Cierność

Cierność

Autorzy: Konrad Białek

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 188

cena od: 14.80 zł

Gdy nadejdzie koniec świata, pójdziesz z miłości do piekła.

Świat pogrążony w wojnie nigdy nie będzie już taki sam jak przedtem. Wiedzą o tym Zofia i jej ukochany, brutalnie rozdzieleni przez nadejście nowych czasów, w których słowo „człowieczeństwo” traci swoje pierwotne znaczenie. Czy w świecie pełnym nienawiści, biedy, głodu i wszelkich cierpień uda im się na powrót odnaleźć siebie?

Ta fascynująca, utkana z niejednoznacznych fragmentów powieść, jest zagadką, którą czytelnik musi rozwiązać sam, jednocześnie zadając sobie pytania o to, jak daleko może sięgnąć ludzkie okrucieństwo i o to, kim naprawdę staje się człowiek w momentach krańcowych.

 

Spis treści

1. Budząca wiosna

2. Wspomnienie życia

3. Zezwierzęcenie

4. Oddanie

5. Lina ze światem

6. Ogień początkiem życia

7. Zimowe szepty zapomnienia

8. Nowe życie

9. Popiół nadziei

10. Mapy ran Twoich

11. Spotkanie

12. Upadek do bezkresu

Ciemność. Dlaczego ludzie się jej boją? Czy jest to coś nieznanego, obcego? Przecież związana jest z ludzkością trwale, węzłem niemożliwym do rozerwania. Każdy spodziewa się jej, a mimo tego unika, próbuje uciec. Dlaczego człowiek nie potrafi zrozumieć, że ciemność to jego część? Że cień stojący za drzewem jest takim samym zagrożeniem o każdej porze dnia?

Dlatego, że stojąc w mroku możemy nie rozumieć tego, co robimy. Możemy myśleć, że nasze postępowanie jest prawidłowe, a ono, co gorsza, przy braku światła, może takim być.

W nocy każdy woli być z kimś. Kimś, kto nie pozwoli na utonięcie w czerni. Kimś, kto będzie bał się tak samo, bo strachu nie można pokonać. Można go jedynie nie odczuwać.

Spójrz zatem: czy to, co widzisz w mroku jest inne od tego, co chciałbyś widzieć? Czy naprawdę czujesz, że noc to dobra pora, by w mroku przyglądać się ludziom?

1. Budząca wiosna

Późno. O wiele za długo to trwało. Powracająca do życia natura zdawała się wydawać pierwsze okrzyki podobne do wydawanych przez dziecko, które właśnie przyszło na świat. Mrok zakrywał utwardzoną leśną ścieżkę, z której gdzieniegdzie wystawały polne kamienie. Cienki strumień księżycowego światła przebijał się fragmentarycznie, tworząc dziwną mozaikę z gry światła i cienia. Pomiędzy drzewami rozwijały się tkane z wielkim zapałem, pajęcze sieci. Jedna z nich wydawała się grubsza, a jej rozpiętość, łącząca dwa odległe świerkowe pnie, stojące po obu stronach jezdni, nie wyglądała jak twór pająkowatych stworzeń. Obce było również roznoszące się echem bzyczenie. Różniło się ono od wszystkich znanych człowiekowi dźwięków. Stawało się coraz głośniejsze, powoli burząc całkowicie tajemniczą, nocną ciszę. Po chwili, zza zakrętu, wąskim snopem zaczęło dochodzić światło. Jego źródłem okazał się reflektor motocykla, którym jak co tydzień wracał na swój posterunek Strein. Może to późna godzina, a może wypity alkohol sprawiały, że ślad opon motocykla nie był prosty.

Kask zasłaniał jedynie krótko podgolone, ciemne jak ta noc włosy, nie zakrywał nawet całych uszu, dając działać szmerowi wiatru i poczuciu wszechogarniającej wolności. Nieelegancki, kilkudniowy zarost szpecił wygląd, tworząc na twarzy mężczyzny masę kępek.

Przemknął. Nie zauważył stojącej w cieniu postaci, gdyż zauważyć jej po prostu nie mógł. Lekko wzdrygnął się, gdy o jego szyję zahaczyła pajęczyna, będąca, jedynie w jego przekleństwach, dziełem parszywego robactwa.

***

Zaparowane szyby nie pozwalały nic zobaczyć, całe wnętrze spowite było szarością. Z komina leciał dym, zaś wszystko dookoła karczmy było zamarznięte. Słychać było kilka różnych głosów, wydobywających się ze środka. Drzewa walczyły z białym puchem, próbując zrzucić go z cienkich gałęzi. Nie radziły sobie z tym. Patrzyły jedynie martwo w ogień pochodni przymocowanej obok wejściowych drzwi, która oświetlała drogę.

Drzwi rozwarły się, uciszając wszystkie głosy dookoła.

– Co tak długo? – zapytała siedząca przy stoliku postać, której szare łachmany wykończone były grubym futrem. Postać wchodząca do środka była średniego wzrostu, twarz miała niemal całkowicie zasłoniętą, zostawiając tylko wąską szparę dla swoich oczu. Rozejrzała się, nie dostrzegła przy tym nikogo nowego – pytający jak zwykle przyszedł w obstawie kilku swoich kolegów z oddziału.

Podszedł bliżej, po czym usiadł przy stoliku, ignorując zadane pytanie. Sięgnął do kieszeni, z której wyjął kilka niewielkich, poskładanych ze sobą kartek i rzucił je na blat.

– Rozmowny jesteś jak nigdy. Ale solidny i za to cię lubię – powiedział mężczyzna w kożuchu, po czym zaczął przeglądać papiery. – Wilhelm Smith, Karl Dumer…

Przy czwartej karcie zatrzymał się. Mrugnął kilka razy, odwrócił się i zawołał jednego ze swoich kompanów, siedzących kilka stolików dalej.

– Poznajesz tego skurwysyna? – zapytał go, po czym uniósł wzrok znad dokumentu tożsamości i popatrzył na przybysza. – Jak ty tego dokonałeś?

Postać nie odpowiadała. Nie próbowała nawet odpowiedzieć kontaktem wzrokowym, tylko martwo penetrowała blask lampy, słabo tlącej się w rogu sali.

– Tego musimy sprawdzić, wiesz o tym. Jak się wszystko wyjaśni, dostaniesz swój udział i za tego. No, chłopcze, nie wiem kto ci pomaga, ale podziękuj i jemu.

– Bez znaczenia – odparł wreszcie i jak gdyby nigdy nic wstał i udał się w stronę drzwi, nie zatrzymywany żadnymi pytaniami, ani nawet nie żegnany.

Wyszedł i udał się w stronę oprószonych przez śnieg świerków. Wilki wyły dzisiaj wyjątkowo głośno, zapewne z powodu niesamowicie jasnego blasku księżyca.

2. Wspomnienie życia

Dziś niech spadają liście z drzew

Jak my padniemy pod koniec nocy

Bo czuć już można tylko mrok

Odbity w kroplach rosy

Dziś nikt nie martwi niczym się

Nie myśli o codzienności

Bo dzisiaj nic nie będzie nie

Oblane w barwy szarości

Niech tańczy każdy do końca

Nie dając wytchnąć mięśniom

Padniemy wszyscy jak liście

Kołysane tą opowieścią

– Przestań, nie, nie chcę – jej głos zdawał się dygotać, a udawana niechęć przegrywała z podnieceniem – wiesz, że to za drogie.

Jej głos musiał również zagłuszyć nieudolne granie i nieco mniej nieudolne śpiewanie lokalnego zespołu „Iskierki”, którego członkowie podczas występów częściej niż instrumentów dotykali butelek. Może poza śpiewaczką, która poziomem zdawała się odbiegać od reszty zespołowej hałastry, starając się głosem i myślami dolecieć do nieba.

– I tak wiesz, że to zrobię – odparł, nie odwracając głowy od stoiska, gdzie śniadoskóry Rom, towarzyszący wszystkim, jak by się mogło zdawać, okolicznym festynom, z okazji święta plonów rozstawioną miał swoją grę w cztery kubki.

Złotówka dawała możliwość wygrania pięknej, bogato zdobionej, czerwonej chusty. Wydawać by się mogło, że okazja była przednia, jednak już kilku pierwszych klientów odchodziło z opuszczoną głową, nie potrafiąc się pogodzić z przegraną, a sztukmistrza oskarżając o guślarskie sztuczki i oszukiwanie na każdym możliwym etapie losowania. Zadanie zaś było banalnie proste: spośród czterech kubków należało wybrać ten, pod którym znajdował się kamyczek. Cała trudność opierała się jednak na szybkich ruchach dłoni pana z charakterystycznym wąsikiem zakończonym pętelką i z jeszcze bardziej charakterystycznym uśmiechem. Miał dobrą pamięć, być może to dar od ojca, być może od matki. Z całą jednak pewnością potrafił zwielokrotnić wydaną złotówkę.

– Odwróć się – powiedział do dziewczyny, czekającej tylko na komendę, i powoli nałożył jej chustę.

Kolor chusty nie był jednak wart, aby zasłonić choćby cal jej głowy. Nie pasował on także do koloru włosów dziewczyny. Trudno jednak było to opisać. Włosy nie były rude. One płonęły żywym ogniem. Były ognistoczerwone, niespotykane. Żadne z jej rodziców ani przodków nie odznaczało się takim kolorem, co prowadziło do licznych żartów co do nieznanych „dawców życia” ich jedynej córki – długo planowanego owocu miłości, daru, na którego wychowanie pracowali dzień i noc, zbawienia, które miało przynieść ukojenie po latach zniewolenia przez okowy państw zaborczych, które pękły po pierwszej wojnie.

– Chodź, pokażę ci coś – nie czekając na zgodę, chwycił ją za rękę.

Szli dłuższą chwilę w ciszy. Lubił ciszę. Wynikała ona jednak jedynie z ich zamkniętych ust i nieco sparaliżowanych zakłopotaniem strun głosowych. Okrzyki bawiącej się ludności były nadal uciążliwe. Nie można się było jednak temu dziwić, gdyż okazji do zabaw nie było zbyt wiele. Odgłosy te znacząco różniły się, ale nie przekazem i treścią, która rzadko odbiegała od anonsów miłosnych czy zaproszeń na gorzałkę. Różniły się one lekkością, serca były wyżej, niesione wolnością, płuca były pełne świeżego polskiego powietrza.

Na końcu ścieżki prowadzącej przez mały zagajnik, płynął wąski strumień. Pamiętał to miejsce z licznych zabaw w Indian i kowbojów, wspólnie z kolegami spędzali tam długie popołudnia, często tupiąc i krzycząc, czy nadając sygnały dymne, podpalając sterty trawy. Ich ręce od dłuższego czasu nie były już splecione, zakłopotanie wzięło górę, jednak ciekawość prowadziła Zosię dalej. Nie była przejęta osłabionymi światłami, bo teraz to jej oczy świeciły. Od dawna nie czuła się tak dobrze.

Usiadł na kamieniu, wyciągając nogi do przodu. Nie patrzył na nią, był pewien, że zrobi tak samo. Świerszczy nie było słychać, to nie ich pora roku. Słychać było tylko głuche uderzenia bębnów i szarpnięcia gitary, których współbrzmienie pozostawiało wiele do życzenia. Spojrzał w górę. Jego zamyślony wyraz twarzy zdawał się ją denerwować. Zawsze wtedy rozpoczynał swoje monologi o ich związku, który, w jej opinii, traktował zdecydowanie zbyt poważnie, wysuwając na przód dalekosiężne plany.

– Myślisz, że tak będzie romantycznie, że zaraz przysięgniemy sobie wierność, dopóki śmierć nas nie rozdzieli? – zaczęła rozmowę, przerywając ciszę, zarazem zadając dziwnie trafne pytanie.

– Nie – zaprzeczył, a końce jego warg drgnęły ku górze, tworząc niezauważalny uśmiech.

On wiedział, z jakiego powodu zaprzeczył. Wiedział, że śmierć nie ma ani prawa, ani takiej mocy, żeby ich rozdzielić.

3. Zezwierzęcenie

Krzyk mój jest strumieniem

Co płynie bez namiętności

Bo pokrywają go cienie

I wielki obraz nicości

Krzyk mój jest

Nie był ale będzie

Jak stary list

Przeżarte sumienie

Krzyk

mój

jest

Czym

Było zimno. O wiele za zimno jak na wczesną wiosnę. Słońce powoli i mozolnie usuwało szron końcem swoich promieni. Pod dębem jak zwykle leżał czarno-brązowy owczarek, którego oczy leniwie odprowadzały swojego pana od zbitych z desek drzwi, zamaskowanych gęsto igliwiem. Zapach igliwia był zbyt intensywny dla psa i ostatecznie bardziej drażliwy niż niska temperatura, przez co poranki spędzał, czekając przed prymitywną grotą.

– Jeszcze kilka dni, Trofuś, jeszcze kilka dni.

Brak jakiejkolwiek reakcji ze strony psa był oczywisty tak bardzo, jak bezsensowność tych słów.

Zasunął prowizoryczne drzwi, popatrzył na nieco podstarzałe już mięso, po czym zdecydował się na sen. Jedzenie w tym wypadku było znacznie mniej zachęcające.

***

Wpadające promienie światła pozwalały rozeznać się dokładniej. Wnętrze nie było wielkie. Dużo bardziej przypominało mozolnie drążoną przez lisy norę niż jakiekolwiek dzieło potężnej natury. Ściany składały się głównie z gliny i piasku, podłoże było w większości pokryte plamami ziemi. W najdalej położonym punkcie znajdował się niewielki stolik, obok którego stało stare, metalowe wiadro i obszarpany plecak. Nieco bliżej położone było łóżko – a przynajmniej takie zastosowanie miała sterta nieporadnie zespolonych desek.

Dziś znów jest sobota. Dzień ten różni się jednak od innych tylko nazwą. Wszystkie są takie same i tworzą niekończący się ciąg. Trofuś, do którego zdrobniona nazwa nie pasowała ze względu na jego rozmiar, zdawał się jeszcze gonić zwierzynę w szaleńczym pędzie snu, będąc marzeniami gdzieś daleko, zdawać by się mogło, że w innym świecie, a jego przeżycia były odzwierciedlane jedynie w drobnych ruchach pyska. Zapewne wiedział, że gdy się obudzi, gonitwa nie będzie już możliwa. Chyba że za zwierzyną o znacznie drobniejszych gabarytach. Spowodowane to było nie brakiem umiejętności łowieckich, ale brakiem tylnej łapy, którą ponad rok temu odebrały mu silne, metalowe szczęki łowieckich wnyk.

Właściciel owczarka wolał sny tworzyć sam, dlatego często budził się wcześniej, by myśli zabrały go w czasy, które dziś wydawały się jakby drugim życiem. Wiszące nad głową suszone owoce zawieszone na grubej nici, były równie monotonne jak codzienność. Zerwał się ze sterty drewna, na której leżał. Szelest nie potrafił jednak wyrywać jego trójnożnego kompana ze snu. Podszedł do małej balii położonej w rogu jamy, po czym przemył twarz lodowatą wodą. Poczekał na to, aż w jego skórę wsiąkną krople i dadzą efekt orzeźwienia. Promyki przebijały się już przez szpary w deskach. Był to znak, że słońce wzeszło już dawno, jednak dopiero po zachodzie słońca można było opuścić kryjówkę. Latem wychodził dużo częściej, zbierając owoce i warzywa, kiedy gospodarze ziem, z których zabierał plony, jeszcze smacznie spali. Proceder ten trwał już od dwóch lat i dziwić mógł ich brak reakcji, próby schwytania złodzieja na gorącym uczynku. Nigdy nie udało się w porę zareagować, a jedynymi winnymi były psy pilnujące domostw przed złodziejami, które nie szczekały na nowego gościa. Może nie wydawał on im się nikim obcym, może miał doskonałe wyczucie czasu, a może nie potrafiły go dostrzec. Niektórzy ludzie próbowali nawet przyczaić się na złodziejaszka, jednak nigdy nie udało się go nawet zobaczyć. Akceptować rabusia, a nawet cieszyć się zaczęli, gdy ze zdziwieniem spostrzegli, że w miejsce zabranych warzyw w ziemię wkopane były monety i banknoty. Z czasem ta forma płatności się przyjęła, a gospodarze, w zamian za hojność, sami wykopywali plony i przygotowywali je do „kradzieży”.

Po kilku godzinach niebo wyraźnie pociemniało, a szare chmury wyrzucały z siebie małe krople deszczu. W takich sytuacjach bardzo często zalana była cała jama, której podłoga nijak nie miała właściwości higroskopijnych*.

– Już czas – oznajmił psu, który jednak znów nie zareagował. Bardziej był skupiony na nowych kościach, które dostał kilka dni temu. Obgryzał je dokładnie, zapewne wyobrażając sobie, jak by to wyglądało, gdyby zdobywał je samodzielnie.

***

Słabe światła przebijały się przez brudne i zaparowane szyby. Domy otaczały plac, gdzie jeszcze przed rokiem stała niewielka synagoga, a obecnie utworzone ogrodzenie wyznaczało granicę zagrody dla bydła, które za dnia wyskubywało gęste kępki trawy spośród gruzów i sterty desek. Karczma, gdzie w sobotę zazwyczaj było najwięcej gości, mieściła się jakiś kilometr dalej, na skraju wsi. Choć odgłosy podśpiewywania i gorących dyskusji politycznych nadal było słychać, to nie można ich było porównać do dużo hałaśliwszych, przedwojennych dźwięków. Po przeciwnej stronie, niemal na samym krańcu, stał charakterystyczny motocykl, dziś wyjątkowo posiadający boczną przyczepkę z miejscem dla pasażera. Na jasnozielonym, połyskującym w świetle księżyca lakierze, wymalowana była czarna swastyka na białym tle. W okolicy nie było żadnych oznak życia, wszyscy zdawali się uciekać jak najdalej od tego przeklętego pojazdu. Lepszej okazji nie mogło być.

– I co teraz, brudna kurwo? – powiedział głos z charakterystycznym, chrapliwym akcentem.

Pytanie było oczywiście retoryczne. Postawione tylko po to, aby pokazać wyższość. Ręka w brązowej rękawicy skórzanej, dodatkowo obitej ćwiekami, trzymała za długie, czarne włosy wątłą dziewczynę. Dziewczyna sprawiała wrażenie nieżywej, nie stawiała oporu, nie reagowała. Jedynym znakiem życia były instynktowne skurcze mięśni brzucha, których organizm nie był w stanie się oduczyć. Mogłoby się wydawać, że po drugiej stronie izby stoi lustro, gdyby nie dużo masywniejsza postać ubranego identycznie oprawcy. Druga ofiara zdawała się odróżniać częstymi próbami zamknięcia oczu, które były skutecznie powstrzymywane przez drugą rękę oprawcy. Pierwszy z nich zdecydował się przyjąć rolę twórcy spektaklu. Trzymając mocno za włosy, popchnął głowę dziewczyny do przodu, nakazując jej patrzeć na drugą trzymaną osobę.

– Napatrzcie się siostrzyczki – głos z coraz większą pasją, jak można by to nazwać, prowadził monolog – już niedługo nie będziecie widzieć. Tak jak wasza stara. Ją też mamy przyprowadzić? A może za włosy wyciągnąć? Tak jak was, wy głupie suki. Chyba, że zaraz nadejdzie wasz tatuś. Nie nadejdzie? Nie wróci dzisiaj? Może inne dziwki znalazł w drodze powrotnej? A, tak, byłbym zapomniał, on już raczej nigdzie nie pójdzie.

– Prze-przestań – dało się słyszeć wątły głos dochodzący z innej, całkowicie zaciemnionej izby.

– Chyba się przesłyszałem – odpowiedział mężczyzna, zdziwiony próbą przerwania jego wypowiedzi tak wątłym głosem.

Oddał swoją „wybrankę” pod opiekę postawniejszemu koledze. Teraz widać było wyraźnie, że dziewczyny są podobne jak dwie krople wody, a rozróżnić dało się je jedynie po pieprzyku w okolicy dolnej wargi u drugiej z dziewczyn. Wszedł do mniejszej izby, by po chwili szarpania wywlec za włosy, co najwidoczniej było jego ulubioną metodą, matkę dziewczyn. Była ona wątłej postury, a jej włosy straciły już dawno swój kolor. Wydawać by się mogło, że jest laleczką, którą mężczyzna z łatwością władał. Położył ją na podłogę. Do gardła przyłożył jej nóż wyjęty zza pasa. Ciął powoli, w poprzek szyi, starając się nie ranić przełyku. Krew była wyjątkowo ciemna, jak gdyby to w niej ukryty został cały pigment. Kobieta spazmatycznie zaczęła dygotać, jej ciało opętały drgawki. Jedna z córek chciała krzyczeć, co wywołało szybką reakcję oprawcy. Mężczyzna schował nóż, wycierając go uprzednio o suknię konającej kobiety. Następnie energicznie chwycił swoją pierwszą zdobycz za szyję i przeciągnął z powrotem na drugą stronę, dusząc i uniemożliwiając wydanie głosu, drugą dłonią zakrywając usta dziewczyny. Jego bardziej umięśniony kompan podpatrzył chwyt. Dziewczyny drżały. Wiedziały, że zaraz nadejdzie ich koniec, od którego tak bardzo chciały uciec.

Piekło dopiero było przed nimi. Oprawca chwycił silnym ruchem za krocze kobiety. Jego pomocnik małpował każdy ruch. Ręka, trzymająca cały czas pewnie za długie czarne włosy, powędrowała wraz z głową do blatu wielkiego kuchennego stołu. Jego dłoń początkowo starała się tamować wydawane okrzyki. Rozpoczęła się orgia, a opór ofiar był motorem napędowym dla dwóch spragnionych doznań żołnierzy z Wehrmachtu. Dziewczyny zemdlały, gdy partner pierwszej z nich wpadł na podniecający go pomysł. Na chwilę zostawił jedną na stole, sam zaś rozejrzał się i dojrzał w kącie zamkniętą skrzynię, z której wystawały liczne rękawy niepoukładanych ubrań. Drewno, z którego była zrobiona skrzynia, było lichej jakości. Rozpadło się po kilku mocniejszych kopnięciach, a zamek z trzaskiem oderwał się od wieka. Mężczyzna w pośpiechu wziął to, co najbardziej rzucało mu się w oczy – pięknie zdobioną, czerwoną chustę. Odwrócił się, pochylił i zamoczył materiał w kałuży krwi, która zdążyła już nieco ostygnąć. Polizał chustę. Zanim jeszcze zdążył zakneblować jedną z córek, udało się uciec przynajmniej jej świadomości. Straciła przytomność.

Nie liczył, ile to trwało. Może pięć minut, może godzinę. A może i więcej. Spektakl zakończył się, gdy dzielni wojacy doszli już do granic rozkoszy po raz trzeci, a ich partnerki przestały reagować na jakiekolwiek bodźce. Po stosunku zostały zostawione na stole, a oprawcy, wychodząc, dorzucili:

– Lepiej, żebyście powiedziały we wsi, że same ją zarżnęłyście. My zrobiliśmy z was dziwki, ale w Auschwitzu zrobią z was mydło i jeszcze utkają siatki rybackie z pięknych włosków. A bilety mogę wam załatwić w każdej chwili. My z Brunonem wpadniemy tak jak zwykle za tydzień. Posprzątajcie tu trochę i umyjcie się, wy zapchlone suki.

Drzwi otworzyły się z charakterystycznym skrzypnięciem, towarzyszącym chyba każdemu otwarciu starych drzwi na świecie. Na zewnątrz nie było nikogo. Motocykl nie wzbudził jakiegokolwiek zainteresowania wsiowych złodziejaszków, gdyż nawet ładnie wyglądające czapki z okularami znajdowały się dalej na siedzeniach.

– To się chłopcy ucieszą, dziś nieco spóźnimy się na meldunek – powiedział Strein, wzbudzając u Brunona uśmiech, samemu z trudem łapiąc oddech po udanej nocy.

Wiatr wiał dużo głośniej, zagłuszał startujący silnik. Mężczyźni niepewnie rozglądali się po okolicy. Odwrócili się, by spojrzeć na dom, z którego dopiero co wyszli. Jednak i tam nic się nie działo. Odjechali, ospale włączając się w żołnierski tryb życia.

***

Sierść Trofusia była niesamowicie ciepła w dotyku. Każde gładzenie jej napawało dziwnym spokojem zarówno psa, jak i jego pana. Siedzieli na wielkim kamieniu i patrzyli na drogę. Końce kamienia były dziwnie proste, tworzyły swego rodzaju niewielki klif, a jedyną różnicą był kolor morza, które w całej swej rozciągłości było zielone, otoczone brązowymi pniami porośniętymi mchem.

– Teraz czas na moje przedstawienie.

Kwestia ta została wypowiedziana zdecydowanie zbyt szybko, bo do rozpoczęcia pierwszego aktu została jeszcze dłuższa chwila. Najwyraźniej żołnierze potrzebowali chwili, by ochłonąć. Po pół godzinie cichy brzęk rozproszył ciszę. Trofuś zaskomlał i położył pysk na kolanach swojego pana. Kamień, na którym siedzieli, oddalony był o około pięćdziesiąt metrów od szosy. Zza górki wyłoniły się sylwetki postaci na rozpędzonej do granic możliwości maszynie. Strein zamyślił się – za bardzo, by pamiętać o często występującej tutaj pajęczej sieci, która dotychczas nie była zbyt szkodliwa, a jedynie denerwująca. Pajęczej tylko z pozoru.

Linka ustawiona była idealnie. Struktura skóry nie stanowiła żadnego problemu, to metal miał tutaj przewagę. Podobnie problemu nie stanowiła tętnica. Wydawać by się mogło, że nawet kości nie wytrzymałyby takiej siły. Głowa Streina wyleciała w powietrze. Oszołomiony Brunon przez kilka sekund rozglądał się panicznie, jakby zaraz ktoś miał go obudzić. Po chwili jednak postanowił sam nie skończyć jak jego dowódca i chwycił od boku za rączkę od motocykla. To był, zaraz po wstąpieniu to Wehrmachtu, najgorszy błąd w jego życiu. Paradoksalnie to właśnie przyczepione rękoma ciało Streina radziło sobie lepiej z utrzymaniem stałego kierunku jazdy. Nagłe szarpnięcie Brunona spowodowało niemal natychmiastowy wjazd do przydrożnego rowu. Motocykl wykonał samodzielnie kilka obrotów, gubiąc przy pierwszym z nich pasażerów, po czym rozbił się na jednym z drzew. Wąska strużka dymu zaczęła się wspinać do nieba. W drugą stronę ze zniszczonego baku wyciekała benzyna. Drzewo jednak wydawało się nietknięte.

– To mi wygląda na koniec, szkoda, liczyłem na więcej. Chodź, Trofuś, zobaczymy co z nich zostało.

Pies znowu się nie odezwał.

Maszyna nie pozostawiała złudzeń co do swojego stanu. Inaczej było natomiast z Brunonem. Leżał twarzą w kierunku ziemi, był cały zakrwawiony i dopiero po obróceniu go okazało się, że przeżył. Choć to może zbyt wielkie słowo, zważając na stan jego twarzy, połamane żebra, pękniętą miednicę i złamane nogi – jedną w okolicy kości udowej, drugą tuż pod kolanem.

– Biedaczek, będziemy musieli się nim zająć, ale najpierw trzeba tu trochę posprzątać…

* * *

* Higroskopijny – zdolny do pochłaniania wilgoci.

Cierność

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8147-136-7

© Konrad Białek i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Weronika Psiuk

KOREKTA: Agnieszka Goszczycka

OKŁADKA: Joanna Michniewska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: Inkpad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Cierność 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie