Ksiądz Rafał 1. Dobra nowina

Ksiądz Rafał 1. Dobra nowina

Autorzy: Maciej Grabski

Wydawnictwo: Esprit

Kategorie: Religia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 15.71 zł

W Gródku na przełomie lat 70. i 80. czas wydaje się stać w miejscu. Życie toczy się między pracą przy żniwach, odpustem i wieczorami przy piwie w miejscowym barze. Słowa z ambony mają o wiele większą moc niż dyrektywy naczelnika partii. Po śmierci starego proboszcza nastają jednak nowe porządki – parafię obejmuje młody, energiczny ksiądz Rafał Nowina.

Wyjątkowy kontakt ze zwierzętami, wielki talent muzyczny czy msza w intencji Elvisa Presleya sprawiają, że na biurku biskupa Jakuba pojawia się coraz więcej anonimowych donosów… Co z tego wyniknie?

Nowe wydanie bestsellerowej powieści.

Zaskakująca historia Charliego Chaplina, startującego w konkursie na swojego sobowtóra i zajmującego dopiero trzecie miejsce, wskazuje pośrednio na tajemnicę prawdy o nas, która nie całkiem do nas należy – bystry obserwator czasami potrafi powiedzieć o nas więcej i głębiej niż my sami w naszych najszczerszych spowiedziach. Rasowy i współczujący obserwator potrafi sięgnąć do istoty tego, co zwykło się nazywać powołaniem, i poruszając obszary uśpione, zaniedbane lub wstydliwie skrywane, przemówić do świata naszym głosem, nie zawłaszczając nas, nie przedrzeźniając i nie udając brata bliźniaka. Czasami udaje mu się uwolnić to, co chyba w nas najlepsze i wyczekiwane z nadzieją przez ludzi, którzy nas otaczają. Takim obserwatorem jest Maciej Grabski, nie ksiądz, smakosz, znawca win i literat, który wyczarował księdza Rafała. Tak prawdziwego, że oddaję mu na podium pierwsze miejsce, z życzliwością i pokornym uśmiechem obserwując jego perypetie z niskiego stopnia dla brązowych medalistów.

Michał Zioło OCSO

WSTĘP

Stary proboszcz Stanisław umarł w marcu. Chorował od dawna, był już dobrze po siedemdziesiątce, ale jeszcze kilka dni przed śmiercią na niedzielnym nabożeństwie potrafił z całą mocą, strasząc karami piekielnymi, potępić tych, którzy zaniedbują pracę na plebańskim, a zajmują się swoimi sprawami. Wszyscy słuchali kazania spokojnie. Przez lata przywykli do trudnego charakteru swojego pasterza, wiedząc, że kocha ludzi bardziej, niż można podejrzewać z surowości jego nauk. Młodzi szemrali po kątach, ale starzy wybaczali mu wszystko. Pamiętali, że w najgorsze lata okupacji i stalinizmu dzielił z nimi biedę i strach, pomagał, jak mógł, słowem i czynem. Wiedzieli, że nawet najsurowszy sędzia nie znalazłby wtedy nic, co mógłby mu zarzucić. Gdy czasy się polepszyły – w głosie proboszcza pojawiła się nuta twardej nieomylności. Nie potrzebował pieniędzy, zresztą choćby nawet chciał się bogacić, skąd miałby brać pieniądze w małej wiosce, w której ludzie żyli niemal z dnia na dzień. Nie ciągnęło go do kart, wódki, nikt nigdy nie słyszał o jakichkolwiek kobietach w jego otoczeniu. Została tylko władza i demonstracyjne, literalne przestrzeganie zasad wiary. Lubił mawiać, że papież rządzi Kościołem, a proboszcz – parafią. I jeszcze, że bardziej trzeba słuchać Boga niż ludzi. Nie znosząc jakiegokolwiek sprzeciwu, rządził swoim stadkiem przez prawie czterdzieści lat. Obcy, którzy czasami pojawiali się na niedzielnej sumie, wyjeżdżali zgorszeni, bo proboszcz Stanisław potępiał wszystko, co mu się nie podobało, z imienia, a wszystkich, którzy w jego mniemaniu zgrzeszyli – również i z nazwiska.

– I patrzcie, najmilsi, na tę kawalerkę, która zamiast zbliżyć się do wrót naszej świątyni, znowu zebrała się tam, przy murku pod lipą! Oni myślą, że jak korona gęsta, to Pan Bóg z góry nie dojrzy, że kiedy proboszcz głosi słowo Boże, te zaprzańce jedne gadają sobie w najlepsze, a najmłodszy Huczka pali papierosa! Oni myślą, że jak Pan Bóg nie zagrzmi z nieba, to znaczy, że już nie ma na nich kary! Jednak jest, najmilsi, oj jest! Niech no tylko do spowiedzi który przyjdzie, to mu wytłumaczę, co to kara za grzechy! A i pokutę nałożę taką, że do końca życia w każdy dzień Pański jeden z drugim do pierwszej ławki będzie się cisnął, jak tylko sobie wspomni proboszczową pokutę! A niech spróbuje tylko nie przyjść! Ale co się dziwić, niedaleko pada jabłko od jabłoni, jaki ojciec, taki syn… Wy, Huczka, w ostatni czwartek, zamiast bydlątka proboszczowe oporządzać, graliście z wójtem w karty! Czekajcie, czekajcie, Pan Jezus sprawiedliwy, jak wyjmie talię, jak przyrżnie atutem, to, przebacz Panie, z Huczki zostanie tylko wspomnienie! Jeden lepszy od drugiego, jeden kurzy sporty na świętej ziemi, a wieczorami siedzi w Klubie, drugi rżnie w barze w karty!… Potępienie na nich, najmilsi, jeden w Sodomie, drugi w Gomorze, a bydlątka proboszczowe ryczą!…

Przerwał, żeby złapać oddech. Drewniany pięćsetletni kościółek wypełniony był po brzegi. Nikt nawet się nie poruszył, panowała absolutna cisza, w której złowróżbnie i niepokojąco brzmiał płytki, spazmatyczny oddech księdza. Po chwili proboszcz uspokoił się i jakby nieco zawstydzony swoim wybuchem, postanowił szybko zamknąć temat.

– Najmilsi, jestem tu od lat, jak na puszczy. Pana Boga proszę, żeby się zmiłował nad nami wszystkimi. Pan Bóg miłosierny, daje nam więcej, niż nam trzeba. Lecz te Jego dary musimy odszukać w sobie. Ktoś zapyta: jeśli Pan Bóg nieskończenie miłosierny, nieskory do gniewu i bardzo łaskawy, to czym tu się martwić? A takiemu ja odpowiem: to po co dał nam pokutę i kazał zadość czynić za grzechy? Ano po to, najmilsi, abyśmy w grzech za łatwo nie popadli. Łatwo zburzyć, trudno zbudować. Dlatego Huczka młody i Huczka stary przemyśleć muszą swoje grzeszne życie i zrozumieć. Wszyscy grzeszą. Wszyscy. Ale nawet najgorszy grzesznik, jeśli się ukorzy przed Bogiem i ludźmi, może zasłużyć na zbawienie duszy. Co dzień proszę Pana Boga, żeby mi moje grzechy wybaczył, i co dzień boję się, że przed obliczem Pańskim stanę nagi jak robak, a Pan Bóg powie: nie znam cię. Odejdź. Módlmy się, najmilsi, aby Pan Bóg wszystkich nas rozpoznał, gdy staniemy już przed Jego majestatem. Amen.

Pochowano proboszcza na parafialnym cmentarzu w chłodny marcowy dzień. Egzekwie odprawiał sam biskup. Wszyscy wiedzieli o wielkiej przyjaźni, jaka łączyła proboszcza z biskupem Jakubem. Pochodzili z tej samej miejscowości, Stanisław, starszy o pokolenie od przyszłego pasterza, przyjaźnił się jeszcze z jego rodzicami. Kto wie, czy to nie właśnie dzięki niemu, gdy przyszło do życiowych wyborów – sutanna wygrała z adwokacką togą. Cała wieś patrzyła jednak w zdumieniu na delegację chasydów, z wiekowym rabinem na czele. Nie dziwił się tylko Bialik. Spojrzenia obu spotkały się nagle. Rabin wpatrywał się w niego, a jego oczy zaszkliły się od łez.

Biskup podszedł jeszcze bliżej grobu.

– Bracia i siostry, żegnamy dziś naszego brata Stanisława, którego Pan powołał do siebie.

Głos biskupa brzmiał zupełnie inaczej niż w kościele, był cichszy i mniej stanowczy. Parafianie spoglądali po sobie jeszcze onieśmieleni mnóstwem obcych ludzi, którzy chcieli odprowadzić w ostatnią drogę starego proboszcza. Chasydzi, którzy wzbudzili taką sensację, stali blisko biskupa. Dwaj spośród nich podtrzymywali pod ręce drżącego ze starości, przygiętego do ziemi ciężarem lat rabina.

Jakub, patrząc w czarną czeluść grobowca, mówił dalej.

– Dla wielu z was Stanisław był pasterzem, dla innych – przyjacielem, dla jeszcze innych – dobroczyńcą. Patrząc na jego życie, prawość, walkę ze złem – wierzymy, że właśnie otrzymuje swoją nagrodę, radując się chwałą Jedynego.

Zamilkł na chwilę. Ludzie słuchali ze spuszczonymi głowami.

– Z pomocą Bożą odsunął od siebie pokusę sławy i zaszczytów. Niewielu zdawało sobie w doczesności sprawę z jego wielkości duchowej. Są tu z nami jego przyjaciele. Pozwólmy im się pomodlić za Stanisława.

Spojrzał na rabina. Ten wyprostował się, jakby nagle przybyło mu sił, i zaintonował:

– Jitgadal weitkadasz szemech raba…1

Chasydzi i biskup odpowiedzieli zgodnie:

– Amin.

– Amen – powtórzyli odruchowo pozostali.

Gdy skończyli odmawiać kadisz, biskup podszedł do trumny i pokropił ją wodą święconą. Gdy rzucał grudkę ziemi na trumnę Stanisława, Bialik zamknął oczy. W uszach brzmiały mu ciche słowa biskupa: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, ale Pan cię wskrzesi w dniu ostatecznym”. Gdy inni śpiewali Salve, Regina – Bialik milczał, przełykając łzy.

Grabarze zasunęli płytę, ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. W pewnej chwili rabin, Bialik i biskup znaleźli się obok siebie. Biskup Jakub spojrzał na rabina.

– Znów razem – powiedział półgłosem. – Przebacz, Panie Boże, jeśli bluźnię, ale czy naprawdę trzeba było aż odebrać ludziom Stanisława, żebyśmy się zebrali znowu?

Rabin pokręcił głową, lecz nie powiedział nic. Czekali. Gdy na cmentarzu zostało już niewielu ludzi, Jakub szepnął coś rabinowi. Ten wezwał jednego z chasydów. Samym wzrokiem przekazał mu polecenie. Dwóch przysunęło się do niego, żeby pomóc mu iść. Biskup zwrócił się do Bialika:

– Chodźmy do domu Stanisława, Józiu.

Poszli wolno w stronę plebanii. Biskup Jakub wpuścił przodem rabina i Bialika. Wszedł za nimi i zamknął drzwi przed nosem swojemu sekretarzowi i chasydom. Chasydzi odeszli kilka kroków dalej i zatopili się w cichej rozmowie, zerkając od czasu do czasu w stronę wejścia. Sekretarz Jakuba westchnął ciężko i odwrócił się do dwóch typów, którzy deptali biskupowi po piętach od chwili jego przyjazdu.

– Tu nie ma nic ciekawego. Mogą panowie jechać. Dość już macie materiałów.

Faceci nawet się nie speszyli. Jeden westchnął:

– Za taki materiał pewnie nas tylko opierdolą. Biskup nic nie mówił na partię, na rząd, na Związek Radziecki, i w ogóle jakiś taki spokojny.

Sekretarz uśmiechnął się ironicznie.

– Wasi mocodawcy powinni się ucieszyć, że biskup się nawrócił, a nie, jak to pan ładnie ujął, was opierdolić.

Drugi z facetów kiwnął głową.

– Niby racja. Tylko jak się okaże, że już nie ma po co nagrywać biskupa, każą nam pewnie podsłuchiwać, z kim jakie dziwki sypiają, i będziemy zbierać znowu haki na ludzi. A ja, proszę księdza, jestem katolikiem.

Odwrócili się i niespiesznie poszli w stronę drogi. Po chwili trzasnęły drzwi samochodu. Sekretarz z niedowierzaniem przyglądał się odjeżdżającemu fiatowi. „Niewiarygodne – pomyślał. – Pewnie jeszcze marzy, żeby pojechać na placówkę do Włoch, miałby szansę być rzymskim katolikiem”. Machnął ręką. Przywykł do funkcjonariuszy, którzy pracowicie zbierali wszelkie materiały na biskupa, jednak katolika jeszcze nigdy wśród nich nie spotkał.

Tymczasem na plebanii biskup, rabin i Bialik usiedli w gabinecie zmarłego proboszcza. Od kominka biło ciepło. Bialik przyglądał się starym księgom stojącym na prostych drewnianych półkach. Przez tyle lat rzadko bywał w gabinecie Stanisława, siadywali zwykle w kuchni, a w pogodne dni na ławce przed domem lub na maleńkim, przypominającym altankę, podwóreczku. Biskup i rabin nie zwracali na książki uwagi. Siedzieli w milczeniu, z pochylonymi głowami, jakby się modlili. Ciszę przerwał rabin.

– Byłem w Leżajsku, na grobie Elimelecha, w rocznicę jego śmierci. Stanisław umarł tego samego dnia. Był dobrym proboszczem?

Biskup poruszył się gwałtownie na krześle.

– Był twardy dla ludzi, ale ich kochał. Modlę się za niego i za siebie. Kiedyś obaj byliśmy grzesznikami, potwornymi grzesznikami. On i ja, mistrz i uczeń. Teraz on już wie, czy nad grzesznikami jest miłosierdzie Boże.

– Jakubie… – uśmiechnął się rabin.

– Wiem, co chcesz powiedzieć. Że wszyscy mamy w sobie grzech i świętość. Że mamy powtarzać: przed Bogiem jestem prochem i pyłem, ale przecież dla mnie Bóg stworzył świat.

– Wy ratowaliście te światy.

Jakub machnął zniecierpliwiony ręką.

– Pomogliśmy ci, jak pomagaliśmy innym.

– Wy trzej uratowaliście mnie i jeszcze innych. Grzesznik, który kładzie na szalę swoje życie dla ratowania drugiego człowieka, w oczach Jedynego jest bez skazy. Stanisław był Sprawiedliwym, jednym z tych, których wiedza i modlitwa podtrzymują świat.

Biskup w zamyśleniu bawił się pozostawionym na biurku wiecznym piórem Stanisława. Rabin i Bialik zamilkli w oczekiwaniu na odpowiedź. Panowała zupełna cisza, podwójne okna nie przepuszczały z zewnątrz żadnych dźwięków. Po chwili Jakub odłożył pióro.

– Stanisław mógł zajść w Kościele bardzo wysoko, wyżej niż ja. Prosiłem go, żeby zostawił parafię. Odpowiedział mi, że wtedy, w czasie wojny, przysiągł przed Bogiem, że jeśli uratuje was i sam przeżyje, już nie opuści tego miejsca i dożyje w nim swoich dni. Wojna pokazała nam, do czego prowadzi nienawiść do rasy, narodu czy wyznania.

Rabin spojrzał na Bialika, który siedział nieporuszony, wpatrując się w okno.

– Józefie, co ty nam powiesz? To był twój proboszcz. Wiesz, co myślą ludzie.

– Chaim, sam wiesz dobrze, jak to jest – żachnął się Bialik. – Do starego proboszcza przywykli, szanowali go, ale ciążył im też mocno. Myślą, że przyjdzie nowy proboszcz i coś się zmieni. A naprawdę będą modlić się jak zawsze i grzeszyć jak zawsze.

Rabin odwrócił się do biskupa z uśmiechem:

– Ty lepiej posłuchaj uważnie, co mówi wspólnota. Miałeś szammaitę, potrzebujesz hillelity2.

– Nie mam takiego. To znaczy mam, lecz nie jest jeszcze gotowy. To dlatego trzymałem tak długo Stanisława w parafii. Powinienem był go wysłać na emeryturę już kilka lat temu.

– Poczekają.

Biskup Jakub spoważniał.

– Nie mam aż tyle czasu – powiedział spokojnie. – Nie wiem, kogo pośle mój następca. Jestem chory. Lekarze mówią różne rzeczy, ja jednak wiem, że pożyję jakieś dwa, może trzy lata. Trzeba porządkować swoje sprawy. Jak już mówimy o porządkach – zabierz księgi, które dałeś kiedyś Stanisławowi, nowy proboszcz nie zna hebrajskiego. Ale proszę o jedno: zostaw po sobie cokolwiek. Rabin wstał i wolno podszedł do półek. Wyjął jedną z ksiąg.

Dmuchnął lekko na jej wierzch – i uśmiechnął się. Z ciężkiego woluminu nie sfrunęła choćby drobinka kurzu.

– Dobrze. Oddam je tym, którzy będą wiedzieli, że miał je codziennie w rękach Sprawiedliwy. Będą się za niego modlić. Od siebie też coś zostawię. Zawołajcie moich ludzi.

Biskup otworzył drzwi. Zobaczył swego sekretarza, chasydów i kilku parafian. Wszyscy ruszyli w stronę biskupa. Zatrzymał ich gestem i powiedział po hebrajsku parę słów. Zdumieni chasydzi spojrzeli po sobie, dwóch z nich podbiegło do biskupa. Jakub skierował ich do wnętrza. Po chwili z plebanii wyszedł Bialik. Obaj z biskupem usiedli na ławce, na której siadywali zawsze z proboszczem. Po chwili do ogrodu wszedł sekretarz biskupa.

– Czy wszystko w porządku, ekscelencjo?

– Tak, tak. Niebawem wyjeżdżamy.

Pół godziny później z plebanii wyszedł chasyd, niosąc z nabożną czcią sakwę z kilkoma księgami. Zaraz potem drugi z nich wyprowadził rabina Chaima. Biskup i Bialik wstali z ławki. Rabin podszedł do nich, zamienili jeszcze kilka słów i uścisnęli sobie dłonie, po czym rabin bardzo wolno wyszedł z ogrodu. Mimo pomocy chasydów poruszał się z wyraźnym wysiłkiem. Natychmiast podjechał samochód. Rabin wsiadł do niego, ale w ostatniej chwili odwrócił głowę w stronę plebanii. Napotkał spojrzenia stojących przy ławce przyjaciół. Skinął głową i przymknął oczy. Kilka chwil później samochód ruszył.

Biskup otoczył ramieniem Bialika.

– No co, Józiu, nie jesteś ciekaw, co Chaim zostawił nowemu proboszczowi?

Razem weszli do domu. Sekretarz znów poszedł za nimi – i znowu cofnął się gwałtownie niemal uderzony przez zamykane z impetem drzwi. „Znowu tajemnica” – pomyślał, nawet bez specjalnego żalu. Wiedział, że prędzej czy później dowie się o wszystkim. Przysiadł na ławeczce i sięgnął po brewiarz. Tymczasem wewnątrz Bialik przyglądał się ze zdziwieniem hebrajskim znakom wypisanym kaligraficznie na jasnej ścianie gabinetu. Biskup czekał w milczeniu, z uśmiechem na twarzy. Po długiej chwili Bialik odważył się zapytać:

– Co tam jest napisane?

Biskup spojrzał jeszcze raz na tak dobrze sobie znane słowa i odwrócił się do drzwi. Bialik poszedł za nim. Gdy wychodzili do ogrodu, Jakub zatrzymał się na chwilę i powiedział do Bialika:

– Chaim dał to, co jego naród dostał najlepszego od Boga. Wypisał na ścianie dziesięcioro przykazań. Wiesz dobrze, że Chaim ma swoiste poczucie humoru, i wiem, co chciał nam powiedzieć. Opowiadano, że gdy jeden ze sławnych cadyków przyszedł do nowej wspólnoty, kahał przekazał mu, że mają zwyczaj, iż każdy nowy rabin wpisuje zarządzenie, które od tej chwili jest przestrzegane. Rabin pochodził po miasteczku, poprzyglądał się ludziom i wpisał jako zarządzenie Dekalog. Pomódl się za Chaima, tak jakoś specjalnie. I pomódl się też za nowego proboszcza. Przyślę go latem. Z Bogiem.

Bialik uśmiechnął się, po raz pierwszy tego dnia.

– Z Bogiem, ekscelencjo – odpowiedział.

Jakub pogroził mu palcem i odwrócił się. Wraz z sekretarzem ruszyli w stronę drogi. Bialik patrzył na nich, póki nie zniknęli za drzewami.

– Z Bogiem, Kuba – powiedział cicho.

* * *

1 „Niech będzie wywyższone i uświęcone Jego święte Imię…”

2 Szammaici i hilleici – zwolennicy Szammaja i Hillela, historycznych przywódców dwóch żydowskich szkół religijnych. Szkoła Szammaja miała opinię surowej i radykalnej, szkoła Hillela – wyrozumiałej i łagodnej.

CZĘŚĆ I

PIERWSZE DNI

– Koniec świata będzie.

Stary Bialik spojrzał z drwiną na Mroczka.

– Henryk, co ty z tym końcem świata? Ja tu wozy po proboszcza na stację posyłam, a ty mi mówisz, że może i nie warto było?

Mroczek jakby się spłoszył. Pogrzebał końcem laski w piasku, który mrówki wydobyły spod kamieni starego, wytartego przez tysiące stóp, granitowego bruku. Wśród owadów dało się zauważyć poruszenie, jakby widmo końca świata zaczęło krążyć również nad mrowiskiem.

– No, może końca świata nie będzie, ale wojna na pewno. Pamiętacie, co było, jak proboszcz Albert umarł, świeć Panie nad jego duszą?

– Nic nie było, co miało być? Proboszcz Stanisław przyszedł – odezwał się milczący dotąd Hunia.

– Przyszedł, no i po roku druga wojna wybuchła. A wiecie, co było, jak dawniej jeszcze proboszcz Jan umarł, świeć Panie nad jego duszą?

– Proboszcz Albert przyszedł. Co się wam tak na wypominki zebrało?

– Proboszcz Albert przyszedł i po roku pierwsza wojna wybuchła.

Znów wszyscy zamilkli. Lipy zacieniające czworobok ławek, na których siedzieli, zaszumiały głośniej. Przez rynek przeszedł świeży powiew. Pazdur, oparty oburącz na sękatym kosturze, podniósł głowę.

– To znaczy, że wojna będzie?

Mroczek ośmielony milczeniem Bialika wyprostował się i spojrzał na pozostałych.

– Wojna, nie wojna, ale zmiany idą. Kiedy pierwsza wojna wybuchła, bieda była jak nigdy. Polska potem nastała, lecz z naszego miasteczka wieś zrobili. Jak druga wybuchła, to Niemcy zabierali, bieda była większa jeszcze. Potem niby wygraliśmy, ale nasi zabierali i Ruskim dawali, to bieda znowu była. A teraz też pewnie coś będzie. Może nawet i koniec świata. Dzisiaj siódmy dzień siódmego miesiąca siedemdziesiątego siódmego roku. Mówiła babka, że jak cztery kosy się w kalendarzu spotkają, to tak się może stać.

Bialik nie wytrzymał. Stuknął mocno w oparcie ławki suchą, wykrzywioną przez reumatyzm dłonią.

– Głupoty, Henryk, gadasz o tym końcu świata, jakbyś już nie miał o czym. Co będzie, to Pan Bóg wie najlepiej. Ale zmiany są, to prawda, przyjdzie nowy proboszcz. Długośmy na niego czekali. Czasy idą nowe, takie, że nawet się wam nie śni. Obyśmy dożyli.

– Biskup Jakub z tym rabinem po pogrzebie ci tak powiedzieli, jakeście radzili na plebanii?

Bialik jakby się ociągał.

– Co powiedzieli, to powiedzieli. Jednak wszystko się zmieni. Nie wiem, czy na gorsze, czy na lepsze, ale się zmieni. Biskup długo wybierał dla nas proboszcza. Idziemy, trzeba zwołać ludzi, nasi z księdzem niedługo przyjadą.

Pociąg się spóźniał. Ludzie czekali cierpliwie przed stacją i zastanawiali się, dlaczego Bialik kazał posłać tylko dwa wozy.

– Pamiętasz, Kazek, jak proboszcz Stanisław jechał do Rogatki, żeby mszę odprawić, gdy ich ksiądz zachorował? Koń dech tracił. Walizek miał chyba z dziesięć i ciężkie, jakby do nich kto naładował kamieni. A nie nocował tam nawet. To ile ten proboszcz będzie miał rzeczy, jak przyjeżdża na całe lata? A jak będzie miał jakie meble?

Kazek spojrzał z politowaniem.

– Głupiś, Jędrek. Ty byś pewnie meblościankę woził, jakbyś był proboszczem, co?

– Nie gadaj – obruszył się woźnica. – Każdy ma coś swojego. Ja bym woził szafę. Wiesz którą. Pradziadkowi świętej pamięci cały dobytek się spalił. Chciał się wieszać, ale prababka jak na niego nie wrzaśnie: „Tak, ty się powiesisz, a ja z dziećmi na żebry pójdę??” – to się i opamiętał. Zaczęli przychodzić ludzie i normalnie, jak to bywa: jeden drewno, a drugi kamienie przywiózł, trzeci piasek z rzeki, wszyscy pomagali, to pradziadek się pobudował. I potem każdy mu coś dawał do domu: jeden stół, inny krzesła. Ale szafę sam zamówił u stolarza. Mówią, że był artysta ten stolarz, tylko pił strasznie. Rozpił się tak, że stołów i krzeseł już nie robił, bo się ludzie skarżyli, że krzywo stały. Ale jak ktoś u niego szafę obstalował, to stolarz się odmieniał. Wódki nie tknął, póki nie skończył. Przezywali go Bidermajer czy jakoś tak, chociaż był Polak.

– To jakby wszyscy u niego szafy zamawiali, toby i nie pił – zauważył Kazek przytomnie.

– Tylko że jak dostał za taką szafę pieniądze, to pił przez miesiąc. Jak nasz Romuś. Ten też zdolny był…

Pokiwali głowami i pomilczeli chwilę. Kazek zaciągnął się głębiej resztką sporta i wydmuchnął dym.

– A co będzie, jak przywiezie tyle rzeczy, że na wóz nie wejdą? – nagle zaniepokoił się Jędrek.

– Nic się nie bój, mam tu szwagra niedaleko, to się do niego przewiezie, i drugi raz obrócimy. Pilnuj koni, ja idę po proboszcza, pociąg wjeżdża.

Woźnica odrzucił niedopałek i ruszył na peron. Na niewielkiej stacyjce było prawie pusto. Lokomotywa sapnęła potężnie i wypuściła obłok pary, zazgrzytały hamulce. Z wagonów wysiadło zaledwie kilka osób. Woźnica na próżno szukał pomiędzy nimi kogokolwiek w sutannie. Wtem z okna jednego z wagonów wyfrunął na peron spory biały worek, na który po chwili opadł słomkowy kapelusz. Chwilę później w drzwiach pojawił się bardzo wysoki, szczupły ksiądz. Musiał mieć chyba ze dwa metry wzrostu, w jego ciemnych, krótko obciętych włosach pobłyskiwała w słońcu pierwsza siwizna. Woźnica dobiegł do niego akurat w chwili, gdy kapłan z walizką i torbą podróżną zszedł ostrożnie po stopniach i stanął na peronie.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Ksiądz proboszcz Rafał Nowina?

Ksiądz uśmiechnął się. Spojrzał przyjaźnie z wyżyn swoich dwóch metrów na niskiego woźnicę.

– Na wieki wieków amen, to ja. Bóg zapłać za to, żeście po mnie wyjechali.

– A gdzie księdza proboszcza bagaże? Do konduktora trzeba iść, żeby wagon otworzył.

– Jaki wagon? – nie zrozumiał Rafał.

– No bagażowy, przecież ksiądz proboszcz ma chyba jakieś rzeczy?

– Tylko to co tutaj – Rafał omiótł wzrokiem swój dobytek, zatrzymując ułamek sekundy dłużej spojrzenie na walizce, by przenieść je następnie na zaskoczonego woźnicę.

Ten szybko opanował zdumienie.

– Nawet jeden wóz by wystarczył, a my we dwa…

– To dobrze, konie mniej się zmęczą. Proszę mi tylko pomóc z walizką, worek i torbę sam zabiorę.

Woźnica ochoczo podszedł do walizki, sięgnął do uchwytu i szarpnął energicznie. Walizka ani drgnęła.

– O Jezu – jęknął. – Ksiądz proboszcz kamienie wozi? U nas ich dużo.

Rafał roześmiał się.

– Nie, to nie kamienie. Chodźmy. Jak będzie trzeba, poniesiemy razem.

Poszli w stronę stojących nieopodal wozów. Rafał przywitał się z drugim woźnicą. Wrzucił na wóz worek z rzeczami i pomógł Kazkowi załadować walizkę. Na drugim wozie położył torbę podróżną i podszedł do konia. Nim woźnica zdążył zareagować, ksiądz spokojnym, pewnym ruchem poprawił odwinięty pasek uprzęży, wiodąc dłonią po sierści, i poklepał konia po szyi. Koń lekko odwrócił łeb i parsknął cicho. Rafał pogładził zwierzę po pysku tuż nad chrapami, podszedł do kolejnego. Ten natychmiast nastawił łeb po pieszczotę. Proboszcz pogładził konia tuż pod naczółkiem uprzęży i podszedł do woźnicy. Zauważył, że obaj wymienili ze sobą lekko przerażone spojrzenia, i postanowił się usprawiedliwić.

– Chciałem im podziękować, przywiozły was tutaj, odwiozą nas na miejsce. Jak długo pojedziemy?

Kazek odetchnął głębiej.

– Trzeba liczyć ze dwie godziny. Musieliśmy przyjechać wozami, ciężarówka się zepsuła i już trzeci tydzień na części czekamy, traktory z przyczepkami w polu, małe żniwa się zaczęły i do jęczmienia wszyscy poszli, bo kombajn z eskaeru dzisiaj przysłali. W tym roku gorzej, zboże położone, kombajn nie daje rady i mus kosami…

– A ja was oderwałem od roboty.

Woźnica podrapał się po głowie trochę zakłopotany.

– Niby tak, ale też nie co dzień nowy proboszcz przyjeżdża.

– Może i racja. Ruszajmy.

Rafał rozsiadł się na wozie na tyle wygodnie, na ile to było możliwe, i dopiero teraz poczuł obezwładniające zmęczenie.

Zaledwie tydzień wcześniej jego proboszcz z nieco przesadną troską na twarzy zakomunikował mu, że ma się stawić natychmiast u biskupa.

Ksiądz Rafał zrobił szybki rachunek sumienia, lecz nie był w stanie przypomnieć sobie jakichkolwiek uchybień na tyle poważnych, by zasłużyły na uwagę pasterza. Pozostawała tylko jedna możliwość: przeniesienie. Droga w nieznane. Kolejne lata wikariatu spędzone z obcymi ludźmi, i pewnie jeszcze następne przeniesienie, gdy tylko ci, którzy byli obcy, zaczną się stawać bliscy.

Kiedyś myślał, że to okrutne. Przeżył trzy takie przeniesienia, w dodatku nigdzie nie pracował dłużej niż dwa lata. Stopniowo jednak zaczął dochodzić do wniosku, że to nauka. Szkoła bezinteresownego dawania, traktowania ludzi w taki sposób, w jaki traktuje wszystkich Bóg: bez oglądania się na osobę i jej stan. I choć zawsze bał się kolejnego przeniesienia – wydawało mu się, że zaczyna rozumieć jego ukryty sens. Powoli nabierał przekonania, że tak już będzie zawsze, i starał się nie przywiązywać do przedmiotów i ludzi. Rzadko miał okazję spotykać się z biskupem. Mówiono o nim rozmaite rzeczy: że ma dar języków, że jest Żydem, na co miało wskazywać imię i biegła znajomość hebrajskiego, jeszcze inni szeptali, że został wydziedziczony i sam wyrzekł się swojej rodziny, gdy jego ojciec nie pozwolił, by poszedł do seminarium. Były to jednak tylko plotki i Rafał słuchał ich niechętnie. Ze spotkań z biskupem zapamiętał przede wszystkim jego spojrzenie: uważne, przenikające na wskroś, choć zmącone jakimś ledwo uchwytnym cierpieniem. Nie miał powodów sądzić, że jest ulubieńcem biskupa, przeciwnie, gdy opisywał nielicznym przyjaciołom kolejne miejsca, w których pełnił posługę, łapali się z przerażenia za głowy. Trudne parafie z dziwnymi, obojętnymi ludźmi, parafie, w których księża rezygnowali z pracy, a w najlepszym razie błagali biskupa o przeniesienie dokądkolwiek, parafie, w których proboszczowie ostentacyjnie łamali wszystkie przykazania. Rafałowi zdawało się, że tylko on wie, ile trudu kosztowało go niepoddanie się rozpaczy na przedostatniej placówce, w której znalazł się pomiędzy proboszczem, gospodynią a ich dorastającym synem. Po tym piekle jego ostatnia parafia, gdzie proboszcz tylko grał nałogowo w karty i przegrywał pieniądze, których nie miał – wydała mu się oazą spokoju.

Rafał nie spodziewał się niczego dobrego. Każdy dzień na ostatniej parafii w porównaniu z poprzednią przypominał odpoczynek na zasłużonej emeryturze. Wiedział, że musi się to kiedyś skończyć, i czekał na zmianę. Wezwanie od biskupa przyjął z ulgą, lepsza była najgorsza pewność od najlepszej niepewności. Nie bał się Jakuba, lecz zawsze gdy przed nim stawał, czuł respekt. Miał wrażenie, że staje przed człowiekiem, przed którym nic się nie ukryje, który widzi na wskroś. Raz tylko czuł się podobnie, gdy kilkanaście lat wcześniej poprzednik Jakuba wyjednał jemu, wtedy jeszcze klerykowi, i kilku młodym księżom z jego diecezji audiencję u metropolity. Gdy, wezwany, podszedł do niedawno nominowanego kardynała – zrozumiał nagle, że nie potrzebuje nic mówić, że w jakiś cudowny sposób kardynał przenika jego myśli. To, co usłyszał, zostało w nim na lata. Dostojnik zapytał zdawkowo o rodzinę, miejsce pochodzenia, lecz zdawał się wsłuchiwać nie tyle w odpowiedzi, ile w sam głos Rafała. Po chwili powiedział z uśmiechem coś, co Rafał zapamiętał do końca życia. „Pamiętaj, młodzi księża są filarem Kościoła, są sługami Bożymi bardziej niż ktokolwiek, bo bardziej niż ktokolwiek służą ludziom. Wszystkim ludziom. Mogą być święci tak samo jak wielcy papieże, ale mają od nich znacznie trudniej”. Obecni roześmiali się, lecz Rafał wiedział, że to odpowiedź na jego zwątpienie, na niezadane pytanie o sens posłannictwa, na wyrzuty sumienia, że zawiódł rodziców, porzucając najpierw medycynę dla muzyki, a potem muzykę dla kapłaństwa.

Godzina w pociągu minęła szybko. Z dworca do kurii było najwyżej dziesięć minut drogi na piechotę. Rafał spojrzał na zegarek, do spotkania pozostało jeszcze pół godziny. Postanowił jednak nie zwlekać.

Przed bramą rezydencji biskupa jak zwykle miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się bacznie, jednak prócz kilku przypadkowych przechodniów nie zobaczył nikogo. Nacisnął guzik przy furcie. Odpowiedziała mu cisza, elektryczny dzwonek milczał. Rafał chwycił za kołatkę. Po chwili w potężnych wrotach otwarło się malutkie okienko, przez które widać było błysk czyichś oczu taksujących gościa bystrym spojrzeniem. Lustracja wypadła pomyślnie. Brama uchyliła się akurat na tyle, by szczupły ksiądz mógł wsunąć się do środka, i gdy tylko to się stało – zamknęła się bezszelestnie.

– Co się stało, że ksiądz tak wcześnie? – Głos zabrzmiał sucho i niezbyt przyjaźnie.

– Szczęść Boże – uśmiechnął się nieco krzywo Rafał, demonstracyjnie ignorując pytanie. Nie przepadał za wyniosłym sekretarzem biskupa.

– Daj Boże – mruknął niechętnie sekretarz.

Rafał przeszedł natychmiast do ofensywy.

– Ksiądz pierwszy sekretarz dzisiaj na furcie? Opuszcza się ksiądz w pracy, dzwonek zepsuty.

Sekretarz spojrzał zimno na rozmówcę.

– Pan Zygmunt jest w szpitalu. Mieliśmy nieproszonych gości. Takich nieznanych sprawców…

Rafał przełknął gwałtownie ślinę. „Powinienem sam sobie dać w twarz za takie durne żarty” – pomyślał. W powszechnej opinii pan Zygmunt był najważniejszym człowiekiem w kurii. Po biskupie, rzecz jasna. Znał wszystkich i wiedział wszystko, a co za tym idzie, cieszył się powszechną sympatią ludzi o czystym sumieniu oraz podszytym obawą szacunkiem pozostałych.

– Jak się czuje? – zapytał Rafał z niepokojem.

Sekretarz dostrzegł zmianę na twarzy księdza. Spojrzał na niego znacznie przychylniej.

– Wstrząs mózgu, złamana ręka i mnóstwo siniaków.

– Można go odwiedzić?

Ksiądz pokręcił przecząco głową. Jego początkowa oschłość zniknęła już niemal całkowicie.

– Niech się ksiądz nie martwi, pan Zygmunt jest pod dobrą opieką. Chodźmy, biskup przyjmie księdza w ogrodzie.

Przeszli przez ogromną, mroczną sień wjazdową. Minęli schody prowadzące na piętro i doszli do wewnętrznej bramy. Sekretarz sprawnie odryglował zamek i pociągnął do siebie jej skrzydła. Zmrużyli oczy oślepieni nagle światłem. Biel wapiennego bruku alejek, wszechobecna zieleń i rosnące bez widocznego porządku polne kwiaty wydawały się niemal nie na miejscu.

Biskup Jakub siedział na ławeczce i przyglądał się poruszanym delikatnie przez wiatr liściom jesiona.

– Ekscelencjo księże biskupie, przybył ksiądz Rafał – zaanonsował nazbyt oficjalnie sekretarz.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – z bijącym mocniej sercem powiedział Rafał i przyklęknął, by ucałować pierścień biskupa.

Jakub z uśmiechem odsunął rękę i uścisnął po ojcowsku księdza.

– Na wieki wieków. Siadaj tu, przy mnie.

Rafał przysiadł na ławce. Biskup znów wpatrzył się w liście. Po dłuższej chwili odwrócił się do księdza.

– Więcej pytań niż odpowiedzi, prawda? Dlaczego cię wezwałem, czemu siedzimy razem na ławce w ogrodzie, a nie w moim gabinecie, czego się możesz spodziewać…

Rafał czekał w milczeniu. Jakub przyglądał mu się, zadzierając lekko głowę. Po chwili podjął:

– Gdy twój proboszcz zawiadomił cię o wezwaniu, pomyślałeś pewnie: dywanik albo przeniesienie. Wszyscy tak myślą. Ale chciałem cię widzieć z innego powodu.

Machnął niecierpliwym gestem w stronę sekretarza. Ten ukłonił się sztywno i poszedł w stronę bramy.

– Nie potrzebujemy świadków, nawet zaufanych. Do rzeczy. Posłuchaj, synu. Jesteś teraz w czwartej parafii w swoim życiu. Czy o którejś możesz powiedzieć coś dobrego?

Ksiądz Rafał zawahał się przez chwilę, lecz uderzony przenikliwym spojrzeniem Jakuba odpowiedział:

– Na wszystkich czterech było mi wstyd własnego kapłaństwa. Wstydziłem się za cudze grzechy.

– Za grzechy innych księży?… – westchnął ciężko Jakub.

– Za grzech bycia proboszczem – sprecyzował Rafał.

– Być proboszczem to jeszcze nie grzech.

– Jego ekscelencja ksiądz biskup wie więcej niż ja o moich przełożonych.

Biskup wstał. Rafał szybko podniósł się z ławki. Choć dzieliło ich chyba pół metra różnicy we wzroście, jakimś cudem nie było to specjalnie dostrzegalne.

– Przejdźmy się – rzekł Jakub. – Takie sprawy najlepiej omawia się, idąc. Siedzenie w jednym miejscu nie służy rozmowie. Poza tym te uszy, które wyrosły ścianom w moim gabinecie, mogły też wyrosnąć na niektórych drzewach.

– Założyli ekscelencji podsłuch?

Jakub wyglądał na rozbawionego zdumieniem Rafała.

– Zakładają co jakiś czas. Jest jednak coraz gorzej. Po historii z Zygmuntem trzeba bardzo uważać na to, co, gdzie i do kogo się mówi. Pamiętaj, władza jest nerwowa, tylko gdy system zaczyna się chwiać. Ale to inna sprawa. Powiedz, zauważyłeś cokolwiek dobrego na tych parafiach?

Ksiądz Rafał zastanowił się. Wszędzie widział zgorszenie, jakie wywoływali jego zwierzchnicy. Lecz jego koledzy wikariusze? Przez pamięć przebiegła mu cała ich lista. Wszyscy tłamszeni przez zwierzchników i oddani ludziom.

– Ekscelencjo, przecież to nie jest tak, że tylko proboszczowie grzeszą…

– Prawda, ale oni mają więcej okazji. Wszędzie, gdzie byłeś, widziałeś grzesznych proboszczów i żarliwych wikariuszy. Zdradzę ci moją tajemnicę. Niewiele da się zrobić, gdy proboszcz jest powodem zgorszenia. Można go przenieść, udzielić mu nagany – lecz cóż z tego? Nagana nie daje nawrócenia, a kolejna parafia to kolejni rozżaleni ludzie. Rozżaleni na Kościół, nie na proboszcza. Pozostaje mi wysyłać wikariuszy. Może wtedy ludzie pomyślą, że jest jakaś nadzieja, że ci, którzy teraz są wikariuszami, kiedyś przejmą parafie?

Rafał słuchał w skupieniu. Doszli niemal do końca alejki i zatrzymali się przed wyrastającym wysoko ponad mur platanem. Biskup spojrzał Rafałowi w oczy.

– Czy wiesz już, dlaczego cię wezwałem?

– Nie wiem, ekscelencjo.

– Chciałbym, aby wikariusz został proboszczem.

Rafała zatkało.

– Ja… proboszczem? – zapytał zdumiony.

Jakub westchnął cicho. „Dlaczego wszyscy zachowują się tak samo? – pomyślał. – Najpierw zdumienie, później pokora, a potem…”. Z trudem opanował znużenie.

– Słyszałeś o księdzu Stanisławie z parafii Świętego Marcina w Gródku.

Rafał przytaknął, jeszcze oszołomiony. Jakub pociągnął księdza na kolejną ławeczkę. Usiedli znowu.

– To, co słyszałeś, to pewnie księżowskie plotki. Nie wiem, kto bardziej plotkuje: wy, czy te wszystkie dewotki, które wypisują do mnie skargi. Gdyby choć cząstka z tego była prawdą, Pan Bóg dawno złamałby słowo i zesłał kolejny potop. Postanowiłem, że wyślę tam ciebie. Znam tych ludzi. To jest miejsce, gdzie starzy są mądrzy i wiele przeżyli, a młodsi – wciąż ich szanują i chcą przewodzić, ale jeszcze nie są dość mądrzy. Najmłodsi to już inne wychowanie, sam zobaczysz. Ty odprowadzisz do grobu starych i pomożesz żyć młodym. Pamiętaj, masz być sobą. Czasy się zmieniają, mój przyjaciel rabin Chaim miał rację. Nie patrz na mnie z takim zdumieniem. Trzeba słuchać wszystkich, bo nigdy nie wiadomo, kogo Pan Bóg wybierze na swoje narzędzie. Wiesz dobrze, jak powoływał proroków.

Jakub przerwał na chwilę, jakby zmęczyła go własna przemowa. Po chwili podjął:

– To nie będzie łatwe. Dotąd wiedziałeś dokładnie, co jest dobrem, a co złem. Świat był czarno-biały: tu cnota, tam występek. Ja też tak kiedyś myślałem. Życie nie jest jednak takie proste. Uważaj, żeby pamiętając o Bogu, nie zapomnieć o człowieku. Mamy od ludzi wielki kredyt zaufania, jesteśmy wśród nich i dla nich. Jesteśmy razem z nimi, po jednej stronie barykady. Mogą nadejść takie lata, w których sami wygnają nas na przeciwną stronę i powiedzą: to są „oni” – władza, przywileje i pieniądze. Strzeż się tego, nowy księże proboszczu.

– Nie zawiodę ekscelencji – rzekł cicho Rafał.

– Lepiej się módl, żeby to, co mówisz, było prawdą. Staraj się bardzo. Będą cię porównywali do starego proboszcza, ale nie przejmuj się tym. Bądź z nimi. Pojedziesz tam za tydzień, we czwartek. Mój sekretarz da ci kopertę, znajdziesz w niej mój list, w którym napisałem parę słów o Gródku i Stanisławie, i jakieś pieniądze na zagospodarowanie czy pierwsze potrzeby. Nie będzie tam bogato, ale też nie zabraknie ci niczego, co niezbędne.

Rafał spojrzał na biskupa jakby z wyrzutem.

– Ekscelencja wie dobrze, że nie dbam o pieniądze.

– Lepiej, żebyś dbał, lecz nie dla siebie – Jakub uśmiechnął się. – Przyjadą po ciebie na stację. We wsi przywita cię Rada Parafialna, jej przewodniczący Józek Bialik wie wszystko. Możesz mu ufać tak, jak ufasz mnie. Póki żyjemy, będziemy ci pomagać. Potem musisz dać sobie radę sam. W niedzielę za tydzień przywitają cię oficjalnie. Wprowadzi cię dziekan ksiądz kanonik Tomaszek, będą też księża, którzy sprawowali posługę przez ostatnie miesiące. Dziekanowi przekażę dokumenty nominacyjne. A teraz już idź. Błogosławię cię, Rafale, na nowe życie. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

– Amen. Bóg zapłać, ekscelencjo.

– Z Bogiem.

Rafał wstał z ławeczki i pochylił się do biskupa. Jakub objął go i mocno uściskał. Do ucha wyszeptał mu:

– Jeszcze jedno. Przyjedź w najbliższą niedzielę na dwunastą do katedry. Zaproś rodziców. Odprawimy razem mszę świętą w twojej intencji. Zaproś ich też na wprowadzenie proboszcza, kiedy już obejmiesz parafię.

– Dotąd nie mogą mi wybaczyć – Rafał pokręcił ze smutkiem głową. – Na pewno nie przyjadą. Chyba nigdy nie zobaczę ich w kościele, gdy będę odprawiał mszę.

– Nie szkodzi. Zaproś. Choćby nie przyjeżdżali, zapraszaj. Zawsze. Idź już.

Ksiądz odwrócił się i poszedł w stronę bramy. Zza drzewa jak duch wyłonił się sekretarz biskupa. Trzymał w dłoni sporą kopertę.

– Ma tam ksiądz wszystko, co trzeba. Życzę powodzenia.

Rafała zaskoczyła dziwna sympatia w głosie sekretarza. Nie pasowała do oschłego i ironicznego tonu, jakim przywitał go kilkanaście minut wcześniej.

– Dziękuję.

Sekretarz nie poprzestał na sympatii w głosie. Gdy szli w stronę wyjścia, zerknął na Rafała.

– Księże Rafale, ma ksiądz kilka minut? – zagadnął.

– Tak, oczywiście – odpowiedział zaskoczony Rafał.

– Chodźmy w jakieś spokojne miejsce.

Rafał rozejrzał się. Stali w samym środku wjazdowej sieni pałacu biskupiego.

– Czy jest jakieś spokojniejsze?

– No dobrze, wszystko rozumiem – widać było, że sekretarz się poddał. – Już wiem, że biskup księdzu ufa, więc i ja muszę. Chcę księdzu coś powiedzieć. Biskup Jakub tego na pewno nie zrobił, jest jak święty…

– A ksiądz nie jest? – Rafał wyraźnie dochodził do formy.

Sekretarz na wzmiankę o jego potencjalnej świętości machnął z rezygnacją ręką.

– Ja jestem urzędnikiem, nie świętym. Na pewno widział ksiądz wiele razy mniej lub bardziej ukryte walki o wpływy. Ja nie muszę się o nic martwić, póki żyje biskup Jakub, mogę pozwolić sobie nawet na to, by nie ukrywać swoich myśli. Ale kiedyś biskupa zabraknie – i wtedy zaczną się kłopoty. Nawet ksiądz nie wie, ilu ludziom zależy na tym, żeby po dobrym biskupie przyszedł tutaj inny, przeciętny.

Rafałowi wydawało się, że rozumie, do czego zmierza sekretarz.

– To jasne, władze o niczym innym nie marzą.

– Ksiądz jest jak dziecko – popatrzył na Rafała z politowaniem. – To nie władze są problemem. Zna ksiądz takie powiedzenie: strzeż mnie, Panie Boże, od przyjaciół, z wrogami sam sobie poradzę.

– Chce ksiądz sekretarz powiedzieć, że…

– Tak, to właśnie chcę powiedzieć. Kościół z zewnątrz wydaje się opoką, ludzie widzą hierarchów, uroczyste koncelebry, płomienne homilie. Lecz od środka wszystko jest jak w każdym wielkim urzędzie. Walka o władzę, wpływy, pieniądze… Ludzie są mali. Niewielu jest takich jak Jakub, ludzi nawróconych, którym chodzi o coś więcej. Pewnie, teraz jeszcze nie jest najgorzej. Zobaczy ksiądz, co się będzie działo, gdy do władzy dorwie się nasze pokolenie, tak za dziesięć, dwadzieścia lat. Biskup Jakub próbuje naprawiać Kościół od dołu, przygotowuje wikarych i proboszczów, bo nie może zrobić nic więcej. A co komu z dobrego wikarego czy proboszcza, jak będą mieli przeciętnego biskupa? W otoczeniu takich zawsze pojawiają się ambitne miernoty i karierowicze.

– Ksiądz sekretarz też jest w otoczeniu biskupa – zażartował Rafał.

Sekretarzowi jednak nie było do śmiechu.

– Tak, może i jestem miernotą, ale póki co mało ambitną, w dodatku zależy mi na Kościele, przynajmniej na razie. Nie wiem, co się ze mną stanie, gdy biskup Jakub odejdzie. Wie ksiądz, biskup opowiadał mi kiedyś, że świętej pamięci proboszcz Stanisław po wizytacji zaprosił go na kawę na plebanię i powiedział: „Pamiętaj, biskupi po pewnym czasie sprawowania posługi nabierają przekonania, że zostaną zbawieni nie dlatego, że postępują zgodnie z przykazaniami, ale dlatego, że są biskupami”. Następca Jakuba może być właśnie kimś takim.

Zamilkli. Po chwili sekretarz klepnął Rafała po ramieniu.

– No, dosyć tej inicjacji. Jeszcze tylko jedna rada. Walka o stołki zaczyna się od samego dołu. Ksiądz nie do końca mi uwierzył, więc niech ksiądz posłucha uważnie, co będzie mówił dziekan Tomaszek, gdy przyjdzie mu wprowadzić księdza na probostwo. Zobaczy ksiądz, jak będzie drwił ze Stanisława nad jego świeżym grobem i jak będzie księdzu nadskakiwał. To typowy przypadek. Brakuje mu wszystkiego, co miał Stanisław. Na razie niewiele może, nasz biskup jest kompletnie nieczuły na pochlebstwa i bezlitośnie tępi rozgrywki personalne, ale dziekan tylko czeka na okazję, żeby pokazać, co potrafi. Szczęść Boże, księdzu.

– Dziękuję za lekcję. Nigdy nie myślałem o tym wszystkim w ten sposób – Rafał uścisnął dłoń księdza.

– Pora zacząć. Z Bogiem. I jeszcze jedno. Mam na imię Krzysztof.

– Rafał. Do zobaczenia. Z Bogiem!

Wyszedł na zalaną słońcem ulicę. Brama tym razem zatrzasnęła się za nim z hukiem. „Nie ma odwrotu” – pomyślał i ruszył wolnym krokiem w stronę dworca.

Gdy dotarł na plebanię, był już wieczór. Przekręcił klucz w zamku i ostrożnie nacisnął klamkę. Drzwi otworzyły się niemal bezszelestnie. Rafał, wstrzymując oddech, wśliznął się do środka, domknął delikatnie drzwi i niemal na palcach wszedł na schody. Starał się jednak na próżno. U szczytu schodów pojawił się proboszcz z przylepionym do twarzy ironicznym uśmieszkiem.

– Witam księdza Rafała. Jakaś impreza? Coś późno ksiądz wraca z miasta.

Po raz pierwszy Rafał nie wytrzymał.

– Tak, oblewałem moje odejście z parafii.

Natychmiast zrozumiał, że trafił celnie. W oczach proboszcza pojawił się popłoch. Więcej obowiązków, oczekiwanie na kolejnego wikarego, a tymczasem perspektywa wstawania o szóstej rano, żeby zdążyć odprawić poranną mszę, nudne dyżury w kancelarii parafialnej… Z trudem się opanował.

– Biskup księdza przenosi? Nic mi nie mówił.

Rafał nie hamował się już zupełnie.

– O ile wiem, biskup nic księdzu nie mówi, i to na żaden temat.

Proboszcz uśmiechnął się gorzko. Już pożałował, że czekał tak długo na wikarego. Ale pomimo wszystko postanowił spróbować:

– To co, może zagramy partyjkę? Biskup pewnie zostawił księdzu jakieś pieniądze na przeniesienie. Pokerek? Oczko? Tak na pożegnanie…

W wyciągniętej ręce trzymał wyjętą z kieszeni nierozpieczętowaną talię.

– Podziwiam wytrwałość księdza proboszcza. Wie ksiądz, że nie grywam w karty.

– No tak, tylko ten brydż i brydż. Ja nie rozumiem tej gry, a zebrać cztery osoby to nie to samo, co zebrać dwie. W pokera umiem. To co, zagramy?

Rafał miał dość tej dyskusji.

– Nie, nie zagramy. A jakby ksiądz umiał grać w pokera, toby ksiądz tyle nie przegrywał.

Proboszcz wyprostował się gwałtownie jak dźgnięty szydłem.

– Przegrywam, bo nie oszukuję! Ksiądz tego nie rozumie, ksiądz nigdy nie grał! Świat jest pełen oszustów, a dla mnie ważna jest sama gra, walka, napięcie, wojna spojrzeń, z pozoru nic nieznaczących gestów, słów, uwag, nerwowych tików, odczytywania ludzkich osobowości…

Rafał, już prawie w otwartych drzwiach swojego pokoju, odwrócił się.

– Księże proboszczu, muszę księdzu coś powiedzieć. Za tydzień już mnie tu nie będzie, może księdzu się to na coś przyda. Dla ludzi, którzy grają tylko po to, żeby wygrać, nie jest ważne, czy oszukują, czy grają uczciwie. A ludzie, którzy lubią grać ze względu na walkę, napięcie, wojnę spojrzeń i tak dalej, nie muszą grać na pieniądze. Dobrego wieczoru.

Zamknął drzwi, nie czekając na odpowiedź. Proboszcz spojrzał bezradnie.

„Powiedziane jest: proście, a będzie wam dane, a tu nic… – pomyślal z wyrzutem. – Może jeszcze gdzieś się uda zagrać?…”

Ruszył w dół po schodach w stronę drzwi.

•••

– Dojeżdżamy. To już Gródek – odezwał się woźnica.

Wjechali na most. Ciepły wiatr przyniósł od rzeki wilgotny zapach ziół rozgrzanych ostrym południowym słońcem. Konie wolno ciągnęły wozy. Gdy przejechali przez rzekę, Rafał ujrzał przed sobą spore wzgórze z plamami pojedynczych drewnianych domów. Wydawały się tam stać od wieków, dłużej nawet niż stare lipy i jesiony ocieniające drogę.

Konie ruszyły żwawiej pod górę stromą drogą i już po chwili znaleźli się w czworoboku dużego, obsadzonego lipami rynku, odpowiedniego raczej dla sporego miasteczka niż małej wioski. Wrażenie było tym większe, że domy otaczające rynek były niskie i skromne, parterowe, czasami z zamieszkanym poddaszem. Tylko południowa pierzeja miała zupełnie inny charakter. Stały tam okazałe, choć mocno zniszczone, stare piętrowe wille przypominające do złudzenia zabudowę międzywojennych modnych uzdrowisk. W rynku bawiły się dzieci, które gdy tylko zobaczyły wozy, z wrzaskiem pobiegły w ich stronę. Skręcili w prawo. Rafał poczuł nagle niedający się pomylić z czymkolwiek zapach starego drewna i po kilku sekundach ujrzał wreszcie miejsce, w którym miał spędzić kolejne lata życia. Zza ściany ciemnej zieleni potężnych drzew widać było stary, co najmniej pięćsetletni, obity poszarzałym przez lata gontem, drewniany kościółek. Otaczał go pobielony, metrowej wysokości, gruby, solidny mur z wyrastającymi ponad jego powierzchnię daszkami kapliczek drogi krzyżowej. Wesołe krzyki dzieci nagle ucichły.

Przed kościółkiem, na gęstej soczystozielonej trawie stali ludzie: starsi mężczyźni i kobiety, ubrani schludnie, choć nie odświętnie. Rafał zeskoczył z wozu. Gdy przechodził obok zaprzęgu, koń delikatnie skubnął mu rękaw sutanny.

– No tak, nie podziękowałem. Przypominasz mi się, tak? – Poklepał konia po grzbiecie i ruszył w stronę ludzi.

Wszedł w obręb muru i nagle stało się, coś dziwnego: wszystko w jego głowie jakby ucichło, wydało mu się jakby cały świat zatrzymał się na moment, wyczekując na jego kolejny ruch. Zobaczył przez ułamek sekundy wszystko jak na starym zniszczonym zdjęciu: sztywne i godne sylwetki ludzi oczekujących przed starym kościołem. Z powagą i obawą.

Rafał przemógł się i z najwyższym trudem ruszył dalej. I nagle wszystko wróciło: dźwięki, kolory i zapachy. Z pierwszego rzędu ludzi wystąpił, podpierając się laską, starszy, ponadsiedemdziesięcioletni mężczyzna. Kiedyś musiał być bardzo wysoki, bo nawet teraz, pochylony przez wiek, wzrostem niewiele ustępował Rafałowi.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Jestem Józef Bialik, w imieniu Rady Parafialnej i mieszkańców chciałem powitać nowego księdza proboszcza. Przyszli ci, co mogli, zaczęliśmy żniwa, potrzeba ludzi. W niedzielę spotka ksiądz proboszcz nas wszystkich.

Mówił równym, spokojnym, choć zmatowiałym przez wiek i zmęczenie głosem. Rafał chciał odpowiedzieć na przywitanie, lecz Bialik ciągnął dalej:

– Będzie ksiądz miał więcej czasu, żeby nas wszystkich poznać, przedstawię tylko kilkoro z nas. To jest organista, pan Antoni Hryszkiewicz, pomaga nam już prawie od pięćdziesięciu lat, a gra jako nasz jedyny organista od czterdziestu. – Bialik wskazał na łysego jak kolano, niskiego mężczyznę o pobrużdżonej twarzy, uśmiechniętego od ucha do ucha. – Jego żona, a potem córka gotowały księdzu Stanisławowi. A to reszta Rady Parafialnej: Henryk Mroczek, Julian Pazdur, Albert Hunia.

Przedstawiani wychodzili z grupy ludzi, podchodzili do księdza i ściskali jego dłoń. Pozostali przyglądali się badawczo nowemu proboszczowi. Czekali.

Rafał uznał, że nareszcie i on może coś powiedzieć. Wystąpił o pół kroku.

– Bóg zapłać wam wszystkim za przybycie, dziękuję za powitanie. Jego ekscelencja biskup Jakub powołał mnie tutaj, a ja – od kiedy zdecydowałem się na przyjęcie tego powołania – modlę się do Pana Boga, żebym okazał się godny być tu, z wami. Nie poznałem nigdy świętej pamięci Stanisława, ale wiem, że był człowiekiem prawym i po ludzku mówiąc, wielkim. Nie dorównam mu nigdy, jednak ze wszystkich sił będę się starał pracować dla waszego dobra i dla chwały Bożej.

Ludzie słuchali w milczeniu. Bialik kiwał głową, organista nadal się uśmiechał. Rafał przyglądał się twarzom zgromadzonych. Nie wiedział, w jaki sposób trafić do nich, jak przekonać ich do siebie. To, co powiedział, wydało mu się konwencjonalne i głupie. Patrzyli na siebie przez chwilę: młody proboszcz i starzy parafianie. Wreszcie Rafał przerwał milczenie:

– Jesteśmy wszyscy braćmi i siostrami w Chrystusie. Proszę was wszystkich o pomoc w dziele, które będę kontynuował w tej parafii. Najlepszą pomocą jest zawsze modlitwa. Wejdźmy do kościoła i pomódlmy się wspólnie przez chwilę.

Ludzie rozstąpili się, tworząc szpaler. Rafał wszedł do świątyni. Do zapachu drewna dołączyła intensywna woń wosku i kadzidła. W półmroku ksiądz zobaczył niewysokie, przykryte drewnianym stropem wnętrze, ciemne kształty bocznych ołtarzy, a na wprost ciemny prostokąt szafy ołtarza głównego. Organista przekręcił wielką bakelitową wajchę w małej skrzynce przy drabinie prowadzącej na chór. Kościół zalało światło. W oczy księdza uderzyły kolory: ściany kościoła pokryte były niezbyt udolną zieloną i różową imitacją żyłkowanego marmuru. Na stropie jakiś artysta sprzed stulecia, zapatrzony widać w Rafaela, namalował scenę Przemienienia Pańskiego, udatnie powtarzając postać Chrystusa, lecz zaniedbując unoszących się po obu Jego stronach Eliasza i Mojżesza, wyglądających jak dwaj bliźniaczo do siebie podobni staruszkowie zatrzymani w figlarnym podskoku. W barokowych ołtarzach bocznych widniały ciemne płótna przedstawiające świętych, już niemal nierozpoznawalnych spod warstwy pociemniałego werniksu. Lecz to, co Rafał zobaczył przed sobą, zaparło mu dech. Wspaniały gotycki tryptyk ze sceną świętego Marcina ofiarowującego biedakowi połowę swej szaty urzekał pięknem i doskonałością wykonania. Prawdopodobnie namalowany do tego właśnie wnętrza, pasował idealnie skalą i wyglądem zwieńczenia do zamknięcia prezbiterium. Święty Marcin, choć pochylony do biedaka, wydawał się zerkać kątem oka na to, co dzieje się w kościele, pozostali święci na bocznych skrzydłach patrzyli na lud całkiem jawnie. Rafał zbliżył się do ołtarza. Z trudem oderwał wzrok od precyzyjnie cyzelowanej w starym złocie zbroi świętego. Uklęknął przed Najświętszym Sakramentem. Wiedział, że za jego przykładem poszli wszyscy.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

CZĘŚĆ II

BUNT

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ III

LUDZIE

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka

Karta tytułowa

Wstęp

Część I. Pierwsze dni

Część II. Bunt

Część III. Ludzie

Karta redakcyjna

Copyright © Maciej Grabski 2018

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Esprit 2018 All rights reserved

GRAFIKA NA OKŁADCE: © Katarzyna Feiglewicz-Peszat;

Ru_, Thekopmylife / iStock by Getty Images

REDAKCJA: Ewa Micyk

ISBN 978-83-66061-31-6

WYDAWNICTWO ESPRIT SP. Z O.O.

ul. Przewóz 34/100, 30-716 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: sprzedaz@esprit.com.pl

ksiegarnia@esprit.com.pl

biuro@wydawnictwoesprit.com.pl

Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Anna Jakubowska

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ksiądz Rafał 3. Koniec świata Ksiądz Rafał 2. Niespokojne czasy Ksiądz Rafał 1. Dobra nowina 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu