Kto z nas jest bez grzechu?

Kto z nas jest bez grzechu?

Autorzy: o. Jean-Philippe Chauveau

Wydawnictwo: Esprit

Kategorie: Religia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 19.20 zł

Buszpasterz więźniów i prostytutek

Tyle cierpienia trudno zmieścić w jednym życiu: dzieciństwo w rodzinie alkoholowej, przemoc psychiczna i fizyczna, wykorzystanie seksualne, poprawczak, gang… Zło otaczało go niemal nieustannie, nie mógł przed nim uciec. Nigdy nie czuł się bezpiecznie.

Dzisiaj o. Jean-Philippe Chauveau to kapelan aresztu. Prowadzi domy dla młodych uzależnionych. Jest szefem stowarzyszenia, które pomaga ludziom prostytu­ującym się.

Jak to możliwe, że człowiek tak okrutnie skrzywdzony przez alkohol, przemoc i gwałt zaczął nieść nadzieję i pomoc właśnie tym, którzy są uwikłani w uzależnienia, przestępstwa i prostytucję?

Spis treści

Wstęp

1. Wykluczenie i internat

2. Dziecko ulicy z La Garenne

3. W poprawczaku

4. Sam na sam z ojcem i jego flaszką

5. Maj ‘68 w dyskotece

6. Katolik w warsztacie Peugeota

7. Aksamitne nawrócenie

8. Udane rekolekcje

9. Wielkie wezwanie

10. Uczeń księdza

11. Narodziny wspólnoty

12. Pierwsze apostolstwa krok po kroku

13. Wrzucony pomiędzy osoby uzależnione

14. Galernicy z Pellevoisin

15. Harówka na Gwinei

16. Witaj w Klubie dla wybranych

17. Moje emocje z Lasku, moi nocni przyjaciele

18. Droga krzyżowa transwestytów

19. W więzieniu, napięty kwadrans

20. Modlitwa wieczorna, nadzieja

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

W hołdzie o. Marie-Dominique’owi Philippe’owi,

który popatrzył na mnie jak na osobę,

popatrzył, jak nikt nigdy na mnie nie patrzył

Najgorszą chorobą nie jest trąd albo gruźlica, ale bycie

odrzuconym, wzgardzonym, opuszczonym. Największą

nędzą nie jest mieć pusty żołądek, ale nie być kochanym ani

upragnionym przez nikogo.

Matka Teresa

Wstęp

Nie można zbliżyć się do cierpienia jak tylko z sercem Jezusa.

o. Thomas Philippe

Samo miłosierdzie Boże nie opatruje tego, kto nie ma ran.

Ten, kto nigdy nie upadł, nigdy nie zostanie podniesiony;

a ten, kto nie jest brudny, nie zostanie oczyszczony.

Charles Péguy

– Ojcze, ty śnisz? Daj buziaka, muszę tam iść!

– Sandro, przepraszam, myślałem o kobietach mojego życia. Jesteś oczywiście jedną z nich!

„Dziewczyna” posyła w moją stronę promienny uśmiech. Całuję ją w oba policzki, wsuwam do ręki cudowny medalik i kreślę znak krzyża na czole pokrytym grubą warstwą pudru. Jest pierwsza w nocy. Sandra schodzi w dół i z niechęcią znika w mrocznych alejkach Lasku Bulońskiego, prześwietlanego wiązkami świateł latarek podglądaczy.

Na początku trasy, około godziny dwudziestej drugiej, Sandra była pierwszą osobą, która zastukała do drzwi kampera Magdaleny – naszego stowarzyszenia na rzecz osób prostytuujących się. Wysoka jak liana, bardzo podekscytowana wspięła się do środka – szczupła, w czerwonej bieliźnie, blond peruce, wysokich czarnych lakierowanych botkach ze startymi obcasami i z ciemną szminką na ustach. W zeszłym tygodniu była chłopcem. Zawsze zaskakująca. Trzymając kubek z herbatą w dłoni, żeby się rozgrzać, swobodnie rozpoczęła pogawędkę:

– Dobry wieczór, kochani, jak mnie widzicie jako dziewczynę?

Mimo przebrania Sandra nie ukrywa lęku.

– Blisko mojego miejsca kręci się starsza kobieta. Co ona tam robi, w jej wieku? Nie ma żadnej szansy zarobienia, dlaczego zatem tam jest?

Dzisiaj jest wieczór zwierzeń. Dowiemy się, że Sandra nienawidzi, gdy ktoś podrywa ją w dzień, i że ostatnio zaczepił ją znany aktor komediowy, dał swój numer telefonu, uprzedzając bez skrupułów o swoich fantazjach i seksualnych zamierzeniach…

DUSZPASTERZ GALERNIKÓW

Ale co robi ksiądz o pierwszej w nocy w alejkach Lasku Bulońskiego, pośród „dziwek” i łowiących je „rybaków” – klientów? Próbuje kroczyć za Jezusem wśród ludzi sobie podobnych. Dwa zdania z Ewangelii zmieniły całkowicie moje życie i od tamtej pory prowadzą mnie, duszpasterza „galerników”, w mój apostolat pośród ludzi z „marginesu”: od świrów po transwestytów, od „fizycznych” do „białych kołnierzyków”, od skazanych po ćpunów. Złoto i błoto – trzeba w nie wejść aż do końca, nieprawdaż? Ale nie samemu, tylko z Jezusem.

Pierwsze zdanie to: „Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego” (Mt 21, 31)1. Ostrze Chrystusa skierowane do faryzeuszy, „spoko gości” tamtej epoki. Nie po to, aby ich zranić, ale by do nich trafić, spróbować wniknąć przez ich pancerz cnoty. Prowokujące zdanie. Ale uwaga! Jezus nie mówi, że trzeba zostać prostytutką, aby wejść do Jego królestwa! Prostytucja jest grzechem i destrukcją osoby. Ale prostytutki mają większą niż cnotliwi szansę, aby zrozumieć, że są grzesznikami i że jednak potrzebują Zbawiciela. Ubodzy w duchu żałują czasami swojej nędzy, zgadzają się wyruszyć w drogę, zmienić kierunek – to może potrwać bardzo długo, może nawet zabrać całe życie. „Dobrzy chrześcijanie” nie posuwają się w tym czasie nawet o krok.

Drugie zdanie-klucz mojego życia: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem” (J 8, 7). Przez to l a p i d a r n e 2 zdanie Chrystus uwalnia grzeszną kobietę, którą faryzeusze chcą ukamienować. Rzuca światło na każdą moją ludzką relację: wszyscy jesteśmy grzesznikami, nie do nas należy sądzić, a jeszcze mniej skazywać. Tylko Jezus mógłby „pierwszy rzucić kamień” w czoło tej kobiety, ponieważ nigdy nie zgrzeszył. Ale robi coś całkiem przeciwnego: słucha jej, patrzy na nią, podnosi ją. W żadnym momencie nie wymaga skruchy od tej skazanej przez prawo. Jego przebaczenie jest bezwarunkowe. Mówi jej oczywiście: „Idź i nie grzesz więcej”, ale jest to bardziej posłanie aniżeli rozkaz. Dodanie odwagi do nawrócenia.

OTWORZYĆ DRZWI ŻYCIA

Sandra nalega. Chciałaby skończyć z tym „kurewskim” zawodem i znaleźć pracę.

– Dlaczego nie dacie mi roboty w Magdalenie?

– Sandro, chcielibyśmy, ale nie mamy pieniędzy. Wszyscy jesteśmy tu wolontariuszami! – odpowiadamy jej, wybuchając śmiechem.

Radzę jej iść sprawdzić w dwóch ośrodkach: Nid3 lub Pass4, ewentualnie w „Uwięzionym wyzwolenie”5. To dzięki „Uwięzionym wyzwolenie” innej dziewczynie, Barbarze, udało się rozwikłać swoją skomplikowaną sytuację życiową i uwolnić od dużych problemów. Sandra się krzywi.

– Oni w Pass nic nie robią.

– No to spróbuj w „Uwięzionym wyzwolenie”!

– Dobrze, zobaczę…

Zawsze to samo ukłucie w sercu, taki już los wolontariuszy. Chciałoby się pomóc im wyjść z tego, kiedy „już nie mogą”, ale nie mamy środków. Jest to bardzo frustrujące!

NIEPOKONANY DZIĘKI ŁASCE

Moje życie to nieustanne otwieranie drzwi. Otwieranie drzwi kampera Magdaleny „dziewczynom” z Lasku; bram aresztu w Nanterre, którego jestem kapelanem; drzwi do mojego biura wikariusza w kościele św. Cecylii w Boulogne (Hauts-de-Seine), aby słuchać, doradzać, spowiadać… To dlatego, że gdy byłem dzieckiem, zamykano przede mną drzwi życia, teraz mam tak wielkie pragnienie, by otwierać serca bliźnich, by przenikała do nich czułość Boga. Te zamknięte serca, obwarowane z powodu nienawiści, nędzy, niesprawiedliwości, także grzechu, które nie mogą, ale i nie chcą już otwierać się na światło z powodu zbyt wielkiego cierpienia, jakiego doświadczyły.

W jaki sposób znalazłem się tutaj? Podobno jestem złożonym przypadkiem. Na pewno nie jestem prezentem dla innych – zapytajcie moich braci w zakonie, którzy znoszą mnie na co dzień od wielu lat – ale „przypadkiem pewnego rodzaju”, jak zapewniają psychologowie. Chodzi o rodzaj ludzi wytrzymałych – odpornych, a zarazem sprężystych. Nie pomylcie odporności (résilience) z rezydentami [domów opieki], z odpadkami [społeczeństwa konsumpcyjnego] albo ludźmi, którzy przedłużają swój abonament6: les résilients – odporni i sprężyści – są ludźmi połamanymi przez życie, którzy się z tego jakoś pozbierali. Słowo pochodzi z fizyki: rezyliencja [odporność i sprężystość] to cecha materiału, który poddany oddziaływaniu wielkiej siły powraca do swojego pierwotnego kształtu. Odporny i sprężysty to ten, kto dostał cios z całej siły prosto w twarz, cios, który mógłby go złamać, zniszczyć, unicestwić, ale jednak ten ktoś odbija się i odskakuje wyżej, mocniejszy niż przedtem. Jestem odporny i sprężysty dzięki łasce. Tym, co pozwoliło mi się podnieść, były całkowicie nieprzewidywane, pełne mocy spotkania z „tutorami”. Po nawróceniu zobaczyłem w nich nieskończoną delikatność Boga i świadectwo Jego czuwającej opatrzności.

Przedstawię się: jestem Philippe Chauveau, urodzony w 1950 roku. Paryski łobuziak, wyrostek jak z fotografii Doisneau7, z okrągłą łepetyną i wetkniętymi w nią jak piłeczki czarnymi, śmiejącymi się oczami. Dorastałem w miasteczku La Garenne-Colombes. Jestem raczej śmieszkiem, z natury uczuciowym, dobrym kumplem, sprytnym, szybko biegającym, by uniknąć ciosów, kolekcjonerem głupich numerów, jeśli nie ich prowodyrem. Powiem w skrócie (wersja długa jest rozwinięta na dalszych stronach): biedne dzieciństwo w rodzinie alkoholowej; internaty i powtarzanie klas, potem poprawczak, przywództwo „znanej policji”… Z pewnością nie byłem Jakiem Mesrinem8, niemniej mały Chauveau źle zaczął.

Obecnie jestem księdzem katolickim i kapelanem aresztu w Nanterre. Założyłem Stowarzyszenie „Nadzieja św. Jana”: trzy domy dla młodych uzależnionych położone na prowincji; następnie stowarzyszenie Magdalena, które towarzyszy, dzięki gromadce wspaniałych wolontariuszy, osobom w sytuacji prostytuowania się w Lasku Bulońskim; Środy Serca, które w naszej parafii św. Cecylii w Boulogne przyjmują co tydzień w środę wieczór na przyjacielskiej kolacji i braterskim dzieleniu się osoby z ulicy, ludzi opuszczonych, czyli w rzeczywistości wszystkich tych, którzy tego pragną.

MÓGŁBYM BYĆ UZALEŻNIONYM, TRANSWESTYTĄ, OSADZONYM… I ANTYKLERYKAŁEM

Nie przyznaję sobie żadnego medalu i nie przypisuję sobie żadnych zasług za te inicjatywy, ponieważ mogłem je rozpocząć jedynie dzięki… sami zobaczycie, dzięki czemu i co warto opowiedzieć. Rzeczywiście, z ludzkiego punktu widzenia trzydzieści lat temu było nie do pomyślenia, że stanę się synem i kapłanem Kościoła katolickiego, podobnie jak tyle jego sług i służebniczek, którzy – zwłaszcza w placówkach, gdzie jako chłopak byłem umieszczany – wzbudzali we mnie odruch buntu przez swoje niesprawiedliwe i pełne hipokryzji postawy. Dzisiaj ten Kościół kocham i uznaję go za swoją Matkę. To nie po czarnych owcach ocenia się jakość stada.

Obecnie to ja powinienem siedzieć w pudle. Nie żebym był wielkim łajdakiem – byłem po prostu małym przestępcą i przywódcą bandy w La Garenne-Colombes, postępującym na tyle źle, by przymknąć mnie od czasu do czasu. Byłem na złej drodze. Gdybym w wieku dorastania nie spotkał kilku „aniołów stróżów”, dziś byłbym za kratami, zgorzkniały i zbuntowany, jak wielu z tych, których odwiedzam co tydzień.

Mogłem równie dobrze być męską prostytutką, a nawet transwestytą – przykro mi, jeśli to was szokuje. Zgwałcony w wieku dwunastu lat, wzrastałem w rodzinie, w której kazirodztwo było na porządku dziennym. Mężczyźni mojego dzieciństwa – począwszy od mojego ojca – nie stanęli na wysokości zadania. Co gorsza, mogli mi całkowicie obrzydzić bycie mężczyzną. Nie piszę tego, by pastwić się nad ojcem – biedak, już tyle razy oberwał w twarz! W każdym razie było dla mnie niemożliwe, by widząc, jak żyje, uwierzyć, że miłość jest najwspanialszą rzeczą na świecie, która zasługuje, by poświęcić jej życie. Dziś to przekonanie jest głęboko w moim sercu. Ono utrzymuje mnie przy życiu i ono sprawi, że umrę.

OBIETNICA, ŻE NIC NIE JEST STRACONE NA ZAWSZE

Moja historia jest ciekawa tylko z tej racji, że jest dowodem na to, iż nic nigdy nie jest stracone na zawsze. Zbawienie jest zawsze możliwe. Człowiek nie jest skazany z powodu utartych kolein swojego dzieciństwa na podążanie nieuniknionym torem prowadzącym go ku przepaści; istnieją zwrotnice mogące przestawić nas na nowe tory, którymi nasza wolność, nawet ograniczona, zużyta, poobijana, może podążyć. Droga mojego życia dowodzi również, że można pomagać innym, mimo swych zranień, a nawet dzięki nim. „Co was nie zabije, to was wzmocni”, mówił Nietzsche. To, co was boli, może wam pomóc zrozumieć i zbliżyć się do tych, którzy cierpią z powodu tych samych zranień, i pochylić się nad nimi jak Samarytanin z Ewangelii, który pochylił się nad leżącą w rowie poranioną i porzuconą osobą.

Ponieważ w dzieciństwie brakowało mi miłości, celem mojego życia stało się dawanie jej innym. Szczególnie tym, którzy najbardziej jej potrzebują, bo patrzy się na nich jedynie po to, aby ich osądzić. To pariasi naszego społeczeństwa, nawet chrześcijanie mają kłopot z tym, żeby ich kochać. To osoby żyjące na ulicy, z marginesu społecznego, więźniowie, życiowi przegrani, uzależnieni od substancji psychoaktywnych… Wyrzutki społeczne, wykluczeni, przegrani, zagubieni – niektórzy chętnie wysłaliby ich do nowych obozów przejściowych, aby oczyścić z tych plam ludzi gorszej kategorii arterie naszych stolic, gdzie prawo obywatelstwa ma tylko materialny dobrobyt i gdzie życiowy sukces mierzony jest wielkością udziałów i pojemnością silnika samochodu.

Osoby te nie potrzebują w pierwszym rzędzie RMI9, RSA10, jedzenia, dachu nad głową, pomocy społecznej ani nawet wsparcia psychologicznego, ale przyjaźni. Krzyczą o tym swoim cichym wołaniem, które zakłóca mój spokojny sen. Potrzebują, by ktoś popatrzył na nich spojrzeniem, które ukaże im, że także takich ludzi można lubić, że nie będą nigdy tak bardzo zagubieni, aby Bóg nie mógł ich odnaleźć. Spojrzeniem, które obiecuje im, że nie zostaną opuszczeni, ponieważ nie ma miłości bez wierności, bez zaangażowania w trwałe towarzyszenie. To ostatnie także zrozumiałem właśnie dzięki mojej pokręconej przeszłości.

Mogę o tym zaświadczyć, kładąc na szali wiarę ocalonego: podniosłem się, ponieważ któregoś dnia ktoś skierował na mnie spojrzenie pełne miłości i zaufania, a potem nie pozostawił mnie samego. I to właśnie zasługuje na opowieść.

1

Wykluczenie i internat

Starania, aby poprawić charakter człowieka

umoralniającymi kazaniami, są równie utopijne

jak zmuszenie dębu, aby rodził morele.

Arthur Schopenhauer

W naszym domu alkohol był wszędzie: w butelkach, w ludziach, a nawet w powietrzu, którym oddychaliśmy. Tak było od bardzo dawna. Cała rodzina chlała od zawsze. Gorzała, niczym źródło wód podziemnych, którym nasiąkały całe pokolenia Chauveau, dopłynęła i do nas. Mój ojciec był bardzo praktykującym pijakiem, który dosłownie stosował powiedzenie Pierre’a Daca: „Wolę wino tu, na ziemi, niż tam, w zaświatach”.

Miałem trzy lub cztery lata, kiedy zauważyłem butelkę pozostawioną na kuchennym stole, złapałem ją i poszedłem opróżnić w kącie. Gdy moja matka wróciła z zakupów, nie znalazła mnie i zaczęła się niepokoić. Schowałem się w szafie, położony na kupce prześcieradeł. Całkowicie pijany, zacząłem przysypiać, pochrapując. Mimo to, w przeciwieństwie do większości członków mojej rodziny, nie uzależniłem się. Jest to co najmniej tajemnicze, że „środek” niektórych „chwyta”, a innych już nie. Przekonałem się o tym później, gdy zetknąłem się z uzależnionymi od substancji psychoaktywnych: niektórzy młodzi palą jednego skręta i koniec, przechodzą do czegoś innego. Inni przywiązują się do niego na całe życie.

MOJA NIEDOSTĘPNA MATKA

Butelka zamiast pocałunku? Każde dziecko potrzebuje miłości. W naszym domu o miłości się nie mówiło, nie okazywało się jej. Uprawiało się miłość między dorosłymi, potajemnie, pospiesznie. Ale żadnego znaku uczucia, żadnej pieszczoty, gestu… Ściskałem zatem sukienkę mojej mamy, bo była to moja ulubiona przytulanka, szedłem za nią wszędzie, co ją niezwykle denerwowało. Jednej nocy nie mogłem już wytrzymać z samotności, z potrzeby czułości skręcało mnie w brzuchu, wślizgnąłem się zatem do jej łóżka, między jej pościel, aby przytulić się do niej, czuć ciepło jej skóry przy mojej skórze, aby położyć jej rękę pomiędzy moje włosy, na moim policzku – nawet jeśli nie miałem nadziei na pocałunek. Nie udało się, obudziłem ją. Przegoniła mnie, wyzywając, jakbym był komarem, który ją gryzie, albo karaluchem na prześcieradle. To odrzucenie złamało mi serce na zawsze. Otworzyło we mnie ranę, która nigdy się nie zabliźniła i która czyni mnie bliskim wszystkim odrzuconym. Jedyny problem, że jest ich tak wielu…

Dzisiaj chwytam się sukni Najświętszej Panny i nie chcę jej puścić. Idę wszędzie za Maryją. Wierzę, że Ona to lubi… Idę za Nią i pozwalam Jej, by szła przede mną, co pozwala mi uniknąć wielu głupstw, tym bardziej że należę do grona ekspertów od robienia gaf. Zapewniam was: jestem mały, ale mogę zrobić wielkie świństwa! „Matka to coś tak pięknego, że nawet Bóg chciał ją mieć” – nie wiem już, kto to powiedział, ale do mnie te słowa przemawiają. Ośmielić się ogłosić kobietę, ziemską córkę, Matką Boga to śmiałość, która sprawia, że wierzę w prawdę, której naucza Kościół katolicki.

KONCENTRACYJNA SZKOŁA Z INTERNATEM

W naszym domu był okropny bajzel, ciągłe problemy, awantury. Rodzice często się kłócili, zwłaszcza po opróżnieniu kieliszków. Matka mojego ojca wpadła zatem na genialny pomysł: umieścić trzech chłopaków i dziewczynę Chauveau na stancji. I nagle znaleźliśmy się u zakonnic, koło Nantes, w wielkim budynku, nad którym jak palec stróża albo więzienna wieża górował spiczasty dach. Stancja nazywała się Betlejem. Słowo to nie przywoływało wtedy we mnie żłóbka małego Jezusa, którego znałem, jeśli w ogóle, jedynie z nazwy! Wielkie podwórko do zabawy i przepychanek. Sypialnie ogromne jak boiska piłkarskie. Razem z moimi braćmi stanowiliśmy grupę „buraków” i „wsioków” – w internacie, do którego uczęszczały dzieci z nantejskiej klasy średniej.

Nie mogłem wytrzymać w tym smutnym miejscu. Trzy koszmary pojawiały się, aby mnie prześladować. Dla psychologów powinny być klarowne: źli próbują mnie złapać, ale zdołałem wynaleźć pewną sztuczkę, machałem ramionami i udawało mi się odlecieć – och, to wymagało absolutnej precyzji, ale udawało mi się nabrać wysokości dokładnie w momencie, kiedy już mnie chwytali. Drugi koszmar, banalny, ale wcale nie weselszy: spadałem bez końca w przepaść bez dna. W końcu trzeci: uderzano we mnie wielkim wałkiem i nie mogłem się osłonić. Na końcu dusiłem się od ciosów. Te trzy koszmary były moimi obowiązkowymi seansami kinowymi: horrory, które zmuszony byłem oglądać i od których bardzo długo nie mogłem się uwolnić.

RELIGIA W POGRZEBOWYM STYLU

Nie czuję się jedynie blisko tych, którzy są zranieni przez życie, ale także tych, którzy zostali zranieni przez Kościół instytucjonalny, którzy zarzucają mu „dogmatyzm” i bezduszność. Dla wielu z nich ten nieprzyjazny stosunek nie wypływa z racjonalnego rozumowania, ale z reakcji alergicznej – o ile nie z głębszych zranień, rzecz jasna. Ta reakcja, tak jak moja, ma często swój początek w doświadczeniach z dzieciństwa.

Codziennie musieliśmy chodzić do kościoła na rytualne modlitwy. Ustawialiśmy się jeden za drugim jak skazańcy na ciężkie roboty. I co miesiąc, taśmowo, obowiązkowa spowiedź. Konfesjonały z ciemnego drzewa, z kratą pośrodku i dwoma klęcznikami z każdej strony. Czekamy, klęcząc na zimnym drewnie, rejestrując szepty niesłyszalnych sekretów, aż ten drugi po przeciwnej stronie skończy „się opróżniać”; drzwiczki przegrody spadają jak miecz gilotynowy i nagle otwierają się z naszej strony. Widać oko mężczyzny, kołnierzyk sutanny i daje się słyszeć: „A ty, mój mały, co masz mi do powiedzenia?”. Mały nie ma nic do powiedzenia; w rzeczywistości chciałby uciec. Wie, że to niemożliwe. A więc mały wymyśla grzechy: „Ukradłem pieniądze, żeby kupić cukierki” (co podsunie mu pewne pomysły na przyszłość). Byle co, byle tylko ksiądz uwierzył. Prawdziwe winy zawsze zachowywałem dla siebie. Nie chciałem powierzać tajemnic mojej intymności „maszynie” do wymazywania, której dyskrecji i uwagi nie byłem pewien.

Dzisiaj jestem księdzem i staram się spowiadać jak najczęściej – więźniów, prostytutki, ludzi ze wszystkich środowisk. I jestem głęboko poruszony pokorą tego sakramentu. To jedna z najpiękniejszych posług, jakie istnieją. Bóg, który nie boi się posługiwać tak nędznym gościem jak ja, by przekazywać swoje miłosierdzie i przebaczenie! To niemożliwe, by ktoś taki nie istniał! To zbyt piękne, by nie było prawdą.

STRAJK ŁÓŻKOWY

Chciałbym móc wyspowiadać się temu księdzu, że żywiłem do sióstr głęboką, śmiertelną niechęć. Zdawały mi się bez serca, twarde, zacięte. Któregoś ranka nie chciałem rano wstać z łóżka, ponieważ ze wszystkich sił pragnąłem pocałunku. Tak, pocałunku, który nieomal machinalnie dają swoim dzieciom miliony mam na całym świecie, dzieciom leżącym rano w łóżkach, aby dać im siłę do sprostania temu dniowi, który się zaczyna. Chciałem tego jednego pocałunku. Nie otrzymywałem go, gdy byłem dzieckiem. Moja mama była dobrą kobietą, gospodynią pełną zapału, ale nie bardzo radziła sobie z czułością. Odeszła od nas, gdy miałem pięć lat. Z powodu tego pocałunku przy pobudce, na który wciąż czekałem, zastrajkowałem. Zostałem w łóżku, owinięty w pościel, podczas gdy moi rówieśnicy pomknęli pod prysznice. Niestety, to nie sióstr należało prosić o ten pocałunek. Za karę kazały mi przez cały dzień zostać w łóżku. I leżąc tak, cały dzień płakałem, tak bardzo byłem smutny, tak bardzo było to podłe i tak bardzo chciało mi się jeść.

Owszem, również psociłem, ale nieumyślnie. Byłem karany za mimowolne głupstwa, co rodziło we mnie bunt. Na przykład któregoś dnia użyłem łopaty tak niezręcznie, że uderzyłem kolegę w nogę. Dostałem tęgie lanie i umieszczono mnie w celi. Niesprawiedliwość doprowadzała mnie do szału.

Gdyby chociaż jedzenie było odpowiednie; ale nie, żadnego kulinarnego pocieszenia. Posiłki odbywały się w ciszy.

– Nie odejdziesz od stołu, dopóki nie zjesz wszystkiego ze swojego talerza! – wrzeszczała siostra dyżurna.

Jeśli kaprysiłeś i zwlekałeś z opróżnieniem swojej miski, cerber przynosił ci ją na następny posiłek. Kiedyś mój brat Gérard był tak zniesmaczony jakimś daniem, że zwymiotował wprost na swój talerz. Podano mu go tego samego wieczoru… Nic nie mogło się zmarnować.

Bez sensu byłoby marzyć o końcu tej udręki. Z tej posępnej stancji nie wychodziło się nigdy. Zostawało się w ciągu roku szkolnego, zostawało się na wakacje, zostawało się na Wielkanoc i w Boże Narodzenie, zostawało się na całe życie. W poczuciu przygnębienia i beznadziei. Jakby nasi rodzice, nasze rodziny o nas zapomniały.

ZMIANA WIĘZIENIA

Ostatecznie udało mi się opuścić tę okropną szkołę. Ale okazało się, że wpadłem z deszczu pod rynnę. Znalazłem się na innej stancji, niedaleko Angers. Prowadzona była przez bezwzględną, siejącą terror kobietę. Nadałem jej przydomek Tygrysica. Ksiądz, który jej towarzyszył, był wobec niej całkowicie uległy. Było nas pięćdziesięciu – wszyscy chłopcy, moja siostra Chantal nie przebywała tam z nami, co rozdzierało mi serce. Sale lekcyjne urządzono w dawnych stajniach. Nie było pryszniców, jedynie umywalki. I dormitoria pozbawione wszelkiej prywatności. Przypominałem gawrosza, z moimi przykrótkimi, znoszonymi spodniami i drewnianymi chodakami. Nadal wyczuwam zrogowaciałe guzki, jakie pozostawiły mi po zewnętrznej stronie każdej pięty. Istnieją być może przynoszące szczęście garby na plecach garbusów, ale moje przywołują jedynie nieszczęśliwe wspomnienia i nie wzbudzają jakiejkolwiek tęsknoty.

Nie znosiłem tej baby i nie byłem w tym osamotniony. Musiała to czuć, bo mnożyła karę za karą. Byłem jej kozłem ofiarnym. Wezwanie do jej biura oznaczało zamknięcie w piwnicy, bez światła, na godzinę lub dwie, a nawet na pół dnia albo cały dzień – taryfikator zależał nie tyle od wagi przewinienia, ile raczej od humoru tego bezwzględnego sędziego. Mam wrażenie, że spędziłem więcej czasu w piwnicy niż na świeżym powietrzu. To nie były dla mnie traumatyczne doświadczenia, ponieważ zdecydowałem, że będę robił dobrą minę do złej gry i zachowywał się, jakby nic się nie stało. Myślałem: „Mam to gdzieś, nawet było całkiem fajnie”.

Czasami Tygrysica kazała nam zdejmować chodaki i chodzić boso. Albo godzinami klęczeć. Ale nie to było najgorsze. Najgorszą dla mnie karą było pozbawienie posiłku. I bez tego chodziliśmy wiecznie głodni – w samym środku okresu dorastania – a ta odrażająca kobieta pozbawiała nas jeszcze jedzenia. Gorzej – pozbawiała nas też picia. Nie wiedzieliśmy dlaczego, miało to być dla nas „doświadczenie”. Pilnowała nas, kiedy się myliśmy. Ten, kto nie mógł się powstrzymać, żeby nie pochłeptać odrobiny wody, był bezlitośnie upominany. Od czasu do czasu mieliśmy prawo do swego rodzaju zupy z posłodzonego wina, którą pochłanialiśmy w jednej chwili. Głód dokuczał nam bez przerwy. Pamiętam któregoś dnia wizytę mojego ojca, a nietrudno sobie przypomnieć, ponieważ nie przychodził zbyt często. Przyniósł nam pomarańcze, na które rzuciliśmy się jak Sknerus McKwacz na sztabkę złota. Kiedy wychodził, wyrzucił pomarańczowe obierki. Razem z bratem pozbieraliśmy je i schowaliśmy, żeby zjeść później.

BYĆ KSIĘDZEM, ABY IŚĆ NA POLOWANIE?

Niegodziwość nie zna granic i może nawet w pewnym stopniu przybliżyć pojęcie nieskończoności: mój młodszy brat Patrick moczył się w łóżku, ale to mój starszy brat, Gérard, był za niego karany, ponieważ miał go pilnować. Potem musiał prać jego pościel. Inny przykład głębokiego humanizmu: całe noce płakałem, dręczony bólem ropni w zębach, które nie pozwalały mi spać, a o leczeniu których oczywiście nikt nie chciał słyszeć.

Najgorsze było to, że ten zwykły sadyzm unurzany był w sosie religijnym niczym płód nietoperza w formalinie. W niedzielę mieliśmy prawo do „całego pakietu”: mszy po łacinie, różańca i nieszporów. Nic z tego nie przyswajaliśmy. Zewnętrzny rytualizm oraz religia bez miłości praktykowana przez jej antyświadków powinny były definitywnie zrazić mnie na zawsze do jakiejkolwiek relacji z niebem i w tamtym momencie prawie im się udało. Otóż, paradoksalnie, to właśnie w tym piekle, nad którym górował krucyfiks, po raz pierwszy w wieku dziewięciu lat poczułem pragnienie, by zostać księdzem. Czasem nie mogę w to uwierzyć: Bóg naprawdę pisze prosto po krzywych liniach naszych egzystencji i może wydobyć jasność z ciemności. Prawdę mówiąc, to pragnienie bycia księdzem narodziło się z bardzo prozaicznej chęci: kapelan szkoły chodził na polowania i ja także o tym marzyłem. Poprzysiągłem sobie, że kiedyś zostanę księdzem, abym i ja z kolei mógł iść na polowanie. Nie wiedziałem w tamtym czasie, co Jezus powiedział do apostoła Piotra, rybaka z Jeziora Tyberiadzkiego: „Odtąd ludzi będziesz łowił”. Gdy chodzi o mnie, to tak jakby Jezus mówił mi: „To na biednych i zranionych przez życie będziesz polował w moim imieniu i na moją chwałę”.

Żadna modlitwa nie jest na próżno.

MOJA SPARALIŻOWANA INTELIGENCJA

Zdumiewa mnie także, że wciąż jest jeszcze tylu chrześcijan doświadczających edukacji bez miłości, którą karykatura religii zapewniała przez całe lata w obfitości. Pamiętam śmierć papieża Jana XXIII. Nie dlatego, żeby mnie ona wzruszała – nic mnie nie obchodziło papiestwo i tym podobne tematy – ale kazano nam uklęknąć i modlić się za zmarłego papieża. Ksiądz ustawił swój radioodbiornik na parapecie i wspólnie słuchaliśmy ceremonii, mamrocząc Ave Maria. I jak nie nauczyć się hipokryzji, wykonując gesty i przyjmując postawy, które w żaden sposób nie odpowiadają temu, co jest w sercu? W Biblii odkryłem później to zdanie: „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie” (Mk 7, 6). Być może wtedy, gdy zmuszano mnie, bym poruszał wargami, udając modlitwę, Bóg był bardzo blisko?

Trudno uwierzyć, jak wielu ludziom nie było dane dorastać w atmosferze miłości. Ten niedostatek sprawia, że teraz są mi bliscy. Wtedy zwykły dzień rozpoczynała obowiązkowa modlitwa, potem zaczynały się lekcje. Moim obowiązkiem było czuwać nad temperaturą grzejnika w głębi sali. To było wszystko, do czego byłem zdolny. Z tego, co słyszałem, nic nie chciało wchodzić mi do głowy. Słowa powtarzane niczym mantra: „do niczego się nie nadajesz” doprowadziły do tego, że w nie uwierzyłem. Strach, że zostanę ukarany, wyjaławiał mi mózgownicę; moja inteligencja była jak sparaliżowana.

To na tej stancji zacząłem kłamać, a robiłem to, aby się chronić. Strach prowadził taniec naszych dni, był towarzyszem naszego życia. Nie mamy obaw przed zrobieniem głupstwa, ale boimy się przyłapania na gorącym uczynku. Któregoś dnia wsunąłem grubą kredkę do ucha mojego kolegi, żeby mu dokuczyć; ale co za pech – kredka złamała się w kanale usznym. Ogarnięty paniką drżałem tak bardzo, że nie udawało mi się jej wyciągnąć. To nie współczucie dla kolegi popychało mnie do takiej troski, ale przerażenie, że zostanę ukarany. Nie dlatego, że kary – klęczenie na linijce, bicie po rękach, zwykłe klapsy – były straszne same w sobie, ale ponieważ były one wymierzane ze złością. Dorośli byli ludźmi perwersyjnie złymi, którzy wzbudzali strach. Jeszcze dzisiaj muszę zwalczać w sobie odruch nieufności, który rozwinął się podczas tych lat dzieciństwa: dorosły obowiązkowo jest zły, zwłaszcza gdy wydaje się miły – to dlatego, że odgrywa przedstawienie, żeby cię łatwiej dopaść.

SKRAWEK NIEBA W ZACISZU OGRODU

Aby ten obraz nie był całkowicie czarny, muszę doprecyzować, że poza grą w piłkę, która była moim ulubionym sposobem odreagowania i wyżycia się, dyrekcja przydzieliła każdemu z nas kawałek ogródka. Mogliśmy uprawiać go według własnego uznania. Było to dla mnie dobroczynnym wytchnieniem: przekopywałem moją działkę, obserwowałem pędy, wyrywałem chwasty… W tym czasie nie miałem w sobie złych myśli ani gorzkiego rozpamiętywania. Głowa z pewnością „leżała odłogiem” i była wolna od wszelkich obaw. Płynąłem radośnie zanurzony w wielkim rytmie natury, zgodnie z porządkiem zmieniających się pór roku. Naturoterapia, którą później z powodzeniem zaadaptowaliśmy dla osób uzależnionych od substancji psychoaktywnych. Zachwyt nad naturą pozwala wyjść z siebie i swoich obsesji. Mieliśmy też lekcje szycia, aby nauczyć się przyszywania guzików i obrębiania materiału. Czynności te raczej mnie nudziły, były takie „dziewczyńskie”, ale dzisiaj ich nie żałuję, bo to ja uczę szyć moje kumpele!

Jednak największym cierpieniem tych lat – nigdy nie chciałem tego wyznać, gdyż naprawdę sprawiało mi to ból – było, jak sądzę, rozejście się mojego rodzeństwa. Jedność daje siłę, a jej brak jest przekleństwem. Rozpad pociąga za sobą słabość. Kiedy doświadczałem trudności lub kiedy dopadało mnie straszne przygnębienie, nie szukałem ratunku ani u moich braci, ani u mojej siostry – oni zresztą u mnie też nie. Każdy był sam dla siebie. Bycie razem w żadnym stopniu nam nie pomogło. Nigdy nie byliśmy zjednoczeni. Dzisiaj głęboko tego żałuję, tak samo jak tego, że nikt nie pchnął nas, byśmy byli sobie bliżsi. Być może dlatego, że nasi rodzice nie byli ze sobą blisko? Każdy ma swoje utrapienia, każdy ma serce zabarykadowane we własnym nieszczęściu.

2

Dziecko ulicy z La Garenne

Pięć krzyków naszej ziemi: jestem głodny, jest mi zimno,

cierpię, boję się, jestem sam.

Gilbert Cesbron

Pobyt na stancji zakończył się, kiedy miałem dziewięć lat. Opuściłem to miejsce jak więzienie, wydobywając z siebie westchnienie ulgi. Zaprowadzono nas do pociągu, moich dwóch braci i mnie. Kierunek: Paryż. Nigdy wcześniej nie jechaliśmy pociągiem. Staliśmy na korytarzu, z nosem przy szybie, aby nie uronić nic z tego spektaklu. Byliśmy niepozornymi wieśniakami, którzy z przestrachem i zachwytem odkrywają budynki, miejskie ulice, samochody… Patrick zawołał nawet „o rany”, spostrzegając wieżę Eiffla. Niemożliwe, że ta ogromna latarnia z Meccano stoi prosto!

ROZWÓD, A CO TO JEST?

Na dworzec wyszedł po nas ojciec, choć spodziewałem się zobaczyć mamę. Co tam robił mój ojciec? Wytłumaczył nam, że on i mama rozwiedli się. Nie wiedzieliśmy, co to znaczy. Szybko domyśliliśmy się, że nie zobaczymy już naszej mamy i że to nie on ją zastąpi, ani nie kobieta, z którą właśnie się ożenił. Umieraliśmy z pragnienia, aby wziął nas w ramiona, ucałował… Ale poczuliśmy jedynie uścisk ręki. To zderzenie z ziemią było gwałtowne jak uderzenie pięścią w splot słoneczny, które cię paraliżuje i nie pozwala krzyczeć.

Ojciec zawiózł nas pociągiem aż do La Garenne-Colombes, przedmieścia nieopodal Paryża, za dzielnicą Défense, i zaprowadził do jakiegoś mieszkania. Potem wyszedł do pracy (ładował węgiel do lokomotyw SNCF11), zostawiając nas z macochą, której nie znaliśmy i która znalazła się z czwórką dzieci na głowie. W tamtej chwili zrozumiałem, dlaczego byliśmy tak długo na stancji. I zastanawiałem się, czy w ostatecznym rozrachunku nie chciałem tam wrócić.

Mieszkaliśmy na siódmym piętrze bloku w mieście. Na każdym piętrze były trzy mieszkania. Nasze było obszerne i jasne. Zaraz na prawo od przedpokoju był pokój, który dzieliłem z Patrickiem, moim młodszym bratem. Spaliśmy razem w wielkim łóżku. Moczył się jeszcze, czasami tak bardzo, że siusiał na mnie. Naprzeciwko był pokój rodziców. Dalej jadalnia, a na prawo – kuchnia wyposażona w zlewozmywak, meble, kuchenkę. Jeszcze na prawo – łazienka. Na wprost pokój mojej siostry Chantal, obok – salon. Ściany były cienkie jak tytoniowa bibułka. Co rano słyszałem pijaczka z piątego piętra, rzygającego na swoją wycieraczkę, a potem wydzierającego się na swoją żonę. Z kolei sąsiad pod nami palił jak smok i głośno odkrztuszał.

SPORT ZAMIAST MIŁOŚCI

Społeczność sąsiedzka była odpychająca, a relacje rodzinne tak smutne jak otoczenie. Z zastrzeżeniem, że nasze mieszkanie było zawsze nieskazitelne i odcinało się od reszty budynku. Gisèle, moja macocha, nie pracowała poza domem i przywiązywała wielką wagę do higieny. Ta nieco tęga kobieta latami sprzątała w Mans i przestrzegała rygorystycznych zasad czystości. Harowała, ponieważ nie było ani zmywarki, ani pralki. Wszystko robiła ręcznie, w wielkiej balii. Lubiłem Gisèle, była dzielna i miła, nawet jeśli nie była naszą mamą. Nikt nie może zastąpić mamy. Nie chciałem przed sobą przyznać, że moi rodzice rozwiedli się, ponieważ czułem się odpowiedzialny za to pęknięcie: gdybym był mniej nieznośny, z pewnością byliby jeszcze razem. Czuliśmy ogromny głód emocjonalny, który nie znajdował zaspokojenia. Zwłaszcza jeśli chodzi o ojca. Gdy tylko wracał z pracy, spieszyliśmy do niego, ale zmęczony odpychał nas. Był zażenowany tym, że nie wiedział, jak okazać nam choć odrobinę czułości i miłości.

Nie byliśmy głodni – inaczej niż na stancji i przez lata przeżyte o pustym żołądku. Gisèle naprawdę się o nas troszczyła. A przecież byliśmy biedną rodziną. Mój ojciec ładował węgiel do kotłowni lokomotyw i mieliśmy tylko jedną pensję. Rodzice notowali najmniejszy wydatek w zeszycie i robili ścisłe rachunki, aby móc dotrwać do końca miesiąca. Mięso jedliśmy tylko raz w tygodniu. Żadnych kulinarnych zbytków, ale Gisèle zawsze przygotowywała nam podwieczorek – kromkę z dżemem, wyjątkowo z nutellą (ukrywała słoik, aby uniknąć splądrowania), którą delektowaliśmy się po powrocie ze szkoły, zanim wyszliśmy bawić się na zewnątrz. Naprzeciwko bloku był basen, teren do grania w piłkę i klub judo. To właśnie sport uchronił mnie przed przestępczością, nawet jeśli wyrzucono mnie z judo, bo grzebałem w cudzych plecakach.

PIERWSZE KRADZIEŻE

Kradłem w sklepach spożywczych, aby codzienność wydała się lepsza. Wstydziłem się prosić ojca o drobne i tego, że odeśle mnie w diabły. Miałem obsesję braku pieniędzy. Któregoś dnia rodzice dali mi drobne na zakupy. Kupiłem produkty z listy, ale w momencie płacenia powiedziałem kasjerce: „Proszę zapisać na konto rodziców” i poszedłem kupić cukierki. Kiedy prawda wyszła na jaw i trzeba było uregulować rachunek, dostałem policzek, który pamiętam do dziś.

Inna kara pojawiła się, kiedy rodzice uświadomili sobie, że podbieram drobne ze „skarpety”. Odkryłem ich schowek w szafie, pod stertą ubrań – banki są dla bogatych, biedacy chowają swoje pieniądze u siebie. Podebrałem 1,50 franka, żeby sprezentować sobie cukierki Carambar. Nikt nie widział, nikt nie słyszał – dlatego podbierałem dalej. I stałem się bardziej zachłanny – przeszedłem na banknoty. Fatalna pomyłka, jako że rodzice liczyli każdy grosz! Tak witałem klaps za klapsem.

Trudno zapomnieć, że się było biednym. Co rano kolejno chodziliśmy kupować mleko. Pewnego dnia, schodząc po schodach, bawiłem się pięćdziesięciocentówką. Nagle ją upuściłem, a ta potoczyła się po asfalcie aż do kratki kanalizacyjnej, która ją pochłonęła. Katastrofa! Musiałem wrócić do domu ze skruszoną miną i wyznać moją głupotę. Ojciec oskarżył mnie, że kłamię, aby kupić sobie cukierki. Próbowałem się bronić, ale moja reputacja paskudnego złodziejaszka kroczyła przede mną. Zacząłem płakać – a płakałem dużo i często. „Płacz, będziesz mniej sikał” – powiedział mi wtedy ojciec.

WINO… I ALGIERCZYCY

Wiele było rzeczy i sytuacji, o których nie mogłem powiedzieć mojemu ojcu. Bałem się go. Któregoś dnia wysłał mnie do piwnicy po butelki z winem. Nie czułem się zbyt pewnie, bo nie lubiłem przebywać w ciemnych i zimnych korytarzach, ale nie miałem wyboru. Zszedłem zatem i znalazłem się oko w oko z Algierczykiem. W tamtym czasie wielu z nich przyjeżdżało pracować we Francji. Razem z przyjaciółmi urządzili legowisko do spania pod piwnicznymi schodami. Biedak nie chciał mnie przestraszyć, ale ja okropnie się wystraszyłem i uciekałem, ile sił w nogach. Musiałem sporo nadłożyć, żeby dostać się do tego durnego pinarda12 – z ojcowskimi bluzgami przy powrocie, ma się rozumieć.

Originally published under the title

Que celui qui n’a jamais péché : prêtre auprès des toxicomanes, des prisonniers, des SDF, des prostituées

Copyright © Yves Briend Éditeur S.A. / Éditions Salvator – Paris 2013

Published by arrangement with Lester Literary Agency

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Esprit 2018

All rights reserved

Na okładce: © François Guenet / Divergence-images.com

Redakcja: Aneta Maciągiewicz, Gabriela Rogowska, Agnieszka Lipińska

ISBN 978-83-66061-36-1

Wydanie I, Kraków 2018

Wydawnictwo Esprit Sp. z o.o.

ul. Przewóz 34/100, 30-716 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: sprzedaz@esprit.com.pl

ksiegarnia@esprit.com.pl

biuro@wydawnictwoesprit.com.pl

Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kto z nas jest bez grzechu? 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu