Bohater Krainy Króla Kruków

Bohater Krainy Króla Kruków

Autorzy: Aneta Cierechowicz

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 524

cena od: 24.65 zł

Kto nie pamięta, skąd przychodzi, nigdy nie dojdzie do celu...

Piękno świata tkwi w jego różnorodności. Wiele barw, wiele krain, wiele nacji... Każda jest inna, każda jest niepowtarzalna – na tym właśnie polega istota wszystkiego, co nas otacza. Co się stanie, gdy ta różnorodność zostanie utracona? Gdy pory roku przestaną istnieć, a świat pogrąży się w nijakiej szarości? Czy czeka nas katastrofa?
Nie, jeśli znajdzie się ktoś, kto zostanie Bohaterem. Tylko on będzie gotów poświęcić swoją wygodę dla dobra innych i ofiarować swoją przyjaźń istotom, których istnienia dotąd nie chciał przyjąć do wiadomości. Czy Mateusz, zbuntowany nastolatek, nadaje się do tej roli? Czy potrafi uwierzyć w skrzaty naziemne i powietrzne? Czy jest w stanie porozumieć się telepatycznie z Przepowiedniami? Czy uda mu się pokonać okrutne potwory, potężnego Maga i własne słabości? Jeśli chcecie go poznać, powędrujcie wraz z nim w pełną niebezpieczeństw drogę ku zatraceniu i... zwycięstwu.

Wszystko, co go spotykało, mogło się przytrafić bohaterowi jakiejś zmyślonej baśniowej opowieści, ale nie jemu – rozsądnemu piętnastolatkowi, który już dawno przestał wierzyć w bajki o dobrych wróżkach, gadających zwierzętach i pozytywnych zakończeniach przykrych historii. Doskonale wiedział, że wszystkie historie kończą się źle. I już.
Mateusz trzymał się kurczowo łęku siodła i z trudem łapał oddech. Miał ochotę krzyczeć, ale nie było sensu tego robić, bo i tak nikt by go nie usłyszał. Tymczasem rycerz dosiadł ptaka, zajmując miejsce przed chłopcem. Delikatnie poruszył lejcami i kruk rozłożył skrzydła. Ptak zatrzepotał nimi lekko i uniósł się ostrożnie w powietrze. Mateusz zamknął oczy. Przed nimi rozpościerała się tafla szyby, o którą za chwilę się rozbiją.
Nic takiego jednak nie nastąpiło. Chłopak poczuł na twarzy podmuch wiatru. Otworzył oczy i ujrzał, że unoszą się w powietrzu. Pod stopami przemykały znane krajobrazy: ulica biegnąca wzdłuż domów, prowadząca do parku lub w stronę Starego Rynku, potem Stary Rynek.

Moim synom

SPIS TREŚCI

Rozdział I. Spotkanie

Rozdział II. Początek podróży

Rozdział III. Co się wydarzyło na ratuszu

Rozdział IV. Przed królewskim majestatem

Rozdział V. Przepowiednia

Rozdział VI. Początek wyprawy

Rozdział VII. Komu w drogę, temu czas

Rozdział VII. Pierwszy postój

Rozdział IX. Droga przez las

Rozdział X. Nocleg

Rozdział XI. Obserwator

Rozdział XII. Huragan Spoza Czasu

Rozdział XIII. Wieczorne pogwarki

Rozdział XIV. Ćwiczenia z Szelestką

Rozdział XV. Pierwsza próba

Rozdział XVI. Rozstanie

Rozdział XVII. Z bratem źle, bez brata jeszcze gorzej

Rozdział XVIII. Drogi do światów

Rozdział XIX. Nowy świat

Rozdział XX. Ucieczka

Rozdział XXI. Przesłuchanie

Rozdział XXII. Oczekiwanie

Rozdział XXIII. W więzieniu

Rozdział XXIV. Sprawdzian

Rozdział XXV. Zapominanie

Rozdział XXVI. Przejście

Rozdział XXVII. Po innej stronie…

Rozdział XXVIII. Zielarka

Rozdział XXIX. Spotkanie

Rozdział XXX. Znowu w drogę

Rozdział XXXI. Utrwalanie

Rozdział XXXII. Nowe wyzwanie

Rozdział XXXIII. Co nam zagraża

Rozdział XXXIV. Na ratunek

Rozdział XXXV. Kolejne ofiary

Rozdział XXXVI. Zmiana

Rozdział XXXVII. Gdzie indziej

Rozdział XXXVIII. Powrót?

Rozdział XXXVIII. Na ratunek przyjaciołom

Rozdział XXXIX. Rekonwalescencja

Rozdział XL. Dary

Rozdział XLI. Cudze tajemnice

Rozdział XLII. Tęsknota

Rozdział XLIII. Życie nie jest łatwe

Rozdział XLIV. Przepowiednia

Rozdział XLV. Rada

Rozdział XLVI. Pożegnania

Rozdział XLVII. Rozstanie

Rozdział XLVIII. Powrót

Słowniczek

ROZDZIAŁ I

Spotkanie

*

Poznań, tu

Mateusz patrzył w okno, obserwując pogodę.

Pogoda była.

Jak zawsze. Bo pogoda jest zawsze. Jakaś. I do każdej można się przyzwyczaić. A przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Szkoda tylko, że tą gorszą.

Pogoda od wielu lat była nijaka. Szara, ponura, błotnista, deszczowa, mglista…

Od ponad roku panowała jesień. Nie ta piękna, złota polska jesień z barwnymi liśćmi na drzewach, słońcem oświetlającym świat ciepłymi, choć już słabszymi, promieniami. Była to słotna, błotnista, deszczowa, ponura jesień. Ciągnąca się jak szary papier toaletowy niemający końca. Ohyda.

Pozostałe pory roku, czyli aż cztery: przedwiośnie, wiosna, lato i zima, powoli zanikały, mieszały się, aż w końcu, prawie niezauważenie, przekształciły się w nijakość. Ludzie stopniowo przyzwyczajali się, że na przykład na powitanie wiosny nie kwitną przebiśniegi i krokusy, a lato nie zaczyna się od kwitnięcia kasztanów, przez co jesienią nie ma czego zbierać. Bociany przestały odlatywać na zimę, a te, które kiedyś odleciały, nie wracały na lato. Z każdym rokiem dla równowagi ubywało kruków, które nie miały czego zwiastować i od czego się odbijać, bo zima nie przychodziła ze śniegiem, nie bieliła ani nie srebrzyła natury jako tła dla czarnych piór wronowatych. Brakowało żołędzi, podstawowego elementu obok kasztanów, do przedszkolnych zabaw w tworzenie figurek.

Wszystko wokół traciło wyrazistość, odróżnialność, niepowtarzalną sezonowość, pozwalającą jednoznacznie określić, co jest czym i co kiedy powinno występować.

Podobno był to skutek globalnego ocieplenia. Mateusz skrzywił się z politowaniem. Dorośli zawsze, gdy nie znają przyczyn, mówią o jakichś dziwnych rzeczach.

Gdyby był poetą albo prozaikiem choćby, mógłby mnożyć negatywne określenia panującej pogody w nieskończoność. Ale nie był. I nie chciało mu się wysilać.

Właśnie. To poczucie, że nic mu się nie chce, jemu i innym też, było od pewnego czasu dominującym stanem. Nie poddawały mu się małe dzieci. Dorośli i starsze dzieci od patrzenia na tę nieustawiczną szarość wokół stawali się ponurzy, rozgoryczeni i złośliwi.

Mateusz przeniósł wzrok z szyby na ekran komputera. Grał. W jedną z wielu gier o wojnie, niszczeniu i ratowaniu świata oraz ludzkości. Kiedyś, dawno temu, gdy był mniejszy i zaczynał dopiero grać na komputerze, lubił zbawiać świat. Być dobrym bohaterem. Tacy jednak szybko giną. Poświęcają się, są szlachetni i… samotni. Nawet w grach. Zauważył jakiś czas temu, że misje złych są lepiej opracowane, ciekawiej się niszczy przeciwnika, niż broni miast i ludzi. Teraz wolał być po stronie złych. Właśnie skończył kolejną misję. Zabił ponad setkę wrogów w jakiejś kampanii przeciw komuś tam. Granie robiło się coraz nudniejsze. Istotne w grze stało się to, że mógł wyładować negatywne emocje. Częściowo.

Chłopak westchnął. Nie miał ochoty na następną misję. Wyłączył grę i sprzęt. Odsunął się od biurka i odwrócił na obrotowym fotelu w stronę drzwi. W małej szparce widniała głowa jego młodszego brata Mikołaja, który obserwował go ze słodkim uśmiechem. Był drobnym, zielonookim blondynkiem w wieku lat siedmiu.

– Czego chcesz? – mruknął Mateusz.

– Mogę pograć?

– Nie, spadaj, przeszkadzasz mi.

– Ale przecież już nie grasz. – Malec spróbował powalczyć o swoje.

– Ale siedzę przy biurku. Więc nie zagrasz, spadaj.

Mikołaj wycofał się z uchylonych drzwi. W oczach błysnęły mu łzy, ale ukrył je, odwracając główkę. Mateusz poczuł się podle. Chciał zawołać brata, ale… nie chciało mu się wysilać. Zresztą, wzruszył ramionami, jest za mały, żeby tyle grać. Wyjdzie mu to tylko na dobre. Obrócił się w stronę biurka i oparł łokcie na blacie. W zasadzie zamierzał wstać i położyć się na łóżku, ale było mu jakoś głupio tak zaraz odchodzić od biurka, więc siedział i to psuło mu nastrój jeszcze bardziej.

Szarość.

Trwała już od dłuższego czasu. Trudno było powiedzieć od kiedy, bo nikt jej początków nie zauważył. Chłopak dokonał kolejnego przeglądu wad otaczającego świata, szukając tłumaczących jego nastrój i zachowanie składników. Od jakiegoś czasu było to rutyną. Niezdrowym rytuałem pozwalającym zrzucać odpowiedzialność za nieuprzejmość wobec innych na przyczyny zewnętrzne. Czysto irracjonalne i absurdalne. Wewnętrzny chłód i niemoc były odzwierciedleniem zewnętrznego stanu. Faktu, że lata były mniej słoneczne, jesienie bardziej deszczowe, wiosny krótsze, zimy mniej śnieżne… Potem pojawiły się już tylko deszczowe wiosny i błotniste jesienie. Słońce przebijało się przez chmury coraz rzadziej. I chociaż nikt, szczególnie z dorosłych, nie przyznawał się do tego, wzmagająca się ponurość aury i krajobrazu wpływała wyraźnie przygnębiająco na wszystkich.

Przyroda nie pozostawała obojętna na zmiany w porach roku. Kwitło mniej kwiatów, owoce były kwaśne, drzewa nie mogły się zdecydować, kiedy wypuszczać pączki, a kiedy zrzucać liście. Nawet ptaki pogubiły się w tym wszystkim. Ornitolodzy narzekali, że niektóre już się nie pojawiają. Zaobserwowanie bociana czy jaskółki nie było ostatnio możliwe. Naukowcy ciągle powtarzali słowo klucz „anomalie”. Anomalie pogodowe. Anomalie klimatyczne. Anomalie w świecie flory i fauny. Anomalie, anomalie… odmieniane przez wszystkie przypadki. Żałosne. A najgorsze, że wszystko to wpływało negatywnie na samopoczucie wielu ludzi. Szczególnie tych bardziej wrażliwych na pogodę czy wrażliwych w ogóle.

„Co za ironia – pomyślał Mateusz – globalne ocieplenie wywołuje globalne ochłodzenie… stosunków między ludźmi”.

Chłopak gwałtownie odsunął fotel od biurka i podszedł do okna. Kiedyś bardzo lubił patrzeć na rozciągający się z niego widok. Widok na poznański ratusz, najpiękniejszy renesansowy ratusz Europy, uznawany za perłę architektury. Zwieńczony wspaniałą wieżą z zegarem i ruchomymi figurami koziołków, które w czasach jego dzieciństwa wraz z wybiciem godziny dwunastej wysuwały się zza drzwiczek i trykały różkami dwanaście razy.

Potem się zepsuły. I nikt nie umiał ich ani naprawić, ani zastąpić innymi ze sprawnym mechanizmem. I do tego jeszcze te gołębie. Szare, uparte i brudzące wszystko.

Chłopak odwrócił się poirytowany. Zrobił krok do przodu i przystanął, zastanawiając się, co robić. Na nic nie miał ochoty. To znaczy… mógłby pobawić się z młodszym o osiem lat bratem, ale… Zaproponowanie tego samemu było… Mhm… No, nie wypadało po prostu. A Mikołaj na pewno nie poprosi brata o wspólną zabawę, bo zbyt często słyszał burkliwą odmowę. Już od dawna nie próbował ponawiać takiej propozycji.

Za plecami usłyszał ciche zamieszanie: szelest, łopotanie, uderzenie o parapet. Odwrócił się. Za oknem przysiadł kruk. Chłopak przyglądał mu się chwilę, zaskoczony. Dawno nie widział przedstawiciela tego gatunku. A ten okaz był wyjątkowo duży, o pięknych, lśniących piórach. „Obrzydliwy ptak” – pomyślał Mateusz i postukał palcami w szybę, aby spłoszyć przybysza. Ten był jednak odporny na takie dźwięki, bo nie tylko siedział dalej, ale wyraz jego dzioba (czy dziób kruka może mieć wyraz? Nawet jeżeli nie, to ten był wyjątkiem) stał się pełen politowania. Mateusz poczuł się sprowokowany i postukał w szybę raz jeszcze, ale znacznie mocniej.

Ptak siedział dalej. Przechylił lekko łebek w lewą stronę. Wyglądał tak, jakby mówił: „Co! Tylko na to cię stać?!”. Mateusz się zirytował. Otworzył okno i warknął, machając rękoma:

– Spadaj stąd, ty czarna kupo piór!

Ptak rozpostarł skrzydła i lekko nimi zatrzepotał. Nie odleciał. Złożył je po chwili i nadal obserwował chłopaka. Wyglądało to tak, jakby przed momentem zademonstrował rozmiar i wygląd skrzydeł, które, trzeba to przyznać, były ogromne i piękne, lśniące i czyste. Teraz czekał na reakcję człowieka.

Człowiek pochylił się i zagroził:

– Nie boisz się ludzi, ty obślizgła ohydo!? To zaraz zaczniesz się bać! – I wyciągnął rękę, próbując schwytać ptaka.

Kruk podskoczył, umknął palcom agresora i ponownie przysiadł na parapecie, tylko odrobinę dalej.

– Ty…! – wrzasnął chłopak.

– Czy oni zawsze są tacy żałośni?

Mateusz usłyszał basowy głos. Zamarł w pół ruchu. Odwrócił głowę, podejrzewając, że to jakiś dowcip młodszego brata, ale Mikołaja w okolicy nie było. Chłopak spojrzał na kruka z niedowierzaniem.

– Wynoś się stąd – mruknął i machnął ręką.

Kruk siedział nadal.

– Mam cię gdzieś! – warknął chłopak i zamknął okno.

Usiadł przy biurku i udał, że zajął się czytaniem książki, którą zdjął z półki na chybił trafił, nie mając pojęcia, o czym jest. Siedział chwilę, wpatrując się w druk i nie próbując rozpoznać liter, po czym powolutku uniósł głowę tak, aby spod oka sprawdzić, czy kruk siedzi na parapecie.

Siedział. Na wprost Mateusza. I bezczelnie wpatrywał się w jego głowę. Gdyby chłopak podniósł ją wyżej, ptak mógłby wpatrywać się w jego twarz. Mateusz ponownie wbił wzrok w kartkę i zaczął się zastanawiać, jak przegonić ohydne ptaszysko. Wpadł na pomysł. Wstał zdecydowanie, nie obdarzając uparciucha żadnym spojrzeniem, i wyszedł z pokoju. Odniósł wrażenie, że za oknem zrobił się w tym momencie jakiś ruch.

Zajrzał do pokoju brata. Był pusty, malec zapewne skłonił do wspólnej zabawy mamę. Mama zawsze dawała się namówić. Mateuszowi, gdy był mały, też. Teraz nie mieli… wspólnych tematów do rozmowy… No, nieważne. Chłopak rozejrzał się po pokoju i dostrzegł leżącą na podłodze zabawkę – szpadę. Podniósł ją, schował za plecami i ruszył do swojego pokoju. Przystanął przy drzwiach i bardzo ostrożnie i powoli je otworzył. Kruk siedział nadal.

Mateusz wszedł, zbliżył się do okna i spojrzał natrętowi w czarne, lśniące ślepia.

– Teraz cię załatwię – wyszeptał.

Kruk ani drgnął. Chłopak otworzył okno szerzej, wychylił się mocniej i gwałtownym ruchem machnął szpadą w kierunku ptaka. Ten wzbił się w powietrze, unikając ciosu. Zatrzepotał z oburzeniem, zatoczył koło i zaatakował szponami. Mateusz cofnął się, próbując zamknąć okno, ale było za późno. Ptaszysko wleciało do pokoju i chwyciło go za włosy. Chłopak wywijał szpadą na oślep, starając się uwolnić ze szponów napastnika.

– Zostaw go! – rozległ się zdecydowany baryton.

– Zaatakował nas! – sprzeciwił się bas.

– Zostaw go natychmiast!

ROZDZIAŁ II

Początek podróży

*

Poznań, tu

Kruk puścił włosy chłopaka, uniósł się w powietrze, zatoczył koło nad głową ofiary i przysiadł na parapecie, spoglądając na właściciela rozkazującego barytonu. Był nim stojący na blacie biurka karzełek w stroju przypominającym ubranie z czasów średniowiecza. Stał w niewielkim rozkroku, z rękoma założonymi na klatce piersiowej. Emanował opanowaniem, siłą i dezaprobatą. Patrzył zniecierpliwiony na kruka.

– Zamilcz. Nie pora teraz na oceny. Mamy go dostarczyć przed królewskie oblicze.

– Kogo? – skrzeknął poirytowany ptak. – Tego niedowiarka?

– Królewski rozkaz jest królewskim rozkazem! – Karzełek podniósł głos. – I nie przystoi ci roztrząsanie jego słuszności. – Koniec wypowiedzi był cichszy, ale i bardziej złowrogi.

Wzrok małego rycerza zawierał groźbę, która wywarła na kruku wrażenie, bo potulnie zamilkł. Jedyną oznaką niezadowolenia było gwałtowne zatrzepotanie skrzydłami. Karzełek spojrzał na Mateusza. W jego wzroku pojawiła się dezaprobata. Chłopak poprawił rozczochrane włosy, pomasował barki i kark pokłute przez zadziornego kruka i odwzajemnił spojrzenie przybysza.

– Powiedz mi, młodzieńcze – mruknął karzełek – czy ty wierzysz…

Nieznajomy zamilkł, jakby się wahał przed wypowiedzeniem następnych słów. Taksował wzrokiem młodzika, a w jego oczach pojawiały się raczej negatywne uczucia. Ściągnął w zadumie brwi, a poprzeczna zmarszczka się pogłębiła. Ciemne źrenice spoglądały uważnie na rozmówcę. Biły z nich siła i zdecydowanie. Cechy wpisane w każdy fragment jego oblicza: w lekko garbaty nos, dość pełne wargi, wyraźnie zarysowane szczęki. Ciemne, krótko przycięte włosy oraz ciemny zarost nad ustami i w dolnej części brody podkreślały nieustępliwy charakter mężczyzny.

– W co? – prychnął złośliwie Mateusz. – W małe wredne pokraki? W głupie czarne ptaszyska?

Czarne ptaszysko zatrzepotało skrzydłami, a chłopak cofnął się instynktownie.

– Nie, nie wierzę! Nie ma was tu! A ja gadam do własnego odbicia w szybie!!!

Mały rycerz patrzył na rozmówcę ze wzrastającym politowaniem. Kruk nastroszył pióra i ostentacyjnie odwrócił głowę w stronę okna.

– Czy wierzysz w opowieści o rycerzach, potworach, walce o Dobro? – zapytał spokojnie karzełek.

– Nie. – Mateusz wzruszył ramionami. – To bajki dla małych dzieciaków.

– Mówiłem – szepnął prawie niesłyszalnie kruk.

Karzełek spojrzał na ptaka potępiająco, więc ten westchnął i schował dziób pod skrzydło, jakby chciał powiedzieć: „dobra, dobra, już nic nie mówię”.

– A twój brat wierzy?

Mateusz chciał od razu coś odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili się zawahał. Zapadło pełne wyczekiwania milczenie. Mężczyzna i kruk czekali na odpowiedź, chociaż wydawało się, że domyślają się jej treści. Kruk przesuwał od czasu do czasu po skrzydłach dziobem silnym, lśniącym i doskonale czarnym. W jego zachowaniu widać było pewną arogancję wynikającą z dumy i poczucia bezkarności. Rycerz trwał nieruchomo, oddychał miarowo i wwiercał się wzrokiem w twarz Matea.

– No – ponaglił chłopca nieznajomy. – Wierzy czy nie?

– Nie wiem. – Mateusz wzruszył ramionami. – Nie jestem jego niańką, nie sprawdzam, w jakie głupoty jeszcze wierzy.

– Powiedziałeś mu, że baśnie to bzdury, prawda? – domyślił się karzełek.

– Nie twoja rzecz – burknął chłopak.

Niestety, rycerz miał rację. Mateusz nie był z siebie dumny. Zirytowany naiwnością brata, wygarnął mu kiedyś całą prawdę. Oświecił, że nie ma co wierzyć w sprawiedliwość, bo życie, realne życie, jest po prostu niesprawiedliwe. Rację mają dorośli. Albo silniejsi. I tylko małe głupie dzieci wierzą, że dobro wygrywa. Tak naprawdę wygrywa zło. A dobro jest godne pogardy. Takie są fakty. Można się z nimi nie zgadzać, można się na nie wkurzać, ale nikt ich nie zmieni. Mikołaj wtedy się go przestraszył. Po raz pierwszy w ich wspólnym życiu. Przestraszył się tak bardzo jego wrzasku, że łzy wyschły mu na policzkach i zapomniał płakać. Wycofał się z pokoju, milcząc, i zamknął u siebie. Nie rozmawiali chyba przez cały kolejny dzień. Mateusz stracił wtedy coś bardzo istotnego. Nie umiał powiedzieć co, ale czuł to przy każdej kolejnej rozmowie z bratem.

Zadumę przerwał nieprzyjemny dźwięk. Spod czarnego skrzydła dobiegł bliżej nieokreślony głos. Jego tonacja nie była życzliwa.

– Powiedziałeś – stwierdził mały rycerz. – Ciekawe dlaczego?

– Nie twoja rzecz – burknął ciszej chłopak.

– Powtarzasz się. Zresztą to moja rzecz. Nie domyślasz się nawet jak bardzo.

Mateusz ostentacyjnie wzruszył ramionami.

– Rycerze nie istnieją, smoki nie istnieją. Święty Mikołaj też nie istnieje. Wiem, kto podrzuca prezenty do butów. Po co wmawiać dzieciakom bzdury?

– To nie bzdury – zaprzeczył zdecydowanie karzełek, marszcząc czoło ze zdziwieniem przy informacji o obcym mu chyba Świętym Mikołaju.

– Nie? A niby co?

– To magia – odparł spokojnie mały rycerz.

W pokoju zapanowała cisza.

Za oknem zrobiło się jeszcze bardziej ponuro. Niebo pokryło więcej czarnych chmur. Powiał silny wiatr, od którego zadrżała szyba w oknie. Kruk zapatrzył się w niebo. Karzełek przyglądał się chłopcu. Mateusz wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał. Wreszcie prychnął, popukał się w czoło i powiedział:

– Magia? Jesteście jeszcze bardziej żałośni niż mój brat. On się poryczał, jak się dowiedział, że nie ma Świętego Mikołaja, ale miał w końcu pięć lat. Potem się z tym pogodził i teraz jest spokój. Ale wy! Udajecie postaci z bajki…

Chłopak nagle zamilkł.

– Tak? – Mały rycerz wydawał się zainteresowany ciągiem dalszym.

Mateusz milczał.

– No? Chciałeś powiedzieć, że jesteśmy postaciami z bajki? Tak? Trochę dziwny tok rozumowania. Najpierw mówisz, że nas nie ma, potem, że w nas nie wierzysz, a na końcu, że pochodzimy z bajki. Trochę nie trzyma się kupy.

– Pokaż mu – odezwał się kruk.

– Jeszcze nie pora.

– Co masz mi pokazać?

Rycerzyk patrzył na kruka z namysłem.

– Pokaż mu. To niedowiarek, musi zobaczyć – ponaglił kruk.

Karzełek skinął głową.

– Daj – polecił.

Kruk wyciągnął nagle spod skrzydła małą złocistą trąbkę i podał rycerzowi. Ten przytknął ją do ust i lekko dmuchnął.

Mateusz czekał niecierpliwie, ale nic się nie wydarzyło. Poczuł co prawda mrowienie w karku i wzdłuż kręgosłupa, ale z czarami nie miało to nic wspólnego.

– Coś wam nie zadziałało – zauważył ze złośliwą satysfakcją.

Miny rozmówców go zaniepokoiły. Nie wydawali się rozczarowani. Wręcz przeciwnie, wyglądali na zadowolonych. Ciekawe, o co im chodzi? Chłopak dotknął twarzy, szukając na niej jakiejś wysypki albo plam, choć nie miał pojęcia, skąd miałyby się wziąć.

– Z czego się cieszycie? – zdenerwował się.

Tym bardziej że ze zdumieniem zauważył, że mały rycerz wcale już nie jest taki mały, jak się na początku wydawało. Tak jakby rósł w oczach. Albo… tak jakby on, Mateusz, malał. Ale to niemożliwe… Wyciągnął ręce przed siebie, sprawdzając ich rozmiar, ale nie… w porządku, pasują. No tak… ale jeżeli malał, to nie zobaczy różnicy. Musi sprawdzić. To niedorzeczne, ale… Musi wyjść z tego pokoju i pójść do łazienki. Tam jest lustro. Można się zamknąć i schować przed tymi dwoma szaleńcami. Tak, uciec, zanim się samemu zwariuje.

Mateusz cofnął się o krok, obserwując twarze swoich rozmówców. Karzeł i kruk uśmiechali się. Z politowaniem. Niedoczekanie. Nie da się wciągnąć w jakieś bajkowe brednie. Zawsze był rozsądny, wszystko można wytłumaczyć.

Zrobił kolejny krok w stronę drzwi. Karzeł spojrzał na kruka porozumiewawczo. Ptaszysko pokiwało głową. Mateusz odniósł bardzo niepokojące uczucie, że kruk też robi się coraz większy. Odwrócił się zatem na pięcie i ruszył w stronę drzwi.

Ale drzwi nie było. Była tylko wielka drewniana ściana. Gdy podniósł głowę, ujrzał wysoko nad sobą coś, co przypominało ogromną klamkę.

– Co to… jest? Co się… stało? To niemożliwe!

Mateusz rozejrzał się przerażony. Wszystko wokół wydało mu się nagle niesamowicie wielkie. Rycerz i ptak, dotąd bardzo mali, teraz nagle byli jego wzrostu! Poczuł się nieswojo. Gorzej nawet. Poczuł się zagrożony. Kruk był tak duży, że z powodzeniem mógł zjeść chłopaka!

– Natychmiast to cofnijcie! – wrzasnął wściekły.

– Co? – zapytał niewinnym tonem rycerz.

– Macie natychmiast zrobić mnie dużym! Ma być tak jak przedtem!

– Nie da rady – poinformował Mateusza rycerz.

– Jak to nie da rady? – jęknął chłopak. – Ja chcę być duży! Zaraz…

– Zaraz nie da rady. Zaklęcie odwrotne nie działa tak szybko. Trzeba trochę odczekać.

– Trochę? To znaczy ile?

– Zależy – mruknął kruk.

– Od czego?

– Od twojego zachowania.

– To znaczy?

– Jeżeli ciągle będziesz się obrażał, złościł i udawał, że nie rozumiesz, co do ciebie mówimy, to długo. Jeżeli wykażesz chęć współpracy, to krócej.

– Dobrze.

– Co dobrze? – zainteresował się rycerz.

– Wykażę chęć współpracy – jęknął Mateusz.

Przybysze skinęli poważnie głowami.

– Słuchaj uważnie – rzekł rycerz. – Według Przepowiedni ty jesteś Bohaterem, który przywróci światu porządek i zapewni trwanie.

– Co? – Mateusz nie miał zbyt mądrej miny.

– Lećmy, czas płynie – zaproponował kruk. – Wytłumaczysz mu po drodze.

– Masz rację – zgodził się rycerz, obserwując Mateusza. – Wsiadaj. – Skinął na niego.

– Na co? – Chłopak spojrzał na niego, a potem z przerażeniem na ptaka.

– Na Żmija. Tak się nazywa mój kruk – wyjaśnił rycerz coraz bardziej przerażonemu chłopcu.

Mateusz stał bez ruchu i patrzył to na jeźdźca, to na jego wierzchowca wzrokiem pełnym wątpliwości i niezrozumienia. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Nie mógł zrozumieć tego, co się stało. W żaden sposób nie mógł wytłumaczyć logicznie tego, w czym uczestniczył. Wszystko to było sprzeczne z rozsądkiem. Niemożliwe. Było jak magia. A czary nie istnieją. Nie istnieją!

Ale się dzieją! I on jest tego świadkiem, a nawet gorzej – uczestnikiem. Ma zostać Bohaterem! Mateusz czuł, że wszystko w nim chce krzyczeć. Z przerażenia i niezgody. Gdyby to się przytrafiło Mikołajowi, byłoby zrozumiałe. Mikołaj wierzył w te brednie o wróżkach, smokach, Świętych Mikołajach itepe.

On nie wierzył. Szesnastoletni chłopcy nie wierzą w baśnie. Nie bawią się w bohaterów ratujących księżniczki! To niemożliwe. Nie. On się na to nie zgadza. Nie będzie wsiadał na żadnego kruka. Gadającego kruka, który ma udawać konia!

Rycerz chwycił nieruszającego się Mateusza za ramię i pociągnął w stronę Żmija. Z bliska chłopak zauważył, że ptak miał na grzbiecie umocowane czarne siodło pokryte miękkim, lśniącym jak jego pióra, czarnym aksamitem. Jeździec wsunął strzemię na nogę chłopaka, którą ten bezwiednie podniósł i posłusznie oparł o spód strzemienia. Popchnięty przez rycerza, odbił się drugą stopą od ziemi i dosiadł kruka.

Był przerażony. Wszystko było zaprzeczeniem logiki i racjonalnego myślenia. Wszystko, co go spotykało, mogło się przytrafić bohaterowi jakiejś zmyślonej baśniowej opowieści, ale nie jemu – rozsądnemu piętnastolatkowi, który już dawno przestał wierzyć w bajki o dobrych wróżkach, gadających zwierzętach i pozytywnych zakończeniach przykrych historii. Doskonale wiedział, że wszystkie historie kończą się źle. I już.

Mateusz trzymał się kurczowo łęku siodła i z trudem łapał oddech. Miał ochotę krzyczeć, ale nie było sensu tego robić, bo i tak nikt by go nie usłyszał. Tymczasem rycerz dosiadł ptaka, zajmując miejsce przed chłopcem. Delikatnie poruszył lejcami i kruk rozłożył skrzydła. Ptak zatrzepotał nimi lekko i uniósł się ostrożnie w powietrze. Mateusz zamknął oczy. Przed nimi rozpościerała się tafla szyby, o którą za chwilę się rozbiją.

Nic takiego jednak nie nastąpiło. Chłopak poczuł na twarzy podmuch wiatru. Otworzył oczy i ujrzał, że unoszą się w powietrzu. Pod stopami przemykały znane krajobrazy: ulica biegnąca wzdłuż domów, prowadząca do parku lub w stronę Starego Rynku, potem Stary Rynek.

ROZDZIAŁ III

Co się wydarzyło na ratuszu

*

Poznań, tu i tam

Chociaż trudno byłoby Mateuszowi to przyznać, z grzbietu ptaka rozciągał się piękny widok. Mógł podziwiać rozplanowanie ulic wokół rynku, będące świadectwem ładu i dbałości o użyteczność takiej zabudowy miejskiej. Pośrodku kwadratowego rynku, od którego odchodziło dwanaście ulic, po trzy z każdego boku, wznosił się piękny renesansowy ratusz z szesnastego wieku, przebudowany przez Włocha Jana Baptystę Quadro. Nawet z daleka widać było attyki i loggię nadające mu urokliwy, niespotykany charakter. Pysznił się na szczycie jego wieży biały orzeł ogromnych rozmiarów. Im bliżej się znajdowali, tym większy był biały ptak, a czarny w porównaniu z nim zdawał się dziecięcą zabawką, sennym koszmarem karłów.

Ptak zaczął kołować i obniżać lot. Mateusz zrezygnował z użalania się nad sobą, które miał właśnie rozpocząć, i skoncentrował się na lądowaniu. Po kilku sekundach Żmij przysiadł na balustradzie wieżyczki wieńczącej poznański ratusz. Balustrada otaczała sześcioboczną część u dołu wieży z zegarem.

– Zsiadajcie – sapnął kruk.

– Zmęczony? – zapytał z odrobiną złośliwości w tonie rycerz.

– A wyobraź sobie, że tak. Ty sam sporo ważysz, a w towarzystwie tego ponurego młodzika, którego zrzędliwość waży więcej niż on sam, waga jeźdźców przekracza dozwolony ciężar!

– Jak zwykle przesadzasz – mruknął rycerz.

– Złaźcie – prychnął kruk i zatrzepotał ponaglająco skrzydłami.

Rycerz zeskoczył, a potem pomógł zsiąść Mateuszowi. Znajdowali się na wąskim tarasie otaczającym iglicę ratusza. Miejsca było bardzo mało. W sam raz dla ich trójki: siedzącego na krawędzi ptaszyska, dobrze zbudowanego rycerza i młodzika, obu wzrostem nie wyższych od gołębia.

– Co chcecie zrobić? – wyjąkał Mateusz.

– Nie łudź się. – Kruk obdarzył go nieprzychylnym spojrzeniem. – Nie zamierzamy cię strącić z wieży, choć uważam, że byłoby to najlepsze, co możemy zrobić.

– Udamy się na spotkanie – wtrącił się rycerz.

– Z kim? – chciał wiedzieć chłopak.

– Zobaczysz. Najpierw musimy wejść do środka. Chodź. Tu nie jest bezpiecznie. – Rycerz rozejrzał się, obserwując latające wokół ratusza gołębie.

– Idźcie. Będę czuwał. – Kruk skinął im głową.

Rycerz ruszył w kierunku małych drzwiczek, niewidocznych od strony rynku. Gdy podeszli do nich, okazały się zamknięte. Rycerz przyjął to, ku zdumieniu Mateusza, z zadowoleniem. Potem wyjął z sakiewki zawieszonej przy pasie mały kluczyk, złoty, z szafirem zamiast dziurki. Wsunął go w zamek i przekręcił dwa razy w prawo i trzy razy w lewo. Mateusz obserwował jego ruchy z zaciekawieniem, dochodząc do wniosku, że na pewno nie uda się im wejść, skoro ten głupi rycerz zamknął to, co przed chwilą otworzył. Ze zdumieniem jednak stwierdził, że po naciśnięciu klamki nastąpił zgrzyt i drzwi powoli zaczęły się otwierać.

Rycerz wszedł zdecydowanie w półmrok, który ukazał się za otwartymi drzwiami. Chcąc nie chcąc, Mateusz poszedł w jego ślady. Był zaskoczony tym, co zobaczył. Nawet lekko rozczarowany. Oczekiwał, że ujrzy mechanizm zegara, konstrukcję umożliwiającą ruch koziołków pojawiających się o dwunastej oczom zgromadzonych widzów, przeważnie dzieci z rodzicami i turystów, czekających na ich trykanie się różkami. Tymczasem znaleźli się w małym, okrągłym, pustym pomieszczeniu. Na wprost drzwi znajdowała się klapa w podłodze. Ku niej skierował się mężczyzna, a chłopak poszedł za nim. Rycerz zdecydowanie szarpnął uchwyt i uniósł ciężką pokrywę, w otworze ukazały się stopnie w wąskiej i ciemnej klatce schodowej. Schodzili nimi aż do kolejnych drzwi, przyświecając sobie pochodnią, którą znaleźli tuż pod klapą, w specjalnie umocowanym w ścianie uchwycie. Mężczyzna wyciągnął miecz i trzykrotnie zastukał jego rękojeścią, a potem nacisnął klamkę i popchnął drzwi. Otworzyły się bezszelestnie. Przymrużyli oczy przed światłem, które wpłynęło z pokoju.

Mateusz stał tuż za plecami rycerza. Ciągle czuł się tak, jakby za chwilę miało ich spotkać coś strasznego. Chociaż już nic straszniejszego niż bycie zmniejszonym i uprowadzonym przez karła i kruka nie mogło mu się przytrafić. Zrobili krok w przód i chłopak zauważył, że znaleźli się w pomieszczeniu przeznaczonym dla ludzi o normalnym wzroście. Takim, jaki miał jeszcze pół godziny temu! Pod jedną ze ścian stał mały stolik z dwoma wąskimi krzesłami. Mateusz z przygnębieniem stwierdził, że nawet gdyby stanął na palcach i wyciągnął rękę, nie dotknąłby siedzenia. Na stole znajdowały się metalowy dzban i krzywy metalowy kubek. W powietrzu pachniało wysuszoną trawą albo… rumiankiem czy czymś takim.

Rozległy się kroki. Ktoś szybko wbiegał po drewnianych stopniach. Mateusz odruchowo się cofnął. Jego towarzysz nie wyglądał na zdenerwowanego. Sprawiał wrażenie, że czekał na tego, kto nadchodził.

– Zobaczy nas – wyszeptał przestraszony chłopak.

– To dobrze – odparł spokojnie rycerz.

Kroki się zbliżały. Było ich więcej.

– Jest ich kilku – szepnął nerwowo Mateusz.

Rycerz uśmiechnął się w odpowiedzi. Obaj patrzyli na drzwi. Mężczyzna z uśmiechem ulgi, chłopak z przerażeniem bliskim paniki. W końcu nieznajomy zatrzymał się przed drzwiami. Słychać było jego sapanie. Wreszcie trzykrotnie zapukał i nacisnął klamkę. Powietrze zadrżało, a potem zaczęło wirować wokół ludzi. Mateusz odniósł wrażenie, że znów zmienia wzrost, tym razem rośnie, szybko, bardzo szybko. Utkwił spojrzenie w nogach krzesła i z zadowoleniem stwierdził, że może dosięgnąć siedzenia. Po chwili był wyższy od nóg krzesła, potem od krzesła, a w końcu odzyskał swój normalny wzrost.

Chłopak odetchnął z ulgą. „Może to był tylko zły sen. Może za długo siedziałem przed komputerem. Teraz spojrzę przed siebie i nikogo tam nie będzie” – pomyślał z nadzieją. Ostrożnie przeniósł wzrok z krzeseł i stołu na plecy rycerza, którego miało nie być. Ale był. Trochę niższy od Mateusza, ale lepiej od niego zbudowany. Jego tężyznę podkreślał strój: kolczuga z delikatnych oczek połyskującego czerwienią metalu nałożona na niebieską koszulę, ciemnoniebieski kubrak i stalowej barwy spodnie wpuszczone w miękkie, skórzane, wysokie buty. W pasie ściągnięty był skórzanym, szerokim pasem ze wzorem kruka wyszytym grubym rzemieniem. Przy nim kołysał się szeroki dwuręczny miecz, którego rękojeść zdobiły dwa czerwone kamienie. „Czerwone niczym okrutne ślepia dzikiego kruka” – pomyślał złośliwie chłopak.

Mateusz przyjrzał się temu wszystkiemu z niechęcią. Od momentu spotkania nie chciał zwracać uwagi na szczegóły. Szczegóły podobno pamięta się najlepiej. A Mateusz nie chciał pamiętać niczego z tego wydarzenia.

Teraz jednak przestał się łudzić. Wszystko, co mu się do tej pory przytrafiało, było niezgodne z logiką, naruszało zasady zdrowego rozsądku, a jednak istniało. Jeżeli to nie był koszmar, to mógł to być przejaw szaleństwa. A zatem albo zwariował, albo naprawdę spotkał rycerza-maga, który potrafił zmieniać wzrost swój i innych ludzi.

Rycerz stał przed nim i wpatrywał się w drzwi.

Mateusz powędrował wzrokiem w ich kierunku. Jak dotąd był przekonany, że nic gorszego go nie spotka i nic go już nie zdziwi. Teraz musiał jednak zweryfikować swój pogląd.

W szeroko otwartych drzwiach nie było nikogo. Rycerz tymczasem się uśmiechnął. Tak jakby do kogoś. „Kto tu zwariował?” – pomyślał Mateusz. Mężczyzna podszedł do drzwi, nachylił się i rzekł:

– Witaj, Odwieczny. Bałem się, że nie zdążysz, by wpuścić nas na czas do naszego czasu.

– Witajcie, rycerzu Mężydarze. Nigdy nie wątpiłem w waszą odwagę, czemu wy wątpicie w moją odpowiedzialność?

– Wybaczcie mi, Sprężystonogi, jeśli dotknęły was moje słowa. Wiecie przecież dobrze, że nie było w nich ani odrobiny złośliwości.

Rozmówca milczał chwilę, jakby zastanawiał się nad szczerością słów rycerza, a potem zachichotał:

– Oj, Mężydarze, was się zawsze żarty trzymają, a z tynfami u nas bieda!

– Myślałem, że wam, Strażnikom Przejścia, dobrze płacą?

– W zasadzie dobrze, ale gdy trzeba wpuszczać takich jak wy w towarzystwie takich jak on, to myślę, że jednak za mało.

– A wy, Sprężystonogi, zawsze narzekacie – westchnął rycerz.

– Przedstawicie mnie waszemu towarzyszowi? – zapytał rozmówca.

Mateusz czekał z rosnącą ciekawością, kogo zobaczy, gdy wreszcie rycerz odsłoni otwór w drzwiach. Zakładał, że będzie to karzeł. Głos był bowiem bardzo niski i dobiegał gdzieś z dołu. Mężydar („Co za dziwaczne imiona” – pomyślał chłopak) odsunął się i wskazując na Mateusza, wyjaśnił:

– To ten, o którym mówiła Przepowiednia, którego przyjście zapowiadały legendy.

– On? – Głos był zaskoczony. Raczej nieprzyjemnie.

Głos, bo właściciela Mateusz nadal nie widział.

– On jest niewidzialny? – zapytał zaskoczony, zanim zdążył się powstrzymać.

Odpowiedzią był głośny śmiech rycerza i Głosu.

– On mnie nie widzi! – zarechotał Głos.

– Nie umie patrzeć – wyjaśnił Mężydar.

– To niedobrze – zmartwił się Głos.

– Nauczy się.

– Czy ma na to czas?

– Będzie musiał uczyć się szybko.

– Czy moglibyście przestać mówić o mnie tak, jakby mnie tu nie było? – zirytował się Mateusz.

– Nie należy w każdym razie do milczków, nieumiejących bronić swoich praw – zauważył Głos.

– Tak, to trafne spostrzeżenie, Sprężystonogi – potwierdził z przekonaniem, ale bez zachwytu, rycerz.

– Powinniśmy już iść. Wszyscy na was czekają. Upłynęło sporo czasu, od kiedy wyruszyliście.

– Tak, to prawda – odparł Mężydar z dziwnym smutkiem.

Głos cichutko zachichotał.

– Co cię tak bawi? – zirytował się rycerz.

– Twój brak wiary w siebie, mój przyjacielu – wyjaśnił Głos. – Weź mnie, tak będzie szybciej, i chodźcie wreszcie – ponaglił Sprężystonogi.

Rycerz pochylił się, wyciągnął dłoń i poczekał, aż coś wdrapie się po niej.

Mateusz patrzył z rosnącym zdumieniem. Po ręce mężczyzny wędrował bardzo duży pająk o długich czerwonych odnóżach i złotym korpusie z czerwonym znakiem kruka. Na głowie miał zawadiacko przechylony mały, złotawy beret zdobiony czarnymi kamieniami, przypominającymi lśniące ślepia kruka.

Znalazłszy się na ramieniu rycerza, pająk obrzucił uważnym spojrzeniem chłopaka, a potem mruknął, trochę rozczarowanym tonem (a może tylko Mateuszowi się tak wydawało):

– Chyba nie muszę ci pokazywać drogi, rycerzu Mężydarze?

Rycerz ruszył przed siebie, a Mateusz za nim, obiecując sobie dwie rzeczy. Po pierwsze: niczemu nie będzie się dziwił, nawet gdyby zaczęły do niego mówić owoce jarzębiny, a po drugie: nie pozwoli, by ktokolwiek jeszcze, patrząc na niego lub mówiąc o nim, nieudolnie ukrywał rozczarowanie!

ROZDZIAŁ IV

Przed królewskim majestatem

*

Poznań, tam

Zeszli szybko po krętych drewnianych schodach. Pachniało drewnem i ziołami. Woń była na tyle silna i świeża, że nawet rycerz kilkakrotnie wciągnął głęboko powietrze.

– Ładnie pachnie, prawda? – domyślił się pająk. – To pomysł Przepowiedni. Zgodnie z jej poradą mieszamy siano z ziołami, rumiankiem, werbeną, a czasami lubczykiem.

Mateusz słuchał uważnie i rozglądał się w poszukiwaniu owego siana. Gdy zeszli na sam dół, zobaczył, że na kamiennej podłodze nie ma dywanów, tylko rozrzucone siano z ziołami.

– Jak często je wymieniacie? – zapytał, zanim zdążył powstrzymać cisnące się na usta słowa.

– Codziennie – odparł pająk, posyłając mu przychylniejsze spojrzenie. – Kiedyś robiliśmy to raz na tydzień.

– Wtedy zamiast ładnych zapachów panował tu ciągły smród – mruknął Mężydar.

– I kto ciągle narzeka? – odciął się Sprężystonogi.

Na końcu pustej sieni czekali strażnicy w zbrojach i z dwuręcznymi ciężkimi mieczami wspartymi o posadzkę. Stali po obu stronach drewnianych, półokrągło zwieńczonych drzwi, pilnując, ku zdumieniu Mateusza, wyjścia z budowli zamiast wejścia do niej. Drzwi były solidne. Dość wąskie, w sam raz na jedną osobę średniego wzrostu. Klamka była wielka, metalowa, przypominająca kształtem dziób. „Zapewne kruka” – pomyślał z irytacją chłopak, rejestrując kolejne elementy zdobnicze, wykorzystujące motywy związane z czarnopiórym ptakiem. Strażnicy obserwowali zbliżających się do nich dwu ludzi.

– Hasło – zażądali.

– Bohater Krainy Króla Kruków.

– Odnaleziony na pohybel wrogom.

– Chwała Krukowi i jego potomkom.

– Chwała i cześć.

– Witajcie, rycerzu Mężydarze – odezwał się jeden ze strażników po wymianie haseł.

– Witajcie, Lestku, kiedy wyjeżdżałem, staraliście się o przyjęcie do służby i widzę, że się wam udało.

– Udało się – przyznał z dumą Lestek. – Idźcie, czekają na was – ponaglił rycerza i chłopaka.

– Zostańcie w pokoju – pożegnał się rycerz.

– Niech i wam pokój towarzyszy – odpowiedział strażnik i otworzył ciężkie drewniane drzwi, odsuwając się od nich, aby umożliwić przejście.

Mężczyzna z pająkiem na ramieniu i chłopak wyszli w mglistą i zimną przestrzeń. Mateusz ze zdumieniem („A miałem się nie dziwić” – pomyślał poirytowany) rozejrzał się wokół. Znajdowali się na rynku, który pewnie kiedyś był? będzie? jest w innym świecie? Starym Rynkiem w Poznaniu. Chociaż teraz niewiele go przypominał. Rozkład zabudowy był ten sam, ratusz, czyli budynek, z którego wyszli, a który w niczym nie przypominał budowli z czasów chłopca, był niski, jednopiętrowy i nieciekawy architektonicznie, mieścił się prawie w centrum, ale wszystko było o wiele biedniejsze, mniejsze niż to, co młodzik pamiętał jeszcze sprzed kilkudziesięciu minut.

Mężydar zrobił krok naprzód. Mateusz nie miał innego wyboru, niż zrobić to samo. Jego noga wpadła w lepką paćkę. Cały rynek pokrywało bowiem przyklejające się do wszystkiego błoto. Między większymi placami mazi połyskiwały minibajorka brudnej wody. Po tym podłożu przetaczał się tłum ludzi. Niektórzy posuwali się powoli małymi wozami zaprzężonymi w niewielkie, ale wyglądające na bardzo silne koniki o oryginalnej maści, przypominającej Mateuszowi łaciate krowy. Wozy były wypełnione po brzegi przeróżnymi towarami. Wokół nich kłębił się bezlik pieszych, ignorujących zupełnie błoto tryskające spod kół oraz kopyt nielicznych jeźdźców i oblepiające dolne części szat, które z każdym krokiem stawały się cięższe i sztywniejsze.

Mateusz musiał bardzo uważać, aby w tym chaosie nie stracić z oczu swego przewodnika, który wcale nie zwracał uwagi, czy chłopak idzie za nim, czy gdzieś się zagubił. Od czasu do czasu ktoś obdarzał Mężydara uśmiechem albo pochylał głowę, pozdrawiając go z powagą. Gdy przemierzyli rynek, wkroczyli w wąską uliczkę prowadzącą ku wzniesieniu, na którym stał niewielki, ale solidnie wyglądający dwór. Otaczała go niska palisada, pełniąca funkcje raczej ozdobne niż obronne. W bramie stało jednak dwóch potężnych rycerzy. Obdarzyli nadchodzących niechętnym spojrzeniem. Mateusz czuł, że mają ochotę kazać im się wynosić, ale gdy podeszli blisko, na wyciągnięcie ręki, jeden z nich wystąpił naprzód i rzekł z powagą i szacunkiem:

– Witajcie, waleczny Mężydarze. Widzę, że i tym razem powracacie zwycięzcą, wypełniwszy zadanie.

Rycerz skłonił głowę skromnie i potwierdzająco zarazem.

– Chwała Krukowi i jego potomkom – dodał strażnik.

– Chwała i cześć – odparł z powagą Mężydar.

Wartownik odwrócił się i pchnął ciężkie, grube wrota. Gdy otworzyły się cicho i wolno, odsunął się i przepuścił ich do środka. Mateusz z ciekawością podążył za swoim przewodnikiem. Dziedziniec niewiele różnił się od rynku. Pokrywało go błoto i panował na nim spory ruch. Tyle tylko, że był to ruch służby biegającej za swoimi sprawami. Służące niosły złożone w kostkę białe płótna, będące zapewne prześcieradłami. Przy długim pomieszczeniu bez okien uwijali się młodzi chłopcy, którzy okazali się stajennymi, gdyż jeden z nich wyprowadził pięknego siwka na podwórzec i zaczął szczotkować zwierzęciu długi, zadbany ogon. Mateusz miał ogromną ochotę przystanąć i poobserwować życie na zamku, ale Mężydar nie dał mu ku temu żadnej sposobności. Podążał zdecydowanym krokiem naprzód, kierując się ku wysokiej budowli przypominającej wieżę.

Jej ściany były gładkie, prawie pozbawione okien. Nieliczne otwory znajdowały się kilka metrów nad ziemią. W drzwiach stał rycerz niedbale wsparty na szerokim mieczu o długim uchwycie przeznaczonym na dwie ręce. Zdawał się drzemać i lekceważyć wszelki ruch na dziedzińcu. Gdy jednak Mężydar i Mateusz zbliżyli się, spojrzał na nich uważnie. Chłopak mógłby się założyć, że obserwował ich przez cały czas spod półprzymkniętych powiek. Teraz, obdarzając ich surowym spojrzeniem, doskonale wiedział, kim są i jak są uzbrojeni.

– Witajcie, panie Mężydarze – rzekł niskim, basowym głosem. – Chwała Krukowi i jego potomkom – dodał i nie czekając na odpowiedź, odsunął się od drzwi, pozwalając im wejść. Na szacie okrywającej kolczugę na złotym polu pysznił się czarny kruk. Pozostałe części garderoby miały kolor ziemi i stanowiły tło dla tuniki ze znakiem.

Wyglądało na to, że towarzyszący chłopcu rycerz jest powszechnie znany w mieście („A może raczej grodzie? – zadumał się Mateusz. – Tak chyba kiedyś nazywano miasta…”).

Weszli do budowli. Tuż za drzwiami znajdował się niewielki hol. W pomieszczeniu panował półmrok. Po prawej stronie mieściły się niewielkie drzwi, prowadzące, sądząc po wyglądzie, do jakiejś komórki lub składziku. Na wprost wejścia zaczynały się schody. Przybysze zaczęli się po nich wspinać. Klatka schodowa była bardzo wąska. Miało się wrażenie, że ściany ocierają się o ramiona idących, jakby chciały zagrozić, że jeden niewłaściwy gest, a zaczną się na nieproszonym gościu zaciskać.

Wspinaczka była powolna, bo stopnie wznosiły się spiralnie. Każdy zakręt oznaczał zanurzenie się w większej ciemności. Sufit dotykał głowy idącego, tuż przed twarzą migały zarysy stóp poprzednika. Mateusz czuł się nieswojo i marzył, żeby dotarli na miejsce. Przypomniał sobie o umiejscowieniu najniższego okiennego otworu i to popsuło mu nastrój. Jeśli jakikolwiek korytarz czy pomieszczenie są na wysokości tego otworu, to wędrówka niestety jeszcze potrwa.

Nagle Mężydar przystanął, a Mateusz wpadł mu na plecy. A właściwie dół pleców. Przygnębiające… Potem, równie nagle, rycerz zniknął. Chłopak został w mroku schodów sam. Zagubiony i zaniepokojony, że na pewno zrobi z siebie głupca, próbując jakoś wybrnąć z nieprzyjemnej sytuacji. Pierwsze, co mu przyszło do głowy, to zawołanie Mężydara. Doszedł jednak do wniosku, że nie będzie się wydzierał jak jaki głupi malec pozostawiony przez mamusię w pustym pomieszczeniu. Mógł też krzyknąć niezobowiązująco „Hop, hop!” albo „Jest tu kto?”, albo „Więcej światła proszę!”. To ostatnie wydało mu się nawet dość zabawne.

Ostatecznie zdecydował się na obmacanie ścian. W końcu Mężydar nie mógł wyparować. Różne dziwne rzeczy się zdarzają, ale materialny człowiek nie może tak ni z tego, ni z owego sobie zniknąć. Zresztą podobno on, Mateusz, był ważny dla mieszkańców tego grodu. Specjalnie wysłano po niego najbardziej znanego rycerza. Nie mógł go teraz zostawić na pastwę mroku. Brrr.

Obmacywane ściany niczym się od siebie nie różniły. Mateusz dotykał ich dokładnie, miejsce przy miejscu, w nadziei, że coś znajdzie. Trwało to, z jego punktu widzenia, dość długo. Gdy zaczynał tracić cierpliwość i nadzieję, że wynikną z tego jakieś pozytywne skutki, usłyszał cichy zgrzyt i przesuwanie kamienia po kamieniu. W mrok klatki schodowej wdzierał się najpierw delikatny, a potem coraz silniejszy promień światła.

Chłopak odetchnął z ulgą. Poczekał, aż szpara między ścianą a przesuwającą się kamienną płytą stanie się dostatecznie szeroka, by się w niej zmieścił, a potem wkroczył w nią zdecydowanie. Po uczynieniu trzech kroków przystanął, mrugając w zalanym światłem pomieszczeniu. Przez chwilę nic nie widział. Oczy przyzwyczajone już do ciemności z trudem rejestrowały kształty wyłaniające się z jasności. Mateusz zorientował się, że znalazł się w przestronnej sali pełnej ludzi.

Pomieszczenie było wielobokiem. Przez środek biegł wyznaczony specjalnie ułożonymi czarnymi kamieniami chodnik prowadzący ku stopniom tronu. Po jego obu stronach wznosiły się kamienne kolumny. Ich podstawę stanowiły wyrzeźbione korzenie, a kapitel – gałęzie z liśćmi dębu. Filary miały strukturę pnia.

W komnacie panował półmrok rozświetlany pochodniami umocowanymi po obu stronach każdej kolumny. W drżącym blasku widać było malowidła na suficie: kruki z rozpostartymi ogromnymi skrzydłami. Migoczące światło powodowało, że czarne ptaki poruszały się jak żywe.

Między filarami, niczym między drzewami dębowego lasu, tłoczyli się dworzanie. Większość wyglądała podobnie jak jego dotychczasowy przewodnik. Byli ubrani w różnobarwne szaty przewiązane szerokimi skórzanymi pasami ze zdobnymi nożami przy boku. Zamiast spodni mieli grube rajstopy, a na nogach – ozdobne buty z zawiniętymi noskami. Na głowach wszyscy nosili szerokie opaski udekorowane pośrodku wizerunkiem kruka w locie.

W sali znajdowali się tylko mężczyźni. Wszyscy przypominali Mateuszowi Mężydara, to znaczy byli dobrze zbudowani, niezbyt wysocy i mieli ponure miny. Chłopak powiódł wzrokiem po zgromadzonych. Na drugim końcu sali, naprzeciwko wejścia, wznosił się tron. Prowadziły do niego trzy pary stopni, na których leżał dywan czarny i lśniący jak… jak skrzydła kruka Żmija.

Na tronie wykonanym z drewna i pięknie ozdobionym rysunkami siedział starszy mężczyzna w koronie. Jego spojrzenie spoczęło na Mateuszu, ledwo wyłonił się z mroku. Obok tronu stał Mężydar i patrzył na chłopaka z zadowoleniem. Po raz pierwszy, odkąd się spotkali – z zadowoleniem. „Ciekawe dlaczego” – zaniepokoił się Mateusz.

– To on, Wasza Wysokość – powiedział spokojnym tonem Mężydar. – Jak mówiłem, poradził sobie, i to dość szybko.

– Podejdź bliżej, młodzieńcze – rozkazał król.

Głos był silny i zdecydowany. Świadczył o tym, że jego właściciel od dawna wydawał rozkazy i nie życzył sobie najmniejszego nieposłuszeństwa. Mateusz podszedł więc do tronu i przystanął kilka kroków przed stopniami. Przez moment pomyślał, że należałoby uklęknąć, ale postanowił tego nie robić. Taki gest oznaczałby zgodę na to, co mu się przytrafiło, a on znalazł się tu wbrew sobie. I zamierza o tym poinformować tę… wysokość. Dobre sobie… król jak w baśniach, a on może ma jeszcze udawać, że uwierzył w tę farsę!

– Jest uparty i krnąbrny – poinformował zebranych donośnie Mężydar.

– Przepowiednia tak go określiła – potwierdził spokojnie władca. – Czy jest odważny?

– Przylecieliśmy tu na Żmiju – odparł Mężydar.

– A zatem jest odważny – wywnioskował król.

– Raczej głupi – zaoponował rycerz.

– Czy mógłbyś mnie nie obrażać? – zirytował się Mateusz. – I nie mów o mnie tak, jakby mnie tu nie było.

– Przy królu czeka się, aż zostanie się zapytanym – zwrócił mu uwagę surowym głosem starszy mężczyzna w bogatym stroju ozdobionym na klatce piersiowej podobizną stojącego kruka, zajmujący miejsce po drugiej stronie tronu.

Mateusz otworzył usta, jakby chciał zaoponować, ale powstrzymał cisnące się na usta słowa mające wyrazić jego niezadowolenie z faktu, że zmuszono go do przybycia w to dziwaczne miejsce. Wzrok króla był poważny i świadczył, że jego właściciel nie ma poczucia humoru, za to wymaga uznania swego autorytetu jako władcy. Chłopak zamknął usta i skłonił głowę.

– Jest dumny – mruknął król.

I nie zabrzmiało to jak nagana. Mateusz uniósł głowę i spojrzał na rozmawiających.

– Tak – przytaknął Mężydar. – Chociaż to dziwne, ale jest w nim wiele dobrych cech, tylko trzeba czasu, aby je uaktywnić.

– Nie mamy czasu – wyraził swoje zaniepokojenie władca, obserwując uważnie Mateusza, który poczuł się jak preparat poddawany dokładnej naukowej analizie pod bardzo dokładnym i prześwietlającym na wylot mikroskopem.

– Będzie trzeba dać mu wsparcie – orzekł starszy mężczyzna.

– Przepowiednia musi go zobaczyć. Tylko ona może zadecydować, co dalej – postanowił król.

Dwór, przysłuchujący się rozmowie, westchnął po tych słowach. Mateusz oderwał oczy od władcy i popatrzył z zainteresowaniem na zebranych. Kilkudziesięciu rycerzy wydających przeciągłe westchnienie, brzmiące trochę bojaźliwie, na dźwięk słowa „przepowiednia” wydało się chłopakowi śmiesznymi i zabobonnymi. „Kto dziś wierzy w jakieś przepowiednie! Co za zacofani ludzie” – pomyślał z dezaprobatą Mateusz. Z tym większą, że teraz wszyscy patrzyli na niego tak, jakby miał zostać zaprowadzony przed oblicze jakiejś bestii. „Nawet jeżeli tych bredni-przepowiedni udziela jakaś stara wiedźma – pocieszył się chłopak – to może być tylko strasznie brzydka, a nie strasznie straszna”. Chociaż… w tym dziwacznym świecie nigdy nic nie wiadomo…

Bohater Krainy Króla Kruków

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8147-131-2

© Aneta Cierechowicz i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Paulina Zyszczak

KOREKTA: Katarzyna Kusojć

OKŁADKA: Anna Gręda

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: Inkpad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bohater Krainy Króla Kruków - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo. Bohater Krainy Króla Kruków Zegarki Pana Słowackiego Zeszyt ćwiczeń do analizy i interpretacji literatury dla szkół ponadgimnazjalnych 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę