. W każdym razie pozostanie ona świadectwem.

New York, 21 listopada 1940 r.

I

FRANCJA PONIŻONA

Ciężka to rzecz sięgać do źródeł klęski własnego kraju. Właściwie nie zdajemy jeszcze sobie sprawy z rozmiarów naszego nieszczęścia. Bardziej niż kiedykolwiek Francja ukazuje się jako istota żywa, cenna przez swoje ciało i duszę, droga światu, pełna obietnic i darów, piękności, słodyczy: teraz zraniona, powalona na ziemię, niesłychanie poniżona. Zaledwie zaczyna rozumieć, co jej się przydarzyło, ma zbyt wiele rozsądku i umiaru, by pojąć ohydę.

Jakże to się stało, że upadła, ona, miasto naszych nadziei, ojczyzna, która wieściła światu wolność? Płaczcie jak jodły Zachariasza, lasy, źródła, pagórki, piękne równiny mojej ziemi... Ale czyż nie jest najgroźniejszym znakiem, że przygnieceni przez apokaliptyczne nieszczęścia Francuzi nie znaleźli w swoim narodzie żadnego proroka, który by wypowiedział grozę wypadków, taką jaka jest, który by obudził głębokości ducha? Ten sam brak jest uderzający u Żydów prześladowanych w całym świecie, u których zmysł proroctwa pozostaje wciąż przygaszony. Przez ten czas hipnotyzerzy narodów dokonują swoich zabiegów. A jednak głęboki instynkt ludu, gdy budzi się w rozpaczy, ma umiejętność rozróżniania, która zastępuje wiele braków.

Gdy próbuje się wyłowić z wieści tu nadchodzących, z artykułów ogłaszanych przez ludzi godnych wiary, z rozmów z Francuzami świeżo przybyłymi do Ameryki prawdę faktów, spostrzega się, że powody naszej klęski urastają we wszystkich kierunkach w nieskończoność. Cała tragedia polega właśnie na tym, że wszelkie rodzaje przyczyn, niezależnych jedne od drugich, złożyły się na ten sam wynik, jakim była katastrofa. Zawalenie się militarnej Francji należy oczywiście przypisać przygniatającej wyższości technicznej i ilościowej niemieckiego uzbrojenia; ale skoro już mowa o wyższości, zawdzięczamy ją własnym błędom, bo zależało tylko i wyłącznie od nas, czy zdołamy przeciwstawić Niemcom jeżeli nie armię równie liczną, to przynajmniej dostateczne uzbrojenie. Zawalenie się Francji należy przypisać również błędom militarnym, w których Francja i Anglia mają równy udział, należy przypisać ogólnemu bankructwu rządzących, przywódców partii, liderów klas kierowniczych; towarzyszył mu wreszcie zespół fatalnych okoliczności psychologicznych, w które popadł naród politycznie zdemoralizowany, ale zachowujący wszystkie swoje przyrodzone cnoty. Dlaczego te łańcuchy niezależnych przyczyn współdziałały jakby nagle w bezprzykładnym poniżeniu wielkiego narodu? Coś musiało obsunąć się głęboko pod ziemią, dokoła tego punktu grunt pochylił się, a wszystkie przyczyny niepowodzenia runęły w ten lej niezliczonym szeregiem.

Za wcześnie jest oczywiście dokonywać wyczerpującej analizy różnych czynników, o których wspomniałem, brak nam najważniejszych dokumentów. Dyplomatyczna i wojskowa historia wojny będzie napisana później i da niewątpliwie okazję do sporów trudnych do rozstrzygnięcia. Chciałbym jedynie położyć nacisk na różnorodność możliwych tłumaczeń; ważne jest zdawać sobie z tego sprawę. Wrażenie, jakie odnosiliśmy tutaj wszyscy, że Francja została zdradzona ze wszystkich stron, odpowiada niewątpliwie rzeczywistości, ale pod warunkiem, że nada się słowu „zdrada” znaczenie o wiele szersze, bardziej złożone, zarazem bardziej bolesne i mniej zabarwione kryminalnymi intencjami, niż się to zwykle czyni.

II

POLITYKA

Rozważmy najpierw przyczyny natury polityczno-społecznej. Ci z kierowników mieszczaństwa i wielkiego kapitału, którzy hołdowali dążeniom własnej klasy, mają teraz zapłatę za luty 1934 i za swój lęk przed włoskimi strajkami. Widzi się teraz, czym się stał kraj pod egidą burżuazyjnych przywódców, którzy, czy byli radykalni, czy reakcyjni, zawsze głęboko bali się ludu i pogardzali ludem, podczas gdy z drugiej strony socjalizm i syndykalizm przeżarte demagogią klasową, egoizmem i fałszywą filozofią życia, naznaczone jałowością i niemocą zdolne były tylko trwonić żywe siły narodu i pogłębiać rozłamy, rujnując od wewnątrz nadzieje i energię robotniczego ruchu. Każda klasa, każda partia, obawiając się innych, starała się tylko zachować nabyte przywileje. Wszędzie w dziedzinie społecznej i politycznej twórcze siły były sparaliżowane. Klasa robotnicza była politycznie zdemoralizowana przez komunizm, pozbawiona rezerw siły i heroizmu przez jaskrawe konflikty, zamieszanie umysłowe i atmosferę kłamstwa, jakie komunizm zdołał rozwinąć w świecie pracy. Kiedy wojna wybuchła, pakt niemiecko-sowiecki i nakazy pacyfizmu proniemieckiego, jakie padały z Moskwy i następowały bezpośrednio po szowinistycznych hasłach „antymonachijskich”, dokończyły dzieła dezorientacji w świecie robotniczym.

Z drugiej strony, klasa mieszczańska, stanowiąc nadal kierowniczy element (a więc najbardziej odpowiedzialny), była politycznie zdemoralizowana przez grupy posiadające. Te, obawiając się, nie bez racji, komunizmu, ale owładnięte ślepym strachem, były ze strachu zdolne do wszystkiego, hodowały poza tym idée fixe jakiegoś środka dość potężnego, by mógł ukrócić bezład rynków i puścić w ruch interesy. Podczas dziewięciu miesięcy nieruchomej wojny oficerowie jako pokarm dla własnych refleksji mieli lekturę tygodników skrajnej prawicy, których roli w szerzeniu umysłowego i moralnego rozkładu nie należy lekceważyć; tygodniki te łączyły z nienawiścią do Anglii (szczególnie od sprawy abisyńskiej), z nienawiścią do demokracji, z nienawiścią do „ciemnej masy”, do „lewicowców”, z nienawiścią do Żydów – pełną i oddaną ufność w przyjaźń dyktatorów. Natchnienia z Rzymu i nawet w niektórych razach z Berlina występowały równie silnie na skrajnej prawicy jak natchnienia z Moskwy na skrajnej lewicy; solidarność „ładu” tak jak solidarność „rewolucji” brały górę i tu, i tam nad wszelkim innym uczuciem. Trzeba jeszcze zdać sobie sprawę z absurdalnej polityki finansowej uprawianej od wielu lat przez wszystkie partie i z polityki defetyzmu, której pilnie przestrzegali komuniści oraz pewna ilość mężów stanu, przedstawicieli finansów i wysokich sfer towarzyskich – ich nazwiska zaczynają głośno wymawiać dzienniki amerykańskie.

O dwóch wreszcie rzeczach nie należy zapominać. Z jednej strony stworzenie Frontu Ludowego, dzieło rosyjskiego makiawelizmu oparte na kłamstwie (przymierze, w łonie którego nie istniała żadna możliwość wspólnego języka w rzeczach pozytywnych, ogłaszało swoją gotowość do tworzenia i rządzenia), zdezorganizowało i sparaliżowało politykę francuską. Z drugiej strony wojna europejska miała preludium, a tym preludium była wojna domowa hiszpańska, za którą polityka rządu Chamberlaina tak ciężką ponosi odpowiedzialność; niesłychane pomieszanie idei, jakie rozpętało się dokoła tej wojny, zaciemniło u nas już wtedy sens najoczywistszych narodowych interesów.

Rezultat tego wszystkiego był taki, że podstawowa siła kraju w stanie wojny, jego dziedziczny narodowy instynkt, jakim dla Francji jest instynkt wolności połączony z wiarą w wartość i powołanie jej ludu, był silnie osłabiony już przed wojną. Kiedy wybuchł konflikt, sądziliśmy, że wobec potwornego wydarzenia, które napełniało nas wszystkich grozą i dla którego nikt u nas nie miał entuzjazmu, ale do którego (ponieważ nasi rządzący wypowiedzieli wojnę) byliśmy, jak wierzono, materialnie przygotowani, ta podstawowa narodowa siła odnajdzie się sama, że dokona się to dzięki cnocie poświęcenia zawsze żywej w wielkich masach narodu. Nie braliśmy dostatecznie w rachubę, że wojna ta jest w gruncie rzeczy międzynarodową wojną domową, że więc wiele miesięcy bez czynności militarnej pozwoli siłom rozkładowym zgasić u wielu narodowy instynkt. Nie myśleliśmy, że małość i rywalizacja ślepej polityki, działając silniej niż kiedykolwiek pod płaszczykiem cenzury, spotęgują tylko i przyspieszą rozpad państwa i zadadzą cios poświęceniu walczących. W małym światku tych, którzy decydowali o losach najsłodszej krainy pod słońcem, prawie nikt nie wierzył we Francję. Niektórzy liczyli nawet na przegraną, aby dać ojczyźnie lekcję i wprowadzić ją na drogę pokuty.

Streszczając, wydaje się, że partie, które szermowały ludem i wolnością, zbankrutowały całkowicie. Straciły one właściwie wiarę we własną zasadę. Od dawna już odczuwały one wobec „ludzi z prawicy” dziwny kompleks niższości. Da się go przypisać niejasnemu odczuciu, że tamci mieli za sobą jakąś choćby najogólniejszą doktrynę, tradycję i autorytet, który z każdym dniem coraz bardziej wymykał się nieudolnym rękom „ludzi z lewicy”. Bojąc się prawicy i zarazem nienawidząc jej, lewicowi przywódcy partii, gdy dochodzili do władzy, starali się wszelkimi sposobami zasłużyć na szacunek i poważanie tych warstw społecznych, które prawica reprezentowała. Zresztą uprawiali oni politykę zagraniczną bez jasnego planu ni woli, żałośnie chwiejną, sparaliżowaną przez slogany polityki wewnętrznej i troski wyborcze. Opierali się słusznie – i w tym rzeczywiście szli po linii tradycji francuskich – na uczuciach wolności i na wielkoduszności narodu, a zbawczy instynkt wskazywał im w dyktaturach totalnych śmiertelne niebezpieczeństwo i dla Francji, i dla pokoju, i dla cywilizacji. Ale równocześnie nie umieli podjąć trudnego wysiłku ni zapragnąć ofiar, które mogłyby oddalić to niebezpieczeństwo. Nie umieli pobudzić narodu do wielkiego porywu, chociażby w imię starego jakobinizmu śpiącego od dawna snem wiekuistym. Wielu z nich tkwiło wciąż w ideologii pacyfistycznej, która wyrobiła w nich chorobliwą obawę przed wszelkim użyciem siły, nawet gdyby to był jedyny środek, jaki pozostawał do uniknięcia wojny i katastrofy. I – z wyjątkiem paru osobistości i kilku inteligentniejszych, ale pozbawionych całkowicie wpływu grup – obcinali tak długo, jak tylko mogli, kredyty wojskowe i konieczne wydatki na zbrojenia.

Bankructwo partii, które szermowały ładem i autorytetem, było również zupełne. Ich przywódcy, zamknięci w swoich urazach i swojej pewności siebie, wielbiąc siłę i wierząc jedynie w pseudorealizm na miarę małych Machiavellów, tępiąc i sabotując jako objaw sentymentalizmu i „ideologii” wszystko, co odwoływało się do poczucia wielkoduszności i wielkości, uważali Francję za kraj na wpół upadły, który powinien wyrzec się wszelkiej szerszej akcji w świecie, ograniczyć się do polityki egoizmu narodowego i wyrzeczenia. Do tego tylko mieli śmiałość, by rujnować wszystko, co usiłowali przeprowadzić w rządzie ich słabi przeciwnicy polityczni, i wykazywali w tym zdumiewającą obojętność na wspólne dobro i dobre imię kraju. Tak naprawdę to Francja, jaką kochali i jakiej chcieli służyć, nie była Francją, ale i c h Francją. Nie bardziej mądrzy niż ogrodnik, który by rozcinał drzewo od góry do dołu i niszczył połowę korzeni, wyrzucali ze swego serca i ze wspólnoty narodowej połowę (i na pewno więcej niż połowę) ludu, wyrzucali z historii i z tradycji francuskich wszystko, co nie było dobrą Francją, ich Francją.

W rezultacie stawiali na dyktatury totalne i w nich umieszczali swoją ufność. Przez skrajność odwrotną do tej, w jakiej grzęzła lewica, słusznie ostrzegali przed niebezpieczeństwem grożącym krajowi i słusznie żądali niezbędnych zbrojeń. Równocześnie jednak rozbrajali go moralnie, opętywali, niszczyli jego zbawienne instynkty, oddając go na pastwę manipulacjom i propagandzie wrogo do Francji usposobionych dyktatorów. Unicestwiali wszystko, co Francja próbowała dyktatorom przeciwstawić. Gotowi prowadzić, ile by kto zapragnął wojen przeciwko komunizmowi za żadną cenę nie chcieli ryzykować pobicia Hitlera i Mussoliniego, których szaleńczo brali za obrońców ładu i własności. Myśl o zwycięstwie Francji demokratycznej nad dyktatorami przerażała ich jako klęska zadana temu, co według nich miało być interesem świata cywilizowanego. W wielu rozmowach towarzyskich przed wojną ten sposób myślenia miał posmak zdrady. Kiedy wojna wybuchła, wyznawcy prawicy spełnili swój obowiązek jak ogół narodu i wielu z nich bohatersko przelało krew za kraj. Ale wielu z politycznych przywódców, nawet z tych, którzy nie żywili żadnych defetystycznych zamiarów, nosiło w sobie taką dyspozycję moralną, że czyniła ich ona niezdolnymi do w y t r z y m a n i a c i o s u w obliczu porażki. Gdyby miała nastąpić porażka militarna – szybko pokój! Ale to, co nastąpiło, to nie była porażka, to była militarna katastrofa.

Tak więc lewica sprzeniewierzała się demokracji, prawica sprzeniewierzała się Francji. Wśród ludzi piastujących stanowiska publiczne jedyną wielką postacią był kardynał Verdier. Umarł w porę, gdyż inaczej umarłby ze smutku.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Drogami klęski Wieśniak znad Garonny 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego Małpa w każdym z nas. Dlaczego seks, przemoc i życzliwość są częścią natury człowieka?