Skandal lady Laury

Skandal lady Laury

Autorzy: Louise Allen

Wydawnictwo: HarperCollins

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 8.99 zł

Lady Laura Campion znana jest w towarzystwie ze swobody i nonszalancji w kontaktach z płcią przeciwną. Wie, że jako córka para Anglii i dziedziczka fortuny może pozwolić sobie na więcej, i zuchwale to wykorzystuje. Mimo tego w towarzystwie nie krążą o pannie Campion żadne plotki, nigdy nie podawano w wątpliwość jej cnoty.

Tymczasem lady Laura przed kilkoma laty wdała się w romans, którego owocem była córka. Wkrótce po porodzie poinformowano jednak Laurę, że dziewczynka zmarła.

Po niespodziewanej śmierci rodziców Laura otrzymuje tajemniczy list. Wynika z niego, że jej córka żyje i została adoptowana przez earla Wykeham…

Louise Allen

Skandal lady Laury

Tłumaczenie: Barbara Ert-Eberdt

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kwiecień 1816 roku – park w posiadłości Westerwood, Hertfordshire

Spokojnie! W okularze lunety pojawiła się starannie przystrzyżona trawa, świeża nasada na klombie, jasnoniebieska bawełniana tkanina… Nareszcie. Dłoń obserwującej zacisnęła się na gałęzi. Szorstka kora raniła skórę. Tak, to ona. Lśniące pukle koloru jesiennych liści, rezolutny podbródek, wysokie łuki brwi nad oczami, które powinny być zielone i przejrzyste. Jaka ona śliczna!

Dziewczynka odwróciła się i roześmiana ruszyła biegiem. Luneta podążyła jej śladem i w okularze ukazała się także głowa mężczyzny – włosy koloru jesiennych liści, podbródek świadczący o zdecydowanym charakterze, zmysłowe usta rozchylone w radosnym uśmiechu.

– Papo! Papo! – Dziecięcy głosik wibrował w nieruchomym, nagrzanym powietrzu.

Mężczyzna przystanął, wziął dziewczynkę na ręce i zawrócił w stronę domu. Ona wtuliła buzię w zagłębienie pomiędzy szyją a ramieniem mężczyzny i przywarła do niego niczym małpka, a jej śmiech odbijał się echem od ściany lasu.

W tym momencie luneta spadła z głuchym łoskotem na stos zwiędłych złotych bukowych liści. Kobieta ześlizgnęła się z drzewa. Wstrząsało nią tłumione przez długich sześć lat łkanie.

– Widziała ją pani.

– Skąd wiesz? – Laura Campion weszła do kuchni, z trzaskiem zamykając drzwi.

– Wystarczy na panią spojrzeć. Płakała pani. Ma pani oczy w mokrym miejscu.

Cała Mab, pomyślała Laura, ma tyle wrażliwości, co kamień. Zaskrzypiał odstawiony wiklinowy koszyk z szyciem, o posadzkę zastukały obcasy, zazgrzytał łańcuch, na którym zwisał nad ogniem czajnik. Wszystkie te odgłosy były uciążliwe niczym skrobanie paznokciem po szkle. Słowa zaufanej pokojówki jednak otrzeźwiły Laurę. Dobrze, uznała w duchu, że Mab nie okazała współczucia.

– Tak, widziałam ją – przyznała. – Ma się doskonale.

Odsunęła krzesło od stołu i usiadła. Zauważyła, że naniosła zeschłe liście do kuchni, ściągnęła więc buty i rzuciła je na ślepo na kuchenną wycieraczkę.

– Jest podobna do niego; są jak dwie krople wody.

– Mówiła już pani.

– Mam na myśli hrabiego Avery’ego Wykeham, kuzyna Piersa. Do niego jest podobna. – Laura zacisnęła usta, potoczyła wzrokiem po kuchni małego domku, w którym mieszkała od dwóch dni. Udało się jej zapanować nad zdenerwowaniem na tyle, żeby kontynuować relację. – Zawołała do niego „Papo!”.

– Utrzymuje, że nim jest. – Mab Douglas nalała do dzbanka gorącej wody i zanurzyła łyżeczkę w puszce z herbatą. – Wystarczyło zapytać w sklepie, kto mieszka w tym wielkim domu, i od razu zaczęli gadać, że hrabia przyjechał miesiąc temu z zagranicy bez żony, z dzieckiem będącym owocem związku miłosnego, i nie raczy się niczego wstydzić.

– Z zagranicy! – Laur szarpnęła wstążki kapelusza. Gdyby mogła, udusiłaby nimi hrabiego. – Uprowadził ją z Derbyshire. Co prawda, dla tych ludzi to prawie jak zagranica.

– Skąd mają wiedzieć. To było sześć lat temu, wtedy rzeczywiście wywiózł ją z Anglii. Uczestniczył w Kongresie Wiedeńskim, a potem miał jeszcze do załatwienia polityczne sprawy w Niderlandach. Poza tym pan Piers nie żyje, a hrabia Wykeham jest głową rodziny. We wsi powiadają, że nie szczędzi pieniędzy na odnowienie posiadłości. – Mab zalała listki herbaty wrzątkiem. – Może poczuwa się do obowiązku zaopiekowania się dzieckiem pana Piersa tak samo jak jego starym domem. – Mab z tym swoim zdroworozsądkowym myśleniem przyjęła rolę adwokata diabła.

– Byłoby to w porządku, gdyby dziecko nie miało matki. Tymczasem ją żyję.

– W tym szkopuł. – Pokojówka nalała herbaty do dwóch filiżanek i postawiła je na stole. – Proszę się napić. – Usiadła, kiwając głową z troską kobiety, która służyła Laurze od dziesiątego roku jej życia. – On nie wie, że była pani przekonana, iż mała nie żyje. Pytanie, co pani zrobi teraz, kiedy ją odnalazła?

– Ona mnie nie zna – zauważyła Laura.

Szok minął. Zaczęła na spokojnie rozważać sytuację. Otarła dłonie o ciemną spódnicę. Miała dość czarnych strojów, odkąd je wdziała po śmierci rodziców, których przed piętnastoma miesiącami zabrała epidemia. Już miała się rozstać z żałobą i na nowo rzucić w wir życia towarzyskiego, ale wtedy wybuchła bomba, która zatrzęsła jej światem. Obecnie żałobne stroje stanowiły doskonały kamuflaż.

– Nie powinien podejrzewać, że nie jestem osobą, za którą się podaję. To jest panią Caroline Jordan, która wycofała się na wieś, żeby podreperować zdrowie i podnieść się na duchu po utracie męża, zanim zdecyduje się na nowo podjąć obowiązki towarzyskie.

– W takim razie jak zamierza pani zawrzeć znajomość z arystokratą kawalerskiego stanu, mieszkającym w wielkim domu w środku parku? – zapytała Mab, zgodnie ze swoim zdroworozsądkowym podejściem do życia. – I co pani zrobi, jak się pani tam dostanie? Uprowadzi dziecko?

– Nie wiem! – odparła ostrym tonem Laura. Zamknęła oczy, ciężko westchnęła i dodała: – Przepraszam, nie chciałam być dla ciebie niemiła. Od chwili, kiedy natrafiłam na te listy, pragnęłam odnaleźć córkę, ponieważ nie miałam odwagi planować nic więcej. Teraz ją odszukałam i nie mam pojęcia, jak powinnam postąpić.

– Dowiedziałam się we wsi, że ona nazywa się panna Alice Falconer. Takie nosiłaby nazwisko, gdyby pani wyszła za pana Piersa, prawda?

Laura z trudem wydobywała głos z zaschniętego gardła, w dodatku w stanie umysłowego zamętu nie znajdowała właściwych słów. Gdy wreszcie przemówiła, padało zdanie po zdaniu:

– Ona ma sześć lat. Tylko raz słyszałam jej płacz, zaraz po porodzie. Szybko mi ją odebrali, a potem powiedzieli, że nie żyje. Dzisiaj widziałam ją i usłyszałam jej głos. Powinnam czuć się szczęśliwa, że ona żyje i że jest cała i zdrowa. Mimo to czuję się tak, jakbym ponownie ją utraciła. Jak mogli mi zrobić coś takiego?

Jak jej rodzice, szanowani lord i lady Hartland, mogli ją oszukać, mówiąc, że dziewczynka zmarła, a potem oddać ją obcym ludziom, skoro była ich wnuczką? Powierzyli jej córeczkę Browne’om, prostym, choć porządnym ludziom, dzierżawcom w jednym z odległych majątków jej ojca. Mimo to…

– Byli przekonani, że postępują właściwie – stwierdziła Mab. – Dopiero co skończyła pani osiemnaście lat. Dzięki temu, co zrobili, mogła pani dwa miesiące później zadebiutować w towarzystwie.

– Tak uważasz? Jak myślisz, co powiedziałabym miłym młodym mężczyznom, którzy mogli mi się oświadczyć? „Przepraszam, milordzie, nie jestem dziewicą, tylko matką”. Naturalnie, mogłabym ukryć ten fakt, wiem, że są na to sposoby. Czy rodzice spodziewali się, że będę miała do czynienia z mężczyznami na tyle niedoświadczonymi, iż się nie zorientują, że coś jest nie w porządku? – Laura wiedziała, że przemawiające przez nią rozgoryczenie to nic dobrego. Mimo to towarzyszyło jej przez pięć londyńskich sezonów, podczas których zyskała opinię skandalistki.

Lady Laura Campion, córka hrabiego Hartland, gorszyła swobodnym zachowaniem, lecz ku rozczarowaniu mężczyzn, z którymi flirtowała, i matron, które krytykowały jej zachowanie, nikt nie mógł jej zarzucić, że posunęła się o krok za daleko, który prowadziłby do utraty reputacji. Wciąż uchodziła za dziewicę. Owszem, podczas balów piła szampana na tarasie. Tak, wymykała się do ogrodów i nie broniła się przed pocałunkami i okazywaniu jej uwielbienia w sposób, na jaki nie pozwoliłaby sobie żadna cnotliwa panna. Rzeczywiście, nosiła dość wyzywające suknie, jeździła nonszalancko konno i tańczyła cztery razy w ciągu wieczoru z tym samym mężczyzną, jeśli miała na to ochotę.

Każda inna panna, wciąż niezamężna po pięciu sezonach towarzyskich, zostałaby uznana za beznadziejny przypadek, zasługujący wyłącznie na litość. Jednak żaden dżentelmen nie miał podstaw rozgłaszać, że mu się oddała, chociaż we wszystkich klubach na St James stawiano zakłady, kiedy to się stanie. Nikt nie zdołał przyłapać jej na niczym poza pocałunkami pod osłoną różanych krzewów. Nikt nie mógł kwestionować jej urody, dowcipu i lojalności wobec przyjaciół, a także zaprzeczyć, że jest córką jednego z najbogatszych i najbardziej wpływowych spośród wszystkich parów królestwa. Nie przejmując się nadanym jej mianem skandalistki i zgorszeniem, jakie siała wśród czcigodnych matron, Laura kontynuowała beztroską wędrówkę poprzez salony socjety i nikt nie odgadłby, że czyni to z sercem złamanym po śmierci kochanka i utracie dziecka.

– Temu, kto by panią pokochał, mogłoby nie przeszkadzać, iż ma pani nieślubne dziecko – zauważyła Mab.

Laura żachnęła się. Rzeczywiście początkowo żywiła taką nadzieję. Wkrótce jednak przekonała się, że mężczyźni to hipokryci. Każdemu rzekomo usychającemu z miłości zalotnikowi na pewno by to przeszkadzało.

W styczniu 1815 roku, kiedy przygotowywała się do kolejnego sezonu wypełnionego wydarzeniami, które miały wypełnić pustkę, jaka panowała w jej sercu, rodzice zachorowali na grypę. Odeszli nagle i zupełnie nieoczekiwanie w ciągu dziesięciu dni od pierwszego ataku gorączki. Laura wycofała się do wiejskiej rodzinnej posiadłości, gdzie samotnie przeżywała żałobę. Od czasu do czasu przyjmowała pana Bigelow, rodzinnego prawnika. Kuzyn James, który odziedziczył tytuł hrabiego, informował ją listownie, iż załatwia sprawy związane ze sprzedażą patentu oficerskiego i powrotem do kraju.

Kuzyn był jej wdzięczny za to, że zajęła się rodzinną posiadłością, i prosił, aby nie żałowała pieniędzy na przekształcenie wdowiej rezydencji w swoją nową siedzibę. Laura zakontraktowała robotników, umieściła w gazetach ogłoszenie o poszukiwaniu osoby do towarzystwa, a ponieważ nie zgłosiła się żadna kandydatka spełniająca jej oczekiwania, postanowiła na razie obywać się bez towarzyszki. Uznała, że Mab jej wystarczy. Po roku od śmierci rodziców wreszcie zmusiła się do przejrzenia ich osobistych rzeczy, które nie wchodziły w skład majątku do przekazania spadkobiercy tytułu.

Mab zamilkła. Pozwoliła swojej pani zatonąć we wspomnieniach. Laura nawet nie zauważyła, kiedy pokojówka posprzątała po herbacie i dołożyła do ognia.

– Jak myślisz, dlaczego mama je zachowała? – zapytała nagle.

– Listy? A kto myśli, że umrze nagle i że będą przeglądane jego rzeczy? Musieli kontaktować się z tymi ludźmi, w końcu wychowywali ich wnuczkę, prawda?

Szkatułka z listami znajdowała się w zamkniętej na kluczyk skrzyni pod stertą starych ksiąg rachunkowych, notesów z przepisami na najrozmaitsze środki przydatne w gospodarstwie domowym i plików rachunków od modniarki za suknie. Laura była gotowa kazać znieść skrzynię na dół i spalić jej zawartość, kiedy jej wzrok padł na nuty, które ją zainteresowały, więc je wyjęła i odłożyła na bok.

Kiedyś jej ojciec zezwolił pewnemu antykwariuszowi na rozkopanie starożytnego kopca w ich posiadłości. Laura myślała o nim, kiedy przekopywała się przez warstwy starych papierów, wyciągając z nich nuty i śmiejąc się ze starych zapisków, na przykład takich jak przepis na środek na przywrócenie siwym włosom ich naturalnego pięknego koloru. W końcu dokopała się do okutej metalem szkatułki, złamała sobie nawet paznokieć na okuciu.

Szkatułka była zamknięta, ale znalazła pasujący do niej kluczyk na łańcuszku, który matka zawsze nosiła przy sobie. Otworzyła ją i ujrzała listy. Wyjęła je z zamiarem wrzucenia ich do ognia bez czytania, sądząc, że to stare listy miłosne. Nie zamierzała się zaznajamiać z historią jakiegoś dawnego romansu, miała dość własnych wspomnień, ale jej wzrok przykuły wodnisty brązowy atrament, niewyrobiony charakter pisma i marnej jakości papier. Uznała, że nie są to listy miłosne ani stara korespondencja rodzinna. Zaciekawiona, otworzyła jeden z nich i zaczęła czytać. Nawet teraz, kiedy znała prawdę, trudno jej było pohamować wzruszenie na wspomnienie tamtego momentu.

Laura wstała i wyszła z kuchni. W saloniku wynajętego domku chodziła od ściany do ściany, wydeptując stary turecki dywan, aż się uspokoiła i mogła wrócić do minionych wydarzeń.

Pierwszym uczuciem, jakie ją wtedy ogarnęło, była radość, że jej dziecko nie umarło. W sumie były trzy listy datowane z farmy położonej w Derbyshire. Dziecko rosło, pieniądze napływały, Browne’owie, którzy utracili własne potomstwo, nie szczędzili słów wdzięczności za oddanie im dziecka na wychowanie i za hojność hrabiego. Nagle 15 maja 1810 roku poinformowali, że dziecko dostało gorączki i jego stan szybko się pogarszał. „Mała kruszynka zmarła we śnie dzisiaj nad ranem” – napisała pani Browne swoim niewyrobionym pismem. „Postaraliśmy się, by została godnie pochowana na cmentarzu kościelnym”.

Laura potrzebowała dnia i bezsennej nocy, by dojść do siebie po doznanym szoku. Nadzieja, która w nią wstąpiła po przeczytaniu pierwszego listu, szybko została jej odebrana. Następnego ranka, wciąż nienaturalnie spokojna, kazała pakować bagaże i szykować karetę do drogi. Przynajmniej odwiedzi grób, o ile trumna dziecka nie została złożona pomiędzy innymi trumnami w rodzinnej krypcie, bezimienna.

Kiedy przyjechały z Mab do solidnego kamiennego wiejskiego domu, weszła i wypaliła:

– Jestem lady Laura Campion. Znam prawdę. Gdzie ona jest? – Starannie przygotowana w drodze kwestia uleciała jej z głowy.

Zdenerwowana kobieta, na którą się natknęła, cofnęła się, opadła na krzesło, zakryła twarz fartuchem i się rozpłakała. Między nią a Laurą stanął jej mąż.

– Zapewnił nas, że nikt nigdy się nie dowie – oznajmił. – Twierdził, że jest jej kuzynem, więc należy mu ją oddać.

– Co takiego?! – Laura nie wierzyła własnym uszom. Przecież przeczytała w liście, że dziecko umarło.

– Zapewnił nas, że się nikt nie dowie – powtórzył Browne – jeśli poinformujemy pana hrabiego, że dziecko umarło. Wystarczy, że będziemy trzymali język za zębami. – Był wyraźnie zawstydzony. – Wiedziałem, że nie powinniśmy tego robić, ale on zaproponował nam tak duże pieniądze…

– Ona nie umarła. – Było to stwierdzenie, nie pytanie. Laura usiłowała zrozumieć, co zaszło. Co za on? – zastanawiała się gorączkowo. – Proszę mi wszystko opowiedzieć.

Okazało się, że do Browne’ów przybył bez zapowiedzi dżentelmen podający się za hrabiego Wykeham. Wiedział wszystko – kim jest matka dziecka, kto płacił im za opiekę. Pokazał bilet wizytowy, widzieli powóz z wymalowanym na drzwiczkach herbem, byli przekonani, że mają do czynienia z hrabią, o czym zapewniał. W powozie siedziały przyzwoicie wyglądająca kobieta i mamka. Za oddanie dziecka zaoferował kwotę, której nie mogliby zgromadzić przez całe życie. Mieli jedynie napisać do hrabiego Hartland, że dziecko zmarło.

– Dzieci umierają – bąknęła pani Browne, odejmując fartuch od twarzy. – Nasze wszystkie umarły. Wciąż krwawi mi serce… Miałam jeszcze mleko po ostatnim. Pani matka chciała mieć pewność, że wykarmię to maleństwo.

Mieszkali na odosobnionej farmie w odludnej dolinie. Nikt nie wiedział, że doszło im nowe dziecko. Wyglądało na to, że sprawa jest bardzo prosta, poza tym hrabia Wykeham był tak pewny siebie, tak przekonujący. „Przecież potrzebujecie pieniędzy” – kusił.

– Popełniliśmy błąd, wiem o tym – powiedział Browne z wyrazem cierpienia na twarzy ogorzałej podczas pracy na polu. – Akurat zdechła mleczna krowa, zbiory były marne i nie starczało nam na życie nawet z tym, co przysyłał pani ojciec…

Laura rozejrzała się po wyszorowanej do czystości kuchni. Pod kominkiem stała pusta kołyska. Na skroniach pani Browne pobłyskiwała siwizna.

– Zatrzymajcie pieniądze, zapomnijcie, że kiedykolwiek było u was to dziecko, ten hrabia w powozie i ja. Dajcie mi tylko jego bilet wizytowy.

Laura wyciągnęła z torebki pogiętą wizytówkę, wpatrzyła się w nią, podobnie jak każdego dnia przez ostatnich osiem tygodni, podczas których wytropiła hrabiego Wykeham, przyjęła fałszywą tożsamość i wymyśliła przekonującą opowieść dla służby i sąsiadów.

Chciała mieć namacalny dowód istnienia człowieka, który ukradł jej córeczkę a wraz z nią dzień, w którym wyrósł jej pierwszy ząbek, zrobiła pierwsze kroki, wypowiedziała pierwsze słowa. Okazał się nim kuzyn Piersa, bogaty dyplomata, Avery Falkoner, hrabia Wykeham. Nie potrzebowała już tego kartoniku, widziała tego przystojnego bezwzględnego mężczyznę, którego jej córka nazwała „papą”. Machinalnie zmięła wizytówkę i zaczęła rozważać, jak przechytrzyć tego aroganta, kłamcę i złodzieja.

– Papo?

– Uhm?

„Tak” byłoby ryzykowne, uznał Avery. Mógłby się niechcący zgodzić na coś, czego sobie nie życzył. W taki sposób w domu znalazły się małe kotki.

– Papo, kiedy pozwolisz mi pojeździć na kucyku?

Skończył list i złożył podpis u dołu, po czym przekazał go Johnowi Sandersowi, swojemu sekretarzowi, który wziął od niego list, posypał piaskiem mokry atrament i podał mu kolejny dokument.

– Wtedy, kiedy nabiorę pewności, że nowy kucyk jest bezpieczny. – Hrabia spojrzał jeszcze raz na pierwsze zdanie listu i dotknął je końcem pióra. – Sanders, to trzeba sformułować dobitniej. Chcę, żeby nie było żadnej wątpliwości, iż jestem przeciwny projektowi.

– Przeredaguję to, milordzie. To wszystko.

Sekretarz pozbierał dokumenty i wyszedł. Był trzecim z kolei synem wiejskiego pastora. Odznaczał się kompetencjami, lojalnością, dyskrecją i inteligencją. Avery wymagał takich cech od całego personelu.

– Ale papo…

– Panienko Alice. – Miękki głos należał do opiekunki, która posiadała wszystkie wymagane kwalifikacje i wiele innych. – Milord pracuje. Chodźmy. Czas napić się mleka.

– Przyjdę, kiedy będziesz kładła się do snu, kochanie. – Avery odłożył pióro i odczekał, aż niebieska spodniczka dziewczynki zniknie za drzwiami. – Panno Blackstock, poproszę na słowo, jeśli ma pani czas.

Opiekunka czekała z dłońmi splecionymi na wysokości pasa. Każdy włos uczesania leżał na swoim miejscu. Przechyliła lekko głowę, by nie uronić ani słowa z tego, co zamierza powiedzieć chlebodawca. Była córką niani, która troszczyła się o Avery’ego, gdy był dzieckiem, i jedyną osobą spośród personelu domowego, znająca prawdę o pochodzeniu Alice. Blackie, jak wołała na nią dziewczynka, pracowała u niego, od czasu gdy odnalazł Alice na farmie w Derbyshire.

– Proszę usiąść. Doszedłem do przekonania, że czas, by Alice dostała guwernantkę. Co pani o tym sądzi? Nie chodzi o to, żeby ktoś zajął pani miejsce, lecz o to, by rozpoczęła naukę. Jest bardzo bystra. – I jak jej ojciec impulsywna, dodał w myśli.

– Istotnie, milordzie, bystrości jej nie brakuje – odparła spokojnie panna Blackstock, jednak nie kryjąc ciekawości. – Da pan wkrótce ogłoszenie do prasy? Porozmawiam z panią Spence, żeby przygotowała pokój do nauki i znalazła sypialnię i pokój dzienny dla guwernantki.

– Jeśli pani tak miła.

Avery przeniósł wzrok na punkt, gdzie kończył się trawnik, a za murkiem zaczynał park. Był niewielki, lecz piękny. Posiadłość tę odziedziczył po kuzynie Piersie i przepisał już, wraz z dochodem, jaki przynosiła, na Alice. Postanowił zrobić wszystko, co w jego mocy, by zapewnić dziewczynce wysoką pozycję w społeczności wyższych sfer. Przywrócona do kwitnącego stanu posiadłość będzie jej posagiem, a wykształcenie odebrane od najlepszych guwernantek zapewni udany start w dorosłe życie.

– Nie ma pośpiechu z przygotowywaniem pokojów tutaj. Niech ją pani poprosi, by bez zwłoki uczyniła to w domu przy Berkeley Square.

– Zabiera pan, milordzie, panienkę Alice do Londynu?

– Owszem. Planuję spędzić resztę sezonu w stolicy. – Nie musiał tłumaczyć się opiekunce, ale nie zaszkodzi jej uprzedzić o swoich planach. – Zamierzam się ożenić.

– Milordzie… – Panna Blackstock zawahała się, zdobyła się jednak na szczerość: – Czy panienka Alice… nie odstraszy niektórych dam?

– Ma pani na myśli jej obecność w moim domu? Nie wezmę za żonę kobiety, która będzie o mnie gorszego mniemania z powodu jednego, ukochanego zresztą, dziecka. Każda, która nie zaakceptuje Alice, skaże się na dyskwalifikację.

– To z pewnością pomoże oddzielić ziarno od plew – zauważyła cicho panna Blackstock, po czym zapytała: – Kiedy wyrusza pan do Londynu, milordzie?

– Za dwa tygodnie. W końcu kwietnia.

„Ziarno od plew”, dobrze powiedziane, uznał w duchu Avery, gdy panna Blackstock zamknęła za sobą drzwi. Dawno nie spędzał sezonu w Londynie. Będzie interesujące się przekonać, jak prezentują się tegoroczne debiutantki, panny na wydaniu.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Kwiecień w Anglii. Nie może być nic lepszego. Zgadzasz się, jak widzę, Bet – powiedział Avery do wpatrującego się weń z uwagą spaniela. – Biegnij, przepłosz kilka królików.

Przełamaną dla bezpieczeństwa dubeltówkę trzymał w zgięciu łokcia, na wypadek gdyby wszedł mu w drogę futrzany amator świeżych nasadzeń w ogrodzie warzywnym. W gruncie rzeczy był to jednak pretekst, żeby przespacerować się w wiosennym słońcu i pooddychać łagodnym wiosennym powietrzem.

Wkraczam w średni wiek, pomyślał nie bez ironicznego uśmieszku. W tym roku stuknie mi trzydziestka i zaczyna mi się podobać spokojne wiejskie życie. Jeśli tak dalej pójdzie, niezadługo zmienię się w wiejskiego dziedzica z posłuszną żoną, gromadką dobrze ułożonych dzieci i dorocznym strzyżeniem owiec jako jedynym urozmaiceniem egzystencji.

Po latach spędzonych w europejskich stolicach, wśród podniecających i zaskakujących zdarzeń, jakich nie brak w międzynarodowej dyplomacji, przypuszczał, że zanudzi się tu albo że dopadną go niemiłe wspomnienia z dzieciństwa, lecz jak na razie był w dobrym nastroju. Park był świetnie utrzymany, zarówno gospodarstwo dworskie, jak i farmy dzierżawców w kwitnącym stanie, o czym się przekonał, regularnie objeżdżając konno pola. Piers byłby zadowolony, chociaż on akurat mało interesował się gospodarowaniem. Od lat chłopięcych miał w głowie tylko wojsko.

W mieście byłoby łatwo utrzymywać kochankę i jednocześnie prowadzić domowe życie. Wiejski dwór i dziecko były kombinacją narzucającą abstynencję. Poczucie przyzwoitości podpowiadało Avery’emu, że zainstalowanie w Londynie kochanki i jednoczesne polowanie na żonę byłoby przejawem cynizmu. Rozmyślając, wyminął kępę czterech brzóz i stanął jak wryty. Pod butem trzasnęła nadepnięta sucha gałązka.

– Och!

Siedząca na obalonym pniu ubrana na czarno kobieta zerwała się na nogi i cofnęła przestraszona. Była szczupła, może nawet za szczupła. Sprawiała wrażenie niezwykle kruchej. Patrzyła ma niego szeroko rozwartymi oczami. Po chwili zerknęła na dubeltówkę, po czym z powrotem na jego twarz.

– Przepraszam, nie chciałem pani przestraszyć.

– Podejrzewam, że wtargnęłam na pańską ziemię.

Miała przyjemny głos, ale lekko drżący. Avery pomyślał, że niewiele trzeba, aby się rozpłakała. Na palcu nosiła ślubną obrączkę, zatem najprawdopodobniej wdowa w żałobie, uznał.

– W wiosce powiedziano mi, że przez tę posiadłość wiedzie publiczna ścieżka. Spostrzegłam łanię, chciałam się do niej zbliżyć i zgubiłam się… Jeśli nakieruje mnie pan na ścieżkę, milordzie, opuszczę pańską posiadłość – oznajmiła, najwyraźniej już nad sobą panując.

– Pani wie, kim jestem?

Spaniel podbiegł do nieznajomej, kłapiąc uszami, i usiadł przy jej nodze. Schyliła się, żeby go pogłaskać po łbie, nie odrywając spojrzenia ciemnych oczu od twarzy Avery’ego.

– Opisywali mi w wiosce pański wygląd, hrabio Wykeham.

Przyglądała mu się śmiało, lecz nie wyzywająco. Z równą ciekawością mogła patrzeć na drzewo za jego plecami, a jednak przeszył go dreszcz. Stał się czujny, zupełnie jak podczas pojedynku, kiedy przeciwnik ostrzegawczo unosi szpadę.

– Ma pani więc nade mną przewagę – powiedział, wdziewając maskę dyplomaty.

– Jestem pani Caroline Jordan. Wynajęłam na kilka miesięcy Croft Cottage.

Ocenił jej wiek na dwadzieścia cztery lata. Pochodziła z wyższych sfer, sądząc po wymowie, swobodzie bycia i kosztownej czarnej sukni.

– Zatem witam w Westerwood, pani Jordan. Rzeczywiście zeszła pani ze ścieżki, ale przecież nie będzie pani polować na moją zwierzynę ani niszczyć ogrodzeń. Proszę spacerować, ile się pani podoba. – Nie wiedział, co go skłoniło do takiej wypowiedzi.

– Dziękuję, lordzie Wykeham. Może będzie pan tak uprzejmy i wskaże mi drogę do mojego domku.

Poruszyła się i Avery poczuł przypływ gorąca. Pomyślał, że ta młoda kobieta wyraźnie działa mu na zmysły, chociaż nie zachowuje się wobec niego prowokująco. Ocenił, że jest tak pewna swojego uroku, że nie sili się go roztaczać, przy czym nie jest to sztuczna rezerwa. A może jest nieświadoma siły oddziaływania swojej kobiecości?

– Będzie mi po drodze, jeśli zechce pani pójść ze mną – powiedział grzecznie, lecz dość obojętnie.

Gwizdnął na psa i ruszył na ścieżkę wydeptaną przez jego własnego konia. Nie zaoferował świeżo poznanej ramienia.

– Czy pan tędy skacze ? – Pani Jordan wskazała na ślady końskich kopyt, odciśnięte w gruncie przed pniem, na którym siedziała. – Niełatwa przeszkoda.

– Mój hunter bierze ją bez trudu. Jeździ pani konno?

Dotrzymywała mu tempa, szła krokiem długim i lekkim. Domyślił się, że czułaby się pewnie na końskim grzbiecie. W innych sytuacjach również, podpowiedziała mu rozbudzona wyobraźnia.

– Jeździłam, zanim włożyłam żałobę – odparła, patrząc przed siebie.

Avery pomyślał, że chciałby zajrzeć jej głęboko w oczy, zobaczyć ruch ust, kiedy mówi. Tymczasem mógł widzieć tylko profil obramowany rondem kapelusza. Miała nieco za długi nos, ale za to delikatnie wyrzeźbione kości policzkowe. Zaróżowione od marszu policzki były kolorowym akcentem w jej bladej twarzy, obok ciemnych łuków brwiowych i gęstych rzęs.

– Długo pani w żałobie? – zagadnął.

– Dość długo – odrzekła tonem, który zniechęcił go do zadawania dalszych pytań.

Doskonale, moja pani. Jeśli tak zamierza pani grać dalej, nie będę pani niepokoił! – zirytował się w duchu Avery. Nie był przyzwyczajony do afrontów ze strony kobiet. A może zbyła go powodowana nieśmiałością lub smutkiem? Nie znał londyńskiego towarzystwa. W kołach dyplomatycznych, w których się obracał, damy nie były wrażliwymi mimozami.

– Tu nasze drogi się rozchodzą – powiedział.

Doszli do miejsca, w którym ścieżka prowadziła wzdłuż murku. Kamienne płyty z jego boku tworzyły stopnie, po których wchodziło się na trawnik. Spaniel już na nie wskoczył.

– Jeśli pójdzie pani dalej ścieżką w stronę lasu, dojdzie pani do drogi, która zaprowadzi panią do kościoła.

– Dziękuję, milordzie. Miłego dnia.

Odwróciła się i w tym momencie pies zaszczekał. Zaskoczona, potknęła się i Avery wyciągnął ku niej rękę, chcąc powstrzymać od upadku.

– Papo! Jesteś wreszcie! Spóźnisz się na herbatę. Będziemy ją pili na trawniku.

Tymczasem pani Jordan odwróciła się ku Alice stojącej na krawędzi murku, co spowodowało, że znalazła się w zagięciu ramienia Avery’ego. Była tak blisko, że w jego nozdrza uderzył zmieszany zapach cytryny i werbeny.

– Wszystko w porządku, proszę pani? – spytał. – Przepraszam za maniery córki.

Pani Jordan wypuściła powietrze z ledwo dosłyszalnym westchnieniem, jakby przez chwilę wstrzymywała oddech.

– Nic nie szkodzi… Zdaje mi się, że nadwerężyłam kostkę, kiedy się tak nagle odwróciłam.

– Czy ta pani przyszła do nas na herbatę, papo?

– Nie… ja…

Do licha, jest tu obca, pomyślał Avery. Nikogo nie zna, jest w żałobie, co by szkodziło?

– Przyłączy się pani do nas, pani Jordan? Potrzebuje pani krótkiego odpoczynku. – Wciąż pozostała nieruchoma i nic nie mówiła, więc dodał: – Będziemy pili herbatę na zewnątrz. – Powiedział to na wypadek, gdyby pomyślała, że jest niebezpiecznym uwodzicielem, który wykorzystuje dzieci do miłosnych podbojów. Wiejskie obyczaje były mu jeszcze bardziej obce niż londyńskie.

– Dziękuję, lordzie Wykeham, z przyjemnością – odparła, po czym zwróciła się z taką powagą do stojącej na murku dziewczynki, jakby miała przed sobą osobę utytułowaną: – Dzień dobry.

To moja córka, pomyślała Laura, przyglądając się rozpuszczonym włosom, miłej buzi oraz zielonej sukience z białym fartuszkiem, noszącym ślady całodziennej zabawy.

– Dzień dobry – odrzekła grzecznie mała. – Mam na imię Alice.

– Pani pozwoli – odezwał się Avery. – Stopnie są pewniejsze, niż się na oko wydaje. Jeśli skorzysta pani z mojej pomocy, pokona je bez trudu.

– Dziękuję. – Laura położyła dłoń na jego dłoni. Była bez rękawiczek. Liczyła na to, że nadwerężona kostka i obawa, jaką każda dama miałaby prawo okazywać podczas forsowania takiej przeszkody, tłumaczą jej brak równowagi w chwili, gdy stawiała stopę na pierwszym stopniu.

Gdy znalazła się na górze, Alice wyciągnęła rączkę i powiedziała:

– Pomogę pani.

Dotknięcie palców córki podziałało na Laurę niczym rażenie pioruna. Potknęła się i upadła na kolano. Łzy wzruszania wypełniły jej oczy. Zamrugała powiekami, aby nie spłynęły na policzki. Walczyła ze sobą, żeby nie porwać córeczki w ramiona i z nią nie uciec. Tymczasem Lord Wykeham nachylił się

i rzekł:

– Wygląda na to, że pani kostka doznała poważniejszej kontuzji. Alice – polecił dziewczynce – biegnij do domu i powiedz Petersowi, żeby wyniósł fotel i podnóżek dla pani Jordan. – Pani pozwoli. – Zanim Laura zdążyła zaprotestować, uniósł ją i ruszył w stronę rezydencji. – Poślę po doktora Pearce’a.

– Nie ma potrzeby – odparła Laura.

Starała się zachować swobodę, na jaką powinno stać damę, która na skutek pewnych okoliczności znalazła się w ramionach obcego mężczyzny. Przykazała sobie w duchu nie ulec pokusie i nie dać mu w twarz i nie wyzwać go najgorszymi słowami.

– Mimo wszystko lekarz się przyda – stwierdził lord Wykeham.

Najwyraźniej ten mężczyzna nie zwykł akceptować zdania odmiennego od własnego, ale to jej nie zdziwiło. Wcześniej doszła do wniosku, iż musi być arogantem, i to bezwzględnym.

– Dziękuję, ale nie zgadzam się na wizytę lekarską.

– Jak pani sobie życzy.

Właśnie tak sobie życzę, pomyślała Laura. Czy nigdy nikt ci się nie sprzeciwiał? Zdobyła się na odwagę i spróbowała wsadzić mu maleńką szpilkę.

– Lady Alice jest rozkosznym dzieckiem.

Zawahał się nieznacznie i gdyby nie była wyczulona na jego reakcje, mogłaby tego nie zauważyć. Nie zwalniając kroku, odparł:

– Ona nie jest lady Alice, lecz po prostu panną Falconer.

– Och, najmocniej przepraszam. Wydaje mi się, że w wiosce mówiono mi, że jest pan hrabią. Musiałam źle zrozumieć.

– Jestem hrabią, ale nie byłem żonaty, a już na pewno nie z matką Alice.

W tym momencie Laura wydała cichy okrzyk zdziwienia, który hrabia musiał wytłumaczyć sobie jako objaw zaskoczenia lub zażenowania tego rodzaju wyznaniem, bo dodał:

– Nie widzę powodu, aby dziecko miało cierpieć za grzechy ojca. Nie pozwolę, żeby ludzie dopatrywali się czegoś wstydliwego w jej sytuacji.

– Zapewne. – Laura utkwiła wzrok w wycięciu jego kamizelki i wyłogach kołnierza surduta i dorzuciła złośliwie: – Jest bardzo podobna do swojego ojca. – Gdy wybrzmiały te słowa, poczuła, jak na moment tężeją mięśnie ramion hrabiego.

– Owszem – potwierdził.

Wydawało się, iż nie zauważył, jak dziwnie zabrzmiała ta uwaga.

W mniemaniu Laury sytuacja, w której się znalazła, jest ekscytująca. Dyskutowała na delikatny temat ze swoim oponentem, spoczywając w jego ramionach. Gdyby słabiej panował nad sobą i charakteryzował się mniejszą tężyzną fizyczną, mogłaby się spodziewać, że ciało zdradzi jego emocje. Z drugiej strony, nie mógł żywić wobec niej żadnych podejrzeń. Z tego wynika, że spokój musiał być czymś zupełnie u niego naturalnym. Z kolei ona nie miała powodu się obawiać, iż się zdradzi, okazując zmieszanie, bo każda dama w tak bliskim kontakcie z męskim ciałem powinna być zażenowana.

Wokół hrabiego unosił się przyjemny zapach czystego męskiego ciała i ekskluzywnej wody kolońskiej. Prawdę mówiąc, Laurze brakowało tej dyskretnej woni, męskiego dotyku i siły, zwodniczej i uwodzicielskiej. Mogła przyprawić kobietę o zawrót głowy i sprawić, że byłaby skłonna uwierzyć, iż silny mężczyzna będzie nieugięcie dotrzymywał jej wiary.

Dotarli pod rezydencję. Laura zaryzykowała spojrzenie przed siebie. Nie bała się już, że z jej oczu popłyną łzy. Znikły w obliczu perspektywy jednostronnego pojedynku, który właśnie rozpoczynała.

Trawnik rozciągał się płasko pod konarami wielkiego cedru. Wysokie okna były szeroko otwarte na wiosenną bryzę. Pod drzewem ustawiono krzesła i stół, który właśnie pokojówka nakrywała. Alice mówiła coś do lokaja. Pochylony słuchał i patrzył w stronę, którą mu wskazywała.

– Uroczy dom – powiedziała.

Powinien być siedzibą moją i Alice, pomyślała. Nigdy tu nie była, lecz Piers opisywał go w krótkich i oszałamiających dniach ich romansu. Tu miało być ich miłosne gniazdko, z dala od dymu i hałasu Londynu. Laura pielęgnowała tę myśl i marzyła o tym, aby jej ukochany po powrocie z wojny znalazł tu miłość i spokój. W tej chwili oczami wyobraźni ujrzała go siedzącego pod wielkim cedrem, przystojnego w szkarłatnym mundurze.

– Owszem, przyjemny i dobrze rozplanowany. Trochę mały w porównaniu z Wykeham Hall. Posiadłość też nie jest wielka, ale ma dobre ziemie.

– To nie jest pańska główna siedziba?

– Nie. Odziedziczyłem ją po kuzynie. – Zdążyli dojść do stołu. – Oto fotel dla pani.

W tym momencie Alice przyniosła podnóżek, uginając się pod jego ciężarem, i hrabia usadowił Laurę w fotelu. Sprawiał wrażenie, jakby niechętnie wypuszczał ją z ramion. Odprowadziła go wzrokiem spod na wpół przymkniętych powiek, gdy zmierzał na przeznaczone dla niego miejsce. Dlaczego miałby nie chcieć pozbywać się ciężaru? Przecież nie zrobiła niczego, by go oczarować; przeciwnie, hamowała się, żeby nie obrzucić go oskarżeniami i pretensjami.

A jeśli okaże się, że dla realizacji celu nie zaszkodziłoby, aby znalazł się pod moim urokiem? – zadała sobie w duchu pytanie. Czy będzie mnie na to stać, skoro w zaistniałej sytuacji jest moim przeciwnikiem? Właściwie dlaczego nie? Jestem dość dobrą aktorką, potrafię wzbudzić zainteresowanie mężczyzn, kiedy przychodzi mi ochota zabawić się ich kosztem. Zresztą, nie będzie to wymagało ode mnie wielkiego poświęcenia. Jest tak przystojny jak Piers, a może nawet przystojniejszy. Tyle że to nie młodzieniec, który wciąż jeszcze nie osiągnął pełni męskich możliwości, a mężczyzna dojrzały, w pełni sił i być może niebezpieczny.

Laura uśmiechnęła się do Alice. Zrobiło się jej cieplej na sercu. Mogła teraz bez przeszkód patrzeć na córkę i do niej mówić. Gdybym tylko mogła ją przytulić!

– Dziękuję ci za podnóżek.

Uniosła stopę i na moment odsłoniła kostkę. Dyskretnie zerknęła na hrabiego i spostrzegła błysk w jego oczach. Dobrze wiedzieć, że na mnie reaguje, uznała. W tym momencie przebiegł ją dreszcz. Czy to objaw podniecenia na myśl, że mogłaby z nim poflirtować czy raczej obrzydzenia do siebie, że przyszło jej to do głowy?

– Bardzo boli? – spytała Alice, opierając dłonie na podłokietniku fotela i spojrzała z uwagą na Laurę.

Miała przejrzyste zielone oczy, takie same jak jej ojciec. Wysoko uniesione łuki brwi sprawiały, że wyglądała, jakby nieustannie się uśmiechała. Podobnie wygięte brwi hrabiego Wykeham nadawały jego twarzy cyniczny wygląd, który znikał, gdy pojawiał się na niej uśmiech.

– Nie, teraz, kiedy odpoczywam, znacznie mniej. Jeszcze raz dziękuję. Jestem pewna, że to tylko lekkie nadwerężenie – odparła Laura, znowu pogrążając się w zadumie.

Czy córeczka wzięła coś po niej? Przyglądała się ładnej buzi i nie dostrzegała wyraźnego podobieństwa, może z wyjątkiem kształtu nosa i wykroju ust. Alice nie odziedziczyła po niej ani ciemnoblond włosów, ani brązowych oczu czy jasnej karnacji. Być może, stanie się wyraźniej podobna do matki, kiedy dorośnie. Lepiej jednak na to nie liczyć.

– Dlaczego nosi pani czarną suknię? Ktoś umarł? – zapytała dziewczynka.

– Alice, takie pytanie jest nie na miejscu – zwrócił jej uwagę hrabia, wielce niezadowolony.

– Nic nie szkodzi. – Laurze było łatwiej opowiedzieć o sobie, zaspokajając ciekawość dziecka, niż wplatać pożądane informacje w konwersację z hrabią. – Tak, Alice. Mój mąż zmarł. – Było to niedalekie od prawdy. Piers był dla niej mężem pod każdym względem, nie połączyły ich tylko śluby kościelne. – A potem umarli moi rodzice.

W geście pocieszenia dziecięca dłoń zacisnęła się na przedramieniu Laury, którą ogarnęło wzruszenie.

– Dlatego ma pani takie smutne oczy – orzekła dziewczynka. – Ja utraciłam mamę. Naprawdę utraciłam, ponieważ ona nie umarła. Papa mówi, że musiała wyjechać i nie wróci.

– Jestem przekonana, że twoja mama wróciłaby, gdyby mogła – powiedziała Laura, z trudem panując nad emocjami. Pogładziła opuszkami palców policzek córki. – Z pewnością myśli o tobie każdego dnia. Niestety, nie zawsze możemy robić to, co byśmy chcieli, nawet jeśli pragniemy tego z całego serca.

– Alice – odezwał się hrabia – pobiegnij do domu i poproś pannę Blackstock, żeby napiła się z nami herbaty.

Laura spostrzegła, że dziewczynka nie przestraszyła się nagłego polecenia i pewnej oschłości z głosie hrabiego. Wydawało się, że ma do niego zaufanie i kocha go, biorąc za ojca. Odczekała, aż drobna figurka zniknie we wnętrzu domu i powiedziała bez zastanowienia:

– Dlaczego nie powiedział jej pan, że jej matka nie żyje?

Tytuł oryginału

Scandal’s Virgin

Pierwsze wydanie

Harlequin Mills & Boon Ltd, 2014

Redaktor serii

Dominik Osuch

Opracowanie redakcyjne

Barbara Syczewska-Olszewska

© 2014 Melanie Hilton

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 9788327640475

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi S.A.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Skandal lady Laury Sekrety panny Hurst Niespodziewane małżeństwo sir Gabriela Niecodzienna propozycja Honorowe rozwiązanie Misterna intryga 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy