Ksiądz Rafał 2. Niespokojne czasy

Ksiądz Rafał 2. Niespokojne czasy

Autorzy: Maciej Grabski

Wydawnictwo: Esprit

Kategorie: Religia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 15.66 zł

Po śmierci biskupa Jakuba intrygi w kurii nabierają tempa. Nie ucieknie przed tym nawet zdystansowany od politycznych gierek ksiądz Rafał Nowina. Duża suma pieniędzy, którą biskup zostawił jego parafii, natychmiast staje się przedmiotem plotek i pomówień.

Tymczasem życie w Gródku toczy się swoim tempem. Czy wysoka temperatura wydarzeń w kraju – wybuch „Solidarności”, widmo stanu wojennego – a także pojawienie się lokalnej znachorki i wezwania do wojska zaburzą spokój w parafii? Jak gródczanie zareagują na wybór kardynała Wojtyły na papieża? Te niespokojne czasy pozwoli przetrwać tylko życzliwość i duża porcja poczucia humoru.

Druga część bestsellerowej powieści!

CZĘŚĆ I

– Żeby tak wysoko zajść… – Mroczek siedział za stołem pochylony nad gazetą. Jego stare okulary do czytania, zsunięte teraz na koniec nosa, odbijały promienie słońca zza okna. Jeden z takich zajączków trafił Szymurę. Trafiony odsunął się z krzesłem w kąt i odruchowo przetarł oczy.

– I tak daleko – zdecydował się dopowiedzieć.

– Wyżej i dalej już się nie da, nawet tak napisali – potwierdził Mroczek.

Zajączki światła poruszyły się gwałtownie na ścianie i zgasły nagle, gdy jakaś chmura przysłoniła słońce. Pociemniało.

– Piszą, że to była długa droga i że to pierwszy raz w historii.

– Mroczek konsekwentnie streszczał artykuł.

– No i nic nowego, pewnie, że pierwszy raz.

Siedzieli w jadalni u Antoniego. Nikomu się nigdzie nie spieszyło, czekali. Byli zmęczeni. Emocje ostatnich dni przekraczały swoim stężeniem wszystko, co zdarzyło się im dotychczas przeżyć. Tygodnie wysłuchiwania ludzi, którzy pomawiali proboszcza Rafała, potem niespodziewane oczyszczenie z zarzutów i list biskupi, dzień później wybór Polaka na papieża i tego samego wieczoru wiadomość o śmierci biskupa Jakuba – było tego stanowczo za wiele.

– Podobno nawet pierwszy sekretarz pogratulował i będzie pewnie spotkanie, jak wróci – Mroczek był nieubłagany.

– Skąd wróci?

– No, stamtąd, gdzie pojechał. Podobno jest z wizytą przyjaźni.

Pomilczeli chwilę. Po chwili odezwał się Antczak, w którym zakiełkowało nagle jakieś podejrzenie:

– Henryk, co ty za gazetę czytasz?

Mroczek wyprostował się zdumiony:

– To co zwykle przecież czytam. No, jak by to powiedzieć, organ…

– Tylko nie organ – obruszył się dotknięty do żywego Antoni, ale nikt nie zwrócił na niego baczniejszej uwagi.

Antczak z niedowierzaniem patrzył na Mroczka.

– I tak dobrze i dużo o naszym papieżu u nich piszą?

Mroczek złożył okulary i położył je na stole.

– O jakim papieżu? – zdziwił się. – O papieżu piszą, o, tutaj – pokazał palcem kilkuwierszową wzmiankę. – Mogliby nawet nie pisać, i tak wszyscy o tym wiedzą. Ja czytam, że ta, no… – szybko założył okulary i zerknął do gazety – Rutkiewicz wczoraj weszła na najwyższą górę świata. Pierwsza kobieta i w dodatku Polka. Macie pojęcie?

– Jezu… – jęknął Szymura. – Ty o jakiejś kobicie, ja myślałem, że o papieżu. My tu czas tracimy i słuchamy…

– A masz co lepszego do roboty? – odciął się zirytowany Mroczek. – Jak masz, to nie czekaj z nami na Józka, tylko idź coś rób.

– Co mam robić? – zeźlił się do reszty Szymura. – Dziejowe wydarzenia, to siedzę i czekam, aż Bialik przyjedzie. Z gazety się nie dowiem, sam mówisz, że tylko o tej kobicie napisali. No, wielka rzecz, że kobita i tak wysoko, ale u nas każda jest wysoko. Jakby tak popatrzeć, to one tutaj rządzą, zwłaszcza niektórymi.

Mruk tym razem nie odpowiedział na jawną zaczepkę. Wiercący się niespokojnie na krześle Golik zapytał nagle:

– A jak mu się co stało?

– Nie mów nawet – Antoni zaniepokoił się nie na żarty. – Mówił, że wróci dzisiaj, to wróci. Coś go tknęło w zeszłym tygodniu. Powiedział mi, że musi jechać do rodziny, ale na pewno odwiedzi też biskupa Jakuba. Próbował wcześniej, nie dopuszczali go, sam opowiadał. Przyjaźnili się przez tyle lat. Syn go może przywiezie, bo pekaes był już godzinę temu.

– Zadzwoniliby, gdyby się coś stało – poparł go Pazdur. – Poczekać jeszcze trochę trzeba. Na pewno się zjawi.

Znów zapadła cisza.

Tymczasem Bialik, który przyjechał do Gródka autobusem, już od prawie godziny siedział na plebanii. Wyglądał na zmęczonego i zgnębionego, mówił wolniej i dobitniej niż zwykle. Widać było, że śmierć Jakuba była dla niego ciosem. Rafał opowiedział mu pokrótce o ostatnich wydarzeniach. Gdy skończył – zapadła cisza. Nie ciążyła im jednak, obaj myśleli o biskupie Jakubie. Wreszcie Bialik przerwał milczenie.

– Przyjaźniliśmy się tyle lat, księże proboszczu – zaczął – ale długo nie wierzyłem, że Jakub umrze przede mną. Nawet gdy opowiadali, że choruje. Byłem u niego tuż przed śmiercią.

– Myślałem, że miał pan odwiedzić rodzinę, panie Józefie – zdziwił się Rafał.

Bialik popatrzył wyblakłymi spokojnymi oczami na swojego proboszcza:

– Księże proboszczu, czułem, że trzeba pojechać. Rozmawiałem z nim przed jego śmiercią. Muszę księdzu powtórzyć tę rozmowę.

– Nic pan nie musi – zaprotestował Rafał. – To, o czym rozmawialiście z biskupem Jakubem, to wasza sprawa.

– Nie. Biskup Jakub zobowiązał mnie przed śmiercią do powtórzenia wszystkiego księdzu proboszczowi tak wiernie, jak tylko potrafię. Powiedział mi, że tylko ksiądz może o tym wiedzieć.

•••

– Dobrze, że jesteś, Józiu.

Bialik aż drgnął, gdy usłyszał głos Jakuba. Chrapliwy, słaby i obcy. Biskup uniósł się nieco na łokciach, jego sekretarz podłożył mu pod plecy poduszkę. Jakub szepnął coś, czego Bialik nie dosłyszał. Sekretarz zerknął jeszcze raz na biskupa, położył w zasięgu jego ręki stojący dotąd na stole mały mosiężny dzwonek i wyszedł z pomieszczenia, cicho zamykając drzwi. Bialik odetchnął głębiej.

– Jak się miewasz, Kuba? – zapytał.

Jakub przywołał go do siebie chwiejnym gestem dłoni. Bialik przysiadł na łóżku. Zobaczył straszliwą bladość biskupa, skóra na jego twarzy, dawniej tylko pociągłej, przypominała teraz opięty na czaszce welin.

– Umrę, Józiu. Wiesz o tym, bo przyjechałeś.

Głos Jakuba był jakby mocniejszy. Bialik kiwnął głową.

– Mam swoje lata. Wiem, że wszyscy pomrzemy. Dobrze, że mnie wpuścili. Ostatnio się nie udawało.

Jakub uśmiechnął się z wysiłkiem.

– Przegrali. Ja idę na sąd, oni – w nicość. Wiesz, że próbowali nas zniszczyć. Głupcy, głupcy jeszcze więksi ode mnie, wystarczyło poczekać na moją śmierć. Zabrakło cierpliwości. To jest ostatnia lekcja, Józiu. Nie wystarczy działać, pociągać za sznurki. Trzeba umieć poczekać. Tylko jeden umiał i to on wygra. Ale jeszcze nie teraz, nie teraz… – Przerwał zadyszany. Po chwili wyrównał oddech i mówił dalej: – Napisałem do Chaima, że niedługo umrę. Dawno nie pisałem po hebrajsku, mam nadzieję, że zrozumiał. Pewnie nie przyjedzie, jest stary i chory. Pomodli się za mnie, to nawet lepiej, niż gdyby przyjechał. Napisałem też, że jeśli proboszcz w Gródku się zgodzi, chcę być tam pochowany. Jeśli się zgodzi. To samo jest w moim testamencie.

Bialik aż się poderwał:

– Kuba, przecież wiesz, że się zgodzi. Nie może być inaczej.

Jakub oddychał szybko, nieregularnie. Coraz trudniej było mu mówić.

– Wyrządziłem mu krzywdę. Nie rozumiałem, co robi. Powtarzam, jestem głupcem. Nie poznałem się na nim nigdy. Wydawało mi się, że to jeden z tych księży, którzy są porządni na tyle, by nie szkodzić, że wystarczy ich tylko trochę ociosać. Dopiero teraz, gdy widzę to wszystko… zaczynam rozumieć, że on ma ducha Bożego, który doświadcza i nawraca. Rozumiesz? Nie, nie rozumiesz, Józiu, i dobrze. Ja też nie rozumiem tego wszystkiego. Gdybym wtedy pokazał go Chaimowi, wiedziałbym. Chaim miał dar, rozpoznawał ludzi, mówił, że widzi, jak na głowach niektórych trzyma swoją dłoń Jahwe Pan…

– Na twojej też, Kuba, zobaczył – dokończył z uśmiechem Bialik. – Odpocznij chwilę.

Jakub skrzywił się w grymasie bólu.

– Nie rozumiesz, Józiu. Nie zobaczył. Wiem, że nigdy nie zobaczył. Ja jestem inny. Boję się gniewu Bożego. Powodowałem ludźmi, jak jeździec powoduje koniem. Traktowałem ich jak marionetki, łamałem ich wolę w imię prawdy. A cóż to jest prawda? Boję się, ale ja muszę to robić, muszę zmieniać świat…

Znów przerwał. Bialik próbował oponować:

– Kuba, dawałeś miejsce tym, którzy, jak mówisz, mają na głowie dłoń Pana Boga. Kto powołał Rafała? Kto powołał tylu innych księży, kto im pomagał, kto ich ochraniał?

– Nie rozumiesz, Józiu – powtórzył chrapliwie biskup. Nadal oddychał ciężko, z wysiłkiem. – Nieważne. Powtórz to wszystko Rafałowi. Weź dla niego coś. Leży w lewej szufladzie. Zabierz to stamtąd już teraz. Nie chcę, żeby ktokolwiek zobaczył, nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, że cokolwiek napisałem. Ksiądz Krzysztof może i był dobrym sekretarzem, ale musi szybko zyskać łaski nowego zwierzchnika. Nie można już mu ufać.

Bialik wstał i podszedł do biurka. Otworzył lewą szufladę i wyjął spory, zapieczętowany pakiet. Na laku niezwykle wyraźnie odbiła się treść biskupiej dewizy. Przeczytał ją półgłosem:

– Et Verbum caro factum est1.

– Jestem bluźniercą – wyszeptał do siebie Jakub. Dostrzegł pytające spojrzenie przyjaciela i pokręcił głową: – Nic, nic – zakaszlał. – Jednego tylko żałuję, Józiu. Kończy się konklawe. Chciałbym zobaczyć, kto zostanie nowym papieżem. Proszę Pana Boga, żeby pozwolił mi dożyć rozstrzygnięcia. Może pozwoli mi na to. Schowaj dobrze to, co ci dałem dla Rafała, i idź. Jeśli możesz, przyjdź jutro wieczorem. Pewnie nie byłeś w kościele, posłuchaj dzisiejszego listu. Na pewno ci się spodoba. Z Bogiem.

Sięgnął po dzwonek. Niemal natychmiast otwarły się drzwi, do pokoju wkroczył ksiądz Krzysztof. Jakub dzwonił jeszcze przez chwilę, choć znacznie ciszej. Sprawiał wrażenie, jakby kontemplował krystaliczną czystość dźwięku. Po chwili przestał.

– Odprowadź pana Józefa – rozkazał niemal zanikającym głosem. – Jestem zmęczony, muszę zasnąć.

– Z Bogiem, ekscelencjo – uśmiechnął się z trudem Bialik. Gdy odwracał się, zobaczył kątem oka, jak wskazujący palec biskupa drgnął, jakby Jakub chciał mu pogrozić. Nie usłyszał jednak nic.

Krzysztof przepuścił Bialika przodem i wyszedł za nim, zamykając za sobą drzwi.

•••

Bialik zamilkł. Po chwili dokończył:

– O wyborze dowiedziałem się, jak już wychodziłem z domu, od syna. Jakimś cudem złapałem taksówkę. Kierowca, gdy podjechałem pod kurię, odmówił pieniędzy. Powiedział: „Nareszcie coś się zmieniło”. Miał rację. Kiedy wszedłem do środka, powiedzieli mi, że biskup umarł, gdy przekazali mu wiadomość, że mamy naszego papieża. Odszedł spokojnie, po prostu zamknął oczy i przestał żyć.

Rafał słuchał Bialika ze smutkiem. Zapomniał o upokorzeniu, jakiego doznał, gdy Jakub wezwał go do siebie kilka tygodni wcześniej, aby odsądzić od czci i wiary, zapomniał o zażenowaniu jego listem, w którym biskup próbował za wszystko zadośćuczynić. Teraz została po nim już tylko pamięć.

Bialik sięgnął do swojej podróżnej torby i wydobył pakiet. Przyjrzał się jeszcze raz pieczęci i podał go Rafałowi. Wstał.

– Zostawiam księdza proboszcza. Muszę iść do Antoniego. Powiedziałem, że spotkam się ze wszystkimi po południu, pewnie czekają tam na mnie.

Uściskali się mocno.

– Dziękuję, panie Józefie. Będziemy się modlić za biskupa Jakuba. Bialik zdjął z poręczy krzesła swoją laskę. Oparł się na niej oburącz, całym ciężarem.

– Zgodzi się ksiądz na pogrzeb w Gródku? – zapytał nagle.

– Co za pytanie… – Rafał sprawiał wrażenie zaskoczonego. – Jeśli taka była jego wola, nie mnie ją zmieniać.

– Tym razem chyba to ksiądz będzie musiał zdecydować. Idę już. Z Bogiem.

– Z Bogiem.

Bialik wyszedł, mijając się w drzwiach z Dzikim. Kot płynnym ruchem otarł się o jego nogi i pięknym, idealnie wymierzonym susem wskoczył na biurko. Zawahał się, czy tam zostać, lecz szybko się zdecydował. Kolejny skok, w którym Dziki wydatkował absolutne minimum koniecznej energii – i już po chwili jego ogon zwisał bezwładnie z półki nad biurkiem. Rafał nie mógł się nie uśmiechnąć. Sięgnął po list. Obracał długą chwilę w dłoniach zapieczętowaną, pękatą od papierów kopertę, aż w końcu zdecydował się. Ostrożnie włożył ją do szuflady biurka, wstał i ruszył do sieni. Zarzucił na plecy kurtkę. Po chwili trzasnęły wejściowe drzwi. Dziki ani drgnął. Zapadła cisza.

U Antoniego przybycie Bialika skwitowano westchnieniem ulgi.

– Aleś się zapóźnił. – Pazdur zlustrował surowym spojrzeniem Bialika. – Już myśleliśmy dzwonić do syna, czy wyjechałeś.

Bialik ciężko usiadł. Antoni nalał mu herbaty z dzbanka. Bialik z wdzięcznością przyjął szklankę. Łyknął solidnie.

– Aleście napalili – zauważył. – Ledwo was widać, taki dym. Wszyscy spojrzeli na Bialika z troską. Pierwszy odezwał się Szymura.

– Józek, nie udawaj. Gadaj wszystko.

– Co mam gadać? – Bialik jakby się uparł, żeby grać im na nerwach. – Wszystko wiecie. Mamy papieża, ksiądz proboszcz oczyszczony z zarzutów…

– A biskup Jakub umarł – rozległo się od wejścia. W drzwiach stał Rafał.

Bialik poczuł się głupio.

– Księże proboszczu… – zaczął.

Rafał uciszył go jednym gestem.

– Biskup Jakub przed śmiercią wyraził wolę, by być pochowanym w Gródku – rzekł oficjalnie. – Podaję to na razie tylko do waszej wiadomości. Pewnie jutro przyjadą do nas z kurii. Proszę wszystkich o zastanowienie się nad tym, jak najlepiej przygotować się do ceremonii. Będziemy tu pewnie mieli wszystkich, którzy cokolwiek znaczą w diecezji, chyba że zdarzy się tak, że ci wszyscy zapomną o Jakubie wobec wyboru naszego papieża. O ile jednak pamiętam, obaj znali się raczej nieźle, więc ta druga możliwość jest mało prawdopodobna. Z Bogiem. Spotykamy się jutro w południe, wtedy będziemy może wiedzieli więcej. Tymczasem idę się pomodlić za księdza biskupa. Jeśli ktoś chce do mnie dołączyć, zapraszam.

Rafał odwrócił się i wyszedł. Nikt nie ruszył się z miejsca. Pierwszy ocknął się Antoni:

– Idziemy.

•••

Proboszcz siedział przy biurku w gabinecie. Leżący wciąż na półce Dziki nie spał, lekko przekrzywiając głowę, przyglądał się uważnie Rafałowi, oczekując na rozwój wypadków. Na biurku leżał wyjęty przed chwilą z szuflady, jeszcze zapieczętowany, gruby pakiet. Rafał przez chwilę się wahał, lecz wreszcie wziął go do ręki. Zdecydowanym ruchem złamał pieczęć, lak trzasnął cicho, okruchy rozsypały się po gładkim blacie. Pakiet krył w sobie dwie koperty, proboszcz wybrał cieńszą. Nożykiem rozciął papier i zaczął z trudem wczytywać się w chwiejne, rozstrzelone, często niewyraźne pismo biskupa.

Rafale,

tym razem ja oszczędzę sobie i Tobie upokarzających tłumaczeń i przeprosin. Idą trudne i ciekawe czasy. Jeśli moje przeczucia się spełnią i konklawe przyniesie radość, nieoczekiwaną dla innych, mniej świadomych – konieczna jest moja rada.

Tytus Liwiusz, którego tomem tak pochopnie i z wściekłością rzuciłem, gdy spotkaliśmy się ostatnio, napisał, że lepiej, aby bali się ciebie mądrzy wrogowie, niż wychwalali głupi współobywatele. Miał rację. Pamiętaj: jeżeli ktoś, kto stoi od ciebie wyżej, zwraca się do ciebie z prośbą, którą możesz spełnić – nie rób tego zbyt skwapliwie, bo uzna, że jesteś słaby, i następnym razem nie będzie już prosił, lecz zażąda. Jeżeli ktoś taki ci grozi – jest słaby i liczy tylko na to, że jesteś słabszy niż on. Jeżeli zaś grozi ci groźbą, której nie może spełnić – ma cię za głupca jeszcze większego niż on sam. Jeżeli wychwala i obiecuje godności – znaczy, że sam sięga po jeszcze wyższą godność i potrzebuje niewolnika. A jeżeli o nic nie prosi, niczego nie obiecuje i niczym nie grozi – jest godnym ciebie wrogiem. Wiedzieć, kogo się obawiać – to prawdziwa mądrość.

Proszę Cię, Rafale, o zgodę na pochowanie mnie w Gródku. To miejsce odmieniło i nawróciło nas obu: mistrza i ucznia – starego proboszcza Stanisława i mnie. Pamiętaj, to nie jest moja wola. To jest moja prośba, która może mieć swoje konsekwencje w przyszłości. Jeśli zdecydujesz się ją spełnić – niech pogrzeb będzie cichy i pozbawiony wszelkiej zbędnej celebry. Pomódl się za mnie. Mój przyjaciel Chaim mawiał, że gdy sprawiedliwy się modli – unosi do nieba modlitwy innych. Może inni też się za mnie modlą.

Jeszcze jedno. Wiem, kto może przejąć po mnie diecezję. W drugiej kopercie znajdziesz informacje, które będą bardzo użyteczne. Pomogą Ci przetrwać w miejscu, które chyba pokochałeś, wśród ludzi, którzy Cię przyjęli.

Niech Cię błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.

Jakub

Rafał odłożył list. Wziął do ręki drugą kopertę. Spojrzał na kota. Dziki znów leżał z zamkniętymi oczami. Jego prawa łapa i ogon zwisały bezwładnie za krawędź półki.

„Nic się nie zmieniło” – pomyślał. Nie mógł lub nie chciał zrozumieć Jakuba, który choć na łożu śmierci odżegnywał się od władania ludźmi – próbował już zza grobu zawładnąć Rafałem. Zerknął na zegarek, dochodziła druga. Starannie złożył zapisaną kartę, zdmuchując okruchy laku z biurka. Schował obie koperty do szuflady. W głowie już układał sobie to, co będzie mówił kurialistom.

Szturm na plebanię w Gródku rozpoczął się szybciej, niż Rafał przewidywał. Tuż przed czwartą podjechała czarna wołga. Zza kierownicy wysiadł Krzysztof, szybkim krokiem obszedł samochód i usłużnie otworzył drzwi. Z tylnego siedzenia wygramolił się diecezjalny ekonom, okrąglutki, niewysoki i na pierwszy rzut oka niezwykle jowialny. Rafał wiedział jednak skądinąd, że w wielu sprawach związanych z prowadzeniem finansów wykazywał się twardością i bezwzględnością kompletnie nieprzystającą do dobrodusznego wyglądu. Za nim wyskoczyli z samochodu dwaj kurialiści. Rafał obserwował scenę z ganku. Kurialiści wyprzedzili ekonoma. Bardziej niecierpliwy zwrócił się władczo do proboszcza:

– Ksiądz jest tutaj proboszczem? Gdzie tu jest cmentarz?

Rafał uśmiechnął się ciepło:

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Chyba powinien sobie ksiądz powtórzyć naukę o chrześcijańskich pozdrowieniach. Dobrze się składa, akurat za godzinę mam katechezę dla dzieci młodszych…

Kurialista zaczerwienił się z wściekłości. Nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, drugi złapał go za ramię, powstrzymując od nieopatrznej riposty. Do plebańskiego ogrodu wkroczył ekonom z Krzysztofem.

– Szczęść Boże, księże proboszczu – ekonom rozpromienił się tak, jakby całe życie marzył o tej chwili. – Cieszę się, że spotykam księdza, choć – przygasił nieco uśmiech – przykro mi niezmiernie, że odbywa się to w takich okolicznościach, w których nie wiadomo, czy bardziej radować się, czy smucić…

– Daj Boże – Rafał był samą serdecznością. – Zapraszam waszą dostojność księdza administratora na plebanię. Myślę, że ksiądz Krzysztof nie pogniewa się, jeśli poczeka chwilę ze swoimi towarzyszami na zewnątrz…

Krzysztof przełknął obrazę bez słowa. Wiedział doskonale, że miną miesiące, zanim Rafał zapomni mu feralny kwadrans w gabinecie Jakuba. Tak jak półtora roku wcześniej przysiadł na ławeczce. Przypomniał sobie, że odmawiał wtedy różaniec. Uświadomił sobie, jak dawno nie miał go w dłoniach. Sięgnął odruchowo do kieszeni pod sutannę, nie znalazł go jednak. Odwrócił się do księży:

– Pożyczycie mi różaniec?

Kurialiści spojrzeli po sobie z zakłopotaniem. Jeden z nich pokręcił przecząco głową. Krzysztof machnął z rezygnacją ręką, wstał i poszedł w stronę kościółka.

– Jak się ksiądz proboszcz miewa? Ze zdrowiem dobrze? – zatroszczył się ekonom, gdy usiedli już z Rafałem w gabinecie. – Pamiętamy, co się wydarzyło ostatnio, takie historie mogą mocno człowieka podkopać. Dobrze, że siostra księdza jest lekarką, najważniejsze mieć właściwą opiekę.

Rafał zignorował nutkę ironii w głosie zwierzchnika.

– Dziękuję waszej dostojności, chorowałem trochę, ale nic poważnego się nie wydarzyło. Zresztą zdrowie to w tej chwili mój najmniejszy problem.

Ekonom spojrzał czujnie:

– A jaki jest ten większy?

Troska na twarzy Rafała była aż nadto widoczna.

– Niech wasza dostojność mnie źle nie zrozumie, ale taka wizyta i w takiej chwili może zwiastować wszystko, nawet przeniesienie…

Jego dostojność poprawiła się na fotelu i od razu poczuła się pewniej.

– Oj, proszę księdza, nikt księdza proboszcza stąd nie zamierza przenosić. Widzi ksiądz – w głosie ekonoma zabrzmiała anielska łagodność – nasz świętej pamięci biskup był bardzo związany z tym miejscem. Nie będę wnikał w niepotrzebne szczegóły, teraz, w obliczu śmierci naszego pasterza, nie jest to istotne. W każdym razie ksiądz biskup Jakub chciał, by go pochowano w Gródku.

Przerwał, oczekując reakcji proboszcza. Rafał udał zakłopotanie:

– To zaszczyt dla mojej parafii, ale…

– Ale? – podchwycił ekonom.

Rafał pochylił pokornie głowę:

– Jeżeli taka była wola księdza biskupa Jakuba, to nawet gdybym miał cokolwiek przeciw, jakie miałoby to znaczenie? Ja tylko myślę z przerażeniem o tym wszystkim, co stanie się za chwilę, o kłopotach, o gościach, o naszym rozsypującym się z braku pieniędzy kościółku…

– No właśnie, no właśnie – zgodził się dziwnie łatwo ekonom. – Gdyby ksiądz nie miał nic przeciwko ceremonii, może moglibyśmy coś zaradzić na tutejsze problemy…

Rafał jakby nie słyszał tego, co powiedział ksiądz administrator, i ciągnął dalej:

– …organy ledwie grają, a przecież to zabytek, prawie jak u bernardynów, tylko mniejsze…

– Niech się ksiądz nie martwi – przerwał gwałtownie ekonom – zobaczymy, co da się zrobić. Na pewno pomożemy.

Rafał westchnął rozdzierająco.

– No tak, wasza dostojność pewnie nie pamięta, już raz zwróciłem się do kurii o pomoc w sprawie dzwonnicy…

– Ta sprawa została załatwiona pozytywnie – szybko oświadczył ekonom. – Może ksiądz liczyć na zwrot środków, jakie wydatkował ksiądz na remont. Cieszymy się bardzo, że ksiądz poradził sobie tak doskonale…

– …kosztem najuboższych, czyli parafian – wpadł mu w słowo Rafał.

– A to tylko prace zabezpieczające, bo mało brakowało, żeby kościółek się rozsypał. Wiem, wiem, słyszałem, że diecezja miała w ostatnim okresie wiele innych, nieprzewidzianych wydatków…

Ekonom przyglądał się z rosnącym zaskoczeniem Rafałowi. Szybko zdusił w sobie myśl, że wie on na temat ostatnich wydatków biskupa Marka znacznie więcej, niż powinien. Postanowił wypuścić próbny balon.

– Owszem, diecezja zawsze ma sporo wydatków, ale ksiądz chyba nieco przesadza. Przecież sytuacja nie jest aż tak zła. Zresztą nie wiem, czy przy księdza przedsiębiorczości jakakolwiek większa pomoc byłaby na miejscu, świetnie sobie ksiądz radzi.

– Już to słyszałem – uciął stanowczo Rafał. – Skoro tak, wypada mi tylko przyglądać się biernie ceremonii, zgłaszając moje obiekcje co do całej sytuacji dziekanowi, jak również pisząc stosowne listy…

„Wie! Jakimś cudem wie o testamencie i pieniądzach!” – zakołatało w głowie administratorowi. Zrozumiał, że wybrał fatalną taktykę i zaczyna przegrywać. Rozpaczliwie szukał jakiegoś rozwiązania, które oddaliłoby widmo nieuchronnej negocjacyjnej porażki z gródeckim proboszczem. Nieoczekiwanie ratunek przyszedł od samego Rafała.

– Wasza dostojność doskonale zdaje sobie sprawę, jak wielka odpowiedzialność ciąży na nas w takiej sytuacji. Pozwoli ksiądz administrator, że nim podejmę decyzję, wysłucham opinii mojej Rady, która reprezentuje przecież wszystkich parafian. Czy zgodzi się ksiądz na to, by odroczyć swoją decyzję do jutra? Będę niezwykle zobowiązany.

– Tak, oczywiście – zgodził się skwapliwie administrator. – Spotkajmy się jutro o tej samej porze.

– Będę również zobowiązany – uśmiechnął się Rafał – jeśli ksiądz administrator będzie pamiętał o swoich obietnicach. Oczywiście, jak rozumiem, zadbałby ksiądz nie tylko o wygląd naszego pięknego, choć bardzo zniszczonego przez czas kościoła, ale i o godziwy pochówek świętej pamięci księdza biskupa? Mówię tutaj o niebagatelnych kosztach związanych z odpowiednim dla tak znakomitej postaci grobowcem…

Ekonom zamachał rękami, jakby opędzając się od podobnych, niecnych myśli.

– Powiedziałem, nie cofnę. Jeśli ksiądz zechce, potwierdzę to publicznie.

– Wasza dostojność żartuje – zgorszył się proboszcz. – Nigdy nie śmiałbym zwrócić się do księdza administratora o coś takiego. Przecież ksiądz zastępuje świętej pamięci księdza biskupa, a kto wie, może kiedyś na dobre zajmie jego miejsce? Tak czy owak, jest ksiądz moim zwierzchnikiem.

Administrator zerknął spode łba na Rafała. Był niemal pewien, że rozmówca kpi sobie z niego. W kolejce do sukcesji był na co najwyżej szóstym miejscu i w diecezji wiedzieli o tym niemal wszyscy. Szybko porzucił jednak te rozważania jako bezcelowe. Spotykał się z racji swego urzędu z rozmaitymi ludźmi, na ogół łatwo dawali się rozszyfrować, ale proboszcz gródecki był inny, trudno go było podejść i jeszcze trudniej zrozumieć. Administrator ostatecznie porzucił przekonanie, że w rozmowie proboszczowi szło tylko o wykorzystanie sytuacji do poprawy finansów parafii. Wstał. Rafał również podniósł się z krzesła.

– Jesteśmy umówieni, księże proboszczu. Bóg zapłać za poświęcony mi czas – spojrzał na Rafała bez wcześniejszej jowialności.

– Ależ, księże administratorze… już ksiądz odjeżdża? Nawet ksiądz herbatki u mnie nie wypił – sumitował się gospodarz. – Zgodzi się ksiądz przyjąć zaproszenie na jutrzejszy obiad jako skromną rekompensatę za dzisiejszy brak gościnności?

Ekonom wyciągnął dłoń do Rafała.

– Szczęść Boże, księże proboszczu. Nie wiem, czy uda mi się zostać, ale liczę na to.

Uścisnęli sobie dłonie. Ekonom wyszedł sam z plebanii. Jednym gestem zgarnął swoich podwładnych i wsiadł do samochodu. Wołga ruszyła gwałtownie. W głowie dostojnika niedowierzanie szło o lepsze z podziwem. „Do jutra muszę za wszelką cenę wiedzieć wszystko, ile wie – i skąd. Inaczej przepadnę. Kto by się spodziewał. Dobrze, że siedzi w tym Gródku, a nie u nas…”

Rafał odczekał chwilę w gabinecie. Chyba po raz pierwszy zamknął drzwi od środka na klucz i sięgnął do szuflady. Wydobył z niej listy od Jakuba. Oglądał przez dłuższą chwilę grubszą kopertę. Wahał się długo, lecz w końcu się zdecydował. Rozciął papier. Wewnątrz znajdował się gruby plik podpisanych i opieczętowanych dokumentów, jakieś listy i kwity. Zaczął je przeglądać, najpierw z zaciekawieniem, potem ze zdumieniem, wreszcie z przerażeniem.

Pół godziny później wyszedł z plebanii i skierował się w stronę kościoła. Przed świątynią czekały już dzieci.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – wrzasnęły zgodnie.

– Na wieki wieków, amen – Rafał uśmiechnął się, przypominając sobie nieszczęsnego kurialistę.

Najbardziej rezolutny z siedmiolatków zerknął na Rafała.

– Księże proboszczu, a zagra nam ksiądz na organach Misia Uszatka?

Rafał zamyślił się głęboko, zmarszczył brwi i podparł dłonią brodę. Kilkanaście par oczu obserwowało go z absolutną uwagą.

– Dobrze – zdecydował. Gestem uciszył radosny wrzask. Spojrzał z wysokości swoich dwóch metrów na grupę dzieciaków. – Ale pod jednym warunkiem – zawiesił głos. Znów poczuł na sobie uważne spojrzenia. – Porozmawiamy dzisiaj o tym, co to jest ukrywanie grzechów, a wy poradzicie mi coś. Zgoda?

– Taaaaaak!!!! – chórem wrzasnęły dzieci.

Weszli do kościoła.

•••

Południowe spotkanie z Radą zaczęło się zaskakująco. Gdy Rafał wszedł do jadalni Antoniego, gdzie spodziewał się zastać wszystkich – zobaczył tylko puste krzesła. Na stole, przy miejscu, które zwykł zajmować organista, Rafał znalazł dużą, wyrwaną ze szkolnego brulionu kratkowaną kartkę. Z rozbawieniem przeczytał: „JESTEŚMY NA CMENTARZU”. Trzymając ją w dłoni, wyszedł z domu. Do cmentarzyka było niedaleko. Przy bramie pod lipą zobaczył dyskutującą zażarcie Radę. Ucichli, gdy zobaczyli jego minę.

– To wy żyjecie? – proboszcz udał przejętego. Pokazał trzymaną w ręku kartkę.

Pierwszy zorientował się Antoni. Zachichotał.

– Wola Boża – skwitował.

Pozostali zaśmiali się. Pazdur wyjął z kieszeni długopis.

– Niech ksiądz proboszcz da – zażądał. – Podpiszemy się, a ksiądz proboszcz będzie nas po kolei odkreślał. Kartkę ksiądz powiesi sobie w ramkach w gabinecie.

Rafał niepewnie spojrzał na pozostałych. Nie wiedział, czy żart nie posuwa się za daleko. Stojący obok Bialik wziął go pod ramię.

– Ksiądz proboszcz przecież obiecał kiedyś, że będzie chował naszych zmarłych – przypomniał. – Tutaj ludzie pamiętają, że każdy umrze, i nikt się temu nie dziwi. Przychodząc na świat, podpisujemy weksel, spłacamy go, jak umieramy. Niech mu ksiądz da ten papier.

– Weksel wekslem – proboszcz otrząsnął się z przerażającej myśli o nieuchronnej utracie przyjaciół i podał Pazdurowi kartkę – ale musimy radzić, jak i gdzie pochowamy księdza biskupa. Biskup Jakub, gdy pozostawił mi wolną rękę w kwestii pogrzebu, chyba dał mi prezent. Administratorowi tak bardzo zależy, żebym się zgodził, że – powiem ze wstydem – postanowiłem zostawić na boku skrupuły i coś dla parafii zyskać. Koszty pogrzebu będą po ich, a nie po naszej stronie, do tego postaram się o jakieś środki na kościół. Nie mówiłem, ale zeszłej zimy starałem się w kurii o pieniądze na dzwonnicę. Nic wtedy nie dali, ale teraz ksiądz administrator, gdy usłyszał, że sam nie dał, oznajmił, że zwróci koszty. Trzeba będzie złapać go za słowo i przypilnować, a te pieniądze pójdą na bieżące naprawy, może nawet na wymianę instalacji. Jeżeli uda się wydostać więcej, wymienimy gont na całym kościółku, spróbujemy ściągnąć konserwatora i doprowadzić do świetności wnętrze. A gdyby udało się wydostać jeszcze więcej…

Antoni westchnął tak, że wszyscy spojrzeli na niego zdziwieni. Zorientowali się jednak szybko.

– Organ… – pokiwał głową Antczak. – Wszyscy wiemy, że tu księdza boli. Zastanowimy się, jak temu zaradzić.

– Na razie nic nie mamy – ściągnął ich na ziemię jak zwykle pragmatyczny Szymura. – Teraz trzeba ustalić, w którym miejscu chowamy księdza biskupa. Nie chciał być pochowany w katedrze, wolał tutaj. Ładnie nawet z jego strony. Byłem tam kiedyś, kościół piękny, ludzi mnóstwo. Częściej by go tam odwiedzali.

– Gdzie tam – sprzeciwił się Golik. – Widziałeś, żeby w katedrze ktoś odwiedzał grób jakiegoś biskupa i się za niego modlił? Tu, na cmentarzu, to co innego. Niejeden lampkę zapali, choćby go i nie znał. A tutaj ludzie pamiętają, jak przyjeżdżał, jak Stanisława chował…

– Biskup Jakub miał wielu przyjaciół – odezwał się Bialik. – Na pogrzebie będzie tłum.

– Wrogowie też będą, nie martw się – Antczak przerwał, bo krążąca wśród Rady kartka z podpisami trafiła do niego.

Stojący obok Huczka pochylił się i podstawił mu plecy. Antczak mruknął podziękowanie i podpisał się. „Pół roku temu prędzej by się pobili” – pomyślał z satysfakcją Rafał. Tymczasem Antczak przekazał kartkę z długopisem dalej i dokończył:

– Wychodzi na to, że tłum będzie ze dwa razy większy. Jeszcze esbeków dolicz… A dla księdza biskupa tu widzę ładne miejsce, przy tej lipie. Sam bym się tam położył.

– To się połóż, póki jeszcze dziury nie ma – mruknął Golik. – Zaraz gadanie będzie, że pod płotem księdza biskupa chowamy. Godniejsze miejsce trzeba znaleźć.

– W tym problem – odezwał się Rafał.

Rozmowy ucichły. Stali nadal przy bramie, na lekkim podwyższeniu, z którego widać było cały teren cmentarza. Rafał długo patrzył na piękne stare lipy, z których sypały się na groby małe złote listki. Z ociąganiem odwrócił wzrok.

– Wiem, że otoczenie biskupa chciałoby pochować go jak najbliżej kościółka, może nawet przy prezbiterium…

– Jakże to? – obruszył się zdegustowany Pazdur. – Żeby procesje po nim deptały? Albo kawalerka, co to się wymyka małą bramką, żeby zapalić?

– Powiedziałem, że chciałoby – przerwał proboszcz. – Nie powiedziałem, że się zgodzę. Jeśli Jakub chciał być pochowany w Gródku, to na cmentarzu. Jest miejsce obok Stanisława.

– Zarezerwowane dla proboszczów – uśmiechnął się Antoni.

– Obok leży proboszcz Albert. Proboszcza Jana pochowali w mieście. Ustąpi ksiądz swojego miejsca biskupowi?

– Jak trzeba będzie, to ustąpię. A mnie pochowają o, tam, pod płotem po drugiej stronie. Cicho i spokojnie.

– Chce ksiądz leżeć obok Nieczujowej? – zdziwił się Hunia.

– A jeśli nawet, to co? Dlatego że, jak mówicie, była wredna jak rzadko? O umarłych dobrze albo wcale.

– Nie w tym rzecz. – Antoni zerknął na proboszcza filuternie.

– Jak w dniu Sądu ksiądz proboszcz wstanie z grobu, a obok Nieczujowa, wie ksiądz, jaka będzie awantura, gdy zorientuje się, ile czasu leżała przy księdzu?

Rafał machnął zrezygnowany ręką:

– Niech wam będzie. Na razie jednak chowamy biskupa Jakuba, nie mnie. Miejsce w kwaterze proboszczów, lepszego nie ma. Dzisiaj znów przyjeżdża ekonom, będziemy rozmawiać. Wszystko jasne, więc idę. Z Bogiem, panowie.

– Księże proboszczu – usłyszał zza pleców głos. Odwrócił się. Bialik trzymał w ręku coś białego.

– Lista – przypomniał.

Rafał wziął od niego kartkę. Pod koślawym napisem „JESTEŚMY NA CMENTARZU” widniało dziesięć nazwisk. Proboszcz przyglądał się im przez chwilę.

– Coś do pisania – zażądał.

Pazdur podszedł do proboszcza i podał mu długopis. Rafał jeszcze raz przyjrzał się kartce i po króciutkim wahaniu podpisał się pod dwiema kolumnami nazwisk. Oddał długopis Pazdurowi i trzymając w ręku kartkę, bez słowa ruszył w stronę plebanii. Wszyscy w milczeniu patrzyli za nim, aż zniknął za rogiem domu.

•••

– Szczęść Boże, księże proboszczu. – Uśmiechnięty szeroko ekonom sprawiał wrażenie, jakby przez całe dwadzieścia cztery godziny od ostatniej wizyty marzył o spotkaniu z Rafałem co najmniej tak, jak nastolatek marzy o pierwszej randce. – Cieszę się, że znów widzę księdza. Jak zdrowie?

Przed dojmującym wrażeniem déjà vu broniła Rafała tylko pogoda. Wkrótce po powrocie Rady z cmentarza niebo zaniosło się chmurami i zaczęło mocno padać. Świta kurialnego ekonoma, widocznie pouczona przez zwierzchnika, odprowadziła go z parasolem do drzwi plebanii i nie licząc na życzliwe przyjęcie, schroniła się w samochodzie.

– Daj Boże waszej dostojności. – Rafał przywitał się z administratorem. – Może zaprosimy księży na jakąś herbatę? Przecież nie będą siedzieli w aucie.

Administrator skrzywił się nieco:

– Wolałbym, żebyśmy zostali sam na sam.

– W takim razie niech idą do organisty, poprosiłem jego córkę, żeby przygotowała coś dla gości. My poradzimy sobie tutaj.

– Jak ksiądz uważa – mruknął niechętnie ekonom.

Rafał zabrał z sieni swój nieśmiertelny parasol z wystającymi drutami i zszedł do samochodu. Po chwili trzy ubrane na czarno sylwetki pochylone pod naporem wiatru i ulewy przemknęły w stronę domu Antoniego. Rafał wrócił na plebanię na tyle szybko, by usłyszeć charakterystyczne skrzypienie domykanej pośpiesznie prawej szuflady biurka. Pomacał sutannę na wysokości serca – klucz od lewej szuflady nadal spoczywał bezpiecznie w kieszeni jego koszuli. Wszedł do gabinetu. Ekonom siedział już spokojnie w fotelu, kontemplując regał z książkami. Spojrzał niewinnie na proboszcza. Rafał uśmiechnął się serdecznie.

– Księża są już bezpieczni u organisty, a wasza dostojność napije się herbaty? Może jakieś ziółka? Lipa z maliną, najlepsza na taką pogodę.

– Niech będzie lipa z maliną – zgodził się ekonom.

Rafał wyszedł do kuchni. Kilka minut później wrócił z dzbankiem i dwiema filiżankami. Po gabinecie rozszedł się zapach ziół. Za chwilę na stole pojawił się mały dzbanuszek z malinowym sokiem.

– Lipa jest z cmentarza – poinformował od niechcenia Rafał.

– Ludzie chętnie zbierają kwiaty lipy właśnie tam. Mówią, że największe i że pachną najpiękniej, ale ja myślę, że chodzi o coś innego. Tam leżą wszyscy ich bliscy, od pokoleń. To mała wieś. Ci ludzie wierzą, że czasami zmarli mogą pomóc bardziej niż żywi…

– Co ksiądz ma na myśli? – ekonom zerknął czujnie na Rafała.

Proboszcz, nieporuszony, tkwił na swoim krześle przy biurku.

– Nic. Może tylko to, że trzeba szanować wolę zmarłych, zwłaszcza tych, którzy odeszli z jasnym umysłem i od lat przygotowywali się na śmierć.

Ekonom zrozumiał. Postanowił zagrać w otwarte karty.

– Widzę, że ksiądz zna testament biskupa. Nie wiem, dlaczego świętej pamięci biskup Jakub ofiarował Gródkowi taki prezent, ale nie pozostaje mi nic innego, jak uszanować jego wolę. Powiem księdzu coś, co może przekraczać księdza zdolności pojmowania. Biskup Jakub starannie dobierał sobie przyjaciół i jeszcze staranniej wrogów. Poprzestawał na naszej diecezji, lecz mógł zrobić wielką karierę w Kościele…

– Biskup Jakub mówił tak samo o poprzednim proboszczu – zauważył Rafał. – To chyba taka figura retoryczna?…

Administratora rozbawiła naiwność wiejskiego proboszcza. Sięgnął po dzbanek, chcąc rozlać zioła. Rafał powstrzymał go spojrzeniem.

– Jeszcze kilka minut, musi dobrze naciągnąć.

Ksiądz administrator cofnął rękę i tuszując swój poprzedni gest, przesunął nieco w prawo pustą jeszcze filiżankę. Poprawił się na krześle.

– Na czym to ja skończyłem? A, na karierze. Biskup Jakub mógłby być kardynałem, mógłby wybierać papieży, gdyby tylko tego chciał. Miał przyjaciół wśród najwyższych dostojników i cieszył się wielkim szacunkiem. Może ksiądz być pewny, że Gródek stanie się bardzo ważnym miejscem na czas pogrzebu biskupa i pewnie jeszcze długo potem.

– I stąd starania księdza administratora o to, by uroczystość wypadła godnie i pięknie, a kościółek zyskał w najbliższych latach nowy blask?

Administrator znów zawahał się pomiędzy ironiczną treścią a pełną powagi formą wypowiedzi Rafała. Przyglądał mu się bacznie, ale w oczach proboszcza nie mógł wyczytać absolutnie nic. Postanowił jak najszybciej zakończyć rozmowę o interesach.

– Tak. Te starania będą bardzo intensywne, póki jestem administratorem. Dlatego postanowiłem przeznaczyć znaczne kwoty na organizację uroczystości i zagwarantować księdzu proboszczowi pieniądze potrzebne na bieżące naprawy kościółka, a w późniejszym czasie również na jego renowację…

Rafał z nieruchomą twarzą słuchał ekonoma. Wiedział doskonale, że jego szanse na dłuższe pozostanie administratorem diecezji są czysto iluzoryczne.

– Ksiądz administrator musi pamiętać, że na czasie zależy nam obu – zauważył mimochodem. – Kto wie, co z nami będzie za rok czy dwa…

Ekonom po raz kolejny poczuł, że niechęć do Rafała przegrywa z podziwem.

– Ma ksiądz rację – przyznał. – Dlatego wymienię kwotę, którą jestem w stanie w tej chwili przekazać na, powiedzmy, zaopatrzenie parafii w najbliższych latach.

Rafał sięgnął po dzbanek i rozlał napar. Zapachniało przepięknie. Ekonom sięgnął do aktówki i wydobył z niej kartkę papieru. Nakreślił na niej kilka cyfr i podsunął Rafałowi. Proboszcz nawet nie spojrzał na kartkę zajęty kontemplowaniem cudownego bukietu zapachów, jaki wydobywał się z filiżanek.

– Wybrałem już miejsce na grób świętej pamięci biskupa – zmienił temat. – Jest pięknie położone, obok gródeckich proboszczów. Ksiądz biskup Jakub bardzo przyjaźnił się z poprzednim proboszczem Stanisławem, mówią, że ich rodziny też się znały. Od dzisiaj podejmujemy prace. Żyje tutaj pewien kamieniarz. Ludzie mówią, że z Panem Bogiem jest trochę na bakier, ale gdy widzę, jak pracuje, wiem na pewno, że bzdury gadają. Te kamienne krzyże, które są na cmentarzu, to jego.

Ekonom łyknął naparu.

– Nie jest ksiądz ciekaw, jaką kwotę przekażemy?

– Nie znam się na tym – rozłożył ręce Rafał. – Mam w Radzie ludzi tak biegłych w rachunkach, że mogę sobie na to pozwolić. Domyślam się, że ksiądz administrator wymienił tam kwotę, która i księdza, i mnie nie skompromituje w ich oczach…

Ekonom, pokonany, zabrał kartkę i dopisał coś na niej.

– Tak lepiej? – spytał.

Rafał z trudem utrzymywał powagę, lecz konsekwentnie nie patrzył na papier.

– Mówiłem już, nie wiem. Jestem księdzu administratorowi wdzięczny za jakąkolwiek pomoc, której zechce mi udzielić. – Sięgnął po kartkę i złożył ją na czworo. Wysunął prawą, pustą szufladę i wrzucił do niej papier. – Te środki, mam nadzieję, zostaną przekazane niezwłocznie. Smakuje księdzu ekonomowi lipa?

Administrator ostatecznie wyzbył się niechęci. Ogarnął go profesjonalny podziw. „Przegrać z kimś takim to nie wstyd” – pomyślał. Łyknął jeszcze raz. Poczuł, że opada z niego wszelkie napięcie.

– Doskonała. Cieszę się, że interesy mamy za sobą. Teraz możemy porozmawiać o sprawach organizacyjnych…

Godzinę później ekonom w towarzystwie Rafała szedł do domu Antoniego. Deszcz przestał padać, wiatr rozwiewał ostatnie chmury. Zapukali, otworzył im gospodarz.

– Przyszedłem po moich księży. Są tutaj czy gdzieś się wypuścili? – ksiądz administrator sprawiał wrażenie kompletnie rozluźnionego.

– Są, są. – Trochę zaskoczony Antoni poprowadził obu do jadalni. – Liczę, że wasza dostojność z towarzyszami zostaną na obiedzie.

Administrator poczuł, że jest głodny. Z kuchni dolatywały wspaniałe zapachy. Z trudem oparł się pokusie.

– Bóg mi świadkiem, chciałbym, ale nie mogę. Musimy szybko jechać. Pozałatwialiśmy z księdzem proboszczem sprawy, wszystko ustalone. Co się odwlecze, to nie uciecze. Bóg zapłać za zaproszenie, jeszcze z niego skorzystamy.

Księża niechętnie wstali zza stołu, pożegnali się i ruszyli za zwierzchnikiem. Wyszli pierwsi. Ekonom stanął w drzwiach i odwrócił się na chwilę do Rafała:

– Podziwiam księdza proboszcza. Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi. Z Bogiem.

– Bóg zapłać za wszystko. Nasze spotkanie było dla mnie prawdziwą przyjemnością i nauką. Będziemy w kontakcie, księże administratorze.

– Tak, tak. Przyślę kogoś do księdza.

Gdy kurialna wołga odjechała, Antoni wciągnął Rafała z powrotem do środka.

– Niech ksiądz natychmiast się przyzna, co ksiądz znowu nabroił?

Rafał zachował kamienną twarz.

– Msza święta w piątek o jedenastej. Potem eksporta i pogrzeb, wszystko poprowadzi ksiądz administrator, ja będę na szczęście tylko statystą. Na cmentarzu wymurują małą piwniczkę, kuria pokrywa koszty, dzisiaj przyślą ludzi. Tylko że muszę szybko iść zamówić płytę i obelisk do Romanika, a on jakoś mnie niespecjalnie lubi…

– Bo mówi, że ksiądz mu psa czaruje. Pamięta ksiądz, co było, kiedy poszliśmy z wizytą duszpasterską? Jak zobaczył, że ten jego wariat rwie się z łańcucha i ujada, nawet był zadowolony i kto wie, czy by nas nie przyjął. Ale jak zrozumiał, że rwie się po to, żeby się witać i księdza po rękach lizać, to żałowałem, że ksiądz mówi do zwierząt, a nie do ludzi… Ja z nim wolę jak najdalej. Najlepiej niech ksiądz idzie z Hunią, tego od zawsze szanuje, to na wszystko się zgodzi.

– Tak zrobię. To idzie na nasz rachunek. I jeszcze mam taką sprawę. Trzeba powiedzieć Radzie, że potrzebuję w tym tygodniu wstępnej wyceny wszystkich prac, które trzeba zrobić przy instalacjach i przy samym kościółku. Elektryk, może pan Bolek, na pewno pan Roman. Jeżeli mam wyciągnąć jakieś pieniądze – muszę wiedzieć, ile i na co.

Antoni potwierdził.

– A organ wolny? – zapytał nieśmiało.

– Niech pan idzie grać, panie Antoni, ja pogram wieczorem, po mszy – uśmiechnął się Rafał. – Teraz muszę iść po Hunię i do Romanika.

•••

Dom Romanika stał tuż za cmentarnym murem, oddzielony od niego tylko wąską drogą pokrytą resztkami starego, przerośniętego trawą bruku. Rafał i Hunia szli pomiędzy olbrzymimi kałużami. Minęli ganek i doszli do bramki w ogrodzeniu, tuż za węgłem domu. Zatrzymali się.

– Ksiądz pierwszy – oświadczył Hunia. – Romanik często psa spuszcza. Mnie ta bestia zagryzie, księdza może najwyżej zalizać.

Rafał pchnął furtkę i bez wahania wszedł na podwórko. Sekundę później rozległ się przeraźliwy skowyt. Potężny wilczur wybiegł z szopy i rzucił się w stronę intruzów. Hunia bez specjalnego zdziwienia obserwował psa, który zamiast zaatakować, przypadł do nóg proboszcza i zachowywał się jak piszczący, zachwycony światem szczeniak.

– Pop przyszli psa mi czarować – rozległo się od strony szopy.

Zza wrót wyłonił się Romanik. Ciemnowłosy, drobny, niemal wątły, z niewielkimi dłońmi, zupełnie nie pasował do powszechnego wyobrażenia o kamieniarzach. Ci nieliczni, którzy znali Romanika bliżej, wiedzieli jednak o jego nieprawdopodobnej sile. Powszechnie znana była za to jego niechęć do duchownych. Na ogół traktował ich chłodno i z dystansem, ale bez jawnej wrogości. Wyjątek robił dla Rafała od czasu jego pamiętnej, nieudanej duszpasterskiej wizyty. Teraz przyglądał się psu, starannie omijając wzrokiem proboszcza. Przez ułamek sekundy spojrzenia mężczyzn spotkały się jednak. Wyraz ciemnych oczu Romanika nie zapowiadał gościnnego przyjęcia.

Rafał wyprostował się, zostawiając u swoich stóp psa, który leżał już na grzbiecie i wystawiał brzuch do pieszczot. Wyglądało na to, że misja spaliła na panewce, nim jeszcze na dobre się rozpoczęła. Proboszcz postanowił jednak spróbować.

– Szczęść Boże, panie Romanik – pozdrowił gospodarza.

Kamieniarz konsekwentnie ignorował Rafała. Zerknął na Hunię i nieznacznym skinieniem głowy odpowiedział na jego milczące pozdrowienie.

Rafał nie rezygnował.

– Przyszliśmy zamówić robotę – odezwał się spokojnie.

Romanik skrzywił się w namiastce uśmiechu, ale nie odezwał się ani słowem. Rafał również milczał. Pies poderwał się nagle i pognał w stronę domu. Romanik po raz pierwszy zatrzymał na dłużej wzrok na księdzu.

– Robotę, powiadacie? Pewnie nagrobek chcecie dla tego biskupa, co to umarli?

Rafał potwierdził, nie spuszczając oczu z kamieniarza. Romanik nagle roześmiał się.

– I na co ta moja robota by była? Wy żywych nie szanujecie, a zmarły dla was kopniaka niewarty. Pochowa taki człowieka, a zaraz i z grobu wyrzuci…

Milczący dotąd Hunia nie zdzierżył.

– Durnyż ty, Romanik, ne pobaczyw co jegomost’ z dobrom slowom pryszli? – wycedził wściekle.

Romanik zmierzył wzrokiem Hunię. Wolno, z namysłem rzekł:

– Ciebie, Hunia, szanuję, i dobrze pop zrobili, że z tobą przyszli, boby nawet ja nie wyszeł do nich. Może i z dobrym słowem, ale interes do mnie mają, to teraz niech na podwórku jak ten głupi stoją.

Rafał z trudem się opanował. Odetchnął głęboko i spróbował znowu.

– Panie Romanik, prawda. Chciałem zamówić pomnik na grób biskupa Jakuba. Na dniach go u nas, w Gródku, będą chować, a pan jest dobrym kamieniarzem.

Romanik skrzywił się ironicznie.

– To ja sam, bez popa wiem. Roboty mojej szkoda. Idy, pop, idy. Z Bohom, Hunia.

Odwrócił się i ruszył w stronę warsztatu. Rafał zapomniał się kompletnie. Spojrzał na plecy Romanika i wypalił:

– Zawiw mne, Hunia, w takoje miste, kde gospodar ze wsem powadiłsa i nikoho ne uważejet, a na sobaku serdywsia, bo ne taki durny kak jeho pan. Boh s wami, Romanik.

Romanik zastygł w pół kroku. Nie zwrócił nawet uwagi na psa, który pojawił się nagle i wielkimi susami, z potężną kością w pysku, sadził ku Rafałowi. Wilczur upuścił kość pod nogi księdza i spojrzał w górę. Rafał pogłaskał grube, zbite futro, pies wyraźnie zadowolony chwycił kość i pognał z powrotem. Ksiądz kątem oka pochwycił zdumione spojrzenie Huni.

– Chodźmy – odezwał się. – Nic tu po nas.

– Ne – rozbrzmiało stanowczo. Romanik odwrócił się i równie surowo jak poprzednio spojrzał na Rafała. Niespiesznie podszedł do mężczyzn. – Robota to robota – skwitował. – Maty kazali: kto drugich liubit’, toho Boh liubit’. Ja ludzi nie lubię, bo co inne w głowie, co inne na języku, a popi najgorsi. To i Bóg mnie nie lubi. Wy chociaż prawdę w oczy mówicie. Co mi tam, dla kogo robić trzeba. Marnować roboty tylko nie umiem, a jak dla obcych krzyże ja rzeźbił, to zaraz inni obcy je przewracać chcieli. Chodźcie do domu. Przysięga pod niebem, interes pod dachem.

Godzinę później Hunia z proboszczem opuścili dom Romanika. W milczeniu przeszli przez podwórko. Pies nie odprowadził ich, leżał z zamkniętymi oczami na kamiennej płycie, grzejąc się rozkosznie w resztkach październikowego słońca. Rafał odryglował furtkę i obaj z Hunią wyszli znów na błotnistą, pełną kałuż drogę. Pierwszy nie wytrzymał Hunia.

– A jednak strach trochę – mruknął. – Ksiądz tak wszystkim wierzy, a kto wie, co Romanik na pogrzeb biskupa wymyśli.

Rafał zdziwił się nieco.

– Przecież to pana przyjaciel. Co ma wymyślić?

Hunia zatrzymał się tak nagle, że Rafał, idący za nim o pół kroku nie zdążył wyhamować i omal nie wepchnął go w kałużę. Mężczyzna odwrócił się do proboszcza.

– Wie ksiądz, że Romanik ma za co nienawidzić ludzi. Nas też.

– A nas za co? – zainteresował się Rafał.

Hunia nie odpowiedział. Ruszyli dalej. Po dłuższej chwili proboszcz przerwał milczenie.

– Gdybym nie wierzył ludziom i nie wierzył w ludzi, musiałbym przestać być księdzem. Z Romanikiem mamy umowę na piśmie: płacimy za robotę i dzierżawę. Nagrobek jest nasz, póki pod nim na naszym cmentarzu będzie leżał biskup. Nie będzie leżał, Romanik zabiera nagrobek i zwraca połowę za materiał. Prosta sprawa. Może i dziwne, ale co z tego?

– I zgodził się ksiądz, żeby to on wymyślił wszystko. Skąd ksiądz wie, co zrobi? Przywiezie i zamontuje pomnik rano przed pogrzebem, nie będzie czasu na zmianę.

Rafał zniecierpliwił się.

– Panie Hunia, dlaczego ja bardziej mu wierzę niż pan? Jeśli się zawiodę, trudno, moja decyzja, moja odpowiedzialność. Tymczasem czekamy. I tak nie dałoby się niczego zmienić, za mało mamy czasu. I powiem panu jeszcze coś. Romanik nie szanuje żywych, ale szanuje zmarłych. Dlatego dziwnie spokojnie czekam na pogrzeb.

Hunia nie wydawał się przekonany, ale zmilczał. Rozstali się przed plebanią.

– Boh s wami, Hunia – uśmiechnął się proboszcz.

– Idy, pop, idy – wycedził Hunia lekceważąco, idealnie naśladując skrzypiący głos Romanika, i skierował się w stronę rynku.

Rafał zaśmiał się pod nosem. Spojrzał na trzymany w ręku papier opatrzony trzema podpisami i jeszcze raz przeczytał treść umowy. Pokręcił po raz kolejny z niedowierzaniem głową i wszedł do środka.

•••

W dzień pogrzebu Jakuba Rafał obudził się sporo przed świtem. W szyby siekł deszcz. Kot spał spokojnie i nawet nie drgnął, gdy proboszcz delikatnie przeniósł go na skraj łóżka, a sam cicho wstał. Kilkanaście minut później okutany w starą wojskową pałatkę, w gumiakach szedł w stronę cmentarza. Lało niemiłosiernie, ale Rafał z determinacją brnął przez błoto i kałuże. Głośny szum padającego deszczu zagłuszał człapanie olbrzymich butów.

Po chwili Rafał pchnął skrzypiącą żeliwną furtkę i wszedł na cmentarz. Mała kieszonkowa latarka oświetliła miejsce, w którym miał spocząć biskup. Piwniczka była starannie zakryta brezentem, o który obijały się głucho krople. Murarze przysłani z kurii spisali się na medal, choć czasu mieli naprawdę mało.

– Przyszli się pomodlić za biskupa? – rozległo się nagle.

Rafał aż podskoczył. Odwrócił się gwałtownie. Strumień światła trafił wprost w Romanika, który osłonił oczy przed blaskiem. Z westchnieniem ulgi ksiądz zgasił latarkę.

– A pan, panie Romanik? Też z modlitwą?

Romanik się nie odzywał. Deszcz narastał, ale przez coraz bardziej gwałtowny szum wprawne ucho proboszcza wyłapało obce dźwięki: coraz głośniejszy stukot podków o bruk i brzęk uprzęży. Wszystko stało się nagle oczywiste.

– Nie będę pana pilnował, panie Romanik – odezwał się niegłośno Rafał. – Już widzę, z czym pan przyszedł. Bóg zapłać. Słowo raz dotrzymane lepsze niż przysięga.

Romanik milczał nadal. Proboszcz, nie czekając dłużej, kiwnął mu głową i wyszedł z cmentarza. Niedługo potem w kuchni na plebanii zabłysło światło. Było trochę po czwartej rano, nie warto było kłaść się spać. Chwilę później rozświetliły się również okna organistówki, pani Maria ruszała do pracy.

•••

Pierwszy w Gródku pojawił się jak zwykle ksiądz Krzysztof z trzema kurialistami. W strugach deszczu wyskoczył z samochodu, zostawiając w nim kolegów, i wbiegł na plebanię. Zastał Rafała przy kuchennym stole pogrążonego w lekturze jakiejś starej gazety.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, księże proboszczu. Straszna ulewa.

Rafał podniósł głowę zaskoczony wejściem Krzysztofa.

– Na wieki wieków. Dobrze, że pada, świętej pamięci biskup Jakub chciał mieć ceremonię krótką i bez celebry, więc pewnie będzie ją miał. Miło mi księdza gościć w moich skromnych progach, proszę siadać. A gdzie świta?

Krzysztof przysunął sobie krzesło i przysiadł się do stołu.

– Świtę zostawiłem w samochodzie, chciałem porozmawiać sam na sam.

Rafał zamknął definitywnie gazetę i przyjrzał się Krzysztofowi uważnie.

– Jeżeli ksiądz chce tutaj przywoływać nasze ostatnie spotkanie w kurii, to jest to niepotrzebne. Rozważyłem je dogłębnie i wyciągnąłem odpowiednie wnioski. Dla mnie ta sprawa jest zamknięta.

Krzysztof nie rezygnował.

– Ksiądz mnie już osądził i skazał. Ksiądz nadal nic nie rozumie. To są sprawy skomplikowane, są rzeczy ważne, ale są ważniejsze. Musiałem to zrobić, musiałem tak się zachowywać, to sprawa lojalności wobec zwierzchnika, to sprawa Kościoła, mojej opinii, kariery… To wszystko, co mam, rozumie ksiądz?

Przerwał, gdy zobaczył, jak twarz Rafała kamienieje. Proboszcz walnął otwartą dłonią w stół i wstał gwałtownie.

– W takim razie powiem inaczej – wycedził. – Ciekawe, dlaczego ilekroć ktoś od was zrobi jakieś świństwo i chce się usprawiedliwić, mówi: nic ksiądz nie rozumie, to skomplikowane, są rzeczy ważne i ważniejsze. Przywykłem tutaj, że ludzie przychodzą do spowiedzi i mówią: zrobiłem draństwo, wiem, że to było złe, żałuję, będę się starał poprawić, modlę się do Pana Boga, żeby mi wybaczył, a za to draństwo zadośćuczynię. Proszę o pokutę i rozgrzeszenie. I są wtedy w porządku. Ksiądz przychodzi tutaj i opowiada mi bzdurę o lojalności i prawdę o karierze. To, co ksiądz wtedy zrobił, to nie była lojalność, to była służalczość. Zachowywać się tak, jak chce zwierzchnik, w każdej sytuacji potakiwać… A kariera? Jeżeli służalczość jest warunkiem, co księdzu po tej karierze? To będzie kariera psa, któremu w nagrodę za wierną służbę coraz bardziej wydłużają łańcuch przy budzie, ale nikt go z niego nie spuści, bo nie wiadomo, czy nie poszuka sobie nowego pana, a na dawnego nie rzuci się z zębami. Jakoś tak jest, że te psy przy budzie po pewnym czasie wyobrażają sobie, że rządzą własnym panem, bo ten nie ma kłów i pazurów. Nie wiedzą tylko, że na stojaku w jego domu stoi broń. I żeby ksiądz nie myślał, że chodzi tu o mnie. Ja nie mam nic, nawet nie mogę powiedzieć, żebym miał parafię, bo tak samo, jak mnie na nią powołali, mogą mnie z niej odwołać. Niech ksiądz pomyśli o świętej pamięci biskupie. Jakubowi potrzebny był ktoś, kto mógłby go ochronić przed skutkami jego własnych błędów, przyjaciel, a nie sługus. Nie mnie sądzić, dlaczego w swoim otoczeniu nie miał ani jednego przyjaciela. Żałuję, że ksiądz nim nie był.

Twarz Krzysztofa nie zdradzała emocji. Siedział spokojnie na krześle, ale jego splecione dłonie zaciskały się coraz mocniej i mocniej. Po chwili milczenia proboszcz podjął już spokojniej:

– Nie jestem księdza spowiednikiem. Nie jestem wrogiem, ale przyjacielem również nie. Żyjemy w innych światach. Ja staram się, jak mogę, aby mój był lepszy, cieszę się nim, staram się go chronić i będę to robił, jak długo się da. Ze swoim światem może ksiądz robić, co mu się podoba, ale niech ksiądz nie liczy na moją akceptację dla takich historii. Tyle mam do powiedzenia. A teraz możemy się wspólnie napić kawy lub herbaty, a przede wszystkim wydostać z samochodu księdza kolegów. Niech wypiją kawę i biorą się do pracy. Zakładam, że przywieźliście wszystko, co potrzebne.

Krzysztof wstał. Było coś takiego w Rafale, że dawny sekretarz biskupa zrezygnował z jakichkolwiek prób obrony. Co dziwne, czuł po tym wszystkim ulgę. Rafał wyciągnął dłoń:

– Bez urazy, księże Krzysztofie?

Krzysztof po chwili wahania uścisnął wyciągniętą na zgodę rękę.

– Bez urazy – westchnął z ulgą.

– Idziemy po księży, bierzemy rzeczy i do organistówki, a potem do kościoła – zarządził Rafał. – Niech ksiądz zabierze parasol z sieni, mnie na razie wystarczy pałatka. Trzeba się pospieszyć. Za dwie godziny będzie tłum gości.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

* * *

1 A Słowo stało się ciałem (łac.).

CZĘŚĆ II

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka

Karta tytułowa

Część I

Część II

Karta redakcyjna

Copyright © Maciej Grabski 2018

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Esprit 2018

All rights reserved

GRAFIKA NA OKŁADCE: © Katarzyna Feiglewicz-Peszat;

MerrggyR / iStock by Getty Images

REDAKCJA: Alicja Orzeł

ISBN 978-83-66061-32-3

WYDAWNICTWO ESPRIT SP. Z O.O.

ul. Przewóz 34/100, 30-716 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: sprzedaz@esprit.com.pl

ksiegarnia@esprit.com.pl

biuro@wydawnictwoesprit.com.pl

Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Anna Jakubowska

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ksiądz Rafał 3. Koniec świata Ksiądz Rafał 2. Niespokojne czasy Ksiądz Rafał 1. Dobra nowina 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu