IRA. Bo jest paru ludzi

IRA. Bo jest paru ludzi

Autorzy: Praca zbiorowa

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Biografie Kultura / sztuka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 29.74 zł

„IRA”. Zespół legenda. Według Google’a najczęściej wyszukiwana polska grupa muzyczna po „Kulcie” i „Dżemie”.

Powstała w 1987 roku i – poza czasem siedmioletniej przerwy – z powodzeniem funkcjonuje do dziś. Zagrali tysiące koncertów, na których zawsze pojawiają się rzesze fanów w czarnych i czerwonych koszulkach symbolizujących gniew. Nadal z powodzeniem grają sto koncertów w roku, podczas gdy inni wielcy polskiej sceny muzycznej zawieszają czy kończą działalność.

„IRA” właśnie skończyła trzydzieści lat. Na czym polega jej fenomen?

Ta książka odpowiada nie tylko na to pytanie. To łapiąca za gardło historia młodzieńczego marzenia o zespole rockowym, o którym będą mówić wszyscy, oraz o jego realizacji. To także znakomicie napisana opowieść o wiecznym życiu w trasie oraz o wzlotach i upadkach, kłótniach i przyjaźniach grupy muzyków będących ze sobą bliżej niż rodzina.

Jedna z ostatnich prawdziwych rockowych kapel!

– Grzegorz Markowski, „Perfect”

Tekst: Waldemar Buczkowski

Opracowanie: Łukasz Saturczak

Redakcja: Piotr Kępiński

Korekta: Agata Rytel

Projekt graficzny okładki, makiety, skład oraz przygotowanie zdjęć do druku: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN®

Zdjęcie na okładce: Michał Pańszczyk

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Joanna Cieślewska

Copyright © by Wydawnictwo Agora 2018

Copyright © by J&J Musicart LTD

Copyright © by Łukasz Saturczak 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN 978-83-268-2762-4 (epub), 978-83-268-2763-1 (mobi)

Kontakt z zespołem: Monika Mysza (mysza@musicart.pl; tel. 603 466 966)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

MY/INTRO

PIANINO

ZANIM

RADOM

ZOSTAĆ TU

WSPARCIE

U PROGU SŁAWY/IRA I ROSJA

FOTOGRAFIE

U PROGU SŁAWY

FANI I

NA SZCZYCIE

NIEMEN

FOTOGRAFIE

ROZDROŻA

RADIO

ROBIĆ SWOJE/ARTUR GADOWSKI

STUDIO

RESET/SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO CHICAGO

DYM

NIE OD RAZU ZDARZA SIĘ RAJ

SEBASTIAN PIEKAREK

FOTOGRAFIE

CHŁOPCY Z WOLI/SEBASTIAN PIEKAREK

PIOTR KONCA

CHŁOPCY Z WOLI/PIOTR KONCA

BRACIA

FOTOGRAFIE

ŁĄCZNIK

FANI II

CZEKAJĄC NA OGIEŃ

GDY ZABRAKŁO GŁOSU

ZMIANA WARTY

TREMA

O JEDNĄ GITARĘ MNIEJ/LONDYN 8:15

KONTROLA

TRWANIE/„9”... „X”...

SPADANIE

FOTOGRAFIE

(NIE)MIŁOŚĆ

FANI III

ZMĘCZENIE/CODZIENNOŚĆ

RADOM II

RAZEM

FANI IV

STARA IRA

BĘDZIE(MY)

KORPO

35

MY/OUTRO

FOTOGRAFIE

MY/INTRO

Zaledwie kilka miesięcy w trasie i zauważasz, że wszystkie garderoby na backstage’ach wyglądają niemal tak samo. Różnice są niewielkie. Nawet nie zwracasz na nie uwagi, bo jesteś jak w transie. Myślisz o koncercie, skupieniu, nic nie może cię rozpraszać.

Długie, ciemne i ciasne korytarze, niezdarnie ukryte kable, zapach olejnej farby zmieszany z czymś, co przypomina ci odór szkolnej szatni z czasów dorastania, komunikaty i tabliczki BHP pamiętające jeszcze poprzedni system: „Zakaz palenia”, „Uwaga na głowę”, „Zachowaj ciszę”, „Wejście na scenę”. Od lat tak samo. Bez końca. Słychać dźwięki ze sceny – perkusja, bas, gitara elektryczna, wokal – techniczni sprawdzają sprzęt. Skrupulatnie. Wyciągają instrumenty z przyczepki, korytarzami w dół sali, podłączają dziesiątki, a może i setki metrów kabli. Włączniki, wyłączniki, osprzęt, na który mało kto zwraca uwagę, bo nie widać go w niedoświetlonych zakamarkach sceny, ale jeden błąd i klops, będzie afera, więc trzeba próbować do skutku, wszystko musi działać, na razie jest dobrze i powinno wytrzymać cały koncert. Dźwięk sunie korytarzami, przebija się werbel, tutu, tutu, tutu, po chwili krzyki, żeby coś poprawić, zmienić ustawienia, jeszcze kilka poprawek, gitara, bas, werbel, mikrofon, poprawki, jeszcze raz tutu, tutu, tutu. Przerwa. Czas na fajkę, trzeba wyjść z dusznego pomieszczenia, wziąć parę oddechów, próbować dalej, bo ciągle coś nie styka, nie jest tak, jak powinno być.

Kilkanaście minut. Zespół podjeżdża pod klub. Układ w busie od lat niezmienny – Piotr „Jinks” Sujka obok kierowcy Czarka Grzybowskiego, bo lubi mieć przed sobą przestrzeń, Wojtek Owczarek rozłożony na siedzeniach z tyłu w towarzystwie czyjejś gitary, która nie zmieściła się do przyczepki, po prawej Artur Gadowski, za nim Sebastian Piekarek, po drugiej stronie Piotr Konca. Pomiędzy nimi techniczni: Marcin Limek (akustyk, producent i kompozytor), techniczny sceny Grześ Nawrocki, oświetleniowiec Andrzej Majger i Łukasz Koput zajmujący się odsłuchem. Ostatnie tygodnie roku. Mimo wczesnej godziny (koncert ma się zacząć o osiemnastej) jest ciemno, wieje nieprzyjemny wiatr. Wielkopolska, miasta podobne do siebie, trudno się połapać, w jakim są dziś, tak samo jak łatwo stracić rachubę czasu, jaki jest dzień tygodnia, kiedy ostatnio jadło się obiad, piło kawę, spało we własnym łóżku. Fani w czarnych i czerwonych koszulkach wypatrują muzyków. Wiedzą, co do minuty, kiedy będą i jakim wejściem ruszą do klubu, ale nie są nachalni. Niektórzy są pewnie zrzeszeni w FC Mocni, fanklubie grupy, ktoś przyszedł pokazać swoich idoli dzieciom, dla innych to już wieloletnia tradycja i najpewniej pokonali setki kilometrów, żeby się tu pojawić. Zmarznięci, lekki śnieg, może deszcz ze śniegiem, trudno rozróżnić, bo opad przykleja się do twarzy. Wieczór, mało co widać, ale Ira jest na wyciągnięcie ręki. Machają, ktoś krzyknie „cześć”, ktoś z zespołu odpowie, będzie życzył dobrej zabawy i dalej w stronę bocznego wejścia.

Monika Mysza, menedżerka, prawdopodobnie najbardziej pracowita osoba w instytucji Ira, zawsze dwa kroki przed zespołem. Dzwoni po organizatora, żeby wyszedł. Garderoba. Na stole kanapki, kilka napojów, piw, sałatek, energetyki, kawa. Dzień jak co dzień.

Mijają minuty. Dźwięk sprawdzanego przez technicznych sprzętu zmienia się w proste komunikaty rzucane między organizatorami i krzyki gromadzących się pod sceną ludzi. Nie trwa to długo, bo zespół nie daje na siebie czekać. Kwadrans? Ktoś przyjdzie? Przy wejściu pusto? Fani stojący najbliżej sceny ubrani są w czerwone albo czarne koszulki, niektórzy trzymają transparenty przerzucone przez metalowe barierki, charakterystyczny znak Iry, jeden z najbardziej znanych symboli grup w Polsce, jak Dżem, KAT, Oddział Zamknięty. Fani będą tu stać jeszcze długo po zakończeniu koncertu.

Skupienie. Za kilka minut wyjdą na scenę. Jinks liczy kostki do gitary, musi być siedem, cztery w jednej, trzy w drugiej kieszeni, choć sam twierdzi, że to nic ważnego, ot, zwykła nerwica, pierdoła, mówi, żeby nie zwracać na to uwagi, choć na Marglowej w Radomiu taka sama ilość leży w jego studiu przy konsolecie. Wrażenie najbardziej skupionego zawsze robi Artur. To trema, która od lat nigdy go nie opuszcza. Tak później opowie. Siedzi na krześle w pozycji przypominającej boksera, który ma ruszyć do walki, gdy tylko usłyszy swoje nazwisko. Czasem wyjść jest niezwykle trudno, ale trzeba robić swoje. Przez kilka sekund zostaje sam, kiedy na scenie jest już reszta zespołu. Kolejno Wojtek, Jinks, Sebastian, Piotrek, Artur...

W końcu garderoba robi się pusta. Usiądą tam techniczni, odpocznie Mysza, Czarek, który zrobi sobie krótką drzemkę, zanim odwiezie grupę do hotelu. A teraz Ira na scenie. Blisko sto razy w roku. Dwieście dni w trasie. Tygodnie poza domem, koncerty, hotele, trasa, tysiące kilometrów, stacje benzynowe, przydrożne restauracje, zmęczenie. Skrajne emocje, które trzeba wyciszyć na czas występu. Ostre laserowe światła wbijają się w scenę, gitary, perkusja, krzyki, Artur wychodzi do przodu...

Nie ma takiej siły, która nas rozdzieli

Przełamie los

Nie ma takiej siły, która nas odmieni

Powtarzaj to.

SKIT/PIANINO

WOJTEK OWCZAREK

Przeżyłem niezłą przygodę z moim pianinem w mieszkaniu rodziców. Miałem zabawkowy pistolet na takie strzelające korki. Gdy się je obrało z kartonowej osłony, rzucało się dziewczynom pod nogi, żeby przestraszyć. To były takie miniaturowe fajerwerki. Pewnego wieczoru chciałem to przetestować w swoim pokoju. Niestety korek wystrzelił pod pianinem. Po chwili zobaczyłem tam ogień. Pianino zaczęło się palić od dołu. Pobiegłem do kuchni po kubek z wodą, żeby to ugasić. Po drodze powiadomiłem leżącą i coś tam sobie czytającą mamę komunikatem: „Mamo! Pianino się pali!”. Spojrzała na mnie z jakąś nieodgadnioną miną, ale jednocześnie poderwała się, słysząc przerażające dźwięki pękających strun basowych. Gdy zobaczyłem wydobywający się dym z klawiatury, lunąłem kubkiem wody pod pianino, myśląc, że zduszę ogień w zarodku. Paliło się jednak dalej. Mama pobiegła do kuchni po gar z wodą, a ja zacząłem zdejmować z górnej płyty pianina stojące tam przedmioty. Byłem przerażony. Otworzyłem pianino, a mama, wlewając do niego wodę, ugasiła pożar. Nie chciałem się oczywiście przyznać, jak to się stało, i paliłem głupa. Rodzice szukali peta, bo myśleli, że popalam, i w tym doszukiwali się przyczyny. Potem wezwali nawet mojego byłego nauczyciela od fortepianu, żeby rozgryzł to zjawisko. Był w szoku. Za jakiś czas miałem lekcję pianina z panią Leszczyńską i jak jej opowiedziałem zdarzenie, tłumacząc swoje nieprzygotowanie, to drwiąc, zapytała: „Owczarek, ty ... co?!”.

ZANIM

Ira. Szybka, fajna nazwa, ludzie mogliby ją krzyczeć na koncercie, gdyby mieć zespół, najbardziej znany zespół w kraju, tak jak teraz krzyczą TSA.

Gdy na początku lat osiemdziesiątych nastoletni Kuba Płucisz wymyślał nazwę zespołu, który chciałby w przyszłości założyć, nie domyślał się, jak wielki ładunek znaczeniowy będzie ona ze sobą niosła. Nad Wisłą dogorywa karnawał Solidarności, za moment zostanie wprowadzony stan wojenny, który pogrzebie na niemal dekadę polskie marzenie o wolności. Internowani zostaną najważniejsi polscy opozycjoniści, zaczną się represje, tysiące ludzi wyemigruje z kraju.

Ale jednocześnie w Polsce na dobre zadomowił się punk rock, więc na ulicach zaczęły królować skóry, kolejny przykład kontestacji szarej rzeczywistości wyrażanej dodatkowo konkretnymi drobiazgami, jak agrafki i żyletki. Dla nastolatków znaczą tak samo wiele jak dla protestujących studentów charakterystyczne oporniki wpięte w klapy marynarek. Grają Tilt, Dezerter, Brygada Kryzys, po zniesieniu stanu wojennego dołączą kolejni, jak Siekiera czy Armia. Władza przymyka oko na nowe mody i pozwala Walterowi Chełstowskiemu stworzyć festiwal w Jarocinie, zaś ci, którym bliżej do głównego nurtu w muzyce, będą mogli posłuchać „Listy przebojów” prowadzonej przez Marka Niedźwieckiego na antenie radiowej Trójki. Królują tam Republika i Maanam, dwa zespoły, które albumami „Nowe sytuacje” i „Nocny patrol” stworzą ponure pocztówki tamtych czasów.

Kuba Płucisz jest w liceum, a ci, którzy stworzą z nim zespół, jeszcze w podstawówkach. Matka każe uczyć mu się języków obcych, podsuwa pod nos słownik polsko-łaciński – īra? ira? gniew? Publiczność może szybko tę nazwę załapać. Prawie jak TSA, idoli, których wtedy namiętnie słuchał. Być tak popularnym jak oni? Jak Marek Piekarczyk? Nagrać takie utwory jak „51” albo „Trzy zapałki”? To marzenia, na realizację których będzie trzeba jeszcze poczekać.

Kuba Płucisz nie miał pojęcia, że w tym samym czasie, gdy kreśli ołówkiem nazwę zespołu, kilku bojowników Irlandzkiej Armii Republikańskiej z Bobbym Sandsem na czele właśnie głodzi się na śmierć w północnoirlandzkim więzieniu Maze, walcząc w ten sposób o status więźniów politycznych, czego rząd Wielkiej Brytanii z Margaret Thatcher na czele nie chce uznać. Nie pomaga interwencja Jana Pawła II u brytyjskiej premier, Sands umiera, bojownicy mają swojego męczennika. IRA zostanie rozwiązana dopiero w 2005 roku.

W Polsce są inne problemy. Płucisz jest nastolatkiem, który chce po prostu grać rocka, zaś nazwa, którą właśnie wymyśla, nie ma nic wspólnego z irlandzkimi separatystami, choć za kilkadziesiąt lat, jak zespół, już bez niego, będzie miał zagrać w Londynie, tamtejsze władze uznają inaczej i koncert zostanie odwołany. Teraz Londyn walczy z Irlandczykami. Rok wcześniej działalność zakończył Sex Pistols, zaś Johnny Rotten, który będzie się znów nazywał John Lydon, założy Public Image Ltd. Z Pistolsami wróci na scenę jako autoparodia grupy w 2006 roku. Krótko mówiąc, nadchodziły nieodwracalne zmiany.

Ale jest początek lat osiemdziesiątych. Radom. Szara komunistyczna rzeczywistość, której marazm rozbije pewna instytucja. I tutaj znów, ani Płucisz, ani tym bardziej przyszli członkowie zespołu nie wiedzą, jak wielki wpływ będzie na nich miał oddany właśnie do użytku radomski Amfiteatr. Nie znają sali nr 23, gdzie od 1987 roku będą odbywać się próby stworzonego przez nich zespołu.

A dalej? Nakłady albumów pójdą w miliony, a koncerty w tysiące. Zagrają przed Aerosmith, a koncert zobaczy pewien czternastolatek, Piotr Konca, który dziesięć lat później dołączy na stałe do reaktywowanego składu Iry. W międzyczasie grupa zostanie zawieszona, ale wróci w glorii do „domu”, czyli radomskiego Amfiteatru. Zagra koncert z okazji piętnastolecia, na który przyjdzie więcej ludzi, niż może to miejsce pomieścić. Jeszcze tego nie wiedzą.

Tak samo jak nie mają pojęcia o wszystkich sukcesach i porażkach, wzlotach i upadkach, kłótniach i przyjaźniach. Nie wiedzą, że w roku, w którym będą obchodzić trzydziestolecie działalności, inni granie zawieszą. Scenę opuszczą tytani, Hey i T.Love. Nie wiedzą, że pod koniec roku 2017 jedna ze stacji radiowych sporządzi ranking grup muzycznych, które według Google’a są najczęściej wyszukiwane w internecie. Irę prześcigną jedynie Kult i Dżem, zaś TSA – idole Płucisza – wyleci poza pierwszą dziesiątkę. Nie wiedzą też, że czerwony i czarny, a więc kolory, które symbolizowały gniew w ikonografii, będą widniały na koszulkach ich fanów. To wszystko przed nimi. Jest Radom, lata osiemdziesiąte i marzenie, żeby mieć zespół, który będzie na ustach wszystkich.

* * *

SKIT/RADOM

WOJTEK

Dlaczego tu zostałem? Serio pytasz? Człowieku, z tym miejscem wiążą się wszystkie moje najlepsze wspomnienia. Mam tu mieszkanie, miłość swojego życia, zespół swojego życia, przyjaciół i swoje życie. Nigdy mnie nie korciło, żeby zamieszkać w Warszawie. W każdej chwili mógłbym tam zamieszkać, ale po co? Nie. Radom to moje miejsce.

ZOSTAĆ TU

Wszystko zaczęło się w Radomiu.

Jakie to było miasto? Na początku lat osiemdziesiątych liczba mieszkańców wynosiła niecałe 200 tysięcy i była zbliżona do dzisiejszej. Znane z Zakładów Metalowych „Łucznik”, w których w 1976 roku doszło do jednego z największych strajków czasów Polski Ludowej. Razem z „Łucznikiem” protestowało wtedy ponad trzydzieści innych fabryk, 20 tysięcy osób, co dziesiąty mieszkaniec miasta był spacyfikowany i torturowany przez ZOMO. Chwilę później nastąpił jednak w mieście mocny zwrot w stronę kultury. Jeszcze tego samego roku otworzony zostanie Teatr Powszechny im. Jana Kochanowskiego. W 1979 roku właśnie tutaj Andrzej Wajda nakręci „Dyrygenta” na podstawie opowiadania Andrzeja Kijowskiego, zaś otwarty w 1980 roku Amfiteatr, nastawiony na współpracę z młodzieżą, odda kilku zespołom sale prób i zorganizuje im koncerty, co przyczyni się do rozwoju tamtejszych kapel.

ARTUR GADOWSKI

Radom to moje miasto. W Szydłowcu spędzałem dzieciństwo, bo stamtąd pochodził mój tato. Rodzice się tam przeprowadzili, kiedy miałem rok. U babci był mój wakacyjny dom. Szydłowiec i polskie morze, bo od dziecka miałem problemy z alergią i astmą. Potrzebowałem zmiany klimatu, choć i tak jesienią łapałem anginę. I tak to się toczyło.

Do przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne chodził jeszcze w Szydłowcu. To niewielkie miasteczko liczące nieco ponad 15 tysięcy mieszkańców, znane głównie z wydobycia piaskowca. Zerówka, podstawówka i szkoła średnia były już w Radomiu, próba grania, młodzieńczy bunt, szukanie swojego miejsca. W domu obecna była muzyka. Dionizy Gadowski, ojciec Artura, był z wykształcenia flecistą, dorabiał graniem w różnych bandach jako saksofonista. Po narodzinach syna rzucił muzykę, aby utrzymać rodzinę. Wcześniej poznał swoją przyszłą żonę Mariannę, która z kolei śpiewała, ale nigdy nie interesowała ją kariera. Rodzice od dziecka powtarzali Arturowi, że muzyka to raczej niepewny chleb, więc niech lepiej zajmie się czymś innym. Ma przede wszystkim zdobyć solidny zawód.

ARTUR

I wymyśl tu solidny zawód dla dziecka, które lubi rysować, bo jak jest uzdolnione, to raczej w tym kierunku. Nie chodziłem do żadnego kółka plastycznego ani na żadne zajęcia dodatkowe. Interesowałem się też historią, głównie XX wieku. Mieszkałem w domu, gdzie na strychu było mnóstwo skarbów, starych gazet, jeszcze przedwojennych, stary patefon, płyty, ale dzieciak jest głupi, to je bez sensu połamał. Później? Modelarstwo, sklejanie, projektowanie. Rodzice wpadli na pomysł, że skoro mam takie zdolności manualne, to może powinienem zostać jubilerem.

Z kamieniami szlachetnymi nie miał za bardzo do czynienia, bo zajmował się złotnictwem. Tytuł czeladnika w zawodzie jubiler złotnik. Korzysta z tego? Mówi, że po trzydziestu latach nie umiałby się tym zajmować zawodowo, bo nie zna najnowszych technik obróbki złota. Wtedy pracował w zawodzie, pracował i chciał grać, myślał o śpiewaniu.

Pierwszy zespół założył z nieżyjącym już Maciejem Piskorzem. Trzecia klasa szkoły średniej, wagary, poszli na „Blues Brothers”. Z miejsca postanowili założyć zespół, choć w ogóle nie miał być to band bluesowy. Po prostu miała to być kapela. Nie miała nawet nazwy i szybko upadła. Ale w tym momencie fascynacja muzyką stała się dla Gadowskiego sprawą poważną. Przez kolejne lata przegrywał kasety, robił składanki, na targu w Radomiu wyszukiwał używane płyty, wśród których trafiały się albumy wykonawców zagranicznych. Już wtedy jego ulubionym zespołem był The Beatles. To najbardziej wpadło mu w ucho.

Przygodę z graniem zaczął od gitary. Muzyczny dom, więc były tam instrumenty. W Szydłowcu było pianino, w Radomiu pianino elektryczne, enerdowski Weltmeister Claviset. Stał u Artura w pokoju, więc mógł spokojnie ćwiczyć. Pierwsze pomysły na własne demo były nagrywane na magnetofonie szpulowym, potem na szpulowym i na kaseciaku jednocześnie. Kombinował na różne sposoby. Rodzice, wiedząc, że z naturą nie wygrasz, jego brata nie kierowali w stronę nauk technicznych, ale zapisali do kółka plastycznego, później do plastyka. Ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Dziś maluje obrazy.

ARTUR

A ja sobie kończyłem szkołę, jednocześnie grałem, bo pojawiały się kolejne składy, które istniały miesiąc, dwa, trzy. Najdłużej tworzyłem grupę Landrynki dla dziewczynki, z którą zacząłem koncertować. Wcześniejsze granie? To było tylko łojenie w piwnicy. Raz zrobiliśmy próbę w garażu moich rodziców, z czego była afera, bo sąsiedzi się skarżyli. Przeważnie ćwiczyliśmy na poddaszu albo u mnie w pokoju. Maciek „Zarazek” Rąpała grał na gitarze, a Darek „Kwitek” Kmita, nie dysponując perkusją, uderzał w stołki. Dom kultury absolutnie nie był zainteresowany przygarnięciem bandy grającej tego typu muzykę. Co graliśmy? To była jakaś fuzja punk rocka i nowej fali.

To czasy, kiedy już mieszało się ze sobą wszystko, dopowiada. Takie były Landrynki dla dziewczynki. Grali to, czego akurat słuchali. Z jednej strony leciało The Beatles, z drugiej dziewczyna Roberta „Badena” Badeńskiego – basisty, który sam uważał się za punkowca – była fanką Depeche Mode, więc miksował jedno z drugim.

W maju 1987 roku Landrynki wystąpiły na przeglądzie zespołów szkolnych.

W jury konkursu siedział Kuba Płucisz, który na co dzień pracował w Radomskim Ośrodku Kultury i miał kapelę o nazwie Ira. Okazało się, że towarzyszył mu nastoletni perkusista tego zespołu Wojtek Owczarek.

Owczarek muzyką interesował się od dziecka. A dokładniej zaczęło się od pianina, które stało u jego babci w mieszkaniu:

WOJTEK

Wystukałem w wieku sześciu lat jakąś kolędę albo hejnał mariacki, rodzice zauważyli, że jestem muzykalny, i zapisali mnie do ogniska muzycznego na pianino. I zaczęło się. Rano do szkoły, a po szkole na drugi koniec miasta do Zespołu Szkół Muzycznych na Waryńskiego i tam spędzałem popołudnia. Do domu wracałem po dwudziestej. Uczyłem się dzieł klasyków. Spędziłem osiem lat, ucząc się gry na fortepianie.

A bębny? Mój nauczyciel fortepianu, dyrektor szkoły muzycznej Tadeusz Gogacz, odkrył wtedy, że mam wyczucie rytmu, miałem z dziesięć lat i wkręcił mnie do zespołu muzycznego, gdzie grałem na instrumentach perkusyjnych – przeszkadzajkach, marakasach, tamburynie, trójkącie i werbelku. Pojechaliśmy nawet do Czechosłowacji na kilka koncertów. To był czas, kiedy zafascynowałem się perkusją, więc naturalne było to, że wziąłem ją w szkole jako drugi, po pianinie, instrument. Ale nie wyglądało to tak kolorowo, zdziwiłem się, gdy zamiast zestawu, który gdzieś tam był schowany w rogu, dostałem werbelek, nuty i musiałem wybijać z nut te wszystkie tu–tu–tu... W ósmej klasie już dołączyłem do jakiegoś zespołu, byłem tam najmłodszy.

Do konkursu Landrynki przystąpiły bez nerwów, nie wierząc, że mogą cokolwiek wygrać, ale puchar zdobyły. Gadowski założył się z kolegami, że jak go zdobędą, to wypije cały puchar piwa. Słowa musiał dotrzymać.

WOJTEK

Znałem Kubę jeszcze przed Arturem. Z estrady, bo on się pojawiał na różnych przeglądach muzycznych, festiwalach. Kuba przyszedł do mnie, pamiętam, ze swoją żoną i zwyczajnie przygarnął mnie na bębny. Pojechałem z nim na taki pierwszy obóz kondycyjny. Nieraz na nie jeździliśmy. Graliśmy tam mnóstwo razy i w różnych kombinacjach, na mikrofonie w ówczesnej Irze przewinęli się przez te lata różni wokaliści, między innymi Darek Wróbel Wróblewski, Radek Biry Birkowski i Robert Kotlet Kotliński... Jakoś się nie udawało. Trafiliśmy na przegląd zespołów szkolnych w zburzonej później już Hali Radoskóru, która należała do Radomskich Zakładów Przemysłu Skórzanego, gdzie występował zespół Landrynki dla dziewczynki.

Grupa została zauważona przez Kubę Płucisza. A konkretnie to Płucisz zauważył Artura, dla którego był to drugi występ na żywo. Zupełny przypadek, bo Artur grał na gitarze, a ich wokalista gdzieś zniknął. Najprawdopodobniej wojsko, bo jak opowiada sam Gadowski, bardzo ich wszystkich wtedy ganiało. Musiał nauczyć się śpiewać, trochę w teorii pomogła matka, która uczyła śpiewu – „jak oddychać i tak dalej”. Resztę musiał ogarnąć sam.

Kuba Płucisz od dłuższego czasu szukał składu dla Iry. W internecie krążą dziś plotki, że zespołów o nazwie Ira było nawet siedem, zanim powstał ten „właściwy”, ale najpewniej mamy do czynienia z próbami złożenia składu niż rzeczywistym istnieniem jakiegokolwiek zespołu. W wakacje 1987 roku Landrynki dla dziewczynki zaczęły się wykruszać. Basista dostał wezwanie do wojska, drugi gitarzysta przestał mieć ochotę na granie, perkusista, który został z Arturem, zaczął panikować, że i jego wezmą do wojska, więc intensywnie zaczął myśleć o studiach. Każdy zajął się swoimi sprawami.

ARTUR

Po wakacjach, dokładnie to był początek października, bo była jeszcze przyzwoita pogoda, przechodziłem obok Amfiteatru. Szedłem z drabiną, którą wcześniej pożyczyliśmy babci. Zasuwałem z tą drabiną przez Radom i na przejściu dla pieszych spotkałem Kubę Płucisza. Zaczepił mnie i zaczął pytać, co robię, bo szuka wokalisty, bo tego, którego znalazł, powołali mu do wojska. Tak się właśnie potoczyło, że dzięki obowiązkowej służbie wojskowej zostałem wokalistą Iry.

Namówił Artura Gadowskiego, żeby ten przyszedł na próbę, na której byli tylko Kuba Płucisz i Wojtek Owczarek. Nie ma basisty, bo na basie grał ich wokalista Robert Kotliński, którego powołali do wojska. W miejscu, gdzie odbywały się próby, był syntezator, więc pomyśleli, że przydałby się jeszcze klawiszowiec. Tak w zespole pojawił się Grzesiek Wawrzeńczyk. Miejsce basisty zajął Darek Grudzień, grający wcześniej w Azylu P. Od 1986 roku, gdy Azyl zawiesił działalność, Darek nie występował nigdzie na stałe. Na prośbę Artura zgodził się pograć z Irą do czasu, gdy jego kapela się reaktywuje.

Ich „domem” stał się radomski Amfiteatr, który w latach osiemdziesiątych otworzy się na nowe brzmienia. Odbywały się tam koncerty rockowe, jeszcze przed nagraniem płyty Ira mogła się pokazać przed Sztywnym Palem Azji i Chłopcami z Placu Broni.

Wkrótce zaczęli próby. Pierwszy kawałek, jaki skomponowali, towarzyszy im do dziś. Do „Zostań tu” muzykę napisał Kuba Płucisz. Artur najpierw zaśpiewał, jak to ma miejsce na próbach, po „flamandzku”. Później wrócił z tekstem. Niemal z miejsca powstał hit i jedna z najbardziej znanych piosenek zespołu.

Grupa postanowiła wziąć udział w Ogólnopolskim Młodzieżowym Przeglądzie Polskiej Piosenki. Na eliminacje miejskie mieli przygotowane trzy utwory. Więcej nie potrzebowali. Poszło jak burza, wygrali, później eliminacje okręgowe, ogólnopolskie. Dostali się do tzw. złotej dziesiątki, co było przepustką do festiwalu w Opolu.

Oprócz pojawienia się na festiwalu mogli razem z innymi nagrodzonymi wziąć udział w ogólnopolskich warsztatach muzycznych prowadzonych przez wybitnych twórców, takich jak Grzegorz Ciechowski, co z perspektywy czasu było równie cenne jak pojawienie się przed opolską publicznością.

WOJTEK

Czułeś, że Ciechowski to autorytet. Świetny facet. Każdemu coś poprawiał, zwracał uwagę, a do nas się w ogóle nie odniósł. Myśleliśmy, że jesteśmy przegrani, a później na spotkaniu powiedział do nas, że „Zostań tu” to kompletny kawałek.

W Opolu wystąpili obok wykonawców grających różną muzykę: reggae, jazz, blues i utwory nowofalowe. Kto pamięta dziś zespoły, z którymi konkurowali? Kryterium, Traks, Yanko, Ilicz, Kabaret, Kaszmir, Heaven Blues... Z XXV edycji można było zapamiętać koncert pamięci zmarłego w kwietniu 1988 roku Jonasza Kofty „Pamiętajcie o ogrodach” albo koncert premier, w czasie którego usłyszeliśmy między innymi Majkę Jeżowską, Annę Jurksztowicz czy obiecującego Krzysztofa Antkowiaka z jego jedynym – jak się okazało – hitem „Zakazany owoc”. Większość prezentowanych utworów weszła do kanonu muzyki rozrywkowej i była grana na wszystkich dyskotekach, jak chociażby „Gdzie się podziały tamte prywatki” Wojciecha Gąssowskiego, zaś „Byłaś serca biciem” Andrzeja Zauchy czy „Nasz Disneyland” Papa Dance zostały docenione po latach przez młodych krytyków muzycznych portalu Porcys, który uznał płytę Papa Dance za najważniejszy polski album XX wieku, zaś utwór Zauchy zaliczył do najważniejszych singli.

Na debiutach Ira w składzie Kuba Płucisz, Artur Gadowski, Wojciech Owczarek, Darek Grudzień i Grzegorz Wawrzeńczyk zagrała „Zostań tu”. Artur dostał nagrodę ZAKR za debiut estradowy. Gadowski z fryzurą na tzw. czeskiego piłkarza, z kolczykiem w uchu, w rękawiczkach z wycięciami na palce, z czerwonym szalikiem i w obcisłych spodniach bardzo przypominał Davida Bowiego z teledysku „Space Oddity”, zaś image całej grupy kojarzył się bardziej z Papa Dance albo Lady Pank, a nie z grupą, której brzmienie było zdecydowanie rockowe, a nie rzewno-balladowe.

W Opolu wystąpią również w kolejnym roku. Zagrają „Odsłoń twarz” i dostaną propozycję nagrania debiutanckiej płyty, która ukaże się na winylu kilka miesięcy później.

SKIT/WSPARCIE

ARTUR

Rodzice tłumaczyli mi, żebym zdobył normalny zawód. Nie chcieli, żebym zajmował się muzyką. Mówili, jak ciężki jest to chleb. W jakiś sposób nieświadomie przygotowali mnie do tego, żeby woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Wiedziałem, że to, co się dzieje, jest fajne, ale w każdej chwili może się skończyć, więc nie należy się przywiązywać. Trzeba robić swoje, iść wybraną drogą i tego się trzymam. Może dlatego koledzy mówią na mnie Maruda.

JINKS

Mój dziadek pytał, czy da się z tej muzyki w ogóle żyć, a później kupił mi pierwszą gitarę. Synu! W domu chciano, żebym został ogrodnikiem, przejął rodzinny interes, a nie muzykiem. Mimo to rodzice wspierali moje muzykowanie. Kibicowali mi. Jak popatrzę na swoje życie wtedy, to oprócz szkoły i jakiegoś winka z kolegami była tylko muzyka, która wypełniała cały mój czas. Nic innego się nie liczyło.

WOJTEK

Synu, przegrasz życie! I tak słyszałem od ojca aż do piętnastolecia Iry. Ale to on kupił mi najpierw pianino, a później pierwszą perkusję. Najpierw zaszczepił we mnie miłość do muzyki, a później nie wierzył, że granie ma sens. Dobrze, że wyemigrował, to dało mi trochę swobody. Ojciec miał zapędy do rządzenia i pewnie kazałby mi kończyć szkołę, ale wyjechał, to Elektronika zrobiłem do takiego momentu, żeby nie wzięli mnie do wojska. Później zająłem się zespołem. Głównie to dzięki cierpliwości i wsparciu mamy spełniłem swoje marzenie.

U PROGU SŁAWY/IRA I ROSJA

W Polsce powoli zaczynały się zmiany, które przez kolejne lata dla jednych oznaczały upragniony powrót wolności, dla innych codzienne zmaganie z bezlitosnymi warunkami wolnego rynku.

Jakie znaczenie dla początkującego zespołu będą mieć zniesienie cenzury, wejście prywatnych firm, menedżerowie, agencje PR-owe i reklamowe, komercyjne stacje radiowe i telewizyjne, kolorowe pisma, tego wówczas nikt nie był w stanie przewidzieć. Tymczasem w kioskach leżały stosy tanich i obrzydliwych radomskich papierosów palonych przez wszystkie warstwy społeczne, bardziej zamożni zamienili je wkrótce na camele. Jak w scenie kultowych „Psów” Pasikowskiego: „Co wy tam, Stopczyk, palicie? – Ja palę radomskie, ale jak pan major woli, to Franz ma camele”. To świat rozdarty symbolicznie między smakiem Zachodu, niedostępnym jeszcze dla wszystkich, a polską rzeczywistością atakującą swoją biedą na każdym kroku. Dla członków zespołu problemy zaczęły się jeszcze w poprzednim systemie. Ostatnie miesiące Polski Ludowej to marzenia o płycie i zderzenie z brutalną rzeczywistością o smaku radomskich.

ARTUR

Bujaliśmy się przez jakiś czas, bo wszyscy straciliśmy pracę. Wcześniej przez chwilę pracowałem w Radomskim Ośrodku Kultury, gdzie byłem referentem do spraw administracyjnych. Niestety dotknęła mnie jedna z pierwszych fal masowych zwolnień. Nagle z dnia na dzień straciłem możliwość zarabiania pieniędzy, utrzymania. Miałem rodzinę, żonę, dziecko. Pierwszy raz w życiu zarejestrowałem się jako bezrobotny. Zabawne w tym wszystkim jest to, że mimo to dalej kombinowaliśmy, nie przestawaliśmy realizować naszych muzycznych pomysłów.

W 1988 roku doszło do pierwszej zmiany w zespole – Irę opuścił klawiszowiec Grzegorz Wawrzeńczyk, który wcześniej zdążył jeszcze zagrać z zespołem w Radiu Kielce i na festiwalu w Opolu. Po odejściu z kapeli uczył muzyki w strawczyńskiej podstawówce i tamtejszym Gminnym Ośrodku Kultury. Jego miejsce zajął Tomasz Bracichowicz. Rok 1988 przyniósł też pierwszy wyjazd zagraniczny. Kasy nie było, ale trasa się zdarzyła. Do Związku Radzieckiego trafili dzięki temu, że grali pod skrzydłami Radomskiego Ośrodka Kultury, w którym instruktorem był Kuba Płucisz. Zdarzyła się okazja, bo należało delegować jakiś zespół z Radomia, który pojechałby na kilka koncertów do bratniego narodu w ramach wymiany kulturalnej. Odwiedzili Kowno, Wilno i Moskwę.

ARTUR

Jechaliśmy tam, mając w zasadzie trzy numery. Zaczęliśmy szybko coś dorzucać, żeby mieć co grać. Graliśmy jakieś covery, w ogóle nie pamiętam jakie. Z perspektywy czasu to była bardzo śmieszna sytuacja, chociaż wtedy jednak poważna, wszystko było trzymane za mordę. A publiczność traktowała nas jak gwiazdy z Zachodu. Szaleli na koncercie, jakby nie wiem kto grał. Wszystko się zgadzało, sprzęt znakomity, sale OK, ale i tak było dziwnie. Zwłaszcza jak przed występami były prelekcje i wychodziła pani w garsonce, opowiadając, o czym będziemy śpiewać.

Po powrocie należało w końcu zacząć pracę nad płytą. Nagranie jej dla Pronitu zaproponował człowiek, który będzie miał duży wpływ na rozwój grupy przez najbliższe lata, czyli Walter Chełstowski. To ciekawa postać polskiej sceny muzycznej. Syn Stanisława i Jolanty Chełstowskich, którzy pracowali w słynnym tygodniku „Po prostu” (symbolu polskiego października 1956 roku). Współzałożyciel Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i twórca festiwalu w Jarocinie, reżyser filmów dokumentalnych, dziś jeden z inicjatorów powstania Komitetu Obrońców Demokracji. W dodatku właściciel studia CCS (Chełstowski, Czerniawski, Sokół), w którym Ira miała nagrać album.

Producent proponował zespołom nagranie materiału, który finansował, następnie sprzedawał licencję wydawcy. W przypadku Iry była to wspomniana wcześniej firma Pronit spod radomskich Pionek, której jedyną konkurencją w Polsce był Tonpress. Zespół chciał, by realizatorem nagrań był Jarosław Regulski, jednak był on podobno dla Chełstowskiego zbyt drogi.

Pierwsza płyta zatytułowana po prostu „Ira” została nagrana w składzie: Gadowski (śpiew), Owczarek (perkusja), Płucisz (gitara), Grudzień (bas), Bracichowicz (klawisze). Z tego albumu do dziś na koncertach grany jest utwór „Zostań tu”, reszta materiału przeszła raczej bez echa. Sam zespół miał satysfakcję, że udało się zakończyć nagrania, chociaż nie wiązało się to z żadną gratyfikacją finansową, co więcej, grupa musiała do płyty jeszcze dopłacić.

Z perspektywy czasu można uznać, że było to ciekawe pierwsze zderzenie z wolnym rynkiem, bo album miał premierę już w wolnej Polsce (grudzień). Na listach przebojów rządzili wtedy Phil Collins („Another Day in Paradise”), Roxette („Listen to Your Heart”) czy Alice Cooper („Poison”), jeśli chodzi o Polskę, przełom 1989/1990 należał do grupy De Mono („Kochać inaczej”, „Dziś taki dzień”) czy Kobranocki („Kocham cię jak Irlandię”). Ira na swój moment musiała jeszcze poczekać. Na razie szybka kariera w postaci opolskiego występu, hitu „Zostań tu” i szybkiego debiutu nie przełożyła się na nic więcej.

ARTUR

Byliśmy szczęśliwi, że w ogóle udało się coś wydać.

WOJTEK

Po tej płycie nic się nie wydarzyło, absolutnie nic. Leżała w kioskach i tyle.

Po nagraniu albumu doszło do kolejnych zmian w zespole. Najpierw odszedł klawiszowiec Tomasz Bracichowicz, który był współzałożycielem zespołu Mafia, gdzie śpiewał Andrzej Piaseczny. Rezygnując ze wspólnej gry, nie zerwał jednak kontaktów towarzyskich z Irą. Wziął udział w nagraniu płyty „1993” i wystąpił gościnnie z okazji piętnastolecia grupy. Zastąpił go Jarosław Zarychta, pozostający w składzie do 1991 roku. Na bas wskoczył Piotr Sujka, który po przejęciu gitary od Dariusza Grudnia stanie się – po Wojtku Owczarku i Arturze Gadowskim – muzykiem Iry z najdłuższym stażem. Sujka swój pseudonim Jinks zapożyczył z popularnej w latach sześćdziesiątych amerykańskiej kreskówki „Pixie, Dixie i Pan Jinks”.

WOJTEK

Z Jinksem znamy się od dzieciaka, mieliśmy pewnie po siedem lat. Nasi starzy się skumali, byli przyjaciółmi, a że u Sujków było zawsze wesoło, to wpadaliśmy.

JINKS

Wojtek był mieszczuchem, a ja mieszkałem praktycznie na wsi.

WOJTEK

Zaprzyjaźniliśmy się praktycznie od razu. Obaj byliśmy zajarani muzyką i to nas połączyło. Ale mieszkał tak daleko, że jechałem do niego chyba trzema autobusami.

JINKS

Nie przesadzaj, jednym się dało.

WOJTEK

Dwoma. No dobra, ale do tej „piątki” trochę musiałem iść... Nieważne. Ale to była bariera. Ale jak już przyjechałem, nasi starzy spotykali się w salonie, to my do pokoju, gdzie stało pianino, Jinks miał gitarę i coś tam tworzyliśmy, a potem nagrywaliśmy na magnetofon kasetowy. U niego w domu było dobrze, była przestrzeń, gościnność. W domu siedzieliśmy na graniu, a na zewnątrz szaleliśmy na motorynce. Jak mieliśmy po trzynaście lat, zaliczyliśmy nasz pierwszy występ.

JINKS

Był zespół, który obskakiwał wszystkie imprezy szkolne, ale akurat na zakończenie ósmych klas nie mógł, więc dyrektor wziął nas.

Grali tylko covery od Lady Pank po Oddział Zamknięty. Próbę zrobili w kiblu. Wojtek na bębnach. Jinks był na gitarze i wokalu razem z kolegą Markiem „Cienkim” Molgą na drugiej gitarze.

WOJTEK

My byliśmy w siódmej klasie, ale okazało się, że dla starszych rocznikowo też potrafimy zagrać, i wszyscy dobrze się bawili.

JINKS

I nie mieliśmy basu.

WOJTEK

To było przeżycie, bo w kiblu w przerwach pomiędzy występami naradzaliśmy się, co mamy jeszcze zagrać.

JINKS

Pierwsze pieniądze, które zarobiliśmy.

WOJTEK

Starczyło na zapas gumy do żucia na kilka miesięcy.

Chłopacy żyli muzyką. Spotykali się na podwórku, koledzy tworzyli kolejne składy. Pierwszy poważny zespół Piotr Sujka założył z kolegami po sąsiedzku. Grupa nazywała się Brak Miejsc, bo nazwa Brak była już zajęta. Był sąsiad Marek Molga, Robert Pater na perkusji, potem dołączył kolega Sujki Andrzej Kolanowski. Później Jinks przez chwilę miał skład Pandora, Owczarek był już w Irze, inni, z którymi do dziś łączy ich przyjaźń, jak grupa Sati, Hades, Thorn czy Bronx. A bas? Ktoś przyniósł, bo zespół potrzebował basisty, ale nikt nie chciał na nim grać.

JINKS

Nie umiem się chyba za bardzo wykłócać, wziąłem ten bas, który pożyczyliśmy, i tak zostało. Nie będę im zabierał tych gitar, bo i tak wiedziałem, że mogę sobie w wolnych chwilach na gitarce pograć, zresztą do tej pory lubię sobie w domowym zaciszu pobrzdąkać. Wtedy graliśmy w kanciapce przy Marglowej. To był przełom podstawówki i szkoły średniej. Po pół roku grania na basie upomniał się właściciel gitary. Zapytałem, czy chce sprzedać, ale nie chciał.

Było granie ze znajomymi, później technikum ogrodnicze, bo rodzice prowadzili szklarnię. Ciułał kasę na instrumenty, więc komisy muzyczne, szukanie sprzętu, lepszego wzmacniacza. Charakterystyczną gitarę Kosmos za 8800 złotych kupił mu dziadek (dziś taki model można kupić na aukcjach internetowych za mniej niż 500 złotych), później bas polskiej produkcji Luna, który, jak mówi, też brzmiał strasznie, następnie był Hohner. Zadowolony będzie za kilka lat, kiedy będzie mógł sprowadzić z Niemiec bas Music Mana. Sprzęt sprowadzali znajomi muzycy, bo w Polsce próżno było takiego szukać.

A jak Jinks znalazł się w Irze?

JINKS

Do Iry miałem przyjść na miesiąc. Znałem się z Wojtkiem, nasi rodzice się przyjaźnili. W domu stało pianinko, to graliśmy na nim, takie przygody. Oczywiście rozmawialiśmy o wspólnym zespole, ale to było takie gadanie, graliśmy jakieś covery Oddziału Zamkniętego, Lady Pank i innych. Czego sam wtedy słuchałem? Chłonąłem wszystko, od Perfectu do TSA, w których zakochałem się od razu po tym, jak usłyszałem ich w Trójce, te gitary, łojenie, wow, a jak usłyszałem AC/DC, to się prawie posrałem. Puszczałem w kółko pół kasety, bo więcej mi się nie nagrało. Kiedy chłopaki grali w Opolu „Zostań tu”, trzymałem kciuki za to, żeby wygrali. Byłem z nich dumny.

Po premierze płyty zespół znów ruszył na Wschód. Wiosna 1990 roku, kwiecień i maj. Mieli na koncie płytę, ale nie mieli statusu gwiazdy. Pojechali do Rosji, nie będąc tam w ogóle znani, a zostali przyjęci jak gwiazdy rocka. Tłumy, brawa, szaleństwo. Nie były to jednak koncerty zarobkowe i trzeba było sobie radzić, bo zespół dalej ledwo ciągnął finansowo.

WOJTEK

Dawali ruble na przeżycie, hotel, tyle. Pamiętam, jak przemycaliśmy komplety dżinsowe w marshallach. Swoim busem dojechaliśmy tylko do granicy, a dalej zabierał nas przekrzywiony Robur. I te wszystkie piece zapakowane spodniami nosiliśmy pod nosami celników.

Udało się sprzedać dżinsy między koncertami. Do Polski wrócili, jak wspomina Wojtek, z reklamówkami pełnymi rubli. Z rozpadającego się ZSRR zapamiętają przede wszystkim ogromną biedę. Podróże od hotelu do hotelu, do jedzenia kiszone ogórki popijane wódką.

WOJTEK

Jedliśmy ogórki, a później skórki od ogórków. Wódka była do kupienia nie w sklepach, ale u taksówkarzy, którzy sprzedawali ją z bagażników.

ARTUR

Koncerty się nie odbywały. Nie można było się dogadać. Nie mogliśmy potem stamtąd wyjechać, szukaliśmy jakiegoś transportu. Poszukiwaliśmy pociągu, żeby dojechać z Jarosławia do Moskwy, gdzie się po prostu jedzie kilkanaście godzin. Przygoda, krótko mówiąc. To wyleczyło mnie z wyjazdów do Rosji na całe życie. Nie pałam chęcią do odwiedzania tego kraju.

Nie dziwi takie doświadczenie z tego wyjazdu. Gdy poczytamy literaturę faktu analizującą schyłkowy moment pierestrojki, zobaczymy, że w kwestii zaopatrzeniowej i kulinarnej nie różnił się ten czas od lat poprzednich. Opisuje to między innymi Irina Głuszczenko, rosyjska kulturoznawczyni, w eseju „Sowiety od kuchni” (Krytyka Polityczna, 2012). Na stronie 150 pisze między innymi:

Standardowe menu opracowane w czasach stalinowskich okazało się nadspodziewanie żywotne. W latach 90. w Moskwie pewien chłopczyk na pytanie mamy, co było na obiad w szkolnej stołówce, odpowiedział: „Coś różowego z czymś szarym”. Czy to kapusta była szara, a parówki różowe, czy parówki szare, a kapusta różowa? Dość na tym, że mama zabroniła dziecku jadać obiady w szkole.

Mimo podobnych doświadczeń niewątpliwym plusem trasy koncertowej w ZSRR było, cokolwiek by o niej mówić, podpatrywanie muzyków z Zachodu, którzy występowali na tych samych koncertach i scenach co Ira.

JINKS

Jak przyjechała Brenda Russell czy C.C.Catch, to czułem się totalnie malutki. Ubrani jak ta lala, sprzęt, pióra, gitary. Chociaż my też w tej Rosji nie wyglądaliśmy najgorzej. Jakiś koleś na ulicy mnie zaczepił i chciał kupić moje buty.

Wojtek Owczarek – i niech nikogo nie zwiedzie ta niewinna mina.

Fot. archiwum prywatne zespołu

Piotr Sujka. Jeden z pierwszych koncertów Jinksa.

Fot. archiwum prywatne zespołu

Jinks już od najmłodszych lat interesował się ogrodnictwem.

Fot. archiwum prywatne zespołu

Piotr Sujka – w oczekiwaniu na liczne trasy z zespołem...

Fot. archiwum prywatne zespołu

Piotr i Aneta Sujkowie jeszcze jako narzeczeni.

Fot. archiwum prywatne zespołu

Elegancję Gadzio ma we krwi od dziecka. Szydłowiec, Dom Kultury na Zamku, 1972 r.

Fot. archiwum prywatne zespołu

Piotr Sujka i Wojtek Owczarek. Od zawsze łączyły ich wspólne zainteresowania...

Fot. archiwum prywatne zespołu

Artur Gadowski i Wojtek Owczarek.

Fot. Wojtek Owczarek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

IRA. Bo jest paru ludzi Australia. Zielony Przewodnik. Wydanie 1 RPA. Zielony Przewodnik. Wydanie 1 Kanada. Zielony Przewodnik. Wydanie 1 Porto. MapBook. Wydanie 1 Neapol. MapBook. Wydanie 1 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana