Wśród nocnych Cisz

Wśród nocnych Cisz

Autorzy: Małgorzata Hayles

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 18.90 zł

Mroczny thriller zbudowany na przemyślanej fabule i psychologicznej prawdzie postaci, z precyzyjnie stopniowanym napięciem.

Jest ciepły październikowy dzień, gdy Dagmara odbiera telefon od czaplineckiej policji. Z pobliskiego jeziora Komorze wyłowiono zwłoki jej męża. Kobieta wyrusza do Cisz.
Już wkrótce okaże się, jak niewiele wiedziała o Pawle, który robił wszystko, by jego tajemnicza przeszłość nigdy nie wyszła na jaw.

W małej miejscowości Dagmara zawiera nowe przyjaźnie i stara się dopasować puzzle układanki, ale szybko dochodzi do wniosku, że lepiej nie ufać nikomu, szczególnie gdy nie wiadomo, kto jest mordercą, a kto ofiarą.

"Pamiętaj, Dag, nic nie jest takie, jak się wydaje..." - czy ten list wysłał do niej przed śmiercią faktycznie jej mąż?

Kim jest opóźniony umysłowo Romek, który na strychu starego poniemieckiego domu przetrzymuje małą dziewczynkę? I dlaczego ona nie mówi?

Z jaką klątwą przyjdzie się zmierzyć Dagmarze?

Małgorzata Hayles - anglistka, anglofilka, wielbicielka mody retro, przez chwilę mieszkała w Londynie, by ostatecznie wybrać Poznań. Od pewnego czasu dzieli swoje życie między Poznań pełen bliskich jej ludzi a Pojezierze Drawskie, w którym zakochała się bez pamięci. Ze współczesnych pisarzy inspirują ją przede wszystkim Anne Tyler, Elizabeth Strout i Jonathan Franzen. W świecie, w którym coraz więcej ludzi mówi, a coraz mniej słucha, pisze wtedy, gdy czuje, że historia dojrzała do opowiedzenia. Autorka powieści "Tymczasowa", "Sekretne życie Roberty" i "Trzecia osoba".

Copyright © Małgorzata Hayles, 2018

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Rekha Garton/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8169-533-6

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Karolowi

– bez Ciebie nie byłoby tej książki.

CZĘŚĆ 1

* * *

Często w ciszy wąwozu

Słyszę (albo chciałbym słyszeć, nie wiem)

Ciało padające wśród gałęzi. Powolny i długi

Jest ten upadek ślepy, którego żaden krzyk

Nie przerywa nigdy i nie kończy.

Rozmyślam wówczas o orszakach światła

W krainach bez narodzin i śmierci.

Yves Bonnefoy

(przeł. A. Międzyrzecki)

Dagmara

Gdy zadzwonił do mnie policjant z komisariatu w Czaplinku, na początku stanęło mi serce, ale już po chwili byłam gotowa stanowczo zaprzeczyć. Przekonać go, że zaszła niezręczna dla wszystkich biurokratyczna pomyłka – że nie mogę być Dagmarą, której szukają. Mnie już nikt nie szuka. Jestem kobietą w średnim wieku, niewiele jem, nie pożyczam, jeśli nie mogę od razu oddać, nie zabijam i nie kradnę, z całą pewnością nie cudzołożę, ba, od pewnego czasu w ogóle nie łożę. Kto mógłby szukać kogoś takiego jak ja? Zamiast tego zapytałam: „Czy jest pan pewien, że to mój mąż?”, przyciskając mocno kciukiem lewy bok trójkąta.

Rozmawiając z nim, bezwiednie rysowałam palcem geometryczne kształty na belferskim biurku; ślady moich spoconych dłoni znikały tak szybko, że nie mogłam za nimi nadążyć. Lewy bok trójkąta w mgnieniu oka stał się po prostu kreską, przypominając mi, że wszystko jest względne, że nic nie istnieje w oderwaniu od kontekstu. Chyba byłam w szoku, ale czułam się też jak na planie ambitnego filmu, w którym rzeczywistość jest bardziej prawdziwa, wymięta w świetle, na które operator poluje tygodniami. Są tam i muchy, i plamy na szybach, lokowana brzydota, która nigdy się nie otrze o kicz. Bezwiednie przeciągnęłam gąbką po tablicy; siwy pył wzbił się w powietrze i opadł na mój sweter.

Głos policjanta był młody i szczery. Wyobraziłam go sobie jako człowieka w okularach, tylko czy do policji biorą ludzi z wadą wzroku? Rok temu miałam sporo do czynienia z policjantami, a jednak nie potrafiłam sobie przypomnieć, czy był wśród nich jakiś okularnik. Myślałam o wszystkim, tylko nie o tym, co przed chwilą usłyszałam.

– Obawiam się, że tak. Byłoby jednak dobrze, gdyby pani przyjechała. – Nie dodał: „w celu identyfikacji zwłok”, chciał być delikatny. Gdyby mógł, użyłby jakiegoś eufemizmu, ale widać nic stosownego nie przyszło mu do głowy.

– Mogę przyjechać jutro? Jutro piątek, mam tylko drugą be. Angielski to ich ostatnia lekcja, więc mogą po prostu wcześniej pójść do domu. – Zdałam sobie sprawę, że mówię nienaturalnie dużo i głośno, paplam o sprawach, które nie mają dla policjanta żadnego znaczenia. Dla mnie jednak moje lekcje i uczniowie byli bardzo ważni. Rozważałam nawet w duchu możliwość odmowy. Czy mogłam odmówić? Nie ożywię go już przecież. Zostawił mnie, a potem umarł gdzieś daleko stąd, jak zranione zwierzę, takie jego prawo.

– Oczywiście, choć szczerze mówiąc, najlepiej, żeby przyjechała pani tak szybko, jak się da. Ciało znaleziono dziś wczesnym rankiem. Leżało w wodzie od dobrych kilku dni. – Młody funkcjonariusz niefortunnie dobierał słowa. Jakże dni, w których martwe ciało mojego męża leżało w wodzie, mogły być dobre?

– Mogę zapytać, skąd wzięliście mój numer telefonu? – Numer telefonu też zmieniłam w ciągu ostatniego roku i znało go tylko kilka osób.

– Komendant dał numer i kazał do pani zadzwonić. – Był rozbrajająco szczery; nie wróżyłam mu kariery w tym zawodzie. – Być może mąż miał panią w kontaktach w swoim telefonie? Aparat znaleziono w plecaku, w jego łodzi wędkarskiej, ale dopiero niedawno udało się go uruchomić.

– Mój mąż miał łódź wędkarską? Dziwne.

Nie tylko to było dziwne, ale nie chciałam mówić nic więcej. Dzwonili do wszystkich, których Paweł miał w swoich kontaktach, czy też od razu uznali, że „Dag” to jego żona? Tak najczęściej mnie nazywał i w tej formie miał mnie wpisaną w telefon, bo przecież nie „żona”. „Dag”, bo mój mąż lubił prostotę i bezpretensjonalność. „Dag” po szwedzku znaczy dzień, a ja byłam jego dniem, a kiedyś także i nocą. Pomyślałam o ciele Pawła leżącym w kostnicy i ogarnął mnie smutek, ale też zazdrość. Nie wiem, czego pojechał tam szukać, ale zdaje się, że wreszcie znalazł ukojenie.

– Jeszcze jedno. Czy mogłaby pani zabrać ze sobą kogoś bliskiego? Dobrze, żeby nie była pani wtedy sama. To trudny moment.

– Raczej nie będzie takiej możliwości – powiedziałam i odłożyłam słuchawkę.

Właśnie zdałam sobie sprawę, że nie mam już nikogo bliskiego.

***

Wracałam do domu autobusem, który na każdym przystanku hamował z piskiem opon. Kierowca był narwany lub walczył z popołudniową sennością, która wdarła się do wnętrza wraz z zapachem deszczu; kobieta w zielonym płaszczu złapała się kurczowo mojego ramienia.

– Dagmara? Co słychać? – Zajrzała mi w twarz, a za chwilę dodała coś jeszcze, ale bardzo niewyraźnie. Jej głos dochodził jak ze studni. Miała zafrasowane oczy, więc nietrudno było sobie wyobrazić, że faktycznie stoi na dnie studni. Przerażona, znikąd ratunku. Ta wizja sprawiła, że zapragnęłam natychmiast podać jej rękę. Zawstydzona impulsem niezręcznie poprawiłam przykrótkie kosmyki przy uszach. W szybie odbiła się moja blada twarz – bez makijażu, okolona jeżykiem, który i mnie, i fryzjerce wydał się nietrafioną koncepcją, już gdy na podłogę spadły pierwsze pukle. Żadna z nas nie umiała jednak powstrzymać tego procesu. Siedzieć w fotelu było dużo łatwiej, niż z niego wstać.

„Zawsze to jakaś odmiana, pani Dagmaro”, zagadywała fryzjerka z zawodowym entuzjazmem, ocierając się o mnie syntetycznym fartuchem, który niczym nie pachniał. Były takie chwile, gdy mój wzrok krzyżował się w lustrze z jej wzrokiem, niezręczne chwile, bardziej intymne, niż gdy dotykała mojej głowy ruchliwymi dłońmi. Gładziła coraz krótsze włosy niemal pieszczotliwie, jakby chciała mi dodać otuchy, ale tak naprawdę tylko sprawdzała, czy włosy są równo obcięte. Widziała mnie pierwszy raz w życiu, ale raz po raz wymawiała moje imię, by pokazać, że jestem dla niej ważna, choć miałam pewność, że interesują ją wyłącznie nitkowate, zrogowaciałe i w gruncie rzeczy już martwe wytwory mojego naskórka.

Była w moim życiu kimś przypadkowym. Po tym, co się stało rok temu, zmieniłam sklep, w którym codziennie robię zakupy, fryzjerkę, ginekologa i urząd pocztowy, a także rozkład dnia. Zmieniłam wreszcie fryzurę i twarz zmieniłabym również, gdyby tylko była taka możliwość. Nie sądziłam, że te zmiany przyniosą mi ulgę, bo to nie było możliwe. Chciałam raczej, by ludzie z mojego dawnego otoczenia nie musieli się konfrontować z moją historią. Stałam się dla nich kimś jednowymiarowym, skończonym. A cóż to w zasadzie oznacza być skończonym, jeśli nie bycie ostatecznie dookreślonym. Nieszczęście naznaczyło mnie jak permanentne kalectwo, bez szans na wyzdrowienie.

Wszystko zmieniłam, by przeżyć coś, czego nie da się przeżyć, bo przeżyć znaczy przejść przez coś aż do końca i wrócić do życia. Aspekt dokonany sugeruje koniec udręki, ale ona się nie skończyła. W miejscach, które nie kojarzyły mi się z tym, co było wcześniej, wśród ludzi, którzy mnie wówczas nie znali, łatwiej było się tylko maskować.

– Wszystko dobrze? – Kobieta powtórzyła pytanie kojącym głosem i wiedziałam już, że usłyszałam ją i za pierwszym razem. Wyglądała na szczerze zatroskaną.

Blanche DuBois w Tramwaju zwanym pożądaniem Tennessee Williamsa, sztuce, którą wystawiam w oryginale z uczniami klasy maturalnej, mówi: „I have always depended on the kindness of strangers”, co oznacza mniej więcej tyle, że zawsze polegała na uprzejmości obcych. Poczułam ucisk w krtani, ale moje oczy pozostały suche. Nie wzruszałam się już tak często jak kiedyś, jakbym się nauczyła priorytetyzować swoje emocje.

– Wszystko w porządku. – Uśmiechnęłam się niepewnie, pytająco.

Nadal jej nie poznawałam. Wyświetlałam w głowie migawki z życia, skanując obozy harcerskie, szkołę średnią, studia przerwane trudną ciążą, której i tak nie donosiłam, wreszcie letnie urlopy, na które wyjeżdżaliśmy rok w rok, wraz ze wzrostem zarobków Pawła w coraz bardziej egzotyczne miejsca. Byliśmy niczym hotelowi nomadowie, zanudzający przyjaciół po powrocie zdjęciami z miejsc tak do siebie podobnych, że w istocie tych samych, jakbyśmy się bali ruszyć w te naprawdę nieznane. Na twardych i przenośnych dyskach gromadziliśmy fotografie pustych plaż i tłocznych drink-barów oraz zabytków, które nigdy mnie nie interesowały. Wolałam pchle targi i przypadkowe piwnice w niedogrzanych domach, pełnych zakamarków, zapachu pleśni i na wpół dzikich kotów, choć takich domów było wokół nas coraz mniej. Z biegiem lat obracaliśmy się z mężem wśród ludzi obsesyjnie pragnących nowości i niepotrafiących dziedziczyć niczego, ani skrawka wiedzy, ani przepisu na dżem malinowy, ani rozpadającej się komody.

Kobieta nie pasowała do żadnego z tych żyć, chyba że było jeszcze takie, które całkowicie wyparłam, i teraz nie dawało się przywołać.

– Musimy się wreszcie spotkać, mamy tyle do nadrobienia – powiedziała, pospiesznie wkładając rękawiczki i czapkę z tej samej zielonej włóczki. Ubrana zbyt ciepło jak na ten październikowy dzień była najwyraźniej jedną z tych melancholijnych osób, które co roku z niecierpliwością wyczekują jesieni.

– Pozdrów oczywiście… – Autobus szarpnął jeszcze raz, zanim wysiadła. Ona też przez chwilę szperała w pamięci. – Pawła! – dodała zadowolona. Na pożegnanie pomachała mi zieloną ręką.

– Pozdrowię – skłamałam.

Po wyjściu z autobusu wyjęłam z torebki podręczne lusterko. Było małe i mogłam się w nim przejrzeć jedynie fragmentarycznie. Lekko zaczerwieniona skóra, łuszcząca się przy nosie. Zaleczony, ale wciąż widoczny pryszcz na lewej skroni. Zastanawiałam się, kogo zobaczyła kobieta w autobusie. Mnie sprzed ponad roku, której nie spotkało w życiu nic złego poza grypą żołądkową, czy mnie dzisiejszą, którą z tamtą łączyły jedynie linie papilarne. Naprawdę nie słyszała o tym, co nas spotkało, czy tylko udawała? Mocno przycisnęłam palce do ust, by poczuć, że to, co widzę w lusterku, nadal jest powiązane skomplikowanym systemem połączeń nerwowych z tym, co jest we mnie, w środku.

Miejscowość Cisze znajdowała się jakieś dziesięć kilometrów od Czaplinka i jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku była wsią, a obecnie ledwie osadą. Istniało ryzyko, że w końcu w ogóle zniknie z mapy, tak jak znikają niektóre języki wraz ze śmiercią ostatnich ludzi, którzy się nimi posługują. Wikipedia podawała, że mieszka tam dwadzieścia jeden osób. Dwadzieścia jeden to na tyle mało, że ludzie nie identyfikują się nawzajem po nazwiskach, jak w mieście, ale po imionach i tym, co dla nich charakterystyczne. Alina, która mieszka koło cmentarza; Jarek, który ma hodowlę owczarków; Monika, która ma jedną nogę krótszą od drugiej; Paweł, który… Nie miałam pojęcia, kim mógł być dla ludzi w Ciszach mój mąż i czy w ogóle zdążył być dla nich kimkolwiek.

Nie mogłam przestać myśleć o jego stopach w mokrych skarpetkach, wystawionych na widok obcych ludzi – lekarza medycyny sądowej, policjanta, prokuratora i kogo tam jeszcze. Paweł miał nieduże stopy jak na mężczyznę, nosił rozmiar buta czterdzieści. Bywało, że miał problem z kupnem obuwia w swoim rozmiarze w czasach, kiedy można było mieć problem z kupnem czegokolwiek.

Kiedy już poczytałam o Ciszach w Wikipedii, zaczęłam bezmyślnie przeskakiwać ze strony na stronę, czytając o utonięciach. Tak wielu ludzi, dorosłych i dzieci, traciło w ten sposób życie każdego roku. Pod artykułami wyświetlały mi się dziwne reklamy. „Dziewczyna dostrzegła drobny szczegół i została milionerką”. „Wielki brzuch zniknie po dziewięciu dniach! Wystarczy, że co rano…”. Siłą woli powstrzymałam się od kliknięcia. Aby w ogóle zasnąć, popiłam dwa proszki nasenne kieliszkiem wina, modląc się, by przez te kilka godzin, które zostały mi do rana, spać twardo i nie śnić o niczym.

Noc i tak była niespokojna, a moje pobożne życzenia nie miały się spełnić. Przyśniła mi się mała dziewczynka, zbyt mała na wielkiego konia, na którym siedziała na oklep. Miała na sobie ogrodniczki, stopy bose i brudne, a na głowie, zamiast toczka do jazdy konnej, chłopięcą czapkę z daszkiem. Jej twarz była niedokończona, jak to u małych dzieci, rysy miękkie, jeszcze niezdecydowane. Równie dobrze mogła z niej wyrosnąć wielka piękność, jak i przeciętna dziewczyna. W pewnym momencie zeskoczyła z konia, chwyciła uzdę i pewnym krokiem zaczęła iść w moim kierunku. Koń prychał i potrząsał łbem. Raz po raz głaskała go po pysku, coś do niego szeptała. To wtedy zauważyłam, że nie mam w torebce portmonetki.

Sny rządzą się swoimi prawami. Symbole i obrazy przeplatają się dowolnie, bez dbałości o sekwencję czy logikę. Brak portmonetki napawał mnie lękiem, nie dlatego że zostałam bez pieniędzy – wiedziałam, że nie ma ich tam dużo. Myślałam o dokumentach tożsamości, kawałkach plastiku wieszczących światu, kim jestem. Bez nich poczułam się zupełnie bezradna i wystraszona. Dziewczynka nagle zniknęła, koń także, a ja obudziłam się ze szlochem.

Czasem sprawdzam znaczenie snów w sennikach internetowych. Za pierwszym razem zdumiało mnie, że robi to tak wiele osób. Powstały liczne fora, na których ludzie wymieniają się onirycznymi przeżyciami niczym zindywidualizowanymi baśniami, próbując je zrozumieć czy wyciągnąć z nich jakieś wskazówki. Zdziwiło mnie to, bo opowieść o śnie zawsze traktowałam jak coś intymnego, zarezerwowanego dla najbliższych, kochanka, przyjaciółki. Tymczasem sny brane na tych forach pod lupę przestawały być magicznymi przestrzeniami. Stawały się plątaniną symboli, które wystarczyło odpowiednio zinterpretować – jak wróżbę, by… no właśnie, po co? By dostrzec jakiś kształt w chaosie lęków i pragnień, tak jak się widzi Wielki Wóz na czarnej tafli nieba. Jakby wystarczyło wyłączyć światło, by zobaczyć więcej i móc się ustrzec przed tym, co nieuniknione.

Sprawdziłam, że gdy się śni skradziony portfel, a wraz z nim skradzione dokumenty, może to oznaczać pojawiający się w naszym życiu zamęt albo negatywne uczucia odnośnie do własnego wizerunku czy poczucia własnej wartości. Z koniem natomiast związanych było bardzo wiele interpretacji, co mogło wynikać z tego, że konie śnią się ludziom często, jako istoty towarzyszące im od wieków. Sennik głosił, że widzieć kogoś, kto jedzie na koniu, to ostrzeżenie, by lepiej zostać na swoim miejscu.

Z niechęcią włożyłam najpotrzebniejsze rzeczy do małej torby podróżnej i ruszyłam w drogę do Cisz.

Dopiero po przejechaniu stu kilometrów zauważyłam, że dzień jest wyjątkowo ciepły jak na październik. Słońce grzało w przednią szybę jak latem, a komputer pokładowy wskazywał, że na zewnątrz jest piętnaście stopni. W kieszeni kurtki namacałam kopertę, którą znalazłam w skrzynce kilka dni wcześniej. Włączyłam na chwilę radio, ale nie mogłam się skupić na nadawanej audycji o Wodeckim. Zbliżał się dzień Wszystkich Świętych i wspominano znanych ludzi, którzy odeszli. Prowadzący powtórzył, że śmierć zabiera najlepszych, jakby była selekcjonerem, który rekrutuje zawodników do mistrzowskiej drużyny. Nic z tego. Śmierć zabiera najlepszych, najgorszych i tych całkiem przeciętnych. Wywija kosą na oślep i nie oszczędza nikogo, ani dorosłych, ani dzieci.

Włączyłam ulubioną płytę Tiersena, która od miesięcy tkwiła w odtwarzaczu, ale i ona wydała mi się irytująca, muzyka drażniła jak zbiór przypadkowych dźwięków. Wyłączyłam w końcu wszystko poza GPS-em w telefonie. Kilometr za kilometrem jechałam w kompletnej ciszy przerywanej tylko przez autorytatywnie brzmiący głos obcokrajowca, który nakazywał mi in six hundred meters turn right, czyli za sześćset metrów skręcić w prawo, czy at the round­about take the second exit – zjechać z ronda drugim zjazdem. Tę metodę nauki języka zawsze polecam swoim uczniom, tym na tyle dorosłym, by korzystać z GPS-u, i na tyle zaawansowanym w znajomości języka, by nie trafić przez moje rady do Zakopanego zamiast do Sopotu.

Odkąd się tym zajęłam na początku września, po tym, jak Paweł wyprowadził się z domu, uczenie przez kilka godzin dziennie odrywało mnie od natrętnych myśli, bym mogła poświęcić uwagę problemom językowym moich uczniów. Żaden z nich wcześniej mnie nie znał, a jeśli cokolwiek wiedzieli o mojej przeszłości, nie szeptali po kątach.

Czaplinek okazał się uroczym małym miasteczkiem, w którym z perspektywy dużego miasta wszystko wydawało się miniaturowe. Wyglądał bardziej jak makieta i nie wierzyłam w jego powagę ani w to, że mogło się tu wydarzyć coś złego, choć doświadczenie podszeptywało mi, że zło nie dyskryminuje, funkcjonuje ponad barierami i ponad podziałami niczym idealny pracodawca. Może dlatego tak wielu ludzi szukało tu zatrudnienia. Ulica Drahimska, przy której mieścił się komisariat policji, biegła równolegle do nabrzeża dużego jeziora; trudno było uwierzyć, że ludzie tam pracujący faktycznie zajmują się poważną policyjną robotą, a nie rybołówstwem czy dzierżawą jachtów, które właśnie ślizgały się po tafli jeziora, korzystając z ostatnich dni babiego lata.

Tobiasz, policjant, który rozmawiał ze mną dzień wcześniej przez telefon, faktycznie był bardzo młody. Urodził się zapewne w roku, w którym popularne były biblijne imiona dla chłopców. Wyglądał jak ktoś, kto dopiero niedawno skończył i szkołę policyjną, i walkę z trądzikiem. Zdradzało go kilka wgłębień na policzkach i spłoszony wzrok. Nie nosił okularów, ale oczy mrużył jak krótkowidz, zapewne więc w niedalekiej przyszłości zacznie je nosić. Mundur policyjny wisiał na nim jak przebranie na małym chłopcu, równie dobrze mógłby mnie przywitać w stroju kowboja. Skupiałam się na tych detalach, bo nadal nie chciałam myśleć o tym, po co tu przyjechałam. Przez szeroko otwarte okno słychać było odgłosy piłowanego w oddali drzewa. Przeszły mnie ciarki.

– Za chwilę dołączy do nas komendant. – Tobiasz przerwał moje zamyślenie.

Chwilę wcześniej wyjawił mi, że jego stopień służbowy to młodszy aspirant i że dopiero zaczął kolekcjonować gwiazdki na naramiennikach. Zauważył chyba, że się wzdrygnęłam, bo zamknął okno. Musiało być dobrej jakości, bo w pomieszczeniu momentalnie zapanowała kompletna cisza. Zastanawiałam się, czy ktokolwiek zwraca się do niego „panie młodszy aspirancie”. Brzmiało to staroświecko, a on sam, ze szczerą i okrągłą twarzą, nie przypominał mi policjantów, z którymi miałam do czynienia w Poznaniu.

Po dłuższej chwili milczenia podsunął mi talerz z kilkoma drożdżówkami. Od rana nie miałam nic w ustach, jednak nie mogłabym przełknąć choćby kęsa.

– Jest tu więc też jakiś starszy aspirant?

Policjant spojrzał na mnie pytająco.

– No, skoro jest młodszy, to na zasadzie kontrastu powinien być chyba i starszy? – brnęłam, byle wypełnić czymś ciszę.

– Jest jeszcze aspirantka Agata. Starsza ode mnie rangą o jedną gwiazdkę.

– A to pech.

Tobiasz uśmiechnął się do mnie i zaczął porządkować papiery na biurku.

Po chwili do pokoju energicznie wkroczył komendant – miał zafrasowaną minę i jakąś teczką pod pachą. Towarzyszył mu intensywny zapach papierosów; zapewne spalił właśnie jednego i przeżegnał dym ręką przed wejściem na komisariat.

– Podkomisarz Zieliński – przedstawił się chrapliwie.

Wstałam zza biurka, przy którym popijałam przygotowaną przez Tobiasza kawę, i od razu usiadłam, bo nogi miałam miękkie w kolanach. Młody policjant wydawał się niegroźny, bałam się tego, co ma mi do powiedzenia komendant.

– Mamy już zeznanie mieszkańca Cisz, który go wczoraj znalazł. Z zeznania oraz dokumentów znalezionych przy ciele wynika, że denat to Paweł Klusik, pani mąż. Zameldowany w Poznaniu… – Otworzył teczkę i oślinionym palcem szybko znalazł dokument, którego szukał. – …przy ulicy Małopolskiej, zgadza się?

Skinęłam głową. Gardło miałam zbyt ściśnięte, by cokolwiek powiedzieć.

– Ale to tu był widziany ostatnio, kilkanaście dni temu na Wydrzej Wyspie podobno spotkał go listonosz. Zbierał grzyby.

– Mój mąż? – Nie potrafiłam sobie wyobrazić Pawła z kobiałką w ręce.

– Listonosz. Być może ostatni widział pani męża żywego. Kto wie.

– Daleko ta Wydrza Wyspa?

– Na jeziorze Komorze. Niedaleko domu rodzinnego pani męża.

Dom rodzinny Pawła? Tutaj? Niemal się zachłysnęłam kawą.

Komendant spojrzał na mnie z napięciem, jak na podskakujący spławik.

– Dziwi to panią?

– Smuci. Jakby tu wrócił po to, by… – Popatrzyłam w okno, uciekając załzawionym wzrokiem przed spojrzeniem komendanta. Z trudem zbierałam myśli.

Jak to możliwe, że człowiek żyje z kimś tyle lat i nie wie, skąd ten ktoś pochodzi? To nie mogła być prawda. Mój mąż pochodził z Poznania, pokazał mi kiedyś dom, w którym dorastał, czteropiętrowy blok na jednym z osiedli nad Wartą. Niegdyś szary, jak wszystko w Peerelu, teraz pomalowany był na kolor groszku.

Komendant zmrużył oczy i podszedł do mnie tak blisko, że poczułam cytrusowy aromat jego wody kolońskiej zmieszany z zapachem tytoniu. Uderzyło mnie niezdrowe podekscytowanie w jego tonie, gdy ponownie się odezwał:

– Ciało przez kilkanaście dni leżało w wodzie. Dobrze, że o tej porze roku jezioro jest zimne. Niemniej nie jest to łatwy widok i nadal jeszcze może pani odmówić. Dopuszczalna jest identyfikacja na podstawie zdjęć. – Spojrzał na mnie pytająco, pocierając piegowatą ręką podbródek. Miał duże dłonie pokryte rudawymi włoskami i niezdrową cerę nałogowego palacza.

Znowu pomyślałam o osamotnionym ciele Pawła w kostnicy i na chwilę straciłam ostrość widzenia. By ją odzyskać, skupiłam wzrok na napisie na kubku: „Czaplinek, Dożynki 2014”. Pokręciłam głową.

– Pojadę.

– Może pani pojechać swoim samochodem lub policyjnym, ze mną. Ciało zostało przewiezione do kostnicy w Drawsku Pomorskim, około czterdziestu kilometrów stąd. Na miejscu nie mamy odpowiednich warunków.

– W porządku. Pojadę z panem.

Nie chciałam być sama. Zaczęłam żałować, że nie wzięłam ze sobą jakiejś koleżanki z pracy, ale żadnej z nich nie uważałam za bliską. Poza tym uruchomiłoby to lawinę pytań, a ja nie lubiłam, gdy ludzie pytają, gdy chcą o mnie wiedzieć. Było lepiej tak, jak jest. Zauważyłam, że ręce mi drżą, i mocniej objęłam dożynkowy kubek z kawą, by je uspokoić. Nie byłabym w stanie prowadzić samochodu. Zadaniowość, z jaką pokonywałam kilometr za kilometrem, jadąc tu z Poznania, ulotniła się bez śladu.

W samochodzie z kieszeni komendanta raz po raz dobiegał motyw z Nocy i dni. Nie odbierał i pomyślałam, że nie chce przy mnie rozmawiać. Za trzecim razem, gdy odezwały się pierwsze nuty walca, wyłączył telefon ze złością i spojrzał na mnie przelotnie, jakby czekał, że zapytam. Ja jednak nie miałam ochoty na towarzyskie pogaduszki. Patrzyłam prosto przed siebie. W milczeniu pokonaliśmy jakieś dziesięć kilometrów.

– Jego łódź znaleziono kawałek dalej, zniosło ją w trzciny. Pewnie na szczupaki liczył, piękne szczupaki można w Komorzu złowić w październiku, zresztą okonki i leszcze też się trafiają. Sam czasem lubię z kijem posiedzieć, mniejsza, czy człowiek coś złapie, posiedzieć, pomyśleć, jezioro jest piękne o tej porze roku…

– Czy na ciele są jakieś ślady… hmm… walki? Podejrzewacie przestępstwo?

Komendant rzucił mi zdziwione spojrzenie.

– Dlaczego pani pyta?

– Na miejscu był podobno prokurator…

– W takich przypadkach zawsze jest. To kwestia procedury.

– Przeprowadzono sekcję zwłok?

– Tak, na wniosek prokuratora. To także standard w przypadku utonięć.

– I co ustalono?

Komendant znów na mnie spojrzał. Widziałam, że mocniej zaciska dłonie na kierownicy. Obrót spraw mu się nie podobał, to on był przyzwyczajony do zadawania pytań. Zapewne w duchu żałował, że zaproponował mi wspólną podróż do Drawska. Myślał, że będzie wiózł roztrzęsioną kobietę, a tymczasem wydałam mu się aż nazbyt rzeczowa i opanowana. Najwyraźniej nie znał kobiet. Nie wiedział, że od dziecka uczymy się kamuflować swoje prawdziwe uczucia. Przelotnie spojrzałam na jego prawą dłoń. Nie nosił obrączki. W dzisiejszych czasach to jednak o niczym nie świadczyło.

– Nieszczęśliwy wypadek. Mąż z całą pewnością jeszcze żył, gdy wpadł do jeziora. Łowił ryby z łodzi, najprawdopodobniej rozgrzewał się procentami. Chwila nieostrożności… – Komendant ugryzł się w język.

Dalsza część drogi aż do samego Drawska minęła nam w milczeniu.

Nic mi tu nie pasowało do siebie. Mój elegancki mąż na jakimś kompletnym zadupiu, w środku nocy, na rybach. Nie mówiąc już o tym, że Paweł nigdy nie pił alkoholu. Przynajmniej nie przy mnie. Kiedyś go o to spytałam i powiedział, że raz spróbował – nie smakowało mu, a potem przez cały dzień bolała go głowa.

Pomyślałam o dniu, w którym ostatni raz widziałam Pawła, jakbym się próbowała przygotować na widok, który mnie czeka. Miał na sobie błękitną koszulę w granatowe prążki i garnitur, w którym wyjeżdżał w sprawach służbowych; to dlatego najpierw pomyślałam, że wybiera się w delegację. W korytarzu stała jego elegancka grafitowa walizka podręczna. Nie zapytałam, gdzie jedzie, bo na tamtym etapie nie rozmawialiśmy ze sobą, jeśli nie musieliśmy. Był upalny sierpniowy dzień i właśnie wybierałam się na rozmowę do liceum, w którym miałam zastąpić anglistkę na urlopie macierzyńskim. Dyrektorka była zdesperowana i przyjęła mnie z miejsca, choć nie miałam doświadczenia w pracy w szkole.

Gdy wróciłam, dom wyglądał tak, jakby został wybiórczo okradziony, a złodziej działał na zlecenie kogoś, kogo interesują wyłącznie męskie rzeczy. Szafa mojego męża była pusta, podobnie jak szuflady, w których trzymał bieliznę. Zniknęły też jego przybory toaletowe, starannie uporządkowane segregatory z dokumentami oraz kilka książek o egzotycznych dla mnie tytułach. Nigdy nie czytał dla przyjemności, a może po prostu w czymś innym znajdował przyjemność. Zostały białe buty sportowe, w których biegał. Dzień wcześniej wyniósł je na taras, by się wietrzyły, i najwyraźniej o nich zapomniał. Podniosłam je. Nadal śmierdziały. Na mojej toaletce zostawił zdjęcie, które oparł o lustro. Siedzimy na nim obok siebie z dziesięć lat młodsi. On zagarnia mnie muskularnym ramieniem, pasmo moich długich ciemnych włosów wije się wokół nadgarstka jego prawej ręki jak tajemniczy tatuaż.

Paweł zawsze dbał o zdrowie, ale rok temu zaczął przesadzać. Jego codzienne poranne bieganie nabrało znamion nerwicy. Równie dobrze mógłby się upijać, bo nogi świerzbiły go w ten sam chorobliwy sposób. Kiedy była kiepska pogoda, kręcił się po domu jak struty, a wieczory spędzał w przydomowej siłowni, zmagając się z własnym ciałem. Wychodził stamtąd bez sił, niczym po ciężkiej fizycznej pracy. A ja się zastanawiałam, po co ten wysiłek. „Co jest efektem tej harówki poza tobą samym?”, pytałam. Denerwował mnie jego pot, jego posapywanie. „Przecież to jest dla zdrowia, dla długiego życia”, odpowiadał Paweł. A ja się zastanawiałam, na cholerę mu zdrowa długowieczność. Mnie nie zależało. Przez długi czas modliłam się o śmierć.

Zresztą nie było takiej rzeczy, która by mnie wówczas w Pawle nie denerwowała. Drażnił mnie sposób, w jaki trzy razy dziennie siadał przy stole w jadalni i bez najmniejszej przyjemności przełykał przygotowane na każdy dzień tygodnia kompozycje składające się z soczewicy, siemienia lnianego i awokado. Przywodził mi na myśl robota, który metodycznie dostarcza sobie paliwa. Zapijał to wszystko obficie zielonym koktajlem ze zmiksowanych warzyw i owoców. Jego grdyka poruszała się miarowo w górę i w dół. Gul, gul, gul. Byliśmy jak dwie małe rybki pływające wokół siebie w za dużym przeszklonym domu, który każdego dnia coraz bardziej przypominał mi akwarium.

Podchodząc do stołu w kostnicy, pomyślałam, że tego, co za chwilę zobaczę, nie da się odzobaczyć. Ten widok będzie mi towarzyszył do końca życia. Patolog odsłonił tylko twarz i szyję, po czym zrobił kilka kroków w tył. Obok stał prokurator, niepozorny mężczyzna o ptasiej twarzy, który raz po raz spoglądał na zegarek. Komendant wyszedł po chwili na korytarz, bo znowu odezwał się jego telefon. Tym razem nie była to niecierpliwa kobieta i przypisane do niej Noce i dnie, ale ostry, świdrujący dzwonek, sygnalizujący połączenie, które najwyraźniej musiał odebrać.

Spodziewałam się, że twarz będzie woskowo blada, ale tam, gdzie nie zasłaniały jej niebieskosine wybroczyny ani zarost, była zielonkawa w ostrym świetle kostnicy i napuchnięta jak po sterydach. Skóra zdawała się nieco odstawać od kości; miałam wrażenie, że gdybym tylko wyciągnęła rękę i jej dotknęła, mogłabym ją zdjąć jak jedną z tych maseczek upiększających, które upodabniają się do naskórka, a potem w mgnieniu oka łuszczą się z twarzy. Wszystko było spuchnięte, nasiąknięte wodą, zniekształcone.

Z lewego ucha chyba wcześniej sączyła się krew, bo całe wejście do przewodu słuchowego przypominało strup. Na czole widniało głębokie otarcie, które trudno było przeoczyć, ale skoro wykluczono wcześniejszą walkę, być może spowodował je jakiś podwodny pień czy korzeń. Oczy na szczęście były zamknięte, z sinymi powiekami i pozostałościami rzęs. Wszystko to wydawało mi się nierealne, jakby pokazano mi ucharakteryzowanego aktora, który za chwilę wstanie, poszuka dwóch punktów gdzieś za uszami i ostrożnie zdejmie z twarzy gumową ­maskę, a potem, jak gdyby nigdy nic, zje drugie śniadanie. Patolog, chudy i wysoki na dwa metry, wyglądający jak uosobienie śmierci, przez cały czas stał kilka kroków za mną. Być może to też było częścią procedury. Miał mnie złapać, gdybym zasłabła? Tak dużo czasu spędzał z martwymi ciałami, że do perfekcji opanował umiejętność nienarzucania się ze swoją obecnością. Poruszał się jak duch; miałam wrażenie, że on również nie oddycha.

Raz jeszcze spojrzałam na tę dziwną twarz, zanim przykrył ją prześcieradłem. Układając na ciele tkaninę, odsłonił na chwilę brzydkie stopy o sczerniałych palcach i zrobiło mi się niedobrze. Twarz z minuty na minutę traciła znamiona człowieczeństwa, ale nie miałam żadnych wątpliwości.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

CZĘŚĆ 1 Dagmara

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wśród nocnych Cisz Trzecia osoba Kobiety nieidealne. Joanna Wszystkie barwy roku Kobiety nieidealne. Iza Kobiety nieidealne. Magda 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ukryta sieć. Cokolwiek wybierzesz. Tom 1 Nie otwieraj oczu Czapkins Siostry Alienista Zamęt